Lewicowa galaktyka melancholii

„Książka ta ma na celu eksplorację melancholijnego wymiaru kultury lewicowej w okresie od XIX do XXI wieku” – tak Enzo Traverso rozpoczyna wstęp do swojego studium „Lewicowa melancholia. Marksizm, lewica i pamięć”.

Może to dla kogoś brzmieć tajemniczo, jako że wydaje się, iż słowo „melancholia” na ogół, w potocznej świadomości raczej słabo kojarzy się z lewicą i lewicowością. Z tą kojarzą się raczej pojęcia dynamiczne, takie jak „rewolucja”, „zmiana”, „postęp”, „emancypacja” walka o lepszy świat – pojęcia tchnące optymizmem a nie smutkiem, który jest składnikiem uczucia melancholii. Jeśli jednak przyjrzeć się historii lewicy i ruchów rewolucyjnych w aspekcie kulturowy, to takie stany ducha na lewicy były i są rzeczywistością. Ważnym momentem, w którym melancholijna refleksja lewicy, był rok 1989, gdy „lewica stała się duchowym bezdomnym, uświadomiwszy sobie klęskę podejmowanych w przeszłości prób zmiany świata, przyszło wtedy zakwestionować same te idee, przy pomocy których usiłowano go interpretować”(…) „Przejście od czasów ognia i miecza, które – mimo rozlicznych klęsk – pozostały czytelne, do nowego okresu wyzwań globalnych, bez dającego się przewidzieć rozwiązania, przybrało koloryt melancholijny. Nie oznacza to koniecznie zawarowania się w zamkniętym kręgu smutku i wspomnień; chodzi raczej o całokształt emocji i uczuć, spowijających okres przejściowy – przejście do nowej epoki. To jedyny sposób na to, aby doprowadzić do koegzystencji poszukiwania idei i projektów „na zaś” z żałobą i smutkiem, które towarzyszą śmierci rewolucyjnych doświadczeń z przeszłości. Jest to melancholia lewicy ani staromodnej, ani bezsilnej, lecz takiej, która nie chce się uwolnić od balastu przeszłości, stanowiącego często ciężkie brzemię. Jest to melancholia lewicy, która angażując się w obecne walki, nie odrzuca bilansu skumulowanych porażek”.
Traverso koncentruje się nie na instytucjonalnych formach istnienia lewicy, na jej nurtach politycznych i strukturach, lecz na jej wymiarze kulturowym, intelektualnym i estetycznym. „Ślady tej lewicowej melancholii daje się o wiele łatwiej rozpoznać w rozlicznych przejawach rewolucyjnego imaginarium niż w wytworach doktrynalnych i teoretycznych sporach”. „Ta melancholijna konstelacja podlega tu badaniu pod rozmaitymi kątami: w formie szkicowego zarysu kultury klęski, w formie odtworzenia marksistowskiej koncepcji pamięci i w formie świadectwa żałoby jako wytworu słowa pisanego i obrazu”. Przywoływała choćby melancholię Augusta Blanqui po klęsce Komuny Paryskiej i wcześniejszych rewolucji europejskich czy nastrój kapitulacji niemieckiego socjalizmu po wywołaniu przez Niemcy Wielkiej Wojny lat 1914-1918. Melancholię z powodu klęsk europejskiego socjalizmu przeżywał też Antonio Gramsci i znalazło to odzwierciedlenie w jego pismach. Traverso przywołuje też choćby Ernesto Che Guevarę, który skrywając się w górach Boliwii smętnie uświadamiał sobie impas, w jakim znalazła się rewolucja kubańska. Zwraca też uwagę, że ten aspekt intelektualno-emocjonalny lewicy był generalnie w tradycji lewicowej skrywany, był nurtem podziemnym, podskórnym. Jednak był od lewicy nieodłączny. „Smutek żałoby, przytłaczające uczucie klęski, utrata przyjaciół i towarzyszy, stracone okazje, zniszczony dorobek, ukradzione szczęście towarzyszyły historii socjalizmu od samych jego początków, podobnie, jaki towarzyszył jej dialektyczny wtórnik w postaci rewolucyjnej ekstazy, w której wszystko staje się możliwe, kiedy działa się wspólnie i kwitnie w działaniach zbiorowych, kiedy ma się wrażenie bujania w obłokach, bez jakiegokolwiek balastu, i jest się nadać historii jakiś sens. Ową lewicową melancholię ukrywano, wypierano lub idealizowano w formie wyobrażeń, które ją przerastały, malując obraz wyzwolonej przyszłości”. Walter Benjamin uważał nawet, że „kultura lewicy jest przesycona melancholią jak atramentem”. „Melancholia zawsze stanowiła ukryty wymiar lewicy, nawet jeśli pojawiła się tak naprawdę dopiero pod koniec XX w., wraz z porażką komunizmu.
