Zabójstwo Moïse’a

Haitański prezydent Jovenel Moïse został zamordowany na początku lipca. Wiele szczegółów dotyczących jego zabójstwa jest nadal owianych tajemnicą. Chociaż w sumie 44 osoby zostały zatrzymane – w tym czterech policjantów i 18 byłych kolumbijskich żołnierzy – pozostaje wiele wątpliwości. Nadal nie wiadomo, kto i dlaczego zorganizował zamach.

Istnieją dwie różne wersje wydarzeń związanych z zabójstwem Moïse. Pierwsza, przedstawiona przez haitańską policję, mówi, że byli kolumbijscy żołnierze i dwaj haitańscy Amerykanie zostali wynajęci przez Christiana Emmanuela Sanona, haitańskiego lekarza z Florydy i samozwańczego pastora, który rzekomo uknuł spisek zabójstwa i planował przejęcie władzy po śmierci Moïse’a.
Pieniądze na operację zostały zebrane przez grupę Worldwide Investment Development i przekazane za pośrednictwem firmy ochroniarskiej z siedzibą w Miami o nazwie CTU Security. CTU Security jest prowadzona przez Wenezuelczyka Antonio Intriago, który ma powiązania z prawicową opozycją w Wenezueli i związki z kolumbijskimi reakcjonistami w Miami. W mediach pojawiło się zdjęcie przedstawiające go i obecnego prawicowego prezydenta Kolumbii Ivana Duque, który zaprzecza, jakoby znał Intriago.
Według jednej z wersji wydarzeń, byli kolumbijscy żołnierze zostali początkowo wynajęci do ochrony Sanona i aresztowania Moïse’a na polecenie sędziego. Rozkaz ten nie był nigdzie zarejestrowany ani zweryfikowany i nikt nie wie, kto miałby być tym sędzią. Po aresztowaniu Moïse’a, Sanon miał zostać mianowany prezydentem. Jednak biorąc pod uwagę wszystko, co wiadomo o Sanonie, wydaje się mało prawdopodobne, że to on był głównym sprawcą zamachu.
Inna historia pochodzi od aresztowanych Kolumbijczyków, ich rodzin i kolumbijskich mediów. Zgodnie z tą wersją wydarzeń, większość kolumbijskich żołnierzy została wynajęta jako ochroniarze Moïse’a. Z tą wersją wydarzeń wiąże się pewne zamieszanie – niektórzy twierdzą, że żołnierze nie wiedzieli nic o spisku mającym na celu zamordowanie Moïse’a, a inni, że tylko kilku z nich wiedziało o faktycznym spisku, pozostawiając resztę kolumbijskiej ekipy na pastwę losu. W jednej z wersji tej historii, kolumbijscy żołnierze przybyli na miejsce około pół godziny po tym, jak Moïse został zabity. Kiedy przybyli na miejsce, haitańscy policjanci byli już na miejscu.
Niezależnie od tego, jaka jest prawdziwa historia, nadal pozostaje wiele pytań bez odpowiedzi.
Na przykład, dzielnica Pétion-Ville, w której mieszkał Moïse, jest domem dla wielu przedstawicieli klasy rządzącej i elity politycznej Haiti. Przy głównych bramach dzielnicy stacjonuje strażnik policji narodowej. Strażnik ten najwyraźniej nie był obecny w czasie zamachu. Moïse miał również swoich ochroniarzy, zespół około 30-50 strażników, którzy mieli być obecni w jego domu, aby go chronić. Sędzia śledczy, który przybył na miejsce w dniu śmierci prezydenta, zauważył, że wydaje się, iż żaden z policjantów pilnujących okolicy ani ochroniarzy prezydenta nie był obecny podczas zamachu.
Nie było żadnego oporu przeciwko atakowi na Moïse’a, a żaden z policjantów lub ochroniarzy, których zadaniem była obrona dzielnicy lub prezydenta, nie został ranny lub zabity w ataku. Biorąc pod uwagę, jak dziwna i podejrzana jest to sytuacja, niektórzy z tych policjantów i ochroniarzy zostali aresztowani, w tym szef ochrony pałacu narodowego.
Kolejne ważne pytanie dotyczy następstw ataku. Wydaje się bardzo dziwne, że tak szczegółowy plan zamachu został wdrożony z udziałem zagranicznych najemników, ale że po ataku nie było strategii wyjścia dla zamachowców. Dlaczego tak dobrze wyszkoleni żołnierze mieliby świadomie zgodzić się na plan zabicia haitańskiego prezydenta, skoro nie mieli żadnego planu wydostania się z kraju po zamachu?
Wydaje się możliwe, że niektórzy z byłych kolumbijskich żołnierzy nie mieli pojęcia, jaki jest prawdziwy plan. Możliwe jest również, że istniały plany zamachu stanu. Jeśli zamachowcy planowali przejęcie władzy, mogli chronić zamachowców i zapewnić im strategię ucieczki. Możliwe, że plany te nie doszły do skutku lub zostały z jakiegoś powodu anulowane, pozostawiając najemników na pastwę losu. Możliwe też, że cały czas plan polegał na tym, aby w ten czy inny sposób oszukać byłych kolumbijskich żołnierzy i wystawić ich na wzięcie winy za zamach.
Inni wskazują, że Moïse mógł zostać zamordowany przez mafię lub potężne haitańskie gangi. Żona Moïse’a donosiła, że najemnicy, zanim go zabili, szukali w domu Moïse’a konkretnych dokumentów. Możliwe, że w wyniku jakiegoś układu między Moïse’em a grupami przestępczymi powstał problem, który doprowadził do jego śmierci.
Sugeruje się również, że Moïse’a zabili tajniacy z jego własnej ekipy ochroniarskiej. Inni sugerowali, że winni byli przeciwnicy w senacie lub nawet wrogowie w partii PHTK Moïse’a, tzn. że zabójstwo Moïse’a było gwałtownym zakończeniem gorzkiej walki frakcji w partii rządzącej. Rzeczywiście, niedawno wydano nakazy aresztowania Liné Balthazara, szefa partii PHTK, oraz Paula Denisa, byłego senatora, a także kilku innych osób.
