Jean Paul Belmondo (1933-2021) Najbardziej czarujący łobuz świata

Zdarza się, że śmierć jakiejś wielkiej legendy ożywia mi w pamięci tytuł powieści Kazimierza Brandysa „Człowiek nie umiera”.

Towarzyszy mi wtedy uczucie zdziwienia, że ten ktoś umarł, uczucie kompletnie irracjonalne. Uczucie to pojawiło się także na wieść o śmierci (6 września w Paryżu) Jean-Paula Belmondo, choć był już bardzo sędziwym, schorowanym człowiekiem. Przecież jednak towarzyszył mi od wczesnego dzieciństwa, przez dziesięciolecia, oglądany w filmach, w kinie, w telewizji, na plakatach i na fotosach. Mam wrażenie, jakbym znał go od zawsze. Jeszcze nie rozumiałem, kim jest ta aktorska postać, a już miałem często przed oczyma jego łobuzerskie spojrzenie, kpiarski uśmiech i złamany bokserski nos. Nie ja jeden zresztą bo, Belmondo był aktorem-idolem kilku pokoleń widzów kina. Jeszcze zanim zyskałem świadomość jego roli na firmamencie filmu francuskiego, a już imponował mi, w rolach które grał, swoją wesołą bezczelnością, nonszalancją, luzem, odwagą i radzeniem sobie w każdej sytuacji. Na ekranie kinowym zobaczyłem go po raz pierwszy w 1964 roku w tytułowej roli w filmie „Cartouche-zbójca” (1962) Philippe’a de Broca. Nigdy nie zapomnę końcowej sceny, gdy spycha do rzeki karocę z obsypanym klejnotami ciałem swojej ukochanej (w tej roli Claudia Cardinale), która zginęła od kuli policyjnej zasłaniając go własnym ciałem. Pozostało mi to w pamięci jako archetypiczny, wzruszający obraz miłości i bezinteresowności.
Urodzony 9 kwietnia 1933 roku w Neuilly-sur-Seine pod Paryżem, w artystycznej rodzinie, zaczynał Belmondo, jako młodzieniec, od teatru, bo dziecięca chęć zostania clownem była silniejsza niż marzenia sportowe, choć przez pewien czas, nawet nie bez pewnego powodzenia, uprawiał boks. W filmie zaczął, jak to zwykle bywa, od małych epizodów, a pierwszym był epizod w filmie „Molier” W 1958 roku, na planie komedii „Bądź piękna i milcz” poznał Alaina Delon, z którym na całe życie połączyła go przyjaźń i z którym zagrał w w czterech filmach, w tym w rozgrywającym się w Marsylii głośnym gangsterskim filmie „Borsalino” (1970).
Światową sławę przyniosła mu rola gangstera Michela w filmie „papieża Nowej Fali” Jean-Luc Godarda, „Do utraty tchu” (1960). Film okazał się wielkim sukcesem i zmienił życie 27-letniego wtedy Belmonda. „Po tym filmie aktor urósł do rangi symbolu ówczesnej, kontestującej młodzieży, nie tylko zresztą francuskiej: jej niezgody na uładzone życie , jej „odmienności” buntu przeciwko zastanemu porządkowi (…) – pisał Aleksander Jackiewicz w swoim „Gwiazdozbiorze” – Dla kina francuskiego zaś stał się typowym bohaterem „nowej fali”, filmu młodych, którzy wystąpili przeciwko tradycjonalizmowi i akademizmowi „starych”; filmu świeżych idei i nonkonformistycznych form”. Sześć lat później powtórzył ten sam typ postaci, nawet jeszcze bardziej anarchiczny, w „Szalonym Piotrusiu” (1965) tego samego Jean-Luc Godarda. „To niby komiks, powieść odcinkowa (…) improwizowany poemat kultury masowej o niezgodzie bohatera (…) na konsumpcyjne społeczeństwo, wreszcie na wszelki porządek” (A. Jackiewicz). Stworzył typ postaci łączącej w sobie cechy „silnego mężczyzny” i „kochanego łobuza”. Bywał też „romantycznym włóczęgą” („Moderato cantabile” (1964) Petera Brooka), żołnierzem w „Weekendzie w Zuydcoote” (1964) Henri Verneuila), aferzystą w tonie serio w „Stavisky’m” (1974) Alaina Resnais. Z czasem zaczął zmieniać emploi i stawać się gwiazdą kina awanturniczego („Człowiek z Rio”, gdzie objawił brawurowo umiejętności kaskaderskie, „Człowiek z Hongkongu”, oba w reżyserii Philippe de Broca czy „Glinie czy łajdaku” Georgesa Lautnera). Wtedy definitywnie zrezygnował z aktorstwa psychologicznego, koncentrując się na fizycznej, dynamicznej behawioralnej prostocie ekspresji z silnymi rysami komediowo-farsowymi. Takie role zagrał m.in w „Kochanym łobuzie” (1966) Jeana Beckera, „Mózgu” (1969) Gerarda Oury), „Małżonkach roku II” (1971) Jean Paula Rappaneau, „Doktorze Popaul” (1972) Claude Chabrola, dodając do roli supercwaniaka rysy molierowskie, w „Strachu nad miastem” (1975) Henri Verneuila, w „Dublerze” (1977) Claude Zidi, „Zawodowcu” (1981) Georgesa Lautner, „Asie nad asy” (1982) Gerarda Oury. W latach osiemdziesiątych powrócił do gry na scenie, a w filmach grał coraz rzadziej, a przez kilka lat pauzował. Osiem lat po udarze mózgu w 2001 roku, zagrał w filmie François Hustera „Człowiek i jego pies” (2008). Po latach Quentin Tarantino wspominając dzieciństwo powiedział, że „kiedy tylko jakiś dzieciak wieszał na ścianie plakat filmowy, był na nim Jean Paul Belmondo. To imię oznacza witalność, charyzmę, siłę woli”. Zagościł Belmondo jako supergwiazda na okładkach najsławniejszych magazynów świata (n.p. „Life”). Nagrodzony m.in. Cezarem w roku 1989, honorową Złotą Palmą w Cannes 2012, Złotym Lwem w Wenecji 2016. Prezydent Francji Emmanuel Macron powiedział o nim, że „Francja straciła skarb narodowy, wspaniałego bohatera, znajomą postać i magika słów”. W 2019 r. odznaczył aktora orderem Legii Honorowej.
KLUB

Długie, ciekawe życie

Tytuł tego artykułu zaczerpnąłem z przeboju „Daj” autorstwa Adama Kreczmara śpiewanego przez Jerzego Połomskiego. Słowa te pasują doskonale do historii, którą chcę się z Czytelnikami podzielić.

