Nad Wisłą mu przyszło

Zmarł nam Tomek Wiater.

Znakomity karykaturzysta. Jego postacie rysowane charakterystyczną, powszechnie znaną kreską, codziennie rodziły się w Internecie i raz na tydzień w tygodniku „Nie”. Były graficznymi twarzami tego tygodnika. Odrażające, pokraczne, złe. A jednocześnie niezwykle dowcipne, bo zwykle autoironiczne.
Najlepiej wychodziły Tomkowi rysunki bezpruderyjnych panienek, biskupów, polityków i panów bogów. Codzienny poczet władców naszej Polski. Najśmieszniej bywało kiedy politycy rechotali z wizerunków panienek i biskupów, panienki podśmiewały się z polityków i biskupów, a biskupi chichotali na taki widok panów bogów. Panom bogom pozostawało kpić z pozostałych, z tego całego Dzieła Bożego, czyli z siebie.
Miały jego postacie wszędzie swych fanów. Zasłużona artystka Krystyna Janda ukochała sobie jego karykaturę „Daj głos”, za co znienawidzili ją PiS-owscy „naziole”. Ci sami „Niziole” powielali na swoich forach internetowych Wiaterowe kpiny z kulturowej lewicy, fanów Krystyny Jandy, czasem nawet gejowatych biskupów. A kulturowa lewica powielała u siebie Wiaterowe kpiny z panów bogów, nazioli, biskupów, no i salonu Krystyny Jandy.
Tak to dla lewicy był Tomek sztandarem ateizmu i anty PiSizmu, dla centrum pogromcą PiS- u i konserwatywnych hierarchów, a dla radykałów PiS celnym prześmiewcą zadufanej Warszawki i „lawendowych” biskupów.
Niewielu jego zapiekłych fanów wiedziało, że ten ostry karykaturzysta był także wielce zdolnym rzeźbiarzem, malarzem, fotografikiem, grafikiem, projektantem logo i sloganów reklamowych.
Pomagał też redaktorowi Piotrowi Gadzinowskiemu w w jego kampaniach wyborczych. I wówczas „jego rysunki zawsze były lepsze od uzyskanych przez kandydata wyników”, co sam Gadzinowski przyznawał.
Bo Tomek Wiater był niesłychanie wrażliwym i inteligentnym człowiekiem. I karykaturalnym fanem polskości.
Gdyby Tomek urodził się w Francji, to na pewno byłby gwiazdą tygodnika „Charlie Hebdo” i celem religijnych radykałów.
Ale mu przyszło w kraju nad Wisłą. Tu dopadł go covid.

Odeszły dwie damy aktorstwa

Kruszą się szeregi polskiego aktorstwa z czasów jego najbogatszej, wyjątkowo obfitej w talenty epoki, jaką były – w szczególności – lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte. Zmarły, dzień po dniu, 20 i 21 kwietnia, dwie damy polskiej sceny i filmu, Wiesława Mazurkiewicz-Lutkiewicz (1926-2021) i Aleksandra Karzyńska (1927-2021).

Wiesława Mazurkiewicz-Lutkiewicz zaczynała karierę na scenach w Łodzi i Krakowie, a od 1963 roku grała na scenach warszawskich.
Doskonale pamiętają ją widzowie „Stawki większej niż życie”, w której w jednym z odcinków zagrała major Hannę Bösel (1968). Niezapomniana jako królowa Nikotris w „Faraonie” Jerzego Kawalerowicza (1966), jako Kwiaciarka w „Hydrozagadce” Andrzeja Kondratiuka (1970), pani Basia w „Rewizji osobistej” Witolda Leszczyńskiego (1972), ciotka Kulwiecówna w „Potopie” Jerzego Hoffmana (1974), królowa Rycheza w „Tylko Beatrycze” Stefana Szlachtycza (1975) i w dziesiątkach innych, w tym w serialach, m.in. „Wielka miłość Balzaca”, „Zaklęty dwór” „Dyrektorzy”, „Dom” . Zagrała też wiele ról w Teatrze Telewizji, m.in. Hrabinę Idalie w „Fantazym” Juliusza Słowackiego w reż. Jerzego Antczaka czy Elwirę w „Don Juanie, czyli miłości do geometrii” Maxa Frischa w reż. Jerzego Grzegorzewskiego (1971).
Aleksandra Karzyńska zaczynała jako aktorka w Krakowie, po czym od 1961 roku do emerytury grała na scenach warszawskich. W pamięci widzów pozostanie m.in. jako Flora gdańszczanka w „Panience z okienka” Marii Kaniewskiej (1964), esesmanka w „Końcu naszego świata” Wandy Jakubowskiej (1964), czy Liza w „Przeraźliwym łożu” Witolda Lesiewicza (1967).
W Teatrze Telewizji zagrała m.in. Elwirę w „Don Juanie” Moliera w reż. Bohdana Korzeniewskiego (1964) czy Kamę w „Dziejach jednego pocisku” Andrzeja Struga w reż. Lucyny Tychowej.
Obie aktorki, równie utalentowane co urodziwe, reprezentowały ginący, a właściwie dziś już nie istniejący, tradycyjny, wytworny styl gry aktorskiej. Odznaczał się on wyrafinowaną plastyką gestu i mimiki, eleganckim sposobem noszenia strojów, doskonałą dykcją i intonacją, dziś uważaną już za anachroniczną i nie stosowaną nawet na scenach teatralnych w inscenizacjach klasyki. Grały arystokratki, eleganckie damy, bogate mieszczki, monarchinie, których postacie były odbiciem zamierzchłej już dziś epoki. Reprezentowały estetykę gry aktorskiej, która przeszła już do historii.

Andrzej Osęka (1932-2021)

Był dziennikarzem, publicystą, który większość swojej zawodowej drogi poświęcił sztuce jako jej krytyk i popularyzator.

Był m.in. współpracownikiem tygodników „Po prostu”, „Przeglądu Kulturalnego”, „Kultury”, „Gazecie Wyborczej”, „Polityce”, a także współzałożycielem pisma „Kultura Niezależna” czy współpracownikiem „Kultury” paryskiej.
Prowadził też redakcję plastyki w legendarnym telewizyjnym magazynie kulturalnym „Pegaz”.
Potrafił o sztuce opowiadać i pisać klarownie, z pasją, ze znawstwem.
Był kompetentnym i wytrwałym obserwatorem oraz komentatorem sztuki współczesnej. Swoim poglądom na nią dał wyraz w swojej pierwszej książce, „Spojrzenie na sztukę” (1964).
Fascynowała go przede wszystkim sztuka współczesna, jako fenomen towarzyszący przemianom światowej cywilizacji („Siedem dróg sztuki współczesnej”, 1985), ale nie odwracał się także od dawnej sztuki i historycznych tradycji artystycznych.
Był więc także autorem popularnych opowieści mających charakter przewodników po sztuce dla amatorów i turystów – „100 najsłynniejszych obrazów” (1971) i „Siedmiu sławnych malarzy” (1978).
Zajmował się tez psychologią i socjologią sztuki i artystów („Mitologie artysty”, 1975). O swoim życiu, działalności dziennikarsko-krytycznej a także poglądach na sztukę opowiedział w podsumowującym wywiadzie-rzece „Strategia pająka” (2011).
W roku 2018 udzielił „Dziennikowi Trybuna” obszernego wywiadu.

Bronisław Cieślak (1943-2021)

Wielu może się to wydać niewiarygodne, ale Bronisław Cieślak ani nie lubił siebie w roli porucznika Borewicza, ani też, choć przyniosła mu ona kolosalną popularność, nie dążył do zdyskontowania jej, by zapewnić sobie aktorską karierę, która wręcz pchała mu się w ręce. Ba, nie tylko nie dążył, ale wręcz odrzucał propozycje, które co pewien czas, na przestrzeni wielu lat, mu czyniono. Owszem, czasem czynił ustępstwo i dawał się do jakiejś roli namówić, ale w porównaniu z liczbą propozycji, jakie mu składano, była to – by tak rzec – kropla w morzu.

