Michał Szewczyk (1934-2021)

Niedawno zmarł Ryszard Kotys. 8 lutego w ślad za nim odszedł Michał Szewczyk, „od zawsze” aktor łódzkiego Teatru Powszechnego, ale przez dziesięciolecia przede wszystkim znany milionom widzów kinowym i telewizyjnym z dziesiątków epizodów oraz ról drugoplanowych.

Należał do tej ligi wybornych epizodystów filmowych, którzy nam widzom towarzyszyli przez dziesięciolecia, współtworząc barwny świat postaci drugoplanowych. Jego powierzchowność jasnowłosego chłopca o łagodnej, plebejskiej twarzy predestynowała go do pozytywnych ról „chłopaków z ludu”, robotników, żołnierzy, milicjantów, szeregowych funkcjonariuszy, rzadziej postacie negatywne, n.p. przestępców, itp.
W jednym z wywiadów wspomniał, że jego dużo starszy kolega, wybitny aktor Tadeusz Fijewski powiedział mu kiedyś, że tak jak on, „będzie grał najpierw chłopców, a potem od razu starców”. I to się w dużym stopniu spełniło. Niezależnie od charakteru ról, zazwyczaj nadawał swoim postaciom ciepły koloryt, nie epatujący ostrą charakterystycznością.
Debiutował na kinowym ekranie w 1954 roku jako członek zespołu ludowego w filmie „Niedaleko od Warszawy” Marii Kaniewskiej.
Pojawił się też jako zamachowiec „Orzeł” w „Zamachu” (1958), Franek, żołnierz AL. w „Barwach walki” (1964) czy Michał Badzioch w „Kierunek Berlin” Jerzego Passendorfera (1968), powstaniec w „Eroice” Andrzeja Munka (1957), jako pomocnik Wita Stwosza w „Historii żółtej ciżemki” Sylwestra Chęcińskiego (1961), sprawozdawca radiowy w „O dwóch takich co ukradli Księżyc” Jana Batorego (1961), milicjant w „Prawo i pięść” Jerzego Hoffmana (1964). Do jego najbardziej niezapomnianych ról należy Albin, młody milicjant, asystent tytułowego bohatera telewizyjnego serialu „Kapitan Sowa na tropie” (1965), granego przez Wiesława Gołasa. Pojawił się też m.in. w epizodzie w „Stawce większej niż życie”. Od 1958 roku niezmiennie związany był z Teatrem Powszechnym w Łodzi. Zagrał w nim dziesiątki ról, m.in. Artura w „Tanku” Sławomira Mrożka (1965) czy Dyndalskiego w „Zemście” Aleksandra Fredro (2001). Zagrał też szereg ról w łódzkim ośrodku Teatru Telewizji, m.in. Michała Korybuta Wiśniowieckiego w „Samsonie i Dalili” Jana Dobraczyńskiego (1983). W ostatnich latach grał w szeregu seriali, m.in. w „Klanie” czy „Na Wspólnej”.

