Słup ogłoszeniowy w Internecie

Bez internetu nie wygrywa się kampanii wyborczej. Prawdę tę już dawno poznano w USA. Powoli przekonujemy się o tym także w Polsce.

Sądząc po liczbie plakatów i billboardów, które zdobiły polskie miasta i miasteczka podczas ostatnich wyborów, walka polityczna wciąż sprowadza się do jednej, prostej zasady: Wygrywa ten, kto obklei swoją podobizną więcej murów i słupów ogłoszeniowych niż pozostali. Jednak powoli, lecz nieubłaganie kampania wyborcza przenosi się z ulic do cyberprzestrzeni, a konkretnie do mediów społecznościowych. To zaś oznacza, że coraz większy wpływ na wyniki głosowania mają technologiczni giganci w rodzaju Twittera czy Facebooka.
Przyzwyczailiśmy się, że trendy w kampaniach wyborczych wyznaczają Amerykanie. To w USA w 1960 roku przeprowadzono pierwszą transmitowaną na żywo w telewizji debatę z kandydatami na prezydenta. Do tej pory uważa się, że to właśnie temu wydarzeniu John F. Kennedy zawdzięcza swoje wyborcze zwycięstwo, mimo że merytorycznie wypadł gorzej od Richarda Nixona. Jednak ci, którzy oglądali ich pojedynek, zapamiętali nie słowa, lecz przystojnego i pewnego siebie polityka Partii Demokratycznej oraz zmęczonego i spoconego wiceprezydenta. Mniejszość, słuchająca debaty w radiu, bezapelacyjnie wskazała na zwycięstwo Nixona. Wniosek był prosty: Kto wygrywa w telewizji, ten wygrywa wybory.
W 2008 roku powyższa reguła została zmodyfikowana. Barack Obama, niedoświadczony i szerzej nieznany senator, udowodnił, że ten wygrywa wybory, kto wygrywa w cyberprzestrzeni. Od początku wyścigu prezydenckiego zaangażował do niej osoby związane z przemysłem internetowym i mediami społecznościowymi. Podczas gdy jego przeciwnik z Partii Republikańskiej John McCain prowadził kampanię rodem z lat 80. minionego stulecia, Obama był pierwszym politykiem, który na szeroką skalę zastosował technologię XXI wieku. Internet stał się nie tylko kolejnym kanałem komunikowania politycznego, ale przede wszystkim udowodnił swoją przydatność jako przestrzeń do aktywizowania i zdobywania poparcia wyborców. “Każdy polityk, któremu umknie fakt, że żyjemy w erze post-partyjnej, z nową polityczną ekologią, gdzie łączenie ludzi podobnie myślących i tworzenie wspólnot jest banalnie proste, niedługo wypadnie z gry” – powiedział tuż po wyborze Obamy na prezydenta Andrew Rasiej, badający związki technologii i polityki.
Jego słowa potwierdził Donald Trump, który swoją kampanię wyborczą w 2016 roku oparł w dużej mierze na mediach społecznościowych. Inaczej jednak niż Obama, obecny prezydent chętnie posługiwał się w niej kłamstwem i agresją, potęgując polaryzację amerykańskiego społeczeństwa i mobilizując w ten sposób skrajny elektorat. Tym samym, internet pomógł Trumpowi narzucić mediom głównego nurtu wiodące tematy kampanii, sprowadzając Hillary Clinton do głębokiej defensywy. W konsekwencji showman wygrał wybory, choć jeszcze kilka tygodni wcześniej nikt nie dawał mu większych szans.
Łącznie w 2016 roku Trump i Clinton wydali na reklamę na Facebooku 81 milionów dolarów. Na ponad rok przed kolejnymi wyborami prezydenckimi, potencjalni kandydaci już przeznaczyli na ten cel ponad 63 miliony. Zapowiada się zatem rekordowa pod względem wydatków kampania prezydencka w Internecie, a to z kolei oznacza, że coraz większą rolę w polityce zaczną odgrywać prywatne przedsiębiorstwa z branży internetowej, w tym zwłaszcza Facebook i Google. Inaczej bowiem niż w świecie tradycyjnych mediów, gdzie możemy mówić o względnym pluralizmie, obecna cyberprzestrzeń została podzielona pomiędzy zaledwie kilka podmiotów, z których każdy posiada wystarczającą infrastrukturę i budżet, by wpływać na przebieg i wyniki wyborów.
Już teraz możemy przekonać się, że kampania w Internecie wcale nie jest uczciwsza i bardziej demokratyczna od tej prowadzonej na ulicach. W końcu w tej drugiej wystarczy tylko dobry pędzel, klej i kawałek muru. W cyberprzestrzeni natomiast wszystkie miejsca, gdzie chcielibyśmy się zareklamować należą do tego czy innego podmiotu prywatnego, który w zależności od sympatii i interesów udostępni je nam lub nie. Co więcej, może również wpłynąć na sposób, w jaki będziemy się reklamować, a także pomóc lub utrudnić dotarcie z naszą reklamą do większej liczby odbiorców. Boleśnie przekonał się o tym Joe Biden, wyrastający na głównego przeciwnika Donalda Trumpa w zbliżających się wyborach prezydenckich. Powtarzając swoją strategię sprzed czterech lat, Trump zaczął rozpowszechniać na Facebooku wideo, w którym kłamliwie oskarżał Bidena o bliskie związki z ukraińskimi politykami. Na nic zdały się protesty i dowodzenie, że wideo Trumpa to fake news. „Naszym zadaniem nie jest ocena co jest prawdą, a co kłamstwem” – stwierdził w odpowiedzi Mark Zuckerberg, właściciel Facebooka. Jak się jednak wkrótce potem okazało, wcześniej Facebook zablokował ponad sto reklam wyborczych, argumentując to tym, że nie spełniały one standardów firmy. Wśród odrzuconych znalazło się także wideo przygotowane przez sztab Trumpa, w którym Biden nazywany jest „skur****nem”. Innymi słowy, można kłamać, byleby przy tym nie przeklinać.
Dotychczasowe próby uregulowania sytuacji jeszcze bardziej ją skomplikowały. W tym miesiącu Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE) zadecydował, że państwa mają prawo żądać od Facebooka usunięcia wskazanych wpisów, zdjęć lub filmów nie tylko na terenie konkretnego państwa, gdzie zapadł wyrok, lecz również globalnie. Wszystko zaczęło się od skargi byłej liderki austriackiej Zielonej Alternatywy, Evy Glawischnig-Piesczek, która podała do sądu platformę Zuckerberga, żądając usunięcia negatywnych wobec niej komentarzy. Sprawa zakończyła się sukcesem polityczki, zaś TSUE rozszerzył interpretację austriackiego Sądu Najwyższego na wszystkie kraje, w których działa Facebook.
Decyzja TSUE tylko na pozór kończy czas wolnej amerykanki w mediach społecznościowych. Z jednej strony ułatwia walkę z fake newsami i mową nienawiści. Z drugiej jednak może prowadzić do ocenzurowania Facebooka i pozostałych platform. Nietrudno bowiem sobie wyobrazić jak upolitycznione sądy żądają usunięcia postów krytycznych wobec władzy. Zagrożenie to dotyczy nie tylko państw autorytarnych, takich jak Rosja czy Chiny, które już regulują dostęp do informacji. Węgry pod wodzą Viktora Orbán, a po części także współczesna Polska dowodzą, że zapędy cenzorskie dosięgają także demokracji liberalnych i państw członkowskich Unii Europejskiej.
Romantyczne czasy kampanii wyborczych spod znaku plakatów i spotkań w remizach strażackich niechybnie odchodzą do lamusa. Politycy mogą zaklinać rzeczywistość, lecz jej nie zmienią. Każdy, kto chce odnieść sukces, musi przede wszystkim zdobyć cyberprzestrzeń. O tym komu się to uda zadecyduje nie tyle staromodny talent, co przede wszystkim przychylność internetowych gigantów. Przekonamy się o tym już za kilka miesięcy, podczas wyborów
prezydenckich.

