Izba rządzi, Izba radzi…

PiS-owska władza konstruuje instrument finansowy i administracyjny, który ma podzielić Polaków – co władza lubi robić – i zapewnić jej bardzo znaczący wpływ na środowiska artystyczne. Dotychczas władza realizuje raczej zasadę: „Niech sczezną artyści”.
W resorcie kultury powstał projekt ustawy o uprawnieniach artysty zawodowego. Został on skierowany do konsultacji międzyresortowych i publicznych. Deklarowanym przez rząd celem tej ustawy ma być poprawa sytuacji bytowej artystów w Polsce poprzez ułatwienie im korzystania z ubezpieczenia społecznego i zdrowotnego. To jakoby jest powrót do pomysłu nad którym rząd PiS miał ponoć pracować już ponad rok temu (wygląda na to, że pracował w wielkiej tajemnicy, bo wtedy jakoś nikt o tym nie słyszał).
W rzeczywistości jednak, obecny ministerialny projekt ustawy stanowi próbę „przykrycia” przez rząd – a może raczej przechwycenia – podobnej inicjatywy, którą rzeczywiście zaprezentowali posłowie Platformy Obywatelskiej pod koniec listopada 2020 r. Wkrótce bowiem po przedstawieniu tego projektu przez posłów PO, minister kultury i wicepremier Piotr Gliński ogłosił (na początku grudnia 2020 r.), że praktycznie taki sam projekt jest już gotowy w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego, ba, był w zasadzie gotowy już w 2019 r., a co więcej, został nawet skonsultowany ze środowiskiem twórców i za chwilę trafi do wykazu prac rządu. Trafi tam jeszcze w grudniu 2020 r. – zapewnił wówczas Piotr Gliński. Opozycyjna Koalicja Obywatelska po raz kolejny się więc wygłupiła – mówił wicepremier Gliński w tymże grudniu.
Ciekawe dlaczego rząd PiS postanowił umieścić projekt ustawy o uprawnieniach artysty zawodowego w wykazie swych prac dopiero po tym, jak Platforma Obywatelska przedstawiła własny projekt?. Przecież rząd, jak zapewniał wicepremier Piotr Gliński, przygotował go już dużo wcześniej. Na to pytanie nie było jednak odpowiedzi, a w rzeczywistości, projekt ustawy dopiero pod koniec kwietnia bieżącego roku znalazł się w wykazie prac legislacyjnych i programowych Rady Ministrów. Natomiast jeszcze później, bo teraz w maju został przedstawiony przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego (projekt ustawy ma datę 3.05.2021). Przypomnijmy, wicepremier Gliński zapewniał, że projekt trafi do wykazu prac rządu w grudniu 2020 r.
Również dopiero teraz ministerstwo kultury ogłosiło, że kieruje projekt do konsultacji, które, jak także oświadczył w grudniu wicepremier Piotr Gliński, zostały już ponoć przeprowadzone. No cóż, konsultacji nigdy dosyć, zwłaszcza w wykonaniu tak koncyliacyjnej i szanującej wszelkie odmienne opinie PiS-owskiej władzy… Ciekawe, w jakim stopniu PiS-owski projekt ustawy jest kopią projektu przedstawionego w listopadzie 2020 r. przez posłów PO?.
Przyjęcie PiS-owskiego projektu ustawy o uprawnieniach artysty zawodowego będzie wymagać wprowadzenia nowego podatku od sprzętu elektronicznego (komputerów, tabletów, telefonów, „inteligentnych” telewizorów i innych urządzeń elektronicznych umożliwiających korzystanie z dorobku artystów) oraz od takich nośników jak płyty czy pendrajwy z utworami. Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego stwierdziło bowiem, że koszty rozwiązań projektowanych w ustawie o uprawnieniach artysty zawodowego zostaną sfinansowane z wpływów z opłaty reprograficznej i opłaty od nośników.
