Jeszcze za mało dostali po kieszeni

Pandemia koronawirusa mocno uderzyła w futbol, ale widocznie jeszcze nie na tyle, żeby zmienić fatalne przyzwyczajenia. Jeszcze nie wznowiono zawieszonych rozgrywek, w klubach zwalniają masowo pracowników, ale zarazem już podejmowane są pierwsze przymiarki do letniego okna transferowego.

Chyba musimy przywyknąć do przygnębiających wiadomości związanych z pandemią koronawirusa. I raczej ich nie ignorować, zwłaszcza gdy jako źródło podawana jest Światowa Organizacja Zdrowia (WHO). A właśnie z tej organizacji zaczynają przenikać do opinii publicznej opinie, że skutki pandemii świat będzie odczuwał przez półtora roku, co oznacza, że prawdopodobnie przyszłoroczne mistrzostwa Europy w piłce nożnej oraz letnie igrzyska olimpijskie w Tokio będą musiały zostać przeprowadzone bez udziału publiczności. A skoro taką decyzję zakłada się w przypadku imprez planowanych w czerwcu i lipcu 2021 roku, to znaczy, że do tego czasu wszystkie imprezy sportowe także będą musiały obywać się bez kibiców. To nieciekawa perspektywa, zwłaszcza dla najpopularniejszych sportów zespołowych, jak piłka nożna, koszykówka czy siatkówka
W ostatnich dniach pojawiały się w wypowiedziach wielu ekspertów sugestie, że nawet jeśli sportowcy wrócą do rywalizacji latem tego roku, to kibice nie wrócą z nimi na trybuny nie tylko w tym półroczu, lecz także na jesieni. Prognoza, iż zakaz wstępu na stadiony może zostać wydłużony na cały przyszły rok, to opinia z ostatnich dni. Wirusolodzy z WHO twierdzą, że imprezy masowe to „ostatnia rzecz, którą będzie można poluzować, i to wcale nie za pół roku, lecz najwcześniej jesienią 2021 roku”.
Ludzi zarządzających futbolem taka perspektywa na razie najwyraźniej nie przeraża. Wszyscy w tej chwili skupiają się na możliwie jak najszybszym wznowieniu rozgrywek, żeby dostać pieniądze od nadawców telewizyjnych i sponsorów. Hasłem przewodnim jest uniknięcie bankructwa klubów i krajowych federacji.
Nie przeszkadza to jednak animatorom futbolowego biznesu snuć planów transferowych, w których padają zawrotne wręcz kwoty. Jakby nie był to czas zarazy i nadciągającego krachu gospodarczego. Szczytem bezczelności jest zachowanie choćby prezydenta Tottenhamu Hotspur Daniela Levy’ego, który w tych dniach łaskawie wyraził zgodę przejście Harry’ego Kane’a do Manchesteru United już w letnim okienku transferowym. Problem w tym, że szef londyńskiego klubu żąda za swojego najskuteczniejszego napastnika rekordowe 225 milionów euro. Co prawda nie wydaje się możliwe, żeby właściciele „Czerwonych Diabłów” przystali na taką kwotę, lecz gdyby jednak zgłupieli ko0mpletnie i takie gigantyczne pieniądze zapłacili za reprezentanta Anglii, uczyniliby go najdroższym piłkarzem nie tylko na Wyspach Brytyjskich, ale także na świecie. W tej chwili ten tytuł dzierży Brazylijczyk Neymar, za którego Paris Saint-Germain zapłacił Barcelonie 222 mln euro. Kane to bez wątpienia świetny napastnik, chociaż dość podatny na kontuzje. W tym sezonie z powodu urazu stracił kilka tygodni gry, przez co zdołał zaliczyć w barwach „Spurs” tylko 25 występów we wszystkich rozgrywkach, w których strzelił 17 goli i dorzucił dwie asysty. Fachowe portale szacują jego aktualną rynkową wartość na kwotę 150 mln euro, która i tak wydaje się mocno zawyżona.
FIFA nie zamierza blokować tego typu chorych inicjatyw. Wręcz przeciwnie – planuje wprowadzenie trzeciego w roku okna transferowego – jesiennego. Piłkarscy działacze tłumaczą, że będzie ono potrzebne tym piłkarzom, którym kończyły się kontrakty z końcem czerwca tego roku, a zgodzą się zostać w dotychczasowych zespołach żeby dokończyć z nimi przesunięte na lipiec i sierpień rozgrywki.
Tak naprawdę to jednak tylko kolejny ukłon pod adresem piłkarskich agentów, którzy będą chcieli na tym bałaganie podwójnie zarobić, bo najpierw wycisną pieniądze za przedłużenie umów, a kilka tygodni później w majestacie prawa będą mogli swoich podopiecznych oferować innym pracodawcom.
Ruch w interesie będzie więc duży, ale wedle przewidywań ekspertów spadną ceny za piłkarzy oraz oferowane im wynagrodzenia. Latem w ofercie pojawi się wielu znanych graczy, a wyceniając ich wedle aktualnych cen, najdroższa „11” wygląda tak: W. Benitez (Nice) – T. Meunier (PSG), T. Kouassi (PSG), J. Vertonghen (Tottenham), L. Kurzawa (PSG) – Willian (Chelsea), D. Silva (Man City), C. Aranguiz (Bayer Leverkusen), F. Fraser (Bournemouth) – E. Cavani (PSG), D. Mertens (Napoli).

