Nie żyje Jan Guz

Jan Guz, przewodniczący Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych zmarł 24 maja 2019 r. Wiadomość o śmierci lidera OPZZ potwierdził prezes ZNP Sławomir Broniarz.
Jan Guz od kilku dni przebywał w jednym z warszawskich szpitali. Był w śpiączce farmakologicznej. Pogrzeb przewidywany jest w Białej Podlaskiej w środę 29 maja br. Funkcję przewodniczącego OPZZ pełnił przez 15 lat, od 2004 r. Miał 63 lata.

Lidera OPZZ wspominają:

Andrzej Radzikowski, wiceprzewodniczący OPZZ w radiu TOK Fm:
„W przestrzeni publicznej znaliśmy go jako postać mocną, wyrazistą, jako osobę, która wie, czego chce i która inspiruje nas wszystkich bez przerwy do kolejnych nowych inicjatyw.. Jan Guz był związkowcem z krwi i kości. był trudnym, ale odpowiedzialnym partnerem. To zjednało mu poparcie związkowców i pracodawców”.

Dorota Gardias, przewodnicząca Forum Związków Zawodowych:
„Jan Guz jednym z najbardziej charyzmatycznych działaczy związkowych ostatnich 30 lat. Zapamiętam go jako wspaniałego mówcę wiecowego. Gdy przemawiał, dreszcze pojawiały się na plecach. Bardzo docierał do ludzi i to było prawdziwie”.

Piotr Duda, szef NSZZ „Solidarność”:
„Dla nas wszystkich to przykry moment. OPZZ i Solidarność wiele rzeczy łączyło, ale i wiele dzieliło. My z Jankiem potrafiliśmy pięknie się różnić. Stanowiliśmy świetną drużynę. Wiele wspólnych spraw dla pracowników zrobiliśmy razem”.

Eksponat niepokorny

Wspomnienie o Karolu Modzelewskim.

To przez Karola Modzelewskiego jestem lewakiem.

Kiedy Go poznałam, w 1990 roku, moja osiemnastoletnia świadomość polityczna składała się z dość powierzchownych i raczej kontrastowych elementów: wyniesionej z dzieciństwa na Żoliborzu odruchowej niechęci do komuny („Chcesz cukierka, idź do Gierka, Gierek głupi, to ci kupi” – mówiliśmy sobie złośliwie w przedszkolu), równie odruchowego przekonania, że równość jest jednak lepsza od nierówności oraz niesamowitego doświadczenia, jakim była kampania wyborcza Jacka Kuronia w 1989 roku. Jednak w całym tym doświadczeniu: dziwacznej politycznej partyzantki, nocnego klejenia plakatów, oglądania rosnących tłumów, które z entuzjazmem ale i niedowierzaniem przychodziły posłuchać kandydata na posła, co jeszcze pół roku wcześniej był jednym z najgłośniejszych kryminalistów PRL – najbardziej fascynujące były opowieści Kuronia o Modzelewskim. Kto wie, gdyby nie to, być może zaakceptowałabym budowę kapitalizmu z bezkrytycznym entuzjazmem i dziś pracowałabym w „Gazecie Wyborczej” i co tydzień gościła w tefałenie, zamiast zasilać rachityczne szeregi wyklętego przez obie strony bractwa symetrystów.

Karol Modzelewski nie miał tolerancji dla symetrystów. Kiedy rozmawialiśmy po raz ostatni, w grudniu 2017 roku, na moje wyznanie, iż jestem symetrystą, odparł – nie bez złośliwości – że to musi być bardzo niewygodna pozycja. Lata spędzone w peerelowskich więzieniach uczyniły go szczególnie niewyrozumiałym wobec wszelkich przejawów państwa policyjnego – toteż nie sądził, aby prospołeczne elementy polityki PiS usprawiedliwiały jakąkolwiek ambiwalencję w ocenie tych rządów.

Ale to od Karola Modzelewskiego nauczyłam się krytycznego myślenia, które uczyniło ze mnie symetrystę. To Jego intelektualna odwaga i uczciwość – w ocenie Polski Ludowej, III RP, stanu wojennego, czy kapitalistycznej transformacji – wzbudziły we mnie nieprzejednane obrzydzenie do maszerowania w jakimkolwiek równym szeregu i graniczącą z nerwicą natręctw potrzebę wyrabiania sobie własnego zdania na podstawie wszystkich dostępnych przesłanek. Modzelewski dostrzegał zagrożenie, jakie stopniowy demontaż demokracji niósł dla ludzi pracy – ale dostrzegał też przyczyny, dla których ludzie pracy się od tej demokracji odwracają. Używając jego własnych słów: „demokracja jest silna poparciem obywateli, więc jak przekonała obywatela, że nie jest godna poparcia, to się przewraca. Z tym, że jak się przewróci, to ten obywatel, który ją przewróci, dostanie po dupie”.

Toteż wpisywanie Go w szeregi bezkrytycznych obrońców ustroju przedpisowskiego   jest – delikatnie mówiąc – daleko idącym nadużyciem. A już szczególnie perfidny wydaje mi się tytuł pożegnalnego tekstu, który poświęciła mu „Gazeta Wyborcza”: „Zmarł Karol Modzelewski, jeden z ostatnich ojców założycieli III Rzeczypospolitej”.

Stosunek Modzelewskiego do III  Rzeczypospolitej bynajmniej nie był ojcowski. Był jedną z pierwszych „legend opozycji”, które z najwyższą surowością krytykowały kształt transformacji ustrojowej.  Jeszcze w 1989 roku, w ramach OKP, którego był senatorem, Modzelewski założył wywrotową organizację pod nazwą Grupa Obrony Interesów Pracowniczych – z niej wyrosło najpierw stowarzyszenie i koło parlamentarne Solidarność Pracy, a później partia Unia Pracy. „Gdy tylko pojawiły się pierwsze nieoficjalne przecieki, na czym ma polegać plan Balcerowicza, byłem zbulwersowany jego dramatycznie antypracowniczym i antysocjalnym charakterem. A jeszcze bardziej bulwersowała mnie gotowość posłów i senatorów OKP do jego przyjęcia. W końcu byliśmy wybrani pod sztandarami »Solidarności« i to świat pracy mieliśmy w parlamencie reprezentować” – wspominał korzenie GOIP w rozmowie z Rafałem Wosiem.

