Gospodarka 48 godzin

Już prawie sześć
A im wciąż mało. Wszystko wskazuje na to, że pod panowaniem Prawa i Sprawiedliwości tempo wzrostu cen w Polsce szybko osiągnie siedem, osiem i więcej procent. Inflacja bije bowiem kolejne rekordy. Jak podał Główny Urząd Statystyczny, we wrześniu bieżącego roku ceny towarów i usług wzrosły o 5,8 proc.w porównaniu z tym samym miesiącem 2020 r. W sierpniu ten wskaźnik wynosił 5,5 proc., a w lipcu jedynie 5 proc. Wzrost cen w dużym tempie zjada nasze dochody i oszczędności, więc coraz powszechniejsza staje się teoria, że PiS dlatego rozpętało konflikt graniczny z uchodźcami, aby społeczeństwo nie zaczęło się zastanawiać, dlaczego tak szybko ubożeje.

Prawie dojeżdżają
Opóźniła się dostawa dwóch zmodernizowanych elektrycznych zespołów trakcyjnych ED74 dla państwowego przewoźnika pasażerskiego PKP Intercity. O tym, że są one niemal gotowe informowano już w marcu bieżącego roku. Miały zostać dostarczone do PKP Intercity w czerwcu. Natomiast w komunikacie z końca września br. PKP Intercity poinformowały, że ED74 „w najbliższym czasie” trafią do przewoźnika, jest więc nadzieja, że w końcu dojadą i zaczną przewozić pasażerów jeszcze w tym roku. Zespoły trakcyjne to składy tworzące integralną całość, tak jak np. Pendolino, w odróżnieniu od klasycznych pociągów złożonych z lokomotywy i doczepionych do niej wagonów. ED74 były wytwarzane w bydgoskich zakładach Pesa w latach 2007 – 2008, są więc całkiem nowe jak na standardy polskich kolei. Wyprodukowano je dla PKP Przewozy Regionalne i pierwotnie kursowały na krótszych trasach. W 2017 r. PKP Intercity, szukając dróg wzmocnienia swojego taboru postanowiły jednak dostosować je do ruchu dalekobieżnego, co wymagało pewnej przebudowy. W 2018 r. rozpoczęto poszukiwania firmy mogącej wykonać przebudowę, ostatecznie zajęły się tym zakłady naprawcze taboru kolejowego w Mińsku Mazowieckim. Zmodernizowane zespoły trakcyjne ED74 będą miały mniej drzwi oraz zmniejszone okna, zostaną wyposażone w rozsuwane fotele, klimatyzację i wi-fi. Ich parametry techniczne są zachowane, mogą osiągać, tak jak uprzednio prędkość maksymalną wynoszącą 160 km/h.

Płytkie kontakty dziewcząt
Socjolog młodzieży prof. dr. hab. Barbara Fatyga wyjaśniła w sposób trafny i przekonywujący, dlaczego chłopcy znacznie częściej niż dziewczęta grają w gry internetowe. Prof. Fatyga stwierdziła na łamach Gazety Wyborczej, że: „zaangażowanie w gry wymaga jednak zdobycia jakichś umiejętności, czasu i skupienia”. Tymczasem: „dziewczęta używają sieci, by tworzyć rozległe struktury płytkich, towarzyskich kontaktów. Wzmacniają to lajki – za wygląd, bluzeczkę, makijaż”. Tym niemniej, prof. Fatyga nie opowiedziała się za tym, by prawa wyborcze ograniczyć jedynie do tej połowy polskiego społeczeństwa, która zdobywa jakieś umiejętności i potrafi się skupić.

Handel zagraniczny zarobił mniej

Rozwinięte państwa Europy w pełni decydują o losach gospodarczych naszego kraju i o dobrobycie Polaków.
Zmniejszyły się dochody naszego kraju uzyskiwane z handlu zagranicznego. Polskie obroty towarowe w styczniu – lipcu bieżącego roku wyniosły w cenach bieżących 726,9 mld PLN w eksporcie oraz 712,7 mld PLN w imporcie. Dodatnie saldo ukształtowało się zatem na poziomie 14,2 mld PLN, podczas gdy w analogicznym okresie ubiegłego roku wyniosło aż 19,2 mld PLN.
Mimo gorszego wyniku, w porównaniu z miesiącami styczeń – lipiec 2020 r., nasz eksport wzrósł w tym roku o 26,0 proc., a import o 27,8 proc. W kolejnych miesiącach 2021 r. zauważalny jest znaczący wzrost dynamiki zarówno w eksporcie, jak i imporcie. Główny Urząd Statystyczny, który podaje te wyliczenia zauważa też jednak, że związane jest to głównie z zeszłorocznym rozpoczęciem się pandemii i wprowadzeniem w większości państw lockdown-u. W związku z tym dynamika jest liczona od niskiej podstawy jaka wystąpiła w tym samym okresie ubiegłego roku, więc w procentach ten wzrost wygląda bardzo efektownie.
Polski eksport wyrażony w dolarach USA wyniósł 193,1 mld USD, a import 189,3 mld USD (w tej walucie wzrost procentowy był jeszcze wyższy niż w złotówkach – i zwiększył się w eksporcie o 33,4 proc, a w imporcie o 35,1 proc.). Dodatnie saldo ukształtowało się na poziomie 3,8 mld USD, gdy w analogicznym okresie 2020 r. wyniosło 4,7 mld USD. Eksport wyrażony w euro wyniósł zaś 160,2 mld EUR, a import 157,1 mld EUR (wzrósł w eksporcie o 21,9 proc., a w imporcie o 23,5 proc.). Dodatnie saldo to 3,1 mld EUR, a w styczniu – lipcu 2020 r. także było wyższe: 4,3 mld EUR.
Największy udział w eksporcie z Polski przypada na kraje rozwinięte – aż 86,2 proc. (w tym na państwa Unii Europejskiej 74,7 proc.), a w imporcie – 64,0 proc. (w tym UE 55,4 proc.), wobec odpowiednio 86,3 proc. (UE: 73,6 proc.) i 65,6 proc. (UE: 55,6 proc.) w analogicznym okresie ubiegłego roku. Natomiast najmniejszy udział odnotowaliśmy jak zwykle z najbliższymi sąsiadami (z wyjątkiem Czech), czyli z krajami Europy Środkowo-Wschodniej, który w eksporcie ogółem wyniósł 5,6 proc., a w imporcie 7,3 proc., wobec 6,0 proc. i 6,4 proc. w 2020 r.
Najgorsze wyniki oraz ujemne saldo mamy z krajami rozwijającymi się – aż minus 145,0 mld PLN (minus 38,5 mld USD, minus 32,0 mld EUR). Kupujemy od nich surowce, a sprzedawać im nie mamy czego, bo nasza gospodarka będąc poddostawcą świata zachodniego nie produkuje finalnych dóbr mogących wywołać zainteresowanie na tzw. wschodzących rynkach. Z tych rynków już dawno zresztą zostaliśmy wyparci i dziś słucha się jak legend, że Polska Rzeczpospolita Ludowa budowała na przykład w krajach arabskich pod klucz fabryki chemiczne, elektrownie czy huty, a nawet opłacalnie sprzedawała samochody Polonez.
Ujemne saldo, choć dużo mniejsze mamy także z krajami Europy Środkowo-Wschodniej – minus 11,1 mld PLN (minus 2,9 mld USD, minus 2,4 mld EUR). Natomiast dodatnie saldo uzyskano w obrotach z krajami rozwiniętymi: 170,3 mld PLN (45,2 mld USD, 37,5 mld EUR), w tym z krajami UE saldo osiągnęło 148,1 mld PLN (39,3 mld USD, 32,6 mld EUR).
Naszym największym partnerem handlowym pozostają od lat Niemcy. Udział Niemiec w polskim eksporcie wynosi aż 28,6 proc, a w imporcie 21,5 proc.. Dodatnie saldo wyniosło 55,2 mld PLN (14,6 mld USD, 12,2 mld EUR) wobec 43,4 mld PLN (10,8 mld USD, 9,8 mld EUR) w tym samym okresie ub. roku. Poza Niemcami, główni odbiorcy naszego eksportu to Francja i Czechy (po 5,9 proc. udziału), zaś import pochodzi przede wszystkim z Chin (14 proc.).
Największy obrót towarowy w imporcie Polska odnotowała z krajami rozwiniętymi – 519,2 mld PLN, w tym z UE – 480,4 mld PLN, wobec odpowiednio 415,7 mld PLN, w tym z UE 376,6 mld PLN w 2020 r. W eksporcie największy wzrost dotyczył olejów, tłuszczy, wosków i surowców (o około 38 proc.). W imporcie wzrost zanotowano w towarach przemysłowych, paliwach, smarach i materiałach pochodnych (o ok. 35 proc.).
Z wszystkich tych wyliczeń GUS jasno wynika, że pozostanie w strukturach Unii Europejskiej to konieczny warunek rozwoju gospodarczego Polski oraz dobrobytu Polaków. Może zdoła to wreszcie zrozumieć obecna ekipa rządząca.

