Unia wkurzona na Turcję

Na spotkaniu szefów dyplomacji krajów Unii Europejskiej tematem głównym były coraz gorsze stosunki z Turcją. Ministrowie skrytykowali jej działania na Morzu Śródziemnym i brak poszanowania praw człowieka, ale jednocześnie uznali swoją bezsilność wobec tureckiego „szantażu migracyjnego”. Unia nie chce imigrantów, więc musi Turcji płacić i nie przesadzać z pretensjami.

„Jeszcze 15-16 lat temu myślałem, że Turcja stanie się krajem europejskim, wielkim krajem muzułmańskim, który widzi przyszłość w demokracji. Tymczasem idzie to w złym kierunku” – mówił minister Jean Asselborn z Luksemburga. Inni mu przytakiwali i wyliczali jej grzechy: łamie embargo na broń dla rządu libijskiego z Trypolisu, szuka ropy pod wodami terytorialnymi Cypru, w Syrii popiera dżihadystów i zwalcza Kurdów, a u siebie wprowadza dyktatorskie prawa i jeszcze zmienia Hagia Sofię w meczet. Ale zaraz wszyscy podkreślili wagę partnerstwa z Turcją, sojusznikiem w ramach NATO.
Unia jest szczególnie zaniepokojona tureckim „szantażem migracyjnym”. Do tej pory zarządzała przepływem migrantów do Europy na granicy z Grecją, teraz, gdy zaangażowała się w wojnę w Libii, może trzymać rękę na drugim punkcie napływu imigracji do Europy i sterować nim do woli. W 2016 r. niemiecka kanclerz Merkel zgodziła się wypłacić Turcji z funduszy europejskich miliardy euro w zamian za zatrzymanie uchodźców u siebie, ale Turcy nie są zadowoleni. Chcą więcej pieniędzy i ruchu bezwizowego z Unią.
W zeszłym tygodniu do Ankary pojechał szef unijnej dyplomacji Josep Borrell, by rozmawiać o tym z Mevlütem Cavusoglu, tureckim ministrem spraw zagranicznych. Niestety, nic z tego nie wyszło. Turcy znowu zagrozili, że jeśli Unia nie przestanie ich krytykować i nie zechce płacić, pozwolą migrantom na wyjazdy do Europy. W tej sytuacji Komisja Europejska postanowiła wypłacić Turcji dodatkowe pół miliarda za powstrzymanie migracji.

Hagia Sofia jako święta turecka

Imponującą bazylikę w Stambule ogołocono z jej ochronnej, muzealnej neutralności. Znowu będzie świątynią, co było marzeniem prezydenta Recepa Erdogana, od kiedy doszedł do władzy 17 lat temu. Turecki przywódca pragnął „przywrócić” starochrześcijańską bazylikę Mądrości Bożej muzułmanom, gdyż osmański sułtan Mehmed II Zdobywca podbił Konstantynopol w XV w., więc jest turecki.

Było to ok. tysiąc lat po powstaniu budynku, a wierni się wykruszyli, więc Mehmed zrobił z Hagia Sofia meczet. Inny wielki Turek Mustafa Kemal Atatürk w 1934 r. chciał zrobić gest otwarcia wobec świata i przekształcił świątynię-symbol w dostępne dla wszystkich muzeum. Recep Erdogan woli być raczej Mehmedem Zdobywcą, niż Atatürkiem.
Imperium Osmańskie rozpadło się w wyniku I wojny światowej i własnej sklerozy. Pod koniec było to rozległe, mocno zacofane państwo przeżarte korupcją i ceremonialną religią. Mimo to Erdogan patrzy z czułością na mapę dawnego imperium, gdy cały wschodni i południowy basen Morza Śródziemnego należał do Turcji. Marzenia o dawnej potędze stały się powoli częścią polityki historycznej i polityki tout court: Erdogan wysyła armię do Syrii i prowadzi wojnę w Libii, a na zachodzie prasa nazywa go „sułtanem” z ironią. Symboliczne przejęcie Hagia Sofia przez Erdogana to ukoronowanie jego polityki islamizacji kraju, długiego tworzenia monolitu narodowego na bazie wiary.
Oczywiście rozległy się na świecie głosy sprzeciwu, ale niezbyt głośne, bo w końcu zabytek jest prawosławny, wschodni, jakby mniej ważny. Waszyngton wyraził „rozczarowanie” decyzją prezydenta, Paryż „żal”… Najbardziej zdenerwowało to chyba Greków. Tamtejsza minister kultury Lina Mendoni uderzyła w wyższe tony: „To prowokacja wobec cywilizowanego świata!”, „Nacjonalizm prezydenta Erdogana cofa jego kraj o sześć wieków” – krytykowała. Wszystkie chrześcijańskie Kościoły wschodnie potępiły ponowne przekazanie świątyni islamskim wiernym.
Kto daje i zabiera… Atatürk w 1934 r. przekształcając bazylikę w muzeum chciał oferować „prezent dla całej ludzkości”, a odebranie prezentu źle wygląda. Władze tureckie zapewniają, że świątynia niejako pozostaje prezentem, będzie ją można zwiedzać. Tyle, że właściciel się zmienił. Wytykanie Turcji tego obciachu wkurzyło Erdogana, dziś głośno odrzucił wszystkie potępienia międzynarodowe. „Ci, którzy nigdy nie występują przeciw islamofobii w swoich krajach, atakują teraz turecką wolę stosowania swych suwerennych praw”.
Erdogan zrobił dobrze swemu konserwatywnemu elektoratowi, bo Turcja ciągle jeszcze jest republiką i obowiązują wybory. Kryzys gospodarczy drąży kraj, więc marzenia o silnym imperium mają mu pomóc: „Podjęliśmy tę decyzję nie dlatego, że ktoś coś mówi, tylko dlatego, że mamy prawo, jak w Syrii i Libii” – mówił prezydent, jak Zdobywca. Czyli Turcja może robić, co chce, na podstawie nadanego sobie prawa. To wszystko już było przerabiane i ciągle się powtarza. Budynkowi raczej nic się nie stanie, ale gdzie indziej Turcja robi się agresywna, a każda jej sprawa jest „święta”. Jeszcze trochę i będzie krajem niebezpiecznym.

