Ennio Morricone Ostatni koncert

Kilka miesięcy temu pisałem o spaghetti westernach to pamiętam jaki dreszczyk emocji odczuwałem, gdy przypominałem sobie sceny z dzieł Sergio Leone, w których tajemniczy nieznajomy grany przez Clinta Eastwooda stawał przed kolejnymi przeciwnikami i następowała idealnie skomponowana scena pełna napięcia.

Emocje z podobnej sceny można było podzielić na kilka współczesnych dreszczowców. Niektórzy współcześni twórcy mogą tylko pomarzyć o podobnym napięciu w swoich dziełach. W sumie Sergio Leone również, gdyby kilka lat wcześniej nie poznał w szkole podstawowej cichego i skromnego chłopca interesującego się głównie muzyką. Tym chłopcem był Ennio Morricone bez którego szkolny kolega nie zdobyłby światowej sławy, a my byśmy nie pokochali włoskiego kina strzelanego. Niestety, urodzony w Rzymie kompozytor muzyki filmowej odszedł w poniedziałek aby zagrać ostatni koncert. Może największy.
Żeby stworzyć ścieżkę dźwiękową, nie potrzebował oglądać gotowego filmu. Wystarczał mu sam scenariusz. O współpracę z nim zabiegali najwięksi reżyserzy (w tym między innymi nasz Roman Polański dla którego Morricone napisał muzykę do „Frantica”), a już nie mówiąc o filmowcach z półwyspu apenińskiego.
Jak już wspominałem włoskiego artystę świat poznał kiedy skomponował muzykę do spaghetti westernu Leone „Dobry, zły i brzydki”, czyli początku tak zwanej w Italii „trylogii dolara”. Współpraca obu rzymian była jedną z najbardziej popularnych we włoskim kinie i mimo wyraźnych różnic w charakterach (wybuchowy Sergio i milczący Ennio) nie tylko układało im się na poziomie zawodowym, ale też i prywatnym.
Dla mnie fascynujące było to, że mimo światowej sławy Morricone nadal pozostawał skromnym i bardzo skupionym na swoim fachu muzykiem. Łącznie stworzył on lub współtworzył muzykę do ponad pięciuset filmów, a całe pokolenia kompozytorów wzorowało się na jego twórczości. Można powiedzieć, że muzyka Ennio Morricone była istotnym elementem każdej sceny jak nie dodatkową postacią w filmie.
Aby podkreślić napięcie w scenach przemocy albo stonować przebieg brutalnej walki na ekranie, zamiast pełnego, orkiestrowego brzmienia typowego dla hollywoodzkich superprodukcji z pełnym patosem używał różnorodnych efektów dźwiękowych, takich jak wycie kojotów, odgłosy stąpania konia czy gwizdnięcia. To wzmacniało wrażenie egzotyki, potęgowało efekt pustki, dodając kinu gatunkowemu szczyptę europejskiej ironii. Ta „prostota” była spoiwem w współpracy obu rzymian.
W 2007 roku został nagrodzony przez Akademię Filmową nagrodą honorową – Oscarem Specjalnym. Można pomyśleć, że taki Oscar jest w pewnym sensie pożegnaniem artysty przed przejściem na zasłużoną emeryturę (a ci złośliwi nazywają go zwyczajnie „goodbye Oscar”). Jednak nie w przypadku Morricone, ponieważ już w 2016 roku otrzymał Oscara za ścieżkę dźwiękową do „Nienawistnej ósemki” Quentina Tarantino. Uwierzcie mi, widać było po zazwyczaj spokojnym włoskim artyście ogromne poczucie satysfakcji.
Co kuriozalne nawet w okresie największej sławy nigdy nie dał się namówić na przeprowadzkę do Hollywood i naukę języka angielskiego, aby lepiej nawiązywać współpracę z wielkimi studiami filmowymi, do czego miał go usilnie przekonywać sam Dino de Laurentis – znany włoski producent filmowy pracujący przez dłuższy okres w Kalifornii. Kiedy pewna dziennikarka nie mogła się nadziwić czemu nie chce skorzystać z takiej okazji to jej prosto odpowiedział: wszystko co potrzebuję mam tutaj – w Rzymie.
Liczni reżyserzy stawiali go na równi z wielkimi mistrzami muzyki, czasami może nawet przesadzając i wywołując u samego Morricone zakłopotanie, ale to też mówi o emocjach wyzwalanych przez jego muzykę.

WOJTEK

28 czerwca odszedł od nas Wojtek. Był dla nas bliskim Wojtkiem, choć pamiętaliśmy, że to przecież doktor nauk medycznych Wojciech Pawłowski. Absolwent i wykładowca Akademii Medycznej w Warszawie. Niespokojny, zawsze szukał lepszych rozwiązań.

Ta cecha doprowadziła Go do pomysłu, a potem wielkiego projektu jakim był LUX MED, jedna z pierwszych w Polsce, prywatnych sieci medycznych. Był akcjonariuszem, prezesem i przewodniczącym rady nadzorczej tej spółki. Stawiał na jakość świadczonych usług, nieustannie wracał do potrzeby zbudowania „butikowej”, bliskiej pacjentom instytucji ochrony zdrowia, opartej o rzetelność najlepszych specjalistów.
Skracał dystans i ludzie lgnęli do Niego. Pomocny, dyskretny we wspieraniu tych, którzy potrzebowali pomocy medycznej.
Medycyna nie była jego jedyną pasją. Muzyka, teatr, literatura, film, poznawanie świata i polityka budziły jego zainteresowanie i emocje. Rozmowa z Wojtkiem była więc ucztą, zaskakiwał skojarzeniami, własnymi wnioskami, był dociekliwym analitykiem.
Jeśli można powiedzieć, że był pasjonatem muzyki i ulegał jej nastrojom, to na pewno nie poddawał się sugestiom i nastrojom politycznym. W sprawach publicznych miał zawsze własne zdanie, potrafił argumentować i poprzeczkę wymagań wobec rządzących, także kolegów, stawiał wysoko. Partie i ich liderów, premierów i ministrów oceniał według swojej lewicowej wrażliwości, oczekując że będą bronili wartości, ważnych instytucji a nie tylko stołków.
Można powiedzieć, że należał do tej „szkoły” polskiej medyny, która wyzwania profilaktyki i leczenia wiązała z kontekstem społecznym – z wrażliwością społeczną, równością szans, awansem cywilizacyjnym, szacunkiem dla drugiego człowieka, demokratycznym prawem dostępu do usług medycznych.
Choć był lewicowcem, nie był lewakiem. Wiedział, że ludzi trzeba leczyć niezależnie od ich pozycji majątkowej, ale dla systemu ochrony zdrowia trzeba też szukać lepszych rozwiązań finansowych i instytucjonalnych.
Odszedł Wojtek, pozostanie po Nim dobra pamięć i wdzięczność wielu pacjentów, znajomych i przyjaciół.

Miejskie powstanie przeciwko rasizmowi

W dziesiątkach amerykańskich miast od tygodnia trwają burzliwe demonstracje połączone ze starciami z policją, podpaleniami radiowozów i budowaniem barykad. Władze wprowadziły godzinę policyjną, wysłały na ulice tysiące uzbrojonych policjantów i żołnierzy Gwardii Narodowej, kilka tysięcy demonstrantów aresztowano. W Waszyngtonie rozgoryczeni demonstranci zbliżyli się do siedziby prezydenta Trumpa. Przez kraj przechodzi największa fala rozruchów od 1968 roku, gdy zamordowano Martina Luthera Kinga.