Rząd PiS tryska budżetowym optymizmem

I nie ustaje w obietnicach. Dotychczasowe programy społeczne mają być kontynuowane, pojawią się nowe, wojsko będzie się zbroić, a pieniędzy wystarczy na wszystko.
Komunikat po posiedzeniu Rady Ministrów z dnia 24 sierpnia jest wyrazem euforycznych wręcz nastrojów w rządzie. „Polska jest w komfortowej sytuacji fiskalnej” – chwali się Rada Ministrów. I wskazuje, że po lipcu nadwyżka w budżecie na 2021 r. wynosi aż 35 miliardów złotych.
Nadwyżka ta wydaje się niewiarygodna i raczej trudno uwierzyć, że rzeczywiście wystąpiła, nie jest zaś efektem kreatywnej księgowości. Ponieważ jednak tylko rząd dysponuje pełnym zestawem informacji o faktycznej sytuacji gospodarczej kraju, niewielkie są możliwości, by jacyś niezależni eksperci mogli sprawdzić prawdziwość tego wyliczenia. W każdym razie, według rządu Prawa i Sprawiedliwości, te rzekomo dobre wyniki to oczywiście jego zasługa: efekt silnego odbicia gospodarczego, rozumnych działań uszczelniających system podatkowy i dobrych wpływów budżetowych z tego tytułu.
Można tylko zapytać, że skoro Polska jest w tak komfortowej sytuacji fiskalnej, to dlaczego na koniec roku na pewno pojawi się deficyt (o czym mówi sam rząd), a dług publiczny będzie nadal bardzo wysoki? I dlaczego pod płaszczykiem swego propagandowego programu, nazywanego „Polskim Ładem”, rząd zamierza doprowadzić do podniesienia podatków?
No i wreszcie, dlaczego, przy tak komfortowej sytuacji fiskalnej kraju, rząd nie chce wydać relatywnie drobnych kwot na opłacenie kilku leków ratujących życie w chorobach nowotworowych – które w Polsce nie są refundowane w przeciwieństwie do cywilizowanych krajów europejskich? Zamiast szybkiej refundacji, chorym przedstawia się wizję stworzenia w przyszłości „kompleksowego modelu opieki dla pacjentów z chorobami rzadkimi” i wdrożenie tzw. „Planu dla Chorób Rzadkich” (które akurat w Polsce są nader częste, bo choruje na nie, jak podaje rząd, od 2 do 3 milionów ludzi rocznie). Będzie to najprawdopodobniej taka sama lipa, jak choćby przyjęta w lutym tego roku „Strategia na rzecz osób z niepełnosprawnościami”, o której już ani się nie pamięta, ani nie traktuje jej poważnie.
Bazując na jakoby dobrych wynikach pierwszego półrocza, Rada Ministrów przygotowała projekt budżetu na 2022 rok. Założono dochody na poziomie 475,6 mld zł, a wydatki na poziomie 505,6 mld zł. Te 30 mld zł różnicy między dochodami i wydatkami to jednak, jak zapowiada rząd, faktycznie nie ma być deficyt, lecz środki przeznaczone na inwestycje. „Budżet na 2022 r. to kolejny impuls do dalszego rozwoju polskiej gospodarki” – cieszy się Rada Ministrów. I zapowiada, że polityka gospodarcza rządu w 2022 r. będzie nakierowana na możliwie szybką odbudowę potencjału gospodarczego kraju. Gospodarka wprawdzie bowiem ciągle odczuwa skutki wywołane wybuchem pandemii COVID-19 w 2020 r., jednak powraca już na ścieżkę wzrostu.
Zdaniem Rady Ministrów, sytuacja w całym sektorze finansów publicznych, którego częścią jest budżet państwa, jest „solidna” (czyli już nie „komfortowa”). Według prognoz, polski produkt krajowy brutto w 2021 r. zwiększy się o 4,9 proc. w ujęciu realnym (po spadku o 2,7 proc. rok wcześniej). Tak duży wzrost to właśnie efekt ubiegłorocznego załamania i niskiej w związku z tym bazy porównawczej. Podobno covidowe straty zostały już w Polsce nadrobione. Najnowsze szacunki Głównego Urzędu Statystycznego dotyczące PKB za II kwartał 2021 r. wskazują na wzrost o 10,9 proc. rok do roku, wobec spadku o 8,3 proc. w tym samym okresie 2020 r. W związku z tym w przyszłym roku procentowe tempo wzrostu gospodarki będzie nieco wolniejsze i wyniesie 4,6 proc.
Notujemy też jedną z niższych stóp bezrobocia wśród państw Unii Europejskiej. Przewiduje się, że stopa rejestrowanego bezrobocia wyniesie na koniec 2021 r. 6,0 proc., a na koniec przyszłego roku, 5,9 proc. Scenariusz na ten rok zakłada wzrost przeciętnego zatrudnienia w gospodarce narodowej o 0,5 proc, a w 2022 r. o 0,7 proc.
W 2021 r. przeciętne wynagrodzenie brutto w gospodarce narodowej zwiększy się o 7,4 proc., natomiast w przyszłym ma wzrosnąć o 6,7 proc. Prognozowane przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto w 2022 r. w gospodarce narodowej wyniesie 5 922 zł. Oczywiście tak wysoką płacę dostanie faktycznie nie więcej, niż 20 – 25 proc. zatrudnionych w Polsce, bo ta przeciętna jest zawyżona przez bardzo wysokie zarobki prezesów, członków zarządów i innych rozmaitych szefów, będących PiS-owskimi krewnymi i znajomymi królika.
Rząd oczekuje znacznego wzrostu konsumpcji, mającego nakręcać koniunkturę. Przyjęto, że w 2021 r. spożycie prywatne wzrośnie realnie o 5,3 proc., a w kolejnym roku o 5,7 proc. Inflacja ma natomiast spadać. Założono średnioroczny wzrost inflacji w 2021 r. do 4,3 proc. W dalszej perspektywie czynniki związane z pandemią powinny już wygasać, co wpłynie na ograniczenie inflacji w ujęciu rocznym – zapewnia Rada Ministrów, przewidując iż w 2022 r. wzrost cen towarów i usług konsumpcyjnych w ujęciu średniorocznym wyniesie tylko 3,3 proc. (w rzeczywistości, z pewnością wyniesie więcej).
Nieco szybciej mają rosnąć dochody podatkowe państwa. Rząd zakłada, że w 2022 r. wzrosną o 5,3 proc, ale w ujęciu nominalnym, realnie będzie to zapewne jakoś o połowę mniej. „Poziom dochodów budżetu państwa w 2022 r. będzie determinowany dalszym dynamicznym rozwojem gospodarki” – twierdzi Rada Ministrów.
Rządzący obiecują, że po stronie wydatkowej budżetu państwa na rok przyszły „zabezpieczono niezbędne środki na kontynuację dotychczasowych, priorytetowych działań” wśród których na pierwszym miejscu wymienia się oczywiście program „Rodzina 500+”. Mają pojawić się i nowe, jak „rodzinny kapitał opiekuńczy”. Będziemy się też zbroić – finansowanie potrzeb wojskowych pochłonie 2,2 proc. polskiego PKB. Emeryci, ważny element elektoratu Prawa i Sprawiedliwości, mogą zaś liczyć na waloryzację świadczeń o 4,89 proc.
Zdaniem Rady Ministrów, pieniędzy na wydatki nie zabraknie ze względu na przyśpieszenie gospodarcze. Rząd wskazuje, że o dobrej sytuacji gospodarczej kraju świadczy między innymi to, że sprzedaż detaliczna w Polsce rośnie piąty miesiąc z rzędu. W lipcu bieżącego roku zwiększyła się o 8,9 proc. w cenach bieżących oraz o 3,9 proc. w cenach stałych w ujęciu rok do roku (co jednak jest dość marnym wynikiem, gdy zważyć, że chodzi o porównanie z rokiem 2020, w którym nastąpiło pandemiczne załamanie sprzedaży detalicznej).
Polski przemysł rośnie natomiast czternasty miesiąc z rzędu. W lipcu br. produkcja sprzedana przemysłu była wyższa o 9,8 proc. w porównaniu z lipcem ubiegłego roku, co jest wynikiem przyzwoitym, ale nie rewelacyjnym na tle innych krajów europejskich.
Z kolei polski eksport towarów zwiększa się dziesiąty miesiąc z rzędu. W czerwcu tego roku był wyższy o 23,1 proc. niż przed rokiem. Będzie to jednak tylko okresowy sukces. Przewiduje się bowiem, że w latach 2021 – 2022 import – po głębszym niż eksport spadku w roku ubiegłym – będzie rósł szybciej niż eksport. W 2022 r. tempo importu wyniesie 9,4 proc., a eksportu 7,7 proc.
Przy tych wszystkich porównaniach warto zwrócić uwagę, że rząd, ze względów propagandowych chętnie operuje danymi procentowymi. W związku z ubiegłoroczną recesją, wyglądają one bowiem dużo bardziej efektownie, niż zestawienie rzeczywistej wartości (w miliardach złotych) sprzedaży, wyników przemysłu czy handlu zagranicznego za trzy ostatnie lata – czyli za 2019 (jeszcze przed pandemiczny), ubiegły i bieżący.

