Na ulicach Francji

Protesty przeciw „prezydentowi bogatych” Emmanuelowi Macronowi i jego ekstremistycznej polityce neoliberalnej objęły w sobotę wszystkie regiony Francji. Bezprecedensowa mobilizacja policji i masowe aresztowania nie przeszkodziły „żółtym kamizelkom” przeprowadzić „Aktu IV” swych protestów. W Paryżu policji wyposażonej w wozy pancerne udało się po godz. 18 „oczyścić” Pola Elizejskie z manifestantów. Dłużej trwały starcia wokół barykad w północnej części miasta i na Placu Republiki. Według przecieków z partii Macrona, milczący od tygodni prezydent ma na początku tygodnia wygłosić w końcu przemówienie do narodu i ogłosić przy tej okazji „znaczące” ustępstwa wobec ruchu „żółtych kamizelek”, by uratować swą władzę.

 

Macron do tego stopnia nie rozumie o co chodzi żółtym kamizelkom, że wydał decyzję anulującą dodatkową akcyzę na paliwa samochodowe myśląc, że to uspokoi ludzi. Być może, gdyby to zrobił na początku listopada, mógłby na krótką metę powstrzymać protesty, lecz dzisiaj postulaty „żółtych kamizelek” wyrażają pragnienie radykalnej zmiany jego obłędnej, antyspołecznej polityki, co manifestantom wydaje się niemożliwe bez dymisji Macrona.

„Akt IV” protestów zaznaczyły liczne starcia demonstrantów z policją, m.in. w Bordeaux, Marsylii, Nantes , Lyonie, Lille, Tuluzie, Grenoble, St. Etienne i dziesiątkach innych miejsc, jednak większość dzisiejszych manifestacji i blokad we Francji przebiegła stosunkowo spokojnie. W Paryżu starcia skończyły się dopiero późną nocą. Na wielkim Placu Republiki, wypełnionym niemal w całości przez manifestantów, policja próbuje bezowocnie rozproszyć tłum. Zatrzymano już ponad 1500 osób, jednak ta rekordowa liczba może jeszcze wzrosnąć.

Francja była sparaliżowana czwartą sobotę z rzędu. Powszechne odrzucenie obecnego prezydenta i brak jego odpowiedzi politycznej na postulaty protestujących, skłoniło lewicową Nieuległą Francję do domagania się jak najszybszego rozwiązania parlamentu i nowych wyborów, najlepiej do Konstytuanty, która mogłaby zmienić instytucje V Republiki i odebrać prezydentowi jego monarchiczną władzę. W sytuacji, gdy to stanowisko zajmuje ktoś tak niedojrzały i nieodpowiedzialny jak Emmanuel Macron, sytuacja kraju zmienia się w społeczną katastrofę.

Francuzi domagają się poprawy poziomu życia najmniej zarabiających i powstrzymania polityki niszczenia francuskiego systemu socjalnego, sprawiedliwości fiskalnej i znacznych reform, które zdemokratyzowałyby obecny system polityczny.

Co było do przewidzenia, władze francuskie postanowiły także do obrony przeciwko „żółtym kamizelkom” wykorzystać sprawdzony pomysł przypisywania ich działań inspiracji rosyjskiej. Sekretariat Generalny ds. Obrony i Bezpieczeństwa (SGDSN) twierdzi, że dzieje się to za pomocą fałszywych kont na Twitterze, kontrolowanych – oczywiście! – przez rosyjskie służby specjalne. Za pomocą szerzenia zmanipulowanych informacji mają one podgrzewać atmosferę konfrontacji.

Kamizelki i lewica

Walka o przełom.

 

„Co mówią Francuzi, których spotkałem? Że Macron musi teraz odejść. Że musi odjechać samochodem, motocyklem, na koniu, na hulajnodze, śmigłowcem, byle jak, ale musi odejść zanim sprawi, że nasz kraj oszaleje z wściekłości, musi odejść , by przywrócić pokój społeczny i zgodę narodową” – mówił popularny poseł lewicowej Nieuległej Francji (LFI) François Ruffin, po dwudniowym objeździe blokad i wieców „żółtych kamizelek” w swoim okręgu wyborczym. I właśnie ten postulat numer 1 protestujących wydaje się nie do spełnienia. Ludowy bunt nie traci więc rozpędu a francuska radykalna lewica przestała się wahać i popiera go w całej jego różnorodności.

Ruffin stanął przed Pałacem Elizejskim, by „zdać sprawozdanie ze stanu ducha moich współobywateli: gniew zmienił się we wściekłość”. „Pycha prezydenta Republiki, jego głuchota, upór, brak ustępstw, są maszyną produkującą nienawiść” – mówił swym lekko załamującym się głosem do dziennikarzy i przechodniów. „Przemoc do niczego nie prowadzi, ale to on swoją arogancją rozdziera Francję, to on chce tu ognia i krwi” – mówił. A co mówią ludzie? – zapytali dziennikarze. „Skończy jak Kennedy”, „Jak go spotkam, trudno, pójdę potem do więzienia”, „Widzi pan ten nagrobek, jak dla niego” – to są słowa pracowników tymczasowych, spokojnych emerytów, zwykłych mieszkańców”.

Emmanuel Macron, po powrocie z Buenos Aires, gdzie uczestniczył w szczycie G-20, postanowił obejrzeć stan Łuku Triumfalnego, który co nieco ucierpiał na skutek sobotnich zamieszek w stolicy, o skali porównywalnej do tych z 1968 r. Był ranek, na obrzeżu Placu Gwiazdy prawie nie było pieszych, ale i tak do jego uszu dotarł krzyk „Macron do dymisji!” skandowany przez przypadkowych przechodniów, którzy dostrzegli go zza szczelnej obstawy. Wtedy pojechał do koszar CRS (oddziały specjalne policji, mniej więcej odpowiednik b. ZOMO), by dziękować za „dzielną postawę” podczas starć z tłumem i obiecać im nadzwyczajne premie finansowe. Gdy wczoraj udał się po cichu do prefektury Górnej Loary podpalonej w sobotę przez manifestantów, część policjantów musiała powiadomić mieszkańców, gdyż w trakcie wyjścia z budynku oprócz tradycyjnych „Macron do dymisji” i „Przyjdziemy po ciebie!” rozległy się głośno mocno wulgarne obelgi.

 

Ostrożność radykalnej lewicy

Macrona trafił wielki bumerang, którym rzucał w ludzi od początku swej kadencji. Tak bezczelnie radykalnego przesuwania dochodów z dołu do góry nie dokonał żaden poprzedni prezydent, choć byli wśród nich neoliberałowie. Miliardy, które dzięki jego pomysłom podatkowym popłynęły do prywatnych kieszeni jego sponsorów – miliarderów, wszelkiej maści finansistów i rentierów – chciał odebrać uderzając w miliony najsłabiej uposażonych, tych, którzy każdego miesiąca nie mogą związać końca z końcem. Ten neoliberalny ekstremizm podbity regularnie wyrażaną pogardą dla ubogich prowincjuszy („ludzie, którzy są niczym”) kończy się „gorącą jesienią”, którą zapowiadali nie tylko liczni socjologowie, ale i parlamentarna Nieuległa Francja oraz inne partie lewicy.

Trzeba przyznać, że pozaparlamentarne partie i stowarzyszenia lewicowe z początku podeszły do ruchu „żółtych kamizelek” dość nieufnie, jakby nie wierzyły własnym oczom. Jak dziś próbują się usprawiedliwiać aktywiści np. z ATTAC-u (Obywatelskiej Inicjatywy Opodatkowania Obrotu Kapitałowego), niektórzy dali się kolejny raz nabrać prorządowym mediom, które klasyfikowały ruch jako „skrajnie prawicowy” i „populistyczny” w nadziei, że przez porównanie do partii Marine Le Pen (Zjednoczenia Narodowego – RN) ludzie przez pewien automatyzm polityczny będą skłonni opowiedzieć się raczej za Macronem, jak w czasie drugiej tury zeszłorocznych wyborów prezydenckich. Dziś zarówno Attac, jak i Nowa Partia Antykapitalistyczna (NPA), która połapała się jednak wcześniej, w pełni popierają „żółte kamizelki” i ich decyzję kontynuacji protestów, mimo wczorajszych, pozornych ustępstw Macrona. Zwyciężyła prosta konstatacja: lewica nie może stać z boku w walce o elementarną sprawiedliwość społeczną.

 

„Żółte kamizelki” – lewicowe, czy prawicowe?

