Krzysztof Penderecki (1933-2020)

Krzysztof Penderecki zawsze będzie mi się kojarzył przede wszystkim ze swoją muzyką do filmu „Rękopis znaleziony w Saragossie” W.J. Hasa, kompozycją będącą pastiszem nawiązującym do stylu charakterystycznego dla wieku XVII i XVIII. Brawurowa uwertura do tej kompozycji towarzyszy wysmakowanej, misternej czołówce filmu wyrysowanej przez Lidię i Jerzego Skarżyńskich.
Urodzony 23 listopada 1933 roku w Dębicy, już od wczesnych lat sześćdziesiątych uważany był za najwybitniejszego polskiego kompozytora po Fryderyku Chopinie i uznany za wielkiego mistrza awangardy, choć on sam przeciw temu słowu konsekwentnie oponował. Sens tego określenia jest często dyskutowany a nawet kwestionowany, jako że „awangarda” oznacza sztukę wyprzedzającą czas, tymczasem ona także z czasem staje się klasyką lub co najmniej dołącza do tradycji.
Penderecki stworzył nową polską szkołę kompozytorską, bardzo trudną w odbiorze dla muzycznych laików, przez złośliwych uważaną za kwintesencję „niezrozumialstwa i hermetyzmu”, ale przyjętą z uznaniem na całym świecie, uhonorowaną niezliczonymi nagrodami i laurami. Skomponował cztery opery, osiem symfonii i szereg innych utworów orkiestrowych, koncertów instrumentalnych, oprawę chóralną tekstów religijnych, a także utwory kameralne i instrumentalne. Do jego najsławniejszych utworów należą takie dzieła, jak „Ofiarom Hiroszimy – Tren”, „Pasja według św. Łukasza”, III Symfonia czy „Polskie Requiem”, wraz z włączoną do niego „Lacrimosą”.
Premiera jego pierwszej i najsłynniejszej opery, „Diabły z Loudun”, miała miejsce w Hamburgu i Stuttgarcie w 1969 roku. Od połowy lat 70. styl kompozytorski Pendereckiego zmienił się, a – jak pisali znawcy – „jego pierwszy koncert skrzypcowy skupił się na półtonie i trytonie”. W latach osiemdziesiątych powstało jego chóralne dzieło „Polskie Requiem”.
Muzyka Pendereckiego niejednokrotnie była wykorzystywana przez twórców filmowych. Jego utwory znalazły się w takich filmach jak „Egzorcysta Williama Friedkina, „Lśnienie” Stanleya Kubricka, „Dzikość serca” Davida Lyncha, Ludzkie dzieci Alfonso Cuaróna, „Katyń” Andrzeja Wajdy oraz czy „Wyspa tajemnic” Martina Scorsese.
Był też wybitnym pedagogiem muzycznym, przez wiele lat profesorem i rektorem Akademii Muzycznej w Krakowie, ale także mecenasem kultury. Jego wyrafinowany estetyczny smak i upodobania wyraziły się też. m.in. w dokonaniu renowacji XIX-wiecznego dworku w podkrakowskich Lusławicach, który stał się miejscem spotkań ludzi kultury. Z otaczającego dworek rozległego, 30-hektarowego parku uczynił arcydzieło sztuki arborystycznej, opartej na artystycznym sadzeniu, uprawianiu i pielęgnowaniu drzew oraz roślin drzewiastych.

Eugeniusz Kabatc (1930-2020)

„Dlaczego moi młodzi przyjaciele tak szybko się starzeją?”

Gdy nieco ponad dwa miesiące temu, 11 stycznia obchodziliśmy w Domu Literatury przy Krakowskim Przedmieściu Jubileusz 90-lecia urodzin Eugeniusza Kabatca, w poświęconym Mu szkicu w „Dzienniku Trybuna” napisałem o Nim jako o „pisarzu twórczych metamorfoz”. W nocy, 19 marca Eugeniusz przeszedł swoją ostatnią metamorfozę – umierając stał się lokatorem naszej serdecznej pamięci, jako piękny człowiek i utalentowany artysta pióra.
Jego twórczość rozpościera się od debiutanckiego zbioru opowiadań „Pijany anioł” (1957) nawiązującego do jego białoruskich korzeni, poprzez europejsko-włoski środek, którego najbardziej charakterystycznym wyrazem jest powieść „Patrycja, czyli opowieść o miłości i sztuce w środku nocy” (1975) i niespieszne (tak jak po wschodniemu niespieszny był Eugeniusz) zwieńczenie, które bardzo pięknie skumulowało się w „Ostatnim wzgórzu Florencji. Opowieści o Stanisławie Brzozowskim” (2008) i w „Czarnoruskiej księdze trędowatych” (2011).
Pisarzowi najwłaściwiej jest oddawać hołd pisząc o jego pisarstwie. W dniu wspomnianego Jubileuszu dostałem do ręki wznowione, w postaci nieco poszerzonej, jego „Popołudnia … wieczory”, zbiór przeszło siedemdziesięciu minipowiastek filozoficznych, którym Eugeniusz nadał formę żartobliwych dialogów między Profesorem a Przyjacielem. Podobnie jak powiastki filozoficzne, także dialogi mają swoją piękną, i głębi dziejów literatury sięgającą tradycję, że wspomnę tylko Platona czy Diderota. Eugeniusz Kabatc, choć nie miał uniwersyteckiego patentu filozofa, w moim odczuciu filozofem również był, tak jak wspomniani wyżej i dziesiątki innych, którzy też ani doktoratami ani tym bardziej habilitacjami czy profesurami się nie legitymowali. Kabatc był pisarzem-filozofem w najbardziej rudymentarnym sensie tego słowa. Filozofował niejako naturalnie, odruchowo, filozofia była w jego duchowym, intelektualnym i emocjonalnym DNA. Filozofował tak, jak się oddycha. Nie był przy tym filozofem z zimnej kategorii Kantów i Heglów, lecz zdecydowanie z rodu Montaigne’ów. Nie powodował nim nie imperatyw odkrywania struktury świata, jego systemu, względnie nadawania struktury, kształtu systemowego żywiołowi egzystencji. Kierowało nim pragnienie pogodnej, choć nie pozbawionej łagodnej melancholii kontemplacji świata, jego dramatu, ale i jego urody. Genealogia filozofowania Kabatca wywodziła się nie ze Średniowiecza, ani też, z drugiej strony, nieco oschłego Oświecenia, lecz z łacińskiego Renesans, w szczególności tych jego stref, które rodziły się pod słońcem i w cieniu winnic Kampanii Rzymskiej czy Toskanii. Ta ostatnia jest szczególnie ważna, bo to jedna z ważnych ojczyzn włoskiego wina, a ono towarzyszyły Kabatcowi zawsze, choć smakował je zawsze z renesansowym umiarem. O jego znaczeniu dla Autora świadczy także jego (wina) czule i poetycko wspominana obecność we wspominanych tu powiastkach-dialogach. Nie można jednak zapomnieć, że filozof Kabatc był nie tylko, a może nie przede wszystkim, filozofem, ale świetnym pisarzem, który zadbał o to, by filozoficzność tekstów składających się na „Południa…wieczory” nie była odstraszająca dla tych czytelników, którzy mogą mieć nienajlepsze skojarzenia z terminem „filozofia”, lecz by była atrakcyjna w lekturze. Dlatego teksty zbioru napisał z lekkością motylą i przepełnił je subtelnym i słonecznym humorem.
O czym zaś powiastki-dialogi-rozmówki traktują? O niezliczonych zagadnieniach życia, od wysokiej kwestii „pętli czasu”, poprzez kwestie przykre, jak kłamstwo. zdrada, grzechy władzy, powaga, melancholia, problemy stwarzane przez Ministerstwo Szkodnictwa Wyższego, po wspaniale podnoszące na duchu kwiatki świętego Franciszka. Jedna z powiastek ma intrygujący tytuł, w którym niestety nie mogłem się już rozpoznać: „Dlaczego moi młodzi przyjaciele tak szybko się starzeją?”. „Popołudnia…wieczory”, ale ich lektura sprawiła mi taką przyjemność, że stawiam tomik w zasięgu ręki, z tapczana na którym zwykłem czytać, że użyję staromodnego określenia. Tej staromodności mam zamiaru się wstydzić, tym bardziej, że bieżący czas, póki co, oferuje nam jedynie koronawirusa. I na koniec pozwolę sobie akcent prywatny. Gdy w 1957 roku Eugeniusz debiutował – urodziłem się. Gdy w 1975 roku ukazała się jego włoska powieść „Patrycja”, ukończyłem 18 lat. Przeszło trzydzieści lat później obdarzył mnie i zaszczycił swoją przyjaźnią a jeszcze później kilkoma, na przestrzeni lat, spotkaniami przy winie, w jego mieszkaniu w wieżowcu przy Smolnej, jak żartobliwie podkreślał – w lokalu pod mickiewiczowskim numerem 44 (słownie: „Czterdzieści i cztery”). Będzie mi tym winnych spotkań u Eugeniusza bardzo brakowało.

