Euro 2020/21: UEFA wyróżniła Donnarummę

Bramkarz reprezentacji Włoch Gianluigi Donnarumma został uznany przez UEFA za najlepszego piłkarze zakończonych w minioną niedzielę mistrzostw Europy w piłce nożnej. To pierwszy taki przypadek w historii europejskiego czempionatu. Wybór budzi jednak kontrowersje, bo Donnarumma nie był nawet najlepszym golkiperem w turnieju.

W klasyfikacji bramkarzy Euro 2020/21 z największą liczbą skutecznych interwencji zwyciężył Szwajcar Yann Sommer. W statystykach prowadzonych przez UEFA nie uwzględniono strzałów obronionych w konkursach rzutów karnych, tylko interwencje w podstawowym czasie gry oraz w dogrywkach. Sommerowi zaliczono aż 21 udanych obron. Kolejni w zestawieniu Duńczyk Kasper Schmeichel, Walijczyk Danny Ward i Turek Ugurcan Caki mieli na koncie po 18 skutecznych interwencji. Donnarumma w tym zestawieniu zajął dopiero 11. lokatę z dziewięcioma obronionymi strzałami w światło bramki w siedmiu spotkaniach, z których trzy zakończył bez straty gola.
To oczywiście nie umniejsza wkładu 22-letniego bramkarza w sukces ekipy „Squadra Azzurra”. Po prostu Donnarumma miał przed sobą obrońców światowej klasy i dzięki temu rywale mieli niewiele okazji do sprawdzania jego umiejętności. W siedmiu występach na Euro 2020/21 wpuścił tylko cztery gole. W finałowym spotkaniu z Anglią już w 2. minucie spotkania pokonała go Luke Shaw, ale strzał angielskiego gracza był praktycznie nie do obrony. Później Donnarumma spisywał się wyśmienicie, zaś prawdziwy pokaz bramkarskiego kunsztu dał w konkursie rzutów karnych, gdy obronił uderzenia z 11 metrów Jadona Sancho i Bukayo Saki i przesądził tym o zwycięstwie włoskiej drużyny. Wcześniej, w spotkaniu półfinałowym z Hiszpanią obronił też „jedenastkę” wykonywaną przez Alvaro Moratę.
Trudno ocenić czy te dokonania rzeczywiście czynią z Donnarummy najlepszego piłkarza tegorocznych mistrzostw Europy. W poprzednich turniejach tytuł MVP imprezy przyznawano wyłącznie graczom z pola i to niekoniecznie ze zwycięskiej drużyny. W 2016 roku na przykład nagrodę otrzymał Francuz Antoine Griezmann, król strzelców turnieju i lider ekipy trójkolorowych, chociaż w finale Francja przegrała z Portugalią. W 2012 za najlepszego piłkarza turnieju uznano rozgrywającego mistrzowskiej drużyny Hiszpanii Andresa Iniestę, a w 2008 roku tytuł innemu graczowi ze zwycięskiej hiszpańskiej ekipy Xaviemu. W 2004 roku z kolei nagrodę odebrał lider mistrzowskiej drużyny Grecji Theodoros Zagorakis, a w Euro 2000 kapitan i boiskowy przywódca zwycięskiego zespołu Francji Zinedine Zidane.
Tak więc przyznanie przez UEFA tytułu MVP Donnarummie może trochę dziwić i zastanawiać, bo nie umniejszając zasług tego młodego bramkarza ani też nie kwestionując jego wielkiego talentu, to jednak w ekipie trenera Roberta Manciniego było kilku graczy mających znacznie większy wkład w końcowy sukces włoskiej reprezentacji, choćby Federico Chiesa, Jorginho czy Leonardo Bonucci. W innych zespołach też nie brakowało zawodników zasługujących na miano najlepszego gracza turnieju. Na przykład kapitan i lider reprezentacji Anglii Harry Kane. W fazie grupowej może nie błyszczał, ale w spotkaniach fazy pucharowej grał na najwyższym światowym poziomie, strzelił cztery gole, a w meczu z Włochami był jednym z najlepszych, i ile nie najlepszym graczem na boisku. Bramki wprawdzie nie zdobył, ale świetnie podawał piłkę kolegom i ofiarnie walczył w defensywie. Nie zawiódł też w konkursie „jedenastek”, a jedyne o co można mieć do niego pretensje, to chyba o to, że zaraz po ceremonii dekoracji jak większość jego kolegów z angielskiej reprezentacji zdjął ze wstrętem srebrny medal.
Nie byłoby też jakąś wielką przesadą uhonorowanie przez UEFA nagrodą MVP schodzącego z piłkarskiej sceny w wielkim stylu 36-letniego Cristiano Ronaldo, który z pięcioma golami na koncie został królem strzelców turnieju, dzieląc ten splendor z na spółkę z Czechem Patrikiem Schickiem. Ale już w punktacji kanadyjskiej, w której razem liczone są gole i asysty, portugalski gwiazdor samodzielnie zajął pierwszą lokatę, bo do pięciu goli doliczono mu jeszcze jeden punkt za asystę. A wypada w tym miejscu przypomnieć, że Portugalia odpadła z turnieju już w 1/8 finału po porażce z Belgią (0:1).
O jedno spotkanie mniej w imprezie zaliczył inny z gigantów futbolu, Robert Lewandowski, a mimo to zakończył udział w turnieju z trzema golami na koncie. Dzięki temu mógł spokojnie wypoczywać na wakacjach, bo do niego kibice w Polsce oraz polskie media nie zgłaszały żadnych pretensji za postawę w mistrzostwach Europy. „Lewy” oczywiście nie znalazł się nawet w gronie kandydatów do tytułu MVP. Miałby na to szanse gdyby reprezentacja Polski wygrała w finale, ale to póki co nie jest marzenie realne do spełnienia.

Euro 2020/21: Bóg futbolu na Wembley jest Anglikiem

W niedzielę o piłkarskie mistrzostwo Europy zagrają reprezentacje Anglii i Włoch. W niedzielnym finale na stadionie Wembley faworytami będą Anglicy, którym w tym turnieju w drodze do sukcesu pomagają nawet ściany. Boleśnie przekonali się o tym Duńczycy, skrzywdzeni kontrowersyjnymi decyzjami sędziów.

