Fundusz na rzecz sukcesu wyborczego Prawa i Sprawiedliwości

Tak mógłby się nazywać Fundusz Sprawiedliwości. Albo po prostu: Fundusz Prawa i Sprawiedliwości. Jego wydatki mają bowiem służyć zwycięstwu PiS w wyborach.
Najwyższa Izba Kontroli wyliczyła co do grosza: spośród 681 409,2 tys. zł dotacji przyznanych ze środków Funduszu w okresie objętym kontrolą (1 stycznia 2018 r. – 30 października 2020 r.), jedynie 228 502,0 tys. zł (34 proc.) przeznaczono na pomoc świadczoną bezpośrednio osobom pokrzywdzonym przestępstwem i ich najbliższym.
Jak stwierdziła NIK, z środków Funduszu Sprawiedliwości można było finansować „nieograniczoną kategorię działań”. Minister Sprawiedliwości (Zbigniew Ziobro) nie zapewnił zaś wszystkim potencjalnym beneficjentom równoprawnego i transparentnego dostępu do środków publicznych.
„Zarówno w przypadku konkursów ofert dla organizacji pozarządowych, jak i dotacji dla jednostek sektora finansów publicznych, decyzje o udzieleniu dofinansowania były podejmowane w sposób uznaniowy i nie były należycie dokumentowane” – wskazuje NIK.
Decyzje o dofinansowaniu nie wynikały także z kryteriów merytorycznych. Regularnie dotowano bowiem przedsięwzięcia nie mające w praktyce żadnego lub mające jedynie marginalny związek z celami Funduszu Sprawiedliwości. „Dysponent Funduszu (Minister Sprawiedliwości) finansował zadania niezwiązane z celami Funduszu oraz niemające bezpośredniego związku z tematyką przeciwdziałania przestępczości”. Działania Ministra Sprawiedliwości oraz znacznej części beneficjentów prowadziły do niegospodarnego i niecelowego wydatkowania środków publicznych, a także sprzyjały powstawaniu mechanizmów korupcjogennych. Tu w jednym punkcie nie można się zgodzić z NIK: otóż było to niezwykle celowe wydawanie środków publicznych, bo służące zwiększaniu poparcia dla PiS. Jakiż cel w Polsce mógłby być jeszcze bardziej celowy?
Nie ma więc co, jak czyni to NIK, zarzucać, że gospodarka finansowa Funduszu Sprawiedliwości była prowadzona „z naruszeniem nadrzędnych zasad finansów publicznych”, to jest jawności oraz celowości i oszczędności wydatków. No i cóż z tego, że wydatki Funduszu Sprawiedliwości były tajne, niecelowe i rozrzutne? Ważne, że wspierały świętą sprawę zwycięstwa wyborczego PiS.
Fundusz Sprawiedliwości nie od dziś służy partyjnym celom Prawa i Sprawiedliwości. Warto przypomnieć, że początkowo nosił on nazwę Funduszu Pomocy Pokrzywdzonym, został utworzony przez rząd Platformy Obywatelskiej w 2012 r. i przez pierwsze lata spełniał swą funkcję, zawartą w nazwie. Gdy PiS zdobyło władzę, zmieniło przeznaczenie Funduszu, a także nazwę. Słusznie. Trudno, by nadal był to Fundusz Pomocy Pokrzywdzonym, skoro już w pierwszym roku po objęciu władzy przez PiS, z 385 mln zł będących w Funduszu, na bezpośrednią pomoc ofiarom przestępstw wydano jedynie 19,7 mln zł. W planie na 2017 rok zaplanowano wydanie aż 117,9 mln zł – a dla ofiar przestępstw przeznaczono zaledwie 16,4 mln zł
Jest to jedna z największych afer za rządów Prawa i Sprawiedliwości, ale jej sprawcy dopiero wtedy będą mogli zostać ukarani, gdy obecna ekipa odda władzę. Na razie bowiem trudno liczyć na to, żeby CBA zbadała „mechanizmy korupcjogenne” wspomniane w raporcie pokontrolnym.
To, co obecnie ujawniła kontrola NIK nie jest niczym nowym. Już w 2018 r. miażdżące rezultaty przyniosła kontrola, przeprowadzona gdy szefem Izby był jeszcze Krzysztof Kwiatkowski. Wszystko spłynęło jak woda po kaczce, a jeśli cokolwiek się zmieniło w Funduszu Sprawiedliwości, to raczej na gorsze.
W ówczesnej (i wciąż aktualnej) ocenie NIK, potencjał Funduszu Sprawiedliwości, który przy udziale organizacji pozarządowych mógłby być narzędziem kompleksowej i efektywnej pomocy pokrzywdzonym, był wykorzystywany w stopniu dalece niewystarczającym.
W naszym kraju popełniano wtedy rocznie średnio około 800 tys rozmaitych przestępstw. Jednakże nawet z danych Ministerstwa Sprawiedliwości wynikało, że pomoc z Funduszu Pomocy Pokrzywdzonym otrzymuje niewiele ponad 24 tys. osób. W rzeczywistości – bo dane resortu nie były wiarygodne – było ich zapewne znacznie mniej. „Kontrola wykazała, że wartość ta (24 tys.) może być kilkukrotnie zawyżona” – stwierdziła NIK.
Szczytne słowa, jakimi chwali się Fundusz Sprawiedliwości, brzmią jak jawna kpina z ofiar przestępstw, które nie otrzymały pomocy z tego Funduszu, choć powinny. Na stronie FS czytamy: „Wspieramy wszystkie osoby pokrzywdzone przestępstwem, osoby im najbliższe oraz świadków przestępstw /…/ Sprawiedliwe państwo to takie, które staje w obronie bezbronnych i słabych. Które niesie im skutecznie pomoc, gdy jest ona najbardziej potrzebna. Nie opuszcza ich w dramatycznych momentach, gdy padli ofiarą przestępstwa albo innego nieszczęścia, lecz ich wspiera. Pomagać sprawiedliwie to znaczy przyjąć takie reguły postępowania, które wynikają z poczucia solidarności z ofiarą przestępstwa”.
W rzeczywistości, Fundusz okazuje solidarność i pomoc, ale dla „dzieł” ojca Tadeusza Rydzyka. I tak, wsparcie z Funduszu Sprawiedliwości otrzymała fundacja Lux Veritatis, nadawca Telewizji Trwam. Lux Veritatis zajmuje się też badaniem postaw Polaków wobec Żydów w czasie wojny oraz „upowszechnianiem edukacji religijnej i społecznej”, a także zarządza Centrum Ochrony Praw Chrześcijan (które to prawa, jak wiadomo, są w Polsce nagminnie łamane).
Wśród beneficjentów Funduszu Sprawiedliwości znalazły się się też stowarzyszenie religijne Diakonia Ruchu Światło-Życie, Instytut Mediów Fundacja Niedziela, fundacja Życie, która „promuje wartości będące fundamentem życia rodzinnego”, Radio Warszawa (będące własnością kurii), fundacja Strażnik Pamięci (walcząca z „polonofobią”), fundacja Mamy i Taty zajmująca się „promocją małżeństwa i rodziny” oraz przeciwdziałająca „zjawiskom, które zagrażają lub godzą w moralność publiczną i dobre obyczaje”, fundacja Czyste Serca, która podejmuje „działania, aby każde małżeństwo było sakramentalne”, promuje „integralną wizja seksualności 3d” i pragnie „stale towarzyszyć młodzieży i dorosłym w życiu uczuciowym i seksualnym”. I tak dalej.
Oczywiste jest, że skoro rozmaite instytucje religijne w Polsce są wspierane przez Fundusz Sprawiedliwości, to będą gorliwie działać, aby Prawo i Sprawiedliwość wygrało kolejne wybory i utrzymało władzę. Natomiast wykorzystywanie środków Funduszu na rzeczywistą pomoc pokrzywdzonym, było praktycznie żadne. Przykład – wsparcie finansowe miało dostawać ponad 12 tys. ofiar najcięższych przestępstw przeciwko życiu i zdrowi w skali roku. W rzeczywistości, otrzymywało je około 30 osób rocznie. NIK w 2018 r. podkreśliła też, że działania resortu uniemożliwiły likwidację barier w dostępie do pomocy ze środków Funduszu – czyli, zamiast pomagać ofiarom przestępstw, w istocie im szkodziły. Być może o to właśnie chodziło, by pomagać jak najmniejszej liczbie ofiar przestępstw – a środki Funduszu Sprawiedliwości przeznaczać na różne inne cele. Przyczyniło się do tego również zmniejszenie w 2017 r. liczby punktów pomocy z Funduszu Sprawiedliwości: z 281 do zaledwie 78.
Drastyczne ograniczenie pomocy dla osób pokrzywdzonych przestępstwem spowodowały przepisy PiS-owskiego prawa o ustroju sądów powszechnych (weszło w życie z dniem 12 sierpnia 2017 r.). Od tego czasu, formalnie zgodnie z prawem, pieniądze z Funduszu Sprawiedliwości można wydawać także na przedsięwzięcia w ogóle niezwiązane z pomocą pokrzywdzonym. „Może to skutkować dalszym ograniczeniem realizacji podstawowych zadań Funduszu, czyli pomocy ofiarom przestępstw i ich rodzinom” – podkreśliła wówczas proroczo NIK.
Podstawowe zadanie Funduszu, czyli bezpośrednia pomoc pokrzywdzonym przestępstwem stało się niemal fikcją. Jak już w 2018 r. stwierdziła NIK, „w ogóle nie było bezpośredniego rekompensowania szkód”. Tak więc, obecne ustalenia Izby nie mogą bulwersować. To, co się dzieje z Funduszem Sprawiedliwości jest normalką pod rządami PiS.