Był tym tytanem antypeerelowskiej opozycji, który zdawał się mocno znużony swoją rolą żywego eksponatu w muzeum antykomunizmu  – co zasadniczo różniło go od autorytetów takich jakich Władysław Frasyniuk czy Bogdan Borusewicz. Mało tego: potrafił – i chciał – mówić obiektywnie i analitycznie o PRL. Co jego politycznych przyjaciół z młodości wybitnie frustrowało – przejawem tej frustracji było np. wyniosłe milczenie wokół książki „Polska Ludowa”: moim zdaniem, najciekawszej książki historycznej ostatniej dekady. Która wszakże miała tę wadę, iż był to dialog między Karolem Modzelewskim, a wybitnym działaczem komunistycznym Andrzejem Werblanem – a kto to widział, żeby „legenda opozycji” gadała z komuchem jak równy z równym.

Przez ostatnie trzy dekady miałam przywilej przeprowadzić z Nim kilkanaście wywiadów. Nie opowiadał w nich o swojej niezłomnej walce z upadłym ustrojem – za to we wszystkich krytycznie i z rozczarowaniem mówił o ustroju społeczno-gospodarczym III RP. Nie akceptował absurdalnego neoliberalnego dogmatu że „przypływ podnosi wszystkie łodzie” i w legendarnym już bon mocie stwierdzał, że za kapitalizm nie siedziałby nie tylko 8 lat ale nawet 8 dni. Lęk przed pisowskim państwem policyjnym nie czynił z niego entuzjasty liberalnego państwa dobrobytu dla nielicznych.

Z nas też nie powinien.

Taka historia

Jacek Kaucz (1952-2019

Pochowali Kaucza. Jacka Kaucza, z Wrocławia.
Był prokuratorem. Zaczynał w Polsce Ludowej. Należał do najzdolniejszych. Przeszedł przez stan wojenny. Był sługą państwa. Nie tylko oddanym, ale i mądrym. Jego specjalnością zawodową były przestępstwa gospodarcze. Jego pasją było państwo prawa.
Gdy zaczynał, przestępstwa gospodarcze były banalne – lewe dostawy, lewe faktury, jakiś przewalik na dostawach czegoś do kogoś, podmianka towarów lepszych na gorsze.
Gdy zaczynał był „młodym zdolnym”, gdy kończył był członkiem Krajowej Rady Prokuratury, której głównym zadaniem było zwiększenie autonomii i niezależności prokuratorów od władzy wykonawczej. Był także członkiem zarządu Stowarzyszenia Prokuratorów „Lex Super Omnia” i osobistym wrogiem ministra Ziobro, który ostatecznie złamał jego karierę. Wcześniej podkopywała ją zajadle „Gazeta Wyborcza”, kooperujący z nią dziennikarze i politycy z kręgu dawnej Unii Wolności. Także z kręgu SLD.
Z nich wszystkich po śmierci Kaucza „porządnie” zachowała się jedynie „Gazeta”. W swoim wydaniu wrocławskim, poświęciła mu rzetelny tekst – z gatunku relata refero. Posłużyła się Władysławem Frasyniukiem, wrocławską legendą z czasów stanu wojennego. Frasyniuk słynie ze swego niezłomnego charakteru, nie ma zahamowań, żeby mówić to, co myśli. Podobno zawsze taki był.
Frasyniuk znał prokuratora Kaucza ze swojego procesu w stanie wojennym. Nie żywił do niego urazy, zapamiętał mu, że starał się ulżyć jego losowi, a nawet dwa razy ochronił przed jakąś prowokacją Służby Bezpieczeństwa. Władysław Frasyniuk dobrze wspomniał swojego prokuratora. Dziennikarz napisał więc w komentarzu: „Otwarty, życzliwy, pełen życia. Ale i niejednoznaczny, ze skazą z przeszłości”…
To ładnie ze strony redakcji, że w swym lokalnym wydaniu tak napisali. Na koniec… bowiem, gdy żył niszczyli go w wydaniu głównym. Z redakcją czasem jest jak z odświętną koszulą, którą się zakłada na uroczysty obiad – tak się uświni, że żadną miarą wybielić się tego nie da.

Prokurator stanu wojennego

Największym „grzechem” Kaucza była praca w stanie wojennym.
Przepraszam – że co?! Że niby obowiązkiem każdego Polaka było wtedy iść na barykady? Z jakiej niby racji? Przeciwko własnej Polsce? Ta sama, co dziś flaga, ten sam hymn, ta sama historia. Nasze państwo. Z dzisiejszego punktu widzenia – na pewno koślawe, ale własne. Czy było gdzieś jakieś inne?
Stan wojenny oczywiście się nie podobał – przede wszystkim tym, których gen. Jaruzelski czapką nakrył. Ale większości społeczeństwa się podobał! Większość miała dość strajkowego obłędu, różnych dupków, pół kretynów i kretynów bredzących o równych żołądkach. Dość mieli plakatów, wyzwisk, kłótni o byle co. Większość chciała spokoju, zgody, chciała się dogadać, ale nie było z kim i nie było jak. Trzeba było czekać dziewięć długich lat, żeby się opamiętali. I trzeba było zmian w świecie wielkiej polityki, które odsyłały do lamusa powojenne umowy. Zresztą wszyscy musieliśmy spokornieć, zrozumieć, że tak czy siak jesteśmy skazani – i na to miejsce na ziemi i na siebie.
Jeśli więc musiało już do tego dojść, to lepiej strzelać do siebie słowami (co na przykład ja robiłem), czy tłuc się na paragrafy (jak Kaucz), niż strzelać naprawdę. Lepiej skakać sobie do oczu z piórem w ręce niż z nożem.
Los zdarzył, że Kaucz na swojej drodze spotkał nie tylko Frasyniuka, ale i panią Barbarę Labudę – współpracowniczkę KOR-u, romanistkę, na koniec urzędniczkę w Kancelarii Prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego.