W tak szerokim ruchu protestu są oczywiście obecne wszystkie poglądy polityczne, ale nie da się tak szybko podać wiarygodnego składu politycznego protestujących, bo na razie robi się klasyczne sondaże na tysiącosobowych grupach, które rozbijają się o pewną prawidłowość: prawie nikt nie chce się dziś przyznać, że głosował na Macrona w wyborach prezydenckich, więc podaje nazwiska innych kandydatów. Łatwiej o określenie składu socjalnego: jeśli wierzyć tym pośpiesznym sondażom, 55 proc. to robotnicy, a reszta to tzw. niższa klasa średnia (jak urzędnicy, nauczyciele, pracownicy nie-fizyczni), bezrobotni i emeryci, większość z prowincji, wsi i małych miasteczek, skąd polityka neoliberalna wyrzuciła kolej, poczty, szkoły i szpitale. Coraz więcej płacić na państwo, które się zewsząd wycofuje – to nie jest idea, która mogła im się spodobać.

Trudność określenia wyraźnego profilu politycznego „żółtych kamizelek” porównuje się do trudności wyłonienia przez nie jakichś reprezentantów, którzy mogliby negocjować z rządem, ale to jednak różne dziedziny. To drugie wynika z bardzo widocznego braku zaufania do demokracji pośredniej (przedstawicielskiej). Poszczególne wiece, grupy blokujące, powstałe sejmiki obywatelskie odrzucają ideę wyboru lub nawet losowania przedstawicieli, którzy „decydowaliby za nas”. Do tej pory nie ma więc żadnych regionalnych ani krajowych reprezentantów, a jedynie kilkunastu zmieniających się „rzeczników”, do występowania w mediach, by przedstawiać uchwalone postulaty lub sytuację mieszkańców.

Mnożą się odezwy jak ta przykładowa powyżej sprzed kilku dni, z typowego, 6-tysięcznego miasteczka we wschodniej Francji, gdzie mieszkańcy ułożyli tekst i wyznaczyli tych, którzy go odczytali. To wezwanie to tworzenia stałych „domów ludowych” niezbędnych do wspólnego radzenia, porozumiewania się i koordynacji na zasadzie równości wszystkich obywateli. „Nie pozwólmy, by ktoś nami kierował, nie dajmy się podzielić!”. „Wzywamy do tworzenia komitetów ludowych, które funkcjonowałyby jako stałe sejmiki. Miejsc, gdzie słowo się wyzwala, gdzie można się wyrazić i wzajemnie sobie pomóc. Jeśli potrzeba delegatów, to jedynie z każdego komitetu ludowego żółtych kamizelek, gdzie pozostają blisko słowa ludowego, z mandatem odwoływalnym i zmieniającym się, w pełnej jawności i z zaufaniem.” Niektórzy rozpoznają w takich apelach „skręt anarchistyczny” lub „model szwajcarski”, który robi „zaskakującą” furorę.

W każdym razie model ten nie przeszkadza koordynacji: po niemal trzech tygodniach udało się stworzyć powszechnie akceptowaną, krajową listę postulatów, z której „wreszcie” można odczytać profil polityczny ruchu. Jakby nie patrzeć, jest on lewicowy. Na liście postulatów można znaleźć kilkadziesiąt poprawek lub projektów ustaw, które wnosili w parlamencie Nieuległa Francja, komuniści i nawet „socjaliści” (pozostała w parlamencie resztka rządzącej do niedawna Partii Socjalistycznej). Wszystkie je oczywiście odrzuciła większość partii prezydenckiej (LREM), ale oto wróciły „od dołu”. Przywrócenie podatku od wielkich fortun, którego domagała się LFI, stało się tak silnym życzeniem „żółtych kamizelek”, że nawet partia Marine Le Pen i gaullistowscy Republikanie musieli je z pewnym ociąganiem poprzeć, nie chcąc wypaść na „niesprawiedliwych” w oczach wyborców.

 

Rewolucja?

Każdy, kto uważnie czytał programową książkę Emmanuela Macrona Rewolucja (zrobiła ona wrażenie na Robercie Biedroniu), mógł zauważyć, że klasy ludowe nie zajęły w niej w żadnego miejsca. Być może wtedy nie wynikało to jeszcze z pogardy, lecz zwykłej ślepoty klasowej milionera z wyższej burżuazji. Widzieć „rewolucję” w uberyzacji i uśmieciowieniu zatrudnienia, okraszoną sloganami o „start-upach” i abstrakcyjnej „nowoczesności”, która prawa pracownicze cofała do XIX w., mogli jedynie publicyści oligarchicznych mediów.

Jeśli jest w kadencji Macrona coś rewolucyjnego, to ów społeczny ruch, którego postulaty polityczne napędzają prezydenckiej administracji takiego stracha. Symbolem pragnienia zmiany stał się zamiar „pójścia po niego”, do Pałacu Elizejskiego. To się odnosi do deklaracji prezydenta, który po ujawnieniu jego prób stworzenia policji politycznej krzyczał histerycznie „niech przyjdą po mnie!”, arogancko pewien swej „nienaruszalnej” pozycji. Rzeczywiście we francuskim systemie politycznym instytucjonalne obalenie go jest praktycznie niemożliwe i dlatego lewica parlamentarna nawołuje do rozwiązania parlamentu i nowych wyborów, by go pozbawić szkodliwej większości wybranej na fali jego wyboru, która dziś przegrałaby z kretesem. Lewica bardziej radykalna, ta która uważa, że „przemiana ekologiczna w kapitalizmie jest niemożliwa” pójdzie w najbliższą sobotę „do Pałacu” wraz z „żółtymi kamizelkami”.

 

Determinacja i solidarność

Celem ogłoszonych przez rząd „ustępstw” było przede wszystkim uniknięcie kolejnej soboty zamieszek w Paryżu i reszcie kraju, ale analiza komunikatów „żółtych kamizelek” wskazuje, że determinacja protestujących ani trochę nie osłabła. Wprost przeciwnie: do ruchu dołączają uczniowie, studenci, kierowcy ciężarówek, pielęgniarki i kolejne sektory społeczne. Żaden tłum nie zostanie dopuszczony do Pałacu Elizejskiego, ale sprawy zaszły już tak daleko, rachunek społecznych krzywd tak narósł, że nawet gdyby rządowi udało się stłumić bunt, niedługo się odrodzi, może w gwałtowniejszej formie. Francuzi chcą więcej sprawiedliwości, a nie turbo-kapitalizmu tworzącego społeczne przepaści.

Oczywiście walkę o „rząd dusz” protestujących prowadzi też prawica, w tym ugrupowanie Marine Le Pen, jednak żaden z jej ksenofobicznych postulatów nie został zatwierdzony. Jaki ostateczny kształt przybierze fronda „żółtych kamizelek” zależy nie tylko od postanowień rządu, czy prób przejmowania jej przez prawicę, ale i od pracy społecznej ludzi lewicy, którzy jak na razie spisują się całkiem dobrze: jeżdżą wysłuchiwać ludzi, radzić, wspierać, pomagać. Nikt w zasadzie nie chce przemocy, jednak ciągle wisi ona w powietrzu. Według dzisiejszych sondaży, 78 proc. obywateli uważa „ustępstwa” rządowe za niewystarczające. Historyczny czas, który przeżywa właśnie Francja wcześniej, czy później, odbije się na reszcie naszego kontynentu.

Gniew żółtych kamizelek

Korespondencja z Paryża

 

To nie była demonstracja paryżan. Ich na manifestacji było stosunkowo mało, jeśli już – to klasy średnie zbiedniałe. Przedmieścia ludowo-imigranckie były bardzo słabo reprezentowane, poza paroma grupkami młodych. Widziałem również kilka kobiet w chustkach – bez problemy mieszały się z tłumem. Panowała atmosfera wzajemnej życzliwości, która przerodziła się w gniew dopiero wtedy, gdy policja zaczęła rozpędzać tłum brutalnymi metodami, także przy pomocy trujących gazów importowanych z Niemiec. Pierwszy raz zetknąłem się z takimi metodami na manifestacji lewicowej, antyimperialistycznej, w Monachium w 1993 r. Za Sarkozy’ego takie twarde metody importowano na ulice Paryża. Widocznie stare sojusze z czasów Vichy i Petaina na salonach mieszczuchów przetrwały.

 

Manifestanci w dużej mierze pochodzili z prowincji.

Wielu było zabiedzonych emerytów oraz drobnych prekariuszy, którzy muszą dojeżdżać do pracy samochodem, bo linie kolejowe zostały zlikwidowane.

Stąd bunt przeciwko cenom paliwa i diesla… To nie są „rzecznicy samochodów i konsumpcji”, jak ich oskarżają centrolewicowi, „ekologiczni” mieszczanie, którzy owszem jeżdżą rowerami, ale lubią spalać tony paliwa na swoje lotnicze wyprawy „konferencyjno-intelektualno-polityczno-urlopowe” lub importować w zimie chilijskie truskawki. Spotkałem też licznych robotników z małych miast, drobnych sprzedawców produktów rolnych, młodych gniewnych prekariuszy. Szli w grupach zakładowych kolegów, Francuzi, migranci z krajów arabskich i przybyli z Hiszpanii. Dużo było bardzo konkretnych rozmów o tym, kto za co żyje, ile zarabia i w jaki sposób musi dorabiać. Popularny sposób? Uprawianie różnych warzyw i owoców na poletkach obok domów. Kwestia dorabiania nurtowała także emerytów. Niektórzy z nich z trudem wiążą koniec z końcem, inni pomagają bezrobotnym dzieciom lub wnukom. Takie realia „rozwiniętej” Francji B.

