Zmarł Józef Gawlik

W dniu 28 września zmarł w Bytomiu, na niespełna miesiąc przed 93 rocznicą urodzin, Tow. Józef Gawlik – weteran ruchu robotniczego, partyzant Gwardii/Armii Ludowej, członek Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, walczący z bandami reakcyjnego podziemia i bandami UPA, utrwalacz władzy ludowej, działacz PPR, PZPR, ZKP”P” oraz KPP, współtwórca pisma „Brzask” i jeden z pierwszych jego redaktorów, wierny i oddany sprawie Komunista.

Przez dwa lata uczestniczył w budowie Nowej Huty w szeregach Brygady Służby Polsce. Potem pracował w górnictwie, ukończył Technikum Górnicze w Bytomiu i został sztygarem. W lipcu 1952 roku został członkiem PZPR, następnie sekretarzem POP, członkiem Plenum miejskiego i I sekretarzem Komitetu Zakładowego.

Wielokrotnie wyróżniany za pracę zawodową i społeczną, odznaczony medalami resortowymi, zasłużony dla górnictwa, złotą odznaką im. Janka Krasickiego, medalem XXX-lecia PRl, krzyżami zasługi wszystkich klas i Orderem Sztandaru Pracy.

Od 1976 roku był członkiem ZBOWiD, a od 1984 r. uzyskał uprawnienia kombatanckie, które zostały Mu odebrane w 2017 r. Członek organizacji kombatanckich, ostatnio Stowarzyszenia Tradycji Ludowego Wojska Polskiego. Jeden z inicjatorów powstania Związku Komunistów Polskich „Proletariat”, a potem Komunistycznej Partii Polski. Autor wielu publikacji w Brzasku.

Całe życie poświęcił pracy dla dobra innych, do ostatnich chwil aktywnie zainteresowany działaniami Naszej Partii. Po śmierci oddał swoje ciało do dyspozycji nauki. Dla nas – komunistów był wzorem zaangażowania i aktywności dla dobra społeczeństwa i idei społecznej sprawiedliwości.

Cześć Jego Pamięci!

KKW KPP, Redakcja „Brzasku”

Towarzysze wspólnej walki

I tylko esemesy popiskują

Bura codzienność, która jednak wciąga

Szacunek dla pisarza, który mogąc bujać w obłokach swojej wyobraźni, kreować barwne i intrygujące światy, popisywać się erudycją, rozsnuwać wdzięk stylu lub ukazywać światy rzeczywiste, a efektowne, zdecydował się na zatrzymanie się w rzeczywistości najokropniejszej, w sferze fizjologii, bólu, cierpienia, upokorzenia, zamknięcia, smutku, bezradności, samotności, beznadziei, śmierci, jakby w „anusie” życia.
Dom opieki, starość i całą tę szarą codzienność oddziału szpitalnego pokazuje Grzegorz Uzdański (rocznik 1979) oczyma młodego wolontariusza. Materia tej lektury jest okropna: stare ciała, niesprawność, zanieczyszczone pieluchy, smród, wszystko to pokazane fragmentami z naturalistyczną dokładnością. Są też echa świat zewnętrznego, monotonia i banalność codzienności, jakieś problemy rodzinne, małżeńskie, emocjonalne. I choć przestrzeń, którą ukazuje Uzdański nie tak bardzo różni się od podobnej w podobnych miejscach pół wieku temu dajmy na to, to w tle pojawiają się detale charakterystyczne dla naszej współczesności: znane tytuły gazet, seriale i reklamy „lecące” z telewizora, sygnały esemesów. Ale oto w mojej percepcji czytelniczej dzieje się coś dziwnego. Cała ta nieprzyjemna, nieefektowna, bura, może nawet z definicji nudna materia (nomen omen – materia, trafne słowo) faktograficzna, materia „świata przedstawionego”, która powinna odstręczać – wciąga. A to za sprawą pisarskiego talentu. Uzdański ma pisarską spostrzegawczość na detal, wyostrzone zmysły, wrażliwość na „mikrochwile”, dar delikatnej, prawie niedostrzegalnej ironii i mimowolnego komizmu oraz dar wolności od egzaltacji, bo ta powieść nie jest ani trochę czułostkowa.
Ot, siła literatury – materię odpychającą, aż proszącą się o to, by się od niej odwrócić, nie myśleć o niej, nie mieć jej pod powiekami i w tyle głowy, skierować się ku przyjemniejszej strefie egzystencji, ukazać tak, by chciało się czytać. I tak jest w przypadku prozy Uznańskiego.

Grzegorz Uzdański – „Zaraz będzie po wszystkim”, wyd. WAB (gwfoksal), Warszawa 2019, str.223, ISBN 978-83-280-7095-0.

Pisarz wielkiego serca

11 czerwca 2019 o godzinie 7.55, zmarł o Zbigniew Domino, człowiek wielkiego serca, wiedzy i otwartości. Pożegnamy go we wtorek 18 czerwca o godzinie 11.30 na Cmentarzu Komunalnym w Rzeszowie w osiedlu Wilkowyja.