Chiny utrzymały wzrost

Według dostępnych danych za ubiegły rok, Państwo Środka osiągnęło najlepsze wyniki wśród dużych gospodarek świata.
Dyrektor Narodowego Urzędu Statystycznego Chin Ning Jizhe poinformował, że w drugim kwartale ubiegłego roku chiński produkt krajowy brutto wzrósł o 3,2 proc., po jego spadku w pierwszym kwartale 2020 r. Od tego momentu można więc mówić o wychodzeniu Chin z krótkotrwałej recesji, spowodowanej konsekwencjami pandemii Covid-19.
W kolejnych miesiącach tempo wzrostu przyśpieszało i wyniosło 4,9 proc. w trzecim kwartale oraz 6,5 proc. w czwartym. Tym samym kwartalne wskaźniki wzrostu powróciły do normy, zaś roczny wzrost gospodarczy wyniósł 2,3 proc. – i Chiny mogą być jedyną dużą gospodarką na świecie, która osiągnęła dodatni wzrost w ubiegłym roku.
Na świecie jest 18 głównych gospodarek z produktem krajowym przekraczającym 1 bilion USD. Dane za 2020 r. dla części z nich nie zostały jeszcze opublikowane, ale według danych z pierwszych trzech kwartałów ubiegłego roku, tylko Państwo Środka odnotowało wzrost.
Oczekuje się, że w 2020 roku PKB Chin osiągnie 101,6 biliona juanów, w całym kraju powstanie 11,86 mln nowych miejsc pracy, wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych wzrośnie o 2,5 proc. w stosunku do 2019 r., a krajowy dochód rozporządzalny mieszkańców Chin zwiększy się realnie o 2,1 proc.
Wiadomo już, że w 2020 r. stopa bezrobocia w Chinach wyniosła średnio 5,6 proc., zmniejszono zużycie energii na jednostkę PKB, ogólny bilans płatniczy poprawił się, a na koniec ubiegłego roku rezerwy walutowe wyniosły 32165 mln USD, co stanowi wzrost w stosunku do roku poprzedniego o 1086 mld USD.
Jak twierdzi dyrektor Narodowego Urzędu Statystycznego Chin, nastąpiło zdecydowane zwycięstwo w decydującej walce z ubóstwem – a dochody mieszkańców wsi na obszarach dotkniętych ubóstwem gwałtownie wzrosły. Dotyczy to zwłaszcza siedmiu prowincji: Guangxi, Sichuan, Guizhou, Yunnan, Gansu, Ningxia i Xinjiang, gdzie zamieszkuje duża liczba biednych ludzi.
Skutecznej walce z ubóstwem sprzyjał wzrost wydatków ogólnokrajowego budżetu na ubezpieczenia społeczne, zatrudnienie oraz poprawę sytuacji mieszkaniowej. W okresie od stycznia do listopada ubiegłego roku nakłady budżetu Chin na te cele wzrosły odpowiednio o 9,8 proc, 9,5 proc. i 9,2 proc.

