Humanista z tajemnicą Wspomnienie

Tadeusz Komendant (1952-2019)

Był typem solitera, samotnika, trochę dziwaka, jakby skrywającego jakąś tajemnicę. Na niektórych mógł sprawiać wrażenie człowieka nieco oschłego, a nawet wyniosłego, ale był jedynie zdystansowany. Odludkiem nazwać go jednak nie sposób, bo przecież pamiętam nasze spotkania pod Paryżem w 1997 roku, wspólną, w szerszym gronie (m.in. z Krzysztofem Rutkowskim), wędrówkę wzdłuż Marny, piknik w nadmarneńskim lesie i odwiedziny w jego lokum w kampusie uniwersyteckim w Cergy, gdzie przebywał wtedy na rocznym stypendium twórczym. Nie pamiętam jednak ani jednego występu Tadeusza w telewizji, choćby w TVP Kultura, choć niewielu jest ludzi, którzy mają aż tyle fascynującego do powiedzenia – albo go nie zapraszano jako rozmówcę zbyt trudnego, albo odmawiał, czego wykluczyć nie można, bo rozgłos był tym, co interesowało go najmniej.
Tadeusz był niepodrabialny w swoim eseistycznym stylu. Formułował myśli w sposób tak osobny, oryginalny, osobliwy, zaskakujący, że nie dało się go z czymkolwiek porównać. Ale też nie był to styl łatwy – przeciwnie, często hermetyczny, tajemniczy, jakby eseista coś skrywał pod wyszukanymi frazami, albo przeżywał jakieś stany intelektualne i duchowe niedostępne innym.
Tadeusz Komendant urodził się 14 października 1952 r. w Pokośnie na dawnej Grodzieńszczyźnie. Studiował filologię polską na Wydziale Polonistyki (1972- 1977) i filozofię na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego. Od 1982 roku pracował na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego w Zakładzie Teorii Literatury i Poetyki, gdzie w 1992 roku uzyskał stopień naukowy doktora nauk humanistycznych w zakresie
literaturoznawstwa.
Jako krytyk zadebiutował w 1973 roku szkicem o Rafale Wojaczku na łamach „Nowego Wyrazu”. Od 1986 roku do 31 lipca 2019 pracował w redakcji „Twórczości” na stanowisku kierownika działu eseju. Tłumaczył na język polski dzieła Michela Foucaulta, powieści Georges’a Bataille’a i dyskurs Jacques’a Lacana. Za swoje największe osiągnięcie pisarskie uważał przekład „Albucjusza” Pascala Quignarda. Otrzymał nagrodę im. Stanisława Piętaka w 1993 roku za „Lustro i kamień” i nagrodę Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek (1998) za „Upadły czas”.
Komendant uważany był za najwybitniejszego znawcę dzieła Michela Foucaulta w Polsce. Przetłumaczył m.in. „Historię oka i inne historie” Georges’a Bataille’a (1991), „Nadzorować i karać (1993) oraz „Historię seksualności” Michela Foucaulta (1995), „Wielką miłość” Erika Orsenny ( 1996).
Był jednym z najwybitniejszych humanistycznych umysłów, świetnym krytykiem literackim, eseistą i prozaikiem, rzadkiej klasy erudytą. Redaktor naczelny „Twórczości” Bohdan Zadura napisał o nim we wspomnieniu: „Nie był najłatwiejszym człowiekiem (…) Czasami ukrywał się przed światem. Przez głowę przebiega mi jego wielki biały kot, który miał dużo trudniejszy charakter niż Tadeusz. Słyszę Tadeusza, opowiadającego scenki ze sklepów czy też cytującego z egzaminów wstępnych odpowiedzi studentek i studentów, śmieszne, lecz w istocie porażające niewiedzą z każdym rokiem większą. (…) Specyficzne poczucie humoru Tadeusza, niezapomniana przyjemność jednoczesnej lektury jego kilku felietonów, kiedy napisał je z wyprzedzeniem. Zamiłowanie do starych książek kucharskich i praktyczna biegłość w tej sztuce, wegańskie pasztety i sałatki z ryb w soku z limonki czy z pomarańczy”. Tadeusz Komendant zmarł 31 lipca, w dniu, w którym miał przejść na emeryturę.

Historyk faszyzmów i nie tylko Wspomnienie

Jerzy W. Borejsza (1935-2019)

28 lipca zmarł Jerzy W. Borejsza, profesor historii, autor cennych publikacji z dziejów XIX, w tym Powstania Styczniowego (by m.in. sekretarzem komisji obchodów zarówno 100, jak 150. rocznicy) i emigracji polskiej we Francji (zbiór szkiców „Piękny wiek XIX”, „Patriota bez paszportu”, biograficzna opowieść o rewolucjoniście polskim i paryskim komunardzie Walerym Wróblewskim) i XX wieku („Rzym a wspólnota faszystowska”, „Mussolini był pierwszy”). Był jednym z najwybitniejszych historyków fenomenu faszyzmów europejskich w XX wieku. W ostatnim okresie życia jego naukowe zainteresowania koncentrowały się wokół epoki wojny krymskiej (1854-1855).
Trudno wyliczyć wszystkie jego akademickie afiliacje i członkostwo w towarzystwach naukowych. Między innymi wykładał na Ruprecht-Karl-Universität w Heidelbergu (1990-1991), następnie, w latach 1991–1996 był dyrektorem Centre Scientifique Polonais w Paryżu, inaczej zwanego – od adresu w XVI dzielnicy Paryża – Lauristonem – jednej z najważniejszych polskich instytucji naukowych i kulturalnych we Francji. Od 1996 do 1998 roku był z kolei profesorem École des hautes études en sciences sociales (EHESS) i Uniwersytetu w Dijon. Za swoje zasługi dla naukowej i kulturalnej współpracy polsko-francuskiej został odznaczony Krzyżem Oficerskim
Legii Honorowej.
W tym roku ukazały się jego wspomnienia, nawiązujące m.in. do postaci jego ojca, Jerzego Borejszy (1905-1952), znanego działacza komunistycznego i założyciela „Czytelnika”. Związek z tym wydawnictwem Jerzy W. Borejsza kontynuował, gdyż w latach 1980-1992 przewodniczył jego Radzie Wydawniczej.

Natalia od skandalu Pożegnanie

Gdyby nie „Drewniany różaniec”, Natalia Rolleczek pozostałaby zapewne pisarką „w cieniu”, na wpół anonimową. Tak jak choćby prawie całkowicie od lat zapomniana Maria Jarochowska, także pisarka o rysach skandalistki i demaskatorki („Niemiłosierni”, „Buraczane liście”). „Drewniany różaniec” (1953) usytuował Rolleczek pośród pisarzy skandalizujących, jako autorkę powieści demaskatorskiej w stosunku do żeńskiego kleru zakonnego, powieści która pokazywała, że przedstawicielki instytucji powołanej do rozsiewania miłosierdzia potrafią być bezdusznymi, okrutnymi sadystkami i hipokrytkami.
W kraju, w którym krytyka kleru od wieków należała do rzadkości i na palcach obu rąk można policzyć utwory o wyrazistym charakterze antyklerykalnym, które są do znalezienia w historii literatury polskiej, „Drewniany różaniec” odebrany był jako utwór obrazoburczy, skandaliczny, niesprawiedliwy, jako napaść na kościół katolicki i to napaść dokonaną w okresie, gdy znajdował się on w ciężkiej opresji politycznej, w roku uwięzienia prymasa Stefana Wyszyńskiego. Rolleczek osnuła swoją powieść na wspomnieniach osobistych. Lata 1931-1933 spędziła, jako 12-14 letnia dziewczynka, w sierocińcu prowadzonym przez zakon felicjanek w Zakopanem, gdzie się urodziła. Pisała w niej o „bezwzględności zakonnic, głodzie i poniżeniu. W sierocińcu najgorsze były rygor, dryl, zakazy. Jedzenie było reglamentowane, można było się zwijać z pragnienia, a i tak nie dostało się nic dodatkowo, nawet garnuszka mleka czy herbaty. No i warunki sypialniane – duża, wspólna, zimna sala na strychu, żelazne łóżka i jeden krótki piec kaflowy”.
Władza przyjęła „Drewniany różaniec” skwapliwie jako instrument propagandowy, powieść doczekała się kilku wydań. Przyjęła ją tym skwapliwiej, że w PRL pisarze nie kwapili się do pisania prozy krytycznej w stosunku do kościoła i religii, a wydane na początku lat sześćdziesiątych „Urząd” i „Spiżowa brama” Tadeusza Brezy wyczerpują wraz z „Drewnianym różańcem” (można do tego dodać negatywną politycznie postać księdza w „Obywatelach” Kazimierza Brandysa), katalog prozy o podobnej tematyce, przy czym tylko powieść Rolleczek bezpośrednio odnosiła się tak obszernie do społecznego funkcjonowania instytucji kleru polskiego, a i to z akcją usytuowaną w dwudziestoleciu międzywojennym.
Ten brak literatury o tematyce antyklerykalnej lub co najmniej krytycznej wobec kleru w PRL, oskarżanej o walkę z kościołem katolickim przez cały czas swojego istnienia, jest skądinąd fenomenem zastanawiającym, wartym odrębnego namysłu. Żadna z powieści okresu realizmu socjalistycznego (w tym żadna ze sztandarowych), choć piętnowały wrogów klasowych, szpiegów i dywersantów, nie została poświęcona klerowi katolickiemu.
Środowisko literackie, w tym szczególnie jej rodzime, krakowskie, zastosowało wobec Rolleczek towarzyski ostracyzm, a kościół – infamię ogłaszaną z ambon. Warto przy tym zauważyć, że Rolleczek nie należała do kręgu partyjnych pisarzy o nastawieniu ateistycznym. Uważała się za osobę wierzącą, acz bez ostentacji, należała do Armii Krajowej i była w kręgu znajomych Karola Wojtyły (spotkała się z nim w Watykanie w 1981 roku – podobno przywitał ją życzliwie). W wywiadzie udzielonym w 2003 roku, choć powiedziała, że nie żałuje, że napisała i wydała „Drewniany różaniec”, to w jej wypowiedzi pojawiły się akcenty skruchy za to, że wydała powieść w okresie, gdy kościół znajdował się w najtrudniejszej sytuacji. Powstał też poświęcony jej film dokumentalny Stanisława Zawiślińskiego „Tala od różańca” (2012).