Chcą czytać nasze wiadomości

Rządy amerykański, brytyjski i australijski zwróciły się do Facebooka, by zrezygnował z szyfrowania swych platform bez zagwarantowania wolnego dostępu dla policji i tajnych służb. Mark Zuckerberg, właściciel i szef Facebooka, zdążył już im odmówić.

Facebook, krytykowany na całym świecie za zbyt słabą ochronę danych osobowych swych użytkowników, postanowił niedawno objąć szyfrowaniem nie tylko WhatsApp, ale i popularnego Messengera. USA, Wielka Brytania i Australia domagają się w tej sytuacji „pozwolenia służbom bezpieczeństwa na dostęp do treści korespondencji użytkowników w czytelnym i użytecznym formacie”, inaczej mówiąc, chcą mieć rodzaj stałych „tylnych drzwi”, dzięki którym mogliby wchodzić do platformy bez natykania się na szyfry.
„Myślimy, że ludzie mają prawo do prywatnych rozmów w internecie” – odpowiedział natychmiast Facebook, zmartwiony konkurencją szyfrowanych komunikatorów, do których odchodzi coraz więcej osób. Odesłał rządy do prawa, które każe udostępniać dane tylko na podstawie decyzji sędziego, bez obowiązku tworzenia „tylnych drzwi”. Takie drzwi w programach, których sporo jest w internecie, pozwalają zmienić taki program w konia trojańskiego.
„Szyfrowanie chroni każdego dnia już ponad miliard osób” – chwalił się rzecznik prasowy Facebooka, „Jesteśmy zdecydowanie przeciw tworzeniu ‘tylnych drzwi’ – dodał jednoznacznie, by stworzyć wrażenie, że dba o wolność użytkowników. Służby i tak korzystają często z publikacji na Facebooku, by kontrolować przepływ informacji oraz profile i poglądy użytkowników.

Przyjdzie Facebook i was zje…

Dawno, dawno temu, w 2004 roku urodził się Facebook. Ojcem Facebook’a jest Mark Zukerberg, obecnie dyrektor generalny potężnej korporacji, a miejscem narodzin Uniwersytet Harvarda (w stanie Massachusetts USA). Sam twórca był studentem zdolnym, lecz kontrowersyjnym, zrobił imponującą karierę w branży mediów społecznościowych.

We wczesnym dzieciństwie Fb służył małolatom i młodzieży akademickiej do plotkowania na temat koleżanek i kolegów. Pewnie stąd nazwa, „Album buziek”. Jako dziecko przejawiał pewną skłonność do seksizmu. Zdarzały mu się także epizody romantyczne. Dorastał.
Obecnie to już dojrzała struktura. Posiada rodzeństwo, Twitter, Instagram i kilka innych. Należy do ekskluzywnej grupy „GAFA” (Google, Amazon. Fb, Apple), która podobno rządzi światem.
A ile osób korzysta z Fb? Według Zukerberga dziennie 1,52 mld i rośnie!
A z czego żyje Fb, bo przecież jest darmowy? Prawie w 100 proc. z reklamy.
Z powyższego wynika, że im więcej użytkowników tym Facebook’owi lepiej. Stworzył, więc cały pakiet algorytmów przeszukiwania i kojarzenia, których celem jest pewna forma manipulacji społeczeństwem, tworzy „bąble” środowiskowe, dzięki czemu mamy wrażenie, że otacza nas grupa o podobnych poglądach i zainteresowaniach, sugeruje znajomych. Podsuwa wydarzenia, dał nam system „laików”, które mają nas motywować i sycić naszą pychę albo, wpędzać w depresję.
A jak Fb syci się informacją, bez której nie byłby w stanie nami manipulować? Dajemy mu ją sami!
Wśród użytkowników Fb są ludzie mający potrzebę dzielenia się swoimi poglądami i komentarzami. Często jest to najbardziej dostępne medium komunikacji. Możemy organizować się wokół pewnych idei, namawiać do działania i organizować „happeningi”. W przypadku władzy opresyjnej to często jedyna metoda, bo mało jest takich zamordystów, którzy Facebook’owi podskoczą.
Sporo wielbicieli tego komunikatora tak mocno zatonęło w wirtualnym świecie, że wypisują, bez zastanowienia wszystko, co im wyobraźnia przyniesie. Piszą o tym, że mają kaca, co jedli, o udanym seksie, kłótni z bliskimi i o tym, że rozbili sobie kolano. Czasem ujawniają swoje dane poufne. Okraszają to wszystko fotkami, których w realu nikomu nie pokażą. Może to efekt samotności i wyalienowania a może deficytu emocjonalnego.
Pewnie duży wpływ na takie zachowanie ma kolejny wynalazek mediów elektronicznych o wdzięcznej nazwie „nick”, czyli nazwa osobowości, za którą możemy się ukryć. Jeżeli nie bardzo lubimy siebie, a w efekcie innych ludzi, to wypisujemy o nich okropne rzeczy, których nie mamy odwagi powiedzieć w oczy, ukryci za nickiem „sprawiedliwy”, „obywatel” czy „patriota”. Oczywiście poczucie anonimowości jest złudzeniem. Boleśnie przekonali się o tym „artyści”, którzy umieścili na Fb „reportaż” ze swojego nielegalnego wyczynu a rano usłyszeli pukanie do drzwi. Podobnie urządził się jeden sędzia antysemita.
Bo przecież ktoś to czyta i może wykorzystać w różnych celach, nie tylko marketingowych!
Media straszą nas programem „Pegasus” rzekomo posiadanym przez trzyliterowe służby. Ma on służyć do podglądania i podsłuchiwania obywateli. Sądzę, że takie narzędzie istnieje, bo żadna władza nie powstrzyma się od posiadania takiego fajnego gadżetu, ale zanim wyda na niego kasę, najpierw poczyta, co piszemy w internecie.
Szczególną grupą użytkowników Fb są ludzie „na świeczniku”, politycy celebryci działacze różnej maści itp. Już dosyć dawno przekonali się, że Internet może być areną walki z realnym lub wyimaginowanym przeciwnikiem. Polityk, osoba publiczna, ma wiele możliwości debatowania i interakcji ze społeczeństwem. Można publikować w prasie, może uczestniczyć w spotkaniach, może nawet książkę napisać. Ale po co się męczyć? Ma przecież ulubiony komunikator. To miejsce, gdzie może wypisywać zdania, które obawia się przedstawić na realnym forum, może odsądzać od czci i wiary przeciwników. Może to nawet zlecać innym. Powstały nowe profesje, „hejter” (obsmarowuje wskazane osoby, „lajker” (zachwyca się naszymi wpisami), „farma trolli” (zorganizowany zespół piszący „hejty” i tworzący „fejki” (nieprawdziwe wiadomości mające zdyskredytować kogoś lub coś).
Strach komputer włączyć!
Bardzo często taki sposób używania mediów społecznościowych obraca się przeciwko autorowi. Może go spotkać coś, co dla polityka jest katastrofalne, stanie się przedmiotem „beki”
Nie bądźmy „dzbanami”, używajmy, Facebooka z rozsądkiem, bo inaczej Facebook użyje nas, a może nawet zje.