Gospodarka turystyczna w dobie pandemii

Przykład Szwajcarii pokazuje, że można znaleźć sposoby, ułatwiające pokonanie nawet głębokiego załamania w turystyce.
Prawie 6 proc. produktu narodowego brutto Szwajcarii pochodzi z turystyki. Jest to jedna z najważniejszych dziedzin gospodarki tego kraju. Dochody generowane przez turystykę w ubiegłym roku przekroczyły 33 miliardy franków szwajcarskich, a zatrudnienie w tej branży wyniosło około 300 tys. osób. Wspaniałe krajobrazy spotkały się z rozumnym zagospodarowaniem ze strony ludzi.
Przez ostatnie lata turystyka w tym kraju biła kolejne rekordy. Rosły zyski, przybywało turystów, w hotelach wykupywano ponad 40 mln noclegów rocznie. Dla przykładu, w lipcu ubiegłego roku Szwajcaria zarobiła na turystyce 5020 milionów franków. W lipcu 2018 r. – 4947 mln franków. Przyrost był więc widoczny. Pandemia koronawirusa uderzyła jednak w całą światową turystykę, nie omijając Szwajcarii. W lipcu 2020 dochody z turystyki wyniosły tylko 886 mln franków – ponad pięć i pół raza mniej niż rok temu.
Ten wynik nie był zaskoczeniem. Po pierwszej fali koronawirusa Szwajcaria otworzyła swoje granice 15 czerwca – więc gościom zagranicznym, którzy zdecydowali się tegoroczne wakacje spędzić jednak w innym kraju niż swój, zostawało niewiele czasu na zaplanowanie lipcowego pobytu.
Szwajcarzy szybko zdołali zareagować na ten regres. Zauważalnie spadły ceny noclegów i niektórych usług turystycznych, a w rezultacie już sierpień przyniósł odbicie – i wzrost liczby turystów.
Nie był to jednak jeszcze powrót do wyników, znanych z minionych lat. Przykładem może być Glacier Expres – czyli ekspres lodowcowy z panoramicznymi, widokowymi oknami, przemierzający alpejską linię kolejową między St. Moritz, a Zermatt. Jest to jedna z największych atrakcji turystycznych już nie tylko Szwajcarii, lecz i całego świata.
Bilety i miejscówki na Glacier Express można kupować na stronie internetowej www.glacierexpress.ch z trzymiesięcznym wyprzedzeniem. W poprzednich latach już po kilku dniach niemal wszystkie miejsca były wyprzedane. Ci, co reagowali zbyt późno i chcieli kupić bilety np. na 70 czy 80 dni przed przyjazdem, już nie mieli szans. Wtedy zostawały tylko nieliczne, pojedyncze miejsca w niektórych wagonach, z reguły te dalej od okna i oczywiście w pierwszej, droższej klasie.
W tym roku było zaś wręcz odwrotnie – nawet w szczycie sezonu turystycznego, w sierpniu, zaledwie na kilka dni przed planowaną podróżą, można było zakupić niemal dowolną liczbę miejsc w pierwszej klasie Glacier Expressu. W wagonach I klasy podróżowało po kilka, kilkanaście osób, reszta foteli zostawała pusta. Takie są właśnie skutki pandemii, która spowodowała, że wielu zagranicznych gości zrezygnowało z przyjazdu.
Miejsca w Glacier Expressie w przeszłości były wykupywane w dużej mierze przez turystów z Azji, zwłaszcza z Japonii i Chin – i to oni stanowili główną grupę zajmującą przedziały pierwszej klasy. Ale w tym sezonie letnim zostali u siebie. W wielu składach ekspresu lodowcowego nie podróżował ani jeden gość z Japonii czy Chin. W rezultacie, w tym roku można było (i można nadal) przyjść na dworzec kolejowy w jakiejś miejscowości na trasie Glacier Expressu i na kilka minut przed jego odjazdem normalnie kupić bilety oraz miejscówki w kasie czy w automacie – rzecz niewykonalna nigdy przedtem! Podobnie będzie i w nadchodzących miesiącach, przynajmniej do czasu rozpoczęcia sezonu zimowego, który może w większym stopniu zapełnić fotele ekspresu lodowcowego.
Dla porządku trzeba jednak dodać, że jeśli chodzi o drugą klasę Glacier Expressu, to nie tak wiele się zmieniło. W sierpniu 2020 r., podobnie jak i w minionych latach, w wagonach drugiej klasy prawie nie było wolnych miejsc. Drugą klasą podróżowali przede wszystkim sami Szwajcarzy – i właśnie dzięki dużej aktywności turystycznej mieszkańców Szwajcarii można się spodziewać, że koronarwirusowy kryzys w tej dziedzinie gospodarki zostanie dosyć szybko zażegnany.
Szwajcarzy są nacją mobilną, cenią aktywność, ruch i dobrą kondycję fizyczną. Lubią zatem podróżować i bardzo często w ten sposób spędzają czas. A skoro mieszkają w jednym z najpiękniejszych krajobrazowo krajów świata, to zrozumiałe, że chętnie odwiedzają rozmaite rodzime zakątki. Nie można więc powiedzieć, iż w tym sezonie wakacyjnym szlaki turystyczne Szwajcarii świeciły pustkami, co oczywiście poprawiało wyniki osiągane przez gospody, kwatery czy branżę przewodnicką.
W słynnym kurorcie Zermatt pod Matterhornem, w czasie sierpniowej kulminacji turystycznej, ulice były zatłoczone niemal tak jak zakopiańskie Krupówki. „Niemal” – bo Zermatt jest jednak mniejsze od Zakopanego, no i nie można tam dojeżdżać samochodami. Trzeba je zostawiać niżej, w sąsiedniej miejscowości Tasch, na parkingu na prawie 3000 aut (Stamtąd do Zermatt można dojść pieszo albo dojechać pociągiem lub elektryczną taksówką).
W każdym razie, na uliczkach Zermatt nie było widać pandemii i nikt tam nie chodził w maseczkach – tak jak i w innych szwajcarskich miejscowościach (nie wymagają zresztą tego szwajcarskie przepisy). Natomiast w środkach komunikacji publicznej, gdzie maseczki czy przyłbice są obowiązkowe, noszą je wszyscy, bo Szwajcarzy to naród zdyscyplinowanych indywidualistów.
W schroniskach czy tańszych hotelach i pensjonatach w Zermatt bardzo trudno było znaleźć w sierpniu wolne pokoje. Jednak w obiektach droższych, np. czterogwiazdkowych, miejsc już nie brakowało. Przy okazji warto dodać, że do Zermatt już od lat przyjeżdża wielu turystów z Polski – i w tegorocznym sezonie wakacyjnym również było słychać polską mowę na ulicach. Widomym sygnałem tego, że gospodarze zauważają naszą tam obecność, jest napis „Witamy”, na ścianie dworca kolejowego w Zermatt.
No i oczywiście jesteśmy tam nie tylko gośćmi – lecz i pracujemy. Na przykład, recepcją czterogwiazdkowego hotelu „Beau Rivages” należącego do mistrza olimpijskiego w slalomie gigancie z Sarajewa (rok 1984) Maxa Julena, kieruje przemiła pani Ewa, zakopianka, która jedną górską miejscowość zamieniła na drugą, na wyższym poziomie (Zermatt leży na wysokości 1616 metrów nad poziomem morza). Gdy okazało się, że zwolnił się akurat pokój z widokiem na Matterhorn, natychmiast zaproponowała go – bez dopłaty – gościom z Polski, którzy właśnie przyjechali i mieli rezerwację na inny pokój, „bez widoku” (pokoje z widokiem na tę najpiękniejszą górę Alp są zwykle nieco droższe).
Wiele wskazuje na to, że szwajcarska turystyka szybko odrobi straty spowodowane pandemią koronawirusa. Ma wszelkie atuty ku temu: wspaniałą ofertę, wspieraną przez doskonale rozwiniętą infrastrukturę oraz kompetentną kadrę.
Warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden, ważny ale często niedoceniany element – Szwajcaria, choć jest najbardziej innowacyjnym państwem świata (pierwsze miejsce w Globalnym Indeksie Innowacyjności 2020), jest też zarazem „prosta w obsłudze” i życzliwa dla turystów – zwłaszcza tych którzy podróżują z rodzinami i nie mają specjalnego doświadczenia w swobodnym poruszaniu się po obcych krajach.
W Szwajcarii bez problemu można wszędzie trafić i dojechać gdzie się chce, gotówka jest powszechnie akceptowana, bankomaty nie zjadają kart, pociągi, statki i autobusy kursują często i punktualnie, rozkłady jazdy są przejrzyste, zawsze wiadomo z którego peronu czy stanowiska trzeba odjechać, bilety (komunikacyjne, do muzeów, kin itd.) można normalnie kupić w kasie. Automaty oczywiście też są – i niezależnie od tego, czy chodzi o automat biletowy, czy spożywczy, czy np. umożliwiający skorzystanie z przechowalni bagażu, ich obsługa jest zrozumiała nawet dla neandertalczyka.
Wszystko to pozytywnie wyróżnia Szwajcarię choćby na tle sąsiedniej Francji. Dla przykładu – ci, którym na francuskich dworcach kolejowych przyszło dokonywać tak oczywistej czynności jak zakup biletu, wiedzą jaką to może być męką.
Pandemia niszczy turystykę. Z drugiej jednak strony, sprawia, że jest luźniej i taniej. W droższych krajach, takich jak Szwajcaria, daje się to wyraźnie odczuć – co może stanowić całkiem konkretną zachętę do odwiedzin.