Grzegorz Waliński nie żyje

W sobotę o godzinie 20.30 zmarł nasz kolega i wieloletni współpracownik – Grzegorz Waliński. W redakcji „Trybuny” pracował na bardzo wielu i bardzo różnych stanowiskach, od szefa działu zagranicznego, przez p.o redaktora naczelnego, do sekretarza redakcji.
Przyjaźniliśmy się, więc to akurat ja przekazuję Wam tę smutną wiadomość. Wiadomość, z którą wciąż nie mogę się pogodzić.
Mógłbym napisać to w formie oficjalnej, że był wybitnym afrykanistą, ambasadorem w Nigerii, że studiował w Warszawie, Paryżu, a nawet zahaczył o Londyn, że pracował w UNESCO, w Brukseli, w Polskim Radiu, Państwowej Akademii Nauk, by trafić w końcu do Dziennika Trybuna.
To wszystko znajdziecie jednak w Wikipedii. Napiszę Wam pokrótce o Grzegorzu jakiego nie znaliście.
Opiszę to, czego w Internecie i żadnych oficjalnych publikacjach nie znajdziecie. Nigdzie nie przeczytacie, że w młodości, podczas studenckiej bójki w jednym z londyńskich pubów rozbił nos obecnemu premierowi Wielkiej Brytanii Borisowi Johnsonowi. Gdy Johnson stanął na czele brytyjskiego rządu, Grzegorz wysłał mu kurtuazyjne gratulacje. Nie liczył na jakąś reakcję. Pamiętam jego zdziwienie, gdy ten mu odpisał wspominając ów incydent. Nie dowiecie się, że gdy w 2008 roku odwołano go ze stanowiska ambasadora, po zdaniu placówki, wrócił do Afryki i samotnie przejechał samochodem cały kontynent. Podróż trwała trzy miesiące.
Był okres, że pomieszkiwałem u niego, gdy jakieś sprawy czy obowiązki wzywały mnie do Warszawy.
Odstąpił mi jeden z dwóch pokoi wynajętego w Nowym Dworze Mazowieckim niewielkiego mieszkania.
Każdego dnia, kiedy wracałem, nawet jeśli ledwo żyłem i marzyłem, by jak najszybciej pójść „do siebie” i położyć spać, to wcześniej ucinaliśmy sobie kuchenną rozmowę. Niemal zawsze opowiadał o swojej największej miłości, czyli Afryce.
Bywał i na szczycie i z niego spadał. Dyplomata, historyk, dziennikarz, afrykanista – a bywało też, że składał swoje CV w miejscowych marketach. Nigdy nie potrafił wykorzystać zdobytych przez lata znajomości.
A miał je wszędzie. Na całym świecie, w najwyższych kręgach światowej dyplomacji.
Dwudziestego pierwszego grudnia wylecieliśmy razem do Republiki Środkowoafrykańskiej. Mieliśmy obserwować przebieg wyborów w tym wciąż ogarniętym wojną kraju. Po trzech tygodniach, gdy skończył nam się mandat musieliśmy wracać. Z wieloma przygodami i po wielu perturbacjach, które opiszę w piątkowym felietonie z cyklu „Księga wyjścia”, dotarliśmy do Warszawy.
Na Dworcu Centralnym powiedzieliśmy sobie „cześć” i poszedł. Ja zostałem czając na pociąg. Od tamtej pory kombinowaliśmy jak ponownie tam wyjechać.
Nikt nie przypuszczał, że wcześniej Afryka upomni się o niego. Przyczyną śmierci była malaria. Nie wiadomo jeszcze, czy powikłania po poprzednich pobytach, czy pechowe użądlenie podczas ostatniego wyjazdu.
Ciebie Afryka zaraziła malarią, Ty zaraziłeś mnie Afryką. Żegnaj

Piotr Jastrzębski
I cała redakcja „Trybuny”

Krzysztof Kowalewski (1937 – 2021)

Był prawdziwie aktorem-orkiestrą.