5 miliardów Facebooka

– czyli śmiech na sali

Kiedy powiedziałem koledze, że Facebook będzie musiał zapłacić rekordową karę pięciu miliardów dolarów, zareagował radosną satysfakcją, gdyż, jak wielu internautów, padł ofiarą jego algorytmicznej cenzury i wie, jaką rolę odgrywa ta platforma w systemach policyjnych, również tych „demokratycznych”. Śpieszę więc wyjaśnić, że naszą satysfakcję lepiej powściągnąć. Na wieść o gigantycznej karze rozległ się zresztą głośny śmiech na sali nowojorskiej giełdy, gdzie satysfakcja była pełna i uzasadniona: akcje FB znów poszły w górę, zwiększając kapitalizację firmy o kolejne miliardy.
Giełda dowiedziała się o wszystkim wczoraj z „przecieku” w Wall Street Journal, który doniósł, że FTC (Federal Trade Commission – amerykański regulator rządowy) zatwierdził ugodę z FB opiewającą na owe pięć miliardów, które firma zgodziła się zapłacić, żeby nie mieć do czynienia z żadnym sądem. To kara za słynny skandal z marca zeszłego roku, kiedy okazało się, że brytyjska firma Cambridge Analityca (CA), korzystała z danych użytkowników portalu, by pracować na rzecz wyboru Donalda Trumpa na prezydenta Ameryki i Brexitu. Decyzję FTC musi jeszcze zatwierdzić departament sprawiedliwości, ale to raczej formalność.
Już samo to, że sprawą zajmowała się agencja rządowa, w której zresztą większość mają Republikanie, znaczy, że sprawę załatwiono typowo „po amerykańsku”, gdzie bardzo bogate firmy współpracujące z rządem ściśle chroni się przed publicznym osądzeniem. Np. słynny bank Goldman Sachs, choć robił przekręty na niewyobrażalną skalę, nigdy nie został skazany za nie sądownie – mógł negocjować ugody z regulatorem, a ten karał firmę nawet miliardowymi karami, które robią wrażenie na publiczności, ale rzadko przekraczały sumę zysków banku, które on zarabia w ciągu dwóch tygodni. Negocjacje FTC z Facebookiem były ściśle tajne i możecie być pewni, że nic z nich nie przecieknie, oprócz ich rezultatu (będzie oficjalny komunikat) i rozkładu głosowania w pięcioosobowym łonie regulatora (było 3:2).
Dane osobowe ponad 2,7 miliardów aktywnych użytkowników FB na świecie są najcenniejszym dobrem tej platformy. Zbiera je ona i wykorzystuje, by ciągnąć olbrzymie zyski z reklam dzięki wyrafinowanemu (mniej więcej) celowaniu nimi w odpowiednie osoby, posiłkując się ich analizowanym algorytmicznie profilem. FB sukcesywnie traci zaufanie użytkowników na skutek swych „wycieków” bądź współpracy z niektórymi represyjnymi policjami i wywiadami, ale ciągle pozostaje na tyle użyteczny, że nie bardzo musi martwić się o przyszłość. Ma żelazne zdrowie ekonomiczne.
W zeszłym roku zarobił na czysto ponad 22 miliardy dolarów. Już zaraz po wybuchu afery, jak każda firma zagrożona karą, zaczął na nią odkładać w swych planach finansowych i nie musiał szukać w zyskach z lat ubiegłych. W tym roku zarabia jeszcze lepiej, więc nawet jeśli odjąć karę z zysków z jego trzech pierwszych miesięcy, firmie zostanie na czysto znakomity wynik 2,43 miliarda, którego wszyscy dalej będą zazdrościć.
Nick Clegg, który zajmuje się komunikacją w Facebooku, w czerwcu wzywał grzecznie rządy do wzmożonej regulacji gigantów internetu, obiecywał pełną współpracę i pokorę. I to się wielu rządom, w tym tym bardzo podejrzanym, podoba. Zaoferowanie złudzenia panowania nad gigantem jest teraz firmie bardzo potrzebne. Ta strategia handlowa ma zaowocować jego stabilnością i bezkarnością, wzmocnieniem nadszarpniętej pozycji. Ale my nie mamy się z czego cieszyć.
Są tacy, jak Chris Hughes, jeden z założycieli Facebooka, w akademiku Harvarda 15 lat temu, którzy krzyczą, że należy rozbić firmę. Argumentują: zrobiła się niebezpieczna dla zwykłych obywateli. Hughes uważa, że trzeba oddzielić sieć społecznościową od późniejszych nabytków Facebooka, jak WhatsApp czy Instagram, kupionych, by bezlitośnie wyeliminować konkurencję. To jednak właściwe dla dzikiego kapitalizmu, którego nikt w Ameryce nie ruszy. Nasze życie prywatne liczy się w dolarach, liczonych przez algorytmy, dla których pozostaniemy numerami.

Facebook utrudnia edukację społeczną

Sąd tymczasowo zakazał Facebookowi usuwania stron, kont i grup prowadzonych na Facebooku i Instagramie przez Społeczną Inicjatywę Narkopolityki, a także blokowania jej pojedynczych postów. Oznacza to, że przynajmniej do rozstrzygnięcia sprawy aktywiści SIN mogą prowadzić edukację narkotykową bez obaw, że nagle stracą możliwość komunikowania się ze swoimi odbiorcami. Facebook został ponadto zobowiązany w ramach zabezpieczenia powództwa do zachowania usuniętych w 2018 r. i 2019 r. kont, stron i grup, tak aby w razie wygrania procesu przez SIN mogły one zostać przywrócone wraz z całą opublikowaną na nich treścią, komentarzami innych użytkowników, a także osobami je obserwującymi i lubiącymi. A to jeszcze nie koniec dobrych wiadomości: Sąd Okręgowy w Warszawie potwierdził, że polscy użytkownicy mogą dochodzić swoich praw przeciwko internetowemu gigantowi także w Polsce.
Sąd jednocześnie nie uwzględnił żądania, aby już teraz przywrócić usunięte strony, konta i grupy na czas trwania postępowania. Argumentował, że byłby to zbyt daleko idący środek i w praktyce prowadziłby do zrealizowania podstawowego roszczenia, którego SIN domaga się w pozwie.
Pozew przeciwko Facebookowi o naruszenie dóbr osobistych trafił do sądu w maju. SIN argumentował w nim m.in., że nałożone blokady niesłusznie ograniczały organizacji możliwość rozpowszechniania informacji, wyrażania poglądów i komunikowania się ze swoimi odbiorcami. W obawie przed dalszą cenzurą SIN nie mógł prowadzić działalności edukacyjnej, a blokady sugerowały, iż treści publikowane przez organizację były szkodliwe, co mogło podważyć jej wiarygodność. „Uwzględniając w większości wniosek o zabezpieczenie powództwa, sąd uznał, że SIN uprawdopodobnił swoje roszczenia” – wyjaśnia Dorota Głowacka z Fundacji Panoptykon, która wspiera SIN w sprawie przeciwko internetowemu gigantowi. „Choć to dopiero początek procesu i przed nami jeszcze długa droga, to zrobiliśmy pierwszy ważny krok w walce z arbitralnym i nieprzejrzystym usuwaniem treści użytkowników z portali społecznościowych”.
Prywatna cenzura to jedno ze współczesnych zagrożeń dla wolności słowa. „Blokada na portalu takim jak Facebook czy Instagram, dla których z punktu widzenia SIN nie ma realnej alternatywy, oznacza w praktyce istotne ograniczenie zasięgu publikowanych materiałów. Decyzja sądu oznacza, że Facebook nie będzie mógł teraz zupełnie dowolnie decydować o usuwaniu treści zamieszczanych przez SIN, i daje nadzieję, że w przyszłości uda się odzyskać zablokowane strony i konta” – wyjaśnia Głowacka.
„W czerwcu z Instagrama znów zostały usunięte opublikowane przez SIN edukacyjne wpisy, w których ostrzegaliśmy m.in. przed poważnymi zagrożeniami związanymi z przyjmowaniem niektórych substancji w upały. Dostaliśmy też ostrzeżenie, że »ponowne naruszenie zasad społeczności« może spowodować usuniecie całego konta” – mówi Jerzy Afanasjew z SIN. „Teraz będziemy mogli odetchnąć i prowadzić naszą działalność w mediach społecznościowych bez obawy, że w każdej chwili możemy zostać znów zablokowani”.
Wydając decyzję, sąd uznał się za właściwy do rozpoznania tej sprawy w Polsce na podstawie polskiego prawa. „To dobra wiadomość dla polskich użytkowników. W tego rodzaju sprawach – przeciwko globalnym firmom internetowym – możliwość dochodzenia swoich praw w Polsce to warunek realnego dostępu do sądu. Gdybyśmy mogli pozywać Facebooka wyłącznie za granicą, możliwość ochrony naszych praw w praktyce miałaby jedynie teoretyczny charakter, m.in. ze względu na koszty, barierę językową czy nieznany system prawny” – wyjaśnia Dorota Głowacka.
Postanowienie sądu nie jest ostateczne – po jego doręczeniu Facebook Ireland będzie mógł zaskarżyć je do sądu apelacyjnego. Decyzja została podjęta wyłącznie w oparciu o stanowisko zaprezentowane przez SIN, bez udziału drugiej strony. Ma ona charakter tymczasowy i nie przesądza o ostatecznym wyniku całego procesu – główne postępowanie w sprawie dopiero się rozpocznie.
Na prośbę Panoptykonu sprawę pro bono prowadzi Kancelaria Wardyński i Wspólnicy.