„Drewniany różaniec” na ekranie

12 lat po wydaniu książki, w styczniu 1965 roku na ekrany kin wszedł film Ewy i Czesława Petelskich „Drewniany różaniec”, będący dość literalną ekranizacją powieści. Prasa katolicka („Słowo Powszechne”, „WTK”, „Tygodnik Powszechny”) przyjęła go kwaśno, a nawet prasa partyjna bez szczególnego aplauzu, choć film promowano w trailerach emitowanych przed seansami kinowymi. Z artystycznego i widowiskowego punktu widzenia film okazał się przeciętny, mimo udziału – w rolach zakonnic – znakomitych aktorek: Barbary Horawianki, Jadwigi Chojnackiej, Zofii Rysiówny. Rolę jednej z dziewcząt zagrała młodociana wtedy aktorka Halina Kowalska, po latach jedna z tzw. „seksbomb kina PRL” (m.in. uwodząca Włocha sprzedawczyni Marianna z „Nie lubię poniedziałku” Tadeusza Chmielewskiego).
W kościołach Lublina, gdzie naówczas mieszkałem, film został ostro skrytykowany w ramach tzw. „katolickiej oceny filmów”. Pisane na maszynie, anonimowe oceny repertuaru kin wywieszano wtedy w przedsionkach tamtejszych kościołów, w szklanych gablotach naściennych. Taka praktyka była w Lublinie. Czy także w innych miastach – nie wiem. Utkwiło mi w pamięci drobne wspomnienie z tego okresu, gdy jako ośmioletnie pacholę, nieświadome wymowy filmu, przekonane, że film, który ma słowo „różaniec” w tytule jest filmem religijnym, zapytałem o to mojego księdza-katechetę. Nie zapomnę kwaśnego grymasu, jaki pojawił się na jego twarzy i warknięcia czegoś tam o „ataku na kościół”.
Film krytycznie przyjął nawet Zygmunt Kałużyński, recenzent filmowy partyjnego tygodnika „Polityka”. Redaktor naczelny pisma, Mieczysław F. Rakowski w swoich „Dziennikach politycznych”, pod datą 8 lutego 1965 napisał: „Ostatnio (Zyzio) naraził się Natalii Rolleczek, pani, która dziesięć lat temu spisała swoje przeżycia, gdy jako dziewczynka mieszkała w przytułku prowadzonym przez zakonnice. Książka p.t. „Drewniany różaniec” była wówczas wydarzeniem literackim. Osiągnęła 150 tysięcy nakładu i przetłumaczono ją na kilka obcych języków. Na podstawie książki zrobiono film pod tym samym tytułem. O nim właśnie Zyzio napisał krytyczną recenzję („W interesie klasztornym”). Między innymi zarzucił Rolleczek, że zajmuje wobec sióstr zakonnych postawę dość dwuznaczną moralnie, bo przecież siostry, które autorka odmalowała w czarnych kolorach, ocaliły dziewczęta od śmierci, żebrząc dla nich, karmiąc je i wychowując. Rolleczek wściekła się i przysłała list do redakcji, w którym stwierdziła, że Kałużyński zajmuje się bardziej książką niż filmem” i – jak dalej referował Rakowski – broniła zasadności zawartego w powieści krytycznego obrazu przytułku i postaw zakonnic.
Warto zauważyć, że także w kinie PRL motywy antyklerykalne czy antyreligijne pojawiały się bardzo rzadko, a i to w formie bardzo oględnej i aluzyjnej. Poza „Drewnianym różańcem” , „Matką Joanną od Aniołów” Jerzego Kawalerowicza (to presja polskiej hierarchii kościelnej na władze kinematografii spowodowała, że ten film nie otrzymał co najmniej Srebrnej Palmy w Cannes 1961, do której kandydował, a jedynie Nagrodę Specjalną – jak widać i wtedy kościół kat. miał długie i silne łapy) oraz „Urzędem” Janusza Majewskiego według powieści Brezy, nie sposób wskazać innego filmu o wymowie krytycznej wobec kościoła. Długo było też tak w III RP, po 1989 roku. Dopiero „Kler” Wojciecha Smarzowskiego przełamał to tabu. I to od razu z grubej rury.
Natalia Rolleczek funkcjonowała dalej jako pisarka, głównie dla dzieci i młodzieży. Poza „Drewnianym różańcem” w 1955 roku wydała powieść „Oblubienice”. Powieść „Kochana rodzinka i ja” została uznana za najlepszą powieść roku 1961 przez czytelników czasopisma „Płomyczek”, a cztery lata później Rolleczek odebrała nagrodę Prezesa Rady Ministrów za swoją twórczość dla dzieci i młodzieży. Ostatnią powieść, „Zaczarowaną plebanię”, wydała w 1997 r. Zmarła 8 lipca 2019 roku. 16 lutego ukończyła 100 lat.

Dramat socjalisty: Jan Strzelecki 1919-1988

Urodził się w pierwszym roku istnienia niepodległej Rzeczypospolitej – 4 lipca 1919 roku. Syn i bratanek znanych ekonomistów związanych z lewicą socjalistyczną. Wychowany w szczególnym klimacie Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej, będącej ciekawą i odważną próbą realizacji idei „szklanych domów”. Od wczesnej młodości czynny w ruchu socjalistycznym, w czasie okupacji redaktor lewicowo –socjalistycznego pisma „Płomienie” i uczestnik ruchu oporu. Powstaniec warszawski. W pierwszych latach powojennych przywódca młodzieży socjalistycznej i członek Rady Naczelnej PPS. A także twórca idei „humanistycznego socjalizmu”, za którą był ostro krytykowany przez komunistycznych ortodoksów.

Życiorys Jana Strzeleckiego

nie pasuje do utartych schematów – zwłaszcza do czarno-białej legendy szerzonej przez obecny obóz władzy i jego tubę propagandową, jaką stał się Instytut Pamięci Narodowej. Był gorącym patriotą, czemu dał dowody w najtrudniejszych latach okupacji, zarazem zaś z obrzydzeniem odrzucał nacjonalistyczne hasła o „Polsce dla Polaków”, potępiał antysemityzm i wszelkie postacie ksenofobii. Był socjalistycznym humanistą, który domagał się, by w walce o lepsze jutro ludzkości dbać o konkretnego człowieka.
Widział w Polskiej Partii Socjalistycznej szansę na realizowanie w Polsce innej, lepszej wersji socjalizmu.
Należał do tego skrzydła partii, które starało się utrzymać jej samodzielny byt, ale po wymuszonym zjednoczeniu wszedł do PZPR i pozostał w niej trzydzieści lat – aż do usunięcia go z tej partii za odmowę wycofania się ze współpracy z Towarzystwem Kursów Naukowych. Działał w „Solidarności” i po wprowadzeniu stanu wojennego był (zresztą krótko) internowany, a zarazem opowiadał się za dialogiem z ówczesnym obozem rządzącym i przeciwstawiał się radykałom, w których widział zagrożenie dla pokojowego procesu reform.

Był człowiekiem dialogu – także dialogu z katolikami.

Fascynował Go personalizm katolicki, zwłaszcza prace Emmanuela Mouniera. Sam niewierzący, miał ogromny szacunek dla chrześcijańskiej idei miłości bliźniego widząc w niej rdzeń tej religii – godny szacunku i stanowiący pomost do współdziałania ludzi o różnych światopoglądach. Regularnie bywał w podwarszawskich Laskach – sławnym ośrodku, gdzie spotykali się wybitni ludzie Kościoła i niezależni intelektualiści.
W postawie politycznej Jana Strzeleckiego centralne miejsce zajmowało bardzo szczególne połączenie realizmu i romantyzmu.
Wojna nauczyła Go, ze nie jest prawdą górnolotny frazes, iż „chcieć to móc”. Jego – także moje – pokolenie naocznie przekonało się, do jakich tragedii prowadzi lekceważenie twardych realiów politycznych. Ten rys postawy politycznej Jana Strzeleckiego tłumaczy jego rolę w polityce polskiej pierwszych lat powojennych, a także trwanie w PZPR przez lata, w których wiele z Jego nadziei zmieniało się w rozczarowanie. Zarazem jednak pozostawał romantykiem wierzącym w idee humanizmu i braterstwa – także w czasach, gdy idee te mogły wydawać się naiwnym marzeniem utopisty. Było w tej postawie moralne piękno, ale było też rozdarcie, powodujące, że nie był nigdy do końca rzecznikiem jedynej „prawdy”. Znakomicie oddała tę Jego cechę Magdalena Grochowska – autorka świetnej biografii Strzeleckiego („Strzelecki – śladem nadziei”, Warszawa 2014). Kolejne części tej wartościowej książki noszą tytuły „Ikar”, „Syzyf”, „Hamlet”, co oddaje skomplikowaną osobowość bohatera.

