Krzysztof Penderecki (1933-2020)

Krzysztof Penderecki zawsze będzie mi się kojarzył przede wszystkim ze swoją muzyką do filmu „Rękopis znaleziony w Saragossie” W.J. Hasa, kompozycją będącą pastiszem nawiązującym do stylu charakterystycznego dla wieku XVII i XVIII. Brawurowa uwertura do tej kompozycji towarzyszy wysmakowanej, misternej czołówce filmu wyrysowanej przez Lidię i Jerzego Skarżyńskich.
Urodzony 23 listopada 1933 roku w Dębicy, już od wczesnych lat sześćdziesiątych uważany był za najwybitniejszego polskiego kompozytora po Fryderyku Chopinie i uznany za wielkiego mistrza awangardy, choć on sam przeciw temu słowu konsekwentnie oponował. Sens tego określenia jest często dyskutowany a nawet kwestionowany, jako że „awangarda” oznacza sztukę wyprzedzającą czas, tymczasem ona także z czasem staje się klasyką lub co najmniej dołącza do tradycji.
Penderecki stworzył nową polską szkołę kompozytorską, bardzo trudną w odbiorze dla muzycznych laików, przez złośliwych uważaną za kwintesencję „niezrozumialstwa i hermetyzmu”, ale przyjętą z uznaniem na całym świecie, uhonorowaną niezliczonymi nagrodami i laurami. Skomponował cztery opery, osiem symfonii i szereg innych utworów orkiestrowych, koncertów instrumentalnych, oprawę chóralną tekstów religijnych, a także utwory kameralne i instrumentalne. Do jego najsławniejszych utworów należą takie dzieła, jak „Ofiarom Hiroszimy – Tren”, „Pasja według św. Łukasza”, III Symfonia czy „Polskie Requiem”, wraz z włączoną do niego „Lacrimosą”.
Premiera jego pierwszej i najsłynniejszej opery, „Diabły z Loudun”, miała miejsce w Hamburgu i Stuttgarcie w 1969 roku. Od połowy lat 70. styl kompozytorski Pendereckiego zmienił się, a – jak pisali znawcy – „jego pierwszy koncert skrzypcowy skupił się na półtonie i trytonie”. W latach osiemdziesiątych powstało jego chóralne dzieło „Polskie Requiem”.
Muzyka Pendereckiego niejednokrotnie była wykorzystywana przez twórców filmowych. Jego utwory znalazły się w takich filmach jak „Egzorcysta Williama Friedkina, „Lśnienie” Stanleya Kubricka, „Dzikość serca” Davida Lyncha, Ludzkie dzieci Alfonso Cuaróna, „Katyń” Andrzeja Wajdy oraz czy „Wyspa tajemnic” Martina Scorsese.
Był też wybitnym pedagogiem muzycznym, przez wiele lat profesorem i rektorem Akademii Muzycznej w Krakowie, ale także mecenasem kultury. Jego wyrafinowany estetyczny smak i upodobania wyraziły się też. m.in. w dokonaniu renowacji XIX-wiecznego dworku w podkrakowskich Lusławicach, który stał się miejscem spotkań ludzi kultury. Z otaczającego dworek rozległego, 30-hektarowego parku uczynił arcydzieło sztuki arborystycznej, opartej na artystycznym sadzeniu, uprawianiu i pielęgnowaniu drzew oraz roślin drzewiastych.

Eugeniusz Kabatc (1930-2020)

„Dlaczego moi młodzi przyjaciele tak szybko się starzeją?”

Gdy nieco ponad dwa miesiące temu, 11 stycznia obchodziliśmy w Domu Literatury przy Krakowskim Przedmieściu Jubileusz 90-lecia urodzin Eugeniusza Kabatca, w poświęconym Mu szkicu w „Dzienniku Trybuna” napisałem o Nim jako o „pisarzu twórczych metamorfoz”. W nocy, 19 marca Eugeniusz przeszedł swoją ostatnią metamorfozę – umierając stał się lokatorem naszej serdecznej pamięci, jako piękny człowiek i utalentowany artysta pióra.
Jego twórczość rozpościera się od debiutanckiego zbioru opowiadań „Pijany anioł” (1957) nawiązującego do jego białoruskich korzeni, poprzez europejsko-włoski środek, którego najbardziej charakterystycznym wyrazem jest powieść „Patrycja, czyli opowieść o miłości i sztuce w środku nocy” (1975) i niespieszne (tak jak po wschodniemu niespieszny był Eugeniusz) zwieńczenie, które bardzo pięknie skumulowało się w „Ostatnim wzgórzu Florencji. Opowieści o Stanisławie Brzozowskim” (2008) i w „Czarnoruskiej księdze trędowatych” (2011).
Pisarzowi najwłaściwiej jest oddawać hołd pisząc o jego pisarstwie. W dniu wspomnianego Jubileuszu dostałem do ręki wznowione, w postaci nieco poszerzonej, jego „Popołudnia … wieczory”, zbiór przeszło siedemdziesięciu minipowiastek filozoficznych, którym Eugeniusz nadał formę żartobliwych dialogów między Profesorem a Przyjacielem. Podobnie jak powiastki filozoficzne, także dialogi mają swoją piękną, i głębi dziejów literatury sięgającą tradycję, że wspomnę tylko Platona czy Diderota. Eugeniusz Kabatc, choć nie miał uniwersyteckiego patentu filozofa, w moim odczuciu filozofem również był, tak jak wspomniani wyżej i dziesiątki innych, którzy też ani doktoratami ani tym bardziej habilitacjami czy profesurami się nie legitymowali. Kabatc był pisarzem-filozofem w najbardziej rudymentarnym sensie tego słowa. Filozofował niejako naturalnie, odruchowo, filozofia była w jego duchowym, intelektualnym i emocjonalnym DNA. Filozofował tak, jak się oddycha. Nie był przy tym filozofem z zimnej kategorii Kantów i Heglów, lecz zdecydowanie z rodu Montaigne’ów. Nie powodował nim nie imperatyw odkrywania struktury świata, jego systemu, względnie nadawania struktury, kształtu systemowego żywiołowi egzystencji. Kierowało nim pragnienie pogodnej, choć nie pozbawionej łagodnej melancholii kontemplacji świata, jego dramatu, ale i jego urody. Genealogia filozofowania Kabatca wywodziła się nie ze Średniowiecza, ani też, z drugiej strony, nieco oschłego Oświecenia, lecz z łacińskiego Renesans, w szczególności tych jego stref, które rodziły się pod słońcem i w cieniu winnic Kampanii Rzymskiej czy Toskanii. Ta ostatnia jest szczególnie ważna, bo to jedna z ważnych ojczyzn włoskiego wina, a ono towarzyszyły Kabatcowi zawsze, choć smakował je zawsze z renesansowym umiarem. O jego znaczeniu dla Autora świadczy także jego (wina) czule i poetycko wspominana obecność we wspominanych tu powiastkach-dialogach. Nie można jednak zapomnieć, że filozof Kabatc był nie tylko, a może nie przede wszystkim, filozofem, ale świetnym pisarzem, który zadbał o to, by filozoficzność tekstów składających się na „Południa…wieczory” nie była odstraszająca dla tych czytelników, którzy mogą mieć nienajlepsze skojarzenia z terminem „filozofia”, lecz by była atrakcyjna w lekturze. Dlatego teksty zbioru napisał z lekkością motylą i przepełnił je subtelnym i słonecznym humorem.
O czym zaś powiastki-dialogi-rozmówki traktują? O niezliczonych zagadnieniach życia, od wysokiej kwestii „pętli czasu”, poprzez kwestie przykre, jak kłamstwo. zdrada, grzechy władzy, powaga, melancholia, problemy stwarzane przez Ministerstwo Szkodnictwa Wyższego, po wspaniale podnoszące na duchu kwiatki świętego Franciszka. Jedna z powiastek ma intrygujący tytuł, w którym niestety nie mogłem się już rozpoznać: „Dlaczego moi młodzi przyjaciele tak szybko się starzeją?”. „Popołudnia…wieczory”, ale ich lektura sprawiła mi taką przyjemność, że stawiam tomik w zasięgu ręki, z tapczana na którym zwykłem czytać, że użyję staromodnego określenia. Tej staromodności mam zamiaru się wstydzić, tym bardziej, że bieżący czas, póki co, oferuje nam jedynie koronawirusa. I na koniec pozwolę sobie akcent prywatny. Gdy w 1957 roku Eugeniusz debiutował – urodziłem się. Gdy w 1975 roku ukazała się jego włoska powieść „Patrycja”, ukończyłem 18 lat. Przeszło trzydzieści lat później obdarzył mnie i zaszczycił swoją przyjaźnią a jeszcze później kilkoma, na przestrzeni lat, spotkaniami przy winie, w jego mieszkaniu w wieżowcu przy Smolnej, jak żartobliwie podkreślał – w lokalu pod mickiewiczowskim numerem 44 (słownie: „Czterdzieści i cztery”). Będzie mi tym winnych spotkań u Eugeniusza bardzo brakowało.