Wygląda na to, że doszło do ostrej walki między skrzydłem partii Martelly’ego a skrzydłem partii GNB. Zauważono, że Claude Joseph, ustępujący premier, który przejął władzę po zabójstwie, miał bliskie związki z grupą GNB. Grupa GNB odegrała znaczącą rolę w zamachu stanu w 2004 roku, który odsunął Aristide’a od władzy. W tym momencie nie ma sensu roztrząsać różnych teorii spiskowych dotyczących zamachu. Szczegóły zostaną w końcu ujawnione i miejmy nadzieję, że prawda wyjdzie na jaw.
Rola imperializmu
Najważniejszą rzeczą, na którą należy zwrócić uwagę w tym momencie, jest rola krajów imperialistycznych. Większość kolumbijskich najemników była szkolona w zakresie operacji specjalnych przez armię amerykańską, kiedy byli żołnierzami. Jeden z nich był sądzony za udział w toczącej się sprawie fałszywych alarmów, w której siły bezpieczeństwa zabijały niewinnych cywilów, a następnie podawały ich za partyzantów. Przynajmniej dwóch z aresztowanych Haitańczyków było płatnymi informatorami amerykańskiej U.S. Drug Enforcement Administration. Nie ma dowodów na to, że rząd USA lub te agencje bezpośrednio zorganizowały zamach, ale wydaje się też mało prawdopodobne, że nic o nim nie wiedziały.
Wpływy kolumbijskie i wenezuelskie są obecne wszędzie, ukazuje to wiele podobieństw do Operación Gideon, nieudanej inwazji najemników w Wenezueli w 2019 roku. Niektórzy stwierdzili, że firma Intriago przegrała przetarg na przeprowadzenie Operación Gideon. Spisek mający na celu zamordowanie Moïse’a wydaje się – pośrednio lub bezpośrednio – angażować imperializm Stanów Zjednoczonych, a także kolumbijskich i wenezuelskich reakcjonistów.
Dlaczego reakcjoniści z tego regionu mieliby być zainteresowani zabójstwem Jovenela Moïse’a? Przecież Moïse był tak naprawdę członkiem ich prawicowej drużyny.
Faktem jest, że Moïse, choć początkowo był agentem amerykańskiego imperializmu na Haiti i był wspierany przez rząd USA, stał się przeszkodą dla interesów imperializmu. Opozycja polityczna wobec Moïse’a była intensywna i rosła z dnia na dzień. Jego coraz bardziej autorytarne rządy, dążenie do dyktatury i plany przeprowadzenia niekonstytucyjnego referendum nie tylko aktywizowały masy i prowadziły je do niemal codziennej działalności politycznej przeciwko reżimowi, ale także powodowały sprzeciw społeczeństwa obywatelskiego, sądów, różnych konkurujących ze sobą partii politycznych i kościoła. Reżim Moïse’a stawał się coraz bardziej niestabilny. W obliczu masowego ruchu i rosnącej opozycji istniały prawdopodobnie bardzo realne obawy, że Moïse może być odpowiedzialny za wywołanie ruchu rewolucyjnego, którego imperialiści obawiali się bardziej niż czegokolwiek innego, ponieważ stanowiłoby to realne zagrożenie dla ich interesów.
Po zabójstwie Moïse’a ONZ początkowo popierało Josepha i chciało, aby utworzył on rząd. Jednak Ariel Henry, wybrany przez Moïse’a na premiera tuż przed jego śmiercią, twierdził, że to on, jako nominowany premier, powinien przejąć władzę. Henry odegrał dużą rolę w zamachu stanu przeciwko Aristide’owi w 2004 roku i był członkiem „Rady Mądrych”, która została powołana po odsunięciu Aristide’a od władzy. Najwyraźniej ma też bliskie powiązania z gangami G9, które domagały się jego przyjęcia na stanowisko premiera, oraz ze skrzydłem Martelly’ego w PHTK. W samym środku walki o władzę pomiędzy różnymi skrzydłami PHTK ogłoszono, że 10 pozostałych wybranych przedstawicieli w senacie wybrało Josepha Lamberta na tymczasowego prezydenta.
Ci trzej mężczyźni zaczęli rywalizować o władzę. I ta walka o władzę miała potencjał, aby przekształcić się w prawdziwe źródło politycznego chaosu. Jak powiedział ostatnio Lambert: „Haiti stało się boiskiem do gry w baseball pomiędzy zagranicznymi dyplomatami… Otrzymałem telefony od niektórych amerykańskich dyplomatów na Haiti. Otrzymałem też telefony od dyplomatów z Departamentu Stanu USA, którzy prosili mnie o odroczenie, abyśmy mieli czas na zbudowanie większego konsensusu”.
Niedługo po tym, jak te dyplomatyczne manewry wyszły na jaw, ogłoszono, że Henry obejmie stanowisko premiera, a Joseph będzie pełnił funkcję jego ministra spraw zagranicznych. Rząd ten będzie kontynuacją reżimu Moïse’a, a wraz z gangami sprzymierzonymi z PHTK, partie opozycyjne zostały wykluczone z procesu politycznego po zabójstwie Moïse’a.
Tymczasowy premier Joseph wezwał ONZ i USA do wysłania wojsk w celu ustabilizowania sytuacji. Administracja Bidena oświadczyła, że na razie nie ma planów wysłania wojsk. Wysłanie wojsk amerykańskich prawdopodobnie tylko zaogniłoby sytuację w tym momencie, ponieważ sprzeciw wobec amerykańskiego imperializmu i zagranicznej ingerencji jest wysoki wśród mas haitańskich.
Ponieważ PHTK wciąż jest u władzy, a walka frakcyjna w partii jest łagodzona przez imperialistycznych dyplomatów, imperialiści prawdopodobnie czują, że nie ma pilnej potrzeby wprowadzania wojsk na Haiti. Jest to tym bardziej prawdziwe, że PHTK cieszy się poparciem gangów, zwłaszcza G9.