Zdaniem resortu kultury, opłata reprograficzna to będzie tzw. „rekompensata na rzecz uczciwej kultury” uiszczana przez producentów i importerów sprzętu elektronicznego. Producenci i importerzy zechcą oczywiście odbić sobie koszty tej rekompensaty na konsumentach, podnosząc im ceny. Droższe ceny sprzętu i nośników elektronicznych zmniejszą popyt, więc w rezultacie zwiększy się wykluczenie cyfrowe Polaków i pogorszy ich dostęp do dóbr kultury. Mimo to jednak Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, zaklinając rzeczywistość oświadcza: „Koszty projektowanych rozwiązań nie obciążą podatnika”. Obciążą, obciążą – i to nie tylko finansowo, lecz i kulturowo…
Zgodnie z projektem ustawy o uprawnieniach artysty zawodowego, każdej osobie profesjonalnie wykonującej działalność artystyczną, która potwierdzi, że ma udokumentowany dorobek artystyczny lub jest absolwentem studiów drugiego stopnia uczelni artystycznej, przysługiwać będą uprawnienia wynikające z ubezpieczenia społecznego (emerytura) oraz zdrowotnego (bezpłatne leczenie).
Artyści będą mogli potwierdzić te uprawnienia wskazując dorobek artystyczny, który poświadczą wybrane przez nich reprezentatywne stowarzyszenia artystyczne lub związki twórcze. Natomiast rozpoczynający dopiero karierę absolwenci uczelni artystycznych przez pięć lat od ich ukończenia będą mogli, zamiast dorobku, przedłożyć dyplom ukończenia uczelni.
Instytucją zarządzającą wszystkimi formalnościami będzie Polska Izba Artystów. Zgodnie z ustawą, Polska Izba Artystów to urząd państwowy, nadzorowany przez rząd w osobie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. 14 z 21 członków Rady Izby będzie reprezentantami organizacji artystycznych – ale tylko tych, które rząd uzna za „reprezentatywne”. Pozostałych członków powołają rząd i Zakład Ubezpieczeń Społecznych. Minister będzie mógł jednak rozwiązać całą 21-osobową Radę Izby. Cała Rada Izby będzie też zobowiązana do wykonywania zaleceń wydanych w ramach nadzoru ministerialnego.
Polska Izba Artystów stanie się organem o wielkich uprawnieniach wobec artystów. Ma się zajmować sprawami związanymi z potwierdzaniem uprawnień artysty zawodowego, będzie decydować o wydaniu im karty artysty zawodowego i o dopłatach do składek na ubezpieczenia społeczne oraz zdrowotne twórców. Parafrazując, bardzo udany utwór artystyczny jakim była „Seksmisja”, można by więc zawołać: Izba broni, Izba radzi, Izba nigdy was nie zdradzi (o ile będziecie grzeczni).
Również wspomniane w projekcie ustawy „reprezentatywne” stowarzyszenia artystyczne lub związki twórcze zyskają niezwykle ważne kompetencje władcze wobec artystów. Szefowie tych stowarzyszeń będą przecież decydować o weryfikacji dorobku artystycznego każdego artysty i od ich opinii zależeć będzie, co zostanie uznane za ów dorobek, dający prawo do ubezpieczeń społecznych i zdrowotnych, a co nie. Oczywiście nie trzeba dodawać, że szczególną pozycję w tym dorobku będą mieć dzieła o wymowie patriotycznej, pokazujące bezprzykładne bohaterstwo żołnierzy wyklętych oraz obalenie komuny przez Jarosława Kaczyńskiego.
Tak więc poprawi się sytuacja życiowa artystów, zwłaszcza tych bardziej dyspozycyjnych i mniej znanych (o ile dożyją do emerytury, co nie jest pewne, gdyż pod panowaniem PiS wyraźnie skraca się czas życia Polaków) – ale staną się oni znacznie bardziej uzależnieni od władzy niż dotychczas. W rzeczywistości, jest to powrót do rozwiązań obowiązujących w PRL-owskiej Polsce, tak chętnie stosowanych przez „antykomunistyczną” (tylko w teorii) ekipę PiS-owską.