W roku ubiegłym, drugiego kwietnia, w Nowym Jorku zmarła w wieku 107 lat Walentyna Janta-Połczyńska. Już sam wiek Zmarłej skłaniać winien do zainteresowania się Jej życiem, ale przecież i nazwisko budzi emocje i skojarzenia. Była Pani Walentyna wdową po Aleksandrze Janta-Połczyńskim (1908-1974). Zanim o Janta-Połczyńskich, którzy na różnych polach dobrze zapisali się w historii Polski na przełomie XIX i XX wieku, przedstawię postać Zmarłej, gdyż jest Ona zbyt mało, a wręcz prawie, u nas nieznana. Na pewno nie jest to jedynie „wdowa po…”.

Urodziła się we Lwowie jako córka Ludwika Stockera (1879-1932) i Karoliny Kochanowskiej. Ojciec, inżynier, był współtwórcą przemysłu naftowego w Polsce, między innymi dyrektorem koncernu „Dąbrowa” w Krośnie. Kontynuował zainteresowania zawodowe swego ojca Wilhelma, Anglika, który po ożenku z Polką, Marią Kwiecińską należał do grona pionierów polskiego naftownictwa. Dziadek – ze strony matki – Cyryl Józef Kochanowski, był leśnikiem, profesorem Uniwersytetu we Lwowie. W roku 1938 Walentyna Stocker wyjechała do Londynu, by rozpocząć naukę w cieszącej się renomą szkole sekretarek. Zapewne miała tam oparcie w rodzinie swego angielskiego ojca i dziadka. Jeszcze przed wybuchem wojny rozpoczęła pracę w polskiej ambasadzie w Londynie. Gdy w czerwcu 1940 generał Władysław Sikorski przybył wraz z rządem do Wielkiej Brytanii, otrzymała propozycję pracy w jego sekretariacie. Sikorski był nie tylko premierem, ale i naczelnym wodzem. Zyskała zaufanie Sikorskiego i była, jak wspominała Michałowi Foledze, kimś znacznie ważniejszym niż sekretarką – osobistą asystentką, tłumaczką, osobą cieszącą się jego najwyższym zaufaniem. Pisała na maszynie tajną korespondencję premiera, jego notatki, a także przepisywała tajne raporty Jana Karskiego, które otrzymywał Sikorski. Towarzyszyła premierowi w wielu oficjalnych spotkaniach i rozmowach, między innymi z Winstonem Churchillem. Ona także zajmowała się sprawami organizacyjnymi pogrzebu generała Sikorskiego.

Po śmierci generała, w latach 1943-1944 pracowała jako spikerka legendarnej radiostacji londyńskiej „Świt”. Była ponoć autorką nazwy radiostacji. Niewiele osób wiedziało wówczas, że radiostacja nadaje z okolic Londynu, gdyż dla dodania otuchy słuchaczom stwarzano wrażenie, iż siedzibą radia są tereny okupowanej Polski.

Jesienią 1940 roku Walentyna Stocker poślubiła Wilhelma Pacewicza (1913-2004), oficera marynarki wojennej, który zakończył służbę w stopniu komandora podporucznika. Pacewicz po ukończeniu w 1934 roku toruńskiej Szkoły Podchorążych Marynarki Wojennej służył jako oficer wachtowy kolejno na ORP Wicher, Rybitwa i Wilia. Wybuch wojny zastał go na żaglowcu szkolnym Iskra. Po wyokrętowaniu załogi w jednym z marokańskich portów Pacewicz poprzez Francję przedostał się do Wielkiej Brytanii, gdzie od stycznia 1940 roku służył w Marynarce Wojennej. Brał udział w bitwie o Narwik, w ataku na niemiecką bazę w Rheine na Lofotach, w operacji desantowej pod Dieppe, a jako zastępca dowódcy ORP Ślązak osłaniał desant wojsk alianckich na Sycylii. Małżeństwo nie przetrwało, tuż po wojnie zakończyło się rozwodem. Pani Walentyna przyjaźniła się z Józefem Retingerem (1888-1960) pisarzem i politykiem, emisariuszem rządu londyńskiego, doradcą Sikorskiego. Postać to barwna, anegdotyczna ale i tajemnicza, wciąż nie są wyjaśnione do końca wszystkie jego misje i pośrednictwa. Retinger jest jednym z współtwórców idei Wspólnoty Europejskiej. To Retinger poznał Walentynę Stocker (Pacewiczową) ze swoim znajomym prozaikiem, poetą i reportażystą Aleksandrem Janta-Połczyńskim, który po ucieczce z niewoli niemieckiej i krótkim udziale we francuskim ruchu oporu dotarł w 1943 roku do Londynu. Po wojnie drogi Walentyny Stocker i Aleksandra Janta-Połczyńskiego na kilka lat rozminęły się. Pani Walentyna opuściła Wielką Brytanię i w latach 1945-1946 pracowała w dowództwie wojsk amerykańskich we Franfurkcie nad Menem, jako tłumaczka. W 1946 roku wraz z matką powróciła do Londynu, a w 1947 roku razem wyemigrowały do USA, gdzie w Nowym Jorku ponownie spotkała Janta-Połczyńskiego, z którym zawarła związek małżeński w 1949 roku. Jako miejsce ślubu wybrali, nieprzypadkowo, miasteczko Warsaw w stanie Nowy Jork.

* * *

Warto wiec przybliżyć postać Aleksandra Janta-Połczyńskiego. To trochę zapomniany, a jakże wybitny prozaik, eseista, twórca międzywojennego polskiego reportażu, poeta, dziennikarz, tłumacz, podróżnik, korespondent wojenny, bibliofil, propagator polskiej sztuki i literatury. Pochodził ze znanej na Pomorzu rodziny ziemiańskiej. Jego dziadek Adam (1839-1901), był posłem do Reichstagu, co niewątpliwie pomagało mu być obrońcą polskiego rolnictwa, handlu i przemysłu na Pomorzu. Po śmierci pierwszej żony, ożenił się z siostrą zmarłej małżonki. Aleksander był jego wnukiem z tego drugiego małżeństwa. Ojciec, Stanisław (1875-1936), był znanym kardiologiem, o sławie wykraczającej poza Poznań, o czym zaświadcza choćby to, iż leczył się u niego Władysław Reymont.