Zabić Kaucza

Gdy w pewnym momencie zawodowej kariery Kaucz został zastępcą Prokuratora Generalnego, pani Labuda oznajmiła, że w śledztwie w stanie wojennym postępował z nią „podle” i „nikczemnie”, więc nie może zrozumieć, że taki ktoś ma zajmować „tak ważną funkcję”. „Przecież można robić coś innego, przecież nasi ubecy często pracują gdzie indziej, nawet znacznie lepiej zarabiają. To nie chodzi o wykluczenie kogoś ze społeczeństwa, tylko akurat z tej dziedziny, która jest tak ważna dla pewnej czystości postępowania, dla etyki” – mówiła pani Labuda. Dziwne, czyż nie? Frasyniuka traktował po ludzku, a na panią Labudę się uwziął?
Barbara Labuda dodawała: „Jestem jedną z ostatnich osób, które można oskarżyć o to, że jest we mnie mściwość, żądza odwetu, czy pamięć o tamtych czasach – ja to wymazuję, uważam, że budujemy naprawdę wspólną Polskę. Ale czasem się dziwię”…
Faktycznie – co do „można pracować gdzie indziej”, miała rację. Zanim prezydent Kwaśniewski skończył swą drugą kadencję, wysłał swoją ministerkę do „pracy gdzie indziej”. Do Luksemburga mianowicie, w charakterze ambasadorki. Jest romanistką, było nie było…
Kaucz był doskonałym prokuratorem. Wypowiedź pani Labudy w Radiu Zet zapoczątkowała jednak nowy rozdział w jego życiu. Gdzie się nie ruszył, tropiła go „Gazeta Wyborcza” niczym pan minister Ardanowski dziki. Nagonkę prowadził red. Adam Michnik – wówczas niekoronowany król dusz. W liście do premiera Millera apelował, by „ludzie, którzy splamili się oportunizmem i dyspozycyjnością”, nie kierowali wymiarem sprawiedliwości. To był strzał, jak mówią myśliwi – „na komorę”. Strzał-komenda do palby gęstej i bynajmniej nie bezładnej. Radio Zet, Monika Olejnik, „Gazeta Wyborcza”, no i prezydent Kwaśniewski, który oświadczył, że oczekuje od minister Piwnik (wówczas minister sprawiedliwości) wyjaśnień w sprawie nominacji Kaucza… Miller, który jako jedyny go bronił, musiał w końcu ustąpić – Kaucz podał się do dymisji.
Przeważyła opinia prof. Kieresa, ówczesnego szefa IPN, który ogłosił, że nazwisko Andrzeja Kaucza figuruje w protokole wyroku wrocławskiego sądu z 1983 r., skazującego Barbarę Labudę na półtora roku więzienia. Potwierdził to podobno odpis wyroku, który znajduje się w archiwum Arcybiskupiego Komitetu Charytatywnego we Wrocławiu oraz fotokopia aktu oskarżenia przeciwko Barbarze Labudzie podpisanego przez Kaucza… Odpis, fotokopia – za dużo dziś wiemy o różnych dokumentach-odpisach i dokumentach-fotokopiach, będących rzekomo dowodami na oskarżenia, by uznawać je za wiarygodne. Sam mam przykre doświadczenia z tzw. „lojalką Kaczyńskiego”. „Fotokopie”, „odpisy” nie robią więc na mnie żadnego wrażenia.
Robią natomiast wrażenie relacje świadków, zwłaszcza te znane wcześniej, a dziś pomijane milczeniem. Robią na mnie wrażenie także relacje osób bezpośrednio zaangażowanych w wydarzenia, a dotąd milczących.
Cytat za Naszemiasto.pl Wrocław (10 listopada 2001 r.), autor Łukasz Medeksza. „Labuda się myli”:
„Andrzej Kaucz na 100 proc. nie był oskarżycielem w procesie Barbary Labudy w 1982 r. – powiedział nam anonimowo prokurator, który w latach 80. pracował we wrocławskiej prokuraturze i dużo wie o ówczesnych procesach politycznych.
– Kaucz nie oskarżał Labudy. To pewne – powiedział nam.”…
Jeśli zaś chodzi o świadków dotąd milczących. Otóż dowiedziałem się niedawno, że gdy wybuchła „afera z Labudą”, Kaucz spotkał się z dwoma kolegami prokuratorami ze swojej byłej „brygady tygrysa”. Zastanawiali się, co robić? Jednym z nich był dyrektor jednego z departamentów ówczesnej prokuratury wojewódzkiej. Wszyscy trzej wiedzieli, że to właśnie on podpisał się na druku opatrzonym pieczątką „Jacek Kaucz”. Kaucz uznał jednak, że skoro uderzenie wymierzone jest w niego, to niech tak zostanie, niech już nikogo innego z jego dawnego zespołu nie włóczą po mediach. Czuł się odpowiedzialny za swój zespół nawet wtedy, gdy on już nie istniał.
Kaucz miał opinię świetnego prokuratora. W ministerstwie sprawiedliwości znalazł się po dymisji Lecha Kaczyńskiego, z nominacji nowego ministra, Stanisława Iwanickiego. Iwanicki to – jeśli chodzi o pojmowanie prawa – ortodoksa. Porządny, zdeklarowany prawicowiec, w przeszłości znajomy i doradca biskupów. I właśnie on jedną z pierwszych swoich decyzji wprowadzał do ministerstwa „komucha”.
Mimo setek prób i tysiąca podchodów Kaucz wywalić z pracy się nie dał. Był wzorowym urzędnikiem, wybitnym prawnikiem. Informatyzował ministerstwo. Startował w konkursach na stanowiska w nowej, autonomicznej Prokuraturze Generalnej. Każdy wygrywał, ale Minister–Prokurator Generalny nowej, oddzielonej od Ministerstwa Sprawiedliwości Prokuratury, szafę z awansami zamknął przed nim na klucz. Platformersi nie dopuszczali do siebie myśli, że Kaucz może być wysokim urzędnikiem w ich rządach. Bez wstrętu obronili Ziobrę przed Trybunałem Stanu, ale zgody na awanse dla Kaucza strawić nie mogli. Proszę pamiętać, że do „dobrej zmiany” było jeszcze ładnych parę lat. Platformersi musieli zostać wpierw solidnie przez PiS-obici, żeby w końcu zrozumieli, że warto pracować z „komuchami”, a nawet współpracować z nimi w wymiarze politycznym. Musiało pojawić się realne zagrożenie dla wartości europejskich, dla Polski, jako członka Unii Europejskiej i dla nich osobiście, żeby zaświtała w ich główkach myśl o niezbędności Koalicji Europejskiej.
Mimo jawnej dyskryminacji Jacek Kaucz nie próżnował. Uczył się zażarcie, na potęgę, nie dał się wypchnąć poza zawodowy nawias. Dorobił się marki rzadkiej klasy fachowca w śledztwach gospodarczych. Żeby lepiej rozumieć mechanizmy giełdy, ukończył kurs dla maklerów. W stan spoczynku odszedł po przejęciu władzy przez PiS w 2016 r.
Wielokrotnie, publicznie krytykował Ziobrę, nad którym miał pod względem zawodowym przewagę liczoną w latach świetlnych. Z symbolu „komucha ze stanu wojennego” stał się symbolem obrońcy porządku prawnego, godności prokuratorskiej, trwania przy pryncypiach państwa prawa, gotowości do ich obrony…