Nie lubił także o poruczniku Borewiczu opowiadać, nie wydał też książki wspomnieniowej czy wywiadu-rzeki pod hasłem „ja jako Borewicz”, choć książki takie wydają radośnie osoby mające po temu nieporównywalnie mniej od Bronisława Cieślaka powodów.
Przekonałem się o tym osobiście, gdy korzystając z jakiejś okazji zadzwoniłem do niego, bodaj pod koniec 2006 roku z prośbą o wywiad. Nie wykluczam, że tą okazją była m.in. czterdziesta rocznica inauguracji serialu Krzysztofa Szmagiera „07 zgłoś się”. Bronisław Cieślak chętnie podjął rozmowę, ale z góry zastrzegł, że o serialu i o roli Borewicza rozmawiać nie ma ochoty. Ta jego postawa wydawać się może niezrozumiała zwłaszcza w czasach, w których mnóstwo osobników potrafi wykorzystać swoje nawet najgłupsze i najobrzydliwsze narowy, by za wszelką cenę, zaistnieć dzięki nim w rozmaitych „mediach społecznościowych”, a nawet zarobić na tym mnóstwo pieniędzy.
Tymczasem on nie palił się też do dyskontowania swojej popularności w reklamach, co może się wydać jeszcze bardziej niewiarygodne.
A przecież, choć nie był aktorem zawodowym, to obdarzony był autentycznym talentem, naturalnym instynktem aktorskim, miał w sobie autentyczność i prawdę, które uderzały na ekranie, a kamera – jak to się zwykło mówić – go kochała. Warto zauważyć, że w podobnym gatunkowo serialu „S.O.S” Janusza Morgensterna z 1974 roku, grający główną rolę wybitny aktor Władysław Kowalski nie zdobył nawet małej cząstki popularności, która przypadła w udziale Cieślakowi.
Nigdy właściwie nie wyjaśnił przyczyn swojej postawy. Być może częściową odpowiedź można odnaleźć w tytule wspomnianego wywiadu: „Czuję się jak towar na ladzie”.
Po prostu tego nie lubił. Być może jakaś część odpowiedzi na to pytanie tkwi też w jego osobowości, w charakterze naznaczonym szczyptą specyficznej, może nawet trochę krakowskiej szorstkości, goryczy i sceptycyzmu (był krakusem z urodzenia). By użyć literackiej metafory – było w nim coś z „Kłapouchego” z angielskiej opowieści o Kubusiu Puchatku i jego przyjaciołach.
Miał oczywiście cechę właściwą aktorom niezawodowym, która polegała na spontaniczności bycia przed kamerą, spontaniczności nie ujmowanej w trwałą aktorską formę. W każdym dublu był inny.
Jedna z zawodowych aktorek, która z nim grała, wspominała, że było to dla niej do pewnego stopnia kłopotliwe, bo nigdy nie wiedziała jak jej partner w danym momencie się zachowa, co w zawodzie aktorskim nie jest normą. W sumie ta jego aktorska przygoda zaowocowała kilkunastoma rolami, od epizodycznej roli w serialu Romana Załuskiego „Znaki szczególne”, poprzez epizod w „Kung fu” Janusza Kijowskiego, dużą rolę kapitana milicji w kryminalnym filmie Załuskiego (to był taki „Borewicz na smutno”), po role w serialach „Mrok” czy „Malanowski i partnerzy”.
Co zatem, skoro nie aktorstwo, było tym co cenił Bronisław Cieślak? Wygląda na to, że jednak polityka. Dwukrotnie był posłem na Sejm z listy Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Później kilkakrotnie startował w wyborach bez powodzenia. Przeżywał też życiowe kłopoty. Towarzyszyła mu gorycz z powodu niepowodzeń lewicy, które przyszły po sukcesach w wyborach 1993 i 2002.
Ale opowiedzenie o tym, poselskim, politycznym aspekcie jego działalności wypada mi już zostawić innym. I jeszcze jedno, na zakończenie tego wspomnienia. W czerwcu 2017 roku jechałem na kilka dni do Krakowa.
Gdy pociąg ruszył, zadzwoniłem do Bronisława Cieślaka w nadziei, że uda mi się umówić z nim na ponowny wywiad, tym razem w jego rodzinnym mieście. Odmówił, uzasadniając tym, że źle się czuje, że jest chory. Nie oznaczało to jednak, że na tym rozmowa się zakończyła.
Pan Bronisław, odmawiając mi wywiadu, sam rozwinął bogatą narrację na różne tematy i po mniej więcej pół godzinie powiedział mi: „No to właściwie ma pan wywiad”. Niestety, takiego wariantu nie przewidziałam i to co powiedział, bezpowrotnie rozpłynęło się w eterze.