Faktem jest, że PHTK jest nadal u władzy, a plan jest, aby przejść do planów wyborczych jeszcze w tym roku. Obecna sytuacja pozostawia skorumpowanemu PHTK kontrolę nad tym procesem. Poprzedni dwaj prezydenci PHTK, Martelly i Moïse, „wygrali” poprzednie wybory na podstawie masowych oszustw wyborczych. Przy gangach terroryzujących masy i opozycję oraz skorumpowanej PHTK u władzy, możemy założyć, że następne wybory również zostaną sfałszowane i partia będzie rządzić dalej.
Rola mas
Z punktu widzenia imperialistów, zabójstwo Moïse’a usunęło główne źródło niestabilności. Teraz, gdy po zabójstwie Moïse’a panuje atmosfera strachu, a gangi wciąż szaleją, imperialiści prawdopodobnie mają nadzieję, że ruchy masowe również zostaną usunięte z równania. Imperialiści mają nadzieję, że będą mieli czas, aby zabezpieczyć PHTK jako partię rządzącą i mogą ustabilizować sytuację. Tyle, że zabójstwo to niewiele zmieniło z punktu widzenia mas, a stworzyło przestrzeń dla innych źródeł niestabilności politycznej – wewnątrz różnych instytucji politycznych i w samej PHTK.
PHTK pozostaje u władzy, imperialiści kierują wydarzeniami zza kulis, a przemoc gangów i porwania trwają nadal. Imperialiści wykluczyli partie opozycyjne z procesu. Potrzeby mas pozostają niezaspokojone. Sytuacja gospodarcza Haiti nadal się pogarsza, a PHTK u władzy przyniesie niewielką stabilność polityczną.
Masy muszą nadal mobilizować się i organizować wokół własnych interesów i własnego programu politycznego. Oznacza to sprzeciwianie się reżimowi PHTK i roli imperialistów w zainstalowaniu reżimu Henry’ego. Burżuazyjna opozycja i opozycja w sądach były raczej spokojne od czasu zamachu i wzywały do zachowania spokoju. Obawiają się oni masowego ruchu tak samo jak klasa rządząca i elity polityczne. Opozycja chce również uniemożliwić masom odgrywanie aktywnej roli w wydarzeniach. Wygląda na to, że pogodzili się z kontrolowaniem sytuacji przez imperialistów i kontynuacją reżimu PHTK, ponieważ jest to bezpieczniejsze niż masowy ruch rewolucyjny wymykający się spod kontroli burżuazyjnej opozycji i rozpoczynający walkę o swoje własne żądania.
Lavalas, kierowana przez byłego prezydenta Jeana-Bertranda Aristide’a, nadal wzywa do utworzenia rządu bezpieczeństwa publicznego. Lavalas zaproponowała porozumienie, przypuszczalnie pomiędzy różnymi grupami opozycji i społeczeństwa obywatelskiego, w celu stworzenia „nowego, inkluzywnego i przejrzystego państwa”.
Ale w jaki sposób ma to zostać osiągnięte? Lavalas wzywa do zorganizowania konferencji narodowej, przywrócenia sądownictwa i postawienia przed sądem osób odpowiedzialnych za ataki gangów i masakry, a także tych, którzy są odpowiedzialni za korupcję i kradzież funduszy PetroCaribe. W niedawnym oświadczeniu, w którym sprzeciwia się przeprowadzeniu nowych wyborów w najbliższej przyszłości, przywódcy Lavalas stwierdzili: „Potrzebujemy kolejnego dekretu wyborczego, kolejnej Rady Wyborczej, aby zorganizować demokratyczne wybory, aby zapewnić sprawiedliwość”.
Czy jest to sposób na rzeczywiste zapewnienie sprawiedliwości? Omawialiśmy już te stanowiska Lavalas w poprzednich artykułach. Lavalas wzywa do przywrócenia na Haiti reżimu opartego na konstytucji z 1987 roku. Jest to wezwanie do przywrócenia wszystkich instytucji i praw, które upadły na Haiti. Tamto status quo rozpadło się pod naporem walki klasowej. Nie da się go tak po prostu poskładać z powrotem, kawałek po kawałku, jak potłuczone szkło.
Lavalas i inne grupy opozycyjne wzywają do odnowienia starego status quo, tylko z nimi samymi u władzy zamiast PHTK. Ale te wezwania do odnowienia starego burżuazyjnego status quo nie są żadnym rozwiązaniem, ponieważ pozostawiają kapitalizm nietknięty i burżuazję u władzy. Burżuazja u władzy z konieczności oznacza burżuazyjne państwo, które będzie rządzić w interesie klasy kapitalistycznej. Taki „nowy” reżim w rzeczywistości nie oznaczałby żadnej zmiany. Nawet gdyby udało się odnowić instytucje i prawa starego status quo, to pod wpływem intensywności walki klasowej znów zaczęłyby się one kruszyć i załamywać.
Tym, czego naprawdę potrzeba na Haiti, jest całkowite zerwanie z tym rozpadającym się burżuazyjnym i imperialistycznym status quo. Masy muszą radykalnie zerwać z kapitalizmem. Drogą naprzód jest walka z kapitalizmem i o socjalizm. Masy robotników, chłopów, ubogich i młodzieży mogą polegać jedynie na własnych siłach i muszą walczyć o program polityczny, który może zaspokoić ich potrzeby. Program ten musi obejmować zakończenie wtrącania się imperialistycznej grupy głównej oraz wywłaszczenie haitańskiej oligarchii i imperialistów. Haitańscy oligarchowie i imperialiści podzielają te same interesy klasowe, i to właśnie te interesy utrzymują haitańskie masy w ubóstwie i wyzysku. PHTK rozpętał falę terroru związanego z gangami na masach, mając nadzieję, że sterroryzuje ruch w celu podporządkowania się. Masy haitańskie muszą zacząć organizować rewolucyjne działania i komitety obronne, aby bronić dzielnic ludowych i ruchu przed terrorem państwa i gangów.