Koniec Piątka w Mediolanie

Coraz więcej przemawia za tym, że przygoda Krzysztofa Piątka z AC Milan wkrótce dobiegnie końca. Po zatrudnieniu przez ten klub 38-letniego Zlatana Ibrahimovicia reprezentant Polski wylądował na ławce rezerwowych i zdaniem włoskich mediów działacze „Rossonerich” chcą się teraz jak najszybciej pozbyć. Chętnych na pozyskanie Piątka na szczęście nie brakuje.

Piątek występował w barwach mediolańskiego klubu od stycznia ubiegłego roku. Genoa, która ledwie sześć miesięcy wcześniej pozyskała napastnika z Cracovii za niewiele ponad cztery miliony euro, odsprzedała go do AC Milan za 35 milionów euro, czyniąc z Piątka najdroższego polskiego piłkarza w historii. Gwoli przypomnienia, Robert Lewandowski przeszedł z Borussii Dortmund do Bayernu Monachium na zasadzie wolnego transferu gdy wyceniano jego rynkową wartość na 100 mln euro, ale ponieważ przeszedł za darmo, nie jest notowany w tego typu zestawieniach.
Bramkostrzelny polski napastnik popularność na włoskich stadionach zdobył błyskawicznie, jeszcze jako gracz zespołu z Genui, dla którego w pół roku w 19 meczach strzelił 13 goli. Warto przypomnieć, że w poprzednim sezonie został królem strzelców rozgrywek o Puchar Włoch zdobywając osiem bramek w pięciu meczach. Po przejściu do AC Milan nie zatracił skuteczności i także zdobył serca fanów ekipy „Rossonerich”.
Niestety, po letniej przerwie snajperskie szczęście opuściło 24-letniego napastnika, co na jego nieszczęście zbiegło się ze słabymi wynikami AC Milan w lidze. W obecnych rozgrywkach Serie A Piątek zdobył tylko cztery bramki, w tym aż trzy z rzutów karnych. I jak to w takich przypadkach bywa, „z bohatera zjechał do zera”.
Pogarszająca się z miesiąca na miesiąc pozycja Piątka w klubie osiągnęła krytyczny poziom w styczniu tego roku, gdy do zespołu z Mediolanu dołączył 38-letni szwedzki gwiazdor Zlatan Ibrahimović, który podpisał półroczny kontrakt z opcją przedłużenia o rok. Szefowie AC Milan zgodzili się zapłacić mu za jego usługi 3,5 miliona euro plus bonusy za wyniki. W ostatnim ligowym meczu z Cagliari (2:0) Ibrahimović wyszedł w podstawowym składzie, a jego partnerem w ataku był 20-letni Portugalczyk Leao, za którego latem ubiegłego roku AC Milan zapłacił francuskiemu Lille 30 mln euro. Z tym piłkarzem ponoć chciał zagrać Ibrahimović i w spotkaniu z Cagliari wybór Szweda okazał się trafny, bo obaj zaliczyli po golu. Piątek całe spotkanie spędził na ławce rezerwowych i jak wieść niesie, podobnie ma też być w środowym meczu AC Milan ze SPAL 2013 w Pucharze Włoch.
Jak donosi „Corriere Della Sera”, sytuacja reprezentanta Polski jest teraz analizowana przez pion sportowy „Rossonerich”, ale wszystko wskazuje na to, że Piątek w najbliższym czasie odejdzie z AC Milan. Mimo słabszej w jego wykonaniu rundy jesiennej, chętnych na jego pozyskanie nie brakuje. Zainteresowanie transferem reprezentanta Polski wykazują kluby z Hiszpanii, w tym Atletico Madryt, ale bardziej prawdopodobny wydaje się jednak jego transfer do Premier League. Wedle medialnych spekulacji negocjacje podjął Tottenham, który pilnie szuka zastępcy dla kontuzjowanego co najmniej do końca kwietnia Harry’ego Kane’a. Gwiazdor „Kogutów” uszkodził ścięgno w lewym udzie, ale jeśli wróci do zdrowia, odzyska miejsce w podstawowym składzie. Dlatego Piątek rozważa też ofertę Aston Villi, która również jest gotowa zapłacić Milanowi żądane przez niego 32 mln euro, a napastnika w miejsce ciężko kontuzjowanego Brazylijczyka Wesleya potrzebuje od zaraz, bo w tabeli Premier League zajmuje obecnie miejsce w strefie spadkowej, a w ostatniej kolejce dostała baty 1:6 od Manchesteru City.
Piątek o swoich transferowych planach milczy, nie wiadomo zatem, jakie są jego aktualne aspiracje. Tottenham, którego trenerem jest słynny Jose Mourinho, w angielskiej lidze wprawdzie jest obecnie na ósmym miejscu, ale wciąż gra jeszcze w Lidze Mistrzów (w 1/8 finału zmierzy się z RB Lipsk). „Koguty” to klub o znacznie wyższej pozycji w Anglii niż Aston Villa, ale z pewnością mocniejsza pozycję Piątek miałby w Aston Villi.
Wątpliwe jednak, by polski piłkarz sam zadecydował o swojej przyszłości. Angielski tabloid „The Sun” podał niedawno, że AC Milan i Tottenham doszły już do porozumienia. Angielski klub zgodził się zapłacić za transfer Piątka 28 milionów euro, a kolejne cztery miliony dopłaci w formie bonusów. Polak ma się związać z finalistą Ligi Mistrzów z poprzedniego sezonu do końca czerwca 2023 roku. Decyzja ma zapaść lada dzień. Włoskie media są jednak odmiennego zdania i twierdzą, że Tottenham złożył jedynie ofertę wypożyczenia Piątka, którą Milan odrzucił. Takie przepychanki nie wróżą najlepiej polskiemu piłkarzowi. Chyba, że znowu zacznie strzelać gole.