Należał do tych ludzi swojego zawodu, którzy wysokiej klasy kunszt zawodowy i bardzo plastyczną, naturalną ekspresję łączyli z cechami, sprawiającymi, że był nie tylko powszechnie ceniony, ale też powszechnie lubiany, jako człowiek zabawny i ciepły.
To wszystko w sumie tworzyło zjawisko: Krzysztof Kowalewski. Miał w swoim aktorskim emploi właściwie wszystkie rysy: komediowy, charakterystyczny, w niektórych dawniejszych rolach nawet dramatyczny, choć „misiowata” powierzchowność i jowialny sposób bycia pchały go przede wszystkim w stronę komizmu i rodzajowości.
Mało kto wie, że jego filmowym debiutem był mały, prawie „niezauważalny” epizod łucznika w „Krzyżakach” Aleksandra Forda (1960). W sumie zagrał w ponad stu dwudziestu filmach i serialach. Do tych najbardziej pamiętnych należą: Hochwander w „Misiu” Stanisława Barei, Krzyżtoporski w „Latach dwudziestych, lata trzydziestych” Janusza Rzeszewskiego, Roch Kowalski w „Potopie” czy Zagłoba w „Ogniem i mieczem” Jerzego Hoffmana, czy ordynator Łubicz w serialu „Daleko od noszy”. Jako aktor stricte komediowy realizował się głównie właśnie w komediach Barei (m.in. także w „Brunecie wieczorową porą” czy „Co mi zrobisz jak mnie złapiesz”) oraz w licznych telewizyjnych serialach ostatnich dwóch dekad.
Zagrał też ponad sto ról teatralnych, a do rekordzistów należał jako aktor radiowy, w tym Teatru Polskiego Radia (ponad tysiąc ról!). Ta najsłynniejsza, to oczywiście Pan Sułek w słynnym, cyklicznym słuchowisku Jacka Janczarskiego „Kocham pana, panie Sułku”, w duecie z Martą Lipińską. Na scenie zadebiutował po ukończeniu warszawskiej PWST w roku 1960, w Teatrze Dramatycznym w Warszawie, w którym był dwa sezony. Przez kolejne lata występował w teatrach: Klasycznym, Polskim, STS, Kwadrat, a od 1977 roku na stałe związał się z Teatrem Współczesnym najpierw pod dyrekcją Erwina Axera, a potem Macieja Englerta.
Wśród jego ról scenicznych warto wymienić m.in. Edka w „Tangu” i Ekscelencję w „Krawcu” Sławomira Mrożka, Korbowę de Korbowskiego w „Kurce Wodnej” Witkacego, pana Jourdain w „Mieszczaninie szlachcicem” Moliera, Nikanora Bosego w „Mistrzu i Małgorzacie” Michaiła Bułhakowa, sir Tobiasza Czkawkę w „Wieczorze Trzech Króli” Williama Szekspira czy Cziczikowa „Martwych duszach” Mikołaja Gogola czy Jonville’a w „Najdroższym” Francisa Vebera. O ile w filmach czy serialach tworzył na ogół postacie „etykietkowane”, a tyle – jak zauważyła teatrolożka, prof. Barbara Osterloff – w rolach teatralnych „potrafił zaskakiwać”. Był też przez wiele lat wykładowcą warszawskiej Akademii Teatralnej.
Urodzony 20 marca 1937 roku w Warszawie, zmarł tamże 6 lutego 2021 roku.

Ryszard Kotys (1932-2021)

Ryszard Kotys należał do rekordzistów aktorskiej ligi epizodystów. Epizodystów znakomitych, barwnych, brawurowych, „pysznych” – należy dodać.

