Pani Blanka z ulicy Foksal

Drugiego stycznia zmarła Bibiana Ciompała, słynna Pani Blanka, wieloletnia szefowa księgarni PIW.

W październiku 1968, ledwo co siedemnastolatek, rozpocząłem studia na wydziale prawa Uniwersytetu Warszawskiego. Mieszkałem wówczas w jednym z czterech nowych bloków usytuowanych przy Alei 3 Maja. Był to blok, w którym w drugiej klatce schodowej mieszkał Stanisław Tym, a także, choć krócej, Wojciech Młynarski. Wracając po zajęciach do domu, często pokonywałem trasę spacerem. Idąc przez Krakowskie Przedmieście i Nowy Świat w kierunku mostu Poniatowskiego, odnalazłem skrót ulicą Foksal, bez dochodzenia do skrzyżowania, a dziś ronda nazwanego imieniem Charlesa de Gaulle’a. Skrót przez Foksal odkrył przede mną, przybyszem z Krakowa, księgarnię firmową Państwowego Instytutu Wydawniczego. Inna moja trasa po zajęciach prowadziła mnie do Zaglądałem tam coraz częściej. Czas liceum spędzony w domu mego wujostwa, wypełnionym książkami, to okres intensywnych lektur. Dostępnych na dosłowne wyciągnięcie ręki. Stąd zainteresowanie nowościami wydawniczymi. Przyznać muszę że przez pewien czas ta trasa z uczelni do domu poprzez ulicę Foksal miała silną konkurencję. Bywało, że po zajęciach szedłem w całkiem inną stronę, skręcając w prawo ku Placowi Zamkowemu wstępowałem do Hopfera by u Pani Stasi smakować niedrogie dostępne na studencką kieszeń wina. Możliwość wypicia kieliszka, czy więcej, w towarzystwie rozpoznawalnych osób mocno pobudzała ego siedemnastoletniego warszawskiego nowicjusza. Jednakże…

Książki PIW były niezwykle atrakcyjne, a oficyna oferowała pozycje wartościowe i ambitne. Kusiły one wzrok okładkami, pobudzały wyobraźnię tytułami i nazwiskami autorów. Dla studenta pozostającego na utrzymaniu owdowiałej Matki nie były jednak dostępne. Oglądałem je więc w witrynie, czasem wchodziłem do środka i przyglądałem się z dala nowościom. W głębi niewielkiego pomieszczenia stał stolik z książkami przecenionymi, jakieś słowniki, Nowy Korbut i tym podobne, wykraczające daleko poza moje zainteresowania. Ale już sama możliwość dotknięcia tych ksiąg oprawnych w płótno, przewertowania kartek, nobilitowała, dodawała mi powagi. Większej niż winne towarzystwo u Hopfera. Nieco później dowiem się, że stolik z tymi przecenionymi pozycjami stał przy, kilka tygodni wcześniej, w czasie wakacji wybudowanej ścianie przegradzającej lokal i tym samym kończącej byt słynnej kawiarni literackiej.

Szybko zorientowałem się, że zawsze obecna za ladą, sympatyczna ekspedientka, do której wszyscy zwracają się „Pani Blanko” doskonale jest obeznana z tym, co na ladzie, dobrze zna stałych klientów i ich upodobania, jest zaprzyjaźniona z wieloma autorami i recenzentami. Udawałem więc zainteresowanie niepotrzebnym mi „Korbutem”, by być świadkiem ich rozmów, zazdroszcząc im poziomu komitywy. Podświadomie marzyłem, by osiągnąć status pozwalający mi na takie, jak ich, swobodne, pełne wiedzy o książkach, rozmowy. Innymi słowy z czasem zacząłem przedkładać wizyty u pani Blanki nad wizytami u Pani Stasi. Choć znam takich, którzy potrafili łączyć te dwie fascynacje. Najbardziej zaprzyjaźnionym klientom pani Blanka odkładała wybrane książki, innych informowała tylko kiedy można spodziewać się nowości.

Przez następne lata, kiedy już miałem możliwość nabywania książek, utwierdziłem się, że Pani Blanka jest ikoną i wizytówką PIW-u. Osobą niemal tak ważną jak dyrektor czy redaktor naczelny wydawnictwa, a na pewno co najmniej tak samo szanowaną. Osobą, która łączy i scala wszystkich, dla których książka stanowi istotę życia i jest elementem intelektualnej przygody i rozwoju. Czytelnicy piwowskich książek w zdecydowanej większości nie wiedzieli przecież, kto kieruje wydawnictwem, kto jest naczelnym redaktorem, ale doskonale orientowali się, kim jest Pani Blanka. Tu w maleńkiej księgarence mimo, iż kawiarnia była już zlikwidowana nadal toczyło się życie towarzyskie.

Gdy w lutym 2005 zostałem dyrektorem wydawnictwa Pani Blanka była już na emeryturze. Dążyłem do tego, by pozostawała w naszej bliskości. Zabiegałem, by otrzymała stosowne wyróżnienie z okazji naszego jubileuszu, by przyszła na to jubileuszowe spotkanie, by nadal czuła się z PIW-em emocjonalnie związana. Namówiłem Leszka Żulińskiego, by na 70. lecie PIW napisał monografię wydawnictwa. W wydanej w 2006 roku książce zatytułowanej „Foksal 17” pisze on: „pani Blanka przez niemal półwiecze stała się osobą znaną i wręcz kultowo związaną z wizerunkiem PIW-u. Chyba tak naprawdę była ‘na mieście’ najbardziej popularną ‘twarzą’ wydawnictwa. Była także cząstką bohemy, która przemierzała Trakt Królewski, z przyjemnością zbaczając w ulicę Foksal… Pani Blanka była powierniczką i doradczynią wielu tych przechodniów, z których bardziej zaprzyjaźnieni kupowali wydaną książkę dopiero, gdy porozumiewawcze spojrzenie sugerowało, że warto się nią zainteresować”. Dalej Leszek Żuliński pisze, że w wydawnictwie pracował jej ojciec, Wincenty Ciompała (przez wiele lat zastępca głównego księgowego PIW-u), więc i jego córka jako 16-letnia dziewczynka znalazła tu zajęcie. Była związana z PIW-em od listopada 1953 roku do końca 2001 roku, a więc ponad 47 lat. Najpierw pracowała w sekcjach rozliczeniowych, a od 1958 roku, już w księgarni, którą wkrótce sama prowadziła. W Od wieloletniej redaktorki PIW Hanny Wachnowskiej dowiedziałem się, że mniej więcej od 1980 roku Pani Blanka mieszkała w bloku przy al. 3 Maja 5a. To ten sam budynek, w którym i ja mieszkałem w latach 1968-1975. Oto jak ludzkie losy się przeplatają…