Za pół roku, 21 grudnia, osiągnąłby 90 lat życia. Ale świeżość spojrzenia i umysłu miał o pół wieku młodsze niż z wskazywała na to metryka. Był ciągle taki, jakim go zapamiętaliśmy przy pierwszym poznaniu wtedy, gdy jako redaktor naczelny miesięcznika społeczno-kulturalnego „Profie” od 1975 roku przez pięć lat nie tylko był szefem naszego zespołu redakcyjnego, ale zarazem przyjacielem i przewodnikiem życiowym. Taki pozostał do końca życia. Szczery i przyjazny ludziom. Nie lubił sztucznej podniosłości. Cenił właśnie szczerość u innych.
Krótką notką można określić: sybirak, pisarz, autor kresowo-syberyjskiej sagi powieściowej: „Syberiada polska” (2001), także zekranizowanej, „Czas kukułczych gniazd” (2004), „Tajga. Tamtego lata w Kajenie” (2007), „Młode ciemności” (2012), „Zaklęty krąg” (2017), „Cedrowe orzechy” (1974, poszerzone wyd. w 2014 r.) oraz kilkunastu innych książek. Jego proza tłumaczona była na języki obce. W warszawskim Wydawnictwie EMKA Jacka Marciniaka, w którym ukazały się wszystkie książki pisarza z cyklu syberyjskiego – niebawem ukaże się kolejna, niestety już ostatnia – „Sybiraczka” . Zbigniew Domino już jej nie zobaczy.
„Syberiada polska”, według której Janusz Zaorski nakręcił film pod tym samym tytułem, była najbardziej rozpoznawalna – sztandarowa, nie tylko z racji, że rozpoczynała syberyjski cykl pisarza. Przetłumaczona do tej pory na języki ukraiński, francuski, rosyjski i słowacki. Na Ukrainie otrzymała międzynarodową nagrodę literacką im. Wołodymyra Winnyczenki. W Polsce nagrodę czytelniczą Biblioteki im. Raczyńskich i nominację do nagrody Ikara. Powieść cieszy się wciąż niezmiennym czytelniczym powodzeniem. Znawcy literatury określają ją jako dzieło o niepowszedniej epickiej skali. „Syberiada” – a także kolejne książki wymienione powyżej – najpełniej obrazują masową zsyłkę Polaków na Sybir. Dodatkowo „Syberiadę” wyróżnia to, że głównym zbiorowym bohaterem czyni pisarz polskich chłopów.
Po ukazaniu się powieści ks. Marek Ciesielski Schr na swojej stronie internetowej napisał: „Tak jak Konczałowskiego „Syberiada” jest filmem przekraczającym ramy filmu (dlatego w podtytule jest poematem filmowym), tak „Syberiada polska” przekracza absolutnie granice polskiej prozy. To powieść pomnik, powieść krzyk, powieść elegia. (…) Uważam, że każdy Polak powinien tę książkę wziąć do ręki i trochę nad nią popłakać i pomedytować. To najlepszy podręcznik najtrudniejszej historii jaki znalazłem w literaturze ostatnich lat”.
„Syberiada polska” przetłumaczona na język francuski i wydana przez Les Éditions Noir sur Blanc od razu zyskała zainteresowanie recenzentów m.in. z „Le Monde” i „ Liberation”. Polski pisarz z Rzeszowa, który wszak towarzysko nie gościł nigdy na salonach francuskiej elity literackiej, pojawił się tam jednak za sprawą powieści. Francuscy krytycy zauważyli tę książkę wśród setek nowości wydawniczych na swoim rynku i poświęcili jej niemało uwagi.
A przecież w tym samym czasie Adam Zagajewski ubolewał na łamach „Rzeczpospolitej”, że jego książka tamże „tonęła w kompletnej ciszy”. I pocieszał się, że gdy ukazał się tom wierszy wybranych Herberta też „pojawiła się na jego temat tylko jedna recenzja”. Zagajewski stwierdził nawet, że we Francji poza podziwianym tam Gombrowiczem „recepcja polskiej literatury jest nikła”. W przeciwieństwie do gazet francuskich, polskie media przemilczały wydanie „Sibériade polonaise”. Nie zauważyły też tej książki przedstawicielstwa polskie we Francji, które jak się wydaje powinny z obowiązku śledzić takie wydarzenia i pomagać w przybliżeniu ich miejscowej społeczności. Natomiast za pośrednictwem wspomnianych recenzji we francuskich gazetach o „Syberiadzie” mogli się dowiedzieć mieszkańcy także i w innych krajach, gdzie te dzienniki są kolportowane. Od Antyli i Gujany, przez Belgię, Luksemburg, Szwajcarię, Hiszpanię, Włochy, Senegal, Niemcy po Stany Zjednoczone i Kanadę na drugim kontynencie.
Pisarz z ogromnym szacunkiem odnosił się do osób, które dziś próbują łączyć tych, których podzieliła wojna. Wrócił do swego gniazda. Mieszkał w Rzeszowie. Syberyjska odyseja, pomieszczona w jego książkach jest literackim świadectwem koszmaru wywózki i lat zesłania sybiraków oraz szukaniem miejsca dla siebie w nowej Polsce w pierwszych latach po wojnie. Nic dziwnego, że w tych powieściach, „które dzieją się naprawdę” autor zawarł zdarzenia prawdziwe i prawdopodobne. – Nie obawiam się, że będę postrzegany jako pisarz jednego tematu – twierdził Zbigniew Domino, który ma w swym dorobku pisarskim jeszcze kilkanaście innych książek, odbijających jak w lustrze m.in. złożone losy ludzi walczących z okupantem i ich pogmatwane ścieżki w powojennej Polsce, by wspomnieć chociażby „Błędne ognie”, „Bukową polanę”, albo „Czas do domu, chłopaki”.
Ślady życia pisarza od Kielnarowej wiodły przez Podole, zesłańczy Sybir, Ziemie Odzyskane, Warszawę, Rzeszów, dyplomatyczny dwukrotny pobyt w Moskwie i ponownie Rzeszów dzielony z Matczynym Polem w Kielnarowej, gdzie pisał „Syberiadę”. Tę przeszłość – jak sam uważał – można podzielić na okres szczęśliwego dzieciństwa do czasu wywózki, potem wryte na zawsze w pamięć sześć i pół roku na Syberii – od 10 lutego 1940 roku do 26 czerwca 1946. Powrót do Polski i po czterech latach wojsko, co stało się przypadkowo. Tam znowu przez przypadek trafił do oficerskiej szkoły prawniczej, a po jej ukończeniu rozkazem skierowano go do prokuratury wojskowej. I kolejny etap to ponad 20 lat życia już dojrzałego od rozkazu do rozkazu i wiele historii, które wlokły się za nim, albo mu je „życzliwi” wyciągali. Następny okres jest po świadomym wyjściu z wojska, motywowanym m.in. literackimi zajęciami. I powrót do Rzeszowa w 1969 roku. Prawie połowę życia miał wtedy za sobą. Nowe wyzwania, kiedy w 1975 roku został redaktorem naczelnym miesięcznika społeczno-kulturalnego „Profile” i prezesem rzeszowskiego oddziału Związku Literatów Polskich. Ale i służba w misji pokojowej na Bliskim Wschodzie, literacko zapisana w książce „Notatki spod Błękitnej Flagi”. Na tej drodze życia były też prawnicze studia magisterskie i dyplom uzyskany na Uniwersytecie Warszawskim oraz doktorat obroniony na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu.