Odszedł Ludwik Stomma

niepostrzeżenie, w powszechnym milczeniu, nie ze względu na informacyjne, wirusowe, tłoczne szaleństwo, ale z racji swoich poglądów i aktywności twórczej, które dla mainstreamowych mediów były nie tylko obce, ale i nie do pokonania.

Polaryzacja polskiego społeczeństwa, niespotykana w takim granicznym stopniu przez większość okresu Polski Ludowej, stała się jednym z liczących się elementów polityki rządowej, uprawianej od początku przez solidarnościowy obóz. Pasem transmisyjnym jest dziś, twórczo rozwinięta przez PiS, polsko-polska wojna plemion, z jej tragicznymi dla wszystkich skutkami. Trwa dalej w najlepsze z takimi także wypowiedziami jak Adama Michnika (w rozmowie z Tomaszem Lisem): „Patrzę na biografię Jarosława. Zaczynał jako człowiek ewi­dentnie związany z opozycją antykomunistyczną. Nie był tam kimś bardzo ważnym, ale był po tej stronie, a nie po drugiej, kiedy to nie było jeszcze takie modne. Więc w tym sensie nie potrafię odmówić mu inten­cji do patriotyzmu” (Newsweek 2-8.03.2020). Z powyższego wynika, że patriotami byli (a może i są nadal?) polityczni opozycjoniści, bo ci inni, wszyscy pozostali stali tam gdzie stało ZOMO?
To wręcz kuriozalna opinia, odbierająca miano patriotyzmu za odmienne poglądy i działania, i nie mająca nic wspólnego z demokratycznym widzeniem rzeczy, z którą nie sposób zresztą polemizować. Takie podziały stawiają Michnika, czy chce tego, czy nie, w konsekwencji w pobliżu Kaczyńskiego.
Daje temu wyraz na co dzień w „Gazecie Wyborczej”, która także dzieli Polaków na tych, o których warto, z politycznych przekonań i sympatii, pisać i pozostałych, nie zasługujących nawet na pośmiertne wspomnienie (dotyczy papierowego wydania). Miało to miejsce nie raz, ostatnio w związku ze śmiercią Stanisława Kani. Trudno więc było oczekiwać nawet słów kilku o Ludwiku Stommie.
Urodził się w Krakowie w 1950 roku, zmarł w Paryżu 7 marca roku 2020. Był synem Stanisława Stommy, znanego działacza katolickiego, nauczyciela akademickiego, publicysty i polityka, z ramienia „Znaku” posła na Sejm PRL przez kilka kadencji. Sam Ludwik był też naukowcem, profesorem i nauczycielem akademickim na polskich uczelniach i na paryskiej Sorbonie, historykiem, antropologiem kultury, etnologiem, autorem licznych książek i wybitnym publicystą tygodników „Polityka” i „Przegląd”.
Realizm polityczny wyznaczał Stanisławowi Stommie preferencje nadrzędności celów narodowych, a Ludwikowi lewicowe poglądy, bo był nie tylko członkiem Unii Pracy ale w swoich tekstach je wyrażał. Pierwszemu w niełatwych latach Polski Ludowej, w których jego poczucie państwowości i gotowość współpracy napotykało na tępy opór ze strony dalekich wtedy od koabitacji władz. Drugiemu w czasach III Rzeczpospolitej poprzez odważną i krytyczną ocenę nowej polskiej rzeczywistości, sprzeciw narodowym mitom, zakłamywaniu historii, tej dawnej i najnowszej, i doświadczenia Europejczyka.
Ludwik Stomma – niedościgniony mistrz felietonowej publicystyki w pełni zdominowanej wielką erudycją – przedstawiał swoje racje przez kilkadziesiąt lat na łamach „Polityki”, a potem „Przeglądu”, będąc obok Bronisława Łagowskiego filarem intelektualnych wartości, niesionych przez ten tytuł.
Pozostawiając krytykom literackim i prasoznawczym, a także politologom szersze i wnikliwe przedstawienie Jego twórczości oraz jej wpływu na poglądy współczesnych, przywołuję poniżej kilka fragmentów felietonów Ludwika Stommy, które najlepiej prezentują wagę Jego poglądów, rodzaj analizy, opinie i wnioski. Styl i język, erudycja bez granic, nie mówiąc już o odwadze w obronie prawdy.
Jeśli zaś chodzi o wielkie zwycięstwa narodu naszego,
niedługo już będziemy obchodzić okrągły jubileusz Bitwy Warszawskiej 1920. Będzie się działo, jak mawia niesłuszny Owsiak. Normalnym obywatelom radzę uciekać na wakacje, pozamykać radioodbiorniki i telewizory… Jest jednak i drugi sposób. Przypomnijmy sobie, że w tym 2020 r. przypada nie tylko rocznica radzymińskiej wiktorii. 300 lat przed nią (18 września-6 października 1620 r.) stoczona została słynna polsko-turecka bitwa pod Cecorą.
Wspomina jej uczestnik Teofil Szemberg, co duszy polskiej serdeczne winno być i bliskie: „A jako to już u nas nastało wszytkie starszych swych rady paczyć, …że nas PP. Hetmani chcą na mięsne jatki wydać, drudzy, że chcą uciekać, trzeci, że źle radzą, bo Tatarom niepodobna uść”.
Rozpoczęta w tak miłej atmosferze bitwa zakończyła się bezprzykładną (do tamtych czasów) klęską Polaków. Większa część wojska wraz z hetmanem wielkim koronnym Stanisławem Żółkiewskim poległa. Hetman polny koronny Stanisław Koniecpolski dostał się do niewoli. Rozerwany tabor padł łupem nieprzyjaciela. Tatarzy przeprawili się przez Dniestr i ruszyli w głąb Rzeczypospolitej, docierając aż do Sanu.
Radziłbym te dwie rocznice obchodzić razem. Tutaj Maryja pędzi na obłoku, tam psia wiara ścina głowę hetmanowi Żółkiewskiemu. Z lewej atakują ułani, chłopcy malowani, z prawej niezwyciężona husaria zmyka co sił w końskich nogach, wrzeszcząc ze strachu i gubiąc skrzydła. Ks. Skorupka pędzi dzieci do boju, a Stanisław Koniecpolski poddaje się i chorągiew Turczynowi oddaje. I tak byłoby najlepiej, bo historia Polski męczeńską jest, o czym zawsze należy przypominać, ale dlatego przede wszystkim, żeby nam mania wielkości nie uderzyła do głowy.
17 września 1939 r.
wojska radzieckie weszły do Polski na podstawie tajnego zapisu w pakcie Ribbentrop-Mołotow. Było to niewątpliwie (acz armia polska była już rozbita) działanie amoralne i zdradzieckie. Jednakże 2 października 1938 r. oddziały polskie pod dowództwem gen. Władysława Bortnowskiego wkroczyły do Czechosłowacji, współdziałając obiektywnie z hitlerowcami zajmującymi w tym samym czasie czeskie Sudety. Uwagę zwraca identyczność używanych przez Rosjan i Polaków argumentów. Jedni i drudzy mówili o „powrocie do macierzy” okupowanych ziem (w Rzeczypospolitej wydano nawet znaczki pocztowe z tym sloganem) i „ochronie ich ludności”.
Dodajmy, że Polakom ich agresja nie dała nic poza hańbą, natomiast Stalin oddalił o kilkaset kilometrów linię wyjścia armii niemieckich podczas ich ataku na ZSRR. Zabrakło ich potem hitlerowcom, żeby zdobyć Moskwę, choć dotarli na jej przedpola. Teza, że każde państwo musi działać w swoim żywotnym interesie, jest powszechnie przez polityków przyjmowana.
W przeciwieństwie do Polski Becka i Rydza-Śmigłego Rosja może się na nią powołać, toteż sobie tego nie żałuje i znajduje szerokie zrozumienie.
Nie miałem
dotąd specjalnej sympatii dla Włodzimierza Czarzastego. Ot, polityk – wprawdzie lewicowy i inteligentny, ale jak wszyscy unurzany w rozgryweczkach, kokieterii i półprawdach. Z wielką przyjemnością donoszę, że zmieniłem zdanie. W „Kawie na ławę” zapytany o sejmowe „opłatki”, podczas których uczestnicy z prawa i lewa spijają sobie miód z dzióbków przy dźwiękach kolęd, bez względu na to, co który dzióbek świergotał godzinę wcześniej, odpowiedział rzeczowo, że nie ma zwyczaju brać udziału w takich festiwalach obłudy i zakłamania w pseudokatolickim sosie. Brawo, panie Włodzimierzu! Nareszcie rzetelne słowa prawdy.
Dowiadujemy się poza tym,
że duchowni otrzymują od państwa pensję „tylko wtedy, gdy są zatrudnieni jako nauczyciele religii lub kapelani wojskowi” (s. 299). Kapelani kilkudziesięciu innych instytucji, potrzebni lub niepotrzebni, chciani i niechciani, pracują oczywiście za co łaska. Ale faktem jest, że np. Rydzyka smaruje państwo nie poprzez pobory, tylko darowizny i na tysiąc innych sposobów… W „Potopie” Sienkiewicza jest taka scena, w której chłopski małolat zdobywa szwedzki sztandar.„– Jak ci na imię? – spytał chłopaka pan Czarniecki.– Michałko!– Czyj jesteś? – Księży.– Byłeś księży, ale będziesz swój własny! – odrzekł kasztelan. (…) – Wziąć go, dać mu wszelki starunek. Ja w tym, że na pierwszym sejmie równy on wszystkim waszmościom będzie stanem…”.
Dzisiaj rzeczy miałyby się inaczej:– Jak ci na imię? – Polak mały! – Czyj jesteś? – Księży.
– Byłeś księży i zostaniesz księży! – odrzekłby kasztelan. Był bowiem człowiekiem trzeźwym i uczciwym, wiedział więc, że większościowo pisowski Sejm na żadne uszczuplenie stanu posiadania Kościoła nigdy się nie zgodzi. Tym gorzej dla Michałki. Ale w końcu kogo on w naszej chrześcijańskiej i antemuralnej Rzeczypospolitej obchodzi. A prawda jeszcze mniej.
Będzie nam, będącym w tak wielkiej potrzebie, bardzo brakowało Ludwika Stommy.