Moim staraniom o uratowanie wydawnictwa przyświecała zawsze myśl, że czynię to oczywiście dla dobra polskiej kultury, dla dobra czytelników, autorów, ale także robiłem to dla grupy piwowskich emerytek i emerytów, dla których los wydawnictwa był tak mocno związany z ich życiem, z ich emocjami, którzy tak jak Pani Blanka na każdą wiadomość o Państwowym Instytucie Wydawniczym reagowali szybszym biciem serca…

Redaktor Radia dla Ciebie Wojciech Marczyk, gdy rozmawialiśmy o Pani Blance, przyrównał Ją i Jej rolę w świecie wydawniczym do postaci Ignacego Rzeckiego. Trafnie, bo tak jak dla Rzeckiego treścią życia był sklep Mincla a później Wokulskiego, tak dla Pani Blanki treścią Jej życia na pewno był PIW. Dla PIW-u, tego sprzed 2015 roku, Pani Blanka była i pozostanie osobą niezwykle ważną. Nie zapomnimy.

Pożegnaliśmy Bogdana Płusę

Założyciela i przewodniczącego łódzkiego Klubu Przyjaciół Prasy Lewicowej. To dzięki jego staraniom wielu dziennikarzy „Trybuny” i innych lewicowych mediów, a także ekspertów i działaczy społecznych, miało szanse spotykać i dyskutować z łódzkimi lewicowcami.
I nie tylko z nimi. Na spotkania Klubu, odbywające się na łódzkiej Piotrkowskiej, przychodzili ludzie o rożnych poglądach i wychodzili bez gniewu, złości, urazów. Bo Bogdan Płusa był szanowany przez różne środowiska polityczne. Wiem, bo na inauguracyjnym spotkaniu łódzkiego Klubu byłem.
Pożegnaliśmy Bogdana społecznika. Związanego z lewicą od czasów młodości w ZMS, działacza społecznego PZPR, potem SdRP i SLD.
Chłopaka z pokolenia awansu społecznego w Polsce Ludowej. Jej budowniczego, przepojonego pokoleniową „odpowiedzialnością za Rzeszowskie i Kieleckie”. Solidarnego i wspierającego awans młodych ludzi pochodzących z biednych środowisk. Zapamiętamy go kpiącego energią, pomysłami, gotowością do działania. Wiecznie w ruchu. Pewnie dlatego, że w młodości był sportowcem, potem działaczem sportowym. Kierował klubem sportowy METALOWIEC.
Swoje życiowe doświadczenia wykorzystywał w publikacjach na łamach „Trybuny”. Krytykował działalność polskiej prawicy. Celnie, czasem boleśnie dla niej, ale zawsze fair play.
Wydawało nam się, że będzie z nami zawsze.

Pożegnanie Beatki

Żegnamy

BRONISŁAWĘ KOWALSKĄ

BEATKĘ

Posłankę na Sejm Rzeczypospolitej Polskiej w latach 1993-2005,

Założycielkę Socjaldemokracji Rzeczypospolitej Polskiej i Sojuszu Lewicy Demokratycznej,

Mądrą, przyjazną ludziom Koleżankę, nauczycielkę i wykładowczynię akademicką, Harcerkę
Koleżanki i Koledzy
z Sojuszu Lewicy Demokratycznej

Szkoła wyższa jako realizacja marzeń i skutecznych działań profesora Andrzeja Janowskiego

W okresie PRL znałem się z prof. Andrzejem Janowskim, ale nie mogę powiedzieć, żebyśmy mieli zbyt przyjazne stosunki.

On był wieloletnim pracownikiem Instytutu Badań Pedagogicznych Ministerstwa Oświaty i Wychowania. Tymczasem ja przez kilka lat byłem w tym czasie głównym doradcą naukowym prof. dr hab. Maksymiliana Maciaszka-dyrektora tego instytutu. Z racji spotkań pracowników instytutu z jej dyrektorem, miałem też okazję poznać dr. Andrzeja Janowskiego, ale nie pozostawaliśmy w bliższych, ani tym bardziej zażyłych stosunkach. Różniły nas zasadniczo odmienności poglądów na temat PRL. Andrzej Janowski należał do pozycji antyustrojowej, nie kryjąc swojej totalnej negacji ówczesnej nie tylko oświaty, ale całego, ówczesnego ustroju.

