Podatkowym cepem w wolność mediów

Należy zrezygnować z wprowadzenia podatku od reklam. Prace nad nim nie powinny być kontynuowane.
Krytycznie trzeba ocenić już samą nazwę ustawy. Pod przykrywką generowania „dodatkowych przychodów” Narodowego Funduszu Zdrowia i Narodowego Funduszu Ochrony Zabytków, oraz stworzenia Funduszu Wsparcia Kultury i Dziedzictwa Narodowego w Obszarze Mediów ukrywa się wprowadzanie nowej daniny publicznej. Choć uważamy, że projekt nie powinien być dalej procedowany, to gdyby do tego doszło należy zmienić jego nazwę np. na „ustawa o podatku od reklam” – wskazuje Forum Obywatelskiego Rozwoju.
Wśród problemów, które ma rozwiązywać projekt, podaje się nie tylko zwiększenie środków finansowych trafiających do NFZ, ale też m.in. „rozwarstwienie poziomu kompetencji cyfrowych” i „coraz większe trudności z oceną rzetelności pojawiających się w mediach informacji”.
Ustawodawca nie wyjaśnia, w jaki sposób wspomniane powyżej fundusze miałyby przyczynić się do zwiększania kompetencji cyfrowych. Poza tym istnieją już działające narzędzia do realizacji takich zadań – są to np. system edukacji czy aktywność prywatnych podmiotów na rynku cyfrowym. Z kolei „trudności z oceną rzetelności pojawiających się w mediach informacji” można zminimalizować poprzez ograniczenie liczby nierzetelnych informacji pojawiających się m.in. w audycjach prezentowanych w mediach publicznych. Nie są do tego potrzebne dodatkowe fundusze od podatników. Poza tym, w ramach Funduszu Wsparcia Kultury i Dziedzictwa Narodowego w Obszarze Mediów, mają powstać np. „platformy dystrybucji informacji oraz analiz treści pojawiających się w mediach”. Już teraz, bez istnienia specjalnego funduszu i dodatkowego podatku, istnieją takie platformy np. Konkret24 czy Demagog.
Nowy fundusz ma być tez odpowiedzią na „utratę poczucia wspólnoty i więzi z tradycją”. W uzasadnieniu ustawy nie pojawiają się żadne poparte badaniami dowody na to, że do takiego zjawiska w Polsce dochodzi, a także, że jest to zjawisko negatywne i wymagające interwencji ustawodawcy.
Wreszcie mowa jest o kwestii „ograniczonego dostępu do dóbr kultury i pomników wspólnego dziedzictwa” w związku z pandemią. Po pierwsze, większość instytucji kultury została zamknięta w wyniku decyzji rządu, przy czym w ostatnich dniach część z nich została otwarta. To autorzy rządowych rozporządzeń decydują zatem o dostępności „dóbr kultury”. Jednocześnie wiele z zamkniętych podmiotów, takich jak muzea czy teatry, realizuje działalność w trybie online, często z bezpłatnym lub niskopłatnym dostępem.
Po drugie, projekt ma wejść w życie najszybciej w lipcu, a kolejne tygodnie i miesiące zajmie uruchamianie nowych funduszy i rozpoczęcie realizacji projektów. Do tego czasu, dzięki szczepieniom, będzie już zapewne możliwy względnie niezakłócony dostęp do „dóbr kultury i pomników wspólnego dziedzictwa”. Wspomniany w projekcie ustawy problem sam się rozwiąże.
Po trzecie, sektor prywatny aktywnie dostarczał dobra kultury w czasie pandemii, o czym świadczy popularność m.in. serwisów udostępniających filmy i seriale w formule na żądanie (VOD) czy koncertów realizowanych w formule online. Co więcej, ważnym źródłem kultury są w czasie pandemii media – przede wszystkim prywatne – które w wyniku dodatkowych obciążeń podatkowych mogą być zmuszone ograniczyć produkcję „dóbr kultury”.