Dla Anglików będzie to pierwszy występ w finale europejskiego czempionatu, dla Włochów już czwarty – z trzech poprzednich jeden zakończyli zwycięstwem, ale dokonali tego dawno, bo w 1968 roku w turnieju rozgrywanym na ich ziemi. W Euro 2000 rozgrywanym w Belgii i Holandii musieli uznać wyższość Francuzów, a w 2012 roku w imprezie zorganizowanej w Polsce i na Ukrainie pokonali ich Hiszpanie. Nie zdarzyło się jeszcze, aby którakolwiek drużyna wygrała duży turniej piłkarski bez straty gola – nawet w karłowatych mistrzostwa Europy z udziałem tylko czterech ekip w finale. Reprezentacja Anglii miała na to szansę, ale tylko do 30. minuty półfinałowego meczu z Duńczykami. Wtedy to z rzutu wolnego uderzył potężnie Mikkel Damsgaard i pokonał źle ustawionego angielskiego bramkarza Jordana Pickforda. We wcześniej rozegranych w turnieju pięciu spotkaniach ekipa trenera Garetha Suthgate’a nie straciła bramki – wygrała po 1:0 z Chorwacją i Czechami, zremisowała 0:0 ze Szkocją, w 1/8 finału pokonała Niemców 2:0, a w ćwierćfinale rozbił Ukrainę 4:0.
Występujący na co dzień w Sampdorii Genua duński piłkarz odebrał zatem angielskiej drużynie szansę na historyczny wyczyn i miejsce w annałach historii futbolu, bo wcześniej taka sytuacja nie miała miejsca, ani w mistrzostwach Europy, ani w mistrzostwach świata. Na mundialu rekordem jest zdobycie tytułu z zaledwie dwoma straconymi golami, co udało się dotąd trzem ekipom – Francji w 1998 roku, Włochom w 2006 roku i Hiszpanii w 2010 roku.
Na mistrzostwach Europy natomiast każdy zdobywca trofeum jakiegoś gola stracił – w kilku wypadkach była to jedna bramka. Dotyczyło to Związku Radzieckiego w 1960 roku, Włoch w 1968 roku, a zatem w czasach, gdy w finałowej rozgrywce uczestniczyły tylko cztery zespoły, ale także Hiszpanii w 2012 roku, a w turnieju którego Polska była współgospodarzem rywalizowało 16 reprezentacji.
Anglicy marzą o powtórce 1966 roku
Warto wspomnieć, że w rozgrywanych na Wyspach Brytyjskich mistrzostwach świata w 1966 roku zwycięska w imprezie drużyna Anglii także długo nie traciła bramki. W rozgrywkach grupowych pokonała po 2:0 Meksyk i Francję, zremisowali 0:0 z Urugwajem, następnie wygrała z Argentyną 1:0, a angielski bramkarz musiał wyciągnąć piłkę z siatki dopiero w półfinałowym meczu z Portugalią (2:1), a potem jeszcze dwukrotnie w wygranym 4:2 finałowym spotkaniu z ekipą RFN. Trudno nie dopatrzyć się analogii z tegorocznym Euro i Anglicy pewnie nie mieliby nic przeciwko, żeby historia się powtórzyła, choćby nawet z kontrowersjami.
„Lwy Albionu” w potyczce z walecznymi Duńczykami nie byli zespołem lepszym, chociaż nie można też powiedzieć, że byli gorsi. Sprawiedliwą oceną wydaje się być stwierdzenie, że był to mecz dwóch równorzędnych zespołów, walczących z równym zaangażowaniem, a o zwycięstwie jednego z nich przesądziła opatrzność, wyraźnie sprzyjająca gospodarzom meczu.
Wyrównującą bramkę Anglicy zdobyli po samobójczym strzale stopera duńskiej drużyny Simona Kjaera (to był już 10. samobój w tych mistrzostwach!), a potem już w dogrywce pomocną dłoń wyciągnął do nich holenderski arbiter Danny Makkelie. W 102. minucie meczu Raheem Sterling wpadł w pole karne Duńczyków, gdzie upadł jak długi po ataku Joakima Maehle. Sędzia odgwizdał faul i podyktował rzut karny, ale telewizyjne powtórki tej sytuacji wzbudziły mnóstwo wątpliwości, czy faktycznie był to faul. Ale sędziowie pracujących w tym meczu przy VAR (wśród nich był Polak, Paweł Gil) nie zakwestionowali decyzji głównego arbitra i do wykonania „jedenastki” podszedł kapitan angielskiej drużyny Harry Kane.
Bramkarz drużyny Danii Kasper Schmeichel odbił piłkę po jego strzale, lecz przy jego dobitce był już bezradny. Zespół Garetha Southgate’a objął prowadzenie 2:1 i do końca spotkania już tylko pilnował tego wyniku.
To może być turniej Harry’ego Kane’a
Po ostatnim gwizdku arbitra Kane znów znalazł się na ustach angielskich kibiców. Nikt mu już nie pamiętał „pustego przebiegu” w fazie grupowej, w której nie zaliczył ani jednego trafienia. Już w 1/8 finału zamknął usta krytykom, domagającym się posadzenia go na ławie strzelając gola drużynie Niemiec, w ćwierćfinale dwukrotnie pokonał bramkarza Ukrainy, a teraz w walce o finał zdobył zwycięską bramkę.
Było to jego 10. trafienie w imprezach rangi mistrzowskiej (mistrzostwa świata lub Europy). Wcześniej Kane sześć razy trafił do siatki rywali podczas mundialu w Rosji, co zapewniło mu tytuł króla strzelców turnieju. W Euro 2020 zdobył cztery bramki powiększył swoje konto bramkowe do 10 trafień, dorównując tym samym angielskiemu rekordziście w liczbie goli na wielkich turniejach Garry’em,u Linekerowi. W niedzielnym finale z Włochami Kane będzie więc miał dodatkową motywację do strzelania goli, bo jeśli trafi chociaż raz, to zostanie królem strzelców Euro 2020/21 na spółkę ze zdobywcami pięciu bramek Patrikiem Schickiem i Cristiano Ronaldo, a także wyjdzie na prowadzenie przed Linekera w klasyfikacji wszech czasów angielskiej kadry. Za Kane’m i Linekerem plasują się Alan Shearer (9 bramek), Wayne Rooney (7) i Michael Owen (6).
Łatwo jednak nie będzie, bo rywalem Anglików w finale będzie reprezentacja Włoch, która w półfinale wyeliminowała po rzutach karnych najładniej grającą w tym turnieju drużynę Hiszpanii. To niebywały wyczyn drużyny trenera Roberta Manciniego, bo Hiszpanie byli lepsi we wszystkich statystykach i zagrali swój najlepszy mecz w tym czempionacie. Naprawdę trudno zrozumieć jakim cudem nie wygrali tego meczu. Trener Luis Enrique wygrał taktyczną wojnę z Mancinim. Posadził na ławce Alvaro Moratę, nie wystawiając klasycznego środkowego napastnika. Ciągłe zmiany pozycji trzech graczy pierwszej linii sprawiały Włochom mnóstwo problemów, ale selekcjoner kadry Hiszpanii w końcu posłał Moratę na boisko, gdy rywale nieoczekiwanie objęli prowadzenie i Morata po dograniu najlepszego gracza w hiszpańskiej ekipie, Daniego Olmo, zdołała wyrównać. Wynik 1:1 nie zmienił się już jednak do końca regulaminowego czasu gry, ani przez 30 minut dogrywki i o awansie musiał rozstrzygnąć konkurs rzutów karnych. A w nim zawiedli właśnie Olmo i Morata i dlatego to Włosi zagrają z Anglikami w niedzielę o swój trzeci w historii mistrzowski tytuł.
„Bóg jest Włochem” – napisał na pierwszej stronie włoski dziennik sportowy „Corriere dello Sport”, podkreślając w ten sposób nadprzyrodzony fart włoskiej drużyny w starciu z Hiszpanami. Ale w niedzielę żadne zaklęcia już Włochom nie pomogą, bo na stadionie Wembley piłkarski Bóg z całą pewnością będzie Anglikiem. Sądząc po jego aktywności w meczu Anglia – Dania wystąpi znów jako 13 zawodnik w ekipie gospodarzy. Bo 12. będą angielscy kibice, którzy praktycznie w całości wypełnią trybuny.