Natomiast ja, nie byłem entuzjasta tego ustroju, a nawet wręcz jego często ostrym krytykiem a zwłaszcza wielu zasadniczych elementów całego ustroju, którego szkoła i uczelnia była wykwitem, ale nie tylko nie popierałem opozycji inspirowanej i finansowanej przez bogatego „wuja Sama”,( na czele z Gorgiem Sorosem ) ale wręcz zwalczałem ją intelektualnie na łamach wydawanego pod moim kierownictwem czasopisma. Przy tym, mój stosunek do ówczesnego ustroju i kreowanych przez niego szkól i uczelni był selektywny. W swojej książce dotyczącej ideału wychowawczego w powojennej Polsce1 uważałem, że modernizacja polskiej gospodarki dokonywana poprzez zaciąganie zagranicznych kredytów w epoce Gierka może dać zarówno bardzo pozytywne rezultaty, jeśli te pieniądze wykorzysta się faktycznie do modernizacji polskich zakładów pracy lub przynieść fatalne rezultaty, jeśli się tego nie zrobi, a znaczna część zaciągniętych kredytów, przeznaczy na ówczesną konsumpcje narodu polskiego.( czego zresztą głównie dokonano)

W przeciwieństwie do dr.A. Janowskiego, nie poddawałem krytyce całego systemu wychowawczego, ale bardzo krytycznie odnosiłem się zwłaszcza do ówczesnego eksperymentu pedagogicznego Heliodora Muszyńskiego, który moim, ówczesnym zdaniem, nie kształtował człowieka zdolnego rozwijać swoja ojczyznę, inspirowanego do twórczego krytycyzmu i racjonalnego kojarzenie interesów własnych i narodowych a kreował faktycznie lizusów w stosunku do osób ważniejszych od niego . Natomiast A. Janowski, wraz ze swoimi opozycyjnymi kolegami, poddawał totalne krytyce, zarówno cały ,ówczesny ustrój, jak i jego system oświatowo- wychowawczy, specjalnie nie koncentrując się na propozycjach H. Muszyńskiego. Byłem wobec organizatorów opozycji anty ustrojowej krytyczny doskonale wiedząc, że opozycja ta bogato finansowana jest przez reprezentantów kapitału amerykańskiego, a zwłaszcza przez jego przedstawiciela G. Sorosa, pozostającego w ścisłych związkach z rodziną Rothschildów. Widziałem doskonale, że ich docelowy punkt, nie może doprowadzić do narodzin Polski moich marzeń, ani tym bardziej kreacji systemu oświatowo- wychowawczego też tych marzeń.

Innymi słowy, nie tylko nie mieliśmy ze sobą fundamentalnych elementów jedności poglądów, a nawet reprezentowaliśmy odmienne punkty widzenia na PRL-owski ustrój i jego system oświatowo- wychowawczy. Ponieważ rzadko dochodziło do ówczesnych kontaktów miedzy nami, zarówno indywidualnych, jak i w szerszych społecznościach, nie mieliśmy okazji do bezpośredniej wymiany poglądów, na wymienione tematy. Dopiero przy Okrągłym Stole, przy którym spotkała się zarówno ówczesna opozycja, jak i sfera rządowa reprezentowana przez ówczesnego ministra Oświaty i Wychowania, jak i jednego z przywódców opozycji antyrządowej,( prof.dr.hab. Henryka Samsonowicza )mieliśmy się okazje bezpośrednio nie tylko zobaczyć się , ale rozwinąć swe poglądy.( ja na nich reprezentowałem ZG ZNP ) Zarówno na ustrój, jak i na ówczesny system oświatowo- wychowawczy. Potem nasze drogi znowu daleko rozeszły się . Prof. Andrzej Janowski potem został wiceministrem w resorcie oświaty i wychowania, a ja przestałem być redaktorem naczelnym „Oświaty i Wychowania”( głównego organu prasowego tego resortu) i przygotowywałem się do uruchomienia swojej szkoły wyższej, której idea polegała na tym, aby włączyć telewizję do edukacji na tym poziomie kształcenia. Z wielkimi trudami, ale poza jakimikolwiek kontaktami z A. Janowskim, udało mi się wreszcie powołać Wyższą Szkołę Społeczno-Ekonomiczną, w której na pro rektora powołałem prof. dr hab. Andrzeja Tymowskiego, pełniącego w strukturach opozycyjnej solidarności znacznie ważniejszą funkcję, jak A. Janowski, ale pozostającego cały czas w ograniczonych, ale jednak istniejących i ważnych kontaktach ze mną.

