Księga Wyjścia (2)

Ballada w sam raz na początek nowej serii

Są rzeczy, do których nigdy nie przywiązywałem wielkiej wagi. Z pewnością należą do nich pieniądze. Chociaż to cecha występująca również sporadycznie w „zdrowym” społeczeństwie, to charakteryzuje ona głównie nałogowców. Typowe ćpuńskie „jakoś to będzie” jest w tym środowisku czymś zupełnie normalnym. Człowiek uzależniony jest w stanie ogarnąć jako tako świat do momentu, w którym przygrzeje lub osiągnie swoją fazę. Dopiero wtedy zaczyna planować, a raczej kombinować, co dalej, bo faza niebawem się skończy, trzeba więc wymyślić sposób zdobycia czegoś, co pozwoli dalej być w błogim świecie. No ale wiadomo „jakoś to będzie”.
Dla mocno zdesperowanego nałogowca brak pieniędzy nie jest problemem. Wystarczy wyskoczyć do najbliższej perfumerii, by zwędzić flaszkę markowych perfum, które z miejsca kupi pierwszy lepszy taksówkarz. Dalej niż do najbliższego strzału wyobraźnia przeciętnego narkomana nie wybiega. Są oczywiście wyjątki – to tacy, których uzależnienie już tak zmęczyło, że starają się za wszelką cenę uciec od niego myślami. Zwykle są to ucieczki w twórczość jakąkolwiek, może to być muzyka, rysunek, poezja, proza, ale również ogród czy kwiatki doniczkowe. Chociaż do końca uciec się nie da, ale próbować można. Z pewnością pomoże to podczas terapii i świadomego trzeźwienia.
Bywają dni, wprawdzie rzadko, ale jednak, gdy na rynku nie ma na towaru. W momencie krytycznym, czyli na głodzie, byłoby to tragedią, ale od czego są apteki? W razie posuchy na bajzlu, można kupić dragi u sympatycznej pani magister w najbliższej aptece. I to bez recepty. Wtedy ponownie przychodzi spokój i wraca stara dobra maksyma „jakoś to będzie”.
Ostatnio dużym powodzeniem cieszy się fentanyl – substancja sto razy silniejsza od morfiny (!). To na jej bazie produkuje się plastry przeciwbólowe dla chorych na raka. Ponieważ jednak jedno prawidłowe użycie przez chorego na nowotwór pacjenta, pochłania jedynie trzydzieści procent fentanylu, narkomani wzięli się na sposób i przegrzebują śmietniki w okolicach szpitali i hospicjów, by wygrzebać zużyte plastry i wyrzucone plastry. Te pozostałe siedemdziesiąt procent to prawdziwy skarb.
Zeskrobują fentanyl z noszonego przez kogoś plastra. Narkotyk ten jest cholernie silny, a wygrzebany ze śmietnika, to nie trzeba za niego płacić. Świadomość, że ktoś nosił to na przepoconym ciele nikomu nie przeszkadza. Jeśli narkoman chce przygrzać dożylnie i zabraknie mu wody do rozcieńczenia, bez wahania nabierze w strzykawkę wodę z kałuży, którą następnie wbija sobie w odnalezioną żyłę. Widziałem takie przypadki.
Nawet chwilowy brak kasy nie powoduje jakiejś głębszej refleksji, żeby zweryfikować myślenie „jakoś to będzie”. Zresztą, nie tyle o pieniądze tu chodzi, lecz towar. Cóż da największy nawet majątek, jeśli nie ma na rynku towaru, a apteki zamknięte. Pieniądze nałogowcowi potrzebne są jedynie na kupno tego co akurat zażywa, więc same w sobie wartości nie mają, są jedynie narzędziem do zdobycia narkotyku. Ale działa to również w drugą stronę. Człowiek uzależniony, nawet jeśli zostanie pozostawiony bez grosza, w zupełnie obcym mieście prędzej czy później – raczej prędzej – zorganizuje sobie towar lub alkohol. Tego fenomenu jeszcze nikt nie potrafił wytłumaczyć.
Wielokrotnie pytacie mnie ile dostaję za felieton w „DT”. Gdy odpowiadam prawdę, mam wrażenie, że nie wierzycie. Miałem nawet na detoksie sytuację, że Marta – bohaterka jednego z felietonów – zażądała ode mnie 300 złotych twierdząc, że dostałem za felieton o niej sześć stów.
Otóż nie dostaję za te artykuły ani grosza. Po pierwsze to ja zaproponowałem redakcji współprace, a po drugie żeby zarobić w „DT” jakieś pieniądze, trzeba zaangażować się w pracę redakcyjną – a ja tylko piszę felietony. Owszem, kilkanaście lat temu dostawałbym całkiem niezłą wierszówkę, ale czasy się zmieniły.
Będąc jeszcze w Anglii zadzwoniłem do red. nacz. Piotra Gadzinowskiego i zaproponowałem mu swoje felietony. Ucieszył się, ale uprzedził, że nie mają budżetu na wierszówki. Znamy się od lat, pracowaliśmy razem w tygodniku „NIE” – szczerze uprzedził mnie, że nie stać ich na wierszówki dla publicystów, zaproponowałem więc, że będę pisał nieodpłatnie. Pisanie to mój nałóg, mogę go więc uprawiać bez pieniędzy. Bez pieniędzy, ale w świetnym towarzystwie, wśród ludzi, których lubię i cenię – zarówno Piotrka Gadzinowskiego jak i Grześka Walińskiego, wiedziałem, że nie będą ingerować w moje teksty, dlatego ucieszyło mnie, że doszliśmy do porozumienia.