Tekst ukazał się pierwotnie na portalu marxist.com. Tłumaczenie: Wojciech Łobodziński. (strajk.eu).

Jean Paul Belmondo (1933-2021) Najbardziej czarujący łobuz świata

Zdarza się, że śmierć jakiejś wielkiej legendy ożywia mi w pamięci tytuł powieści Kazimierza Brandysa „Człowiek nie umiera”.

Towarzyszy mi wtedy uczucie zdziwienia, że ten ktoś umarł, uczucie kompletnie irracjonalne. Uczucie to pojawiło się także na wieść o śmierci (6 września w Paryżu) Jean-Paula Belmondo, choć był już bardzo sędziwym, schorowanym człowiekiem. Przecież jednak towarzyszył mi od wczesnego dzieciństwa, przez dziesięciolecia, oglądany w filmach, w kinie, w telewizji, na plakatach i na fotosach. Mam wrażenie, jakbym znał go od zawsze. Jeszcze nie rozumiałem, kim jest ta aktorska postać, a już miałem często przed oczyma jego łobuzerskie spojrzenie, kpiarski uśmiech i złamany bokserski nos. Nie ja jeden zresztą bo, Belmondo był aktorem-idolem kilku pokoleń widzów kina. Jeszcze zanim zyskałem świadomość jego roli na firmamencie filmu francuskiego, a już imponował mi, w rolach które grał, swoją wesołą bezczelnością, nonszalancją, luzem, odwagą i radzeniem sobie w każdej sytuacji. Na ekranie kinowym zobaczyłem go po raz pierwszy w 1964 roku w tytułowej roli w filmie „Cartouche-zbójca” (1962) Philippe’a de Broca. Nigdy nie zapomnę końcowej sceny, gdy spycha do rzeki karocę z obsypanym klejnotami ciałem swojej ukochanej (w tej roli Claudia Cardinale), która zginęła od kuli policyjnej zasłaniając go własnym ciałem. Pozostało mi to w pamięci jako archetypiczny, wzruszający obraz miłości i bezinteresowności.
Urodzony 9 kwietnia 1933 roku w Neuilly-sur-Seine pod Paryżem, w artystycznej rodzinie, zaczynał Belmondo, jako młodzieniec, od teatru, bo dziecięca chęć zostania clownem była silniejsza niż marzenia sportowe, choć przez pewien czas, nawet nie bez pewnego powodzenia, uprawiał boks. W filmie zaczął, jak to zwykle bywa, od małych epizodów, a pierwszym był epizod w filmie „Molier” W 1958 roku, na planie komedii „Bądź piękna i milcz” poznał Alaina Delon, z którym na całe życie połączyła go przyjaźń i z którym zagrał w w czterech filmach, w tym w rozgrywającym się w Marsylii głośnym gangsterskim filmie „Borsalino” (1970).
Światową sławę przyniosła mu rola gangstera Michela w filmie „papieża Nowej Fali” Jean-Luc Godarda, „Do utraty tchu” (1960). Film okazał się wielkim sukcesem i zmienił życie 27-letniego wtedy Belmonda. „Po tym filmie aktor urósł do rangi symbolu ówczesnej, kontestującej młodzieży, nie tylko zresztą francuskiej: jej niezgody na uładzone życie , jej „odmienności” buntu przeciwko zastanemu porządkowi (…) – pisał Aleksander Jackiewicz w swoim „Gwiazdozbiorze” – Dla kina francuskiego zaś stał się typowym bohaterem „nowej fali”, filmu młodych, którzy wystąpili przeciwko tradycjonalizmowi i akademizmowi „starych”; filmu świeżych idei i nonkonformistycznych form”. Sześć lat później powtórzył ten sam typ postaci, nawet jeszcze bardziej anarchiczny, w „Szalonym Piotrusiu” (1965) tego samego Jean-Luc Godarda. „To niby komiks, powieść odcinkowa (…) improwizowany poemat kultury masowej o niezgodzie bohatera (…) na konsumpcyjne społeczeństwo, wreszcie na wszelki porządek” (A. Jackiewicz). Stworzył typ postaci łączącej w sobie cechy „silnego mężczyzny” i „kochanego łobuza”. Bywał też „romantycznym włóczęgą” („Moderato cantabile” (1964) Petera Brooka), żołnierzem w „Weekendzie w Zuydcoote” (1964) Henri Verneuila), aferzystą w tonie serio w „Stavisky’m” (1974) Alaina Resnais. Z czasem zaczął zmieniać emploi i stawać się gwiazdą kina awanturniczego („Człowiek z Rio”, gdzie objawił brawurowo umiejętności kaskaderskie, „Człowiek z Hongkongu”, oba w reżyserii Philippe de Broca czy „Glinie czy łajdaku” Georgesa Lautnera). Wtedy definitywnie zrezygnował z aktorstwa psychologicznego, koncentrując się na fizycznej, dynamicznej behawioralnej prostocie ekspresji z silnymi rysami komediowo-farsowymi. Takie role zagrał m.in w „Kochanym łobuzie” (1966) Jeana Beckera, „Mózgu” (1969) Gerarda Oury), „Małżonkach roku II” (1971) Jean Paula Rappaneau, „Doktorze Popaul” (1972) Claude Chabrola, dodając do roli supercwaniaka rysy molierowskie, w „Strachu nad miastem” (1975) Henri Verneuila, w „Dublerze” (1977) Claude Zidi, „Zawodowcu” (1981) Georgesa Lautner, „Asie nad asy” (1982) Gerarda Oury. W latach osiemdziesiątych powrócił do gry na scenie, a w filmach grał coraz rzadziej, a przez kilka lat pauzował. Osiem lat po udarze mózgu w 2001 roku, zagrał w filmie François Hustera „Człowiek i jego pies” (2008). Po latach Quentin Tarantino wspominając dzieciństwo powiedział, że „kiedy tylko jakiś dzieciak wieszał na ścianie plakat filmowy, był na nim Jean Paul Belmondo. To imię oznacza witalność, charyzmę, siłę woli”. Zagościł Belmondo jako supergwiazda na okładkach najsławniejszych magazynów świata (n.p. „Life”). Nagrodzony m.in. Cezarem w roku 1989, honorową Złotą Palmą w Cannes 2012, Złotym Lwem w Wenecji 2016. Prezydent Francji Emmanuel Macron powiedział o nim, że „Francja straciła skarb narodowy, wspaniałego bohatera, znajomą postać i magika słów”. W 2019 r. odznaczył aktora orderem Legii Honorowej.
KLUB