Aleksander urodził się w roku 1908 w Poznaniu, zmarł w roku 1974 na Long Island w USA. Jego życie toczyło się wieloma różnorodnymi torami, równoległymi lub splatającymi się, tworząc życiorys, którym obdarować można kilku bohaterów. Ojciec chciał, aby syn został jak on lekarzem lub prawnikiem. Ponoć odpowiadał: Dyplom mój, to będzie moje nazwisko. Jeżeli uda mi się wyrobić nazwisko piórem… Na dorobek Aleksandra Janty składają się: 23 tomy poezji, 10 tomów reportaży, 3 powieści, 2 dramaty, 7 tomów esejów oraz 1,5 tysiąca artykułów. Nie ukończył jednak żadnej wyższej uczelni, choć na kilku studiował; najpierw na Uniwersytecie Poznańskim polonistykę, później po odbyciu służby wojskowej ekonomię, następnie przez pewien czas zgłębiał dziennikarstwo w paryskiej Haute Ecole des Sciences Sociales. Debiutował w wieku 16 lat, kiedy dzięki protekcji Władysława Janty-Połczyńskiego (kuzyna ojca) w czasopismach „Przegląd Myśliwski” i „Łowiectwo Polskie” opublikowano artykuł Aleksandra „Dropie w Wielkopolsce”. Kolejne doświadczenie dziennikarskie to współpraca z Józefem Kisielewskim przy redakcji poznańskiego dwutygodnika „Życie Literackie”. Pierwsze swe wiersze zaprezentował w radiu poznańskim, w lutym 1928 roku. W Poznaniu był członkiem grup literackich „Loża” i „Klub szyderców”, publikował wówczas w „Kurierze Warszawskim” i „Gazecie Polskiej”. W latach trzydziestych odbył wiele podróży zagranicznych, odwiedzając kraje Azji, Afryki, Europy Zachodniej, oraz przemierzając USA (dwukrotnie) i ZSRR. Plonem tych podróży był cykl reportaży publikowanych w „Wiadomościach Literackich”. W tym miejscu trzeba przytoczyć słowa Ksawerego Prószyńskiego, który kolegę po piórze nazwał z uznaniem Rejem reportażu polskiego. Był także rozmówcą mężów stanu i wybitnych postaci kultury światowej.

Przeprowadził wywiady miedzy innymi z cesarzem Haile Selassie I, prezydentem Franklinem Delano Rooseveltem, Josephem Goebbelsem, czy Mahatmą Gandhim, z Andre Gidem, Charlie Chaplinem, Alfredem Douglasem (przyjacielem Oscara Wilde’a) i Siergiejem Eisensteinem.
Biograf Aleksandra Janty-Połczyńskiego, Michał Folega, zwraca uwagę na wpływ, jaki na młodego Aleksandra musiało mieć spotkanie, w klinice Ojca, Władysława Reymonta, ale także krótka znajomość ze Stanisławem Przybyszewskim, poznanym u starszego brata ciotecznego Józefa Znanieckiego. I Reymont, i Przybyszewski, potraktowali młodzieńca jak równego sobie partnera. Reymont obdarował go swym zbiorem nowel, a szczególną w dwójnasób wymowę ma dedykacja Przybyszewskiego, wpisana do jego wspomnień Moi współcześni. Dedykacja jest krótka: Aleksandrowi Janta-Połczyńskiemu z życzeniami bogatej przyszłości – Stanisław Przybyszewski, ale jakże prorocza; wszystko wskazuje, że były to ostatnie w życiu słowa, jakie napisał. Zdarzenie to miało miejsce dzień lub dwa dni przed śmiercią Przybyszewskiego.

W czasie II wojny był korespondentem wojennym, służył w sztabie 1 Dywizji Grenadierów (Wojsko Polskie we Francji) oraz we francuskim ruchu oporu, do którego wstąpił po ucieczce z niewoli niemieckiej, w której przebywał ponad dwa lata. Następnie przez Wielką Brytanię przedostał się do USA, skąd trafił z powrotem do Europy, by służyć w 1. Dywizji Pancernej generała Stanisława Maczka.

Postacią bardzo zasłużoną dla II RP był przyrodni stryj Aleksandra – Leon Janta-Połczyński (1867-1961), wiceminister w Ministerstwie byłej Dzielnicy Pruskiej 1919-1920, minister rolnictwa od 16 stycznia 1930 do 1 lipca 1932, senator w latach 1922-1927 i 1930-1935. Jego żona Maria z Komierowskich spowinowacona była z Henrykiem Sienkiewiczem – stryjeczny prawnuk pradziadka jej ojca był mężem siostry pisarza. W latach 1926-1937 Leonowa Połczyńska była przewodniczącą Towarzystwa Ziemianek Pomorskich. Dodam, pro domo sua, że następczynią na tej funkcji, a wcześniej wieloletnią współpracownicą pani Połczyńskiej była moja Babcia, Zofia Skąpska, autorka dwóch tomów wspomnień „Dziwne jest serce kobiece…”.

* * *

W Stanach Zjednoczonych, małżonkowie Janta-Połczyńscy byli aktywni w wielu polonijnych organizacjach, Aleksander pełnił m.in. funkcję Prezesa Polskich Klubów Kulturalnych. Wspomagał odzyskiwanie zbiorów wawelskich przechowywanych w Kanadzie. Utworzył komitet na rzecz ich powrotu, zostając sekretarzem Funduszu Skarbów Wawelskich.

W 1955 roku Walentyna Janta-Połczyńska rozpoczęła pracę jako sekretarka w przedstawicielstwie Iraku przy ONZ. Ich dom w Nowym Jorku stał się centrum spotkań polskich twórców i naukowców. Bywali tam Zbigniew Herbert, Czesław Miłosz, Antoni Słonimski, Marek Hłasko, Tymon Terlecki czy Kazimierz Wierzyński. Pani Połczyńska wspólnie z mężem (i z pomocą Aleksandra Hertza – był on pierwszym mężem Izabelli Czajki-Stachowicz) prowadziła antykwariat z książkami o tematyce słowiańskiej (działalność tę kontynuowała także po śmierci męża). Pomagała w odnajdywaniu cennych poloników i przekazywaniu ich do Polski. Aleksander Janta-Połczyński publikował w prasie emigracyjnej, współpracował z Jerzym Giedroyciem i rozgłośnią Wolna Europa. Mimo to nie uważał się za emigranta, a jedynie za pisarza tworzącego poza granicami swego kraju. Głosił jedność i niepodzielność polskiej kultury, był przeciwnikiem zrywania kontaktów literackich i kulturalnych z Polską. Dał temu wyraz w opublikowanym przez Giedroycia reportażu Wracam z Polski, który był plonem pobytu Janty w Polsce w lecie 1948 roku. Część środowiska emigracyjnego zaprotestowała wobec braku w tekście jednoznacznego potępienia przez Jantę panującego w Polsce ustroju. Kontakty, co prawda na krótko, zerwali z nim, Jan Lechoń i Kazimierz Wierzyński. Aleksander Janta-Połczyński kilkakrotnie jeszcze odwiedził Polskę, po raz ostatni w 1972 roku. Rok po śmierci, Jego prochy zostały złożone w powązkowskich katakumbach. Sam wybrał sentencję Norwida, która została wykuta na tablicy: Z rzeczy tego świata ostaną tylko dwie, Dwie tylko: poezja i dobroć i więcej nic. Przed śmiercią miał powiedzieć żonie: „gdybym nie mógł pisać, nie byłoby dla mnie życia”. To Jej zadedykował ostatnią swoją książkę „Nowe odkrycie Ameryki” pisząc Niezawodnemu Sprzymierzeńcowi każdej z prób jakie niosło życie.

