Twarde jądro Unii?

„To zdrada! Emmanuel Macron sprzedaje nasz kraj, niweczy jego suwerenność. Niszczy wszystko, co zrobił gen. de Gaulle dla wielkości Francji” – mówiła w telewizji oburzona Marine Le Pen, szefowa Zjednoczenia Narodowego. Z kolei na lewicy Jean-Luc Mélenchon z Nieuległej Francji podkreśla „szkodliwość” traktatu o współpracy francusko-niemieckiej, który został właśnie podpisany w Akwizgranie (Aachen, Aix-la-Chapelle), dawnej stolicy imperium cesarza Karola Wielkiego. Jak daleko posunie się integracja?

Słowo „integracja” jest podstawowe dla tej sprawy, bo w poprzednim, historycznym traktacie, również podpisanym 22 stycznia (tyle, że w 1963 r., w Pałacu Elizejskim, między prezydentem de Gaullem a kanclerzem Adenauerem), takiego słowa nie było. Dziś występuje w tytule traktatu: „o współpracy i integracji”. Takiego „zacieśnienia stosunków” jeszcze nie było. Oprócz wielu problemów związanych z samym tekstem naprzód wysunęły się dwie wątpliwości: po pierwsze, tekst traktatu został udostępniony w internecie dopiero kilka dni temu, z pominięciem parlamentu i bez żadnych konsultacji politycznych, co kolejny raz stawia pod znakiem zapytania francuską demokrację. Po drugie, powstało wrażenie, że Niemcy „wykiwali Francję”, podobnie jak 56 lat temu.

Tak naprawdę w 1963 r. generała de Gaulle’a wykiwali Amerykanie, gdyż wtedy bardzo bezpośrednio wpływali na politykę niemiecką. Na czym to polegało? Głównym celem dawnego przywódcy Francji było oddalenie Zachodnich Niemiec (i reszty krajów ówczesnej Szóstki) od ich amerykańskiego protektora. De Gaulle marzył o Europie niezależnej od Amerykanów i jednocześnie Związku Radzieckiego, francuski arsenał nuklearny miał zastąpić „amerykański parasol”. Dlatego traktat nawet nie wspominał o Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, NATO czy GATT (dzisiaj to Światowa Organizacja Handlu – WTO).

Co z tego jednak, skoro Amerykanie czuwali? Pół roku później niemiecki Bundestag ratyfikował traktat, ale z dopisaną przez Waszyngton preambułą, która mówiła o „ścisłym stowarzyszeniu USA i Europy”, projekcie „przyjęcia Wielkiej Brytanii”, obronie w „ramach NATO” i obniżce europejskich ceł wobec USA i Brytyjczyków „w ramach GATT”. Generał się wściekł: „Niemieccy politycy martwią się, że niewystarczająco płaszczą się przed Anglosasami! Zachowują się jak świnie!”, ale mleko już się rozlało. Imperium amerykańskie sprawowało w Europie władzę nie do przebicia, próby jakiejś emancypacji nigdy nie mogły wypalić. De Gaulle mógł jedynie wycofać Francję z działań NATO, co zresztą zrobił (pozostając „martwym członkiem”). Dziś, w czasach trzeszczącej w posadach Unii, są jeszcze inne problemy.

Czyja integracja?

Zwykło się mówić, że Francja i Niemcy stanowią „rdzeń Unii Europejskiej”, choć przecież we wszystkich bodaj krajach Unii powtarza się równie często, że to „Niemcy rządzą”, poprzez swą dość duszącą i raczej bezwzględną dominację ekonomiczną, zapewnioną przez wprowadzenie euro. Niemcy wyśmiali inicjatywę Macrona, by wprowadzić oddzielny budżet strefy euro, prezydent Francji musiał też zgodzić się (co już nie stanowiło dlań problemu), by unijne układy o wolnym handlu wchodziły w życie bez zgody parlamentów krajowych. Cóż, demokracja w Unii to w końcu tylko pobożne życzenie. Teraz prezentuje nowy traktat jako wzór europejskiej integracji, podczas gdy jest to co najwyżej integracja „rdzenia”, bez oglądania się na innych. Jest tu oczywiście mowa o NATO, do którego Francja wróciła 10 lat temu, ale jednocześnie oba państwa zawierają oddzielny sojusz zbrojny, angażujący francuskie siły atomowe w razie czyjejś agresji na Niemcy.

Mało tego, oba państwa dają sobie prawo wspólnej, „stabilizacyjnej” interwencji zbrojnej w „krajach trzecich”, bez najmniejszego wspomnienia o rezolucjach ONZ, które mogą się na to zgodzić lub nie. Powstanie za to ekskluzywna Francusko-Niemiecka Rada Obrony i Bezpieczeństwa. Co do ONZ, Francuzi zobowiązali się do wprowadzenia nowego priorytetu swej dyplomacji: mają walczyć o uczynienie z Niemiec członka stałego Rady Bezpieczeństwa (z prawem weta), a póki co, „ściśle koordynować” swe działania w ONZ. Inaczej mówiąc, Francja będzie dzielić się swoim prawem weta z Niemcami, co – jak narzekają niezadowoleni – pozbawi ją znacznej części suwerenności. Powiedzmy, że obietnica ubiegania się o stałe członkostwo Niemiec nic Francuzów nie kosztowała, bo rezultat zależy też od innych. Jednak zbliżenie obu krajów idzie dużo dalej.

Judasz z Hitlerem

Francuzi dowiedzieliby się o nowym traktacie pewnie dopiero dzisiaj, gdyby nie hałas, którego narobił jeden z francuskich eurodeputowanych na 10 dni przed podpisaniem. Bernard Monot z partii „socjalnych gaullistów” Powstań Francjo (DLF), niczym Rejtan rozdarł symboliczną koszulę nagrywając wideo, które szybko obiegło francuski internet: „Pan Macron, niczym Judasz, oddaje Alzację i Lotaryngię obcej potędze!”. Były tam i inne mocne słowa: „Macron chce zgnieść naród francuski, którego nienawidzi, to jego nowy pucz przeciw Francji! (…) Ten traktat pozwoli całkiem zniszczyć prawo pracy, system ochrony socjalnej i obronę narodową”. Tweet z tą przemową został w końcu skasowany, gdyż autorowi groziły konsekwencje karne. Ale dzięki niemu kilka dni później opublikowano tekst traktatu, a prorządowe media zaczęły grupowo zapewniać, że Alzacja i Lotaryngia pozostaną we Francji, dzięki czemu wszyscy mogli dowiedzieć się o tajemniczym układzie.
Prawicowe media internetowe jak Riposte Laïque i tak nie wahały się pisać „Macron realizuje marzenie Hitlera o Francji podległej Niemcom”. Kwestia Alzacji i Lotaryngii, regionów, które dla Francuzów były mniej więcej tym, czym dla Polaków był Śląsk, jest w traktacie dość niejasna. Mają tam powstać dwujęzyczne „euro-dystrykty”, rządzące się nieco innymi prawami, niż reszta francuskich terytoriów. Formalnie rzeczywiście pozostaną francuskie, jednak ich status będzie cokolwiek „mieszany”. Wszystko to w imię integracji i „ułatwień dla ludności”, ale zapewnienia mediów nie usunęły nieufności ani z prawa, ani z lewa.

Utrwalanie ustroju

Jean-Luc Mélenchon, który kilka lat temu wydał niezbyt pochlebną książkę o Niemczech, zwraca uwagę, że traktat utrwala ideologię neoliberalną jako obowiązującą. „Powołuje on do życia francusko-niemiecką radę gospodarczą, która ma koordynować politykę ekonomiczną obu krajów. Jej cel jest precyzyjny : nie jest nim postęp społeczny, czy transformacja ekologiczna, lecz konkurencyjność” – pisze na swoim blogu. Zalecenia tej rady można łatwo przewidzieć: „mniej usług publicznych, gra na obniżanie płac i nagonka na bezrobotnych”. Według niego, traktat oznacza osłabienie niepodległości i suwerenności kraju połączone z cofnięciem się socjalnym i ekologicznym (na życzenie Niemiec w traktacie brak kwestii węglowej).

Dzięki „harmonizacji legislacji dla biznesu” ma powstać jednolita francusko-niemiecka strefa ekonomiczna, zaskakująca unia w Unii, gigant polityczno-gospodarczy, wobec którego inne państwa będą jak karły. Oprócz gospodarczej, wspólna ma być polityka zagraniczna, fiskalna, obronna, do tego stopnia, że zostanie powołana do życia wspólna rada ministrów i nawet parlament – w zasadzie tylko „do spraw harmonizacji”, lecz ministrowie niemieccy będą mogli uczestniczyć w zwykłych posiedzeniach francuskiego rządu i odwrotnie. Jeśli Macron chciał na stałe podpiąć Francję pod niemiecką dominację na kontynencie, to zdaniem jego przeciwników robi to kosztem nie tylko Francji, ale i reszty wspólnoty europejskiej.

Wzmocnienie, czy rozpad

O ile ponad pół wieku temu gen. de Gaulle widział w Wielkiej Brytanii „agenta amerykańskiego, który narobi tylko burdelu” w planowanej wspólnocie, dziś komentatorzy zwracają uwagę, że Niemcy ciągle pozostają w ścisłej zależności politycznej, dyplomatycznej i militarnej od USA, więc i Francja pogłębi swą podległość. Dzieje się to w momencie, gdy kanclerz Angela Merkel jest już na wylocie, a Emmanuel Macron zupełnie zawiódł nadzieje „odnowiciela Unii”. Doszło do tego, że we Włoszech, czy w Hiszpanii, spekulują nad sensem nowego traktatu: ma on jakoś umacniać UE, czy też odwrotnie – został zawarty na wypadek jej rozpadu?

Lewicę martwi przede wszystkim kontynuacja polityki neoliberalnej tworzącej w obu krajach rosnące nierówności i stale powiększające się obszary niedostatku: we Francji już 9 milionów ludzi żyje poniżej progu biedy, a w Niemczech prawie 13 milionów. Francuski kryzys demokratyczny „żółtych kamizelek” nadaje temu społeczny kontekst protestu o nieprzewidywalnym na razie rezultacie. Media zaprzeczają, jakoby integracja obu krajów znaczyła utworzenie jednego państwa bądź szkodziła demokracji, ale widoczna, odgórna tendencja polityczna niepokoi zbyt wielu ludzi, by mogła przejść całkiem bezboleśnie. To się okaże przy okazji zbliżających się wyborów do Parlamentu Europejskiego, który choć właściwie o niczym nie decyduje, może wzmocnić tych, którzy taki model integracji odrzucają.

Kara za „kamizelki”

Prezydent Francji Emmanuel Macron pojechał na prowincję, do małej gminy Grand Bourgtheroulde w Normandii, by uroczyście rozpocząć debatę narodową na tematy wyznaczone przez rząd.