Czytelnicy często traktują Staszka Dolinę, głównego bohatera sybirackiej odysei, jak bohatera pamiętnika Zbigniewa Dominy. – Te losy mogą się zbiegać, pokrywać, ale bohater powieściowy podąża jednak własnymi ścieżkami. Dla mnie powrót po wojnie z Syberii do Polski i wszystko, co się potem działo, było naturalne. Z Polską Ludową dorastałem i jej wszystko zawdzięczam, począwszy od wykształcenia, bo wróciłem dzieciakiem prawie, nagi, bosy i niedouczony. Innej Polski nie znałem – podkreślał niezmiennie. Są w tych powieściach także autentyczne nazwiska. I stąd zalew listów po tym, jak się one ukazywały. Owe listy posłużyły pisarzowi do nowych wątków, gdy pisał „Czas kukułczych gniazd”, a nawet i w „Młodych ciemnościach”. Albo zetknięcie się z Niemcami w Kajenie na wschodzie Syberii, z takimi jak i on zesłańcami. W polskiej literaturze – jak twierdzą krytycy – nikt poza nim czegoś takiego nie opisał. Prapoczątki „Syberiady” też wywodzą się z przeżyć i doświadczeń sybirackich. Pierwsze opowiadanie pt. „Opowieść znad wody” opublikował w „Tygodniku Kulturalnym”. Potem napisał kolejne. Uskładało się ich wystarczająco na debiutancki tom pt. „Pragnienia” (1967), potem na kolejne, w tym „Cedrowe orzechy” (1974). – Maszynopis długo przetrzymywano w Wydawnictwie MON – przypominał Zbigniew Domino w jednej z wielu rozmów, które miałem z nim zaszczyt przeprowadzić. – O ich druku, co wiem na pewno, zdecydował dopiero generał Wojciech Jaruzelski, też sybirak, którego pamięć ogromnie szanuję i jestem przekonany, że doczeka się on jeszcze pomników podkreślał pisarz. Wtedy to był temat tabu. Poniekąd ze zdumieniem odnotowała wówczas Maria Danilewicz-Zielińska w paryskiej „Kulturze”, że mogły się ukazać opowiadania zesłańcze w takiej postaci.
Stygmat sierocy naznaczył życie Zbigniewa Dominy. Matka umarła na Sybirze, gdy miał zaledwie 10 lat, a jego brat Tadek dopiero 4,5 roku. – Gdy ojciec poszedł z kościuszkowcami na wojnę w maju 1943 roku, zostaliśmy na łasce obcych ludzi. Byłem małemu bratu i ojcem, i matką. Tylko mnie nie miał kto wtedy matkować – mówił w jednej z tych rozmów na wspomnienie tamtych przeżyć. Z zesłańców w Kaluczem i Kajenie tylko jemu udało się powrócić w miejsce zesłania po kilkudziesięciu latach, gdy był w Moskwie polskim dyplomatą. – To wtedy – wspominał – po raz drugi w życiu dotarłem do Kaluczego na Syberii przy pomocy wielu życzliwych mi Rosjan. A w tamtych czasach dostać się w głąb syberyjskiej tajgi nie było wcale łatwe, zwłaszcza dyplomacie. Mnie się poszczęściło… Kaluczego już nie ma. Prawie ślad po nim nie został. Natomiast tajga objęła we władanie wszystko, także nasz zesłańczy cmentarz, gdzie jest kilkaset mogił polskich, ale ślad już po nich zatarty. Odwieczna tajga ma swoje prawa. Tam i moja matka spoczywa. Pamiętałem to miejsce, odnalazłem wzgórek nad rzeką Pojmą i szczątki krzyża modrzewiowego, który postawił mój ojciec. Nabrałem w chusteczkę garść ziemi z tego miejsca i przewiozłem ją na symboliczny grób matki w Tyczynie.
Rosjanie w tych powieściach traktowani są bez uprzedzeń, bo jak podkreślał pisarz, Syberię, od Rosjan poczynając, zamieszkują różnorodni narodowościowo ludzie, z różnych etapów potomkowie zesłańców z Europy po rodzimych Buriatów. Tam wytwarza się ten szczególny klimat wyrozumiałości wzajemnej. – Państwo i ludzi należy oddzielać – mówił Zbigniew Domino – przeciętny Rosjanin jest bardzo uczuciowy, a sybirak szczególnie, który drugiego człowieka nigdy w potrzebie nie zostawi. Nie tylko ja, ale każdy polski zesłaniec przytoczy wiele przykładów, gdy zwłaszcza kobiety sybiraczki, bo ich mężowie i synowie walczyli na froncie, opiekowały się nami, pomagały, choć same żyły w wielkiej biedzie. Mój stosunek do Rosjan się nie zmienia. Smuci mnie tylko, że nasi niektórzy „mędrcy” polityczni, którzy z grubsza mówiąc nie mają zielonego pojęcia o Rosji i nie znają mentalności Rosjan, rezygnują z możliwości bezpośrednich kontaktów z tym społeczeństwem, np. z Dni Kultury Polskiej w Rosji. Kiedy po przetłumaczeniu „Syberiady” na rosyjski zaproszono mnie do Krasnojarska, to nie mogłem narzekać na brak zainteresowania i życzliwości dla Polaków. Książka rozeszła się natychmiast.
Na Ukrainie zachodniej przed wojną była Polska, stamtąd Polaków, w tym rodzinę Dominów mieszkających w Worowlińcach Kolonii pod Zaleszczykami, wywieziono na Sybir. – Gdybym nie znalazł się na zesłaniu, to prawdopodobnie podzieliłbym los wielu tych spod Zaleszczyk, Czortkowa i Borszczowa, którym udało się uniknąć wywózki, ale znaleźli się w studniach pomordowani przez banderowców. Mam przyjaciół, którzy przeszli tę gehennę wołyńsko-podolską i wszyscy mówią w ten sposób. Czekamy na przeprosiny od władz Ukrainy – mówił pisarz i zauważał przy tym, że te wydarzenia umykają także naszym władzom, a i o sybirakach się milczy, o tych gdzieś w tajdze pogubionych. Od wielu lat upominał się o przywrócenie w Rzeszowie ulicy imienia Anieli Krzywoń, młodziutkiej sybiraczki, która wstąpiła do polskiego wojska i poległa w bitwie pod Lenino. Bez rezultatu – przypominał wielekroć z wyrzutem.
W tym miejscu muszę z przykrością stwierdzić, że oficjalnie też prawie nie zauważa się pisarza, który swą twórczością przysparza chwały Rzeszowowi oraz regionowi w Polsce i na świecie. W tzw. „Encyklopedii Rzeszowa” również zabrakło dlań miejsca, choć Zbigniew Domino mieszkał w Rzeszowie ponad pół wieku. Film Janusza Zaorskiego stworzony na podstawie „Syberiady polskiej” i pod tym samym tytułem, który wszedł na ekrany kin w 2013 roku, w Rzeszowie i regionie też oficjalnie przemilczano – nie było żadnego spotkania z twórcami, aktorami i pisarzem, według którego to powieści ten obraz powstał. Jedna z największych produkcji ostatnich lat, która z epickim rozmachem opowiada przejmującą historię Polaków deportowanych w latach 40. na Syberię, jak podkreślano w zapowiedziach.
Kiedy niedawno pytałem go przy okazji pracy nad „Sybiraczką”, co dalej na pisarskiej drodze? – Wygląda mi ta droga na coraz krótszą, ale
i trudniejszą – odpowiedział pisarz. – Zobaczymy, może Staszek Dolina coś mi
jeszcze podpowie. Sam chciałbym wiedzieć.
Już nie zdąży. Droga życia i pisania została zamknięta. Pozostanie pamięć i świadectwo w postaci książek o niezaprzeczalnej wartości. I żal, że już nigdy nie będzie można spotkać się, porozmawiać zyskać życzliwą podpowiedź i radę.

