Był bas

Bernard Ładysz (1922-2020)

Jego wielką karierę wokalną poprzedził udział w losie historycznym pokolenia. Urodzony 24 lipca 1922 roku w Wilnie był żołnierzem AK okręgu wileńskiego tej formacji, uczestnikiem akcji „Burza”, zesłańcem do Kaługi w latach 1944-1946. Naukę śpiewu rozpoczął w Wilnie (1940–1941), a kontynuował w latach 1946–1948 na studiach wokalnych w Państwowej Wyższej Szkole Muzycznej w Warszawie pod kierunkiem prof. Wacława Filipowicza. Karierę artystyczną rozpoczął w Zespole Reprezentacyjnym Wojska Polskiego. Przez wiele lat (1950–1979) był solistą Opery Warszawskiej i Teatru Wielkiego w Warszawie, najważniejszej scenie operowej w Polsce. W 1956 zwyciężył w międzynarodowym konkursie śpiewaczym w Vercelli, gdzie zdobył najwyższą nagrodę „Il primo premio assoluto”. Od tego momentu rozpoczęła się jego międzynarodowa kariera. Zaangażował się wtedy do Teatro Massimo w Palermo. Jako piękny bas-baryton odnosił sukcesy na wszystkich kontynentach – od Australii przez Europę, obie Ameryki po Azję. Jako pierwszy polski artysta został zaangażowany do partii solowej w kompletnym nagraniu opery przez wielką światową firmę fonograficzną „Columbia”, kiedy to w 1959 roku wystąpił obok Marii Callas w nagraniu „Łucji z Lamermoor” pod dyrekcją Tullio Serafina. „Columbia” zaprosiła potem Ładysza do nagrania całej płyty z ariami operowymi Verdiego i kompozytorów rosyjskich. Występował też na na Festiwalu Piosenki Radzieckiej w Zielonej Górze.. Wyśpiewał wielkie role operowe m.in. w„Eugeniuszu Onieginie”, „Strasznym dworze”, „Halce”, „Fauście”, „Cyruliku sewilskim”, „Don Giovannim”, „Don Carlosie”, „Nieszporach sycylijskich”,, Aidzie”, „Rigoletto”, „Kniaziu Igorze”, „Borysie Godunowie”, „Królu Rogerze”. Miał na koncie artystycznym liczne nagrania radiowe i płytowe, udział w festiwalach. Wziął udział w głośnej prapremierze opery Krzysztofa Pendereckiego „Diabły z Loudun” oraz w prawykonaniach jego „Pasji według św. Łukasza” i „Jutrzni”. Uczestniczył także w lżejszym repertuarze, np. w partii Tewjego w musicalu „Skrzypek na dachu”, w występach estradowych, w radiu i telewizji. Wybitny muzykolog Igor Bełza nazwał go jednym z najlepszych basów na świcie.
Dał się też zapamiętać jako filmowy aktor epizodysta, m.in. jako rosyjski kupiec Suzin w „Lalce” W.J. Hasa (1968), kupiec rosyjski w „Ziemi Obiecanej” A. Wajdy (1975), Prokop w „Znachorze” J. Hoffmana (1981), czy dziad-lirnik w „Ogniem i mieczem” J. Hoffmana (1999). W tych epizodach wykorzystany był jego wizerunek i zarazem typ psychiczno-kulturowy jowialnego, poczciwego, dobrodusznego człowieka ze Wschodu, Rosjanina, Ukraińca czy tzw. wilniuka z litewskich kresów dawnej Polski.

Zmarł 25 lipca 2020 r., w wieku 98 lat.

Andrzej Strzelecki: Jak zmienić świat jednym żartem?

Trudno uwierzyć, że Andrzej Strzelecki (1952-2020) odszedł. Wprawdzie ciężko chorował, ale nie brakowało wiary, że z tego wyjdzie i nadal będzie formować swoich następców, że pokaże jeszcze niejeden zachwycający spektakl. I jako zawołany golfista zaliczy kolejny turniej.

Z tym golfem najmniej Go rozumiałem. Golf zawsze wydawał mi się sportem burżujskim i snobistycznym. Wprawdzie Strzelec w swojej książce „Człowiek w jednej rękawiczce” (Iskry, 2007), poświęconej przede wszystkim jego pasji golfowej, wyjaśniał niedowiarkom, że golf wcale nie jest sportem elitarnym, skoro go uprawia około 150 milionów ludzi na całym świecie, ale na uroki tej gry pozostałem dziwnie obojętny. Strzelec to zauważył i nigdy mnie nie próbował olśnić opowieściami o turniejach. Tak jak to robi przy byle okazji jego przyjaciel Wiktor Zborowski.
Dzieciństwo, młodość i studia
spędził na warszawskiej Starówce. „Złośliwi twierdzili nawet – pisał – że do Szkoły Teatralnej poszedłem z wygody, bo była to najbliżej położona domu wyższa uczelnia. To prawda – do Akademii Teologicznej miałem dwadzieścia metrów dalej”. Nie od razu jednak trafił do PWST. Zaczynał, idąc w ślady rodziców, jako dziennikarz. Pracował w „Świecie Młodych”, wówczas niezwykle popularnym piśmie harcerskim. Ale do teatru i kabaretu go ciągnęło, skoro w liceum razem z Wiktorem Zborowskim tworzyli kabaret „Protez”.
Zborowski już wtedy marzył o zagraniu Podbipięty, choć wybierał się na studia do AWF, a Strzelecki poszedł w dziennikarzy i „ze szkołą aktorską łączył mnie – jak wspominał – głównie fakt przeprowadzenia wywiadu z Tadeuszem Łomnickim”. Widać był to jakiś znak, bo obaj szkolni koledzy spotkali się w murach uczelni na Miodowej, a podpadłszy rektorowi Łomnickiemu za słabe starania w nauce za karę zostali wraz z kolegami Majchrzakiem, Lamżą i Wawrzeckim zobowiązani do założenia kabaretu. Tak to z woli rektora powstał
kabaret Kur
początkowo produkujący się tylko w szkole, ale niebawem w Teatrze Rozmaitości pod dyrekcją Andrzeja Jareckiego, który nastał tam po połączeniu STS-u z Rozmaitościami. Wtedy pojawił się sławny program Kura pod wymownym, a właściwie niewymownym tytułem: „Kur wie najlepiej” – dla wtajemniczonych nawiązującym do pewnego redaktora z okresu wydarzeń marcowych.
Kabaret Kur potem wiązano z Monty Pythonem, ku protestom Strzelca, który dowodził, że wtedy, kiedy Kura tworzyli, o Pythonie niewielu w Polsce słyszało, a jeszcze mniej go widziało. Kabaret Kur czerpał siłę nie tyle z brytyjskiego humoru, ile z młodzieńczej naiwności i pewności, że można świat zmienić jednym żartem.
To nie był kabaret polityczny, chociaż wtedy wszystko się z polityką kojarzyło. Trwał przy humorze absurdalnym, ośmieszając rozmaite skamieliny myślowe, stereotypy i oficjalne mody – słynna była parodia patriotycznych piosenek żołnierskich w stylu festiwalu kołobrzeskiego, prezentowana przez Krzysztofa Majchrzaka. Majchrzak wcielał się też w poetką ludową z Podhala, niejaką Anielę Kierpec, z którą wywiad prowadził występujący z nim w duecie w kabaretonie opolskim Andrzej Strzelecki. Poetka co pewien czas demonstrowała swój umięśniony tors i podśpiewywała nieprzystojne śpiewki. Strzelecki prezentował też na tym samym festiwalu zespół „Mozambickie czworaczki” z pseudo afrykańskimi pieśniami. Publiczność oklaskiwała to z zachwytem.
Podobny aplauz wzbudzały programy telewizyjne Strzelca wywiedzione z Kura. Zwłaszcza „Parada blagierów” i niezrównane parodie telewizyjnych wywiadów na wzór Tele Echa. Obserwowałem to z pewnym zdziwieniem, że telewizja kontrolowana przez cenzurę pozwala na takie pokpiwanie z samej siebie. Z kabaretu jednak wywiało Strzelca do teatru. Jego teatralnym znakiem firmowym stało się
„Złe zachowanie”
oblegany spektakl Ateneum (1984), który idealnie trafiał w swój czas. To przedstawienie otacza legenda – dostrzeżono w nim rodzaj pokoleniowego manifestu, żywiołową i zarazem przepełnioną poczuciem klęski spowiedź straconego pokolenia, bez szans na przezwyciężenie barier w ówczesnym świecie. Taki był czas. Potem do „Złego zachowania” wracał jeszcze Strzelecki dwukrotnie – po raz ostatni w roku 2003, usuwając wtedy ze scenariusza piosenkę o klęsce pokolenia. Okazało się bowiem, że wcześniejsze diagnozy były nadmiernie pesymistyczne, że świat się jednak zmienił i otworzył na nowe możliwości i nowe… zagrożenia. O tym właśnie traktowała nowa znakomita piosenka „Zmiany” – song na odejście Kordianów i nadejście Chama, pozbawiona nostalgii za dawnymi czasy, ale zarazem krytyczna wobec nowego, nie tak wspaniałego świata.
Podobnie entuzjastycznie przyjęto jego „Clownów” na scenie Teatru Powszechnego pod koniec lat 70., w których dał przenikliwy obraz ówczesnego zagubienia inteligencji i jej ucieczki od życia społecznego. Wystarczały im maski
Ten osobny styl widowiska rozrywkowego o głębszym znaczeniu, wiążącego zabawę z myśleniem próbował Strzelecki lansować
w teatrze Rampa na Targówku.
Kiedy w roku 1986 objął ten teatr z Zuzanną Łapicką jako kierownikiem literackim, Rampa otworzyła się na formy kabaretowe, w dużej mierze firmowane nazwiskami Stanisława Tyma i Andrzeja Strzeleckiego. Nowy kierunek teatrowi nadawały takie spektakle jak „Cabaretro” (1988), „Muzykoterapia” (1988), „Złe zachowanie” (1990) i „Film” (1995), a także „Zimny żal” Jeremiego Przybory (reż. Magda Umer i Jeremi Przybora, 1989), „Big Zbig Show” (reż. Magda Umer, 1992) ze Zbigniewem Zamachowskim. Jednak oferta Rampy, bardziej atrakcyjna dla lewobrzeżnej Warszawy, na Pradze nie cieszyła się szczególnym powodzeniem, co w rezultacie doprowadziło do odejścia Andrzeja Strzeleckiego. Prawdę mówiąc, już od dawna bardziej pochłaniała go
pasja pedagogiczna,
której oddawał się z rosnącą chęcią, przygotowując dziesiątki młodych aktorów i reżyserów do pracy w teatrze, także muzycznym. Przez osiem lat sprawował funkcję rektora, a od wielu lat był profesorem belwederskim. Kiedy zadzwoniłem do Niego z wiadomością, że Kapituła Nagrody im. Stefana Treugutta przyznała mu nagrodę za spektakl „Paradiso” nie krył satysfakcji. „Sprawiliście mi wielką frajdę”, skomentował werdykt jury. Zanim doszło do wręczenia nagrody (15 lutego 2020) Andrzej zaproponował, aby okrasić uroczystość warsztatem jego studentów „Dwódziestolecie”.
„To ubiegłoroczny egzamin z piosenki – wyjaśniał mi Strzelec – obecnego roku dyplomowego specjalności ATM (aktorstwo teatru muzycznego). Muzykę skomponował Marek Stefankiewicz, ja jestem autorem tekstu. Jest to sześć utworów muzycznych, tworzących obraz międzywojnia. To miało nawet tytuł „Dwódziestolecie” (z wyeksponowanym, pogrubionym słowem „wódz”, co uzasadniało pisownię). Trwa to ok. 36 minut. Nie jest nadmiernie wesołe, ale jest świetne wykonawczo i – zda mi się – rozsądne i dość wyjątkowe. Z całą pewnością koresponduje bezpośrednio z „Paradiso”. Pomijając inne okoliczności – mija właśnie 50 lat od chwili, kiedy przekroczyłem progi uczelni na Miodowej i 45 lat mojej pracy w uczelni jako pedagoga”.
Wszystko to okazało się prawdą oprócz długości występu, który przeciągnął się do godziny (ale nie żałowałem ani jednej minuty). Strzelecki napisał poruszającą opowieść o Polsce międzywojennej i jego wodzu, Józefie Piłsudskim, daleką od lukrowanych obrazków, raczej gorzką i pełną przestróg. Cieszyło Go, że studenci podchwycili jego pomysł, że być może znalazł nowy sposób rozmowy o historii. Rzeczywiście było to w duchu „Paradiso” i jeszcze wcześniejszej „Warszawy”.
Strzelecki miał wyjątkowy dar tworzenia widowisk złożonych z piosenek, które nie były nigdy składankami – nawet jeśli początkowo był taki zamysł. Trudno nawet określić jasno gatunek tych przedstawień, których początek dało „Złe zachowanie”. W „Warszawie” i „Paradiso” namalował portret minionej epoki, zmierzchającego międzywojnia. Grzegorz Mrówczyński w laudacji poświęconej temu spektaklowi zauważył, ze Andrzej Strzelecki stworzył własny gatunek widowiska teatralnego, „wymyślił i zrealizował spektakl w formule trudnej do nazwania. Mamy do czynienia z teatrem osobnym, z charakterystycznym, pełnym gryzącej ironii lekkim sposobem narracji”.
Podobnie było w „Warszawie”, najbardziej warszawskim z warszawskich spektakli Strzeleckiego i bardzo osobistym, o czym mówił w rozmowie ze mną dla „Przeglądu”: „W Warszawie dotykam lekko wątku biograficznego – moja mama była narzeczoną poety Tadeusza Gajcego do ostatnich dni, do jego śmierci pod gruzami kamienicy podczas powstania. Ten spektakl jest więc rodzajem ukłonu w stronę pokolenia moich rodziców, choć nie takie były pierwsze motywacje, ale podczas pracy i taki motyw się pojawił: jeśli ja o tym nie opowiem, to następne pokolenie będzie miało trudniej”.
W jednym z programów Kura Andrzej Strzelecki mówił na samym początku tak: „Dobry wieczór państwu. Mieliśmy przyjechać razem z bratem, ale akurat dzisiaj ja nie mogłem i przyjechał tylko brat…”.
Dzisiaj te słowa znaczą inaczej. Strzelec naprawdę nie ma czasu.