Nowy podatek jest skonstruowany w taki sposób, aby wyższą stawką objąć wybrane produkty. W projekcie zaproponowano wyższe stawki dla produktów leczniczych, suplementów diety, wyrobów medycznych i napojów z dodatkiem substancji słodzących. W uzasadnieniu projektu ustawy nie ma informacji, dlaczego akurat te produkty mają być objęte wyższymi stawkami podatkowym, który miałby „karać” za pokazywanie reklam określonej treści. Dlaczego reklama słodkiego napoju miała by być wyżej opodatkowana niż reklama słodkich przekąsek? Dlaczego reklama wyrobów medycznych, takich jak prezerwatywy, termometry czy ciśnieniomierze miałaby być „karnie” opodatkowana?
Tego typu działania są nie tylko przykładem uznaniowości władzy, ale też przejawem nieuzasadnionego paternalizmu państwa. W dostępie do wielu produktów i substancji Polska jest bardziej restrykcyjna niż Niemcy czy Czechy. Zaproponowane w projekcie ustawy rozwiązania różnicujące stawki podatkowe oznaczałyby dalsze zwiększanie państwowego paternalizmu.
Skutkiem wprowadzenia daniny z tytułu reklamy konwencjonalnej będzie m.in. wzrost kosztów działalności podmiotów objętych tym podatkiem. Jednocześnie przewidziane w projekcie utworzenie nowego funduszu – biorąc pod uwagę m.in. wpływ władzy politycznej na skład komisji udzielającej dotacji z jego środków – rodzi rzeczywiste ryzyko powstania praktyki polegającej na rekompensowaniu części kosztów wynikających z podatku mediom sprzyjającym obecnie rządzącym.
Ryzyko to jest tym bardziej wyraźne, gdyż to Minister Kultury ma jednoosobowo decydować, w drodze rozporządzenia, m.in. o sposobie oceny wniosków o dofinansowanie z funduszu. Biorąc pod uwagę zaangażowanie resortu kultury (i osobiście obecnego Ministra Kultury) w podobne przedsięwzięcia, np. Polską Fundację Narodową, istnieje obawa, że zasady przeznaczania środków z funduszu będą na tyle niejasne, że w praktyce pozwolą na dotowanie mediów według politycznego klucza. Wobec tego do projektu ustawy powinny być załączone również projekty rozporządzeń wykonawczych.
Nie sposób w tym kontekście pominąć również innych środków stosowanych przez państwo wobec podmiotów rynku medialnego. Zmiana praktyki nabywania usług reklamowych przez organy władzy publicznej i spółki z udziałem Skarbu Państwa, jak również dotacja dla mediów publicznych o wartości ok. 2 mld zł rocznie, wpłynęły pozytywnie na wynik finansowy i pozycję na rynku podmiotów sprzyjających obecnej władzy.
Łącznym skutkiem wprowadzenia podatku od reklamy konwencjonalnej i wspomnianych praktyk będzie zatem selektywne wsparcie mediów według klucza politycznego z jednoczesnym osłabieniem pozycji rynkowej mediów, które władza uważa za nieprzychylne jej politykom – ocenia FOR.
Takie działanie zagraża konkurencji na tym rynku i wpływa na wymianę handlową między państwami członkowskimi Unii Europejskiej. W szczególności, podmioty uprzywilejowane przez władzę będą mogły oferować nabywcom korzystniejsze ceny reklam lub będą w stanie zaoferować wyższą cenę zakupu licencji oferowanych przez podmioty z państw Unii. Zestawienie tych wszystkich praktyk i środków stanowić będzie zatem niedozwoloną pomoc publiczną dla podmiotów preferowanych przez obecne władze.