Prezydent nie wypowiada nazwy „żółtych kamizelek” (GJ) w żadnym wystąpieniu od początku kryzysu i nie chce ich widzieć: w dniu wizyty szefa państwa noszenie takich kamizelek kosztowało 135 euro mandatu. Policja fotografowała dokumenty osób zmierzających do wsi. Czy ONZ podejmie śledztwo przeciw nadużyciom represji policyjnych?

Organizacje ochrony praw człowieka protestują przeciw fotografowaniu dokumentów, w obawie powstania policyjnej kartoteki manifestantów antyrządowych. Powstała narodowa petycja do ONZ o wszczęcie śledztwa w sprawie brutalności policji. Wśród 93 osób ciężko ranionych przez policję większość (68) padła ofiarą wyrzutni kul plastikowo-gumowych. Policjanci celują głównie w głowy, 13 osób straciło oko. Na ulicach pojawiła się kampania plakatowa na ten temat: afisze prezentowały Macrona i członków rządu z ranami po LBD 40. Żaden ruch społeczny po wojnie nie przyniósł tyle ofiar (są i śmiertelne).

W tym kontekście prezydent Macron zachwalał w Grand Bourgtheroulde zalety debaty narodowej, którą ogłosił w reakcji na kryzys „żółtych kamizelek”. Zbuntowani uważają to jednak za ściemnianie polityczne, sposób na zyskanie na czasie, podczas gdy czas działać. Rząd zapewniał, że w czasie debaty będzie można mówić o wszystkim, oprócz kwestionowania dotychczasowych „reform” Macrona (w tym zniesienia podatku od wielkich fortun ISF), spraw europejskich, finansów państwa i orientacji polityki rządu. Tymczasem „żółte kamizelki” chcą głównie RIC i zmniejszenia cen artykułów pierwszej potrzeby.

Mimo policyjnej blokady, do wsi przedostało się ok. setki „żółtych kamizelek”, więcej zostało zatrzymanych po drodze, było nawet nakładanie kajdanek. „Nie przyjechaliśmy tu żeby chuliganić, tylko pokazać, że nie odpuścimy. Jeśli pojedzie do innej gminy, pojedziemy za nim ” – odgrażała się jedna z uczestniczek zakazanej manifestacji, 40–letnia Nadège. Od początku kryzysu Macron nie może pokazywać się spokojnie poza Pałacem Elizejskim, bo zbyt często docierają doń bezceremonialne krzyki manifestantów. Woli wizyty-niespodzianki, w gminach, które o to nie prosiły.
„ISF nie jest tabu ani totemem” – powiedział pojednawczo prezydent, ale dodał w przemówieniu, że „trzeba większej odpowiedzialności ludzi w trudnej sytuacji, bo są wśród nich porządni, ale i tacy, którzy się wygłupiają”. Takie określenie „żółtych kamizelek” nie wywołało entuzjazmu. Według krytyków, te słowa dowodzą braku świadomości społecznej prezydenta.

Wydarzenie roku

No powiedzcie mi, że zdarzyło się coś ważniejszego w tym roku, jeśli chodzi o wydarzenia społeczno-polityczne naszego kontynentu, czy nawet świata.

 

Zaczęło się od cen paliwa, by doprowadzić do zachwiania losem Francji, a pośrednio Unii. Zglobalizowana potęga na glinianych nogach neoliberalizmu zatacza się niczym Jean-Claude Juncker. Czy należy ograniczać usługi publiczne, jak każe Komisja Europejska? Dlaczego „zwijać państwo”, skoro koncerny międzynarodowe już nie chcą płacić podatków? Padają różne gorączkowe pytania, które mogą wysadzić w powietrze sklerotyczną demokrację przedstawicielską Francji.

„Ten kraj to nie start-up” – tłumaczył posłom z partii prezydenta Jean-Luc Mélenchon, lider francuskiej lewicy (LCI) – „Zdarzają mu się wielkie projekty i uczucia, nazywane rewolucjami. Nasz kraj przeżywa właśnie proces obywatelskiej rewolucji, w której postulaty socjalne krzyżują się z postulatami politycznymi. Jest to właściwe dla historii Francji, w każdej sytuacji porównywalnej z obecną.”

„Żółte kamizelki” (GJ) mogłyby być wydarzeniem roku ze względu na sam niebywały lans demokratycznego ubioru, który stał się nagle modny: w 22 krajach ludzie zaczęli w nim wychodzić na ulice. Można to porównać do francuskiego upowszechnienia spódniczek mini w latach 60. Proroczo zapowiadały wielki społeczno-polityczny przewrót, no i miały zasięg prawie globalny. W Polsce, ale i we Francji, niektórzy woleli przyrównywać ruch GJ do rewolucji 1905 r., przegranej, lecz zwiastującej prawdziwą dziejową bombę. Nie drodzy, nikt nie będzie czekał 12 lat, we Francji się gotuje.

Oglądałem zdjęcia z symbolicznego pogrzebu dziesięciu „żółtych kamizelek”, osób, które zginęły od początku protestów. Również te szeregi zdjęć pobitych, poranionych i okaleczonych przez policję ludzi. Policjanci używają kontrowersyjnych granatów GLI-F4, eksplodujących ładunkiem z gazem łzawiącym. To one przyniosły najwięcej ofiar, a są jeszcze gumowe kule i inne wynalazki. GJ mają już swoją martyrologię, internet przypomina wojenne i rewolucyjne piosenki, to tu, to tam buduje się symboliczne gilotyny. Na jednym z publicznych, symbolicznych sądów skazano prezydenta Macrona na śmierć przez ucięcie głowy toporem i wykonano wyrok na jego kukle. Może jest w tym coś z wudu, ale przede wszystkim zdradza gniew.

Prooligarchiczny rząd widzi w GJ krwawą tłuszczę analfabetów. Stanislas Guerini, szef partii prezydenckiej Macrona (LREM), oświadczył, że postulowane Referendum z Inicjatywy Obywatelskiej (RIC) doprowadzi do kary śmierci albo ucinania genitaliów przestępcom seksualnym, a Gilles Le Gendre – arystokrata paryski i szef grupy LREM w parlamencie – dodał, że reformy prezydenta i jego partii były po prostu „zbyt inteligentne, zbyt subtelne”, by populacja mogła je zrozumieć. Do tego wszystkie media powtórzyły zmienne detale skandalu w wagonie paryskiego metra, gdzie trzej podpici GJ śpiewali „Macron musi odejść” i kazali „spadać” starszej pani, gdy wytknęła im prawdopodobny antysemityzm. Jeden miał wtedy powiedzieć, że „też był w Auschwitz” i „się śmiał”. W walnięciu medialną maczugą antysemityzmu ma być coś ostatecznego, jak w rzuconym zaklęciu.

Jednak coś wisi w powietrzu, więc rząd dał podwyżki policjantom. Nie chce utrzymać porządku za pomocą porozumienia społecznego, lecz siły. Nie będzie podwyższać pielęgniarkom, czy nauczycielom, nie będzie o tym rozmawiać. „Prezydent bogatych” zbroi swą straż, by go ustrzegła przed rozeźlonymi ludźmi pragnącymi społecznej sprawiedliwości i uczestniczącej demokracji. Jak ta czerń śmie? Ten właśnie stosunek władzy do wydarzenia roku buduje determinację ludzi, którzy stoją na blokadach i planują kolejne „akty” protestów. Pomijani gromadnie powstali z gniewem. Nic ważniejszego się nie wydarzyło.

Akt V – spokojniejszy

Jeszcze raz wezwania rządu do powstrzymania się od manifestacji nie zrobiły wrażenia na zbuntowanych „żółtych kamizelkach”. Mobilizacja była mniejsza w Paryżu, gdzie znowu na ulice wyjechały wozy pancerne a policja używa gazów łzawiących i hukowych, by rozproszyć tłum na Polach Elizejskich i Placu Opery, jednak na prowincji blokady, przemarsze i demonstracje miały podobną skalę jak tydzień temu.

 

W sobotę rano niedaleko Placu Gwiazdy do „żółtych kamizelek” dołączyła artystka Deborah de Robertis, która zorganizowała performance wzięty początkowo za wystąpienie „Femenu”: pięć nieruchomych kobiet w symbolicznych strojach Marianny (symbolu Francji) stanęło z odsłoniętymi piersiami naprzeciw policji. Wkrótce manifestanci, których policja nie chciała wpuścić na jezdnię Pól, przełamali blokadę i rozwinęli transparenty. Żądania dymisji prezydenta, rozwiązania parlamentu i ustanowienia referendum z inicjatywy obywatelskiej (RIC) zniknęły jednak w chmurach gazu.

Policja zrobiła wszystko, by nie dopuścić manifestantów do stolicy – zablokowano autobusy, zatrzymywano ludzi na dworcach, na drogach wiodących do Paryża ustawiono blokady z przeszukiwaniem samochodów, co spowodowało ogromne korki. Po południu, ci którzy się jednak przedostali , stali się ofiarami ataków policji.

Poniedziałkowe przemówienie prezydenta Macrona raczej zdeterminowało ludzi, niż ich uspokoiło. „Ustępstwa” władzy są uważane za „rzucenie okruchów” lub „oszustwo”. Hasła „rząd = oligarchia”, „nie damy się przestraszyć”. „precz z dyktaturą”oraz domaganie się odwołania przywilejów dla najbogatszych dominują na manifestacjach w dużych miastach. W Nantes i Bordeaux trwają starcia manifestantów z policją, lecz gdzie indziej na ogół jest spokojniej. Ruch protestu zakorzenił się trwale na terytoriach wiejskich i w małych miasteczkach, gdzie powstają stałe struktury przygotowujące „rewolucję demokratyczną”.

W centrum postulatów „żółtych kamizelek”, oprócz demokratyzacji kraju, pozostaje wdrożenie innej, bardziej sprawiedliwej dystrybucji bogactw. Ludzie są zmęczeni tygodniami protestu, ale pozostają zmobilizowani. Szukają innych form protestu, zastanawiają się nad ponowną falą demonstracji w przyszłym roku.

 

Już tylko lewica

„Żółte kamizelki” mają teraz poparcie w zasadzie jedynie partii lewicowych, Nieuległej Francji i – z radykalnej lewicy – komunistów i NPA (Nowa Partia Antykaptalistyczna). Poniedziałkowe orędzie Macrona potwierdziło to, czego wielu się obawiało, że skrajnie neoliberalna linia polityczna rządu pozostanie konsekwentnie zachowana. Prezydent nie przemówił do „żółtych kamizelek”, tylko do klasy średniej, gotowej popierać władzę lub protestujących w zależności od okoliczności. Zwrócił się do tych, którzy do tej pory popierali protesty, ale mogą zmienić zdanie. Do tych, których ogłoszone „ustępstwa” nie dotyczą, ale którzy mogą sądzić, że dzięki nim „żółte kamizelki” dostały to, czego się domagały i że kontynuacja protestów jest nieuprawniona.