Lepiej niż z biskupem

Do Sejmu często trafiają gwiazdy, znane z innej niż polityka, działalności. W czasie kampanii wyborczej mają ściągnąć głosy swych fanów, zwłaszcza tych omijających wybory. Potem w Sejmie mają już nie gwiazdorzyć, głosować jak przykazano, i nie przeszkadzać innym w pracy poselskiej.
Sławek nie gwiazdorzył, bo miał deficytową w parlamentach cechę, autoironię. Sam nabijał się z krzewionego wokół niego kultu „porucznika Borewicza”. Posła w Sejmie też nie grał. Był nim pełną, acz nieegzaltowaną, gębą. Robił swoje bez fanfar.
Nie pchał się do mediów, kiedy nie musiał. A nie musiał, bo był już wystarczająco znany. Był też profesjonalnym dziennikarzem. A to sprawiało, że gwiazdorscy dziennikarze nie kwapili się zapraszać go do programów. Trudno było im zrobić zeń głupka.
W Sejmie więcej robił niż mówił. Był świetny przy poprawianiu projektów ustaw w sejmowych podkomisjach. Miał rozległą wiedzę, doświadczenia życiowe i zawodowe oraz umiejętność pracy w zespole. Moc spokojnej perswazji przy użyciu krótkich, rzeczowych, choć nieraz dosadnych, argumentów. Niewiele osób wie jak wielce zasłużył się przy uchwaleniu kilku ważnych ustaw. Zwłaszcza tej o kinematografii z 2005 roku. Tworzącej Polski Instytut Sztuki Filmowej i system finansowania kinematografii. Fundament sukcesów polskiego kina.
Ponieważ projekt ustawy przewidywał, że na polską kinematografię będą płacić daniny wszystkie firmy zarabiające na polskich filmach, czyli telewizje, sieci kablowe, kina, producenci sprzętu audio wideo i wiele podobnych, to w Sejmie pojawili się lobbyści zachęcający parlamentarzystów do zablokowania prac nad takim projektem. Zwłaszcza kiedy jeszcze pracowała nad nim sejmowa podkomisja. Sławek należał do niej, a ja kierowałem nią.
Umówiliśmy się na wstępie, że nie zaprezentujemy publicznie naszego projektu ustawy zanim nie będzie w pełni gotowy. Cyzelowaliśmy go z prawnikami i filmowymi ekspertami ponad pół roku. Uśpiliśmy tym czujność naszych przeciwników. Kiedy go wreszcie przedstawiliśmy, nie mieli się już do czego przyczepić i nie zdołali go potem zablokować.
Raz jednak spróbowali doprowadzić do falstartu naszej pracy. Do prezentacji niegotowego jeszcze projektu ustawy na forum komisji kultury i środków przekazu. Aby łatwiej było go skrytykować, a potem zawnioskować o zmiany personalne w składzie podkomisji. i tym sposobem opóźniać prace podkomisji aż do zbliżającego się już końca sejmowej kadencji.
W taka obstrukcję zaangażowali się lobbyści znanych wówczas telewizji komercyjnych i sieci kablowych. Zaproponowali Sławkowi aby poparł wniosek o przedyskutowanie projektu, a po moim przewidywalnym odwołaniu, przejął kierowanie podkomisją. Kusili go wdzięcznością telewizyjnych kanałów. Łechtali parlamentarne ambicje.
Ku ich zdumieniu Sławek odmówił. A potem przestrzegł kilku innych, podobnie kuszonych, aby nie ważyli się pójść tą drogą. Kiedy wulkan już ostygł, opowiedział mi o całym zajściu z rozbrajającym uśmiechem. „Patrz „Gadzina” jakie to ludzie głupie pomysły mają”.
Sławek nie musiał gwiazdorzyć, bo rzeczywiście gwiazdą był. Często widziałem jego popularność, zwłaszcza podczas wyjazdowych posiedzeń komisji kultury. Cała Polska uwielbiała go. A ta pozawarszawska Polska nie wstydziła się tego publicznie pokazać.
Nie zapomnę posiedzenia komisji kultury z 2000 roku odbytego w kościele pod wezwaniem Świętej Trójcy i Najświętszej Marii Panny w Strzelnie. Kiedy po obradach we wnętrzu kościoła udaliśmy się na pobliską plebanię. Tam obiad dla komisji i jej Szanownych Gości wydał przewodniczący Jan Maria Jackowski. Gospodarzył ksiądz proboszcz dobrodziej, a zespół jego Gospodyń wszystko nam ugotował i do stołu podawał.
Ponieważ wśród gości byli hierarchowie polskiego kościoła katolickiego, wśród z nich przynajmniej jeden w randzie biskupa, to i obiad był na bogato. Najpierw kanonada przystawek i zup, potem trzy dania główne, i bateria deserów na koniec. Dań było tyle co na przyzwoitym chińskim bankiecie, ale każda porcja pięć razy większa. Nie dało się tego przejeść od razu. Zwłaszcza, że do jedynie kompot podano.
Posadzono nas w dwóch izbach. W pierwszej zasiedli katolicy parlamentarzyści oraz miejscowi katoliccy samorządowcy z biskupem i proboszczami w prezydium. W drugiej parlamentarna „komuna”, ramię w ramię z miejscowymi lewicowymi radnymi.
Ci ostatni dobrze znali topografię plebanii i szybko zaproponowali jej Gospodyniom aby poczęstowały „pana posła Borewicza” przechowanymi tam nalewkami. Była chwila zawahania, lecz sława porucznika MO przeważył nad strachem przed ewentualnym gniewem biskupim.
I tak to spożycie obiadu rozdwoiło się. W izbie katolickiej celebrowano dostojnie przy kryształowych dzbankach z kompotem. U „komuchów” zabawa rozkręcała się z każdą kolejną karafką nalewki. Przy deserze doszli do nas radni katoliccy zwabieni dźwiękami naszej perlistej debaty.
„Lepiej tu z Borewiczem niż tam z biskupem”, skonstatował jeden z nich.
Ech, Sławku. Dobrze się z Tobą posłowało, jeszcze lepiej jadało, a już najlepiej debatowało biesiadnie.
Niech Ci niebo takich debat nie poskąpi.

Krzysztof Krawczyk 1946 – 2021

Oczywiście nie udaję, że powiadamiam Szanownych Czytelników o zgonie Krzysztofa Krawczyka, który zmarł 5 kwietnia, bo media, z elektronicznymi na czele, od lewa do prawa i od góry do dołu, nie tylko obficie o tym smutnym fakcie informowały, ale zaprezentowały bogatą, pośmiertną falę wspomnień o piosenkarzu, a nadto pochowano go w oficjalnym trybie katolicko-państwowym jako artystę zasłużonego.

Niecelowe byłoby też przypominanie jego bogatej życiowo i artystycznie biografii, która w ramach samej tylko Wikipedii zajmuje objętość nie aż tak wiele mniejszą niż biografia Adama Mickiewicza.
Aliści, choć nie był Krawczyk jakąś szczególną postacią z mojej muzycznej bajki, to nie zapomnę tzw. pocztówki dźwiękowej (wspomnienie z zamierzchłych czasów – były to cienkie płyty dźwiękowe wykonane z giętkiego tworzywa sztucznego, niektóre z obrazkiem, zazwyczaj tzw. single, z zarejestrowanymi na nich przebojami, masowo sprzedawane na targowiskach) koloru szaro-liliowego, z piosenką popularnych naówczas „Trubadurów”, do których wtedy należał. Były wakacje 1971 i tej piosenki „Znamy się tylko z widzenia” słuchałem do upojenia, a także innej piosenki z tamtych czasów, „Cóż my wiemy o miłości”. Później i „Trubadurzy „ i sam Krawczyk, który od roku 1973 rozpoczął karierę solową, zniknęli z bliskiego mi pola widzenia, choć słuchane w radiu „Parostatek”, „Rysunek na szkle” czy „Byle było tak” (wszystkie trzy z jednego 1976 roku) mocno wryły mi się w muzyczną pamięć.
I niezależnie od tego, jakie były losy Krzysztofa Krawczyka, niezależnie od tego, że przy jego naprawdę dobrym głosie i nieprzeciętnej muzykalności niektórzy nazywali go „królem kiczu” (fani nazywali go polskim Presleyem lub polskim Tomem Jonesem), jestem wdzięczny Jego pamięci za te kilka co najmniej wzruszeń muzycznych czasów młodości. Te wrażenia z wiekiem i w dekadenckiej nieco atmosferze pandemii coraz częściej do mnie wracają.
I jeszcze jedno. Radykalne przeobrażenia jakim podlega współczesny świat sprawiają coraz częściej, że rozmaite zjawiska kultury, które kilkadziesiąt czy kilkanaście jeszcze lat ocenialiśmy krytycznie, a nawet złośliwie, nabrały wraz z upływem czasu, patyny i niejednokrotnie mocno niespodziewanie awansowały do rangi szanowanego dziedzictwa przeszłości. Nie potrafię powiedzieć, kiedy zjawisko to pojawiło się, ale nabrało na sile wraz z XXI wiekiem. Może dlatego, że wtedy to, analitycy, obserwatorzy i kronikarze kultury zauważyli z całą jasnością, że świat starej kultury staje się coraz bardziej światem „zaginionym”, którego pamięć trzeba utrwalić, bo sama rejestracja na nowoczesnych nośnikach technologicznych o wszystkim nie rozstrzyga. Krzysztof Krawczyk też wart jest pamięci.