Dodatkowo w projekcie zawarto przepisy, które mają wymusić na podmiotach działających na rynku medialnym przeznaczanie co najmniej 49 proc. czasu antenowego na audycje i utwory wytworzone w języku polskim, co nie ma związku ani z wymienionymi w tytule funduszami, ani z planowanym podatkiem. Co więcej, nie jest to obszar kompetencji Ministra Finansów, co może wskazywać, że wbrew temu co mówią w mediach politycy partii rządzącej nie jest to projekt przygotowany wyłącznie przez resort finansów.
Dziś limit ten wynosi 33 proc.. Treści pokazywane w mediach powinni zależeć od ich właścicieli i woli konsumentów, która na konkurencyjnym rynku będzie przez właścicieli realizowana. Jeśli popyt na programy i utwory muzyczne w języku polskim będzie wysoki, to media samodzielnie podejmą decyzje, że takie programy będą dominować w czasie antenowym. Jednocześnie nic nie powinno stać na przeszkodzie, aby na rynku medialnym istniały obok siebie podmioty, które w 100 proc. emitują polskie programy i utwory oraz podmioty, które w ogóle nie będą mieć w swoich ramówkach programów i utworów w języku polskim. To siły rynkowe i decyzje konsumentów, a nie politycy powinni decydować co jest pokazywane w mediach.
Dlatego krytycznie oceniamy podwyższenie limitu przeznaczania czasu antenowego na audycje i utwory wytworzone w języku polskim z 33 proc. do 49 proc. i postulujemy całkowitą rezygnację z tego limitu w ustawie o Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji. Podkreślamy, że tego typu „wrzutki” ukryte pod hasłem zwiększania czy tworzenia funduszy na zdrowie i kulturę szkodzą przejrzystości procesu legislacyjnego i powinny być zaniechane – zauważa FOR.
W jego ocenie, w okresie pandemii, kiedy wiele przedsiębiorstw było i nadal jest obciążonych różnego rodzaju restrykcjami i ich skutkami gospodarczymi, nie powinno się wprowadzać nowych obciążeń podatkowych. COVID-19 został użyty jako uzasadnienie dla pozyskania „dodatkowych przychodów” dla NFZ. Takie działania nie powinny być realizowane poprzez podnoszenie, w tym trudnym dla wszystkich okresie, obciążeń podatkowych.
Ponadto, nie ma żadnego uzasadnienia dla tworzenia kolejnego funduszu zajmującego się „wsparciem kultury i dziedzictwa narodowego w obszarze mediów”. Dodatkowych środków na ochronę zdrowia czy renowację zabytków, jeśli faktycznie są potrzebne, można poszukiwać w innych źródłach np. ograniczając dotacje dla mediów publicznych, rezygnując z kosztownych wydatków socjalnych takich jak trzynaste i czternaste emerytury czy niezależne od dochodu wypłaty z programu „Rodzina 500 plus” na każde dziecko, ograniczenie przywilejów emerytalnych wybranych grup zawodowych (np. służby mundurowe, rolnicy czy górnicy) czy innych obszarach finansów publicznych.
Jednocześnie proponowana „składka” to kolejny już w ostatnich latach podatek sektorowy, który będzie komplikować i tak już skomplikowany system podatkowy. Zamiast wprowadzania kolejnych podatków sektorowych należy uprościć i zreformować system podatków powszechnych i wydaje się, że to, a nie tworzenie nowych „składek” na NFZ, kulturę i renowację zabytków – powinno być priorytetowym zadaniem pomysłodawców ustawy – Ministerstwa Finansów.
Podsumowując, w ocenie Forum Obywatelskiego Rozwoju projekt ustawy o dodatkowych przychodach Narodowego Funduszu Zdrowia, Narodowego Funduszu Ochrony Zabytków oraz utworzeniu Funduszu Wsparcia Kultury i Dziedzictwa Narodowego w Obszarze Mediów nie powinien być przedmiotem dalszych prac legislacyjnych.