Facebook – narodziny supermocarstwa

Czy jesteśmy świadkami narodzin nowego supermocarstwa? Już teraz z Facebooka korzysta niemal 2,4 mld osób, czyli co trzeci mieszkaniec globu. Łącznie z użytkownikami powiązanych z nim serwisów, takich jak WhatsApp czy Messenger, ich liczba dobija 3 mld. Zeszłoroczny dochód firmy wyniósł prawie 59 mld dolarów, co oznaczało wzrost o ponad 32 proc. w stosunku do 2017 r. To wszystko jednak nic w porównaniu z planami wprowadzenia globalnej waluty, której premierę Facebook zapowiada za kilka miesięcy.

W ubiegłym tygodniu szefostwo Facebooka ogłosiło, że prace nad własnym środkiem płatniczym weszły w ostateczną fazę. Oznacza to, że Libra – bo tak będzie nazywać się nowa kryptowaluta – trafi do obiegu już w przyszłym roku. Marzenie o „prostej, globalnej walucie i infrastrukturze, która upodmiotowi miliardy ludzi na całym świecie” ma się spełnić dzięki umowie Facebooka z największymi firmami płatniczymi. Do tej pory porozumienie o współpracy podpisały m.in. Visa, Mastercard, PayPal i Uber. Każdy, kto choć raz kupował przez internet lub płacił za pomocą aplikacji, wie, że to właśnie te przedsiębiorstwa kontrolują lwią część przepływu pieniędzy w sieci.
Czy zatem rzeczywiście czeka nas rewolucja, zaś Facebook zmieni się w globalne mocarstwo? Niektórzy uspokajają, że przecież już teraz znajdują się w obiegu różne kryptowaluty, a mimo to dominująca pozycja dolara czy euro pozostaje niezagrożona. Rzeczywiście, najpopularniejszy internetowy pieniądz, czyli Bitcoin, właśnie skończył dziesięć lat, w Polsce (podobnie zresztą jak na całym świecie) działają automaty, gdzie można wymienić „tradycyjne” złotówki na bitmonety, a światowa gospodarka nadal uparcie kręci się wokół papierowych pieniędzy. Jak jednak przekonuje David Marcus, odpowiedzialny w Facebooku za Librę, nowa waluta będzie opierała się na zupełnie innej filozofii funkcjonowania. O ile bowiem bitcoiny traktuje się jako inwestycję, dzięki której można szybko i dużo zarobić (ale też stracić), o tyle Libra ma na celu zastąpienie tradycyjnych środków płatniczych. Innymi słowy, facebookowymi pieniędzmi zapłacimy nasze rachunki, kupimy bilet do kina czy zamówimy pizzę. Stabilność Libry zapewni nie tylko specjalny mechanizm łańcuchu bloków (tzw. blockchain, działa na nim m.in. Bitcoin), ale także – co jest nowością w przypadku pieniędzy internetowych – pokrycie w najważniejszych tradycyjnych walutach oraz rządowe gwarancje.
Brzmi pięknie, prawda? Wystarczy sobie wyobrazić, że podróżując z Polski do Niemiec, USA, a potem jeszcze Indii nie będziemy musieli martwić się o kursy walut, obsługę naszych kart bankowych itp. Wystarczy, że zalogujemy się do Facebooka i klikniemy w odpowiednią ikonę. Na tym jednak Mark Zuckerberg, właściciel tego największego serwisu społecznościowego, nie zamierza poprzestać. Od dawna zapowiada bowiem liczne inicjatywy skierowane do najbiedniejszych użytkowników, aby także i oni mogli korzystać z dobrodziejstw Libry. Od kilku już lat Facebook dostarcza darmowy internet w niektórych państwach rozwijających się, w ramach własnego programu „Free Basics” (Darmowe Podstawy). Korzystają z niego dziesiątki milionów osób na całym świecie, choć ów dostęp do sieci jest mocno ograniczony i zawężony głównie do aplikacji i serwisów współpracujących z Facebookiem.
Politycy i ekonomiści ostrzegają, że Libra może zachwiać światową gospodarką. Z tych samych powodów, dla których tak wiele osób byłoby skłonnych z niej korzystać. Podstawowym problemem jest brak państwowej kontroli nad kryptowalutą. Kurs dolara, euro czy złotówki zależy od siły państwowych gospodarek, a także od politycznych decyzji demokratycznie wybranych rządów i podległych im instytucji. Kto więc będzie sprawował kontrolę nad Librą? Już teraz zakup bitcoinów może być transakcją życia, ale równie prawdopodobnie może doprowadzić do bankructwa. Jak wyliczany jest kurs bitcoina do dolara czy euro? Tego tak naprawdę nie wie nikt. Dodatkowo, Libra wzmacnia niebezpieczeństwo ucieczki kapitału z kraju. Wyobraźmy sobie, że Polskę dotyka kryzys gospodarczy. Inwestorzy mają ograniczone pole manewru, w związku z czym – chcąc czy nie – muszą zaangażować się w ratowanie finansów. Natomiast wraz z uruchomieniem Libry będą mogli swobodnie wymienić złotówki na tę kryptowalutę i wycofać się z Polski niezauważeni. Dlatego też obecne sankcje na Rosję byłoby trudno utrzymać – firmy i rządy po prostu robiłyby interesy nie w dolarach czy euro, a w niekontrolowanych przez jakikolwiek państwo facebookowych librach.
Takich czarnych scenariuszy związanych z Librą jest więcej. Nic więc dziwnego, że politycy z dystansem zareagowali na informację o jej niechybnej premierze. Sprzeciw wobec planów Facebooka połączył demokratów i republikanów w Stanach Zjednoczonych. Senator Sherrod Brown z senackiej komisji finansów podkreślił, że „nie możemy pozwolić, aby Facebook uruchomił swoją ryzykowną kryptowalutę, bez żadnego nadzoru”. W Wielkiej Brytanii wprost wykluczono możliwość korzystania z Libry, gdyby miała ona funkcjonować bez odpowiednich rządowych regulacji. Także pozostałe państwa z grupy G7 wyraziły swój sceptycyzm i zapowiedziały podjęcie odpowiednich kroków w celu zablokowania Libry. Jeszcze z innych powodów niepokój mogą odczuwać także Chiny i Rosja, gdzie korzystanie z Facebooka jest mocno ograniczone.
Za kilka miesięcy przekonamy się czy światowe potęgi zdołają zatrzymać Facebooka i jego plany globalnej waluty. Gdyby jednak Mark Zuckerberg postawił na swoim, może okazać się, że oto jesteśmy świadkami powstania nie tyle nowego systemu walutowego, co nowego supermocarstwa, które z cyberprzestrzeni teleportowało się do całkiem realnego świata.

Lana Del Rey, Eurowizja i kulturalny bojkot Izraela

Wygląda na to, że kontrowersje, jakie latem bieżącego roku wybuchły wokół dwóch imprez kulturalnych w Niemczech, to była zaledwie rozgrzewka.

 

Najpierw odbywające się w Bochum Ruhrtriennale anulowało występ rapowego trio ze Szkocji, Young Fathers – na wieść o ich otwartym poparciu dla kampanii kulturalnego bojkotu Izraela. Izraelskie lobby w Niemczech cynicznie eksploatuje niemieckie poczucie winy związane z hitlerowską zagładą Żydów i skutecznie (z sukcesami w Bundestagu) przepycha tam narrację, że bojkot Izraela to kampania antysemicka. Dlatego takim zaskoczeniem była dla organizatorów międzynarodowa burza, jaką ta decyzja wywołała w światowym środowisku muzyków i twórców kultury. Young Fathers dostali tyle wsparcia, a na organizatorów spadły takie gromy, że ci ostatni odwołali swoją decyzję. Tym razem to Young Fathers w proteście odrzucili zaproszenie.
Wkrótce potem organizowany w Berlinie Pop-Kultur Festival spotkał się z serią anulowanych koncertów, gdy artyści dowiedzieli się, że wśród sponsorów imprezy jest ambasada Izraela – powołali się na szacunek dla palestyńskiego apelu o bojkot.