Odszedł „człowiek-orkiestra”

Sześć lat po ukończeniu Wydziału Aktorskiego warszawskiej PWST (1974) ukończył Wydział Reżyserii tejże uczelni (1980), bo jak sam wspominał, czuł, że „zamknięty tylko w aktorstwie będzie się dusił, „oszaleje”.

Andrzej Strzelecki czuł to, jako człowiek inteligentny i nie zadufany w sobie, choć debiutował na ekranie filmowym jeszcze w 1967 roku jako nastolatek, w trybie zupełnie przypadkowym, „amatorskim”, w filmie Jana Rybkowskiego „Kiedy miłość była zbrodnią”. Pojawił się lub zagrał epizody w kilku zaledwie filmach kinowych („Przepraszam czy tu biją?” M. Piwowskiego (1976), „Ostatnie okrążenie” K. Rogulskiego (1977), „Rozmowy nocą” M. Żaka, „Bitwa warszawska 1920” J. Hoffmana (2011) oraz w kilku telewizyjnych serialach, m.in. „W pustyni i w puszczy” (2001), choć jedyną serialową rolę wiodącą zagrał tylko w „Klanie” (dr Koziełło). Zagrał też w kilkunastu spektaklach Teatru Telewizji, głównie o komediowym charakterze. Paradoksalnie, choć miał w sobie pewną dawkę naturalnej siły komicznej (choćby w nieco „klaunowskich” rysach twarzy), właściwie nie grał ról komediowych. Dlatego, choć występował także na scenie teatralnej jako aktor, to przede wszystkim reżyserował, w teatrach Warszawy (Rozmaitości, Rampa, w którym także dyrektorował w latach 1987-1997) i gościnnie w wielu teatrach kraju. Wybierał teksty z kręgu dobrej literatury, miał wyrafinowany gust, ale jego zainteresowania nakierowane były nie na klasycznie dramatyczną, lecz na lżejszą muzę teatralną, bliższą komedii, często korelującą z wodewilem, musicalem, rozmaitymi formami muzycznymi, wokalnymi. Ten nurt sceniczny znał najlepiej, w nim czuł się „jak ryba w wodzie”. Doceniano sposób uprawiania przez niego tego gatunku, o czym świadczy, że najważniejsze nagrody reżyserskie otrzymał za reżyserię „Alicji w krainie czarów” (1979), „Clowni” (1981), „Złe zachowanie” (1984), „Cabaretro” (1988), „Love” (1991), a także za „Tutti e nessuno” wystawione we włoskim Arezzo (1985). Był zresztą laureatem wielu innych nagród za rozmaite dokonania. Jednak Andrzej Strzelecki pełnił znacznie więcej ról, niż tylko role aktora-epizodysty czy reżysera teatralnego. Był także satyrykiem, prezenterem telewizyjnym (prowadził szereg programów autorskich, np. „Paradę blagierów”, a także jeden z teleturniejów), reżyserem pokaźnej liczby prestiżowych krajowych festiwali, przeglądów, koncertów, gal filmowych, telewizyjnych, muzycznych (np. Krajowy Festiwal Piosenki Polskiej w Opolu, Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, wrocławski Przegląd Piosenki Aktorskiej, toruński Camerimage, czy Festiwal Gwiazd w Międzyzdrojach), a także prezentacji artystycznych za granicą. Był istnym „człowiekiem orkiestrą”, a przy tym odznaczał się wyrafinowanym, specyficznie inteligenckim dowcipem, charakterystycznym dla jego własnego i nieco starszego pokolenia twórców. Był też erudytą w domenie sztuk wszelakich, szczególnie filmu, teatru i muzyki, prawdziwym chodzącym magazynem wiedzy w tej dziedzinie, także cenionym „anegdociarzem”. Znany był też jako pasjonat golfa i odniósł szereg sukcesów na niwie tej dziedziny zarówno jako gracz jak i działacz golfowy. Uwieńczeniem jego dokonań był przyznany mu w 2004 roku tytuł profesora sztuk teatralnych oraz funkcja rektora warszawskiej Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza, którą pełnił w latach 2008-2016. Choć sam tylko w ograniczonym stopniu zrealizował się w aktorstwie, to był wybornym, wszechstronnym (od sfery czystych umiejętności po typologię i psychologię) znawcą tego zawodu. W wywiadzie, którego udzielił mi w 2011 roku, tak mówił o przemianach dokonujących się w tej profesji: „Podstawową zmianą, jaka zaszła, jest zmiana ustroju. Co to oznacza? Do momentu zmiany ustroju teatr pełnił różne funkcje o charakterze społecznym. Po zmianie stał się tylko jednym z licznych sposobów korzystania z życia, także przez studentów i młodych aktorów. Oni są nastawieni egoistycznie na siebie, bo zmusza ich do tego kapitalizm, rynek. Ja wychowałem się w czasach zespołowych. Poza tym teatr utracił mistyczną magię przekaźnika prawdy. W zamian zaproponował publiczności przypatrywanie się światu aktorskiemu jako światu celebryckiemu. Konsekwencją tego stanu rzeczy jest eliminacja wszelkich kryteriów wartości. Kiedyś wiedzieliśmy, kto jest kim w środowisku, a piramida hierarchiczna powstawała naturalnie. Teraz obca siła, spoza środowiska, zaczęła budować swoje piramidy i namieszała ludziom we łbach. Kiedy mówiło się „aktor”, to miało się na myśli Holoubka, Stuhra, Fronczewskiego, a teraz określa się tym słowem jakieś młodziutkie efemerydy bez najmniejszego dorobku. Pewna pani z Indii zapytała mnie, tu w Warszawie, gdzie podziali się znani jej polscy aktorzy starszego i średniego pokolenia. Spytała, czy my ich chowamy czy palimy na stosie (śmiech). Bo zobaczyła we wszystkich spektaklach samych młodych ludzi”.

Zapytany o przemiany technik i stylów gry aktorskiej stwierdził: „Odpowiedź na to uzyska pan oglądając stare taśmy ze spektaklami teatru telewizji, np. spektakl „Mistrza” Jerzego Antczaka sprzed 45 lat, gdzie stary już wtedy aktor Janusz Warnecki gra tak, że to do dziś jest współczesne. Podobne wrażenie odnosi się, gdy patrzy się na Bogumiła Kobielę w „Mieszczaninie szlachcicem” Moliera w reżyserii Jerzego Gruzy sprzed 43 lat. Ale już tak szacowni aktorzy jak Tadeusz Białoszczyński czy Zdzisław Mrożewski nawet jako młodzi grali tradycyjnie, hieratycznie, na wysokim C. Czyli nie metryka i czas, ale typ talentu i indywidualności decyduje”.
Urodzony w Warszawie 4 lutego 1952 roku zmarł tamże, w wyniku ciężkiej choroby, 17 lipca 2020 roku.

Ennio Morricone Ostatni koncert

Kilka miesięcy temu pisałem o spaghetti westernach to pamiętam jaki dreszczyk emocji odczuwałem, gdy przypominałem sobie sceny z dzieł Sergio Leone, w których tajemniczy nieznajomy grany przez Clinta Eastwooda stawał przed kolejnymi przeciwnikami i następowała idealnie skomponowana scena pełna napięcia.