Zgodnie z sięgającą czasów Tommaso Campanelli, dla którego melancholia i utopia przyciągały się i odpychały nawzajem w sposób hipnotyczny, kultura lewicowa usiłowała chować melancholię pod swoimi mesjanistycznymi nadziejami”. „Lewicowa melancholia może występować w kilku postaciach, poczynając od indywidualnych wspomnień gromadzonych pod koniec życia poświeconego walce, aż po żal za utraconymi okazjami, żałobę, która zamienia się w bunt przeciwko upamiętnianiu bitew przeszłości. Głównym jej obliczem pozostaje klęska. (…) Ta melancholia nie ma nic wspólnego z wyrzutami sumienia czy skruchą; wynika ona z brzemienia porażki i straty, przybierając często formę wygnania”. „Historię socjalizmu tworzy konstelacja porażek, które traktowały ją przez około dwa stulecia. Zamiast zniszczyć jego idee i aspiracje, te tragiczne klęski, często nawet krwawe, konsolidowały ją i legitymowały. Przegrana w walce daje zwyciężonemu poczucie godności i może nawet ugruntować jego przekonania”. Zmieniło się dopiero po 1989 roku, po upadku ZSRR i realnego socjalizmu w krajach Europy wschodniej. Po tej klęsce na lewicy nastąpiła „wielka smuta”, która trwa do dziś.
„Nie da się wykluczyć tego, że nasi potomkowie zapamiętają XX-wieczny socjalizm jako wyizolowany w pustej przestrzeni posąg, pozostałość przeszłości, której urok polega prawdopodobnie na tym, że ma „wartość staroci” – powiada Traverso. Jego „Lewicowa melancholia” jest subtelnym wyrafinowanym esejem, którego autor, sięgając po literaturę, filozofię, dzieła sztuki malarskiej, rzeźbiarskiej i filmowej szuka w nich znaków i śladów lewicowej melancholii. Rok 1989 kończył konstelację rewolucji, cykl zapoczątkowany w 1917, a być może nawet w 1789 roku. Realny socjalizm „głosił emancypację ludzkości, a stworzył nową formę despotyzmu”. „Kiedy upadł komunizm, utopii wspierającej go przez prawie dwa wieki niczym prometejski impuls czy pocieszające usprawiedliwienie już nie było w dyspozycji; jej duchowe zasoby uległy wyczerpaniu. „Struktura uczuć lewicy prysła i nie dało się wyjść poza melancholię zrodzoną z klęski”.
W swoim eseju-studium Traverso nie poprzestaje na ogólnych konstatacjach. Swoje rozważania lokuje na rozległym archipelagu kultury, myśli filozoficznej i sztuki. Po pierwsze, fenomen lewicowej melancholii umieszcza w szerszym kontekście występowania tego zjawiska. Przywołuje więc m.in. posthabsburską melancholię w prozie Stefana Zweiga, postkolonialną melancholię brytyjską u Naipaula, chrześcijańską melancholię Pascala i Racine w obliczu pierwszej fali erozji wyobraźni religijnej, czy porewolucyjną melancholię arystokraty Chateaubrianda. W słynnym zdjęciu przedstawiającym zabitego Che Guevarę w otoczeniu jego oprawców widzi tę samą figurę melancholii, która łączy XV-wieczny obraz Mantegni „Opłakiwanie Chrystusa” z drzeworytem Kathe Köllwitz „Pamięci Karla Liebknechta”. Figurę melancholii po klęsce Komuny Paryskiej widzi w posępnych obrazach komunarda Courbeta dostrzega w jego zdychającym „Pstrągu”, a w „Melancholii” Dürera widzi – co jest odczytywane dwojako i sprzecznie – towarzyszkę walki ludzkości z religijnym obskurantyzmem. W bliższej nam chronologicznie etapie historii lewicy przywołuje n.p. obraz Renato Guttuso namalowany w poetyce przypominającej socrealizm, rekapitulujący rzymski, monumentalny pogrzeb Palmiro Togliattiego w 1964 roku. Pośród zebranego tłumu pomieszczone są smutne twarze wielkich postaci światowej lewicy, m.in. Lenin, Gramsci, Sartre, Angela Davis i inni. Lewicowej melancholii poszukuje też Traverso w sztuce filmowej („Melancholijne obrazy. Kino przegranych rewolucji”), a odnajduje ją w dziełach od „Ziemia drży” Viscontiego z 1947 roku poprzez lewicowe włoskie i niemieckie kino lat siedemdziesiątych, ikoniczne dla lewicy dzieło Kena Loacha „Ziemia i wolność” (1995), będące epitafium lewicowych nadziei, po kino po 1989 roku (n.p. „Good bye Lenin” W. Beckera (2003), czy „Spojrzenie Odyseusza” Theo Angelopulosa (1995), z obrazem rozbitego na części pomnika Lenina płynącego Dunajem. Nawiązują one do „leżącej w gruzach utopii, która stała się tematem melancholijnej sztuki”.
