Opowieści Pinokia

Znacie? Znamy! No to posłuchajcie! Premier zafundował nam powtórkę z rozrywki, tyle, że niezbyt śmieszną.

W swoim exposé Mateusz Morawiecki w dużej mierze powtórzył swoją standardową narrację o mesjańskiej roli PiS w historii III RP. Szansa („moment dziejowy”), przed jaką stanęła Polska w 1989 roku, została „tylko częściowo wykorzystana”. Co gorsza, „neoliberalizm spowodował mętlik pojęciowy i bałagan w systemie wartości” – mówił premier. I chociaż kraj się trochę rozwinął, a nawet „udało się przezwyciężyć wiele bolączek PRL”, to przy okazji „wyprzedaliśmy srebra rodowe”, utraciliśmy przemysł i uzależniliśmy się od zagranicy.
Jak mówił, realizowano u nas „model rozwoju oparty na przekonaniu, że Polska ma dostarczać taniej siły roboczej” – model, który „pasował innym, ale podcinał gałąź nam”. Jednak w 2015 roku nastąpił przełom: niepodzielną władzę zdobyło Prawo i Sprawiedliwość, „złapaliśmy w żagle wiatr historii” i „przebiliśmy rozwojowy szklany sufit”. Rząd pod przewodnictwem Morawieckiego „naprawia polskie sprawy jak nikt dotąd po 1989 roku”.
Potem premier przeszedł do kolejnego etapu: tworzenia „Polski wielkich projektów, które będą oznaczały realny skok cywilizacyjny naszego kraju”, tworzenia „potencjału, który można porównać z największymi przedwojennymi programami rozwojowymi”.

Bajeczki dla naiwnych

Przedstawiona przez Morawieckiego interpretacja historii Polski po 1989 roku mija się z faktami. Polska jest liderem wzrostu gospodarczego spośród wszystkich krajów transformacji i mimo odziedziczonej po PRL spuścizny, szybko nadrabiała zaległości rozwojowe względem najbogatszych krajów, nie natrafiając po drodze na żaden „rozwojowy szklany sufit”.
Po 2015 r. polityka gospodarcza PiS nie dała impulsu rozwojowego rzekomo pogrążonej w stagnacji Polski. Działania PiS w rzeczywistości podkopywały rynkowe fundamenty wcześniejszego wzrostu. Jednak dzięki dobrej koniunkturze w gospodarce światowej Polacy mogli się dalej cieszyć poprawą poziomu życia (która postępowała przez poprzednie 25 lat).
Zmiana stanu finansów publicznych w okresie rządów PiS to efekt przede wszystkim dobrej koniunktury. Jeśli chodzi o malejący dług publiczny, należy zaznaczyć, że w latach 2015–2019 dług publiczny w stosunku do produktu krajowego brutto zmniejszyło poza Polską 25 krajów Unii Europejskiej. Z kolei „zrównoważony budżet” na 2020 rok opiera się na dochodach jednorazowych (1 proc. PKB) i dotyczy wyłącznie budżetu państwa, który stanowi zaledwie połowę całego sektora finansów publicznych.
Po wyeliminowaniu dochodów jednorazowych i uwzględnieniu całości wydatków publicznych, deficyt wyniesie 1,2 proc. PKB (w roku, w którym połowa krajów UE będzie miała nadwyżkę). Rząd PiS do „zrównoważenia” budżetu stosuje też różne sztuczki: np. w celu sfinansowania trzynastej emerytury chce sięgnąć po pieniądze z Solidarnościowego Funduszu Wsparcia Osób Niepełnosprawnych
Pozostanie na dotychczasowym kursie obranym przez PiS w 2015 r., w końcu odbije się negatywnie na procesie doganiania Zachodu. Wielkie projekty Morawieckiego nie oznaczają wcale „realnego skoku cywilizacyjnego naszego kraju”. Takiego skoku Polska dokonała, zastępując socjalizm gospodarką rynkową. Działania PiS prowadzą do ograniczenia wolności ekonomicznej, spadku aktywności zawodowej i upolitycznienia gospodarki przez rozrost sektora państwowego. W długim okresie oznacza to zahamowanie dotychczasowej konwergencji.