Obecnie coraz więcej gazet przestaje płacić autorom, wyjątkiem są prawicowe, wysokonakładowe i dotowane w różny sposób przez państwo periodyki i niektóre portale internetowe. Poza tym prasa papierowa biedą stoi. W porównaniu ze złotą dekadą lat dziewięćdziesiątych, gdzie pisaniem zarabialiśmy krocie, przyszedł czas posuchy, a żyła złota nagle się urwała.
Nie wiem czy jest to wina Internetu, czy tekstów, których czasem jakość jest niżej poziomu, zarówno warsztatowego jak i merytorycznego, a często – aż wstyd przyznać – ortograficznego. Jeśli przypadkiem wpadnie mi w ręce jakakolwiek gazeta, z przerażeniem czytam teksty, które – pomijając wartość merytoryczną – bo nie jestem w stanie zweryfikować, czy opisane zdarzenie miało miejsce – wszystkie informacje pisane są jednakowo, pewnego rodzaju kalką. Czasami różni je jedynie ilość błędów ortograficznych i nazwiska wymienionych lokalnych polityków, czym przypominają raporty policyjne, z których niejednokrotnie mieliśmy ubaw.
Współczesne dziennikarstwo prasowe opiera się na kombinacji kilkudziesięciu słów, które wystarczy dopasować do jakiegoś wydarzenia.
Pozostaje mieć nadzieję, że to zjawisko przejściowe. Nie wyobrażam sobie również dobrego reportażu czytanego na monitorze, podobnie jak nie mogłem przywyknąć do czytania książek na kindlu. Ale to przez sentyment do papierowych wydań.
Jestem pewien, że żaden portal internetowy nie jest w stanie zagrozić naprawdę dobremu reportażowi gazetowemu – bo w kwestii newsów nawet nie warto się ścigać – sieć zawsze wyprzedzi papier. Dlatego siłą prasy drukowanej są właśnie reportaże, felietony i wszystko co można nazwać publicystyką, czyli teksty ponadczasowe o wysokim poziomie literacko poznawczym.
Pozytywem tej nędzy finansowej jest to, że oczyści rynek z autorów, którzy przyszli do tego zawodu dla kasy – która jak już wspomniałem w latach dziewięćdziesiątych była całkiem spora – już pomału się wykruszają i zostają pasjonaci, ludzie, którzy bez pisania nie potrafią żyć. A czytelnik mając więc do wyboru marnej jakości tekst, którego źródłem są wpisy w socjal mediach, czy post napisany przez człowieka, który nie potrafi zweryfikować informacji, nie ma warsztatu, ani specjalnego pojęcia o pisaniu i ortografii z perfekcyjnie przygotowanym przez zawodowców tekstem prasowym – prędzej czy później ponownie sięgnie po papierowe wydania i ponownie, jak jeszcze kilkanaście lat temu, w pociągach czy autobusach zobaczymy ludzi wertujących z wypiekami na twarzy kolejne strony ich ulubionych gazet. Żeby prasa papierowa nie umarła śmiercią naturalną potrzebni są profesjonalni pasjonaci, którzy zamiast pytania: ile dostanę za ten artykuł? Zapytali: na kiedy mam przysłać tekst? Oczywiście, z czegoś trzeba żyć i to, że znalazłem jedną pozytywną cechę nie oznacza, że jestem zwolennikiem pisania za darmo.
Zwróćcie uwagę jak długo można pisać, o tym że nie biorę z „Trybuny” kasy. A mógłbym skwitować to jednym zdaniem, zamiast poświęcać temu większość miejsca na stronie. Wydało mi się to jednak o tyle ważne, że musiałem o tym napisać.
Ale do rzeczy, czyli wątku głównego, dorosłego niemowlęcia – czyli nałogowca, który wychodząc z detoksu opuścił bańkę ochronną zupełnie jak noworodek łono matki.
Gdy tylko jako tako uporałem się z urządzeniem na nowo mieszkania, wciąż jednak wydawało się obce. Przyszedł moment by zadać sobie pytanie – co dalej? Zanim dojdę do moich ustaleń z ordynatorem, opiszę kilka wspomnień, które miały wpływ na obrany teraz kierunek.
Moim priorytetem jest oczywiście wydanie kolejnej książki, poskładanie setek, jak nie tysięcy notatek. Od ostatniej terapii, poprzednim żmudnym wychodzeniu z dna, przez pracę w Anglii, pierwsze zapicie we Francji i powrót do kraju. Czyli mozolny proces trzeźwienia zakończony fiaskiem. Tym razem piszę, by już więcej wpadki się nie zdarzały.
Ustaliliśmy z lekarzem, że książka to zbyt duże przedsięwzięcie i żebym zaczął od drobnych kroków, małych sukcesów. O książce oczywiście nie zapominając, wiem z doświadczenia jakie to ogromne wyzwanie. Pomijając już stronę techniczną – czyli poskładanie i segregację wszelkich notatek, uzupełnienie ich i połączenie w logiczny ciąg, potem korekta, projekt okładki, zdobycie kasy na wydanie no i znalezienie wydawcy, kwestie formalne itp. A to naprawdę nie jest łatwe.