* * *

Wśród dokumentów pozostawionych przez moją Mamę są listy od Jej siostry ciotecznej Eugenii Korfantowej, synowej Wojciecha. W jednym z nich Ciocia Eugenia wspomina o swoich kontaktach z małżonkami Janta-Połczyńskimi. Poznała ich poprzez siostrę swego męża Marię (Myszkę) z Korfantych Ullmanową, której mąż Tadeusz, podobnie jak i wuj Zbigniew Korfanty byli oficerami w sztabie Naczelnego Wodza. Zapewne wtedy obaj poznali Panią Walentynę, wtedy jeszcze Pacewiczową.

Po śmierci męża Walentyna Janta-Połczyńska kontynuowała rozpoczęte z nim działania. Wspomagała działalność Instytutu Piłsudskiego i Fundacji Kościuszkowskiej w Nowym Jorku. Gromadzone za życia męża cenne zbiory, w tym stare polskie mapy, rękopisy, starodruki zdecydowała się przekazać Bibliotece Narodowej. Wydała także kilka książek męża, których nie zdążył opublikować przed śmiercią. Od 1995 roku wspierała Polską Szkołę Dokształcającą im. Aleksandra Janty-Połczyńskiego, działającą w Lakewood w stanie New Jersey. Śledziła i wspierała wszystkie inicjatywy umacniające pamięć o mężu i jego twórczości. Do Muzeum Powstania Warszawskiego ofiarowała listy oraz fotografie swojej siostry, Krystyny Dzierżanowskiej, która zginęła w czasie powstania wraz z ośmioletnim synem.

W 2011 roku została odznaczona odznaką „Zasłużony dla Kultury Polskiej” nadaną przez ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego Bogdana Zdrojewskigo. Przyjmując Krzyż Oficerski Orderu Zasługi RP z rąk konsul generalnej w Nowym Jorku Ewy Junczyk-Ziomeckiej, powiedziała, że przyjmuje go przede wszystkim w imieniu swojego męża. W 2016 roku została pierwszą laureatką Nagrody Specjalnej Orła Jana Karskiego. Pośmiertnie odznaczona została Krzyżem Komandorskim Orderu Zasługi RP.

W roku 2015 i mnie dobry los splótł na chwilę z Panią Walentyną Janta-Połczyńską. Od wielu lat jestem członkiem zarządu Społecznego Komitetu Opieki nad Starymi Powązkami im. Jerzego Waldorffa. We wrześniu 2015 na ręce Pana Marcina Święcickiego, prezesa zarządu, nadszedł list z Nowego Jorku od Pani Valentine Janty, a w liście informacja, iż Pani Janta ofiarowuje 25 tysięcy dolarów na cele statutowe Komitetu. Ten zabytkowy cmentarz jest mi szczególnie bliski, bowiem mój zmarły mąż, Aleksander Janta-Połczyński, jest tam pochowany – napisała donatorka, prosząc, by ofiarowane pieniądze służyły renowacji nagrobków i historycznych katakumb. Takie dary, tej wysokości donacje zdarzają się nieczęsto.

Działalność i twórczość Aleksandra Janta-Połczyńskiego znałem, ale o jego żonie, przyznaję, nie wiedziałem nic. Po nadrobieniu tej zaległości opublikowałem artykuł o wspaniałej donatorce Powązek w miesięczniku Stolica. Od wspomnianego Michała Folegi wiem, że egzemplarz pisma z moim tekstem dotarł do Pani Walentyny i sprawił Jej przyjemność. Kończył się on życzeniami z okazji zbliżającej się wówczas 102 rocznicy urodzin. Dziś ze smutkiem żegnamy Panią Walentynę Janta-Połczyńską, osobę niezwykłą, o wielkich dla Polski zasługach. Jej prochy umieszczone będę 10 września obok urny męża na Starych Powązkach.

Śmierć „polskiego Rwandyjczyka”

Zmarł arcybiskup Henryk Hoser. Miał 78 lat i w swej karierze piastował wiele znaczących stanowisk w hierarchii Kościoła w Polsce i na świecie. Pallotyn, wizytator apostolski w Rwandzie w latach 90. XX w., przewodniczący Papieskich Dzieł Misyjnych w latach 2005–2008, biskup diecezjalny warszawsko-praski w latach 2008–2017. Zawsze jednak będzie kojarzył się z Rwandą właśnie.

Między kwietniem a lipcem 1994 r. bojówki Hutu zamordowały od 800 tys. do miliona ludzi. Masowe mordy na Tutsi były potworną porażką całej społeczności międzynarodowej, ale przede wszystkim Kościoła. Rwanda (i sąsiednie Burundi), gdzie Tutsi i Hutu są największymi grupami etnicznymi, były zawsze najbardziej schrystianizowanymi państwami Afryki. Stanowiły dla Kościoła podstawową bazę dla pozyskiwania nowych kadr (księży, zakonnic, zakonników, misjonarzy i katechetów). Hoser przebywał w Rwandzie od 1975, pełniąc tam różne funkcje. Był głównym w tej części Afryki propagatorem nauk Jana Pawła II odnośnie środków antykoncepcyjnych, nawet w świetle postępującej w kosmicznym tempie epidemii AIDS. Jako sekretarz komisji ds. zdrowia i rodziny rwandyjskiego episkopatu twardo narzucał upowszechnianie naturalnych metod planowania rodziny i abstynencji seksualnej.

Katolickie media podkreślają, że podczas rzezi w Rwandzie, między kwietniem a lipcem 1994 r., biskupa w kraju nie było. Miał wyjechać wtedy do Rzymu. Co innego twierdziło kilku świadków podczas rozpraw Międzynarodowego Trybunału Karnego dla Rwandy (MTKR), który, powołany pod auspicjami ONZ, sądził winnych ludobójstwa. To, że Hosera nie było w Rwandzie w tamtym okropnym czasie, neguje także wybitny dziennikarz Wojciech Tochman, autor niezwykle sumiennie napisanej i udokumentowanej książki „Dzisiaj narysujemy śmierć.” Abp Hoser nie chciał z nim rozmawiać.