Megalomania i demagogia

Morawiecki stwierdził, że rządy PiS „naprawiają polskie sprawy jak nikt dotąd po 1989 roku”. To już zakrawa na megalomanię. Pierwsze rządy po 1989 r. musiały zmierzyć się ze spuścizną ponad czterech dekad socjalizmu, której przejawami były chociażby hiperinflacja, dominacja państwowych monopoli, brak cen rynkowych. PiS natomiast swoimi działaniami (obniżającymi aktywność zawodową, ograniczającymi wolność gospodarczą i zwiększającymi rozmiar upolitycznionego sektora państwowego w gospodarce) ogranicza potencjał budowany przez poprzednie 25 lat.
W czasie rządów PiS Polska nie przebiła wcale „rozwojowego szklanego sufitu” – dlatego że wcześniej w taki „rozwojowy szklany sufit” nie uderzyła. Od 1992 r. Polska stale nadrabiała dystans do najbardziej rozwiniętych gospodarek świata, dochodząc w bieżącym roku do poziomu 62 proc. PKB per capita (według parytetu siły nabywczej) krajów grupy G7 (podobny trend wzrostowy można zaobserwować w zestawieniu z każdą rozwiniętą gospodarką lub zbiorem takich gospodarek).
W konsekwencji nieprzerwanego od niemal trzech dekad doganiania Zachodu, obecnie dochody Polaków w stosunku do dochodów mieszkańców najbogatszych krajów są najwyższe w historii – nie ma w tym jednak zasługi PiS. Ponadto nie wiadomo, czy Polsce uda się ostatecznie osiągnąć poziom rozwoju najbogatszych krajów, co wynika z tego, że powoli wyczerpują się dotychczasowe rezerwy wzrostu, a coraz większym problemem staje się struktura demograficzna polskiego społeczeństwa. Nie zważając na to, PiS podjęło wiele działań, które wpłyną negatywnie na dalszy rozwój gospodarczy (np. odwróciło reformę stopniowo podnoszącą wiek emerytalny).
Demagogiczną tezę, że w Polsce realizuje się model bazujący na „taniej sile roboczej”, słyszymy od lat. Powtarzają ją ci politycy, którzy liczą na zdobycie poparcia wśród osób nierozumiejących tego, że płace są pochodną wydajności pracy, która w zacofanej za sprawą dziesięcioleci realnego socjalizmu Polsce była po prostu niska – uważa Forum Obywatelskiego Rozwoju.
PiS nie skończyło z modelem „taniej siły roboczej”, bo takiego modelu nigdy w Polsce nie stosowano. Kiedy dzięki udanym reformom rynkowym wydajność zaczęła szybko rosnąć, wraz z nią zaczęły rosnąć płace.
Morawiecki dodał też, że ów model „pasował innym, ale podcinał gałąź pod nami, dlatego z tym skończyliśmy”, sugerując istnienie jakiegoś spisku. Nie wiadomo, kogo miał on na myśli, mówiąc o „innych”, jeśli jednak chodziło mu o inwestorów zagranicznych, to nie można się z tym zgodzić – bo jak wskazuje FOR, za sprawą konkurencji firmy płacą swoim pracownikom tyle, ile są w stanie. A dzięki kolejnym inwestycjom firmy zagraniczne były w stanie płacić polskim pracownikom coraz więcej.