Mniej ubogich, mniej też ubezpieczonych

Najmniej ubóstwa w USA jest w gospodarstwach domowych prowadzonych przez małżeństwa złożone z dwóch mężczyzn. Są one zamożniejsze, niż gospodarstwa kobiety i mężczyzny. Największy zasięg ubóstwa panuje w małżeństwach dwóch pań. To cenna wskazówka m.in. przy wyborze rodzin adopcyjnych.
Co nowego u statystyków amerykańskich? Najpierw jednak warto wiedzieć, że w USA funkcjonują trzy ogólnokrajowe agencje (urzędy) statystyczne. Są to: Biuro Spisów Stanów Zjednoczonych (US Census Bureau), Biuro Statystyki Pracy (Bureau of Labor Statistics) podległe Departamentowi (ministerstwu) Pracy oraz Biuro Analiz Ekonomicznych (Bureau of Economic Analysis) podległe Departamentowi Handlu. Każde z nich specjalizuje się w odrębnych dziedzinach. Dzisiaj powiemy o pracach Biura Spisów.
Biuro Spisów pracuje obecnie przede wszystkim nad Powszechnym Spisem Ludności 2020, który w USA przeprowadza się na mocy Konstytucji z 1787 r.
Artykuł I, Rozdział II Konstytucji wzywa do „faktycznego wyliczenia”, które ma być „dokonane w ciągu trzech lat po pierwszym spotkaniu Kongresu Stanów Zjednoczonych, a także w ciągu każdego dziesięcioletniego okresu, w sposób określony przez prawo bezpośrednie”. Jak pisze Biuro „230 lat temu, pieszo, konno, marszałkowie Stanów Zjednoczonych odwiedzili każde gospodarstwo domowe w naszym młodym kraju”.
Ta pierwsza „enumeracja” (spis) odbyła się 1790 r. i przyniosła wielką niespodziankę, gdyż oczekiwano, że liczba ludności ówczesnych Stanów Zjednoczonych wyniesie 2 mln osób, gdyż tymczasem według spisu wyniosła 3,9 mln osób.
W tym roku spisano do tej pory (dokładnie do 24 września br) 95 proc. gospodarstw domowych, w tym 66 proc. w trybie on line, telefonicznie bądź pocztą. Tegoroczny Spis Ludności przebiega pod hasłem: Historia spisów to historia Ameryki.
Według wstępnych szacunków liczba ludności USA wynosi obecnie 330 mln osób. W ciągu minionych 10 lat przybyło więc 10 mln osób.
Biuro Spisów ogłosiło, że wskaźniki ubóstwa w USA są obecnie najniższe od 1959 r. i wynoszą średnio 10,5 proc., w tym dla Latynosów 15,7 proc, a dla osób czarnoskórych 18,8 proc. Dla Azjatów wskaźnik ten wynosił 7,3 proc. Natomiast dla rasy białej nielatynoskiej – najmniej, bo 7,2 proc. (podobnie jak w 1973 r. i 2000 r.).
Udział osób czarnoskórych wśród ogółu ludności USA wynosi 13,2 proc. natomiast wśród ludności ubogiej, 23,8 proc. Wśród Latynosów udział w ogólnej liczbie ludności wynosił 18,7 proc., natomiast wśród ludności ubogiej aż 28,1 proc. Te dysproporcje są szczególnie wyraźne wśród dzieci i osób starszych powyżej 65 lat.
Od 2008 r. mediana dochodów gospodarstw domowych osób czarnoskórych wzrosła o 14,1 proc. w porównaniu z 24,3 proc. dla ludności latynoskiej i 11,1 proc. dla ludności białej. W sumie liczba osób żyjących w ubóstwie w USA wyniosła w 2019 r. – 34 mln, czyli o 4,2 mln osób mniej niż w 2018 r.
Biuro Spisów ogłosiło również dane dotyczące dochodów gospodarstw domowych par osób tej samej płci w porównaniu z małżeństwami. Wśród gospodarstw domowych małżeństw osób tej samej płci, 47 proc. stanowiły pary mężczyzn, a 53 proc. pary kobiet.
Wśród gospodarstw domowych małżeństw osób płci odmiennej i tej samej płci, wskaźniki ubóstwa nie różniły się istotnie. Jednak gospodarstwa domowe pary mężczyzn miały niższy wskaźnik ubóstwa niż małżeństwa osób płci odmiennej. Natomiast gospodarstwa domowe pary kobiet miały wskaźnik ubóstwa wyższy niż par osób płci odmiennej.
Różnice te częściowo mogą wynikać, jak stwierdza Biuro Spisów, ze struktury gospodarstw, zwłaszcza z liczby dzieci. Około 38 proc. gospodarstw domowych będących małżeństwami osób płci odmiennej posiada bowiem dzieci poniżej 18 lat, podczas gdy w przybliżeniu w gospodarstwach domowych małżeństw tej samej płci , tylko 9,3 proc. męskich i 26,5 proc. żeńskich miało dzieci. A utrzymanie dzieci kosztuje.
Niezależnie od wskaźnika ubóstwa, w obu kategoriach wiekowych (do i powyżej 65 lat) małżeństwa tej samej płci miały wyższą medianę dochodu niż małżeństwa płci przeciwnej.
Biuro Spisów opublikowało też ciekawe dane na temat dzieci w rodzinach. Spośród 1,1 mln par osób o tej samej płci, 14,7 proc. miało co najmniej jedno dziecko w swoim gospodarstwie domowym (w sumie 292 tysiące) – w porównaniu z 37,8 proc. gospodarstw należących do par o płci przeciwnej.
Na podstawie badań statystycznych Biura Spisów ogłoszono również, że sposród tzw. młodych dorosłych w wieku 25-34 lat, aż 17,8 proc. mieszkało we wspólnym gospodarstwie domowym ze swoimi rodzicami.
Tych wspólnych gospodarstw domowych było w 2019 r. 25,5 mln. Stwierdzono także, że w ten sposób zapewniono ich stabilność ekonomiczną oraz że osoby w tej grupie wiekowej miały czas na ukończenie szkoły, rozpoczęcie pracy i założenie własnego gospodarstwa domowego, już niezależnego od rodziców. Wskaźnik ubóstwa tych młodych ludzi zamieszkujących z rodzicami wynosił zaledwie 5,3 proc., co jest wartością niższą niż wskaźnik ubóstwa średnio dla wszystkich rodzin. Co oznacza, że ci młodzi także wnosili swoje dochody do gospodarstwa.
Dla informacji: próg ubóstwa w 2019 r. w USA to 19.998 dolarów na statystyczne gospodarstwo domowe rocznie a dla gospodarstwa czteroosobowego – 26.172 USD rocznie.
Według tegoż Biura Spisów oraz Biura Statystyki Pracy, mediana realnych zarobków pełnoetatowych pracowników wzrosła w 2019 r. w porównaniu z rokiem poprzednim o 0,8 proc. Zarobki kobiet były o 18 proc. niższe niż mężczyzn. Dochody gospodarstwa domowego w skali rocznej, także licząc według mediany (czyli wartości środkowej) wyniosły 68.703 USD.
Biuro Spisów wspólnie z American Community Survey (Program Badań Demograficznych) jak co roku prowadzi także badania statystyczne w zakresie ubezpieczeń zdrowotnych. Ubezpieczenia takie w 2019 r. posiadało 92 proc. osób. W tym 55 proc. to ubezpieczeni przez pracodawców. Prawie 20 proc. (mniej niż w 2018 r.) stanowią ubezpieczeni w ramach systemu Medicaid (wprowadzonego za prezydentury Obamy).
9,2 proc. osób w USA, czyli 29,6 mln nie posiadało żadnego ubezpieczenia zdrowotnego – i liczba ta była wyższa niż w 2018 r.