Lewandowski dogonił Juppa Heynckesa

Robert Lewandowski przerwał serię trzech ligowych meczów bez gola. W 15. kolejce Bundesligi zdobył dwie bramki dla Bayernu w wygranym 6:1 spotkaniu z Werderem. Kapitan reprezentacji Polski ma teraz na koncie 220 goli w niemieckiej ekstraklasie, tyle samo co trzeci w klasyfikacji wszech czasów Jupp Heynckes. W Bayernie skuteczniejszy od niego jest już tylko Gerd Mueller.

Bohaterem był Philippe Coutinho, który popisał się hat-trickiem, ale polski napastnik również zebrał bardzo dobre noty w niemieckich mediach. Najwyższą notę przyznał mu „Die Tageszeitung” i „Bild”, gdzie Lewandowski otrzymał 1 (1w Niemczech oznacza ocenę najwyższą, 6 najniższą). Niemieckie media bardziej jednak ekscytuje to, że polski napastnik wyrównał osiągnięcie trzeciego w klasyfikacji najlepszych strzelców w historii Bundesligi Juppa Heynckesa. Już od dawna było oczywiste, że „Lewy” dogoni w tym prestiżowym zestawieniu swojego byłego trenera z Bayernie i w minioną sobotę w końcu tego dokonał, bo dzięki bramkom wbitym drużynie Werderu powiększył swój łączny dorobek strzelecki w Bundeslidze do 220 trafień.

Tyle samo ma na koncie Heynckes, ale on na trzeciej pozycji na pewno długo się nie utrzyma i być może nawet w następnej kolejce wypadnie już na zawsze z podium. Przed Lewandowskim w klasyfikacji strzelców wszech czasów są już tylko Gerd Mueller z 365 golami na koncie oraz Klaus Fischer, który ma w dorobku 268 trafień. Pierwszego z nich Polak raczej nie ma szans dogonić, ale Fischera z pewnością jest w stanie.

Dla Lewandowskiego awans do pierwszej trójki klasyfikacji wszech czasów Bundesligi to kolejny rekord. W tym sezonie zdołał pobić osiągnięcie Gerda Muellera, gdy w pierwszych 11 spotkaniach sezonu zdobył 16 bramek. Sam ustanowił nowy rekord Bundesligi, strzelając gole w każdym meczu w pierwszych 11 kolejkach sezonu. Został również z dorobkiem 10 goli najskuteczniejszym strzelcem fazy grupowej Ligi Mistrzów, czym wyrównał swój życiowy rekord w tych rozgrywkach. W edycji 2012/2013 strzelił dla Borussii Dortmund także 10 goli, ale wtedy uzyskał ten wynik w 13 meczach – drużyna z Dortmundu dotarła wtedy aż do finału rozgrywek. Wiosną „Lewy” będzie miał co najmniej dwie okazje do poprawienia życiowego rekordu, bowiem jak wiadomo Bayern awansował do 1/8 finału (losowanie par odbędzie się 16 grudnia). Polski napastnik Bayernu jest na dobrej drodze do powiększenia swojej kolekcji indywidualnych trofeów o koronę króla strzelców Champions League, bo to jedyne, obok Pucharu Polski i polskiej IV ligi rozgrywki klubowe, w których uczestniczył, a w których nie został najlepszym strzelcem. Ma już w dorobku 13 tytułów króla snajperów – w trzech najwyższych liga w Polsce, Bundeslidze (4) i Pucharze Niemiec (4) oraz w eliminacji Euro 2016 i MŚ 2018.

Jesienią Lewandowski powiększył swój strzelecki dorobek w Lidze Mistrzów do 63 goli i awansował na piąte miejsce w klasyfikacji wszech czasów tych elitarnych rozgrywek. Więcej bramek od niego zdobyli jedynie Karim Benzema (64), Raul Gonzalez (72), Lionel Messi (114) i Cristiano Ronaldo (128). „Lewy” jest jednak najlepszym strzelcem niemieckich klubów w historii Champions League, a także najskuteczniejszym graczem zarówno Borussii, jak i Bayernu. Dla zespołu z Dortmundu zdobył w Lidze Mistrzów 17, a dla Bayernu 46 bramek.