 

Kulturalny bojkot Izraela

Palestyńska Kampania na rzecz Akademickiego i Kulturalnego Bojkotu Izraela (PACBI) stanowi „branżowy”, skierowany do przedstawicieli i pracowników kultury i nauki, segment większego ruchu, jakim jest Boycott, Divestment, Sanctions, w skrócie BDS. Kampania domagająca się bojkotu, wycofania inwestycji i sankcji przeciwko Izraelowi, dopóki nie zacznie on przestrzegać prawa międzynarodowego i nie zaprzestanie rasistowskiej, kolonialnej przemocy i polityki dyskryminacji wobec Palestyńczyków. Jest ona wzorowana jest na wielkim historycznym przykładzie międzynarodowego oddolnego bojkotu reżimu apartheidu w Republice Południowej Afryki – bojkotu, który doprowadził do jego globalnej izolacji, pomagając w jego obaleniu.
Kampania na rzecz bojkotu kulturalnego i akademickiego zwraca uwagę na znaczenie, jakie dla propagandowych wysiłków Izraela ma udział jego twórców i instytucji w światowym, zwłaszcza zachodnim – kojarzonym z demokracją i wolnością – obiegu kulturalnym, występy międzynarodowych gwiazd, współpraca kulturalna i akademicka. Każdy występ zachodniej gwiazdy jest wykorzystywany przez izraelską dyplomację kulturalną jako wehikuł propagandowy, dowód, że Izrael wciąż jest trendy. Każdy zagraniczny występ izraelskiego teatru, każdy pokaz izraelskich filmów (szczególnym targetem są imprezy o tematyce LGBT+) jest wykorzystywany przez Izrael do normalizacji swojego wizerunku, przesłaniania przemocy, jaką Izrael stosuje u siebie i w swoim bezpośrednim sąsiedztwie.
Ponadto izraelskie instytucje i wydarzenia kulturalne opierają się na systemowej dyskryminacji Palestyńczyków, często są dla nich – jako widzów i jako twórców – w żaden sposób niedostępne, niekiedy mieszczą się nawet w nielegalnych osiedlach, z siedzibami na ziemi zagrabionej okolicznym palestyńskim chłopom. Palestyńczycy są dyskryminowani na izraelskich uniwersytetach, Izrael stosuje arbitralną przemoc wobec uniwersytetów i akademików palestyńskich, a same izraelskie uniwersytety, akademie i politechniki zaangażowane są w badania i rozwój technologii na potrzeby brutalnej izraelskiej okupacji Terytoriów Palestyńskich.

 

Sukcesy bojkotu

BDS, ruch z początku ignorowany i wyśmiewany tak przez Izrael, jak i przez jego wielkich imperialnych sojuszników, przekonanych, że mają wystarczający monopol na globalny obieg informacji, dziś jest przez rząd Binjamina Netanjahu uważany za jedno z największych egzystencjalnych zagrożeń dla Państwa Izrael. Do tego stopnia, że Netanjahu powołał osobne ministerstwo, którego główną funkcją jest walka z BDS (między innymi przez orkiestrowanie kampanii oszczerstw – spod znaku „antysemityzm wszędzie!” – pod adresem propalestyńskich działaczy na całym świecie). Jest nim orwellowskie z nazwy Ministerstwo Spraw Strategicznych. Oprócz tego, różnego rodzaju akcje w tym zakresie prowadzone są lub wspierane przez izraelskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych, dyplomatów w poszczególnych krajach (słynny reportaż śledczy Al Dżaziry pt. The Lobby pokazał, jak to działa w Wielkiej Brytanii) oraz Ministerstwo Kultury i Sportu kierowane obecnie przez obłąkaną jeszcze bardziej niż Netanjahu rasistkę Miri Regev.
Od dawna wielkim orędownikiem bojkotu Izraela, niestrudzenie lobbującym za każdym razem, gdy któryś z jego kolegów lub koleżanek z branży nosi się z zamiarem występowania w Izraelu, jest Roger Waters, znany z legendarnego zespołu Pink Floyd. Bojkot od lat popierają brytyjski reżyser Ken Loach, kanadyjska dziennikarka Naomi Klein, amerykańska aktywistka i intelektualistka Angela Davies, indyjska pisarka Arundhati Roy czy Norweski Teatr Narodowy w Oslo. Do bojkotu kilka lat temu przystąpił też (i wzywał innych naukowców) zmarły niedawno angielski fizyk Stephen Hawking.
W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy BDS odniósł kilka spektakularnych kulturalnych zwycięstw. Koncerty w Izraelu odwołali nowozelandzka piosenkarka Lorde, kolumbijska gwiazda Shakira oraz brazylijski piosenkarz i były minister kultury w pierwszej administracji Luli Gilberto Gil. Przyjęcia izraelskich nagród odmówili urodzona w Jerozolimie aktorka Natalie Portman (dotychczas w obozie „liberalnego syjonizmu”) i ex-Beatles Paul McCartney. Towarzyski mecz piłki nożnej z reprezentacją Izraela odwołała drużyna Argentyny – chodzą słuchy, że ogromną rolę w tej decyzji odegrał kapitan reprezentacji Lionel Messi.
Dlatego Izrael z taką determinacją rzucił się do kontrofensywy.

 

Bombajski łącznik

W styczniu 2018 roku potencjalne czy spodziewane straty na Zachodzie rząd Izraela próbował nadrobić na Wschodzie. W czasie oficjalnej wizyty premiera Netanjahu w Indiach, jedną z misji, jakie pragnął zrealizować, było kupienie sobie przychylności bombajskich filmowców finansowymi korzyściami z kręcenia w Izraelu. Bollywood to kulturalne supermocarstwo, fabryka snów połowy ludzkości – jego przychylność, przelana w kadry jakiegoś filmowego hitu, byłaby wielkim zwycięstwem propagandowym. I choć premierowi udało się uwieść niezwykle wpływową rodzinę Bachchanów (stary Amitabh wygrał kiedyś międzynarodowy plebiscyt BBC na najpopularniejszego aktora wszechczasów, Actor of the Millenium; żona jego syna Abhisheka to Miss World 1994, Aishwarya Rai) i wianuszek ich przydupasów, to wcale nie może być pewien, że nie oberwie rykoszetem.
Bollywoodem, jak mało którą instytucją w Indiach, rządzą w znacznym stopniu muzułmanie, nawet jeżeli w atmosferze hinduskiego nacjonalizmu epoki prezydenta Modiego są trochę zastraszeni i mniej pewni siebie. „Trzech wielkich Khanów Bollywoodu” – Shahrukh, Salman i największy z nich artysta, Aamir, podobno stanowczo odmówiło spotkania z Netanjahu. O Aamirze Khanie wiadomo, że ma lewicowe poglądy, popiera sprawę palestyńską i… jest najbardziej politycznym ze współczesnych gwiazdorów kina bombajskiego, również w swojej twórczości.