Słyszałem tę prowincję w języku. Jeden z młodych manifestantów zwrócił się do mnie: Przepraszam pana, czy pan może się posunąć, bardzo proszę, muszę przejść, budować barykadę! W języku paryskim nie da się już czegoś takiego usłyszeć.

Wieś, małe miasteczka i średnie miasta poszły na spotkanie „wielkiej stolicy”, w której wielu z nich wcześniej nie było nigdy. Stąd idea, by manifestować na Polach Elizejskich i obok Pałacu Elizejskiego, czyli prezydenckiego. Tradycyjnie paryska lewica demonstruje wokół placów Republiki, Narodu i Bastylii, co już nie przeszkadza burżuazji.

 

Żółte kamizelki o tym nie wiedziały.

Wkroczyły na tereny, gdzie wielka burżuazja się bawi, bo właśnie te miejsca ludziom z daleka kojarzyły się z Paryżem. Lud ze słomą wychodzącą z butów wszedł z butami na salony „cywilizowanych” burżujów i zagranicznych oligarchów (amerykańsko-arabsko-izraelsko-rosyjskich) – i nawet pojął to dopiero po czasie, jak można było sądzić po rozmowach. Dopiero wtedy, gdy był już na tych prestiżowych ulicach, już dekorowanych i oświetlonych na cześć zimowego święta konsumpcji, nazywanego nie wiadomo dlaczego Bożym Narodzeniem.

 

Cała przemoc na manifestacji pochodziła od policji.

Zebrani byli nastawieni całkiem pokojowi, powiedziałbym – dobrodusznie. Dopiero, gdy użyty został gaz i wjechały armatki wodne, demonstranci zaczęli spontanicznie budować barykady z czego popadło i palić ogniska, żeby pokazać swój gniew. Znamiennie – troszczyli się przy tym, by pożar nie dotarł do otaczających budynków.

Na Polach Elizejskich są bogate hotele, banki, drogie restauracje. Żadne z tych miejsc nie zostało tknięte przez manifestantów.

Mimo całego gniewu wobec bogaczy i próżniaków z całego świata, którzy tam się zwykle gromadzą. To należy podkreślić – chociaż ja sam zastanawiam się, czy nie należało raczej okupować obiektów należących do banksterów i służących im mediów.

Na całej demonstracji widziałem jednego jedynego przedstawiciela skrajnej prawicy. Niósł hasło „Front Narodowy was popiera” – sam chyba nawet nie wiedział, że Front zmienił nazwy już parę miesięcy temu. Dużo więcej było lewicowców – byli raczej przychylnie przyjęci. Widziałem trochę czerwonych flag, kilka portretów Che Guevary i kilka chustek palestyńskich. W skali całego wydarzenia było ich jednak niewiele. Większość uczestników nie miała wyraźnych afiliacji politycznych. Lider Nieuległej Francji Jean-Luc Melenchon apelował na Twitterze o poparcie manifestacji, ale widziałem tylko jednego posła z tego ugrupowania, Ruffina. Spokojnie rozmawiał, debatował z demonstrantami.

 

Nikt nie przyszedł z hasłami i partyjnymi znakami – z żadnego zresztą ugrupowania.

Tzw. „komuniści” mieli w ten dzień swój zjazd – doskonały pretekst, by nikogo nie wysyłać i ograniczyć się tylko do słownego „poparcia manifestantów”. Nowa Partia Antykapitalistyczna (NPA) też nie przyszła, ale to nie zdziwiło. Ta grupa już od kilku lat woli zebrania salonowe i umoralniające przemowy niż kontakt z masami i działalność wśród dołów społecznych, wśród realnie istniejącego ludu. Małe a liczne inne ugrupowania „lewackie”, których we Francji jest mnóstwo, także się nie pojawiły. Jeśli nawet ktoś z tego grona był w tłumie, to starał się trzymać linię „pozornej apolityczności”. Według (niestety) przyjętego dziś standardu.

Manifestanci byli więc głównie ze środowisk, które dotąd nie były upolitycznione. Dopiero się uczą, dotychczas byli bierni, dopóki nie ogarnął ich gniew. Tym bardziej byli zszokowani tym, co w Paryżu znamy od dawna – z hipokryzją mediów i przemocą policyjną. Dopiero teraz się z nią zetknęli, zobaczyli kontrast między prawdą i medialnym obrazem na własne oczy. Dużo było dyskusji miedzy manifestantami. Każdy się w biegu uczył myśleć politycznie. Dzięki Macronowi !!! Wielkie jemu za to dzięki !!!

Tak więc brzmiały główne wątki – zasłyszane, zauważone, wykrzyczane:

Media kłamią! Macron musi odejść! Bankierzy kradną! Zabić banksterów! Długi są niesprawiedliwe! Trzeba atakować raje podatkowe! Kontrolować łamanie prawa podatkowego przez bogatych! Kontrolować eksport kapitału! Trzeba podnieść poziom życia, zabierając bogatym! Nie dajemy rady żyć z takimi pensjami! Nie walczymy dla siebie, ale o prawo do życia naszych dzieci! Koniec z kosztownymi wojnami w Afryce i krajach arabskich! Precz z handlarzami broni! Oskarżają nas o faszyzm, bo nie mają argumentów!

I dalej:

Wszyscy żyjemy we Francji, musimy razem walczyć! O nasze prawa do godnych zarobków i pracy! Mamy nadzieję, że przedmieścia (imigranckie – przyp. BD) się włączą, wtedy dopiero będzie prawdziwa walka! Partie polityczne i związki zawodowe zawaliły, my byliśmy grzeczni, a teraz trzeba być poważnym i się zorganizować! Dotychczas był bunt, czas przejść do rewolucji! Obalić system!

 

Obalić Macrona, obalić rząd, obalić system!

Nic o UE, nic o NATO. Widziałem jeszcze hasło: Społeczeństwo obywatelskie do parlamentu! Słyszałem też Marsyliankę. Fragment, gdzie śpiewa się „niech nieczysta krew użyźni naszą ziemię”. Tyle, że demonstranci przerabiali to na „krew Macrona”.

Zapamiętałem też dobrze jedną scenę. Jedna z libańskich stacji TV prowadziła wywiady z manifestantami. Nagle jeden z nich, widząc kamerę, zawołał: „Pierdolone media! Media prostytutki!”. Ale z tłumu ktoś odpowiedział: to Libańczycy, pozwól im robić swoją robotę, dzięki nim ludzie się dowiedzą, co tu naprawdę się dzieje. Media francuskie kłamią!

Na to znowu ktoś inny: Libańczycy już wiedzą, co to szczucie jednych na drugich w imię religii i rasy, my tu takiego czegoś nie chcemy, wszyscy mamy być razem, żeby walczyć o godną pracę w naszej wspólnej Francji!

Libańczycy byli rozradowani, uśmiechnięci… Za to dziennikarzy francuskich było bardzo mało. Widać, że się bali reakcji ludzi. Kiedy zbliżyła się ekipa prorządowej BFM TV, ludzi do niej krzyczeli: „Będziecie zadawać pytania, a potem tak to potniecie, że wyjdziemy na faszystów lub prowokatorów. Umiecie tylko kręcić i kłamać! Czy wam nie wstyd ?” Ekipa uciekła potem przed tlumem… A ci bardziej niby lewicujący, jak „Le Quotidien”? Gdy starali się nawiązać rozmowę, mówili coś w rodzaju: „No dobrze, wiecie, ze tak naprawdę Macron odejść nie może, bo takie są reguły demokracji. Więc co konkretnie chcecie, żeby zrobił ?”

 

Około 80 proc. Francuzów popiera „żółte kamizelki”.

To wynik oficjalnych sondaży, który potwierdza się w terenie, nawet, gdy rozmawia się z policjantami. Oni też często myślami są po stronie manifestantów. To oznacza, że wśród manifestantów musiało być wielu takich, którzy głosowali na Macrona i na Le Pen. Ale ogólna atmosfera na proteście nawiązuje do pamięci o rewolucji francuskiej. Nikt otwarcie nie wypowiadał się w duchu prawicowym. W żadnej rozmowie nie usłyszałem niczego rasistowskiego czy w duchu Le Pen… Nie twierdzę, że tego nie ma, ale to znaczy, że oni wiedzą, że nie mogą wyjść ze swoimi poglądami, bo to nie „ich teren”. Słyszałem w bocznej ulicy rozmowę grupy młodych: „Musicie zrozumieć, trzeba przestać glosować na tę k… Le Pen jako na niby-opozycję. Dokładnie tego życzy sobie Macron!”. Co do Le Pen, z jednej strony chciała ona przejąć ten ruch, z drugiej – boi się go.