Euro 2020/21: Teraz Anglicy są faworytami

Anglia, Dania, Włochy i Hiszpania – te zespoły awansowały do półfinału tegorocznych mistrzostw Europy. Rewelacją turnieju są Duńczycy, którzy zaczęli turniej od dwóch porażek. Do miana faworytów czempionatu po wygranej 4:0 z Ukrainą urośli Anglicy, bo będą na stadionie Wembley gospodarzami trzech ostatnich meczów Euro 2020/21.

W rozegranym w sobotę na stadionie w Baku spotkaniu ćwierćfinałowym Dania pokonała reprezentację Czech 2:1. Gracze Kaspera Hjulmanda obie bramki zdobyli do przerwy, lecz po zmianie stron już nie byli tacy skuteczni i dynamiczni w ofensywie, co wykorzystali Czesi przejmując inicjatywę. Przewagę w drugiej części meczu zdołali jednak wykorzystać tylko raz, gdy po składnej akcji bramką zdobył Patrik Schick. Było to jego piąte trafienie w tym turnieju, dzięki czemu zrównał się w liczbie goli z liderem klasyfikacji strzelców Cristiano Ronaldo. Tak na marginesie, obaj napastnicy rywalizowali w latach 2018-2020 na włoskich boiskach, Portugalczyk w barwach Juventusu, a Czech w Sampdorii Genua i AS Roma. Schick przez cztery lata gry w Serie A zdobył tylko 18 goli, co przy dorobku Cristiano Ronaldo, który w lidze włoskiej przez trzy sezony zaliczył 81 trafień, nie robi żadnego wrażenia. Ostatni sezon 25-letni Schick spędził w Bayerze Leverkusen, z którym latem 2020 roku podpisał pięcioletni kontrakt. Osiągnięciami strzeleckimi w Bundeslidze także nie zadziwiał, bo w 29 występach w ekipie „Aptekarzy” zdobył tylko 9 bramek, co przy dorobku Roberta Lewandowskiego (41 goli w 29 występach) wypada nader blado.
Do końca zmagań w turnieju Euro 2020/21 zostały do rozegrania jeszcze tylko trzy mecze, więc niewykluczone, że Cristiano Ronaldo i Patrik Schick utrzymają prowadzenie w klasyfikacji strzelców. Belgia odpadła po porażce z Włochami, więc mający na koncie cztery trafienia Romelu Lukaku już ich nie dogoni. Belgijski napastnik Interu Mediolan także na poziomie reprezentacyjnym będzie musiał uznać wyższość Portugalczyka, bo w Serie A przegrał z nim rywalizację o koronę króla strzelców (Ronaldo miał na koncie 29 trafień, a Lukaku 24). Belg na pożegnanie z Euro 2020/21 zdobył bramkę z rzutu karnego w przegranym 1:2 spotkaniu z Włochami i było to jego czwarte trafienie w tych mistrzostwach. Oprócz niego po cztery gole mają jeszcze Szwed Emil Forsberg (RB Lipsk) i Francuz Karim Benzema (Real Madryt).
Ten tercet swojego dorobku już jednak nie poprawi, ale mogą tego dokonać jeszcze Anglicy Harry Kane (Tottenham) i Raheem Sterling (Manchester City) oraz Duńczyk Kasper Dolberg (OGC Nice), którzy strzelili po trzy gole. Tyle samo na koncie mają jeszcze Lewandowski, Szwajcarzy Haris Seferović (Benfica Lizbona) i Xherdan Shaqiri (FC Liverpool) oraz Holender Georginio Wijnaldum (FC Liverpool.
Trener reprezentacji Belgii Roberto Martinez przed meczem z Włochami niedwuznacznie sugerował, że jego zdaniem Lukaku jest kandydatem do nagrody „Złotej Piłki” przyznawanej przez „France Football” oraz nagrody FIFA Best, a sam piłkarz narzekał na łamach hiszpańskiego dziennika „Marka”: „Lewandowski, Benzema czy Kane – o nich zawsze się mówi, że to napastnicy klasy światowej. O mnie nikt tak nie powiedział. Zawsze słyszałem tylko, że jestem w formie. A w dwóch ostatnich latach pokazałem, że to nie tylko dobra forma, tylko że ja należę do tej grupy. Potwierdziłem to także swoją grą na Euro 2020”.
Reprezentacja Belgii, która w rankingu FIFA zajmuje aktualnie pierwsze miejsce przed Francją i Brazylią, zawiodła oczekiwania, zatem Lukaku ma znikome szanse na zdobycie indywidualnych wyróżnień w tym sezonie, podobnie jak jego rodak Kevin de Brune, który wraz z Manchesterem City przegrał finał Ligi Mistrzów.
Tak więc na placu boju w wyścigu po indywidualne splendory za ten rok uczestniczą już tylko czołowi gracze z zespołów półfinalistów, czyli Anglii, Danii, Włoch i Hiszpanii. A w tym gronie zdecydowanie najmocniejsze nazwisko ma chyba kapitan angielskiej jedenastki Harry Kane. W 1/8 finału zdobył bramkę w spotkaniu z Niemcami (2:0), a w ćwierćfinałowym meczu z Ukrainą (4:0) trafił dwukrotnie i z trzema trafieniami na koncie dogonił w klasyfikacji najskuteczniejszego dotąd gracza „Synów Albionu” Raheema Sterlinga. Reprezentacja Anglii w starciu z Ukraińcami dała pokaz siły, a wiodącymi zawodnikami z ekipie trenera Garetha Southgate’a byli Luke Shaw i właśnie Harry Kane. Anglicy zdobyli cztery bramki w jednym meczu fazy pucharowej na dużym turnieju pierwszy raz od mistrzostw świata w 1966 roku, których byli gospodarzami. A w Euro 2020/21 także będą gospodarzami trzech najważniejszych spotkań – obie potyczki półfinałowe oraz wielki finał odbędą się na stadionie Wembley w Londynie. I ten fakt każe stawiać angielski zespół w roli faworyta.