Zostawieni przez sojusznika

Amerykańskie wojska opuszczają północno-wschodnią Syrię, turecka inwazja jest już praktycznie przesądzona. Kurdowie przygotowują się do obrony, a Erdoğan straszy, że jego wojska mogą „uderzyć w każdej chwili”.

W oficjalnym oświadczeniu Białego Domu czytamy, że wojska amerykańskie nie będą wspierać tureckiej operacji w północnej Syrii, ale też, że nie będą znajdowały się na terenie, który ma ona objąć. Media pokazują już fotografie pustych obiektów wojskowych, gdzie do niedawna znajdowali się amerykańscy żołnierze. Kurdowie zaś nie mają wątpliwości: zostali ponownie zdradzeni. Waszyngton, który nazywał ich „najlepszym sojusznikiem” w walce z Państwem Islamskim, zostawia ich na pastwę losu, gdy kalifat już upadł. Prezydent Turcji Recep Tayyip Erdoğan powtórzył dziś, że Turcja jest gotowa uderzyć na kurdyjską autonomię w północnej Syrii w dowolnym momencie. Zapewne jednak nie nastąpi to przed odejściem Amerykanów, co zdaniem analityków nie potrwa dłużej niż tydzień.
Prezydent USA uzasadnił podjęte przez siebie decyzje w typowym stylu. Wspieranie Kurdów podobno było zbyt kosztowne.
– Kurdowie walczyli razem z nami, ale płaciliśmy im ogromne sumy w pieniądzach i sprzęcie, aby to robili. Oni walczą z Turcją od dziesięcioleci. Teraz Turcja, Europa, Syria, Iran, Irak Rosja i Kurdowie będą musieli rozwiązać sytuację – napisał na Twitterze w serii wiadomości. W najmniejszym stopniu nie wzruszają go komentarze kurdyjskich polityków i dowódców, przypominających Amerykanom gwarancje, jakie mieli dać Kurdom. Ochrona przed Turcją, dla której wszyscy bojownicy o wolność Kurdystanu są terrorystami, miała być najważniejszą z nich.
Organizacja Narodów Zjednoczonych skomentowała w poniedziałek, że „szykuje się na najgorsze”… i w zasadzie wiele więcej robić nie może. Bezradność międzynarodowego gremium wyraził oenzetowski koordynator ds. humanitarnych w Syrii Panos Mumtzis, oznajmiając, że nie wie, co się stanie, a wokół operacji tureckiej pozostaje wiele pytań bez odpowiedzi. Turcy za to nie kryją się bynajmniej z tym, że ich operacja ma być bezwzględna. Minister spraw zagranicznych Mevlüt Çavuşoğlu również na Twitterze zapowiedział „wyczyszczenie” północnej Syrii z „terrorystów”. Na tereny, z których zostaną wypędzeni Kurdowie, Turcja chce przewieźć 2 mln uchodźców z Syrii, którzy w poprzednich latach szukali u północnego sąsiada schronienia przez wojną niszczącą ich kraj.
Kurdowie zapowiadają, że będą walczyli do końca, chociaż przeciwnik jest silniejszy i chociaż, wierząc w amerykańskie gwarancje, sami swojego czasu zniszczyli umocnienia na granicy między terytorium syryjskim a Turcją.
W podzięce za zielone światło na ofensywę Turcja miała zgodzić się przyjąć do swoich więzień byłych bojowników Państwa Islamskiego, pojmanych po jego upadku, których nie chcą wpuścić na powrót kraje europejskie, z których na Bliski Wschód przyjechali. Warto pamiętać, że podczas inwazji na kurdyjski Afrin Turcja nie miała żadnych problemów, by „przekwalifikować” byłych dżihadystów na członków swoich paramilitarnych, „ochotniczych” oddziałów.

Sojusznik, na którego można „liczyć”

Każda kolejna rozmowa Trumpa z Erdoganem ma coraz tragiczniejsze skutki. W wyniku wczorajszej USA zgodziły się na inwazję(!) turecką na Rożawę. Od rana Amerykanie opuszczają swoje bazy. Wszystko to po tym jak przekonali SDF do likwidacji umocnień na granicy gwarantując ochronę przed Turcją. W tym kontekście poniższe zdjęcie Chamberlain wracającego z Monachium po zdradzie Czechosłowacji nieprzypadkowe. Tak jak wtedy, tchórzliwa decyzja politycznych dyletantów będzie miała tragiczne konsekwencje. Wojna, czystka etniczna, którą wprost zapowiada Erdogan, masowe migracje, ustanowienie Rosji jako hegemona w Syrii, uwolnienie tysięcy fanatyków z ISIS (bo Kurdowie nie są w stanie jednocześnie ich pilnować i walczyć z Turkami). Dla Polski i wszystkich innych sojuszników USA na świecie powinno to być jasnym sygnałem – żadna baza nic nie gwarantuje. Jeden telefon i amerykańscy chłopcy zostawiają Cie sam na sam z agresorem.

Kurdystan.info (Facebook)