Zwijanie inwestycji

Wielu ekonomistów od lat wskazuje na niską stopę inwestycji jako hamulec dla dalszego wzrostu polskiej gospodarki. W lutym 2016 roku, ogłaszając „Plan na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju”, Morawiecki zapowiedział: „Inwestycje mają stanowić powyżej 25 proc. PKB. Będziemy dążyć w tym kierunku”.
Jednak za rządów PiS stopa inwestycji spadła, co pokazuje, jak odstraszająco na inwestorów wpłynęły nieprzewidywalne zmiany prawa oraz atak na niezależność sądów. W 2017 r. stopa inwestycji osiągnęła najniższy poziom od 1995 r. Pomimo nieznacznego odbicia w ostatnich kwartałach wciąż jest ona o ok. 2 proc. PKB niższa niż w 2015 r. Przez cztery lata rządów PiS wzrósł za to istotnie stan należności z tytułu kredytów konsumpcyjnych – aż o 26,3 proc. (wobec wzrostu o 6,5 proc. w ostatnich czterech latach rządów PO-PSL).
Morawiecki niejednokrotnie już przedstawiał fałszywy obraz działań inwestorów zagranicznych w Polsce w latach 90. Np. podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego w ubiegłym roku stwierdził, że całość dywidend wypłacanych inwestorom zagranicznym jest czerpana przez „ten kapitał z prywatyzacji”.
To nieprawda. Inwestorzy zagraniczni kupowali prywatyzowane przedsiębiorstwa, ale nie na tym skupiali swoją działalność: większość lokowanych w Polsce środków przeznaczali na tworzenie inwestycji od podstaw, rozbudowę już posiadanych zakładów czy przejęcia prywatnych firm.
Wcześniejsze rządy chętnie przyjmowały inwestycje zagraniczne, jednak nie w celu rzekomej „wyprzedaży polskich sreber rodowych”, lecz po to, by dzięki nim zwiększać produktywność polskiej gospodarki.
Ogłaszając „Plan na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju”, Morawiecki zapowiedział też, że wydatki na badania i rozwój wzrosną do 2 proc. PKB w 2020 r. Oprócz tego przedstawił wówczas także osiem innych kryteriów, które miałyby zostać spełnione do 2020 r.
Podczas exposé w żaden sposób nie nawiązał do celów zapowiedzianych 3,5 roku wcześniej. Pochwalił się tylko tymi wskaźnikami, które wzrosły.
Udział wydatków na badania i rozwój w PKB rośnie od lat, a w ubiegłym roku wyniósł 1,21 proc. – wciąż to jednak daleko do zapowiadanego w planie Morawieckiego, a w exposé przemilczanego, celu 2 proc.
Morawiecki pochwalił się też wzrostem liczby oddawanych mieszkań: „W latach 2011–2014 oddawano do użytku średnio 143 tysięcy mieszkań. W latach 2017–2020 będzie to ponad 200 tysięcy mieszkań”. To prawda, że w ostatnim czasie jesteśmy świadkami boomu budowlanego i liczba oddawanych mieszkań rośnie. Nie jest to jednak zasługa programu „Mieszkanie+”. W ramach tego programu oddano do tej pory zaledwie 867 mieszkań (co być może nie jest jednak złą wiadomością, biorąc pod uwagę, że państwowy PFR buduje w małych miejscowościach, które Polacy opuszczają w poszukiwaniu lepiej płatnej pracy w metropoliach).
W marcu 2017 r. rząd przyjął „Plan Rozwoju Elektromobilności”, który roztaczał wizję miliona pojazdów elektrycznych na polskich drogach do 2025 r. Dwa i pół roku później – zaraz przed wyborami parlamentarnymi – przyjął jednak stojącą z nim w sprzeczności „Strategię Zrównoważonego Rozwoju Transportu do 2030 r.”.
Według „Strategii” w Polsce samochodów ma być nie milion, lecz 600 tysięcy, nie elektrycznych, lecz elektrycznych i hybrydowych, i nie do 2025 lecz do 2030 roku. W exposé Morawiecki oświadczył jednak, że rząd program elektromobilności rozwija. Rozwój ten przedstawia się tak, że w ostatnich czterech kwartałach zarejestrowano w Polsce 2291 nowych elektrycznych samochodów pasażerskich, które stanowiły 0,4 proc. ogółu zarejestrowanych nowych samochodów pasażerskich w Polsce (przy średniej dla 24 krajów UE, dla których dostępne są dane, na poziomie 2,7 proc.).