Rząd, chcąc uniknąć zarzutów o powielanie rozwiązań z czasów „komuny” oświadcza dziś, że potwierdzenie uprawnień nie będzie jednak obowiązkowe. Nie będzie też warunkiem uprawiania zawodowej działalności artystycznej. Jednak takie warunki faktycznie nie były obowiązkowe także i w czasach PRL-owskich. Natomiast PiS, do czego dziś przyznaje się niechętnie, już w 2019 r. rozważało wprowadzenie państwowych licencji dla artystów.
Kompozytor Jerzy Kornowicz twierdzi: „Nie chodzi nam o żadne przywileje, tylko o sprawiedliwość społeczną. Dzięki pracy twórców sprzedaje się więcej urządzeń elektronicznych, które pozwalają na darmowy dostęp do dóbr kultury. Zarabiają na tym producenci i dystrybutorzy sprzętu. Rzecz w tym, żeby artyści mieli szansę na uczciwą rekompensatę za swoją pracę, która generuje zysk dla innych sektorów. Po latach zastoju Polska ma szansę na nadgonienie cywilizacyjnych zaległości. Na razie, systemowo rzecz biorąc, wciąż jesteśmy krajem, w którym nowoczesnym nośnikiem jest kaseta video”.
W rzeczywistości, wbrew słowom pana kompozytora Jerzego Kornowicza, w Polsce raczej trudno gdziekolwiek odtworzyć kasetę wideo, nie mówiąc o tym, że nikt nie uważa tego nośnika za nowoczesny. Nie zmienia to jednak faktu, że około 60 proc. twórców w naszym kraju znajduje się w trudnym położeniu, zwłaszcza w czasie pandemii. Zarobki tych 60 proc. również w normalnych czasach sytuowały się poniżej średniej krajowej, a część środowiska zarabia nawet poniżej płacy minimalnej.
Ponadto większość, bo 54 proc. artystów pracuje na umowach o dzieło, zaś około 30 proc. w ogóle bez żadnej umowy. Wszyscy oni muszą samodzielnie opłacać składki na ubezpieczenia emerytalne i zdrowotne. Jedynie ok. 15 proc. twórców ma umowę o pracę na czas nieokreślony. Jak widać, Prawo i Sprawiedliwość, rządząc od ponad pięciu lat, z powodzeniem realizuje hasło: „Niech szczezną artyści”.
Pisarz Zygmunt Miłoszewski powiedział: „Popieram ustawę, choć sam na niej raczej nie skorzystam. To nie jest też ustawa dla Krystyny Jandy czy Zbigniewa Hołdysa. Wielu artystów żyje bez ubezpieczenia społecznego i zdrowotnego. Ustawa daje szansę to zmienić. Daje artystom szansę na emeryturę. Dlatego mamy tu do czynienia z bezprecedensową solidarnością środowiska, lewicy i prawicy, nestorów i młodych wilków”.
Natomiast reżyserka i scenarzystka Joanna Kos-Krauze dodała: „Napisy końcowe w filmie to jeden wielki wyrzut sumienia, który powinni mieć wszyscy dotychczasowi ministrowie kultury. To tysiące ludzi – twórców – których często nie stać na ubezpieczenie społeczne i zdrowotne. Solidarność środowiska jest wynikiem naszej desperacji, bo dość mamy sytuacji, w których organizuje się zrzutkę na szpital czy pogrzeb wybitnego artysty. Opłacani przez biznes lobbyści tworzą kłamliwą narrację o podatku na pałace. Pałace budujemy sprzedawcom smartphonów, którzy bogacą się dzięki pracy artystów. Musimy być tego świadomi i działać solidarnie”.