Gospodarka 48 godzin

Za wierną służbę
W dawnej telewizji publicznej, przejętej przez partyjne czołówki obozu władzy, bardzo wzrosło wynagrodzenie zarządu. W ubiegłym roku, jak wynika z informacji portalu Wirtualnemedia.pl, zarząd TVP zarobił w sumie 2,18 mln zł, prawie trzy razy więcej niż rok wcześniej . To zrozumiałe, bo wierna służba dla partyjnych mocodawców z PiS musi się opłacać.

Wzrost nierówności
W Polsce od trzech lat rośnie zróżnicowanie dochodów ludności mierzone współczynnikiem Giniego. W 2017 wynosiło 0,298, w 2018 – 0,299, w ubiegłym: 0,301. W 2019 roku dochód wyższy od średniej krajowej wystąpił w województwach: mazowieckim, dolnośląskim, śląskim oraz pomorskim. Jak zwykle, najwyższym dochodem, za sprawą Warszawy, dysponowały gospodarstwa domowa z województwa mazowieckiego – 2108 zł miesięcznie na osobę. To o 16 proc. więcej, niż przeciętny dochód w gospodarstwie domowym na osobę, liczony dla całej Polski. Najniższe dochody uzyskiwały zaś gospodarstwa z matecznika PiS: województwa podkarpackiego – tylko 1471 zł na osobę miesięcznie. Jak widać, utrzymywanie ludzi w biedzie to skuteczny sposób PiS na zyskiwanie ich poparcia. .

„Zbrodnia” sędziego
9 czerwca 2020 r. ma odbyć się posiedzenie Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego w sprawie uchylenia immunitetu sędziego Igora Tuleyi. „Apelujemy do sędziów, aby przyjechali w ten dzień przed Sąd Najwyższy, a jeśli mają rozprawy – zarządzili 30 minut przerwy w geście solidarności z sędzią Igorem Tuleyą” – czytamy w stanowisku zarządu Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia”. W przeddzień posiedzenia, w całej Polsce planowane jest 150 demonstracji w dozwolonej liczbie do 150 osób. Wniosek o uchylenie immunitetu sędziemu Igorowi Tuleyi ma związek z jego orzeczeniem w sprawie głosowania w Sali Kolumnowej Sejmu, w którym to orzeczeniu wytknął prokuraturze przedwczesne umorzenie śledztwa. W odpowiedzi podporządkowana PiS prokuratura chce mu przedstawić zarzuty karne, że… umożliwił mediom wysłuchanie orzeczenia w tej sprawie. „Nie damy się złamać. Politycy nie mogą ingerować w wyroki” – oświadczają sędziowie z Iustitii. O uchyleniu immunitetu ma orzekać Izba Dyscyplinarna SN. Izba ta w świetle postanowienia Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej nie powinna orzekać w sprawach dyscyplinarnych. Uznaje się jednak za uprawnioną do orzekania w sprawach o uchylenie immunitetu. “Takie wybiórcze traktowanie orzeczenia Trybunału Sprawiedliwości UE przez osoby kierujące Sądem Najwyższym, których polityczna przeszłość jest powszechnie znana, stanowi kontynuację strategii politycznej niszczenia niezależności sądownictwa i naigrywania się z możliwości działania europejskich instytucji. Przestrzegam, że konsekwencje z tym związane dotkną wszystkich Polaków. Od instytucji europejskich oczekuję zrozumienia, że działania te są elementem realizowanego od kilku lat, krok po kroku, politycznego planu” – mówi prof. Krystian Markiewicz, prezes Stowarzyszenia Iustitia.