Emocje z podobnej sceny można było podzielić na kilka współczesnych dreszczowców. Niektórzy współcześni twórcy mogą tylko pomarzyć o podobnym napięciu w swoich dziełach. W sumie Sergio Leone również, gdyby kilka lat wcześniej nie poznał w szkole podstawowej cichego i skromnego chłopca interesującego się głównie muzyką. Tym chłopcem był Ennio Morricone bez którego szkolny kolega nie zdobyłby światowej sławy, a my byśmy nie pokochali włoskiego kina strzelanego. Niestety, urodzony w Rzymie kompozytor muzyki filmowej odszedł w poniedziałek aby zagrać ostatni koncert. Może największy.
Żeby stworzyć ścieżkę dźwiękową, nie potrzebował oglądać gotowego filmu. Wystarczał mu sam scenariusz. O współpracę z nim zabiegali najwięksi reżyserzy (w tym między innymi nasz Roman Polański dla którego Morricone napisał muzykę do „Frantica”), a już nie mówiąc o filmowcach z półwyspu apenińskiego.
Jak już wspominałem włoskiego artystę świat poznał kiedy skomponował muzykę do spaghetti westernu Leone „Dobry, zły i brzydki”, czyli początku tak zwanej w Italii „trylogii dolara”. Współpraca obu rzymian była jedną z najbardziej popularnych we włoskim kinie i mimo wyraźnych różnic w charakterach (wybuchowy Sergio i milczący Ennio) nie tylko układało im się na poziomie zawodowym, ale też i prywatnym.
Dla mnie fascynujące było to, że mimo światowej sławy Morricone nadal pozostawał skromnym i bardzo skupionym na swoim fachu muzykiem. Łącznie stworzył on lub współtworzył muzykę do ponad pięciuset filmów, a całe pokolenia kompozytorów wzorowało się na jego twórczości. Można powiedzieć, że muzyka Ennio Morricone była istotnym elementem każdej sceny jak nie dodatkową postacią w filmie.
Aby podkreślić napięcie w scenach przemocy albo stonować przebieg brutalnej walki na ekranie, zamiast pełnego, orkiestrowego brzmienia typowego dla hollywoodzkich superprodukcji z pełnym patosem używał różnorodnych efektów dźwiękowych, takich jak wycie kojotów, odgłosy stąpania konia czy gwizdnięcia. To wzmacniało wrażenie egzotyki, potęgowało efekt pustki, dodając kinu gatunkowemu szczyptę europejskiej ironii. Ta „prostota” była spoiwem w współpracy obu rzymian.
W 2007 roku został nagrodzony przez Akademię Filmową nagrodą honorową – Oscarem Specjalnym. Można pomyśleć, że taki Oscar jest w pewnym sensie pożegnaniem artysty przed przejściem na zasłużoną emeryturę (a ci złośliwi nazywają go zwyczajnie „goodbye Oscar”). Jednak nie w przypadku Morricone, ponieważ już w 2016 roku otrzymał Oscara za ścieżkę dźwiękową do „Nienawistnej ósemki” Quentina Tarantino. Uwierzcie mi, widać było po zazwyczaj spokojnym włoskim artyście ogromne poczucie satysfakcji.
Co kuriozalne nawet w okresie największej sławy nigdy nie dał się namówić na przeprowadzkę do Hollywood i naukę języka angielskiego, aby lepiej nawiązywać współpracę z wielkimi studiami filmowymi, do czego miał go usilnie przekonywać sam Dino de Laurentis – znany włoski producent filmowy pracujący przez dłuższy okres w Kalifornii. Kiedy pewna dziennikarka nie mogła się nadziwić czemu nie chce skorzystać z takiej okazji to jej prosto odpowiedział: wszystko co potrzebuję mam tutaj – w Rzymie.
Liczni reżyserzy stawiali go na równi z wielkimi mistrzami muzyki, czasami może nawet przesadzając i wywołując u samego Morricone zakłopotanie, ale to też mówi o emocjach wyzwalanych przez jego muzykę.

WOJTEK

28 czerwca odszedł od nas Wojtek. Był dla nas bliskim Wojtkiem, choć pamiętaliśmy, że to przecież doktor nauk medycznych Wojciech Pawłowski. Absolwent i wykładowca Akademii Medycznej w Warszawie. Niespokojny, zawsze szukał lepszych rozwiązań.

Ta cecha doprowadziła Go do pomysłu, a potem wielkiego projektu jakim był LUX MED, jedna z pierwszych w Polsce, prywatnych sieci medycznych. Był akcjonariuszem, prezesem i przewodniczącym rady nadzorczej tej spółki. Stawiał na jakość świadczonych usług, nieustannie wracał do potrzeby zbudowania „butikowej”, bliskiej pacjentom instytucji ochrony zdrowia, opartej o rzetelność najlepszych specjalistów.
Skracał dystans i ludzie lgnęli do Niego. Pomocny, dyskretny we wspieraniu tych, którzy potrzebowali pomocy medycznej.
Medycyna nie była jego jedyną pasją. Muzyka, teatr, literatura, film, poznawanie świata i polityka budziły jego zainteresowanie i emocje. Rozmowa z Wojtkiem była więc ucztą, zaskakiwał skojarzeniami, własnymi wnioskami, był dociekliwym analitykiem.
Jeśli można powiedzieć, że był pasjonatem muzyki i ulegał jej nastrojom, to na pewno nie poddawał się sugestiom i nastrojom politycznym. W sprawach publicznych miał zawsze własne zdanie, potrafił argumentować i poprzeczkę wymagań wobec rządzących, także kolegów, stawiał wysoko. Partie i ich liderów, premierów i ministrów oceniał według swojej lewicowej wrażliwości, oczekując że będą bronili wartości, ważnych instytucji a nie tylko stołków.
Można powiedzieć, że należał do tej „szkoły” polskiej medyny, która wyzwania profilaktyki i leczenia wiązała z kontekstem społecznym – z wrażliwością społeczną, równością szans, awansem cywilizacyjnym, szacunkiem dla drugiego człowieka, demokratycznym prawem dostępu do usług medycznych.
Choć był lewicowcem, nie był lewakiem. Wiedział, że ludzi trzeba leczyć niezależnie od ich pozycji majątkowej, ale dla systemu ochrony zdrowia trzeba też szukać lepszych rozwiązań finansowych i instytucjonalnych.
Odszedł Wojtek, pozostanie po Nim dobra pamięć i wdzięczność wielu pacjentów, znajomych i przyjaciół.

Pamięci Magdaleny Ostrowskiej

19 czerwca mijają trzy lata od śmierci Magdaleny Ostrowskiej – lewicowej działaczki i dziennikarki, związanej m.in. z „Dziennikiem Trybuną”.

– Autentyczna socjalistka – pisali o niej znajomi i przyjaciele.

– Antyrasistka, działaczka antywojenna i nie tylko. Protestowała i pisała przeciw wyzyskowi i dyskryminacji. Współpracowaliśmy w różnych kampaniach, była pełna energii i pomysłów – wspominał ją Andrzej Żebrowski z Pracowniczej Demokracji.

– Wspaniała prawdziwie lewicowa dziennikarka, niezwykle wrażliwa na ludzkie sprawy. – pisała o niej Krystyna Kacpura z Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny.

– Spotykałem Magdę na niemal każdej demonstracji, w której uczestniczyłem. Zawsze z euforią w oczach – rozdawała ulotki, krzyczała, cały czas chciała radykalnej zmiany; manifestowała to całą sobą. Jej autentyczność i bezinteresowność wprawiały nieraz w zakłopotanie, zastanawiałem się czy i w jakich okolicznościach sam byłbym skłonny działać z takim oddaniem i zainwestować tak wiele starań, czasu i energii „w sprawę”, o którą to zresztą niejednokrotnie z Magdą się spierałem – to wspomnienie Bojana Stanisławskiego, lewicowego dziennikarza.

Bliscy i przyjaciele Magdy spotkają się dla uczczenia jej pamięci 19 czerwca w Nowym Dworze Mazowieckim, na cmentarzu przy ul. Słowackiego. Proszą o przyniesienie kwiatów i zniczy.

POLDEK

5 czerwca zmarł Leopold Dzikowski – Poldek, fotoreporter.

Właśnie uświadomiłem sobie, że nie mam zdjęcia Poldka, choć mam w archiwum sporo zdjęć, które zrobił Poldek. Z Sejmu, gdzie na korytarzu „łapałem” komentarz nowo wybranego premiera M.R. Rakowskiego. Z Phenianu, gdzie namówił mnie bym stanął u stóp ogromnego pomnika „Wielkiego Wodza”. Mam zdjęcia zrobione przez Poldka na moim ślubie, na spotkaniach imieninowych i z pożegnania z Kancelarią Prezydenta. Pewnie nie jestem odosobniony – w podobnej sytuacji jest wielu, którzy spotkali Go na swojej drodze. Mają zdjęcia zrobione przez Poldka, dokumentujące często bardzo osobiste wydarzenia, ale nie mają jednak zdjęcia samego Poldka. Pomógł Jacek Barcz, także fotoreporter „Sztandaru Młodych”, który udostępnił zdjęcie Poldka takiego, jakim był. Zadowolonego z życia, uśmiechniętego, w ruchu. I oczywiście z aparatem w ręce.

Dzisiaj prawie każdy może udawać fotoreportera. W smartfonach zainstalowali obiektywy Leici, Canona można kupić w sklepie na raty, Internet odarł świat z tajemnicy. Kiedyś, choć wcale nie tak „dawno, dawno temu”, fotoreporterzy byli wybrańcami. Jeśli mieli odwagę, szczęście i umiejętności warsztatowe pokazywali to, czego inni nie mogli zobaczyć. I zdobywali sławę. Poldek miał to wszystko w sobie i zdobył sławę.

Odwaga: „Jednym z najbardziej dramatycznych zdarzeń, jakie fotografowałem to był obóz głodu w Etiopii. To był niewielki szpital radziecki, gdzie lekarze byli zmuszeni selekcjonować chorych. Tylko niewielka część i to w najlepszym stanie była leczona, a reszta automatyczne skazana była na śmierć. Fotografowałem tragedię trzęsienia ziemi w Azerbejdżanie i Bukareszcie. Udało mi się sfotografować dziewczynę, którą żywą odkopano po 56 godzinach.” Jakiej odwagi wymagała taka praca, powoli dowiadujemy się dziś z tragicznych nieraz historii życiowych sprawozdawców wojennych. Nie byłoby tych zdjęć, gdyby nie upór i konsekwencja Poldka. Bo jak w 1985 roku można było wyjechać do Etiopii? Do celowości nagłej podroży służbowej najpierw trzeba było przekonać redakcyjnych szefów, potem Robotniczą Spółdzielnię Wydawniczą, ale i to nie wystarczało – bo skąd wziąć dewizy i jak dostać paszport? Poldek potrafił to wszystko poskładać.

Szczęście (?): „Byłem w Katowicach. Śpieszyłem się do Warszawy, żeby oddać zdjęcia i szybko przemieścić się do Sopotu na festiwal. Siedziałem w przedzie samolotu. Tuż po starcie wstał mężczyzna, oparł się tyłem o drzwi kabiny pilotów, pokazał pakunek twierdząc, że w jednej ręce trzyma kostkę trotylu a w drugiej zawleczkę i chce lecieć do Wiednia. Pilot bezmyślnie przypikował i porywacz uderzył w drzwi kabiny pilota rozkładając ręce. Ładunek wybuchł, całe szczęście, nie rozszczelniając samolotu. Wyleciały drzwi kabiny pilotów uderzając w głowę nawigatora. Porywaczowi urwało rękę, stracił ucho i oko. Nasze ubrania zaczęły się palić. Ja w tym momencie straciłem słuch. Odruchowo sięgnąłem po aparat dokumentując wydarzenie.” „Szczęśliwy” dla Poldka lot odbył się w 1970 roku.