Nowe warstwy ludowe, biedni i średnio biedni, wchodzą do boju i kształcą się politycznie w sposób spontaniczny, w wielkiej próżni. Bo co się dzieje z lewicą? Wspomniany zjazd Francuskiej Partii Komunistycznej przyjął nowe logo. Bez sierpa i młota, z mapą Francji w kształcie podobnym do czerwonej gwiazdy, ukoronowanej ekologicznym drzewkiem … Nieuległa Francja już niemal definitywnie podzieliła się między radykałami, którzy chcą włączyć się do konkretnej walki klasowej i budować coś trwałego na dole, a tymi, co dążą do instytucjonalnego przejęcia resztek Partii Socjalistycznej i są gotowi do „kompromisów” w imię tzw. „realizmu” …

Generalna Konfederacja Pracy przygotowuje swój zjazd – tam też wyraźnie spór miedzy bazą lewicową, która chce znowu klasowego związku i powrotu do Światowej Federacji ZZ, a prawicą, która podtrzymuje linie Europejskiej Konfederacji ZZ i Międzynarodowej Konfederacji ZZ. Inne „umiarkowane” związki, szczególnie CFDT, są przeciwko manifestantom, poparcia udzieliła tylko jedna federacja Force Ouvriere. Ważne kiedyś ugrupowania trockizujące, anarchizujące, maoizujące, ekologizujące stały się w dużej mierze klubami dyskusyjnymi emerytów politycznych.

 

Tymczasem młodzież buduje od podstaw swoją wizję przez stowarzyszenia,

które zaczynają się na nowo dzielić na lewicujące i prawicujące, od rojalistow po ultra-maoistow lub „apolitycznych”. Coraz bardziej widać podział miedzy „lewicą moralną”, salonową, hasłową, intelektualno-mieszczańską, instytucjonalną, a „lewicą społeczną”, klasową, oddolną, ludową, skłonną do poniesienia ryzyka swych decyzji.

Ultraprawica także się odbudowuje. Konfrontacja wydaje się nieuniknione, ale nie z padającym Zgromadzeniem Narodowym Marine Le Pen, ale z twardogłowymi rzecznikami „tożsamości”, białej lub tej islamistycznej. Ci są na razie wyizolowani od mas, które chodzą bardziej twardo po ziemi i kalkulują na bazie interesów materialnych, niezależnie od tego, czy wierzą w Boga muzułmanów, katolików czy jakiegoś innego. Proces więc trwa, a „żółte kamizelki” przyspieszają okres dojrzewania. Rozgniewana ludność musiała się sama rzucić na ulice, bo awangardy nie było…

Historia Francji uczy, że lud najpierw debatuje w kawiarniach i na ulicy, gdy wychodzi protestować, główkuje samodzielnie, a potem dryfuje na lewo. Rozumie, że ludzie to ludzie, a ludzie pracy to ludzie pracy, nie ma ograniczeń rasowych, narodowościowych, religijnym. Traf chciał, że najbardziej rozbudowane myślenie zauważyłem wczoraj wśród robotników, w tym z zakładów na prowincji. Ten fakt potwierdza to, co lewica wie od mniej więcej 150 lat – świadomość bazuje na stosunkach produkcji.

Protesty trwają…

Wolni z wolnymi! równi z równymi! Prekariusze wszystkich krajów, łączcie się!

Radykalizacja „żółtych kamizelek”

Tego nie spodziewały się same „żółte kamizelki”. Spontaniczny ruch protestu, który objął cały kraj w sobotę 17 listopada, przeciągnął się na niedzielę i trwa do dzisiaj. Mało tego, na najbliższy weekend przewiduje „marsz na Paryż”, by prawdopodobnie powtórzyć sobotnią próbę podejścia pod Pałac Elizejski, siedzibę prezydenta Emmanuela Macrona. Prawie 80 proc. Francuzów popiera tę ludową frondę, mimo wyraźnej niechęci oligarchicznych mediów.

 

Świat od jakiegoś czasu zna mechanizm „skrzykiwania się” za pomocą portali społecznościowych, by zorganizować jakiś protest. Ale ruch „żółtych kamizelek” wygląda na bezprecedensowy, gdyż najdosłowniej objął cały kraj. W nieco ponad miesiąc od pierwszych propozycji na Facebooku, 17 listopada w każdym departamencie ludzie ubrani w żółte kamizelki wyszli na drogi i ulice, by blokować ruch w proteście przeciw polityce Macrona – „prezydenta bogatych”, jak go powszechnie nazywają. Liczby pozostają sporne: według rządu (policji), ponad 2 tys. blokad miało skupić ok. 300 tys. osób. Ruch nie ma żadnego centralnego organizatora, więc brakuje jego wersji. Tym razem odezwały się jednak związki zawodowe policjantów, które mówią o „co najmniej” milionie uczestników. Bez względu na liczbowy rozmiar buntu, jego terytorialna skala zasiała w rządzie strach, skrywany na razie milczeniem Macrona.

We wtorek 20 listopada, minister spraw wewnętrznych Christophe Castaner gromko potępił „totalne zboczenie” w kierunku przemocy ruchu, który jego zdaniem jeszcze w sobotę był „generalnie grzeczny”. „Widzimy, że mamy do czynienia z radykalizacją i niespójnymi postulatami” – narzekał, podając przykład trzech policjantów rannych od metalowych bul (do popularnej gry w bule – pétanque), gdy wraz z innymi próbowali nocą znieść blokadę centrum handlowego w Langueux, na północy kraju. „Żółte kamizelki” odpierały tam policyjny atak z łomami i butelkami z benzyną w rękach. Ogółem bilans czterech dni dotychczasowej „anarchii” to ponad 500 rannych cywilów i prawie 100 policjantów. Gorąco zrobiło się również w departamentach zamorskich – na sparaliżowanej blokadami i rozruchami wyspie La Réunion (Ocean Indyjski) wprowadzono nawet stan wyjątkowy i godzinę policyjną.

 

Czego oni chcą?

Ruch narodził się z „kropli, która przepełniła czarę”, z protestu przeciw podwyżkom cen paliw samochodowych spowodowanym dołożeniem przez rząd kolejnego podatku, ale już w sobotę protestujący zapewniali, że chodzi o „wszystko”. Jeśli coś naprawdę łączy manifestantów, to ich krzyk „Macron do dymisji!”. Sama kwestia paliw jest dość paradoksalna dla skrajnego neoliberalizmu prezydenta, tak chwalącego „mobilność”, „elastyczność” , jak też brak jakiegoś zakorzenienia, które mają być warunkiem dobrobytu – taksując paliwa ogranicza przecież indywidualny transport i to bez żadnych inwestycji w transport zbiorowy. Wprost przeciwnie: zlikwidowano tysiące kilometrów regionalnych linii kolejowych zmuszając ludzi do brania kredytów na samochody. W wielkich miastach, gdzie zbiorowy transport dobrze działa to mniejszy problem niż na prowincji, gdzie ludzi muszą jeździć często dziesiątki kilometrów do pracy.
To, co najbardziej oburza manifestantów, to przyśpieszająca za Macrona obniżka poziomu życia oraz postępujący upadek usług publicznych i ubezpieczeń społecznych. Młody, arogancki bankier od Rothschildów wygrał wybory prezydenckie, które dziś wydają się sprawnie wykonanym „skokiem na kasę” autorstwa najbogatszych. Oligarchiczne media stanowiące 95 proc. ogółu rynku medialnego we Francji popierały „antysystemowego” kandydata, który gwarantował doprowadzenie systemowego neoliberalizmu do zwycięstwa. Cóż znaczy inwestycja grupy miliarderów w Macrona warta kilkadziesiąt milionów euro wydanych na kampanię, w porównaniu z dziesiątkami miliardów zysków, które im zapewnił, likwidując podatki od wielkich fortun? To było tym „zwycięstwem”. Problem w tym, że ci, którzy teraz za to muszą płacić, mówią „nie”.