Rzecz jednak w tym, że ta ustawa niestety nie sprzyja solidarności. Może ona sprawić, że Polacy staną się podzieleni i zantagonizowani jeszcze bardziej niż dziś. Dzielić – to zresztą jedna z zasad, jakimi w praktyce kierują się prominenci Prawa i Sprawiedliwości w trakcie swojego panowania. W Polsce setki tysięcy obywateli pracują bez etatów, ubezpieczeń oraz szans na emeryturę. Ponieważ jednak nie są oni artystami i ich głos jest znacznie mniej donośny, władza nie zamierza kupować ich poparcia poprzez objęcie ich ubezpieczeniem społecznym i zdrowotnym. Oni nadal pozostaną na marginesie.
Ustawa o uprawnieniach artysty zawodowego da też asumpt do wyszydzania niepokornych artystów przez PiS-owską telewizyjną machinę propagandową. Większość twórców, tak jak i całego społeczeństwa (poparcie dla PiS oscyluje w granicach 30 – 35 proc.), jest przeciwna panowaniu PiS. Gdy więc artyści, krytyczni wobec PiS, zechcą skorzystać z rozwiązań zapisanych w ustawie, to partyjna telewizja „publiczna” zacznie ich atakować na zasadzie: krytykują władzę, ale pieniądze od tej władzy wezmą chętnie.
Tak jakby PiS-owska władza kiedykolwiek komukolwiek „dawała” coś swojego.

Krzysztof Krawczyk 1946 – 2021

Oczywiście nie udaję, że powiadamiam Szanownych Czytelników o zgonie Krzysztofa Krawczyka, który zmarł 5 kwietnia, bo media, z elektronicznymi na czele, od lewa do prawa i od góry do dołu, nie tylko obficie o tym smutnym fakcie informowały, ale zaprezentowały bogatą, pośmiertną falę wspomnień o piosenkarzu, a nadto pochowano go w oficjalnym trybie katolicko-państwowym jako artystę zasłużonego.

Niecelowe byłoby też przypominanie jego bogatej życiowo i artystycznie biografii, która w ramach samej tylko Wikipedii zajmuje objętość nie aż tak wiele mniejszą niż biografia Adama Mickiewicza.
Aliści, choć nie był Krawczyk jakąś szczególną postacią z mojej muzycznej bajki, to nie zapomnę tzw. pocztówki dźwiękowej (wspomnienie z zamierzchłych czasów – były to cienkie płyty dźwiękowe wykonane z giętkiego tworzywa sztucznego, niektóre z obrazkiem, zazwyczaj tzw. single, z zarejestrowanymi na nich przebojami, masowo sprzedawane na targowiskach) koloru szaro-liliowego, z piosenką popularnych naówczas „Trubadurów”, do których wtedy należał. Były wakacje 1971 i tej piosenki „Znamy się tylko z widzenia” słuchałem do upojenia, a także innej piosenki z tamtych czasów, „Cóż my wiemy o miłości”. Później i „Trubadurzy „ i sam Krawczyk, który od roku 1973 rozpoczął karierę solową, zniknęli z bliskiego mi pola widzenia, choć słuchane w radiu „Parostatek”, „Rysunek na szkle” czy „Byle było tak” (wszystkie trzy z jednego 1976 roku) mocno wryły mi się w muzyczną pamięć.
I niezależnie od tego, jakie były losy Krzysztofa Krawczyka, niezależnie od tego, że przy jego naprawdę dobrym głosie i nieprzeciętnej muzykalności niektórzy nazywali go „królem kiczu” (fani nazywali go polskim Presleyem lub polskim Tomem Jonesem), jestem wdzięczny Jego pamięci za te kilka co najmniej wzruszeń muzycznych czasów młodości. Te wrażenia z wiekiem i w dekadenckiej nieco atmosferze pandemii coraz częściej do mnie wracają.