Nie żyje Jan Guz

Jan Guz, przewodniczący Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych zmarł 24 maja 2019 r. Wiadomość o śmierci lidera OPZZ potwierdził prezes ZNP Sławomir Broniarz.
Jan Guz od kilku dni przebywał w jednym z warszawskich szpitali. Był w śpiączce farmakologicznej. Pogrzeb przewidywany jest w Białej Podlaskiej w środę 29 maja br. Funkcję przewodniczącego OPZZ pełnił przez 15 lat, od 2004 r. Miał 63 lata.

Lidera OPZZ wspominają:

Andrzej Radzikowski, wiceprzewodniczący OPZZ w radiu TOK Fm:
„W przestrzeni publicznej znaliśmy go jako postać mocną, wyrazistą, jako osobę, która wie, czego chce i która inspiruje nas wszystkich bez przerwy do kolejnych nowych inicjatyw.. Jan Guz był związkowcem z krwi i kości. był trudnym, ale odpowiedzialnym partnerem. To zjednało mu poparcie związkowców i pracodawców”.

Dorota Gardias, przewodnicząca Forum Związków Zawodowych:
„Jan Guz jednym z najbardziej charyzmatycznych działaczy związkowych ostatnich 30 lat. Zapamiętam go jako wspaniałego mówcę wiecowego. Gdy przemawiał, dreszcze pojawiały się na plecach. Bardzo docierał do ludzi i to było prawdziwie”.

Piotr Duda, szef NSZZ „Solidarność”:
„Dla nas wszystkich to przykry moment. OPZZ i Solidarność wiele rzeczy łączyło, ale i wiele dzieliło. My z Jankiem potrafiliśmy pięknie się różnić. Stanowiliśmy świetną drużynę. Wiele wspólnych spraw dla pracowników zrobiliśmy razem”.

Eksponat niepokorny

Wspomnienie o Karolu Modzelewskim.

To przez Karola Modzelewskiego jestem lewakiem.

Kiedy Go poznałam, w 1990 roku, moja osiemnastoletnia świadomość polityczna składała się z dość powierzchownych i raczej kontrastowych elementów: wyniesionej z dzieciństwa na Żoliborzu odruchowej niechęci do komuny („Chcesz cukierka, idź do Gierka, Gierek głupi, to ci kupi” – mówiliśmy sobie złośliwie w przedszkolu), równie odruchowego przekonania, że równość jest jednak lepsza od nierówności oraz niesamowitego doświadczenia, jakim była kampania wyborcza Jacka Kuronia w 1989 roku. Jednak w całym tym doświadczeniu: dziwacznej politycznej partyzantki, nocnego klejenia plakatów, oglądania rosnących tłumów, które z entuzjazmem ale i niedowierzaniem przychodziły posłuchać kandydata na posła, co jeszcze pół roku wcześniej był jednym z najgłośniejszych kryminalistów PRL – najbardziej fascynujące były opowieści Kuronia o Modzelewskim. Kto wie, gdyby nie to, być może zaakceptowałabym budowę kapitalizmu z bezkrytycznym entuzjazmem i dziś pracowałabym w „Gazecie Wyborczej” i co tydzień gościła w tefałenie, zamiast zasilać rachityczne szeregi wyklętego przez obie strony bractwa symetrystów.

Karol Modzelewski nie miał tolerancji dla symetrystów. Kiedy rozmawialiśmy po raz ostatni, w grudniu 2017 roku, na moje wyznanie, iż jestem symetrystą, odparł – nie bez złośliwości – że to musi być bardzo niewygodna pozycja. Lata spędzone w peerelowskich więzieniach uczyniły go szczególnie niewyrozumiałym wobec wszelkich przejawów państwa policyjnego – toteż nie sądził, aby prospołeczne elementy polityki PiS usprawiedliwiały jakąkolwiek ambiwalencję w ocenie tych rządów.

Ale to od Karola Modzelewskiego nauczyłam się krytycznego myślenia, które uczyniło ze mnie symetrystę. To Jego intelektualna odwaga i uczciwość – w ocenie Polski Ludowej, III RP, stanu wojennego, czy kapitalistycznej transformacji – wzbudziły we mnie nieprzejednane obrzydzenie do maszerowania w jakimkolwiek równym szeregu i graniczącą z nerwicą natręctw potrzebę wyrabiania sobie własnego zdania na podstawie wszystkich dostępnych przesłanek. Modzelewski dostrzegał zagrożenie, jakie stopniowy demontaż demokracji niósł dla ludzi pracy – ale dostrzegał też przyczyny, dla których ludzie pracy się od tej demokracji odwracają. Używając jego własnych słów: „demokracja jest silna poparciem obywateli, więc jak przekonała obywatela, że nie jest godna poparcia, to się przewraca. Z tym, że jak się przewróci, to ten obywatel, który ją przewróci, dostanie po dupie”.

Toteż wpisywanie Go w szeregi bezkrytycznych obrońców ustroju przedpisowskiego   jest – delikatnie mówiąc – daleko idącym nadużyciem. A już szczególnie perfidny wydaje mi się tytuł pożegnalnego tekstu, który poświęciła mu „Gazeta Wyborcza”: „Zmarł Karol Modzelewski, jeden z ostatnich ojców założycieli III Rzeczypospolitej”.

Stosunek Modzelewskiego do III  Rzeczypospolitej bynajmniej nie był ojcowski. Był jedną z pierwszych „legend opozycji”, które z najwyższą surowością krytykowały kształt transformacji ustrojowej.  Jeszcze w 1989 roku, w ramach OKP, którego był senatorem, Modzelewski założył wywrotową organizację pod nazwą Grupa Obrony Interesów Pracowniczych – z niej wyrosło najpierw stowarzyszenie i koło parlamentarne Solidarność Pracy, a później partia Unia Pracy. „Gdy tylko pojawiły się pierwsze nieoficjalne przecieki, na czym ma polegać plan Balcerowicza, byłem zbulwersowany jego dramatycznie antypracowniczym i antysocjalnym charakterem. A jeszcze bardziej bulwersowała mnie gotowość posłów i senatorów OKP do jego przyjęcia. W końcu byliśmy wybrani pod sztandarami »Solidarności« i to świat pracy mieliśmy w parlamencie reprezentować” – wspominał korzenie GOIP w rozmowie z Rafałem Wosiem.

Był tym tytanem antypeerelowskiej opozycji, który zdawał się mocno znużony swoją rolą żywego eksponatu w muzeum antykomunizmu  – co zasadniczo różniło go od autorytetów takich jakich Władysław Frasyniuk czy Bogdan Borusewicz. Mało tego: potrafił – i chciał – mówić obiektywnie i analitycznie o PRL. Co jego politycznych przyjaciół z młodości wybitnie frustrowało – przejawem tej frustracji było np. wyniosłe milczenie wokół książki „Polska Ludowa”: moim zdaniem, najciekawszej książki historycznej ostatniej dekady. Która wszakże miała tę wadę, iż był to dialog między Karolem Modzelewskim, a wybitnym działaczem komunistycznym Andrzejem Werblanem – a kto to widział, żeby „legenda opozycji” gadała z komuchem jak równy z równym.

Przez ostatnie trzy dekady miałam przywilej przeprowadzić z Nim kilkanaście wywiadów. Nie opowiadał w nich o swojej niezłomnej walce z upadłym ustrojem – za to we wszystkich krytycznie i z rozczarowaniem mówił o ustroju społeczno-gospodarczym III RP. Nie akceptował absurdalnego neoliberalnego dogmatu że „przypływ podnosi wszystkie łodzie” i w legendarnym już bon mocie stwierdzał, że za kapitalizm nie siedziałby nie tylko 8 lat ale nawet 8 dni. Lęk przed pisowskim państwem policyjnym nie czynił z niego entuzjasty liberalnego państwa dobrobytu dla nielicznych.

Z nas też nie powinien.