Jan był moim przyjacielem.

Poznałem go dość późno, na początku lat pięćdziesiątych za sprawą naszego wspólnego mistrza Juliana Hochfelda (1911-1966) – socjalisty i socjologa, w tym czasie profesora Uniwersytetu Warszawskiego. Była między nami spora różnica wieku (12 lat), co w tamtych czasach oznaczało niemal przepaść przeżytych doświadczeń. Zanim Go poznałem czytałem polemiki związane z Jego ideą humanistycznego socjalizmu, co nie znaczy, że rozumiałem w pełni znaczenie tego sporu.

Nasza przyjaźń przetrwała wszystkie zawirowania historii.

Gdy w 1982 roku jako dyrektor Instytutu Podstawowych Problemów Marksizmu-Leninizmu zainicjowałem spotkanie na temat perspektyw reform politycznych, Jan był jednym z (niezbyt licznych) intelektualistów „Solidarności”, którzy wzięli w nim udział i wyrazili gotowość dalszych dyskusji. Niestety inicjatywa ta została zablokowana na kilka następnych lat. Ostatnią rozmowę odbyliśmy w czerwcu 1988 roku, w mieszkaniu Jana na warszawskim Żoliborzu . Dotyczyła szans na porozumienie narodowe i roli, jaką intelektualiści z obu stron mogą odegrać w torowaniu do niego drogi.

Jan zmarł 11 lipca 1988,

pobity kilkanaście dni wcześniej na śmierć przez pospolitych przestępców. Wokół Jego śmierci krążyły w środowisku ówczesnej opozycji sugestie, że była to kolejna zbrodnia Służby Bezpieczeństwa. Grochowska w przekonujący i oparty na starannie zanalizowanych danych sposób udowodniła, że była to śmierć przypadkowa, a mordercy nawet nie wiedzieli, kim była ich ofiara. Ta przypadkowość śmierci kogoś tak wybitnego przypomina jak niewytłumaczalne bywają koleje historii.

Nieraz zastanawiam się, jaką rolę odegrałby Jan, gdyby nie ta tragedia.

Oczyma wyobraźni widziałem Go przy Okrągłym Stole będącym realizacją także Jego marzenia o porozumieniu ponad głębokimi podziałami. Gdy po zmianie systemu odradzała się lewica, bardzo nam brakowało Jego gotowości do dialogu, zdolności rozumienia racji innych niż własne, a także siły przekonania, że dla lepszego jutra warto podejmować nawet najtrudniejsze wyzwania i szukać partnerów także ponad podziałami. Swoim życiem i swoimi przemyśleniami wyznaczał bardzo wysokie standardy lewicowości. Pamięć o Janie Strzeleckim powinna stanowić zachętę do tego, by nie rezygnować z wielkich ideałów, by im dochować wierności – mimo wszystko.

Pisarz wielkiego serca

11 czerwca 2019 o godzinie 7.55, zmarł o Zbigniew Domino, człowiek wielkiego serca, wiedzy i otwartości. Pożegnamy go we wtorek 18 czerwca o godzinie 11.30 na Cmentarzu Komunalnym w Rzeszowie w osiedlu Wilkowyja.