Po raz pierwszy pojawił się na ekranie jako Jacek w „Pokoleniu” Andrzeja Wajdy (1954). W ciągu ponad 65 lat kariery zagrał w ponad 40 serialach i 150 filmach fabularnych.
Zanim masową popularność przyniosła mu rola Mariana Paździocha, sąsiada Ferdynanda Kiepskiego, w serialu telewizyjnym „Świat według Kiepskich”, Kotys był od dawna jedną z najbardziej znanych twarzy polskiego kina.
Reprezentował aktorstwo charakterystyczne, fizjonomię typu plebejskiego, raczej robotniczego i drobnomieszczańskiego niż chłopskiego, grał postaci o osobowości na ogół nerwowej, ostrej, zadziornej.
Zagrał epizody w wielu filmach dziś zapomnianych, ale zostawił swój ślad epizodami także w takich sławnych tytułach jak „Rękopis znaleziony w Saragossie” czy „Lalka” Wojciecha Hasa, „Wodzirej” Feliksa Falka, obie części „Vabank” Juliusza Machulskiego, czy „Psy2” Władysława Pasikowskiego, a także n.p. w serialach „Czterej pancerni i pies” czy „Stawka większa niż życie”.
Przejrzenie listy jego ról prowadzi do wniosku, że Ryszard Kotys „przewędrował” jako aktor przez całe polskie kino lat 1954-2020 w całej jego różnorodności gatunkowej, od dramatu, filmu obyczajowego, kryminalnego, dramatu itd. w tym w tzw. klasyce filmowej i z tego powodu stał się ważną częścią historii polskiej sztuki filmowej.
Chyba każdy z widzów kinowych i telewizyjnych widział jego charakterystyczną fizjonomię na ekranie setki razy, choć wielu z nich zapewne nie kojarzyło jej z nazwiskiem aktora. Mimo to publiczność uwielbiała jego pełne prawdy, soczyste aktorstwo.
W odróżnieniu od części epizodystów, którzy nie mieli silnych związków z teatrem lub w ogóle w teatrze nie grali, Ryszard Kotys był też pełnokrwistym aktorem teatralnym i grał na kilku scenach krajowych, m.in. w Krakowie, Wrocławiu czy Łodzi, gdzie też imponował swoim talentem jako wykonawca ról drugoplanowych i epizodycznych, także nagradzanych, jak choćby rola w „Po Hamlecie” Jerzego Żurka (1982) czy w „Kreacji” Ireneusza Iredyńskiego (1986).
Ostatnią rolę filmową zagrał w 2020 roku w filmie „Klecha” Jacka Gwizdały.

Chaos, nieudolność, znieczulica

Czyli: program szczepień przeciwko koronawirusowi w nieszczęsnym wykonaniu PiS-owskiej ekipy rządzącej i jej urzędników.
Zapisy na szczepienia seniorów w niemal całej Polsce wyglądają właśnie tak jak na zdjęciu do tego artykułu w Trybunie: brak miejsc, nie można się zarejestrować, nie można dodzwonić, nie ma wolnych terminów.
Zdjęcie pokazuje przychodnię rejonową przy ul. Szajnochy na warszawskim Żoliborzu, ale tak samo jest w niemal całym kraju. Bałagan, niesprawność organizacyjna i lenistwo ekipy rządzącej, lekceważenie seniorów, generalny brak troski o sprawny przebieg szczepień. Starsi ludzie musieli godzinami stać na mrozie – przecież nie dla przyjemności, lecz dlatego, że w rzeczywistości nie mieli żadnej innej, dostępnej dla siebie, możliwości zapisania się na szczepienie. Ale ich życie i zdrowie oczywiście guzik obchodzą PiS-owskich prominentów. Ci się zaszczepią na czas.
A przypomnijmy, że przedstawiciele PiS-owskiej ekipy rządzącej miesiącami przechwalali się, jak to opracowują narodowy program szczepień, jak wszystko świetnie zorganizowali i dopięli na ostatni guzik. Guzik – ale guzik prawda!
Rządzący mieli wszelkie atuty, by rzetelnie zorganizować szczepienia: władzę w kraju, pieniądze, czas, tabuny posłusznych funkcjonariuszy i urzędników, wiedzę i doświadczenia płynące z innych krajów. I doskonale to zmarnowali.
Tak samo jak nie byli w stanie przygotować kraju do walki z koronawirusem, tak teraz nie są w stanie zorganizować sprawnych szczepień. Zresztą, nawet im na tym nie zależy. Oni oczywiście się zaszczepią, a do następnych wyborów parlamentarnych jeszcze daleko – więc PiS-owska wierchuszka zdoła wymyślić niejedną awanturę propagandową, żeby przykryć swe karygodne zaniedbania Covid-owe.
Efektem tych zaniedbań jest także śmierć dziesiątek tysięcy Polaków, którzy zmarli, bo obóz rządzący doprowadził do załamania systemu opieki zdrowotnej w naszym kraju. I będzie nim śmierć tych, którzy jeszcze umrą w wyniku nieudolności, lenistwa i lekceważenia ludzkiego życia ze strony ludzi sprawujących władzę (bo ważne jest tylko to poczęte – je łatwiej przerobić na głosy wyborcze).
Jedyne, co dobrze umieją robić PiS-owscy prominenci, to zwalać winę na innych: na samorządowe władze lokalne, na szpitale i lekarzy, na producentów szczepionek. Jest pewne, że będą nagminnie korzystać z tej umiejętności, by obwiniać, kogo tylko się da.