Żivieli, Iza, żiveli

Izę Sierakowską tak naprawdę poznałem w bombardowanym Belgradzie. W maju 1999. Oczywiście wcześniej wiele słyszałem o niej, i ją też. Pierwszy raz podczas X Zjazdu PZPR. Była wtedy niezwykle żywym delegatem umierającej partii. Poznałem Izę osobiście na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy pracowałem w tygodniku „Nie”. Tygodnik był pierwszą jawnie „komuszą” instytucją, która w III RP rosła w siłę i w dostatek. Pielgrzymowali do niego wszyscy liderzy ówczesnej lewicy, aby pokrzepić się jego popularnością i tryskającym tam optymizmem.
Potem spotykaliśmy się w Lublinie i Sejmie RP. Jak redaktor z parlamentarzystką. Zwykle po obradach, zwykle w większym gronie. Wieczorami w restauracji Maliszewskiego lub w poselskich hotelowych pokojach, gdzie prowadziliśmy „długie Polaków rozmowy”.
To Iza zapisała mnie do polsko- jugosłowiańskiej grupy parlamentarnej. Tak wtedy nazywała się ta grupa, bo wówczas Serbia była w federacji z Czarnogórą. A Iza była niekwestionowaną przewodnicząca tej grupy i społecznym bałkańskim ambasadorem w Polsce.
Na posiedzeniach najczęściej zbieraliśmy się w klubie jugosłowiańskim przy Pięknej 5. Smakowaliśmy serbską kulturę, zwłaszcza kulinarną, zapijając wiljamonką od Takovo.
Żiveli Iza!, powtarzaliśmy serbską mantrę.
Było miło aż do 1999 roku. Do Belgradu pojechaliśmy czwórką ówczesnych parlamentarzystów SLD. Izabella Sierakowska, Piotr Ikonowicz, Wit Majewski i ja. Reprezentując naszą grupę parlamentarną. Aby zaprotestować przeciwko „bombowej” polityce NATO przy rozwiązywania konfliktów narodowościowych. I wesprzeć Serbów, którzy zostali okrzyknięci przez zjednoczony front północnoatlantyckiej propagandy sprawcami całego bałkańskiegozła. Pojechaliśmy bez błogosławieństwa kierownictwa SLD, sprzeciwie rządzącej koalicji AWS- UW i krytyce liberalnych mediów. Okrzyknięto nas sługusami prezydenta Slobodana Miloszevicza, choć jego politykę też krytykowaliśmy.
Pewnie dlatego mieliśmy wsparcie opozycyjnych wobec niego elit politycznych. Wbrew prognozom mediów nie spotkaliśmy się z prezydentem Miloszeviczem, bo Iza zdecydowanie sprzeciwiła się temu. Gospodarze zadbali o liczne spotkania z reprezentantami serbskiej opinii publicznej. Hierarchami kościołów prawosławnego i katolickiego, parlamentarzystami wszystkich ugrupowań, politologami, publicystami i miejscowymi Polakami.
Potem Iza z Piotrem Ikonowiczem ruszyli do Północnej Macedonii wspierać albańskich uchodźców, drugą stronę ówczesnego konfliktu. Mnie i Wita Majewskiego wezwały do powrotu sejmowe obowiązki.
W Belgradzie Iza nieraz pokazała swe najlepsze cechy. Umiejętność rozmowy ze wszystkimi, zdolność do kompromisu, ale bez handlu pryncypiami. Wielką odwagę, która budziła tam powszechny respekt. W zbombardowanej panczewskiej rafinerii, rezydencji prymasa Jugosłąwii, w parlamencie, wszędzie.
Pamiętam ją zawsze wyprostowaną, górującą, energicznie kroczącą. Z czupryną kruczych włosów i szerokim uśmiechem.
I tak Cię zapamiętam.
Żiveli, Iza, żiveli !

Adam Zagajewski (1945 – 2021)

Był poetą, eseistą, prozaikiem, filozofem, przedstawicielem pokolenia Nowej Fali. Wraz z Julianem Kornhauserem był współautorem manifestu ideowo-artystycznego formacji poetyckiej Nowa Fala, który wyłożyli w książce „Świat nie przedstawiony” (1974). Głosili w niej, że „rozpoznanie rzeczywistości nie jest jedynym zadaniem kultury, ale spełnienie tego obowiązku jest warunkiem społecznym funkcjonowania tej kultury jako całości” i „dokonali przeglądu powojennej literatury polskiej, oskarżając część autorów o eskapizm i brak rzetelności we właściwym odzwierciedleniu rzeczywistości społecznej. Przeciwstawiali się rozbudowanej metaforyce obecnej w poezji lat wcześniejszych, postulując odwrót od hermetyczności, pustosłowia i frazeologii, zapożyczonej z ówczesnej upolitycznionej publicystyki. Apelowali o powrót do realizmu”. 
W latach 1982–2002 Zagajewski przebywał na emigracji we Francji, od 1983 roku był redaktorem „Zeszytów Literackich” paryskiej „Kultury”. Laureat licznych prestiżowych nagród literackich w Polsce i na świecie. Był wykładowcą w Committee on Social Thought naUniwersytecie w Chicago. Poezję definiował jako sztukę przetwarzania i układania wyrażeń myślowych. Wbrew postmodernizmowi uważał, że nie kształtowanie języka, ale sens jest najważniejszą cechą poezji. Bardzo ważną rolę odgrywa w niej tajemnica wpisana w przeżywanie współczesności. Silną tendencją w jego poezji jest mityzacja rzeczywistości. Jest autorem m.in. tomów poetyckich: „Komunikat” (1972), Sklepy mięsne” (1975), „List. Oda do wielości” (1983), „Jechać do Lwowa” (1986), Ziemia ognista” (1994), „Trzej aniołowie” ( 1998), „Pragnienie” (1999), „Powrót” (2003), „Anteny” ( 2005), Niewidzialna ręka” (2009), „Wiersze wybrane” ( 2010), „Asymetria” ( 2014).
Tomy prozy: „Ciepło, zimno” (1975), „Słuch absolutny” ( 1979), „Cienka kreska” 1983). Eseje: „Drugi oddech” (1978), „Solidarność i samotność” (1986), „Dwa miasta, Paryż-Kraków” ( 1991), „W cudzym pięknie” (1998), „Obrona żarliwości” (2002), „Poeta rozmawia z filozofem” ( 2007), „Lekka przesada” (2011). W 2019 roku ukazał się jego zbiór esejów „Substancja nieuporządkowana”.
„Nie wiem, jak nazwane zostanie miejsce, które w kulturze polskiej zajmie w końcu Adam Zagajewski. Nie pasuje on do żadnej formuły, choć jest poetą i pisarzem z samego środka polskiej i europejskiej tradycji literackiej. Wielojęzyczny, erudycyjny, w wierszach pisze o muzyce i filozofii, o innych poetach, architekturze i sztuce. A jednak nie jest to poezja klasyczna, oderwana od dnia dzisiejszego; wręcz przeciwnie, dotyka codzienności, sięgają po nią ludzie w momencie trwogi. Przynosi ukojenie, mówiła o tej poezji Susan Sontag, choć nie jest to poezja konsolacyjna. Zagajewski-poeta nie ma w sobie gniewu ani obsesji, jest jednak zdecydowany i stanowczy. Czytanie go to nie jest walka, a rodzaj rozmowy, która uzależnia” – napisała o nim Irena Grudzińska-Gross. Od kilku lat Adam Zagajewski wymieniany był jako kandydat do Literackiej Nagrody Nobla. Jako człowiek i jako indywidualność obdarzony był wielkimi walorami, w tym wielką osobistą kulturą i ponadprzeciętną życzliwością dla innych. Z tego powodu nawet ostro krytyczny stosunek do rządów PiS wyrażał z niezwykłą elegancją.
Poniżej punlikujemy wywiad z poetą, przeprowadzony parę lat temu przez Krzysztofa Lubczyńskiego.