Jeśli wierzyć sondażom telefonicznym zrealizowanym po przemówieniu Macrona (ale przed zamachem), 69 proc. Francuzów ciągle popiera „żółte kamizelki”, ale 54 proc. chciałoby, by ruch protestu już zgasł. Byłby to spory sukces strategii marketingowej prezydenta w sytuacji, gdy zaoferował tak mało. Najbardziej spektakularne „ustępstwo” – podwyżka płacy minimalnej – jest pozorne. Owe 100 euro więcej nie będzie pochodziło od zatrudniaczy: to tylko państwowy zasiłek z podatków, który zostanie wypłacony wcześniej, zamiast jak przewidywano rozbity na trzy lata. Nie będzie liczył się więc do emerytury, za to dzięki niemu najsłabiej zarabiający pracownicy wpadną na pierwszy próg podatkowy… bardzo sprytne. Dzień wcześniej na wiosek rządu parlament przegłosował za to praktyczne uwolnienie najbogatszych od kolejnego podatku – „exit tax”, co im pomoże w ucieczkach podatkowych.

 

Widmo terroryzmu

Do tej pory „żółte kamizelki” były straszone atakami terrorystycznymi głównie z zagranicy. Anonimowe, izraelskie konto twitterowe należące do niejakiej „Rosanny” dwa razy już zapowiadało zamachy Państwa Islamskiego na francuskie manifestacje, co jednak nie robiło wrażenia, oprócz ogólnych przebąkiwań prorządowych komentatorów o „osłabieniu antyterrorystycznej czujności policji” z winy „kamizelek”, gdyż policja musiała koncentrować się na śledzeniu i konfrontacjach z nimi właśnie.

Pierwszymi na świecie, którzy opublikowali zaraz po strasburskim zamachu zdjęcie i dane podejrzanego Cherifa Chekatta, byli zresztą Izraelczycy (na 24 godziny przed francuską policją). „Rosanna” była spóźniona, dopiero trzecia, gdyż pierwszego tweeta z tymi danymi wrzucił Ronan Solomon z Tel-Awiwu, „niezależny analityk”, związany ściśle z wojskiem i rządem izraelskim. Gdy Solomon skasował swego tweeta, o 23.00 tego samego wieczora dane Chekatta opublikował BNL News, izraelski portal informacyjny w USA, „Rosanna” – trzy minuty później. Wszystkie trzy konta wyrażają na co dzień poglądy izraelskiej skrajnej prawicy.

 

Macron straszy

Chamska polityka klasowa Macrona, jego odmowa demokratyzacji francuskiego systemu politycznego i nieograniczone faworyzowanie oligarchii, wyraziła się w kilku dodatkowych słowach prezydenta o ochronie „głębokiej tożsamości narodu” i imigracji, którą należy „przemyśleć”. To stary numer: „nie miejcie pretensji do niesprawiedliwości systemu, tylko do migrantów”. Przy okazji potępiał przemoc i zapowiadał „surowe karanie” tych, którzy się do niej odwołują, ale oczywiście nie ma nic przeciw sprzedaży francuskiej broni Arabii Saudyjskiej, która od ponad trzech lat katuje Jemen. Jego straszenie manifestantów zostało podbite nazajutrz doniesieniami o „tajnym” wyposażeniu wozów pancernych, których minionej soboty użyto przeciw cywilom w Paryżu: były mianowicie zaopatrzone w broń chemiczną, działka strzelające proszkiem obezwładniającym, który po jednej salwie „kładzie wszystkich na terenie wielkości jednego-dwóch boisk piłkarskich”. Proszkiem tym w końcu nie strzelano, ale sugestia „żeby uważać” jest mocna.

Trzecim elementem straszenia, po imigrantach i sile policji, był zwielokrotniony dyskurs typu „może być gorzej”, gdyż oszczędności budżetowe są „niezbędne” ze względu na gigantyczny dług publiczny, sięgający 100 proc. PKB. Wiąże się z tym pewna ciekawostka. W 1973 r., kiedy dług Francji nie przekraczał 15 proc. PKB, postanowiono zmniejszyć dług poprzez przyjęcie tzw. ustawy Pompidou-Rothschilda, która odbierała francuskiemu bankowi centralnemu możliwość udzielania państwu bezprocentowych kredytów na rzecz banków prywatnych, które procenty oczywiście biorą (miało to „zdyscyplinować” branie kredytów). Prywatyzacja kreacji pieniądza została następnie wpisana do europejskiego traktatu z Maastricht i później Lizbońskiego mimo, że fatalne, odwrotne skutki tego posunięcia były już dobrze znane. Prezydent Pompidou był, podobnie jak Macron, dyrektorem w banku Rothschildów przed objęciem steru Francji.

 

Prezydent-zombie

Choć neoliberałowie przeszli do ofensywy, pozycja Macrona w społeczeństwie francuskim została bardzo osłabiona i nie wiadomo, co miałoby się zdarzyć, by prezydent zdołał to odwrócić. Oczywiście próbuje usunąć w cień cały głęboki, polityczny i socjologiczny wymiar konfliktu społecznego, zgnieść jego potencjalnie insurekcyjny charakter, by zredukować go do „100 euro i marsa”, jak nazywają jego propozycje „żółte kamizelki”, czyli do kilku pozornych posunięć ekonomicznych, ale to się na dłuższą metę nie uda. Setki tysięcy ludzi zapłaciło za tego rzuconego „marsa” tygodniami mobilizacji, staniem w deszcz i niepogodę na rondach i skrzyżowaniach, gdzie zrodziły się tysiące „struktur poziomych” domagających się poważnego traktowania.

Sklerotyczny profil demokracji przedstawicielskiej, tak łatwo poddającej się niewidzialnym wpływom, powinien według „żółtych” ustąpić – choć po części – zaletom demokracji bezpośredniej, trudniejszej do manipulacji. Na to Macron nie ma żadnej odpowiedzi, pragnie zakonserwowania przekupnego systemu, pomijając jednak to, co już ma miejsce: uderzający wzrost świadomości klasowej. „Żółte kamizelki” uważają się za suwerenny lud i prowadzą walkę „dołów” z „górą”. Identyfikują się z prowincjonalnymi „dołami”, by zbudować kraj bardziej sprawiedliwy, chcą uczestniczyć, a nie pozostawać na jakimś olbrzymim, lekceważonym marginesie. Straszenie i zbywanie w tej sytuacji nie są dobrą receptą na spokój.

 

Dzielić inaczej

Poza postulatami politycznymi, jak żądanie dymisji prezydenta, czy rozwiązanie parlamentu na rzecz Konstytuanty, ruch „żółtych kamizelek” domaga się takiego dzielenia bogactw, by zachować usługi publiczne i system socjalny ustanowiony po II wojnie światowej. Na przeszkodzie stoi nie tylko neoliberalny ekstremizm Macrona i podobnych, ale też polityka społeczno-gospodarcza Unii Europejskiej, dążąca do jak najszerszych prywatyzacji kosztem wszystkiego, co publiczne. Ten problem może się w obecnych warunkach tylko powiększać. Rozwiązanie paradoksu, że np. Francja nigdy nie była tak bogata, jak teraz, podczas gdy masy społeczne biednieją, może zostać rozwiązany demokratycznie lub gwałtownie, co tak czy inaczej zapowiada kolejne wstrząsy.

W mediach występują różni eksperci, którzy tłumaczą, że w sytuacji zagrożenia terrorystycznego nie należy niczego manifestować, tylko czekać na teoretyczne „uspokojenie”, a w obecnym przypadku na schwytanie podejrzanego. Wygląda to tak, jakby jeden człowiek sterroryzował całą Francję. Nieufność do rządu i mediów osiągnęła już ten poziom, że mało kto bierze to całkiem serio, ale ta wszechobecna propaganda być może zmusi niejednego do rezygnacji z jazdy do Paryża, czy domagania się uznania swych praw w miejscu zamieszkania bądź pracy. Jeśli strach zwycięży determinację, która wyziera z oświadczeń protestujących, to jednak nie na długo. Przyszły rok nie będzie rokiem spokoju.

Będzie „Akt V”

Prezydent Francji Emmanuel Macron wygłosił w końcu oczekiwane od tygodni orędzie telewizyjne oferując kilka środków, które według niego mogłyby jeśli nie zakończyć protesty, to przynajmniej podzielić „żółte kamizelki”. Przede wszystkim zagroził „surowymi karami” tym, którzy „atakują policję i żandarmów”. „Jego potępienie przemocy to narzekanie gwałciciela, że ofiara używa przemocy, by się bronić” – skomentował lewicowy ekonomista i politolog Etienne Chouard, który uważa, że bezprecedensowa przemoc ekonomiczna wprowadzona przez Macrona jest winna obecnej sytuacji społecznej Francji.

 

Oprócz kija pogróżek Macron użył marchewki w postaci ulżenia niektórym sektorom społeczeństwa. Od nowego roku ma działać „socjalno-gospodarczy stan wyjątkowy”. Płaca minimalna ma więc wzrosnąć o 100 euro, ale tak, „by nie kosztowało to zatrudniaczy ani jednego euro”, tj. będzie finansowana z podatków. Wprowadzona podwyżka podatków dla emerytów będzie anulowana dla tych, którzy dostają mniej niż 2000 euro, ale emerytury dalej – jak postanowił wcześniej – nie będą indeksowane według inflacji, czyli będą spadać. Do tego ogłosił defiskalizację godzin nadliczbowych i zwrócił się z prośbą do zatrudniaczy, by na początku roku wypłacili pracownikom jednorazową premię nadzwyczajną. Nie będzie to obowiązkowe.

Jean-Luc Mélenchon, lider lewicowej Nieuległej Francji (LFI), zwrócił uwagę, że znaczna część najsłabiej uposażonych nie skorzysta z żadnej obietnicy Macrona, jak bezrobotni oraz ci, którzy nie zarabiają nawet płacy minimalnej (szczególnie kobiety) lub tylko nieco więcej. Ponadto wszystkie „ustępstwa” Macrona mają zostać opłacone przez podatników i ubezpieczonych społecznie, czyli bynajmniej nie przez najbogatszych i wielkich właścicieli – podatek od wielkich fortun nie zostanie przywrócony, mimo, że należało to do głównych postulatów „żółtych kamizelek”. Akcjonariusze pozostaną chronieni, jak i wielcy zatrudniacze: dostaną 40 miliardów euro zniżek podatkowych, za co zapłaci ogół Francuzów.