Taka historia

Jacek Kaucz (1952-2019

Pochowali Kaucza. Jacka Kaucza, z Wrocławia.
Był prokuratorem. Zaczynał w Polsce Ludowej. Należał do najzdolniejszych. Przeszedł przez stan wojenny. Był sługą państwa. Nie tylko oddanym, ale i mądrym. Jego specjalnością zawodową były przestępstwa gospodarcze. Jego pasją było państwo prawa.
Gdy zaczynał, przestępstwa gospodarcze były banalne – lewe dostawy, lewe faktury, jakiś przewalik na dostawach czegoś do kogoś, podmianka towarów lepszych na gorsze.
Gdy zaczynał był „młodym zdolnym”, gdy kończył był członkiem Krajowej Rady Prokuratury, której głównym zadaniem było zwiększenie autonomii i niezależności prokuratorów od władzy wykonawczej. Był także członkiem zarządu Stowarzyszenia Prokuratorów „Lex Super Omnia” i osobistym wrogiem ministra Ziobro, który ostatecznie złamał jego karierę. Wcześniej podkopywała ją zajadle „Gazeta Wyborcza”, kooperujący z nią dziennikarze i politycy z kręgu dawnej Unii Wolności. Także z kręgu SLD.
Z nich wszystkich po śmierci Kaucza „porządnie” zachowała się jedynie „Gazeta”. W swoim wydaniu wrocławskim, poświęciła mu rzetelny tekst – z gatunku relata refero. Posłużyła się Władysławem Frasyniukiem, wrocławską legendą z czasów stanu wojennego. Frasyniuk słynie ze swego niezłomnego charakteru, nie ma zahamowań, żeby mówić to, co myśli. Podobno zawsze taki był.
Frasyniuk znał prokuratora Kaucza ze swojego procesu w stanie wojennym. Nie żywił do niego urazy, zapamiętał mu, że starał się ulżyć jego losowi, a nawet dwa razy ochronił przed jakąś prowokacją Służby Bezpieczeństwa. Władysław Frasyniuk dobrze wspomniał swojego prokuratora. Dziennikarz napisał więc w komentarzu: „Otwarty, życzliwy, pełen życia. Ale i niejednoznaczny, ze skazą z przeszłości”…
To ładnie ze strony redakcji, że w swym lokalnym wydaniu tak napisali. Na koniec… bowiem, gdy żył niszczyli go w wydaniu głównym. Z redakcją czasem jest jak z odświętną koszulą, którą się zakłada na uroczysty obiad – tak się uświni, że żadną miarą wybielić się tego nie da.

Prokurator stanu wojennego

Największym „grzechem” Kaucza była praca w stanie wojennym.
Przepraszam – że co?! Że niby obowiązkiem każdego Polaka było wtedy iść na barykady? Z jakiej niby racji? Przeciwko własnej Polsce? Ta sama, co dziś flaga, ten sam hymn, ta sama historia. Nasze państwo. Z dzisiejszego punktu widzenia – na pewno koślawe, ale własne. Czy było gdzieś jakieś inne?
Stan wojenny oczywiście się nie podobał – przede wszystkim tym, których gen. Jaruzelski czapką nakrył. Ale większości społeczeństwa się podobał! Większość miała dość strajkowego obłędu, różnych dupków, pół kretynów i kretynów bredzących o równych żołądkach. Dość mieli plakatów, wyzwisk, kłótni o byle co. Większość chciała spokoju, zgody, chciała się dogadać, ale nie było z kim i nie było jak. Trzeba było czekać dziewięć długich lat, żeby się opamiętali. I trzeba było zmian w świecie wielkiej polityki, które odsyłały do lamusa powojenne umowy. Zresztą wszyscy musieliśmy spokornieć, zrozumieć, że tak czy siak jesteśmy skazani – i na to miejsce na ziemi i na siebie.
Jeśli więc musiało już do tego dojść, to lepiej strzelać do siebie słowami (co na przykład ja robiłem), czy tłuc się na paragrafy (jak Kaucz), niż strzelać naprawdę. Lepiej skakać sobie do oczu z piórem w ręce niż z nożem.
Los zdarzył, że Kaucz na swojej drodze spotkał nie tylko Frasyniuka, ale i panią Barbarę Labudę – współpracowniczkę KOR-u, romanistkę, na koniec urzędniczkę w Kancelarii Prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego.