Odszedł Ludwik Stomma

niepostrzeżenie, w powszechnym milczeniu, nie ze względu na informacyjne, wirusowe, tłoczne szaleństwo, ale z racji swoich poglądów i aktywności twórczej, które dla mainstreamowych mediów były nie tylko obce, ale i nie do pokonania.

Polaryzacja polskiego społeczeństwa, niespotykana w takim granicznym stopniu przez większość okresu Polski Ludowej, stała się jednym z liczących się elementów polityki rządowej, uprawianej od początku przez solidarnościowy obóz. Pasem transmisyjnym jest dziś, twórczo rozwinięta przez PiS, polsko-polska wojna plemion, z jej tragicznymi dla wszystkich skutkami. Trwa dalej w najlepsze z takimi także wypowiedziami jak Adama Michnika (w rozmowie z Tomaszem Lisem): „Patrzę na biografię Jarosława. Zaczynał jako człowiek ewi­dentnie związany z opozycją antykomunistyczną. Nie był tam kimś bardzo ważnym, ale był po tej stronie, a nie po drugiej, kiedy to nie było jeszcze takie modne. Więc w tym sensie nie potrafię odmówić mu inten­cji do patriotyzmu” (Newsweek 2-8.03.2020). Z powyższego wynika, że patriotami byli (a może i są nadal?) polityczni opozycjoniści, bo ci inni, wszyscy pozostali stali tam gdzie stało ZOMO?
To wręcz kuriozalna opinia, odbierająca miano patriotyzmu za odmienne poglądy i działania, i nie mająca nic wspólnego z demokratycznym widzeniem rzeczy, z którą nie sposób zresztą polemizować. Takie podziały stawiają Michnika, czy chce tego, czy nie, w konsekwencji w pobliżu Kaczyńskiego.
Daje temu wyraz na co dzień w „Gazecie Wyborczej”, która także dzieli Polaków na tych, o których warto, z politycznych przekonań i sympatii, pisać i pozostałych, nie zasługujących nawet na pośmiertne wspomnienie (dotyczy papierowego wydania). Miało to miejsce nie raz, ostatnio w związku ze śmiercią Stanisława Kani. Trudno więc było oczekiwać nawet słów kilku o Ludwiku Stommie.
Urodził się w Krakowie w 1950 roku, zmarł w Paryżu 7 marca roku 2020. Był synem Stanisława Stommy, znanego działacza katolickiego, nauczyciela akademickiego, publicysty i polityka, z ramienia „Znaku” posła na Sejm PRL przez kilka kadencji. Sam Ludwik był też naukowcem, profesorem i nauczycielem akademickim na polskich uczelniach i na paryskiej Sorbonie, historykiem, antropologiem kultury, etnologiem, autorem licznych książek i wybitnym publicystą tygodników „Polityka” i „Przegląd”.
Realizm polityczny wyznaczał Stanisławowi Stommie preferencje nadrzędności celów narodowych, a Ludwikowi lewicowe poglądy, bo był nie tylko członkiem Unii Pracy ale w swoich tekstach je wyrażał. Pierwszemu w niełatwych latach Polski Ludowej, w których jego poczucie państwowości i gotowość współpracy napotykało na tępy opór ze strony dalekich wtedy od koabitacji władz. Drugiemu w czasach III Rzeczpospolitej poprzez odważną i krytyczną ocenę nowej polskiej rzeczywistości, sprzeciw narodowym mitom, zakłamywaniu historii, tej dawnej i najnowszej, i doświadczenia Europejczyka.
Ludwik Stomma – niedościgniony mistrz felietonowej publicystyki w pełni zdominowanej wielką erudycją – przedstawiał swoje racje przez kilkadziesiąt lat na łamach „Polityki”, a potem „Przeglądu”, będąc obok Bronisława Łagowskiego filarem intelektualnych wartości, niesionych przez ten tytuł.
Pozostawiając krytykom literackim i prasoznawczym, a także politologom szersze i wnikliwe przedstawienie Jego twórczości oraz jej wpływu na poglądy współczesnych, przywołuję poniżej kilka fragmentów felietonów Ludwika Stommy, które najlepiej prezentują wagę Jego poglądów, rodzaj analizy, opinie i wnioski. Styl i język, erudycja bez granic, nie mówiąc już o odwadze w obronie prawdy.
Jeśli zaś chodzi o wielkie zwycięstwa narodu naszego,
niedługo już będziemy obchodzić okrągły jubileusz Bitwy Warszawskiej 1920. Będzie się działo, jak mawia niesłuszny Owsiak. Normalnym obywatelom radzę uciekać na wakacje, pozamykać radioodbiorniki i telewizory… Jest jednak i drugi sposób. Przypomnijmy sobie, że w tym 2020 r. przypada nie tylko rocznica radzymińskiej wiktorii. 300 lat przed nią (18 września-6 października 1620 r.) stoczona została słynna polsko-turecka bitwa pod Cecorą.
Wspomina jej uczestnik Teofil Szemberg, co duszy polskiej serdeczne winno być i bliskie: „A jako to już u nas nastało wszytkie starszych swych rady paczyć, …że nas PP. Hetmani chcą na mięsne jatki wydać, drudzy, że chcą uciekać, trzeci, że źle radzą, bo Tatarom niepodobna uść”.
Rozpoczęta w tak miłej atmosferze bitwa zakończyła się bezprzykładną (do tamtych czasów) klęską Polaków. Większa część wojska wraz z hetmanem wielkim koronnym Stanisławem Żółkiewskim poległa. Hetman polny koronny Stanisław Koniecpolski dostał się do niewoli. Rozerwany tabor padł łupem nieprzyjaciela. Tatarzy przeprawili się przez Dniestr i ruszyli w głąb Rzeczypospolitej, docierając aż do Sanu.
Radziłbym te dwie rocznice obchodzić razem. Tutaj Maryja pędzi na obłoku, tam psia wiara ścina głowę hetmanowi Żółkiewskiemu. Z lewej atakują ułani, chłopcy malowani, z prawej niezwyciężona husaria zmyka co sił w końskich nogach, wrzeszcząc ze strachu i gubiąc skrzydła. Ks. Skorupka pędzi dzieci do boju, a Stanisław Koniecpolski poddaje się i chorągiew Turczynowi oddaje. I tak byłoby najlepiej, bo historia Polski męczeńską jest, o czym zawsze należy przypominać, ale dlatego przede wszystkim, żeby nam mania wielkości nie uderzyła do głowy.
17 września 1939 r.
wojska radzieckie weszły do Polski na podstawie tajnego zapisu w pakcie Ribbentrop-Mołotow. Było to niewątpliwie (acz armia polska była już rozbita) działanie amoralne i zdradzieckie. Jednakże 2 października 1938 r. oddziały polskie pod dowództwem gen. Władysława Bortnowskiego wkroczyły do Czechosłowacji, współdziałając obiektywnie z hitlerowcami zajmującymi w tym samym czasie czeskie Sudety. Uwagę zwraca identyczność używanych przez Rosjan i Polaków argumentów. Jedni i drudzy mówili o „powrocie do macierzy” okupowanych ziem (w Rzeczypospolitej wydano nawet znaczki pocztowe z tym sloganem) i „ochronie ich ludności”.
Dodajmy, że Polakom ich agresja nie dała nic poza hańbą, natomiast Stalin oddalił o kilkaset kilometrów linię wyjścia armii niemieckich podczas ich ataku na ZSRR. Zabrakło ich potem hitlerowcom, żeby zdobyć Moskwę, choć dotarli na jej przedpola. Teza, że każde państwo musi działać w swoim żywotnym interesie, jest powszechnie przez polityków przyjmowana.
W przeciwieństwie do Polski Becka i Rydza-Śmigłego Rosja może się na nią powołać, toteż sobie tego nie żałuje i znajduje szerokie zrozumienie.
Nie miałem
dotąd specjalnej sympatii dla Włodzimierza Czarzastego. Ot, polityk – wprawdzie lewicowy i inteligentny, ale jak wszyscy unurzany w rozgryweczkach, kokieterii i półprawdach. Z wielką przyjemnością donoszę, że zmieniłem zdanie. W „Kawie na ławę” zapytany o sejmowe „opłatki”, podczas których uczestnicy z prawa i lewa spijają sobie miód z dzióbków przy dźwiękach kolęd, bez względu na to, co który dzióbek świergotał godzinę wcześniej, odpowiedział rzeczowo, że nie ma zwyczaju brać udziału w takich festiwalach obłudy i zakłamania w pseudokatolickim sosie. Brawo, panie Włodzimierzu! Nareszcie rzetelne słowa prawdy.
Dowiadujemy się poza tym,
że duchowni otrzymują od państwa pensję „tylko wtedy, gdy są zatrudnieni jako nauczyciele religii lub kapelani wojskowi” (s. 299). Kapelani kilkudziesięciu innych instytucji, potrzebni lub niepotrzebni, chciani i niechciani, pracują oczywiście za co łaska. Ale faktem jest, że np. Rydzyka smaruje państwo nie poprzez pobory, tylko darowizny i na tysiąc innych sposobów… W „Potopie” Sienkiewicza jest taka scena, w której chłopski małolat zdobywa szwedzki sztandar.„– Jak ci na imię? – spytał chłopaka pan Czarniecki.– Michałko!– Czyj jesteś? – Księży.– Byłeś księży, ale będziesz swój własny! – odrzekł kasztelan. (…) – Wziąć go, dać mu wszelki starunek. Ja w tym, że na pierwszym sejmie równy on wszystkim waszmościom będzie stanem…”.
Dzisiaj rzeczy miałyby się inaczej:– Jak ci na imię? – Polak mały! – Czyj jesteś? – Księży.
– Byłeś księży i zostaniesz księży! – odrzekłby kasztelan. Był bowiem człowiekiem trzeźwym i uczciwym, wiedział więc, że większościowo pisowski Sejm na żadne uszczuplenie stanu posiadania Kościoła nigdy się nie zgodzi. Tym gorzej dla Michałki. Ale w końcu kogo on w naszej chrześcijańskiej i antemuralnej Rzeczypospolitej obchodzi. A prawda jeszcze mniej.
Będzie nam, będącym w tak wielkiej potrzebie, bardzo brakowało Ludwika Stommy.