Jeszcze za mało dostali po kieszeni

Pandemia koronawirusa mocno uderzyła w futbol, ale widocznie jeszcze nie na tyle, żeby zmienić fatalne przyzwyczajenia. Jeszcze nie wznowiono zawieszonych rozgrywek, w klubach zwalniają masowo pracowników, ale zarazem już podejmowane są pierwsze przymiarki do letniego okna transferowego.

Chyba musimy przywyknąć do przygnębiających wiadomości związanych z pandemią koronawirusa. I raczej ich nie ignorować, zwłaszcza gdy jako źródło podawana jest Światowa Organizacja Zdrowia (WHO). A właśnie z tej organizacji zaczynają przenikać do opinii publicznej opinie, że skutki pandemii świat będzie odczuwał przez półtora roku, co oznacza, że prawdopodobnie przyszłoroczne mistrzostwa Europy w piłce nożnej oraz letnie igrzyska olimpijskie w Tokio będą musiały zostać przeprowadzone bez udziału publiczności. A skoro taką decyzję zakłada się w przypadku imprez planowanych w czerwcu i lipcu 2021 roku, to znaczy, że do tego czasu wszystkie imprezy sportowe także będą musiały obywać się bez kibiców. To nieciekawa perspektywa, zwłaszcza dla najpopularniejszych sportów zespołowych, jak piłka nożna, koszykówka czy siatkówka
W ostatnich dniach pojawiały się w wypowiedziach wielu ekspertów sugestie, że nawet jeśli sportowcy wrócą do rywalizacji latem tego roku, to kibice nie wrócą z nimi na trybuny nie tylko w tym półroczu, lecz także na jesieni. Prognoza, iż zakaz wstępu na stadiony może zostać wydłużony na cały przyszły rok, to opinia z ostatnich dni. Wirusolodzy z WHO twierdzą, że imprezy masowe to „ostatnia rzecz, którą będzie można poluzować, i to wcale nie za pół roku, lecz najwcześniej jesienią 2021 roku”.
Ludzi zarządzających futbolem taka perspektywa na razie najwyraźniej nie przeraża. Wszyscy w tej chwili skupiają się na możliwie jak najszybszym wznowieniu rozgrywek, żeby dostać pieniądze od nadawców telewizyjnych i sponsorów. Hasłem przewodnim jest uniknięcie bankructwa klubów i krajowych federacji.
Nie przeszkadza to jednak animatorom futbolowego biznesu snuć planów transferowych, w których padają zawrotne wręcz kwoty. Jakby nie był to czas zarazy i nadciągającego krachu gospodarczego. Szczytem bezczelności jest zachowanie choćby prezydenta Tottenhamu Hotspur Daniela Levy’ego, który w tych dniach łaskawie wyraził zgodę przejście Harry’ego Kane’a do Manchesteru United już w letnim okienku transferowym. Problem w tym, że szef londyńskiego klubu żąda za swojego najskuteczniejszego napastnika rekordowe 225 milionów euro. Co prawda nie wydaje się możliwe, żeby właściciele „Czerwonych Diabłów” przystali na taką kwotę, lecz gdyby jednak zgłupieli ko0mpletnie i takie gigantyczne pieniądze zapłacili za reprezentanta Anglii, uczyniliby go najdroższym piłkarzem nie tylko na Wyspach Brytyjskich, ale także na świecie. W tej chwili ten tytuł dzierży Brazylijczyk Neymar, za którego Paris Saint-Germain zapłacił Barcelonie 222 mln euro. Kane to bez wątpienia świetny napastnik, chociaż dość podatny na kontuzje. W tym sezonie z powodu urazu stracił kilka tygodni gry, przez co zdołał zaliczyć w barwach „Spurs” tylko 25 występów we wszystkich rozgrywkach, w których strzelił 17 goli i dorzucił dwie asysty. Fachowe portale szacują jego aktualną rynkową wartość na kwotę 150 mln euro, która i tak wydaje się mocno zawyżona.
FIFA nie zamierza blokować tego typu chorych inicjatyw. Wręcz przeciwnie – planuje wprowadzenie trzeciego w roku okna transferowego – jesiennego. Piłkarscy działacze tłumaczą, że będzie ono potrzebne tym piłkarzom, którym kończyły się kontrakty z końcem czerwca tego roku, a zgodzą się zostać w dotychczasowych zespołach żeby dokończyć z nimi przesunięte na lipiec i sierpień rozgrywki.
Tak naprawdę to jednak tylko kolejny ukłon pod adresem piłkarskich agentów, którzy będą chcieli na tym bałaganie podwójnie zarobić, bo najpierw wycisną pieniądze za przedłużenie umów, a kilka tygodni później w majestacie prawa będą mogli swoich podopiecznych oferować innym pracodawcom.
Ruch w interesie będzie więc duży, ale wedle przewidywań ekspertów spadną ceny za piłkarzy oraz oferowane im wynagrodzenia. Latem w ofercie pojawi się wielu znanych graczy, a wyceniając ich wedle aktualnych cen, najdroższa „11” wygląda tak: W. Benitez (Nice) – T. Meunier (PSG), T. Kouassi (PSG), J. Vertonghen (Tottenham), L. Kurzawa (PSG) – Willian (Chelsea), D. Silva (Man City), C. Aranguiz (Bayer Leverkusen), F. Fraser (Bournemouth) – E. Cavani (PSG), D. Mertens (Napoli).

Koniec Piątka w Mediolanie

Coraz więcej przemawia za tym, że przygoda Krzysztofa Piątka z AC Milan wkrótce dobiegnie końca. Po zatrudnieniu przez ten klub 38-letniego Zlatana Ibrahimovicia reprezentant Polski wylądował na ławce rezerwowych i zdaniem włoskich mediów działacze „Rossonerich” chcą się teraz jak najszybciej pozbyć. Chętnych na pozyskanie Piątka na szczęście nie brakuje.