W tym sezonie jest też na najlepszej drodze do wywalczenia po raz piąty w karierze i po raz trzeci z rzędu słynnej armatki, którą Bundesliga nagradza najskuteczniejszego gracza sezonu. „Lewy” po 15 kolejkach prowadzi z dorobkiem 18 trafień. Jak bardzo jest to imponujące osiągnięcie niech świadczy fakt, że w pięciu sezonach niemieckiej ekstraklasy tyle bramek wystarczyło do zdobycia tytułu króla strzelców (1988/89, 1989/90, 1993/94, 1995/96 i 2001/02). Nasz piłkarz ma jednak w tym sezonie godnego konkurenta w osobie napastnika reprezentacji Niemiec i RB Lipsk Timo Wernera, który w sobotę zdobył bramkę w spotkaniu z Fortuną Duesseldorf (3:0) i ma ich teraz na koncie 16. Kolejni gracze w zestawieniu mają już ogromną stratę, bo trzeci Rouwen Hennings z Fortuny Duesseldorf ma w dorobku 10 trafień, czwarty Marco Reus z Borussii Dortmund dziewięć, a jego kolega z zespołu Jadon Sancho osiem. Kapitan reprezentacji Polski będzie zatem musiał pewnie do ostatniej kolejki ścigać się jedynie z Wernerem, co może przyczynić się do jakiegoś kolejnego rekordowego osiągnięcia, bo wygląda na to, że obaj ci gracze mogą znacznie przekroczyć magiczną w Bundeslidze barierę 30 goli. Jeśli to Lewandowski wygra ten wyścig i zdobędzie trzecią z rzędu nagrodę dla króla strzelców, dorówna tym Gerdowi Muellerowi, który jak na razie jest jedynym piłkarzem, który w niemieckiej ekstraklasie trzykrotnie z rzędu zdobywał ten tytuł (dokonał tego w latach 1971-1974).
W spotkaniu z Werderem Brema Lewandowski przerwał krótkotrwałą, trwającą 330 minut strzelecką niemoc, w wyniku której w trzech kolejnych meczach nie zdobył bramek. Nie szło też w Bundeslidze Bayernowi, bo przegrał u siebie z Bayerem Leverkusen 1:2 i na wyjeździe z Borussią Moenchengladbach także 1:2, przez co przed 15. kolejką zajmował dopiero szóste miejsce. Po wygranej 6:1 z Werderem bawarska ekipa wróciła do czołówki, lecz wiadomo już, że na zimową przerwę na pewno nie uda się w roli lidera Bundesligi.

Ale Lewandowski ma się jeszcze o co bić, bo w całym 2019 strzelił już 53 gole w 54 meczach i może zostać najskuteczniejszym piłkarzem roku w Europie. Drugi w tej klasyfikacji Leo Messi ma aktualnie na koncie 49 bramek w 56 spotkaniach. Obaj mogą rozegrać jeszcze w 2019 po dwa mecze. W ostatnich latach najskuteczniejszym graczem roku zostawał albo Messi, albo Cristiano Ronaldo, z wyjątkiem 2017 roku, gdy obu prześcignął angielski snajper Tottenhamu Harry Kane, zdobywając aż 56 bramek.

W tym roku może tego dokonać Lewandowski. Przed nim jeszcze mecze z Freiburgiem (18 grudnia) i Wolfsburgiem (21 grudnia), a te zespoły należą do jego ulubionych, bo w 31 występach przeciwko nim zdobył aż 35 bramek.

 

Kane najlepszym strzelcem eliminacji

Najlepszym strzelcem eliminacji Euro 2016 i MŚ 2018 był Robert Lewandowski, królem snajperów w eliminacjach Euro 2020 został napastnik drużyny Anglii Harry Kane, który zdobył 12 bramek. Na podium z dorobkiem 11 trafień znaleźli się ponadto Portugalczyk Cristiano Ronaldo i Izraelczyk Eran Zahavi.

Rywalizacja o tytuł króla strzelców eliminacji Euro 2020 toczyła się do ostatniej kolejki, ale szanse na końcowy triumf mieli już de facto jedynie Kane i Zahavi. Napastnik reprezentacji Anglii zdobył bramkę w wygranym 4:0 wyjazdowym spotkaniu z Kosowem i wyszedł na prowadzenie. Portugalczycy i Serbowie zakończyli eliminacje wcześniej, zatem ani Cristiano Ronaldo nie mógł już poprawić swojego dorobku (11 goli), ani Aleksandar Mitrović, który miał na koncie 10 trafień. Serbskiego napastnika dogonił przez to najskuteczniejszy gracz zespołu Finlandii Teemu Pukki, dla którego honorowy gol strzelony w przegranym 1:2 spotkaniu z Grecją był dziesiątym w tych eliminacjach. Kane’a mógł jeszcze wyprzedzić Zahavi, który we wtorek miał szansę poprawić swój bramkowy dorobek w meczu z Macedonią Północną. Izraelskiemu napastnikowi nie dopisało jednak szczęście pod bramką rywali, a spotkanie zakończyło się wygraną Macedończyków 1:0.

Tak więc numerem jeden został Harry Kane (12 goli), numerem dwa na spółkę Cristiano Ronaldo i Zahavi (po 11), dalsze miejsca zajęli Mitrović i Pukki (po 10), Rosjanin Artiom Dziuba (9), Niemiec Serge Gnabry, Anglik Raheem Sterling i Holender Georginio Wijnaldum – po 8 trafień, a Top 10 zestawienia z 7 golami zamykają Romelu Lukaku (Belgia) i John McGinn (Szkocja).
W naszej reprezentacji najskuteczniejszy był Robert Lewandowski, który zdobył sześć bramek, a dwie mniej zaliczył Krzysztof Piątek.

 

Popis Cristiano Ronaldo na Litwie

Po sześciu kolejkach gier w 10 grupach eliminacyjnych z kompletem zwycięstw zostały cztery zespoły – Anglia (grupa A), Hiszpania (grupa F), Belgia (grupa I) i Włochy (grupa J). Z tego elitarnego grona wypadła Polska, która po porażce ze Słowenią 0:2 i remisie z Austrią 0:0 straciła aż pięć punktów. Najskuteczniejszy zespół mają Anglicy, Belgowie i Francuzi (po 19 goli), a najlepszą obronę Belgowie i Ukraińcy (po jednym straconym golu).