Innymi słowy, powołałem uczelnie o kierownictwie pluralistycznym ideowo-politycznym , bo na rektora powołałem prof. Longina Pastusiaka, a na prorektorów wspomnianego prof. Andrzejka Tymowskiego i człowieka zupełnie innej orientacji, bo byłego ministra kultury w okresie stanu wojennego Kazimierza Żygulskiego. Przy tym obaj byli wybitnymi uczonymi. Intencją moją takiej układanki politycznego kierownictwa powoływanej uczelni, było stworzenie takiego zestawu osób nią kierujących , które zainteresowane były przebijaniem się w Polsce w jego nowatorskiej uczelni, włączającej telewizje do kształcenia wyższego uboższych części polskiego społeczeństwa, ludzi pracy i ich to dzieci rodziców z miejscowości położonych poza warszawskim centrum. Często od tych centrów bardzo odległych Tym bardziej, że poglądy w tych sprawach nie układały się według przeszłościowej biografii współorganizatorów takiego kształcenia.
Po śmierci Andrzeja Tymowskiego, postanowiłem kontynuować taka strukturę kierownictwa nowo powstałej uczelni i zaproponowałem powołanie na jej prorektorów prof. dr hab. Andrzeja Janowskiego i prof. dr hab. Tadeusza Kowalika. Obu z antykomunistycznie zorientowanej opozycji PRL. Uzyskałem od obu zgodę na ich powołanie i uczelnia pod moim generalnym kierownictwem, kontynuowała swoja działalność z udziałem obu wymienionych uczonych, jako jej kolejnych współtwórców i zarazem współkierowników. W międzyczasie uczelnia od 400 jej pierwszych studentów na jej Wydziale Ekonomicznym i Pedagogicznym, doszła do prawie 10000 studentów. Nastąpiło przy znacznym udziale w tym sukcesie obu wymienionych prorektorów. Jednocześnie , był początek przełamywania przez tą uczelnię swoistego elitaryzmu uczelni polskich powstałych i rozwiniętych po 1989 roku, co spędzało sen z powiek ówczesnych konserwatywnie zorientowanych członków kierownictwa polskiego systemu oświatowo- wychowawczego na czele z dr .Krystyną Łybacką, ówczesnym czołowym działaczem SDL w tym zakresie. Ciekawe, że wśród neokonserwatyzmów zwalczających nowatorstwo edukacyjne nowej szkoły, występowali zarówno kontynuatorzy PRL w tej dziedzinie , choćby w postaci jednego z późniejszych ministrów oświaty i szkolnictwa wyższego po 1989 roku dr Krystyny Łybackiej, jak i wielu innych ministrów tego resortu, wywodzących się z opozycji zorientowanej wcześniej antykomunistycznie. Prof. dr hab. Andrzej Janowski był gorącym zwolennikiem nowatorstwa dydaktycznego i nowych treści kształcenia w Wyższej Szkoły Społeczno-Ekonomicznej. Ramie w ramię walczył razem ze mną i innymi osobami wywodzącymi się z dawnego ustroju, o nową treść kształcenia ,wysoki poziom tej edukacji i jej powszechność społeczną. Front podziałów społeczno-politycznych, zwłaszcza w sprawach edukacji układał się zupełnie inaczej niż za PRL. Na pytanie dlaczego A. Janowski przyjął funkcje prorektora w uczelni mającej renomę pro komunistycznej, A. Janowski odpowiadał w wywiadzie udzielonym dnia 2-3 lutego 2015 r. na lamach „Trybuny” Marii Kędzierskiej w ten oto sposób „Nie podzielam poglądu, że przyjąłem funkcję w uczelni prokomunistycznej orientacji. Jeśli brać pod uwagę ideowo- polityczny rodowód członków jej kierownictwa, to pierwszymi jej prezydentami i rektorami byli Wojciech Pomykało i Longin Pastusiak. Ale jednocześnie pierwszym prorektorem tej uczelni był i to praktycznie do końca życia prof. dr hab. Andrzej Tymowski- jeden z najwybitniejszych pierwszych uczonych, były prorektor Uniwersytetu Warszawskiego, konsekwentny bojownik o interesy ludzi pracy, pełniący na początki III Rzeczpospolitej ważna funcie wice przewodniczącego komitetu Obywatelskiego przy L. Wałęsie, czyli instytucji, która kształtowała pierwszy solidarnościowy polski parlament. W okresie działalności opozycji solidarnościowej Tymowski, miał fundamentalny wpływ ideowy, na myślenie wielu solidarnościowych bojowników. Gdy ja zostałem prorektorem WSSE, prezydentem i rektorem był co prawda W. Pomykało, ale prorektorem był również jeden z najwybitniejszych intelektualistów solidarnościowych, znany w Polsce i na świecie ekonomista prof. dr hab. Tadeusz Kowalik. Już z tego personalnego układu, widać, że WSSE była uczelnia pod względem ideowo-politycznych pluralistyczną. Co bardzo mi odpowiadało. Ważniejsze natomiast było to, że uczelnia ta przystąpiła do realizacji mojego wielkiego osobistego marzenia- włączenia do edukacji na poziomie wyższym telewizji i internetu. To mogło stworzyć edukacji historycznie bezprecedensowa szansę. Było niezwykle ważne dla młodzieży ze wsi i małych miasteczek. Ta idea była mi najbliższa z wszystkich, jakie mi przyświecały przy podejmowaniu opozycyjnej działalności solidarnościowej.”

Natomiast w innej części cytowanego wywiadu, prof. A. Janowski z rozrzewnieniem wspominał swoje dawne zainteresowania kształceniem na odległość : „W czasie moich pobytów w Stanach Zjednoczonych i innych krajach., a zwłaszcza Wielkiej Brytanii, miałem okazje stwierdzić, że takie kształcenie jest nie tylko realne, ale może też przynieść wspaniałe jego rezultaty. Jednak wiedziałem również, że w tej sprawie toczy się wielki spór między konserwatystami broniącymi interesów wąskich elit, którzy chcieli wykształcenie wyższe utrzymać jako elitarne dla swoich córek i synów , a organizatorami oświaty na poziomie szkoły wyższej, którzy chcieli, aby najwybitniejsi uczeni danego kraju, mogli bezpośrednio kształcić potężne rzesze młodzieży, jak i ludzi w różnym wieku, nie tylko mieszkających w wielkich centrach akademickich i posiadających wysokie dochody, ale żyjących z dala od takich centrów i nie posadach takich dochodów”.

Natomiast w innej części wspomnianego wywiadu, kiedy Maria Kędzierska prosiła o wyjaśnienie, dlaczego mimo tak wielkich sukcesów tą uczelnie zlikwidowano, prof. dr hab. Andrzej Janowski odpowiadał: „W Polsce , tak jak i w wielu krajach współczesnego świata, w edukacji ścierają się dwa nurty: konserwatywny i nowatorski. Jest to odbicie ścierania się tendencji elitarnych i tendencji zorientowanych na zapewnienie dostatniego życia i pełnowartościowego wykształcenia szeroki rzeszom ludzi pracy. W Polsce tendencje neoelitarne, mimo innych w tym zakresie deklaracji politycznych, zdominowało sytuacje też w PRL, co spowodowało, że upowszechnienie wyższego wyksztalcenia, nie tylko rozwinęło się wtedy na poziomie narodowych potrzeb, ale wyraźnie kurczyło się. Jeśli w pierwszych powojennych latach na 10 tysięcy mieszkańców, mieliśmy więcej studentów, niż Anglia czy Francja, to w 1989 roku, dystans dzielący nas od tych krajów był bardzo duży. Wśród wykształconych na poziomie szkoły wyższej, malała liczebność młodzieży pochodzenia robotniczego i chłopskiego. W III Rzeczpospolitej, wystąpił podobny proces” . I w dalszej części tego wywiadu czytamy: „Wyższa Szkoła Społeczno-Ekonomiczna, rozwijała się dynamicznie.” Przy tym autor zwraca uwagę, że osiągnęła -jak wynikało z badań naukowych, podobny poziom kształcenia, jak czołowe uniwersytety,- w tym dla przykładu Uniwersytet Jagielloński, na którego terenie studenci WSSE, kontynuujący tam po licencjacie kształcenie magisterskie osiągali w 90% wyniki dobre i bardzo dobre. Co powodowało, że WSSE stała się „ solą w oku” polskich edukacyjnych środowisk konserwatywnych szkolnictwa wyższego.