I jeszcze jedno. Radykalne przeobrażenia jakim podlega współczesny świat sprawiają coraz częściej, że rozmaite zjawiska kultury, które kilkadziesiąt czy kilkanaście jeszcze lat ocenialiśmy krytycznie, a nawet złośliwie, nabrały wraz z upływem czasu, patyny i niejednokrotnie mocno niespodziewanie awansowały do rangi szanowanego dziedzictwa przeszłości. Nie potrafię powiedzieć, kiedy zjawisko to pojawiło się, ale nabrało na sile wraz z XXI wiekiem. Może dlatego, że wtedy to, analitycy, obserwatorzy i kronikarze kultury zauważyli z całą jasnością, że świat starej kultury staje się coraz bardziej światem „zaginionym”, którego pamięć trzeba utrwalić, bo sama rejestracja na nowoczesnych nośnikach technologicznych o wszystkim nie rozstrzyga. Krzysztof Krawczyk też wart jest pamięci.

Wielcy nieobecni: Bohdan Drozdowski

Zapowiadało się na nowe słowo w polskiej dramaturgii. Premierze, „Konduktu” Bohdana Drozdowskiego w reżyserii Marka Okopińskiego (1961) w teatrze zielonogórskim towarzyszyło poczucie wielkiego odkrycia.

Nałożyła się na nie atmosfera skandalu, wywołana oskarżeniami o plagiat pod adresem Drozdowskiego ze strony Ryszarda Kapuścińskiego jako autora reportażu „Sztywny”, na który zresztą autor dramatu powoływał się w teatralnym programie. Sprawa się ciągnęła, wywoływała emocje, ale ostatecznie wszelkie autorytatywne instancje sądowe i koleżeńskie oddaliły zarzuty Kapuścińskiego. Ale osad „skandalu” pozostał. Młody autor (1931-2013) zyskał dozgonnych a zaciętych przeciwników. Najwyraźniej wpływowych, skoro po wielu latach nie znalazł się nikt odważny, kto napisałby notę biograficzną Bohdana Drozdowskiego do przewodnika encyklopedycznego PWN „Literatura polska XX wieku” (2000) – niewielka nota została podpisana przez Redakcję.
Kiedy Drozdowski debiutował jako dramaturg, już był kimś w polskiej literaturze. Sześć lat wcześniej pojawił się na łamach „Życia Literackiego” (1955 nr 51) jako jeden z pięciu poetów rekomendowanych przez artystów i krytyków o pokolenie starszych. Pojawił się w niezłym towarzystwie: Jerzego Harasymowicza, Mirona Białoszewskiego, Zbigniewa Herberta i Stanisława Czycza. Drozdowskiego rekomendował Julian Przyboś.
Debiut dramaturgiczny Drozdowskiego pojawił się w porę – przypadł na czas ożywienia nowej dramaturgii polskiej. W roku 1960 miała miejsce prapremiera „Kartoteki” Tadeusza Różewicza, a dwa lata wcześniej „Policji” Sławomira Mrożka (pod tytułem „Policjanci). Rozpoczął się szturm młodych autorów na teatr, a Drozdowskiemu wróżono wielką przyszłość. Wielkie nadzieje wiązał z jego dramatopisarstwem Jan Kłossowicz, który o „Kondukcie” pisał, że „ma wszelkie szanse przejścia do historii. Nie tylko do pisanej historii literatury, ale do teatru. Może i w dalekiej przyszłości pozostanie jedną ze sztuk, które będą dawały świadectwo naszym czasom”. Najwyraźniej Kłosowicz nie mylił się w swoich prognozach, skoro całkiem niedawno, podczas rozmaitych podsumowań dorobku polskiego teatru i dramatu z okazji stulecia odzyskania niepodległości, wspominano o „Kondukcie” Drozdowskiego jako jednym z ważniejszych dokonań minionego wieku. Profesor Bożena Frankowska w swoim monumentalnym cyklu (w stu odcinkach) o stuleciu niepodległości polskiego teatru poświęciła „Konduktowi” cały odcinek (nr 66, opublikowany na łamach „Yoricka”).