Fundusz Sprawiedliwości czyli rządowa kpina z ofiar

Pieniądze z Funduszu wprawdzie płyną, tyle, że akurat nadzwyczaj rzadko do pokrzywdzonych przestępstwem. Prominenci PiS wykorzystują jego środki po to, by utrzymać władzę.
Setki milionów złotych z Funduszu Sprawiedliwości są wydawane na dowolne cele i bynajmniej nie trafiają do ofiar przestępstw. Na razie jednak, wbrew zapowiedziom różnych mediów, jeszcze nie zostały ujawnione wyniki najnowszej kontroli NIK w Funduszu. Jedynie na konferencji prasowej 4 sierpnia, szef departamentu porządku i bezpieczeństwa publicznego Izby stwierdził, iż nieprawidłowości w FS są tak duże, że NIK wystąpiła do Centralnego Biura Antykorupcyjnego o zbadanie ujawnionych mechanizmów korupcjogennych.
Wydaje się, że mamy tu do czynienia z zastosowaniem brytyjskiej zasady „fleet in being”, czyli „flota w istnieniu” wedle której flota jest niebezpieczna dla wroga przez sam fakt swego istnienia, bez ruszania w bój – który przecież może sromotnie przegrać w kilka godzin. Dlatego właśnie Anglicy tak się bali „Tirpitza”, stojącego w norweskim porcie.
Podobnie i wyniki kontroli w Funduszu Sprawiedliwości są stałym zagrożeniem dla PiS-owskiego obozu rządzącego, czekającego na efektowny ale jednorazowy fajerwerk, jaki może zostać odpalony przez publikację ustaleń NIK. Na przykład, Ministerstwo Sprawiedliwości, które z reguły nie widzi swych błędów i przewinień, musiało już się przyznać, że NIK odrzuciła w całości wyjaśnienia resortu liczące aż sto stron, skierowane do Izby w odpowiedzi na jej wystąpienie pokontrolne. Jak widać, bardzo wątpliwe były te „wyjaśnienia” resortu Zbigniewa Ziobry. Inna sprawa, że trudno, aby były inne, skoro nazwa „Fundusz Sprawiedliwości” stała się dziś karykaturalna, zważywszy jak daleko odbiegła od rzeczywistości. Przypomina się orwellowskie Ministerstwo Miłości… A przecież to właśnie minister Ziobro odpowiada za to, w co zmienił się Fundusz.
Póki co, mamy do czynienia z chwilowym zawieszeniem broni (które wszakże w każdej chwili może zostać naruszone): rząd PiS nie śpieszy się z sięganiem po głowę Mariana Banasia i jego syna, a prezes Banaś nie śpieszy się z ogłoszeniem wyników tej kontroli.
Sporo już jednak wiemy. Co najmniej tyle, by przekonać się, że szczytne słowa, jakimi chwali się Fundusz Sprawiedliwości, brzmią jak jawna kpina słowa z ofiar przestępstw, które nie otrzymały pomocy z tego Funduszu, choć powinny.
Na stronie FS czytamy: „Wspieramy wszystkie osoby pokrzywdzone przestępstwem, osoby im najbliższe oraz świadków przestępstw /…/ Sprawiedliwe państwo to takie, które staje w obronie bezbronnych i słabych. Które niesie im skutecznie pomoc, gdy jest ona najbardziej potrzebna. Nie opuszcza ich w dramatycznych momentach, gdy padli ofiarą przestępstwa albo innego nieszczęścia, lecz ich wspiera. Pomagać sprawiedliwie to znaczy przyjąć takie reguły postępowania, które wynikają z poczucia solidarności z ofiarą przestępstwa”.
W rzeczywistości, Fundusz okazuje solidarność i pomoc, ale dla „dzieł” ojca Tadeusza Rydzyka. I tak, wsparcie z Funduszu Sprawiedliwości otrzymała fundacja Lux Veritatis, nadawca Telewizji Trwam. Lux Veritatis zajmuje się też badaniem postaw Polaków wobec Żydów w czasie wojny oraz „upowszechnianiem edukacji religijnej i społecznej”, a także zarządza Centrum Ochrony Praw Chrześcijan (które to prawa, jak wiadomo, są w Polsce nagminnie łamane).
Wśród beneficjentów Funduszu Sprawiedliwości znalazły się się też stowarzyszenie religijne Diakonia Ruchu Światło-Życie, Instytut Mediów Fundacja Niedziela, fundacja Życie, która „promuje wartości będące fundamentem życia rodzinnego”, Radio Warszawa (będące własnością kurii), fundacja Strażnik Pamięci (walcząca z „polonofobią”), fundacja Mamy i Taty zajmująca się „promocją małżeństwa i rodziny” oraz przeciwdziałająca „zjawiskom, które zagrażają lub godzą w moralność publiczną i dobre obyczaje”, fundacja Czyste Serca, która podejmuje „działania, aby każde małżenstwo było sakramentalne”, promuje „integralną wizja seksualności 3d” i pragnie „stale towarzyszyć młodzieży i dorosłym w życiu uczuciowym i seksualnym”. I tak dalej, i tak dalej.
Pomijając już nadzwyczajne zainteresowanie życiem seksualnym wykazywane przez rozmaite instytucje religijne w Polsce, oczywiste jest, że skoro są one wspierane przez Fundusz Sprawiedliwości, to będą gorliwie działać, by Prawo i Sprawiedliwość wygrało kolejne wybory i utrzymało władzę.
Warto tu przypomnieć, że Fundusz Sprawiedliwości (noszący początkowo nazwę Fundusz Pomocy Pokrzywdzonym) został utworzony przez rząd Platformy Obywatelskiej w 2012 r. i przez pierwsze lata spełniał swą funkcję, zawartą w nazwie. Gdy PiS zdobyło władzę, zmieniło przeznaczenie Funduszu, a także jego nazwę. Słusznie. Trudno, by nadal nosił on nazwę Fundusz Pomocy Pokrzywdzonym, skoro już w pierwszym roku po objęciu władzy przez PiS, z 385 mln zł będących w Funduszu, na bezpośrednią pomoc ofiarom przestępstw wydano jedynie 19,7 mln zł. W planie na 2017 rok zaplanowano wydanie aż 117,9 mln zł – ale dla ofiar przestępstw przeznaczono zaledwie 16,4 mln zł
Jest to jedna z największych afer za rządów Prawa i Sprawiedliwości, ale jej sprawcy dopiero wtedy będą mogli zostać ukarani, gdy obecna ekipa odda władzę. Na razie bowiem trudno liczyć na to, żeby CBA zbadała „mechanizmy korupcjogenne” o których mówił przedstawiciel NIK na wspomnianej konferencji prasowej.
Cokolwiek bulwersującego ujawni obecna kontrola NIK na wyniki której czekamy, nie będzie to niczym nowym. Już w 2018 r. miażdżące rezultaty przyniosła kontrola, przeprowadzona gdy szefem Izby był jeszcze Krzysztof Kwiatkowski. I co? I nic!. Spłynęła jak woda po kaczce, a jeśli cokolwiek się zmieniło w Funduszu Sprawiedliwości, to raczej tylko na gorsze.
W ówczesnej (i wciąż jak najbardziej aktualnej) ocenie NIK, potencjał Funduszu Sprawiedliwości, który przy udziale organizacji pozarządowych mógłby być narzędziem kompleksowej i efektywnej pomocy pokrzywdzonym, był dotychczas wykorzystywany w stopniu dalece niewystarczającym.
W naszym kraju popełniano wtedy rocznie średnio około 800 tys rozmaitych przestępstw. Jednakże z samych danych Ministerstwa Sprawiedliwości wynikało, że pomoc z Funduszu Pomocy Pokrzywdzonym otrzymuje niewiele ponad 24 tys. osób. W rzeczywistości – bo dane resortu nie były wiarygodne – było ich zapewne znacznie mniej. „Kontrola wykazała, że wartość ta (24 tys.) może być kilkukrotnie zawyżona” – stwierdziła Najwyższa Izba Kontroli.
Polska, jak wiele innych państw, jest w stanie jedynie w ograniczonym stopniu rekompensować ofiarom szkody spowodowane przestępstwem. Dlatego tak istotne jest, aby posiadane środki były jak najlepiej wykorzystywane, a pomoc finansowa trafiała do osób, które tej pomocy najbardziej potrzebują. Niestety, dzieje się zupełnie inaczej.
Wedle kontroli z 2018 r., Ministerstwo Sprawiedliwości nie zapewniło odpowiedniej i skutecznej pomocy ofiarom przestępstw. Gdyby nawet istniała wola naprawy tej skandalicznej sytuacji, to uniemożliwiały to rażące zaniedbania, panujące w ministerstwie kierowanym przez Zbigniewa Ziobrę. „Resort nie dysponował podstawowymi danymi, m.in. o liczbie pokrzywdzonych, liczbie postępowań karnych, w których występowali pokrzywdzeni, czy liczbie przestępstw uprawniających do ubiegania się o kompensatę” – stwierdzał raport Najwyższej Izby Kontroli.
W ocenie NIK brak tych danych uniemożliwiał resortowi rzetelne zaplanowanie wysokości środków przeznaczanych na pomoc pokrzywdzonym. Zdaniem Izby, rozwiązania prawne i organizacyjne nie tworzyły spójnego i kompleksowego systemu pomocy dla ofiar przestępstw. Pomoc ta była i jest realizowana przez różne instytucje, w ramach odmiennych systemów prawnych, które nie są ze sobą powiązane.
Ze środków Funduszu Sprawiedliwości powinny być udzielane dotacje dla organizacji pozarządowych. Zadaniem tych organizacji jest zaś wypłacanie pieniędzy na cele pomocy pokrzywdzonym przestępstwem i osobom im najbliższym (zwłaszcza na pomoc medyczną, psychologiczną, rehabilitacyjną, prawną i bytową). Już wtedy te dotacje trafiały nie do tych organizacji, do których powinny – ale oczywiście ów proceder nie miał obecnej skali.
Kierowane przez Zbigniewa Ziobrę Ministerstwo Sprawiedliwości miało i ma wszelkie narzędzia, by skutecznie oraz powszechnie pomagać osobom pokrzywdzonym przestępstwem. Nie chce jednak tego robić. Jak już w 2018 r wskazała NIK, środki pieniężne Funduszu Sprawiedliwości pozwalały na zaplanowanie i udzielenie pomocy osobom pokrzywdzonym oraz członkom ich rodzin, w znacznie szerszym zakresie, niż faktycznie miało to miejsce w latach 2016-2017.
Niestety, wydatki Funduszu dla ofiar przestępstw były na wyjątkowo niskim poziomie, w stosunku do stanu zgromadzonych środków. „Oznacza to, że Ministerstwo Sprawiedliwości nierzetelnie planowało i realizowało wydatki na pomoc pokrzywdzonym” – stwierdziła NIK.
Wśród tych, co w ogóle dostali jakiekolwiek pieniądze z Funduszu Sprawiedliwości, głównym beneficjentem pomocy (72 proc.) były osoby pokrzywdzone przemocą w rodzinie oraz uchylaniem się od alimentów – pomimo że oba te przestępstwa stanowią zaledwie ok. 3,3 proc. ogólnej liczby przestępstw popełnianych w skali roku w Polsce (przemoc w rodzinie – 2 proc., nie płacenie alimentów – 1,3 proc.).
W dodatku akurat te dwie kategorie pokrzywdzonych uprawnione są do szczególnej pomocy państwa z innych źródeł: w trybie ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie oraz z Funduszu Alimentacyjnego. „Proporcja tej grupy beneficjentów pomocy, do pokrzywdzonych innymi kategoriami przestępstw, jest nieadekwatnie duża do rzeczywistej struktury przestępczości” – zauważa NIK.
Oznacza to, że na przykład ofiary rozbojów i pobić czy wypadków drogowych miały absolutnie minimalne szanse, żeby dostać jakieś wsparcie finansowe z Funduszu Sprawiedliwości. Nikt się tym jednak nie przejmował, bo Ministerstwo Sprawiedliwości nie przygotowało żadnych mechanizmów oceny efektywności funkcjonowania Funduszu. Nie przeprowadzało też kontroli wykorzystania dotacji, ani ich nie rozliczało. Generalnie, zaangażowanie resortu w wykorzystywanie środków Funduszu na rzeczywistą pomoc pokrzywdzonym, było praktycznie żadne. Przykład – wsparcie finansowe miało dostawać ponad 12 tys. ofiar najcięższych przestępstw przeciwko życiu i zdrowi w skali roku. W rzeczywistości, otrzymywało je około 30 osób rocznie!
NIK w 2018 r. podkreśliła też, że działania resortu uniemożliwiły likwidację barier w dostępie do pomocy ze środków Funduszu – czyli, zamiast pomagać ofiarom przestępstw, w istocie im szkodziły. Nieprawidłowa była współpraca ministerstwa z organizacjami pozarządowymi, które w imieniu państwa udzielały bezpośredniej pomocy pokrzywdzonym. Cóż, zapewne o to właśnie chodziło, by pomagać jak najmniejszej liczbie ofiar przestępstw – a środki Funduszu Sprawiedliwości przeznaczać na różne inne cele. Przyczyniło się do tego również zmniejszenie w 2017 r. liczby punktów pomocy z Funduszu Sprawiedliwości: z 281 do zaledwie 78. Dla porównania, w ramach systemu nieodpłatnej pomocy prawnej funkcjonowało wówczas prawie 1500 punktów w całym kraju – choć pożytek był i jest z nich marny, bo trudno tam uzyskać jakąkolwiek pomoc prawną.
Prawie całkowitą już likwidację w Polsce pomocy dla osób pokrzywdzonych przestępstwem spowodowały przepisy PiS-owskiego prawa o ustroju sądów powszechnych (weszło w życie z dniem 12 sierpnia 2017 r.). Doprowadziły one do znaczącego rozszerzenia zakresu wydatków Funduszu na inne cele.
Od tego czasu, formalnie zgodnie z prawem, pieniądze z Funduszu Sprawiedliwości można wydawać także na przedsięwzięcia w ogóle niezwiązane z pomocą pokrzywdzonym. „Może to skutkować dalszym ograniczeniem realizacji podstawowych zadań Funduszu, czyli pomocy ofiarom przestępstw i ich rodzinom” – podkreśliła wówczas proroczo NIK. Podstawowe zadanie Funduszu, czyli bezpośrednia pomoc pokrzywdzonym przestępstwem stało się już praktycznie fikcją. Jak już w 2018 r. stwierdziła NIK, „w ogóle nie było bezpośredniego rekompensowania szkód”.
Wyniki obecnej kontroli NIK ujawnią najprawdopodobniej jeszcze więcej patologii w działaniach Funduszu Sprawiedliwości. Nikt jednak nie powinien być tym zaskoczony. Nihil novi.