 

Eurowizja, akt 1

W tym roku do rangi racji stanu urósł udział izraelskiej reprezentantki w konkursie piosenki Eurowizji. Izrael od dawna przywiązuje do tego konkursu ogromną wagę – pomaga mu prezentować się jako przyczółek Europy na Bliskim Wschodzie, kojarzony z demokracją i liberalnymi wolnościami. To gra w te skojarzenia – z „jedyny gay-friendly kraj na Bliskim Wschodzie” od jakiegoś czasu na czele – sprawiła, że wystawił kiedyś w swoich barwach transseksualną Danę International.
Kampania tegorocznej reprezentantki Izraela, Netty Barzilai, wspierana zapewne przez aż trzy ministerstwa (Kultury i Sportu, Spraw Zagranicznych i Spraw Strategicznych) również stawiała na wątki queer – w zespole, który tworzył i wykonywał piosenkę, a także w targecie, do którego celowano z agitacją. Ze względu na popularność konkursu Eurowizji w epicentrach kultury gejowskiej (w wielu krajach środowiska LGBT+ organizują co roku Eurovision parties) piosenka Netty była szczególnie reklamowana na gejowskich portalach randkowych.
Nie należy przy tym ronić łez nad biedną artystką nieświadomie wciągniętą w wielką politykę, podczas gdy ona chciała sobie tylko pośpiewać. Netta doskonale wie, co robi, z radością publicznie obściskiwała się i z Netanjahu, i z Regev, i jest dumna z tego, że przed laty do wojska zgłosiła się na ochotnika, zanim zdążyło do niej zapukać z poborem.
W tym roku gra toczyła się o stawki większe niż zwykle. Odkąd Biały Dom w osobie Donalda Trumpa zrzucił wszystkie maski i przestał udawać bezstronnego mediatora, oddolne kampanie bojkotu nabierają na sile w różnych częściach świata. Glamour transmitowanej na cały świat Eurowizji był też Izraelowi potrzebny jako zasłona dymna przed nadchodzącymi wkrótce po finale konkursu protestami palestyńskiego Wielkiego Marszu Powrotu w strefie Gazy. Niewykluczone, że na linię eurowizyjnego frontu Izrael rzucił stworzoną w ramach projektu Hasbara aplikację astroturfingową służącą do zarządzania sztucznymi „spontanicznymi”, „oddolnymi” kampaniami w sieci. Wszystkie te wysiłki przyniosły plon: w maju Netta wygrała konkurs i krzyknęła do publiczności: „Do zobaczenia w Jerozolimie!”
To jeszcze jedna ze stawek, o jakie szło w tym roku Izraelowi w konkursie Eurowizji: że jako zwycięzcy następny konkurs zorganizują w Jerozolimie i będzie to część procesu normalizacji w oczach światowej opinii publicznej statusu tego miasta jako stolicy Izraela (statusu odrzucanego przez prawo międzynarodowe).
Jednak szybko pojawiły się pierwsze sygnały, że Eurowizja może się jeszcze dla Izraela okazać samobójem. Zanim wszyscy wytrzeźwieli po weekendzie, Islandczycy odpalili petycję do publicznej islandzkiej telewizji, RUV, domagając się bojkotu konkursu Eurowizji w 2019, jeśli będzie miał miejsce w Izraelu. W ciągu dwóch dni podpisał ją co dwudziesty mieszkaniec nordyckiej wyspy. Podobne wezwania i publiczne sondy na ten temat w ciągu kilku dni wypłynęły w Irlandii.

 

Jak Lana Del Rey nie dojechała do kibucu

 Innym wielkim propagandowym projektem kulturalnym Izraela miał być Meteor Festival – wydarzenie muzyczne tak wielkie, jakiego nigdy jeszcze w Izraelu nie było. 3 dni (od 6 do 8 września), kilka równoległych scen w kibucu Lehavot Habaszan na północy kraju, 150 występów, w tym 50 artystów i zespołów z zagranicy. Największą światową gwiazdą miała być Lana Del Rey.
Dla izraelskich macherów od propagandy kulturalnej to miał być największy triumf. Del Rey już raz anulowała występy w Izraelu, w 2014, z powodu operacji Protective Edge, w czasie której w bombardowaniach Gazy zginęło ponad 2000 ludzi, w tym ponad 500 dzieci. Według showbizowego dziennika „Variety”, organizatorzy zaoferowali jej tym razem 700 tys. dolarów samej bazowej stawki za koncert, tzn. tego, co dostanie jeszcze przed rozliczeniem za bilety. Przelewem z góry! Było to ponad 930% jej normalnej stawki.
Portale społecznościowe zalał hasztag #LanaDontGo, a z otwartym listem do kalifornijskiej gwiazdy, jak zawsze, zwrócił się na Facebooku niezmordowany Roger Waters. Początkowo Del Rey majaczyła coś o pozytywnych wibracjach, jakie jej muzyka wzbudzi w obydwu stronach konfliktu, potem, że zrekompensuje to Palestyńczykom koncertem specjalnie dla nich. Ten ostatni pomysł stał się szybko przedmiotem kpin na całym świecie. Chciałoby się zapytać – gdzie, może na gruzach w Gazie? – i jak się tam dostanie, z ekipą i sprzętem, może z następną Flotyllą Wolności?
Na tydzień przed planowanym występem Del Rey odzyskała zmysły i odwołała koncert. Nie odniosła się publicznie do kampanii BDS, powiedziała za to, że w obliczu niemożliwości zorganizowania koncertów zarówno dla publiczności izraelskiej, jak i palestyńskiej, które chciałaby traktować równo, czuje się zmuszona odwołać. Wygląda to na nową szkołę artystów zwłaszcza amerykańskich, którzy albo za sprawą kampanii BDS zrozumieli, w co się dali wkręcić, albo się przestraszyli, że plamy po takim wydarzeniu nie zmyją z siebie do śmierci (jak ci, którzy wbrew apelom o bojkot występowali w latach 80. XX wieku w południowoafrykańskim kurorcie Sun City) – ale jednak boją się też, że jeśli otwarcie powiedzą, o co chodzi i kto ich przekonał, to izraelskie lobby w USA spuści na nich wszystkie psy. Jak w 2014 na aktorską parę Penelope Cruz i Javiera Bardema – tylko bardziej, bo tamci w najgorszym razie mogą się spakować i wrócić do Hiszpanii.
Afera Del Rey wywołała efekt domina – w ostatnich dniach przed festiwalem Meteor posypały się oświadczenia niemal dwudziestu (spośród pięćdziesięciu) zabukowanych artystów zagranicznych, którzy informowali, że nie przyjadą. Ci, których twórczości nie towarzyszy taka finansowa maszyna, jak w przypadku Lany Del Rey, odważyli się czasem wyjaśnić wprost, o co chodzi. Przedstawiciel amerykańskiej sceny elektronicznej, Shlohmo, w swoim oświadczeniu napisał: „Przepraszam za zawód, jaki sprawiam fanom i ekipie festiwalu, ale udzielenie wsparcia ofiarom opresji poprzez moją nieobecność jest dla mnie ważniejsze, zwłaszcza wobec najnowszych pogwałceń praw człowieka przez rząd [Izraela]”.
Najmocniej uderzyli chłopcy z amerykańskiej grupy of Montreal. Nie dość, że anulowali swój koncert w ostatniej chwili, to napisali: „Wyczerpawszy wszystkie sposoby usprawiedliwiania występu na izraelskim festiwalu, w czasie, gdy polityczni i wojskowi przywódcy tego kraju kontynuują swoje brutalne zbrodnie na narodzie palestyńskim, doszliśmy do wniosku, że innego uczciwego wyjścia nie ma. To nie jest czas świętowania ani robienia uników. Czas na aktywizm, demonstrowanie przeciwko izraelskiemu apartheidowi, przeciwko izraelskiej okupacji Zachodniego Brzegu i przeciwko zbrodniom popełnianym każdego dnia przez siły izraelskie w Gazie.”
Szefowa działu kulturalnego izraelskiego dziennika „Haaretz” skomentowała, że to już jest trend, fala, której nie da się zatrzymać.