My „od Jaruzela”

Każdy z nas – tych od „Jaruzela” – czuł się państwowcem. I tak postępował – w naszym rozumieniu broniliśmy dobra wspólnego, Polski. Nie chodziliśmy do obcych ambasad, nie wyciągaliśmy ręki po ich „stypendia”, nie zabiegaliśmy znikąd o paczki, nigdzie nie nadawano nam pseudonimów. Występowaliśmy publicznie, jawnie, z podniesioną głową. Robiliśmy to z przekonania i z poczucia służby ojczyźnie. Tacy pozostaniemy do śmierci. Uznajemy współczesną Polskę, kochamy ją, bo to ciągle nasza ojczyzna, innej nie mamy. Gdybym był młodszy, a Kaucz gdyby żył, też byśmy stawali w jej obronie. On już nic nie może, a ja nadaję się wyłącznie do roli w jakimś wojennym filmie zatrudniającym statystów w charakterze bezbronnej ludności cywilnej.
Nasi vis-à-vis z tamtych czasów Polskę Ludową uznawali, dopóki było im z nią po drodze – dopóki studiowali, zdobywali tytuły naukowe, pozycję, splendory, sławę. „Towarzysze robotnicy” zaś – dopóki dało się cokolwiek „skombinować”. Jak już nie było co, to zaczęli walkę o „godność”.
Zgoda – wielu, zwłaszcza intelektualistów, a i niektórzy robotnicy (znów ten Frasyniuk) – kierowało się zasadami, często spiżowymi, ale większość? Za dużo widziałem, żeby z dobrą wiarą przyjmować takie banialuki – kiedyś lipne „dzieci Zamojszczyzny”, lipni „bohaterowie” AL, potem AK, dziś „bohaterowie podziemia”, którzy niczym premier Morawicki przeszli bojowy szlak walki z komuną od przedszkola aż po wprowadzenie Polski do Unii Europejskiej.
To nie przypadek, że tak widowiskowo biorą się za łby. Tacy są! Podzieli Polskę na „naszą” i „waszą”, na: „Tu jest Polska”! Nie, w życiu – „Tu jest Polska”! „Moja jest mojsza od twojej!”… Własnej historii nie potrafią uszanować, drą koty z okazji każdej swojej rocznicy, balansują na granicy faszyzmu, nie mają wstydu, godności, krztyny szlachetności, odrobiny kultury. Potrafią tylko wycierać swoje „mordy zdradzieckie” zwitkami pieniędzy, „które im się słusznie należały”. Z własnych życiorysów zrobili ściery do wycierania przeciwników z ulic i pomników.
To jest ich klęska. To jest nasze zwycięstwo po latach.
Ale walka o Polskę, o nasze własne życiorysy się nie skończyła. Każdy z nas, na miarę sił i możliwości, będzie ją prowadził do końca. Tak, jak Jacek Kaucz. Żegnaj stary druhu!

Pamięci Grzegorza Ilki – koledzy z OPZZ

Ze smutkiem i głębokim żalem zawiadamiamy, że w ubiegła sobotę (16.03.19) zmarł nasz Kolega, Grzegorz Ilka (56 lat). Działacz lewicy antykomunistycznej, drukarz, redaktor prasy niezależnej do 1989 r. Współtwórca i wieloletni działacz PPS sekretarz Centralnego Komitetu Wykonawczego PPS do 1989 r. i w latach 1990 – 1995. Kandydat na posła Sejmu RP w wyborach 1991 r. Działacz Unii Pracy w latach 1996-2000. Rzecznik prasowy pełnomocnika rządu do spraw rodziny i kobiet 1996-1997. Rzecznik i sekretarz prasowy OPZZ w latach 1997-2014. Współzałożyciel w 1999 r. i do 2014 r. przewodniczący Ogólnopolskiego Pracowniczego Związku Zawodowego „Konfederacja Pracy”. Członek Rady OPZZ w latach 2002 – 2006. Redaktor wydawnictw OPZZ: „Kroniki Związkowej” „Przeglądu Wydarzeń Związkowych”, „Trybuny Związkowej”, „Związkowca OPZZ”, „O czym piszą związkowcy”, „OPZZ w mediach” i „Newslettera OPZZ”. Odznaczony m.in. odznaką „Zasłużony dla Kultury”, odznakami honorowymi „Za zasługi dla OPZZ” i „Za zasługi dla Ochrony Pracy” oraz Krzyżem Wolności Solidarności.
Składamy wyrazy głębokiego współczucia i solidaryzujemy się z pogrążoną w żałobie rodziną.
Jednocześnie informujemy, że pożegnanie Grzegorza odbędzie się w najbliższy piątek, 22.03.2019 roku o godzinie 13:40, w Kościele św. Karola Boromeusza przy cmentarzu powązkowskim w Warszawie.