Kirk Douglas (1916-2020) Farewell Kirk

Urodzony (5 grudnia 1916) w Amsterdamie w stanie Nowy Jork, potomek ubogich Żydów z korzeniami białoruskimi o nazwisku Demsky, stał się na dziesięciolecia jedną z ikon kina amerykańskiego, w szczególności westernu.
Wie o tym każdy, kto widział go w roli rewolwerowca w „Ostatnim zachodzie słońca” R. Aldricha (1961), jednej klasycznych pozycji tego gatunku, z finalną sceną, w której stawał do pojedynku z rywalem granym przez Rocka Hudsona.
Dwa lata wcześniej zagrał w innym klasycznym westernie, „Ostatnim pociągu z Gunn Hill” J. Sturgesa (1959).
Już wtedy miał na koncie około trzydziestu ról, m.in. w ekranizacjach amerykańskiej dramaturgii realistycznej („Żałoba przystoi Elektrze” E. O’Neilla, „Szklana menażeria” T. Williamsa), także w przygodowych filmach: „Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi” według powieści J. Verne (1954) czy „Wikingowie” (1958). Zagrał też główne role w historycznych filmach biograficznych: Vincenta van Gogh w „Pasji życia” V. Minelli/G. Zuckora (1956) i „Spartakusa” S. Kubricka (1960). Zagrał też w głośnym filmie społecznym Eli Kazana „Układ” (1969) i późnym westernie „Był sobie łajdak” J.L. Mankiewicza (1970). Zagrał też w jednym z przygodowych filmów wojennych, „Bohaterowie Telemarku” A. Manna (1965). Szczególnym filmem w karierze Kirka Douglasa był „Ostatni kowboj” D. Millera (1962), uznany za nostalgiczne epitafium gatunku, jakim był amerykański western. Ostatnim z przeszło osiemdziesięciu filmów w których zagrał (postać Jima Kovalsky’ego) był „Empire State Building Murders” (2008). Przez lata występował na Brodwayu.
W 1996 roku otrzymał Oscara za całokształt kariery, był też laureatem francuskiej Legii Honorowej. W 1966 roku odwiedził szkołę filmową w Łodzi, co Marek Piwowski utrwalił w dokumentalnym filmie „Welcome Kirk”. Zmarł 5 lutego 2020 roku w Beverly Hills w wieku 103 lat.

O Józefie prawie świętym

9 stycznia mija 5 lat od śmierci Józefa Oleksego.