Ciekawe, że wspomnianym wywiadzie przytaczając wiele przykładów przywołania do kształcenia tej uczelni licznych uczonych z zagranicy, autor też powoływał się na przywołanie do tego kształcenia czołowego chińskiego prof. .dr ha Li Jing Wena z którym w uczelni się bardzo zaprzyjaźnił. Natomiast ważniejsze jest to że , ogólną ocenę działań zmierzających do likwidacji uczelni, autor wywiadu tak oceniał: ”To była zbrodnia dokonana z premedytacją. Zarzuty były trzeciorzędne, peryferyjne. Gdyby były podstawy do poważnych zarzutów, uczelnię by zamknięto. Zastosowano więc inną metodę. Uczelni, która kształciła na poziomie licencjackim, dawano kilkakrotnie zezwolenia na roczna lub dwu letnią działalność.” W sumie dano takich osiem zezwoleń. Była to perfidna –zdaniem prof. A. Janowskiego -metoda likwidacji tej uczelni, dokonana wyłącznie z powodów orientacji konserwatywnej ówczesnych władz oświatowych, ukształtowanych po przeobrażeniach dokonanych w Polsce w 1989 roku, których prof. dr hab. A. Janowski, był niewątpliwie ważnym współtwórcą. Dodajmy od siebie że konserwatywnych władz oświatowych często o rodowodzie z SLD ( tak przynajmniej było w wypadku dr. Krystyny Łybackiej ).

Po śmierci Andrzeja Janowskiego, na lamach „Gazety Wyborczej”, która była śmiertelnym wrogiem Wyższej Szkoły Społeczno-Ekonomicznej, ( bardzo bezpośrednio i zwłaszcza pośrednio przyczyniając się do jej likwidacji 2) ukazał się- wśród wielu- najobszerniejszy nekrolog, dotyczący jego biografii, opublikowany przez jego rodzinę.3 Nekrolog ten został podpisany przez jego rodzinę, na czele z jego żoną prof. dr hab. Hanną Komorowską –Janowską, byłym prorektorem Uniwersytetu Warszawskiego, ale też podpisany przez jego synów, córkę, brata oraz innych niewymienionych z imienia i nazwiska członków rodziny. W nekrologu tym, wymieniono Wyższą Szkole Społeczno -Ekonomiczną, jak podano w mało czytelnym skrócie „WSSE” jako jedno z miejsc pracy prof. dr hab. Andrzeja Janowskiego. „Zapomniano” natomiast podać, że w Wyższej Szkole Społeczno-Ekonomicznej pełnił on funkcję przez kilka lat jej prorektora. I zarówno w cytowanym wywiadzie z nim, opublikowanym w „Trybunie”, jak i w wielu innych miejscach, pisał sam Andrzej Janowski o tej pracy, jako jednej z ważniejszych w całym jego życiu. A nawet w jego pracy dla niego najważniejszej. Dlatego też zachodzi potrzeba, aby ten przemilczany zakres informacji o tym elemencie jego biografii, właśnie na łamach „Trybuny” skutecznie uzupełnić. Natomiast w mojej –przygotowywanej do druku-nowej biografii postać prof.dr.hab. Andrzeja Janowskiego znajdzie należne jej miejsce. Należy mu się.

Nie żyje Maria Piechotka

Maria Piechotka, urodzona w 1920 roku w Krakowie studentka Architektury Politechniki Warszawskiej, związała się z tym miastem na resztę życia. Podczas Powstania Warszawskiego była łączniczką Jerzego Brauna i sanitariuszką. W Warszawie poznała swojego męża Kazimierza. Po Wojnie ukończyła studia architektoniczne i rozpoczęła wraz z nim swoją, jakże bogatą karierę zawodową i społeczną.

Zaprojektowała liczne budynki mieszkalne i usługowe m.in. na terenie warszawskich Bielan – osiedla Bielany I-IV, wpisane przez SARP na listę Dóbr kultury współczesnej. We współpracy z Janem Zachwatowiczem oraz mężem opracowała projekt odbudowy warszawskiej katedry św. Jana. Wspólnie z mężem kierowała wielobranżowym zespołem opracowującym system budownictwa wielkopłytowego.

W latach 1961–1965 była posłanką na Sejm, wybrana z okręgu Warszawa-Wola, wiceprzewodnicząca sejmowej Komisji Budownictwa.

Małżeństwo Piechotków dla nas mieszkańców tzw. „Piechotkowa” na warszawskich Bielanach ma w naszych sercach miejsce szczególne. Uosabia taki szczególny rodzaj patriotyzmu, który uczy, że jest czas walki i czas pokoju, czas boju z wrogiem i czas budowy ojczyzny nawet wtedy, gdy nie jest doskonała.

Z naszą panią Marią śpiewaliśmy powstańcze piosenki pod muralem poświęconym tej wspaniałej parze patriotów
Będziemy zawsze to pamiętać.

Cezary Żurawski
Warszawiak
Mieszkaniec Piechotkowa

Józef Para (1922-2020)

Był bardzo czynnym aktorem, twórczym reżyserem i dyrektorem teatrów, choć jego nazwisko i postać nie zaznaczyły się w pierwszym rzędzie zawodowej sławy.