Uczciliśmy pamięć

16 stycznia 2017 r. w wyniku ciężkiej choroby nowotworowej odszedł nasz przyjaciel Tomasz Kalita. W imieniu SLD kwiaty na grobie zmarłego polityka lewicy złożyli przewodniczący partii Włodzimierz Czarzasty, sekretarz generalny Marcin Kulasek oraz rzeczniczka prasowa Sojuszu Anna-Maria Żukowska. W uroczystości udział wziął dr Bartosz Rydliński jeden z najbliższych współpracowników Tomka, obecnie szef Centrum im. Ignacego Daszyńskiego.
Tomasz Kalita urodził się 8 lutego 1979 roku w Bielsku-Białej, sam o sobie mówił „homo politicus”. Z wielką polityką związał się 2003 r. kiedy pracował przy kampanii referendalnej w sprawie akcesji Polski do Unii Europejskiej.
W 2005 roku kierował zespołem programowym SLD i został współtwórcą Konstytucji Programowej „SLD Polska Demokratyczna i Socjalna”. W 2008 r. został rzecznikiem prasowym SLD i pełnił tę funkcję do 2011 r., kiedy to powrócił do pracy programowej i założył lewicowy think – tank: Centrum im. Ignacego Daszyńskiego, który funkcjonuje do dziś i ma za sobą kilkadziesiąt konferencji tematycznych oraz publikacji.
Również w 2011 r. został szefem zespołu doradców byłego premiera i ówczesnego przewodniczącego SLD Leszka Millera, a także doradcą wicemarszałka Jerzego Wenderlicha. Z ramienia SLD pełnił również funkcję wiceprzewodniczącego Rady Programowej TVP..
Wiadomość o chorobie nie zniechęciła Tomka do pracy publicznej, zmobilizował świat polityki, aby zainteresował się sprawę medycznej marihuany i dał ulgę osobą cierpiącym na chroniczny ból wywoływany poprzez różne schorzenia, głównie nowotwory. W Sejmie złożył projekt tzw. „Ustawy Kality”, która legalizowałaby marihuanę używaną do celów leczniczych.
W czerwcu 2017 r. częściowo został zrealizowany jego polityczny testament, zalegalizowano użycie medycznej marihuany, jednakże nie w pełnym wymiarze, o który postulował polityk SLD. Zgodnie z nowymi regulacjami, w Polsce wciąż nie wolno hodować konopi, z których mogłaby powstawać medyczna marihuana.
Tomasz Kalita był żonaty z Anną Kalitą.
Pośmiertnie Kalita został odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, drugim najważniejszym cywilnym polskim odznaczeniem.

Spacer

Jest piątek, piąta po południu, mroźno i śnieżnie, nieszczęsny prezydent nadmorskiego miasta wyrusza w swój ostatni spacer po mieście, którym – ku pożytkowi jednych, niepożytkowi – drugich, zarządzał od wielu lat.
Jego zabójca jest tego świadom, albo nie.
Wokół kraj podzielony na dwa nieprzyjazne plemiona, z których jedno oskarża drugie o kierowanie ręką, szalonego, ale wyjątkowo sprawnego i zdeterminowanego mordercy.
Przywołujemy dzień ostatniej wędrówki prezydenta Narutowicza, zastanawiamy się nad skruchą, co – być może – delikatnym muśnięciem dotknęła wówczas czoła zabójcy-malarza, wracają słowa niezapomnianego wiersza Juliana Tuwima, któregośmy uczyli się na pamięć w szkołach.
Toutes proportions gardees – prezydent Gdańska nie miał formatu Narutowicza, jego zabójca to nie Eligiusz Niewiadomski, a poety, co by ducha chwili wyraził z niezrównaną maestrią Tuwima – także brak.
2.
Przed laty, podobny, pożegnalny spacer po mieście odbyło blisko sto ofiar wypadku smoleńskiego. Także było zimno, także na ulice wyległy tłumy. Wśród zmarłych był i świetny aktor, i młodziutka stewardessa, i ostatni prezydent na uchodźstwie, i powstaniec warszawski, i legendarna pracownica stoczni..
Był także prezydent Polski.
3.
Obie te upiorne, bo ostatnie, wędrówki po miastach młodości mają ze sobą wiele wspólnego.
Ofiary prezydenckiego samolotu zginęły w czasie wyprawy, której celem było oddanie hołdu rozstrzelanym w Katyniu. Zanurzonym w lodowatym milczeniu przez bez mała półwiecze. Szlachetny był cel tej wyprawy, ale jakże tragiczne owoce.
Prezydent nadmorskiego miasta zginął w czasie radosnego koncertu o charakterze dobroczynnym.
Odczytać to można tylko jako głeboko ironiczny grymas zawsze nieprzewidywalnego Losu.

Jest i druga paralela.
I prezydent nadmorskiego miasta, i wielu pasażerów nieszczęsnego samolotu, co swój lot zakończył w błotach Smoleńska, pochodzili z tego samego politycznego obozu. Obozu, którego, ideowi przecież, uczestnicy, 4 czerwca 1989 roku postanowili swoją na nowo odzyskaną Ojczyznę, odbudować i umocnić.
Wspólnie.
4.
Taki był dalekosiężny zamiar. Niewiele się z niego ostało. Po 30 latach tragicznie bolesnej dla wielu przemiany zostawili kraj zadłużony, w znacznej części wyprzedany, tyle tylko, że pięknie – i na kredyt – odmalowany.
Nie to jednak najgorsze, a to, że z ich wspólności nie zostało nic poza wrogością. Tą wrogością, która podzieliła Polskę (tak mówili jedni), czy „ten kraj” jak zwykli nazywać drudzy, na „Ateny” i „Spartę” z czasów, gdy drogi tych antycznych wspólnot rozchodziły się.
5.
Zgodnie z pascalowskim zakładem, jeżeli istnieje Bóg i jeżeli podejmuje się On czasem wykonania gestów ostrzegawczych, to śmierć wszystkich wędrujących tak sennie, nieśpiesznie, chłodnymi ulicami miast ich młodości takim właśnie gestem jest:
– Przybliżcie się do siebie i popatrzcie na siebie tak jak patrzy się na siostry i braci, którym przyszło żyć w jednym, nieważne, że skromnym, ale wspólnym przecież jeszcze – domu.
Takim domu, gdzie okna na świat wprawdzie szeroko otwarte, ale domownicy przy wspólnym stole, w ciepłym świetle, zapalonej o zmierzchu, lampy. Jeżeli jeszcze potraficie.

Boga nie ma

Normą jest pogarda. Dla słabszych, gorzej ubranych, głodnych, bezradnych. Spasieni wydrwigrosze, którzy okradają pracowników z wypłaty, cieszą się szacunkiem i podziwem.

