Bronisław Cieślak (1943-2021)

Wielu może się to wydać niewiarygodne, ale Bronisław Cieślak ani nie lubił siebie w roli porucznika Borewicza, ani też, choć przyniosła mu ona kolosalną popularność, nie dążył do zdyskontowania jej, by zapewnić sobie aktorską karierę, która wręcz pchała mu się w ręce. Ba, nie tylko nie dążył, ale wręcz odrzucał propozycje, które co pewien czas, na przestrzeni wielu lat, mu czyniono. Owszem, czasem czynił ustępstwo i dawał się do jakiejś roli namówić, ale w porównaniu z liczbą propozycji, jakie mu składano, była to – by tak rzec – kropla w morzu.

Nie lubił także o poruczniku Borewiczu opowiadać, nie wydał też książki wspomnieniowej czy wywiadu-rzeki pod hasłem „ja jako Borewicz”, choć książki takie wydają radośnie osoby mające po temu nieporównywalnie mniej od Bronisława Cieślaka powodów.
Przekonałem się o tym osobiście, gdy korzystając z jakiejś okazji zadzwoniłem do niego, bodaj pod koniec 2006 roku z prośbą o wywiad. Nie wykluczam, że tą okazją była m.in. czterdziesta rocznica inauguracji serialu Krzysztofa Szmagiera „07 zgłoś się”. Bronisław Cieślak chętnie podjął rozmowę, ale z góry zastrzegł, że o serialu i o roli Borewicza rozmawiać nie ma ochoty. Ta jego postawa wydawać się może niezrozumiała zwłaszcza w czasach, w których mnóstwo osobników potrafi wykorzystać swoje nawet najgłupsze i najobrzydliwsze narowy, by za wszelką cenę, zaistnieć dzięki nim w rozmaitych „mediach społecznościowych”, a nawet zarobić na tym mnóstwo pieniędzy.
Tymczasem on nie palił się też do dyskontowania swojej popularności w reklamach, co może się wydać jeszcze bardziej niewiarygodne.
A przecież, choć nie był aktorem zawodowym, to obdarzony był autentycznym talentem, naturalnym instynktem aktorskim, miał w sobie autentyczność i prawdę, które uderzały na ekranie, a kamera – jak to się zwykło mówić – go kochała. Warto zauważyć, że w podobnym gatunkowo serialu „S.O.S” Janusza Morgensterna z 1974 roku, grający główną rolę wybitny aktor Władysław Kowalski nie zdobył nawet małej cząstki popularności, która przypadła w udziale Cieślakowi.
Nigdy właściwie nie wyjaśnił przyczyn swojej postawy. Być może częściową odpowiedź można odnaleźć w tytule wspomnianego wywiadu: „Czuję się jak towar na ladzie”.
Po prostu tego nie lubił. Być może jakaś część odpowiedzi na to pytanie tkwi też w jego osobowości, w charakterze naznaczonym szczyptą specyficznej, może nawet trochę krakowskiej szorstkości, goryczy i sceptycyzmu (był krakusem z urodzenia). By użyć literackiej metafory – było w nim coś z „Kłapouchego” z angielskiej opowieści o Kubusiu Puchatku i jego przyjaciołach.
Miał oczywiście cechę właściwą aktorom niezawodowym, która polegała na spontaniczności bycia przed kamerą, spontaniczności nie ujmowanej w trwałą aktorską formę. W każdym dublu był inny.
Jedna z zawodowych aktorek, która z nim grała, wspominała, że było to dla niej do pewnego stopnia kłopotliwe, bo nigdy nie wiedziała jak jej partner w danym momencie się zachowa, co w zawodzie aktorskim nie jest normą. W sumie ta jego aktorska przygoda zaowocowała kilkunastoma rolami, od epizodycznej roli w serialu Romana Załuskiego „Znaki szczególne”, poprzez epizod w „Kung fu” Janusza Kijowskiego, dużą rolę kapitana milicji w kryminalnym filmie Załuskiego (to był taki „Borewicz na smutno”), po role w serialach „Mrok” czy „Malanowski i partnerzy”.
Co zatem, skoro nie aktorstwo, było tym co cenił Bronisław Cieślak? Wygląda na to, że jednak polityka. Dwukrotnie był posłem na Sejm z listy Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Później kilkakrotnie startował w wyborach bez powodzenia. Przeżywał też życiowe kłopoty. Towarzyszyła mu gorycz z powodu niepowodzeń lewicy, które przyszły po sukcesach w wyborach 1993 i 2002.
Ale opowiedzenie o tym, poselskim, politycznym aspekcie jego działalności wypada mi już zostawić innym. I jeszcze jedno, na zakończenie tego wspomnienia. W czerwcu 2017 roku jechałem na kilka dni do Krakowa.
Gdy pociąg ruszył, zadzwoniłem do Bronisława Cieślaka w nadziei, że uda mi się umówić z nim na ponowny wywiad, tym razem w jego rodzinnym mieście. Odmówił, uzasadniając tym, że źle się czuje, że jest chory. Nie oznaczało to jednak, że na tym rozmowa się zakończyła.
Pan Bronisław, odmawiając mi wywiadu, sam rozwinął bogatą narrację na różne tematy i po mniej więcej pół godzinie powiedział mi: „No to właściwie ma pan wywiad”. Niestety, takiego wariantu nie przewidziałam i to co powiedział, bezpowrotnie rozpłynęło się w eterze.