Za pół roku, 21 grudnia, osiągnąłby 90 lat życia. Ale świeżość spojrzenia i umysłu miał o pół wieku młodsze niż z wskazywała na to metryka. Był ciągle taki, jakim go zapamiętaliśmy przy pierwszym poznaniu wtedy, gdy jako redaktor naczelny miesięcznika społeczno-kulturalnego „Profie” od 1975 roku przez pięć lat nie tylko był szefem naszego zespołu redakcyjnego, ale zarazem przyjacielem i przewodnikiem życiowym. Taki pozostał do końca życia. Szczery i przyjazny ludziom. Nie lubił sztucznej podniosłości. Cenił właśnie szczerość u innych.
Krótką notką można określić: sybirak, pisarz, autor kresowo-syberyjskiej sagi powieściowej: „Syberiada polska” (2001), także zekranizowanej, „Czas kukułczych gniazd” (2004), „Tajga. Tamtego lata w Kajenie” (2007), „Młode ciemności” (2012), „Zaklęty krąg” (2017), „Cedrowe orzechy” (1974, poszerzone wyd. w 2014 r.) oraz kilkunastu innych książek. Jego proza tłumaczona była na języki obce. W warszawskim Wydawnictwie EMKA Jacka Marciniaka, w którym ukazały się wszystkie książki pisarza z cyklu syberyjskiego – niebawem ukaże się kolejna, niestety już ostatnia – „Sybiraczka” . Zbigniew Domino już jej nie zobaczy.
„Syberiada polska”, według której Janusz Zaorski nakręcił film pod tym samym tytułem, była najbardziej rozpoznawalna – sztandarowa, nie tylko z racji, że rozpoczynała syberyjski cykl pisarza. Przetłumaczona do tej pory na języki ukraiński, francuski, rosyjski i słowacki. Na Ukrainie otrzymała międzynarodową nagrodę literacką im. Wołodymyra Winnyczenki. W Polsce nagrodę czytelniczą Biblioteki im. Raczyńskich i nominację do nagrody Ikara. Powieść cieszy się wciąż niezmiennym czytelniczym powodzeniem. Znawcy literatury określają ją jako dzieło o niepowszedniej epickiej skali. „Syberiada” – a także kolejne książki wymienione powyżej – najpełniej obrazują masową zsyłkę Polaków na Sybir. Dodatkowo „Syberiadę” wyróżnia to, że głównym zbiorowym bohaterem czyni pisarz polskich chłopów.
Po ukazaniu się powieści ks. Marek Ciesielski Schr na swojej stronie internetowej napisał: „Tak jak Konczałowskiego „Syberiada” jest filmem przekraczającym ramy filmu (dlatego w podtytule jest poematem filmowym), tak „Syberiada polska” przekracza absolutnie granice polskiej prozy. To powieść pomnik, powieść krzyk, powieść elegia. (…) Uważam, że każdy Polak powinien tę książkę wziąć do ręki i trochę nad nią popłakać i pomedytować. To najlepszy podręcznik najtrudniejszej historii jaki znalazłem w literaturze ostatnich lat”.
„Syberiada polska” przetłumaczona na język francuski i wydana przez Les Éditions Noir sur Blanc od razu zyskała zainteresowanie recenzentów m.in. z „Le Monde” i „ Liberation”. Polski pisarz z Rzeszowa, który wszak towarzysko nie gościł nigdy na salonach francuskiej elity literackiej, pojawił się tam jednak za sprawą powieści. Francuscy krytycy zauważyli tę książkę wśród setek nowości wydawniczych na swoim rynku i poświęcili jej niemało uwagi.
A przecież w tym samym czasie Adam Zagajewski ubolewał na łamach „Rzeczpospolitej”, że jego książka tamże „tonęła w kompletnej ciszy”. I pocieszał się, że gdy ukazał się tom wierszy wybranych Herberta też „pojawiła się na jego temat tylko jedna recenzja”. Zagajewski stwierdził nawet, że we Francji poza podziwianym tam Gombrowiczem „recepcja polskiej literatury jest nikła”. W przeciwieństwie do gazet francuskich, polskie media przemilczały wydanie „Sibériade polonaise”. Nie zauważyły też tej książki przedstawicielstwa polskie we Francji, które jak się wydaje powinny z obowiązku śledzić takie wydarzenia i pomagać w przybliżeniu ich miejscowej społeczności. Natomiast za pośrednictwem wspomnianych recenzji we francuskich gazetach o „Syberiadzie” mogli się dowiedzieć mieszkańcy także i w innych krajach, gdzie te dzienniki są kolportowane. Od Antyli i Gujany, przez Belgię, Luksemburg, Szwajcarię, Hiszpanię, Włochy, Senegal, Niemcy po Stany Zjednoczone i Kanadę na drugim kontynencie.
Pisarz z ogromnym szacunkiem odnosił się do osób, które dziś próbują łączyć tych, których podzieliła wojna. Wrócił do swego gniazda. Mieszkał w Rzeszowie. Syberyjska odyseja, pomieszczona w jego książkach jest literackim świadectwem koszmaru wywózki i lat zesłania sybiraków oraz szukaniem miejsca dla siebie w nowej Polsce w pierwszych latach po wojnie. Nic dziwnego, że w tych powieściach, „które dzieją się naprawdę” autor zawarł zdarzenia prawdziwe i prawdopodobne. – Nie obawiam się, że będę postrzegany jako pisarz jednego tematu – twierdził Zbigniew Domino, który ma w swym dorobku pisarskim jeszcze kilkanaście innych książek, odbijających jak w lustrze m.in. złożone losy ludzi walczących z okupantem i ich pogmatwane ścieżki w powojennej Polsce, by wspomnieć chociażby „Błędne ognie”, „Bukową polanę”, albo „Czas do domu, chłopaki”.
Ślady życia pisarza od Kielnarowej wiodły przez Podole, zesłańczy Sybir, Ziemie Odzyskane, Warszawę, Rzeszów, dyplomatyczny dwukrotny pobyt w Moskwie i ponownie Rzeszów dzielony z Matczynym Polem w Kielnarowej, gdzie pisał „Syberiadę”. Tę przeszłość – jak sam uważał – można podzielić na okres szczęśliwego dzieciństwa do czasu wywózki, potem wryte na zawsze w pamięć sześć i pół roku na Syberii – od 10 lutego 1940 roku do 26 czerwca 1946. Powrót do Polski i po czterech latach wojsko, co stało się przypadkowo. Tam znowu przez przypadek trafił do oficerskiej szkoły prawniczej, a po jej ukończeniu rozkazem skierowano go do prokuratury wojskowej. I kolejny etap to ponad 20 lat życia już dojrzałego od rozkazu do rozkazu i wiele historii, które wlokły się za nim, albo mu je „życzliwi” wyciągali. Następny okres jest po świadomym wyjściu z wojska, motywowanym m.in. literackimi zajęciami. I powrót do Rzeszowa w 1969 roku. Prawie połowę życia miał wtedy za sobą. Nowe wyzwania, kiedy w 1975 roku został redaktorem naczelnym miesięcznika społeczno-kulturalnego „Profile” i prezesem rzeszowskiego oddziału Związku Literatów Polskich. Ale i służba w misji pokojowej na Bliskim Wschodzie, literacko zapisana w książce „Notatki spod Błękitnej Flagi”. Na tej drodze życia były też prawnicze studia magisterskie i dyplom uzyskany na Uniwersytecie Warszawskim oraz doktorat obroniony na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu.
Czytelnicy często traktują Staszka Dolinę, głównego bohatera sybirackiej odysei, jak bohatera pamiętnika Zbigniewa Dominy. – Te losy mogą się zbiegać, pokrywać, ale bohater powieściowy podąża jednak własnymi ścieżkami. Dla mnie powrót po wojnie z Syberii do Polski i wszystko, co się potem działo, było naturalne. Z Polską Ludową dorastałem i jej wszystko zawdzięczam, począwszy od wykształcenia, bo wróciłem dzieciakiem prawie, nagi, bosy i niedouczony. Innej Polski nie znałem – podkreślał niezmiennie. Są w tych powieściach także autentyczne nazwiska. I stąd zalew listów po tym, jak się one ukazywały. Owe listy posłużyły pisarzowi do nowych wątków, gdy pisał „Czas kukułczych gniazd”, a nawet i w „Młodych ciemnościach”. Albo zetknięcie się z Niemcami w Kajenie na wschodzie Syberii, z takimi jak i on zesłańcami. W polskiej literaturze – jak twierdzą krytycy – nikt poza nim czegoś takiego nie opisał. Prapoczątki „Syberiady” też wywodzą się z przeżyć i doświadczeń sybirackich. Pierwsze opowiadanie pt. „Opowieść znad wody” opublikował w „Tygodniku Kulturalnym”. Potem napisał kolejne. Uskładało się ich wystarczająco na debiutancki tom pt. „Pragnienia” (1967), potem na kolejne, w tym „Cedrowe orzechy” (1974). – Maszynopis długo przetrzymywano w Wydawnictwie MON – przypominał Zbigniew Domino w jednej z wielu rozmów, które miałem z nim zaszczyt przeprowadzić. – O ich druku, co wiem na pewno, zdecydował dopiero generał Wojciech Jaruzelski, też sybirak, którego pamięć ogromnie szanuję i jestem przekonany, że doczeka się on jeszcze pomników podkreślał pisarz. Wtedy to był temat tabu. Poniekąd ze zdumieniem odnotowała wówczas Maria Danilewicz-Zielińska w paryskiej „Kulturze”, że mogły się ukazać opowiadania zesłańcze w takiej postaci.
Stygmat sierocy naznaczył życie Zbigniewa Dominy. Matka umarła na Sybirze, gdy miał zaledwie 10 lat, a jego brat Tadek dopiero 4,5 roku. – Gdy ojciec poszedł z kościuszkowcami na wojnę w maju 1943 roku, zostaliśmy na łasce obcych ludzi. Byłem małemu bratu i ojcem, i matką. Tylko mnie nie miał kto wtedy matkować – mówił w jednej z tych rozmów na wspomnienie tamtych przeżyć. Z zesłańców w Kaluczem i Kajenie tylko jemu udało się powrócić w miejsce zesłania po kilkudziesięciu latach, gdy był w Moskwie polskim dyplomatą. – To wtedy – wspominał – po raz drugi w życiu dotarłem do Kaluczego na Syberii przy pomocy wielu życzliwych mi Rosjan. A w tamtych czasach dostać się w głąb syberyjskiej tajgi nie było wcale łatwe, zwłaszcza dyplomacie. Mnie się poszczęściło… Kaluczego już nie ma. Prawie ślad po nim nie został. Natomiast tajga objęła we władanie wszystko, także nasz zesłańczy cmentarz, gdzie jest kilkaset mogił polskich, ale ślad już po nich zatarty. Odwieczna tajga ma swoje prawa. Tam i moja matka spoczywa. Pamiętałem to miejsce, odnalazłem wzgórek nad rzeką Pojmą i szczątki krzyża modrzewiowego, który postawił mój ojciec. Nabrałem w chusteczkę garść ziemi z tego miejsca i przewiozłem ją na symboliczny grób matki w Tyczynie.
Rosjanie w tych powieściach traktowani są bez uprzedzeń, bo jak podkreślał pisarz, Syberię, od Rosjan poczynając, zamieszkują różnorodni narodowościowo ludzie, z różnych etapów potomkowie zesłańców z Europy po rodzimych Buriatów. Tam wytwarza się ten szczególny klimat wyrozumiałości wzajemnej. – Państwo i ludzi należy oddzielać – mówił Zbigniew Domino – przeciętny Rosjanin jest bardzo uczuciowy, a sybirak szczególnie, który drugiego człowieka nigdy w potrzebie nie zostawi. Nie tylko ja, ale każdy polski zesłaniec przytoczy wiele przykładów, gdy zwłaszcza kobiety sybiraczki, bo ich mężowie i synowie walczyli na froncie, opiekowały się nami, pomagały, choć same żyły w wielkiej biedzie. Mój stosunek do Rosjan się nie zmienia. Smuci mnie tylko, że nasi niektórzy „mędrcy” polityczni, którzy z grubsza mówiąc nie mają zielonego pojęcia o Rosji i nie znają mentalności Rosjan, rezygnują z możliwości bezpośrednich kontaktów z tym społeczeństwem, np. z Dni Kultury Polskiej w Rosji. Kiedy po przetłumaczeniu „Syberiady” na rosyjski zaproszono mnie do Krasnojarska, to nie mogłem narzekać na brak zainteresowania i życzliwości dla Polaków. Książka rozeszła się natychmiast.
Na Ukrainie zachodniej przed wojną była Polska, stamtąd Polaków, w tym rodzinę Dominów mieszkających w Worowlińcach Kolonii pod Zaleszczykami, wywieziono na Sybir. – Gdybym nie znalazł się na zesłaniu, to prawdopodobnie podzieliłbym los wielu tych spod Zaleszczyk, Czortkowa i Borszczowa, którym udało się uniknąć wywózki, ale znaleźli się w studniach pomordowani przez banderowców. Mam przyjaciół, którzy przeszli tę gehennę wołyńsko-podolską i wszyscy mówią w ten sposób. Czekamy na przeprosiny od władz Ukrainy – mówił pisarz i zauważał przy tym, że te wydarzenia umykają także naszym władzom, a i o sybirakach się milczy, o tych gdzieś w tajdze pogubionych. Od wielu lat upominał się o przywrócenie w Rzeszowie ulicy imienia Anieli Krzywoń, młodziutkiej sybiraczki, która wstąpiła do polskiego wojska i poległa w bitwie pod Lenino. Bez rezultatu – przypominał wielekroć z wyrzutem.
W tym miejscu muszę z przykrością stwierdzić, że oficjalnie też prawie nie zauważa się pisarza, który swą twórczością przysparza chwały Rzeszowowi oraz regionowi w Polsce i na świecie. W tzw. „Encyklopedii Rzeszowa” również zabrakło dlań miejsca, choć Zbigniew Domino mieszkał w Rzeszowie ponad pół wieku. Film Janusza Zaorskiego stworzony na podstawie „Syberiady polskiej” i pod tym samym tytułem, który wszedł na ekrany kin w 2013 roku, w Rzeszowie i regionie też oficjalnie przemilczano – nie było żadnego spotkania z twórcami, aktorami i pisarzem, według którego to powieści ten obraz powstał. Jedna z największych produkcji ostatnich lat, która z epickim rozmachem opowiada przejmującą historię Polaków deportowanych w latach 40. na Syberię, jak podkreślano w zapowiedziach.
Kiedy niedawno pytałem go przy okazji pracy nad „Sybiraczką”, co dalej na pisarskiej drodze? – Wygląda mi ta droga na coraz krótszą, ale
i trudniejszą – odpowiedział pisarz. – Zobaczymy, może Staszek Dolina coś mi
jeszcze podpowie. Sam chciałbym wiedzieć.
Już nie zdąży. Droga życia i pisania została zamknięta. Pozostanie pamięć i świadectwo w postaci książek o niezaprzeczalnej wartości. I żal, że już nigdy nie będzie można spotkać się, porozmawiać zyskać życzliwą podpowiedź i radę.