„W Głogowie gimnazjaliści zatłukli bezdomnego. Bez żadnej przyczyny. Ot tak. W świecie zwierząt, zwłaszcza wśród drapieżników, zagryzanie słabszych osobników jest częścią procesu selekcji naturalnej. Ta sama selekcja nazywa się u nas uzdrawianiem finansów publicznych i doprowadziła do likwidacji pomocy społecznej. Miliony ludzi bez pracy, bez zasiłku, traci grunt pod nogami. Zaczynają pić, włóczyć się. Rozpadają się rodziny. Powłócząc nogami „wyselekcjonowani” przez system do odstrzału zbierają puszki, makulaturę, pchają dziecinne wózki, nie z dziećmi, ale ze złomem…
Eksmisja, separacja, rozwód, drobne kradzieże i bójki po to tylko, żeby spędzić mroźną noc w ciepłym areszcie. Koczowanie koło starego fortu, gdzie przy ognisku można usmażyć przeterminowaną żywność wyżebraną w pobliskim supermarkecie. I alkohol dający chwilę ulgi w codziennym cierpieniu, jakie znają tylko samotni, odrzuceni, wzgardzeni i wyśmiewani. I papierosy, ważniejsze od chleba. Za nie w ludzie w obozach koncentracyjnych oddawali chleb. Można o nie prosić przechodniów. Ale ci naprawdę dumni wolą się schylić po niedopałki i skręcić sobie w gazecie.
Ksiądz Rydzyk nie pomodlił się za Eugeniusza K. z Głogowa. Minister Ziobro nie nadzoruje osobiście śledztwa. Odszedł, jak śpiewał Grzesiuk, „męczennik szarego motłochu”, jeszcze jeden bezimienny bohater jednodniowej sensacji w brukowej prasie. Nauczyciele twierdzą, że chłopcy nie sprawiali kłopotów wychowawczych. Czyli jednak ktoś ich wychowywał. Rodzice, nauczyciele, katecheta, ksiądz na niedzielnym kazaniu wpajali im wartości chrześcijańskie. Chrystus na krzyżu, na którego musieli się przecież nieraz gapić klęcząc w Kościele, ma na sobie łachman, nie garnitur od Diora. A więc można się codziennie modlić do męczennika, a potem spokojnie tak długo kopać leżącego, aż jego serce przestanie bić? I nikt nie poczuwa się do winy. Wszyscy są tylko trochę zdziwieni. Bo jeżeli to byli normalni chłopcy, to co jest normą?
Normą jest pogarda. Dla słabszych, gorzej ubranych, głodnych, bezradnych. Spasieni wydrwigrosze, którzy okradają pracowników z wypłaty, cieszą się szacunkiem i podziwem. A bieda jest hańbą, piętnem, które trzeba starannie ukrywać, żeby nie kłuła w oczy. Jesteśmy stadem na full wypasie, wypasiona jest fura, komóra i inne gówniane gadżety, których stado pożąda coraz bardziej w miarę, jak się odczłowiecza. Język wypasu to właśnie język stada. Cóż stąd, że jedną „sztukę” ktoś zadeptał na śmierć. Stado jest dalej zadowolone, zajęte przeżuwaniem. Z tym samym tępym spojrzeniem sunie na zakupy do supermarketu, na msze i siedzi przed telewizorem. Nie chce wiedzieć tego, co przeczuwają. Że każdy z nich może być następny. Wystarczy redukcja w firmie. Niespłacony dług. Eksmisja. A kiedy się już znajdą na ulicy, dopiero zaczną się bać. Wykluczeni tracą prawo do życia.
Jeżeli sprawcy, tak jak tego wymaga zwykłe poczucie sprawiedliwości, spędzą kilka lat w poprawczaku, to najprawdopodobniej zostaną bandytami. Bo takie mamy domy poprawcze. Jeżeli nie będą siedzieć, to okaże się, że wolno mordować, pod warunkiem, że ofiara nie ma stałego adresu zameldowania. Nie ma w Polsce chyba żadnej instytucji, która potrafiłaby tych młodych ludzi, którzy okazali się bezmyślnymi mordercami, uczłowieczyć. Tak jak nie było żadnej instytucji ani organizacji, która potrafiłaby im wpoić podstawowe ludzkie wartości.
Kościół, szkoła i tak modna ostatnio rodzina, poniosły klęskę. I nic. Żadnej dyskusji, poczucia winy, zapowiedzi reform. Do głogowskich szkół żaden nauczyciel nie zaprosił bezdomnych na lekcje wychowania obywatelskiego czy jak się to teraz nazywa. Nikt nawet nie próbuje młodym ludziom tłumaczyć, jaką wartość ma ludzkie życie. Każde.
Amerykańscy żołnierze w Iraku zostali ostrzelani z dachu. Rzucili bombę na sąsiedni budynek. W telewizji można było zobaczyć, jak gołymi rękami krewni i sąsiedzi odkopują zwłoki zabitych w ataku dzieci. „Sorry”, powiedzieli kowboje z obojętnymi minami. Polski rząd targuje się o to, ile ropy dostaniemy za udział w tej zbrodni. Bezrobotna kobieta odbiera życie sobie i swoim dzieciom. Sąsiad wiesza się po otrzymaniu decyzji o odebraniu mu renty inwalidzkiej. A mały Jaś patrzy w telewizor i się uczy… Uczy się, że człowiek bez pieniędzy jest gówno wart. Już niedługo na ulicach Głogowa, tak jak w całej Polsce pojawią się młodzi ludzie z puszkami Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. A kiedy już puszczą światełko do nieba… i z tego nieba nie zagrzmi, a horyzont nie stanie w ogniu, to znaczy, że Boga nie ma.

Tanatos przychodzi po pijących. Niepokojący raport WHO na temat spożywania alkoholu

Trzy miliony osób zmarło w 2016 roku w wyniku konsumpcji alkoholu – alarmuje Światowa Organizacja Zdrowia w zaprezentowanym nowym raporcie. Oznacza to, że etanol jest jednym z największych zabójców na świecie – odpowiada za 5 proc. wszystkich zgonów.