Wybrukowane nie tylko dobrymi chęciami

Powoli i mozolnie, ale stopniowo następuje jednak poprawa jakości naszych dróg. Tym szybciej, im więcej można zarobić na boku przy ich modernizacji.
Polskie drogi już nie zawsze są synonimem dróg najpodlejszej jakości. Nadal wprawdzie są oznakowane w sposób tak niedorzeczny, jakby zajmowało się tym grono niebezpiecznych wariatów, ale stan ich nawierzchni powoli się poprawia.
Według danych Głównego Urzędu Statystycznego, najgęstsza jest sieć dróg publicznych zarządzanych przez gminy i powiaty. Wynosi ona obecnie ponad 376 tysięcy kilometrów. To prawie 89 proc. łącznej długości wszystkich dróg publicznych w Polsce. Około 237 tys. kilometrów z nich stanowią odcinki o tzw. ulepszonych rodzajach nawierzchni (głównie asfaltowej). Reszta to głównie drogi polne, gruntowe (31 proc.) oraz mające nawierzchnię brukową i w postaci kocich łbów, a także tłuczniową (żwirowe).
Samorządom tradycyjnie brakuje pieniędzy na remonty dróg, toteż potrzebują wsparcia ze strony centrali. Taka pomoc była blokowana podczas pierwszych rządów Prawa i Sprawiedliwości, ale gdy wybory w 2007 r. wygrała Platforma Obywatelska, to już w 2008 r. rząd uruchomił skuteczny instrument pomocy dla jednostek samorządu terytorialnego w modernizowaniu i rozwijaniu sieci dróg powiatowych oraz gminnych. Realizowano to w ramach trzech programów wieloletnich: „Narodowy Program Przebudowy Dróg Lokalnych 2008-2011”, „Narodowy Program Przebudowy Dróg Lokalnych – Etap II Bezpieczeństwo – Dostępność – Rozwój”, „Program rozwoju gminnej i powiatowej infrastruktury drogowej na lata 2016-2019”.
Gdy w 2015 r. PiS zdobyło władzę, zaczęły się narastające problemy z modernizowaniem oraz remontowaniem dróg. Prace ślimaczą się niemiłosiernie, co widzą i odczuwają na własnej skórze wszyscy podróżujący po Polsce. Stan dróg w naszym kraju widzi i Najwyższa Izba Kontroli, która w swoim raporcie z sierpnia tego roku stwierdziła: „Mimo systematycznej poprawy stan techniczny dróg lokalnych jest bardzo zróżnicowany i wciąż stanowi jeden z podstawowych czynników obniżających poziom bezpieczeństwa ruchu drogowego”. A warto dodać, że według statystyk europejskich Polska pod względem bezpieczeństwa na drogach notowana jest na jednym z ostatnich miejsc.
Nadzieję na szybszą poprawę sytuacji miał stworzyć Fundusz Dróg Samorządowych, powołany odrębną ustawą w październiku 2018 r. Umożliwia on dofinansowanie inwestycji realizowanych na drogach lokalnych począwszy od 2019 roku. Teoria była taka, że Fundusz Dróg Samorządowych miał się przyczynić do poprawy bezpieczeństwa ruchu drogowego i standardu lokalnej sieci drogowej oraz zwiększyć atrakcyjność i dostępność terenów inwestycyjnych.
„Dzięki Funduszowi Dróg Samorządowych (poprzez wykonanie dróg, skrzyżowań, chodników, ścieżek rowerowych, przejść dla pieszych itp.) poprawiła się jakość sieci dróg lokalnych, a tym samym bezpieczeństwo ruchu drogowego oraz dostępność i atrakcyjność terenów inwestycyjnych. Oznacza to, że zakładane cele i efekty rzeczowe zadań dofinansowanych z FDS zostały osiągnięte” – zwróciła uwagę NIK.
Wkrótce jednak w funduszu nastąpiła znacząca zmiana. Od 31 grudnia 2020 r. fundusz ten nosi bowiem nazwę Rządowy Fundusz Rozwoju Dróg i nie jest już przeznaczony wyłącznie na wspieranie modernizacji dróg podległych samorządom. Ta zmiana była jednym z przejawów świadomego rzucania kłód pod nogi samorządom przez obecną ekipę rządzącą. Teraz z tego funduszu mogą być finansowane wszelkie inwestycje drogowe w Polsce, co oczywiście oznacza, że samorządy zostały odsunięte na dalsze miejsca w kolejce po wsparcie. Środki z Rządowego Funduszu Rozwoju Dróg nie pochodzą już z dotacji celowej, ale z wpłat z budżetu państwa.
Środki z funduszu na zadania powiatowe oraz gminne przyznawane są na zasadach konkursowych, na podstawie wniosków o dofinansowanie, składanych przez jednostki samorządu terytorialnego (jako zarządców dróg) w ramach każdego województwa. Wysokość dofinansowania tych zadań ze środków funduszu nie może przekraczać 80 proc. kosztów jego realizacji i jest uzależniona od dochodów własnych danego samorządu terytorialnego.
Organizacja naborów i ocena wniosków leżą po stronie wojewodów. Podczas oceny wniosków brany jest pod uwagę wpływ danej inwestycji na ułatwienie transportu, na podnoszenie standardów technicznych dróg powiatowych i gminnych, poprawę stanu bezpieczeństwa ruchu drogowego czy poprawę dostępności terenów inwestycyjnych.
W rzeczywistości jednak, szczególnie duże znaczenie ma to, czy samorząd ubiegający się o wsparcie jest życzliwy PiS-owi, czy też zdominowany przez opozycję. Oceniający wnioski wojewodowie są przecież przedstawicielami rządu PiS, a w dodatku ostateczne listy zadań do dofinansowania z funduszu zatwierdza prezes Rady Ministrów, z prawem dokonywania w nich zmian.
PiS-owski premier oczywiście chętnie korzystał z przyznanego mu prawa do udzielania wsparcia wedle swego widzimisię. „Zmiany na listach zadań wynikały także z autonomicznych decyzji premiera, w związku z czym dofinansowanie uzyskały także te zadania, które nie podlegały komisyjnej ocenie formalnej i merytorycznej” – jednoznacznie stwierdza raport kontrolny. Zdaniem NIK, praktyka przyznawania dofinansowania zadaniom pozakonkursowym po pierwsze, przeczy założeniom ustawy, a po drugie i najważniejsze: „Skutkuje brakiem przejrzystości i jawności procesu przyznawania tego dofinansowania i może budzić wątpliwości co do równego traktowania jednostek samorządu terytorialnego ubiegających się o dofinansowanie”. To stwierdzenie NIK brzmi nieco enigmatycznie. W rzeczywistości, chyba żaden normalnie myślący człowiek nie wątpi, że Mateusz Morawiecki wspiera przede wszystkim samorządy obsadzone przez ludzi z PiS.
W ten sposób samorządy pro-PiS-owskie są z góry na uprzywilejowanej pozycji, a obecna ekipa, dzięki wspieraniu „swoich” samorządów będzie się mogła przechwalać, jak to jej ludzie świetnie gospodarują w terenie. Jednej z gmin przyznano nieprawidłowo środki w kwocie zawyżonej prawie o 1 mln zł.
Zmiana przez PiS charakteru funduszu zbiegła się też z rozmaitymi dziwnymi machinacjami dotyczącymi środków publicznych. „Ewidencja księgowa Funduszu i sporządzane na jej podstawie okresowe sprawozdania budżetowe nie przekazują rzetelnego obrazu finansów Funduszu, istotnie go zniekształcając” – wskazuje raport NIK.
Tak więc, wydaje się, że jak to pod rządami PiS, doszło do chachmęcenia przy gospodarowaniu publicznymi pieniędzmi. Izba wykryła, że w sprawozdaniach wystąpiły wielomilionowe zawyżenia wielkości kosztów i zobowiązań, doszło też do nieprawidłowego ewidencjonowania części umów wieloletnich. Ponadto dotacja z budżetu państwa (w kwocie 1 100 000,0 tys. zł) została świadomie ujęta błędnie w planie finansowym FDS na rok 2019 jako należność zamiast jako planowany i zrealizowany przychód Funduszu. Niewykluczone, że w tym przypadku mogło chodzić o jeden z przejawów kreatywnej księgowości rządu PiS, mającej pokazywać, że stan budżetu państwa jest lepszy niż w rzeczywistości.
W ubiegłym roku wciąż pojawiały się nieprawidłowości. „Nadal w kosztach realizacji zadań wykazywano wartość umów wieloletnich, która dotyczyła przyszłych okresów. Na koniec trzeciego kwartału 2020 r. nieprawidłowo wykazana wartość umów z tytułu projektów wieloletnich wynosiła ponad 2 mld zł” – stwierdza NIK, wytykając „nierzetelne ujmowanie danych w księgach rachunkowych Funduszu”. Zauważyła także „niedozwolone przekroczenie planu finansowego kosztów”.
Izba widzi oczywiście, że wszystkie te nieprawidłowości są świadomym działaniem obecnej ekipy rządzącej. „Przyjęty w Ministerstwie i zalecony wojewodom sposób ewidencjonowania w księgach rachunkowych i wykazywania danych dotyczących umów wieloletnich był błędny. Ponadto, dysponent Funduszu nie ustanowił mechanizmów zapewniających prawidłowe i rzetelne sporządzanie sprawozdań budżetowych” – podkreśla NIK.
Minister Infrastruktury, nadzorujący fundusz, nie całkiem prawidłowo wykonywał swe obowiązki. Z jednej strony, jak zauważa raport z kontroli, rzetelnie oceniał prawidłowość i terminowość wpływu środków na konto funduszu, prawidłowo podzielił je pomiędzy województwa i zapewnił bieżące ich przekazywanie na rachunki wojewodów. Z drugiej jednak, z opóźnieniem podejmował działania w celu wyegzekwowania zaległych wpłat do funduszu (nawet do 245 dni po terminie). „Ustalone nieprawidłowości wskazują, że dysponent Funduszu sprawował nieskuteczną kontrolę wykorzystania środków” – stwierdza NIK.
PiS-owska centrala generalnie nie śpieszyła się zbytnio z udzielaniem wsparcia. Część wojewodów nie dotrzymywała terminów określonych w ustawie i w porozumieniu zawartym z Ministrem Infrastruktury, dotyczących doręczenia mu list zadań rekomendowanych do dofinansowania czy harmonogramów przekazywania środków. NIK zwróciła uwagę na długotrwałe zatwierdzanie tych list. Całkowity okres procedowania list zadań, od momentu przekazania do resortu pierwszej wersji listy przez wojewodów do ich zatwierdzenia przez prezesa Rady Ministrów wynosił nawet 161 dni, przy czym samo zatwierdzanie list przez premiera (nie słynącego jak wiadomo z pracowitości) trwało czasem i do 117 dni. „W połączeniu z długim procesem zawierania umów (nawet ponad 100 dni) w wielu przypadkach opóźniało to rozpoczęcie zadań” – krytykuje NIK.
Oprócz tych wszystkich opisanych tu nieprawidłowości, kontrolerzy wykryli liczne zaniedbania dotyczące tworzenia planów rozwoju sieci dróg, bądź finansowania inwestycji i remontów, a także oceny stanu technicznego dróg. Nie przeprowadzano okresowych kontroli ich stanu technicznego, albo dokumentowano je nieprawidłowo, umieszczając tam nierzetelne dane.
Zdarzała się i ewidentna prywata pachnąca korupcją, np. w Powiatowym Zarządzie Dróg w Żywcu opracowanie dokumentacji oraz nadzór inwestorski nad inwestycjami drogowymi zlecano podmiotom zewnętrznym – pomimo wykwalifikowanego personelu własnego. Jednocześnie udzielano tych zleceń z pominięciem prawa zamówień publicznych. Dzięki temu dyrektor żywieckiego PZD, posiadający stosowne uprawnienia budowlane, wielokrotnie wykonywał na rzecz jednej z firm czynności związane z realizacją w jej imieniu nadzoru inwestorskiego przy projektach drogowych gmin powiatu żywieckiego. „Może to świadczyć o występowaniu mechanizmów korupcjogennych i konflikcie interesów” – podkreśla NIK, która wykryła, że w niektórych wnioskach o dofinansowanie zarząd powiatu w Żywcu podał nieprawdziwą informację dotyczącą konieczności wymiany nawierzchni. Zdaniem NIK było to „zbędnym rozszerzeniem zakresu robót budowlanych, wprowadzonym do wniosku”.
W rezultacie, można by powiedzieć, że stan dróg lokalnych w Polsce nieco się poprawia, ale dzieje się to powoli i jakby na zasadach nieco mafijnych – żeby przy okazji mogli zarobić rozmaici krewni i znajomi królika.