 

Eurowizja, akt 2

Bezpośrednio po zwycięstwie Netty, Izrael – przyzwyczajony do prowadzenia polityki faktów dokonanych, rozbestwiony koncesjami ze strony administracji Donalda Trumpa – twardo stawiał sprawę: konkurs w 2019 musi się odbyć w Jerozolimie; albo tam, albo wcale. Jednak Europejska Unia Nadawców (European Broadcasting Union, EBU), która jest producentem konkursu, zaskoczyła stronę izraelską swoją asertywnością. Jej opór i obawa przed propagandowym upolitycznieniem konkursu transmitowanego z Jerozolimy okazały się takie, że chyba pojawiło się ryzyko, że EBU odpowie: raczej wcale niż w Jerozolimie. Izrael spuścił z tonu, dopuszczając możliwość, żeby konkurs odbył się jednak w Tel Awiwie, ale problemy na tym się nie skończyły.
Na początku września EBU wystosowała do strony izraelskiej całą listę wymagań, których spełnienia oczekuje, żeby organizacja przyszłorocznego konkursu w Izraelu wchodziła w ogóle w grę. Wśród nich gwarancji, że każdy, niezależnie od poglądów politycznych, będzie mógł przyjechać do Izraela na półfinały i finał Eurowizji, że nie będzie żadnej dyskryminacji, zatrzymań, całodniowych przesłuchań. Oczywiście, Izrael, który od czasu Pierwszej Intifady w 1987 rozwinął się w orwellowskie państwo policyjne, przesłuchujące ludzi na lotniskach przez całą noc, bo mają na Facebooku znajomych o arabskich nazwiskach, nie potrafiłby dzisiaj spełnić takich obietnic nawet, gdyby chciał. A przecież nie chce, bo jeśli do organizacji finału w Izraelu dojdzie, to na miejsce niechybnie uderzą z całej Europy tysiące aktywistów z zamiarem protestowania. Wygląda jednak na to, że Izrael udał, że przyjmuje te zobowiązania, a EBU udała, że wierzy w te zapewnienia, bo 15 września podjęła ostateczną decyzję o organizacji konkursu w 2019 roku w Tel Awiwie. Antyokupacyjny działacz Ronnie Barkan spekulował na Facebooku, że na krótko przed imprezą Netanjahu może rozpęta kolejną kampanię przemocy, by się następnie powoływać na „względy bezpieczeństwa”.
W międzyczasie, na fali „afery Del Rey”, 140 twórców różnych dziedzin z Australii, Belgii, Kanady, Danii, Finlandii, Francji, Islandii, Irlandii, Izraela, Włoch, Norwegii, Portugalii, Hiszpanii, Szwecji, Szwajcarii, Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych podpisało się pod listem otwartym, opublikowanym 7 września na łamach „Guardiana”, w którym wzywają do bojkotu Eurowizji 2019, jeśli impreza miałaby się rzeczywiście odbyć w Izraelu. „Jak długo Palestyńczycy nie mogą cieszyć się wolnością, sprawiedliwością i równymi prawami, nie powinno być żadnego business-as-usual z państwem, które pozbawia ich podstawowych praw” – napisali między innymi. Wśród sygnatariuszy są muzycy Roger Waters (jak zawsze), Brian Eno, Yonatan Shapira, Charlie McGettigan (irlandzki zwycięzca Eurowizji w 1994) oraz fińscy weterani konkursów Eurowizji Kaija Kärkinen i Kyösti Laihi; pisarki Caryl Churchill i Sabrina Mahfouz; filmowcy Ken Loach, Mike Leigh, Eyal Sivan, Alain Guiraudie i Aki Kaurismäki; aktorzy Alexei Sayle i Julie Christie.
We wrześniu, tuż przed ostateczną decyzją EBU, wystartowała też nowa inicjatywa, opatrzona na w mediach społecznościowych hasztagiem #DJsForPalestine. Przy jego pomocy międzynarodowi didżeje i twórcy muzyki elektronicznej deklarują, że szanują palestyńską prośbę o bojkot solidarnościowy i nie będą występować w Izraelu, dopóki ten nie zaprzestanie polityki brutalnych represji wobec Palestyńczyków. Akcja nabiera rozpędu. Pęka w ten sposób ochronna bańka rzekomej apolityczności, jaka do tej pory otaczała scenę klubową w Tel Awiwie.

 

A Polska?

Poza sporadycznymi wyjątkami polska klasa tzw. twórców kultury od trzech dekad nie marnuje prawie żadnej okazji, żeby być powodem do politycznego wstydu i zażenowania. Nie inaczej jest w tym przedmiocie – Polska jest jedynym dużym krajem europejskim, w którym kulturalny bojkot Izraela nie zaznaczył się jak dotąd w żaden sposób. Czy rozwijający się w takim tempie skandal wokół przyszłorocznego konkursu Eurowizji spowoduje wreszcie jakiś przełom?

Morale

Jak celnie wypomina „Gazeta Wyborcza” szefowej Biełsatu, Agnieszka Romaszewska-Guzy, tworząc stację, deklarowała, że w ten sposób zamierza „pokazywać białoruskim przyjaciołom i sąsiadom, na czym polega demokracja”.

 

Dziś okazuje się, że debata publiczna zamienia się w okopy dwóch wrogich sił. Świadczy o tym likwidacja platformy opiniowej w gazecie.pl – czyli rozwiązanie za jednym zamachem kwestii Wosia, Sroczyńskiego i Beczek. Tych usiłujących utrzymać równowagę na barykadzie i czyniących starania, by sprawiedliwie punktować – tak, aby jedna i druga strona mogła z tych uwag zrobić użytek – przepycha się siłą do jednego z dwóch obozów, bądź odmawia się błogosławieństwa oficjalnego, legalnego pismaka, odsyłając do blogosfery i na Twittera.
Wydawcy, rezygnując ze współpracy z frakcją „symetrystów”, powoływali się na spójną politykę redakcji i dowolność w doborze redaktorskich piór. Agnieszka Romaszewska-Guzy usiłowała zastosować w Biełsacie inną strategię: strategię „my się nie mieszamy”. Ciężko jednak oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z dreptaniem na paluszkach wokół władzy, ukrytego pod płaszczykiem powstrzymywania się od wyrażania jakichkolwiek komentarzy na temat bieżącej polityki.
Ivan Shyla wyleciał z pracy po udostępnieniu na swoim prywatnym facebookowym profilu słynnego już zdjęcia Donalda Trumpa i Andrzeja Dudy, „dla którego zabrakło krzesła”. Opatrzył go spartańskim podpisem: „po lewej jest prezydent Polski”. Twierdzi, że szefowa usiłowała zablokować ów wpis, powołując się na interes narodowy oraz na to, że pracownikom stacji rzekomo nie wolno żartować z głowy państwa.
Biełsat nie jest Kancelarią Prezydenta, nie ma w umowie ocieplania jego wizerunku, a prywatny profil SM-redaktora nie jest oficjalną stroną organizacji, którą reprezentuje. Pamiętam jak osiem-dziesięć lat temu, gdy Facebook zaczynał na dobre rozgaszczać się w kraju nad Wisłą, wielu znajomych czyściło bądź ukrywało kontent na swoich tablicach w obawie przed ciekawskimi rekruterami z niektórych korporacji, które z jakiegoś powodu uznały, że oprócz sprawdzania znajomości języków obcych i pakietu Office, będą polować na zdjęcia z pubu, na których kandydaci do pracy siedzą przed pękatymi kuflami z piwem albo mają głębokie dekolty. Później to szaleństwo osłabło.
Oczywiście, pozostaje odwieczne pytanie o to, kiedy przekraczamy granice ról społecznych. Czy Anna Kowalska po zejściu z nocki na oddziale intensywnej terapii przestaje być siostrą Anią, a zaczyna być Anką, która odsłania wytatuowane ręce? Kiedy podporucznik zdejmuje mundur? Czy wolno mu wrzucać na Facebooka żarty o wojskowych?
Kontrolowanie sfery prywatnej pracownika na modłę Orwella może być kolejnym etapem zaprzęgania nas w Schmittowską ramę wojny i wrogości. O ile z polaryzacją debaty publicznej można jeszcze walczyć, generując nowe platformy przekazu i zapraszając do współpracy wykluczonych dziennikarzy, to rozciąganie pieczy nad ich dietą, kolorem noszonej bielizny czy sposobem redagowania postów na portalu społecznościowym może być dla standardów pracy w mediach zabójcze. W mechanizmie swoim przypominać zaczyna bowiem nabór do sekty.
Zwłaszcza, że często zasady gry obowiązują tylko jedną ze stron. Zjadliwe tweety Agnieszki Romaszewskiej-Guzy wymierzone w Donalda Tuska pochodzą zapewne z czasów, kiedy „zasadą Biełsatu” nie było jeszcze „to, że możemy informować o sprawach polskich, ale nie włączamy się w żadne kampanie polityczne – ani po stronie Platformy, PiS-u ani żadnej innej”. I nawet jeśli uznamy tłumaczenie szefowej, że zastrzeżenia do pracy Shyli redakcja miała już wcześniej, to trudno będzie teraz stacji odeprzeć zarzuty o łamanie wolności słowa.
Za wdrożenie podobnego mechanizmu wobec Rafała Wosia mam żal do „Polityki”. Jeśli wymaga się od podwładnego czy współpracownika, by oddał jakąś część własnej prywatności/tożsamości, a z jakąś nie obnosił się publicznie, należy zaznaczyć to przynajmniej w umowie. Bo inaczej niektórych pracodawców może zacząć kusić, by zacząć się interesować, z kim podwładni sypiają lub chodzą na wino, a „dobro firmy” jest kategorią tak szeroką, że można rozciągnąć ją absolutnie na wszystko. Tak właśnie próbowano przemycić oceny „postaw moralnych i etycznych” nauczycieli. Na szczęście to nie przeszło.