Skupiając się jedynie na książce byłoby to zajęcie pasjonujące, pochłaniające w całości, ale na zasadzie zrywów. Kilka dni pracy po dwadzieścia godzin i potem kilka dni gapienia się w sufit w oczekiwaniu na odpowiedź, propozycje czy projekty. Potem kolejny zryw, wybór okładki, korekty, umowa i znowu kilkutygodniowy zastój w oczekiwaniu na pierwszy egzemplarz.
Według ordynatora warunki idealne, bym wpadł w kolejny ciąg, zwłaszcza ten okres oczekiwania i niepewności. Z hardkorowej 20-godzinnej pracy, wyhamowanie do dwutygodniowego „nic”.
Musiałem wymyślić coś innego. Powrót do zawodu również odpada. Po pierwsze rynek pracy dla dziennikarzy skończył się kilka lat temu i co chwilę nawiedzają redakcje mniej lub bardziej znani, szukający zajęcia, dziennikarze i publicyści. Skończyły się już etaty w redakcjach, jedyne na co można liczyć to ryczałt i wierszówkę – czyli honorarium autorskie za napisany artykuł. Ale jedynie w niektórych redakcjach, a tak się składa, że z różnych przyczyn do tych drzwi nie zapukam. Zresztą z każdym rokiem te kwot są niższe. Poza tymi, które przejęły wszelkie ogłoszenia państwowe z „Wyborczej”, te redakcje mają kasę i to niezłą.
Jeśli podobnie jak ja, nie jestem w stanie pokonać odrazy do pisania we wspomnianych periodykach, część moich znajomych zdecydowała się pisać za darmo, nie tylko po to, by ich głos został usłyszany. Ale jeśli ktoś ma to we krwi i nie podchodzi do tego cynicznie, to bez pisania nie może już żyć.
Mógłbym oczywiście zaangażować się w pracę ściśle redakcyjną w „DT” – to pewnie wiązałoby się z jakimś wynagrodzeniem, ale utrudniłoby pisanie felietonów – a to jest dla mnie ważniejsze. Zarówno ja, jak i część czytelników zdążyliśmy się do nich przyzwyczaić. Okazuje się, że teksty te dostarczają nie tylko rozrywkę, ale pomagają, wspierają tych, którzy podobnie jak ja, starają się wyrwać z błędnego koła uzależnień.
Dostaję sporo wiadomości na moją prywatną skrzynkę Fb – dużo w nich ciepła i wdzięczności. Niektórym otwiera to oczy, że nie są sami z tym problemem. Nie mogę więc zrezygnować, ale też nie będę silił się na analizę nałogów i nie zamierzam skupić się jedynie na nich. Zamiast zastanawiać się jak żyć, zacznijmy żyć. Tak po prostu, żyć.
Długo zajęło mi znalezienie zajęcia, które spełniłoby terapeutyczne kryteria zalecone przez ordynatora.
Usiłowałem przypomnieć sobie co w swoim życiu robiłem. Przeleciało mi przez głowę wszystko, łącznie z domem kultury, w którym byłem instruktorem, przez budowę domów i układanie dachówki w Szwecji. Przypomniałem sobie, że już raz byłem w podobnej sytuacji. Po powrocie z wojny w byłej Jugosławii przestałem pisać. Wszystkie krajowe tematy, wszelkie rewelacje, wydawały mi się miałkie, banalne i niewarte pisania. Po tym co widziałem w Serbii i Kosowie, żaden temat nie był w stanie mnie porwać na tyle, by chociaż z grubsza o nim napisać. Zresztą nie potrafię pisać z „grubsza” i na odczepnego. Do pisania wróciłem dopiero po dziesięciu latach. Jeśli nie czuję tematu, zwyczajnie się za niego nie zabieram. Jestem reporterem i najlepiej czuję się w reportażu wcieleniowym. To styl „nowego dziennikarstwa” – promowanego przez Ryszarda Kapuścińskieego, by mieszać formy. Tak naprawdę, większość moich felietonów można zakwalifikować jako reportaże i w tej narracji chciałbym pozostać pisząc kolejny cykl. Tu nie tyle umysł co emocje i wrażenia są autorem tekstów. Oczywiście istnieje wtedy ryzyko popełnienia jakiegoś drobnego błędu – choćby w liczbie uczestników tej czy innej imprezy, ale właśnie nowoczesne dziennikarstwo polega na oddaniu ducha, charakteru opisywanego zdarzenia. Niekoniecznie najważniejsze jest, żeby pytać organizatorów o dokładną liczbę uczestników. Błędy te są jednak marginalne i nie mają wpływu na sens, klimat i atmosferę – czego nie odda suchy tekst. Dlatego według mnie są bardziej prawdziwe, bo zabierają czytelnika w opisywane miejsce. Nie tylko autor, ale czytelnik poznaje empirycznie atmosferę zdarzenia.
Chyba rozpisałem się o technice i kulisach pracy, która jest jak na razie poza moim zasięgiem. Oprócz „Dziennika Trybuna” z którym łączy mnie sentyment („Trybuna” była pierwszą redakcją, z którą zacząłem współpracować), a tak się złożyło, że obecny zespół składa się w większości z moich znajomych i przyjaciół.
No i wciąż nie napisałem czym wypełnię sobie czas, czym przekonałem ordynatora. Zrobię to już w kolejnym odcinku.