Gospodarka 48 godzin

Dobrymi chęciami
Przedstawiciele organizacji przedsiębiorców spotkali się z prezydentem Andrzejem Dudą i wicepremierem Jarosławem Gowinem. Spotkanie w pałacu prezydenckim było wynikiem listu, wysłanego przez przedsiębiorców do prezydenta, w którym zwracali oni uwagę na negatywne efekty zamknięcia wielu dziedzin gospodarki. Prezydent zachowywał optymizm i początkowo chwalił efekty działań rządu PiS, oświadczając, że sytuacja w Polsce od strony gospodarczej nie wygląda źle – i na tle innych krajów poradziliśmy sobie z tym wielkim wyzwaniem, jakim jest pandemia. Później jednak prezydent dodał, iż: „Największym wyzwaniem jest znalezienie takich rozwiązań, które pomogą przetrwać polskim firmom i polskim przedsiębiorcom”. W ten sposób prezydent RP jednoznacznie dał do zrozumienia, że rząd PiS dotychczas nie znalazł takich rozwiązań.
Podczas spotkania członkowie Rady Przedsiębiorczości – szefowie dziewięciu największych stowarzyszeń biznesowych w Polsce – zaproponowali decydentom zawarcie Paktu Antykryzysowego, w ramach którego prezydent, przedstawiciele rządu oraz szeroko rozumiany biznes mieliby wspólnie wypracować rozwiązania, z jednej strony pozwalające przetrwać firmom, a z drugiej minimalizujące ryzyko zakażeń koronawirusem. Jak relacjonował uczestnik spotkania, prezes Business Centre Club Marek Goliszewski, prezydent Duda przyjął do wiadomości pomysł zawarcia takiego paktu, natomiast wicepremier Gowin oświadczył, że opowiada się za szybszym odmrażaniem gospodarki i wsparciem branż deficytowych. Prezes Goliszewski dodał, że przesłaniem tego spotkania było podjęcie dialogu na rzecz gospodarki z prezydentem, jako osobą, która ma wpływ na podejmowane decyzje – i przekonywanie jej do rozwiązań, które są konieczne, żeby firmy miały wsparcie, a gospodarka odbiła się od dna i odbudowała. Przedsiębiorcy przedstawili postulaty kierowania w większym stopniu funduszy europejskich nie tylko na inwestycje publiczne, ale przede wszystkim do sektora prywatnego. Wskazywali na konieczność przestawienia polityki gospodarczej z prokonsumpcyjnej na inwestycyjną. Zgłoszono pod adresem prezydenta wniosek o poparcie zniesienia podatku bankowego i skierowania zaoszczędzonych z tego tytułu pieniędzy na kredyty dla firm. Nadzieje na większe środki dla firm rozwiał obecny na spotkaniu Paweł Borys, prezes Polskiego Funduszu Rozwoju, który wskazał, że środki europejskie z Funduszu Odbudowy i Restrukturyzacji dotrą do Polski najwcześniej w 2022 roku, a zapewne sporo później. Dużo czasu poświęcono na spotkaniu sposobowi stanowienia prawa w Polsce i ustawom gospodarczym, zbyt szybko uchwalanym i zmienianym przez Sejm, bez konsultacji z praktykami życia gospodarczego. Zaapelowano do prezydenta RP o zawetowanie ustaw, które w swoich zapisach stawiają każdego przedsiębiorcę w roli podejrzanego i zniechęcają do inwestycji oraz tworzenia nowych miejsc pracy.
Rozmaitych paktów już wiele w Polsce zawierano i raczej nic z nich nie wynikało. Zapewne podobnie będzie i z propozycją obecnego Paktu Antykryzysowego. Tym bardziej, że podczas spotkania z prezydentem Dudą mówiono nie tyle o konkretach, co o dobrych chęciach, którymi – jak wiadomo – jest wybrukowana jedna droga.

Gospodarka 48 godzin

Wszelkimi narzędziami
Włączcie się do walki z pandemią! – zaapelował do polskich przedsiębiorców Zwiazek Przedsiebiorców i Pracodawców ustami swego prezesa Cezary Kaźmierczaka. Jego oświadczenie głosi, iż mimo wielkiego zróżnicowania środowiska, w jednej sprawie należy stanowić jedność – chodzi o powstrzymanie pandemii i zapobieżenie drastycznemu lockdownowi. Bo z tego co mówią decydenci, lockdown albo odmrażanie gospodarki zależy od liczby zachorowań i wydolności (a raczej niewydolności) służby zdrowia. Dlatego prezes twierdzi, że można przecież w firmach wdrożyć wysokie standardy sanitarne. Nie jest z tym wprawdzie źle, ale każdy prezes czy właściciel powinien jeszcze osobiście przyjrzeć się, co można poprawić i zrobić lepiej. Ponadto, jak mówi prezes Kaźmierczak, przedsiębiorcy, z pozycji swojego autorytetu lub podległości służbowej, muszą wytłumaczyć pracownikom, że to nie oni czy Morawiecki, płacą im wynagrodzenia tylko zadowoleni klienci. Jeśli tych klientów z powodu pełnego lockdownu zabraknie, to pracownicy powinni wiedzieć, że mogą stracić pracę i źródło utrzymania. „Podobnie jak rząd – nie mamy żadnych własnych pieniędzy, tylko pieniądze Klientów” – wskazuje prezes. Kluczowa dla ograniczania pandemii jest dyscyplina społeczna, której w Polsce oczywiście nie ma. Dlatego prezes Kaźmierczak na koniec podkreśla: „Apeluje do Was o aktywne włączenie się do przekonania naszych pracowników, do restrykcyjnego przestrzegania reżimu: dystans – dezynfekcja – maseczki. Narzędzia i instrumenty macie. Sami wiecie jakie”.

Królestwo rzęchów
Większość używanych samochodów sprowadzonych do naszego kraju w okresie od stycznia do października bieżącego roku, to stare graty, mające ponad dziesięć lat. Jak podaje Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego, pojazdów w takim wieku importowano do Polski w tym czasie dokładnie 55,1 proc. Natomiast samochodów liczących do czterech lat sprowadzono tylko 10,7 proc.