Trzykrotnie rozwiedziony

W młodości nie byłem fanem „Trybuny Ludu”. Strasznie drętwa była, no i z góry było wiadomo, co „oni” napiszą. Poza tym wtedy to Krzyszkowiak, Szewińska, Kulej, Szurkowski i Lubański byli bohaterami naszej wyobraźni, a nie Gomułka czy Gierek.

Los jednak sprawił, że choć marzyłem o dziennikarstwie sportowym, zająłem się polityką. Potrafiła być równie pasjonująca jak pojedynek Pietrzykowskiego z Clayem, ale też jak – na tych samych igrzyskach olimpijskich – bitwa Walaska z Crookiem. To znaczy przegrywałem planowo, bo byli lepsi, ale też przegrywałem niesprawiedliwie.
Wszedłem do zespołu, kiedy był on już w zasadzie skazany na porażkę. Do dziś uważam, że czas, kiedy „Trybunę Ludu” można było jeszcze wykorzystać z pożytkiem dla lewicy, został zmarnowany. Nie jestem w stanie z pęsetą w ręku oddzielić przyczyn obiektywnych od subiektywnych, ale mam poczucie, że „Trybunę Ludu” odpuszczono sobie, po prostu. Otrzepano się niej ostentacyjnie, nawet z niejakim obrzydzeniem. Tymczasem rynek wolnej prasy w państwie demokratycznym był w powijakach. Raczkował bardzo dzielnie, ale to nie był jeszcze galop. Wyścig po czytelnika dopiero się zaczynał. Jeszcze był czas, żeby samemu się włączyć i to wcale nie z perspektywą klęski. Jednak właśnie wtedy, kierownicy „Trybuny Ludu” zostali w dołkach startowych. Nie rozstrzygnę – czy tak chcieli, czy trzymano może ich za uzdę, w każdym razie, gdy najjaśniejsza gwiazda prasy lat 90-tych, „Gazeta Wyborcza” rozkręcała się z miesiąc na miesiąc, „Trybuna Ludu” drobiła w miejscu. Nie przyciągała młodych dziennikarzy o lewicowych przekonaniach, nie potrafiła otworzyć okien w pokojach redakcyjnych, żeby wpuścić świeże powietrze, była po staremu drętwa, bojaźliwa, obrzędowo-rytualna, no i skupiała się na „pożegnaniu z ludem” – zgodnie z hasłem ostatniej redakcyjnej wódki w „Trybunie Ludu”. Jakby w ogóle odrzucenie trybuno-ludowej przeszłości było możliwe! Niemniej z woli politycznej i zamysłu swych kierowników stała się po prostu „Trybuną”. Jaką? Nie mnie oceniać. Wiem jedno – to nie po „Trybunę” w pierwszej kolejności wyciągały się ręce w siedzibach PZPR, a wkrótce SdRP. „Trybunę” odkładano „na potem”, dzień zaczynano od „Wyborczej” – co napisali? Czy o nas? Czy o mnie?…
Nikt nie protestował, gdy „Wyborczą” wspomagano rządowymi zamówieniami, (po 1993 roku zamówieniami rządu lewicowego), ale za to „Wyborcza” pierwsza darła się wniebogłosy, gdy jakaś państwowy obstalunek ogłoszeniowy, czy reklamowy pojawiał się W „Trybunie”. Wrzask o „sponsorowaniu” przez „komunę” z państwowych pieniędzy „post-komunistycznej” prasy rozbrzmiewał w całym kraju. Wszyscy lewicowi „święci” natychmiast bili się w piersi i obiecywali, że to się nie powtórzy. W efekcie „Trybuna” zaczęła przedrukowywać artykuły z „Wyborczej”… Po co komu podróbka, skoro mógł mieć oryginał? „Trybuna” dziarsko zajęła miejsce na równi pochyłej.