O czym jest „Kondukt”? Najkrócej mówiąc o transporcie zwłok młodego górnika, który zginął w wypadku w kopalni, a teraz jego koledzy i przedstawiciele przedsiębiorstwa odprowadzają ciało chłopaka do rodzinnej wsi. Okaże się, że wieś – w poszukiwaniu lepszego losu – opuścił wbrew woli ojca, a gromadę żałobników wiele dzieli. W drodze psuje się ciężarówka, na której umieszczono trumnę, ale wytrwali żałobnicy od tej chwili niosą trumnę na ramionach, skrótem przez las. Na koniec wreszcie wyjdzie na jaw, że ojciec ani nikt we wsi nie czeka na ciało wyklętego syna. Mógł to być materiał na wzniosłą tragedię albo sentymentalne malowidło, ale pod piórem Drozdowskiego stał się mięsistą opowieścią o ludziach z ich wadami, konfliktami, śmiesznostkami – przy czym autor zawsze potrafi się zatrzymać na linii dzielącej literaturę od błazenady, choć sztuka jest nieodparcie śmieszna, a jednocześnie solenna.
Pisarz robi świetny użytek z reportażu, sam przecież miał reportaż we krwi. Jak wspominał Klemens Krzyżagórski:
„Bohdan Drozdowski spędził pierwsze powojenne lata jako uczeń Śląskich Technicznych Zakładów Naukowych (tak górnie nazywała się katowicka szkoła kształcąca czeladników różnych technicznych specjalności, mistrzów i techników). Tam po raz pierwszy otarł się o śmierć kolegi. (…). Potem jeszcze raz był w pobliżu śmierci kolegi. Ten drugi wypadek jest dla czytelników „Konduktu” bardziej znaczący. Pozwala bowiem stwierdzić, że śmierć górniczą zna Drozdowski z autopsji. Czyli – traktując ten nadużywany termin w sposób stosowany w kryminalistyce – zna ją z bezpośrednich oględzin, z osobistego zbadania trupa: „Chodzimy gromadą, uczymy się gromadą, jeździmy do kopalni gromadą. W kopalni „Wujek” zabiło mi przyjaciela, Gienka Przygodzkiego. W innych kopalniach ginęli inni ochotni chłopcy. Przyjechali i delegaci do szkoły i mówili: koledzy, trzeba pomóc. Kraj potrzebuje węgla. Któż śmiałby odmówić? Pod ziemię wolno było zjeżdżać tylko po ukończeniu 18 lat albo za zgodą rodziców. Gienek oszukał w dacie urodzenia. Pogrzeb, najpiękniejszy górniczy pogrzeb na sosnowieckim cmentarzu” (…).
Bohdan Drozdowski poeta, powieściopisarz, dramaturg – jest przede wszystkim reporterem. Jako reporter praktykował we wrocławskiej „Gazecie Robotniczej” (kilka lat powojennych spędził w Jeleniej Górze, stamtąd nadsyłał do Wrocławia swe reportażowe korespondencje), w łódzkiej „Kronice”, krakowskim „Życiu Literackim”, warszawskiej „Współczesności”. Jako reporter praktykuje również w swojej poezji, w prozie artystycznej, w utworach dramatycznych. „Kondukt” jest właśnie z tej parafii: jest utworem kulturalnego, dobrze oczytanego reportera, który umie dostrzegać fakty społeczne i ceni sobie literaturę faktu”.
Wydawało się, że „Kondukt” na trwale zadomowi się w polskim teatrze. Świadczy o tym kilkanaście premier w całej Polsce, ale od roku 1985, kiedy wystawił tę sztukę teatr w Gnieźnie, nikt już po nią nie sięgnął. A szkoda, bo choć nosi ślady osadzenia w swoim czasie, przesłanie ma uniwersalne. Jeszcze większy żal, że ze szczętem zapomniano o „Klatce, czyli zabawie rodzinnej”, dramacie specjalnie dopisanym przez Drozdowskiego przed wspólną premierą w teatrze nowohuckim (1962) w reżyserii Jerzego Krasowskiego 1962.