Sprawdzajcie

Bulwersują się samorządy zawodowe i stowarzyszenia prawnicze pomysłami Ministerstwa Sprawiedliwości dotyczącym tajemnic zawodowych. Do tej pory było tak, że mógł z niej zwolnić tylko niezawisły sąd. Po proponowanych zmianach wystarczy już tylko prokurator. To oczywisty skandal i zamach na jedną z podstawowych zasad zawodów zaufania publicznego. Słusznie przypomniano, że nie chodzi jedynie o samą tajemnicę, a o wynikające z tego podważanie innych, fundamentalnych zasad wolności i praw obywatelskich, takich jak prawo do rzetelnego procesu czy prawa do prywatności.

 

Ja bym się jednak tak nie denerwował. Od dawna już dyskrecja niektórych grup zawodowych stała się dziurawa jak sito, zaś media pełne są informacji, zdjęć i filmów, które naruszają najbardziej intymne regiony ludzkiej godności. Wszystko to, a jakże, w towarzystwie wielkich słów o prawie do informacji i wiedzy. Nikt wprawdzie nie wyjaśnił, czemu do pełni mojego obywatelskiego szczęścia potrzebne są zdjęcia zwłok znanych osób, najchętniej z najazdem na rany, twarze i oberwane kończyny, albo obrazy morderstw na żywo i w kolorze. Nie ma co gadać, my, media, mamy poważny wkład w budowanie rzeczywistości, w którym nic nie jest zakryte, nie ma żadnych tabu, jest tylko jedno wielkie akwarium, a my jesteśmy jak te gupiki, obserwowane przez cały świat z ciekawością, ale i lekkim obrzydzeniem.

Ale oczywiście popierać trzeba sprzeciw wobec pomysłów ekipy Ziobry. Bo tej władzy chodzi o inne rzeczy.

Oni nie chcą upraszczać postępowań, ani zwiększać ich skuteczności, ale chcą być depozytariuszami najcenniejszej waluty świata – informacji. Tajemnica adwokacka, lekarska, jeżeli przestanie być tajemnicą da upolitycznionemu prokuratorowi do ręki oręż o niewyobrażalnej sile. I o to idzie – mieć w ręku broń na obywatela. Przykład Kościoła katolickiego, który wie wszystko, jest dla nich nęcącym obrazem. Przy okazji – ciekawe dlaczego projekty Ministerstwa Sprawiedliwości nie obejmują tajemnicy spowiedzi, hę?

Trochę o coś jeszcze innego chodzi w przypadku tajemnicy dziennikarskiej. Nie idzie przecież o to, jakie dowody ma dziennikarz na swoje słowa czy opinie. Nie, rzecz w tym, by dotrzeć do informatorów. Aktywność dziennikarza można przyhamować różnymi sposobami, ale odcięcie go od źródeł informacji to śmierć tego zawodu i kontrolnej roli mediów. A może przede wszystkim zastraszenie społeczeństwa do tego stopnia, by nikomu nawet przez chwilę nie zamarzyło się wykazać się wolą sprzeciwu na otaczającą nas rzeczywistość.

Jest tylko jedna na tej drodze podporządkowania sobie ludzi przeszkoda. Za to poważna. Jest nią milczenie i gotowość ponoszenia kar, przewidzianych przez reżim za odmowę złamania obietnicy, że wszystko, co nam jest powierzane z ufnością nie ujrzy światła dziennego. Ani to łatwe, ani bezpieczne. Nie ma jednak innej drogi, by udowodnić coraz bardziej autorytarnej władzy, że nie wszystko jest w zasięgu ich lepkich rąk.

Gównem w wentylator

Psychologowie nazwaliby to zapewne o „ramowaniem negatywnym”, ja natomiast uważam, że „rzucanie gównem w wentylator” w nadziei, że zwiększy się zasięg rozbryzgu  – to adekwatniejszy opis tego, co robi właśnie na łamach „Newsweeka” red. Renata Grochal.

 