Henryk Jerzy Chmielewski, „Papcio Chmiel” (1923-2021) „Rysował Tytusa…”

Zanim komiksowe, dziś kultowe, pełne bujnego humoru przygody Tytusa, Romka i A’Tomka autorstwa grafika, rysownika, publicysty Henryka Jerzego Chmielewskiego („Papcia Chmiela”) znalazły się w 31 księgach wydanych od 1966 do 2010 roku, ukazywały się przez lata, od 1957 roku do lat 80-tych w odcinkach, w czasopiśmie harcerskim „Świat Młodych”.

Poza „klasycznymi” księgami ukazały się też odrębne tematycznie tzw. „albumy historyczne” z Tytusem, Romkiem i A’Tomkiem jako „biorącymi udział” w wielkich wydarzeniach historii oraz zbiory części jego komiksów publikowanych w „Świecie Młodych”.
Była to lektura (ale może przede wszystkim uciecha dla oka, z uwagi na barwną i dowcipną, odrealnioną „kreskę” autora), będąca źródłem radości dla kilku pokoleń czytelników. Osobiście nigdy nie zapomnę ekscytacji związanej z pierwszym w życiu, w połowie lat sześćdziesiątych, zetknięciem się z odcinkiem tego komiksu w gazecie. Nie zapomnę tym bardziej, że to pierwsze spotkanie było zupełnie inne, bardziej fascynujące niż późniejsze, w znacznym już stopniu „wyrozumowane” kontakty z tym komiksem.
Każda z trzech postaci uosabiała inną cechę młodego, dorastającego człowieka: Tytus, to była „uczłowieczająca się małpa” czyli „faza życia każdego dziecka i nastolatka”, Romek – zwykły, trochę niesforny chłopak, „taki jak wszyscy”, A’Tomek – mózgowiec, „przemądrzalec” „cudowne dziecko”. Przez dziesięciolecia te nigdy nie starzejące się postaci przeżywały najrozmaitsze, „najdziksze” przygody, krajowe i podróżnicze, w tym egzotyczne, przeobrażając się i przyjmując rozmaite role.
Humor komiksów „Papcia Chmiela”, w których dawał on nieograniczony upust wyobraźni, oparty był w dużym stopniu na stylistyce absurdu i purnonsensu oraz na pomysłowym słowotwórstwie i neologizmach, a ich treść nawiązywała do niezliczonych kontekstów czerpanych z kultury, sztuki, historii, cywilizacji, nauki, życia społecznego, etc., co wzbogacało je dodatkowo o atrakcyjnie podane akcenty edukacyjne.
„Papcio” miał w sobie silny imperatyw dziennikarski, wzbogacając kolejne księgi przygód swoich postaci w atrybuty odzwierciedlające następujące w kolejnych latach i dziesięcioleciach zmiany technologiczne, społeczne i obyczajowe. Z czasem wzbogacał je o rozmaite „modne” tricki, n.p. autotematyzm („Papcio” zaczął się pojawiać w swoich komiksach jako postać, pojawił się też syn autora, Artur, naukowiec pracujący w USA, w NASA).
„Papcio Chmiel” był jednym z – obok m.in. Janusza Christy, twórcy Kajko i Kokosza – prekursorów polskiego komiksu. Przygody Tytusa, Romka i A’Tomka stały się z czasem ikonami polskiej, masowej popkultury, znajdując miejsce m.in. na kalendarzach, kopertach pocztowych, na koszulkach, pamiątkach, w filmach animowanych, słuchowiskach na nagraniach CD, grach planszowych, grach komputerowych etc. Ich przygody w postaci edycji książkowej ukazały się w sumie w 11 milionach egzemplarzy.
Zanim stworzył Tytusa, Romka i A’Tomka, Chmielewski kontynuował odcinkowy, gazetowy komiks „Sierżant King z królewskiej konnicy” (1947), a także stworzył dwa humorystyczne komiksy „socrealistyczne” („Półrocze bumelanta” (1951), „Witek sprytek” (1955-1956).
Jako warszawiak z urodzenia, którego młodość przypadła na okres okupacji, miał biografię typową dla części swojego pokolenia, w tym jako harcerz, uczestnik akowskiej konspiracji i Powstania Warszawskiego, a po wojnie żołnierz LWP. Opublikował trzytomowe wspomnienia („Urodziłem się w Barbakanie” (1999), „Tytus zlustrowany” (2007), „Tarabanie w Barbakanie” (2013). Uhonorowany został m.in. Orderem Uśmiechu i Medalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis. Urodzony 23 czerwca 1923 roku w Warszawie, zmarł tamże, 21 stycznia 2021 roku, przeżywszy niespełna 97 lat.
Odznaczał się wybitnym i często czarnym poczuciem humoru, a także dystansem do siebie. Stwierdził kiedyś, że podobałby mu się na jego nagrobku napis następującej treści: „Rysował Tytusa, już się nie rusa”.