Moje pierwsze spotkanie z właścicielem „Trybuny”, było dosyć charakterystyczne. Właściciel rezydował jeszcze galantnie – w wieżowcu „Universalu”. Przetrzymał mnie w pokoju „oczekiwań”, że niby taki zajęty. Po dobrych kilkunastu minutach zostałem dopuszczony przed oblicze. Gabinet wypełnił zapach cygar i pustka. Oczywiście nikogo przede mną nie było. Rozmowa była zdawkowa, praktycznie bez znaczenia. Podobno w okolicznościach politycznie skomplikowanych, kupił prawo do tytułu, co dawało mu poczucie bycia polskim Murdochem. Tymczasem, jako biznesmen mógłby za Agorą wodę nosić i to w dużej odległości. Agora wykorzystała wszelkie możliwości biznesowe, prawne i towarzyskie, żeby rosnąć w siłę, on nie wykorzystał żadnej, zresztą chyba żadnej tak naprawdę nie miał. Jego biznes był jak jego gabinet – bardziej udawany niż prawdziwy. Zresztą późniejszy proces w sprawie FOZZ, wyrok, ucieczka do USA, handel – jeśli dobrze pamiętam doniesienia telewizyjne – akcesoriami żelaznymi, gwoździami itp. lokowały go raczej w kategorii sklepikarza niż biznesmena.
Podobnie podchodził do gazety. Tak sobie pa latach myślę, że część kłopotów finansowych pisma w nim ma swe źródło. Nikt poważny bowiem nie chciał mieć z nim jakichkolwiek związków, co oczywiście z góry przekreślało wszelkie kalkulacje kapitałowe. Ktoś, kto chciałby zrobić interes z „Trybuną” musiał mieć świadomość, że być może jego pieniądze spożytkowane zostałyby na gazetę, ale przecież niekoniecznie. Właściciel zawsze mógł mieć jakiś inny pomysł. Zwłaszcza, że wcale nie zamierzał być udziałowcem mniejszościowym. Ta sytuacja skutecznie wiązała ręce wszystkim, którzy byliby skłonni nie przeznaczać jeszcze „Trybuny” na straty.
Także Leszkowi Millerowi, jedynemu liczącemu się politykowi lewicy, który rozumiał, jak ważna jest prasa – nie tyle czysto partyjna, co w stosunku do lewicy przynajmniej obiektywna. Pomagał, jak mógł, niestety mógł coraz mniej. Lewica była wtedy bita z każdej strony, ciosy padały nawet z własnych szeregów. Bywało, że i z łamów „Trybuny”, gdyż zdarzali się tacy naczelni, którzy nie chcieli odstępować na krok z pierwszego szeregu „nowych patriotów”, „demokratów” i liberałów”, podających ton całej prasie. Miller był w swej postawie osamotniony, a nawet odbijał się od muru niechęci, bo pomaganie „Leszkowi”, drażniło „Olka”.
Tak więc, nawet, jeśli od czasu do czasu pojawiał się pomysł, żeby pomóc gazecie wzbić się na wyższy poziom, to na ogół na przeszkodzie stawała polityka i zawsze ciągły brak pieniędzy. Jeśli chodzi o finanse, Sojusz przeczołgany przez komisje, prokuratury, sądy i wielokrotnie spostponowany w prasie, był ortodoksyjnie ostrożny. Gdy czytam, ile pieniędzy w formie reklam, zamówień rządowych, ogłoszeń, dostawali ci, z którymi „Trybuna” próbowała konkurować, to uśmiecham się z politowaniem nad sobą.
Np. z raportu przedstawionego przez zespół parlamentarny wynika, że w latach 2008-2012 rząd Donalda Tuska wydał na reklamę, ogłoszenia i marketing niemal 125 milionów zł. Najwięcej z tego tortu (51,6 proc.) popłynęło do „GW”…
Przypominam sobie, że gdy nastał rząd AWS/PO Totalizator Sportowy lokował u nas maleńką reklamę tzw. kumulacji. Za każdy razem było to 3 tys. złotych. Nie trwało dłużej niż tydzień, jak po zaprzysiężeniu rządu Buzka tę reklamę nam zabrano i jednocześnie wycofano „Trybunę” z pokładów samolotów PLL LOT…
Dziś, kiedy do władzy dorwali się ludzie Kaczyńskiego, puściły wszelkie hamulce. Dziś się bierze ładowarką – na „gale”, na „swoje” tygodniki, „swoje” fundacje, na telewizję… Detalicznie, w siatkach, wynosi się pieniądze tylko z CBA… Jeśli chodzi o robienie medialnych interesów, lewica z tamtych czasów, to były cienkie Bolki… Ale może to i dobrze – przynajmniej śpię spokojnie.
Gdy jednak starzy działacze, a także długoletni Czytelnicy „Trybuny” pytają, dlaczego jest tak biednie, mówię: winy należy przede wszystkim szukać u siebie. I nie chodzi bynajmniej wyłącznie o kierownictwo lewicy, które na początku lat 90. nie rozpoznało znaków czasu i popełniło grzech zaniechania. Chodzi o Czytelników właśnie. Przecież najprostszą pomocą dla gazety, taką, która jest w zasięgu ręki, jest jej kupowanie. SLD zawsze miał rozbudowane struktury w terenie – wystarczyło zaprenumerować odpowiednią ilość, założyć klub czytelniczy, promować „Trybunę” na zebraniach, kupować „dla zasady”, żeby wspomóc swoją prasę… Nigdy nie udało się to na większą skalę. SLD-owskie masy nigdy nie czuły takiej potrzeby. Wydawano tysiące pism ulotnych, gazetek lokalnych, poselskich – gdyby to wszystko zebrać do kupy, byłaby niezła sumka. Niestety. Wydawanie zaś gazety bez pieniędzy jest jak jazda po roztopionym torze saneczkowym – wysiłek duży, przyjemność taka sobie, no i w każdej chwili można upaść na twarz i nieźle się poharatać.


A jednak z „Trybuną” wiążą mnie wyłącznie dobre wspomnienia. To niewiarygodne, że tak niewielu potrafiło zrobić tak wiele. Przełamaliśmy swoisty ostracyzm, bywaliśmy cytowani w największych mediach elektronicznych, toczono z nami zaciekłe spory. Jako pierwsi w Polsce napisaliśmy, że „afera Rywina”, pachnie lipą. Po latach, kiedy zostały z niej wióry, jej sprawcy najchętniej zapomnieliby o niej w ogóle. Włodek Czarzasty, lider, których przełamał zły czas, wprowadził SLD na powrót na Wiejską i został wicemarszałkiem Sejmu, jest codziennym wyrzutem sumienia macherów, którzy wtedy z tego piasku bicz na lewicę ukręcili. Dziwicie się, nie raz, że jest obcesowy w stosunku do „bohaterów”, którzy na takich kłamstwach jak „afera Rywina” wdrapali się do władzy? Ja się nie dziwię. On i tak jest wyjątkowo spokojny, że po tym, jak w jego własnym domu rzucili go na podłogę i przyłożyli lufę głowy z uprzejmym: „tylko się kurwa podnieś, to ci łeb rozwalę”, może spokojnie siedzieć w tym samym Sejmie co Ziobro i reszta.
Co zostało z innych oskarżeń pod adresem SLD? Niegdyś sprawy „głośne”, „niebywałe”, „oburzające” dawno umorzono, oddalono w sądach lub po prostu zasypano niepamięcią. Na sprawiedliwość czeka jeszcze Zbyszek Sobotka, którego też broniliśmy do końca. Mam nadzieję, że się doczeka.
Redaktorem naczelnym „Trybuny” byłem trzy razy. Za każdym razem apelowano do mojego poczucia solidarności, do mojej lojalności, koleżeńskości, do mojej pasji, żebym przyjął tę robotę. Za każdym razem dałem się „wziąć pod włos” i przystawałem na proponowane warunki – nota bene coraz marniejsze finansowo. Lubiłem tę robotę. Wszystkich redaktorów „Trybuny” szczerze podziwiam. Znają swoje rzemiosło, choć prawdę mówiąc wątpię, czy kiedykolwiek dana im będzie należna satysfakcja. Co najwyżej będą mogli spokojnie stanąć przed lustrem i powiedzieć sobie – zrobiłem, co mogłem.
Jako redaktor i jako człowiek, mam satysfakcję, że również starzy dziennikarze, ci z dawnej „Trybuny Ludu” traktują mnie jak swojego kolegę. Życie ich przemieliło, zdrowie już szwankuje, albo nawet bardzo szwankuje, ale spotykają się co roku na małej wódce i dużej pogawędce. Gdy zaczynali te spotkania było ich 200. Na ostatnie przyszło trzydzieścioro kilkoro. Od jakiegoś czasu zapraszają mnie co roku… A przecież nie muszą. Niewielu z nich wytrwało w zawodzie do dnia, kiedy przyszedłem do redakcji jako naczelny. Z większością nigdy bezpośrednio nie pracowałem. Zawsze jednak jestem. W końcu jakże wielu, z którymi pracowałem, dziś już nigdzie mnie nie zaprasza…

Wspomnienie z Polski Ludowej

Koncert zespołu Omega w Sokołowie Podlaskim w 1974 r. to było wydarzenie! Jak to było możliwe, że przyjechali do nas artyści, o których koncerty zabiegały stolice całej ówczesna Europy i chcieli wystąpić w sali nie mającej porównania do warszawskiej Kongresowej czy katowickiego Spodka?