Pierwsze reakcje „żółtych kamizelek” to satysfakcja z „pierwszych ustępstw rządu”, ale i wielkie rozczarowanie, ze względu na zupełne pominięcie przez prezydenta całego szeregu wysuwanych postulatów ekonomicznych i politycznych, jak np. kwestia referendów i uwzględnienie demokracji bezpośredniej. Brak przywrócenia podatków dla najbogatszych zostało przyjęte z wyraźnym oburzeniem. Dla wielu Macron pozostanie więc „prezydentem bogatych”, mimo, że pierwszy raz wydał się pokorniejszy. Nie było mowy o rozwiązaniu parlamentu, dziś zupełnie nie reprezentatywnego, nie wspominając o dymisji prezydenta. „Żółte kamizelki” będą dyskutować nad „ustępstwami” Macrona, lecz póki co mają zamiar kontynuować protesty i zapowiadają ich „Akt V” w najbliższą sobotę.

 

Na ulicach Francji

Protesty przeciw „prezydentowi bogatych” Emmanuelowi Macronowi i jego ekstremistycznej polityce neoliberalnej objęły w sobotę wszystkie regiony Francji. Bezprecedensowa mobilizacja policji i masowe aresztowania nie przeszkodziły „żółtym kamizelkom” przeprowadzić „Aktu IV” swych protestów. W Paryżu policji wyposażonej w wozy pancerne udało się po godz. 18 „oczyścić” Pola Elizejskie z manifestantów. Dłużej trwały starcia wokół barykad w północnej części miasta i na Placu Republiki. Według przecieków z partii Macrona, milczący od tygodni prezydent ma na początku tygodnia wygłosić w końcu przemówienie do narodu i ogłosić przy tej okazji „znaczące” ustępstwa wobec ruchu „żółtych kamizelek”, by uratować swą władzę.

 

Macron do tego stopnia nie rozumie o co chodzi żółtym kamizelkom, że wydał decyzję anulującą dodatkową akcyzę na paliwa samochodowe myśląc, że to uspokoi ludzi. Być może, gdyby to zrobił na początku listopada, mógłby na krótką metę powstrzymać protesty, lecz dzisiaj postulaty „żółtych kamizelek” wyrażają pragnienie radykalnej zmiany jego obłędnej, antyspołecznej polityki, co manifestantom wydaje się niemożliwe bez dymisji Macrona.

„Akt IV” protestów zaznaczyły liczne starcia demonstrantów z policją, m.in. w Bordeaux, Marsylii, Nantes , Lyonie, Lille, Tuluzie, Grenoble, St. Etienne i dziesiątkach innych miejsc, jednak większość dzisiejszych manifestacji i blokad we Francji przebiegła stosunkowo spokojnie. W Paryżu starcia skończyły się dopiero późną nocą. Na wielkim Placu Republiki, wypełnionym niemal w całości przez manifestantów, policja próbuje bezowocnie rozproszyć tłum. Zatrzymano już ponad 1500 osób, jednak ta rekordowa liczba może jeszcze wzrosnąć.

Francja była sparaliżowana czwartą sobotę z rzędu. Powszechne odrzucenie obecnego prezydenta i brak jego odpowiedzi politycznej na postulaty protestujących, skłoniło lewicową Nieuległą Francję do domagania się jak najszybszego rozwiązania parlamentu i nowych wyborów, najlepiej do Konstytuanty, która mogłaby zmienić instytucje V Republiki i odebrać prezydentowi jego monarchiczną władzę. W sytuacji, gdy to stanowisko zajmuje ktoś tak niedojrzały i nieodpowiedzialny jak Emmanuel Macron, sytuacja kraju zmienia się w społeczną katastrofę.

Francuzi domagają się poprawy poziomu życia najmniej zarabiających i powstrzymania polityki niszczenia francuskiego systemu socjalnego, sprawiedliwości fiskalnej i znacznych reform, które zdemokratyzowałyby obecny system polityczny.

Co było do przewidzenia, władze francuskie postanowiły także do obrony przeciwko „żółtym kamizelkom” wykorzystać sprawdzony pomysł przypisywania ich działań inspiracji rosyjskiej. Sekretariat Generalny ds. Obrony i Bezpieczeństwa (SGDSN) twierdzi, że dzieje się to za pomocą fałszywych kont na Twitterze, kontrolowanych – oczywiście! – przez rosyjskie służby specjalne. Za pomocą szerzenia zmanipulowanych informacji mają one podgrzewać atmosferę konfrontacji.

Kamizelki i lewica

Walka o przełom.

 

„Co mówią Francuzi, których spotkałem? Że Macron musi teraz odejść. Że musi odjechać samochodem, motocyklem, na koniu, na hulajnodze, śmigłowcem, byle jak, ale musi odejść zanim sprawi, że nasz kraj oszaleje z wściekłości, musi odejść , by przywrócić pokój społeczny i zgodę narodową” – mówił popularny poseł lewicowej Nieuległej Francji (LFI) François Ruffin, po dwudniowym objeździe blokad i wieców „żółtych kamizelek” w swoim okręgu wyborczym. I właśnie ten postulat numer 1 protestujących wydaje się nie do spełnienia. Ludowy bunt nie traci więc rozpędu a francuska radykalna lewica przestała się wahać i popiera go w całej jego różnorodności.

Ruffin stanął przed Pałacem Elizejskim, by „zdać sprawozdanie ze stanu ducha moich współobywateli: gniew zmienił się we wściekłość”. „Pycha prezydenta Republiki, jego głuchota, upór, brak ustępstw, są maszyną produkującą nienawiść” – mówił swym lekko załamującym się głosem do dziennikarzy i przechodniów. „Przemoc do niczego nie prowadzi, ale to on swoją arogancją rozdziera Francję, to on chce tu ognia i krwi” – mówił. A co mówią ludzie? – zapytali dziennikarze. „Skończy jak Kennedy”, „Jak go spotkam, trudno, pójdę potem do więzienia”, „Widzi pan ten nagrobek, jak dla niego” – to są słowa pracowników tymczasowych, spokojnych emerytów, zwykłych mieszkańców”.

Emmanuel Macron, po powrocie z Buenos Aires, gdzie uczestniczył w szczycie G-20, postanowił obejrzeć stan Łuku Triumfalnego, który co nieco ucierpiał na skutek sobotnich zamieszek w stolicy, o skali porównywalnej do tych z 1968 r. Był ranek, na obrzeżu Placu Gwiazdy prawie nie było pieszych, ale i tak do jego uszu dotarł krzyk „Macron do dymisji!” skandowany przez przypadkowych przechodniów, którzy dostrzegli go zza szczelnej obstawy. Wtedy pojechał do koszar CRS (oddziały specjalne policji, mniej więcej odpowiednik b. ZOMO), by dziękować za „dzielną postawę” podczas starć z tłumem i obiecać im nadzwyczajne premie finansowe. Gdy wczoraj udał się po cichu do prefektury Górnej Loary podpalonej w sobotę przez manifestantów, część policjantów musiała powiadomić mieszkańców, gdyż w trakcie wyjścia z budynku oprócz tradycyjnych „Macron do dymisji” i „Przyjdziemy po ciebie!” rozległy się głośno mocno wulgarne obelgi.

 

Ostrożność radykalnej lewicy

Macrona trafił wielki bumerang, którym rzucał w ludzi od początku swej kadencji. Tak bezczelnie radykalnego przesuwania dochodów z dołu do góry nie dokonał żaden poprzedni prezydent, choć byli wśród nich neoliberałowie. Miliardy, które dzięki jego pomysłom podatkowym popłynęły do prywatnych kieszeni jego sponsorów – miliarderów, wszelkiej maści finansistów i rentierów – chciał odebrać uderzając w miliony najsłabiej uposażonych, tych, którzy każdego miesiąca nie mogą związać końca z końcem. Ten neoliberalny ekstremizm podbity regularnie wyrażaną pogardą dla ubogich prowincjuszy („ludzie, którzy są niczym”) kończy się „gorącą jesienią”, którą zapowiadali nie tylko liczni socjologowie, ale i parlamentarna Nieuległa Francja oraz inne partie lewicy.

Trzeba przyznać, że pozaparlamentarne partie i stowarzyszenia lewicowe z początku podeszły do ruchu „żółtych kamizelek” dość nieufnie, jakby nie wierzyły własnym oczom. Jak dziś próbują się usprawiedliwiać aktywiści np. z ATTAC-u (Obywatelskiej Inicjatywy Opodatkowania Obrotu Kapitałowego), niektórzy dali się kolejny raz nabrać prorządowym mediom, które klasyfikowały ruch jako „skrajnie prawicowy” i „populistyczny” w nadziei, że przez porównanie do partii Marine Le Pen (Zjednoczenia Narodowego – RN) ludzie przez pewien automatyzm polityczny będą skłonni opowiedzieć się raczej za Macronem, jak w czasie drugiej tury zeszłorocznych wyborów prezydenckich. Dziś zarówno Attac, jak i Nowa Partia Antykapitalistyczna (NPA), która połapała się jednak wcześniej, w pełni popierają „żółte kamizelki” i ich decyzję kontynuacji protestów, mimo wczorajszych, pozornych ustępstw Macrona. Zwyciężyła prosta konstatacja: lewica nie może stać z boku w walce o elementarną sprawiedliwość społeczną.

 

„Żółte kamizelki” – lewicowe, czy prawicowe?

W tak szerokim ruchu protestu są oczywiście obecne wszystkie poglądy polityczne, ale nie da się tak szybko podać wiarygodnego składu politycznego protestujących, bo na razie robi się klasyczne sondaże na tysiącosobowych grupach, które rozbijają się o pewną prawidłowość: prawie nikt nie chce się dziś przyznać, że głosował na Macrona w wyborach prezydenckich, więc podaje nazwiska innych kandydatów. Łatwiej o określenie składu socjalnego: jeśli wierzyć tym pośpiesznym sondażom, 55 proc. to robotnicy, a reszta to tzw. niższa klasa średnia (jak urzędnicy, nauczyciele, pracownicy nie-fizyczni), bezrobotni i emeryci, większość z prowincji, wsi i małych miasteczek, skąd polityka neoliberalna wyrzuciła kolej, poczty, szkoły i szpitale. Coraz więcej płacić na państwo, które się zewsząd wycofuje – to nie jest idea, która mogła im się spodobać.

Trudność określenia wyraźnego profilu politycznego „żółtych kamizelek” porównuje się do trudności wyłonienia przez nie jakichś reprezentantów, którzy mogliby negocjować z rządem, ale to jednak różne dziedziny. To drugie wynika z bardzo widocznego braku zaufania do demokracji pośredniej (przedstawicielskiej). Poszczególne wiece, grupy blokujące, powstałe sejmiki obywatelskie odrzucają ideę wyboru lub nawet losowania przedstawicieli, którzy „decydowaliby za nas”. Do tej pory nie ma więc żadnych regionalnych ani krajowych reprezentantów, a jedynie kilkunastu zmieniających się „rzeczników”, do występowania w mediach, by przedstawiać uchwalone postulaty lub sytuację mieszkańców.