Praworządność musi być warunkiem pomocy

Po odsunięciu PiS od władzy Polska powinna przystąpić do Prokuratury Europejskiej. Pomoże to w ściganiu niepraworządnych wyczynów obecnej formacji.
Unijny Fundusz Odbudowy, w wysokości 750 mld euro, ma pomóc państwom członkowskim UE w poradzeniu sobie z zapaścią gospodarczą będącą następstwem pandemii koronawirusa. Polska może z tego Funduszu otrzymać na inwestycje bez mała 24 mld euro w bezzwrotnych grantach oraz ponad 34 mld euro w formie wyjątkowo korzystnych pożyczek.
Od początku rządząca w Polsce „zjednoczona prawica” wyczyniała wokół tego Funduszu taniec św. Wita, wynikający z wewnętrznych sprzeczności, niezrozumiałych dla większości innych państw Unii Europejskiej i pogrążający jeszcze bardziej wiarygodności Polski w środowisku międzynarodowym – wskazuje Konferencja Ambasadorów RP, skupiająca, jak sama nazwa wskazuje, grono byłych przedstawicieli dyplomatycznych Polski (29 osób). Ich celem jest wskazywanie pojawiających się zagrożeń dla naszego kraju i sporządzanie rekomendacji.
Najpierw premier rządu polskiego wyraził zgodę na cały pakiet decyzji finansowych (21 lipca 2020 r. podczas spotkania Rady Europejskiej), następnie wraz z premierem węgierskim (jesienią 2020 r.) groził wetem w stosunku do decyzji ustalającej budżet Unii Europejskiej na lata 2021-2027 oraz decyzji dotyczącej wielkości zasobów własnych, która miała właśnie ustanowić Fundusz Odbudowy oraz wprowadzić nowe źródła finansowania budżetu Unii aby pokryć planowane wydatki, w tym związane z działaniem Funduszu.
Wszystko to działo się dlatego, że oba państwa, Polska i Węgry jak diabeł święconej wody obawiały się rozporządzenia wprowadzającego kontrolę wydatkowania unijnych środków w świetle przestrzegania praworządności – czyli obawiały się zasady trójpodziału władzy, przejrzystości działania prawodawczego parlamentu, niezależnego sądownictwa.
W końcu, w tak zwanym kompromisie opublikowanym 10 grudnia 2020 r. okazało się, że wszystkie unijne propozycje zostały zaakceptowane bez większych zmian, a wkrótce potem premier polski ogłosił sukces i zapowiedział wielki „Nowy Ład” (finansowany naturalnie z unijnych środków Funduszu Odbudowy).
Jednakże decyzja w sprawie zasobów własnych, ustanawiająca ten Fundusz, wymaga jeszcze zatwierdzenia (ratyfikacji) na szczeblu państw członkowskich. W Polsce bez wątpienia dla dokonania takiego aktu (przez prezydenta) konieczne będzie upoważnienie w formie ustawy (na mocy art. 89 ust. 1 Konstytucji). Czasu nie ma zbyt wiele, ponieważ potrzebujące wsparcia finansowego państwa członkowskie chciałyby uruchomić Fundusz już latem tego roku.
Tymczasem w Polsce, skłócona „zjednoczona prawica” nie jest w stanie osiągnąć stosownej większości w Sejmie. Do tego dochodzą fundamentalne kontrowersje wokół projektu Krajowego Programu Odnowy, który ma być podstawą przydzielenia Polsce środków z Funduszu. Samorządy i partie opozycyjne całkiem zasadnie obawiają się, że partia rządzącą będzie chciała przekształcić środki z Funduszu w własny „fundusz wyborczy” i lwią jego częścią zaopatrzyć swoich klientów politycznych.
Partie opozycyjne upatrują w powstałej sytuacji dogodną okazję do wymuszenia uzgodnień, które gwarantowałyby przejrzysty i sprawiedliwy rozdział środków z Funduszu Odbudowy. Są to raczej nadzieje płonne. Rozbita „zjednoczona prawica” jest zupełnie niewiarygodna i skoncentrowana na dążeniu do utrzymania się przy władzy za wszelką cenę. Nie dotrzyma żadnych zobowiązań, które mogłyby oddalać ten cel. Główną więc nadzieję należy wiązać z precyzyjnymi kryteriami rozdziału środków na szczeblu unijnym, ścisłą ewaluacją przedkładanych projektów i jeszcze ściślejszą kontrolą poczynionych wydatków przez Komisję Europejską.
Kilkanaście dni temu Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar i jego zastępca Maciej Taborowski zaproponowali, aby partie opozycyjne uzależniły swoją zgodę na uchwalenie ustawy upoważniającej prezydenta do zatwierdzenia decyzji ustanawiające Fundusz od przystąpienia Polski do Prokuratury Europejskiej: jest to unijny urząd, niezależny od państw członkowskich, upoważniony do ścigania przestępstw związanych z nadużyciami w wykorzystaniu środków unijnych. Ustanowiony został w 2017 r. a działalność rozpoczął w 2019 r., w ramach tzw. wzmocnionej współpracy. Nie uczestniczą w nim naturalnie Polska i Węgry. Przystąpienie do Prokuratury Europejskiej nie jest proceduralnie skomplikowane.
Jest to propozycja bardzo istotna, warta rozważenia oraz poddania dyskusji politycznej. Przystąpienie do unijnej Prokuratury Europejskiej zapewniłoby – wraz z przestrzeganiem ścisłych reguł przyznawania środków, ewaluacją ich przeznaczenia oraz mechanizmem wiążącym wypłatę środków UE z przestrzeganiem praworządności – przejrzystość i wiarygodność Funduszu Odbudowy.
Dlatego, po odsunięciu obecnej formacji rządzącej od władzy, jedną z pierwszych decyzji nakierowanych na odzyskanie wiarygodności Polski w UE i przywracanie praworządności powinno być właśnie przystąpienie naszego kraju do Prokuratury Europejskiej. Byłby to cios w same sedno niepraworządnych wyczynów obecnej formacji, nawarstwiających się w ostatnich latach – podkreśla Konferencja Ambasadorów. A nie da się ukryć, że ta nieuczciwa ekipa ma się czego obawiać.