Substancja nieuporządkowana

Mój pierwszy impuls był taki, żeby rozmawiać z Panem o Pana poezji i eseistyce. Doszedłem jednak do wniosku, że nie czuję się na siłach rywalizować z wybitnymi znawcami i egzegetami Pana twórczości. Popadłem więc w zwątpienie i pesymizm z powodu własnej niemocy i niekompetencji, gdy nagle uświadomiłem sobie, że właśnie minęła pewna ważna na Pana twórczej drodze rocznica i w niej znalazłem asumpt do rozmowy.  Otóż w 2014 roku minęła 40 rocznica ukazania się bardzo głośnej wtedy książki eseistycznej, zwanej też manifestem ideowo-artystycznym Nowej Fali – „Świata nieprzedstawionego” (1974), wspólnego autorstwa Pana i Juliana Kornhausera. W prasie literackiej powoływano się na nią w latach siedemdziesiątych bardzo często, a dla mnie jako dla młodocianego wtedy jej czytelnika-licealisty książka ta była bardzo ważna. Powróciłem do niej po czterdziestu latach i zastanawia mnie, czy dziś jest to w Pana ocenie jedynie „zabytek” piśmiennictwa krytyczno-literackiego czy też w całości bądź w części nadal zachowuje aktualność?
Pamięć tej książki wraca do mnie przy różnych okazjach mentalnych. To co wydaje mi się jedną z osi tej książki, to zagadnienie walki konkretu z symbolem. Nadal wydaje mi się to jednym z wymiarów mojego myślenia o świecie. Stanowi to dla mnie potwierdzenie tego, że ta opozycja nie została wymyślona na użytek tej książki, lecz była czymś, co wtedy naprawdę zobaczyłem czy odkryłem. I że to mi pomaga myśleć o świecie, który jest nieustanną rywalizacją między tym, co empiryczne, codzienne, gdzie wielkie kontury się zacierają a wymiarem mitycznym. Skądinąd wydaje mi się, że w końcu zwyciężył we mnie raczej, choć nie do końca, wymiar symboliczny, mityczny, acz z książki wynika, że stanąłem wtedy po stronie konkretu. Widzę jednak ciągłe ścieranie się tych dwóch wymiarów. Szczegółowej egzegezy „Świata nieprzedstawionego” jednak Panu nie zaprezentuję, bo w przeciwieństwie do Pana nie czytałem jej ponownie i nie czuję takiej potrzeby. Był jednak „Świat” nie tylko młodocianym manifestem, lecz przeczuciem, czegoś, co jest nadal aktualne.
W jednym ze szkiców pomieszczonych w „Świecie nieprzedstawionym” napisał Pan: „Oświetlić problematykę literatury jako składnika kultury, aby przekonać się dlaczego tak mało wiemy o naszych czasach”. Czy po 41 latach tak sformułowana funkcja literatury jest aktualna?
I tak i nie. Na pewno w sensie społecznym znaczenie tego składnika kultury, jakim jest literatura, jest mniejsze. Natomiast w sensie filozoficznym, w wymiarze mniej się manifestującym, bardziej ukrytym, literatura ciągle ma klucz do myślenia o świecie i do odczuwania go. Przytoczone przez pana zdanie brzmi bardzo młodzieńczo, to znaczy bardzo teoretycznie. Po wielu latach mniej ufam teoriom, uogólnieniom. Literaturę widzę bardziej jako zbiór konkretnych pisarzy,  a nie jedną wielką, platońską całość. Jednak czuję się człowiekiem literatury, jestem z nią miłośnie związany czytam poezję, powieści, eseje. Jest ona wielkim pamiętnikiem ludzkości. Czytam właśnie eseje Virginii Woolf, które sobie sprowadziłem do mojego kindla. To pamiętnik życia osoby poszukującej drogi, swoista spowiedź. Film ani teatr nie mogą spełnić tej roli, chyba że po obejrzeniu filmów Andrieja Tarkowskiego przeczyta się, w trybie uzupełniającym, jego zapiski. Tymczasem każdy pisarz, nawet jeśli ma zwyczaj zacierania swoich prywatnych śladów, pisze – choćby nieświadomie – coś w rodzaju swojego pamiętnika. To jest ta podszewka literatury skrywająca się pod oficjalnym garniturem. Zresztą dziś lubimy w literaturze rzeczy brulionowe, nieoszlifowane, surowe tworzywo, w którym czuje się autentyczne emocje. Poza tym, mimo hiobowych wieści o zamieraniu książki papierowej, powieść bardzo energicznie w świecie żyje, miliony ludzi je czytają, przyznawane są niezliczone nagrody. Jest też oczywiście i ta druga strona medalu, która pokazuje, że czytelnictwo generalnie spada i powstał nowy gatunek ludzi wykształconych, a nieczytających.
Wracam do podstawowego postulatu książki będącej punktem wyjścia naszej rozmowy – do zarzutu, że polska literatura, proza powieściowa, pojmowana jako całość, nie pokazuje realnego świata. Nawiasem mówiąc, ten postulat wzbudził krytyczne opinie wśród części recenzentów książki, choćby Jerzego Kwiatkowskiego, który zarzucał Panom „lekceważenie uniwersalizmu czy Andrzeja Kijowskiego, który napisał, że nawet w literaturze „realistycznej” i „współczesnej”, „współczesność jest zawsze pasażerem na gapę”   Jak ocenia Pan ten zarzut po latach i czy można go odnieść do współczesnej polskiej literatury?
To nie jest tylko problem polskiej literatury. Czesław Miłosz ubolewał, że duża część ludzkiego doświadczenia w ogóle nie zostaje zapisana i umyka. Myślę, że postulat, by literatura ogarniała całość egzystencji, jest utopijny, bo każda powieść stanowi zawężenie tego obrazu. Na pytanie w jakim zakresie polska literatura ten postulat spełnia,  nie mam odpowiedzi, bo w zasadzie nie śledzę współczesnej polskiej prozy. Podejrzewam jednak, bo nie oglądam, że nawet seriale telewizyjne, których część zdaje się ma tę rzeczywistość ukazywać, nie spełniają tego postulatu i generalnie w ogóle jest deficyt opisu rzeczywistości. Trochę to uzupełnia reportaż, w jakimś momencie podniesiony do rangi literatury i ostatni Nobel  w tej dziedzinie dla wybitnej reportażystki białoruskiej zdaje się o tym świadczyć. Generalnie sztuka nie nadąża za czasem, który biegnie szybko i ona niej jest w stanie go dogonić. I może nawet nie potrzeba. Może wystarczy, że rzeczywistość energetyzuje sztukę.
Z racji ograniczenia czasem, pozwolę sobie na fragmentaryczną, lapidaryjną, dygresyjną formułę rozmowy. W pewnym fragmencie „Świata” pisze Pan o Szekspirze, Dantem, Molierze jako o części aktualnego kodu kulturowego ludzkości. Mam taką nurtującą mnie intuicję, może mylną, może przesadzoną, że technologiczne przyspieszenie ludzkości spowodowało naruszenie, jeśli nie zerwanie tego kodu. Powoduje to chociażby, że coraz trudniej wystawiać w teatrze np. utwory  romantyczne, znacznie trudniej niż jeszcze 40 lat temu. Jak Pan to odczuwa?
Jestem wykładowcą pewnego instytutu naukowego, interdyscyplinarnego w Chicago, o szacownej tradycji, jako że wykładali tam niegdyś Hannah Arendt czy Saul Bellow i inni sławni humaniści. Przychodzi tam elita studentów z całego świata. Wszyscy oni chcą i muszą poznać ten kod, od Homera począwszy, mniej czy bardziej dokładnie. Czytają na przykład starożytną grecką literaturę w oryginale, co na przykład moim przywilejem nie jest. Oni tworzą elitę młodego pokolenia, która czuwa nad tym kodem, nad trwaniem pamięci. Takich ośrodków jest więcej. To jest sekta tych, co wiedzą, choć mam świadomość, że sama erudycja nie jest wystarczającym warunkiem twórczości. Profesorowie tego instytutu niekoniecznie są wszyscy bardzo twórczy, ale pełnią rolę chodzących zbiorników pamięci, co też jest ważną funkcją. Polski system uniwersytecki słabo w tej domenie działa, a filologia klasyczna nie jest w modzie. Tymczasem w USA, które zwykliśmy uważać za kraj dość barbarzyński, co rusz powstaje nowy przekład „Iliady” czy „Boskiej komedii”. Ta sfera nie dotyczy, rzecz jasna, głuptasów ze stanów Kansas czy Nevada. Reasumując – ten kod jest trochę przykurzony, ale nie złamany i istnieją warunki dla jego ożywienia. Istnieją żywe zarodniki w postaci ludzi.