Obdarzony był skromnymi warunkami zewnętrznymi, ale dobrymi psychologicznymi warunkami dramatycznymi, a także pięknym, mocnym, niskim głosem.
Masowa publiczność zapamiętała go zapewne najbardziej z roli komisarza Przygody w „Vabank” i „Vabank 2” Juliusza Machulskiego. Po ukończeniu krakowskiej PWST (1947) tylko na krótko związał się z tym miastem. Współpracował tam z teatrami: im. J. Słowackiego, Starym i Rapsodycznym.
Po opuszczeniu Krakowa był dyrektorem teatrów: Polskiego w Bielsku Białej (1967–1973), Współczesnego we Wrocławiu (1973–1975), Śląskiego w Katowicach  (1975–1977). Od 1982 do 2009 był profesorem nadzwyczajnym PWSTiF w Łodzi. Ma w swoim dorobku aktorskim i reżyserskim na deskach teatrów, planach filmowych i w produkcjach telewizyjnych ogromną liczbę dokonań twórczych. Zagrał dziesiątki ról teatralnych, m. in. Zbigniewa w „Mazepie” J. Słowackiego, Króla w „Hamlecie” W. Szekspira, tytułowego Bolesława Śmiałego w dramacie St. Wyspiańskiego Łatkę w „Dożywociu” A. Fredro czy Konrada w „Wyzwoleniu” St. Wyspiańskiego, a także kilkanaście ról filmowych, m. in. w „Gdzie jest generał” Tadeusza Chmielewskiego (1964), „Trędowatej” J. Hoffmana (1976) czy w telewizyjnych serialach „Królowa Bona” (1980) i „Najdłuższa wojna nowoczesnej Europy” (1981).
Wyreżyserował dziesiątki spektakli na deskach teatrów Bielska Białej, Wrocławia, Katowic, ale także w Warszawie. Jako dyrektora i reżysera interesowała go przede wszystkim klasyka dramaturgiczna polska i obca (m. in. „Sułkowski” S. Żeromskiego, „Nora” H. Ibsena czy „Ryszard III” W. Szekspira). Jako reżyser współpracował też z katowickim i warszawskim ośrodkiem telewizyjnym realizując tam spektakle Teatru Telewizji.
Na telewizyjnej scenie zagrał m.in. marszałka Rydza-Śmigłego w spektaklu „Śmierć Adama Zawiszy” R. Frelka w reż. R. Wionczka czy tytułowego Stanisława Staszica w przedstawieniu w reż. L. Smolińskiej.
W 1998 roku ukazała się jego książka wspomnieniowa „Salony i kulisy”. Urodzony 1 lipca 1922 roku w Wojakowej, zmarł 9 listopada 2020 roku w Warszawie. Wyróżniony między innymi Medalem Zasłużony Kulturze „Gloria Artis” za dokonania aktorskie, reżyserskie i pedagogiczne (2007).

Ludwik Flaszen (1930-2020) „Teatr ubogi”, umysł przebogaty

W Paryżu zmarł 24 października Ludwik Flaszen, bardzo niezwykła i bardzo swoista postać polskiej i europejskiej kultury. Był krytykiem teatralnym i literackim, eseistą, tłumaczem, teatrologiem i reżyserem. Był też współpracownikiem Jerzego Grotowskiego i współzałożycielem (1959) oraz kierownikiem literackim jego wrocławskiego Teatru 13 Rzędów, przemianowanego później na Teatr Laboratorium, a w latach osiemdziesiątych jego dyrektorem, choć przede wszystkim współtwórcą doktryny teatralnej tego teatru, autorem terminu „teatr ubogi”, którego użył w komentarzu do przedstawienia „Akropolis”.

Urodził się w Krakowie w Krakowie 4 czerwca 1930 roku, ale czas II wojny światowej spędził w ZSRR. Po ukończeniu po wojnie studiów na krakowskiej polonistyce zadebiutował w 1948 roku na łamach „Przekroju”.
Jego działalność krytyczna na łamach prasy była bardzo intensywna. Na łamach krakowskiego „Życia Literackiego” prowadził rubrykę „Z notatnika szalonego recenzenta”. Był też m.in. kierownikiem literackim Teatru im. J. Słowackiego w Krakowie. Należał w tym okresie do tzw. krakowskiej szkoły krytyków, wraz z Janem Błońskim, Andrzejem Kijowskim i Konstantym Puzyną. Z uwagi na bezkompromisową pryncypialność z jaką głosił swoje poglądy, w środowisku teatralnym w Krakowa nazywano Flaszena „Robespierre’em”.
Był prekursorem krytyki schematyzmu literatury socrealizmu, czemu już w 1951 roku dał wyraz w głośnym tekście „Nowy Zoil, czyli o schematyzmie”. Literacko zadebiutował w 1958 roku prozą eseistyczną „Głowa i mur”, zatrzymaną przez cenzurę.
Duży rozgłos w środowiskach literackich zdobyła w 1971 roku jego eseistyczna książka „Cyrograf”, niezwykle wyrafinowany, wielostronny, skomplikowany intelektualnie esej o rozmaitych zjawiskach kultury, głównie teatralnej, który doczekał się także wydania francuskiego w 1989 roku. Od 1984 mieszkał w Paryżu, gdzie prowadził bogatą działalność teatralną, pedagogiczną i reżyserską.
Interesowała go tylko wielka literatura wielkich problemów (m.in. Dostojewski czy Ajschylos). Reżyserował gościnnie także w Polsce, m.in. Swoją wersję „Biesów” w Starym Teatrze w Krakowie („Mały Plutarch żywotów nieudanych”,1995). Miał także ścisłe związki z kulturą włoską i w tym kraju krzewił po śmierci Grotowskiego w 1997 roku tradycję jego teatru, jako spadkobierca jego idei.
Opublikował wydane w kilku językach liczne teksty o Grotowskim i jego teatrze. Był współautorem wydanej we Włoszech antologii Teatru Laboratorium. Napisał także m.in. „Teatr skazany na magię” (1983). Był także tłumaczem, głównie literatury rosyjskiej XIX i XX wieku, w tym tekstów Michała Bachtina, ale także z języka rosyjskiego. Był laureatem wielu nagród za dokonania na polu kultury.
Od 2018 roku w Instytucie im. Jerzego Grotowskiego działa bardzo bogata Czytelnia im. Ludwika Flaszena, zawierająca wiele bezcennych i unikalnych wydań książkowych w wielu językach.
Powyższy, „telegraficzny” skrót dokonań Ludwika Flaszena słabo oddaje bogatą, czasami czyniącą wrażenie mistycznej, osobowość tego oryginalnego myśliciela-artysty, ogrom jego wiedzy i niezwykle kreatywny, choć dość hermetyczny umysł, pracujący tylko na najwyższych diapazonach, co sprawia, że kontakt z jego imponującą twórczością, zarówno krytyczną, eseistyczną jak i teatralną, choć fascynujący, nigdy nie był i nie będzie łatwy.