We wtorek 26 maja w Minneapolis wybuchły masowe protesty po tym, jak z rąk białego policjanta zginął czarnoskóry mieszkaniec miasta, George Floyd. Jeden z czterech białych policjantów wezwanych do interwencji w sprawie wykroczenia klęczał przez osiem minut na szyi Floyda, gdy ten wielokrotnie krzyczał, że nie może oddychać. Wyjątkowo brutalna forma zatrzymania oraz śmierć zatrzymanego w następstwie interwencji, sprowokowały niespotykaną od kilku lat falę oburzenia i gniewu. Mieszkańcy wyszli na ulice, starli się z policją, część z nich zaatakowała policyjne radiowozy, podpalono komisariat policji w którym pracowali policjanci odpowiedzialni za śmierć Floyda.
W mieście dochodziło już wcześniej to wystąpień ulicznych i zamieszek gdy z rąk policji ginął czarnoskóry mieszkaniec. Tak było w 2015, 2016 i 2017 roku. W skali kraju takich incydentów były dziesiątki. W większości przypadków odpowiedzialni za śmierć czarnoskórego człowieka policjanci unikali konsekwencji prawnych lub konsekwencje były symboliczne.
Media głównego nurtu skupiają się na aktach wandalizmu i grabieży jakich dopuszczają się demonstranci. Faktycznie, w trakcie zamieszek zapłonęły samochody, przypadkowe budynki, obrabowano kilka supermarketów i sklepów. Nie jest to działanie, które zjednuje sympatię mediów i opinii publicznej. Wszyscy chcieliby widzieć bardziej „cywilizowane” formy protestu. Dla lewicy i demokratów skuteczną formą walki politycznej są na przykład strajki i mobilizowanie mas do współnej walki, zamiast chaotycznych form przemocy i wandalizmu.
Ale w przesiąkniętej neoliberalnym dogmatyzmem kulturze politycznej Stanów Zjednoczonych, gdzie od lat promuje się egoizm, indywidualizm i konsumpcję zamiast idei jedności i solidarności, gdzie lewica i jej idee są od dekad marginalizowane i mają niewielki wpływ na świadomość najbiedniejszych, te „bardziej cywilizowane” formy nie są szerzej znane. Nie są one znane szczególnie wśród najbardziej upośledzonych społecznie warstw Ameryki.
Agresja i przemoc, której Czarni doświadczają niemal na co dzień ze strony państwa, policji i systemu, są często jedynym “językiem politycznym” jaki znają młodzi ludzie wychowani w czarnych gettach. Nic dziwnego, że na najbardziej jaskrawe akty przemocy i rasizmu ze strony policji i państwa, ludzie ci odpowiadają jedynym językiem jaki znają – aktami agresji i przemocy.
W takiej atmosferze rabowanie sklepów jest przez demonstrantów traktowane jako wyrównywanie rachunków z systemem, który jest odpowiedzialny za ich los. Akty te nie są przemyślanymi, racjonalnymi i zaplanowanymi działaniami za którymi stoi program i plan. Jest to spontaniczna, desperacka reakcja na frustrację i bezsilność czarnej mniejszości, która nie tylko w największym stopniu doświadcza skutków ekonomicznej zapaści i bezrobocia w ostatnim czasie, ale która jest też największą ofiarą Coronawirusa. Spośród przeszło stu tysięcy śmiertelnych ofiar epidemii w USA, ogromną większość stanowią właśnie Czarni.
Pierwszą reakcją prezydenta Donalda Trumpa na zajścia w Minneapolis nie była próba dialogu czy refleksji nad przyczynami takich nastrojów w mieście. Zamiast tego Trump użył Twittera do wystosowania groźby: państwo odpowie strzałami! Trudno się dziwić, że społeczność Czarnych nie czuje się w USA jak obywatele o pełnych prawach.
Skoro jedyną obietnicą jaką państwo ma dla zdesperowanej biedoty są kule karabinów Gwardii Narodowej, to należy stwierdzić, że protesty jakie widzimy w USA są w pełni uzasadnione a za ich chaotyczną, agresywną i brutalną formę odpowiadają wspólnie: klasa panująca, państwo i system.
Protesty te dają w pewnym sensie nadzieję na przyszłość. Oto w sytuacji, gdy na całym świecie postępowe ruchy masowej kontestacji są w kryzysie, są uciszane, poddawane represjom, marginalizowane poprzez narzędzia dezinformacji, fake newsów i dominacji mediów głównego nurtu, okazuje się, że rebelie i bunty mogą się narodzić całkowicie oddolnie, bez przywódców i poza tradycyjnym spektrum partii politycznych.
Z historii wiemy, że takie początkowo chaotyczne i niepozorne wybuchy społeczne mogą się przerodzić w gigantyczne fale rewolucyjne zdolne do zmiecenia rządów, reżimów politycznych czy nawet układów geopolitycznych. Niech świeżym przykładem będzie tu Arabska Wiosna. Choć klasom panującym w regionie i mocarstwom udało się już spacyfikować jej potencjał i siłę rażenia – na różne sposoby, często bardzo brutalnie i krwawo – to wolnościowe i demokratyczne idee Arabskiej Wiosny oraz doświadczenie wspólnej walki są tam wciąż żywe.
Protesty w USA są czymś więcej niż tylko odpowiedzią na zamordowanie Georga Floyda. Są też odpowiedzią na rasizm i arogancję Donalda Trumpa i reakcją na sytuację w jakiej znalazła się amerykańska biedota w obliczu kryzysu związanego z pandemią. Ale przede wszystkim są reakcją na dekady dyskryminacji i poniżenia, reakcją na organicznie rasistowski charakter systemu ekonomicznego i politycznego w USA.
Frustracja i chęć odwetu, nawet gdy chwilowo uśpione czy spacyfikowane, pozostaną wśród Czarnych w USA do czasu aż kwestia rasizmu i ucisku mniejszości nie zostaną rozwiązane. Dlatego należy wypatrywać kolejnych wybuchów gniewu, rebelii i powstań miejskich a ich forma może być daleka od tej jaką sobie wymarzymy.

Pisarskie i życiowe gry Jerzego Pilcha

Jerzy Pilch (1952-2020)

Jerzy Pilch był chyba (używam słowo „chyba”, gdybym jakieś zjawisko przeoczył) pierwszym polskim pisarzem epoki nowych mediów, który funkcjonował równolegle, właściwie symetrycznie jako dziennikarz, nie w rudymentarnym znaczeniu tego słowa jako reporter dostarczający informacji z rzeczywistości, „prosto od krowy”, lecz jako dziennikarz-felietonista tę rzeczywistość komentujący.