Józefa lubili, choć byli i tacy, którzy za plecami nie żałowali mu uszczypliwości. Często nie zdając sobie sprawy, że powtarzają za nim to, co sam z dystansem mówił o sobie. Na przykład o tym, że spieszy się, wyjeżdża, bo wszędzie jest potrzebny i wszyscy na niego czekają. Albo: że był – co prawda – pierwszym sekretarzem komitetu wojewódzkiego, ale – Biało Podlaskie – co to za województwo? Mawiał też przekornie, że nie męczyłby się dzisiaj z nami, miał szansę zrobienia prawdziwej kariery – byłby biskupem, gdyby mu komuna nie zamknęła katolickiej szkoły.
Zarzucali też, że czasami lawiruje i zmienia zdanie, zapominając , że Jego dywagacje były wyrazem wątpliwości i wyrazem dochodzenia do wniosków. Myślał- więc mówił. Wielu tylko mówiło.
Kiedy dziś politycy lewicy zastanawiają się, jak do tego doszło, że SLD poniosło sromotną klęskę w wyborach prezydenckich i parlamentarnych 2015 roku, dlaczego doświadczone środowisko polityczne podejmowało nieracjonalne decyzje, wielu puentuje to słowami: „Józek by na to nie pozwolił”. I jest w tym uznanie dla człowieka, który był autorytetem i często sumieniem tego środowiska. Potrafił sprzeciwiać się w ironiczny sposób, ale wiedział też, kiedy pozostaje już tylko trzasnąć pięścią w stół i awanturować się. Tak trochę po góralsku, bo nie wstydził się i nie wyzbył swoich nowosądeckich korzeni.
Poznałem Go późno, już po „okrągłym stole”, kiedy zdarzało mi się prowadzić „Monitor Rządowy” w TVP, zaś Józef był ministrem ds. kontaktów ze związkami zawodowymi. Byłem już oswojony ze studiem telewizyjnym i z ministrami, ale ten gość był jakby z innej gliny ulepiony. Celebrował swoją pozycję publiczną i telewizyjną sytuację, ale jednocześnie był też sympatyczny, skracał dystans. Mówił z przejęciem w imieniu rządu, ale dostojeństwo jego wypowiedzi nie było „partyjną liturgią”. Czułem, że przejmuje się tym co robi, że „umowa”, „kompromis”, ”porozumienie”, „współpraca” nie są dla niego pustymi słowami. Od razu zdobył moją sympatię i wzbudził zainteresowanie. Wtedy nie przypuszczałem nawet, że niebawem będziemy blisko współpracowali.
Pod koniec stycznia 1990 roku wystartowała Socjaldemokracja RP, jednym z jej założycieli był Józef. Parę dni później w zespole kierowanym przez Marka Siwca przyszło mi współtworzyć „Trybunę”. Trwał spór o Polskę, o to jakie zmiany i w jakim tempie trzeba przeprowadzić. Równocześnie toczył się spór o miejsce lewicy – jak to już wtedy zręcznie nam dodano – „postkomunistycznej”. Spieraliśmy się też o własną tożsamość, o to, co naprawdę znaczy „socjaldemokracja”, jak powinna wpisywać się w konieczne zmiany Polski, jak odnosić się do przeszłości, kiedy i dlaczego mówić rządzącym „tak”, a kiedy „nie”. My w „Trybunie”, staraliśmy się też tworzyć nowy standard relacji pomiędzy partią i jej gazetą.
Wspominając ówczesną geografię wewnątrzpartyjną, trudno jednoznacznie i w pełni zakwalifikować Józefa do jakiejś frakcji czy skrzydła SdRP. Nie pasował do grupy młodych sekretarzy i aktywistów partyjnych, utożsamianej z sekretarzem generalnym SdRP Leszkiem Millerem. Najbliżej Mu było do grupy skupionej wokół przewodniczącego SdRP Aleksandra Kwaśniewskiego, składającej się z działaczy ruchu studenckiego i naukowców. Dość szybko dało się jednak zauważyć, że Józef zdobywa pozycję tego trzeciego, tego pomiędzy Aleksandrem i Leszkiem, negocjatora, ale i inicjatora ważnych dyskusji.
Był wszechstronny. Potrafił ciekawie i nieszablonowo dyskutować o lewicowej tożsamości, wartościach, stylu działania. Umiejętnie korzystał ze swojej wiedzy ekonomicznej, co było doceniane w partyjnym, dosyć zideologizowanym środowisku. Wreszcie mówił pięknie, dostojnie, nieco barokowo, zdaniami współrzędnie złożonymi. I choć nie były to proste wystąpienia, słuchano Go.
Dla dziennikarza był wdzięcznym rozmówcą – barwnym, otwartym, intelektualnie ciekawym. Dla redaktora naczelnego „Trybuny”, jakim przyszło mi dość szybko zostać, był wsparciem. Rozumiał, że „Trybuna” powinna być gazetą lewicową, gazetą socjaldemokracji jako sposobu myślenia, ale nie gazetą partyjną, ograniczoną do prezentowania stanowiska jednej partii.
Wtedy poznałem też Józefa – kompana, niezwykle wymagającego, bo biesiadować lubił i potrafił. Szczegółów nie będę opisywał, ale – wierzcie mi to nie ilość wypitego alkoholu, lecz przyjazna atmosfera była najważniejsza. Dzięki Niemu poznałem wiele ciekawych postaci, ludzi różnych wyznań, z różnych środowisk politycznych. Dzięki dobrej ręce Józefa mam do dziś paru dobrych kolegów, a nawet przyjaciół.
Kiedy we wrześniu 1993 roku SdRP wygrała wybory parlamentarne i przyszło zdecydować, kto z poręczenia zwycięskiej partii może kandydować na Marszałka Sejmu, wybór był oczywisty: albo Aleksander albo Józef. Pierwszy nie rwał się do tego zaszczytu, obawiając się gorsetu, jaki nakłada na polityka ten ponadpartyjny urząd. Drugi jak ulał pasował do marszałkowskiego fotela. Pamiętam lunch w Restauracji Hetmańskiej dawnego Hotelu Victoria, w przyjacielskim, niezbyt dużym gronie, z udziałem szefa klubu SLD Kwaśniewskiego i Marszałka Oleksego. I stanowcze zalecenie Aleksandra: „Panowie, nie ma już Józka, jest Pan Marszałek, i pamiętajcie o tym nie tylko na Wiejskiej”. Myślę, że czas pierwszego „marszałkowania” ( 1993-1995) był w Jego wspomnieniach najlepszym czasem pracy na rzecz dobra wspólnego. Konieczność ułożenia się z niełatwymi partnerami, jakimi byli i Prezydent Lech Wałęsa i Premier Waldemar Pawlak, dosyć rozdrobniony a przez to rozkapryszony Sejm, przejście lewicy z opozycyjności do współodpowiedzialności to okoliczności, w których Józef mógł pokazać swoje polityczne talenty. Potrzebna była jego koncyliacyjność i stanowczość, wyobraźnia i doświadczenie, pracowitość i umiejętność folgowania sobie i innym.
19 grudnia 1995 roku, w restauracji przy ulicy Pańskiej, zorganizowałem swoje imieniny, na które Józef „wydelegował” żonę Marię, czegoś smutną i refleksyjną. Z czasem na tę imprezę zaczęły docierać informacje przerażające i po ludzku tragiczne. Literatura związana z tzw. aferą Olina jest już dość bogata, trzeba jednak powtórzyć kwestię podstawową: to było bezpodstawne uderzenie części służb specjalnych w premiera polskiego rządu, które w warunkach zmiany na urzędzie Prezydenta RP, wyglądało jak próba zamachu stanu. W tym czasie napisałem w „Trybunie” wiele tekstów. Wynikały nie tylko z wiary w człowieka, jego patriotyzm, dobrą wolę i uczciwość, ale też z troski o wiotką, młodą demokrację. Józef wypowiedział wtedy znamienne słowa : „rezygnuję z urzędu, bo jestem niewinny”. Winni mają się dobrze, tylko Lech Wałęsa wyraził ubolewanie, że nie miał czasu pojednać się z Józefem przed Jego śmiercią.
Wydawałoby się, że tak dramatyczny zwrot będzie końcem publicznej służby. Stało się jednak inaczej – lista stanowisk, jakie Józef obejmował po 1995 roku jest imponująca. I najważniejsze jest to, że mandat do tej aktywności dawały Mu wybory parlamentarne. Bo kiedy startował w wyborach – zdobywał mandat.
Przypomnę jedno szczególne zaangażowanie Oleksego: przygotowania do akcesji Polski do Unii Europejskiej. W Kancelarii Prezydenta RP pracowałem od 2002 roku i odpowiadałem, między innymi, za sprawy europejskie. Wtedy moje drogi z Józefem krzyżowały się nader często. Był przewodniczącym Komisji Europejskiej Sejmu, delegatem Polski do Konwentu w sprawie przyszłości Unii Europejskiej, pracował w prezydenckiej Grupie Refleksyjnej, aktywnie uczestniczył w kampanii przed referendum akcesyjnym. Razem z premierem Tadeuszem Mazowieckim i Różą Thun uczestniczył w inauguracji prezydenckiej kampanii referendalnej w Płocku, 25 kwietnia 2003 roku. 19 maja byliśmy razem w Siedlcach, dokąd Prezydent zaprosił ówczesnego Przewodniczącego Komisji Europejskiej Romana Prodiego. Wracaliśmy wspólnie śmigłowcem, na którego pokład Józef zabrał kosz darów od wyborców: kiełbasę suchą, ogórki kiszone i samogon, który zachwalał jako „polskie whisky”. Prodi nie odmówił Józefowi spróbowania tego, co poza walecznym duchem, wnosimy do zjednoczonej Europy.
Razem z Danutą Hubner i Edmundem Wittbrodtem proponował, by preambuła do konstytucji europejskiej wzorowała się na preambule do Konstytucji RP. Podkreślał, że Unia Europejska nie może opierać się tylko na ekonomii, lecz musi być budowana na „wartościach i zasadach, bo tylko one dają poczucie wspólnoty”. Mówił: „Wspólnota Europejska ma dawać bezpieczeństwo materialne, ale także wskazywać azymuty duchowe” – co w ustach polityka SLD brzmiało znacząco.
Wiele jest tych wspomnień, bo kiedy Józef już był, to wypełniał sobą przestrzeń, jak to dzisiaj opatrznie mówią – publiczną. Słuchając i obserwując ministra, posła, marszałka, premiera, przewodniczącego, wicepremiera, „barona” mazowieckiego, członka PZPR, SdRP, SLD, wreszcie przez jakiś czas polityka bezpartyjnego, trudno było oprzeć się wrażeniu, że jest kimś więcej niż ciekawym mówcą. Wielu żartowało ze stylu wystąpień Józefa mówiąc, że były takie „kościelne”, moralizatorskie i namaszczone. Tak, Józef miał poczucie obowiązku i misji publicznej, mówił z przejęciem i był w jakimś sensie kapłanem – jakby to słowo nie zabrzmiało. Był kapłanem odmiennego stylu politycznego. Czerpał z tradycji polskiej rodziny, ubogiej, pracowitej i katolickiej. Doceniał znaczenie wiedzy i nauki. Był za modnym już dziś zrównoważonym rozwojem, w którym wzrost ekonomiczny ma rozwiązywać problemy społeczne. Był przeciwko dominacji i monopolom. Rozumiejąc potrzebę współpracy między państwami, był wrażliwy na punkcie suwerenności. Promował patriotyzm gospodarczy, zanim to hasło znalazło się na ustach polityków. Doznał krzywdy, ale starał się nie krzywdzić innych. Nie był ideałem, ale któż z nas nie ma słabości?
Muszę przypomnieć pewną szczególną radość, jaką sprawił mi w… Chinach. Byliśmy tam w 2012 roku, w delegacji Instytutu Studiów Wschodnich. Józef, jako przewodniczący, przestawił mnie chińskim gospodarzom w taki oto sposób: „Dariusz Szymczycha – czynny intelektualnie były minister”. Dziękuję, Józefie.