Halina Kwiatkowska (1921-2020) Dama sceny

W wieku 99 lat zmarła w Konstancinie Halina Kwiatkowska, wybitna aktorka teatrów krakowskich. Urodzona w Bochni 25 kwietnia 1921 roku, swoją drogę zawodową rozpoczęła w 1941 roku w krakowskim konspiracyjnym Teatrze Rapsodycznym Mieczysława Kotlarczyka, gdzie występowała m.in. z młodym Karolem Wojtyłą. W Teatrze Rapsodycznym aktorka występowała także po wojnie do 1947 roku. Później współpracowała z krakowskimi scenami: Teatrem TUR (1947-48), Państwowymi Teatrami Dramatycznymi (1948-53). W 1954 roku zadebiutowała na deskach Teatru Starego rolą Warii w „Wiśniowym sadzie” A. Czechowa.

Na scenach krakowskich współpracowała m.in. z takimi ludźmi teatru jak Bronisław Dąbrowski, Władysław Krzemiński, Konrad Swinarski, Józef Szajna, Jerzy Jarocki czy Zygmunt Hübner. Wzięła udział m.in. w legendarnej inscenizacji „Dziadów” A. Mickiewicza w reżyserii Konrada Swinarskiego (1973). Występowała też na scenie kabaretu Jama Michalika, była pedagogiem w krakowskiej Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej, w której prowadziła zajęcia z prozy, wiersza, a także piosenki, a w ostatnim okresie swojej pracy pedagogicznej prowadziła, na propozycję ówczesnego rektora Jerzego Stuhra, zajęcia z „kultury bycia”.
Próbowała także sił w reżyserii, była autorką książek wspomnieniowych: „Boyowym szlakiem, czyli a to ci kabaret”, „Damą być… ba!”, „Porachunki z pamięcią”, (za które otrzymała Nagrodę Krakowskiej Książki Miesiąca w marcu 2002 roku), „Nie ma takiej świętej”. Była autorką książek wspomnieniowych: „Porachunki z pamięcią”, „Wielki Kolega”, „Boyowym szlakiem, czyli a to ci kabaret” (współautorstwo Bruno Miecugow) oraz „Nie ma takiej świętej”.
Pisała także słuchowiska radiowe, a wspólnie z Ewą Otwinowską podręczniki dobrego wychowania. Zagrała ponad sześćdziesiąt ról teatralnych. Pamiętna także z ekranu filmowego, z roli Staniewiczowej z „Popiołu i diamentu” A. Wajdy (1958) i baronowej Krzeszowskiej z „Lalki” W.J. Hasa (1968) Pojawiła się też w filmie telewizyjnym „Wiktoryna, czyli czy pan pochodzi z Beauvais?” J. Rutkiewicza (1971), w serialach „07 zgłoś się”, „Z biegiem lat, z biegiem dni”, a także w „Oszołomieniu” J. Sztwiertni (1988). Za prace twórczą wielokrotnie honorowana prestiżowymi wyróżnieniami i nagrodami.

50 lat temu zmarł Jacek Woszczerowicz

Był jednym z tych – w sumie nie tak wielu – aktorów generacji rozpoczynającej pracę w służbie Melpomeny i X Muzy jeszcze w latach trzydziestych, których można zobaczyć na taśmach filmowych z lat 50-tych, 60-tych i na zarejestrowanych na taśmie telerecordingu spektaklach teatru telewizji.