„Literatura jako jednolity wzór jedności życia”, porządkująca je, syntetyzująca w sposób panoramiczny epokę. Ten postulat także pojawił się z Pana strony w „Świecie nieprzedstawionym”. Jednak już co najmniej od kilkunastu lat daje się słyszeć sceptyczne glosy, że naszej migotliwej, rozproszonej, zmiennej kalejdoskopowo epoce tego się nie da osiągnąć, nie da się jej uchwycić. A już na pewno nie da się tego osiągnąć za pomocą tradycyjnej prozy, bo ona powstawała w bardziej stabilnej epoce. Jak Pan teraz na to patrzy?
Na pewno nie stawiałbym tego postulatu tak radykalnie, ale ta potrzeba ujednolicenia nie całkiem jest pozbawiona sensu. Każdy pisarz na swój sposób dokonuje takiego ujednolicenia. Na przykład u Zbigniewa Herberta mamy do czynienia z bardzo silną organizacją świata, u Różewicza także, choć jest ona inna. Czyli, że każda silna osobowość twórcza proponuje własną wizję, własny system, więc czytelnik staje wobec wielości tych ujednoliceń, co skądinąd brzmi jak paradoks, ale nie ma w tym złego, bo to oznacza pluralizm. Nie możemy być jak licealiści przygotowujący się do matury, którzy narzekają, że każdy pisarz mówi inaczej i że zwariować można. Wypada nam uznać tę wielość za siłę literatury, choć wiadomo, że są czytelnicy wierni tylko jednemu autorowi. Z tego punktu widzenia ta możliwość ujednolicenia jest większa w poezji niż w prozie, bo w niej większa jest siła postulatu, choćby tak stawianego jak w „Panu Cogito”. Proza natomiast na ogół bardziej porządkuje przez opis, choć są takie wyjątki, jak opętany prorok chrześcijańskiego modelu życia Dostojewski. Większość prozaików, to jednak opisywacze.
Jest też w Pana esejach postulat równowagi między tradycją a współczesnością w literaturze, równowagi zdefiniowanej w tzw. stożku Irzykowskiego – u podstawy tradycja, na wierzchołku współczesność i to co bieżące. Dziś proporcje tego stożka zachwiały się, nie ma już równowagi. Dolna część stożka, czyli tradycja, jest zmajoryzowana przez doraźność…
W tym zgadzam się w całej rozciągłości. Wyrazem tego jest choćby prawie całkowity zanik krytyki literackiej, którą zastąpiły notki w wykonaniu młodych dziennikarzy. Zniknęła szlachetna i szacowna postać krytyka literackiego, który często mylił się w ocenach, potępiał książki, które okazywały się wielkie, ale miał pewną wizję literatury, jak Irzykowski, Błoński, Wyka, Kijowski, Janion, Burek. To byli filozofowie literatury, ukazujący literaturę jako wyłaniającą się z pewnej całości. Dziś też jest trochę takich mnichów literatury, ukrytych po uniwersytetów, ale oni nie uczestniczą w codziennej debacie.
W „Świecie nieprzedstawionym” jest wątek hermetyczności języka humanistyki. Kiedy czytam wspomnianych przez Pana krytyków, to poza przyjemnością poznawczą i estetyczną z tej lektury mam też komfort jasności, zrozumiałości ich wywodów. Przeciwnie niż gdy czytam wielu ich następców, choćby z kręgu IBL, którego nazwa bywa czasem synonimem niezrozumialstwa tego piśmiennictwa. Czyli wspomniana hermetyzacja nie prowadzi tej humanistyki na coraz dalsze manowce?
Nie chciałbym, żeby czytając naszą rozmowę, ktoś doszedł do wniosku, że to rozmowa dwóch starych reakcjonistów, starszego i młodszego, którym nic co nowe się nie podoba. Zauważam jednak powolny powrót do humanistyki polskiej i światowej języka klarownego. Kiedy prowadziłem wykłady w Stanach stwierdziłem, że panują zmieniające się językowe mody w humanistyce. Czytam regularnie „New York Review Books”, w którym bardzo dobrze widać te zmieniające się tendencje. Nawiasem mówiąc tę nieklarowność rozpętali Niemcy. Od Heideggera począwszy. Niedawno przeczytałem książkę czeskiego autora Pavla o powieści jako gatunku, o jej rozwoju i to jest wzór klarowności. Marta Wyka pisze bardzo jasno i mógłbym wymienić więcej nazwisk. Mam więc nadzieję, że najgorszy okres nieklarowności już minął, aczkolwiek ambitniejsza humanistyka i tak skazana jest na wąski obieg.
W „Świecie” pojawia się też Brzozowski z jego kategorią polskiego „zdziecinnienia”, którą formułował nie tylko na stronach „Legendy Młodej Polski”. Mam wrażenie, że to  z czym Brzozowski walczył, dziś po przeszło stu latach od jego śmierci, wygrało w kulturze totalnie, że zdziecinnienie, infantylizacja są wszechobecne i wchłaniają coraz więcej obszarów życia. I dotyczą nie tylko Polski, o czym pisał choćby Peter Sloterdijk.  Czy Pan to też tak odbiera?
Brzozowski miał poczucie tragizmu losu Polaków żyjących w niewoli. Wyrzucał im, że będąc pozbawionymi własnego państwa bawią się z najlepsze. Gdy to czynił, kultura masowa w dzisiejszym znaczeniu jeszcze nie istniała. Dziś samo pojęcie kultury masowej usprawiedliwia jej płytkość. Ale przecież, choć nie ma większego zdziecinnienia niż w Stanach Zjednoczonych, a skala niewiedzy społecznej przekracza nasze europejskie wyobrażenia, to istnieją tam również znakomite uniwersytety, należące do czołówki światowej, o czym wspominałem. Polska nie wyróżnia się więc w poziomie zdziecinnienia, o czym świadczy choćby przywoływany przez pana Sloterdijk. Zresztą co do Polski, to wybuch zdziecinnienia odsłonił Polaków, pokazał jacy jesteśmy naprawdę. Za PRL kryliśmy się za maską, teraz jesteśmy transparentni i w całej okazałości. Nie możemy się jednak ograniczyć do utyskiwania i robić swoje, wierząc że to nie ginie.
Jest Pan oczywiście identyfikowany głównie jako poeta, ale czy po czterech dziesięcioleciach od wydania „Świata nieprzedstawionego” zdarza się Panu odebrać sygnały, że i ta książka jest pamiętana?
Owszem, zdarza się. Ostatnio nawet zwrócono się do mnie i do Juliana Kornhausera z prośbą o zgodę na wprowadzenie tej książki w obieg zasobów zdigitalizowanych obiegu elektronicznego. Oznaczało to rezygnację z ewentualnych edycji papierowych.
Szkoda, bo warto by ją wydać na nowo,  ze słowem wstępnym sytuującym jej rolę na tle ówczesnego kontekstu kulturowego, społecznego, politycznego i określającym poziom jej aktualności po latach, pokazującym co przetrwało, a co należy do minionego czasu. Tak uczyniono niedawno na przykład ze „Zniewolonym umysłem” Miłosza, „Płomieniami” Brzozowskiego i z głośnym u schyłku lat siedemdziesiątych esejem Andrzeja Wernera „Polskie, arcypolskie”…
Przez jakiś czas nie będzie to możliwe. Z naszej książki to i owo pozostało, ale jest sporo warstw passe, naiwności i sformułowań należących do tamtego czasu. Na przykład odwołań do socjalizmu,  jak choćby w puencie, które dziś mnie rażą i które były jednak przejawem konformizmu. Już nawet nie pamiętam, czy wydawca nam to narzucił, czy pomieściliśmy to bez inspiracji zewnętrznej.