 

Zegarmistrz światła purpurowy

– „Zegarmistrz”, to metaforyczny utwór o śmierci, ale z akcentami optymizmu w słowach „będę jasny i gotowy”, bez tragizowania – z Tadeuszem Woźniakiem, piosenkarzem i kompozytorem rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Był już właściwie wakacyjny czerwiec 1972, tradycyjnie Krajowy Festiwal Polskiej Piosenki w Opolu i oto na scenę wchodzi młody człowiek z burzą kręconych włosów, trochę a la Jimmy Hendrix, z gitarą i brawurowo wykonuje dramatycznego „Zegarmistrza światła”…

Miałem 25 lat i byłem właściwie jeszcze dzieciakiem, daleki od refleksji o końcu życia a tu temat o takim kalibrze – śmierć. Wbrew pozorom młodzi ludzie chętnie podejmują tematy ostateczne i tonacje dramatyczne. Nie muszą tego rozumieć. Wystarczy im odpowiadający emocjonalnie ton.

Ten „Zegarmistrz” stał się dla Pana dźwignią do popularności. Niezależnie od Pana późniejszych dokonań, dla wielu widzów i słuchaczy zostanie Pan przede wszystkim wykonawcą tego arcyprzeboju opolskiego…

Pewnie tak. „Zegarmistrz”, to metaforyczny utwór o śmierci, ale z akcentami optymizmu w słowach „będę jasny i gotowy”, bez tragizowania, ale mimo to udało mi się osiągnąć spontaniczną powagę w wykonaniu. Wiem, że utworu tego lubią słuchać i chętnie wykonują młodzi ludzie.

Spodziewał się Pan takiego sukcesu i nagrody? Reżyser tamtego festiwalu Janusz Rzeszewski wyreżyserował Pana występ niemal jak widowisko rapsodyczne, z wyłaniającymi się w tle Alibabkami…

Tak, zasługa Rzeszewskiego dla wyeksponowania w Opolu tego utworu była duża, ale już wcześniej było wiadomo, że nie przejdzie on bez echa, ponieważ był chętnie i z powodzeniem puszczany w radiu.

Niektórzy utyskiwali, że tekst Bohdana Chorążuka jest dziwaczny, niezrozumiały, nawet mówiono o „mętniactwie”, o kiczu…

Nie zgadzam się. Wtedy panowało przyzwyczajenie do tekstów bardzo prostych, przaśnych, o dosłownych treściach. Na pewno tekst Chorążuka jest wieloznaczny i otwarty jak poezja, co zawsze jest jej walorem. Nie wiadomo więc, czy ten „Zegarmistrz” to Bóg, Los czy Przeznaczenie. To metaforyczny utwór o śmierci, ale z akcentami optymizmu w słowach „będę jasny i gotowy”, bez tragizowania. Sam miałem wtedy 25 lat, daleki byłem od refleksji o śmierci, ale mimo to udało mi się osiągnąć spontaniczną powagę w wykonaniu. Wiem, że lubią go i chętnie wykonują młodzi ludzie.

Po tym debiucie zdefiniowano Pana jako reprezentanta piosenki poetyckiej, a także ballady. Identyfikował się Pan z taką kwalifikacją?

Przez pewien czas po moim debiucie big-bitowym odczuwałem potrzebę takiego szufladkowania, ale od bardzo dawna już nie odczuwam. Uważam, że przymiotnik „poetycka” nie jest konieczny. Wystarczy samo słowo „piosenka”. Jeśli śpiewa się tekst wiersza, staje się on zwykłym tekstem piosenki, nawet jeśli to utwór wybitnego poety. Nie każdy wybitny wiersz jest dobry jako tekst do piosenki i odwrotnie, dobry tekst nie zawsze jest dobrym wierszem. Oddzielam poezję od piosenki, bo one są odmiennymi gatunkami. Nie lubię takiego usilnego porządkowania i klasyfikowania zjawisk w kulturze. Piosenka jest dobra albo zła. A co do ballady, to często zdarza się nieporozumienie, polegające na tym, że za balladę uważa się wykonanie jakiegoś utworu przy akompaniamencie gitary, a nie na tym polega ballada. Nie ma też ballady, gdy wykonawcy towarzyszy orkiestra. Gatunek ten polega na tym, że śpiewa się utwór, który opowiada jakąś historię, zazwyczaj tajemniczą, ponurą w nastroju, często o duchach i upiorach. Owszem, mam w repertuarze także ballady, które nagrałem na płytę. Ballada to bardzo stara forma muzyczno-literacka, która z ludowych bajań przeniosła się do wielkiej literatury, że wspomnę Mickiewicza, Goethego czy Schillera. W końcu ballada to też piosenka popularna.

A „Zegarmistrz światła”, to piosenka czy pieśń? Czy inna jeszcze forma muzyczna?

To piosenka popularna, choć adresowana do odbiorców o pewnym właściwym im, może bardziej wysublimowanym typie potrzeb emocjonalnych czy estetycznych. Odbiorców ceniących nie tylko muzykę, melodię, ale także komponentę literacką w piosence. Ja bym nie dzielił włosa na czworo – wszystko, co jest wykonywane muzycznie i wokalnie na festiwalach, a co nie jest operą czy operetką lub ewidentną, zwłaszcza choralną pieśnią, to dla mnie po prostu piosenka popularna, choć przyjmująca zróżnicowane gatunkowo formy.

Zanim dotkniemy czasów po „Zegarmistrzu”, proszę o garść wspomnień. Zaczynał Pan pod pseudonimem Daniel Dan w zespole „Dzicy”. Był Pan też gitarzystą „Niebiesko-Czarnych”…

Daniel Dan i „Dzicy” występowali w Młodzieżowej Giełdzie Piosenki i to było bardzo młodzieńcze przedsięwzięcie. Natomiast co do „Niebiesko-Czarnych”, to chcę przy tej okazji dokonać sprostowania. Nie byłem ich gitarzystą, nie byłem członkiem zespołu, lecz przez rok z nimi występowałem,. Podobnie jak zagrałem okazjonalnie z Czesławem Niemenem, ale też nie byłem członkiem jego ekipy instrumentalnej.

Lubi Pan wspominać dawne czasy?

Nie, nie należę do tych, którzy przywiązują szczególną wagę do wspomnień i lubią się im oddawać samotnie czy podczas spotkań towarzyskich. Nie opowiadam w towarzystwie o swoich dawnych przewagach. Żyję raczej teraźniejszością i przyszłością, tym bardziej, że mam różne plany artystyczne. Tak więc z tego punktu widzenia nie jestem najlepszym rozmówcą.

Zajmuje się Pan m.in. komponowaniem muzyki teatralnej. Skąd wybór tej dziedziny?

Od dawna naturalnie ciążyłem do teatru, lubię tę dziedzinę sztuki i w końcu przytrafiły mi się propozycje komponowania dla sceny.

Na czym polega specyfika komponowania dla teatru?

To kompletnie odrębny proces intelektualny i artystyczny. Nie komponuje się samoistnego, autonomicznego dzieła, lecz coś, co odnosi się semantycznie do innego artystycznego przekazu, jest jego komponentą. Lubię wieloznaczność sztuki teatralnej i dostosowuję do niej wieloznaczność formy muzycznej. Jeśli komponuję fragment do sceny miłosnej, to staram się unikać tautologii, jednoznaczności, dosłowności, charakterystyczny dla przekazu bardzo popularnego.

Nie obca jest Panu także kompozycja muzyki filmowej. Skomponował Pan motyw do popularnego serialu „Plebania”, ale Pana szczególnie wybitnym dokonaniem jest muzyka do zrekonstruowanego filmu Ryszarda Ordyńskiego z 1928 roku, „Pan Tadeusz”, opartego o epos Mickiewicza….