Tadeusz Wojtych (1931-2021)

Tadeusz Wojtych (wywiad z nim ukazał się w „Dzienniku Trybuna” listopadzie zeszłego roku) zagrał kilkadziesiąt epizodycznych ról w filmach i serialach, na przestrzeni 58 lat (1960-2018).

Miał charakterystyczną (coś ze „smutnego clowna”), „maskowatą” fizjonomię twarzy ze złamanym nosem (w młodości uprawiał boks) i charakterystyczną, „nosowo-tubalną” barwę głosu. Piszący te słowa najbardziej zapamiętał go jednak z debiutanckiego epizodu w filmie Janusza Morgensterna „Do widzenia, do jutra” (1960). Wojtych pojawił się tam nie tylko jako zaangażowany do filmu aktor, lecz także jako jeden z założycieli i jedna z postaci gdańskiego, studenckiego Teatru Bim-Bom, którego działalność utrwaliła się legendarnie na kartach historii polskiej kultury, nie tylko stricte teatralnej. Artysta zagrał tam młodego plastyka zarobkującego dekorowaniem wystaw sklepowych w gdańskich sklepach i pojawia się m.in. w jednym z najczęściej pokazywanych fragmentów tego filmu, w scenie, w której grono bimbomowców (także m.in Jacek Fedorowicz i Wowo Bielicki), w obecności m.in. Teresy Tuszyńskiej dziarsko śpiewa szyderczą piosenkę o „matce”, która noce całe musi tańczyć – bo ma dziecko małe…”). Ta „matka”, to aluzja do głównej postaci tego filmu, Jacka, granego przez innego bimbomowca, Zbigniewa Cybulskiego. W latach 1957-1963 Wojtych był aktorem Teatru Wybrzeże w Gdańsku, w latach 1963-1975 Teatru Polskiego w Poznaniu, a w latach 1975-1977 grał (po jednym sezonie) w teatrach w Kaliszu i we Wrocławiu. W latach 1977-1991 był aktorem Teatru Syrena w Warszawie. Występował też w wielu serialach telewizyjnych, ostatnim były „Dziewczyny ze Lwowa” w roku 2018. Urodził się 10 sierpnia 1931 roku w Lille we Francji, zmarł w Warszawie 9 lipca 2021 i został pochowany na cmentarzu bródnowskim.

Krystyna Konarska (1941-2021)

W Niemczech zmarła Krystyna Konarska. Urodziła się 8 marca 1941 roku w Berlinie. Do Polski przyjechała jako nastolatka i zamieszkała w Opolu, by po pewnym czasie spróbować, z powodzeniem, kariery piosenkarskiej.

W 1962 r. została laureatką konkursu zorganizowanego przez opolską rozgłośnię radiową. Kilka razy wystąpiła na Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu. Odbyła trasy koncertowe po ZSRR, Węgrzech i Jugosławii. Zagrała jedną z głównych ról w polskim filmie „Pingwin” w reżyserii Jerzego Stefana Stawińskiego (1964), u boku m.in. Zbigniewa Cybulskiego i Andrzeja Kozaka. W sportowej komedii „Święta wojna” (1965) Juliana Dziedziny pojawia się jako piosenkarka śpiewająca piosenkę w lokalu gastronomicznym. W drugiej połowie lat sześćdziesiątych wyjechała z Polski i zamieszkała w Paryżu.
Według niektórych źródeł mieszkała także w USA, a w końcu zamieszkała w Niemczech. Według niektórych informacji, przez pewien czas prowadziła w Niemieckiej Republice Demokratycznej cykl audycji telewizyjnych – „Krystyna Konarska przedstawia”. Wystąpiła też w kilku filmach telewizyjnych produkcji NRD. Nagrała kilka przebojów, takich jak „A jednak do pary”, „Boję się twojej miłości”, „Przyjdzie po mnie ktoś” czy „Ktoś inny”. Wykonywała też przebój tych czasów, piosenkę „Zakochani są wśród nas”, ale ten utwór kojarzony jest na ogół także z inną gwiazdą polskiej piosenki, Heleną Majdaniec. Powyższe informacje można znaleźć w internecie, ale nie wszystkie się ze sobą pokrywają (n.p. niektóre źródła podają że zmarła nie w Berlinie, lecz w Rinteln, a poza tym nie do końca jasne i spójne są niektóre inne szczegóły jej biografii, więc Konarska pozostanie do pewnego stopnia postacią tajemniczą).
Media nie podały też dokładnej daty jej zgonu. Są to jednak detale drugorzędne, natomiast na pewno trzeba odnotować fakt odejścia artystki, która wprawdzie na krótko, ale wyraziście zapisała się jako postać w polskiej kulturze popularnej.