Piątek występował w barwach mediolańskiego klubu od stycznia ubiegłego roku. Genoa, która ledwie sześć miesięcy wcześniej pozyskała napastnika z Cracovii za niewiele ponad cztery miliony euro, odsprzedała go do AC Milan za 35 milionów euro, czyniąc z Piątka najdroższego polskiego piłkarza w historii. Gwoli przypomnienia, Robert Lewandowski przeszedł z Borussii Dortmund do Bayernu Monachium na zasadzie wolnego transferu gdy wyceniano jego rynkową wartość na 100 mln euro, ale ponieważ przeszedł za darmo, nie jest notowany w tego typu zestawieniach.
Bramkostrzelny polski napastnik popularność na włoskich stadionach zdobył błyskawicznie, jeszcze jako gracz zespołu z Genui, dla którego w pół roku w 19 meczach strzelił 13 goli. Warto przypomnieć, że w poprzednim sezonie został królem strzelców rozgrywek o Puchar Włoch zdobywając osiem bramek w pięciu meczach. Po przejściu do AC Milan nie zatracił skuteczności i także zdobył serca fanów ekipy „Rossonerich”.
Niestety, po letniej przerwie snajperskie szczęście opuściło 24-letniego napastnika, co na jego nieszczęście zbiegło się ze słabymi wynikami AC Milan w lidze. W obecnych rozgrywkach Serie A Piątek zdobył tylko cztery bramki, w tym aż trzy z rzutów karnych. I jak to w takich przypadkach bywa, „z bohatera zjechał do zera”.
Pogarszająca się z miesiąca na miesiąc pozycja Piątka w klubie osiągnęła krytyczny poziom w styczniu tego roku, gdy do zespołu z Mediolanu dołączył 38-letni szwedzki gwiazdor Zlatan Ibrahimović, który podpisał półroczny kontrakt z opcją przedłużenia o rok. Szefowie AC Milan zgodzili się zapłacić mu za jego usługi 3,5 miliona euro plus bonusy za wyniki. W ostatnim ligowym meczu z Cagliari (2:0) Ibrahimović wyszedł w podstawowym składzie, a jego partnerem w ataku był 20-letni Portugalczyk Leao, za którego latem ubiegłego roku AC Milan zapłacił francuskiemu Lille 30 mln euro. Z tym piłkarzem ponoć chciał zagrać Ibrahimović i w spotkaniu z Cagliari wybór Szweda okazał się trafny, bo obaj zaliczyli po golu. Piątek całe spotkanie spędził na ławce rezerwowych i jak wieść niesie, podobnie ma też być w środowym meczu AC Milan ze SPAL 2013 w Pucharze Włoch.
Jak donosi „Corriere Della Sera”, sytuacja reprezentanta Polski jest teraz analizowana przez pion sportowy „Rossonerich”, ale wszystko wskazuje na to, że Piątek w najbliższym czasie odejdzie z AC Milan. Mimo słabszej w jego wykonaniu rundy jesiennej, chętnych na jego pozyskanie nie brakuje. Zainteresowanie transferem reprezentanta Polski wykazują kluby z Hiszpanii, w tym Atletico Madryt, ale bardziej prawdopodobny wydaje się jednak jego transfer do Premier League. Wedle medialnych spekulacji negocjacje podjął Tottenham, który pilnie szuka zastępcy dla kontuzjowanego co najmniej do końca kwietnia Harry’ego Kane’a. Gwiazdor „Kogutów” uszkodził ścięgno w lewym udzie, ale jeśli wróci do zdrowia, odzyska miejsce w podstawowym składzie. Dlatego Piątek rozważa też ofertę Aston Villi, która również jest gotowa zapłacić Milanowi żądane przez niego 32 mln euro, a napastnika w miejsce ciężko kontuzjowanego Brazylijczyka Wesleya potrzebuje od zaraz, bo w tabeli Premier League zajmuje obecnie miejsce w strefie spadkowej, a w ostatniej kolejce dostała baty 1:6 od Manchesteru City.
Piątek o swoich transferowych planach milczy, nie wiadomo zatem, jakie są jego aktualne aspiracje. Tottenham, którego trenerem jest słynny Jose Mourinho, w angielskiej lidze wprawdzie jest obecnie na ósmym miejscu, ale wciąż gra jeszcze w Lidze Mistrzów (w 1/8 finału zmierzy się z RB Lipsk). „Koguty” to klub o znacznie wyższej pozycji w Anglii niż Aston Villa, ale z pewnością mocniejsza pozycję Piątek miałby w Aston Villi.
Wątpliwe jednak, by polski piłkarz sam zadecydował o swojej przyszłości. Angielski tabloid „The Sun” podał niedawno, że AC Milan i Tottenham doszły już do porozumienia. Angielski klub zgodził się zapłacić za transfer Piątka 28 milionów euro, a kolejne cztery miliony dopłaci w formie bonusów. Polak ma się związać z finalistą Ligi Mistrzów z poprzedniego sezonu do końca czerwca 2023 roku. Decyzja ma zapaść lada dzień. Włoskie media są jednak odmiennego zdania i twierdzą, że Tottenham złożył jedynie ofertę wypożyczenia Piątka, którą Milan odrzucił. Takie przepychanki nie wróżą najlepiej polskiemu piłkarzowi. Chyba, że znowu zacznie strzelać gole.

Lewandowski dogonił Juppa Heynckesa

Robert Lewandowski przerwał serię trzech ligowych meczów bez gola. W 15. kolejce Bundesligi zdobył dwie bramki dla Bayernu w wygranym 6:1 spotkaniu z Werderem. Kapitan reprezentacji Polski ma teraz na koncie 220 goli w niemieckiej ekstraklasie, tyle samo co trzeci w klasyfikacji wszech czasów Jupp Heynckes. W Bayernie skuteczniejszy od niego jest już tylko Gerd Mueller.

Bohaterem był Philippe Coutinho, który popisał się hat-trickiem, ale polski napastnik również zebrał bardzo dobre noty w niemieckich mediach. Najwyższą notę przyznał mu „Die Tageszeitung” i „Bild”, gdzie Lewandowski otrzymał 1 (1w Niemczech oznacza ocenę najwyższą, 6 najniższą). Niemieckie media bardziej jednak ekscytuje to, że polski napastnik wyrównał osiągnięcie trzeciego w klasyfikacji najlepszych strzelców w historii Bundesligi Juppa Heynckesa. Już od dawna było oczywiste, że „Lewy” dogoni w tym prestiżowym zestawieniu swojego byłego trenera z Bayernie i w minioną sobotę w końcu tego dokonał, bo dzięki bramkom wbitym drużynie Werderu powiększył swój łączny dorobek strzelecki w Bundeslidze do 220 trafień.