Maria Koterbska (1924-2021)

W pamięci widzów starszego pokolenia Maria Koterbska-Frankl do dziś uosabia typ dawnego, liryczno-naiwnego, ale zarazem kunsztownego i stylowego piosenkarstwa lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Należała do jego najbardziej utalentowanych i najpopularniejszych przedstawicielek.

Zaczęła śpiewać w 1949 roku w audycji „Melodie świata” w Radiu Katowice. Część wykonań z tego okresu zarejestrowano w „Wiązance przebojów z lat pięćdziesiątych” z inicjatywy Wojciecha Młynarskiego.
W połowie lat pięćdziesiątych, przez dwa sezony działała w krakowskim Teatrze Satyryków.
Z pierwszego okresu zachował się ślad jej działalności m.in. w pierwszej powojennej komedii filmowej „Skarb” Leonarda Buczkowskiego (1948) oraz w dwóch komediach okresu socrealizmu w reżyserii Jana Fethke: „Sprawa do załatwienia” (1952) i „Irena do domu” (1955), w których pojawiła się „śpiewająco” jako piosenkarka (w „Irenie do domu” śpiewa przebój „Karuzela”). Jej trwająca ponad pół wieku bogata działalność artystyczna nabrała tempa w 1956 roku od udziału literackim kabarecie „Wagabunda”, z którym koncertowała w całej Europie i USA.
Uczestniczyła w setkach koncertów estradowych w kraju i za granicą, w festiwalach, w licznych audycjach radiowych i telewizyjnych („Zgaduj zgadula”, „Podwieczorek przy mikrofonie”), nagrała kilka płyt. Jej najsłynniejsze – jak to w tamtych czasach określano – szlagiery, to m.in. „Wio koniku”, „Karuzela”, „Parasolki”, „Brzydula i rudzielec”, „Serduszko puka w rytmie czacza”, „Augustowskie noce”.
Dysponowała pięknym charakterystycznym, lekko ochrypłym głosem o matowej barwie. Reprezentowała bogatą paletę form śpiewania, od jazzowego do piosenki aktorskiej.
Współpracowała z gronem najlepszych kompozytorów i autorów tekstów. Urodzona w rodzinie muzycznej 13 lipca 1924 roku w Bielsku-Białej, tam też zmarła 18 stycznia.
Jeszcze kilka lat temu uczestniczyła w tamtejszym, lokalnym życiu kulturalnym jako prawdziwa ikona.