Publicystka dosłownie imadłem ciśnie temat „afery pedofilskiej” wokół Roberta Biedronia. W tej chwili (publikacja z 27 sierpnia) znajduje się na etapie robienia z siebie ofiary („na mój tekst zareagowali histerią”, „homofobką i hieną roku nazwali”), ale – dodajmy – ofiary niezłomnej („nie dam się przekonać, że o Biedroniu da się pisać tylko na kolanach”).
Jeśli natomiast red. Grochal chce kogokolwiek przekonać o tym, że jej publikacja miała być kamyczkiem w walce z pedofilią w instytucjach publicznych, a nie desperacką próbą zdobycia lauru pierwszeństwa w przywaleniu komuś, komu do tej pory nie udało się jeszcze skutecznie przywalić, to mam złą wiadomość.
Przed autorką nie bieży baranek, a nad nią nie lata motylek. I nie chodzi tylko o metodę, łamiącą absolutnie wszelkie standardy rzetelnego dziennikarstwa śledczego (wprawdzie fakty nijak nie chcą świadczyć przeciwko naszemu bohaterowi ani potwierdzać naszej tezy, że zabił/skrzywdził albo się przyczynił, ale załatajmy publikację anonimowymi skargami na to, jaki jest antypatyczny, zadufany w sobie i strasznie śmierdzą mu skarpety).
Tekst łączący osobę Roberta Biedronia z aferą pedofilską w Słupsku jest po prostu bardzo szkodliwy społecznie, bo taka publikacja w kraju, gdzie homoseksualizm nadal nie jest uznawany za jedną z orientacji seksualnych, ale za dewiację, taką samą jak pedofilia czy zoofilia, zakrawa na zabawę w podpalanie suchej gałązki na skraju lasu.
Jeśli nadal pani redaktor nie wie, czemu została nazwana homofobką, to mam nadzieję, że powyższa metafora pomoże. Tekst łączący chociaż najcieńsza nicią skojarzenie „każdy gej to zboczeniec”; „jeden zboczeniec kryje drugiego” to woda na młyn dla konserwatywnych mediów, które nie będą już bawić się w niuanse, tylko czerwonym flamastrem napiszą „gej = pedofil” i jeszcze dwa razy podkreślą.
Michał Sutowski w Krytyce Politycznej stawia śmiałą tezę, że tekst powstał po to, aby zohydzić jesiennym wyborcom jakąkolwiek polityczną alternatywę i dzięki temu pomóc w przeforsowaniu idei zjednoczonej opozycji. Aż tak daleko bym nie szła, choć jest oczywiście faktem, że centryści od kilku tygodni coraz chętniej zasypiają, tuląc w ramionach tę fantazję. Moim zdaniem cała idea tekstu nie wychodzi poza osobiste ambicje pani redaktor, żeby zgarnąć gorący temat i dokonać „demaskacji roku”. I to właśnie jest w tym wszystkim najbardziej zasmucające, bo skutki tej dziennikarskiej bezmyślności już widać w wysypie nienawistnych nagłówków. Tak to działa, trochę gówna zawsze się przyklei.
Należy się jednak zastanowić, czy w dłuższej perspektywie więcej nie przyklei się do samego tytułu, z którym red. Grochal współpracuje, albo wręcz do całego rynku mediów pozostających poza parasolem obecnej (na wskroś homofobicznej!) władzy. Dzięki takim artykułom, skutecznie zyskają łatkę grupy niepoważnych sensatów pragnących tylko zrobić komuś koło przysłowiowego pióra. Absolutnie nie mam zamiaru tym tekstem przekonywać pani redaktor, że Robert Biedroń to złoty chłopak i należy pisać o nim wyłącznie „na kolanach”. Nie neguję prawdziwości wyznań osób, które powiedziały gazecie, że uczestniczyły w sytuacjach, w których prezydent Słupska zachowywał się jak nadęty bubek, który łatwo wpada w złość. W olbrzymim katalogu różnych swoich cech być może ma i takie.
Ale skoro rozgrywamy mecz na boisku do siatki, to nie rozgrywajmy go piłkami do tenisa. Czyjś „paskudny charakter”, despotyzm czy nieumiejętność pracy w zespole to dla dziennikarza informacje istotne na tyle, na ile potrafi wykazać związek pomiędzy tymi cechami, a negatywnymi czy krzywdzącymi ich skutkami – np. mobbingiem czy wyzyskiwaniem podwładnych. Tymczasem z pierwszej publikacji „Newsweeka” nie wynika, aby Biedroń miał cokolwiek zaniedbać akurat w sprawie Pawła K. Nie wystarczy deklaratywnie zasłonić się dobrem społecznym, aby z paszkwilu wyszło coś więcej niż paszkwil. Wie o tym doskonale autor prowokacji z „dziadkiem z Wehrmachtu”. Sprawa ta zaskarbiła swego czasu Tuskowi naprawdę szerokie rzesze zwolenników.

Koszałki-opałki. Nie tylko na lato

Według słownika to rzeczy zmyślone, głupstwa oraz, jak się okazuje, ulubiona nazwa żłobków i przedszkoli. Ale co to ma wspólnego z nami ?

 

Każdego dnia, czytamy, słuchamy i oglądamy wiadomości, rozmowy, inne wydarzenia, które, tylko po drobnym namyśle, okazują się tytułowymi bzdurami. Tylko dlaczego my, dorośli jesteśmy traktowani jak żłobiaki albo przedszkolaki, którym opowiada się bajeczki ?

 

Absurdem

są plany PiS-owskiego rządu dotyczące budowy centralnego lotniska, bowiem takie, liczące się w Europie, powstały już dużo wcześniej w Londynie, Paryżu czy Amsterdamie, i to nasze, nowe nigdy z nimi konkurować nie będzie. Równie niemądrym jak przekop mierzei wiślanej, jest pomysł budowy nowego portu w Gdańsku, a jeszcze głupszym zapora przed dzikami poprowadzona wzdłuż granicy Polski z Białorusią, Ukrainą i Rosją (na Liwie, jak się okazuje, dzików nie ma).
Kontynuując ad absurdum te inwestycyjne szaleństwa, należałoby wybudować betonowy mur, opatrzony nadto kolczastą siatką, na zachodniej granicy, aby wszelkie zło idące do nas z Unii Europejskiej na nim się zatrzymało. Jeden już przykład był w Berlinie.

 

Androny

opowiada minister środowiska Henryk Kowalczyk zapowiadając zmiany w przepisach, które mają powstrzymać patologie w gospodarowaniu odpadami w Polsce.
Co najmniej z dwóch powodów: przepisy ograniczające wykorzystywanie foliowych torebek w handlu udało się, dziwnym trafem, wprowadzić w tempie ekspresowym, a znany od lat proceder zwożenia śmieci z całej Europy do Polski musiał czekać na ostatnie, liczne pożary wysypisk.

 

Bajdurzeniem

jest wypowiedź generała broni Jarosława Miki, Dowódcy Generalnego Rodzajów Sił Zbrojnych: „Air Show 2018 będzie nie tylko pokazem sił powietrznych ale wszystkich rodzajów sił zbrojnych, które mają być reprezentowane na radomskim lotnisku.” Widać, że generał kontynuuje twórczo genialny pomysł Macierewicza o siedzibie stoczni Marynarki Wojennej w… Radomiu.
Idąc tym tropem podczas Dni Morza zaprezentują się zapewne czołgiści i ukochani, przez rząd PiS, terytorialiści.