Warsztat zawodowy: „Fotografowanie konkursów chopinowskich było bardzo utrudnione ze względu na konieczność zachowania absolutnej ciszy w sali filharmonii. Przy uruchomieniu migawki aparatu zawsze słychać charakterystyczny „pstryk”. Żeby to wygłuszyć owijałem go kilkoma warstwami irchy. Miałem taki przypadek, kiedy artysta pogroził mi palcem z estrady.” W 1985 roku Poldek razem z Grzegorzem Rogińskim zdobył 2. nagrodę w World Press Foto, w kategorii Arts and Entertainment stories, za serię fotografii właśnie z Konkursu Chopinowskiego.

Pewnie każdy z nas, dziennikarzy, którzy trafili do „Sztandaru Młodych”, mógłby opowiedzieć swoją historię o tym, jak Poldek „przyjmował do współpracy”. Był wymagający, ale sprawiedliwy. Nie pozwalał, by fotografię traktować jako mniej ważny dodatek do artykułu. Kłócił się, kiedy dziennikarze wybierali, jego zdaniem, gorszą fotografię. Jednak różnica wieku i statusu zawodowego nie wykluczała jego koleżeństwa. Przełożonym mówił co myślał i pewnie dlatego szefował stowarzyszeniu dziennikarskiemu w redakcji, w której przepracował prawie całe zawodowe życie. Kiedy nie było już „Sztandaru Młodych”, przez lata zwoływał redakcję na koleżeńskie spotkania.

Poldek opowiadał, że pracuje jako fotoreporter, bo lubi taki sposób spędzania wolnego czasu w ramach urlopu dziekańskiego, który wziął na prawie. Wybrał nieustanną przygodę, ale cenił też uroki życia. Tak jak pewną ręką korzystał z menu obsługowego aparatów, tak z klasą, i według swoich upodobań, układał menu naszych spotkań. Zostawił po sobie dobre zdjęcia i dobre wspomnienia.

Cytaty pochodzą z rozmowy, jaką Ryszard Jasiński przeprowadził z Poldkiem dla Radia PiK w 2004 roku.

Pisarskie i życiowe gry Jerzego Pilcha

Jerzy Pilch (1952-2020)

Jerzy Pilch był chyba (używam słowo „chyba”, gdybym jakieś zjawisko przeoczył) pierwszym polskim pisarzem epoki nowych mediów, który funkcjonował równolegle, właściwie symetrycznie jako dziennikarz, nie w rudymentarnym znaczeniu tego słowa jako reporter dostarczający informacji z rzeczywistości, „prosto od krowy”, lecz jako dziennikarz-felietonista tę rzeczywistość komentujący.

Nawet data jego pisarskiego „objawienia się” mu pomogła, jako że jego krajowe zaistnienie przypadło dokładnie na przełom lat 1988/1989. Podobne mechanizmy po 1989 roku rządziły boomem pisarskim Janusza Głowackiego, ale ten (starszy o 14 lat) zaczynał drogę pisarską na początku lat sześćdziesiątych, w zupełnie innych warunkach.
Zawsze oczywiście można przywołać postać Bolesława Prusa, największego dziennikarza wśród pisarzy i największego pisarza wśród dziennikarzy, a także spore grono pisarzy, którzy parali się pisaniem do prasy. Jednak chociaż twórca „Lalki” pisał do prasy „Kroniki tygodniowe”, to ich ranga na skali jego twórczości mimo wszystko nie da się porównać z klasą i rezonansem jego największych powieści. Dopiero bowiem Pilchowi dana była możliwość wykorzystania w tym stopniu mediów, także elektronicznych, do zbudowania pisarskiej pozycji. Można chyba nawet zaryzykować tezę, że Pilch był jako błyskotliwy felietonista sławniejszy i popularniejszy niż jako prozaik.
Czy wspomniane wyżej okoliczności mają jednak jakiś wpływ na charakter prozatorskich dokonań Pilcha? Nie należy tego wpływu przeceniać, ale niewątpliwie występował. Pilch zadebiutował w 1988 roku jako autor zbioru opowiadań „Wyznania twórcy pokątnej literatury erotycznej” wydanych w emigracyjnej londyńskiej oficynie „Puls”, która rok później przyniosła mu nagrodę imienia Kościelskich. Wkrótce potem został bardzo czytanym felietonistą „Tygodnika Powszechnego”, krakowskiego pisma katolickiej inteligencji, które od lat odgrywało rolę nieformalnego ośrodka intelektualnej opozycji politycznej w PRL. I właśnie nie tyle fakt uzyskania nagrody im. Kościelskich, ile wejście w krąg bliski bardzo sprawnym przedsiębiorstwom wydawniczym, jakim były „Znak” i „Wydawnictwo Literackie” stało się dla Pilcha pierwszą skuteczną dźwignią promocyjną. Po kilku latach nastąpiła „wolta ideowa” pisarza, który odszedł z „TP” i podjął współpracę z tygodnikiem „Polityka” (na wiele lat) i z „Hustlerem” (na krótko), jeszcze później sympatyzował z „Gazetą Wyborczą”, a przyznanie mu w 2001 roku nagrody „Nike” za powieść „Pod Mocnym Aniołem”, na szereg lat uczyniło tę właśnie gazetę promocyjną dźwignią jego prozy. Całe to zjawisko opisał Krzysztof Uniłowski w szkicu „Pisarz jako gwiazdor”.
Bo rzeczywiście, istnienie Pilcha jako pisarza nie rządziło się tradycyjnym schematem: edycja – recenzje – książka na półkach w oczekiwaniu na czytelników. Pilch stał się pisarską gwiazdą, celebrytą, showmenem, uczestnikiem showbiznesu, eksploatującym w pisanych tekstach i w udzielanych wywiadach wątki osobiste, m.in. związane z jego chorobą alkoholową czy życiem erotycznym, co czyniło go częstym bohaterem barwnych mediów plotkarskich. W tekście „Tak czy owak Pilch” („GW”, 2004), Przemysław Czapliński napisał sarkastycznie: „Miałem koszmarny sen. Śniło mi się, że Jerzy Pilch wydał nową książkę. Wydawca, zanim książka się ukazała, opublikował jej fragmenty we wszystkich znaczących gazetach, a kilka gazet – tylko w tym celu – powołał do życia. Z koszmaru mojego Jerzy Pilch – człowiek wielkiej wrażliwości, pisarz zgłodniały, pisarz zgłodniały kontaktu z czytelnikami, delikatny i subtelny polemista zawsze zainteresowany krytycznymi uwagami o swoich książkach – wyłaniał się jako pisarz gniewny, okrutny, medialnie wszechwładny. (…) Kiedy koszmar się pogłębiał, nagle przyniósł pocieszenie (…) powieść będzie bestsellerem niezależnie od wartości, a krytyka nie zaszkodzi poczytności”. Ten tekst ukazał się już po tym, gdy pisarz podpisał „gwiazdorski” kontrakt na wydawanie kolejnych powieści w koncernie wydawniczym Bertelsmana. Przy tych wszystkich perypetiach personalnych oraz zmianach wydawniczych i promocyjnych patronów, a także całym merkantylnym wymiarze jego funkcjonowania, Pilch, krytykowany też czasem za „wtórność, powierzchowność, efekciarstwo, „felietonowość”, ciągle pozostawał jednocześnie, mocą paradoksu, pisarzem odzwierciedlającym, do pewnego stopnia, „wizerunek pisarza narodowego, będącego zgrupowaniem takich cech, jak: olimpijskość, autorytet, powaga, głębia czy zatroskanie” (D. Nowacki). W 2001 roku „Polityka” ogłosiła czytelniczą zabawę „Napisz powieść z Pilchem”, interakcyjną zabawę zbiorową polegającą na konstruowaniu przez dziesiątki czytelników powieści w oparciu o zainicjowany przez moderującego pisarza początek. Dwa lata później „Polityka” ogłosiła ogólnopolski konkurs literacki na opowiadanie, którego jednoosobowym jury był Pilch i którego owocem była antologia wybranych opowiadań, „Pisz do Pilcha! Opowiadań współczesnych trzydzieści i trzy” (2005). Fakt sięgnięcia po szerszą rzeszę czytelników czynił z Pilcha już nie tylko pisarza, ale ludycznego guru literatury. Choć anima naturaliter intelektualista, stał się pisarzem (jak na polskie warunki) popularnym, niemal tak, jak popularnymi pisarkami stały się nieco później autorki prozy „romantycznej” z Katarzyną Grocholą czy Małgorzatą Kalicińską na czele, pisarzem obficie obecnym w mediach elektronicznych coraz dynamiczniej się rozwijających.
Utworem, który jako pierwszy po „Wyznaniach” ugruntował pozycję Pilcha był „Spis cudzołożnic” (1993), zekranizowany przez Jerzego Stuhra, jedyna prawdziwa powieść krakowska pisarza, tak jak „Miasto utrapienia” (2004) jest powieścią warszawską. Pilch był bardzo płodny i wydawał kolejne powieści zazwyczaj co dwa lata, a nieraz częściej, m.in.: „Inne rozkosze” (1995), „Tysiąc spokojnych miast” (1997), „Bezpowrotnie utracona leworęczność” (1998), „Marsz Polonia” (2008), „Wiele demonów” (2012), „Portret młodej Wenecjanki” (2017), „Żywego ducha” (2018), „Żółte światło” (2019) Z formalnego punktu widzenia proza Pilcha, choć naszpikowana tworzywem realistycznym, daleka jest od typowego realistycznego mimetyzmu. Krytyk Dariusz Nowacki pisał o tej prozie, że to „narracje pozbawione uciążliwych pretensji i jednocześnie takie, których żywiołem jest wdzięk stylu, uroda radosnej fabulacji, smak anegdoty uchylającej się właściwie od budowania obrazu świata, anegdoty ważnej jedynie jako gawędziarski akt mowy”. I rzeczywiście u Pilcha wyczuwa się przyjemność samego aktu opowiadania, przyjemność posługiwania się wyrafinowanym „pieniącym się” stylem, który – w drodze wzajemności – budził podobną przyjemność w czytelnikach. Jan Błoński zwracał uwagę na mimetyczność pilchowej prozy. Na przykładzie „Spisu cudzołożnic” zauważał, że pisarz niczego właściwie nie odtwarza, przeciwnie, to odmiany mówienia (a więc utarte zwroty, pospolite przenośnie, literackie przytoczenia, różnice wysokości stylu i tym podobne) rodzą niejako zdarzenia i postacie, czy też ogólniej – niemal jawnie budują „świat przedstawiony”. Rzeczywiście, mimetycznego „świata przedstawionego” w prozie Pilcha właściwie nie ma, on jest tylko w głowie pisarza. Powieści Pilcha trudno, a właściwie w ogóle nie sposób opowiedzieć, streścić. Krytyk Piotr Śliwiński pisał, że jedynym celem pisarskim Pilcha jest opowieść kontynuować, „powielać, podtrzymywać, przedłużać. Istotności, zarysowujące się tu i ówdzie w tekście powieści, ostatecznie rozpływają się w gadaniu. Zawiązki dramatu okazują się zawiązkami okresów oratorskich, konstrukcja świata zaś ma charakter syntaktyczny”. Widać to wyraźnie na przykład w „Tysiącu spokojnych miast”, gdzie „sensacyjna” jako zamysł osnowa w postaci konceptu groteskowego zamachu pewnego szarego obywatela na Władysława Gomułkę, roztapia się, rozpływa w owym „gadaniu”, w rozszczepianiu się akcji i wątków, w ich zawieszaniu, na stosowaniu trybu przypuszczalnego, warunkowego, na wędrowaniu fragmentów „akcji” w labirynty i zakola, z których już ona nie wychodzi, na zastępowaniu wspomnienia zmyśleniem, na rozdzielaniu ról autora, narratora i bohaterów powieści, na żonglowaniu własną osobą poprzez grę własnymi „sobowtórami” i na innych tym podobnych zabiegach. Krzysztof Uniłowski w przywołanym wcześniej szkicu o Pilchu jako o „pisarzu-gwiazdorze” określa to jako „retoryczną nadorganizację tekstu”, jego narrację jako „autonomizującą się” i „autogeneratywną”, „wspartą na retorycznych wzorach homiletyki”, a formułę jego powieści jako formułę „niedokończonego projektu”. Przy czym wszystkich tych zabiegów Pilch nie kamuflował, nie skrywał przed czytelnikiem, lecz otwarcie je deklarował. Nie sposób też przy tej okazji nie wspomnieć o takich tematycznych „nadreprezentacjach” w jego prozie i felietonach, jakimi były: jego rodzinna, ewangelicka Wisła oraz piłka nożna, którą wielbił miłością wariacką i niezmordowaną, chyba nade wszystko.
Lubię prozę Pilcha, lubiłem dawać się wpuszczać w jego gry, padać ofiarą jego „manipulacji”, jego drwinek z czytelnika. Chyba jednak jeszcze bardzie lubiłem go jako felietonistę. Jego felieton z „ciastkiem” w tytule ( tygodnik „Polityka”, 1999), to mistrzostwo felietonowego świata. Jego koncept polegał na użyciu „broni atomowej”, by niczym Jowisz Gromowładny, za byle głupstwo frazeologiczne zbesztać młodszego kolegę po piórze z prawicowego pisma. W tym roku ukazał się Pilcha tom „60 felietonów najjadowitszych”. Jeszcze do nich nie zajrzałem. Może jest tam ten felieton. Urodzony 10 sierpnia 1952 roku w Wiśle, zmarł w Kielcach 29 maja 2020.

