Churchill był zbrodniarzem

Winston Churchill jest prawdopodobnie jedną z najbardziej zmitologizowanych postaci historycznych pochodzących z Wielkiej Brytanii. Wielu stawia go na piedestale, przypisuje mu niesamowite osiągnięcia, a także bezkrytycznie podchodzi do całej jego spuścizny. Tymczasem mężczyzna z cygarem w imię brytyjskiego imperializmu popełniał również zbrodnie.

W dodatku nie chodzi tylko o decyzje Churchilla jako premiera w latach 1940-1945 oraz 1951-1955. Przestępstw politycznych i wojennych dopuszczał się jeszcze przed wejściem na wielkie salony.

Afgańska młodość

W 1897 roku, w wieku 23 lat, Churchilla włączono jako żołnierza-dziennikarza do siły polowej Malakand, działającej jako część brytyjskiej ekspedycji pod wodzą Sir Bindona Blooda. Jednostkę wysłano w celu unicestwienia ludności z plemienia Pasztunów z prowincji North West Frontier, na której aktualnie wytyczona jest granica afgańsko-pakistańska.
O tym, co działo się w Afganistanie nie wiemy za wiele, bowiem wszelkie źródła z tamtego okresu albo wciąż są utajnione, albo zostały zniszczone. Churchill jednak, oprócz bycia żołnierzem brytyjskiej armii, był także początkującym pisarzem i wiele swoich przemyśleń, rozkazów oraz przeżyć, podobnie jak inni politycy tamtego okresu, spisywał w notatnikach. Zbrodnia w Afganistanie miała miejsce na kilka lat przed wejściem w XX wiek. Brytyjczycy podczas kampanii w południowej Azji wzięli sobie na cel wioski, osady oraz miasteczka zamieszkiwane przez Pasztunów.

O masakrze na mieszkańcach Afganistanu Churchill pisał: „Wszystko działo się systematycznie. Paliliśmy domy i całe wioski. Opróżnialiśmy studnie i wysadzaliśmy w powietrze wieże. Ścinaliśmy drzewa, dające najwięcej cienia, podpaliliśmy zbiory, a ich przechowalnie żywności doszczętnie niszczyliśmy”. Te zeznania pokrywają się dokładnie z raportami świadków całego zajścia. Trudno jednak o dokładne wyliczenia tej, trwającej kilkanaście dni, ciągłej rzezi. Niektórzy historycy sugerują, iż minimalna ofiar akcji wyniosła ok. 150 zabitych i rannych wśród samych żołnierzy brytyjskich. Ofiar po stronie afgańskiej było wielokrotnie więcej.

Dwie interwencje w Iranie

Churchill zaczął ingerować w sytuację wewnętrzną Iranu już w 1914 r., kiedy złożył w House of Commons wniosek o wykupienie większości akcji spółki naftowej Anglo-Iranian Oil Company. Polityczny imperializm był jednak wyłącznie podstawą do wzięcia pod swoją kontrolę całego kraju również w rozumieniu geopolitycznym. Brytyjczykom zależało wyłącznie na irańskiej ropie, dlatego też całkowicie zignorowali szansę pomocy Irańczykom, ginących podczas klęski głodu z lat 1917-1919. Oczywiście nie wszystko to jest winą samego Churchilla. Niemniej spokojnie można zaryzykować twierdzenie, że skoncentrowanie się wyłącznie na zyskach, nie zwracając uwagi na koszty społeczne było znakomitym podsumowaniem imperialistycznej polityki torysów.

W 1921 r. w Iranie odbył się pucz wojskowy (wspierany w pewnej części przez Brytyjczyków), po którym szach Reza Pahlawi stanął na czele perskiego kraju. Pahlavi nie był ani probrytyjski, ani antybrytyjski. Z jednej strony promował się na przywódcę, który zakończy penetrację Iranu przez światowe imperia, ale z drugiej strony wciąż przyzwalał Anglikom na importowanie ropy po niższych cenach, niż reszcie skupujących. Pahlaviemu zależało na brytyjskim sojuszniku z tego względu, że bał się Sowietów i tego, że mogliby, jak kiedyś Rosja carska, ostrzyć sobie zęby na Teheran i zasoby naturalne Iranu.