Hoser, przebywając w Rwandzie i Burundi od lat, znać musiał doskonale miejscowe stosunki. Trudno też uwierzyć, by nie miał złych przeczuć ani nie umiał przewidzieć, do czego zmierza sytuacja. Klimat roztaczany przez dziennikarzy z plemienia Hutu, którzy opanowali miejscowe media, kilkanaście miesięcy przygotowywał tragedię, kształtując emocje i uzasadniając hekatombę. Oto kilka przykładów języka newsów ze stacji radiowych w Rwandzie: „Trzeba Tutsich wytępić jak szczury i karaluchy” (Radio 1000 wzgórz), „Z karalucha nie narodzi się motyl. Karaluch rodzi karalucha” (Radia RTLM), „Tutsi to komuniści, wrogowie Pana Boga” (Radio RTLM), „Karaluchy musimy rozdeptać naszymi nogami” (Radio 1000 wzgórz).

Bojówki Hutu były zaopatrywane permanentnie w broń i narzędzia mordów od czerwca 1993 (zajmowała się tym brytyjska firma Mil-Tec Corporation Ltd, a faktury za dostawy opiewały na 6,5 mln USD). Dostawy były jawne, Ekscelencja nie mógł nic o tym nie wiedzieć. Trudno też sądzić, iż Hoser nie znał masowo rozpowszechnianego przez media dekalogu Hutu. A w nim takich przykazań jak „Każdy Hutu powinien wiedzieć, że kobieta Tutsi, gdziekolwiek jest, pracuje dla interesów ludu Tutsi. Dlatego będzie uznany za zdrajcę każdy Hutu, który: a) poślubia kobietę Tutsi; b) przyjaźni się z kobietą Tutsi; c) zatrudnia kobietę Tutsi jako sekretarkę lub konkubinę”, albo „Wszystkie strategiczne pozycje polityczne, administracyjne, ekonomiczne, wojskowe i policyjne powinny być w rękach Hutu”, czy wreszcie „Hutu nie powinien dłużej litować się nad Tutsi”?
Rwanda to kolejna plama na wizerunku Jana Pawła II. Papież przez trzy miesiące rzezi nie podjął próby podróży do najbardziej katolickiego kraju Afryki, nie stanął przed wiernymi Kościoła i w dramatycznym wystąpieniu – potrafił takie wygłaszać jako zdolny aktor – nie wykrzyczał: „Nie mordujcie !!!!!”.

I jeszcze jedna refleksja. Obrońcy oskarżonych dziennikarzy, których pociągnięto do odpowiedzialności karnej za podżeganie do ludobójstwa argumentowali, że istnieje swoboda słowa, a media przecież nie zabijają. Sąd odrzucił takie uzasadnienia. Samo słowo nie zabija, nie prowadzi ręki uzbrojonej w kamień, pałkę, nóż, maczetę czy karabin. Stwarza jednak klimat, dehumanizując tego INNEGO. Kiedy odziera go z człowieczeństwa, stawiając na równi np. ze zwierzęciem, wówczas pośrednio kieruje rękoma zadającymi śmierć. Taka była sentencja owych wyroków, jakie spadły na ludzi mediów. Dotyczy ona także katolickiego duchowieństwa, które wykorzystując ambony, by publicznie szerzyć nienawiść, sankcjonować agresję i deptać godność ludzi innych wyznań czy niewierzących. To jest stwarzanie klimatu dla analogicznych wydarzeń do tych, jakie miały miejsce w Rwandzie wiosną 1994 r. Wiemy, kto w naszym kraju kreuje taką atmosferę spośród hierarchów, księży, zakonników i wykładowców katolickich uczelni.