Wciąż emigrujemy (nie do Anglii)

Morawiecki porównał emigrację milionów Polaków do „wielkiej daniny, którą Polska zapłaciła bogatym krajom Zachodu” – a następnie dodał, że „taka danina od biednych dla bogatych nie jest normalna”. Podsumowując temat, powiedział, „państwo wysokich standardów musi z tym skończyć”.
Oczywiście emigracja jest indywidualną decyzją ludzi, którzy pragną poprawić warunki swojego życia. Państwo może ograniczyć emigrację na dwa sposoby: prowadząc politykę służąca rozwojowi gospodarczemu, która owoce przyniesie po latach, albo, wzorem NRD, postawić na granicy mur.
Obecny poziom rozwoju Polski nie jest jeszcze na tyle wysoki, by emigrację zatrzymać, a tym bardziej cofnąć. Przyczyn spadku liczby emigrantów w ubiegłym roku (według Głównego Urzędu Statystycznego o 85 tysięcy) należy szukać zatem w innych czynnikach.
Przyglądając się zmianom liczby polskich emigrantom w poszczególnych krajach, zauważymy, że istotnie zmniejszyła się ona tylko w Wielkiej Brytanii (o blisko 100 tysięcy), natomiast w innych krajach zmiany były niewielkie (przy czym liczba polskich emigrantów w tych krajach wzrosła o 13 tysięcy). Najbardziej prawdopodobnym wyjaśnieniem tego stanu rzeczy wydaje niepewność związana z brexitem.
W perspektywie najbliższych dekad Polska staje przed nowymi wyzwaniami, które mogą zahamować proces doganiania Zachodu. Problemem staje się zwłaszcza demografia. Co prawda w exposé mogliśmy usłyszeć zapowiedź „wielkiej strategii demograficznej”, ale nawet jeśli nie okaże się ona równie bałamutna jak „Plan na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju”, to jej pozytywny wpływ na rynek pracy odczujemy nie wcześniej niż za 20 lat. Tymczasem w obliczu spadającej liczby Polaków w wieku produkcyjnym rząd odwrócił reformę stopniowego podnoszenia wieku emerytalnego. Dlatego nawet jeśli w najbliższych latach uda się wysoki na tle strefy euro wzrost utrzymać (chociaż Międzynarodowy Fundusz Walutowy prognozuje inaczej), to w dłuższej perspektywie przy niezmienionej polityce społecznej i gospodarczej Polska przestanie doganiać Zachód.

W uścisku zakazów

Przez ostatnie cztery lata PiS zajmowało się wprowadzaniem nowych ograniczeń, takich jak zakaz handlu w niedziele, ograniczenia w otwieraniu nowych aptek czy ograniczenia w obrocie ziemią rolną. Zapowiadając w 2017 r. podczas Kongresu 590 słynną „konstytucję biznesu”, która miała określać „fundamenty ustroju gospodarczego Polski w duchu wolności gospodarczej”, Morawiecki zagroził przedsiębiorcom: „Tylko nie posuwajcie się za daleko, żeby nie dać nam pretekstu do nowelizacji prawa karnego”.
Podczas exposé Morawiecki powiedział, że „obowiązkiem państwa jest tworzenie przewidywalnego prawa pozwalającego na planowanie inwestycji”. Symbolem nieprzewidywalności PiS w tworzeniu prawa jest ustawa ustanawiająca dniem wolnym 12 listopada 2018 roku. Projekt poselski trafił do Sejmu na trzy tygodnie przed planowanym dniem wolnym i został szybko przegłosowany, a następnie podpisany przez prezydenta Andrzeja Dudę. Innym symbolem jest zniesienie tzw. 30-krotności. Dopiero w drugiej połowie listopada wyjaśniło się, że od 1 stycznia 2020 roku jednak nie wzrosną składki na ZUS dla najlepiej zarabiających pracowników. Nic dziwnego, że w ostatnich latach pogarsza się wcześniej stopniowo poprawiana pozycja Polski w rankingach konkurencyjności i wolności gospodarczej (mimo że podobno „Bank Światowy docenia nowy polski model rozwoju”).
O ekspansji międzynarodowej, mającej przejawiać się we wzroście inwestycji zagranicznych polskich przedsiębiorstw, Morawiecki mówił już w lutym 2016 r., gdy ogłaszał „Plan na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju”. Od tego czasu stan polskich bezpośrednich inwestycji zagranicznych zmniejszył się o 14 proc. Biorąc pod uwagę ów wynik, możemy w obliczu tej zapowiedzi spodziewać się dalszych spadków.
W każdym razie, do osiągnięcia deklarowanego w planie Morawieckiego celu, polskim inwestorom zagranicznym jest, według ostatnich danych, dalej niż przed przejęciem władzy przez PiS.