 

Dwie Francje

Znany lewicowy ekonomista Frédéric Lordon już w czasie tej mistyfikacji, którą była kampania Macrona, zauważył, że po 30 latach „reform” neoliberalnych młody finansista jest rodzajem ostatniej szansy ludzi tego systemu na utrzymanie się u władzy, i to mimo, że zapaść kraju była już widoczna. Pisał wtedy: „Bogaci chcą pozostać bogaci, a możni pragną być jeszcze bardziej potężni. To jedyny projekt tej klasy i jedyna racja bytu jej Macrona. W tym sensie to spazm systemu, który odsuwa swoją śmierć, jego ostatnie rozwiązanie. Jedyny sposób, by przebrać kontynuację, która stała się nieznośna dla reszty społeczeństwa, za zupełną, kompletnie sztuczną nowość, ubraną teraz w konkurencyjną nowoczesność – na użytek mediów. (…) Macron, samozwańczy „antysystemowiec” jest punktem zbornym, do którego śpieszą wszystkie odpadki systemu, wszyscy skompromitowani, niewierzący wręcz w ten fawor opatrzności: możliwość jeszcze jednego obrotu karuzeli…”.
Na ultraliberalnej globalizacji skorzystały wielkie miasta, ale już w latach 90. ubiegłego wieku zaczęto mówić o „pęknięciu społecznym”, które dziś stało się „przepaścią”. Kilka lat temu ekonomiści i socjologowie zwracali uwagę, że na neoliberalizmie zyskało lub przynajmniej nie straciło ok. 40 proc. populacji, ale pozostałe 60 proc., właściwie cała prowincja, to przegrani. Jakie są dzisiejsze proporcje? Gorączkowy neoliberalizm „socjalistów” (Partii Socjalistycznej rządzącej w poprzedniej kadencji, zmiecionej w wyborach) właściwie przygotowywał grunt pod neoliberalny ekstremizm Macrona. Ograniczenie praw pracowników i bezrobotnych, zmniejszenie emerytur i stypendiów, postępująca likwidacja usług publicznych i całego, ukształtowanego po II wojnie światowej francuskiego systemu socjalnego, ciągle okazywana pogarda dla prowincjuszy („Te żółte kamizelki jeżdżą samochodami na ropę i palą papierosy” – mówił zdegustowany rzecznik rządu Benjamin Grivaux) – wszystko to sprawiło, że protestujący mają dość „wszystkiego”.

 

Ruch rewolucyjny?

Fronda „żółtych kamizelek” obyła się bez partii politycznych i związków zawodowych, ale dość szybko poparcie dla niej wyraziła niemal cała opozycja parlamentarna wobec partii prezydenckiej (LREM). Mamy tu z prawej strony Zjednoczenie Narodowe (b. Front Narodowy) i Republikanów (gaulliści) a lewej Nieuległą Francję, Nową Partię Antykapitalistyczną i komunistów. Dalszy los tego ruchu dla wszystkich pozostaje zagadką, ale większość uważa, że tak czy inaczej stało się coś nadzwyczajnego. Jakby w historii walk społecznych było jakieś „przed 17 listopada” i jakieś „po”, które na dłuższą metę może zaowocować zmianami politycznymi. Rząd nie ma zamiaru ustępować i – zdaniem lidera Nieuległej Francji (LFI) Jean-Luca Mélenchona – może na krótką metę zdławić ten bunt. „Ale niemożliwe, by cofnął film, który rozegrał się w duszach wielkiej liczby ludzi. Zdobyta wiara w siebie nie wycofa się tak łatwo. Presja nie zniknie” – pisał na swoim blogu.
Ci, którzy widzą w „żółtych kamizelkach” zaczątek ruchu rewolucyjnego zwracają uwagę na innego rodzaju „przepaść”: generalny brak zaufania protestujących do mediów. To oczywiście bezpośrednia konsekwencja „mega-oszustwa” w kwestii Macrona w czasie kampanii prezydenckiej, ale też obecnej wrogości tub władzy wielkiego kapitału wobec protestów. Ten brak zaufania miałby świadczyć o dającym nadzieję wzroście zmysłu krytycznego, choć przedstawiciele rządu wolą mówić o objawach „niebezpiecznego populizmu”. Dziennikarze oligarchicznych mediów, nazwani kolektywnie „sprzedawcami gówna”, mają pewne trudności z relacjonowaniem protestów. Zetknięcie z prowincją nierzadko kończy się dla nich wysłuchaniem obelg. Teraz niektórzy z nich sami twierdzą, że szalony wzrost nierówności i lekceważenie dla „pozostawionych na boku” będzie musiało znaleźć jakieś polityczne ujście.

 

Rewolta wyborcza

Wrogość protestujących do „Robin Hooda na odwrót” (Macrona) i spontaniczny, niemal powstańczy charakter frondy to w zasadzie zjawisko dostrzegalne w innych krajach zachodnich, gdzie neoliberalizm narobił szkód społecznych. Odrzucenie samozadowolonych elit finansowych może mieć oczywiście różne oblicza, również niepożądane z lewicowego punktu widzenia, jednak wszystko zależy od zaangażowania polityków i partii, którym zależy na innym, bardziej sprawiedliwym porządku społecznym.

Kiedy premier Philippe przekonywał w telewizji przez 20 minut, że rząd nie może w niczym ustąpić, ani „żółtym kamizelkom”, ani pielęgniarkom (które dziś masowo wyszły na ulice), ani zresztą nikomu, reakcje nie były parlamentarne. „Równie dobrze mógł powiedzieć „pierdolę was”, byłoby krócej” – zżymał się Ian Brossat, pierwszy na liście komunistów w zbliżających się wyborach europejskich. Oligarchia francuska atakuje lewicę tak, by to nie ona pokonała w tych wyborach partię prezydencką, lecz raczej Zjednoczenie Narodowe Marine Le Pen. To w nim widzi lepszego partnera, gdyby cały epizod macronizmu miał zostać w końcu odrzucony. Te manewry medialno-polityczne są antycypacją bez ryzyka, bo już nikt nie wierzy, by ludzie Macrona mogli odnieść zwycięstwo.

Póki co, rząd wprowadził na najbliższy weekend zakaz wszelkich manifestacji w Paryżu w promieniu kilku kilometrów wokół Pałacu Elizejskiego.

Jak to się robi w Paryżu?

Taka okazja zdarza się raz w życiu, więc tym razem na obchody 11 Listopada postanowiłem wybrać się do Paryża, jako że to nie w Warszawie, lecz pod francuskim Compiègne dokonał się 100 lat temu najważniejszy akt wojskowo-polityczny w Europie. Liczyłem na – zamiast hałaśliwego i cuchnącego dymem rac tzw. „Marszu Niepodległości” w Warszawie – wspaniałą, barwną defiladę na Polach Elizejskich i na wysłuchanie „Marsylianki”, ale Emmanuel Macron zrobił mnie w konia i defiladę odwołał.

 

Początkowo brałem pod uwagę wyjazd podCompiègne, kilkadziesiąt kilometrów od Paryża, gdzie 100 lat temu, w położonym o kilkanaście kilometrów od tegoż Compiègne lasku Rethondes, rozciąga się tzw. Clairière de l’Armistice, rodzaj rozległej, wybetonowanej i ozdobionej pomnikami polany, swoiste mauzoleum, gdzie 11 listopada 1918 roku, w wagonie kolejowym, Niemcy podpisali przed marszałkiem Francji Ferdynandem Fochem akt kapitulacji kończący Wielką Wojnę 1914-1918, nazwaną później I wojną światową. Jednak okazało się, że dostanie się tego dnia do tego historycznego miejscu będzie niemożliwe, jako że będą tam pan prezydent Francji i pani kanclerz Niemiec Angela Merkel, więc teren zostanie tak szczelnie otoczony przez policję, że mysz się nie przeciśnie. Na krótko przed odlotem do Paryża dowiedziałem się także, że spodziewanej przeze mnie wojskowej defilady nie będzie. Prezydent Macron, zwany tu złośliwie „małym Napoleonem”, uzasadnił swoją decyzję o rezygnacji z niej względami – powiedzmy – psychologicznymi. Uznał bowiem, że defilada zwycięstwa byłaby niepotrzebną formą upokorzenia Niemców. Wydała mi się ta argumentacja trochę dziwna, jako wyraz nadmiaru poprawności historycznej i zbytek delikatności, bo to ostatecznie Niemcy wywołali tę straszliwą wojnę, ale cóż było robić…

 

Akademia w Champagne-sur-Seine

W przeddzień rocznicy nadarzyła się okazja osłodzenia sobie tego rozczarowania. W niewielkim podparyskim, sennym miasteczku Champagne-sur-Seine, w departamencie Seine et Marne, w którym zamieszkałem, w miejscowym ośrodku kultury odbyła się otwarta dla wszystkich chętnych lokalna, uroczysta akademia rocznicowa. Typową salę kinowo-widowiskową wypełniła, prawie w całości, publiczność na ogół w wieku 50 plus. Na scenie zainstalowano skromną scenografię w postaci płóciennych worków i drewnianych skrzynek „na amunicję”, rekwizytów nawiązujących do akcesoriów wojennych, do okopów. W tle wyświetlano fragmenty archiwalnych kronik z pól bitewnych. Aktorzy-amatorzy odczytywali fragmenty pisanych na froncie listów żołnierzy do bliskich, miejscowy chór damsko-męski śpiewał smętne chorały ku czci poległych, a dla kontrapunktu zaserwowano też serię wesołych, dziarskich piosenek ludowych ze słynną „La Madelon” (taki odpowiednik naszej „Przybyli ułani pod okienko…”) na czele, odśpiewanych przez solistkę Karin w kaszkiecie à la Gavroche. Co znamienne, w „La Madelon” wokalistka opuściła zwrotkę opiewającą chwałę wodzów walczącej Francji („Joffre, Foch et Clemenceau”). Niejaka „depersonalizacja” tej wojny, unikanie kultu ówczesnych wodzów i położenie akcentu na udział i cierpienia zwykłych ludzi był charakterystycznym rysem klimatu tych obchodów. Zwykli, anonimowi żołnierze, a nie marszałkowie, generałowie czy ministrowie spoglądali też z okładek okolicznościowych, historycznych magazynów. Na wspomnianej akademii było też kilka krótkich oficjalnych przemówień, podziękowań, a w hallu po uroczystości czekał na widzów skromny poczęstunek w postaci szampana, napojów i słodyczy.