Nawet data jego pisarskiego „objawienia się” mu pomogła, jako że jego krajowe zaistnienie przypadło dokładnie na przełom lat 1988/1989. Podobne mechanizmy po 1989 roku rządziły boomem pisarskim Janusza Głowackiego, ale ten (starszy o 14 lat) zaczynał drogę pisarską na początku lat sześćdziesiątych, w zupełnie innych warunkach.
Zawsze oczywiście można przywołać postać Bolesława Prusa, największego dziennikarza wśród pisarzy i największego pisarza wśród dziennikarzy, a także spore grono pisarzy, którzy parali się pisaniem do prasy. Jednak chociaż twórca „Lalki” pisał do prasy „Kroniki tygodniowe”, to ich ranga na skali jego twórczości mimo wszystko nie da się porównać z klasą i rezonansem jego największych powieści. Dopiero bowiem Pilchowi dana była możliwość wykorzystania w tym stopniu mediów, także elektronicznych, do zbudowania pisarskiej pozycji. Można chyba nawet zaryzykować tezę, że Pilch był jako błyskotliwy felietonista sławniejszy i popularniejszy niż jako prozaik.
Czy wspomniane wyżej okoliczności mają jednak jakiś wpływ na charakter prozatorskich dokonań Pilcha? Nie należy tego wpływu przeceniać, ale niewątpliwie występował. Pilch zadebiutował w 1988 roku jako autor zbioru opowiadań „Wyznania twórcy pokątnej literatury erotycznej” wydanych w emigracyjnej londyńskiej oficynie „Puls”, która rok później przyniosła mu nagrodę imienia Kościelskich. Wkrótce potem został bardzo czytanym felietonistą „Tygodnika Powszechnego”, krakowskiego pisma katolickiej inteligencji, które od lat odgrywało rolę nieformalnego ośrodka intelektualnej opozycji politycznej w PRL. I właśnie nie tyle fakt uzyskania nagrody im. Kościelskich, ile wejście w krąg bliski bardzo sprawnym przedsiębiorstwom wydawniczym, jakim były „Znak” i „Wydawnictwo Literackie” stało się dla Pilcha pierwszą skuteczną dźwignią promocyjną. Po kilku latach nastąpiła „wolta ideowa” pisarza, który odszedł z „TP” i podjął współpracę z tygodnikiem „Polityka” (na wiele lat) i z „Hustlerem” (na krótko), jeszcze później sympatyzował z „Gazetą Wyborczą”, a przyznanie mu w 2001 roku nagrody „Nike” za powieść „Pod Mocnym Aniołem”, na szereg lat uczyniło tę właśnie gazetę promocyjną dźwignią jego prozy. Całe to zjawisko opisał Krzysztof Uniłowski w szkicu „Pisarz jako gwiazdor”.
Bo rzeczywiście, istnienie Pilcha jako pisarza nie rządziło się tradycyjnym schematem: edycja – recenzje – książka na półkach w oczekiwaniu na czytelników. Pilch stał się pisarską gwiazdą, celebrytą, showmenem, uczestnikiem showbiznesu, eksploatującym w pisanych tekstach i w udzielanych wywiadach wątki osobiste, m.in. związane z jego chorobą alkoholową czy życiem erotycznym, co czyniło go częstym bohaterem barwnych mediów plotkarskich. W tekście „Tak czy owak Pilch” („GW”, 2004), Przemysław Czapliński napisał sarkastycznie: „Miałem koszmarny sen. Śniło mi się, że Jerzy Pilch wydał nową książkę. Wydawca, zanim książka się ukazała, opublikował jej fragmenty we wszystkich znaczących gazetach, a kilka gazet – tylko w tym celu – powołał do życia. Z koszmaru mojego Jerzy Pilch – człowiek wielkiej wrażliwości, pisarz zgłodniały, pisarz zgłodniały kontaktu z czytelnikami, delikatny i subtelny polemista zawsze zainteresowany krytycznymi uwagami o swoich książkach – wyłaniał się jako pisarz gniewny, okrutny, medialnie wszechwładny. (…) Kiedy koszmar się pogłębiał, nagle przyniósł pocieszenie (…) powieść będzie bestsellerem niezależnie od wartości, a krytyka nie zaszkodzi poczytności”. Ten tekst ukazał się już po tym, gdy pisarz podpisał „gwiazdorski” kontrakt na wydawanie kolejnych powieści w koncernie wydawniczym Bertelsmana. Przy tych wszystkich perypetiach personalnych oraz zmianach wydawniczych i promocyjnych patronów, a także całym merkantylnym wymiarze jego funkcjonowania, Pilch, krytykowany też czasem za „wtórność, powierzchowność, efekciarstwo, „felietonowość”, ciągle pozostawał jednocześnie, mocą paradoksu, pisarzem odzwierciedlającym, do pewnego stopnia, „wizerunek pisarza narodowego, będącego zgrupowaniem takich cech, jak: olimpijskość, autorytet, powaga, głębia czy zatroskanie” (D. Nowacki). W 2001 roku „Polityka” ogłosiła czytelniczą zabawę „Napisz powieść z Pilchem”, interakcyjną zabawę zbiorową polegającą na konstruowaniu przez dziesiątki czytelników powieści w oparciu o zainicjowany przez moderującego pisarza początek. Dwa lata później „Polityka” ogłosiła ogólnopolski konkurs literacki na opowiadanie, którego jednoosobowym jury był Pilch i którego owocem była antologia wybranych opowiadań, „Pisz do Pilcha! Opowiadań współczesnych trzydzieści i trzy” (2005). Fakt sięgnięcia po szerszą rzeszę czytelników czynił z Pilcha już nie tylko pisarza, ale ludycznego guru literatury. Choć anima naturaliter intelektualista, stał się pisarzem (jak na polskie warunki) popularnym, niemal tak, jak popularnymi pisarkami stały się nieco później autorki prozy „romantycznej” z Katarzyną Grocholą czy Małgorzatą Kalicińską na czele, pisarzem obficie obecnym w mediach elektronicznych coraz dynamiczniej się rozwijających.
Utworem, który jako pierwszy po „Wyznaniach” ugruntował pozycję Pilcha był „Spis cudzołożnic” (1993), zekranizowany przez Jerzego Stuhra, jedyna prawdziwa powieść krakowska pisarza, tak jak „Miasto utrapienia” (2004) jest powieścią warszawską. Pilch był bardzo płodny i wydawał kolejne powieści zazwyczaj co dwa lata, a nieraz częściej, m.in.: „Inne rozkosze” (1995), „Tysiąc spokojnych miast” (1997), „Bezpowrotnie utracona leworęczność” (1998), „Marsz Polonia” (2008), „Wiele demonów” (2012), „Portret młodej Wenecjanki” (2017), „Żywego ducha” (2018), „Żółte światło” (2019) Z formalnego punktu widzenia proza Pilcha, choć naszpikowana tworzywem realistycznym, daleka jest od typowego realistycznego mimetyzmu. Krytyk Dariusz Nowacki pisał o tej prozie, że to „narracje pozbawione uciążliwych pretensji i jednocześnie takie, których żywiołem jest wdzięk stylu, uroda radosnej fabulacji, smak anegdoty uchylającej się właściwie od budowania obrazu świata, anegdoty ważnej jedynie jako gawędziarski akt mowy”. I rzeczywiście u Pilcha wyczuwa się przyjemność samego aktu opowiadania, przyjemność posługiwania się wyrafinowanym „pieniącym się” stylem, który – w drodze wzajemności – budził podobną przyjemność w czytelnikach. Jan Błoński zwracał uwagę na mimetyczność pilchowej prozy. Na przykładzie „Spisu cudzołożnic” zauważał, że pisarz niczego właściwie nie odtwarza, przeciwnie, to odmiany mówienia (a więc utarte zwroty, pospolite przenośnie, literackie przytoczenia, różnice wysokości stylu i tym podobne) rodzą niejako zdarzenia i postacie, czy też ogólniej – niemal jawnie budują „świat przedstawiony”. Rzeczywiście, mimetycznego „świata przedstawionego” w prozie Pilcha właściwie nie ma, on jest tylko w głowie pisarza. Powieści Pilcha trudno, a właściwie w ogóle nie sposób opowiedzieć, streścić. Krytyk Piotr Śliwiński pisał, że jedynym celem pisarskim Pilcha jest opowieść kontynuować, „powielać, podtrzymywać, przedłużać. Istotności, zarysowujące się tu i ówdzie w tekście powieści, ostatecznie rozpływają się w gadaniu. Zawiązki dramatu okazują się zawiązkami okresów oratorskich, konstrukcja świata zaś ma charakter syntaktyczny”. Widać to wyraźnie na przykład w „Tysiącu spokojnych miast”, gdzie „sensacyjna” jako zamysł osnowa w postaci konceptu groteskowego zamachu pewnego szarego obywatela na Władysława Gomułkę, roztapia się, rozpływa w owym „gadaniu”, w rozszczepianiu się akcji i wątków, w ich zawieszaniu, na stosowaniu trybu przypuszczalnego, warunkowego, na wędrowaniu fragmentów „akcji” w labirynty i zakola, z których już ona nie wychodzi, na zastępowaniu wspomnienia zmyśleniem, na rozdzielaniu ról autora, narratora i bohaterów powieści, na żonglowaniu własną osobą poprzez grę własnymi „sobowtórami” i na innych tym podobnych zabiegach. Krzysztof Uniłowski w przywołanym wcześniej szkicu o Pilchu jako o „pisarzu-gwiazdorze” określa to jako „retoryczną nadorganizację tekstu”, jego narrację jako „autonomizującą się” i „autogeneratywną”, „wspartą na retorycznych wzorach homiletyki”, a formułę jego powieści jako formułę „niedokończonego projektu”. Przy czym wszystkich tych zabiegów Pilch nie kamuflował, nie skrywał przed czytelnikiem, lecz otwarcie je deklarował. Nie sposób też przy tej okazji nie wspomnieć o takich tematycznych „nadreprezentacjach” w jego prozie i felietonach, jakimi były: jego rodzinna, ewangelicka Wisła oraz piłka nożna, którą wielbił miłością wariacką i niezmordowaną, chyba nade wszystko.
Lubię prozę Pilcha, lubiłem dawać się wpuszczać w jego gry, padać ofiarą jego „manipulacji”, jego drwinek z czytelnika. Chyba jednak jeszcze bardzie lubiłem go jako felietonistę. Jego felieton z „ciastkiem” w tytule ( tygodnik „Polityka”, 1999), to mistrzostwo felietonowego świata. Jego koncept polegał na użyciu „broni atomowej”, by niczym Jowisz Gromowładny, za byle głupstwo frazeologiczne zbesztać młodszego kolegę po piórze z prawicowego pisma. W tym roku ukazał się Pilcha tom „60 felietonów najjadowitszych”. Jeszcze do nich nie zajrzałem. Może jest tam ten felieton. Urodzony 10 sierpnia 1952 roku w Wiśle, zmarł w Kielcach 29 maja 2020.

Ogród płomiennej namiętności

Palący problem nagłego wybuchu konserwatyzmu obyczajowego na terenie ogródków działkowych.