Tyle samo ma na koncie Heynckes, ale on na trzeciej pozycji na pewno długo się nie utrzyma i być może nawet w następnej kolejce wypadnie już na zawsze z podium. Przed Lewandowskim w klasyfikacji strzelców wszech czasów są już tylko Gerd Mueller z 365 golami na koncie oraz Klaus Fischer, który ma w dorobku 268 trafień. Pierwszego z nich Polak raczej nie ma szans dogonić, ale Fischera z pewnością jest w stanie.

Dla Lewandowskiego awans do pierwszej trójki klasyfikacji wszech czasów Bundesligi to kolejny rekord. W tym sezonie zdołał pobić osiągnięcie Gerda Muellera, gdy w pierwszych 11 spotkaniach sezonu zdobył 16 bramek. Sam ustanowił nowy rekord Bundesligi, strzelając gole w każdym meczu w pierwszych 11 kolejkach sezonu. Został również z dorobkiem 10 goli najskuteczniejszym strzelcem fazy grupowej Ligi Mistrzów, czym wyrównał swój życiowy rekord w tych rozgrywkach. W edycji 2012/2013 strzelił dla Borussii Dortmund także 10 goli, ale wtedy uzyskał ten wynik w 13 meczach – drużyna z Dortmundu dotarła wtedy aż do finału rozgrywek. Wiosną „Lewy” będzie miał co najmniej dwie okazje do poprawienia życiowego rekordu, bowiem jak wiadomo Bayern awansował do 1/8 finału (losowanie par odbędzie się 16 grudnia). Polski napastnik Bayernu jest na dobrej drodze do powiększenia swojej kolekcji indywidualnych trofeów o koronę króla strzelców Champions League, bo to jedyne, obok Pucharu Polski i polskiej IV ligi rozgrywki klubowe, w których uczestniczył, a w których nie został najlepszym strzelcem. Ma już w dorobku 13 tytułów króla snajperów – w trzech najwyższych liga w Polsce, Bundeslidze (4) i Pucharze Niemiec (4) oraz w eliminacji Euro 2016 i MŚ 2018.

Jesienią Lewandowski powiększył swój strzelecki dorobek w Lidze Mistrzów do 63 goli i awansował na piąte miejsce w klasyfikacji wszech czasów tych elitarnych rozgrywek. Więcej bramek od niego zdobyli jedynie Karim Benzema (64), Raul Gonzalez (72), Lionel Messi (114) i Cristiano Ronaldo (128). „Lewy” jest jednak najlepszym strzelcem niemieckich klubów w historii Champions League, a także najskuteczniejszym graczem zarówno Borussii, jak i Bayernu. Dla zespołu z Dortmundu zdobył w Lidze Mistrzów 17, a dla Bayernu 46 bramek.

W tym sezonie jest też na najlepszej drodze do wywalczenia po raz piąty w karierze i po raz trzeci z rzędu słynnej armatki, którą Bundesliga nagradza najskuteczniejszego gracza sezonu. „Lewy” po 15 kolejkach prowadzi z dorobkiem 18 trafień. Jak bardzo jest to imponujące osiągnięcie niech świadczy fakt, że w pięciu sezonach niemieckiej ekstraklasy tyle bramek wystarczyło do zdobycia tytułu króla strzelców (1988/89, 1989/90, 1993/94, 1995/96 i 2001/02). Nasz piłkarz ma jednak w tym sezonie godnego konkurenta w osobie napastnika reprezentacji Niemiec i RB Lipsk Timo Wernera, który w sobotę zdobył bramkę w spotkaniu z Fortuną Duesseldorf (3:0) i ma ich teraz na koncie 16. Kolejni gracze w zestawieniu mają już ogromną stratę, bo trzeci Rouwen Hennings z Fortuny Duesseldorf ma w dorobku 10 trafień, czwarty Marco Reus z Borussii Dortmund dziewięć, a jego kolega z zespołu Jadon Sancho osiem. Kapitan reprezentacji Polski będzie zatem musiał pewnie do ostatniej kolejki ścigać się jedynie z Wernerem, co może przyczynić się do jakiegoś kolejnego rekordowego osiągnięcia, bo wygląda na to, że obaj ci gracze mogą znacznie przekroczyć magiczną w Bundeslidze barierę 30 goli. Jeśli to Lewandowski wygra ten wyścig i zdobędzie trzecią z rzędu nagrodę dla króla strzelców, dorówna tym Gerdowi Muellerowi, który jak na razie jest jedynym piłkarzem, który w niemieckiej ekstraklasie trzykrotnie z rzędu zdobywał ten tytuł (dokonał tego w latach 1971-1974).
W spotkaniu z Werderem Brema Lewandowski przerwał krótkotrwałą, trwającą 330 minut strzelecką niemoc, w wyniku której w trzech kolejnych meczach nie zdobył bramek. Nie szło też w Bundeslidze Bayernowi, bo przegrał u siebie z Bayerem Leverkusen 1:2 i na wyjeździe z Borussią Moenchengladbach także 1:2, przez co przed 15. kolejką zajmował dopiero szóste miejsce. Po wygranej 6:1 z Werderem bawarska ekipa wróciła do czołówki, lecz wiadomo już, że na zimową przerwę na pewno nie uda się w roli lidera Bundesligi.

Ale Lewandowski ma się jeszcze o co bić, bo w całym 2019 strzelił już 53 gole w 54 meczach i może zostać najskuteczniejszym piłkarzem roku w Europie. Drugi w tej klasyfikacji Leo Messi ma aktualnie na koncie 49 bramek w 56 spotkaniach. Obaj mogą rozegrać jeszcze w 2019 po dwa mecze. W ostatnich latach najskuteczniejszym graczem roku zostawał albo Messi, albo Cristiano Ronaldo, z wyjątkiem 2017 roku, gdy obu prześcignął angielski snajper Tottenhamu Harry Kane, zdobywając aż 56 bramek.

W tym roku może tego dokonać Lewandowski. Przed nim jeszcze mecze z Freiburgiem (18 grudnia) i Wolfsburgiem (21 grudnia), a te zespoły należą do jego ulubionych, bo w 31 występach przeciwko nim zdobył aż 35 bramek.

 

Kane najlepszym strzelcem eliminacji

Najlepszym strzelcem eliminacji Euro 2016 i MŚ 2018 był Robert Lewandowski, królem snajperów w eliminacjach Euro 2020 został napastnik drużyny Anglii Harry Kane, który zdobył 12 bramek. Na podium z dorobkiem 11 trafień znaleźli się ponadto Portugalczyk Cristiano Ronaldo i Izraelczyk Eran Zahavi.