Jacek Woszczerowicz, „Woszczer”, jak o nim mawiano, prezentował aktorstwo dziś już prawie nieznane, ktoś powie – archaiczne, takie, które mimo swoich rozmaitych gier z realizmem i naturalizmem, było zjawiskiem bardzo dalekim od aktorstwa dzisiejszego, opartego w dominującym stopniu na odwzorowywaniu, na trywialnym odtwarzaniu psychologicznego kształtu realnej psychologii zachowań. Było to aktorstwo w pełnym tego słowa znaczeniu kreujące rzeczywistość teatralną, bardzo odległą od rzeczywistości ulicy.
W roku 1957 zagrał Rejenta Milczka w pierwszej filmowej wersji „Zemsty” w reż. Antoniego Bohdziewicza. Stworzył też kilka wspaniałych kreacji w niezwykłym w owych czasach teatrze telewizyjnym. Majstersztykiem była jego tytułowa rola Voigta w słynnym „Kapitanie z Koepenick” Carla Zuckmayera w roku 1965, w telewizyjnej realizacji Józefa Słotwińskiego. Rolę Dyrektora stworzył w „Apollu z Bellac” (1958) Jeana Giraudox, był znakomitym tytułowym „Gościem wieczornym” (1966) w sztuce Dürrenmatta, Napoleonem w „Układach. 1806” (1967) Jerzego Krasowskiego, Kapitanem Nutem w „Żeglarzu” Jerzego Szaniawskiego, a także rewelacyjnym Łatką w „Dożywociu” (1968) Fredry. Zagrał też w dwóch nowelach filmowych z cyklu „Opowieści niezwykłych”: „Ślepym torze” (1967) i „Wenus z Ille” (1967). Jako aktor wychował się w Reducie Juliusza Osterwy. Witold Filler napisał o nim jako o „maniakalnym zwolenniku gry realistycznej”, który „Osterwę miał w sercu, Stanisławskiego w pamięci”.
Urodził się 11 września 1904 roku w Siedlcach. W przedwojennych filmach grywał epizody, m.in. w „Znachorze”, „Profesorze Wilczurze”, „Testamencie profesora Wilczura” w reżyserii Michała Waszyńskiego czy w „Strachach” w reż. Eugeniusza Cękalskiego Wyreżyserował pierwsze powojenną inscenizację „Wesela” Wyspiańskiego w Teatrze Wojska Polskiego w Lublinie jesienią 1944 roku, grając jednocześnie rolę Stańczyka. W Łodzi działał od 1945 do 1948 roku i w tamtejszym Studiu Poetyckim zagrał wspaniale Żebraka w „Elektrze” J. Giraudoux, a w Teatrze Kameralnym Homera „Homerze i Orchideach” T. Gajcego, Merkurego w „Amfitrionie 38” J. Giraudoux, Arnolfa w „Szkole żon” Moliera. Od 1948 roku działał w Warszawie, w teatrach Kameralnym Polskim, Narodowym, kreując m.in. Tariełkina w „Śmierci Tariełkina” Suchowo-Kobylina, Sgagnarela w „Don Juanie” Moliera, Papkina w „Zemście” Fredry, Jowisza w „Muchach” Sartre’a, Daviesa w „Dozorcy” Harolda Pintera, Ferrantego w „Martwej królowej” Henri de Montherlanta i – w roku 1958 w Ateneum – fenomenalnego Józefa K. w „Procesie” według Kafki, rolę o której Jan Kott napisał, że godna jest obszernego i wnikliwego studium, które pokazałoby wszystkie „przegiby” aktorskie Woszczerowicza. Swoją najsłynniejszą i być może najwspanialszą kreację stworzył w roku 1960 na deskach Teatru Ateneum jako tytułowy „Ryszard III” Szekspira, w przedstawieniu przez siebie wyreżyserowanym. Był też profesorem szkół teatralnych, łódzkiej i warszawskiej.
Warunki fizyczne Woszczerowicza były na pozór złe: niski, na granicy karłowatości, nieproporcjonalnej budowy, głos miał brzydki, nosowy, skrzeczący, oczy tzw. „wyłupiaste”. Z wszystkimi tymi przeklętymi wadami fizjonomii był aktorem o rzadkiej sugestywności i charyzmie. Grał zupełnie inaczej niż inni aktorzy, jakby nieklasycznie, inny był w geście, spojrzeniu, intonacji. „To ta inność narzucała widzom przeświadczenie, że stają się oto świadkami jakiegoś misterium gry” – pisał W. Filler.
Tym co niewątpliwie należało do najbardziej charakterystycznych cech aktorstwa Woszczerowicza był swoisty apsychologizm jego gry, do pewnego stopnia intelektualnie sprzeczny z deklarowanym przez niego przywiązaniem do aktorstwa realistycznego. Gdy się obserwowało grę Woszczerowicza, uderzał sposób grania jakby abstrakcyjny, śladowo tylko nawiązujący do realnych ludzkich zachowań. Gesty, mimika, intonacja Woszczerowicza były wywiedzione jakby z innego świata, z jakiejś rzeczywistości tajemniczej i skrytej, rządzącej się innymi prawami niż otaczająca nas. Częstym składnikiem jego gry było błaznowanie, przedrzeźnianie konwencjonalnych gestów, drwina, od której natychmiast potrafił przechodzić do zadumy. Wspaniale i niepowtarzalnie wygrywał dwuznaczność wielu postaci, ich tajemniczość i niejednoznaczność. I tak grał nawet w rolach, które – wydawałoby się – wymagały gry typowo realistycznej.
Ten apsychologizm i abstrakcjonizm był istotą koncepcji jego najważniejszej roli scenicznej, „Ryszarda III”. Ryszard w wykonaniu Woszczerowicza nie był postacią ludzką, o człowieczych, choćby najgorszych cechach psychicznych, lecz abstrakcyjnym upostaciowaniem zła, potwornym histrionem, rządzącym się sobie tylko właściwymi prawami.
Niezależnie od konotacji moralnych jego najważniejszej roli, Woszczerowicz wykreował w całości swojego aktorstwa postać szarego człowieka tragicznego, przytłoczonego dramatyzmem ludzkiej egzystencji i grającej z nią swoją własną grę, za pomocą tragizmu i komizmu. W jakimś dalekim skojarzeniu przywodzi to na myśl sztukę aktorską i przesłanie filmów Charlesa Chaplina.
Już po śmierci Woszczerowicza, Krzysztof Teodor Toeplitz napisał o jego aktorstwie bardzo trafnie: „Jego sztuka była sztuką mroczną. Patrząc na jego grę odnosiło się wrażenie, że postacie które kreował, podszyte były niespełnionymi ambicjami, marzeniami, złościami, pragnieniami i zawodami, że w duszach tych postaci szaleje piekło”.
Woszczerowicz należał do tytanów i poniekąd męczenników swojego zawodu. Ciężko chory na serce, zawsze miał przy sobie nitroglicerynę, a mimo to nie zdecydował się zerwać ze sceną. W dniu śmierci ukochanego syna nie zrezygnował wystąpienia w spektaklu. Zmarł w Warszawie 19 października 1970 roku.