Nie mamy pańskich pieniędzy…

Nieograniczona jest ludzka pomysłowość w konstruowaniu sposobów, mających umożliwić wyciąganie pieniędzy od innych.
Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów ostrzega przed nieuczciwą działalnością kilkunastu firm, zajmujących się lipnymi usługami finansowymi. Warto na nie uważać, żeby nie stracić swoich pieniędzy, bo można się po prostu pożegnać z wpłaconą kasą (zwłaszcza, że część wymienionych podmiotów działa poza Unią Europejską więc nie ma już zupełnie szans na jakiekolwiek skuteczne postępowanie sądowe z polskiej strony). W ich sprawach nastąpiły już zawiadomienia do prokuratury o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Oto te firmy.

  1. Platforma internetowa cloudtokenwallet.com założona przez spółkę Cloud Technology & Inwestments z Australii. Cloud Token to mobilna aplikacja będąca tzw. portfelem kryptowalut, którego twórcy obiecują 6-12 proc. zysku w ciągu miesiąca za przechowywanie kryptowalut i dodatkowe przychody za polecenie systemu znajomym (co jest cechą piramidy finansowej). Najpierw oczywiście trzeba kupić tę aplikację z kryptowalutami. Sprawę bada wydział do walki z cyberprzestępczością Komendy Wojewódzkiej Policji w Poznaniu.
  2. Paraiba – projekt inwestycyjny fimy Unique Private Bank Limited z Komorów. Z informacji dostępnej na stronie: paraiba.world wynika, że firma zajmuje się handlem kryptowalutami i walutami. Konsumenci wpłacają depozyt – minimum 25 dolarów i obiecuje im się dochody związane z polecaniem nowych użytkowników (czyli: piramida).
  3. Platformy handlu walutami: MarketPluse, Marginelite, OctagonTrade. UOKiK podaje przykład klienta, który zadzwonił na numer podany na stronie MarketPluse, tam namówiono go na wpłatę 250 dolarów, która miała być inwestowana, a gdy już wpłacił, proponowano zasilenie konta o kolejne wpłaty. Odmówił i zażądał wypłaty pieniędzy, ale nie udało mu się ich odzyskać.
  4. Fundusz Hipoteczny Yanok z siedzibą w Krakowie, który wystawia tzw. weksle inwestycyjne. UOKiK ostrzega przed lokowaniem pieniędzy w weksle inwestycyjne wystawiane przez tę firmę. Może to narazić konsumentów na poważne straty finansowe – z pieniędzy przekazanych przez konsumentów fundusz udziela rozlicznych pożyczek, co może prowadzić do tego, że konsumenci już nie zobaczą swojej kasy zainwestowanej w weksle.
  5. Platforma inwestycyjna https://fomo5k.io zarejestrowana przez spółkę Domains By Proxy LLC z USA. To projekt oparty, który ma umożliwiać jakoby zarobienie w ciągu 100 dni do 5000 jednostek kryptowaluty o nazwie „ethereum”, czyli ok. 1,2 mln dolarów. Najpierw jednak, jak podaje UOKiK, trzeba wpłacić minimum 24 prawdziwe dolary i namówić na tę inwestycję innych, co także może wskazywać na elementy systemu promocyjnego typu piramida.
  6. Platforma tradingowa https://torque.asia/ założona przez Torque Group Holdings Limited z Brytyjskich Wysp Dziewiczych. Ma zapewniać zysk na poziomie 0,15–0,45 proc. dziennie. Aby rozpocząć inwestycję należy kupić specjalne tokeny, które mają być później wymieniane na kryptowalutę ethereum. Minimalna kwota inwestycji to 1 ethereum (ok. 6 tys. zł według ceny z 3 lutego 2021). Nabywcy mają dostawać prowizję od tokenów zakupionych przez nowe, polecone osoby. Sprawę bada wydział do walki z cyberprzestępczością Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu.
  7. Platforma internetowa 7. https://globalmaxis.com zorganizowana przez firmę SystemDevCorporate LLC zlokalizowaną na Saint Vincent i Grenadynach zajmująca się handlem walutami. Jak twierdzi UOKiK, z informacji przekazywanych przez konsumentów wynika, że przedsiębiorca może nielegalne pozyskiwać takie dane, jak numery kart płatniczych, a poza tym niewykluczone jest też nękanie konsumentów i podszywanie się pod inną osobę w celu wyrządzenia szkody majątkowej. UOKiK nie podaje niestety, za co firma nęka konsumentów.
  8. Platforma 8. https://weedprofitsystem.com także należąca do wspomnianej firmy z Saint Vincent i Grenadyn. Organizatorzy platformy obiecują wysoki zysk z zakupu akcji firm sprzedających marihuanę. Gwarantem zysku ma być to, że marihuana zaostała zalegalizowana w Kanadzie.
  9. Platforma https://advertisexchange.com/ zarejestrowana przez Hosting Concepts B.V. d/b/a Openprovider z Niderlandów. Oferuje punkty bonusowe, które można wykorzystać do zakupu własnej reklamy na platformie oraz uzyskać dochód z tytułu polecenia tej platformy innym osobom.
  10. Platforma yourfitway.com prowadzona przez Your Fit Way Network OÜ z Estonii oraz Your Fit Way Limited z Wielkiej Brytanii. Aplikacja mobilna zachęcająca do robienia 10 tys. kroków dziennie, która obiecuje też zarabianie 25 proc. od każdej wpłaty osoby bezpośrednio poleconej. Miesięczny abonament za aplikację to 10 dolarów. Jeśli jednak użytkownik platformy zakupi tzw. licencję za 100, 1000 lub 2500 dolarów to może, jak podaje UOKiK, stać się „partnerem afiliacyjnym” i tworzyć „strukturę, która ma mu zapewnić pasywny dochód”.
  11. Serwis 11. https://www.incruises.com prowadzony przez Incruises International Llc z USA, który polega na wpłacaniu przez użytkownika co miesiąc 100 dolarów na wycieczkę ekskluzywnym statkiem. Tyle samo ma dopłacać organizator. Po roku użytkownik może przeznaczyć 60 proc. zgromadzonej kwoty na rejs, po 2 latach – 70 proc., a po 5 latach – 100 proc. Oprócz tego można jakoby uzyskać dochód z tytułu poleceń tego serwisu innym użytkownikom, którzy dokonają wpłat.
  12. Projekt inwestycyjny 12. https://value.one zorganizowany przez Value Company OÜ z Estonii. Podmiot przeprowadził zbiórkę funduszy w ramach emisji tokenów, co miało dawać wysoki procent zysku. Do UOKiK trafił sygnał od konsumenta, który kupił 500 tokenów za ok. 20 tys. zł, a potem stracił kontakt z firmą.
    Gdy przechowywanie pieniędzy w bankach przynosi straty, Polacy w desperacji zaczynają się interesować innymi sposobami mnożenia swoich oszczędności – i stąd popularność różnych dziwnych firm oferujących jeszcze dziwniejsze możliwości zarobku. Trzeba zachować minimum ostrożności i nie wpłacać pieniędzy na żadne polecane projekty. Najbezpieczniej przyjąć proste założenie, że mamy do czynienia z próbą wyłudzenia pieniędzy. Bo gdy już dokonamy wpłat i zaczniemy myśleć o ewentualnych zyskach, to kontakt z firmą raptem się urwie i nie będzie nawet odpowiedzi w rodzaju: Nie mamy pańskich pieniędzy i co pan nam zrobi?