Ogrody działkowe pełnią funkcje wypoczynkowe, rekreacyjne, zdrowotne, a także przyczyniają się do poprawy jakości życia – opowiadają pracownicy Polskiego Związku Działkowców. Nie jest to jednak cała prawda. Działki mają o wiele więcej funkcji. Dzięki nim mają pracę nie tylko ludzie z firm zaopatrujących sklepy ogrodnicze. Ogródki dają pracę osobom, których nie podejrzewalibyśmy o minimalne choćby związki z miejscami gdzie kopie się grządki, sieje kwiaty i przycina drzewa wraz z krzewami. Tymczasem, bez ogródków działkowych nudziliby się tak patomorfolodzy jak strażacy czy pracownicy pogotowia. No i wytwórcy trumien tudzież grabarze. A nade wszystko funkcjonariusze policji.
Ogródki są bowiem siedliskiem przestępczości wszelakiej, acz pospolitej. Przyznają to sami działkowcy, którzy zrobili stosowne badania i wyszło im, że niemal w każdym ogródku choć raz w roku dochodzi do kradzieży z włamaniem. Oczywiście najczęściej czasie, gdy wegetacja roślin zamiera, a działkowcy na parę miesięcy zapominają, że są działkowcami. Życie na terenie ogródków jednak nie zamiera. Bo tak się skład, że gdyby nie działkowcy i ich wypasione altanki, wiele osób nie miałoby gdzie spędzać zimy. No i zapraszać znajomych na cieszenie się swoim towarzystwem. Oraz wspólną degustację napojów zawierających etanol.
Gdyby w Krakowie przy Makuszyńskiego nie było ogródka działkowego, to pan Paweł mógłby wciąż wykonywać zawód lakiernika, nie płacić alimentów na swoich troje dzieci. A nawet mógłby towarzyszyć życiowo swojej konkubinie i jej przyjacielowi.
Ogródek jednak był, a w nim od Dnia Kobiet w tamtym roku odbywała się stosowna impreza. Jej gwiazdą była, licząca sobie 39 wiosen, pani Ania. Towarzyszyli jej zaś o rok starszy pan Maciej oraz pan Leszek. Jak mówią wtajemniczeni, pierwszy z panów był aktualnym partnerem pani Ani, a drugi nie był. Niemniej jednak w chwilach niemocy pana Macieja zastępował go godnie.
W takąż sielankę pozwolił sobie wejść pan Paweł. Niebezzasadnie, bo panią Anię, młodszą od siebie o dekadę, znał niemal od dziecka. Początkowo stąd, że była siostrą jego koleżanki z klasy, a potem z powodu wspólnego z panią Anią cieszenia się miłością fizyczną. Sporadycznego – co prawda – ale bardzo wielokrotnego.
I właśnie namiętność była tym, co 9 marca sprowadziło pana Pawła do altanki przy Makuszyńskiego. A rosła ona wraz z ilością tego co przyniósł ze sobą w niepustych przecież rękach, a co lądowało w gardłach biesiadników. Aż się skończyło.
Podówczas to, pan Leszek wyruszył, aby zapas odświeżyć. Ledwo zniknął za drzwiami, pan Paweł zwerbalizował swoje seksualne pragnienie. I miast spotkać się ze zrozumieniem reszty, otrzymał rekuzę. Słowną. Zaoponował głównie pan Maciej. Sposób w jaki odmówił wdzięków pani Ani panu Pawłowi tak się temu nie spodobał, że panowie – niczym średniowieczni rycerze – starli się w pojedynku o białogłowę.
Wygrał go pan Paweł przez wielokrotny nokaut. Wielokrotność wzięła się stąd, że gdy przegrany był już pozbawiony świadomości to pięści pana Pawła wciąż lądowały na jego twarzy.
Pokonawszy rywala pan Paweł liczył, że niewiasta uzna wynik pojedynku i zrobi zadość jego pragnieniom. Przeliczył się.
Kobiecie nie spodobała się pokrwawiona twarz partnera oraz technika zalotów pana Pawła. Skutkowało to słowną odmową wprowadzenia penisa Pana Pawła do własnej pochwy. Tak jak i w jakiekolwiek inne miejsce.
Tego pan Paweł, który od paru miesięcy na nowo się z fizycznością pani Ani zintegrował, zrozumieć nie mógł. Pozwolił sobie zatem naruszyć jej nietykalność, poprzez uderzanie pięściami. Ponieważ stanowisko pani Ani było niezmienne, choćby dlatego, że nie mogła mówić, pan Paweł pozwolił sobie pozbawić ją przyodziewku. Potem korzystając z leżących obok ubrać skrępował nogi kobiety. Ręce zaś przywiązał do wystającego ze ściany za kanapą gwoździa. Nie wiedzieć czemu w tym czasie panu Pawłowi wywietrzała z głowy myśl o erotycznych karesach. Pojawiła się za to żądza ognia.
Podpalił zatem kanapę na której leżała skrępowana, ale przytomna kobieta. Podpalił parę innych miejsc, które podpalić się dały. Do płomieni dorzucił dwa leżące na wierzchu dezodoranty. I wyszedł.
Postał chwilę na zewnątrz i gdy wybuch dezodorantów rozprzestrzenił pożar na całą altanę, uznał swoją misję za zakończoną.
To był błąd. Nie przewidział hartu ducha pana Macieja. Ten bowiem nadgryzany jęzorami ognia odzyskał przytomność. I to na tyle, aby skonstatować, że pani Ani pomóc nie zdoła. A sobie – jak najbardziej. W związku z czym wziął i wyszedł. Dotarł nawet na stację benzynową, skąd wezwał pogotowie, policję i służby gaśnicze. Te ostatnie tylko po to aby dogasiły zgliszcza i skonstatowały odnalezienie zwęglonych zwłok.
W tym czasie pan Paweł wrócił na łono konkubinatu, poszerzonego o przyjaciela domu. I oznajmił, że puścił z dymem altankę wraz z dwiema osobami. Partnerka pana Pawła i ich znajomy słysząc to oświadczenie powiedzieli, że jak sam na siebie nie doniesie, to zrobią to oni. Wobec takiego przejawu nielojalności pan Paweł wykonał telefon na policję oznajmiając, że dokonał masowego zabójstwa.
Policja przyjechała szybko i umniejszyła panapawłowe poczucie winy przemieszane z kacem. Pomniejszyła o jedną ofiarę, która przeżyła. I mimo poparzeń II i III stopnia, wstrząśnienia mózgu i innych kontuzji złożyła nader ciekawe zeznania.
Teraz pan Paweł siedząc w areszcie i od czasu do czasu na sali sądowej, zastanawia się jak do tego doszło. I wciąż nie może zrozumieć dlaczego pani Ania nie chciała. Ale ponieważ nic nie zapowiada, żeby w pierdlu spędził mniej niż ćwierć wieku, to może z czasem na tak postawione pytanie sobie odpowie.
Spalonej altanki nikomu się nie chciało odbudować. Tak samo jak wielu innych, które co roku palą się w ogródkach działkowych wraz z zawartością mieszkających w nich zimą i dogrzewających się żywym ogniem bezdomnych. Czasem jednak działkowcy mają szczęście, bo zamiast pożaru lokatorów minidomków zabija czad, dopalacze, trefne dragi, czy cokolwiek innego, co jednak nie niszczy altanek.
Nikt nie prowadzi statystyk umieralności na terenie ogródków działkowych, ale zdaniem policjantów liczba śmiertelnych ofiar ogródków to najwyżej 100 rocznie. I troszkę spada.
Co dziwne nie jest, bo ogródków działkowych jest coraz mniej. W ciągu ostatnich 11 lat powierzchnia tego typu obiektów skurczyła się o 2,8 tys. hektarów. Ubyło ponad 51 tys. działek. Ale i tak jest ich ponad 900 tysięcy. Dzięki czemu życie towarzyskie i uczuciowe Polaków wciąż ma gdzie rozkwitać.

Michel Piccoli (1925-2020) Intelektualista Don Juanem

Można go zobaczyć w głośnych kiedyś, dziś archiwalnych (dostępnych w internecie) filmach: „French cancan” Jean Renoira (1954) i „Wielkie manewry” (1955) René Clair’a, w obu przypadkach w epizodzie młodego oficerka (urodził się 27 grudnia 1925 roku Paryżu).