To była wspaniała praca, rzeźbienie w cudownym tworzywie artystycznym. Film, niemy i czarno-biały oczywiście, ale mimo upływu 85 lat od realizacji i premiery, jest wspaniałym widowiskiem artystycznym, choć oczywiście zdecydowanie nie dla publiczności masowej, lecz dla elitarnej, wyrafinowanej. Wiem, że Andrzej Wajda oglądał i był zachwycony, także muzyką…
Rozpoczęliśmy rozmowę od festiwalu piosenki polskiej w Opolu, w którym na jubileuszowym koncercie, z okazji półwiecza festiwalu, wykonał Pan „Zegarmistrza światła”. Czym był i jest dla Pana ten festiwal z perspektywy półwiecza istnienia?
Na pewno najważniejszym w historii muzyki polskiej festiwalem rodzimej piosenki, wielorakim zjawiskiem muzycznym, momentami nawet szerzej niż muzycznym. Dziś jest bardziej poddany presji uniformizującej korporacji muzycznych, kiedyś był bardzo spontanicznym fenomenem, wyrastającym głównie z kultury studenckiej. W pierwszych latach istnienia była to spontaniczna erupcja tego, co kotłowało się pod naskórkiem ówczesnych oficjalnych, młodzieżowych organizacji społecznych. Co tu dużo mówić – Opole to kawał polskiej kultury popularnej, także zwierciadło rozmaitych gustów i mód, nie tylko muzycznych, a bywało, że także aktualnych trendów społeczno-politycznych. Szkoda, że nie przetrwał sierpniowy Międzynarodowy Festiwal Piosenki w Sopocie, w Operze Leśnej. Polska publiczność muzyki popularnej przez dziesięciolecia zaczynała wakacje opolskim czerwcem i sopockim sierpniem. I to było wtedy piękne.

Dziękuję za rozmowę.

Tadeusz Woźniak – ur. 6 marca 1947 w Warszawie – wokalista, muzyk, kompozytor. Zadebiutował w roku 1966 pod pseudonimem Daniel Dan w zespole „Dzikusy” podczas I Radiowej Giełdy Piosenki. Jako gitarzysta grał m.in. w Niebiesko-Czarnych, śpiewał z grupą Czterech i z tą grupą dokonał pierwszych nagrań archiwalnych dla 3 programu PR oraz płytowych. Jako kompozytor zadebiutował w 1967 roku, pisząc muzykę do wierszy Juliana Tuwima, Bolesława Leśmiana, Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. Od 1968 występuje jako solista, śpiewając najczęściej melodyjne ballady własnej kompozycji i akompaniując sobie na gitarze. Komponuje także muzykę teatralną i filmową, tworzy spektakle muzyczne i musicale. Jako wykonawca największe sukcesy odnosił pod koniec lat 60. i w latach 70. Ma w swoim dorobku muzykę do ponad dwieście piosenek, prawie 100 inscenizacji w teatrach dramatycznych, wielu przedstawień telewizyjnych, programów poetyckich i artystycznych oraz filmów animowanych. Muzyka Woźniaka, choć stanowiła integralną część wielu sztuk teatralnych, była też niezależnie nagradzana na festiwalach sztuk teatralnych. Otrzymał nagrodę za muzykę do „Wesela” Stanisława Wyspiańskiego w reż. R. Kordzińskiego, „Odprawy posłów greckich” Jana Kochanowskiego w reż. A. Witkowskiego, „Mistrza i Małgorzaty” Michaiła Bułhakowa w reż. A. M. Marczewskiego. Jego najpopularniejsze piosenki poza „Zegarmistrzem”, to „Hej, Hanno”, „Smak i zapach pomarańczy”. Odznaczony Złotym Medalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis. W 2017 roku wydał książkę „Zegarmistrz światła. Tadeusz Woźniak w rozmowie z Witoldem Górką”.

Staszek Pelczar (1946-2019)

Zmarł Staszek Pelczar. Świetny dziennikarz, zawsze lojalny kolega. W latach 1982–1987 był dyrektorem Polskiego Radia i Telewizji we Wrocławiu oraz redaktorem naczelnym Telewizji Wrocław. To nie był łatwy czas dla ludzi tej instytucji. Sztuką było przejść przez te lata z podniesionym czołem. Wtedy naprawdę hartowały się charaktery.

W nowej Polsce Staszek był członkiem Rady Nadzorczej Radia Wrocław, a potem także prezesem Radia Wrocław. Był szefem wyrozumiałym, pomagającym młodym dziennikarzom, zawsze spokojny, jakby w ogóle nie miał nerwów.
W latach 90-tych, współpracowaliśmy blisko w tygodniku NIE. Staszek jest ważnym współtwórcą niebywałego wówczas powodzenia pisma. W pamięci przyjaciół, kolegów i czytelników zostawia po sobie dobre wspomnienie o porządnym człowieku.

Żegnaj przyjacielu
Anna Hawrylecka, Marek Barański

Zmarł Józef Gawlik

W dniu 28 września zmarł w Bytomiu, na niespełna miesiąc przed 93 rocznicą urodzin, Tow. Józef Gawlik – weteran ruchu robotniczego, partyzant Gwardii/Armii Ludowej, członek Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, walczący z bandami reakcyjnego podziemia i bandami UPA, utrwalacz władzy ludowej, działacz PPR, PZPR, ZKP”P” oraz KPP, współtwórca pisma „Brzask” i jeden z pierwszych jego redaktorów, wierny i oddany sprawie Komunista.

Przez dwa lata uczestniczył w budowie Nowej Huty w szeregach Brygady Służby Polsce. Potem pracował w górnictwie, ukończył Technikum Górnicze w Bytomiu i został sztygarem. W lipcu 1952 roku został członkiem PZPR, następnie sekretarzem POP, członkiem Plenum miejskiego i I sekretarzem Komitetu Zakładowego.

Wielokrotnie wyróżniany za pracę zawodową i społeczną, odznaczony medalami resortowymi, zasłużony dla górnictwa, złotą odznaką im. Janka Krasickiego, medalem XXX-lecia PRl, krzyżami zasługi wszystkich klas i Orderem Sztandaru Pracy.

Od 1976 roku był członkiem ZBOWiD, a od 1984 r. uzyskał uprawnienia kombatanckie, które zostały Mu odebrane w 2017 r. Członek organizacji kombatanckich, ostatnio Stowarzyszenia Tradycji Ludowego Wojska Polskiego. Jeden z inicjatorów powstania Związku Komunistów Polskich „Proletariat”, a potem Komunistycznej Partii Polski. Autor wielu publikacji w Brzasku.

Całe życie poświęcił pracy dla dobra innych, do ostatnich chwil aktywnie zainteresowany działaniami Naszej Partii. Po śmierci oddał swoje ciało do dyspozycji nauki. Dla nas – komunistów był wzorem zaangażowania i aktywności dla dobra społeczeństwa i idei społecznej sprawiedliwości.

Cześć Jego Pamięci!

KKW KPP, Redakcja „Brzasku”

Towarzysze wspólnej walki

I tylko esemesy popiskują

Bura codzienność, która jednak wciąga

Szacunek dla pisarza, który mogąc bujać w obłokach swojej wyobraźni, kreować barwne i intrygujące światy, popisywać się erudycją, rozsnuwać wdzięk stylu lub ukazywać światy rzeczywiste, a efektowne, zdecydował się na zatrzymanie się w rzeczywistości najokropniejszej, w sferze fizjologii, bólu, cierpienia, upokorzenia, zamknięcia, smutku, bezradności, samotności, beznadziei, śmierci, jakby w „anusie” życia.
Dom opieki, starość i całą tę szarą codzienność oddziału szpitalnego pokazuje Grzegorz Uzdański (rocznik 1979) oczyma młodego wolontariusza. Materia tej lektury jest okropna: stare ciała, niesprawność, zanieczyszczone pieluchy, smród, wszystko to pokazane fragmentami z naturalistyczną dokładnością. Są też echa świat zewnętrznego, monotonia i banalność codzienności, jakieś problemy rodzinne, małżeńskie, emocjonalne. I choć przestrzeń, którą ukazuje Uzdański nie tak bardzo różni się od podobnej w podobnych miejscach pół wieku temu dajmy na to, to w tle pojawiają się detale charakterystyczne dla naszej współczesności: znane tytuły gazet, seriale i reklamy „lecące” z telewizora, sygnały esemesów. Ale oto w mojej percepcji czytelniczej dzieje się coś dziwnego. Cała ta nieprzyjemna, nieefektowna, bura, może nawet z definicji nudna materia (nomen omen – materia, trafne słowo) faktograficzna, materia „świata przedstawionego”, która powinna odstręczać – wciąga. A to za sprawą pisarskiego talentu. Uzdański ma pisarską spostrzegawczość na detal, wyostrzone zmysły, wrażliwość na „mikrochwile”, dar delikatnej, prawie niedostrzegalnej ironii i mimowolnego komizmu oraz dar wolności od egzaltacji, bo ta powieść nie jest ani trochę czułostkowa.
Ot, siła literatury – materię odpychającą, aż proszącą się o to, by się od niej odwrócić, nie myśleć o niej, nie mieć jej pod powiekami i w tyle głowy, skierować się ku przyjemniejszej strefie egzystencji, ukazać tak, by chciało się czytać. I tak jest w przypadku prozy Uznańskiego.