 

Światowa Organizacja Zdrowia zamierza podjąć zdecydowane kroki na rzecz walki z niebezpiecznym zjawiskiem, które, jak podkreślają twórcy dokumentu, dotychczas nie było analizowane kompleksowo i w znacznym stopniu bagatelizowane. – Zbyt wiele osób, ich rodzin i społeczności cierpi wskutek efektów szkodliwego użycia alkoholu, jak przemoc, obrażenia fizyczne, problemy ze zdrowiem psychicznym i choroby, m.in. rak czy wylewy. Nadszedł czas, by wzmocnić działania zapobiegające temu poważnemu zagrożeniu dla rozwoju zdrowych społeczeństw – oświadczył dyrektor generalny WHO Tedros Adhanom Ghebreyesus, podczas prezentacji raportu o zdrowotnych skutkach konsumpcji alkoholu na świecie.
Z opracowania dowiadujemy się, że alkohol zabija przede wszystkim mężczyzn. Stanowią oni aż 75 proc. ofiar nadmiernego spożycia. Największe żniwo zbierają urazy doznane po nadmiernej konsumpcji, akty przemocy oraz samookaleczenia- w takich okolicznościach ginie aż 28 proc. ofiar etanolu. Kolejną kategorią są choroby będące pokłosiem długotrwałego zażywania. 21 proc. osób umiera na schorzenia układu trawienia – przede wszystkim raka jelita grubego czy marskość wątroby. 19 proc. żegna się z tym światem w wyniku chorób układu krążenia. Alkohol sprzyja również zakażeniom chorobami zakaźnymi, które prowadzą do śmierci, a także potęguje zaburzenia psychiczne, które przekładają się na wzrost liczby samobójstw oraz wskaźnika zachorowalności na psychiczne choroby.
Dane WHO rodzą powody do niepokoju. Z dokumenty wynika, że 237 milionów mężczyzn i 46 milionów kobiet na świecie cierpi z powodu regularnego zażywania etalonu. Najwięcej osób z takimi problemami znajdujemy w Europie i na kontynentach amerykańskich. Co ciekawe, na choroby poalkoholowe cierpią przede wszystkim obywatele państw rozwiniętych.
Inny raport, opracowany przez naukowców z University od London pokazuje, że nie ma bezpiecznego gatunku alkoholu. Zabijają wszystkie, a także zwiększają ryzyko chorób, zwłaszcza raka. Umiarkowane picie może chronić przed chorobami serca, ale zagrożeń jest więcej. Dopuszczalna dawka tygodniowa to sześć szklanek piwa o niskiej zawartości alkoholu bądź siedem kieliszków lekkiego wina.

„Młody”

Znałem go słabo. Niezależnie od kolejnych etapów znajomości z ojcem, jego raczej obserwowałem z pewnej odległości niż znałem. Widziałem, jak wokół „małego Leszka” – wraz ze wzrostem politycznej pozycji ojca – gęstniała grupa „serdecznych przyjaciół”, „kumpli” i „dobrych znajomych”. Każdy gotów był nieba mu przychylić, byle tylko szepnął ojcu to czy owo. Chyba właśnie wtedy zrodziła się niejedna legenda o możliwościach, które dzięki tacie „młody” miał rzekomo na wyciągnięcie ręki. Nie słyszałem, żeby kiedykolwiek z tego korzystał. Owszem, mówiło się, że jest „okiem i uchem” ojca, że znosi mu warszawskie sensacje, ale że od polityki ojciec trzyma go z daleka.
Czasem odnosiłem wrażenie, że towarzyskie wzięcie mu imponuje, ale co z tego wynikało? Czy to takie dziwne, że w młodej głowie mogło niekiedy zaszumieć od atrakcyjnych znajomości, od świetnych okazji „na wyciągnięcie ręki”, które zresztą ginęły w pomroce obietnic i niestworzonych opowieści?
Raz – rzeczywiście, został pełnomocnikiem zarządu KGHM… Cóż to było za oburzenie, że syn premiera – człowiek po Szkole Głównej Handlowej, było nie było – dostał taką posadę?! Niektóre gazety nawet dziś uznały, że jego śmierć też jest dobrą okazją, żeby to wypomnieć.
Minęło zaledwie kilkanaście lat, u władzy nie ma już żadnego „komucha”, a posady warte kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie, rozdawane są jak zupa w Armii Zbawienia: córkom, synom, żonom, szwagrom i szwagierkom, kuzynom, pociotkom, znajomym… Akwarystom, magazynierkom, salowym, wójtom, licencjantom, teologom, administratywistom. Długie kawalkady z wizerunkami obsypanych państwową forsą „rycerzy dobrej zmiany” objeżdżają Polskę. I co? I nic. Jadą, to jadą. Opatrzyły się tylko, nic więcej…
Wtedy „młody” zrezygnował z tej posady, a ojciec wysłał go na naukę angielskiego. Teraz przez łamy i anteny przetoczy się od czasu do czasu co najwyżej coś w rodzaju dobrotliwego upomnienia. Takie: no, no – nieładnie…
Teraz już wszystko można – rządzą „sami swoi”. Nikomu nie przychodzi do głowy, żeby z tak błahego powodu jak oburzenie opinii publicznej, rodziny i kumple najważniejszych polityków w państwie rezygnowali z posad. Ale nas obowiązywały i ciągle obowiązują inne standardy. Nam wolno mniej…
„Młody” początkowo był „dzieckiem z kluczem na szyi” – oboje rodzice pracowali. Dziś, gdy odszedł, nie mogą sobie darować, że poświęcali mu mało czasu wtedy, gdy on ich prawdopodobnie potrzebował najbardziej. Musiał sam radzić sobie z etykietką „syna aparatczyka”, „syna komucha”. Jeszcze nie bardzo zdawał sobie sprawę, co to tak naprawdę znaczy, ale gdy dostał od nauczycielki w twarz za to, że ojciec pracował w KC, zaczął rozumieć.
Polityka zawsze była w tym domu, żył zanurzony w niej, choć nie brał w niej udziału. Ojciec starał się go przed nią chronić. Sam odporny na ciosy, wojownik, który był bity, ale i oddawał, wiedział, że „młody” jest na to za delikatny. Nie było jednak takiej siły, żeby polityka w żaden sposób nie wpływała na życie domowników.
Gdy znaczenie jego ojca rosło, rosła też presja na „młodego”. Okazywano mu ostentacyjne względy, demonstracyjną przyjaźń, kumplostwo, sympatię. Bywał z rodzicami „uroczym gościem” w najlepszych domach, w pierwszych salonach Warszawy. Nigdy potem nie potrafił zrozumieć, dlaczego ci sami ludzie, po zmianie koniunktury politycznej, tak szybko się odwracali od jego ojca, a niektórzy opłacali nawet swoiste polowania z nagonką, żeby albo ojca, albo jego na czymś nakryć – na czymkolwiek kompromitującym.
Zresztą wkrótce „młody” sam został ojcem i jego z kolei dziecko poznało, co to jest wojna totalna z dziadkiem. Pamiętam, że w okresie, kiedy trwała nieszczęsna interwencja w Iraku, o której na wniosek rządu zdecydował cały Sejm, i kiedy teoretycznie Polska znalazła się na celowniku żądnych odwetu i krwi terrorystów, w jednej z „kolorówek” ukazała się informacja o szkole, do której uczęszcza „wnuczka Millera”. Pokazano budynek, a nawet okno klasy, w której uczyła się dziewczynka… Jeśli przyłożyć do tamtej sytuacji dzisiejsze standardy bezpieczeństwa, którymi otacza się rządzących, to synowie, córki i wnuki dzisiejszych prominentów wożone byłby do szkół transporterami opancerzonymi. „Wnuczka Millera” była zaś „tematem na pierwszą stronę”…
I tak toczyło się to życie w cieniu ojca i pod ciągłą kontrolą nieprzyjaznych oczu. Nie raz chciano dobrać się do „starego” podchodząc pod „młodego”. To oczywiście nie mogło pozostać bez wpływu na psychikę, na całe życie „małego Leszka”. Nie mogło nie powodować problemów.
Zna to nie tylko rodzina Millerów. Znają rodziny wszystkich polityków, zwłaszcza tych z pierwszych stron gazet. Zdają się to potwierdzać kondolencje, składane na ręce premiera Millera przez wielu jogo kolegów po fachu – w przeszłości i aktualnie będących na świeczniku. Z lewej i z prawej strony sceny politycznej.
Dokąd zaszliśmy, że musiała się zdarzyć aż taka tragedia, by ludzie władzy w Polsce okazali sobie solidarność ponad podziałami…
„Młody”, mimo starań rodziców, sam chciał stawiać czoła swoim kłopotom. Musiał pojawić się jednak jakiś, z którym już nie dał sobie rady.