Podczas obchodów jubileuszu 50-lecia Sokołowskiego Ośrodka Kultury, zakończonego wspaniałą wystawą zdjęć w październiku ubiegłego roku, na stronie internetowej SOK, można było przeczytać 50 felietonów dotyczących historii tej zasłużonej dla miasta i powiatu instytucji. W jednym z nich, ówczesna dyrektor SOK p. Maria Koc nie mogła się nadziwić, jak to się stało, że po koncertach w Katowicach i w Warszawie trzeci koncert węgierskiego zespołu rockowego Omega odbył się w Powiatowym Ośrodku Kultury w Sokołowie Podlaskim. Ilustrując swój tekst znanym przebojem zespołu „Dziewczyna o perłowych włosach” pani Maria Koc pisała: Wydarzenie stulecia – OMEGA w Sokołowie Podlaskim.
„Wiosną 1974 roku po Sokołowie Podlaskim lotem błyskawicy rozeszła się elektryzująca wiadomość, że oto do miasta nad Cetynią przyjedzie słynny węgierski zespół rockowy Omega! Przyjedzie i da koncert w Sokołowskim Ośrodku Kultury! Zespół Omega, jedna z najlepszych kapel rockowych w Europie, ba na świecie! Porównywani do Beatelsów, Rolling Stonesów i Pink Floydów, charyzmatyczni Węgrzy, którzy byli w tamtych czasach najbardziej znanymi muzykami rockowymi zza żelaznej kurtyny. „Bomba ze Wschodu”, mówiło o nich Radio Luksemburg. Dla młodych Polaków muzyka Omegi była jak światło w tunelu, powiew wolności, nadzieja na zmianę. Mieli dać tylko trzy koncerty w Polsce. Jeden w warszawskiej Sali Kongresowej, drugi w katowickim Spodku, a trzeci? No właśnie, czy to w ogóle możliwe, żeby zagrali w tak małym mieście, jak Sokołów Podlaski?
Omega powstała w Budapeszcie w 1962 roku i szybko zyskała ogromną popularność. Zespół grał hard rocka i rocka progresywnego. I to jak grał! Wszechstronnie wykształceni muzycy czarowali publiczność złożonymi i wyrafinowanymi utworami rockowymi w wyjątkowych aranżacjach. Nic więc dziwnego, że Omega zyskała status wielkiej gwiazdy. (…)
Ten koncert w Sokołowie Podlaskim, to nie była plotka. „Bomba ze Wschodu” przyjechała do Sokołowskiego Ośrodka Kultury i zagrała tak, że do dziś uczestnicy tej imprezy mają dreszcze na samo jej wspomnienie. Koncert Omegi w Sokołowie Podlaskim obrósł legendą. Snuto domysły, jak to się stało, że przyjechali akurat do nas? Ile to kosztowało? Czy nasza scena nie była dla nich za mała? Gdzie odpoczywali? Czy gwiazdorzyli? Mnóstwo pytań i domysłów, a do tego ogromne, jak na tamte czasy nagłośnienie, ekstrawaganckie stroje, fryzury i to brzmienie! Niesłyszane wcześniej na żywo i niezapomniane! Prawdziwy dobry rock! Przy „Dziewczynie o perłowych włosach” sokołowska publiczność oszalała… A wokół budynku ośrodka kultury kłębiły się nieprzebrane tłumy zrozpaczonych fanów, którym nie udało się zdobyć biletu na to wiekopomne wydarzenie.
Koncert szybko zyskał miano imprezy stulecia i był szeroko komentowany w całym kraju. Nie ma się co dziwić, przyjazd Omegi do Sokołowa Podlaskiego w tamtych czasach można porównać współcześnie do występów zespołów pokroju Linkin Park lub Kings Of Leon. Dziś takie kapele grywają na wielkich scenach, stadionach, festiwalach. Kilka tirów sprzętu, mnóstwo kilowatów, setki ochroniarzy i wielotysięczna publiczność. Kiedyś bliżej ludzi, mniej komercyjnie i bardziej spontanicznie”.
Pytany, jak to było możliwe, że do Sokołowa przyjechali artyści, o których koncerty zabiegały stolice całej ówczesna Europy i chcieli wystąpić w mieście nie mającym hotelu i w sali nie mającej porównania do warszawskiej Kongresowej czy katowickiego Spodka, obiecałem że opowiem, jak do tego wydarzenia doszło. Najpierw jednak poczytałem w kodeksach, czy już nic mi nie grozi za sprzedanie „środka trwałego” bez przetargu. Sprawa się przedawniła, więc mogę opowiedzieć bez obaw, że chłopcy Zbyszka przyjdą po mnie… o godzinie 6 rano..
Było tak! .W Przedsiębiorstwie Imprez Estradowych W Warszawie pracował pan Henryk Suchodolski. Jako organizator imprez często bywał w Sokołowie, bo też byliśmy dobrym partnerem jego firmy. Wszystkie imprezy odbywały się przy pełnej widowni i życzliwym przyjęciu Sokołowian. Pewnego razu w rozmowie pan Henryk użalał się na problemy komunikacyjne, ograniczające jego aktywność w rozległym województwie warszawskim. Zaproponowałem mu zakup naszego służbowego junaka, doskonałego i dobrze utrzymanego motocykla z przyczepą, służącego nam do wożenia filmów i aparatury projekcyjnej w ruchomym kinie oświatowym „Wiedza”. Dom Kultury dostał od pana Romana Madziara, szefa powiatowej melioracji samochód pick-up marki Warszawa i motocykl był już nam niepotrzebny. Bardzo chciał go kupić pan Henryk Suchodolski, którego oprowadzałem po schronach domu kultury. Na widok junaka Suchodolskiemu zaświeciły się oczy. Jednym kopnięciem odpaliłem motor. W piwnicach rozległ się charakterystyczny odgłos równo pracującego silnika. Pan Henryk był zachwycony.
W biurze zadzwoniłem do Janusza Bałkowca, kierownika Wydziału Komunikacji, by dowiedzieć się, jakie przepisy umożliwiają sprzedaż pojazdu osobie fizycznej. Było tego sporo, ale znacznie mniej niż teraz. Powołaliśmy, a jakże, komisję, która wyceniła junaka na 1200 zł, co nabywcę całkowicie satysfakcjonowało. Gotów był zapłacić od razu i odjechać junakiem do Warszawy. Widząc wielką determinację u nabywcy motoru, postawiłem dodatkowy warunek: transakcja dojdzie do skutku, jak zespół „Omega” zagra w Sokołowie. Suchodolski przysiadł z wrażenia. – Chyba pan żartuje, panie kierowniku – stwierdził ze złością. – Nawet nie zaproponuję kierownictwu Estrady koncertu tego zespołu w Sokołowie, bo by mnie wyśmiano albo wylano z pracy. Ponadto kontrakt na występy zespołu Omega w Polsce podpisała Estrada Stołeczna, a ja pracuję w Estradzie Wojewódzkiej. To dwa różne i niezależne przedsiębiorstwa.No to przykro mi, ale ja inaczej nie mogę. Też ryzykuję utratą stanowiska, zważywszy że w komisji było dwóch ormowców, chętnych do nabycia motocykla za tak atrakcyjną cenę – odparłem. – Zatem decyzja należy do pana. Będzie Omega w Sokołowie, to po koncercie wyjedzie pan motorem nawet z pełnym bakiem benzyny.
Tak też się stało. Dziś po wielu latach fani zespołu wspominają ten koncert i też jak obecna wicemarszałek Senatu pani Maria Koc pytają: jak to było możliwe? Ano tak, jak napisałem. Dodam jeszcze, że z brodatym członkiem zespołu, którego nazwiska nie sposób wymówić przy węgierskim tokaju i polskiej wyborowej zakumplowałem się i dzięki temu niebawem w Sokołowie mieliśmy Dni Kultury Węgierskiej z kiermaszem sztuki ludowej oraz wystawę fotografii z Węgierskiego Instytutu Kultury z ulicy Marszałkowskiej w Warszawie. Było to daleko jeszcze do grupy Wyszehradzkiej, ale było w Sokołowie Podlaskim i do dziś mile się o tym wspomina…