Rywalizacja o tytuł króla strzelców eliminacji Euro 2020 toczyła się do ostatniej kolejki, ale szanse na końcowy triumf mieli już de facto jedynie Kane i Zahavi. Napastnik reprezentacji Anglii zdobył bramkę w wygranym 4:0 wyjazdowym spotkaniu z Kosowem i wyszedł na prowadzenie. Portugalczycy i Serbowie zakończyli eliminacje wcześniej, zatem ani Cristiano Ronaldo nie mógł już poprawić swojego dorobku (11 goli), ani Aleksandar Mitrović, który miał na koncie 10 trafień. Serbskiego napastnika dogonił przez to najskuteczniejszy gracz zespołu Finlandii Teemu Pukki, dla którego honorowy gol strzelony w przegranym 1:2 spotkaniu z Grecją był dziesiątym w tych eliminacjach. Kane’a mógł jeszcze wyprzedzić Zahavi, który we wtorek miał szansę poprawić swój bramkowy dorobek w meczu z Macedonią Północną. Izraelskiemu napastnikowi nie dopisało jednak szczęście pod bramką rywali, a spotkanie zakończyło się wygraną Macedończyków 1:0.

Tak więc numerem jeden został Harry Kane (12 goli), numerem dwa na spółkę Cristiano Ronaldo i Zahavi (po 11), dalsze miejsca zajęli Mitrović i Pukki (po 10), Rosjanin Artiom Dziuba (9), Niemiec Serge Gnabry, Anglik Raheem Sterling i Holender Georginio Wijnaldum – po 8 trafień, a Top 10 zestawienia z 7 golami zamykają Romelu Lukaku (Belgia) i John McGinn (Szkocja).
W naszej reprezentacji najskuteczniejszy był Robert Lewandowski, który zdobył sześć bramek, a dwie mniej zaliczył Krzysztof Piątek.

 

Popis Cristiano Ronaldo na Litwie

Po sześciu kolejkach gier w 10 grupach eliminacyjnych z kompletem zwycięstw zostały cztery zespoły – Anglia (grupa A), Hiszpania (grupa F), Belgia (grupa I) i Włochy (grupa J). Z tego elitarnego grona wypadła Polska, która po porażce ze Słowenią 0:2 i remisie z Austrią 0:0 straciła aż pięć punktów. Najskuteczniejszy zespół mają Anglicy, Belgowie i Francuzi (po 19 goli), a najlepszą obronę Belgowie i Ukraińcy (po jednym straconym golu).

W czterech poprzednich spotkaniach reprezentacja Polski strzeliła osiem goli i nie straciła żadnego, co czyniło jej dorobek wyjątkowym i godnym podziwu. Teraz już taki nie jest, bo teraz jest po prostu przeciętny. Jeśli coś nas może martwić, to tylko brak skuteczności, bo zero zdobytych bramek w dwóch meczach chwały zespołowi, który ma w składzie jednego z najlepszych napastników na świecie, z pewnością nie przynosi.

We wrześniowych meczach eliminacji Euro 2020 oprócz naszej drużyny jeszcze jedenaście innych nie strzeliło gola. Ale cztery z nich rozegrały tylko jedno spotkanie, a pozostałe osiem, w tym Polska, po dwa. Oprócz podopiecznych Brzęczka w gronie drużyn, które nie zdobyły gola znajdują się outsiderzy w swoich grupach: Malta (0:2 z Norwegią, 0:1 z Rumunią), Wyspy Owcze (0:4 ze Szwecją, 0:4 z Hiszpanią), Łotwa (0:6 z Austrią, 0:2 z Macedonią Północną), Mołdawia (0:3 z Islandią, 0:4 z Turcją), Andora (0:1 z Turcją, 0:3 z Francją), San Marino (0:4 z Belgią, 0:4 z Cyprem) oraz Gibraltar (0:4 z Szwajcarią, 0:6 z Danią). Goli nie strzeliły też reprezentacje Bułgarii (porażka 0:4 z Anglią), Czarnogóry (0:3 z Czechami), Irlandii Północnej (0:2) z Niemcami oraz Gruzji (0:0 z Danią). W sumie jednak w 50 spotkaniach rozegranych w dwóch wrześniowych kolejkach spotkań strzelono 170 goli, co daje niezłą średnią 3,4 bramki na jedno spotkanie.

Przekroczyć setkę

W zamykających szóstą serię spotkań wtorkowych meczach strzelono 34 gole. Średnio zatem w każdym spotkaniu kibice obejrzeli trzy trafienia, ale tylko średnio. W spotkaniu Litwy z Portugalią padło sześć bramek (5:1), a z tej liczby aż cztery zapisano na konto Cristiano Ronaldo. Napastnik Juventusu niemal w pojedynkę przesądził o zwycięstwie swojego zespołu i powiększył swój dorobek strzelecki w tych eliminacjach do pięciu trafień. Wyczyn Portugalczyka najlepiej skomentował jego rodak i wybitny trener Jose Mourinho. „Nie zaskakuje mnie to, co robi. W wieku 34 lat jest świetnym piłkarzem, który gra w klubie o największych ambicjach. To też zasługa jego genetycznych uwarunkowań i mentalności. Cristiano jest fenomenem. Myśli tylko o zwycięstwach i ciągle byciu lepszym. Kiedy będzie mieć już 50 lat, a FIFA zaprosi go na mecz legend, to wtedy też będzie strzelać gole” – stwierdził z uznaniem Mourinho. Słynny napastnik ustanowił przy okazji kolejny rekord. Litwa była 40. krajem, któremu Ronaldo strzelił gola. Żaden piłkarz nie może pochwalić się takim osiągnięciem. Na liście ofiar Portugalczyka jest także reprezentacja Polski. 8 września 2007 roku w Lizbonie Ronaldo pokonał Artura Boruca. Trafił na 2:1, ale Polacy zdołali wyrównać, po strzale Jacka Krzynówka.

Bramki z Litwą były kolejno 90., 91., 92. i 93. w jego reprezentacyjnym dorobku. CR7 ma najwięcej goli w Europie, a na świecie lepszy od niego jest już tylko Ali Daei, który w latach 1993-2006 zdobył dla reprezentacji Iranu 106 bramek. W ubiegłym sezonie Cristiano Ronaldo we wszystkich rozgrywkach klubowych strzelił dla Juventusu Turyn 28 goli.

Izraelczyk na czele

Na razie jednak to nie on przewodzi w stawce snajperów, w czołówce nie ma też Roberta Lewandowskiego, który jak na razie zdobył ledwie dwie bramki, a to przecież najskuteczniejszy strzelec dwóch poprzednich eliminacji do Euro 2016 i mistrzostw świata 2018. Niestety, odkąd selekcjonerem reprezentacji jest Jerzy Brzęczek, „Lewy” przestał zdobywać tyle bramek co dawniej, choćby pod rządami Adama Nawałki.