Eugenia Herman (1929-2021)

Była łodzianką z urodzenia (6 października 1929) i tam też ukończyła Wydział Aktorski PWSFTviF w 1953 roku, tam zadebiutowała w Teatrze Nowym (1953-1960), po czym w latach 1960-1996 była aktorką Teatru Polskiego w Warszawie.

Po przejściu na emeryturę występowała gościnnie w Teatrze Narodowym.
Od 1982 była wykładowczynią na Wydziale Aktorskim PWSFTviT w Łodzi. W latach 2001–2014 uczyła aktorstwa i reżyserii w Szkole Aktorskiej H. i J. Machulskich na warszawskiej Ochocie.
W filmie zadebiutowała w roku 1956 epizodyczną rolą w „Nikodemie Dyźmie” Jana Rybkowskiego. W sumie zagrała w kilkunastu filmach, zwykle role drugoplanowe. Warunki zewnętrze predysponowały ją do ról kobiet „z towarzystwa”, inteligentek, dam, monarchiń. W Teatrze Telewizji zagrała m.in. Lady Milford w „Intrydzie i miłości” Fryderyka Schillera (1964) i Panią Dobrójską w „Ślubach panieńskich” Aleksandra Fredro (1966) w reż. Ireneusza Kanickiego Kanickiego, Inger w „Kłamstwie” I. Bergmana w reż. Andrzeja Wajdy (1972), Księżną Olivarez w „Don Carlosie” F. Schillera w reż. Macieja Zenona Bordowicza.
Grała też m.in. w znanych seriali telewizyjnych (m.in. „Królowej Bonie”, „W labiryncie”, „Matkach, żonach i kochankach”, „Ranczu”, „Egzaminie z życia”, „Samo życie”). Pamiętna także z filmów Krzysztofa Zanussiego, „Za ścianą”, „Bilans kwartalny”, „Gdzieśkolwiek jest, jeśliś jest”. Zmarła 19 lipca 2021 w wieku 92 lat, w Skolimowie.

Gdy płoną kościoły

W Kanadzie podpalane są kościoły i niszczone pomniki związane z tradycjami i chrześcijańskim kultem. Także pomniki Jana Pawła II.

Przyczyną jest odkrycie – i odkrywanie nadal – masowych grobów dzieci amerykańskich autochtonów, kierowanych przymusowo decyzjami rządowymi do ośrodków prowadzonych przez chrześcijańskich misjonarzy. Społeczeństwo kanadyjskie jest niebywale oburzone tymi tragicznymi faktami. Odbieranie dzieci Indianom i Inuitom miało na celu ich asymilację wg norm cywilizacji „białego człowieka”. Czytaj: wyrwanie tych dzieci z ich naturalnej, miejscowej kultury i wartości, odebranie przemocą rodzicom. Gromadzono je w przeludnionych ośrodkach, gdzie królowały kary fizyczne, przemoc i choroby. Dzieci były głodzone, bite, torturowane, gwałcone. Gdy umierały, nikt nie ponosił za to odpowiedzialności, a ich ciała grzebano w zbiorowych, anonimowych, mogiłach. Przez takie ośrodki przeszło ok. 150 tys. dzieci.
W każdym pochodzie kolonialnym, w każdej części świata z przedstawicielami imperialnych potęg z Europy i wojskowymi ramię w ramię szli księża. A także: misjonarze, zakonnice, kaznodzieje, pastorzy (bo przecież kolonizowali nie tylko katolicy). Jomo Kenyatta, prezydent Kenii i jedna z wielkich afrykańskich osobowości czasów dekolonizacji, stwierdził celnie: „Kiedy przybyli do nas misjonarze, Afrykanie mieli ziemię, a przybysze Biblię. Uczyli nas, że podczas modlitwy powinniśmy mieć oczy zamknięte. Kiedy je otworzyliśmy, misjonarze mieli ziemię, a my Biblię”. Cywilizacja i kultura tzw. Zachodu, przesiąknięta mesjanizmem i poczuciem wyższości nad innymi, materializowała się po prostu taką polityką i postawami. Wszędzie, powtórzmy, czy chodziło o katolików, czy o protestantów, biały Europejczyk nawracał. Oczekiwał, że rdzenni mieszkańcy podbitych ziem wyrzekną się pierwotnych wierzeń, wartości, kultury i obyczajów. Zmienią tożsamość (kiedyś mówiono: ucywilizują się).
Podbój Ameryki Południowej przez Hiszpanów, kolonizacja Ameryki Północnej przez uchodźców z Europy, Kongo katolickiego króla Leopolda, podbój Namibii przez kajzerowskie Niemcy, brytyjskie panowanie w Indiach, wojny Francji w Algierii… w każdym przypadku struktury duchowne albo przyłożyły rękę do tragedii kolonizowanych, albo odwracały wzrok. Tak czy inaczej, mają swój udział w wykorzenianiu autochtonów z ich kultury i brutalnym traktowaniu.
Na te procesy nałożył się ponadto od XIX w. rozwój kapitalistycznych stosunków produkcji w świecie zachodnim, takich relacji społecznych oraz potrzeba zysków i pomnażanie posiadanego kapitału.
Kolonializm był tego wszystkiego właśnie funkcją. Aby pomnażać kapitał, zwiększać produkcję i konsumpcję potrzebna była tania siła robocza oraz surowce, których dostarczały kolonie. Instytucje religijne z Europy, załatwiając swoje „duchowe” (choć nie tylko) interesy – nawrócenia, ewangelizacja, powiększanie ilości wiernych, co dawało określone dochody – miały te same zadania, będąc sprzężonymi z władzami kolonialnych potęg i realizując ich interesy narodowo-systemowe. Kapitalizm potrzebował kolonii do eksploatacji, instytucje religijne miały przygotować biernych, wiernych i potulnych wykonawców. Módl się i pracuj – powiedzieć miał w VI w. n.e. św. Benedykt z Nursji. Wszystkie kościoły pilnie tę zasadę realizowały na terenach podbitych przez Europejczyków. Kanadyjskie szkoły z internatem były tu formą ekstremalną: wychowywały zasymilowanych, wyzutych z tożsamości ludzi, gotowych pokornie godzić się z rolą taniej siły roboczej.
Gdy dekolonizacja stała się faktem, Kościół katolicki po prostu dostosował się do nowej sytuacji. Nauką Jana Pawła II wprowadził do doktryny i praktyki termin inkulturacji. Nowe-stare narzędzie w misji katolicyzacji niechrześcijańskich i niekatolickich kultur, pod lepszą nazwą zamiast „spalonego” nawracania. Tak czy inaczej, efekt miał być ten sam.
I jeszcze jedna refleksja na marginesie. Wiadomo, że praktyki odbierania przemocą dzieci autochtonom i ich „cywilizowanie” miało miejsce na szeroką skalę jeszcze w latach 70. XX. Nie tylko w Kanadzie, bo i w Australii, która w dodatku rozlicza się z tą przeszłością dużo oględniej. Jak w takiej optyce można poważnie traktować pohukiwania tych krajów pod adresem byłego Bloku Wschodniego, załamywanie rąk nad „niską jakością młodej demokracji”, także polskiej, która to jakość ma być efektem obciążającego socjalistycznego dziedzictwa? Zacznijcie od siebie – za Sokratesem chce się powiedzieć politykom tych państw, gdzie jeszcze pod koniec XX w. miały miejsce zjawiska mające wymiar masowych zbrodni.