Ojciec małego piłkarza wzorcem dla PZPN

Nagrania wideo z treningów, jakie Artur Bywalec prowadzi ze swoim 6-letnim synkiem Kacprem, mają na Facebooku milionową oglądalność.

 

Artur Bywalec nagrywa fragmenty treningów z Kacprem i z początku pokazywał filmiki tylko najbliższym znajomym. Dopiero za ich namową zdecydował się opublikować je w sieci i ku swemu zaskoczeniu on i jego syn stali się sławni. Pisano o nich w gazetach, pokazywano w telewizji. Ojciec nie zapisał syna do żadnego piłkarskiego klubu, bo jego zdaniem byłaby to strata czasu. „W rocznikach jest za dużo dzieci, grupy są zbyt liczne i trenerzy często nad nimi nie panują. Nie są w stanie ogarnąć zbyt licznej grupy kilkulatków, bo jedni chcą się bawić, dwóch się szarpie, trzeciemu chce się pić. Zajęcia dobiegają końca i żaden z tych chłopaków niczego nowego się nie nauczył. Grupy powinny być mniejsze i powinna obowiązywać selekcja, ale klubom nie opłaca się jej robić, bo chcą więcej pieniędzy ze składek rodzic. I koło się zamyka” – twierdzi Bywalec.

Na pewno wie co mówi, bo jest nauczycielem wychowania fizycznego w klasach 1-3. Z wyróżniającymi się chłopakami trzeba od razu pracować nad techniką. Muszą jak najczęściej trenować i ze sobą rywalizować, wtedy podnosi się poziom w grupie. O tej zasadzie wie każdy trener, ale w polskim futbolu dzisiaj bezwzględny priorytet mają pieniądze i szkoleniowców w klubach rozlicza się z liczby zawodników i ściągalności składek. Artur Bywalec w żadnym klubie nie pracuje, choć 15 lat temu ukończył kurs i zdobył uprawnienia instruktora piłki nożnej. Teraz mu je PZPN odebrał, bo nie uczestniczył w tzw. kursie wyrównawczym. Niemal wszędzie w Europie uznano posiadane uprawnienia i tylko przypisano im nowe nazewnictwo, ale PZPN zażądał udziału w kursie, za który oczywiście należało zapłacić. Bywalec uznał, że jest to nie fair i odpuścił. Teraz bez papierów stał się dla wielu ludzi autorytetem, a rodzice oddają swoje dzieci pod jego opiekę. Prowadzi w tej chwili 15-osobową grupę i nie bierze za to pieniędzy, bo traktuje te zajęcia jako naukę także dla siebie.

Wbrew zarzutom internetowych hejterów nie jest tyranem dla syna. Trenuje z nim tyle, ile Kacprowi się chce, ale nie więcej niż półtorej godziny. Niekiedy ćwiczą cztery razy w tygodniu, czasem tylko raz. Nic na siłę. A 6-letni Kacper potrafi robić z piłką takie rzeczy, że do jego ojca dzwonią z Borussii Dortmund i Manchesteru City. Tylko z PZPN-u nikt nie dzwoni…

 

Dyspozycyjny Facebook

Największy na świecie portal społecznościowy przestał ukrywać, że jego celem jest prowadzenie cenzury według kryterium geopolitycznych interesów. Facebook poinformował, że 652 konta i strony zostały usunięte ze względu na powiązania z irańskimi ośrodkami medialnymi.

 

To największa w historii Facebooka akcja, w której portal jednoznacznie staje po jednej ze stron konfliktu w ramach międzynarodowego porządku. Przedsiębiorstwo Marka Zuckerberga dołączyło do administracji prezydenta Donalda Trumpa, który od początku swojej kadencji robi wszystko by ponownie znaleźć się z Iranem na wojennej ścieżce.

Na celowniku organów cenzury znalazła się grupa stron i profili wchodzących w skład grupy Liberty Front Press, która, według władz portalu, miała być środkiem propagandy tworzonej przez ośrodki rządowe w Teheranie. Na 74 fanpejdżach, 70 kontach i trzech grupach na Facebooku oraz 76 kontach na Instagramie publikowane były treści polityczne dotyczące Bliskiego Wschodu, Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych i Ameryki Łacińskiej. Jak podają przedstawiciele firmy FireEye, która na zlecenie Facebooka namierzyła i opisała rzekomą siatkę wpływu, za pomocą wymienionych środków komunikacji opisywano tam wydarzenia z perspektywy propalestyńskiej, proirańskiej i konsekwentnie antyizraelskiej i antysaudyjskiej, a nawet – o zgrozo – broniono sensu porozumienia nuklearnego z Iranem, co wskazywałoby, że beneficjentem takiego przekazu jest Teheran. „Wskazywałoby”, gdyż sama firma skromnie stwierdza, że ma jedynie „umiarkowaną pewność” i żadnych rozstrzygających dowodów tego, że grupa działa na zlecenie konkretnego podmiotu związanego z tamtejszym rządem.

Drugim celem była niesformalizowana pod żadną nazwą grupa 12 fanpejdży i 66 profili na Facebooku oraz dziewięciu na Instragramie. Zdaniem ludzi Zuckerberga miały one brać udział w cyberatakach, a osoby posługujące się nimi dokonywały również włamań na konta i rozprzestrzeniały złośliwe oprogramowanie.

Trzecim zasobem, który został poddany cenzurze była grupa 168 stron i 140 kont na Facebooku, oraz 31 na Instagramie. Użytkownicy założyli 25 wydarzeń, a prowadzone przez nich strony miały około 813 000 subskrybentów. Facebook powiedział, że kampania w większości zawierała treści o polityce Bliskiego Wschodu w języku arabskim i perskim, ale także udostępniała treści dotyczące polityki w Wielkiej Brytanii i USA. Tutaj pojawia się również wątek finansowy. Jak podaje portal, użytkownicy wydali na reklamę „zawrotną” kwotę 6000 USD w dolarach amerykańskich, lirach tureckich i rupiach indyjskich od lipca 2012 r. do kwietnia 2018 r.

Najbardziej tajemniczym aspektem jest czwarta grupa usuniętych trasmitorów treści, która miała być powiązana z rosyjskimi służbami wywiadu wojskowego – niezależnie od irańskich kampanii. Jak twierdzi Facebook, w grupie tej były profile usunięte jeszcze przed wyborami w USA w 2016 r. Jednak ich ostatnia działalność koncentrowała się na pisaniu o wydarzeniach w Syrii i na Ukrainie, z prorosyjskiej perspektywy.

Warto w tym miejscu przypomnieć, że niedawno Facebook bez podania przyczyny wykasował profil Venezuelanalysis – jedynej anglojęzycznej witryny, która stara się z perspektywy życzliwej dla rewolucji boliwariańskiej opisywać wydarzenia w Wenezueli.

Na specjalnie zwołanej konferencji prasowej właściciel Facebooka Mark Zuckerberg powiedział, że jest dumny z cenzorskiego aktu, oraz zaznaczył, że jeszcze wiele zostało do zrobienia. „Kwestia bezpieczeństwa nie jest czymś, co można w pełni rozwiązać” – powiedział CEO największego portalu typu social media. Można więc spodziewać się kolejnych cięć.