Był samorządowy, jest rządowy

W ubiegłym roku w ramach Funduszu Dróg Samorządowych sfinansowanych zostało 1 149 inwestycji powiatowych na kwotę 1,7 mld zł oraz 3 131 inwestycji gminnych o wartości 2,1 mld zł. Są to dane rządowe, więc nie wiadomo, jaka jest ich wiarygodność. Dziś rząd PiS obiecuje, że chce zwiększyć dofinansowanie do Rządowego Funduszu Rozwoju Dróg o 3 mld zł, ale kolejne obietnice rządu trudno już traktować poważnie. Najważniejsze, że do tej pory był to Fundusz Dróg Samorządowych, ale PiS ma kłopoty z kasą, więc rząd postanowił położyć rękę na samorządowych pieniądzach. Przekształcenie funduszu drogowego z samorządowego w rządowy to istota nowelizacji ustawy o Funduszu Dróg Samorządowych oraz niektórych innych ustaw. Rząd informuje, że ma się to „przyczynić do pobudzania aktywności gospodarczej przedsiębiorców i skuteczniejszej walki ze skutkami kryzysu gospodarczego wywołanego pandemią COVID-19”. Obok wspierania samorządowych inwestycji drogowych, fundusz ma teraz finansować m.in. budowę obwodnic na drogach wojewódzkich, poprawę bezpieczeństwa pieszych na przejściach, budowę lub remonty dróg w największych miastach. Minister infrastruktury będzie dokonywał oceny wniosków o dofinansowanie.

Psucie reguł fiskalnych

Rząd PiS uprawia „kreatywną księgowość”, ukrywając nowe zadłużenie poza krajową definicją długu publicznego.
Według najnowszej prognozy Komisji Europejskiej opublikowanej 7 maja, polski dług publiczny wzrośnie z 46,0 proc. produktu krajowego brutto na koniec 2019 roku do 58,5 proc. PKB na koniec bieżącego roku. Ten największy przyrost od początku III Rzeczypospolitej wynika z nadzwyczajnych wydatków i spadku wpływów budżetowych, spowodowanych działaniami mającymi ograniczyć pandemię COVID-19.
Pomimo nadzwyczajnej sytuacji rząd Prawa i Sprawiedliwości wciąż jednak formalnie nie ogłosił stanu klęski żywiołowej, który zawieszałby działanie konstytucyjnego limitu długu publicznego na poziomie 60 proc. PKB, ustawowego progu ostrożnościowego 55 proc. PKB oraz stabilizującej reguły wydatkowej. Zamiast tego rząd PiS ukrywa nowe zadłużenie poza krajową definicją długu publicznego – której dotyczą krajowe reguły fiskalne.
Efekty kreatywnej księgowości rządu widać w rosnącej rozbieżności między długiem publicznym, liczonym zgodnie z krajową, oraz unijną definicją. Różnica może urosnąć z 2,4 proc. PKB na koniec 2019 r. do ok. 8 – 11 proc. PKB na koniec tego roku (licznik długu publicznego Forum Obywatelskiego Rozwoju działa według unijnej metodologii liczenia długu).
Co więcej, przedstawione przez Komisję Europejską szacunki wzrostu zadłużenia być może nie uwzględniają w pełni kosztów „Funduszu Przeciwdziałania COVID-19”, o którym ciągle niewiele wiadomo.
Jak przypomina FOR, dekadę temu, w następstwie globalnego kryzysu finansowego i kryzysu zadłużeniowego w strefie euro, rząd Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego przeniósł część zadłużenia w Krajowym Funduszu Drogowym do Banku Gospodarstwa Krajowego, usuwając je tym samym poza definicję państwowego długu publicznego i – w konsekwencji – poza krajowe reguły fiskalne. To obecnie około 50 mld zł.
Teraz rząd Prawa i Sprawiedliwości idzie dalej, organizując w ten sam sposób „Fundusz Przeciwdziałania COVID-19” w BGK i „Tarczę Finansową” w Polskim Funduszu Rozwoju, stanowiących nowe wydatki w łącznej kwocie ok. 200 mld zł (część ma zostać spłacona przez beneficjentów).
„Fundusz Przeciwdziałania COVID-19” i „Tarcza Finansowa” są zorganizowane w Banku Gospodarstwa Krajowego i Polskim Funduszu Rozwoju – poza budżetem państwa i krajową definicją długu. Takie działania nie tylko niszczą wiarygodność reguł fiskalnych, lecz także zmniejszają przejrzystość finansów publicznych i utrudniają obywatelom rozliczenie władzy.
Psucie reguł zadłużenia jest problemem zarówno ze względów gospodarczych, jak i instytucjonalnych. Po pierwsze, wysoki poziom zadłużenia hamuje wzrost gospodarczy. Badania pokazują, że wysoki dług publiczny jest wyraźnie skorelowany z wolniejszym wzrostem gospodarczym i prawdopodobnie jest on tego przyczyną.
Po drugie, narastający dług publiczny osłabia odporność finansów publicznych na przyszłe kryzysy, w których rosną koszty obsługi długu i spadają wpływy podatkowe. Po trzecie, dług publiczny pozwala politykom wydawać pieniądze bez konieczności ściągania podatków, a tym samym utrudnia ich rozliczanie przez obywateli5.
Polskie reguły fiskalne są tak pomyślane, aby umożliwiały skokowy wzrost zadłużenia w warunkach nadzwyczajnych, takich jak pandemia COVID-19. To wymaga jednak ogłoszenia stanu klęski żywiołowej – czego rząd PiS wciąż formalnie nie uczynił. Zamiast tego psuje reguły fiskalne, usuwając kolejne wydatki poza krajową definicję długu publicznego.