Kto może, niech oszczędza

Z jednej strony, Polacy deklarują, że planują zwiększanie oszczędności, z drugiej zaś, życie zmusza ich do tego, by coraz częściej przejadać to, co udało się im odłożyć.

Przełom roku to tradycyjnie dobry czas na składanie rozmaitych noworocznych postanowień.
Jak zbadano, na szczycie listy naszych planowanych zamierzeń znajdują się z reguły: rozpoczęcie nowej pracy, wprowadzenie zdrowego stylu życia, lepsza i uporządkowanie swego czasu, a także oszczędzanie pieniędzy.
Bezpieczeństwo najpierw
Plany związane z lepszym zarządzaniem domowym budżetem ma prawie połowa z nas – pokazuje zeszłoroczny raport Deutsche Banku,. Przede wszystkim chcemy zacząć samodzielnie odkładać na emeryturę (19 proc. odpowiedzi) oraz umieszczać swe środki pieniężne na lokatach terminowych (16 proc.). Znacznie rzadziej myślimy o inwestowaniu, co pokazuje, że w dalszym ciągu boimy się – i słusznie – podejmować ryzyko finansowe.
Cały czas nie najlepiej wyglądają oszczędności Polaków na tle sąsiadów. Stopa oszczędności w naszym kraju w ostatnich latach wahała się w okolicach 2%, podczas gdy średnia dla całej Unii Europejskiej wynosi ok. 5-6%, a najbogatsze kraje UE osiągają nawet więcej niż 10% – zgodnie z niezmienną reguła, że ci co zarabiają najwięcej, także i odkładają najwięcej.
Spośród państw „nowej Unii „ tylko Łotwa, Litwa i Cypr mają ten wskaźnik na niższym niż Polska poziomie. Co ciekawe, niewiele więcej oszczędności (w stosunku do swoich zarobków) od Polaków mają Brytyjczycy i Finowie.

Z góry czy z dołu?

– Warto zauważyć, że w latach 2009-2019 blisko trzykrotnie wzrosła liczba rodaków, którym udaje się regularnie odkładać przynajmniej niewielkie kwoty, a towarzyszy temu jednoczesny spadek odsetka osób popadających w długi – komentuje ekspert Artur Frelek.
Oszczędzanie to proces, który nie zależy wyłącznie od wysokości naszych dochodów ani silnej woli. Jesteśmy skuteczni w oszczędzaniu, jeśli założyliśmy, że co miesiąc odłożymy np. 10% naszych przychodów i faktycznie tak się dzieje. Plan jest niby prosty, ale w rzeczywistości niewielu się to udaje. Przyczyny mogą leżeć w naszej naturze, wzorcach wyniesionych z domów lub zwyczajnie wynikać ze złej strategii – a przede wszystkim biorą się stąd, że po prostu generalnie za mało zarabiamy.
Zrozumiałe, że większość z nas stara się odłożyć pieniądze dopiero na koniec miesiąca − z tego, co zostanie po uregulowaniu należności, rachunków i po prostu codziennym życiu. Jest to tzw. oszczędzanie resztowe.
– Jeśli jednak odwrócimy tę zasadę o 180 stopni i przykładowe 10% z naszych przychodów przekierujemy na bezpieczny rachunek oszczędnościowy na początku miesiąca, jeszcze przed koniecznymi płatnościami, to istnieje naprawdę duże prawdopodobieństwo, że plan się powiedzie (tzw. oszczędzanie z dołu). Może warto więc spróbować? – mówi Dominika Nawrocka z bloga Kobieta i Pieniądze.

Porządki w domowym budżecie

Generalnie, niełatwo dotrzymać noworocznych deklaracji. Często uważamy, że mamy zbyt niskie przychody, które uniemożliwiają nam odłożenie jakiejkolwiek sumy pieniędzy. Czy jednak tak jest naprawdę?
Warto w takim przypadku krytycznie przyjrzeć się swoim kosztom życia, szukając przestrzeni na uzyskanie dodatkowych oszczędności – oraz aktywnie zwiększać przychody (co oczywiście jest trudne). Dobre zarządzanie budżetem domowym to jedna z kluczowych umiejętności w całym procesie oszczędzania, dlatego, że budżet domowy może być naturalnym źródłem naszej nadwyżki finansowej. Gromadzenie oszczędności to proces wieloetapowy i wymagający od nas dość dużej aktywności. Dzięki temu zyskujemy nie tylko pieniądze, ale też wiedzę i doświadczenie, a to się może przydać na drodze do osiągania naszych długoterminowych celów finansowych.

A może nie oszczędzać?

Z pewnością pozytywną wiadomością jest to, że jak podaje GUS, nastąpił wzrost ocen dotyczących możliwości przyszłego oszczędzania pieniędzy (o 3,9 punktu proc).
Mimo rosnącej świadomości dotyczącej oszczędzania, wciąż jedynie połowa Polaków odkłada pieniądze. Reszta po prostu nie ma z czego. Jedynie co 25 osoba odkłada pieniądze z myślą o emeryturze, a jedna na 10 uzupełnia swój domowy budżet, sięgając po oszczędności.
Niepokoi natomiast to, że w ciągu ostatniego dziesięciolecia zauważalnie zwiększyła się liczba Polaków, którzy zmuszeni są sięgać po oszczędności, by załatać domowy budżet – z 9,2 proc. do 11 proc.
Wszyscy namawiają nas do oszczędzania, ale wydaje się, że strategia nie oszczędzania pieniędzy na jesień życia też ma racjonalne strony. Lepiej przecież wydawać pieniądze na różne miłe strony życia wtedy, kiedy jeszcze mamy siły i zdrowie aby z nich korzystać.

Więcej zarabiamy, bardziej się zadłużamy

Pomimo stopniowego wzrostu średniego poziomu dochodów Polaków, prywatne oszczędności obywateli rosną powoli.