 

A nazajutrz…

Nazajutrz rano ruszyłem do Paryża, w nadziei, że coś jednak da się uszczknąć z oficjalnej uroczystości pod Łukiem Triumfalnym przy placu Charles de Gaulle – Étoile, gdzie ustawiono wielkie namioty dla oficjeli i akredytowanych dziennikarzy oraz fotoreporterów. Nic z tego. Plac szczelnie odgrodzono metalowymi barierkami i to z dużym zapasem przestrzeni. Media mówiły o Paryżu jako o „mieście-fortecy”, jako że poza prezydentem USA Donaldem Trumpem przybył tu m.in. także prezydent Rosji Władimir Putin. Zrobiłem w deszczu rundę wokół barierek, a potem jak niepyszny wróciłem na Pola Elizejskie, udekorowane trójkolorowymi flagami i naszpikowane uzbrojonymi funkcjonariuszami policji i wojska. Jedyne, co udało mi się zobaczyć, to „Bestię”, limuzynę full wypas wiozącą Trumpa w otoczeniu licznej obstawy, a jedyne co usłyszeć, to dalekie odgłosy odegranej „Marsylianki”. Moja paryska przyjaciółka, z Polski rodem mówi, że ta skłonność do izolacji uroczystości, które na zdrowy rozum powinno się zorganizować dla szerokiej publiczności, a nie dla zamkniętej elity, jest jednym z rysów prezydentury Macrona, o którym mówi się tu jako o człowieku bardzo apodyktycznym, aroganckim, o skłonnościach dyktatorskich.

 

„Trump c’est la guerre”

I właśnie Trumpowi „poświęcona” została antytrumpowa manifestacja przy placu Republiki, na którą przemieściłem się z Pól Elizejskich, nie bez trudności, bo pozamykano szereg stacji metra. Hasło manifestacji brzmiało: „Trump = guerre” (Trump równa się wojna) i trzeba przyznać, że nie była ona liczna. Nad placem, tuż obok pomnika-posągu Republiki unosił się wielki, barwny balon przedstawiający karykaturę Trumpa, z charakterystyczną, żółtą grzywą, jako bobasa w pieluszce podpiętej agrafką. Ta manifestacja została jednak zdominowana przez ciemnoskórych imigrantów, którzy podkręcając animusz afrykańskimi rytmami wygrywanymi na bębnach domagali się praw, „papierów” i mieszkań.

 

Paryż paryżanom – ofiarom wojny

Rozczarowanie brakiem dostępu do głównej uroczystości oficjalnej zrekompensowałem sobie uczestnictwem w wieczornej uroczystości pod murem cmentarza Père Lachaise od strony bulwaru Ménilmontant. Poświęcona ona była paryżanom, ofiarom Wielkiej Wojny, w sumie 94.415, głównie żołnierzom, którzy zginęli na froncie, choć podczas niemieckich bombardowań stolicy, choćby w marcu 1918 roku zginęli także cywile, między innymi kilkudziesięciu uczestników nabożeństwa w kościele Saint Gervais – Saint Protais. Na 280 metrach muru cmentarza umieszczono tablice-panneau z nazwiskami ofiar, a całość, na czas uroczystości, podświetlono „tricolore” (barwami Francji) i zapalono znicze. Na telebimie wyświetlano fragmenty archiwalnych kronik wojennych, pojawił się też aktor odczytujący na tle tablicy fragmenty frontowych listów żołnierzy. Obecna była mer Paryża, Anne Hidalgo, ustrojona w trójkolorową szarfę, która przemaszerowała wzdłuż muru, a także obok mnie, na wyciągnięcie ręki. Orkiestra wojskowa zagrała „Marsyliankę” i „Le Chant du Départ” (pieśń wymarszu z 1792 roku). Licznie zgromadzeni paryżanie, mimo deszczowej pogody, ze wzruszeniem uczestniczyli w tej skromnej, ale przejmującej uroczystości.

 

Atmosfera zadumy

To co uderzało w tych francuskich uroczystościach, to atmosfera zadumy i – choć była to rocznica militarnego zwycięstwa nad Niemcami – brak akcentów buńczucznych, tyrtejskich, bojowych, silnie nacjonalistycznych. Ci, którzy mają Francuzom za złe ich „brak waleczności” w roku 1940 powinni pamiętać, że w czasie bezsensownej I wojny, toczonej głównie w monstrualnym błocie okopów nad Marną i pod Verdun, zginęło ponad półtora miliona młodych, francuskich mężczyzn. Była to straszliwa hekatomba, której ślady w postaci cmentarzy, tablic i pomników można napotkać w większości francuskich miast, miasteczek i wsi. Doświadczenie la Grande Guerre usposobiło Francuzów sceptycznie do walki, choć już kilkanaście lat po drugiej wojnie światowej zaplątali się w brudną, kolonialną wojnę w Algierii.

 

Francja zrobiła swoje, Francja może odejść

A co we Francji poza uroczystościami rocznicowymi? Robi ten kraj, nie od dziś, wrażenie zmęczonego, przygaszonego. Przejawów dawnej, galijskiej wesołości daremnie tu szukać. Mój przyjaciel-gospodarz, Polak zamieszkały na stałe na podparyskiej prowincji zwraca uwagę na obniżenie się ambicji ogółu Francuzów. Nie mają już poczucia, że są obywatelami mocarstwa i że przed ich krajem jest świetlana przyszłość. Standard życia nie rośnie tu już od dawna, ale że też gwałtownie nie spada, a już dawno usytuował się na dość wysokim poziomie, więc ludzie żyją sobie na ogół dostatnio, choć bez fajerwerków. Wokół tematu ekonomicznej, politycznej, duchowej kondycji Francji obecnej powstało już sporo artykułów i książek, w tym proza powieściowa Michela Houellebecqa. Można było w nich natrafić na takie tytuły jak „Francuskie samobójstwo” Erica Zemmoura czy na frazę „Francja zrobiła swoje, Francja może odejść”. Te wymowne sformułowania nawiązują właśnie do owego, wyraźnego w dawnej, „słodkiej Francji” klimatu swoistej dekadencji i przekonania, że Francja nie jest już tą dawną cywilizacją, która przez mniej więcej trzy stulecia promieniowała na cały świat w sferze kultury, sztuki, filozofii czy obyczajów, że ta jej dawna rola już się zakończyła, że nie jest już natchnieniem świata, w tym dla Polski. Także Paryż wydaje się nie mieć już dawnego splendoru i animuszu. Jest przygaszony, jak jego mieszkańcy. Próżno szukać dawnych, legendarnych elegantów i elegantek paryskich. W odróżnieniu od Polski, w której panuje skłonność do unowocześniania wszystkiego co się da, czy trzeba czy nie trzeba, tu dominuje rodzaj abnegacji. Słynne, uważane za prestiżowe muzeum wnętrz z XVIII wieku, Nissim de Camondo, wygląda jak prowincjonalna, przykurzona ekspozycja starych eksponatów, niedbale pilnowana przez znudzoną obsługę. Na dziedzińcu stoi sfatygowana latarnia z wybitą szybką, której najwyraźniej nikt nie kwapi się naprawić. Trochę mi te niedbałości i niedoróbki przypominają przykurzone zaniedbanie, charakterystyczne dla PRL. Nie jest to skojarzenie zupełnie pozbawione sensu, jako że pewien dowcipny Francuz określił kiedyś Francję jako „Związek Radziecki, któremu się udało”. Prowincja też jest smutnawa, spacerując przez kilka dni ulicami Champagne-sur-Seine zauważyłem, że za dnia i wieczorem jest pustawe. Odkąd zamknięto fabrykę, w której pracowało około 3000 ludzi, co rano na peronie małego dworca kolejowego smutni, zaspani ludzie czekają na pociągi do Paryża przez Melun, wiozące ich do pracy w metropolii, rzecz jasna. Wracają do swoich domów po kilkunastu godzinach, aby następnego dnia, z rana stawić się na peronie. A nadto, jak powiedział mój gospodarz, „ludziom niewiele się chce, zamykają się w domach”.

 

Vive la France!