Prezesi pisarzy

Wspomnienia o spotkaniach i współpracy.

Autora „Kamiennych tablic” Wojciecha Żukrowskiego poznałem w 1979 roku w Warszawie. Wcześniej znałem go, ale jako pisarza, czytając jego książki. Był bardzo popularny również w moim, wojskowym środowisku. Szczególnie spotkania autorskie w klubach garnizonowych i żołnierskich cieszyły się dużym zainteresowaniem. Mówił pięknym językiem, barwnie przedstawiając znaczenie literatury pięknej w życiu człowieka. Te spotkania z ludźmi w mundurach to interesujące rozmowy Polaków.
Ojczyzna to matka
Umiał on nasze dzieje narodowe, te najnowsze, ale także i minionych epok, przekazywać młodemu czytelnikowi w zderzeniu z aktualną rzeczywistością. Jego opowieści, ciekawe epizody z walk narodu polskiego, były jakże interesującymi lekcjami o naszych, polskich zachowaniach i postawach.
– Ojczyzna – mówił często – to matka, a o matce nie wolno mówić źle. Te jego słowa pamiętam nie tylko ja, jak sądzę, ale tysiące tych, którzy lubią jego pisarstwo. Na jego książkach, tak bogatych w patriotyczne treści, wychowało się kilka żołnierskich pokoleń.
Pisząc powieści i inne formy literackie, doceniał potrzebę kontaktów z czytelnikami. Chciał wiedzieć, jak jego książki oceniają młodzi ludzie, czy są czytane i wzbudzają zainteresowanie. Nic też dziwnego, że bardzo lubił spotkania autorskie. Przyjeżdżał do jednostek, by spotkać się z żołnierzami. Nie trzeba było go zbytnio namawiać, aby zechciał wziąć udział w spotkaniu. Pod ich wpływem wielu sięgało po jego książki, ale nie tylko jego. To, co mówił zachęcało uczestników spotkań do kontaktów z literaturą, dobrą książką.
To właśnie Wojciech Żukrowski był przez wiele lat współorganizatorem dni literatury w garnizonach wojskowych, np. w Żaganiu, Gubinie i Krośnie Odrzańskim. Miasta te przecież kiedyś wojskiem stały. Dziś to już przeszłość, historia. Takie są wymogi nowej rzeczywistości, wynikające ze zmian polityczno-militarnych, jakie się dokonały po 1990 roku. Będąc prezesem ZLP zabiegał o poszerzanie kontaktów z wojskiem i z jego pionem kulturalno-oświatowym. Ale o tym później.
A teraz trochę osobistych wspomnień o spotkaniach i rozmowach z Wojciechem Żukrowskim.
Pracując w Warszawie, spotykałem go dość często w naszej instytucji. To nie były spotkania na tematy polityczne. Rozmawiano o współpracy literatów z wojskiem.
Przybliżanie małych form literackich
Jako zastępca gen. dr. Tadeusza Szaciły miałem okazję wielokrotnie uczestniczyć w tych spotkaniach, w czasie których podejmowano decyzje o konkretnych zamierzeniach organizowanych wspólnie przez wojsko i ZLP. Odbywały się np. co parę lat konferencje na temat: wojsko i literatura.
Było to duże zamierzenie wymagające merytorycznych i organizacyjnych przygotowań. Ktoś musiał opracować referaty i inne materiały dla uczestników konferencji, następnie upowszechnić je w formie wydawnictwa książkowego.
Innym przykładem może być inicjatywa wydawania dodatku literackiego „Nike” do miesięcznika „Żołnierz Polski”. Na łamach tego pisma publikowano prozę i poezję autorów wojskowych. Pamiętam jak „Nike” tworzono i jakie później wzbudzała zainteresowanie w wojskowym środowisku. Zachowałem do dziś kilka numerów tego wydawnictwa, w których były drukowane i moje opowiadania: „Dwoje i wojna” i inne. „Nike” była ważnym wydarzeniem literackim w wojsku.
Przecież to był wyraz dostrzegania potrzeby przybliżenia małych form literackich żołnierzom Wojska Polskiego. Muszę w tym miejscu dodać, że Wojciech Żukrowski, jako przewodniczący Rady Redakcyjnej „Nike”, stawiał wysokie wymagania przed autorami, którzy chcieli publikować swoje prace na jego łamach. Pomogło ono zdobyć ostrogi tak konieczne do pisania prozy i poezji. Zaświadczają o tym m.in. tomiki wydane przez wojskowe koła literackie.
Przychodzą inne czasy. Sytuacja społeczno-polityczna gromadzi groźne chmury nad naszym krajem. „Solidarność”, a właściwie jej polityczne otoczenie, wyraźnie dąży do objęcia władzy. Trwa proces destrukcji gospodarki i struktur państwowych. Groźba totalnej nawałnicy, która może rozpętać piekło na polskiej ziemi. Sąsiedzi czekali tylko na sygnał, okazję, by Polaków przywołać do porządku. Ale to dla wielu działaczy „Solidarności” nie było ważne, liczył się tylko cel – zburzyć istniejący system władzy. Jakie są dziś tego skutki, to widać w życiu wielu milionów Polaków. Stało się to za sprawą amatorów, pseudopolityków. Stan wojenny, mimo że dla wielu był dokuczliwy, uchronił nas od piekła i najgorszego, tu, na naszej ziemi.
Wojciech Żukrowski, szczery patriota, ubolewał nad rozwojem zdarzeń. Nie bał się, miał odwagę iść pod potężny prąd. Jako jeden z niewielu wystąpił w telewizji i powiedział, co myśli o stanie wojennym i zagrożeniach, jakie dostrzegał dla Polski. To jego telewizyjne wystąpienie było napiętnowane, krytykowane m.in. przez jego kolegów pisarzy. Przeżywał to bardzo, ubolewając, że źle został zrozumiany. Przecież jego intencją było, jak powie później, ostrzec Polaków przed bratobójczą walką.
Książki na progu
Pamiętam, jak w pierwszych dniach stanu wojennego, w godzinach wieczornych, przyszedł do nas na Królewską 2 w Warszawie wielce wzburzony. – Jak tak można, co ja takiego powiedziałem w telewizji, że zrobili mi taki afront – powiedział do mnie przed wejściem do mojego szefa.
– Co się stało, jaki jest powód pańskiego zdenerwowania – zapytałem. – Przyniesiono moje książki i rzucono je pod drzwi mieszkania z wulgarnymi słowami napisanymi na kartce.
Coś mu powiedziałem, próbując go uspokoić, bo czułem się do tego zobowiązany.
A on był po prostu sobą. Tak postępują ludzie zasad. To nie było zachowanie koniunkturalne. W trudnej sytuacji zachował taką twarz, jaką miał, bo masek nie nosił. Po kilku latach powiedział: miałem ulec tym, co niszczyli wszystko, nawet to, co było dobre i godne obrony; przecież byłem za tym, by konieczne zmiany w naszym kraju dokonywały się w sposób cywilizowany, godny naszych tradycji.
Spotykałem go wielokrotnie na spacerach nad Wisłą w godzinach wieczornych. Tematy rozmów były różne. Najwięcej rozmawialiśmy o książkach, literaturze. Ubolewał, że środowiska twórcze się podzieliły, w tym również literaci, ze szkodą dla nich.
Jest rok 1989. Już istniały dwa związki pisarzy: Związek Literatów Polskich z prezesem Wojciechem Żukrowskim i Stowarzyszenie Pisarzy Polskich, któremu prezesował Jan Józef Szczepański. Wojsko w tym czasie współpracowało z ZLP na podstawie podpisanej w 1985 roku umowy. Ale zaczęło już otwierać bramy koszar również dla tych, którzy byli w opozycji wobec władzy. Wystąpiliśmy z propozycją, by podobne porozumienie podpisać też z SPP.
Obrażeni na wojsko
Sprawę przekonsultowałem z gen. broni dr. Tadeuszem Szaciłą, uzyskując jego poparcie dla tej inicjatywy. Ale zasugerował, abym uprzednio porozmawiał w tej sprawie z Wojciechem Żukrowskim. Mieliśmy na uwadze jego opinię i zrozumienie, że to wcale nie będzie przeszkodą w dalszej współpracy z jego związkiem. Nawet obawialiśmy się, że nasi zaprzyjaźnieni literaci mogą obrazić się na wojsko. A w istocie zależało nam nie na życiorysach prozaików i poetów, a jedynie na wartości tego, co oni tworzą.
Mając przyzwolenie jako przedstawiciel wojska w sprawach kontaktów z twórcami kultury zadzwoniłem do Wojciecha Żukrowskiego, proponując spotkanie. Przyjął moje zaproszenie bez wahania, wiedząc w jakiej sprawie. Informując o naszym zamiarze podpisania porozumienia o współpracy z SPP, związkiem Jana Józefa Szczepańskiego, nadmieniłem jednocześnie, że to wcale nie oznacza, iż będziemy osłabiać kontakty z ZLP.
Przyznam, że miałem obawy, iż nasz dotychczasowy partner może się obrazić na nas. Nic z tych obaw nie zostało. Wojciech Żukrowski przyjął z zadowoleniem nasze propozycje nawiązania współpracy z SPP.
– Proszę bardzo, róbcie to, możemy nawet uczestniczyć we wspólnych spotkaniach, które wojsko będzie organizowało z pisarzami – powiedział. Była to z jego strony duża roztropność i zrozumienie nowej sytuacji, jaka powstała w tym środowisku. Wyraził także gotowość spotkania się z kierownictwem SPP.
Do końca prezesowania Wojciecha Żukrowskiego były żywe kontakty klubów i bibliotek wojskowych z pisarzami. Nawet zachęcał nas, by w tych spotkaniach brali udział pisarze z obu związków twórczych. Byli jednak tacy, i są do dziś, którzy temu wielkiemu pisarzowi mieli za złe dobre kontakty z władzami PRL.