Mnożą się odezwy jak ta przykładowa powyżej sprzed kilku dni, z typowego, 6-tysięcznego miasteczka we wschodniej Francji, gdzie mieszkańcy ułożyli tekst i wyznaczyli tych, którzy go odczytali. To wezwanie to tworzenia stałych „domów ludowych” niezbędnych do wspólnego radzenia, porozumiewania się i koordynacji na zasadzie równości wszystkich obywateli. „Nie pozwólmy, by ktoś nami kierował, nie dajmy się podzielić!”. „Wzywamy do tworzenia komitetów ludowych, które funkcjonowałyby jako stałe sejmiki. Miejsc, gdzie słowo się wyzwala, gdzie można się wyrazić i wzajemnie sobie pomóc. Jeśli potrzeba delegatów, to jedynie z każdego komitetu ludowego żółtych kamizelek, gdzie pozostają blisko słowa ludowego, z mandatem odwoływalnym i zmieniającym się, w pełnej jawności i z zaufaniem.” Niektórzy rozpoznają w takich apelach „skręt anarchistyczny” lub „model szwajcarski”, który robi „zaskakującą” furorę.

W każdym razie model ten nie przeszkadza koordynacji: po niemal trzech tygodniach udało się stworzyć powszechnie akceptowaną, krajową listę postulatów, z której „wreszcie” można odczytać profil polityczny ruchu. Jakby nie patrzeć, jest on lewicowy. Na liście postulatów można znaleźć kilkadziesiąt poprawek lub projektów ustaw, które wnosili w parlamencie Nieuległa Francja, komuniści i nawet „socjaliści” (pozostała w parlamencie resztka rządzącej do niedawna Partii Socjalistycznej). Wszystkie je oczywiście odrzuciła większość partii prezydenckiej (LREM), ale oto wróciły „od dołu”. Przywrócenie podatku od wielkich fortun, którego domagała się LFI, stało się tak silnym życzeniem „żółtych kamizelek”, że nawet partia Marine Le Pen i gaullistowscy Republikanie musieli je z pewnym ociąganiem poprzeć, nie chcąc wypaść na „niesprawiedliwych” w oczach wyborców.

 

Rewolucja?

Każdy, kto uważnie czytał programową książkę Emmanuela Macrona Rewolucja (zrobiła ona wrażenie na Robercie Biedroniu), mógł zauważyć, że klasy ludowe nie zajęły w niej w żadnego miejsca. Być może wtedy nie wynikało to jeszcze z pogardy, lecz zwykłej ślepoty klasowej milionera z wyższej burżuazji. Widzieć „rewolucję” w uberyzacji i uśmieciowieniu zatrudnienia, okraszoną sloganami o „start-upach” i abstrakcyjnej „nowoczesności”, która prawa pracownicze cofała do XIX w., mogli jedynie publicyści oligarchicznych mediów.

Jeśli jest w kadencji Macrona coś rewolucyjnego, to ów społeczny ruch, którego postulaty polityczne napędzają prezydenckiej administracji takiego stracha. Symbolem pragnienia zmiany stał się zamiar „pójścia po niego”, do Pałacu Elizejskiego. To się odnosi do deklaracji prezydenta, który po ujawnieniu jego prób stworzenia policji politycznej krzyczał histerycznie „niech przyjdą po mnie!”, arogancko pewien swej „nienaruszalnej” pozycji. Rzeczywiście we francuskim systemie politycznym instytucjonalne obalenie go jest praktycznie niemożliwe i dlatego lewica parlamentarna nawołuje do rozwiązania parlamentu i nowych wyborów, by go pozbawić szkodliwej większości wybranej na fali jego wyboru, która dziś przegrałaby z kretesem. Lewica bardziej radykalna, ta która uważa, że „przemiana ekologiczna w kapitalizmie jest niemożliwa” pójdzie w najbliższą sobotę „do Pałacu” wraz z „żółtymi kamizelkami”.

 

Determinacja i solidarność

Celem ogłoszonych przez rząd „ustępstw” było przede wszystkim uniknięcie kolejnej soboty zamieszek w Paryżu i reszcie kraju, ale analiza komunikatów „żółtych kamizelek” wskazuje, że determinacja protestujących ani trochę nie osłabła. Wprost przeciwnie: do ruchu dołączają uczniowie, studenci, kierowcy ciężarówek, pielęgniarki i kolejne sektory społeczne. Żaden tłum nie zostanie dopuszczony do Pałacu Elizejskiego, ale sprawy zaszły już tak daleko, rachunek społecznych krzywd tak narósł, że nawet gdyby rządowi udało się stłumić bunt, niedługo się odrodzi, może w gwałtowniejszej formie. Francuzi chcą więcej sprawiedliwości, a nie turbo-kapitalizmu tworzącego społeczne przepaści.

Oczywiście walkę o „rząd dusz” protestujących prowadzi też prawica, w tym ugrupowanie Marine Le Pen, jednak żaden z jej ksenofobicznych postulatów nie został zatwierdzony. Jaki ostateczny kształt przybierze fronda „żółtych kamizelek” zależy nie tylko od postanowień rządu, czy prób przejmowania jej przez prawicę, ale i od pracy społecznej ludzi lewicy, którzy jak na razie spisują się całkiem dobrze: jeżdżą wysłuchiwać ludzi, radzić, wspierać, pomagać. Nikt w zasadzie nie chce przemocy, jednak ciągle wisi ona w powietrzu. Według dzisiejszych sondaży, 78 proc. obywateli uważa „ustępstwa” rządowe za niewystarczające. Historyczny czas, który przeżywa właśnie Francja wcześniej, czy później, odbije się na reszcie naszego kontynentu.

Gniew żółtych kamizelek

Korespondencja z Paryża

 

To nie była demonstracja paryżan. Ich na manifestacji było stosunkowo mało, jeśli już – to klasy średnie zbiedniałe. Przedmieścia ludowo-imigranckie były bardzo słabo reprezentowane, poza paroma grupkami młodych. Widziałem również kilka kobiet w chustkach – bez problemy mieszały się z tłumem. Panowała atmosfera wzajemnej życzliwości, która przerodziła się w gniew dopiero wtedy, gdy policja zaczęła rozpędzać tłum brutalnymi metodami, także przy pomocy trujących gazów importowanych z Niemiec. Pierwszy raz zetknąłem się z takimi metodami na manifestacji lewicowej, antyimperialistycznej, w Monachium w 1993 r. Za Sarkozy’ego takie twarde metody importowano na ulice Paryża. Widocznie stare sojusze z czasów Vichy i Petaina na salonach mieszczuchów przetrwały.

 

Manifestanci w dużej mierze pochodzili z prowincji.

Wielu było zabiedzonych emerytów oraz drobnych prekariuszy, którzy muszą dojeżdżać do pracy samochodem, bo linie kolejowe zostały zlikwidowane.

Stąd bunt przeciwko cenom paliwa i diesla… To nie są „rzecznicy samochodów i konsumpcji”, jak ich oskarżają centrolewicowi, „ekologiczni” mieszczanie, którzy owszem jeżdżą rowerami, ale lubią spalać tony paliwa na swoje lotnicze wyprawy „konferencyjno-intelektualno-polityczno-urlopowe” lub importować w zimie chilijskie truskawki. Spotkałem też licznych robotników z małych miast, drobnych sprzedawców produktów rolnych, młodych gniewnych prekariuszy. Szli w grupach zakładowych kolegów, Francuzi, migranci z krajów arabskich i przybyli z Hiszpanii. Dużo było bardzo konkretnych rozmów o tym, kto za co żyje, ile zarabia i w jaki sposób musi dorabiać. Popularny sposób? Uprawianie różnych warzyw i owoców na poletkach obok domów. Kwestia dorabiania nurtowała także emerytów. Niektórzy z nich z trudem wiążą koniec z końcem, inni pomagają bezrobotnym dzieciom lub wnukom. Takie realia „rozwiniętej” Francji B.

Słyszałem tę prowincję w języku. Jeden z młodych manifestantów zwrócił się do mnie: Przepraszam pana, czy pan może się posunąć, bardzo proszę, muszę przejść, budować barykadę! W języku paryskim nie da się już czegoś takiego usłyszeć.

Wieś, małe miasteczka i średnie miasta poszły na spotkanie „wielkiej stolicy”, w której wielu z nich wcześniej nie było nigdy. Stąd idea, by manifestować na Polach Elizejskich i obok Pałacu Elizejskiego, czyli prezydenckiego. Tradycyjnie paryska lewica demonstruje wokół placów Republiki, Narodu i Bastylii, co już nie przeszkadza burżuazji.

 

Żółte kamizelki o tym nie wiedziały.

Wkroczyły na tereny, gdzie wielka burżuazja się bawi, bo właśnie te miejsca ludziom z daleka kojarzyły się z Paryżem. Lud ze słomą wychodzącą z butów wszedł z butami na salony „cywilizowanych” burżujów i zagranicznych oligarchów (amerykańsko-arabsko-izraelsko-rosyjskich) – i nawet pojął to dopiero po czasie, jak można było sądzić po rozmowach. Dopiero wtedy, gdy był już na tych prestiżowych ulicach, już dekorowanych i oświetlonych na cześć zimowego święta konsumpcji, nazywanego nie wiadomo dlaczego Bożym Narodzeniem.

 

Cała przemoc na manifestacji pochodziła od policji.

Zebrani byli nastawieni całkiem pokojowi, powiedziałbym – dobrodusznie. Dopiero, gdy użyty został gaz i wjechały armatki wodne, demonstranci zaczęli spontanicznie budować barykady z czego popadło i palić ogniska, żeby pokazać swój gniew. Znamiennie – troszczyli się przy tym, by pożar nie dotarł do otaczających budynków.

Na Polach Elizejskich są bogate hotele, banki, drogie restauracje. Żadne z tych miejsc nie zostało tknięte przez manifestantów.

Mimo całego gniewu wobec bogaczy i próżniaków z całego świata, którzy tam się zwykle gromadzą. To należy podkreślić – chociaż ja sam zastanawiam się, czy nie należało raczej okupować obiektów należących do banksterów i służących im mediów.

Na całej demonstracji widziałem jednego jedynego przedstawiciela skrajnej prawicy. Niósł hasło „Front Narodowy was popiera” – sam chyba nawet nie wiedział, że Front zmienił nazwy już parę miesięcy temu. Dużo więcej było lewicowców – byli raczej przychylnie przyjęci. Widziałem trochę czerwonych flag, kilka portretów Che Guevary i kilka chustek palestyńskich. W skali całego wydarzenia było ich jednak niewiele. Większość uczestników nie miała wyraźnych afiliacji politycznych. Lider Nieuległej Francji Jean-Luc Melenchon apelował na Twitterze o poparcie manifestacji, ale widziałem tylko jednego posła z tego ugrupowania, Ruffina. Spokojnie rozmawiał, debatował z demonstrantami.

 

Nikt nie przyszedł z hasłami i partyjnymi znakami – z żadnego zresztą ugrupowania.