Krzysztof Gradowski (1943-2021)

Przez wiele lat był reżyserem dokumentalistą zajmującym się głównie problematyką przestępczości, tematami, n.p. „Urodzeni w niedzielę”, „Konsul” czy „Obcym wstęp wzbroniony”.

Specjalizował się też w dokumentalnych portretach znanych postaci, takich jak Antoine Cierplikowski, pochodzący z Sieradza mistrz fryzjerski Paryża czy aktor-naturszczyk i utalentowany pisarz Jan Himilsbach. Zajmował się też filmową animacją.
Jednak tzw. „duże artystyczne nazwisko” przyniósł mu dopiero cykl ekranizacji opowieści Jana Brzechwy o panu Kleksie: „Akademia pana Kleksa” (1983), „Podróże pana Kleksa” (1985) czy „Pan Kleks w Kosmosie” (1988). Kilkanaście lat później wzbogacił je o „Triumf pana Kleksa” (2001). W 1995 roku zrealizował „Dzieje mistrza Twardowskiego”.
Te realizacje przyniosły mu pozycję jednego z najbardziej cenionych przedstawicieli kina dla dzieci i młodzieży. Po latach te realizacje nie robią już szczególnego wrażenia z punktu widzenia technologicznego, ale w połowie lat osiemdziesiątych, w ówczesnych warunkach polskich, dzięki dynamicznej reżyserii, świetnej pracy kamery, m.in. Zygmunta Samosiuka, dobrej muzyce i świetnej kreacji Piotra Fronczewskiego w roli tytułowej, były naprawdę dużymi dokonaniami, które przyciągnęły do kin masową, młodą publiczność. Krzysztof Gradowski był laureatem licznych nagród i wyróżnień na festiwalach krajowych i zagranicznych, m.in. w Chicago, Moskwie, Kairze, Oberhausen, Gdyni, Poznaniu i Krakowie. W 2013 r. otrzymał Brązowy Medal „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”.
Był też „Kawalerem Orderu Uśmiechu” przyznanym mu w 1987 r.
Urodzony w Krakowie w roku 1943 zmarł w Warszawie 22 czerwca 2021 roku w wieku 77 lat.

Ryszard Bacciarelli (1928-2021)

Zbieżność nazwisk nieprzypadkowa. Był prapraprawnukiem Marcelego Bacciarellego, nadwornego malarza króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, o czym opowiadał kilka lat temu w wywiadzie udzielonym „Dziennikowi Trybuna”.

Urodził się 8 stycznia 1928 r. w Młock-Kopacze. Był absolwentem warszawskiej PWST (1953), aktorem Teatru Polskiego w Szczecinie (1953-1956), Teatru im. S. Jaracza w Łodzi (1956-1961), oraz warszawskich: Ludowego (1961-1974) oraz Nowego (1974-1993). Miał zewnętrzne warunki szlachetnego amanta. Wśród ról teatralnych zagrał m. in. hrabiego Almaviva w „Cyruliku Sewilskim” Beaumarchais (1955), Jacka w „Operze żebraczej” J. Gaya (1957), Poetę w „Weselu” St. Wyspiańskiego (1958), Andrzeja w „Wojnie i pokoju” L. Tołstoja (1959), Wacława w „Zemście” A. Fredry (1960), Boreńskiego w „Karykaturach” J.A. Kisielewskiego (1961), Botwella w „Marii Stuart” F. Schillera (1962), por. Lukasza w „Przygodach dobrego wojaka Szwejka” wg J. Haska (1962), Skrzyneckiego w „Warszawiance” St. Wyspiańskiego (1964), Oberona w „Śnie nocy letniej” W. Szekspira (1964), hrabiego de Guiche w „Cyrano de Bergerac” E. Rostanda (1967), Prezesa, w „Kordianie” J. Słowackiego (1986), a także m.in. Diega w „Cydzie” P. Corneille. W Teatrze Telewizji m.in. w spektaklach „Kobry”: „Jak błyskawica” (1972), „Harry Brent” (1972), „Melissa” (1973), Flake w „Karierze Artura Ui” B. Brechta w reż. J. Gruzy, Stanisław August w „Królu i aktorze” R. Brandsteattera w reż. I. Gogolewskiego (1974) oraz role w „Idei i mieczu” i „O coś więcej niż przetrwanie” (1981) w reż. G. Królikiewicza. W filmie m.in. w „Bliźnie” K. Kieślowskiego (1976), „Granicy” J. Rybkowskiego (1977), „Akcji pod Arsenałem” J. Łomnickiego (1977), „Zamachu stanu” R. Filipskiego (1980), „Klejnocie wolnego sumienia” G. Królikiewicza (1981), a także w szeregu seriali.