Lotnicze sny o potędze

Polska Grupa Lotnicza z udziałem LOT-u to przykład mistyfikacji, tworzonej przez rząd PiS za publiczne pieniądze zabrane z Funduszu Reprywatyzacji.

 

Gdy uwaga opinii publicznej skupiała się na strajku pracowników Polskich Linii Lotniczych LOT, niewielu komentatorów analizowało przeobrażenia, jakim za państwowe pieniądze ulega przewoźnik.
Otóż 10 października br. LOT oficjalnie stał się częścią państwowej Polskiej Grupy Lotniczej (PGL), która oprócz tego objęła udziały trzech innych spółek (LOT Aircraft Maintenance Services, LS Airport Services i LS Technics).

 

Tak dogonimy Europę

Powołanie holdingu PGL ma służyć mocarstwowym planom, jakie rząd Prawa i Sprawiedliwości ma wobec państwowego przewoźnika, który dzięki temu – a także dzięki wybudowaniu Centralnego Portu Komunikacyjnego – ma teoretycznie być zdolny do konkurowania z europejskimi gigantami.
W opinii prezesa LOT-u wzorem dla PGL są europejskie grupy lotnicze takie jak Lufthansa, Air France-KLM oraz International Airlines Group. Rafał Milczarski, prezes LOT-u i prezes PGL pominął jednak zasadniczy fakt: wszystkie wymienione przez niego grupy mają przewagę kapitału prywatnego, a ich akcje znajdują się w obrocie giełdowym.
Co prawda w Air France-KLM francuskie państwo ma 14 proc. akcji i 23 proc. praw głosu, lecz grupa jest notowana na giełdach w Paryżu i Amsterdamie. Tak samo spółkami giełdowymi są w pełni prywatne Lufthansa oraz IAG. Ta pierwsza jest notowana na giełdzie we Frankfurcie, akcje tej drugiej można nabyć na giełdach w Londynie i Madrycie.
Działając jako spółki giełdowe z przewagą kapitału prywatnego, wymienione przez prezesa LOT-u grupy są każdego dnia oceniane przez inwestorów i zmuszone funkcjonować w sposób o wiele bardziej transparentny niż w pełni państwowy polski przewoźnik, a ich sprawozdania finansowe są publikowane wcześniej niż sprawozdania LOT-u. W tym roku pojawiły się już w drugiej połowie lutego, podczas gdy LOT przesłał swoje sprawozdanie do Krajowego Rejestru Sądowego dopiero 16 lipca.

 