Tzw. „komuniści” mieli w ten dzień swój zjazd – doskonały pretekst, by nikogo nie wysyłać i ograniczyć się tylko do słownego „poparcia manifestantów”. Nowa Partia Antykapitalistyczna (NPA) też nie przyszła, ale to nie zdziwiło. Ta grupa już od kilku lat woli zebrania salonowe i umoralniające przemowy niż kontakt z masami i działalność wśród dołów społecznych, wśród realnie istniejącego ludu. Małe a liczne inne ugrupowania „lewackie”, których we Francji jest mnóstwo, także się nie pojawiły. Jeśli nawet ktoś z tego grona był w tłumie, to starał się trzymać linię „pozornej apolityczności”. Według (niestety) przyjętego dziś standardu.

Manifestanci byli więc głównie ze środowisk, które dotąd nie były upolitycznione. Dopiero się uczą, dotychczas byli bierni, dopóki nie ogarnął ich gniew. Tym bardziej byli zszokowani tym, co w Paryżu znamy od dawna – z hipokryzją mediów i przemocą policyjną. Dopiero teraz się z nią zetknęli, zobaczyli kontrast między prawdą i medialnym obrazem na własne oczy. Dużo było dyskusji miedzy manifestantami. Każdy się w biegu uczył myśleć politycznie. Dzięki Macronowi !!! Wielkie jemu za to dzięki !!!

Tak więc brzmiały główne wątki – zasłyszane, zauważone, wykrzyczane:

Media kłamią! Macron musi odejść! Bankierzy kradną! Zabić banksterów! Długi są niesprawiedliwe! Trzeba atakować raje podatkowe! Kontrolować łamanie prawa podatkowego przez bogatych! Kontrolować eksport kapitału! Trzeba podnieść poziom życia, zabierając bogatym! Nie dajemy rady żyć z takimi pensjami! Nie walczymy dla siebie, ale o prawo do życia naszych dzieci! Koniec z kosztownymi wojnami w Afryce i krajach arabskich! Precz z handlarzami broni! Oskarżają nas o faszyzm, bo nie mają argumentów!

I dalej:

Wszyscy żyjemy we Francji, musimy razem walczyć! O nasze prawa do godnych zarobków i pracy! Mamy nadzieję, że przedmieścia (imigranckie – przyp. BD) się włączą, wtedy dopiero będzie prawdziwa walka! Partie polityczne i związki zawodowe zawaliły, my byliśmy grzeczni, a teraz trzeba być poważnym i się zorganizować! Dotychczas był bunt, czas przejść do rewolucji! Obalić system!

 

Obalić Macrona, obalić rząd, obalić system!

Nic o UE, nic o NATO. Widziałem jeszcze hasło: Społeczeństwo obywatelskie do parlamentu! Słyszałem też Marsyliankę. Fragment, gdzie śpiewa się „niech nieczysta krew użyźni naszą ziemię”. Tyle, że demonstranci przerabiali to na „krew Macrona”.

Zapamiętałem też dobrze jedną scenę. Jedna z libańskich stacji TV prowadziła wywiady z manifestantami. Nagle jeden z nich, widząc kamerę, zawołał: „Pierdolone media! Media prostytutki!”. Ale z tłumu ktoś odpowiedział: to Libańczycy, pozwól im robić swoją robotę, dzięki nim ludzie się dowiedzą, co tu naprawdę się dzieje. Media francuskie kłamią!

Na to znowu ktoś inny: Libańczycy już wiedzą, co to szczucie jednych na drugich w imię religii i rasy, my tu takiego czegoś nie chcemy, wszyscy mamy być razem, żeby walczyć o godną pracę w naszej wspólnej Francji!

Libańczycy byli rozradowani, uśmiechnięci… Za to dziennikarzy francuskich było bardzo mało. Widać, że się bali reakcji ludzi. Kiedy zbliżyła się ekipa prorządowej BFM TV, ludzi do niej krzyczeli: „Będziecie zadawać pytania, a potem tak to potniecie, że wyjdziemy na faszystów lub prowokatorów. Umiecie tylko kręcić i kłamać! Czy wam nie wstyd ?” Ekipa uciekła potem przed tlumem… A ci bardziej niby lewicujący, jak „Le Quotidien”? Gdy starali się nawiązać rozmowę, mówili coś w rodzaju: „No dobrze, wiecie, ze tak naprawdę Macron odejść nie może, bo takie są reguły demokracji. Więc co konkretnie chcecie, żeby zrobił ?”

 

Około 80 proc. Francuzów popiera „żółte kamizelki”.

To wynik oficjalnych sondaży, który potwierdza się w terenie, nawet, gdy rozmawia się z policjantami. Oni też często myślami są po stronie manifestantów. To oznacza, że wśród manifestantów musiało być wielu takich, którzy głosowali na Macrona i na Le Pen. Ale ogólna atmosfera na proteście nawiązuje do pamięci o rewolucji francuskiej. Nikt otwarcie nie wypowiadał się w duchu prawicowym. W żadnej rozmowie nie usłyszałem niczego rasistowskiego czy w duchu Le Pen… Nie twierdzę, że tego nie ma, ale to znaczy, że oni wiedzą, że nie mogą wyjść ze swoimi poglądami, bo to nie „ich teren”. Słyszałem w bocznej ulicy rozmowę grupy młodych: „Musicie zrozumieć, trzeba przestać glosować na tę k… Le Pen jako na niby-opozycję. Dokładnie tego życzy sobie Macron!”. Co do Le Pen, z jednej strony chciała ona przejąć ten ruch, z drugiej – boi się go.

Nowe warstwy ludowe, biedni i średnio biedni, wchodzą do boju i kształcą się politycznie w sposób spontaniczny, w wielkiej próżni. Bo co się dzieje z lewicą? Wspomniany zjazd Francuskiej Partii Komunistycznej przyjął nowe logo. Bez sierpa i młota, z mapą Francji w kształcie podobnym do czerwonej gwiazdy, ukoronowanej ekologicznym drzewkiem … Nieuległa Francja już niemal definitywnie podzieliła się między radykałami, którzy chcą włączyć się do konkretnej walki klasowej i budować coś trwałego na dole, a tymi, co dążą do instytucjonalnego przejęcia resztek Partii Socjalistycznej i są gotowi do „kompromisów” w imię tzw. „realizmu” …

Generalna Konfederacja Pracy przygotowuje swój zjazd – tam też wyraźnie spór miedzy bazą lewicową, która chce znowu klasowego związku i powrotu do Światowej Federacji ZZ, a prawicą, która podtrzymuje linie Europejskiej Konfederacji ZZ i Międzynarodowej Konfederacji ZZ. Inne „umiarkowane” związki, szczególnie CFDT, są przeciwko manifestantom, poparcia udzieliła tylko jedna federacja Force Ouvriere. Ważne kiedyś ugrupowania trockizujące, anarchizujące, maoizujące, ekologizujące stały się w dużej mierze klubami dyskusyjnymi emerytów politycznych.

 

Tymczasem młodzież buduje od podstaw swoją wizję przez stowarzyszenia,

które zaczynają się na nowo dzielić na lewicujące i prawicujące, od rojalistow po ultra-maoistow lub „apolitycznych”. Coraz bardziej widać podział miedzy „lewicą moralną”, salonową, hasłową, intelektualno-mieszczańską, instytucjonalną, a „lewicą społeczną”, klasową, oddolną, ludową, skłonną do poniesienia ryzyka swych decyzji.

Ultraprawica także się odbudowuje. Konfrontacja wydaje się nieuniknione, ale nie z padającym Zgromadzeniem Narodowym Marine Le Pen, ale z twardogłowymi rzecznikami „tożsamości”, białej lub tej islamistycznej. Ci są na razie wyizolowani od mas, które chodzą bardziej twardo po ziemi i kalkulują na bazie interesów materialnych, niezależnie od tego, czy wierzą w Boga muzułmanów, katolików czy jakiegoś innego. Proces więc trwa, a „żółte kamizelki” przyspieszają okres dojrzewania. Rozgniewana ludność musiała się sama rzucić na ulice, bo awangardy nie było…

Historia Francji uczy, że lud najpierw debatuje w kawiarniach i na ulicy, gdy wychodzi protestować, główkuje samodzielnie, a potem dryfuje na lewo. Rozumie, że ludzie to ludzie, a ludzie pracy to ludzie pracy, nie ma ograniczeń rasowych, narodowościowych, religijnym. Traf chciał, że najbardziej rozbudowane myślenie zauważyłem wczoraj wśród robotników, w tym z zakładów na prowincji. Ten fakt potwierdza to, co lewica wie od mniej więcej 150 lat – świadomość bazuje na stosunkach produkcji.

Protesty trwają…

Wolni z wolnymi! równi z równymi! Prekariusze wszystkich krajów, łączcie się!

Radykalizacja „żółtych kamizelek”

Tego nie spodziewały się same „żółte kamizelki”. Spontaniczny ruch protestu, który objął cały kraj w sobotę 17 listopada, przeciągnął się na niedzielę i trwa do dzisiaj. Mało tego, na najbliższy weekend przewiduje „marsz na Paryż”, by prawdopodobnie powtórzyć sobotnią próbę podejścia pod Pałac Elizejski, siedzibę prezydenta Emmanuela Macrona. Prawie 80 proc. Francuzów popiera tę ludową frondę, mimo wyraźnej niechęci oligarchicznych mediów.

 

Świat od jakiegoś czasu zna mechanizm „skrzykiwania się” za pomocą portali społecznościowych, by zorganizować jakiś protest. Ale ruch „żółtych kamizelek” wygląda na bezprecedensowy, gdyż najdosłowniej objął cały kraj. W nieco ponad miesiąc od pierwszych propozycji na Facebooku, 17 listopada w każdym departamencie ludzie ubrani w żółte kamizelki wyszli na drogi i ulice, by blokować ruch w proteście przeciw polityce Macrona – „prezydenta bogatych”, jak go powszechnie nazywają. Liczby pozostają sporne: według rządu (policji), ponad 2 tys. blokad miało skupić ok. 300 tys. osób. Ruch nie ma żadnego centralnego organizatora, więc brakuje jego wersji. Tym razem odezwały się jednak związki zawodowe policjantów, które mówią o „co najmniej” milionie uczestników. Bez względu na liczbowy rozmiar buntu, jego terytorialna skala zasiała w rządzie strach, skrywany na razie milczeniem Macrona.

We wtorek 20 listopada, minister spraw wewnętrznych Christophe Castaner gromko potępił „totalne zboczenie” w kierunku przemocy ruchu, który jego zdaniem jeszcze w sobotę był „generalnie grzeczny”. „Widzimy, że mamy do czynienia z radykalizacją i niespójnymi postulatami” – narzekał, podając przykład trzech policjantów rannych od metalowych bul (do popularnej gry w bule – pétanque), gdy wraz z innymi próbowali nocą znieść blokadę centrum handlowego w Langueux, na północy kraju. „Żółte kamizelki” odpierały tam policyjny atak z łomami i butelkami z benzyną w rękach. Ogółem bilans czterech dni dotychczasowej „anarchii” to ponad 500 rannych cywilów i prawie 100 policjantów. Gorąco zrobiło się również w departamentach zamorskich – na sparaliżowanej blokadami i rozruchami wyspie La Réunion (Ocean Indyjski) wprowadzono nawet stan wyjątkowy i godzinę policyjną.