Zabić Kaucza

Gdy w pewnym momencie zawodowej kariery Kaucz został zastępcą Prokuratora Generalnego, pani Labuda oznajmiła, że w śledztwie w stanie wojennym postępował z nią „podle” i „nikczemnie”, więc nie może zrozumieć, że taki ktoś ma zajmować „tak ważną funkcję”. „Przecież można robić coś innego, przecież nasi ubecy często pracują gdzie indziej, nawet znacznie lepiej zarabiają. To nie chodzi o wykluczenie kogoś ze społeczeństwa, tylko akurat z tej dziedziny, która jest tak ważna dla pewnej czystości postępowania, dla etyki” – mówiła pani Labuda. Dziwne, czyż nie? Frasyniuka traktował po ludzku, a na panią Labudę się uwziął?
Barbara Labuda dodawała: „Jestem jedną z ostatnich osób, które można oskarżyć o to, że jest we mnie mściwość, żądza odwetu, czy pamięć o tamtych czasach – ja to wymazuję, uważam, że budujemy naprawdę wspólną Polskę. Ale czasem się dziwię”…
Faktycznie – co do „można pracować gdzie indziej”, miała rację. Zanim prezydent Kwaśniewski skończył swą drugą kadencję, wysłał swoją ministerkę do „pracy gdzie indziej”. Do Luksemburga mianowicie, w charakterze ambasadorki. Jest romanistką, było nie było…
Kaucz był doskonałym prokuratorem. Wypowiedź pani Labudy w Radiu Zet zapoczątkowała jednak nowy rozdział w jego życiu. Gdzie się nie ruszył, tropiła go „Gazeta Wyborcza” niczym pan minister Ardanowski dziki. Nagonkę prowadził red. Adam Michnik – wówczas niekoronowany król dusz. W liście do premiera Millera apelował, by „ludzie, którzy splamili się oportunizmem i dyspozycyjnością”, nie kierowali wymiarem sprawiedliwości. To był strzał, jak mówią myśliwi – „na komorę”. Strzał-komenda do palby gęstej i bynajmniej nie bezładnej. Radio Zet, Monika Olejnik, „Gazeta Wyborcza”, no i prezydent Kwaśniewski, który oświadczył, że oczekuje od minister Piwnik (wówczas minister sprawiedliwości) wyjaśnień w sprawie nominacji Kaucza… Miller, który jako jedyny go bronił, musiał w końcu ustąpić – Kaucz podał się do dymisji.
Przeważyła opinia prof. Kieresa, ówczesnego szefa IPN, który ogłosił, że nazwisko Andrzeja Kaucza figuruje w protokole wyroku wrocławskiego sądu z 1983 r., skazującego Barbarę Labudę na półtora roku więzienia. Potwierdził to podobno odpis wyroku, który znajduje się w archiwum Arcybiskupiego Komitetu Charytatywnego we Wrocławiu oraz fotokopia aktu oskarżenia przeciwko Barbarze Labudzie podpisanego przez Kaucza… Odpis, fotokopia – za dużo dziś wiemy o różnych dokumentach-odpisach i dokumentach-fotokopiach, będących rzekomo dowodami na oskarżenia, by uznawać je za wiarygodne. Sam mam przykre doświadczenia z tzw. „lojalką Kaczyńskiego”. „Fotokopie”, „odpisy” nie robią więc na mnie żadnego wrażenia.
Robią natomiast wrażenie relacje świadków, zwłaszcza te znane wcześniej, a dziś pomijane milczeniem. Robią na mnie wrażenie także relacje osób bezpośrednio zaangażowanych w wydarzenia, a dotąd milczących.
Cytat za Naszemiasto.pl Wrocław (10 listopada 2001 r.), autor Łukasz Medeksza. „Labuda się myli”:
„Andrzej Kaucz na 100 proc. nie był oskarżycielem w procesie Barbary Labudy w 1982 r. – powiedział nam anonimowo prokurator, który w latach 80. pracował we wrocławskiej prokuraturze i dużo wie o ówczesnych procesach politycznych.
– Kaucz nie oskarżał Labudy. To pewne – powiedział nam.”…
Jeśli zaś chodzi o świadków dotąd milczących. Otóż dowiedziałem się niedawno, że gdy wybuchła „afera z Labudą”, Kaucz spotkał się z dwoma kolegami prokuratorami ze swojej byłej „brygady tygrysa”. Zastanawiali się, co robić? Jednym z nich był dyrektor jednego z departamentów ówczesnej prokuratury wojewódzkiej. Wszyscy trzej wiedzieli, że to właśnie on podpisał się na druku opatrzonym pieczątką „Jacek Kaucz”. Kaucz uznał jednak, że skoro uderzenie wymierzone jest w niego, to niech tak zostanie, niech już nikogo innego z jego dawnego zespołu nie włóczą po mediach. Czuł się odpowiedzialny za swój zespół nawet wtedy, gdy on już nie istniał.
Kaucz miał opinię świetnego prokuratora. W ministerstwie sprawiedliwości znalazł się po dymisji Lecha Kaczyńskiego, z nominacji nowego ministra, Stanisława Iwanickiego. Iwanicki to – jeśli chodzi o pojmowanie prawa – ortodoksa. Porządny, zdeklarowany prawicowiec, w przeszłości znajomy i doradca biskupów. I właśnie on jedną z pierwszych swoich decyzji wprowadzał do ministerstwa „komucha”.
Mimo setek prób i tysiąca podchodów Kaucz wywalić z pracy się nie dał. Był wzorowym urzędnikiem, wybitnym prawnikiem. Informatyzował ministerstwo. Startował w konkursach na stanowiska w nowej, autonomicznej Prokuraturze Generalnej. Każdy wygrywał, ale Minister–Prokurator Generalny nowej, oddzielonej od Ministerstwa Sprawiedliwości Prokuratury, szafę z awansami zamknął przed nim na klucz. Platformersi nie dopuszczali do siebie myśli, że Kaucz może być wysokim urzędnikiem w ich rządach. Bez wstrętu obronili Ziobrę przed Trybunałem Stanu, ale zgody na awanse dla Kaucza strawić nie mogli. Proszę pamiętać, że do „dobrej zmiany” było jeszcze ładnych parę lat. Platformersi musieli zostać wpierw solidnie przez PiS-obici, żeby w końcu zrozumieli, że warto pracować z „komuchami”, a nawet współpracować z nimi w wymiarze politycznym. Musiało pojawić się realne zagrożenie dla wartości europejskich, dla Polski, jako członka Unii Europejskiej i dla nich osobiście, żeby zaświtała w ich główkach myśl o niezbędności Koalicji Europejskiej.
Mimo jawnej dyskryminacji Jacek Kaucz nie próżnował. Uczył się zażarcie, na potęgę, nie dał się wypchnąć poza zawodowy nawias. Dorobił się marki rzadkiej klasy fachowca w śledztwach gospodarczych. Żeby lepiej rozumieć mechanizmy giełdy, ukończył kurs dla maklerów. W stan spoczynku odszedł po przejęciu władzy przez PiS w 2016 r.
Wielokrotnie, publicznie krytykował Ziobrę, nad którym miał pod względem zawodowym przewagę liczoną w latach świetlnych. Z symbolu „komucha ze stanu wojennego” stał się symbolem obrońcy porządku prawnego, godności prokuratorskiej, trwania przy pryncypiach państwa prawa, gotowości do ich obrony…

My „od Jaruzela”

Każdy z nas – tych od „Jaruzela” – czuł się państwowcem. I tak postępował – w naszym rozumieniu broniliśmy dobra wspólnego, Polski. Nie chodziliśmy do obcych ambasad, nie wyciągaliśmy ręki po ich „stypendia”, nie zabiegaliśmy znikąd o paczki, nigdzie nie nadawano nam pseudonimów. Występowaliśmy publicznie, jawnie, z podniesioną głową. Robiliśmy to z przekonania i z poczucia służby ojczyźnie. Tacy pozostaniemy do śmierci. Uznajemy współczesną Polskę, kochamy ją, bo to ciągle nasza ojczyzna, innej nie mamy. Gdybym był młodszy, a Kaucz gdyby żył, też byśmy stawali w jej obronie. On już nic nie może, a ja nadaję się wyłącznie do roli w jakimś wojennym filmie zatrudniającym statystów w charakterze bezbronnej ludności cywilnej.
Nasi vis-à-vis z tamtych czasów Polskę Ludową uznawali, dopóki było im z nią po drodze – dopóki studiowali, zdobywali tytuły naukowe, pozycję, splendory, sławę. „Towarzysze robotnicy” zaś – dopóki dało się cokolwiek „skombinować”. Jak już nie było co, to zaczęli walkę o „godność”.
Zgoda – wielu, zwłaszcza intelektualistów, a i niektórzy robotnicy (znów ten Frasyniuk) – kierowało się zasadami, często spiżowymi, ale większość? Za dużo widziałem, żeby z dobrą wiarą przyjmować takie banialuki – kiedyś lipne „dzieci Zamojszczyzny”, lipni „bohaterowie” AL, potem AK, dziś „bohaterowie podziemia”, którzy niczym premier Morawicki przeszli bojowy szlak walki z komuną od przedszkola aż po wprowadzenie Polski do Unii Europejskiej.
To nie przypadek, że tak widowiskowo biorą się za łby. Tacy są! Podzieli Polskę na „naszą” i „waszą”, na: „Tu jest Polska”! Nie, w życiu – „Tu jest Polska”! „Moja jest mojsza od twojej!”… Własnej historii nie potrafią uszanować, drą koty z okazji każdej swojej rocznicy, balansują na granicy faszyzmu, nie mają wstydu, godności, krztyny szlachetności, odrobiny kultury. Potrafią tylko wycierać swoje „mordy zdradzieckie” zwitkami pieniędzy, „które im się słusznie należały”. Z własnych życiorysów zrobili ściery do wycierania przeciwników z ulic i pomników.
To jest ich klęska. To jest nasze zwycięstwo po latach.
Ale walka o Polskę, o nasze własne życiorysy się nie skończyła. Każdy z nas, na miarę sił i możliwości, będzie ją prowadził do końca. Tak, jak Jacek Kaucz. Żegnaj stary druhu!