Esej Traverso swoją problematyką wykracza poza krąg ściśle zakreślony tytułem. Przedmiotem swojego namysłu uczynił on także kwestię pamięci w ujęciu marksizmu, relację pamięci do historii i do mitu, kwestię historyzmu, a także odbywa wędrówkę przez różne narodowe kultury – Chile, Francję, Włochy, Grecję, by ukazać ich specyficzne problemy z melancholią, pamięcią, historią i mitologią lewicowo-rewolucyjną. Szuka też lewicowej pamięci i melancholii w dziełach rzeźbiarskich i malarskich (m.in. „Pomnik III Międzynarodówki” Tatlina czy „Manifesto” Kosołapowa). Melancholia ta towarzyszyła lewicy nawet w szczytowych czasach jej hegemonii. Zajmuje się też miejscem problematyki kolonialnej („rewolucje kolonialne pochowane zostały na polach śmierci w Kambodży”) w lewicowej myśli sztuce, myślą Daniela Bensaida, który pisał w 1991 roku: „Lewicy doskwiera własna pamięć. Generalna amnezja. Zbyt dużo połkniętych żab., zbyt dużo niedotrzymanych obietnic. Zbyt wiele źle zamkniętych spraw, trupów w szafie (…) Wielka Rewolucja? Zlikwidowana apoteozą Dwóchsetlecia. Komuna? Ostatnie utopijne szaleństwo staromodnych proletariuszy. Rewolucja rosyjska? Pogrzebana przez stalinowską kontrrewolucję”. Rozstanie z „błogą nadzieją postępu”. Bensaid tę rewolucyjną melancholię widział już u Saint Justa w dniu Thermidora i u Augusta Blanqui po klęsce 1848 roku. „Na szalkach wagi możliwości barbarzyństwo ma nie mniej szans niż socjalizm”. Posttotalitarna, postoświeceniowa rezygnacja Adorno i Horkheimera. Melancholia „Pancernika Potiomkina”, rytualne płaczki Eisenteina rozpaczające nad ciałem marynarza Wakulińczuka, których lament był jednym z punktów zapalnych buntu. Melancholia w Chile po obaleniu Salvadora Allende w „Ulicy Santa Fe”, filmie Carmen Castillo. Rozległy jest ten katalog lewicowego imaginarium melancholii, więc tylko w telegraficznym skrócie podaję jego ułamki. „Melancholia jest nierozłącznie związana z walką i nadzieją, utopią i rewolucją. Wchodzi w skład struktury uczuć lewicy, stymuluje oraz inspiruje myśl krytyczną i jej refleksję strategiczną. Krótko mówiąc, należy w pełni do jej kultury”.
W tym miejscu z poczucia konieczności („wolność jest uświadomioną koniecznością”) stawiam kropkę. Nie streszczę tu przecież całości. Odnoszące się do lewicowej melancholii cytaty z Traverso i przywoływanych przez niego licznych autorów można by mnożyć, ale lepiej odesłać zainteresowanych do właściwej lektury. Esej-studium Enzo Traverso jest dziełem tak imponującym bogactwem erudycyjnym, kreatywnością i pojemnością interpretacyjną, tak rozlegle pokazuje problematykę związaną z lewicową melancholią i pamięcią, że nie tylko omówienie, ale nawet samo tylko wypunktowanie zawartej w nim problematyki wymagałoby zapisu na dziesiątkach stron. Wspaniała i bardzo gorzka lektura. Ważne książki bardzo często są bardzo nieprzyjemne w wymowie. Mam świadomość, że powyższa relacja z lektury, relacja – nie recenzja, jest chaotyczna, ale aby uporać się z lawiną myśli i wrażeń (w końcu mamy do czynienia z tematem melancholii) musiałbym na to poświęcić dużo czasu, a spieszno mi było zarekomendować tytuł Czytelnikom. Oby tylko satysfakcja z tej lektury nie była wyrazem defetyzmu, choć trzeba przyznać, że w Polsce roku 2021, pod rządami najczarniejszej reakcji w jej dziejach, jest to doświadczenie osobliwe. Kończę już, bo inaczej nigdy nie skończę.
Enzo Traverso – „Lewicowa melancholia”, przekład Wojciech Gilewski, Instytut Wydawniczy Książka i Prasa, Warszawa 2020, str. 287, ISBN 978-83-1-78 -6