 

Czego oni chcą?

Ruch narodził się z „kropli, która przepełniła czarę”, z protestu przeciw podwyżkom cen paliw samochodowych spowodowanym dołożeniem przez rząd kolejnego podatku, ale już w sobotę protestujący zapewniali, że chodzi o „wszystko”. Jeśli coś naprawdę łączy manifestantów, to ich krzyk „Macron do dymisji!”. Sama kwestia paliw jest dość paradoksalna dla skrajnego neoliberalizmu prezydenta, tak chwalącego „mobilność”, „elastyczność” , jak też brak jakiegoś zakorzenienia, które mają być warunkiem dobrobytu – taksując paliwa ogranicza przecież indywidualny transport i to bez żadnych inwestycji w transport zbiorowy. Wprost przeciwnie: zlikwidowano tysiące kilometrów regionalnych linii kolejowych zmuszając ludzi do brania kredytów na samochody. W wielkich miastach, gdzie zbiorowy transport dobrze działa to mniejszy problem niż na prowincji, gdzie ludzi muszą jeździć często dziesiątki kilometrów do pracy.
To, co najbardziej oburza manifestantów, to przyśpieszająca za Macrona obniżka poziomu życia oraz postępujący upadek usług publicznych i ubezpieczeń społecznych. Młody, arogancki bankier od Rothschildów wygrał wybory prezydenckie, które dziś wydają się sprawnie wykonanym „skokiem na kasę” autorstwa najbogatszych. Oligarchiczne media stanowiące 95 proc. ogółu rynku medialnego we Francji popierały „antysystemowego” kandydata, który gwarantował doprowadzenie systemowego neoliberalizmu do zwycięstwa. Cóż znaczy inwestycja grupy miliarderów w Macrona warta kilkadziesiąt milionów euro wydanych na kampanię, w porównaniu z dziesiątkami miliardów zysków, które im zapewnił, likwidując podatki od wielkich fortun? To było tym „zwycięstwem”. Problem w tym, że ci, którzy teraz za to muszą płacić, mówią „nie”.

 

Dwie Francje

Znany lewicowy ekonomista Frédéric Lordon już w czasie tej mistyfikacji, którą była kampania Macrona, zauważył, że po 30 latach „reform” neoliberalnych młody finansista jest rodzajem ostatniej szansy ludzi tego systemu na utrzymanie się u władzy, i to mimo, że zapaść kraju była już widoczna. Pisał wtedy: „Bogaci chcą pozostać bogaci, a możni pragną być jeszcze bardziej potężni. To jedyny projekt tej klasy i jedyna racja bytu jej Macrona. W tym sensie to spazm systemu, który odsuwa swoją śmierć, jego ostatnie rozwiązanie. Jedyny sposób, by przebrać kontynuację, która stała się nieznośna dla reszty społeczeństwa, za zupełną, kompletnie sztuczną nowość, ubraną teraz w konkurencyjną nowoczesność – na użytek mediów. (…) Macron, samozwańczy „antysystemowiec” jest punktem zbornym, do którego śpieszą wszystkie odpadki systemu, wszyscy skompromitowani, niewierzący wręcz w ten fawor opatrzności: możliwość jeszcze jednego obrotu karuzeli…”.
Na ultraliberalnej globalizacji skorzystały wielkie miasta, ale już w latach 90. ubiegłego wieku zaczęto mówić o „pęknięciu społecznym”, które dziś stało się „przepaścią”. Kilka lat temu ekonomiści i socjologowie zwracali uwagę, że na neoliberalizmie zyskało lub przynajmniej nie straciło ok. 40 proc. populacji, ale pozostałe 60 proc., właściwie cała prowincja, to przegrani. Jakie są dzisiejsze proporcje? Gorączkowy neoliberalizm „socjalistów” (Partii Socjalistycznej rządzącej w poprzedniej kadencji, zmiecionej w wyborach) właściwie przygotowywał grunt pod neoliberalny ekstremizm Macrona. Ograniczenie praw pracowników i bezrobotnych, zmniejszenie emerytur i stypendiów, postępująca likwidacja usług publicznych i całego, ukształtowanego po II wojnie światowej francuskiego systemu socjalnego, ciągle okazywana pogarda dla prowincjuszy („Te żółte kamizelki jeżdżą samochodami na ropę i palą papierosy” – mówił zdegustowany rzecznik rządu Benjamin Grivaux) – wszystko to sprawiło, że protestujący mają dość „wszystkiego”.

 

Ruch rewolucyjny?

Fronda „żółtych kamizelek” obyła się bez partii politycznych i związków zawodowych, ale dość szybko poparcie dla niej wyraziła niemal cała opozycja parlamentarna wobec partii prezydenckiej (LREM). Mamy tu z prawej strony Zjednoczenie Narodowe (b. Front Narodowy) i Republikanów (gaulliści) a lewej Nieuległą Francję, Nową Partię Antykapitalistyczną i komunistów. Dalszy los tego ruchu dla wszystkich pozostaje zagadką, ale większość uważa, że tak czy inaczej stało się coś nadzwyczajnego. Jakby w historii walk społecznych było jakieś „przed 17 listopada” i jakieś „po”, które na dłuższą metę może zaowocować zmianami politycznymi. Rząd nie ma zamiaru ustępować i – zdaniem lidera Nieuległej Francji (LFI) Jean-Luca Mélenchona – może na krótką metę zdławić ten bunt. „Ale niemożliwe, by cofnął film, który rozegrał się w duszach wielkiej liczby ludzi. Zdobyta wiara w siebie nie wycofa się tak łatwo. Presja nie zniknie” – pisał na swoim blogu.
Ci, którzy widzą w „żółtych kamizelkach” zaczątek ruchu rewolucyjnego zwracają uwagę na innego rodzaju „przepaść”: generalny brak zaufania protestujących do mediów. To oczywiście bezpośrednia konsekwencja „mega-oszustwa” w kwestii Macrona w czasie kampanii prezydenckiej, ale też obecnej wrogości tub władzy wielkiego kapitału wobec protestów. Ten brak zaufania miałby świadczyć o dającym nadzieję wzroście zmysłu krytycznego, choć przedstawiciele rządu wolą mówić o objawach „niebezpiecznego populizmu”. Dziennikarze oligarchicznych mediów, nazwani kolektywnie „sprzedawcami gówna”, mają pewne trudności z relacjonowaniem protestów. Zetknięcie z prowincją nierzadko kończy się dla nich wysłuchaniem obelg. Teraz niektórzy z nich sami twierdzą, że szalony wzrost nierówności i lekceważenie dla „pozostawionych na boku” będzie musiało znaleźć jakieś polityczne ujście.

 

Rewolta wyborcza

Wrogość protestujących do „Robin Hooda na odwrót” (Macrona) i spontaniczny, niemal powstańczy charakter frondy to w zasadzie zjawisko dostrzegalne w innych krajach zachodnich, gdzie neoliberalizm narobił szkód społecznych. Odrzucenie samozadowolonych elit finansowych może mieć oczywiście różne oblicza, również niepożądane z lewicowego punktu widzenia, jednak wszystko zależy od zaangażowania polityków i partii, którym zależy na innym, bardziej sprawiedliwym porządku społecznym.

Kiedy premier Philippe przekonywał w telewizji przez 20 minut, że rząd nie może w niczym ustąpić, ani „żółtym kamizelkom”, ani pielęgniarkom (które dziś masowo wyszły na ulice), ani zresztą nikomu, reakcje nie były parlamentarne. „Równie dobrze mógł powiedzieć „pierdolę was”, byłoby krócej” – zżymał się Ian Brossat, pierwszy na liście komunistów w zbliżających się wyborach europejskich. Oligarchia francuska atakuje lewicę tak, by to nie ona pokonała w tych wyborach partię prezydencką, lecz raczej Zjednoczenie Narodowe Marine Le Pen. To w nim widzi lepszego partnera, gdyby cały epizod macronizmu miał zostać w końcu odrzucony. Te manewry medialno-polityczne są antycypacją bez ryzyka, bo już nikt nie wierzy, by ludzie Macrona mogli odnieść zwycięstwo.

Póki co, rząd wprowadził na najbliższy weekend zakaz wszelkich manifestacji w Paryżu w promieniu kilku kilometrów wokół Pałacu Elizejskiego.

Jak to się robi w Paryżu?

Taka okazja zdarza się raz w życiu, więc tym razem na obchody 11 Listopada postanowiłem wybrać się do Paryża, jako że to nie w Warszawie, lecz pod francuskim Compiègne dokonał się 100 lat temu najważniejszy akt wojskowo-polityczny w Europie. Liczyłem na – zamiast hałaśliwego i cuchnącego dymem rac tzw. „Marszu Niepodległości” w Warszawie – wspaniałą, barwną defiladę na Polach Elizejskich i na wysłuchanie „Marsylianki”, ale Emmanuel Macron zrobił mnie w konia i defiladę odwołał.

 

Początkowo brałem pod uwagę wyjazd podCompiègne, kilkadziesiąt kilometrów od Paryża, gdzie 100 lat temu, w położonym o kilkanaście kilometrów od tegoż Compiègne lasku Rethondes, rozciąga się tzw. Clairière de l’Armistice, rodzaj rozległej, wybetonowanej i ozdobionej pomnikami polany, swoiste mauzoleum, gdzie 11 listopada 1918 roku, w wagonie kolejowym, Niemcy podpisali przed marszałkiem Francji Ferdynandem Fochem akt kapitulacji kończący Wielką Wojnę 1914-1918, nazwaną później I wojną światową. Jednak okazało się, że dostanie się tego dnia do tego historycznego miejscu będzie niemożliwe, jako że będą tam pan prezydent Francji i pani kanclerz Niemiec Angela Merkel, więc teren zostanie tak szczelnie otoczony przez policję, że mysz się nie przeciśnie. Na krótko przed odlotem do Paryża dowiedziałem się także, że spodziewanej przeze mnie wojskowej defilady nie będzie. Prezydent Macron, zwany tu złośliwie „małym Napoleonem”, uzasadnił swoją decyzję o rezygnacji z niej względami – powiedzmy – psychologicznymi. Uznał bowiem, że defilada zwycięstwa byłaby niepotrzebną formą upokorzenia Niemców. Wydała mi się ta argumentacja trochę dziwna, jako wyraz nadmiaru poprawności historycznej i zbytek delikatności, bo to ostatecznie Niemcy wywołali tę straszliwą wojnę, ale cóż było robić…

 