W tych małych rólkach młodego, rosłego, „pięknego”, uwodzicielskiego mężczyzny można odczytać wczesną zapowiedź aktorskiego emploi przyszłego, wielkiego Michela Piccoli. Jednak uroda Piccoliego nie była tak spektakularna jak n.p. Alaina Delon, by z samego punktu wyjścia wprowadzić go szybko na falę sławy. Pierwsze jego zawodowe dziesięciolecie tworzyły więc epizody, nie zawsze odnotowywane w czołówkach, choć akurat w 1956 roku zauważył go Luis Bunuel i powierzył mu niewielką, acz ważną rolę w „Śmierci w ogrodzie”.
Na szerokie wody kariery wyniosła go jego pierwsza główna rola, zagrana w „Pogardzie” Jean Luc Godarda (1963), według głośnej powieści Alberta Moravii, gdzie w roli Paula Javal stworzył duet z Brigitte Bardot. Ta rola, w której akurat nie zagrał „triumfującego uwodziciela”, uwierzytelniła jego aktorski talent i magnetyzm ekranowy. Potwierdza to uznanie, jakim obdarzył go Luis Bunuel, który powierzył mu role w „Dzienniku panny służącej” (1964), „Piękności dnia” (1967), „Mlecznej drodze” (1969), „Dyskretnym uroku burżuazji” (1973) i „Widmie wolności” (1974). Bardzo owocny był dla Piccoli’ego rok 1967. Nie tylko dlatego, że zagrał wtedy role w głośnych i kasowych filmach „Panienki z Rochefort” Jacques Demy i „Beniamin, czyli pamiętnik cnotliwego młodzieńca” Michela Deville, ale także dlatego, że zaczął się jego najlepszy okres w karierze: „Topaz” Alfreda Hitchcocka (1969), „Okruchy życia” Claude Sautet (1969), „Dekada strachu” Claude Chabrol (1971), „Max i ferajna” Claude Sautet (1971), „Porwanie” Yves Boiset (1972), „Wielkie żarcie” Marco Ferreri (1973), „Vincent, François, Paul i inni” Claude Sautet (1974), „Ostatnia kobieta” Marco Ferreri (1976), „Noc w Varennes” Ettore Scola (1982), czy „Nieznajoma z Sans Souci” Jacques Rouffio (1982). W ciągu całej swojej, trwającej równo 70 lat kariery (1944-2014) zagrał ponad sto ról.
Jego szczupła sylwetka, z charakterystyczną łysiną w wianku kręconych, z czasem szpakowatych włosów, wytworny, spokojny sposób bycia eleganckiego, czasem nieco cynicznego intelektualisty, a także uwodzicielski erotyzm – podkreślane oszczędnością używanych środków aktorskich sprawiły, że powierzano mu role zamożnych francuskich mieszczan, arystokratów, duchownych, wysokich urzędników, oficerów policji, a seksualne, czasem wyuzdane, choć sugerowane w sposób dyskretny, podteksty granych przez niego postaci, czyniły go jako aktora francuskiego kina, postać ucieleśniającą, przez kilka dziesięcioleci, styl bycia, cechy psychiczne i mentalne, a także gusty estetyczne i aspiracje zamożnych francuskich sfer wyższych lub klasy średniej.
W 1980 roku Piccoli wyróżniony został na festiwalu w Cannes nagrodą dla najlepszego aktora za rolę w filmie „Skok w pustkę” reż. Marco Bellocchio, a w 1982 „Srebrnym Niedźwiedziem” na festiwalu w Berlinie za rolę w „Dziwnej sprawie” w reż. Pierre Granier-Deferre. W 1999 był członkiem jury na festiwalu w Cannes. Stawał też za kamerą jako reżyser. W 2011 zagrał główną rolę papieża w reż. Nanniego Moretti, za którą otrzymał nagrodę „David di Donatello” dla najlepszego aktora.
Michel Piccoli był człowiekiem lewicy, zdecydowanym przeciwnikiem Frontu Narodowego. W 2002 roku poparł w kampanii prezydenckiej socjalistę Lionela Jospin. Zmarł 12 maja 2020 w Saint-Philbert-sur-Risle.

Luis Sepulveda – pisarz, rewolucjonista, ekolog

Odnoszę wrażenie,że w ostatnim czasie odchodzi z tego świata wyjątkowo dużo znanych i wybitnych ludzi. Nie tylko w Polsce,lecz w całym świecie. Pewnym symbolem była śmierć Krzysztofa Pendereckiego. W minionych dniach zmarli m.in.: dr Krystyna Łybacka-długoletnia posłanka, eurodeputowana, była minister edukacji i sportu,a także prof. Janusz Symonides – prawnik i długoletni dyrektor PISM-u (Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych). Symboliczny stał się dla mnie też zgon na koronawirusa w wieku 71 lat w Oviedo (w Asturii) chilijskiego twórcy (pisarza, dziennikarza, człowieka filmu), działacza lewicy oraz alterglobalisty – Luisa Sepulvedy.

Poczynając od lat 60, a zwłaszcza w dekadzie lat 70. i 80., ogromną popularność w świecie (w Europie bodaj największą we Francji i Polsce) zaczęła zdobywać literatura Ameryki Łacińskiej. Jej twórcy (poeci i powieściopisarze) odnoszący wielkie sukcesy,wywodzili się z różnych krajów i szereg z nich zasłużenie zostało wyróżnionych Nagrodami Nobla.
Wspomnę tylko niektórych:Jorge Luis Borges i Julio Cortazar z Argentyny,Paulo Coelho z Brazylii,Gabriela Mistral i Pablo Neruda z Chile, Miguel Angel Asturias z Gwatemali, Alejo Carpentier z Kuby, Gabriel Garcia Marquez z Kolumbii (nota bene autor „Miłości w czasach zarazy”), Carlos Fuentes i Octavio Paz z Meksyku, Mario Vargas Llosa z Peru. Do ich popularności nad Wisłą przyczynili się w dużym stopniu znakomici tłumacze z hiszpańskiego i portugalskiego, m.in. Carlos Marrodan Casas, Kalina Wojciechowska czy Grażyna Grudzińska).
Sepulveda był i jest nad Wisłą mniej znany niż wspomniana przeze mnie czołówka autorów latynoamerykańskich, ale życiorys miał wyjątkowy. Bogatszy niż Hemingway, którego uważał za swego mistrza.
Wnuk andaluzyjskiego anarchisty zmuszonego uciec do Ekwadoru,a następnie do Chile, oraz Indianki Mapuche działał w młodzieżówce komunistycznej. Za rządów prezydenta Allende był jednym z jego ochroniarzy,a po zamachu gen. Pinocheta we wrześniu 1973 r. aresztowano go, brutalnie torturowano i skazano na 28 lat więzienia.
Po prawie 3 latach,dzięki wstawiennictwu Amnesty International, otrzymał w Szwecji azyl polityczny, lecz postanowił wrócić do Ameryki Południowej.Pobyt u Indian Shuarów w 1978 r. posłużył mu do badania wpływu kolonizacji i stworzył materię do pierwszej powieści.
Wkrótce potem trafił do Nikaragui, gdzie w brygadzie im. Simona Bolivara uczestniczył w walce zbrojnej z dyktaturą Somozów po stronie sandinistów (FSLN). Jednak coraz częściej wykazywał rozczarowanie tym,że-jak pisał-”piękne rewolucje kończą się piekłem z powodu wiecznych ułomności: dogmatyzmu,uniformizacji i braku twórczej szlachetności”. Osobiście wcale mu się nie dziwiłem. Gdy patrzy się np. na Nikaraguę (odwiedzałem ten kraj w 1983r.,w okresie euforii rewolucyjnej) to były lider sandinistów Daniel Ortega (prezydent w latach 1985-90 i od I 2007 r.) kompletnie zmienił front. Z rewolucjonisty stał się czystej wody prawicowcem między innymi żonę Rosario Murillo uczynił swoim zastępcą i całkowicie zakazał aborcji.
Luis Sepulveda miał też skomplikowane życie osobiste-kilka żon,sporo dzieci,a mieszkał m.in. w Hamburgu i Paryżu. Zdecydował się nie wracać do Chile,choć uważnie śledził sytuację w swej ojczyźnie. W 1996r. postanowił osiąść w Gijon,w Asturii-na północy Hiszpanii.
Wcześniej współpracował też z Greenpeace, pływając m.in. na statkach tej organizacji. Mnie zainteresował także dlatego, iż uważam Chile za jedno z najciekawszych i najpiękniejszych państw świata. Odwiedzałem również Patagonię, której poświęcił dwie książki:”Express Patagonia” i „Podróż do świata na końcu świata”. Warto pamiętać, iż w fantastycznej stolicy argentyńskiej Patagonii – Ushuaia (jej chilijskim odpowiednikiem jest równie ciekawe Punta Arenas)znajduje się „oficjalny koniec świata” i też kursuje tam „kolej na końcu świata.
Książki Sepulvedy przełożono na ok. 60 języków. Kilka z nich także na polski, np. „O starym człowieku, co czytał romanse”, „Historia o mewie i kocie,który ją uczył latać:Dla dzieci od lat 8 do 88”, czy „Niemy Uzbek”. Warto przetłumaczyć kilka innych,w tym bodaj ostatnią „Koniec historii” (z 2017 r.) – będącą rozrachunkiem z juntą chilijską.

