Krzysztof Krawczyk 1946 – 2021

Oczywiście nie udaję, że powiadamiam Szanownych Czytelników o zgonie Krzysztofa Krawczyka, który zmarł 5 kwietnia, bo media, z elektronicznymi na czele, od lewa do prawa i od góry do dołu, nie tylko obficie o tym smutnym fakcie informowały, ale zaprezentowały bogatą, pośmiertną falę wspomnień o piosenkarzu, a nadto pochowano go w oficjalnym trybie katolicko-państwowym jako artystę zasłużonego.

Niecelowe byłoby też przypominanie jego bogatej życiowo i artystycznie biografii, która w ramach samej tylko Wikipedii zajmuje objętość nie aż tak wiele mniejszą niż biografia Adama Mickiewicza.
Aliści, choć nie był Krawczyk jakąś szczególną postacią z mojej muzycznej bajki, to nie zapomnę tzw. pocztówki dźwiękowej (wspomnienie z zamierzchłych czasów – były to cienkie płyty dźwiękowe wykonane z giętkiego tworzywa sztucznego, niektóre z obrazkiem, zazwyczaj tzw. single, z zarejestrowanymi na nich przebojami, masowo sprzedawane na targowiskach) koloru szaro-liliowego, z piosenką popularnych naówczas „Trubadurów”, do których wtedy należał. Były wakacje 1971 i tej piosenki „Znamy się tylko z widzenia” słuchałem do upojenia, a także innej piosenki z tamtych czasów, „Cóż my wiemy o miłości”. Później i „Trubadurzy „ i sam Krawczyk, który od roku 1973 rozpoczął karierę solową, zniknęli z bliskiego mi pola widzenia, choć słuchane w radiu „Parostatek”, „Rysunek na szkle” czy „Byle było tak” (wszystkie trzy z jednego 1976 roku) mocno wryły mi się w muzyczną pamięć.
I niezależnie od tego, jakie były losy Krzysztofa Krawczyka, niezależnie od tego, że przy jego naprawdę dobrym głosie i nieprzeciętnej muzykalności niektórzy nazywali go „królem kiczu” (fani nazywali go polskim Presleyem lub polskim Tomem Jonesem), jestem wdzięczny Jego pamięci za te kilka co najmniej wzruszeń muzycznych czasów młodości. Te wrażenia z wiekiem i w dekadenckiej nieco atmosferze pandemii coraz częściej do mnie wracają.
I jeszcze jedno. Radykalne przeobrażenia jakim podlega współczesny świat sprawiają coraz częściej, że rozmaite zjawiska kultury, które kilkadziesiąt czy kilkanaście jeszcze lat ocenialiśmy krytycznie, a nawet złośliwie, nabrały wraz z upływem czasu, patyny i niejednokrotnie mocno niespodziewanie awansowały do rangi szanowanego dziedzictwa przeszłości. Nie potrafię powiedzieć, kiedy zjawisko to pojawiło się, ale nabrało na sile wraz z XXI wiekiem. Może dlatego, że wtedy to, analitycy, obserwatorzy i kronikarze kultury zauważyli z całą jasnością, że świat starej kultury staje się coraz bardziej światem „zaginionym”, którego pamięć trzeba utrwalić, bo sama rejestracja na nowoczesnych nośnikach technologicznych o wszystkim nie rozstrzyga. Krzysztof Krawczyk też wart jest pamięci.