Bezpieczeństwo musi kosztować

Składka, mająca ograniczyć ryzyko inwestycji mieszkaniowej, stworzy deweloperom pretekst do podnoszenia cen lokali.
Podrożeją mieszkania w Polsce. Będzie to efektem funkcjonowania Deweloperskiego Funduszu Gwarancyjnego, mającego powstać za sprawą decyzji Rady Ministrów, która przyjęła projekt ustawy w tej sprawie. Fundusz będzie stanowić zabezpieczenie dla nabywców mieszkania lub domu jednorodzinnego, chroniąc ich na wypadek bankructwa firmy deweloperskiej, przed utratą środków przeznaczonych na budowę i zakup mieszkania.
Deweloperski Fundusz Gwarancyjny będą zasilały składki płacone przez deweloperów, które wyniosą, w przypadku tzw. otwartego rachunku powierniczego maksymalnie 2 proc.; zaś w przypadku zamkniętego rachunku powierniczego maksymalnie 0,2 proc. Decyzja o wyborze rodzaju rachunku powierniczego zależeć będzie tylko od dewelopera.
W rzeczywistości, nie wiadomo ile ta stawka rzeczywiście wyniesie, gdyż jej faktyczna wysokość będzie w przyszłości regularnie określana w rozporządzeniu rządowym, co ma zapewnić jej dostosowanie do zmieniających się warunków rynkowych.
Składka zasilająca Deweloperski Fundusz Gwarancyjny odprowadzana będzie przez dewelopera na Mieszkaniowy Rachunek Powierniczy od wpłat dokonywanych przez nabywcę. Tak więc, deweloper nie będzie mógł zatrzymać dla siebie części wpłaty od nabywcy przeznaczonej na składkę, lecz będzie musiał przekazać ją na wspomniany rachunek.
Oczywiście deweloperzy nie będą chcieli rezygnować ze składki wpłacanej na rachunek powierniczy, więc podniosą ceny mieszkań i domów w Polsce – zapewne o taki procent, jaki wyniesie ta składka (choć prawdopodobnie, pod pretekstem konieczności płacenia składki, zechcą wywindować ceny tak wysoko, jak tylko pozwolą im warunki panujące na polskim rynku nieruchomości).
Oczekiwane podwyżki cen lokali mogą wydawać się niewielkie, ale maksymalne 2 proc. składki przy cenie mieszkania wynoszącej na przykład 500 tys. zł, oznaczają dodatkowy wydatek rzędu 10 tys. zł co jest już zauważalną kwotą.
Nowe przepisy zakładają, że to deweloper będzie samodzielnie wyliczał konkretną wysokość składki należnej na Deweloperski Fundusz Gwarancyjny i wpłacał ją do banku prowadzącego Mieszkaniowy Rachunek Powierniczy w terminie siedmiu dni od dnia dokonania wpłaty przez nabywcę lokalu. To nakłada dodatkowe obowiązki na deweloperów, ale i stwarza pole do pewnych nieprawidłowości, bo faktycznie nikt nie będzie kontrolować, jaką w rzeczywistości kwotę obliczy i wpłaci deweloper na rachunek powierniczy. Dlatego dr. Łukasz Bernatowicz, ekspert od spraw infrastruktury i budownictwa w organizacji przedsiębiorców Business Centre Club, uważa, że bardziej funkcjonalne i dużo prostsze będzie, jeśli to na banku spocznie odpowiedzialność za wyliczenie i odprowadzenie składki na Mieszkaniowy Rachunek Powierniczy. Banki mają bowiem przygotowane do takich celów systemy informatyczno-rozliczeniowe.
Ponadto, zdaniem dr. Bernatowicza, lepiej będzie dla deweloperów jeśli zrezygnuje się z ewentualnego zmieniania wysokości składek rozporządzeniami rządowymi i określi w sposób niezmienny wysokość składki dla całego przedsięwzięcia deweloperskiego na moment otwarcia Mieszkaniowego Rachunku Powierniczego. Chodzi o to, że wysokość składki mogłaby ulegać zmianom w trakcie trwania budowy, co mogłoby nastręczyć kłopotów deweloperom, którzy nie będą mogli precyzyjnie określić, jakiej wysokości składki będą musieli poświęcić na rachunek powierniczy. To zaś utrudni im kalkulację kosztów i cen.
Zdecydowanym zwolennikiem stworzenia Deweloperskiego Funduszu Gwarancyjnego jest Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, z którego inicjatywy zresztą ma powstać ten fundusz. UOKiK podkreśla, że obecny katalog środków ochrony wpłat nabywcy mieszkania czy domu nie zapewnia mu ochrony na odpowiednim poziomie. Organizacja przedsiębiorców BCC uważa natomiast, że nie ma na to żadnych dowodów.
BCC wskazuje, że dotychczas, przez 9 lat funkcjonowania ustawy deweloperskiej nie doszło do żadnej upadłości dewelopera, przy której zostaliby poszkodowani nabywcy wpłacający środki na otwarty mieszkaniowy rachunek powierniczy. Wystąpiły wprawdzie w tym czasie (2012-2021) dwie upadłości, ale w jednym przypadku deweloper prawdopodobnie podrobił dokumentację budowlaną i doszło do przestępstwa. Mimo tego syndyk i tak przeniósł własność lokali na nabywców.
W drugiej sytuacji, deweloper w ogóle nie zastosował ustawy deweloperskiej i przyjmował środki nabywców na swoje konto, więc tu ustawa deweloperska w ogóle nie została zastosowana. Zdaniem BCC, UOKiK nie przywołał ani jednego przykładu, kiedy byłoby inaczej. Brak również uzasadnienia, dlaczego dotychczasowe mechanizmy ochrony nabywców miałyby nie działać. Nie ma także jakichkolwiek raportów, analiz, czy opracowań Urzędu na ten temat.
Istnieje więc poważna przesłanka, by myśleć, że Deweloperski Fundusz Gwarancyjny to kolejny pomysł rządu PiS na przejęcie kilku miliardów złotych od Polaków w celu ratowania trzeszczącego budżetu. Gdy w funduszu zacznie przybywać pieniędzy, a upadłości deweloperów nie będą się zdarzać, nic nie powstrzyma rządu przed zagarnięciem tych środków pod byle pretekstem. Pomysł to tym bardziej nieładny, że uderzający po kieszeni ludzi nie mających mieszkań.
Przy pobieraniu na DFG maksymalnej stawki 2 proc. od każdej wpłaty dokonywanej przez nabywcę lokalu, mając na uwadze szacowaną obecnie wartość rynku mieszkaniowego wynoszącą prawie 55 mld złotych, do funduszu co roku wpływałoby około 1 mld zł. Może być nawet więcej, bo w ustawie zakłada się, że DFG może zaciągać pożyczki i kredyty na swoją rzecz (co z kolei powoduje, że potencjalne roszczenia o ich spłatę stwarzają ryzyko dla środków zgromadzonych w funduszu i naruszają zasady bezpieczeństwa).
UOKiK w swoich scenariuszach zakłada, że DFG potrzebuje co roku zgromadzić kwotę rzędu 140 mln zł, by pokryć ewentualną upadłość jednego dużego i dwóch mniejszych deweloperów. BCC wskazuje więc, że Urząd szacuje, iż w każdym roku upadnie kilku deweloperów – podczas gdy przez 9 lat funkcjonowania ustawy upadło tylko dwóch. W dodatku były to nie przyczyny „naturalne” lecz związane z przestępstwem i obejściem ustawy deweloperskiej.
Zdaniem przedsiębiorców, w rzeczywistości istnienie Deweloperskiego Funduszu Gwarancyjnego oznacza dodatkowy podatek dla branży mieszkaniowej, która jako jedna z nielicznych oparła się w kryzysowi spowodowanemu pandemią. Szacuje się, iż budownictwo mieszkaniowe w sposób pośredni i bezpośredni generuje niemal 12 proc. polskiego produktu krajowego brutto, utrzymując cały czas zdolność inwestycyjną mimo kryzysu i dostarczając miejsca pracy także tym, którzy potracili ją w innych branżach.
BCC uważa, że jest to najgorszy z możliwych momentów, w jakim można wprowadzić regulacje dotyczące Deweloperskiego Funduszu Gwarancyjnego. W dodatku, z oceny skutków regulacji (czyli ustawy tworzącej DFG) wynika ponadto, że sam koszt utrzymania tego funduszu wyniesie 10 mln zł, plus 12 mln zł na założenie odpowiedniego systemu informatycznego.
Z drugiej strony, zrozumiałe jest oczywiście, że organizacja przedsiębiorców krytykuje rozwiązania, oznaczające dodatkowe obowiązki dla przedsiębiorców oraz quasi podatek. Nie ulega jednak wątpliwości, że istnienie Deweloperskiego Funduszu Gwarancyjnego podniesie poziom bezpieczeństwa ludzi kupujących mieszkania i domy.
Trzeba pamiętać, że w nowych przepisach ma chodzić nie o wygodę deweloperów, lecz o dobro nabywców lokali, bronione zresztą nie bezinteresownie. Oni przecież za większe bezpieczeństwo swoich inwestycji mieszkaniowej będą musieli zapłacić wyższymi cenami, podniesionymi przez deweloperów z tytułu wpłacania składek zasilających Deweloperski Fundusz Gwarancyjny.