Reprywatyzacja dobra dla LOT-u

Rząd PiS dokapitalizował PGL kwotą 1,2 mld zł z Funduszu Reprywatyzacji. To przykład niezgodnego z pierwotnym przeznaczeniem użycia środków z Funduszu Reprywatyzacji. W 2017 roku rząd wydał już z Funduszu Reprywatyzacji na rozbudowę państwowego sektora kwotę ponad 2,1 mld zł.
W założeniu środki z tego funduszu miały być przeznaczane na cele związane z zaspokajaniem roszczeń byłych właścicieli mienia przejętego przez Skarb Państwa. Zmieniło się to wraz z dokonaną 6 lipca 2016 r. zmianą ustawy o komercjalizacji i prywatyzacji (obecnie jest to ustawa o komercjalizacji i niektórych uprawnieniach pracowników).
Dodany przepis stwierdza, że środki Funduszu Reprywatyzacji „mogą być przeznaczone na sfinansowanie nabycia przez Skarb Państwa, reprezentowany przez ministra właściwego do spraw Skarbu Państwa, akcji spółek publicznych”.
Natomiast 6 grudnia 2017 r. weszła w życie zmiana ustawy o szczególnych rozwiązaniach służących realizacji ustawy budżetowej na rok 2017, pozwalająca na przeznaczenie kwoty 1,4 mld zł na zakup lub objęcie akcji spółek kapitałowych. Właśnie z tej kwoty sfinansowano 1,2 mld zł dla PGL w wysokości 1,2 mld zł.
Zdaniem Fundacji Obywatelskiego Rozwoju mistyfikacją jest zarówno twierdzenie, że państwowy moloch nie różni się od prywatnego holdingu, jak i teza, że ów państwowy moloch będzie służył czemukolwiek innemu niż stworzeniu zamkniętego układu z udziałem państwowych spółek, w ramach którego jedne państwowe podmioty płacą za błędy innych.
Absurdem byłoby założenie, że PGL nie będzie trapiona przez wszelkie bolączki państwowych spółek: że nie będzie służyła rozdawaniu synekur zasłużonym działaczom partyjnym albo że nie będzie kierowała się rachunkiem politycznym zamiast ekonomicznym.
Na ten wniosek nie może mieć wpływu chwilowa rentowność LOT-u (w dużej mierze wynikająca z wcześniejszej restrukturyzacji oraz z niskiego kursu dolara i niskich cen paliw w 2017 roku).

 

W polskim krwiobiegu

Inną mistyfikacją jest argument za stworzeniem w ramach PGL firmy leasingowej. To przede wszystkim na powołanie tej firmy ma zostać przeznaczona kwota 1,2 mld zł, jaką PGL otrzymała jako kapitał zakładowy z budżetu państwa (w wyniku wspomnianego na początku włączenia do PGL czterech państwowych spółek kapitał własny grupy wynosi razem ok. 2,5 mld zł).
Prezes Milczarski w kontekście powołania PGL Leasing stwierdził: „Dotychczas z racji braku polskiego podmiotu zajmującego się taką działalnością te zyski zostawały poza granicami naszego kraju. Utworzenie nowej firmy leasingowej wewnątrz PGL pozwoli na pozostawienie tych środków w krwiobiegu polskiej gospodarki”.
Tego typu marzenia o autarkii są charakterystyczne dla ludzi związanych z obecnym obozem rządzącym: Mateusz Morawiecki co rusz utyskuje na dochody zagranicznych inwestorów, zapominając o korzyściach, jakie zagraniczne inwestycje przynoszą polskiej gospodarce, a podczas ostatniego Forum Ekonomicznego w Krynicy Beata Szydło ubolewała nad utratą przez nasz kraj gospodarczej niezależności.
Największym problemem dla partii rządzącej wydaje się jednak niezależność prywatnych spółek od polityków; stąd kolejne renacjonalizacje, nazywane eufemistycznie „repolonizacjami”.
W przypadku PGL mamy do czynienia z wypowiedzią prezesa grupy, który powinien kierować się rachunkiem ekonomicznym, a nie troszczyć się o mityczny „krwiobieg polskiej gospodarki”. Jak się jednak okazuje, polityczni nominaci zatrudnieni w państwowych firmach kierują się interesem obozu rządzącego, któremu zawdzięczają swoją pozycję.
Chociaż nie znamy szczegółów przyszłego działania PGL Leasing, to możemy podejrzewać, że plan powołania takiej spółki wynika ze struktury floty LOT-u.
Otóż LOT w zasadzie nie posiada własnych samolotów. Z 54 maszyn, jakimi dysponował na koniec 2017 roku, tylko trzy posiadał na własność – wszystkie trzy to embraery 145, z których LOT nie korzysta od kilku lat i które próbuje od dłuższego czasu bezskutecznie sprzedać.
Z pozostałych 51 samolotów 35 jest w leasingu operacyjnym, a 16 w leasingu finansowym . Dla porównania Lufthansa ma w leasingu tylko 15 proc. swojej floty.