Pożegnaliśmy Bogdana Płusę

Założyciela i przewodniczącego łódzkiego Klubu Przyjaciół Prasy Lewicowej. To dzięki jego staraniom wielu dziennikarzy „Trybuny” i innych lewicowych mediów, a także ekspertów i działaczy społecznych, miało szanse spotykać i dyskutować z łódzkimi lewicowcami.
I nie tylko z nimi. Na spotkania Klubu, odbywające się na łódzkiej Piotrkowskiej, przychodzili ludzie o rożnych poglądach i wychodzili bez gniewu, złości, urazów. Bo Bogdan Płusa był szanowany przez różne środowiska polityczne. Wiem, bo na inauguracyjnym spotkaniu łódzkiego Klubu byłem.
Pożegnaliśmy Bogdana społecznika. Związanego z lewicą od czasów młodości w ZMS, działacza społecznego PZPR, potem SdRP i SLD.
Chłopaka z pokolenia awansu społecznego w Polsce Ludowej. Jej budowniczego, przepojonego pokoleniową „odpowiedzialnością za Rzeszowskie i Kieleckie”. Solidarnego i wspierającego awans młodych ludzi pochodzących z biednych środowisk. Zapamiętamy go kpiącego energią, pomysłami, gotowością do działania. Wiecznie w ruchu. Pewnie dlatego, że w młodości był sportowcem, potem działaczem sportowym. Kierował klubem sportowy METALOWIEC.
Swoje życiowe doświadczenia wykorzystywał w publikacjach na łamach „Trybuny”. Krytykował działalność polskiej prawicy. Celnie, czasem boleśnie dla niej, ale zawsze fair play.
Wydawało nam się, że będzie z nami zawsze.

Piotr Machalica (1955-2020)

Piotr Machalica odszedł w pełni sił twórczych w nocy 14 grudnia 2020r. w Warszawie. Syn aktora Henryka Machalicy i brat aktora Aleksandra Machalicy, obdarzony wspaniałymi warunkami zewnętrznymi i cudownym głosem, pozostanie w pamięci widzów nie tylko jako aktor filmowy i teatralny, ale także aktor śpiewający.

W 1981r. ukończył PWST im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie.
Grał w teatrach warszawskich choćby Powszechnym, Ateneum, Polonii Krystyny Jandy, w Och-Teatrze, ostatnio był także dyrektorem artystycznym Teatru im. Mickiewicza w Częstochowie. Zadebiutował w świetnym serialu „Najdłuższa wojna współczesnej Europy” Jerzego Sztwiertni, a widzowie zapamiętają go nadto z ról w filmach „Zabij mnie glino”, „Sztuce kochania” Jacka Bromskiego, ”Łuku Erosa” Jerzego Domaradzkiego, „Krótkim o miłości” i „Dekalogu IX” Krzysztofa Kieślowskiego, „Dniu świra” i „Wszyscy jesteśmy Chrystusami” Marka Koterskiego i wielu innych. Był jednak przede wszystkim aktorem teatralnym, grał u największych, już w 1982r. zagrał w „Upadku” u Zygmunta Hűbnera, później pracował też pod kierunkiem Andrzeja Wajdy, choćby w „Wieczerniku” czy „Dwojgu na huśtawce”. Stworzył setki niezapomnianych kreacji teatralnych. Ostatnio pracował w teatrach Krystyny Jandy, gdzie jeszcze w lutym br. mogliśmy go podziwiać w roli inspektora Baxtera w sztuce „Lily”. Pod koniec lat 80.był już jednym z najsławniejszych aktorów śpiewających, a śpiewał utwory największych Okudżawy, Brassensa, Przybory, Młynarskiego i wielu innych. Wydał kilka albumów z pieśniami i piosenkami, ostatni w 2019 roku. W 2005r. został wyróżniony srebrnym medalem Zasłużony Kulturze „Gloria Artis”.
Śmierć Piotra Machalicy jest wielką stratą dla polskiej kultury, pozostawił rzesze wielbicieli swojej twórczości.