Mój dziennik politycznie niepoprawny

19 grudnia 2013
W TVN 24 („Czarne na białym”) oberwało się dzisiaj Leszkowi Millerowi, krajowemu liderowi SLD, niegdyś premierowi rządu RP, za emocjonalną, zbyt wyrazistą wypowiedź na temat senatora Józefa Piniora, uczynioną w polemicznym porywie. Dobrym pretekstem do dołożenia „komuchowi” przez telewizję było przypięcie przez tegoż ikonie solidarnościowego podziemia, Piniorowi, etykiety „wspierającego zbrodniarzy”. Chodzi o to, że Senator wziął sobie na język i do wrażliwego serca sprawę więzień CIA w Polsce, gdzie – podobno – nasi sprzymierzeńcy z NATO, Amerykanie konkretnie, za zgodą i wiedzą polskich władz (podobno), torturowali (podobno) więźniów z Al Kaidy. Trzeba trafu, że kiedy inkryminowane wydarzenia miały miejsce, premierem rządy był Leszek Miller. Więc to on, zdaniem senatora, ponosi winę za jaskrawe łamanie ludzkich praw, do jakich wstydliwie doszło w naszej przepełnionej po brzegi moralnością i miłością bliźniego wolnej ojczyźnie. Materia jest tyle mętna, co pozornie rozwojowa, przy tym skryta za szczelnym woalem danych o najwyższej tajności. Mym zdaniem, mimo czynionego wokół niej cyklicznie zamętu medialnego i prawnego – także na poziomie struktur europejskich – ma nikłe szanse na szersze upublicznienie. Strona prawna pozostaje oddzielną kwestią.
Mamy więc do czynienia z przysłowiową burzą w szklance wody, wartą, co najwyżej, wielkich pieniędzy wydawanych na adwokatów kilkorga „pokrzywdzonych” synów Islamu skarżących władze dwóch europejskich krajów – chodzi o Polskę i Rumunię – o udostępnienie swych terytoriów do torturowania wrogów USA, a więc zdaniem wielu, wrogów cywilizowanego świata.
Telewizyjna audycja ma jednak swój niezaskakujący, wart skomentowania smaczek. Według jej twórców, gwiazd politycznego dziennikarstwa, Miller dopuścił się „niedopuszczalnego nadużycia”. Pomawiając bohatera solidarnościowego podziemia o „wspieranie zbrodniarzy”, karygodnie obraził herosa walki z „komuną” – legendę „Solidarności”. Pewnie przez gapiostwo nie zauważono, że polemiczna metafora odnosi się do konkretnej sytuacji, wyzbyta jest zatem z pojemności ogólnej, przez co rzeczywiście mogłaby być dla niektórych nie do strawienia. Jakoś tak więc wychodzi, że Pinior i mu podobni o „pięknych życiorysach” należą do rasy nietykalnych (untouchables), w każdym razie … dla „czerwonych”.
Osobiście uważam, że Miller nieco się zagalopował; nie tylko jemu coś takiego się zdarza w naszym sejmie. Nie błysnął też taktem, kiedy na pytanie dziennikarza o stanowisko senatora Piniora w sprawie amerykańskich więzień opryskliwie odpowiedział: „nie znam” – chodzi o osobę senatora, i obróciwszy się na pięcie oddalił w przepaść sejmowego korytarza. Dziwi mnie jednak czynienie z tego wydarzenia medialnego pępka świata – swoistej sensacji dnia – bowiem w sejmie nie takie rzeczy się zdarzają na co dzień. Jeszcze bardziej dziwi dalsza litera i duch komentowania tego w sumie marginalnego incydentu. Telewizja, aby roznieść medialnie na strzępy byłego premiera i „komucha” – co już nie zaskakuje i należy do obowiązującej maniery i poprawności – wytoczyła ciężkie armaty z amunicją z lat osiemdziesiątych. Oto w kontekście mającym się do całej tej sprawy jak pięść do nosa dowiadujemy się, że podczas kiedy Pinior w wiadomej dekadzie lat walczył o wolną Polskę, za co parę lat przesiedział w więzieniu – były też inne waleczne szczegóły – Miller „tuczył się na krzywdzie polskiego narodu”, pełniąc lukratywne funkcje oraz awansując w Komitecie Centralnym PZPR. Czyniąc z całości osobliwie logiczny wywód, autorzy konkludują, że ktoś taki jak Miller, obecnie poseł – z niegodnym życiorysem – nie ma prawa oskarżać Piniora, obecnie senatora – z pięknym życiorysem – o cokolwiek, a już w szczególności przypisywać mu zbrodniczych ciągot – choćby nieuświadomionych: to wszak Miller, prominentna postać „zbrodniczej partii”, jest – jakież to logiczne – zbrodniczą konotacją obciążony, po wsze czasy. Kropka ! Wypada zapytać, gdzie autorzy telewizyjnego programu byli, kiedy dobry Bóg rozdawał rozum ?!
Nie naigrywam się z senatora, skądinąd uczciwego człowieka i zapewne nie tylko na tą okoliczność pięknoducha, który uważa, że za zgodą polskich władz (Millera w szczególności) naruszono prawo i tzw. standardy. Pinior zdaje się nie rozumieć, o co chodzi w sprawie, którą nadwrażliwie podnosi. Oczywiście jestem daleki od usprawiedliwiania tortur, jeśli takie w ogóle miały miejsce. W polityce bywa często tak, że standardy muszą ustąpić miejsca okolicznościom wielkiej wagi – historia, np. Ameryki, jest pełna tego rodzaju odstępstw: czy, dajmy na to, zrzucenie bomby atomowej na Hiroszimę i Nagasaki było zgodne ze standardami ?
Naigrywam się z telewizji TVN kreującej w nurcie historycznym swych programów, jakże często, byty nie do przyjęcia z punktu widzenia prostego rozumu; agitacyjne i oderwane od najzwyczajniejszej logiki. Program „Czarno na białym” zdaje się specjalizować w przywoływaniu dawno zwietrzałych duchów. W świecie natchnionych kreatorów, czyścicieli mózgów, przeszła przynależność do „komunistycznej” partii (PZPR), a już nie daj boże pełnienie w niej poważniejszej funkcji, uchodzi za niezmywalną plamę w życiorysie; pozostaje piętnem wyjmującym spod prawa np. do krytykowania tych o „pięknym życiorysie”. Wg uklepanych w III RP standardów, zwrot „piękny życiorys” jest zarezerwowany ( medialnie, oficjalnie i urzędowo) dla tych, którzy zwalczali „totalitarny reżim” w Polsce i swoim życiem legitymizowali tę walkę. Nie przeczę, że na pewne wywyższenie zasługują więc byli więźniowie polityczni, w tym internowani w stanie wojennym w grudniu 1981 roku (ok. 10 tysięcy). Dodam, że za mych młodych czasów, aby zasłużyć sobie na „piękny życiorys” należało być więźniem Sanacji. Tę okoliczność w biografiach zasłużonych wynoszono w swoim czasie na pierwszy plan i podkreślano przy rozmaitych okazjach z pasją zbliżoną do dzisiejszej; tym razem zarezerwowaną dla politycznie prześladowanych w Polsce Ludowej. W tamtym świecie rzeczywistym ( nie obecnym) internowanie sporej grupy najbardziej bojowo nastawionej grupy osób z „Solidarności” nie było, rzecz jasna, zgodne z tzw. standardami – te się dzisiaj hałaśliwie podnosi – pozostawało jednak, w geopolitycznych warunkach lat osiemdziesiątych, w najgłębszej zgodzie z polskim interesem narodowym, takim, jak ten się kształtował akurat na dzień 13 grudnia 1981 roku, nawet jeśli przeczył on opiniom i woli większości.
Nie naigrywam się z tych, którzy faktycznie wycierpieli za przyczyną stawania okoniem władzy, chociaż uważam, nie tylko ja, że było ich realnie niewielu. Śmieszy mnie kombatanckie zadęcie sporej liczby tych, którzy dzisiaj, najczęściej wyolbrzymiając swe zasługi, podczepiają się pod nurt genetycznego trwania w antykomunizmie, przy okazji z reguły demonizują związane z tym swe osobiste przejścia i niedogodności.
Nie neguję nieprawości systemu, w szczególności tych odległych, stalinowskich, a więc z epoki obrzydliwej dla każdego, niezależnie od wyznawanej dziś politycznej opcji. Należy o tym pamiętać i nauczać. Po tym okresie system władzy podlegał korzystnej, chociaż nie w pełni satysfakcjonującej ewolucji. Nie potrafię jednak akceptować wysiłków rządzących, zmierzających do wyresetowanie Polski Ludowej z pamięci Polaków; ustawienia tejże pod niemą postacią czarnej dziury naszej historii, przy tym w formule zero – jedynkowej: po jednej stronie absolutne dobro, po drugiej zło absolutne: to ściema i intelektualne matactwo. Polska prawica, jakkolwiek w wielu sprawach podzielona, w tej akurat przemawia jednym głosem. Podobnie jak polska powojenna lewica przejmująca w 1944 roku władzę, prawicowi zwycięzcy roku 1989 zostali naznaczeni pychą i parciem na zgarnięcie tzw. całej puli.
Buntuję się przeciwko takiemu podejściu, nie dlatego iżbym przeczył faktom, ale dlatego, że zauważam, iż również polska lewica ma zasługi w działaniach na rzecz historycznego zwrotu kraju ku demokracji. Ignorowanie tego faktu – co się nagminnie czyni – jest ahistorycznym i manipulanckim.