Po sześciu seriach gier liderem klasyfikacji strzelców jest Izraelczyk Eran Zahavi, który zdobył już 9 goli. O trzy mniej mają ścigający reprezentanta Izraela Anglicy Raheem Sterling i Harry Kane, Rosjanin Artiom Dziuba i Austriak Marko Arnautović. Po pięć goli strzelili Niemiec Serge Gnabry, Rumun Claudiu Keseru, Serb Aleksandar Mitrović, Fin Teemu Pukki, Szwed Robin Quaison i wspomniany już Cristiano Ronaldo. Z czterema trafieniami w zestawieniu plasują się Holender Memphis Depay, Cypryjczyk Giannis Koussoulos, Belg Romelu Lukaku, Rumun George Puscas, Hiszpan Sergio Ramos, Czech Patrik Schick i Turek Cenk Tosun. Najskuteczniejszy z polskich piłkarzy, Krzysztof Piątek, ma w dorobku trzy gole, Lewandowski dwa, a po jednym Kamil Glik, Kamil Grosicki i Damian Kądzior. We wrześniowych spotkaniach jak wiadomo reprezentacja Polski nie zdobyła żadnej bramki. Jedynym pocieszeniem jest uznanie jakie zyskał w UEFA Lewandowski, zakładając dwie „siatki” jedną po drugiej piłkarzom Austrii. Trochę to jednak za mało.

Nic zatem dziwnego, że w naszym kraju toczy się zażarta dyskusja nad przyszłością Jerzego Brzęczka w roli selekcjonera kadry biało-czerwonych. Z efektów jego pracy nikt nie jest zadowolony, nawet piłkarze naszej kadry. Niewykluczone więc, że PZPN nie przedłuży z nim umowy, która wygasa z końcem tego roku.

 

Szósty triumf Liverpoolu

W rozegranym w sobotę na stadionie Wanda Metropolitano w Madrycie finale Ligi Mistrzów FC Liverpool pokonał Tottenham Hotspur 2:0 i po raz szósty w historii wygrał te elitarne rozgrywki. Wcześniej „The Reds” triumfowali w latach 1977, 1978, 1981, 1984 i 2005. Poziom spotkania dwóch angielskich zespołów mocno jednak rozczarował.

Drugi z finałów tegorocznych europejskich pucharów, podobnie jak rozegrany w minioną środę bój dwóch londyńskich zespołów, Arsenalu i Chelsea, o triumf w Lidze Europy, był wewnętrzną angielską rozprawą między Liverpoolem a Tottenhamem. Niestety, też okazał się piłkarskim widowiskiem na mizernym poziomie. Ekipa „The Reds” miała furę szczęścia, bo po dyskusyjnym zagraniu ręką słoweński arbiter Damir Skomina już w pierwszej minucie meczu odgwizdał na ich korzyść „jedenastkę”, którą na gola zamienił Egipcjanin Mahomed Salah. Przez następne 85 minut byliśmy świadkami chaotycznej kopaniny w wykonaniu obu zespołów, prowadzonej wedle zdawałoby się dawno już porzuconej przez wyspiarskie zespoły zasady „kopnij i biegnij”.

Kibice tymczasem oczekiwali emocji do jakich przyzwyczaiła ich zwłaszcza ta edycja Ligi Mistrzów, ale na obiekcie na co dzień wykorzystywanym przez lubujący się w brzydkiej defensywnej grze zespół Atletico zatriumfował właśnie taki futbol. Momentami aż trudno było uwierzyć, że topornie grający Liverpool to jest ten sam zespół stworzony przez Juergena Kloppa, którego porażkę w finale ubiegłorocznej edycji tak powszechnie żałowano. Tym razem niemiecki trener poświęcił na ołtarzu swojego pierwszego triumfu w europejskich pucharach piękno i fantazję w grze, zmuszając swoich graczy do pilnowania z rzemieślniczą konsekwencją dostępu do własnej bramki, strzeżonej przez Brazylijczyka Alissona Beckera. Dlatego tegoroczny finał nie był pokazem romantycznego futbolu, bo zespół „The Reds” i jego trener mieli romantycznych porażek po dziurki w nosie. W taki przecież sposób przegrali na finiszu z Manchesterem City walkę o mistrzostwo Anglii.

Oczekiwania zawiódł też Tottenham, który cały zapas futbolowego romantyzmu w grze wyczerpał w półfinałowych bojach z Ajaksem Amsterdam. Podopieczni argentyńskiego trenera Mauricio Pochettino, chociaż mieli już w swoich szeregach wyleczonego w alarmowym tempie Harry’ego Kane’a, nie potrafili przełamać żelaznej defensywy Liverpoolu. Atakowali chaotycznie, zagrywali piłkę niedokładnie, strzelali niecelnie, a jeśli już trafiali w światło bramki, to zawsze jakoś tak niefortunnie, że trafiali piłka w bramkarza Alissona. W ten sposób pomogli Brazylijczykowi zdobyć tytuł bohatera wieczoru, chociaż Alissonowi daleko było do wyczynu Jerzego Dudka sprzed 14 lat, gdy bronił karne w finałowej potyczce z AC Milan. Po takim widowisku wypada tylko prosić los, żeby w nowym sezonie w finale nie grały już zespoły z jednego kraju.

 

Harry Kane wraca do gry

Trener Tottenhamu Hotspur Mauricio Pochettino poinformował, że kontuzjowany od półtora miesiąca Harry Kane od kilku dni trenuje już z drużyną i możliwe, że zagra w sobotę w finale Ligi Mistrzów z Liverpoolem.

Kapitan i najlepszy strzelec drużyny londyńskich „Kogutów” nabawił się urazu kostki 10 kwietnia, w pierwszym meczu ćwierćfinałowym Ligi Mistrzów z Manchesterem City. Klub w stosownym komunikacie ogłosił, że reprezentant Anglii nie zagra już do końca sezonu. I faktycznie, w Premier League Kane nie zagrał (Tottenham ostatni mecz w rodzimej lidze rozegrał 12 maja), ale być może zdąży się wykurować na finał Champions League (1 czerwca w Madrycie).

Szansa na to jest, co w miniony poniedziałek potwierdził trener Pochettino. Kane mimo dwóch poważnych kontuzji w tym sezonie strzelił 24 gole w 39 występach „Kogutów” we wszystkich rozgrywkach.

Tottenham Hotspur po raz pierwszy zagra o tytuł najlepszej klubowej drużyny Europie.