Państwo realne
Polska w tym czasie była realnym państwem, uznawanym niemal przez cały świat. I on miał świadomość, że właśnie w tym państwie trzeba działać na rzecz rozwoju polskiej literatury. Stąd jego zabiegi i troska o tworzenie warunków, dla tych, którzy chcieli twórczo pracować, by wzbogacać polską literaturę. Na ostatnim spotkaniu ubolewał, że nie można było utworzyć jednej organizacji związkowej prozaików i poetów. Martwiły go też te małe wzajemne wojenki oraz napaści kolegów po piórze.
– Nie ma już przecież cenzury, piszemy co uważamy za konieczne, mamy wolność słowa. I po co ta wrogość? – pytał. – Gdyby nasze środowisko było zintegrowane, moglibyśmy więcej zrobić dla polskiej kultury, zwłaszcza literatury – mówił ze smutkiem.
Z Janem Józefem Szczepańskim, znakomitym pisarzem, miałem okazję spotkać się i rozmawiać wielokrotnie w latach 1989-1991. Wcześniej znałem tylko jego twórczość, niektóre książki. Ale pierwszy kontakt i rozmowa miały miejsce dopiero w 1989 roku. W moim środowisku był znany i czytany, mimo że oceniano go jako pisarza niezależnego i łączono z opozycją. W bibliotekach wojskowych były jego książki, spotkań autorskich jednak nie organizowano i nie zalecano. A szkoda, bo, jak się później mogłem przekonać był to niezwykle ciekawy człowiek i pisarz.
W 1989 roku powołano Stowarzyszenie Pisarzy Polskich. Jego członkami byli ci, którzy wystąpili z ZLP oraz ci, którzy go dotychczas bojkotowali i nie chcieli doń wstępować.
Rozłam po piórze
Były to czasy, że wszyscy się dzielili. Ważne były życiorysy, skąd przychodzimy. Ten rozłam także miał miejsce wśród ludzi pióra. I tak jest do dziś, mimo upływu lat i zmian, jakie dokonały się w naszym kraju. Jan Józef Szczepański był pierwszym prezesem tego stowarzyszenia. W jego zarządzie działali też m.in. Julian Braun i Jerzy S. Sito, prezes i redaktor naczelny „Czytelnika”.
Wiedząc, że takie stowarzyszenie powstało i jego członkami są znani pisarze, prozaicy i poeci pomyślałem, że wojsko powinno mieć kontakty i z tym związkiem twórców.
Ta myśl torowała sobie drogę do realnej i konkretnej współpracy powoli, choć nie bez oporów i uprzedzeń. Ale generalnie wojsko otwierało się na przemiany, stopniowo odchodząc od kanonów polityczno-ideowych, dając pierwszeństwo wartościom narodowym i uniwersalnym. Kierownictwo MON z jego ministrem gen. Florianem Siwickim podejmowało wiele decyzji, by reformować wszystkie dziedziny życia i szkolenia wojska.
Strefa chroniona
Trochę powoli przebiegał proces restrukturyzacji, unowocześniania jego struktur. Natomiast jeśli chodzi o system wychowania i działalności kulturalno-oświatowej, to działano szybko i zdecydowanie. Potwierdza to wypowiedź ministra Siwickiego, która była naszą wytyczną: „Kultura strefą chronioną”. Trzeba więcej humanizmu i pierwiastka narodowego w prowadzonej pracy wychowawczej. Tworzono więc warunki dla mnie jako szefa kultury i oświaty w wojsku do zdecydowanego reformowania ośrodków kulturalnych, wzbogacenia oferty dla wojskowych i cywilnych odbiorców.
W takich warunkach ma miejsce pierwsze spotkanie z Janem Józefem Szczepańskim. Z płk. dr. Józefem Skrzypcem, szefem oddziału oświaty, uzgodniliśmy, jak nawiązać pierwszy kontakt z tym nowym dla nas środowiskiem. Powiem szczerze, że miałem trochę obaw, czy podejmą naszą propozycję i zgodzą się nawiązać z nami ścisłą współpracę. Przecież nie byli oni zapraszani dotychczas na spotkania z czytelnikami wojskowymi, byli nie ci, nie nasi. Pierwsze sondaże były pomyślne. Płk Józef Skrzypiec poinformował mnie, że SPP jest za tym, by współpracować z wojskiem. Spotkałem się z Janem Józefem Szczepańskim. Przewidywałem, że będzie krytyka traktowania ich inaczej niż tych ich kolegów, którzy należeli do ZLP. Że w nowej sytuacji dostrzegamy ich, a dotychczas? Nic z tych obaw się nie potwierdziło. Miłe, serdeczne spotkanie, robocze, bardzo konkretne.
Pojednanie
Poinformowałem moich rozmówców o tym, co dotychczas robiliśmy w zakresie upowszechniania czytelnictwa, literatury pięknej i co dalej chcemy robić, ale już z udziałem i wsparciem członków SPP. Rozmowy zakończono powołaniem zespołu do opracowania projektu umowy o współpracy. Zespół składał się z przedstawicieli wojska i władz zarządu stowarzyszenia. Jego działalność rozpoczęto od konsultacji z wieloma osobami z obu stron. Z naszej m.in. z kierownikami i szefami instytucji wojskowych ośrodków kulturalnych.
Po paru tygodniach powstał projekt umowy o współpracy. Zapoznaliśmy z nim kierownictwo wojska. Nie wniesiono zasadniczych poprawek. Miałem więc rekomendację, by tę umowę podpisać. Uroczysty akt podpisania miał miejsce 8 stycznia 1990 roku. Podpisali ją Jan Józef Szczepański i ja w imieniu wojska.
Obie strony wyraziły zadowolenie i przekonanie, że to, co podpisaliśmy, będzie realizowane. Początki wykonywania naszych ustaleń były zachęcające. Płk Józef Skrzypiec był odpowiedzialny za tzw. pilotowanie przyjętych ustaleń, by nie stały się one martwym zapisem.
Mając na uwadze to, co ustalono, wystąpiliśmy z inicjatywą zorganizowania różnych zamierzeń, zwłaszcza spotkań pisarzy z czytelnikami w kilku garnizonach i uzupełnienie księgozbiorów bibliotek w pozycje, których autorami byli członkowie SPP. Ale nie tylko. Prosiliśmy o udział w przygotowaniu wielu materiałów dotyczących wprowadzonych zmian w działalności kulturalno-oświatowej. Jan Józef Szczepański pomagał nam w opracowaniu nowych rozwiązań, np. kształtu oraz treści ceremoniału wojskowego na uroczystości państwowe i wojskowe. Zapraszaliśmy go także na spotkania dyskusyjne z działaczami kultury i oświaty, a także konferencje. Stało się niemal zwyczajem, że przedstawiciele SPP byli zapraszani do koszar, na poligony i na ważniejsze imprezy. Inspirował je wcześniej gen. Wojciech Jaruzelski, a później gen. Florian Siwicki.
Uwiarygodnić wizerunek wojska
Oczywiste jest, że zabiegając o współpracę ze Stowarzyszeniem Jana Józefa Szczepańskiego mieliśmy swój cel. Nie tylko uwiarygodnić wizerunek wojska, pokazać jakim się ono staje, lecz także z uwagi na to, że ich obecność wśród żołnierzy może być inspiracją dla nich do napisania czegoś pozytywnego o wojsku, niekoniecznie książki, lecz mniejszych form literackich. I niektórzy to czynili, podejmując problemy wojska i obronności w swojej twórczości.
A teraz nieco ogólniejsza refleksja. Otóż te spotkania i rozmowy z Janem Józefem Szczepańskim były dla mnie ważną edukacją intelektualną z udziałem człowieka wielkiego umysłu i jednocześnie jakże skromnego, otwartego partnera do rozmów w sprawach nawet niezwykle trudnych, bo dotyczących naszej przeszłości. Każda rozmowa z nim była dla mnie impulsem do mojej działalności.
Chłonąłem to, co ten utalentowany pisarz mówił do mnie. Przyjmowanie wypowiadanych myśli ułatwiała mi jego osobowość. Potrafił rozmawiać z każdym, również z żołnierzem. Rzeczy ważne ujmował językiem precyzyjnym i zrozumiałym dla jego rozmówcy.
Autorytet nieurzędowy
Jan Józef Szczepański mieszkał w Krakowie. Do Warszawy przyjeżdżał w zależności od potrzeb. Jeśli nie był w stanie przyjechać na nasze zaproszenie do udziału w spotkaniu organizowanym przez nas, zawsze przepraszał listownie. Ale też pisał o tym, co chciałby powiedzieć, gdyby był obecny, wyrażając swój pogląd o problemach, które były rozpatrywane na danym spotkaniu.
Byłem bardzo rad, że miałem jego opinie, na które mogłem się powołać podczas moich starań o realizację zamierzeń. Informowałem Jana Jóżefa Szczepańskiego, jeżeli tylko miałem okazję, najczęściej telefonicznie, że w podejmowaniu wielu decyzji powoływałem się na jego opinię i zdanie.
Był dla nas autorytetem, społecznym, nie urzędowym. Moje środowisko bardzo go ceniło i szanowało. Takiego człowieka, o wielkim dorobku twórczym, intelektualisty, niezwykle skromnego, nie można zapomnieć.
Dlatego napisałem to krótkie wspomnienie o nim. Bo w istocie znałem go tylko przez parę lat. Ale ślad w naszej pamięci, mojej także, pozostawił po sobie. To jego twórczy dorobek i osobowość nie pozwalają o nim zapomnieć.

„Nic Mu nie zostało oszczędzone… Jest różnica pomiędzy oceną a sądem”.