Leonid Zorin i jego „Warszawska melodia”

Ostatniego dnia marca w Moskwie zmarł Leonid Zorin – jeden z najbardziej znanych dramatopisarzy i prozaików rosyjskich, twórca, którego literacka kariera trwała niewiarygodnie długo, bo aż niemal dziewięćdziesiąt lat.

Rozpoczął ją jako dziewięciolatek jeszcze w 1933 roku, kiedy wyszedł tomik jego wierszy; na dalszą literacką błogosławił go wtedy sam Maksym Gorki, któremu malec złożył wizytę na daczy eskortowany przez Izaaka Babla i który napisał potem o wunderkindzie opublikowany w „Prawdzie” szkic „Chłopiec”. W 1941 roku Zorin debiutował jako autor teatralny, który to rodzaj aktywności wnet miał na dziesięciolecia stać się dlań najważniejszym – teatr w rodzinnym Baku wystawił jego „Sokoły”; choć rzecz zakończyła się klapą, już w roku 1949 kolejną sztukę naszego autora, teraz już moskwianina, zatytułowaną „Młodość”, wzięła na warsztat jedna z czołowych scen stolicy – Teatr Mały. Odtąd Zorin zadomowił się na rosyjskich scenach już na dobre, regularnie dostarczając im coraz to nowe swe utwory, których liczba dosięgła pół setki; jego płodność, rezultat zarazem fanatycznej pracowitości i nieprzerwanej weny twórczej, niektórym przywodziła trochę na myśl Lopego de Vegę.
Pisał Zorin zarówno o współczesności, jak i o przeszłości; historycznego kostiumu używał jednak często do aluzyjnego dyskursu o tej pierwszej. Choć nigdy nie zaliczał się do opozycjonistów, nigdy też nie był twórcą dyspozycyjnym, a kłopotów z cenzurą doświadczał niejeden raz. Opublikowana przezeń na początku 1954 roku w miesięczniku „Tieatr” sztuka „Goście”, której negatywnym bohaterem był wysoki funkcjonariusz aparatu władzy, okazała się jak na dojrzewającą dopiero polityczną odwilż stanowczo zbyt śmiała; poddana bezlitosnej krytyce i objęta zakazem wystawiania, jeszcze po latach w różnych informacjach o autorze bywała konsekwentnie pomijana (jak np. w II tomie radzieckiej „Encyklopedii teatralnej” z 1962 roku). A kiedy w roku 1964 „Rzymską komedię” Zorina – rzecz o cesarzu Domicjanie oraz jego dwóch poetach, bezkompromisowym Dionie i wyrachowanym Serwiliuszu, czyli o władcy i artystach – zaczęły próbować dwa słynne teatry: Teatr im. Wachtangowa w Moskwie (reżyserował Ruben Simonow, rolę Diona objął Michaił Uljanow) oraz Wielki Teatr Dramatyczny w Leningradzie (w reżyserii Gieorgija Towstonogowa) – w Moskwie na premierę zezwolono, ale w bardziej wówczas ortodoksyjnym Leningradzie Towstonogow zgody nie dostał, a sztuka stała się jedynym w biografii wielkiego reżysera spektaklem niedopuszczonym do publicznej prezentacji. Pełne za to oficjalne uznanie zyskali sobie „Dekabryści” Zorina (1966) – pierwsza część zamyślonej i wystawionej przez Olega Jefriemowa w jego Sowriemienniku trylogii historycznej, na którą złożyli się nadto „Narodowolcy” Aleksandra Swobodina i „Bolszewicy” Michaiła Szatrowa; kilka lat później cara Mikołaja I skonfrontował Zorin z Aleksandrem Puszkinem – w „Miedzianej babci”, której akcja toczy się w niespełna dekadę po „Dekabrystach”, a która, choć też nie bez przeszkód, miała swoją, do dziś przeze mnie dobrze pamiętaną prapremierową realizację w MChAT, również w reżyserii Jefriemowa i z nim samym w roli poety. W tychże latach siedemdziesiątych spod pióra Rozowa wyszła też liryczna komedia „Brama Pokrowska” (nazwa placu w Moskwie) – jak o niej pisano, „hymn dla Chruszczowowskiej odwilży”, dla czasów, „kiedy wszyscy żyli w upajającym przedsmaku szczęścia”; olbrzymią popularność zyskał sobie oparty na niej dwuczęściowy film telewizyjny, w 1982 roku zrealizowany przez aktora i reżysera Michaiła Kozakowa, gdzie główną rolę zagrał dwudziestoletni wtedy Oleg Mieńszykow; skądinąd film ten, nakręcony w konwencji, w której liryzm przeplata się z burleską, i uznany na kolaudacji za płytki i banalny, nim trafił do widza, przeleżał rok na półce.
Przy okazji tej „Bramy Pokrowskiej” nie od rzeczy będzie przypomnieć, że kino zawdzięcza Zorinowi sporo jeszcze innych ważkich inspiracji. Z tych najważniejszych wymieńmy zwłaszcza współautorstwo – wraz z reżyserami Aleksandrem Ałowem i Władimirem Naumowem – scenariusza głośnego filmu „Pokój przychodzącemu na świat” (1961); nagrodzona Srebrnym Lwem w Wenecji opowieść o młodziutkim rosyjskim lejtnancie, który w ostatnich dniach II wojny konwojuje do radzieckiego szpitala oczekującą rozwiązania Niemkę, stała się, jak pisał polski już krytyk, pięknym wykładnikiem sensu wojennej batalii, prowadzonej w nadziei szczęśliwszego jutra ludzkości. A w roku 1979 napisaną dwadzieścia lat wcześniej sztukę Zorina „Poczciwcy” – o naiwnych uczonych, z altruistycznych pobudek torujących drogę do awansów tępemu i cynicznemu koledze – obrał sobie za kanwę reżyserskiego debiutu Karen Szachnazarow. Przez ostatnie czterdzieści lat Zorin oddawał się wszakże coraz to bardziej prozie – i w tej dziedzinie osiągając niemałe sukcesy, obficie czytany, komentowany i nagradzany; pisał i publikował do samego końca.
W Polsce przełożyliśmy kilka jego sztuk – wśród nich „Dostrzec w porę”, wspomnianych „Poczciwców” i „Rzymską komedię”; tę pierwszą – o czworgu przyjaciół w młodości i w wieku dojrzałym – w swoim czasie zagrało kilka naszych teatrów. Jednak najbardziej na naszą pamięć zasługuje Zorin z powodu także u nas tłumaczonej i granej „Warszawskiej melodii”. Ten powstały w 1966 roku bodaj najsłynniejszy rosyjski melodramat owych lat czyni dwojgiem swych bohaterów młodą Polkę Helenę i młodego Rosjanina Wiktora, którzy poznają się w końcu roku 1946 w Moskwie – ona studiuje śpiew, on, przedtem frontowy żołnierz, winiarstwo. Rodzącemu się romantycznemu uczuciu i wspólnym planom na przyszłość staje na przeszkodzie rozporządzenie radzieckich władz, zakazujące małżeństw z cudzoziemcami; Wiktor nie potrafi niczego przedsięwziąć, zrozpaczona Helena wraca do Polski. Do ponownego ich spotkania dochodzi po dziesięciu latach w Warszawie; oboje mają na swym koncie niemałe osiągnięcia zawodowe, oboje też są w nowych związkach, choć najwyraźniej żałując tego, który utracili; desperacki krzyk duszy Heleny u obawiającego się konsekwencji Wiktora nie znajduje odzewu. Gdy po kolejnych dziesięciu latach spotkają się znowu, tym razem na powrót w Moskwie, w sali koncertowej konserwatorium, w której niegdyś się poznali, a teraz Helena daje gościnny recital, ich połączeniu pozornie nic już nie będzie stać na przeszkodzie – ani ich małżonkowie, z którymi się rozstali, ani prawo, które dawno się zmieniło; jednak wszystko to, co ich kiedyś wiązało, już wygaśnie – najpierw ogłuszone przez system, potem stępione przez brak odwagi mężczyzny, wreszcie ostatecznie stłumione przez czas…
Prapremierę „Warszawskiej melodii” dał w 1967 roku znowu moskiewski Teatr im. Wachtangowa, znowu w reżyserii Rubena Simonowa (dla którego ta realizacja miała okazać się ostatnią) i znowu w gwiazdorskiej obsadzie: Helenę zagrała Julia Borisowa, Wiktora – Michaił Uljanow. W roku następnym sztukę grały już 93 radzieckie teatry, w których pokazano 3514 jej przedstawień, co dawało utworowi Zorina wśród wszystkich granych w owym roku w ZSRR rodzimych i obcych dzieł dramatycznych drugie(!) miejsce; w 1969 roku „Warszawska melodia” miała tam 1932 przedstawienia w 83 teatrach, w roku 1970 – 1035 przedstawień w 57 teatrach. W roku 1969 spektakl Teatru im. Wachtangowa został zarejestrowany przez radziecką telewizję. Rola Heleny stała się dla niejednej rosyjskiej aktorki najlepszą w karierze; naturalną koleją rzeczy sztuka Zorina okazała też w tych latach duży wpływ na ukształtowanie i utrwalenie ówczesnego rosyjskiego stereotypu współczesnej Polki – błyskotliwej i pełnej gracji, ale i godności, czułej i wrażliwej, ale zarazem silnej i odważnej.
U schyłku ubiegłego stulecia Zorin napisał sequel „Warszawskiej melodii”, zatytułowany „Skrzyżowanie”, gdzie Helena i Wiktor przypadkowo spotykają się na jakimś zachodnioeuropejskim lotnisku już jako ludzie siedemdziesięcioletni: ona jest świadoma, z kim ma do czynienia, on zaś jej nie rozpoznaje i jakby rachując się z samym sobą opowiada rzekomej nieznajomej dzieje swej młodzieńczej miłości. W prapremierowym spektaklu „Skrzyżowania” w 1998 roku w moskiewskim Teatrze im. Jermołowej zagrali Elina Bystricka (legendarna Aksinia z filmowego „Cichego Donu”) i Władimir Andriejew; równocześnie na przełomie wieków nastąpił sensacyjny renesans zainteresowania poprzedniczką, czego apogeum stał się spektakl samego Lwa Dodina w jego Małym Teatrze Dramatycznym w Petersburgu w roku 2007. Zorin pisał wtedy o swym klasycznym już dziele: „Z czasem pojąłem, że to temat uniwersalny, że to nie po prostu historia o tym, jak mocarstwo lub dokładniej supermocarstwo jak walec zgniotło uczucie, nadzieję i szczęście. Rzecz ma się gorzej i straszniej: wszędzie na ziemi, na całym tym otoczonym kosmosem globie, miłość jest niezmiennie czymś z innej planety, zawsze nie we właściwym czasie i nie na swoim miejscu, zawsze obca i nieodpowiednia, wszędzie w jej drżącym głosie słychać płonność i beznadzieję.”
Obie sztuki o Helenie i Wiktorze, połączone w jeden spektakl, przywozili do Polski kilka lat temu aktorzy z Irkucka…