Podatkowym cepem w wolność mediów

Należy zrezygnować z wprowadzenia podatku od reklam. Prace nad nim nie powinny być kontynuowane.
Krytycznie trzeba ocenić już samą nazwę ustawy. Pod przykrywką generowania „dodatkowych przychodów” Narodowego Funduszu Zdrowia i Narodowego Funduszu Ochrony Zabytków, oraz stworzenia Funduszu Wsparcia Kultury i Dziedzictwa Narodowego w Obszarze Mediów ukrywa się wprowadzanie nowej daniny publicznej. Choć uważamy, że projekt nie powinien być dalej procedowany, to gdyby do tego doszło należy zmienić jego nazwę np. na „ustawa o podatku od reklam” – wskazuje Forum Obywatelskiego Rozwoju.
Wśród problemów, które ma rozwiązywać projekt, podaje się nie tylko zwiększenie środków finansowych trafiających do NFZ, ale też m.in. „rozwarstwienie poziomu kompetencji cyfrowych” i „coraz większe trudności z oceną rzetelności pojawiających się w mediach informacji”.
Ustawodawca nie wyjaśnia, w jaki sposób wspomniane powyżej fundusze miałyby przyczynić się do zwiększania kompetencji cyfrowych. Poza tym istnieją już działające narzędzia do realizacji takich zadań – są to np. system edukacji czy aktywność prywatnych podmiotów na rynku cyfrowym. Z kolei „trudności z oceną rzetelności pojawiających się w mediach informacji” można zminimalizować poprzez ograniczenie liczby nierzetelnych informacji pojawiających się m.in. w audycjach prezentowanych w mediach publicznych. Nie są do tego potrzebne dodatkowe fundusze od podatników. Poza tym, w ramach Funduszu Wsparcia Kultury i Dziedzictwa Narodowego w Obszarze Mediów, mają powstać np. „platformy dystrybucji informacji oraz analiz treści pojawiających się w mediach”. Już teraz, bez istnienia specjalnego funduszu i dodatkowego podatku, istnieją takie platformy np. Konkret24 czy Demagog.
Nowy fundusz ma być tez odpowiedzią na „utratę poczucia wspólnoty i więzi z tradycją”. W uzasadnieniu ustawy nie pojawiają się żadne poparte badaniami dowody na to, że do takiego zjawiska w Polsce dochodzi, a także, że jest to zjawisko negatywne i wymagające interwencji ustawodawcy.
Wreszcie mowa jest o kwestii „ograniczonego dostępu do dóbr kultury i pomników wspólnego dziedzictwa” w związku z pandemią. Po pierwsze, większość instytucji kultury została zamknięta w wyniku decyzji rządu, przy czym w ostatnich dniach część z nich została otwarta. To autorzy rządowych rozporządzeń decydują zatem o dostępności „dóbr kultury”. Jednocześnie wiele z zamkniętych podmiotów, takich jak muzea czy teatry, realizuje działalność w trybie online, często z bezpłatnym lub niskopłatnym dostępem.
Po drugie, projekt ma wejść w życie najszybciej w lipcu, a kolejne tygodnie i miesiące zajmie uruchamianie nowych funduszy i rozpoczęcie realizacji projektów. Do tego czasu, dzięki szczepieniom, będzie już zapewne możliwy względnie niezakłócony dostęp do „dóbr kultury i pomników wspólnego dziedzictwa”. Wspomniany w projekcie ustawy problem sam się rozwiąże.
Po trzecie, sektor prywatny aktywnie dostarczał dobra kultury w czasie pandemii, o czym świadczy popularność m.in. serwisów udostępniających filmy i seriale w formule na żądanie (VOD) czy koncertów realizowanych w formule online. Co więcej, ważnym źródłem kultury są w czasie pandemii media – przede wszystkim prywatne – które w wyniku dodatkowych obciążeń podatkowych mogą być zmuszone ograniczyć produkcję „dóbr kultury”.
Nowy podatek jest skonstruowany w taki sposób, aby wyższą stawką objąć wybrane produkty. W projekcie zaproponowano wyższe stawki dla produktów leczniczych, suplementów diety, wyrobów medycznych i napojów z dodatkiem substancji słodzących. W uzasadnieniu projektu ustawy nie ma informacji, dlaczego akurat te produkty mają być objęte wyższymi stawkami podatkowym, który miałby „karać” za pokazywanie reklam określonej treści. Dlaczego reklama słodkiego napoju miała by być wyżej opodatkowana niż reklama słodkich przekąsek? Dlaczego reklama wyrobów medycznych, takich jak prezerwatywy, termometry czy ciśnieniomierze miałaby być „karnie” opodatkowana?
Tego typu działania są nie tylko przykładem uznaniowości władzy, ale też przejawem nieuzasadnionego paternalizmu państwa. W dostępie do wielu produktów i substancji Polska jest bardziej restrykcyjna niż Niemcy czy Czechy. Zaproponowane w projekcie ustawy rozwiązania różnicujące stawki podatkowe oznaczałyby dalsze zwiększanie państwowego paternalizmu.
Skutkiem wprowadzenia daniny z tytułu reklamy konwencjonalnej będzie m.in. wzrost kosztów działalności podmiotów objętych tym podatkiem. Jednocześnie przewidziane w projekcie utworzenie nowego funduszu – biorąc pod uwagę m.in. wpływ władzy politycznej na skład komisji udzielającej dotacji z jego środków – rodzi rzeczywiste ryzyko powstania praktyki polegającej na rekompensowaniu części kosztów wynikających z podatku mediom sprzyjającym obecnie rządzącym.
Ryzyko to jest tym bardziej wyraźne, gdyż to Minister Kultury ma jednoosobowo decydować, w drodze rozporządzenia, m.in. o sposobie oceny wniosków o dofinansowanie z funduszu. Biorąc pod uwagę zaangażowanie resortu kultury (i osobiście obecnego Ministra Kultury) w podobne przedsięwzięcia, np. Polską Fundację Narodową, istnieje obawa, że zasady przeznaczania środków z funduszu będą na tyle niejasne, że w praktyce pozwolą na dotowanie mediów według politycznego klucza. Wobec tego do projektu ustawy powinny być załączone również projekty rozporządzeń wykonawczych.
Nie sposób w tym kontekście pominąć również innych środków stosowanych przez państwo wobec podmiotów rynku medialnego. Zmiana praktyki nabywania usług reklamowych przez organy władzy publicznej i spółki z udziałem Skarbu Państwa, jak również dotacja dla mediów publicznych o wartości ok. 2 mld zł rocznie, wpłynęły pozytywnie na wynik finansowy i pozycję na rynku podmiotów sprzyjających obecnej władzy.
Łącznym skutkiem wprowadzenia podatku od reklamy konwencjonalnej i wspomnianych praktyk będzie zatem selektywne wsparcie mediów według klucza politycznego z jednoczesnym osłabieniem pozycji rynkowej mediów, które władza uważa za nieprzychylne jej politykom – ocenia FOR.
Takie działanie zagraża konkurencji na tym rynku i wpływa na wymianę handlową między państwami członkowskimi Unii Europejskiej. W szczególności, podmioty uprzywilejowane przez władzę będą mogły oferować nabywcom korzystniejsze ceny reklam lub będą w stanie zaoferować wyższą cenę zakupu licencji oferowanych przez podmioty z państw Unii. Zestawienie tych wszystkich praktyk i środków stanowić będzie zatem niedozwoloną pomoc publiczną dla podmiotów preferowanych przez obecne władze.
Dodatkowo w projekcie zawarto przepisy, które mają wymusić na podmiotach działających na rynku medialnym przeznaczanie co najmniej 49 proc. czasu antenowego na audycje i utwory wytworzone w języku polskim, co nie ma związku ani z wymienionymi w tytule funduszami, ani z planowanym podatkiem. Co więcej, nie jest to obszar kompetencji Ministra Finansów, co może wskazywać, że wbrew temu co mówią w mediach politycy partii rządzącej nie jest to projekt przygotowany wyłącznie przez resort finansów.
Dziś limit ten wynosi 33 proc.. Treści pokazywane w mediach powinni zależeć od ich właścicieli i woli konsumentów, która na konkurencyjnym rynku będzie przez właścicieli realizowana. Jeśli popyt na programy i utwory muzyczne w języku polskim będzie wysoki, to media samodzielnie podejmą decyzje, że takie programy będą dominować w czasie antenowym. Jednocześnie nic nie powinno stać na przeszkodzie, aby na rynku medialnym istniały obok siebie podmioty, które w 100 proc. emitują polskie programy i utwory oraz podmioty, które w ogóle nie będą mieć w swoich ramówkach programów i utworów w języku polskim. To siły rynkowe i decyzje konsumentów, a nie politycy powinni decydować co jest pokazywane w mediach.
Dlatego krytycznie oceniamy podwyższenie limitu przeznaczania czasu antenowego na audycje i utwory wytworzone w języku polskim z 33 proc. do 49 proc. i postulujemy całkowitą rezygnację z tego limitu w ustawie o Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji. Podkreślamy, że tego typu „wrzutki” ukryte pod hasłem zwiększania czy tworzenia funduszy na zdrowie i kulturę szkodzą przejrzystości procesu legislacyjnego i powinny być zaniechane – zauważa FOR.
W jego ocenie, w okresie pandemii, kiedy wiele przedsiębiorstw było i nadal jest obciążonych różnego rodzaju restrykcjami i ich skutkami gospodarczymi, nie powinno się wprowadzać nowych obciążeń podatkowych. COVID-19 został użyty jako uzasadnienie dla pozyskania „dodatkowych przychodów” dla NFZ. Takie działania nie powinny być realizowane poprzez podnoszenie, w tym trudnym dla wszystkich okresie, obciążeń podatkowych.
Ponadto, nie ma żadnego uzasadnienia dla tworzenia kolejnego funduszu zajmującego się „wsparciem kultury i dziedzictwa narodowego w obszarze mediów”. Dodatkowych środków na ochronę zdrowia czy renowację zabytków, jeśli faktycznie są potrzebne, można poszukiwać w innych źródłach np. ograniczając dotacje dla mediów publicznych, rezygnując z kosztownych wydatków socjalnych takich jak trzynaste i czternaste emerytury czy niezależne od dochodu wypłaty z programu „Rodzina 500 plus” na każde dziecko, ograniczenie przywilejów emerytalnych wybranych grup zawodowych (np. służby mundurowe, rolnicy czy górnicy) czy innych obszarach finansów publicznych.
Jednocześnie proponowana „składka” to kolejny już w ostatnich latach podatek sektorowy, który będzie komplikować i tak już skomplikowany system podatkowy. Zamiast wprowadzania kolejnych podatków sektorowych należy uprościć i zreformować system podatków powszechnych i wydaje się, że to, a nie tworzenie nowych „składek” na NFZ, kulturę i renowację zabytków – powinno być priorytetowym zadaniem pomysłodawców ustawy – Ministerstwa Finansów.
Podsumowując, w ocenie Forum Obywatelskiego Rozwoju projekt ustawy o dodatkowych przychodach Narodowego Funduszu Zdrowia, Narodowego Funduszu Ochrony Zabytków oraz utworzeniu Funduszu Wsparcia Kultury i Dziedzictwa Narodowego w Obszarze Mediów nie powinien być przedmiotem dalszych prac legislacyjnych.