Akademia w Champagne-sur-Seine

W przeddzień rocznicy nadarzyła się okazja osłodzenia sobie tego rozczarowania. W niewielkim podparyskim, sennym miasteczku Champagne-sur-Seine, w departamencie Seine et Marne, w którym zamieszkałem, w miejscowym ośrodku kultury odbyła się otwarta dla wszystkich chętnych lokalna, uroczysta akademia rocznicowa. Typową salę kinowo-widowiskową wypełniła, prawie w całości, publiczność na ogół w wieku 50 plus. Na scenie zainstalowano skromną scenografię w postaci płóciennych worków i drewnianych skrzynek „na amunicję”, rekwizytów nawiązujących do akcesoriów wojennych, do okopów. W tle wyświetlano fragmenty archiwalnych kronik z pól bitewnych. Aktorzy-amatorzy odczytywali fragmenty pisanych na froncie listów żołnierzy do bliskich, miejscowy chór damsko-męski śpiewał smętne chorały ku czci poległych, a dla kontrapunktu zaserwowano też serię wesołych, dziarskich piosenek ludowych ze słynną „La Madelon” (taki odpowiednik naszej „Przybyli ułani pod okienko…”) na czele, odśpiewanych przez solistkę Karin w kaszkiecie à la Gavroche. Co znamienne, w „La Madelon” wokalistka opuściła zwrotkę opiewającą chwałę wodzów walczącej Francji („Joffre, Foch et Clemenceau”). Niejaka „depersonalizacja” tej wojny, unikanie kultu ówczesnych wodzów i położenie akcentu na udział i cierpienia zwykłych ludzi był charakterystycznym rysem klimatu tych obchodów. Zwykli, anonimowi żołnierze, a nie marszałkowie, generałowie czy ministrowie spoglądali też z okładek okolicznościowych, historycznych magazynów. Na wspomnianej akademii było też kilka krótkich oficjalnych przemówień, podziękowań, a w hallu po uroczystości czekał na widzów skromny poczęstunek w postaci szampana, napojów i słodyczy.

 

A nazajutrz…

Nazajutrz rano ruszyłem do Paryża, w nadziei, że coś jednak da się uszczknąć z oficjalnej uroczystości pod Łukiem Triumfalnym przy placu Charles de Gaulle – Étoile, gdzie ustawiono wielkie namioty dla oficjeli i akredytowanych dziennikarzy oraz fotoreporterów. Nic z tego. Plac szczelnie odgrodzono metalowymi barierkami i to z dużym zapasem przestrzeni. Media mówiły o Paryżu jako o „mieście-fortecy”, jako że poza prezydentem USA Donaldem Trumpem przybył tu m.in. także prezydent Rosji Władimir Putin. Zrobiłem w deszczu rundę wokół barierek, a potem jak niepyszny wróciłem na Pola Elizejskie, udekorowane trójkolorowymi flagami i naszpikowane uzbrojonymi funkcjonariuszami policji i wojska. Jedyne, co udało mi się zobaczyć, to „Bestię”, limuzynę full wypas wiozącą Trumpa w otoczeniu licznej obstawy, a jedyne co usłyszeć, to dalekie odgłosy odegranej „Marsylianki”. Moja paryska przyjaciółka, z Polski rodem mówi, że ta skłonność do izolacji uroczystości, które na zdrowy rozum powinno się zorganizować dla szerokiej publiczności, a nie dla zamkniętej elity, jest jednym z rysów prezydentury Macrona, o którym mówi się tu jako o człowieku bardzo apodyktycznym, aroganckim, o skłonnościach dyktatorskich.

 

„Trump c’est la guerre”

I właśnie Trumpowi „poświęcona” została antytrumpowa manifestacja przy placu Republiki, na którą przemieściłem się z Pól Elizejskich, nie bez trudności, bo pozamykano szereg stacji metra. Hasło manifestacji brzmiało: „Trump = guerre” (Trump równa się wojna) i trzeba przyznać, że nie była ona liczna. Nad placem, tuż obok pomnika-posągu Republiki unosił się wielki, barwny balon przedstawiający karykaturę Trumpa, z charakterystyczną, żółtą grzywą, jako bobasa w pieluszce podpiętej agrafką. Ta manifestacja została jednak zdominowana przez ciemnoskórych imigrantów, którzy podkręcając animusz afrykańskimi rytmami wygrywanymi na bębnach domagali się praw, „papierów” i mieszkań.

 

Paryż paryżanom – ofiarom wojny

Rozczarowanie brakiem dostępu do głównej uroczystości oficjalnej zrekompensowałem sobie uczestnictwem w wieczornej uroczystości pod murem cmentarza Père Lachaise od strony bulwaru Ménilmontant. Poświęcona ona była paryżanom, ofiarom Wielkiej Wojny, w sumie 94.415, głównie żołnierzom, którzy zginęli na froncie, choć podczas niemieckich bombardowań stolicy, choćby w marcu 1918 roku zginęli także cywile, między innymi kilkudziesięciu uczestników nabożeństwa w kościele Saint Gervais – Saint Protais. Na 280 metrach muru cmentarza umieszczono tablice-panneau z nazwiskami ofiar, a całość, na czas uroczystości, podświetlono „tricolore” (barwami Francji) i zapalono znicze. Na telebimie wyświetlano fragmenty archiwalnych kronik wojennych, pojawił się też aktor odczytujący na tle tablicy fragmenty frontowych listów żołnierzy. Obecna była mer Paryża, Anne Hidalgo, ustrojona w trójkolorową szarfę, która przemaszerowała wzdłuż muru, a także obok mnie, na wyciągnięcie ręki. Orkiestra wojskowa zagrała „Marsyliankę” i „Le Chant du Départ” (pieśń wymarszu z 1792 roku). Licznie zgromadzeni paryżanie, mimo deszczowej pogody, ze wzruszeniem uczestniczyli w tej skromnej, ale przejmującej uroczystości.

 

Atmosfera zadumy

To co uderzało w tych francuskich uroczystościach, to atmosfera zadumy i – choć była to rocznica militarnego zwycięstwa nad Niemcami – brak akcentów buńczucznych, tyrtejskich, bojowych, silnie nacjonalistycznych. Ci, którzy mają Francuzom za złe ich „brak waleczności” w roku 1940 powinni pamiętać, że w czasie bezsensownej I wojny, toczonej głównie w monstrualnym błocie okopów nad Marną i pod Verdun, zginęło ponad półtora miliona młodych, francuskich mężczyzn. Była to straszliwa hekatomba, której ślady w postaci cmentarzy, tablic i pomników można napotkać w większości francuskich miast, miasteczek i wsi. Doświadczenie la Grande Guerre usposobiło Francuzów sceptycznie do walki, choć już kilkanaście lat po drugiej wojnie światowej zaplątali się w brudną, kolonialną wojnę w Algierii.

 

Francja zrobiła swoje, Francja może odejść

A co we Francji poza uroczystościami rocznicowymi? Robi ten kraj, nie od dziś, wrażenie zmęczonego, przygaszonego. Przejawów dawnej, galijskiej wesołości daremnie tu szukać. Mój przyjaciel-gospodarz, Polak zamieszkały na stałe na podparyskiej prowincji zwraca uwagę na obniżenie się ambicji ogółu Francuzów. Nie mają już poczucia, że są obywatelami mocarstwa i że przed ich krajem jest świetlana przyszłość. Standard życia nie rośnie tu już od dawna, ale że też gwałtownie nie spada, a już dawno usytuował się na dość wysokim poziomie, więc ludzie żyją sobie na ogół dostatnio, choć bez fajerwerków. Wokół tematu ekonomicznej, politycznej, duchowej kondycji Francji obecnej powstało już sporo artykułów i książek, w tym proza powieściowa Michela Houellebecqa. Można było w nich natrafić na takie tytuły jak „Francuskie samobójstwo” Erica Zemmoura czy na frazę „Francja zrobiła swoje, Francja może odejść”. Te wymowne sformułowania nawiązują właśnie do owego, wyraźnego w dawnej, „słodkiej Francji” klimatu swoistej dekadencji i przekonania, że Francja nie jest już tą dawną cywilizacją, która przez mniej więcej trzy stulecia promieniowała na cały świat w sferze kultury, sztuki, filozofii czy obyczajów, że ta jej dawna rola już się zakończyła, że nie jest już natchnieniem świata, w tym dla Polski. Także Paryż wydaje się nie mieć już dawnego splendoru i animuszu. Jest przygaszony, jak jego mieszkańcy. Próżno szukać dawnych, legendarnych elegantów i elegantek paryskich. W odróżnieniu od Polski, w której panuje skłonność do unowocześniania wszystkiego co się da, czy trzeba czy nie trzeba, tu dominuje rodzaj abnegacji. Słynne, uważane za prestiżowe muzeum wnętrz z XVIII wieku, Nissim de Camondo, wygląda jak prowincjonalna, przykurzona ekspozycja starych eksponatów, niedbale pilnowana przez znudzoną obsługę. Na dziedzińcu stoi sfatygowana latarnia z wybitą szybką, której najwyraźniej nikt nie kwapi się naprawić. Trochę mi te niedbałości i niedoróbki przypominają przykurzone zaniedbanie, charakterystyczne dla PRL. Nie jest to skojarzenie zupełnie pozbawione sensu, jako że pewien dowcipny Francuz określił kiedyś Francję jako „Związek Radziecki, któremu się udało”. Prowincja też jest smutnawa, spacerując przez kilka dni ulicami Champagne-sur-Seine zauważyłem, że za dnia i wieczorem jest pustawe. Odkąd zamknięto fabrykę, w której pracowało około 3000 ludzi, co rano na peronie małego dworca kolejowego smutni, zaspani ludzie czekają na pociągi do Paryża przez Melun, wiozące ich do pracy w metropolii, rzecz jasna. Wracają do swoich domów po kilkunastu godzinach, aby następnego dnia, z rana stawić się na peronie. A nadto, jak powiedział mój gospodarz, „ludziom niewiele się chce, zamykają się w domach”.

 

Vive la France!

A może to listopad, ten zły miesiąc dla Polaków, spowodował że zobaczyłem Francję smutną i zmęczoną? A może ten obraz jest nazbyt ponury, a przez to nie w pełni prawdziwy? Żeby jednak nie wyszło na to, że wyłazi ze mnie zadufany Polak, dodam, że jest we Francji sporo rzeczy, które można byłoby przenieść do Polski, choćby system transportu publicznego, dobrze zorganizowany, tani i przyjazny ludziom. A także prężne, markowe branże przemysłowe, których możemy tylko pozazdrościć i państwo, które mimo trudności nie jest „teoretyczne”. Mimo objawów pewnego rozprzężenia, ten kraj nadal ma silną, wypracowaną przez stulecia, pozycję w Europie oraz poziom życia, do którego jeszcze sporo nam brakuje. A poza tym na wystawach paryskich księgarń dominuje wielka klasyka, a nie jak w Polsce, współczesna tandeta. A zatem, mimo wszystko: Vive la France!