Nie żyje Jan Guz

Jan Guz, przewodniczący Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych zmarł 24 maja 2019 r. Wiadomość o śmierci lidera OPZZ potwierdził prezes ZNP Sławomir Broniarz.
Jan Guz od kilku dni przebywał w jednym z warszawskich szpitali. Był w śpiączce farmakologicznej. Pogrzeb przewidywany jest w Białej Podlaskiej w środę 29 maja br. Funkcję przewodniczącego OPZZ pełnił przez 15 lat, od 2004 r. Miał 63 lata.

Lidera OPZZ wspominają:

Andrzej Radzikowski, wiceprzewodniczący OPZZ w radiu TOK Fm:
„W przestrzeni publicznej znaliśmy go jako postać mocną, wyrazistą, jako osobę, która wie, czego chce i która inspiruje nas wszystkich bez przerwy do kolejnych nowych inicjatyw.. Jan Guz był związkowcem z krwi i kości. był trudnym, ale odpowiedzialnym partnerem. To zjednało mu poparcie związkowców i pracodawców”.

Dorota Gardias, przewodnicząca Forum Związków Zawodowych:
„Jan Guz jednym z najbardziej charyzmatycznych działaczy związkowych ostatnich 30 lat. Zapamiętam go jako wspaniałego mówcę wiecowego. Gdy przemawiał, dreszcze pojawiały się na plecach. Bardzo docierał do ludzi i to było prawdziwie”.

Piotr Duda, szef NSZZ „Solidarność”:
„Dla nas wszystkich to przykry moment. OPZZ i Solidarność wiele rzeczy łączyło, ale i wiele dzieliło. My z Jankiem potrafiliśmy pięknie się różnić. Stanowiliśmy świetną drużynę. Wiele wspólnych spraw dla pracowników zrobiliśmy razem”.

Na pożegnanie jeźdźca historii

Zajeżdżanie kobyły historii kosztowało wiele, i pomimo dużej dozy idealizmu, nie okazało się daremne.
Lewica żegna Karola Modzelewskiego.

„Zdarzają się – pisał Karol Modzelewski – rewolucyjne próby oddziałania na bieg dziejów w sposób zamierzony. W roku 1956, w latach sześćdziesiątych, a zwłaszcza w latach osiemdziesiątych uczestniczyłem w takich próbach. W końcu udało się nam przestawić zwrotnicę historii, ale rezultat okazał się dość odmienny od naszych, a w każdym razie moich zamierzeń i oczekiwań…”

W powszechnym przekonaniu

stalinizm w Polsce zakończył się wraz z Polskim Październikiem. Rzeczywiście, ustał czas wyjątkowej opresji ze strony bezpieki i wszechpotężnej dominacji państwa obejmującej nawet życie prywatne obywateli, ale sama partia niewiele się zmieniła. Zahamowany z różnych zresztą, często nawet uzasadnionych, przyczyn, proces demokratyzacji polskiego życia społeczno-politycznego, przyniósł druzgocące skutki samej PZPR. Pozbawiona wewnętrznych frakcji (poza tymi rodzącymi się w okresach kryzysu), samozniewolona centralizmem demokratycznym (niewiele mającym wspólnego z demokracją), stała się zdyscyplinowaną, jednomyślną, ale i bezrefleksyjną siłą polityczną podporządkowaną kierownictwu.
Wszelkie poważniejsze próby w partii i w kraju, jednostkowe czy zbiorowe, niezależnej dyskusji, krytyki czy tylko wątpliwości na temat zasad i sposobów budowy socjalizmu w Polsce, i roli w nich PZPR, były zwalczane. Poczynając od kar partyjnych, wydalania z partii, pozbawienia dotychczasowych stanowisk pracy, nawet sądowymi wyrokami, jako wrogie poczynania rewizjonistyczne, w pewnym okresie nawet syjonistyczne, i jeszcze wszystkie inne, stanowiące w konsekwencji próbę obalenia socjalistycznego ustroju.
Mimo wszystko i w kraju, i w samej PZPR, toczył się ukryty, społeczny dyskurs o stanie polskich spraw, niepozbawiony niepokoju i alarmistycznych pytań. Wyrażał się, bo tylko tak było to możliwe w zaistniałych warunkach, w cichych, dyskretnych rozmowach, nieśmiałych pytaniach, zapadającym milczeniu stanowiącym brak akceptacji, czasem w spojrzeniu czy nawet wzruszeniu ramion. A przede wszystkim w rozpowszechnieniu przekonania „róbmy swoje”, co również wyznaczało odpowiedzialne decyzje, także licznych partyjnych działaczy na różnych szczeblach władzy.

„Moje myślenie – wspominał Modzelewski

– było całkowicie utopijne – wierzyłem, że można ten ustrój zastąpić demokracją pracowniczą. I tak jak pisałem później w „Liście otwartym” [„List otwarty do Partii” autorstwa Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego z 1965 roku stanowił, z marksistowskiego punktu widzenia, druzgocącą krytykę realizowanego ustroju – Z.T.] wydawało mi się, że w tym kierunku mogła rozwijać się sytuacja w roku 1956, ponieważ takie było brzmienie październikowej prasy i w tym kierunku szli… przywódcy robotniczy…Oczywiście, wtedy nie uważałem, że to utopia. Uważałem, że to jest osiągalne…Gdy mówiłem o rozczarowaniu czy też wrogości wobec skrętu ku stabilizacji ustroju, którego dokonał Gomułka, miałem też na myśli konkretne wydarzenia. Pierwszym było zamknięcie „Po Prostu” i rozpędzenie najpierw wiecu na placu Narutowicza, następnie ulicznych demonstracji studenckich w październiku 1957 roku. To był ważny zwrot…Wtedy, szczerze mówiąc, pierwszy raz poczułem, że nie jest to moje państwo”.

I zapewne,

pomimo wcześniejszej głębokiej wiary w ideały socjalizmu, nie był to już także, w obserwowalnym wydaniu, jego ustrój. Modzelewski został wyrzucony z partii i skazany na ponad trzy lata więzienia. Wyszedł na wolność przed buntem studentów w marcu 1968, ale za udział w tych wydarzeniach ponownie trafił do więzienia.
W następnym czasie kontynuował swoje naukowe zainteresowania średniowieczną historią Polski broniąc kolejno, w latach 70. pracę doktorską i habilitacyjną. Ale pasja okresem Piastów musiała przegrać z, utrwalonym w jego zbiorze wartości, obowiązkiem obrony robotniczych interesów i stąd, w 1980 roku, włączył się aktywnie w działalność „Solidarności”, będąc autorem nazwy rodzącego się związku zawodowego i stając się ważną postacią w jego kierownictwie. Rozważania, na ile etap solidarności był szansą na zmianę i demokratyzację, także partii, a na ile okazał się czasem straconym i kolejną ułudą, zamyka wprowadzenie, w dramatycznych dla kraju okolicznościach, stanu wojennego.

Pojęcie lewica w okresie PRL

miało charakter historyczny, odnoszący się do minionych wydarzeń, natomiast prawica, z licznymi odmianami tego słowa, funkcjonowała w najlepsze w licznych ideologicznych i propagandowych wypowiedziach. PZPR, pomimo realizowania, w liczącej się mierze, tradycyjnych postulatów lewicy, słowa tego unikała, odróżniając się tym sposobem od niewątpliwie lewicowych, ale jakże odmiennych, partii socjaldemokratycznych. Zapewne także ze względu na utrzymanie monopolu władzy, spełniając rolę jedynego obrońcy „prawdziwego marksizmu”, a pod radziecką kuratelą i kontrolą, także „leninizmu”. W konsekwencji oznaczało to, że postaci opowiadających się za lewicowymi politycznie i społecznie ideami oraz działaniami, ale krytycznie oceniających tzw. realny socjalizm, nie zaliczano do lewicy, a wrzucano do jednego wora wrogiej politycznej opozycji. Taki obraz utrwalony został nie tylko w szeregach partii, ale także w jej kierowniczych gremiach, co dotyczyło oczywiście i Karola Modzelewskiego.
W zmienionych politycznych okolicznościach, takich jak na przykład okres IX Zjazdu PZPR, Karol Modzelewski mógłby być z pewnością zaliczany do grupy czołowych partyjnych reformatorów i zapewne podzieliłby później ich los w ramach tzw. cięcia po skrzydłach. Natomiast w okresie poprzedzającym Okrągły Stół wykreowany został m. in. przez liczne meldunki MSW – On ze swoimi lewicowymi zapatrywaniami na Polskę – na największego wroga wśród prawicowych przedstawicieli strony opozycyjno-solidarnościowej.
Przewartościowanie pojęcia lewica mogło się zacząć po wyrażonej w sierpniu 1988 roku przez Józefa Czyrka – wtedy członka Biura Politycznego i sekretarza KC – opinii, że w Polsce kończy się okres stalinowskiego socjalizmu, także dla PZPR. W rzeczywistości, dopiero po jej rozwiązaniu, i powstaniu Socjaldemokracji RP oraz Polskiej Unii Demokratycznej odrodziła się w Polsce zorganizowana, polityczna lewica.
A tak dla wyjaśnienia, to używany obecnie termin „lewica demokratyczna” przypomina znane powiedzonko o maśle maślanym, gdyż już w samej swojej nazwie zawiera nieistniejącą sprzeczność, bowiem nie ma lewicy bez uznawania demokracji, tak jak i wolności, czy też równości wszystkich obywateli. Autorzy cytowanego terminu posługują się nim dziś jedynie instrumentalnie, próbując tym sposobem przeciwstawiać go i dezawuować Sojusz Lewicy Demokratycznej.