 

Latanie w leasingu

Zobowiązania LOT-u z tytułu leasingu finansowego wynosiły na koniec 2017 roku 1,9 mld zł, a więc prawie 5 razy więcej niż kapitał własny przewoźnika (394 mln zł). Z kolei za dzierżawienie samolotów w ramach leasingu operacyjnego LOT w ubiegłym roku zapłacił 277 mln zł. A zatem kolejne transakcje leasingu oznaczałyby dla polskiego przewoźnika istotny wzrost kosztów.
Zapowiedź, że powołanie PGL Leasing ma służyć pozostawieniu pieniędzy „w krwiobiegu polskiej gospodarki”, sugeruje, że celem tego rozwiązania jest to, by LOT mógł brać samoloty w leasing od spółki należącej do tej samej grupy. W takiej sytuacji należy oczekiwać, że odbywałoby się to na preferencyjnych dla LOT-u warunkach.
Jedynym wyzwaniem wydaje się to, by ów schemat wprowadzić w życie w sposób niebudzący zastrzeżeń Komisji Europejskiej, bo LOT niedawno otrzymał pomoc publiczną. W 2012 r. został zasilony z państwowego budżetu kwotą 527 mln zł.
Powstanie firmy leasingowej w ramach PGL spowodowałoby, że działalność leasingowa stałaby się właściwie działalnością podstawową PGL. Wskazuje na to wysokość kapitałów własnych spółek wchodzących w skład grupy. Z sumy 2,5 mld zł, PGL Leasing ma dysponować kwotą 1 mld zł, podczas gdy kapitał własny LOT-u to, jak już wspomniano, niecałe 400 mln zł.

Nie tylko Szydło pokazała pazurki

Zachęceni inicjatywą Krzysztofa Brejzy, kolejni posłowie piszą interpelacje i uzyskują informacje o kolejnych nagrodach. Nie tylko Beata Szydło się ceniła.

 

Bo okazuje się, że 2 miliony przeznaczono w 2017 roku na nagrody w Kancelarii Prezydenta. Ale co ciekawe, ani grosza nie zobaczył z tego Andrzej Duda. Za to szefostwo jego biura – a i owszem.
270 tysięcy – tyle dostała wierchuszka. Praktycznie wszyscy dostali nagrody wyższe niż w 2016 (poza Maciejem Łopińskim i Małgorzatą Sadurską, który już w Kancelarii nie pracują). Cała reszta rozeszła się po urzędniczej drobnicy. Rekordzistą okazał się Krzysztof Szczerski – otrzymał w ubiegłym roku 41407,75 zł. 38 tys. zgarnął minister Paweł Mucha – prawa ręka Dudy jeśli chodzi o referendum konstytucyjne.
Halina Szymańska, Adam Kwiatkowski, Andrzej Dera i Wojciech Kolarski – to ta część szefostwa, której dostało się po 30 tys. Nawet Krzysztof Łapiński, który sekretarzem stanu został w 2017 roku, załapał się na 23 tysiące.
Kancelaria stanowczo podkreśliła, że nagrody od Szydło mogły być bulwersujące, ale nagrody od Dudy bynajmniej nie są.
„Nagrody nie były stałym dodatkiem do pensji, jak miało to miejsce w rządzie Beaty Szydło, tylko przyznano jest uznaniowo za wyniki w pracy”. Jakie to były wyniki, opinia publiczna się nie dowie. Dowiedziała się za to, że w żadnym wypadku ministrowie prezydenccy nie muszą nic oddawać na Caritas.
Tymczasem w Ministerstwie Finansów, kierowanym przez Mateusza Morawieckiego, też żyło się całkiem tłuściutko. Sam szef resortu zanim poszedł w premiery, zgarnął 75 tys. za 2017 rok. W sumie do listopada 2015 do kwietnia 2018 nagrodami „zmotywowano do lepszej pracy” ponad 3 tysiące urzędników wyższego i niższego szczebla. Przeznaczono na to 80 milionów przez 3 lata. Z tym, że oczywiście – te nagrody również były ok, nie to co złe pazurki Szydłowej.
„Nagrody pochodzą z utworzonego, w ramach środków na wynagrodzenia funduszu nagród. Nie stanowią zatem dodatkowego obciążenia dla budżetu państwa” – podało Ministerstwo, któremu najwyraźniej fundusz ten wyrósł na drzewku pod oknem.
To jeszcze tak dla formalności. W resorcie kierowanym obecnie przez Teresę Czerwińską nagrody otrzymali za ubiegły rok również: Marian Banaś (67,4 tys. zł), Piotr Nowak (66,4 tys. zł), Leszek Skiba (66,4 tys. zł), Wiesław Janczyk (62,4 tys. zł).
Marszałek Karczewski właśnie złożył u prezydenta prośbę o przyklepanie obniżek wynagrodzenia prezydium Sejmu. Ponoć na głosowaniu sejmowym dotyczącym obniżki uposażeń dyscypliny partyjnej nie było…