Wojciech Karolak (1939-2021)

Dla mnie, profana w zakresie encyklopedycznej wiedzy o muzyce Wojciech Karolak był przede wszystkim wielkim i sławnym nazwiskiem polskiego jazzu, także genialnym wykonawcą tego gatunku muzyki.

Grać jazz zaczął w 1958 roku jako saksofonista, później zaprzyjaźnił się z fortepianem i to ten instrument stał się instrumentem jego życia. Jako encyklopedyczny profan muzyczny nie będę udawał erudyty w tej dziedzinie i nie wymienię licznych tytułów grup, w których Karolak występował, tytułów wydanych przez niego licznych utworów i płyt (zresztą, kto poza specjalistami i superamatorami by to zapamiętał). Występował m.in. z Janem Ptaszynem Wróblewskim, Krzysztofem Komedą, Andrzejem Trzaskowskim, Jerzym Matuszkiewiczem, Andrzejem Kurylewiczem, Michałem Urbaniakiem, Urszulą Dudziak, Andrzejem Dąbrowskim, Januszem Muniakiem, Tomaszem Szukalskim, Jarosławem Śmietaną i innymi. Poza licznymi kompozycjami jazzowymi tworzył także muzykę filmową (m.in. do „Konopielki” W. Leszczyńskiego, do serialu „Przyłbice i kaptury” czy „Excentryków” – kompozycja nagrodzona ), teatralną (m.in. do jednej z inscenizacji „Dekamerona” Boccaccio, do „Ubu króla” A. Jarry czy do „Draculi”). Komponował też piosenki – m.in. „Wyszłam za mąż – zaraz wracam” – do tekstów swojej żony, Marii Czubaszek. Wśród licznych nagród (głównie branżowych) otrzymał też w 2007 roku Medal „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”. Urodził się 28 maja 1939 roku w Warszawie. Był wnukiem – ze strony matki – bardzo lubianego aktora komediowego Józefa Orwida, znanego z kilkudziesięciu filmów przedwojennych, który 13 sierpnia 1944 zginął w wybuchu niemieckiego czołgu-pułapki przy ulicy Kilińskiego w Warszawie. Zmarł w Warszawie 23 czerwca.

Nad Wisłą mu przyszło

Zmarł nam Tomek Wiater.

Znakomity karykaturzysta. Jego postacie rysowane charakterystyczną, powszechnie znaną kreską, codziennie rodziły się w Internecie i raz na tydzień w tygodniku „Nie”. Były graficznymi twarzami tego tygodnika. Odrażające, pokraczne, złe. A jednocześnie niezwykle dowcipne, bo zwykle autoironiczne.
Najlepiej wychodziły Tomkowi rysunki bezpruderyjnych panienek, biskupów, polityków i panów bogów. Codzienny poczet władców naszej Polski. Najśmieszniej bywało kiedy politycy rechotali z wizerunków panienek i biskupów, panienki podśmiewały się z polityków i biskupów, a biskupi chichotali na taki widok panów bogów. Panom bogom pozostawało kpić z pozostałych, z tego całego Dzieła Bożego, czyli z siebie.
Miały jego postacie wszędzie swych fanów. Zasłużona artystka Krystyna Janda ukochała sobie jego karykaturę „Daj głos”, za co znienawidzili ją PiS-owscy „naziole”. Ci sami „Niziole” powielali na swoich forach internetowych Wiaterowe kpiny z kulturowej lewicy, fanów Krystyny Jandy, czasem nawet gejowatych biskupów. A kulturowa lewica powielała u siebie Wiaterowe kpiny z panów bogów, nazioli, biskupów, no i salonu Krystyny Jandy.
Tak to dla lewicy był Tomek sztandarem ateizmu i anty PiSizmu, dla centrum pogromcą PiS- u i konserwatywnych hierarchów, a dla radykałów PiS celnym prześmiewcą zadufanej Warszawki i „lawendowych” biskupów.
Niewielu jego zapiekłych fanów wiedziało, że ten ostry karykaturzysta był także wielce zdolnym rzeźbiarzem, malarzem, fotografikiem, grafikiem, projektantem logo i sloganów reklamowych.
Pomagał też redaktorowi Piotrowi Gadzinowskiemu w w jego kampaniach wyborczych. I wówczas „jego rysunki zawsze były lepsze od uzyskanych przez kandydata wyników”, co sam Gadzinowski przyznawał.
Bo Tomek Wiater był niesłychanie wrażliwym i inteligentnym człowiekiem. I karykaturalnym fanem polskości.
Gdyby Tomek urodził się w Francji, to na pewno byłby gwiazdą tygodnika „Charlie Hebdo” i celem religijnych radykałów.
Ale mu przyszło w kraju nad Wisłą. Tu dopadł go covid.