Mnie z kolei, młodego wtedy odbiorcy, intrygowało, jak tak niecenzuralna książka mogła zostać dopuszczona przez cenzurę do publikacji…
Było w tym trochę dynamitu, ale też spora jego część była opakowana dla bezpieczeństwa.
A teraz chciałbym wyjść poza obszar inspirowany przez „Świat nieprzedstawiony” i poruszyć kilka kwestii wyodrębnionych z Pana eseistyki. W tomie „Lekka przesada” napisał Pan, powołując się na Paula Claudela, że postawa podziwiania cudzego piękna jest szlachetniejsza niż postawa krytyki. Podziw ma w obyczajowości, w jakiej funkcjonuje kultura niższą rangę niż postawa krytyki. Czy to ma swoje źródła w Oświeceniu?
Za Paulem Ricoerem i jego pojęciem „systemów podejrzeń” widziałbym te źródła raczej w modernizmie, w Nietzschem czy w marksizmie. I choć w tle tego wszystkiego jest oczywiście Oświecenie, to bezpośrednie źródło widzę w modernizmie, w jego skrzydle teoretycznym. Gdziekolwiek jednak usytuowalibyśmy źródła kultury czy systemu podejrzeń, to faktem jest, że one nas otaczają. Aczkolwiek nic tu nie jest czarno-białe i wspomniane systemy podejrzeń także dużo nam dały, pomogły. Nie możemy całkowicie odrzucić ani Nietzschego, ani Freuda ani Marksa, każdy z nich coś ważnego zobaczyli. Niewątpliwie jednak wektor podejrzeń wziął zdecydowanie górę nad wektorem podziwu i utrudnia nam zbliżenie się do tego do czego między innymi potrzebna jest sztuka – do dotknięcia substancji egzystencji. Zamiast bowiem patrzeć na nią, na tę substancję, patrzymy sobie podejrzliwie na ręce. Nie wierzymy w bezinteresowność, w to, że ktoś może pisać, malować, komponować bezinteresownie, w poszukiwaniu tej substancji. To jest właśnie jeden z przejawów owej deriddowskiej dekonstrukcji, bardzo ciekawej filozoficznie, ale także obarczonej wspomnianą wadą. Szczęśliwie jednak podziw całkowicie nie zaginął w kulturze i nieraz wychodząc z koncertu widzę podziw, uniesienie, spełnienie estetyczne malujące się na twarzach ludzi. Także, gdy patrzę na dyrygenta wykonującego z orkiestrą kompozycje Beethovena czy Mahlera, to widzę jego podziw, acz już w sztuce kompozytorskiej, zwłaszcza w nowszych prądach, ironię czy krytycyzm już można zauważyć. W praktyce artystycznej jest to trudniejsze niż w teorii, choć znam teoretyków muzyki, którzy także  nie wstydzą się i nie kryją podziwu, nawet dyszą podziwem. Natomiast w sferze medialnej kultury rzeczywiście przeważa krytycyzm, ironia, sarkazm. Nawiasem mówiąc, Claudel na którego się tu powołujemy osobiście był okropnym nienawistnikiem deprecjonującym na przykład Rilkego czy Elliotta uważającym za zero.
Zadam pytanie może nie a propos, ale mieszczące się jakoś w polu piękna, podziwu, estetyki. Dlaczego skończyła się poezja jako śpiew i poeta jako lirnik? Dlaczego odrzucono jej śpiewaczy i arkadyjski aspekt, obecny choćby u Homera czy Mickiewicza?
Tu się z panem nie zgodzę co do Homera, bo ja u niego nie widzę arkadyjskości, ale rzeźnię, przemoc. Początki poezji zachodniej to seria morderstw pod Troją. Jest taki piękny esej Simone Weil o „Iliadzie” jako o poemacie siły. Weil nie widzi w „Iliadzie” nawet rycerskości, tylko potworne zabijanie. A co do poezji jako pieśni i rymu, to nie chcę być pedantem, ale przypomnę, że Grecy w poezji nie rymowali, ani Homer ani Wergiliusz. Rym wynaleźli podobno mnisi średniowieczni dla celów mnemotechnicznych, dla ułatwienia zapamiętywania. Natomiast poezja antyczna miała silną strukturę sylabiczną, miała jamby i trocheje, które były jej opoką. Także inna wielka opoka poezji, czyli psalmy Dawidowe, też nie miały rymu, ale oparte były na paralelizmach czyli powtórzeniach. Nie widzę więc w dawnej poezji ani arkadyjskości, czyli opiewania piękna świata, może poza sielankami Teokryta, ani w sensie estetyki wiersza. Raz jeszcze przywołam Claudela, by dygresyjnie przypomnieć, że i on nie rymował, a nawet był rewolucjonistą poezji francuskiej odrzucając dwunastozgłoskowiec, aleksandryn, jej fundament, określając go jako „katarynkę”. Z kolei w poezji polskiej wielkim burzycielem-rewolucjonistą był Tadeusz Różewicz. Różewicz poszedł daleko w prozaizacji wiersza. Był nim również Peiper, choć on nie był tak utalentowany i był bardziej teoretykiem poezji.
Autor jednej z poświęconych Panu not biograficznych wymieniając enumeratywnie Pana aktywności twórcze, pomieścił określenie „filozof”, przed „poetą” i „eseistą”. Jest Pan autorem szkiców o Emilu Cioranie, Józefie Czapskim, Brunonie Schulzu, co jest dla mnie zrozumiale, ale dlaczego także o Nietzschem czy Jűngerze? Dlaczego właśnie o nich?
Z dwóch różnych powodów. Nietzsche był bogiem mojej wczesnej młodości. Gdy się czyta listy, dzienniki, wspomnienia wielu pisarzy XX wieku, to widać, że przewrócił on w głowie bardzo wielu młodym pisarzom. Moje pokolenie było może już trochę w tym względzie spóźnione, ale dwa pokolenia wcześniejsze były pijane pismami Nietzschego. Inna sprawa, że mój tekst o Nietzschem jest krytyczny, jest odrzuceniem tego młodzieńczego upojenia. Co do Jűngera, to miał on różne fazy. Nie lubię jego fazy agresywno-militarnej, ale od późnych lat trzydziestych jest to pisarz medytacyjny i jeden z niewielu pisarzy metafizycznych, przy czym w jego przypadku to określenie brzmi serio. Jűnger naprawdę wierzył w jakiś inny świat, był pisarzem religijnym, chwilami chrześcijańskim, chwilami heretyckim, ale bliskim chrześcijaństwa. Był człowiekiem, który nie bał się śmierci, w przeciwieństwie do Eliasa Canettiego, który nienawidził śmierci i całą swoją twórczość uważał za walkę z nią. Jűnger uważał, że śmierć nie jest końcem i dlatego z ciekawością czekał na śmierć. Był jedynym znanym mi człowiekiem, który nie nudził opowiadając o swoich snach. Jak wiadomo, nasze sny zawsze są fascynujące, a cudze – nudne. Spotkałem kiedyś człowieka, który był sekretarzem Jűngera w ostatniej fazie jego życia i który mi powiedział, że umieranie pisarza, a dożył on 103 lat, było pogrążaniem się coraz bardziej we śnie. Poprzez sny wchodził do śmierci. Zafascynowało mnie to jako być może najpiękniejszy sposób umierania. Nie lubię jego powieści, które uważam za słabe, ale cenię jego dzienniki, zwłaszcza paryskie, w okupowanym Paryża, ale też późniejsze. 
Tak, jak się umówiliśmy, w naszej rozmowie nie dotknęliśmy bezpośrednio Pana poezji, co w przypadku tak wybitnego poety jest może trochę paradoksalne. Wspomniałem w poprzednim pytaniu o określeniu Pana, w pierwszym rzędzie, jako filozofa, więc może jednak na koniec zahaczą o Pana poezję. W innej nocie określono Pana jako poetę „apollińskiego, jasnego, klasycyzującego”. Jakie jest Pana samopoczucie jako potomka Apollina i klasycysty?
(uśmiech ciepły a jednocześnie sardoniczny) – Panie Krzysztofie, lepiej dochowajmy Pana wstępnej propozycji, która wydała mi się sensowna, a na inne Pana pytania chętnie odpowiem w przyszłości, przy okazji następnego spotkania…