W czterech poprzednich spotkaniach reprezentacja Polski strzeliła osiem goli i nie straciła żadnego, co czyniło jej dorobek wyjątkowym i godnym podziwu. Teraz już taki nie jest, bo teraz jest po prostu przeciętny. Jeśli coś nas może martwić, to tylko brak skuteczności, bo zero zdobytych bramek w dwóch meczach chwały zespołowi, który ma w składzie jednego z najlepszych napastników na świecie, z pewnością nie przynosi.

We wrześniowych meczach eliminacji Euro 2020 oprócz naszej drużyny jeszcze jedenaście innych nie strzeliło gola. Ale cztery z nich rozegrały tylko jedno spotkanie, a pozostałe osiem, w tym Polska, po dwa. Oprócz podopiecznych Brzęczka w gronie drużyn, które nie zdobyły gola znajdują się outsiderzy w swoich grupach: Malta (0:2 z Norwegią, 0:1 z Rumunią), Wyspy Owcze (0:4 ze Szwecją, 0:4 z Hiszpanią), Łotwa (0:6 z Austrią, 0:2 z Macedonią Północną), Mołdawia (0:3 z Islandią, 0:4 z Turcją), Andora (0:1 z Turcją, 0:3 z Francją), San Marino (0:4 z Belgią, 0:4 z Cyprem) oraz Gibraltar (0:4 z Szwajcarią, 0:6 z Danią). Goli nie strzeliły też reprezentacje Bułgarii (porażka 0:4 z Anglią), Czarnogóry (0:3 z Czechami), Irlandii Północnej (0:2) z Niemcami oraz Gruzji (0:0 z Danią). W sumie jednak w 50 spotkaniach rozegranych w dwóch wrześniowych kolejkach spotkań strzelono 170 goli, co daje niezłą średnią 3,4 bramki na jedno spotkanie.

Przekroczyć setkę

W zamykających szóstą serię spotkań wtorkowych meczach strzelono 34 gole. Średnio zatem w każdym spotkaniu kibice obejrzeli trzy trafienia, ale tylko średnio. W spotkaniu Litwy z Portugalią padło sześć bramek (5:1), a z tej liczby aż cztery zapisano na konto Cristiano Ronaldo. Napastnik Juventusu niemal w pojedynkę przesądził o zwycięstwie swojego zespołu i powiększył swój dorobek strzelecki w tych eliminacjach do pięciu trafień. Wyczyn Portugalczyka najlepiej skomentował jego rodak i wybitny trener Jose Mourinho. „Nie zaskakuje mnie to, co robi. W wieku 34 lat jest świetnym piłkarzem, który gra w klubie o największych ambicjach. To też zasługa jego genetycznych uwarunkowań i mentalności. Cristiano jest fenomenem. Myśli tylko o zwycięstwach i ciągle byciu lepszym. Kiedy będzie mieć już 50 lat, a FIFA zaprosi go na mecz legend, to wtedy też będzie strzelać gole” – stwierdził z uznaniem Mourinho. Słynny napastnik ustanowił przy okazji kolejny rekord. Litwa była 40. krajem, któremu Ronaldo strzelił gola. Żaden piłkarz nie może pochwalić się takim osiągnięciem. Na liście ofiar Portugalczyka jest także reprezentacja Polski. 8 września 2007 roku w Lizbonie Ronaldo pokonał Artura Boruca. Trafił na 2:1, ale Polacy zdołali wyrównać, po strzale Jacka Krzynówka.

Bramki z Litwą były kolejno 90., 91., 92. i 93. w jego reprezentacyjnym dorobku. CR7 ma najwięcej goli w Europie, a na świecie lepszy od niego jest już tylko Ali Daei, który w latach 1993-2006 zdobył dla reprezentacji Iranu 106 bramek. W ubiegłym sezonie Cristiano Ronaldo we wszystkich rozgrywkach klubowych strzelił dla Juventusu Turyn 28 goli.

Izraelczyk na czele

Na razie jednak to nie on przewodzi w stawce snajperów, w czołówce nie ma też Roberta Lewandowskiego, który jak na razie zdobył ledwie dwie bramki, a to przecież najskuteczniejszy strzelec dwóch poprzednich eliminacji do Euro 2016 i mistrzostw świata 2018. Niestety, odkąd selekcjonerem reprezentacji jest Jerzy Brzęczek, „Lewy” przestał zdobywać tyle bramek co dawniej, choćby pod rządami Adama Nawałki.

