Lepiej niż z biskupem

Do Sejmu często trafiają gwiazdy, znane z innej niż polityka, działalności. W czasie kampanii wyborczej mają ściągnąć głosy swych fanów, zwłaszcza tych omijających wybory. Potem w Sejmie mają już nie gwiazdorzyć, głosować jak przykazano, i nie przeszkadzać innym w pracy poselskiej.
Sławek nie gwiazdorzył, bo miał deficytową w parlamentach cechę, autoironię. Sam nabijał się z krzewionego wokół niego kultu „porucznika Borewicza”. Posła w Sejmie też nie grał. Był nim pełną, acz nieegzaltowaną, gębą. Robił swoje bez fanfar.
Nie pchał się do mediów, kiedy nie musiał. A nie musiał, bo był już wystarczająco znany. Był też profesjonalnym dziennikarzem. A to sprawiało, że gwiazdorscy dziennikarze nie kwapili się zapraszać go do programów. Trudno było im zrobić zeń głupka.
W Sejmie więcej robił niż mówił. Był świetny przy poprawianiu projektów ustaw w sejmowych podkomisjach. Miał rozległą wiedzę, doświadczenia życiowe i zawodowe oraz umiejętność pracy w zespole. Moc spokojnej perswazji przy użyciu krótkich, rzeczowych, choć nieraz dosadnych, argumentów. Niewiele osób wie jak wielce zasłużył się przy uchwaleniu kilku ważnych ustaw. Zwłaszcza tej o kinematografii z 2005 roku. Tworzącej Polski Instytut Sztuki Filmowej i system finansowania kinematografii. Fundament sukcesów polskiego kina.
Ponieważ projekt ustawy przewidywał, że na polską kinematografię będą płacić daniny wszystkie firmy zarabiające na polskich filmach, czyli telewizje, sieci kablowe, kina, producenci sprzętu audio wideo i wiele podobnych, to w Sejmie pojawili się lobbyści zachęcający parlamentarzystów do zablokowania prac nad takim projektem. Zwłaszcza kiedy jeszcze pracowała nad nim sejmowa podkomisja. Sławek należał do niej, a ja kierowałem nią.
Umówiliśmy się na wstępie, że nie zaprezentujemy publicznie naszego projektu ustawy zanim nie będzie w pełni gotowy. Cyzelowaliśmy go z prawnikami i filmowymi ekspertami ponad pół roku. Uśpiliśmy tym czujność naszych przeciwników. Kiedy go wreszcie przedstawiliśmy, nie mieli się już do czego przyczepić i nie zdołali go potem zablokować.
Raz jednak spróbowali doprowadzić do falstartu naszej pracy. Do prezentacji niegotowego jeszcze projektu ustawy na forum komisji kultury i środków przekazu. Aby łatwiej było go skrytykować, a potem zawnioskować o zmiany personalne w składzie podkomisji. i tym sposobem opóźniać prace podkomisji aż do zbliżającego się już końca sejmowej kadencji.
W taka obstrukcję zaangażowali się lobbyści znanych wówczas telewizji komercyjnych i sieci kablowych. Zaproponowali Sławkowi aby poparł wniosek o przedyskutowanie projektu, a po moim przewidywalnym odwołaniu, przejął kierowanie podkomisją. Kusili go wdzięcznością telewizyjnych kanałów. Łechtali parlamentarne ambicje.
Ku ich zdumieniu Sławek odmówił. A potem przestrzegł kilku innych, podobnie kuszonych, aby nie ważyli się pójść tą drogą. Kiedy wulkan już ostygł, opowiedział mi o całym zajściu z rozbrajającym uśmiechem. „Patrz „Gadzina” jakie to ludzie głupie pomysły mają”.
Sławek nie musiał gwiazdorzyć, bo rzeczywiście gwiazdą był. Często widziałem jego popularność, zwłaszcza podczas wyjazdowych posiedzeń komisji kultury. Cała Polska uwielbiała go. A ta pozawarszawska Polska nie wstydziła się tego publicznie pokazać.
Nie zapomnę posiedzenia komisji kultury z 2000 roku odbytego w kościele pod wezwaniem Świętej Trójcy i Najświętszej Marii Panny w Strzelnie. Kiedy po obradach we wnętrzu kościoła udaliśmy się na pobliską plebanię. Tam obiad dla komisji i jej Szanownych Gości wydał przewodniczący Jan Maria Jackowski. Gospodarzył ksiądz proboszcz dobrodziej, a zespół jego Gospodyń wszystko nam ugotował i do stołu podawał.
Ponieważ wśród gości byli hierarchowie polskiego kościoła katolickiego, wśród z nich przynajmniej jeden w randzie biskupa, to i obiad był na bogato. Najpierw kanonada przystawek i zup, potem trzy dania główne, i bateria deserów na koniec. Dań było tyle co na przyzwoitym chińskim bankiecie, ale każda porcja pięć razy większa. Nie dało się tego przejeść od razu. Zwłaszcza, że do jedynie kompot podano.
Posadzono nas w dwóch izbach. W pierwszej zasiedli katolicy parlamentarzyści oraz miejscowi katoliccy samorządowcy z biskupem i proboszczami w prezydium. W drugiej parlamentarna „komuna”, ramię w ramię z miejscowymi lewicowymi radnymi.
Ci ostatni dobrze znali topografię plebanii i szybko zaproponowali jej Gospodyniom aby poczęstowały „pana posła Borewicza” przechowanymi tam nalewkami. Była chwila zawahania, lecz sława porucznika MO przeważył nad strachem przed ewentualnym gniewem biskupim.
I tak to spożycie obiadu rozdwoiło się. W izbie katolickiej celebrowano dostojnie przy kryształowych dzbankach z kompotem. U „komuchów” zabawa rozkręcała się z każdą kolejną karafką nalewki. Przy deserze doszli do nas radni katoliccy zwabieni dźwiękami naszej perlistej debaty.
„Lepiej tu z Borewiczem niż tam z biskupem”, skonstatował jeden z nich.
Ech, Sławku. Dobrze się z Tobą posłowało, jeszcze lepiej jadało, a już najlepiej debatowało biesiadnie.
Niech Ci niebo takich debat nie poskąpi.