„Klatkę” po premierze zjechał niesłusznie Ludwik Flaszen, widząc w niej materiał na przypowiastkę na dwie strony. Ale to nieprawda – to jest materiał dla reżysera mającego ucho do absurdu, który może z niego przyrządzić koktajl w duchu kafkowsko-dürrennmatowskim. Rzecz bowiem traktuje o pułapce zastawionej na krewniaka, który ma stać się obiektem rodzinnego sądu, a przy okazji sprawia, że wychodzą na jaw nagromadzone rodzinne świństwa.
Podobnie wymazane z obiegu zostały inne sztuki Drozdowskiego, w tym jego ukochane sztuki poetyckie, pisane mową wiązaną i do rymu, a więc pod prąd obowiązującej norny. Wprawdzie w czasach, kiedy powstawały te wierszowane sztuki, także inni znani autorzy chętnie sięgali po mowę wiązaną (m.in. Ernest Bryll), a poezja w tzw. czwartym systemie, czyli wiersz Różewiczowski rozplenił się w europejskiej dramaturgii (Bernhard, Jelinek i in.), to sztuki poetyckie Drozdowskiego budzą opór. Może ze względu na wybór bohaterów jak choćby Ludwik Waryński w niedocenionym dramacie „Mazur kajdaniarski”.
Jan Kłossowicz miał chyba za złe Drozdowskiemu, że nie trzyma się swego reporterskiego fachu, ale poeta wolał próbować sil w rozmaitych formach, choć skłonność do posługiwania się literaturą faktu kultywował. Świadczy o tym świetne słuchowisko „Polowanie na Guevarrę”, nowocześnie pomyślana rekonstrukcja politycznego spisku, którego ofiarą padł legendarny Comandante Che. „Napisanie słuchowiska z Guevarrą – wyznawał autor – wydawało się po prostu niemożliwe; to zbyt świetlana postać, a takie się nie dają spożytkować w tekście dramatycznym. Dramat dział się na szerszym planie: wokół postaci Guevarry. Krzyknąłem „eureka” dopiero wówczas, gdy wpadłem na pomysł napisania słuchowiska o Guevarze bez Guevarry. Trzeba było tylko pokazać całą intrygę międzynarodową, która ma swoją dokumentację”.
Przewodnikami Drozdowskiego-dramaturga byli Szekspir i Czechow. Kilka sztuk Szekspira z powodzeniem tłumaczył, w tym rzadko grywaną „Opowieść zimową”, do której dopisał „brakującą” część. Jak wiadomo, Szekspir po trzech pierwszych aktach uczynił woltę, wprowadzając postać Czasu, który ogłasza, że minęło właśnie 16 lat. To szesnastolecie intrygowało Drozdowskiego, który dopisał do sztuki krwistą część komediową pod tytułem „Hermiona” o prawdziwych lub domniemanych romansach królowej Hermiony z końcowym (dosłownie) mrugnięciem oka. Nikt tego jeszcze w teatrze nie zagrał, a szkoda.
Do wielkich patronów poety-dramaturga należeli romantycy, a zwłaszcza Norwid, któremu poświęcił sztukę „Bóg jest i na śmieciach”, odwołującą się do jego utworów literackich i listów – sztuka doczekała się realizacji w radiu i telewizji. Można by się doszukać jeszcze innych zapomnianych skarbów w dorobku pisarza. Zapomnianych, a raczej zamilczanych przez wzgląd na ostre pióro i lewicowy temperament polityczny wieloletniego redaktora „Poezji”. „Jestem człowiekiem politycznym – mówił w wywiadzie, którego mi udzielił 45 lat temu (!) – Jeden z recenzentów nazwał mnie „homo politicus”. Rzeczywiście wszystko jawi mi się jako działanie polityczne, wszystko ma polityczny rezonans. Zarówno ceny, jak i repertuar w teatrach. Od tego nie można uciec”.