Wojciech Karolak (1939-2021)

Dla mnie, profana w zakresie encyklopedycznej wiedzy o muzyce Wojciech Karolak był przede wszystkim wielkim i sławnym nazwiskiem polskiego jazzu, także genialnym wykonawcą tego gatunku muzyki.

Grać jazz zaczął w 1958 roku jako saksofonista, później zaprzyjaźnił się z fortepianem i to ten instrument stał się instrumentem jego życia. Jako encyklopedyczny profan muzyczny nie będę udawał erudyty w tej dziedzinie i nie wymienię licznych tytułów grup, w których Karolak występował, tytułów wydanych przez niego licznych utworów i płyt (zresztą, kto poza specjalistami i superamatorami by to zapamiętał). Występował m.in. z Janem Ptaszynem Wróblewskim, Krzysztofem Komedą, Andrzejem Trzaskowskim, Jerzym Matuszkiewiczem, Andrzejem Kurylewiczem, Michałem Urbaniakiem, Urszulą Dudziak, Andrzejem Dąbrowskim, Januszem Muniakiem, Tomaszem Szukalskim, Jarosławem Śmietaną i innymi. Poza licznymi kompozycjami jazzowymi tworzył także muzykę filmową (m.in. do „Konopielki” W. Leszczyńskiego, do serialu „Przyłbice i kaptury” czy „Excentryków” – kompozycja nagrodzona ), teatralną (m.in. do jednej z inscenizacji „Dekamerona” Boccaccio, do „Ubu króla” A. Jarry czy do „Draculi”). Komponował też piosenki – m.in. „Wyszłam za mąż – zaraz wracam” – do tekstów swojej żony, Marii Czubaszek. Wśród licznych nagród (głównie branżowych) otrzymał też w 2007 roku Medal „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”. Urodził się 28 maja 1939 roku w Warszawie. Był wnukiem – ze strony matki – bardzo lubianego aktora komediowego Józefa Orwida, znanego z kilkudziesięciu filmów przedwojennych, który 13 sierpnia 1944 zginął w wybuchu niemieckiego czołgu-pułapki przy ulicy Kilińskiego w Warszawie. Zmarł w Warszawie 23 czerwca.