Krystyna Łybacka (1946-2020)

Bardzo zasmuciła wiadomość o śmierci Krystyny Łybackiej. Była jasnym punktem na niezbyt czystej mapie politycznych uwikłań, napięć i wszystkiego co źle się z polityką kojarzy. Była przykładem, rzadkim niestety, że w brutalnej walce politycznej można stosować zasady i ich przestrzegać, że są wartości którym trzeba służyć, że są prawdy które warto głosić. Politykę rozumiała wedle greckiego źródłosłowu, jako rozwiązywanie problemów państwa. Zgodnie z myślą Arystotelesa polityka nie była dla Niej celem samym w sobie, a sposobem osiągania dobra wspólnego, pracy nad harmonijnym rozwojem państwa i społeczeństwa.
Mimo mojej niższej rangi (byłem wiceministrem kultury) nigdy nie odczuwałem ze strony Krystyny Łybackiej wyższości, jaką czasem dawało się wyczuć w kontaktach z „pełnymi” ministrami, podkreślającymi swe konstytucyjne umocowanie w rządzie. Mieliśmy stosunkowo częste kontakty, jak choćby przy okazji prac nad przyznaniem kulturze odpisu z zysków totalizatora sportowego. Była to, mało realna jak się początkowo wydawało, inicjatywa ministra Andrzeja Celińskiego, która o dziwo zyskała wsparcie właśnie minister Łybackiej, w której resorcie znajdowały się wówczas sprawy sportu. Rozumiała potrzeby kultury, wręcz tragiczną wówczas naszą sytuację finansową, potrafiła podjąć decyzję o odstąpieniu nam części środków. Była wrażliwa na sprawy kultury, tak jak spora część umysłów ścisłych była otwarta na sztukę, literaturę, problemy środowisk twórczych.
Po nagłej śmierci Andrzeja Urbańczyka – żelaznego kandydata SLD na fotel ministra kultury, nie było początkowo pomysłu kto mógłby go zastąpić. Pojawiła się wówczas koncepcja połączenia resortu edukacji i kultury z Krystyną Łybacką jako szefową potężnego projektowanego nowego resortu. Po latach powiedziała mi, że chciała wówczas bym kierował pionem kultury jako jej zastępca w randze sekretarza stanu… Sprawy potoczyły się inaczej, kultura ostała się samodzielna początkowo z ministrem Celińskim, a sport połączono z edukacją.
Jesienią 2003 roku prowadzona była bardzo intensywna kampania unijna przed przygotowywanym referendum. Uczestniczyłem w wielu wyjazdach, w różne strony kraju w różnych zespołach, z wieloma ministrami. Najsympatyczniej wspominam wyjazd w zielonogórskie i gorzowskie. Szefową grupy była minister Krystyna Łybacka. W wolnych chwilach rozmawialiśmy o książkach, o Jej zainteresowaniu humanistyką, historią. W jednym z ostatnich dni mego urzędowania w ministerstwie kultury otrzymałem prośbę o pomoc podpisaną przez dyrektor szkoły podstawowej w Janczowej na Sądecczyźnie. Chodziło o środki na remont szkoły, a dokładnie brakowało pieniędzy na wymianę dachu. Ówczesna dyrektor szkoły pani Maria Kogut (kilka tygodni temu wybrana Sądeczanką Roku) przypominała mi w piśmie o moich, sięgających XIX wieku, rodzinnych związkach z tą wsią. Mimo iż już odszedłem z resortu, postanowiłem dopomóc. Poprosiłem Krystynę Łybacką o spotkanie, przedstawiłem problem.
Usłyszałem bardzo szczerą odpowiedź. „Tworzony jest nowy rząd, nie ma w nim miejsca dla mnie i moi współpracownicy już o tym wiedzą, obawiam się że moją prośbę zlekceważą, że już nie pomożemy tej szkole.” Jednak poprosiła o pozostawienie kopii dokumentu; kilkanaście dni później prezydent Aleksander Kwaśniewski wręczył nominacje nowemu składowi rady ministrów, nie było w nim już Krystyny. Uznałem, że sprawy szkoły w Janczowej nie udało się załatwić. Kila lat później otrzymałem pocztą zaproszenie na spotkanie z uczniami i ich rodzicami do szkoły w Janczowej. Zadzwoniłem do pani dyrektor układając sobie wcześniej jak wytłumaczę się z niezrealizowania jej prośby. Pani dyrektor nie dała mi jednak dojść do słowa, opowiedziała na jaką to doroczną uroczystość mnie zaprasza i zakończyła słowami: „Przecież musi pan przyjechać, musi pan zobaczyć jak nasza szkoła wygląda po remoncie, z dachem który mamy dzięki panu. Pomyślałem od razu o niezawodnej Krystynie Łybackiej, która mimo zamykania swych spraw w resorcie, niełatwych procedur opuszczania stanowiska, co na pewno nie sprzyjało ani dobremu nastrojowi, ani pamiętaniu o licznych prośbach z różnych stron, jednak moją prośbę dotyczącą szkoły na sądeckiej wsi potraktowała jako sprawę ważną, do załatwienia. Rzetelna, słowna, odpowiedzialna…
Wielokrotnie bywając później w Poznaniu spotkałem się z Krystyną choćby na krótką rozmowę. Ceniłem Jej ocenę aktualiów, byłem ciekaw Jej prognoz, dzieliłem troskę o przyszłość kraju, o perspektywy lewicy. Nie zapomnę, że jako jedna z dwójki posłów (drugim był Tadeusz Iwiński) mocno i z przekonaniem zaangażowała się w 2015 roku w obronę Państwowego Instytutu Wydawniczego, walcząc logiką wypowiedzi i jasnością argumentów z niezrozumiałym, opartym na fałszywych przesłankach, wspólnym projektem resortu skarbu i kultury (sic!) likwidacji tego zasłużonego wydawnictwa.
Zależało mi by w marcu tego roku Krystyna Łybacka uczestniczyła w Poznańskim spotkaniu wokół opracowanych przeze mnie wspomnień mojej babci Zofii Skąpskiej „Dziwne jest serce kobiece”. Zależało mi by mogła tę książkę przeczytać. Niestety nie odebrała telefonu, nie odpisała na SMS. Zapewne już chorowała.
Odeszła Wielka Dama polskiej polityki, dystyngowana, wyważona, wzór elegancji, dobrych manier… Wzór tak dziś potrzebny, a tak nieprzystający do współczesnych obyczajów. Właśnie dlatego już teraz tak bardzo Jej brakuje.