 

Brednią

określić należy wypowiedź posła Marka Opioły, przewodniczącego Komisji do Spraw Służb Specjalnych w Sejmie: „poinformowano policję…o zaminowanym promie w Świnoujściu. Zdarzenie jest odbierane jako rosyjska prowokacja w pierwszym dniu Zgromadzenia Parlamentarnego NATO…Co ciekawe, w tym samym czasie do portu w Świnoujściu zawinął rosyjski szkolny żaglowiec „Kreuzensztern”.

Równie ważnym było powiadomienie o podłożeniu bomby, które także okazało się fałszywe, w Zespole Szkół Mechanicznych w Łapach. Zapewne zadzwonił jakiś zielono-hybrydowo-rosyjski ludzik przebrany za przyjaciela osoby piszącej w tym czasie maturę.

 

Dudy smalone

są nadal opowiadane o tzw. kredytach Gierka. W 1980 zadłużenie zagraniczne w walutach wymienialnych osiągnęło poziom 24,1 mld USD (w cenach z 2011 r. 66,3 mld USD). Zgodnie z szacunkami Europejskiej Komisji Gospodarczej zadłużenie z lat 70. stanowiło 9,8 proc. ówczesnego dochodu narodowego. W zestawieniu z obecnymi długami wielu krajów było to obciążenie niewielkie, ale według kryteriów zadłużenia z tamtych lat wręcz katastrofalne.

Obecnie „Należymy do tych krajów…, które w dużym stopniu zapożyczyły się za granicą. Zadłużenie w relacji do PKB przekracza 50 proc… Niestety nasza gospodarka rozwija się na kredyt. Oficjalne zadłużenie Skarbu Państwa wynosi blisko bilion złotych [czyli ok. 1000 miliardów – ZT]. Co gorsza, prawie jedna trzecia to dług zagraniczny [czyli ok. 92,6 mld. USD – ZT].” … „Zadłużenie wobec zagranicy, szczególnie to wyrażone w obcych walutach, jest znacznie poważniejszym problemem niż dług krajowy. Szczególnie w obliczu rosnących kosztów obsługi tego zadłużenia przez rosnące stopy procentowe w USA” – wskazuje agencja Bloomberg.

 

Tureckim gadaniem

nazwać można upowszechniany przez niektórych polityków i publicystów, przy błogosławieństwie tzw. historyków, obraz powojennej Polski jedynie jako kraju krwawej represji, terroru i zniewolenia. Zaprzecza temu Agata Zysiak w książce „Punkty za pochodzenie. Powojenna modernizacja i uniwersytet w robotniczym mieście”, za którą otrzymała Nagrodę Historyczną im. Kazimierza Moczarskiego. Okazuje się, że uniwersytet socjalistyczny nie koniecznie był propagandowym symbolem demokratyzacji, a rzeczywistą trampoliną awansu społecznego dla proletariackiej młodzieży.

Martwić się bardzo należy o dalsze losy autorki i utytułowanego jury tej nagrody, bowiem współczesna, państwowa polityka historyczna zaprezentowanego rewizjonizmu im nie wybaczy.

 

Dyrdymały

przez całe lata III RP opowiadano, a i śmiechu przy tym było w nadmiarze, o tym jak to w PRL-u kobiety jeździły traktorami (nie tylko na plakatach ale i w rzeczywistości}, a jeszcze inne brały się za murarkę. No proszę – czytamy w „Gazecie Wyborczej”: „Kobieta na hali produkcyjnej. Czemu nie – zatrudniamy!”
Na tych samych łamach reklamują: „Kup nowe mieszkanie w całej Polsce od 644 zł/mies.” Warto przypomnieć, że w paskudnej Polsce Ludowej mieszkania dawano darmo, albo z małym, a nie kilkudziesięcioletnim, wkładem własnym. Co prawda trafiały się też ze ślepą kuchnią, ale obecnie ten szkopuł już nie istnieje, bo po prostu kuchnię połączono z salonem.

Równie pocieszającą wiadomość przynosi tytuł: „Nowe umiejętności zawodowe dla wszystkich”, co oznacza, że „doktor historii idzie na kurs spawania, reżyser teatralny uczy się stolarki.” Ten zachwyt redakcji, połączony z brakiem krytycznego komentarza po prostu powala.

Za Gierka bardzo cieszyli się ludzie, że mają jedną wolną sobotę w miesiącu, a teraz proszę, oburzają się, że w niedzielę zabroniono im pracować. Jacy niewdzięczni.
Trzymając się dalej byłego niechcianego ustroju, żadną miarą jakoś wytłumaczyć się nie daje, że jak było tak biednie i źle, to rodziło się dużo dzieci, a jak teraz jest tak bogato i dobrze, to skandalicznie mniej. W swoim czasie Kardynał Tysiąclecia Stefan Wyszyński chciał, aby Polaków było 60 milionów, a na koniec wieku będzie nas, wg prognozy ONZ, niewiele ponad 21 mln.