Gospodarka 48 godzin

Dobrymi chęciami
Przedstawiciele organizacji przedsiębiorców spotkali się z prezydentem Andrzejem Dudą i wicepremierem Jarosławem Gowinem. Spotkanie w pałacu prezydenckim było wynikiem listu, wysłanego przez przedsiębiorców do prezydenta, w którym zwracali oni uwagę na negatywne efekty zamknięcia wielu dziedzin gospodarki. Prezydent zachowywał optymizm i początkowo chwalił efekty działań rządu PiS, oświadczając, że sytuacja w Polsce od strony gospodarczej nie wygląda źle – i na tle innych krajów poradziliśmy sobie z tym wielkim wyzwaniem, jakim jest pandemia. Później jednak prezydent dodał, iż: „Największym wyzwaniem jest znalezienie takich rozwiązań, które pomogą przetrwać polskim firmom i polskim przedsiębiorcom”. W ten sposób prezydent RP jednoznacznie dał do zrozumienia, że rząd PiS dotychczas nie znalazł takich rozwiązań.
Podczas spotkania członkowie Rady Przedsiębiorczości – szefowie dziewięciu największych stowarzyszeń biznesowych w Polsce – zaproponowali decydentom zawarcie Paktu Antykryzysowego, w ramach którego prezydent, przedstawiciele rządu oraz szeroko rozumiany biznes mieliby wspólnie wypracować rozwiązania, z jednej strony pozwalające przetrwać firmom, a z drugiej minimalizujące ryzyko zakażeń koronawirusem. Jak relacjonował uczestnik spotkania, prezes Business Centre Club Marek Goliszewski, prezydent Duda przyjął do wiadomości pomysł zawarcia takiego paktu, natomiast wicepremier Gowin oświadczył, że opowiada się za szybszym odmrażaniem gospodarki i wsparciem branż deficytowych. Prezes Goliszewski dodał, że przesłaniem tego spotkania było podjęcie dialogu na rzecz gospodarki z prezydentem, jako osobą, która ma wpływ na podejmowane decyzje – i przekonywanie jej do rozwiązań, które są konieczne, żeby firmy miały wsparcie, a gospodarka odbiła się od dna i odbudowała. Przedsiębiorcy przedstawili postulaty kierowania w większym stopniu funduszy europejskich nie tylko na inwestycje publiczne, ale przede wszystkim do sektora prywatnego. Wskazywali na konieczność przestawienia polityki gospodarczej z prokonsumpcyjnej na inwestycyjną. Zgłoszono pod adresem prezydenta wniosek o poparcie zniesienia podatku bankowego i skierowania zaoszczędzonych z tego tytułu pieniędzy na kredyty dla firm. Nadzieje na większe środki dla firm rozwiał obecny na spotkaniu Paweł Borys, prezes Polskiego Funduszu Rozwoju, który wskazał, że środki europejskie z Funduszu Odbudowy i Restrukturyzacji dotrą do Polski najwcześniej w 2022 roku, a zapewne sporo później. Dużo czasu poświęcono na spotkaniu sposobowi stanowienia prawa w Polsce i ustawom gospodarczym, zbyt szybko uchwalanym i zmienianym przez Sejm, bez konsultacji z praktykami życia gospodarczego. Zaapelowano do prezydenta RP o zawetowanie ustaw, które w swoich zapisach stawiają każdego przedsiębiorcę w roli podejrzanego i zniechęcają do inwestycji oraz tworzenia nowych miejsc pracy.
Rozmaitych paktów już wiele w Polsce zawierano i raczej nic z nich nie wynikało. Zapewne podobnie będzie i z propozycją obecnego Paktu Antykryzysowego. Tym bardziej, że podczas spotkania z prezydentem Dudą mówiono nie tyle o konkretach, co o dobrych chęciach, którymi – jak wiadomo – jest wybrukowana jedna droga.

Gospodarka 48 godzin

Wszelkimi narzędziami
Włączcie się do walki z pandemią! – zaapelował do polskich przedsiębiorców Zwiazek Przedsiebiorców i Pracodawców ustami swego prezesa Cezary Kaźmierczaka. Jego oświadczenie głosi, iż mimo wielkiego zróżnicowania środowiska, w jednej sprawie należy stanowić jedność – chodzi o powstrzymanie pandemii i zapobieżenie drastycznemu lockdownowi. Bo z tego co mówią decydenci, lockdown albo odmrażanie gospodarki zależy od liczby zachorowań i wydolności (a raczej niewydolności) służby zdrowia. Dlatego prezes twierdzi, że można przecież w firmach wdrożyć wysokie standardy sanitarne. Nie jest z tym wprawdzie źle, ale każdy prezes czy właściciel powinien jeszcze osobiście przyjrzeć się, co można poprawić i zrobić lepiej. Ponadto, jak mówi prezes Kaźmierczak, przedsiębiorcy, z pozycji swojego autorytetu lub podległości służbowej, muszą wytłumaczyć pracownikom, że to nie oni czy Morawiecki, płacą im wynagrodzenia tylko zadowoleni klienci. Jeśli tych klientów z powodu pełnego lockdownu zabraknie, to pracownicy powinni wiedzieć, że mogą stracić pracę i źródło utrzymania. „Podobnie jak rząd – nie mamy żadnych własnych pieniędzy, tylko pieniądze Klientów” – wskazuje prezes. Kluczowa dla ograniczania pandemii jest dyscyplina społeczna, której w Polsce oczywiście nie ma. Dlatego prezes Kaźmierczak na koniec podkreśla: „Apeluje do Was o aktywne włączenie się do przekonania naszych pracowników, do restrykcyjnego przestrzegania reżimu: dystans – dezynfekcja – maseczki. Narzędzia i instrumenty macie. Sami wiecie jakie”.

Królestwo rzęchów
Większość używanych samochodów sprowadzonych do naszego kraju w okresie od stycznia do października bieżącego roku, to stare graty, mające ponad dziesięć lat. Jak podaje Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego, pojazdów w takim wieku importowano do Polski w tym czasie dokładnie 55,1 proc. Natomiast samochodów liczących do czterech lat sprowadzono tylko 10,7 proc.

Był samorządowy, jest rządowy

W ubiegłym roku w ramach Funduszu Dróg Samorządowych sfinansowanych zostało 1 149 inwestycji powiatowych na kwotę 1,7 mld zł oraz 3 131 inwestycji gminnych o wartości 2,1 mld zł. Są to dane rządowe, więc nie wiadomo, jaka jest ich wiarygodność. Dziś rząd PiS obiecuje, że chce zwiększyć dofinansowanie do Rządowego Funduszu Rozwoju Dróg o 3 mld zł, ale kolejne obietnice rządu trudno już traktować poważnie. Najważniejsze, że do tej pory był to Fundusz Dróg Samorządowych, ale PiS ma kłopoty z kasą, więc rząd postanowił położyć rękę na samorządowych pieniądzach. Przekształcenie funduszu drogowego z samorządowego w rządowy to istota nowelizacji ustawy o Funduszu Dróg Samorządowych oraz niektórych innych ustaw. Rząd informuje, że ma się to „przyczynić do pobudzania aktywności gospodarczej przedsiębiorców i skuteczniejszej walki ze skutkami kryzysu gospodarczego wywołanego pandemią COVID-19”. Obok wspierania samorządowych inwestycji drogowych, fundusz ma teraz finansować m.in. budowę obwodnic na drogach wojewódzkich, poprawę bezpieczeństwa pieszych na przejściach, budowę lub remonty dróg w największych miastach. Minister infrastruktury będzie dokonywał oceny wniosków o dofinansowanie.

Psucie reguł fiskalnych

Rząd PiS uprawia „kreatywną księgowość”, ukrywając nowe zadłużenie poza krajową definicją długu publicznego.
Według najnowszej prognozy Komisji Europejskiej opublikowanej 7 maja, polski dług publiczny wzrośnie z 46,0 proc. produktu krajowego brutto na koniec 2019 roku do 58,5 proc. PKB na koniec bieżącego roku. Ten największy przyrost od początku III Rzeczypospolitej wynika z nadzwyczajnych wydatków i spadku wpływów budżetowych, spowodowanych działaniami mającymi ograniczyć pandemię COVID-19.
Pomimo nadzwyczajnej sytuacji rząd Prawa i Sprawiedliwości wciąż jednak formalnie nie ogłosił stanu klęski żywiołowej, który zawieszałby działanie konstytucyjnego limitu długu publicznego na poziomie 60 proc. PKB, ustawowego progu ostrożnościowego 55 proc. PKB oraz stabilizującej reguły wydatkowej. Zamiast tego rząd PiS ukrywa nowe zadłużenie poza krajową definicją długu publicznego – której dotyczą krajowe reguły fiskalne.
Efekty kreatywnej księgowości rządu widać w rosnącej rozbieżności między długiem publicznym, liczonym zgodnie z krajową, oraz unijną definicją. Różnica może urosnąć z 2,4 proc. PKB na koniec 2019 r. do ok. 8 – 11 proc. PKB na koniec tego roku (licznik długu publicznego Forum Obywatelskiego Rozwoju działa według unijnej metodologii liczenia długu).
Co więcej, przedstawione przez Komisję Europejską szacunki wzrostu zadłużenia być może nie uwzględniają w pełni kosztów „Funduszu Przeciwdziałania COVID-19”, o którym ciągle niewiele wiadomo.
Jak przypomina FOR, dekadę temu, w następstwie globalnego kryzysu finansowego i kryzysu zadłużeniowego w strefie euro, rząd Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego przeniósł część zadłużenia w Krajowym Funduszu Drogowym do Banku Gospodarstwa Krajowego, usuwając je tym samym poza definicję państwowego długu publicznego i – w konsekwencji – poza krajowe reguły fiskalne. To obecnie około 50 mld zł.
Teraz rząd Prawa i Sprawiedliwości idzie dalej, organizując w ten sam sposób „Fundusz Przeciwdziałania COVID-19” w BGK i „Tarczę Finansową” w Polskim Funduszu Rozwoju, stanowiących nowe wydatki w łącznej kwocie ok. 200 mld zł (część ma zostać spłacona przez beneficjentów).
„Fundusz Przeciwdziałania COVID-19” i „Tarcza Finansowa” są zorganizowane w Banku Gospodarstwa Krajowego i Polskim Funduszu Rozwoju – poza budżetem państwa i krajową definicją długu. Takie działania nie tylko niszczą wiarygodność reguł fiskalnych, lecz także zmniejszają przejrzystość finansów publicznych i utrudniają obywatelom rozliczenie władzy.
Psucie reguł zadłużenia jest problemem zarówno ze względów gospodarczych, jak i instytucjonalnych. Po pierwsze, wysoki poziom zadłużenia hamuje wzrost gospodarczy. Badania pokazują, że wysoki dług publiczny jest wyraźnie skorelowany z wolniejszym wzrostem gospodarczym i prawdopodobnie jest on tego przyczyną.
Po drugie, narastający dług publiczny osłabia odporność finansów publicznych na przyszłe kryzysy, w których rosną koszty obsługi długu i spadają wpływy podatkowe. Po trzecie, dług publiczny pozwala politykom wydawać pieniądze bez konieczności ściągania podatków, a tym samym utrudnia ich rozliczanie przez obywateli5.
Polskie reguły fiskalne są tak pomyślane, aby umożliwiały skokowy wzrost zadłużenia w warunkach nadzwyczajnych, takich jak pandemia COVID-19. To wymaga jednak ogłoszenia stanu klęski żywiołowej – czego rząd PiS wciąż formalnie nie uczynił. Zamiast tego psuje reguły fiskalne, usuwając kolejne wydatki poza krajową definicję długu publicznego.