Prorocy z gniewnych lat

W kontekście śmierci wokalistki Maanam wywiązała się dyskusja cna temat autorytetów. I tego, czy wokalistę wspominać jako wokalistę czy już jako polityka.

 

Najbezpieczniej jest przyjąć, że twórca nie jest bogiem. Co więcej, nie ma żadnego obowiązku nim być i nic nam się od niego nie należy.
To publiczność pragnie pięknej opowieści o ludziach, którzy kochali bardziej, wolność rozumieli lepiej i ze swojej sceny pokażą nam, jak piękniej żyć. Artystów takie pragnienie często uwodzi. Starają się doskoczyć do poprzeczki, a kiedy ona zmienia kształt i kolor, zmieniają się wraz z nią. Lewica ma pretensję do Kory, że przeszła etap fascynacji kapitalizmem, że występowała z KOD-em przeciwko PiS-owi, że wspominał ją Lech Wałęsa, płacząc rzewnymi łzami. Ma też pretensję, że „prorocy gniewnych lat obrastają w tłuszcz” i na starość zasiadają w jury programów rozrywkowych, albo reklamują oferty zagranicznych banków.
Szczerze mówiąc, jest w tym pewna niekonsekwencja. Gdyby pozostali 20-letnimi buntownikami z gitarą, mielibyśmy do nich pretensję, że integrity oraz miłość własna przesłoniła im rzeczywistość. Kiedy ewoluują, też jesteśmy niezadowoleni. Może więc przyjmijmy, że tak jak nasi znajomi i przyjaciele, którzy poszli w różne strony (w poparcie dla PiS, głęboką wiarę, imprezy co noc), artyści po prostu wybrali życie dalej w tym samym świecie, wobec którego wcześniej się buntowali. Niezależnie od tego buntu i od tego, co do niego sobie dopowiedzieliśmy w warstwie symbolicznej, na starość też dopada ich Alzeimer albo dewocja. Łapią fuchy w przemyśle rozrywkowym, bo mają na utrzymaniu rodzinę albo psa, albo szereg innych powodów, których nie poznamy, a które tropi prasa plotkarska. Brzydko się starzeją, dziwaczeją. Jak ludzie. Warto okazać im wyrozumiałość, choćby ze względu na to, że to ich przeboje mamy wyryte w głowach, a nierzadko pomagały nam podjąć decyzję, by wstać rano z łóżka i żyć dalej.
Redaktor Łukasz Moll pisze o „Kazikach, Korach i Muńkach”, którzy zrobili z siebie polskich „nauczycieli wolności”. Nie sądzę, by to była trafna diagnoza. To my – publiczność, mamy pragnienie, by stawiać ich na cokołach. Ich głos był donośny i wyrazisty w określonym czasie, w określonym kontekście. Warto to odnotować, a resztę przerzucić na karb człowieczeństwa.
Niektórzy zmienili symbolikę. Jerzy Zelnik jest dziś artystą i autorytetem etatowtch katolików. Czy jego nową symbolikę mamy obowiązek przyjąć z rozpędu? Niekoniecznie. Ale „Faraon” dalej pozostanie dziełem epokowym, a ten pogubiony śniady chłopak dla wielu będzie stanowić reprezentację jego bohatera. Marek Kondrat reklamujący kredyty i pożyczki nie ma obowiązku tłumaczyć mi się, dlaczego w życiu zdarza mu się robić nie tylko rzeczy górnolotne. Czy gdyby poparł nielubianą przeze mnie partię polityczną, jego kreacje straciłyby na wartości artystycznej, stanowiłyby mniejszą inspirację? Z pewnością nie.
Kolejne pokolenia (również artystów) buntują się przeciw sobie. Kryształową legendę zyskują jedynie ci, którzy wcześnie odeszli i zamilknęli na zawsze. Być może dziś byliby szefami rad nadzorczych. Samo życie.