Grzegorz Uzdański – „Zaraz będzie po wszystkim”, wyd. WAB (gwfoksal), Warszawa 2019, str.223, ISBN 978-83-280-7095-0.

Pisarz wielkiego serca

11 czerwca 2019 o godzinie 7.55, zmarł o Zbigniew Domino, człowiek wielkiego serca, wiedzy i otwartości. Pożegnamy go we wtorek 18 czerwca o godzinie 11.30 na Cmentarzu Komunalnym w Rzeszowie w osiedlu Wilkowyja.

Za pół roku, 21 grudnia, osiągnąłby 90 lat życia. Ale świeżość spojrzenia i umysłu miał o pół wieku młodsze niż z wskazywała na to metryka. Był ciągle taki, jakim go zapamiętaliśmy przy pierwszym poznaniu wtedy, gdy jako redaktor naczelny miesięcznika społeczno-kulturalnego „Profie” od 1975 roku przez pięć lat nie tylko był szefem naszego zespołu redakcyjnego, ale zarazem przyjacielem i przewodnikiem życiowym. Taki pozostał do końca życia. Szczery i przyjazny ludziom. Nie lubił sztucznej podniosłości. Cenił właśnie szczerość u innych.
Krótką notką można określić: sybirak, pisarz, autor kresowo-syberyjskiej sagi powieściowej: „Syberiada polska” (2001), także zekranizowanej, „Czas kukułczych gniazd” (2004), „Tajga. Tamtego lata w Kajenie” (2007), „Młode ciemności” (2012), „Zaklęty krąg” (2017), „Cedrowe orzechy” (1974, poszerzone wyd. w 2014 r.) oraz kilkunastu innych książek. Jego proza tłumaczona była na języki obce. W warszawskim Wydawnictwie EMKA Jacka Marciniaka, w którym ukazały się wszystkie książki pisarza z cyklu syberyjskiego – niebawem ukaże się kolejna, niestety już ostatnia – „Sybiraczka” . Zbigniew Domino już jej nie zobaczy.
„Syberiada polska”, według której Janusz Zaorski nakręcił film pod tym samym tytułem, była najbardziej rozpoznawalna – sztandarowa, nie tylko z racji, że rozpoczynała syberyjski cykl pisarza. Przetłumaczona do tej pory na języki ukraiński, francuski, rosyjski i słowacki. Na Ukrainie otrzymała międzynarodową nagrodę literacką im. Wołodymyra Winnyczenki. W Polsce nagrodę czytelniczą Biblioteki im. Raczyńskich i nominację do nagrody Ikara. Powieść cieszy się wciąż niezmiennym czytelniczym powodzeniem. Znawcy literatury określają ją jako dzieło o niepowszedniej epickiej skali. „Syberiada” – a także kolejne książki wymienione powyżej – najpełniej obrazują masową zsyłkę Polaków na Sybir. Dodatkowo „Syberiadę” wyróżnia to, że głównym zbiorowym bohaterem czyni pisarz polskich chłopów.
Po ukazaniu się powieści ks. Marek Ciesielski Schr na swojej stronie internetowej napisał: „Tak jak Konczałowskiego „Syberiada” jest filmem przekraczającym ramy filmu (dlatego w podtytule jest poematem filmowym), tak „Syberiada polska” przekracza absolutnie granice polskiej prozy. To powieść pomnik, powieść krzyk, powieść elegia. (…) Uważam, że każdy Polak powinien tę książkę wziąć do ręki i trochę nad nią popłakać i pomedytować. To najlepszy podręcznik najtrudniejszej historii jaki znalazłem w literaturze ostatnich lat”.
„Syberiada polska” przetłumaczona na język francuski i wydana przez Les Éditions Noir sur Blanc od razu zyskała zainteresowanie recenzentów m.in. z „Le Monde” i „ Liberation”. Polski pisarz z Rzeszowa, który wszak towarzysko nie gościł nigdy na salonach francuskiej elity literackiej, pojawił się tam jednak za sprawą powieści. Francuscy krytycy zauważyli tę książkę wśród setek nowości wydawniczych na swoim rynku i poświęcili jej niemało uwagi.
A przecież w tym samym czasie Adam Zagajewski ubolewał na łamach „Rzeczpospolitej”, że jego książka tamże „tonęła w kompletnej ciszy”. I pocieszał się, że gdy ukazał się tom wierszy wybranych Herberta też „pojawiła się na jego temat tylko jedna recenzja”. Zagajewski stwierdził nawet, że we Francji poza podziwianym tam Gombrowiczem „recepcja polskiej literatury jest nikła”. W przeciwieństwie do gazet francuskich, polskie media przemilczały wydanie „Sibériade polonaise”. Nie zauważyły też tej książki przedstawicielstwa polskie we Francji, które jak się wydaje powinny z obowiązku śledzić takie wydarzenia i pomagać w przybliżeniu ich miejscowej społeczności. Natomiast za pośrednictwem wspomnianych recenzji we francuskich gazetach o „Syberiadzie” mogli się dowiedzieć mieszkańcy także i w innych krajach, gdzie te dzienniki są kolportowane. Od Antyli i Gujany, przez Belgię, Luksemburg, Szwajcarię, Hiszpanię, Włochy, Senegal, Niemcy po Stany Zjednoczone i Kanadę na drugim kontynencie.
Pisarz z ogromnym szacunkiem odnosił się do osób, które dziś próbują łączyć tych, których podzieliła wojna. Wrócił do swego gniazda. Mieszkał w Rzeszowie. Syberyjska odyseja, pomieszczona w jego książkach jest literackim świadectwem koszmaru wywózki i lat zesłania sybiraków oraz szukaniem miejsca dla siebie w nowej Polsce w pierwszych latach po wojnie. Nic dziwnego, że w tych powieściach, „które dzieją się naprawdę” autor zawarł zdarzenia prawdziwe i prawdopodobne. – Nie obawiam się, że będę postrzegany jako pisarz jednego tematu – twierdził Zbigniew Domino, który ma w swym dorobku pisarskim jeszcze kilkanaście innych książek, odbijających jak w lustrze m.in. złożone losy ludzi walczących z okupantem i ich pogmatwane ścieżki w powojennej Polsce, by wspomnieć chociażby „Błędne ognie”, „Bukową polanę”, albo „Czas do domu, chłopaki”.
Ślady życia pisarza od Kielnarowej wiodły przez Podole, zesłańczy Sybir, Ziemie Odzyskane, Warszawę, Rzeszów, dyplomatyczny dwukrotny pobyt w Moskwie i ponownie Rzeszów dzielony z Matczynym Polem w Kielnarowej, gdzie pisał „Syberiadę”. Tę przeszłość – jak sam uważał – można podzielić na okres szczęśliwego dzieciństwa do czasu wywózki, potem wryte na zawsze w pamięć sześć i pół roku na Syberii – od 10 lutego 1940 roku do 26 czerwca 1946. Powrót do Polski i po czterech latach wojsko, co stało się przypadkowo. Tam znowu przez przypadek trafił do oficerskiej szkoły prawniczej, a po jej ukończeniu rozkazem skierowano go do prokuratury wojskowej. I kolejny etap to ponad 20 lat życia już dojrzałego od rozkazu do rozkazu i wiele historii, które wlokły się za nim, albo mu je „życzliwi” wyciągali. Następny okres jest po świadomym wyjściu z wojska, motywowanym m.in. literackimi zajęciami. I powrót do Rzeszowa w 1969 roku. Prawie połowę życia miał wtedy za sobą. Nowe wyzwania, kiedy w 1975 roku został redaktorem naczelnym miesięcznika społeczno-kulturalnego „Profile” i prezesem rzeszowskiego oddziału Związku Literatów Polskich. Ale i służba w misji pokojowej na Bliskim Wschodzie, literacko zapisana w książce „Notatki spod Błękitnej Flagi”. Na tej drodze życia były też prawnicze studia magisterskie i dyplom uzyskany na Uniwersytecie Warszawskim oraz doktorat obroniony na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu.