Po sześciu seriach gier liderem klasyfikacji strzelców jest Izraelczyk Eran Zahavi, który zdobył już 9 goli. O trzy mniej mają ścigający reprezentanta Izraela Anglicy Raheem Sterling i Harry Kane, Rosjanin Artiom Dziuba i Austriak Marko Arnautović. Po pięć goli strzelili Niemiec Serge Gnabry, Rumun Claudiu Keseru, Serb Aleksandar Mitrović, Fin Teemu Pukki, Szwed Robin Quaison i wspomniany już Cristiano Ronaldo. Z czterema trafieniami w zestawieniu plasują się Holender Memphis Depay, Cypryjczyk Giannis Koussoulos, Belg Romelu Lukaku, Rumun George Puscas, Hiszpan Sergio Ramos, Czech Patrik Schick i Turek Cenk Tosun. Najskuteczniejszy z polskich piłkarzy, Krzysztof Piątek, ma w dorobku trzy gole, Lewandowski dwa, a po jednym Kamil Glik, Kamil Grosicki i Damian Kądzior. We wrześniowych spotkaniach jak wiadomo reprezentacja Polski nie zdobyła żadnej bramki. Jedynym pocieszeniem jest uznanie jakie zyskał w UEFA Lewandowski, zakładając dwie „siatki” jedną po drugiej piłkarzom Austrii. Trochę to jednak za mało.

Nic zatem dziwnego, że w naszym kraju toczy się zażarta dyskusja nad przyszłością Jerzego Brzęczka w roli selekcjonera kadry biało-czerwonych. Z efektów jego pracy nikt nie jest zadowolony, nawet piłkarze naszej kadry. Niewykluczone więc, że PZPN nie przedłuży z nim umowy, która wygasa z końcem tego roku.

 

Szósty triumf Liverpoolu

W rozegranym w sobotę na stadionie Wanda Metropolitano w Madrycie finale Ligi Mistrzów FC Liverpool pokonał Tottenham Hotspur 2:0 i po raz szósty w historii wygrał te elitarne rozgrywki. Wcześniej „The Reds” triumfowali w latach 1977, 1978, 1981, 1984 i 2005. Poziom spotkania dwóch angielskich zespołów mocno jednak rozczarował.

Drugi z finałów tegorocznych europejskich pucharów, podobnie jak rozegrany w minioną środę bój dwóch londyńskich zespołów, Arsenalu i Chelsea, o triumf w Lidze Europy, był wewnętrzną angielską rozprawą między Liverpoolem a Tottenhamem. Niestety, też okazał się piłkarskim widowiskiem na mizernym poziomie. Ekipa „The Reds” miała furę szczęścia, bo po dyskusyjnym zagraniu ręką słoweński arbiter Damir Skomina już w pierwszej minucie meczu odgwizdał na ich korzyść „jedenastkę”, którą na gola zamienił Egipcjanin Mahomed Salah. Przez następne 85 minut byliśmy świadkami chaotycznej kopaniny w wykonaniu obu zespołów, prowadzonej wedle zdawałoby się dawno już porzuconej przez wyspiarskie zespoły zasady „kopnij i biegnij”.

Kibice tymczasem oczekiwali emocji do jakich przyzwyczaiła ich zwłaszcza ta edycja Ligi Mistrzów, ale na obiekcie na co dzień wykorzystywanym przez lubujący się w brzydkiej defensywnej grze zespół Atletico zatriumfował właśnie taki futbol. Momentami aż trudno było uwierzyć, że topornie grający Liverpool to jest ten sam zespół stworzony przez Juergena Kloppa, którego porażkę w finale ubiegłorocznej edycji tak powszechnie żałowano. Tym razem niemiecki trener poświęcił na ołtarzu swojego pierwszego triumfu w europejskich pucharach piękno i fantazję w grze, zmuszając swoich graczy do pilnowania z rzemieślniczą konsekwencją dostępu do własnej bramki, strzeżonej przez Brazylijczyka Alissona Beckera. Dlatego tegoroczny finał nie był pokazem romantycznego futbolu, bo zespół „The Reds” i jego trener mieli romantycznych porażek po dziurki w nosie. W taki przecież sposób przegrali na finiszu z Manchesterem City walkę o mistrzostwo Anglii.

Oczekiwania zawiódł też Tottenham, który cały zapas futbolowego romantyzmu w grze wyczerpał w półfinałowych bojach z Ajaksem Amsterdam. Podopieczni argentyńskiego trenera Mauricio Pochettino, chociaż mieli już w swoich szeregach wyleczonego w alarmowym tempie Harry’ego Kane’a, nie potrafili przełamać żelaznej defensywy Liverpoolu. Atakowali chaotycznie, zagrywali piłkę niedokładnie, strzelali niecelnie, a jeśli już trafiali w światło bramki, to zawsze jakoś tak niefortunnie, że trafiali piłka w bramkarza Alissona. W ten sposób pomogli Brazylijczykowi zdobyć tytuł bohatera wieczoru, chociaż Alissonowi daleko było do wyczynu Jerzego Dudka sprzed 14 lat, gdy bronił karne w finałowej potyczce z AC Milan. Po takim widowisku wypada tylko prosić los, żeby w nowym sezonie w finale nie grały już zespoły z jednego kraju.

 

Harry Kane wraca do gry

Trener Tottenhamu Hotspur Mauricio Pochettino poinformował, że kontuzjowany od półtora miesiąca Harry Kane od kilku dni trenuje już z drużyną i możliwe, że zagra w sobotę w finale Ligi Mistrzów z Liverpoolem.

Kapitan i najlepszy strzelec drużyny londyńskich „Kogutów” nabawił się urazu kostki 10 kwietnia, w pierwszym meczu ćwierćfinałowym Ligi Mistrzów z Manchesterem City. Klub w stosownym komunikacie ogłosił, że reprezentant Anglii nie zagra już do końca sezonu. I faktycznie, w Premier League Kane nie zagrał (Tottenham ostatni mecz w rodzimej lidze rozegrał 12 maja), ale być może zdąży się wykurować na finał Champions League (1 czerwca w Madrycie).