O Józefie prawie świętym

9 stycznia mija 5 lat od śmierci Józefa Oleksego.

Józefa lubili, choć byli i tacy, którzy za plecami nie żałowali mu uszczypliwości. Często nie zdając sobie sprawy, że powtarzają za nim to, co sam z dystansem mówił o sobie. Na przykład o tym, że spieszy się, wyjeżdża, bo wszędzie jest potrzebny i wszyscy na niego czekają. Albo: że był – co prawda – pierwszym sekretarzem komitetu wojewódzkiego, ale – Biało Podlaskie – co to za województwo? Mawiał też przekornie, że nie męczyłby się dzisiaj z nami, miał szansę zrobienia prawdziwej kariery – byłby biskupem, gdyby mu komuna nie zamknęła katolickiej szkoły.
Zarzucali też, że czasami lawiruje i zmienia zdanie, zapominając , że Jego dywagacje były wyrazem wątpliwości i wyrazem dochodzenia do wniosków. Myślał- więc mówił. Wielu tylko mówiło.
Kiedy dziś politycy lewicy zastanawiają się, jak do tego doszło, że SLD poniosło sromotną klęskę w wyborach prezydenckich i parlamentarnych 2015 roku, dlaczego doświadczone środowisko polityczne podejmowało nieracjonalne decyzje, wielu puentuje to słowami: „Józek by na to nie pozwolił”. I jest w tym uznanie dla człowieka, który był autorytetem i często sumieniem tego środowiska. Potrafił sprzeciwiać się w ironiczny sposób, ale wiedział też, kiedy pozostaje już tylko trzasnąć pięścią w stół i awanturować się. Tak trochę po góralsku, bo nie wstydził się i nie wyzbył swoich nowosądeckich korzeni.
Poznałem Go późno, już po „okrągłym stole”, kiedy zdarzało mi się prowadzić „Monitor Rządowy” w TVP, zaś Józef był ministrem ds. kontaktów ze związkami zawodowymi. Byłem już oswojony ze studiem telewizyjnym i z ministrami, ale ten gość był jakby z innej gliny ulepiony. Celebrował swoją pozycję publiczną i telewizyjną sytuację, ale jednocześnie był też sympatyczny, skracał dystans. Mówił z przejęciem w imieniu rządu, ale dostojeństwo jego wypowiedzi nie było „partyjną liturgią”. Czułem, że przejmuje się tym co robi, że „umowa”, „kompromis”, ”porozumienie”, „współpraca” nie są dla niego pustymi słowami. Od razu zdobył moją sympatię i wzbudził zainteresowanie. Wtedy nie przypuszczałem nawet, że niebawem będziemy blisko współpracowali.
Pod koniec stycznia 1990 roku wystartowała Socjaldemokracja RP, jednym z jej założycieli był Józef. Parę dni później w zespole kierowanym przez Marka Siwca przyszło mi współtworzyć „Trybunę”. Trwał spór o Polskę, o to jakie zmiany i w jakim tempie trzeba przeprowadzić. Równocześnie toczył się spór o miejsce lewicy – jak to już wtedy zręcznie nam dodano – „postkomunistycznej”. Spieraliśmy się też o własną tożsamość, o to, co naprawdę znaczy „socjaldemokracja”, jak powinna wpisywać się w konieczne zmiany Polski, jak odnosić się do przeszłości, kiedy i dlaczego mówić rządzącym „tak”, a kiedy „nie”. My w „Trybunie”, staraliśmy się też tworzyć nowy standard relacji pomiędzy partią i jej gazetą.
Wspominając ówczesną geografię wewnątrzpartyjną, trudno jednoznacznie i w pełni zakwalifikować Józefa do jakiejś frakcji czy skrzydła SdRP. Nie pasował do grupy młodych sekretarzy i aktywistów partyjnych, utożsamianej z sekretarzem generalnym SdRP Leszkiem Millerem. Najbliżej Mu było do grupy skupionej wokół przewodniczącego SdRP Aleksandra Kwaśniewskiego, składającej się z działaczy ruchu studenckiego i naukowców. Dość szybko dało się jednak zauważyć, że Józef zdobywa pozycję tego trzeciego, tego pomiędzy Aleksandrem i Leszkiem, negocjatora, ale i inicjatora ważnych dyskusji.
Był wszechstronny. Potrafił ciekawie i nieszablonowo dyskutować o lewicowej tożsamości, wartościach, stylu działania. Umiejętnie korzystał ze swojej wiedzy ekonomicznej, co było doceniane w partyjnym, dosyć zideologizowanym środowisku. Wreszcie mówił pięknie, dostojnie, nieco barokowo, zdaniami współrzędnie złożonymi. I choć nie były to proste wystąpienia, słuchano Go.
Dla dziennikarza był wdzięcznym rozmówcą – barwnym, otwartym, intelektualnie ciekawym. Dla redaktora naczelnego „Trybuny”, jakim przyszło mi dość szybko zostać, był wsparciem. Rozumiał, że „Trybuna” powinna być gazetą lewicową, gazetą socjaldemokracji jako sposobu myślenia, ale nie gazetą partyjną, ograniczoną do prezentowania stanowiska jednej partii.
Wtedy poznałem też Józefa – kompana, niezwykle wymagającego, bo biesiadować lubił i potrafił. Szczegółów nie będę opisywał, ale – wierzcie mi to nie ilość wypitego alkoholu, lecz przyjazna atmosfera była najważniejsza. Dzięki Niemu poznałem wiele ciekawych postaci, ludzi różnych wyznań, z różnych środowisk politycznych. Dzięki dobrej ręce Józefa mam do dziś paru dobrych kolegów, a nawet przyjaciół.
Kiedy we wrześniu 1993 roku SdRP wygrała wybory parlamentarne i przyszło zdecydować, kto z poręczenia zwycięskiej partii może kandydować na Marszałka Sejmu, wybór był oczywisty: albo Aleksander albo Józef. Pierwszy nie rwał się do tego zaszczytu, obawiając się gorsetu, jaki nakłada na polityka ten ponadpartyjny urząd. Drugi jak ulał pasował do marszałkowskiego fotela. Pamiętam lunch w Restauracji Hetmańskiej dawnego Hotelu Victoria, w przyjacielskim, niezbyt dużym gronie, z udziałem szefa klubu SLD Kwaśniewskiego i Marszałka Oleksego. I stanowcze zalecenie Aleksandra: „Panowie, nie ma już Józka, jest Pan Marszałek, i pamiętajcie o tym nie tylko na Wiejskiej”. Myślę, że czas pierwszego „marszałkowania” ( 1993-1995) był w Jego wspomnieniach najlepszym czasem pracy na rzecz dobra wspólnego. Konieczność ułożenia się z niełatwymi partnerami, jakimi byli i Prezydent Lech Wałęsa i Premier Waldemar Pawlak, dosyć rozdrobniony a przez to rozkapryszony Sejm, przejście lewicy z opozycyjności do współodpowiedzialności to okoliczności, w których Józef mógł pokazać swoje polityczne talenty. Potrzebna była jego koncyliacyjność i stanowczość, wyobraźnia i doświadczenie, pracowitość i umiejętność folgowania sobie i innym.
19 grudnia 1995 roku, w restauracji przy ulicy Pańskiej, zorganizowałem swoje imieniny, na które Józef „wydelegował” żonę Marię, czegoś smutną i refleksyjną. Z czasem na tę imprezę zaczęły docierać informacje przerażające i po ludzku tragiczne. Literatura związana z tzw. aferą Olina jest już dość bogata, trzeba jednak powtórzyć kwestię podstawową: to było bezpodstawne uderzenie części służb specjalnych w premiera polskiego rządu, które w warunkach zmiany na urzędzie Prezydenta RP, wyglądało jak próba zamachu stanu. W tym czasie napisałem w „Trybunie” wiele tekstów. Wynikały nie tylko z wiary w człowieka, jego patriotyzm, dobrą wolę i uczciwość, ale też z troski o wiotką, młodą demokrację. Józef wypowiedział wtedy znamienne słowa : „rezygnuję z urzędu, bo jestem niewinny”. Winni mają się dobrze, tylko Lech Wałęsa wyraził ubolewanie, że nie miał czasu pojednać się z Józefem przed Jego śmiercią.
Wydawałoby się, że tak dramatyczny zwrot będzie końcem publicznej służby. Stało się jednak inaczej – lista stanowisk, jakie Józef obejmował po 1995 roku jest imponująca. I najważniejsze jest to, że mandat do tej aktywności dawały Mu wybory parlamentarne. Bo kiedy startował w wyborach – zdobywał mandat.
Przypomnę jedno szczególne zaangażowanie Oleksego: przygotowania do akcesji Polski do Unii Europejskiej. W Kancelarii Prezydenta RP pracowałem od 2002 roku i odpowiadałem, między innymi, za sprawy europejskie. Wtedy moje drogi z Józefem krzyżowały się nader często. Był przewodniczącym Komisji Europejskiej Sejmu, delegatem Polski do Konwentu w sprawie przyszłości Unii Europejskiej, pracował w prezydenckiej Grupie Refleksyjnej, aktywnie uczestniczył w kampanii przed referendum akcesyjnym. Razem z premierem Tadeuszem Mazowieckim i Różą Thun uczestniczył w inauguracji prezydenckiej kampanii referendalnej w Płocku, 25 kwietnia 2003 roku. 19 maja byliśmy razem w Siedlcach, dokąd Prezydent zaprosił ówczesnego Przewodniczącego Komisji Europejskiej Romana Prodiego. Wracaliśmy wspólnie śmigłowcem, na którego pokład Józef zabrał kosz darów od wyborców: kiełbasę suchą, ogórki kiszone i samogon, który zachwalał jako „polskie whisky”. Prodi nie odmówił Józefowi spróbowania tego, co poza walecznym duchem, wnosimy do zjednoczonej Europy.
Razem z Danutą Hubner i Edmundem Wittbrodtem proponował, by preambuła do konstytucji europejskiej wzorowała się na preambule do Konstytucji RP. Podkreślał, że Unia Europejska nie może opierać się tylko na ekonomii, lecz musi być budowana na „wartościach i zasadach, bo tylko one dają poczucie wspólnoty”. Mówił: „Wspólnota Europejska ma dawać bezpieczeństwo materialne, ale także wskazywać azymuty duchowe” – co w ustach polityka SLD brzmiało znacząco.
Wiele jest tych wspomnień, bo kiedy Józef już był, to wypełniał sobą przestrzeń, jak to dzisiaj opatrznie mówią – publiczną. Słuchając i obserwując ministra, posła, marszałka, premiera, przewodniczącego, wicepremiera, „barona” mazowieckiego, członka PZPR, SdRP, SLD, wreszcie przez jakiś czas polityka bezpartyjnego, trudno było oprzeć się wrażeniu, że jest kimś więcej niż ciekawym mówcą. Wielu żartowało ze stylu wystąpień Józefa mówiąc, że były takie „kościelne”, moralizatorskie i namaszczone. Tak, Józef miał poczucie obowiązku i misji publicznej, mówił z przejęciem i był w jakimś sensie kapłanem – jakby to słowo nie zabrzmiało. Był kapłanem odmiennego stylu politycznego. Czerpał z tradycji polskiej rodziny, ubogiej, pracowitej i katolickiej. Doceniał znaczenie wiedzy i nauki. Był za modnym już dziś zrównoważonym rozwojem, w którym wzrost ekonomiczny ma rozwiązywać problemy społeczne. Był przeciwko dominacji i monopolom. Rozumiejąc potrzebę współpracy między państwami, był wrażliwy na punkcie suwerenności. Promował patriotyzm gospodarczy, zanim to hasło znalazło się na ustach polityków. Doznał krzywdy, ale starał się nie krzywdzić innych. Nie był ideałem, ale któż z nas nie ma słabości?
Muszę przypomnieć pewną szczególną radość, jaką sprawił mi w… Chinach. Byliśmy tam w 2012 roku, w delegacji Instytutu Studiów Wschodnich. Józef, jako przewodniczący, przestawił mnie chińskim gospodarzom w taki oto sposób: „Dariusz Szymczycha – czynny intelektualnie były minister”. Dziękuję, Józefie.