Bariera dla rozwoju

Zaczerpnięty z programu Koalicji Obywatelskiej tzw. estoński CIT, czyli przesunięcie poboru podatku dochodowego od osób prawnych na moment wypłaty przez nie zysku, jest sam w sobie dobrym pomysłem. Wątpliwości budzi natomiast to, że taką konstrukcję Morawiecki chce zastosować tylko wobec mikro – i małych spółek kapitałowych. Od niedawna płacą one niższy CIT na poziomie 9 proc., czym premier nie omieszkał się w exposé pochwalić.
Rzecz jednak w tym, że zmiana ta, zamiast normalnej progresji, wprowadziła dwie zależne od obrotu liniowe stawki CIT. Jeśli spółka przekroczy próg 2 milionów euro przychodów rocznie, to będzie musiała od całego zysku zapłacić CIT według stawki 19 proc. Tym samym powstała zniechęcająca do rozwijania firm luka, w której (przy stałej rentowności sprzedaży) wzrost zysku brutto przekłada się na spadek zysku netto. Prezentując „Plan na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju”, Morawiecki zadeklarował: „Chcemy, żeby te mikro stawały się małe, małe coraz większe, ale te większe żeby stawały się naprawdę międzynarodowymi graczami”. Postawił też cel „wzrostu udziału tych dużych i średnich firm do poziomu powyżej 22 tysięcy” w 2020 r. Z drugiej strony wprowadza rozwiązania zniechęcające firmy do wzrostu. Nie inaczej zadziała tzw. estoński CIT, jeśli jego obowiązywanie będzie ograniczone tylko do mniejszych firm. A do osiągnięcia celu z planu Morawieckiego, jest obecnie równie daleko jak przed dojściem PiS do władzy.

Nierychliwe i niesprawiedliwe

PiS zaczęło walkę z niezależnością wymiaru sprawiedliwości jeszcze pod koniec 2015 roku. Sądy jednak nie zaczęły za sprawą kolejnych ataków obozu rządzącego pracować lepiej. Wręcz przeciwnie.
Pogłębił się, istniejący jeszcze przed zmianami wprowadzonymi przez PiS, problem przewlekłości postępowań. Średni czas trwania postępowania w sądach powszechnych wzrósł z 4,2 miesiąca w 2015 r. do 5,4 miesiąca w ubiegłym roku. Jednak skrócenie czasu rozpatrywania spraw nie rozwiąże problemów, które stworzyło PiS przez ostatnie cztery lata.
O jakości wymiaru sprawiedliwości świadczy nie tylko szybkość działania sądów, lecz także ich niezależność (w rankingu „Doing Business” pod względem szybkości sądowego egzekwowania umów wyprzedzają Polskę takie kraje jak Uzbekistan, Białoruś, Azerbejdżan i Rosja, które trudno uznać za wzór do naśladowania, jeśli chodzi o funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości). A co do tego, nie można oczekiwać, że PiS cofnie wprowadzone w poprzedniej kadencji zmiany
Reasumując: działania PiS prowadzą do ograniczenia wolności ekonomicznej, spadku aktywności zawodowej i upolitycznienia gospodarki.