„Nie tyle dokuczają mi moje grzechy, choć popełniłem ich wiele, w różnym wymiarze, co brak stanowczości w ich naprawie. Krytyką powojennej przeszłości choć wielu oczekiwało – nie chciałem dać asumptu do rozdrapywania już zabliźnionych ran.

gen. Wojciech Jaruzelski

Mija 6 rocznica odejścia gen. Wojciecha Jaruzelskiego na wieczną wartę, w Szpitalu Wojskowym- ul Szaserów 128 w Warszawie (serdeczny szacunek, wdzięczność lekarzom i personelowi za wiele lat troski o stan zdrowia i ulgę w cierpieniu). 25 maja 2014 r. (niedziela) o godz. 15.24, zamknęła się wielka księga osobistych dokonań i upokorzeń Generała, ale i wiekopomnych sukcesów Polski i Polaków, z Jego inicjatywy i sprawstwa.
Za 41 dni skończyłby kalendarzowe 91 lat pracowitego, żołnierskiego życia; za 57 dni – 58 lat służby w stopniu Generała; za 54 dni minęłoby 25 lat od wyboru na urząd Prezydenta Polski. Jaki był Generał, co osiągnął, komu dobrze zapadł w pamięci a komu wyrządził jakąkolwiek krzywdę, co zostawił – odpowiedź zna każdy i wedle własnych kryteriów ocenia tego Męża Stanu.

Służył Polsce jako żołnierz na wielu stanowiskach wojskowych, ponad 15 lat jako Minister Obrony Narodowej. Ponad 10 lat w „cywilnej służbie państwowej”- Prezes Rady Ministrów, Przewodniczący Rady Państwa i Prezydent Polski, jednocześnie Zwierzchnik Sił Zbrojnych i Naczelny Dowódca na czas wojny. Że praca na tych stanowiskach była dla Niego żołnierską służbą- pamiętał zawsze. Żegnając się 11 grudnia 1990 r. z Rodakami mówił- „Jako żołnierz wiem, że dowódca, a więc każdy przełożony odpowiada i za wszystkich, i za wszystko. Słowo przepraszam może zabrzmieć zdawkowo. Innego jednak nie znajduję. Chcę więc prosić o jedno: jeśli czas nie ugasił w kimś gniewu lub niechęci – niechaj będą one skierowane przede wszystkim do mnie. Niech nie dotkną tych, którzy – w ówczesnych konkretnych warunkach, uczciwie i w najlepszej wierze – nie szczędzili przez lata całe swego trudu dla odbudowy i budowy naszej Ojczyzny”.

Żołnierz pamiętający o …

Niezwykle wysoko cenił sobie frontowych żołnierzy. Sam był zwiadowcą od Bugu do Łaby. Można powiedzieć, iż walczył „przed pierwszą linią”. Jest grupa żołnierzy frontowych, którzy z autopsji pamiętają, iż w latach powojennych ze sprawiedliwą oceną przelanej krwi żołnierskiej, bywało różnie. Wiedział o tym aż nadto dobrze. Dał temu wyraz na posiedzeniu Rady Naczelnej Związku Bojowników o Wolność i Demokrację, 30 sierpnia 1983 r., m.in. mówiąc – „Naród nasz z jednakową wdzięcznością ocenił przelaną krew i żołnierski wysiłek bez względu na to, jakimi drogami prowadził do kraju – tą najkrótszą, której początkiem było Lenino, tą odleglejszą, przez Afrykę i zachodnią Europę, czy tą w kraju – w oddziałach partyzanckich i ruchu oporu. Jest prawem żołnierza, a później kombatanta wierzyć, iż kierunek z którego jemu przypadło iść, był dla Ojczyzny cenny i owocny”.

Pamiętał o „tych z Zachodu”, awansując na stopień generała, np. pilota walczącego nad Anglią w 1940, Stanisława Skalskiego, tworząc ad personam taki etat w Dowództwie Wojsk Lotniczych, czy Henryka Jabłońskiego, walczącego o Narwik, czy „Radosława”, Jana Mazurkiewicza, dowódcę zgrupowania w Powstaniu Warszawskim, a później z inicjatywy Generała przewodniczącego Komisji Budowy Pomnika Powstańców Warszawy. Odsłonił go w 1989 r. Wtedy m.in. mówił-„Trzeba nam spełnić testament poległych, podać sobie rękę ponad tym, co w przeszłości dzieliło. Niechaj ten pomnik – dowód wiecznej pamięci i hołdu dla bohaterów Powstania Warszawskiego – służy sprawie narodowego pojednania… Salutuję poległym. Wyrażam szacunek tym, którzy ocaleli. Zwracam się do urodzonych już po tamtej hekatombie, aby nie zapomnieli nigdy skąd ich ród”.

Awansował na stopień generała Roberta Satanowskiego, który dowodził niebyt mile widzianym na Wschodzie Zgrupowaniem „Jeszcze Polska nie zginęła” W lutym 1972 r. na osobistą rozmowę przyjął wdowę gen. Augusta Fieldorfa. Nie mogąc zadość uczynić prośbie- na koszt Wojska polecił wykonać symboliczny grób „Nila” na Cmentarzu Powązkowskim (aleja A, kwat. 14. Spoczywają żona i córka). Poparł wystąpienia środowisk i naukowców w sprawie rewizji sądowych wyroków z okresu stalinowskiego.
Skutecznie upomniał się o tych „co na Wschodzie” pozostali na zawsze. Gdy tylko nadarzyła się szansa – Michaiłowi Gorbaczowowi tłumaczył, że „zatajona przeszłość, ciąży na teraźniejszości, podczas gdy ujawniona ma wpływ już tylko na historię”. Wspólna, polsko-radziecka Komisja Historyków, wskazała autorów zbrodni w Katyniu. Jako Prezydent Polski, pierwszy oddał hołd pomordowanym w obecności członków rodzin i Wojska w 1990 r.

Gdy Michaił Gorbaczow poznał syberyjskie losy Polaków, polecił postawić pomnik z inskrypcją, „Polakom zmarłym na Syberii w 1939-1945 roku”(później uzupełnioną), obok grobu Ojca Generała w Bijsku (Ałtajski Kraj).

9 maja 2005 r. Generał z Prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim wziął udział w obchodach 60 rocznicy Dnia Zwycięstwa w Moskwie, w czasie których został odznaczony przez prezydenta Władimira Putina „Orderem 60-lecia Zwycięstwa”. Gazecie Rzeczpospolita (z 13 maja 2005 r.) oświadczył m.in. „Choć przez kilka tygodni w Polsce trwała kampania, krytykująca mój wyjazd, uważałem, że powinienem jechać. Zwłaszcza, że otrzymałem zgodę na wyjazd do Kraju Ałtajskiego, żeby być przy grobie swojego Ojca, co ma też swoją wymowę. I dziś jestem przekonany, że zrobiłem słusznie. Wystąpiłem jako najstarszy kombatant Wojska Polskiego i gdyby mnie nie było w Pałacu Kremlowskim, gdzie zostałem odznaczony, wśród kombatantów – byłych głów państw z Cypru, Chorwacji, Albanii i byłego króla Rumunii zabrakłoby Polaka. Uważam, że Wojsko Polskie zasłużyło na to, by jego wkład został w ten sposób podkreślony.”

Generał 10-12 maja 2005 r. przebywał na Syberii. Odwiedził grób swojego Ojca w Bijsku oraz stojący obok pomnik upamiętniający represjonowanych Polaków. Oddał hołd ofiarom represji razem z władzami Kraju Ałtajskiego. Zwiedził m.in. fabrykę „Prodmaszu”, w której pracował do 1942 roku i  spotkał się z członkami polskiej wspólnoty „Orzeł Biały”, której przewodniczył ks. Andrzej Obuchowski.  Odwiedził dom przy ul. Gorkiego 34, gdzie mieszkała rodzina Jaruzelskich podczas zesłania w  Bijsku.  Miejscowej prasie oświadczył m.in. „Bardzo się cieszę, że jestem w Rosji w te święte dla niej dni. Gdy zaczynała się wojna miałem 18 lat. Był to straszny okres ale pamiętam ciepło syberyjskich serc, ciepło z którym przyjmowała nas ta ziemia”.

Pamiętał o swoich kolegach z lat szkolnych w gimnazjum Księży Marianów na Bielanach (1933-1939), choć różne powody nie sprzyjały częstym spotkaniom. 6 października 1990 r. w ich gronie był w sanktuarium w Licheniu. Kustosz, ks. Eugeniusz Machulski- powitał Generała niezwykle serdecznymi słowami – „Przez wieki wspominamy zwycięstwa: pod Grunwaldem, pod Wiedniem, pod Warszawą. Ale te zwycięstwa i chwała okupione były tysiącami poległych rycerzy, żołnierzy, wojowników. W dziejach świata nikomu nie udało się odnieść pełnego zwycięstwa, armię całą zachować i życie swoich żołnierzy ocalić. Śmiem twierdzić, że takie zwycięstwo odniósł w naszej historii tylko jeden generał, tylko jeden wódz, przed którym dziś chylimy swoje czoła. Do takiego zwycięstwa i do pełnej wolności doprowadziłeś nasz naród Ty, Panie Prezydencie…” Otrzymany wcześniej obraz matki Boskiej Licheńskiej znalazł godne miejsce w Belwederze.

Wybrane dokonania…

Godzi się przypomnieć, iż z inicjatywy WRON, której Generał był przewodniczącym, zbudowano w Łodzi Szpital Pomnik Centrum Zdrowia Matki Polki. Mówił- „dawno już powinien stanąć na naszej ziemi, aby świadczyć o patriotycznej ofiarności polskich matek. O ich niezapomnianym wkładzie w przetrwanie naszego Narodu, w jego uporczywą, bohaterską walkę o wolność i zwykłą, człowieczą sprawiedliwość… Że dają z siebie przez całe lata poświęceń i trudu, tę codzienną matczyną krzątaninę, której historyk nie wymierzy, lecz bez której żaden polski dom nie byłby domem… Aby z szacunkiem pochylić się nad tymi, które obdarzone są szczególnie szczytnym tytułem. Myślę o Matkach. Dały Ojczyźnie swe macierzyństwo… Wniosły do życia narodu wartości bezcenne”.

Mocą podpisów Generała pod odnośnymi ustawami, została zmieniona oficjalna nazwa naszej Ojczyzny, z PRL na RP. Orzeł- godło, otrzymał koronę. Od 15 lutego 1989 r. – Dzień 11 listopada jest uroczystym Narodowym Świętem Niepodległości”. Od kwietnia 1990 – Dzień 3 Maja stał się Świętem Konstytucji. Nabożeństwo upamiętniające historyczny fakt, w Katedrze św. Jana celebrował Prymas Polski kard. Józef Glemp, w którym Generał wziął udział, podobnie jak wcześniej, podczas uroczystości na Placu Zwycięstwa, upamiętniającej 1 Września jako święto pokoju na świecie.