 

Konkurs na wspomnienia z okresu PRL

W 2019 roku mija 75. rocznica opublikowania podstawowego dokumentu historycznego zapowiadającego kierunki rozwoju państwa polskiego po II Wojnie Światowej.

Dokument, nazwany manifestem PKWN, opublikowany w lipcu 1944 roku jest do dnia dzisiejszego wyraźnym programem socjalistycznego rozwoju Polski przełomu XX wieku, a tym samym zapowiadającym spełnienie żywotnych interesów upośledzonych i odrzuconych warstw narodu i państwa polskiego, które szczególnie na przełomie wieku XIX i XX dążyły do likwidacji wyzysku, poprawy warunków życia, dostępu do oświaty i postępu naukowego i technicznego, do powstania państwa sprawiedliwości społecznej. O takie państwo walczyli obywatele naszej Ojczyzny w okresie II Rzeczypospolitej, a socjaliści wnieśli do tego rozwoju znaczący wkład.
Zrealizowały się, spełniły się marzenia pozytywistów i romantyków
Kościuszki i A. Mickiewicza,L. Waryńskiego i R. Luksemburg, B. Limanowskiego, M.Kasprzaka, S. Okrzei, I. Daszyńskiego i wielu, wielu bojowników. Powstała szansa na praktyczną realizację idei, postulatów, żądań, na spełnienie marzeń. Tę szansę nazwano Polska Rzeczpospolita Ludowa. Jak nigdy dotąd, po strasznej wojnie i okupacji, stanęli obywatele PRL do odbudowy państwowości i budowy nowej rzeczywistości. Pomimo uwarunkowanych sytuacją międzynarodową wypaczeń, przez prawie pół wieku robotniczo-chłopska władza dawała nadzieję na spokojne życie, możliwości pracy i nauki, odbudowy i tworzenia nowych, nieznanych dotąd form życia społecznego i politycznego. Na rozwój, wzrost liczby ludności i potencjału gospodarczego, doskonalenie każdej dziedziny życia obywateli.
Założenia manifestu PKWN zostały w znacznym stopniu zrealizowane. Jak potoczyły się losy PRL widzą wszyscy, a coraz mniej wiedzą o tym najmłodsi, urodzeni po solidarnościowej rewolucji. Chcemy by młode pokolenie Polaków miało szansę poznać prawdę, naszą prawdę. Prawdę każdego beneficjenta Polski Ludowej. Naturalną koleją rzeczy świadków tamtych czasów jest coraz mniej.
Dlatego, by czas nie zatarł pamięci, by pozostały wspomnienia, a „poprawiacze historii” nie wypaczyli jej do końca, Społeczny Komitet Obchodów 75 Rocznicy powstania Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej ogłasza konkurs na „Pamiętniki 45-lecia”.
Celem Konkursu jest zebranie zapisów losów Polaków w okresie Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej oraz wydanie ich w formie książki jako autentycznego świadectwa epoki.
Podmiotem realizującym Konkurs pod patronatem Przeglądu Socjalistycznego jest Kujawsko-Pomorska Rada Wojewódzka Polskiej Partii Socjalistycznej z siedzibą przy ul. Garbary 24/1, 85-229 Bydgoszcz, zwana dalej Organizatorem.
Prace konkursowe powinny mieć formę dziennika, pamiętnika lub wspomnień. Ich tematyka powinna dotyczyć okresu 1944-1989.
Przesłane na Konkurs dzienniki, pamiętniki lub wspomnienia, zwane dalej Pracami konkursowymi, muszą być dziełami indywidualnymi, nigdy niepublikowanymi w całości.
Prace konkursowe należy nadesłać do dnia 20 stycznia 2020 r. (decyduje data stempla pocztowego) na adres Organizatora z dopiskiem „Konkurs na wspomnienia”.
Zgłoszone prace mogą mieć formę rękopisu lub maszynopisu (tradycyjnego lub komputerowego). Do prac pisanych za pomocą komputera należy dołączyć elektroniczną wersję tekstu utrwaloną na CD/DVD/pamięci USB lub przesłać na adres e-mail: jerzy.k@onet.pl.