Pamięci Grzegorza Ilki – koledzy z OPZZ

Ze smutkiem i głębokim żalem zawiadamiamy, że w ubiegła sobotę (16.03.19) zmarł nasz Kolega, Grzegorz Ilka (56 lat). Działacz lewicy antykomunistycznej, drukarz, redaktor prasy niezależnej do 1989 r. Współtwórca i wieloletni działacz PPS sekretarz Centralnego Komitetu Wykonawczego PPS do 1989 r. i w latach 1990 – 1995. Kandydat na posła Sejmu RP w wyborach 1991 r. Działacz Unii Pracy w latach 1996-2000. Rzecznik prasowy pełnomocnika rządu do spraw rodziny i kobiet 1996-1997. Rzecznik i sekretarz prasowy OPZZ w latach 1997-2014. Współzałożyciel w 1999 r. i do 2014 r. przewodniczący Ogólnopolskiego Pracowniczego Związku Zawodowego „Konfederacja Pracy”. Członek Rady OPZZ w latach 2002 – 2006. Redaktor wydawnictw OPZZ: „Kroniki Związkowej” „Przeglądu Wydarzeń Związkowych”, „Trybuny Związkowej”, „Związkowca OPZZ”, „O czym piszą związkowcy”, „OPZZ w mediach” i „Newslettera OPZZ”. Odznaczony m.in. odznaką „Zasłużony dla Kultury”, odznakami honorowymi „Za zasługi dla OPZZ” i „Za zasługi dla Ochrony Pracy” oraz Krzyżem Wolności Solidarności.
Składamy wyrazy głębokiego współczucia i solidaryzujemy się z pogrążoną w żałobie rodziną.
Jednocześnie informujemy, że pożegnanie Grzegorza odbędzie się w najbliższy piątek, 22.03.2019 roku o godzinie 13:40, w Kościele św. Karola Boromeusza przy cmentarzu powązkowskim w Warszawie.

Uczciliśmy pamięć

16 stycznia 2017 r. w wyniku ciężkiej choroby nowotworowej odszedł nasz przyjaciel Tomasz Kalita. W imieniu SLD kwiaty na grobie zmarłego polityka lewicy złożyli przewodniczący partii Włodzimierz Czarzasty, sekretarz generalny Marcin Kulasek oraz rzeczniczka prasowa Sojuszu Anna-Maria Żukowska. W uroczystości udział wziął dr Bartosz Rydliński jeden z najbliższych współpracowników Tomka, obecnie szef Centrum im. Ignacego Daszyńskiego.
Tomasz Kalita urodził się 8 lutego 1979 roku w Bielsku-Białej, sam o sobie mówił „homo politicus”. Z wielką polityką związał się 2003 r. kiedy pracował przy kampanii referendalnej w sprawie akcesji Polski do Unii Europejskiej.
W 2005 roku kierował zespołem programowym SLD i został współtwórcą Konstytucji Programowej „SLD Polska Demokratyczna i Socjalna”. W 2008 r. został rzecznikiem prasowym SLD i pełnił tę funkcję do 2011 r., kiedy to powrócił do pracy programowej i założył lewicowy think – tank: Centrum im. Ignacego Daszyńskiego, który funkcjonuje do dziś i ma za sobą kilkadziesiąt konferencji tematycznych oraz publikacji.
Również w 2011 r. został szefem zespołu doradców byłego premiera i ówczesnego przewodniczącego SLD Leszka Millera, a także doradcą wicemarszałka Jerzego Wenderlicha. Z ramienia SLD pełnił również funkcję wiceprzewodniczącego Rady Programowej TVP..
Wiadomość o chorobie nie zniechęciła Tomka do pracy publicznej, zmobilizował świat polityki, aby zainteresował się sprawę medycznej marihuany i dał ulgę osobą cierpiącym na chroniczny ból wywoływany poprzez różne schorzenia, głównie nowotwory. W Sejmie złożył projekt tzw. „Ustawy Kality”, która legalizowałaby marihuanę używaną do celów leczniczych.
W czerwcu 2017 r. częściowo został zrealizowany jego polityczny testament, zalegalizowano użycie medycznej marihuany, jednakże nie w pełnym wymiarze, o który postulował polityk SLD. Zgodnie z nowymi regulacjami, w Polsce wciąż nie wolno hodować konopi, z których mogłaby powstawać medyczna marihuana.
Tomasz Kalita był żonaty z Anną Kalitą.
Pośmiertnie Kalita został odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, drugim najważniejszym cywilnym polskim odznaczeniem.

Spacer

Jest piątek, piąta po południu, mroźno i śnieżnie, nieszczęsny prezydent nadmorskiego miasta wyrusza w swój ostatni spacer po mieście, którym – ku pożytkowi jednych, niepożytkowi – drugich, zarządzał od wielu lat.
Jego zabójca jest tego świadom, albo nie.
Wokół kraj podzielony na dwa nieprzyjazne plemiona, z których jedno oskarża drugie o kierowanie ręką, szalonego, ale wyjątkowo sprawnego i zdeterminowanego mordercy.
Przywołujemy dzień ostatniej wędrówki prezydenta Narutowicza, zastanawiamy się nad skruchą, co – być może – delikatnym muśnięciem dotknęła wówczas czoła zabójcy-malarza, wracają słowa niezapomnianego wiersza Juliana Tuwima, któregośmy uczyli się na pamięć w szkołach.
Toutes proportions gardees – prezydent Gdańska nie miał formatu Narutowicza, jego zabójca to nie Eligiusz Niewiadomski, a poety, co by ducha chwili wyraził z niezrównaną maestrią Tuwima – także brak.
2.
Przed laty, podobny, pożegnalny spacer po mieście odbyło blisko sto ofiar wypadku smoleńskiego. Także było zimno, także na ulice wyległy tłumy. Wśród zmarłych był i świetny aktor, i młodziutka stewardessa, i ostatni prezydent na uchodźstwie, i powstaniec warszawski, i legendarna pracownica stoczni..
Był także prezydent Polski.
3.
Obie te upiorne, bo ostatnie, wędrówki po miastach młodości mają ze sobą wiele wspólnego.
Ofiary prezydenckiego samolotu zginęły w czasie wyprawy, której celem było oddanie hołdu rozstrzelanym w Katyniu. Zanurzonym w lodowatym milczeniu przez bez mała półwiecze. Szlachetny był cel tej wyprawy, ale jakże tragiczne owoce.
Prezydent nadmorskiego miasta zginął w czasie radosnego koncertu o charakterze dobroczynnym.
Odczytać to można tylko jako głeboko ironiczny grymas zawsze nieprzewidywalnego Losu.