Rosnące ceny żywności, mieszkań i paliw to największe zmartwienie Europejczyków. Nasz kraj nie jest niestety zieloną wyspą cenową.
W Polsce ​wywóz śmieci jest już o 27 proc. droższy niż przed rokiem, za wycieczki turystyczne płacimy już o 6,8 proc. więcej, usługi transportowe, lekarskie oraz fryzjerskie i kosmetyczne to średnio wzrost o 5,7 proc. (przy inflacji na poziomie 2,9 proc.) – wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego.
Jak więc oszczędzać więcej w czasach, gdzie galopująca drożyzna zjada portfele Polaków?
Stopa oszczędności w Polsce w ostatnich latach wahała się w okolicach 2 proc., podczas gdy średnia dla całej Unii Europejskiej wynosiła ok. 5-6 proc., a najbogatsze kraje UE osiągają nawet więcej niż 10 proc.
Z badanych przez Europejski Urząd Statystyczny państw, tylko Łotwa, Litwa i Cypr mają ten wskaźnik na niższym niż Polska poziomie. Co ciekawe, niewiele więcej oszczędności (w stosunku do swoich zarobków) od Polaków mają Brytyjczycy (5,16 proc.) i Finowie (6,16 proc.).
Jednak w latach 2009-2019 blisko trzykrotnie wzrosła liczba naszych rodaków, którym udaje się regularnie odkładać przynajmniej niewielkie kwoty. Towarzyszy temu jednoczesny spadek odsetka osób popadających w poważne długi (choć sama wartość naszego zadłużenia nieco rośnie). Jest to związane ze wzrostem średniego wynagrodzenia brutto, które w 2019 r. przekroczyło 5 tys. zł – i tylko w ciągu ostatnich 10 lat wzrosło ono o ok. 60 proc., choć trzeba pamiętać, że ponad dwie trzecie Polaków zarabia mniej niż owa średnia.
Z badania „Nawyki finansowe Polaków, czyli na czym lubimy oszczędzać” zrealizowanego dla BIG InfoMonitor przez Quality Watch wynika, że ponad 50 proc. mieszkańców Polski w ramach oszczędności kupuje głównie na promocjach. Bezpłatne parkowanie to sposób na oszczędzanie dla 40 proc. Polaków (choć oczywiście każdy, kto tylko może, stara się parkować bezpłatnie), a powstrzymywanie się od zostawiania napiwków deklaruje 35 proc. (naturalnie tylko z tej niewielkiej grupy, która chodzi do rozmaitych lokali). Około 63 proc. Polaków deklaruje, że posiada oszczędności, a ich wysokość jest zwykle mniejsza niż półroczne dochody.
41 proc. respondentów odpowiedziało, że pieniądze odkłada „na wszelki wypadek/na zapas”. Okazuje się, że dla ponad połowy z nas główną zaletą oszczędzania jest większe poczucie bezpieczeństwa.
Znacznie mniej osób wskazywało na inne cele. Warto zauważyć, że udział składki ubezpieczeń na życie w wydatkach polskich konsumentów zanotował spadek, szczególnie gdy porówna się to z kilkudziesięcioprocentowym wzrostem średniego poziomu wynagrodzeń.
Zapewne wynika to z tego, że polskie społeczeństwo coraz bardziej się starzeje, zaś towarzystwa ubezpieczeniowe nie chcą ubezpieczać ludzi starszych od następstw chorób i nieszczęśliwych wypadków. Ci natomiast nie są specjalnie zainteresowani ubezpieczaniem się tylko na wypadek własnej śmierci, rozumiejąc, że żaden z tego dla nich pożytek.

Chwiejna, ale równowaga

Pod rządami PiS polska gospodarka rozwija się coraz wolniej, ale szeroko reklamowana propagandowo równowaga wydatków i dochodów, została zapisana w projekcie przyszłorocznej ustawy budżetowej.

Jak zachwala rząd, przygotowany na przyszły rok budżet jest prospołeczny i prorozwojowy.
W projekcie ustawy budżetowej zaplanowano dochody – 429,5 mld zł, oraz wydatki również – 429,5 mld zł. Wprawdzie wiele państw Unii Europejskiej, korzystając z dobrej koniunktury ostatnich lat, osiągnęło już nadwyżkę budżetową, ale w Polskich warunkach już ta teoretyczna równowaga budżetowa jest sukcesem. Teoretyczna – bo nie brak opinii, że w przyszłym roku budżet trzeba będzie nowelizować.
Równowaga nie oznacza jednak całkowitego wyeliminowania deficytu. Otóż deficyt sektora finansów publicznych (według metodologii unijnej) ma ukształtować się na poziomie 0,3 proc. naszego produktu krajowego brutto.
Rząd zakłada, że w przyszłym roku PKB naszego kraju zwiększy się, w ujęciu realnym, tylko o 3,7 proc. Będzie to zatem wzrost znacznie wolniejszy niż w ostatnim okresie. Przypomnijmy, że w ubiegłym roku tempo wzrostu polskiej gospodarki wynosiło jeszcze 5,1 proc, w tym roku spadnie do najwyżej 4,4 proc., zaś w przyszłym roku będzie znowu dużo wolniej.
Jednocześnie pójdą w górę ceny. Średnioroczny wzrost cen towarów i usług konsumpcyjnych rząd zaplanował na 2,5 proc. ale już dziś widać, że to stanowczo zbyt optymistyczne założenie, gdyż dobrze będzie jeśli wzrosną nie więcej niż o 3 proc.
Mimo wzrostu cen, Polacy, według rządu, wciąż będą dużo kupować. Przewiduje się nominalny wzrost spożycia prywatnego o 6,4 proc. (faktycznie będzie zapewne o połowę mniejszy).
Na prognozowane dochody będzie miał wpływ wolniejszy niż dotychczas wzrost gospodarczy i przewidywany wzrost inflacji, a także działania nieco zmniejszające podatek dochodowy. Chodzi tu o zwolnienie z podatku przychodów z pracy i umów zlecenia osób poniżej 26 roku życia do kwoty 85 528 zł (od sierpnia 2019 r.), obniżenie stawki podatkowej dla pierwszego progu podatkowego na skali podatkowej z 18 do 17 proc. (od października 2019 r.), oraz podwyższenie kosztów uzyskania przychodu (od października 2019 r.). Wszystko to będzie miało wpływ na przyszłoroczne finanse naszego państwa.
Natomiast czynnikiem pozytywnie wpływającym na dochody budżetu będzie dalszego uszczelnianie systemu podatkowego.
Mimo sprowadzenia wydatków budżetowych do poziomu planowanych dochodów, Rada Ministrów zapewnia iż w przyszłym roku zapewniono niezbędne środki finansowe zarówno na kontynuację dotychczasowych programów jak i na realizację nowych. Chodzi tu zwłaszcza o utrzymanie rozszerzonego programu „Rodzina 500+”, który od 1 lipca 2019 r. obejmuje wszystkie dzieci do 18. roku życia bez kryterium dochodowego, finansowanie świadczenia uzupełniającego dla osób niezdolnych do samodzielnej egzystencji, podwyższenie zasiłku pielęgnacyjnego oraz wzrost kryterium dochodowego uprawniającego do świadczenia z funduszu alimentacyjnego. Wydatki budżetowe zwiększy także wypłata uzupełniającego świadczenia rodzicielskiego dla osób, które wychowały co najmniej czworo dzieci i ze względu na długoletnie zajmowanie się potomstwem nie wypracowały emerytury w wysokości odpowiadającej co najmniej kwocie najniższego świadczenia emerytalnego.
Rząd planuje też waloryzację świadczeń emerytalno-rentowych od 1 marca 2020 r. , według wskaźnika waloryzacji na poziomie 103,24 proc.., a także zwiększenie limitu wydatków na obronę narodową. W tym sektorze . zaplanowano o około 5 mld zł środków więcej w stosunku do 2019 r – co niektórzy ekonomiści z prof. Grzegorzem Kołodką na czele, uważają za szkodliwy nonsens. Po stronie wydatków uwzględniono też wsparcie finansowe przewozów autobusowych oraz tradycyjnie, budowę kanału łączącego Zalew Wiślany z Zatoką Gdańską.