Michał Szewczyk (1934-2021)

Niedawno zmarł Ryszard Kotys. 8 lutego w ślad za nim odszedł Michał Szewczyk, „od zawsze” aktor łódzkiego Teatru Powszechnego, ale przez dziesięciolecia przede wszystkim znany milionom widzów kinowym i telewizyjnym z dziesiątków epizodów oraz ról drugoplanowych.

Należał do tej ligi wybornych epizodystów filmowych, którzy nam widzom towarzyszyli przez dziesięciolecia, współtworząc barwny świat postaci drugoplanowych. Jego powierzchowność jasnowłosego chłopca o łagodnej, plebejskiej twarzy predestynowała go do pozytywnych ról „chłopaków z ludu”, robotników, żołnierzy, milicjantów, szeregowych funkcjonariuszy, rzadziej postacie negatywne, n.p. przestępców, itp.
W jednym z wywiadów wspomniał, że jego dużo starszy kolega, wybitny aktor Tadeusz Fijewski powiedział mu kiedyś, że tak jak on, „będzie grał najpierw chłopców, a potem od razu starców”. I to się w dużym stopniu spełniło. Niezależnie od charakteru ról, zazwyczaj nadawał swoim postaciom ciepły koloryt, nie epatujący ostrą charakterystycznością.
Debiutował na kinowym ekranie w 1954 roku jako członek zespołu ludowego w filmie „Niedaleko od Warszawy” Marii Kaniewskiej.
Pojawił się też jako zamachowiec „Orzeł” w „Zamachu” (1958), Franek, żołnierz AL. w „Barwach walki” (1964) czy Michał Badzioch w „Kierunek Berlin” Jerzego Passendorfera (1968), powstaniec w „Eroice” Andrzeja Munka (1957), jako pomocnik Wita Stwosza w „Historii żółtej ciżemki” Sylwestra Chęcińskiego (1961), sprawozdawca radiowy w „O dwóch takich co ukradli Księżyc” Jana Batorego (1961), milicjant w „Prawo i pięść” Jerzego Hoffmana (1964). Do jego najbardziej niezapomnianych ról należy Albin, młody milicjant, asystent tytułowego bohatera telewizyjnego serialu „Kapitan Sowa na tropie” (1965), granego przez Wiesława Gołasa. Pojawił się też m.in. w epizodzie w „Stawce większej niż życie”. Od 1958 roku niezmiennie związany był z Teatrem Powszechnym w Łodzi. Zagrał w nim dziesiątki ról, m.in. Artura w „Tanku” Sławomira Mrożka (1965) czy Dyndalskiego w „Zemście” Aleksandra Fredro (2001). Zagrał też szereg ról w łódzkim ośrodku Teatru Telewizji, m.in. Michała Korybuta Wiśniowieckiego w „Samsonie i Dalili” Jana Dobraczyńskiego (1983). W ostatnich latach grał w szeregu seriali, m.in. w „Klanie” czy „Na Wspólnej”.

Grzegorz Waliński nie żyje

W sobotę o godzinie 20.30 zmarł nasz kolega i wieloletni współpracownik – Grzegorz Waliński. W redakcji „Trybuny” pracował na bardzo wielu i bardzo różnych stanowiskach, od szefa działu zagranicznego, przez p.o redaktora naczelnego, do sekretarza redakcji.
Przyjaźniliśmy się, więc to akurat ja przekazuję Wam tę smutną wiadomość. Wiadomość, z którą wciąż nie mogę się pogodzić.
Mógłbym napisać to w formie oficjalnej, że był wybitnym afrykanistą, ambasadorem w Nigerii, że studiował w Warszawie, Paryżu, a nawet zahaczył o Londyn, że pracował w UNESCO, w Brukseli, w Polskim Radiu, Państwowej Akademii Nauk, by trafić w końcu do Dziennika Trybuna.
To wszystko znajdziecie jednak w Wikipedii. Napiszę Wam pokrótce o Grzegorzu jakiego nie znaliście.
Opiszę to, czego w Internecie i żadnych oficjalnych publikacjach nie znajdziecie. Nigdzie nie przeczytacie, że w młodości, podczas studenckiej bójki w jednym z londyńskich pubów rozbił nos obecnemu premierowi Wielkiej Brytanii Borisowi Johnsonowi. Gdy Johnson stanął na czele brytyjskiego rządu, Grzegorz wysłał mu kurtuazyjne gratulacje. Nie liczył na jakąś reakcję. Pamiętam jego zdziwienie, gdy ten mu odpisał wspominając ów incydent. Nie dowiecie się, że gdy w 2008 roku odwołano go ze stanowiska ambasadora, po zdaniu placówki, wrócił do Afryki i samotnie przejechał samochodem cały kontynent. Podróż trwała trzy miesiące.
Był okres, że pomieszkiwałem u niego, gdy jakieś sprawy czy obowiązki wzywały mnie do Warszawy.
Odstąpił mi jeden z dwóch pokoi wynajętego w Nowym Dworze Mazowieckim niewielkiego mieszkania.
Każdego dnia, kiedy wracałem, nawet jeśli ledwo żyłem i marzyłem, by jak najszybciej pójść „do siebie” i położyć spać, to wcześniej ucinaliśmy sobie kuchenną rozmowę. Niemal zawsze opowiadał o swojej największej miłości, czyli Afryce.
Bywał i na szczycie i z niego spadał. Dyplomata, historyk, dziennikarz, afrykanista – a bywało też, że składał swoje CV w miejscowych marketach. Nigdy nie potrafił wykorzystać zdobytych przez lata znajomości.
A miał je wszędzie. Na całym świecie, w najwyższych kręgach światowej dyplomacji.
Dwudziestego pierwszego grudnia wylecieliśmy razem do Republiki Środkowoafrykańskiej. Mieliśmy obserwować przebieg wyborów w tym wciąż ogarniętym wojną kraju. Po trzech tygodniach, gdy skończył nam się mandat musieliśmy wracać. Z wieloma przygodami i po wielu perturbacjach, które opiszę w piątkowym felietonie z cyklu „Księga wyjścia”, dotarliśmy do Warszawy.
Na Dworcu Centralnym powiedzieliśmy sobie „cześć” i poszedł. Ja zostałem czając na pociąg. Od tamtej pory kombinowaliśmy jak ponownie tam wyjechać.
Nikt nie przypuszczał, że wcześniej Afryka upomni się o niego. Przyczyną śmierci była malaria. Nie wiadomo jeszcze, czy powikłania po poprzednich pobytach, czy pechowe użądlenie podczas ostatniego wyjazdu.
Ciebie Afryka zaraziła malarią, Ty zaraziłeś mnie Afryką. Żegnaj

Piotr Jastrzębski
I cała redakcja „Trybuny”