Ludwik Flaszen (1930-2020) „Teatr ubogi”, umysł przebogaty

W Paryżu zmarł 24 października Ludwik Flaszen, bardzo niezwykła i bardzo swoista postać polskiej i europejskiej kultury. Był krytykiem teatralnym i literackim, eseistą, tłumaczem, teatrologiem i reżyserem. Był też współpracownikiem Jerzego Grotowskiego i współzałożycielem (1959) oraz kierownikiem literackim jego wrocławskiego Teatru 13 Rzędów, przemianowanego później na Teatr Laboratorium, a w latach osiemdziesiątych jego dyrektorem, choć przede wszystkim współtwórcą doktryny teatralnej tego teatru, autorem terminu „teatr ubogi”, którego użył w komentarzu do przedstawienia „Akropolis”.

Urodził się w Krakowie w Krakowie 4 czerwca 1930 roku, ale czas II wojny światowej spędził w ZSRR. Po ukończeniu po wojnie studiów na krakowskiej polonistyce zadebiutował w 1948 roku na łamach „Przekroju”.
Jego działalność krytyczna na łamach prasy była bardzo intensywna. Na łamach krakowskiego „Życia Literackiego” prowadził rubrykę „Z notatnika szalonego recenzenta”. Był też m.in. kierownikiem literackim Teatru im. J. Słowackiego w Krakowie. Należał w tym okresie do tzw. krakowskiej szkoły krytyków, wraz z Janem Błońskim, Andrzejem Kijowskim i Konstantym Puzyną. Z uwagi na bezkompromisową pryncypialność z jaką głosił swoje poglądy, w środowisku teatralnym w Krakowa nazywano Flaszena „Robespierre’em”.
Był prekursorem krytyki schematyzmu literatury socrealizmu, czemu już w 1951 roku dał wyraz w głośnym tekście „Nowy Zoil, czyli o schematyzmie”. Literacko zadebiutował w 1958 roku prozą eseistyczną „Głowa i mur”, zatrzymaną przez cenzurę.
Duży rozgłos w środowiskach literackich zdobyła w 1971 roku jego eseistyczna książka „Cyrograf”, niezwykle wyrafinowany, wielostronny, skomplikowany intelektualnie esej o rozmaitych zjawiskach kultury, głównie teatralnej, który doczekał się także wydania francuskiego w 1989 roku. Od 1984 mieszkał w Paryżu, gdzie prowadził bogatą działalność teatralną, pedagogiczną i reżyserską.
Interesowała go tylko wielka literatura wielkich problemów (m.in. Dostojewski czy Ajschylos). Reżyserował gościnnie także w Polsce, m.in. Swoją wersję „Biesów” w Starym Teatrze w Krakowie („Mały Plutarch żywotów nieudanych”,1995). Miał także ścisłe związki z kulturą włoską i w tym kraju krzewił po śmierci Grotowskiego w 1997 roku tradycję jego teatru, jako spadkobierca jego idei.
Opublikował wydane w kilku językach liczne teksty o Grotowskim i jego teatrze. Był współautorem wydanej we Włoszech antologii Teatru Laboratorium. Napisał także m.in. „Teatr skazany na magię” (1983). Był także tłumaczem, głównie literatury rosyjskiej XIX i XX wieku, w tym tekstów Michała Bachtina, ale także z języka rosyjskiego. Był laureatem wielu nagród za dokonania na polu kultury.
Od 2018 roku w Instytucie im. Jerzego Grotowskiego działa bardzo bogata Czytelnia im. Ludwika Flaszena, zawierająca wiele bezcennych i unikalnych wydań książkowych w wielu językach.
Powyższy, „telegraficzny” skrót dokonań Ludwika Flaszena słabo oddaje bogatą, czasami czyniącą wrażenie mistycznej, osobowość tego oryginalnego myśliciela-artysty, ogrom jego wiedzy i niezwykle kreatywny, choć dość hermetyczny umysł, pracujący tylko na najwyższych diapazonach, co sprawia, że kontakt z jego imponującą twórczością, zarówno krytyczną, eseistyczną jak i teatralną, choć fascynujący, nigdy nie był i nie będzie łatwy.