Jest i druga paralela.
I prezydent nadmorskiego miasta, i wielu pasażerów nieszczęsnego samolotu, co swój lot zakończył w błotach Smoleńska, pochodzili z tego samego politycznego obozu. Obozu, którego, ideowi przecież, uczestnicy, 4 czerwca 1989 roku postanowili swoją na nowo odzyskaną Ojczyznę, odbudować i umocnić.
Wspólnie.
4.
Taki był dalekosiężny zamiar. Niewiele się z niego ostało. Po 30 latach tragicznie bolesnej dla wielu przemiany zostawili kraj zadłużony, w znacznej części wyprzedany, tyle tylko, że pięknie – i na kredyt – odmalowany.
Nie to jednak najgorsze, a to, że z ich wspólności nie zostało nic poza wrogością. Tą wrogością, która podzieliła Polskę (tak mówili jedni), czy „ten kraj” jak zwykli nazywać drudzy, na „Ateny” i „Spartę” z czasów, gdy drogi tych antycznych wspólnot rozchodziły się.
5.
Zgodnie z pascalowskim zakładem, jeżeli istnieje Bóg i jeżeli podejmuje się On czasem wykonania gestów ostrzegawczych, to śmierć wszystkich wędrujących tak sennie, nieśpiesznie, chłodnymi ulicami miast ich młodości takim właśnie gestem jest:
– Przybliżcie się do siebie i popatrzcie na siebie tak jak patrzy się na siostry i braci, którym przyszło żyć w jednym, nieważne, że skromnym, ale wspólnym przecież jeszcze – domu.
Takim domu, gdzie okna na świat wprawdzie szeroko otwarte, ale domownicy przy wspólnym stole, w ciepłym świetle, zapalonej o zmierzchu, lampy. Jeżeli jeszcze potraficie.

Boga nie ma

Normą jest pogarda. Dla słabszych, gorzej ubranych, głodnych, bezradnych. Spasieni wydrwigrosze, którzy okradają pracowników z wypłaty, cieszą się szacunkiem i podziwem.

„W Głogowie gimnazjaliści zatłukli bezdomnego. Bez żadnej przyczyny. Ot tak. W świecie zwierząt, zwłaszcza wśród drapieżników, zagryzanie słabszych osobników jest częścią procesu selekcji naturalnej. Ta sama selekcja nazywa się u nas uzdrawianiem finansów publicznych i doprowadziła do likwidacji pomocy społecznej. Miliony ludzi bez pracy, bez zasiłku, traci grunt pod nogami. Zaczynają pić, włóczyć się. Rozpadają się rodziny. Powłócząc nogami „wyselekcjonowani” przez system do odstrzału zbierają puszki, makulaturę, pchają dziecinne wózki, nie z dziećmi, ale ze złomem…
Eksmisja, separacja, rozwód, drobne kradzieże i bójki po to tylko, żeby spędzić mroźną noc w ciepłym areszcie. Koczowanie koło starego fortu, gdzie przy ognisku można usmażyć przeterminowaną żywność wyżebraną w pobliskim supermarkecie. I alkohol dający chwilę ulgi w codziennym cierpieniu, jakie znają tylko samotni, odrzuceni, wzgardzeni i wyśmiewani. I papierosy, ważniejsze od chleba. Za nie w ludzie w obozach koncentracyjnych oddawali chleb. Można o nie prosić przechodniów. Ale ci naprawdę dumni wolą się schylić po niedopałki i skręcić sobie w gazecie.
Ksiądz Rydzyk nie pomodlił się za Eugeniusza K. z Głogowa. Minister Ziobro nie nadzoruje osobiście śledztwa. Odszedł, jak śpiewał Grzesiuk, „męczennik szarego motłochu”, jeszcze jeden bezimienny bohater jednodniowej sensacji w brukowej prasie. Nauczyciele twierdzą, że chłopcy nie sprawiali kłopotów wychowawczych. Czyli jednak ktoś ich wychowywał. Rodzice, nauczyciele, katecheta, ksiądz na niedzielnym kazaniu wpajali im wartości chrześcijańskie. Chrystus na krzyżu, na którego musieli się przecież nieraz gapić klęcząc w Kościele, ma na sobie łachman, nie garnitur od Diora. A więc można się codziennie modlić do męczennika, a potem spokojnie tak długo kopać leżącego, aż jego serce przestanie bić? I nikt nie poczuwa się do winy. Wszyscy są tylko trochę zdziwieni. Bo jeżeli to byli normalni chłopcy, to co jest normą?
Normą jest pogarda. Dla słabszych, gorzej ubranych, głodnych, bezradnych. Spasieni wydrwigrosze, którzy okradają pracowników z wypłaty, cieszą się szacunkiem i podziwem. A bieda jest hańbą, piętnem, które trzeba starannie ukrywać, żeby nie kłuła w oczy. Jesteśmy stadem na full wypasie, wypasiona jest fura, komóra i inne gówniane gadżety, których stado pożąda coraz bardziej w miarę, jak się odczłowiecza. Język wypasu to właśnie język stada. Cóż stąd, że jedną „sztukę” ktoś zadeptał na śmierć. Stado jest dalej zadowolone, zajęte przeżuwaniem. Z tym samym tępym spojrzeniem sunie na zakupy do supermarketu, na msze i siedzi przed telewizorem. Nie chce wiedzieć tego, co przeczuwają. Że każdy z nich może być następny. Wystarczy redukcja w firmie. Niespłacony dług. Eksmisja. A kiedy się już znajdą na ulicy, dopiero zaczną się bać. Wykluczeni tracą prawo do życia.
Jeżeli sprawcy, tak jak tego wymaga zwykłe poczucie sprawiedliwości, spędzą kilka lat w poprawczaku, to najprawdopodobniej zostaną bandytami. Bo takie mamy domy poprawcze. Jeżeli nie będą siedzieć, to okaże się, że wolno mordować, pod warunkiem, że ofiara nie ma stałego adresu zameldowania. Nie ma w Polsce chyba żadnej instytucji, która potrafiłaby tych młodych ludzi, którzy okazali się bezmyślnymi mordercami, uczłowieczyć. Tak jak nie było żadnej instytucji ani organizacji, która potrafiłaby im wpoić podstawowe ludzkie wartości.
Kościół, szkoła i tak modna ostatnio rodzina, poniosły klęskę. I nic. Żadnej dyskusji, poczucia winy, zapowiedzi reform. Do głogowskich szkół żaden nauczyciel nie zaprosił bezdomnych na lekcje wychowania obywatelskiego czy jak się to teraz nazywa. Nikt nawet nie próbuje młodym ludziom tłumaczyć, jaką wartość ma ludzkie życie. Każde.
Amerykańscy żołnierze w Iraku zostali ostrzelani z dachu. Rzucili bombę na sąsiedni budynek. W telewizji można było zobaczyć, jak gołymi rękami krewni i sąsiedzi odkopują zwłoki zabitych w ataku dzieci. „Sorry”, powiedzieli kowboje z obojętnymi minami. Polski rząd targuje się o to, ile ropy dostaniemy za udział w tej zbrodni. Bezrobotna kobieta odbiera życie sobie i swoim dzieciom. Sąsiad wiesza się po otrzymaniu decyzji o odebraniu mu renty inwalidzkiej. A mały Jaś patrzy w telewizor i się uczy… Uczy się, że człowiek bez pieniędzy jest gówno wart. Już niedługo na ulicach Głogowa, tak jak w całej Polsce pojawią się młodzi ludzie z puszkami Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. A kiedy już puszczą światełko do nieba… i z tego nieba nie zagrzmi, a horyzont nie stanie w ogniu, to znaczy, że Boga nie ma.