„Jaruzelski – to jest moja supozycja, a nie wiedza

[mówił Modzelewski – Z.T.] – dobrze orientował się w zamiarach Gorbaczowa i doszedł trafnie do wniosku, że po wycofaniu się Związku Radzieckiego z Jałty muszą nastąpić przekształcenia ustrojowe. Przyjął, że najpewniejszą droga do tego będzie porozumienie z Solidarnością. I to był błąd. Bo najpewniejszą drogą był dialog ze społeczeństwem. To znaczy ogłoszenie drogi do pluralizmu, a nie uznanie Solidarności za społeczeństwo. To nie to samo. Wtedy, kto wie, czy nie powstałby system bardziej racjonalny. Bo tak został zbudowany monopol tzw. obozu posolidarnościowego, który trwa do dzisiaj i nie można się tego nieszczęścia pozbyć”.

Nigdy nie zakończą się rozważania

na temat alternatywnych scenariuszy polskich wydarzeń, tych z pierwszych lat Polski Ludowej, popaździernikowych, z okresu epoki Gierka, czasu „Solidarności” i lat poprzedzających Okrągły Stół wraz z jego ustaleniami i konsekwencjami, a także wszystkich innych. To naturalne, ale w tych teoretycznych analizach należy uwzględniać wszystkie
okoliczności, warunki w jakich miały miejsce, a wśród nich stan wiedzy i świadomości tak społeczeństwa, jak i kreujących je uczestników. Ich potencję intelektualną, zdolność i trafność przewidywania, ale także determinację do przekraczania granic, pozornie niemożliwych do sforsowania. Obserwowalne zdarzenia miały taki, a nie inny charakter i przebieg, bowiem w zaistniałych, wcześniej opisanych determinantach, innego mieć po prostu nie mogły.

Adam Michnik niedawno,

w wywiadzie na Onecie, na pytanie: „co się stało… że wy zachłysnęliście się wolnością, a nie równością?” odpowiadał: „Wtedy to było nierealistyczne. Te pomysły Karola Modzelewskiego czy Ryszarda Bugaja, to było księżycowe…Sprawiedliwość społeczna nie znaczy nic konkretnego. To musi być zawsze spór o konkret. Wyście używali takiego liczmana „neoliberalizm”. Ja, ponieważ nigdy nie wiedziałem, co to znaczy, powiedziałem, że o tym nie chcę rozmawiać”.

Karol Modzelewski natomiast uważał, że:

„Transformacja zmodernizowała Polskę, ale społeczny koszt tej modernizacji okazał się bardzo wysoki, a co ważniejsze – bardzo trwały… Są to nierówności trwałe, dziedziczone z pokolenia na pokolenie. Wielkiemu zróżnicowaniu dochodów odpowiadają coraz głębsze różnice w zakresie opieki zdrowotnej, dostępu do wykształcenia i szans awansu kolejnych pokoleń. W rezultacie różnice te mają charakter bez mała niezmiennego podziału przywilejów i upośledzeń. Równość szans pozostaje w sferze marzeń. Dzieci i wnuki tych, których okręt neoliberalnej modernizacji zostawił za burtą, w większości już się nie wdrapią na pokład. Wywiera to na ich sposób postrzeganej Polski znacznie większy wpływ niż umoralniająca dydaktyka, sprowadza się do zróżnicowania płac i dochodów. Najistotniejszym bodaj czynnikiem traumy Wielkiej Zmiany jest masowe i trwałe bezrobocie… Chłoporobotnicy powrócili na wieś, gdzie mają przynajmniej co jeść, a szczytem ich marzeń jest bodaj najlichsza renta… Ci, co sobie radzą i mogą oceniać, że transformacja zmieniła ich na lepsze, są wciąż jeszcze w większości. Liczbę tych, których modernizacja zostawiła za burtą, szacuje się na jakieś 25-30 proc. polskiego społeczeństwa. Między zaradnymi a poszkodowanymi nie ma już braterskiej miłości. Inteligencja znalazła się na ogół po słonecznej stronie, w strefie tzw. klasy średniej, ale docierają do niej irytujące odgłosy gniewu, rozgoryczenia, frustracji i agresji ze strony poszkodowanych współbraci… opiniotwórcze kręgi polskiej inteligencji stanęły po stronie Balcerowicza”.

Karol Modzelewski był człowiekiem lewicy,

nie tylko dlatego, że jak uważa Oko.press, „Od początku krytykował reformy Balcerowicza oraz kształt polskiej transformacji”. Przede wszystkim dlatego, że od zarania swojej politycznej drogi marzenia, oczekiwania i działania koncentrował zawsze wokół takich lewicowych wartości jak wolność, demokracja, równość społeczna, los ludzi pracy i w różny sposób wyzyskiwanych i wykorzystywanych mas. Towarzyszyły mu nadzieja i czyny zmierzające do stworzenie warunków rzeczywistej i równej partycypacji wszystkich obywateli w życiu społeczno-polityczno-materialnym kraju.
Znany był z uczciwości i rzetelnej, obiektywnej oceny, nie tylko minionych czasów PRL, ale również rodzącego się już na samym początku III RP, trwałego społecznego podziału. Publicznie upominał się wielokrotnie o przestrzeganie podstawowych praw obywatelskich, ostatnio także przeciw rządom PiS łamiącym m. in. Konstytucję. Jego odwaga i szczerość wyrażanych poglądów, nieakceptowane przez postsolidarnościowe gremia i bezkrytycznych chwalców naszej codzienności, stawały się wzorem dla współczesnej polskiej lewicy.

Był niewątpliwie Karol Modzelewski wielkim idealistą,

człowiekiem kierującym się w życiu i postępowaniu ideami, wzniosłymi humanistycznymi celami, a właśnie tacy ludzie kreują postęp i rozwój, przestawiając zwrotnice historii. Nie zawsze, a może nawet często, jadące po tych torach pociągi podążały w wymarzonym kierunku. Ale gdzie by dzisiaj był, i co wart byłby nasz świat bez ich żarliwości i niezłomnej nadziei?

Eksponat niepokorny

Wspomnienie o Karolu Modzelewskim.

To przez Karola Modzelewskiego jestem lewakiem.

Kiedy Go poznałam, w 1990 roku, moja osiemnastoletnia świadomość polityczna składała się z dość powierzchownych i raczej kontrastowych elementów: wyniesionej z dzieciństwa na Żoliborzu odruchowej niechęci do komuny („Chcesz cukierka, idź do Gierka, Gierek głupi, to ci kupi” – mówiliśmy sobie złośliwie w przedszkolu), równie odruchowego przekonania, że równość jest jednak lepsza od nierówności oraz niesamowitego doświadczenia, jakim była kampania wyborcza Jacka Kuronia w 1989 roku. Jednak w całym tym doświadczeniu: dziwacznej politycznej partyzantki, nocnego klejenia plakatów, oglądania rosnących tłumów, które z entuzjazmem ale i niedowierzaniem przychodziły posłuchać kandydata na posła, co jeszcze pół roku wcześniej był jednym z najgłośniejszych kryminalistów PRL – najbardziej fascynujące były opowieści Kuronia o Modzelewskim. Kto wie, gdyby nie to, być może zaakceptowałabym budowę kapitalizmu z bezkrytycznym entuzjazmem i dziś pracowałabym w „Gazecie Wyborczej” i co tydzień gościła w tefałenie, zamiast zasilać rachityczne szeregi wyklętego przez obie strony bractwa symetrystów.

Karol Modzelewski nie miał tolerancji dla symetrystów. Kiedy rozmawialiśmy po raz ostatni, w grudniu 2017 roku, na moje wyznanie, iż jestem symetrystą, odparł – nie bez złośliwości – że to musi być bardzo niewygodna pozycja. Lata spędzone w peerelowskich więzieniach uczyniły go szczególnie niewyrozumiałym wobec wszelkich przejawów państwa policyjnego – toteż nie sądził, aby prospołeczne elementy polityki PiS usprawiedliwiały jakąkolwiek ambiwalencję w ocenie tych rządów.

Ale to od Karola Modzelewskiego nauczyłam się krytycznego myślenia, które uczyniło ze mnie symetrystę. To Jego intelektualna odwaga i uczciwość – w ocenie Polski Ludowej, III RP, stanu wojennego, czy kapitalistycznej transformacji – wzbudziły we mnie nieprzejednane obrzydzenie do maszerowania w jakimkolwiek równym szeregu i graniczącą z nerwicą natręctw potrzebę wyrabiania sobie własnego zdania na podstawie wszystkich dostępnych przesłanek. Modzelewski dostrzegał zagrożenie, jakie stopniowy demontaż demokracji niósł dla ludzi pracy – ale dostrzegał też przyczyny, dla których ludzie pracy się od tej demokracji odwracają. Używając jego własnych słów: „demokracja jest silna poparciem obywateli, więc jak przekonała obywatela, że nie jest godna poparcia, to się przewraca. Z tym, że jak się przewróci, to ten obywatel, który ją przewróci, dostanie po dupie”.

Toteż wpisywanie Go w szeregi bezkrytycznych obrońców ustroju przedpisowskiego   jest – delikatnie mówiąc – daleko idącym nadużyciem. A już szczególnie perfidny wydaje mi się tytuł pożegnalnego tekstu, który poświęciła mu „Gazeta Wyborcza”: „Zmarł Karol Modzelewski, jeden z ostatnich ojców założycieli III Rzeczypospolitej”.