Szansa na to jest, co w miniony poniedziałek potwierdził trener Pochettino. Kane mimo dwóch poważnych kontuzji w tym sezonie strzelił 24 gole w 39 występach „Kogutów” we wszystkich rozgrywkach.

Tottenham Hotspur po raz pierwszy zagra o tytuł najlepszej klubowej drużyny Europie.

 

Gwiazdor z Korei Płd zachwyca Anglików

Pod nieobecność kontuzjowanego gwiazdora Tottenhamu Harry’ego Kane’a bohaterem kibiców londyńskiej drużyny po dwumeczu w Lidze Mistrzów z Manchesterem City został Koreańczyk Heung-Min Son, który zdobył trzy bramki.

Tottenham w pierwszym meczu z Manchesterem City zdobył zwycięską bramkę na 1:0, zaś w rozegranym w minioną środę rewanżu na stadionie rywali (3:4) zaliczył dwa trafienia. Dokonał tego wyczynu w ciągu trzech minut. Najpierw w 7. minucie strzelił wyrównującego gola na 1:1, a w 10. minucie wyprowadził swój zespół na prowadzenie 2:1. Ostatecznie „Koguty” przegrały na Etihad Stadium 3:4, lecz dzięki korzystniejszemu bilansowi bramkowemu awansowały do półfinału, w którym zmierzą się z Ajaksem Amsterdam.

A niewiele brakowało, by sławiony dzisiaj w londyńskich pubach reprezentant Korei Południowej zamiast walczyć o piłkarską sławę w Lidze Mistrzów, biegał dzisiaj po jakimś wojskowym poligonie w rodzinnym kraju. W Korei Południowej mężczyźni przed ukończeniem 28. roku życia muszą odbyć obowiązkową służbę wojskową, trwającą 21 miesięcy. Wymigać się od niej jest niezwykle trudno, bo władze niechętnie udzielają zwolnień. Jedną z możliwości stworzono sportowcom, warunkiem jednak jest osiągnięcie wybitnych sukcesów. Heung Min-Son spełnił ten warunek „rzutem na taśmę”, bo miał już wezwanie do wojska w ręku, gdy z reprezentacją Korei Południowej zdobywał jesienią ubiegłego roku złoty medal Igrzysk Azjatyckich. Dzięki temu zamiast powędrować w kamasze mógł wrócić do Tottenhamu, ku uciesze trenera londyńskiej drużyny Mauricio Pochettino.

Heung Min-Son jest popularny w swoim kraju, ale coraz głośniej jest o nim także w Wielkiej Brytanii. Kibice cenią Koreańczyka nie tylko za to jak gra w piłkę, ale też za jego optymistyczne podejście do życia. „Mój ojciec, który był moim pierwszym trenerem, powiedział mi kiedyś, że jeśli minę rywala i będę miał czystą pozycję, ale przeciwnik upadnie i dozna kontuzji, to powinienem się zatrzymać i sprawdzić co u niego. Bo jeśli jesteś dobrym piłkarzem, ale nie szanujesz innych, to jesteś nikim” – tak określił swoje podejście do futbolu. Jego mistrz i nauczycie, czyli ojciec, wciąż ma na Heunga wielki wpływ. Oboje jego rodzice mieszkają z nim w Londynie, w jego trzypokojowym mieszkaniu w Hampstead. „Poświęcili dla mnie wiele w życiu, a ja teraz spłacam wobec nich dług i staram się, żeby żyło im się lżej” – przekonuje. Nietypowy z niego gwiazdor, to fakt.

 

Messi wciąż na czele wyścigu snajperów

Hat-trick Leo Messiego w meczu z Betisem Sewilla w 28. kolejce Primera Division umocnił Argentyńczyk na prowadzeniu w klasyfikacji „Złotego Buta”. W czołowej „10” zestawienia są dwaj Polacy – czwarty jest Krzysztof Piątek, a Robert Lewandowski szósty.

Messi był głównym aktorem niedzielnego meczu Barcelony z Betisem. Strzelił trzy kapitalne gole, a jego zespół wygrał 4:1. Boiskowe popisy argentyńskiego piłkarza urzekły nawet fanów Betisu, którzy po trzecim golu nagrodzili go burzliwymi oklaskami. W świecie futbolu takie zachowanie widowni to rzadkość. Messi powiększył swój bramkowy dorobek w tym sezonie Primera Division do 29 trafień, co w klasyfikacji „Złotego Buta” daje mu 58 punktów. Pięć najsilniejszych lig europejskich (hiszpańska, angielska, niemiecka, włoska i francuska) mają mnożnik „2”, niżej notowane „1,5”, a najsłabsze „1”.

Drugi w klasyfikacji jest Francuz Kylian Mbappe (PSG), który strzelił 25 goli dające mu 50 pkt. Trzeci jest Włoch Fabio Quagliarella (Sampdoria) z 21 bramkami i 42 punktami. Za tą trójką z 19 golami i 38 punktami plasują się dwaj kolejni snajperzy z Serie A – Cristiano Ronaldo z Juventusu Turyn i wschodząca gwiazda włoskiej ekstraklasy i AC Milan Krzysztof Piątek. Obaj w miniony weekend nie poprawili swojego dorobku. Awans w klasyfikacji zaliczył natomiast drugi z Polaków, Robert Lewandowski, którego gol strzelony dla Bayernu Monachium w wygranym 6:0 meczu z FC Mainz był jego 18 ligowym trafieniem w tym sezonie. „Lewy” z 36 punktami dołączył do legitymującego się takim samym dorobkiem argentyńskiego snajpera Manchesteru City Sergio Aquero (nie grał w miniony weekend), a wraz z nim zrobił to jeszcze autor jednego gola dla Barcelony w spotkaniu z Betisem Urugwajczyk Luis Suarez.