A może to listopad, ten zły miesiąc dla Polaków, spowodował że zobaczyłem Francję smutną i zmęczoną? A może ten obraz jest nazbyt ponury, a przez to nie w pełni prawdziwy? Żeby jednak nie wyszło na to, że wyłazi ze mnie zadufany Polak, dodam, że jest we Francji sporo rzeczy, które można byłoby przenieść do Polski, choćby system transportu publicznego, dobrze zorganizowany, tani i przyjazny ludziom. A także prężne, markowe branże przemysłowe, których możemy tylko pozazdrościć i państwo, które mimo trudności nie jest „teoretyczne”. Mimo objawów pewnego rozprzężenia, ten kraj nadal ma silną, wypracowaną przez stulecia, pozycję w Europie oraz poziom życia, do którego jeszcze sporo nam brakuje. A poza tym na wystawach paryskich księgarń dominuje wielka klasyka, a nie jak w Polsce, współczesna tandeta. A zatem, mimo wszystko: Vive la France!

Król-dziecko i faworyt z doklejoną brodą

„On nie był moim kochankiem” – to nerwowe dementi prezydenta Emmanuela Macrona, wygłoszone 24 lipca do parlamentarzystów swej partii, mniejsze zrobiło wrażenie, niż jego krzyk „Jeśli szukają odpowiedzialnego – to ja! Niech po mnie przyjdą!”. Prezydent Francji nie musi odpowiadać przed nikim i zresztą nie ma zamiaru: było to typowe, podwórkowe „pokazanie wała”. Jednak „afera Benalli”, która od 11 dni trzęsie Francją, na tym się nie skończyła. Cała opozycja – prawica i lewica – przekonuje o konieczności „obrony demokracji” i „państwa prawa”.

 

Wczoraj w Paryżu ludzie manifestowali pod hasłem „Chodźmy po Macrona”, ale prezydent oczywiście pozostał nieosiągalny w swoim Pałacu Elizejskim, zwanym potocznie „zamkiem”. Już przedwczoraj ludzie zaczęli się zbierać na Placu Contrescarpe w sercu Dzielnicy Łacińskiej, tam, gdzie cała ta afera miała swój początek, ujawniona dwa i pół miesiąca później. To tu, 1 maja, kiedy lewica manifestowała w obronie praw socjalnych sukcesywnie odbieranych przez neoliberalną administrację Macrona, sfilmowano jego młodego faworyta, 26-letniego Alexandre’a Benallę, zastępcę szefa gabinetu prezydenta. Przebrany za policjanta, wraz z kilkoma kolegami związanymi z prezydencką partią, bił młodych mężczyzn i kobiety. Bijący wykrzykiwali, że jeśli ktoś chce manifestować 1 maja, powinien jechać „do Wenezueli albo na Kubę”.

Był to zaledwie początek, gdyż właściwą burzę wywołały próby zatuszowania tej „akcji” i roli samego Benalli w najbliższym otoczeniu Macrona. Oto po latach do przestrzeni publicznej wróciło słowo „barbouze”. W slangowym francuskim oznacza ono bandytę na usługach władzy, kogoś, kto stosuje metody, których policja ani wojsko stosować nie mogą, kto działa w przebraniu („ze sztuczną brodą”). Termin zrobił szczególną karierę na początku lat 60. ubiegłego wieku, gdy ówczesne ministerstwo spraw wewnętrznych postanowiło walczyć z Organizacją Tajnej Armii (OAS, która sprzeciwiała się dekolonizacji Algierii) jej terrorystycznymi metodami. „Barbuzów” używały później do różnych spraw kancelarie prezydenckie: taką „policję równoległą” stworzył np. „socjalistyczny” prezydent Mitterrand, by ukrywać istnienie swej nieślubnej córki. Dziś wygląda na to, że Benalla był „barbuzem” Macrona.

 

Dworskie uśmiechy

Francja dowiedziała się o wszystkim dopiero 18 lipca, kiedy Le Monde opublikował wideo, na którym faworyt króla zabawiał się z kolegami w bicie „lewaków”, choć oczywiście nie miał do tego prawa. Ba, wydawał rozkazy policjantom. Kiedy w czwartek 26 lipca, już oskarżony o kilka przestępstw i wylany z roboty, Benalla dał wywiad tej samej gazecie, używał języka monarchicznego: „W sumie wszystko w Pałacu Elizejskim opiera się na ocenie bliskości z szefem państwa. To zjawisko dworu.” On był bardzo blisko, więc najwyżsi policjanci słuchali go bez szemrania. „Najwyższy czas obalić prezydencką monarchię absolutną, raz na zawsze!” – Thomas Guénolé, lewicowy politolog z Nieuległej Francji (La France Insoumise, LFI), przekonuje do VI Republiki, a cała opozycja, nawet tradycyjna prawica, straciła zaufanie do rządu.

W Europie podobnie scentralizowany system prezydencki można znaleźć tylko w Turcji Erdogana. Francja V Republiki daje prezydentowi olbrzymią władzę, a Macron zaproponował właśnie ustawę konstytucyjną zmniejszającą jeszcze znaczenie parlamentu. Przed wywiadem Benalli, Macron, po tygodniu milczenia, wyznał ludziom ze swej partii, że „został zdradzony”, potępił zachowanie swego człowieka, a jednocześnie podkreślił, że jest „dumny” z zatrudnienia kogoś tak oddanego, kto „przeszedł inną drogę”. Ta ambiwalencja dolała oliwy do ognia nie gorzej niż „pokazanie wała”.

 

Misiewicz do kwadratu

Benalla, wysoki i misiowaty, miał 24 lata, gdy dołączył do byłego bankiera w czasie jego kampanii wyborczej. Jako ochroniarz zbliżył się bardzo do przyszłej pary prezydenckiej, potem organizował ich prywatne wyjazdy. Jednocześnie miał sprawę o pobicie kobiety, co sąd umorzył. Kiedy Macron został prezydentem, jego podopieczny zrobił niebywałą karierę. Awans na wysokie stanowisko w kancelarii, na wysokiego oficera rezerwy (z kaprala), wejściówki wszędzie, luksusowy samochód z kierowcą, jak dla najwyższych oficerów, luksusowe mieszkanie niedaleko Pałacu Elizejskiego (w domu, w którym Mitterrand umieścił kiedyś tajną córkę), wysoką pensję. Nikt inny w kancelarii nie był tak rozpieszczony. Policja wolała słuchać jego rozkazów, choć nie miał prawa ich wydawać. Jego stanowisko było niejasne. Dziś jest podejrzewany o tworzenie „równoległej policji” politycznej na zlecenie prezydenta. Dla opozycji to „sprawa stanu”.

Jean-Luc Mélenchon, lider LFI, oświadczył w parlamencie, kompletnie sparaliżowanym od ujawnienia afery, że rozpoznał na majowych zdjęciach jednego z ludzi Benalli, który na marcowej manifestacji w Paryżu przeciw antysemityzmowi wyrzucał delegację parlamentarzystów lewicy. Okazało się, że kolega Benalli to oficer policji, który działał wtedy wspólnie z Żydowską Ligą Obrony (LDJ – Betar), grupą skrajnie prawicowych osiłków, która od dawna terroryzuje lewicowców. LDJ jest nielegalna w USA i nawet w Izraelu, ale nie we Francji. Wyrzucenie deputowanych lewicy z pochodu miało ich poniżyć politycznie, co się poniekąd udało.

 

Nie mówmy o tym

Parlament był sparaliżowany, bo opozycja odmówiła debat na temat zmian w konstytucji proponowanych przez Macrona, domagano się komisji śledczej. Większościowa partia prezydenta (LREM – prawica neoliberalna) zdołała jeszcze przegłosować postulat usunięcia z ustawy zasadniczej zapisu o powszechnych ubezpieczeniach społecznych i zgodziła się na komisję pod warunkiem, że będzie jej przewodzić. Jej żywot był krótki. Na pytania dlaczego nikt, choć zmuszony przez prawo, nie zawiadomił prokuratury, minister spraw wewnętrznych odpowiadał, że to nie on, lecz prefekt paryskiej policji powinien był to zrobić. Prefekt, że było to zadanie dla kancelarii prezydenta, a szef kancelarii, że „nie miał wszystkich elementów”. Przesłuchano sześć osób i każdy dzień przynosił nowe rewelacje, więc szefowa komisji z LREM odmówiła zapraszania na przesłuchania kolejnych urzędników z otoczenia Macrona.

W tej sytuacji cała opozycja, zarówno tradycyjna prawica (LR – Republikanie) ze Zgromadzeniem Narodowym (RN – dawnym Frontem Narodowym), jak i lewica – Nieuległa Francja (LFI) i komuniści (PCF), zdecydowała o bojkocie komisji jako „parodii”. Pojutrze w parlamencie odbędą się aż dwa głosowania w sprawach wotów nieufności do rządu: jedno prawicy i drugie lewicy, do którego postanowili dołączyć „socjaliści”. Resztka Partii Socjalistycznej, która została po „prawicowym coming-oucie” jej wyborców i polityków, którzy przeszli do LREM wraz z innymi neoliberałami, chce ciągle być identyfikowana na lewicy. To jednak niczemu nie pomoże, bo oba wota zostaną odrzucone przez większościową partię prezydenta.