Stosunek Modzelewskiego do III  Rzeczypospolitej bynajmniej nie był ojcowski. Był jedną z pierwszych „legend opozycji”, które z najwyższą surowością krytykowały kształt transformacji ustrojowej.  Jeszcze w 1989 roku, w ramach OKP, którego był senatorem, Modzelewski założył wywrotową organizację pod nazwą Grupa Obrony Interesów Pracowniczych – z niej wyrosło najpierw stowarzyszenie i koło parlamentarne Solidarność Pracy, a później partia Unia Pracy. „Gdy tylko pojawiły się pierwsze nieoficjalne przecieki, na czym ma polegać plan Balcerowicza, byłem zbulwersowany jego dramatycznie antypracowniczym i antysocjalnym charakterem. A jeszcze bardziej bulwersowała mnie gotowość posłów i senatorów OKP do jego przyjęcia. W końcu byliśmy wybrani pod sztandarami »Solidarności« i to świat pracy mieliśmy w parlamencie reprezentować” – wspominał korzenie GOIP w rozmowie z Rafałem Wosiem.

Był tym tytanem antypeerelowskiej opozycji, który zdawał się mocno znużony swoją rolą żywego eksponatu w muzeum antykomunizmu  – co zasadniczo różniło go od autorytetów takich jakich Władysław Frasyniuk czy Bogdan Borusewicz. Mało tego: potrafił – i chciał – mówić obiektywnie i analitycznie o PRL. Co jego politycznych przyjaciół z młodości wybitnie frustrowało – przejawem tej frustracji było np. wyniosłe milczenie wokół książki „Polska Ludowa”: moim zdaniem, najciekawszej książki historycznej ostatniej dekady. Która wszakże miała tę wadę, iż był to dialog między Karolem Modzelewskim, a wybitnym działaczem komunistycznym Andrzejem Werblanem – a kto to widział, żeby „legenda opozycji” gadała z komuchem jak równy z równym.

Przez ostatnie trzy dekady miałam przywilej przeprowadzić z Nim kilkanaście wywiadów. Nie opowiadał w nich o swojej niezłomnej walce z upadłym ustrojem – za to we wszystkich krytycznie i z rozczarowaniem mówił o ustroju społeczno-gospodarczym III RP. Nie akceptował absurdalnego neoliberalnego dogmatu że „przypływ podnosi wszystkie łodzie” i w legendarnym już bon mocie stwierdzał, że za kapitalizm nie siedziałby nie tylko 8 lat ale nawet 8 dni. Lęk przed pisowskim państwem policyjnym nie czynił z niego entuzjasty liberalnego państwa dobrobytu dla nielicznych.

Z nas też nie powinien.

Taka historia

Jacek Kaucz (1952-2019

Pochowali Kaucza. Jacka Kaucza, z Wrocławia.
Był prokuratorem. Zaczynał w Polsce Ludowej. Należał do najzdolniejszych. Przeszedł przez stan wojenny. Był sługą państwa. Nie tylko oddanym, ale i mądrym. Jego specjalnością zawodową były przestępstwa gospodarcze. Jego pasją było państwo prawa.
Gdy zaczynał, przestępstwa gospodarcze były banalne – lewe dostawy, lewe faktury, jakiś przewalik na dostawach czegoś do kogoś, podmianka towarów lepszych na gorsze.
Gdy zaczynał był „młodym zdolnym”, gdy kończył był członkiem Krajowej Rady Prokuratury, której głównym zadaniem było zwiększenie autonomii i niezależności prokuratorów od władzy wykonawczej. Był także członkiem zarządu Stowarzyszenia Prokuratorów „Lex Super Omnia” i osobistym wrogiem ministra Ziobro, który ostatecznie złamał jego karierę. Wcześniej podkopywała ją zajadle „Gazeta Wyborcza”, kooperujący z nią dziennikarze i politycy z kręgu dawnej Unii Wolności. Także z kręgu SLD.
Z nich wszystkich po śmierci Kaucza „porządnie” zachowała się jedynie „Gazeta”. W swoim wydaniu wrocławskim, poświęciła mu rzetelny tekst – z gatunku relata refero. Posłużyła się Władysławem Frasyniukiem, wrocławską legendą z czasów stanu wojennego. Frasyniuk słynie ze swego niezłomnego charakteru, nie ma zahamowań, żeby mówić to, co myśli. Podobno zawsze taki był.
Frasyniuk znał prokuratora Kaucza ze swojego procesu w stanie wojennym. Nie żywił do niego urazy, zapamiętał mu, że starał się ulżyć jego losowi, a nawet dwa razy ochronił przed jakąś prowokacją Służby Bezpieczeństwa. Władysław Frasyniuk dobrze wspomniał swojego prokuratora. Dziennikarz napisał więc w komentarzu: „Otwarty, życzliwy, pełen życia. Ale i niejednoznaczny, ze skazą z przeszłości”…
To ładnie ze strony redakcji, że w swym lokalnym wydaniu tak napisali. Na koniec… bowiem, gdy żył niszczyli go w wydaniu głównym. Z redakcją czasem jest jak z odświętną koszulą, którą się zakłada na uroczysty obiad – tak się uświni, że żadną miarą wybielić się tego nie da.

Prokurator stanu wojennego

Największym „grzechem” Kaucza była praca w stanie wojennym.
Przepraszam – że co?! Że niby obowiązkiem każdego Polaka było wtedy iść na barykady? Z jakiej niby racji? Przeciwko własnej Polsce? Ta sama, co dziś flaga, ten sam hymn, ta sama historia. Nasze państwo. Z dzisiejszego punktu widzenia – na pewno koślawe, ale własne. Czy było gdzieś jakieś inne?
Stan wojenny oczywiście się nie podobał – przede wszystkim tym, których gen. Jaruzelski czapką nakrył. Ale większości społeczeństwa się podobał! Większość miała dość strajkowego obłędu, różnych dupków, pół kretynów i kretynów bredzących o równych żołądkach. Dość mieli plakatów, wyzwisk, kłótni o byle co. Większość chciała spokoju, zgody, chciała się dogadać, ale nie było z kim i nie było jak. Trzeba było czekać dziewięć długich lat, żeby się opamiętali. I trzeba było zmian w świecie wielkiej polityki, które odsyłały do lamusa powojenne umowy. Zresztą wszyscy musieliśmy spokornieć, zrozumieć, że tak czy siak jesteśmy skazani – i na to miejsce na ziemi i na siebie.
Jeśli więc musiało już do tego dojść, to lepiej strzelać do siebie słowami (co na przykład ja robiłem), czy tłuc się na paragrafy (jak Kaucz), niż strzelać naprawdę. Lepiej skakać sobie do oczu z piórem w ręce niż z nożem.
Los zdarzył, że Kaucz na swojej drodze spotkał nie tylko Frasyniuka, ale i panią Barbarę Labudę – współpracowniczkę KOR-u, romanistkę, na koniec urzędniczkę w Kancelarii Prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego.