 

Głodne kawałki

to zamiar rządu zamierzającego, z przyczyn terrorystycznych, utajnić informacje o pogotowiu ratunkowym. Obywatele nie dowiedzą się – po co zresztą takie wiadomości są im potrzebne – jaki pogotowie ma budżet, ile karetek, ilu ratowników, ani nawet jak szybko dociera do chorych i ofiar wypadków. Prawnie chronioną tajemnicą będzie, jak często pogotowie spóźnia się na wezwanie potrzebujących. Wydaje się, że ten rządowy projekt nie jest antyterrorystycznie dopracowany, bowiem należałoby także objąć ścisłą tajemnicą numery telefonów 999 i 112.

 

Niestworzone rzeczy

zarzucano prezydentowi Krakowa prof. Jackowi Majchrowskiemu pisząc, że jego niechęć do dekomunizacji ulic stanowi polityczną grę. Magdalenie Kursie z „GW” pomieścić się w głowie nie może, że jeżeli ktoś występuje publicznie przeciw fałszowaniu historii przez IPN, to stoi za tym prawda i głębokie racje moralne. Na sesji Rady Miasta Krakowa prezydent przypomniał skomplikowaną historię Polski i sprzeciwił się zmianie trzech patronów ulic, m.in. Józefa Marcika, który zginął w wieku 20 lat z okrzykiem na ustach „Niech żyje Polska”, zastrzelony przez Niemców. Mówił: „Jeśli popatrzymy na życiorysy osób… widzimy, że byli to generalnie działacze lewicy. Oni nie walczyli o przyłączenie Polski do Związku Radzieckiego, ale o ustrój, który będzie realizować ich koncepcje.” Bóg dał, że w Krakowie nie ma, jak w Warszawie, alei Armii Ludowej i jedenastu innych ulic, na których dekomunizację nie zgodził się Wojewódzki Sąd Administracyjny. Wtedy musiała by pani Kursa lewicowe sympatie zarzucić sądowi.

 

Trele-morele

opowiadano, jak to Sojusz Lewicy Demokratycznej nie chce z Platformą Obywatelska tworzyć wspólnego, antypisowskiego frontu, a Włodzimierz Czarzasty krytykuje postawę Grzegorza Schetyny. Jacek Żakowski w „GW” pisze: „Opozycja podpisała „Pakt solidarnościowy” na rzecz osób z niepełnosprawnościami. To super! Zabrakło podpisu PO… Brak podpisu oficjalnego przedstawiciela PO sugeruje, że albo dla Platformy wciąż nie jest to oczywiste, albo ważniejsza od oczywistej racji jest dla niej partyjna gra o wyróżnienie się z opozycyjnej ławicy… Bo jeśli PO też ma wątpliwości i nie chce się wiązać na przyszłość nawet oczywistymi socjalnymi zobowiązaniami, to znaczy, że … wraca do wizerunku partii technokratycznej, która wepchnęła Polskę w ręce Kaczyńskiego.”

Platforma aktywnie kombinuje, jak by tu nie tylko odsunąć od władzy PiS, ale i ograć partie, w tym również SLD. I z taką się układać?

 

Zawracaniem głowy

jest podtrzymywany nadal mit o Stanach Zjednoczonych jako obrońcy demokracji. Poza wieloma przykładami z całego świata, doświadczyliśmy i my niedawno jak to naprawdę wygląda. W czasie gdy PiS-owski rząd niszczył struktury systemu prawnego, a wiec jednej z podstawowych ostoi demokracji, Departament Stanu zachował absolutne milczenie. Ale gdy ta sama władza nałożyła karę na amerykańską, acz polskojęzyczną, stację TVN24, tenże sam Departament Stanu wydał oświadczenie, w którym wyraził zaniepokojenie stanem wolności mediów w Polsce.
Podobnie ma się rzecz z Departamentem Obrony, który w ramach NATO uczestniczy w zapewnieniu fundamentu trwałego bezpieczeństwa w Europie, opartego na rozwoju instytucji demokratycznych, a Polsce, temu wiernemu sojusznikowi, sprzedaje system Patriotów po lichwiarskich cenach. Liczy się tylko interes, co w USA nazywa się „It’s just business”.

 

Austriackie gadanie

USA ogłosiły, że wydalają 60 rosyjskich dyplomatów i zamykają rosyjski konsulat generalny w Seattle w odpowiedzi na zamach w brytyjskim mieście Salisbury na byłego rosyjskiego agenta Siergieja Skripala. Rosja, w ramach retorsji, za personae non gratae uznała 58 dyplomatów zatrudnionych w ambasadzie USA w Moskwie i 2 pracowników konsulatu USA w Jekaterynburgu. „Decyzja Rosji wydalenia grupy amerykańskich dyplomatów oznacza dalsze pogorszenie stosunków dwustronnych i nie była dla USA czymś nieoczekiwanym. Waszyngton jest gotów odpowiedzieć na to posunięcie” – głosi komunikat Białego Domu.

 

Hocki-klocki
W swoim czasie tygodnik „The Sunday Times” podał, powołując się na źródła w brytyjskim rządzie, że Siergiej i Julia Skripalowie znajdą schronienie w Stanach Zjednoczonych, gdzie otrzymają nową tożsamość. Będzie ich tam łatwiej chronić – powiedział rozmówca tygodnika. Jak dodał, brane są pod uwagę również inne kraje: Australia, Kanada oraz Nowa Zelandia. Ta informacja w zasadniczy sposób rozszerza naszą dotychczasową wiedzę na temat międzynarodowych organizacji humanitarnych na świecie, uzupełniając ich listę o brytyjski i amerykański wywiad. CIA i MI6 znane są przecież powszechnie z bezinteresownej opieki nad słabszymi i z ich obrony. Wszelkie insynuacje dotyczące ukrycia prawdy o tej prowokacji, braku bezpośrednich dowodów, niedopuszczeniu Rosjan do śledztwa oraz inne podobne argumenty należy stanowczo odrzucić. Jak tam było w centrum handlowym w Salisbury dowiedzą się nasze wnuki za lat 30, a może nawet 50.