 

Kultura głupcze! Ważny tunajt

Zwrócił mi już na to jakiś czas temu uwagę Marcin Świetlicki, poeta wyklęty. W zasadzie w expose premiera jak i w przemowach poexpozycyjnych jego politycznych oponentów, niewiele dało się wyłowić zapowiedzi na temat kultury. Tyczących się poprawy jej losu, lub pogorszenia. A szkoda, bo spodziewałem się, że może chociaż na tle banksetrskiej polityki rządu, ktoś się o biedaczkę upomni.

Byłem w zeszły łykend na Śląsku z koncertami, i na własnej skórze oraz portfelu przekonałem się, ile dla rządzących znaczy kultura i co to tak naprawdę dla nich jest. Z rzadka na co dzień odpalam telewizję, ale jeśli już się zdarzy, szukam głównie kanałów informacyjnych. W hotelowym odbiorniku grała jedynie telewizja państwowa z państwowotwórczym przekazem. Dowiedziałem się zeń, że w Polsce odbywał się będzie akurat w łykend, w Gliwicach, finał młodzieżowej Eurowizji, czymkolwiek ta poczwarka medialna jest. Czemu akurat w Gliwicach? Poprzednia zwyciężczyni, młoda piosenkareczka, nazywa się Roksana Węgiel, więc stawiam, że przeważyło nazwisko. W tej kwestii nie mieli akurat wyboru. Podobnie jak ja, kiedy chciałem zamówić stolik w knajpie albo taksówkę na mieście. Nazjeżdżało się tego towarzystwa z całej Europy, że nie było jak przejść katowickim trotuarem. A tak zupełnie serio; widok Jacka Kurskiego dającego buzię obok dziewczęcia lat 15, który wdzięczy się do kamery dużo bardziej niż ona, to dopiero prawdziwa twarz polskiej kultury, która w rządowym telewizorze pokazywana jest od rana do nocy. Trąbienie o niewiarygodnym sukcesie śpiewającego podlotka, w czasie gdy na świecie ludzie traktują podobne zawody jako coś wybitnie marginalnego na tle oferty rozrywkowej ich państwowych stacji, pokazuje tylko, w którym miejscu tkwimy, ze swoim jarmarcznym podejściem do kultury i rozrywki jako takiej. Nie wiem jak Państwo, ale mnie zmagania Eurowizji niewiele obchodzą. Czy to dla dorosłych, czy dla dzieci. Większość piosenek brzmi, jakby napisał je ten sam kompozytor współczesnej papki z pogranicza popu i rapsów. Do tego po angielsku, a nie w rodzimym języku. Kiedy startowała rok temu duża Eurowizja i reprezentowały nas babcie w strojach ludowych, żywe zainteresowanie tym, co pokaże telewizja Kurskiego, wykazywała pośród moich znajomych jedynie pani Olesia, ukraińska niania mojej córeczki, ponieważ na Ukrainie, Eurowizja wciąż cieszy się takim poważaniem i lubością, jak u nas za sukcesów pierwszej Edyty Górniak i pierwszej Solidarności. Czasy się zmieniły, a wodewilowa formuła dużej i małej Eurowizji to maksimum, na co może i chce się w swojej polityce zdobywać misyjna TVP. Ani to fajne, ani atrakcyjne, ani specjalnie rozwijające, za to doskonałe to bicia w bęben z napisem: ogromny sukces polskiej kultury. Może i sukces, może i kultury, ale chyba fizycznej, bo trzeba mieć rzeczywiście krzepę, żeby tak rozciągać usta w nieszczerym grymasie przed kamerami, panie Jacku.
Kiedy doradcy wojskowi przyszli w czasie wojny do Churchilla i oznajmili mu, że w związku z oszczędnościami i równoważeniem budżetu, należałoby zmniejszyć pieniądze na kulturę z powodu działań wojennych, ten miał ponoć odpowiedzieć: Na kulturę? Na Boga, jeśli obcinamy pieniądze na kulturę, to po co właściwe poszliśmy na tę wojnę? Prędzej czy później telewizja rządowa, podobnie jak i radio, trafią w ręce inne niż pisowskie i trzeba będzie się zastanowić, jak ratować to, co po Kurskiem odziedziczy się w spadku. Pauperyzacja postaw i schlebianie najniższym gustom, urosło bowiem za jego rządów do niespotykanych rozmiarów, a muzyka chodnikowa hula sobie po stacji, jak halny po sylwestrowej scenie pod Wielką Krokwią, za którą płacimy z naszych podatków, bo przecież to wszystko misja publiczna. Świstaki i kozice mają tylko inne zdanie, ale one jak wiadomo, podobnie jak dzieci, głosu nie mają. A może to ryby nie mają? Dzieci przecież mają. Nawet niedawno w telewizji pokazali…

Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”.

 

Pracownika nie było

W swoim expose Mateusz Morawiecki nie powiedział nic o prawach pracowniczych i ich łamaniu.

Nie wspomniał o niepłaceniu pensji na czas, nic nie było o niestabilności zatrudnienia, o rosnącej skali samozatrudnienia i coraz częstszym omijaniu umowy na etat. Nie było mowy o przepracowaniu i zbyt długim czasie pracy setek tysięcy Polaków i Polek, omijaniu przepisów BHP przez wiele firm i gigantycznej skali wypadków przy pracy. Premier nie wspomniał ani słowem o Państwowej Inspekcji Pracy, nie mówił o sądach pracy, nie przedstawił rozwiązań na rzecz zwiększenia bezpieczeństwa pracy.
W expose nie było nic o biednych pracujących, o niskich płacach, o omijaniu na masową skalę płacy minimalnej, o niskich płacach w sferze budżetowej i samorządowej.
W wystąpieniu szefa rządu nie pojawiło się ani jedno zdanie o patologiach w spółkach skarbu państwa, o kolesiostwie, nepotyzmie, zatrudnianiu na kierowniczych stanowiskach ludzi partii i zwalnianiu wysokiej klasy ekspertów.
Szefa rządu nie zainteresowała rola związków zawodowych, którym nie poświęcił ani jednego zdania. Nie było nic o ich lekceważeniu i zastraszaniu, o mobbingu działaczy związkowych. Znacznie więcej było o prawach i interesach przedsiębiorców, szczególnie tych drobnych, u których nie ma żadnych organizacji związkowych.
Morawiecki nie zainteresował się nierównościami płacowymi w obrębie zakładu pracy, branży i całej gospodarki, a zapowiedzi zmian w systemie podatkowym dotyczyły jedynie kolejnych ulg i zwolnień dla firm. Nie było też nic o potrzebie solidarności w systemie emerytalnym, a jedynie konieczność zabezpieczenia i wzmocnienia jego komercyjnego filaru.
Mateusz Morawiecki nie mówił nic o tworzeniu nowych miejsc pracy, nie przedstawił żadnej strategii rozwoju poszczególnych branż, nie zaproponował wzrostu wydatków na sektory rynku pracy związane z edukacją, opieką zdrowotną czy opieką.
Kluczowym słowem w expose Mateusza Morawieckiego było pojęcie „normalności”. Najwyraźniej „normalność” dla PiS-owskiej władzy nie obejmuje troski o prawa pracownicze.

Normalność w wykonaniu PiS

Drugie expose Mateusza Morawieckiego jako prezesa Rady Ministrów (pierwsze wygłosił po rezygnacji Beaty Szydło z funkcji premiera w grudniu 2017r.) – już niejako klasyczne,po niedawnych wyborach parlamentarnych
– było de facto osnute wokół wieloznacznego pojęcia „normalność”.