JESZCZE O PENDERECKIM

Krzysztofa Pendereckiego godnie pożegnał już na tych łamach Krzysztof Lubczyński – ale o Pendereckim nigdy dość. Bo przecież w jego osobie kilka dni temu utraciliśmy najbardziej znanego i cenionego w świecie spośród żyjących polskich twórców, przy tym do końca tak obficie i tak wielostronnie aktywnego.

Był Penderecki jako artysta dziecięciem lat naszej kulturalnej i politycznej popaździernikowej odwilży, ostatnim już bodaj z gigantów, którzy tak wspaniale wdarli się wtedy na polski i światowy artystyczny Olimp i tak bardzo zaważyli na obliczu światowej sztuki, którzy współtworzyli ów złoty okres w dziejach polskiej dwudziestowiecznej kultury, jakim stało się popaździernikowe z górą ćwierćwiecze. Był to czas polskiej szkoły kompozytorskiej z Lutosławskim, Góreckim, Bairdem, Serockim, Kilarem, czas wzlotu polskiego teatru z Grotowskim, Kantorem, Swinarskim, Dejmkiem, czas polskiej szkoły filmowej z Munkiem, Hasem (któremu Penderecki napisał wtedy muzykę do „Rękopisu znalezionego w Saragossie”), Wajdą, Kawalerowiczem, Kutzem, czas Różewicza w poezji i dramaturgii (któremu Penderecki napisał muzykę do krakowskiej inscenizacji sztuki „Wyszedł z domu”).
Na drogi i losy polskiej i światowej twórczości kompozytorskiej Penderecki okazał najsilniejszy wpływ właśnie wówczas – w latach sześćdziesiątych, siedemdziesiątych czy osiemdziesiątych, i to w sposób tyleż błyskotliwy, co paradoksalny. Za sprawą oszałamiającego jak na początkującego twórcę triumfu – zdobycia naraz trzech pierwszych nagród na prestiżowym konkursie Związku Kompozytorów Polskich w 1959 roku – w jednej chwili ulokował się wśród czołowych twórców muzycznej awangardy, zwłaszcza jeśli idzie o poszukiwania nowych efektów brzmieniowych; „stał się sławny tak nagle, jak żaden inny kompozytor w którejkolwiek epoce” – napisał o nim brytyjski muzykolog Keith Potter.
Wyjątkową pozycję, jaką w nowej muzyce zajął Penderecki, niebawem spektakularnie potwierdził głośny „Tren ofiarom Hiroshimy” na 52 instrumenty smyczkowe (1960). Ale, już z pozycji jednego z jej uznanych koryfeuszy, Penderecki wnet tę awangardę zakwestionował, w poszukiwaniu dróg komunikacji ze słuchaczem najpierw zwracając się ku tradycyjnym formom muzycznym (wspaniała Pasja według św. Łukasza z 1966 roku i o trzy lata późniejsza opera „Diabły z Loudun”), a potem radykalnie zmieniając sam język kompozytorski (powstały w drugiej połowie lat siedemdziesiątych, a manifestacyjnie nawiązujący do idiomu romantycznego I Koncert skrzypcowy). Choć podobną doń drogę obrało wtedy wielu – w Polsce na przykład Górecki, Kilar czy Twardowski, w niejednym kręgu tego nowego Pendereckiego, nazwanego teraz „koniem trojańskim awangardy”, przyjęto z niejaką konsternacją; bezapelacyjne uznanie powróciło, gdy kompozytorowi udało się znaleźć frapującą syntezę starego i nowego, której symbolem dla mnie stała się opera „Czarna maska” według dramatu Hauptmanna.
Do dziś pamiętam w szczegółach wrażenie, jakie uczyniła jej polska prapremiera w Teatrze Wielkim w Poznaniu 25 października 1987 roku, przygotowana przez Mieczysława Dondajewskiego, z Ewą Werką w głównej roli Benigny; frenetyczna owacja unosząca się z widowni, na której zasiadła elita polskiego życia muzycznego (ja byłem tam jako ten od muzyki w Wydziale Kultury KC PZPR), trwała ponad kwadrans! Zaliczam to neoekspresjonistyczne w klimacie i języku muzycznym, upajające swą wyrafinowaną polifonią dzieło do najbardziej fascynujących oper ostatniego ćwierćwiecza XX wieku – wraz z „Martwymi duszami” Szczedrina, „Learem” Reimanna, „Duchami Wersalu” Corigliana, „Idiotą” Wajnberga. A z tego, co Penderecki napisał już w XXI stuleciu, bardzo silnie przemówiły na przykład skomponowane w związku z obchodami 200. rocznicy urodzin Chopina „Pieśni zadumy i nostalgii – Powiało na mnie morze snów” do tekstów poetów polskich.
Wielki erudyta, subtelny znawca literatury i sztuki, chłonął Penderecki i wykorzystywał inspiracje czy to muzycznej, czy filozoficznej lub literackiej natury, pochodzące z najróżniejszych epok i najróżniejszych kultur. Olbrzymi ilościowo jego dorobek jest tak różnorodny myślowo i formalnie jak różnorodne są okazy drzew z całego świata, sprowadzone i hodowane przezeń w arboretum w jego ukochanych Lusławicach. W centrum jego wielkiego muzycznego dzieła zdawał się przy tym zawsze pozostawać – niezależnie od takich czy innych werbalnych deklaracji – Człowiek i jego najwyższe wytwory: piękno i dobro. Nadawało to jego muzyce wymiar i wydźwięk bardzo uniwersalny; z uwagą też jej słuchano i ją komentowano na wszystkich bodaj kontynentach, wszędzie też Penderecki jako kompozytor (a także jako nader aktywny dyrygent) bywał nad wyraz pożądanym gościem, czego jednym z dowodów stały się zamówienia kierowane doń czy to z okazji 25-lecia ONZ, czy to 200-lecia Stanów Zjednoczonych Ameryki, czy to 850-lecia Moskwy, czy to 3000-lecia Jerozolimy. Na spływający z całego świata potok nagród i zaszczytów reagował nie bez satysfakcji, jednak ze szczególną intensywnością przeżywał zawsze sprawy polskie, i w swej muzyce („Polskie Requiem”!), i poza nią, zwłaszcza w momentach dla swego kraju przełomowych. Ale też bardzo dbał, by nie stać się tu czyimś bezwolnym instrumentem; w roku 1980 na prośbę Solidarności o uczczenie pamięci poległych stoczniowców natychmiast zareagował wstrząsającą „Lacrimosą”, lecz burzliwą jesienią roku następnego ponad uczestnictwo w zjeździe związku przedłożył podróż do Moskwy dla poprowadzenia tam XIV Symfonii Szostakowicza – jak sam mi mówił, nie chcąc, by nie dawszy sobą manipulować w przeszłości dozwolić na to teraz.
Jego odejście odnotowała większość najpoważniejszych tytułów prasowych na świecie; co prawda niektóre z nich w duchu epoki pop-kultury na pierwsze miejsce wysuwały epizody jego współpracy z gwiazdami muzyki rozrywkowej lub wykorzystanie jego kompozycji w głośnych filmach – „Egzorcyście” Friedkina czy „Lśnieniu” Kubricka. Z wydań, do których dotarłem, najgodniej pożegnał go „The Guardian” – bardzo obszernym i bardzo kompetentnym esejem cytowanego już tu Keitha Pottera, który pojawił się na internetowej stronie dziennika już w parę godzin po śmierci wielkiego kompozytora…