 

To wszystko

co powyżej to prawda, a nie są jakieś, modne dzisiaj, fake news’y.
Natomiast określenie koszałki-opałki ma aż 64 synonimy. Uzupełniając powyżej opisane, bez większego trudu dopełnicie Państwo pozostałe, na podstawie naszej krajowej, ale i światowej rzeczywistości.

Jak lewicowe media mogą być lepsze

Dlaczego w Polsce dominują media prawicowe lub liberalne, a lewicowym trudno przebić się ze swoim przekazem? Odpowiedzi na to pytanie poszukiwali uczestnicy spotkania w ramach Społecznego Forum Wymiany Myśli (SFWM) we Wrocławiu.

Organizatorom zależało na pluralizmie opinii i wielowątkowej debacie, więc za stołem dla panelistów zasiedli: właściciel internetowej telewizji TV Lubań oraz wydawca regionalnego portalu Przegląd Lubański Andrzej Ploch, redaktor naczelny RACJONALISTA.TV Jacek Tabisz oraz dziennikarka Strajku.eu Małgorzata Kulbaczewska-Figat. Obowiązki moderatora pełnił Radosław Czarnecki z SFWM.
Reprezentantka Strajku zwróciła uwagę na to, że sytuacja lewicowych mediów w Polsce jest pochodną słabości całej lewicy, która po upadku PRL dała się zepchnąć do narożnika, przyjęła do opisu rzeczywistości język politycznych przeciwników, nie broniła własnych osiągnięć ani własnej perspektywy widzenia rzeczywistości. Zamiast tego nieustannie przepraszała za swoje istnienie czy też starała się uzyskać aprobatę liberałów dla swojego istnienia. Małgorzata Kulbaczewska-Figat podkreślała również, że w systemie kapitalistycznym media lewicowe, przedstawiające odmienną i niekorzystną dla rządzących klas perspektywę, zawsze będą miały trudniejszy dostęp do sponsorów czy reklamodawców. To zaś wymaga od ich twórców dodatkowego wysiłku tyleż w zakresie tworzenia wartościowych treści, co konsolidowania odbiorców i przekonywania ich, że dane medium zasługuje na wspieranie. Z głosem tym poniekąd korespondowała wypowiedź Andrzeja Plocha, który mówił o decydującej roli właścicieli mediów w kształtowaniu ich ogólnego przekazu, a ponadto o tym, iż w obecnych warunkach „nadpodaży” informacji i „wyścigu newsów” powszechną tendencją jest cięcie kosztów, za którym idzie przyzwolenie na produkcję niepogłębionych, mało wartościowych publikacji. Natomiast Jacek Tabisz upatrywał przyczyn kryzysu lewicowych mediów w fakcie, iż lewicę społeczną, propracowniczą, zdominowała lewica „tożsamościowa”, skupiająca się np. na nawoływaniu do przyjmowania migrantów.
W dalszej części debaty uczestnicy zastanawiali się m.in. nad tym, czy i w jaki sposób lewica może promować swój przekaz za pomocą mediów społecznościowych i internetu w ogólności. Obok głosów bardzo optymistycznych, wskazujących na stosunkową łatwość zbudowania w sieci własnego bloga czy kanału wideo oraz mobilizowania odbiorców, padły wypowiedzi ostrożniejsze, przypominające o tym, że główne sieci społecznościowe to również kapitalistyczne korporacje, które w dłuższej perspektywie wolą wspierać treści mainstreamowe i wielkich wydawców, zdolnych płacić więcej za reklamę. Zwrócono także uwagę na inwigilację, jaka jest nieodłączną konsekwencją aktywności w sieci. Niektórzy dyskutanci, doceniając dorobek mediów takich, jak Strajk czy pisma „Przegląd” i „Dziennik Trybuna”, podnosili, że większe sukcesy w zakresie docierania do odbiorców lewica odnosi w Polsce, gdy związane z nią treści, choćby wycinkowo, trafią do mediów głównego nurtu.
Zastanawiając się nad perspektywami nie tylko mediów lewicowych, ale i polskiej lewicy w ogóle, członkowie SFWM doszli do wniosku, że lewicy potrzebna jest ogromna praca koncepcyjna – refleksja nad problemami współczesnego świata i sformułowanie nowych, śmiałych wizji (np. odpowiedzi na postępującą automatyzację pracy). A także odwaga w upominaniu się o swoje postulaty. O takim odważnym działaniu powiedziała, w kontekście mediów, uczestniczka dyskusji, Ewa Groszewska. Wskazała, że podczas trwających we Francji protestów przeciwko neoliberalnym, antyspołecznym reformom Emmanuela Macrona część uczestników, studentów, wzywa do okupacji głównych mediów, zarzucając im nierzetelność w relacjonowaniu wydarzeń.
Z problemem wycinkowego przedstawiania rzeczywistości przez prawicę (narodową czy też liberalną) polskie media lewicowe będą musiały zmierzyć się już niedługo – przy okazji wyborów samorządowych. Uczestnicy debaty nie mieli wątpliwości, że będzie to ważny moment i znaczące wyzwanie.