Swoisty promotor szefa rządu Jarosław Kaczyński powiedział nawet twardo,że „normalność powinna nam towarzyszyć we wszystkim”. Nie wchodząc w rozważania filozoficzne warto jednak zawsze pamiętać o celnej myśli francuskiego pisarza,księcia Francois de la Rochefoucauld,który już w XVII w. zauważył,iż „w życiu zdarzają się przypadki kiedy trzeba być trochę pomylonym, aby znaleźć z nich wyjście”.
Cały ten polityczny wtorek z pewnością nie był typowy,a może i trochę odbiegał od normy.Z samego rana ogłoszono ważną odpowiedź Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu na pytanie prejudycjalne polskiego Sądu Najwyższego dotyczące sytuacji w Izbie Dyscyplinarnej SN i w Krajowej Radzie Sądownictwa.Dla większości prawników i opozycji sprawa była jasna od początku (dla mnie także,jako członka Komisji Konstytucyjnej Zgromadzenia Narodowego, która opracowała,w latach1993-1997,przyjęty następnie w referendum ogólnokrajowym,projekt ustawy zasadniczej – naruszono art.187 Konstytucji RP,gdyż 15 członków KRS powinni wybierać sędziowie,a nie Sejm (ten-tylko 4).Ten organ wyłoniony nieprawomocnie opiniował następnie kandydatury na sędziow itd.
Tę sprawę ma uporządkować według TSUE Sąd Najwyższy i absolutnie nie ma racji minister Ziobro (nie uchodzi on,mówiąc najłagodniej, za wybitnego prawnika;miał nawet kłopoty z dostaniem się na aplikację w Krakowie),iż ostateczny głos należy do Trybunału Konstytucyjnego.Ten organ (przekształcony ostatnio w swoją karykaturę) został powołany, WYŁĄCZNIE do badania zgodności p o l s k i c h aktów prawnych z naszą konstytucją.
Samo expose składało się głównie z buńczucznych obietnic i mało realistycznych zapowiedzi.Rozprawił się z nimi trafnie,a nawet bezlitośnie, w świetnym wystąpieniu pos. Adrian Zandberg w imieniu Klubu Lewicy, akcentując liczne wcześniejsze, niespełnione obietnice (np. w kwestii budowy tanich mieszkań,czy nakładów na służbę zdrowia). Premier zgłosił m.in. kuriozalną propozycję wpisania do konstytucji Pracowniczych Planów Kapitałowych (szkoda,że nie świadczenia 500+!).Pełnomocnik rządu ds. OZE nie zastąpi braku konkretów nt. polityki klimatycznej oraz wyzwań ekologicznych.Teza o kryzysie w UE i bliskiej współpracy z USA nie może przesłonić mankamentów polskiej polityki zagranicznej.
To był fatalny dzień dla PiS,który ukazał także coraz większe rysy na strukturze Zjednoczonej Prawicy. Na jaw w sposób brutalny wyszedł przede wszystkim fakt,iż na liczne,a przy tym kosztowne obietnice przedwyborcze nie ma po prostu pieniędzy,zaś opowieści o zrównoważonym budżecie można włożyć między bajki. Wyjątkowo gorzką pigułką stało się, wymuszone przez stanowisko niewielkiego ugrupowania Jarosława Gowina „Porozumienie” wycofanie tego samego dnia wieczorem dziwacznego projektu posłów PiS ustawy ws. zniesienia limitu 30-krotności prognozowanego przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce przy płaceniu składki na ZUS.Okazało się,iż nie było większości w Sejmie dla tej propozycji, która miała zapewnić dodatkowe wpływy do budżetu w wysokości ok. 7 mld zł.
Po utracie większości w Senacie na rzecz opozycji to drugi w bardzo krótkim czasie poważny cios dla rządzącej przez 4 lata w komfortowych warunkach (bez lewicy w parlamencie,po historycznych jej błędach z 2015r.) formacji nacjonalistyczno – populistycznej.Okazuje się,iż mówiąc o normalności często każdy ma na myśli coś innego.Dlatego też jakże trafne są słowa Stanisława Jerzego Leca: „Puknąłby się człowiek czasem w czoło,ale nie znam kodu”.