Mój Dziennik politycznie niepoprawny

20 listopada 2011
Obejrzałem kolejny odcinek serialu TVP „Czas honoru”. Trzymający w napięciu obraz ukazuje ponury czas hitlerowskiej okupacji poprzez wpisane weń losy grupy akowskiej młodzieży. Wykwit telewizyjnego kina zawiera kilka równoległych, splatających się z sobą wątków. Bohaterowie, uwikłani w charakterystyczne dla tamtego czasu pełne dramaturgii i tragizmu wydarzenia, odmalowują okupacyjną codzienność. Jej niszczący wizerunek był szczególnie dramatyczny i ostry w Warszawie – polskim centrum konspiracji antyhitlerowskiej. Osią całości jest zbrojna aktywność grupki młodych przyjaciół – wyszkolonych w Anglii bojowników akowskiego podziemia.
To interesujące, smutne, niełatwe do oglądania dzieło nosi w sobie pewną, zamierzoną przez twórców rysę, która – mym zdaniem – nadaje mu miejscami cechy agitki. Rażą mnie wpisane czytelnie w film tzw. antykomunistyczne intencje, które, mając nienajgorszą wiedzę, podzielam co najwyżej we fragmentach.
Serial jest swego rodzaju lekcją historii adresowaną głównie do młodzieży: ma nauczać, czym był i powinien być patriotyzm, a także kreować określony schemat historycznej świadomości w odniesieniu do wojennych oraz powojennych losów Polski i Polaków. Jest oczywistym, że ów schemat odbiega zasadniczo od tego, który obowiązywał na lekcjach historii w czasach mej młodości. Dzieło wydaje się być owocem twórczego wysiłku podniesionego w kontrze do politycznego przesłania większości filmowych obrazów wojny, realizowanych w czasach Polski Ludowej. W nurcie „polsko polskim” nie ustrzegł się, niestety, kiepskich wzorców, przynależnych tamtym czasom.
Hitlerowców oraz powiązane z Moskwą mniej liczne podziemie lewicowe – GL, AL. – twórcy filmu konfrontują z Armią Krajową – szerzej, z Polską – właściwie na paralelnym do niemieckich okupantów poziomie wrogości. Film okurza wojenną teorię „dwóch wrogów”: ideę, w oparciu o którą kształtowano myślenie pokolenia Armii Krajowej. W tym celu twórcy obrazu modelują ocierający się o okupacyjne realia świat postaci i wydarzeń. W wątku jak wyżej, serial jest naszkicowany czarno – białym sznytem, bez zawracania sobie głowy jakimikolwiek subtelnościami: młodzi akowcy, bohaterowie filmu, to malowani chłopcy o wysokiej kulturze osobistej i nienagannych manierach, zmotywowani do walki prawdziwi patrioci; ci lewicowi, mniej liczni, to, jakże oczywiste, wrogowie wolnej Polski. Są ukazani jako podstępne, sterowane przez Ruskich – „naszego odwiecznego wroga” – zdolne do każdej nikczemności indywidua. No i ta ich chamska powierzchowność, nie mówiąc kindersztubie. Słowem, nic dodać nic ująć.
Wątek wzmagania Armii Krajowej z lewicowym podziemiem (AL) nie jest wiodącym w całości serialu. W części okupacyjnej pojawia się epizodycznie, jednak trudno powiedzieć, aby był drugorzędnym. Cechuje go nieskrywana, intencyjna ostrość znamionująca zapowiedź wzmożenia tego klimatu w „powojennych” odsłonach filmu.
W łonie walczących ze wspólnym hitlerowskim wrogiem zantagonizowanych politycznie stron wojennego podziemia tlił się konflikt o podłożu fundamentalnym, skutkujący epizodycznie – o czym wiem – w przypadki obopólnie złe, bywało, że i nikczemne. Nie zamierzam tu wdawać się w merytoryczne rozważania na ten temat. To oddzielna sprawa. Mam swoją wiedzę i nie dam się wciągnąć w prostackie, czarno – białe sądy tego wewnątrz-polskiego dramatu, definiowania jego przyczyn oraz źródeł. W warunkach okupacji waśnił obie strony. W sposób dramatyczny i krwawy, niestety, antagonizował w pierwszych latach po wojnie. Film, przyznając całą rację wyłącznie jednej ze stron konfliktu, problem spłyca, obnaża klarowne intencje jego twórców. Jakkolwiek ukazuje niemałą część tamtej rzeczywistości, pozostawia ją wybiórczą i uciążliwie niepełną dla każdego, kogo wiedza o tamtych polskich powikłaniach wychyla się poza prawicowe schematy – dziś jedynie słuszne. Należy oczekiwać, że przyszłe, „powojenne” wątki filmu będą stanowić continuum takiej właśnie narracji: swego rodzaju robotę propagandową, której nie mogę i nie potrafię bezkrytycznie akceptować.
Warto zauważyć, że publiczny dyskurs o wojennej i powojennej historii Polski został współcześnie zdominowany poprzez przekaz przypominający wczesno-powojenną czarnobiałą obróbkę propagandową. Metodologia obliczona na niepogłębioną wiedzę, zwłaszcza ludzi młodych, skutecznie modeluje historyczną świadomość tej generacji, upychając ją w kostium nie zawsze mądrych schematów. Nie wszyscy dają się uwieść presji. Po wojnie rządzący popełniali zbrodnie. Do zbioru niesławnej pamięci niewątpliwie słusznie wpisano liczne nieprawości UB. Jest oczywistym, że okres stalinowski należy zaliczyć do ciemnych stron naszej historii. Nie wolno przy tym zapominać, że okrucieństwo, którym obarcza się wyłącznie aparat ówczesnej władzy, cechowało również wiele działań tzw. zbrojnego podziemia. Te, jakkolwiek pozostają szczegółowo i obficie udokumentowane, podlegają dziś marginalizowaniu, nie mówiąc o notorycznych próbach ich usprawiedliwiania. Chcę wyraźnie podkreślić, iż nie uważam, abym w związku z tym relatywizował, co jest powszechną przyganą przywoływaną w dyskusyjnym ferworze. Zbrodni żadnej ze stron nie usprawiedliwiają nawet najlepsze intencje, w tym motywowane rozbieżnymi poglądami na to, czym jest patriotyzm i jaką powinna być powojenna Polska. Mnogie przypadki nieludzkiego okrucieństwa podziemia podlegają dziś rutynowym przemilczeniom; co najwyżej zdawkowym kwitowaniem, iż wykonywano wyroki na .. „zdrajcach ojczyzny”. Ogromną liczbę zbrodni popełnionych przez „chłopców z lasu”, które dotknęły bogu ducha winnych ludzi spoza kręgu szeroko rozumianego aparatu władzy – cywilów, w tym kobiet i dzieci, usiłuje się przemilczać, względnie usprawiedliwiać patriotyczną okolicznością. Winni zawsze pozostają, a jakże, ”komuniści”. To nieobiektywne i głupie, przy tym zamulające rzeczywisty obraz tamtej odsłony naszej historii. Chcę wyraźnie podkreślić, że każdy prosty, czarno – biały opis i wartościowanie wydarzeń nie odpowiada wyczerpującej prawdzie, pozostaje zasadniczo uproszczeniem, finalnie nadużyciem. Zresztą, czy oddanie tzw. „pełnej prawdy” o naszych wewnątrz-polskich wirażach i zakrętach jest możliwym, a ich sprawiedliwy osąd wykonalny ?!
Sięgnę tutaj do drobnej, jednej z mnogich skąd inąd trafnie niepochlebnych dla powojennej władzy uwag z obszernej monografii o powstaniu warszawskim, piszącego poniekąd pod polskie gusta historyczne Normana Davisa, pt. „Powstanie 44”. Autor, puentując swe rozważania o wydarzeniu, trafnie podkreśla jedną z wielu właściwości rządzących po wojnie Polską, cyt.: „Historia i manipulowanie historią zawsze stanowiły przedmiot żywej troski komunistycznych rządów”. Davis nie zauważa – co w przypadku nie tylko tego autora nie zaskakuje – że owa manipulacja rozwija się i kwitnie nadal, czerpiąc z podobnych mechanizmów, jako swoisty odpad demokracji w odmienionej po 1989 roku Polsce, a więc w czasie, kiedy autor pisze swą skąd inąd dobrą, chociaż niezbyt odkrywczą merytorycznie zdaniem wielu książkę. Mam świadomość różnic pomiędzy tamtą i obecną „polityką historyczną” wdrażaną w jakże odmiennych warunkach historii. Wnikliwy naukowiec winien wszak zauważyć, że obraz Polski Ludowej podlega we współczesnym, oficjalnym (państwowym) przekazie również zmanipulowaniu, czynionym, jak po wojnie, z urzędu. Np. odmawia się powojennej Polsce oraz zaangażowanych w jej istnienie i rozwój ludziom zasług jakichkolwiek: prawa do życiowej satysfakcji, którą zawłaszcza się i rezerwuje po wszech czasy dla różnej maści antykomunistów. Czyni się karkołomne wysiłki, aby ten fragment historii resetować z pamięci Polaków, malując wyłącznie jako wcielenie zła i nieprawości. Mamy więc osobliwą czarną dziurę w dziejach Polski. Nic się dobrego w tym czasie nie wydarzyło ?! Nurtowi wtórują usłużne media, konserwując „inteligencką” manierę politycznej poprawności. Niewielu z medialnych celebrytów próbuje polemizować z tego rodzaju optyką. Na szczęście pozostaje całkiem spory „margines” ludzi rozsądnych – pamiętających inaczej, lub przynajmniej nieco inaczej, dziś odsuniętych od kamer i mikrofonów. Mam nadzieję – oby nie naiwnie – że z czasem, kiedy wystygną nieracjonalne emocje zarządzające wspieranym przez państwo dychotomicznym wartościowaniom naszej najnowszych dziejów, przyjdzie pora na rozwagę i obiektywizm. Ale, czy na pewno przyjdzie ? Póki co, nic na to nie wskazuje.

Bądźmy sobie bliscy. Niech pamięć zachowa dobro i naprawi zło.

25 października 2020 r. odszedł na wieczną wartę wieloletni publicysta Dziennika Trybuna – gen. dr. Zdzisław ROZBICKI

Trwająca pandemia, choć wymusiła przesunięcie w czasie – nie ukoiła w Rodzinie dojmującego bólu i żalu ostatniego pożegnania Generała. Odprowadzenie na miejsce wiecznego spoczynku, nastąpi 9 czerwca 2021 r. o godz. 12.00 na Cmentarzu Osobowickim we Wrocławiu.

Redakcja Dziennika Trybuna składa Rodzinie, wszystkim osobom, którym Generał był bliski, wyrazy głębokiego współczucia i serdeczne kondolencje.

Redaktor Naczelny Piotr Gadzinowski, Zastępca, Tadeusz Jasiński, Kolegium Redakcyjne z gronem Czytelników Trybuny. Cześć Twojej Pamięci- Generale.