Humanista z tajemnicą Wspomnienie

Tadeusz Komendant (1952-2019)

Był typem solitera, samotnika, trochę dziwaka, jakby skrywającego jakąś tajemnicę. Na niektórych mógł sprawiać wrażenie człowieka nieco oschłego, a nawet wyniosłego, ale był jedynie zdystansowany. Odludkiem nazwać go jednak nie sposób, bo przecież pamiętam nasze spotkania pod Paryżem w 1997 roku, wspólną, w szerszym gronie (m.in. z Krzysztofem Rutkowskim), wędrówkę wzdłuż Marny, piknik w nadmarneńskim lesie i odwiedziny w jego lokum w kampusie uniwersyteckim w Cergy, gdzie przebywał wtedy na rocznym stypendium twórczym. Nie pamiętam jednak ani jednego występu Tadeusza w telewizji, choćby w TVP Kultura, choć niewielu jest ludzi, którzy mają aż tyle fascynującego do powiedzenia – albo go nie zapraszano jako rozmówcę zbyt trudnego, albo odmawiał, czego wykluczyć nie można, bo rozgłos był tym, co interesowało go najmniej.
Tadeusz był niepodrabialny w swoim eseistycznym stylu. Formułował myśli w sposób tak osobny, oryginalny, osobliwy, zaskakujący, że nie dało się go z czymkolwiek porównać. Ale też nie był to styl łatwy – przeciwnie, często hermetyczny, tajemniczy, jakby eseista coś skrywał pod wyszukanymi frazami, albo przeżywał jakieś stany intelektualne i duchowe niedostępne innym.
Tadeusz Komendant urodził się 14 października 1952 r. w Pokośnie na dawnej Grodzieńszczyźnie. Studiował filologię polską na Wydziale Polonistyki (1972- 1977) i filozofię na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego. Od 1982 roku pracował na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego w Zakładzie Teorii Literatury i Poetyki, gdzie w 1992 roku uzyskał stopień naukowy doktora nauk humanistycznych w zakresie
literaturoznawstwa.
Jako krytyk zadebiutował w 1973 roku szkicem o Rafale Wojaczku na łamach „Nowego Wyrazu”. Od 1986 roku do 31 lipca 2019 pracował w redakcji „Twórczości” na stanowisku kierownika działu eseju. Tłumaczył na język polski dzieła Michela Foucaulta, powieści Georges’a Bataille’a i dyskurs Jacques’a Lacana. Za swoje największe osiągnięcie pisarskie uważał przekład „Albucjusza” Pascala Quignarda. Otrzymał nagrodę im. Stanisława Piętaka w 1993 roku za „Lustro i kamień” i nagrodę Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek (1998) za „Upadły czas”.
Komendant uważany był za najwybitniejszego znawcę dzieła Michela Foucaulta w Polsce. Przetłumaczył m.in. „Historię oka i inne historie” Georges’a Bataille’a (1991), „Nadzorować i karać (1993) oraz „Historię seksualności” Michela Foucaulta (1995), „Wielką miłość” Erika Orsenny ( 1996).
Był jednym z najwybitniejszych humanistycznych umysłów, świetnym krytykiem literackim, eseistą i prozaikiem, rzadkiej klasy erudytą. Redaktor naczelny „Twórczości” Bohdan Zadura napisał o nim we wspomnieniu: „Nie był najłatwiejszym człowiekiem (…) Czasami ukrywał się przed światem. Przez głowę przebiega mi jego wielki biały kot, który miał dużo trudniejszy charakter niż Tadeusz. Słyszę Tadeusza, opowiadającego scenki ze sklepów czy też cytującego z egzaminów wstępnych odpowiedzi studentek i studentów, śmieszne, lecz w istocie porażające niewiedzą z każdym rokiem większą. (…) Specyficzne poczucie humoru Tadeusza, niezapomniana przyjemność jednoczesnej lektury jego kilku felietonów, kiedy napisał je z wyprzedzeniem. Zamiłowanie do starych książek kucharskich i praktyczna biegłość w tej sztuce, wegańskie pasztety i sałatki z ryb w soku z limonki czy z pomarańczy”. Tadeusz Komendant zmarł 31 lipca, w dniu, w którym miał przejść na emeryturę.

Historyk faszyzmów i nie tylko Wspomnienie

Jerzy W. Borejsza (1935-2019)

28 lipca zmarł Jerzy W. Borejsza, profesor historii, autor cennych publikacji z dziejów XIX, w tym Powstania Styczniowego (by m.in. sekretarzem komisji obchodów zarówno 100, jak 150. rocznicy) i emigracji polskiej we Francji (zbiór szkiców „Piękny wiek XIX”, „Patriota bez paszportu”, biograficzna opowieść o rewolucjoniście polskim i paryskim komunardzie Walerym Wróblewskim) i XX wieku („Rzym a wspólnota faszystowska”, „Mussolini był pierwszy”). Był jednym z najwybitniejszych historyków fenomenu faszyzmów europejskich w XX wieku. W ostatnim okresie życia jego naukowe zainteresowania koncentrowały się wokół epoki wojny krymskiej (1854-1855).
Trudno wyliczyć wszystkie jego akademickie afiliacje i członkostwo w towarzystwach naukowych. Między innymi wykładał na Ruprecht-Karl-Universität w Heidelbergu (1990-1991), następnie, w latach 1991–1996 był dyrektorem Centre Scientifique Polonais w Paryżu, inaczej zwanego – od adresu w XVI dzielnicy Paryża – Lauristonem – jednej z najważniejszych polskich instytucji naukowych i kulturalnych we Francji. Od 1996 do 1998 roku był z kolei profesorem École des hautes études en sciences sociales (EHESS) i Uniwersytetu w Dijon. Za swoje zasługi dla naukowej i kulturalnej współpracy polsko-francuskiej został odznaczony Krzyżem Oficerskim
Legii Honorowej.
W tym roku ukazały się jego wspomnienia, nawiązujące m.in. do postaci jego ojca, Jerzego Borejszy (1905-1952), znanego działacza komunistycznego i założyciela „Czytelnika”. Związek z tym wydawnictwem Jerzy W. Borejsza kontynuował, gdyż w latach 1980-1992 przewodniczył jego Radzie Wydawniczej.