Zabić Kaucza

Gdy w pewnym momencie zawodowej kariery Kaucz został zastępcą Prokuratora Generalnego, pani Labuda oznajmiła, że w śledztwie w stanie wojennym postępował z nią „podle” i „nikczemnie”, więc nie może zrozumieć, że taki ktoś ma zajmować „tak ważną funkcję”. „Przecież można robić coś innego, przecież nasi ubecy często pracują gdzie indziej, nawet znacznie lepiej zarabiają. To nie chodzi o wykluczenie kogoś ze społeczeństwa, tylko akurat z tej dziedziny, która jest tak ważna dla pewnej czystości postępowania, dla etyki” – mówiła pani Labuda. Dziwne, czyż nie? Frasyniuka traktował po ludzku, a na panią Labudę się uwziął?
Barbara Labuda dodawała: „Jestem jedną z ostatnich osób, które można oskarżyć o to, że jest we mnie mściwość, żądza odwetu, czy pamięć o tamtych czasach – ja to wymazuję, uważam, że budujemy naprawdę wspólną Polskę. Ale czasem się dziwię”…
Faktycznie – co do „można pracować gdzie indziej”, miała rację. Zanim prezydent Kwaśniewski skończył swą drugą kadencję, wysłał swoją ministerkę do „pracy gdzie indziej”. Do Luksemburga mianowicie, w charakterze ambasadorki. Jest romanistką, było nie było…
Kaucz był doskonałym prokuratorem. Wypowiedź pani Labudy w Radiu Zet zapoczątkowała jednak nowy rozdział w jego życiu. Gdzie się nie ruszył, tropiła go „Gazeta Wyborcza” niczym pan minister Ardanowski dziki. Nagonkę prowadził red. Adam Michnik – wówczas niekoronowany król dusz. W liście do premiera Millera apelował, by „ludzie, którzy splamili się oportunizmem i dyspozycyjnością”, nie kierowali wymiarem sprawiedliwości. To był strzał, jak mówią myśliwi – „na komorę”. Strzał-komenda do palby gęstej i bynajmniej nie bezładnej. Radio Zet, Monika Olejnik, „Gazeta Wyborcza”, no i prezydent Kwaśniewski, który oświadczył, że oczekuje od minister Piwnik (wówczas minister sprawiedliwości) wyjaśnień w sprawie nominacji Kaucza… Miller, który jako jedyny go bronił, musiał w końcu ustąpić – Kaucz podał się do dymisji.
Przeważyła opinia prof. Kieresa, ówczesnego szefa IPN, który ogłosił, że nazwisko Andrzeja Kaucza figuruje w protokole wyroku wrocławskiego sądu z 1983 r., skazującego Barbarę Labudę na półtora roku więzienia. Potwierdził to podobno odpis wyroku, który znajduje się w archiwum Arcybiskupiego Komitetu Charytatywnego we Wrocławiu oraz fotokopia aktu oskarżenia przeciwko Barbarze Labudzie podpisanego przez Kaucza… Odpis, fotokopia – za dużo dziś wiemy o różnych dokumentach-odpisach i dokumentach-fotokopiach, będących rzekomo dowodami na oskarżenia, by uznawać je za wiarygodne. Sam mam przykre doświadczenia z tzw. „lojalką Kaczyńskiego”. „Fotokopie”, „odpisy” nie robią więc na mnie żadnego wrażenia.
Robią natomiast wrażenie relacje świadków, zwłaszcza te znane wcześniej, a dziś pomijane milczeniem. Robią na mnie wrażenie także relacje osób bezpośrednio zaangażowanych w wydarzenia, a dotąd milczących.
Cytat za Naszemiasto.pl Wrocław (10 listopada 2001 r.), autor Łukasz Medeksza. „Labuda się myli”:
„Andrzej Kaucz na 100 proc. nie był oskarżycielem w procesie Barbary Labudy w 1982 r. – powiedział nam anonimowo prokurator, który w latach 80. pracował we wrocławskiej prokuraturze i dużo wie o ówczesnych procesach politycznych.
– Kaucz nie oskarżał Labudy. To pewne – powiedział nam.”…
Jeśli zaś chodzi o świadków dotąd milczących. Otóż dowiedziałem się niedawno, że gdy wybuchła „afera z Labudą”, Kaucz spotkał się z dwoma kolegami prokuratorami ze swojej byłej „brygady tygrysa”. Zastanawiali się, co robić? Jednym z nich był dyrektor jednego z departamentów ówczesnej prokuratury wojewódzkiej. Wszyscy trzej wiedzieli, że to właśnie on podpisał się na druku opatrzonym pieczątką „Jacek Kaucz”. Kaucz uznał jednak, że skoro uderzenie wymierzone jest w niego, to niech tak zostanie, niech już nikogo innego z jego dawnego zespołu nie włóczą po mediach. Czuł się odpowiedzialny za swój zespół nawet wtedy, gdy on już nie istniał.
Kaucz miał opinię świetnego prokuratora. W ministerstwie sprawiedliwości znalazł się po dymisji Lecha Kaczyńskiego, z nominacji nowego ministra, Stanisława Iwanickiego. Iwanicki to – jeśli chodzi o pojmowanie prawa – ortodoksa. Porządny, zdeklarowany prawicowiec, w przeszłości znajomy i doradca biskupów. I właśnie on jedną z pierwszych swoich decyzji wprowadzał do ministerstwa „komucha”.
Mimo setek prób i tysiąca podchodów Kaucz wywalić z pracy się nie dał. Był wzorowym urzędnikiem, wybitnym prawnikiem. Informatyzował ministerstwo. Startował w konkursach na stanowiska w nowej, autonomicznej Prokuraturze Generalnej. Każdy wygrywał, ale Minister–Prokurator Generalny nowej, oddzielonej od Ministerstwa Sprawiedliwości Prokuratury, szafę z awansami zamknął przed nim na klucz. Platformersi nie dopuszczali do siebie myśli, że Kaucz może być wysokim urzędnikiem w ich rządach. Bez wstrętu obronili Ziobrę przed Trybunałem Stanu, ale zgody na awanse dla Kaucza strawić nie mogli. Proszę pamiętać, że do „dobrej zmiany” było jeszcze ładnych parę lat. Platformersi musieli zostać wpierw solidnie przez PiS-obici, żeby w końcu zrozumieli, że warto pracować z „komuchami”, a nawet współpracować z nimi w wymiarze politycznym. Musiało pojawić się realne zagrożenie dla wartości europejskich, dla Polski, jako członka Unii Europejskiej i dla nich osobiście, żeby zaświtała w ich główkach myśl o niezbędności Koalicji Europejskiej.
Mimo jawnej dyskryminacji Jacek Kaucz nie próżnował. Uczył się zażarcie, na potęgę, nie dał się wypchnąć poza zawodowy nawias. Dorobił się marki rzadkiej klasy fachowca w śledztwach gospodarczych. Żeby lepiej rozumieć mechanizmy giełdy, ukończył kurs dla maklerów. W stan spoczynku odszedł po przejęciu władzy przez PiS w 2016 r.
Wielokrotnie, publicznie krytykował Ziobrę, nad którym miał pod względem zawodowym przewagę liczoną w latach świetlnych. Z symbolu „komucha ze stanu wojennego” stał się symbolem obrońcy porządku prawnego, godności prokuratorskiej, trwania przy pryncypiach państwa prawa, gotowości do ich obrony…

My „od Jaruzela”

Każdy z nas – tych od „Jaruzela” – czuł się państwowcem. I tak postępował – w naszym rozumieniu broniliśmy dobra wspólnego, Polski. Nie chodziliśmy do obcych ambasad, nie wyciągaliśmy ręki po ich „stypendia”, nie zabiegaliśmy znikąd o paczki, nigdzie nie nadawano nam pseudonimów. Występowaliśmy publicznie, jawnie, z podniesioną głową. Robiliśmy to z przekonania i z poczucia służby ojczyźnie. Tacy pozostaniemy do śmierci. Uznajemy współczesną Polskę, kochamy ją, bo to ciągle nasza ojczyzna, innej nie mamy. Gdybym był młodszy, a Kaucz gdyby żył, też byśmy stawali w jej obronie. On już nic nie może, a ja nadaję się wyłącznie do roli w jakimś wojennym filmie zatrudniającym statystów w charakterze bezbronnej ludności cywilnej.
Nasi vis-à-vis z tamtych czasów Polskę Ludową uznawali, dopóki było im z nią po drodze – dopóki studiowali, zdobywali tytuły naukowe, pozycję, splendory, sławę. „Towarzysze robotnicy” zaś – dopóki dało się cokolwiek „skombinować”. Jak już nie było co, to zaczęli walkę o „godność”.
Zgoda – wielu, zwłaszcza intelektualistów, a i niektórzy robotnicy (znów ten Frasyniuk) – kierowało się zasadami, często spiżowymi, ale większość? Za dużo widziałem, żeby z dobrą wiarą przyjmować takie banialuki – kiedyś lipne „dzieci Zamojszczyzny”, lipni „bohaterowie” AL, potem AK, dziś „bohaterowie podziemia”, którzy niczym premier Morawicki przeszli bojowy szlak walki z komuną od przedszkola aż po wprowadzenie Polski do Unii Europejskiej.
To nie przypadek, że tak widowiskowo biorą się za łby. Tacy są! Podzieli Polskę na „naszą” i „waszą”, na: „Tu jest Polska”! Nie, w życiu – „Tu jest Polska”! „Moja jest mojsza od twojej!”… Własnej historii nie potrafią uszanować, drą koty z okazji każdej swojej rocznicy, balansują na granicy faszyzmu, nie mają wstydu, godności, krztyny szlachetności, odrobiny kultury. Potrafią tylko wycierać swoje „mordy zdradzieckie” zwitkami pieniędzy, „które im się słusznie należały”. Z własnych życiorysów zrobili ściery do wycierania przeciwników z ulic i pomników.
To jest ich klęska. To jest nasze zwycięstwo po latach.
Ale walka o Polskę, o nasze własne życiorysy się nie skończyła. Każdy z nas, na miarę sił i możliwości, będzie ją prowadził do końca. Tak, jak Jacek Kaucz. Żegnaj stary druhu!

Pożegnanie

Sopot 14.03.2019 r. Przemówienie na pogrzebie Prof. Rajmunda Rybińskiego.

Łączymy się z Państwem w głębokim żalu po śmierci Rajmunda, człowieka, który zapisał się w pamięci nie tylko wielu ludzi, ale swoją działalnością znalazł trwałe miejsce w historii Pomorza.
Rajmunda poznałem w 1991 r., kiedy poraz pierwszy kandydowałem do Sejmu. Połączyła nas na trwałe wspólnota poglądów i przyjaźń.
Wspólnie założyliśmy Klub Współczesność Myśli Politycznej, który skupiał ludzi szeroko pojętej lewicy. Rajmund bardzo aktywnie angażował się w działalność Klubu Współczesnej Myśli Politycznej, Klubu, który istnieje blisko 30 lat, działa również dziś. Rajmund swoją ofiarną działalnością przyczynił się do powstania oddziałów Klubu na Ziemi Pomorskiej, a tym samym przyczynił się do zaktywizowania i integracji ludzi lewicy na Pomorzu.
Dzięki naszym bliskim kontaktom i bliskiej współpracy poznałem również jego zasługi w działalności naukowej i dydaktycznej.
Żegnamy dziś człowieka, który nie szczędził sił i czasu na działalność społeczną. Wyróżniał się wrażliwością na ludzkie problemy. Nie odmawiał nikomu pomocy.
Drogi Rajmundzie,
Nie ma Ciebie wśród żywych, ale pozostajesz żywy w naszej pamięci. Żegnamy Ciebie dziś, ale nie rozstajemy się z Tobą w naszych wspomnieniach.
Żegnaj Przyjacielu!