 

Brodacz bez brody

Obserwatorów francuskiego życia publicznego zadziwiła najbardziej postawa mediów. Prawie wszystkie należą do kilku oligarchów-miliarderów i prawie wszystkie do tej pory opowiadały się za Macronem, tuszowały jego wpadki i chwaliły wątpliwe sukcesy, a tymczasem nagle nastąpiło pęknięcie, jakby czemuś zawinił. Wszystko wydawało się iść gładko: właściciele mediów, którzy go promowali, zarobili wielkie pieniądze, kolejne miliardy, z powodu obalenia przez Macrona podatku od wielkich fortun. Rozwarstwienie społeczne przyśpiesza, strumień bogactw idzie w górę kosztem uboższych, ale najwyraźniej „król” poszedł za daleko w swym monarchicznym pojmowaniu władzy.

Ale część oligarchii trwa przy Macronie, a on broni Benalli do samego końca. Przedwczoraj wywiad zrobiła z Benallą największa telewizja we Francji TF1 (własność wielkiego koncernu budowlano-komunikacyjnego Bouygues), w czasie największej oglądalności. Prezydent wysłał swoich speców od PR, którzy kazali faworytowi zgolić brodę, co symbolicznie miało pokazać „prawdziwego” fałszywego policjanta, który nie ma nic do ukrycia. W nienagannym garniturze i okularach wyglądał jak minister, wypowiadał wyuczone zdania. Wywiad nie był na żywo, zmontowano go z wystudiowanych wypowiedzi, by Benalla mógł rzec, niczym w romantycznej historii, że „nigdy nie zdradził prezydenta” i niczemu nie jest winny.

 

Kryzys monarchii

Dla opozycji zadziwiająca afera Benalli ilustruje jawną pogardę, jaką Macron i jego ludzie odczuwają w stosunku do wszelkiej kontrwładzy. Sam Macron najzupełniej poważnie porównuje się do Jupitera (Zeusa), boga, który włada piorunami. Co z tego, że faworytem dworu zajęła się w końcu prokuratura, skoro podlega ona rządowi, czyli prezydentowi? Zachłyśnięcie się władzą bankowego technokraty, które dało mu przydomek „króla-dziecka”, na razie niespecjalnie działa przeciw niemu: ponad 60 proc. Francuzów odrzuca go, ale i tak ma on dużo wyższą popularność, niż poprzedni prezydent Hollande. Nie tylko postawa oligarchicznych mediów odegra rolę w społecznej ocenie reszty jego kadencji, ale i protesty społeczne, które szykują się na jesień.

Macron wygrał wybory dzięki sprytnej recepcie neoliberałów: potrzebują oni jak powietrza czegoś, co uchodzi za diabła (np. nacjonalistów), co „wiecznie” znajduje się na drugim biegunie. Neoliberalizm wzmaga skrajną prawicę, bo sam nią w gruncie rzeczy jest, ze swą przemocą wobec uboższych i przeciwników politycznych. Brutalność policji, „pokazywanie wała” i tuszowanie przestępstw władzy może jednak na dłuższą metę doprowadzić do politycznego przełomu, na który żadni „barbouzes” nie poradzą.

 

Komentarz Bruno Drweskiego, naszego korespondenta z Francji:

Nie ulega wątpliwości, że nastroje społeczne są od lat ponure, tak samo na lewo, jak i na prawo, tak samo w klasach ludowych jak w średnich, tak samo wśród zatrudnionych przez państwo, jak wśród pracowników sektora prywatnego. Wiadomo, że jeśli wiele ludzi nie manifestuje bądź nie strajkuje teraz to tylko z tego powodu, że groźba bezrobocia, tymczasowe umowy, zadłużenie i brak nadziei i wiarygodnej alternatywy politycznej pozbawiły ich tej możliwości. Większość Francuzów jest skłonna natomiast popierać tych, którzy mogą pozwolić sobie na „luksus” walki o obronę zdobyczy socjalnych lat powojennych, dziś zagrożonych przez globalizację i politykę UE.
To wszystko jednak nie wyjaśnia, dlaczego główne media zrobiły aferę akurat z tego, co dotychczas najczęściej tolerowały. Mało które media protestowały, kiedy parę lat temu uzbrojone bojówki skrajnej prawicy syjonistycznej LDJ pobiły manifestantów, upominających się o prawa mieszkańców strefy Gazy, przy obojętności patrzących na to policjantów. Wtedy francuski rząd jako jedyny na świecie zabronił… następnych protestów na rzecz Palestyny, ze względu na „zagrożenia dla porządku publicznego”, zamiast zdelegalizować owe bojówki. Bojówki te ćwiczą zresztą w policyjnej hali sportowej w XIX dzielnicy Paryża. Trudno tu o jasną odpowiedź. Niektórzy twierdzą, że dopóki regres społeczny dotyczył niższych warstw, uprzywilejowana kasta stałych i bardzo dobrze płatnych dziennikarzy mogła się solidaryzować z elitami francuskimi, ale Macron zrobił o jeden krok za dużo, polecając przygotowanie ustawy przeciwko „fake news”. W teorii celuje ona w związaną z Rosją stację RT France, ale wszystkim dziennikarzom wiadomo, ze skoro niemożliwym jest obiektywne określenie, jaka informacja jest prawdziwa, a jaka fałszywa, to zagrożona jest pozycja wszystkich. I wszystkim grozi faktyczna cenzura… Ograniczone zostaną wpływy „czwartej władzy” nad władzą „pierwszą”, w sytuacji, kiedy zasadnicza władza i tak należy do transnarodowych firm, właścicieli większości koncernów medialnych.
A może rozgłos wokół afery Benalli związany jest z napięciami międzynarodowymi, w których Macron odgrywa ważną rolę, czy to na poziomie UE, czy w świecie arabskim, czy jeszcze na linii Francja-UE-NATO-G7-USA ? Niektórzy stawiają nawet odważną tezę o tym, że w obliczu masowego niezadowolenia system sprowokuje „kolorową rewolucję we Francji, która mogłaby, wzorem „arabskiej wiosny” czy „euromajdanu”, ukierunkować gniew ludu przeciwko „złemu prezydentowi” – byle system pozostał nietknięty. Tak czy owak, obecny kryzys osiągnął już taki poziom, ze nawet publiczna samokrytyka samego Macrona nie zmieni już chyba faktu, ze król jest nagi i że wszelki entuzjazm powyborczy i popiłkarski definitywnie minął. Francja, jak prawie wszystkie inne liczące się państwa Unii Europejskiej i NATO, weszła w okres kryzysu reżimu i utraty wiarygodności władz oraz elit rządzących i posiadających.

Misiewicz po francusku

Minister spraw wewnętrznych Francji, Gerard Collomb, złożył wyjaśnienia przed komisją w Zgromadzeniu Narodowym – niższej izbie francuskiego parlamentu. Pokajał się za to, że”odpuścił” sprawę zastępcy szefa gabinetu Macrona i jego protegowanego, Alexandra Benalli.

 

Afera wybuchła w ubiegłą środę, sprawę nagłośnił reportaż na łamach „Le Monde”. Benalla, który podczas demonstracji 1-majowej w przebraniu policjanta bił i szarpał demonstrantów, został nagrany i obfotografowany przez dziennikarzy. Okazało się, że prezydent Macron po całym wydarzeniu po prostu zawiesił go na dwa tygodnie bez żadnych dalszych konsekwencji.

Na temat Benalli istnieją uzasadnione podejrzenia, że przy pomocy własnej bojówki realizował po prostu prezydenckie „zadania specjalne” wymierzone w lewicę. To tłumaczyłoby, dlaczego prezydent zwlekał ze zwolnieniem go aż do ubiegłego piątku. W tej chwili Benalla znajduje się w areszcie, a sprawą zajmuje się prokuratura.

Zeznania w tej sprawie złożył minister spraw wewnętrznych Gerard Collomb. Twierdził, że nagrania dostał 2 maja. Natychmiast poinformował o nich prezydenta i usłyszał, że zostaną wyciągnięte konsekwencje. Pokajał się przed opinią publiczną, że w związku z tym przestał już interesować się dalszym biegiem sprawy. Wyjaśnienia te nie przekonały krytyków – Collomb jest jednym z najwierniejszych współpracowników Macrona w rządzie.

Minister przyznał też, że Benalla 1 maja był obecny razem z 40 innymi ludźmi w komendzie głównej policji, wówczas jednak minister nie miał pojęcia, iż jest to „człowiek prezydenta”.
Na zarzuty, że nie powiadomił o całej sprawie prokuratury, minister zarzekał się, że nie było to jego zadanie, lecz prezydenta lub szefa policji.
Sam Macron nie może na tę okoliczność zostać przesłuchany przez parlamentarzystów. Na temat całej sprawy odmawia komentarza od niemal tygodnia. Podano, że nie pojawi się na Tour de France na południu kraju w najbliższą środę. Dziennikarze już teraz mówią o największym jak dotąd kryzysie jego prezydentury.