Na 9. pozycji w klasyfikacji z dorobkiem 17 goli i 34 pkt znajduje się aż siedmiu graczy: Senegalczyk Sadio Mane i Egipcjanin Mohamed Salah (obaj FC Liverpool), Iworyjczyk Nicolas Pepe (Lille), Kolumbijczyk Duvan Zapata (Atalanta), Anglik Harry Kane (Tottenham) i Gabończyk Pierre-Emerick Aubameyang (Arsenal).

 

Messi na czele wyścigu snajperów

W rywalizacji o „Złotego Buta” prowadzi zdecydowanie as Barcelony Leo Messi. W czołowej „30” zestawienia znajduje się trzech polskich piłkarzy – najwyżej obecnie jest Krzysztof Piątek (14 goli(, a pod koniec stawki ex aequo Robert Lewandowski i Arkadiusz Milik (obaj maja po 12 trafień).

Niekwestionowanym liderem klasyfikacji „Złotego Buta, nagrody dla najskuteczniejszego strzelca lig europejskich, jest obecnie argentyński gwiazdor Barcelony. Messi w tym sezonie strzelił w hiszpańskiej lidze już 21 goli. Przypomnijmy, że w tej klasyfikacji o miejscu w stawce nie decyduje tylko liczba zdobytych bramek, lecz punkty uzyskiwane według mnożnika wynikającego z miejsca krajowej ligi w rankingu EUFA. Najwyższy mnożnik, razy 2, ma pięć lig – Hiszpańska, angielska, niemiecka, włoska i francuska. Messi zatem za 21 goli dostaje 42 punkty.
Najwięcej bramek w klasyfikacji mają zawodnicy występujący w słabszych ligach, ale ze względu na niski współczynnik (1) zajmują dalsze lokaty. Najlepszy z nich jest obecnie ósmy w zestawieniu Brazylijczyk Liliu, zawodnik estońskiego Nomme Kalju (31 goli). Tylko jedno trafienie mniej mają na koncie Gruzin Zakaria Beglarszwili z estońskiego klubu Flora Tallinn i Brazylijczyk Paulinho ze szwedzkiego BK Hacken, zaś 29 goli strzelił dla FC Dundalk Irlandczyk Patrick Hoban.
Top 25 klasyfikacji Złotego Buta
1. Leo Messi (Barcelona) – 21 goli, 42 pkt;
2. Kylian Mbappe (Paris Saint-Germain) – 18 goli, 36 pkt;
3. Cristiano Ronaldo (Juventus Turyn) – 17 goli, 34 pkt;
4. Edinson Cavani (Paris Saint-Germain) – 16 goli, 32 pkt;
5. Fabio Quagliarella (Sampdoria Genua) – 16 goli, 32 pkt;
– Nicolas Pepe (Lille) – 16 goli, 32 pkt;
– Mohamed Salah (FC Liverpool) – 16 goli, 32 pkt;
8. Liliu (Nomme Kalju, Estonia) – 31 goli (współczynnik 1), 31 pkt;
9. Mbaye Diagne (Kasimpasa, Turcja) – 20 goli (współczynnik 1,5), 30 pkt;
10. Zakaria Beglarishvili (Flora Tallinn, Estonia) – 30 goli (współczynnik 1), 30 pkt;
– Paulinho (BK Hacken, Szwecja) – 20 goli (współczynnik 1,.5), 30 pkt;
– Luis Suarez (Barcelona) – 15 goli, 30 pkt;
– Duvan Zapata (Atalanta Bergamo) – 15 goli, 30 punktów;
14. Pierre-Emerick Aubameyang (Arsenal Londyn) – 15 goli, 30 pkt;
15. Patrick Hoban (Dundalk FC) – 29 goli (współczynnik 1) – 29 pkt;
16. Luka Jovic (Eintracht Frankfurt) – 14 goli, 28 pkt;
– Krzysztof Piątek (Milan) – 14 goli, 28 pkt;
– Sergio Aguero (Manchester City) – 14 goli, 28 pkt;
– Harry Kane (Tottenham Hotspur) – 14 goli, 28 pkt;
20. Nikolay Komlichenko (FK Mlada Boleslav) – 18 goli (współczynnik 1,5), 27 pkt;
– Robert Skov (FC Kopenhaga) – 18 goli, współczynnik 1,5), 27 pkt;
– Luuk de Jong (PSV Eindhoven) – 18 goli (współczynnik 1,5), 27 pkt;
– Roman Debelko (FCI Levadia) – 27 goli (współczynnik 1), 27 pkt;
Linus Hallenius (GIF Sundsvall, Szwecja) – 18 goli (współczynnik 1,5), 27 pkt;
25. Neymar (Paris Saint-Germain) – 13 goli, 26 pkt;
26. Robert Lewandowski (Bayern) – 12 goli, 24 pkt
– Arkadiusz Milik (SSC Napoli) – 12 goli, 24 pkt.