To staraniem Generała, jako Prezydenta i członków rządu Tadeusza Mazowieckiego, przedstawiciele dawnej Wielkiej Trójki i Francji, ostatecznie zamknęli-trwający od Poczdamu – problem granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej, mocą podpisów złożonych pod traktatem w Moskwie 12 września 1990 r. Zakończył on II wojnę światową w Europie. Otworzył drogę do zjednoczenia Niemiec. Jest „Pieczęcią Historii” na okresie dziejów, które zdały „pokojowy egzamin”.

… i „nagrody”

przynamniej trzy, które w kolejną rocznicę śmierci należy przypomnieć. „Sprawiedliwa zemsta i nienawiść”, jaką okazała władza Solidarności. W 2008 r. Generał z grupą członków WRON i Rady Państwa, stanął przed Sądem, oskarżony, m.in. o kierowanie „związkiem przestępczym o charakterze zbrojnym”. Rok później, Sejm na wniosek rządu uchwalił ustawę obniżającą emerytury członkom WRON za stan wojenny. Karę- dotychczas nie spotykaną w polskim i europejskim sądownictwie, Trybunał Konstytucyjny uznał zgodną z Konstytucją.

„Zapał” władzy w polityczno-historycznym rozliczaniu okresu PRL, zrodził ustawę degradacyjną. Córka Generała, Pani Monika Jaruzelska, wystąpiła z publicznym apelem, od słów – „Szanowny Panie Prezydencie, zwracam się do Pana nie tylko jako córka żołnierza, ale przede wszystkim jako obywatelka…. Proszę o coś, co jest ważne dla Pańskiego środowiska politycznego. Proszę zdegradować mojego Ojca, ale nie upokarzać Jego byłych podwładnych i ich rodzin, a także tych żołnierzy, którzy podjęli służbę po 1989 r.”… Prezydent RP ustawę zawetował. Redaktor Naczelny Jerzy Domański zauważył, iż „zawetowanie tego bubla pokazuje, że politykom PiS przypomniał się kalendarz wyborczy”, a Pani Monika „wyróżniła się godnością i odwagą osobistą” („P” nr 15 z 2018). Miliony Polaków odczucia i postawę wyrazili odpowiedziami na internetowe pytania – 55,8% osób jest przeciwko degradacji gen. Jaruzelskiego i Kiszczaka; za – 29 %; Za degradacją są wyborcy PiS- 64%; PO-22%; Razem- aż 17%. Przeciwko są wyborcy Lewicy, określający się jako „wierzący i nie praktykujący” oraz nie wierzący i nie praktykujący.

Refleksje pod rozwagę…

Jan Paweł II. (z „Biografii”)- pomiędzy Papieżem a Generałem „niezwykle szybko nawiązała się nić sympatii i zaufania. Papież wyczuł, że Generał jest Człowiekiem bardzo uczuciowym, reprezentującym wysoki poziom moralny. Gdy podczas spotkania z polskimi biskupami w Watykanie pod koniec lat osiemdziesiątych jeden z gości uczynił krytyczną uwagę pod adresem Jaruzelskiego, Papież natychmiast mu przerwał: (…)proszę nie mówić w mojej obecności niczego złego o generale. Dźwiga na swych barkach ogromny wór kamieni(…). Czy w tym „worze kamieni” Papież widział tylko grzechy własne Generała, czy coś więcej?

Michaił Gorbaczow w jednym z wywiadów wspomniał- „Jan Paweł II powiedział mi, że Generał to bardzo poważny i solidny człowiek. Na ostrym zakręcie, na którym znalazła się Polska, bardzo wiele dla Polski zrobił”. Na obchodach 60. rocznicy powstania Izraela rozmawiał z prezydentem Lechem Kaczyńskim, któremu powiedział- „Czy rzeczywiście nie możecie rozwiązać problemu, już nie młodego, chorego człowieka- Generała, który wiele zrobił dla Polski. Poprosiłem o otoczenie chorego Jaruzelskiego opieką. Komu to wszystko jest potrzebne?”

Profesor Jan Widacki-„Dla gen. Jaruzelskiego nadeszła godzina próby. Ten realista i pragmatyk uznał, że czas wykorzystać okazję. Stąd decyzja o Okrągłym Stole, a później włączenie się w budowę polskiej suwerenności. Twórca stanu wojennego został pierwszym prezydentem suwerennej Polski … Byłem wtedy w samym centrum polskiej polityki. Jestem świadkiem tamtych dni. Prezydent Jaruzelski lojalnie współpracował z niekomunistycznym rządem, wspierał go, a na koniec sam, bo wcale przecież nie musiał, skrócił swoją kadencję prezydencką, ustępując miejsca Lechowi Wałęsie” (Przegląd nr 27 z 2013).

Profesor Bronisław Łagowski – „Jaruzelski jest spośród żyjących, człowiekiem najbardziej zasłużonym dla Polski. Przyjdzie czas, gdy stanie się to oczywistością i nastąpi symboliczne wynagrodzenie małodusznych, mściwych szykan, jakie Go spotykają. Proszę, żeby to zostało wpisane do protokołu” (Przegląd nr 27 z 2013).

Ludwik Stomma, na pytanie dziennikarza-„Jaki polski skandal minionych lat uznałby Pan za największy, za „koronę skandali”?- powiedział:„Byłoby nim ciąganie po sądach gen. Jaruzelskiego, człowieka, który doprowadził do przełomu Okrągłego Stołu, do pokojowej transformacji, który uczynił to pod prąd dużej części własnego środowiska społecznego” („T” z 9-10.08.08).

Ciekawe, co powiedziałby dziś, w 2020 roku;

Jerzy Domański, „Dlaczego miliony dorosłych Polaków dają sobie pluć na własne, uczciwie i dobrze przepracowane życie. Dlaczego nie stają w obronie faktów? W obronie tego, co sami stworzyli? Gdzie są miliony beneficjentów Polski Ludowej? Nikt im niczego nie podarował! Szkoły wypuszczają w świat tak proste umysły, że łykają coraz większe brednie” (Obrona Dobrej Pamięci, „P” nr 24 z 2016)

Profesor Jerzy Wiatr, przewodniczył Sejmowej Komisji Odpowiedzialności Konstytucyjnej. W „Sprawozdaniu”, stwierdzała, iż „nie ulega wątpliwości, że dopuszczenie do obcej interwencji zbrojnej lub do wybuchu starć wewnętrznych pociągnęłoby za sobą większe represje i cierpienia obywateli, niż to miało miejsce wskutek wprowadzenia stanu wojennego. Potwierdzają to również i współczesne doświadczenia różnych regionów świata, objętych wewnętrznymi walkami lub obcą interwencją. Ale dobrem ratowanym była również wartość najwyższa, jaką jest wolność narodu i państwa. Nawet, jeżeli ta wolność i suwerenność były ograniczone…Wartość dobra ratowanego, nieporównywalnie była większa od wartości dobra ratowanego”.

Profesor Adam Schaff, pod koniec lat. 90. kilka razy próbował przekonać Generała do zgody na wystąpienie z wnioskiem o przyznanie Pokojowej Nagrody Nobla w dziedzinie polityki. Generał wdzięczny za inicjatywę. nie dał się przekonać żadnymi argumentami. Prosił, wręcz zabronił o tym mówić i pisać za Jego życia.

Czesław Miłosz.
Któż miecz Chrobrego wydobywał z pleśni?
Któż wbijał myślą słupy w dno Odry?
I któż namiętność uznał narodową
Za cement wielkich budowli przyszłości?
………
Nastał odpowiedni czas, i ni z tego ni z owego
Przyszła wolność za Jaruzelskiego

Żałobne refleksje…

Biskup Polowy WP, podczas mszy żałobnej, nauczał – „pogrzeb gen. Wojciecha Jaruzelskiego jest czasem próby dla wierzących. Jak z tej próby wyjdziemy? Czy zdamy egzamin z naszego człowieczeństwa i chrześcijaństwa?” Mija już 6 lat od śmierci Generała. Odpowiedzcie sobie Państwo na te pytania. Spróbujcie wskazać w czym tkwi istota, sens naszego, polskiego „człowieczeństwa i chrześcijaństwa”, nie tylko wtedy, podczas pogrzebu, ale ta na co dzień, pomyślcie! Dalej, że „Historia jeszcze długo będzie oceniać jego słowa, podejmowane decyzje i czyny. Będą to czynić następne pokolenia. Jest jednak różnica pomiędzy oceną a sądem. Można ulec pokusie zakłamania i ukrywania prawdy. Można też oskarżać w imię prawdy”.

Prezydent RP, Bronisław Komorowski, w Katedrze Polowej -„Jako człowiek pokolenia Solidarności, żegnam jednego z ostatnich – symbolizujących trudny, a często tragiczny los pokolenia czasów powojennych, pokolenia głębokich, bolesnych podziałów – polityka, żołnierza, człowieka dźwigającego ciężar odpowiedzialności za najtrudniejsze i za najbardziej chyba dramatyczne decyzje w powojennej historii Polski. Jestem jednak pewien, że żegnam także Rodaka, który nie tylko potrafił docenić, ale i głęboko pozytywnie przeżył wielkość dobrej zmiany, w której aktywnie uczestniczył, a która przecież zaowocowała polską wolnością i niepodległością”.

Aleksander Kwaśniewski, b. Prezydent RP, na Cmentarzu Powązkowskim mówił- „Żegnamy Wojciecha Jaruzelskiego, jednego z najwybitniejszych polityków Polski drugiej połowy XX wieku, człowieka skromnego i oddanego sprawom Polski, patrioty najwyższej próby. Nic Mu nie zostało oszczędzone. Stracony dom rodzinny, Syberia i katorżnicza praca, front, krew i łzy, polityczna odpowiedzialność i ryzyko porażki, niewdzięczność, ataki, procesy, choroby i cierpienia, i nawet dziś te krzyki wydobywające się z serc, które nie mają w nich miłosierdzia, a często tylko Boga na ustach. Niech, drogi Wojciechu, zadośćuczynieniem za to wszystko będzie świadomość, że Polska jest niepodległa, bezpieczna, że dobrze się rozwija, że byłeś współarchitektem tego dzieła, które dziś czcimy na XXV-lecie polskiej transformacji, że miliony ludzi wyrażają wobec Ciebie szacunek i wdzięczność, że nie da się wykreślić Twojego nazwiska z polskiej historii”.

Pamiętam …

Miałem zaszczyt wiele razy rozmawiać z Generałem na różne tematy. Mam wrażenie, że z naszych dyskusji pojawiła się taka konstatacja-„Nie tyle dokuczają mi moje grzechy, choć popełniłem ich wiele, w różnym wymiarze, co brak stanowczości w ich naprawie. Krytyką powojennej przeszłości choć wielu oczekiwało – nie chciałem dać asumptu do rozdrapywania już zabliźnionych ran”. Słyszałem ją kilka razy przy różnych okazjach, podczas środowiskowych spotkań Generała z kombatantami.
Znane okoliczności wykluczają możliwość spotkania się przyjaciół i podwładnych Generała, przy mogile na Powązkach. Uczcijmy więc chwilą zadumy- w dowolnym miejscu – pamięć „Człowieka skromnego i oddanego sprawom Polski, patrioty najwyższej próby. Nic Mu nie zostało oszczędzone”. Proszę.