Czytelnicy często traktują Staszka Dolinę, głównego bohatera sybirackiej odysei, jak bohatera pamiętnika Zbigniewa Dominy. – Te losy mogą się zbiegać, pokrywać, ale bohater powieściowy podąża jednak własnymi ścieżkami. Dla mnie powrót po wojnie z Syberii do Polski i wszystko, co się potem działo, było naturalne. Z Polską Ludową dorastałem i jej wszystko zawdzięczam, począwszy od wykształcenia, bo wróciłem dzieciakiem prawie, nagi, bosy i niedouczony. Innej Polski nie znałem – podkreślał niezmiennie. Są w tych powieściach także autentyczne nazwiska. I stąd zalew listów po tym, jak się one ukazywały. Owe listy posłużyły pisarzowi do nowych wątków, gdy pisał „Czas kukułczych gniazd”, a nawet i w „Młodych ciemnościach”. Albo zetknięcie się z Niemcami w Kajenie na wschodzie Syberii, z takimi jak i on zesłańcami. W polskiej literaturze – jak twierdzą krytycy – nikt poza nim czegoś takiego nie opisał. Prapoczątki „Syberiady” też wywodzą się z przeżyć i doświadczeń sybirackich. Pierwsze opowiadanie pt. „Opowieść znad wody” opublikował w „Tygodniku Kulturalnym”. Potem napisał kolejne. Uskładało się ich wystarczająco na debiutancki tom pt. „Pragnienia” (1967), potem na kolejne, w tym „Cedrowe orzechy” (1974). – Maszynopis długo przetrzymywano w Wydawnictwie MON – przypominał Zbigniew Domino w jednej z wielu rozmów, które miałem z nim zaszczyt przeprowadzić. – O ich druku, co wiem na pewno, zdecydował dopiero generał Wojciech Jaruzelski, też sybirak, którego pamięć ogromnie szanuję i jestem przekonany, że doczeka się on jeszcze pomników podkreślał pisarz. Wtedy to był temat tabu. Poniekąd ze zdumieniem odnotowała wówczas Maria Danilewicz-Zielińska w paryskiej „Kulturze”, że mogły się ukazać opowiadania zesłańcze w takiej postaci.
Stygmat sierocy naznaczył życie Zbigniewa Dominy. Matka umarła na Sybirze, gdy miał zaledwie 10 lat, a jego brat Tadek dopiero 4,5 roku. – Gdy ojciec poszedł z kościuszkowcami na wojnę w maju 1943 roku, zostaliśmy na łasce obcych ludzi. Byłem małemu bratu i ojcem, i matką. Tylko mnie nie miał kto wtedy matkować – mówił w jednej z tych rozmów na wspomnienie tamtych przeżyć. Z zesłańców w Kaluczem i Kajenie tylko jemu udało się powrócić w miejsce zesłania po kilkudziesięciu latach, gdy był w Moskwie polskim dyplomatą. – To wtedy – wspominał – po raz drugi w życiu dotarłem do Kaluczego na Syberii przy pomocy wielu życzliwych mi Rosjan. A w tamtych czasach dostać się w głąb syberyjskiej tajgi nie było wcale łatwe, zwłaszcza dyplomacie. Mnie się poszczęściło… Kaluczego już nie ma. Prawie ślad po nim nie został. Natomiast tajga objęła we władanie wszystko, także nasz zesłańczy cmentarz, gdzie jest kilkaset mogił polskich, ale ślad już po nich zatarty. Odwieczna tajga ma swoje prawa. Tam i moja matka spoczywa. Pamiętałem to miejsce, odnalazłem wzgórek nad rzeką Pojmą i szczątki krzyża modrzewiowego, który postawił mój ojciec. Nabrałem w chusteczkę garść ziemi z tego miejsca i przewiozłem ją na symboliczny grób matki w Tyczynie.
Rosjanie w tych powieściach traktowani są bez uprzedzeń, bo jak podkreślał pisarz, Syberię, od Rosjan poczynając, zamieszkują różnorodni narodowościowo ludzie, z różnych etapów potomkowie zesłańców z Europy po rodzimych Buriatów. Tam wytwarza się ten szczególny klimat wyrozumiałości wzajemnej. – Państwo i ludzi należy oddzielać – mówił Zbigniew Domino – przeciętny Rosjanin jest bardzo uczuciowy, a sybirak szczególnie, który drugiego człowieka nigdy w potrzebie nie zostawi. Nie tylko ja, ale każdy polski zesłaniec przytoczy wiele przykładów, gdy zwłaszcza kobiety sybiraczki, bo ich mężowie i synowie walczyli na froncie, opiekowały się nami, pomagały, choć same żyły w wielkiej biedzie. Mój stosunek do Rosjan się nie zmienia. Smuci mnie tylko, że nasi niektórzy „mędrcy” polityczni, którzy z grubsza mówiąc nie mają zielonego pojęcia o Rosji i nie znają mentalności Rosjan, rezygnują z możliwości bezpośrednich kontaktów z tym społeczeństwem, np. z Dni Kultury Polskiej w Rosji. Kiedy po przetłumaczeniu „Syberiady” na rosyjski zaproszono mnie do Krasnojarska, to nie mogłem narzekać na brak zainteresowania i życzliwości dla Polaków. Książka rozeszła się natychmiast.
Na Ukrainie zachodniej przed wojną była Polska, stamtąd Polaków, w tym rodzinę Dominów mieszkających w Worowlińcach Kolonii pod Zaleszczykami, wywieziono na Sybir. – Gdybym nie znalazł się na zesłaniu, to prawdopodobnie podzieliłbym los wielu tych spod Zaleszczyk, Czortkowa i Borszczowa, którym udało się uniknąć wywózki, ale znaleźli się w studniach pomordowani przez banderowców. Mam przyjaciół, którzy przeszli tę gehennę wołyńsko-podolską i wszyscy mówią w ten sposób. Czekamy na przeprosiny od władz Ukrainy – mówił pisarz i zauważał przy tym, że te wydarzenia umykają także naszym władzom, a i o sybirakach się milczy, o tych gdzieś w tajdze pogubionych. Od wielu lat upominał się o przywrócenie w Rzeszowie ulicy imienia Anieli Krzywoń, młodziutkiej sybiraczki, która wstąpiła do polskiego wojska i poległa w bitwie pod Lenino. Bez rezultatu – przypominał wielekroć z wyrzutem.
W tym miejscu muszę z przykrością stwierdzić, że oficjalnie też prawie nie zauważa się pisarza, który swą twórczością przysparza chwały Rzeszowowi oraz regionowi w Polsce i na świecie. W tzw. „Encyklopedii Rzeszowa” również zabrakło dlań miejsca, choć Zbigniew Domino mieszkał w Rzeszowie ponad pół wieku. Film Janusza Zaorskiego stworzony na podstawie „Syberiady polskiej” i pod tym samym tytułem, który wszedł na ekrany kin w 2013 roku, w Rzeszowie i regionie też oficjalnie przemilczano – nie było żadnego spotkania z twórcami, aktorami i pisarzem, według którego to powieści ten obraz powstał. Jedna z największych produkcji ostatnich lat, która z epickim rozmachem opowiada przejmującą historię Polaków deportowanych w latach 40. na Syberię, jak podkreślano w zapowiedziach.
Kiedy niedawno pytałem go przy okazji pracy nad „Sybiraczką”, co dalej na pisarskiej drodze? – Wygląda mi ta droga na coraz krótszą, ale
i trudniejszą – odpowiedział pisarz. – Zobaczymy, może Staszek Dolina coś mi
jeszcze podpowie. Sam chciałbym wiedzieć.
Już nie zdąży. Droga życia i pisania została zamknięta. Pozostanie pamięć i świadectwo w postaci książek o niezaprzeczalnej wartości. I żal, że już nigdy nie będzie można spotkać się, porozmawiać zyskać życzliwą podpowiedź i radę.