Przez 5 lat rządów Churchilla (1940-1945) co prawda Wielka Brytania nie poczyniła większych kroków przeciwko Irańczykom, ale tajne służby brytyjskie w ciągłej kooperacji z amerykańskimi bacznie się Iranowi przyglądały. Współpraca ta przyniosła owoce w roku 1953, gdy Amerykanie zorganizowali w Iranie pucz przeciwko rządowi demokraty Mohammada Mosaddegha, by dostać się do perskiej ropy. Kto stał wówczas na czele rządu Wielkiej Brytanii? Winston Churchill. Czy zainterweniował? Nie.

Wielki głód w Bengalu

To, co działo się w Indiach, a przede wszystkim w Bengalu podczas II wojny światowej, to chyba ta zbrodnia Churchilla, która najsilniej – chociaż nadal niewystarczająco – przebiła się do publicznej świadomości. Dr Shashi Tharoor w swojej książce „Inglorious Empire” porównuje Churchilla do innych zbrodniarzy XX wieku i podsumowuje: „Churchill ma na swoich rękach krew milionów, ale Brytyjczycy wolą o tym zapomnieć”.
Bengalczycy byli praktycznie bezbronni, jako mieszkańcy jednej z brytyjskich kolonii byli w pełni zdani na łaskę Churchilla. Ten jednak Indii szczerze nienawidził i stworzył z tego regionu swoisty bank zasobów. Na bliski wschód eksportowano bengalski ryż w ilościach takich, że nie zostawało go dla mieszkańców Indii. Bengalczycy byli przymusowo przesiedlani w miejsca, w których także nie mieli dostępu do pożywienia. Takie działania doprowadziły do potężnego głodu, rozwoju malarii w tamtym regionie, a także do czynników ekonomicznych takich jak zabójcza dla najbiedniejszych mieszkańców hiperinflacja. Raport Geophysical Research Letters jasno wskazuje, że gdyby nie brytyjska polityka, bieda i głód nie osiągnęłyby takich rozmiarów na terytorium Bengalu i innych hinduskich prowincji.

W okresie 1943-1944 w Bengalu zginęło około 3 miliony mieszkańców, co stanowiło wówczas 5 proc. całej populacji regionu. Kolejne kilka milionów przez wiele lat musiało się zmagać ze skutkami decyzji podejmowanych przez Churchilla. Dlaczego aż tylu Hindusów zostało faktycznie skazanych na śmierć? Chodziło o import wszelkich surowców naturalnych, które przydałyby się administracji Winstona Churchilla podczas II wojny światowej. Stworzenie z tych terenów swoistego banku, skąd można brać i brać skończyło się jednak katastroficznie.

Antykomunistyczna grecka tragedia

Pod koniec II wojny światowej Grecja stała się miejscem kolejnego konfliktu, tym razem wewnętrznego. Armia brytyjska na zlecenie urzędującego wówczas premiera, Winstona Churchilla bez skrupułów uderzyła w socjalistycznych i komunistycznych partyzantów z ELAS oraz EAM, którym przypisać można m.in. wypędzenie z kraju wojsk III Rzeszy. Antykomunistyczna paranoja Churchilla była zbyt silna, aby zostawić to państwo w spokoju, więc razem z rządem Stanów Zjednoczonych i innymi państwami aliantów zachodnich, premier Wielkiej Brytanii doprowadził do utworzenia w Grecji prawicowego rządu, który podsycając konflikt, doprowadził do wojny domowej.

Najbardziej znanym wydarzeniem związanym z ingerencją Brytyjczyków w sytuację wewnętrzną Grecji jest masakra, której dokonały wojska wysłane przez Churchilla pod koniec 1944 roku w Atenach. W ciągu jednego dnia, 3 grudnia, śmierć poniosło co najmniej 28 partyzantów. Początek 1945 zwiastował z kolei następną falą represji i przemocy – prawicowy rząd Grecji, przy współpracy z Brytyjczykami, wsadził do więzienia blisko 15 000 lewicowych, antyfaszystowskich partyzantów ELAS.

W roku 1946 w Grecji doszło do wyborów, które miały być dowodem na to, że Amerykanom i Brytyjczykom chodzi o wprowadzenie demokracji, której rzekomo komuniści z EAM/ELAS się sprzeciwiali. W tym samym roku doszło do referendum dotyczącego utrzymania w Grecji monarchii. Kampania referendalna przebiegała pod znakiem prawicowego terroru finansowanego przez USA i Wielką Brytanię skierowanego przeciwko lewicowym partyzantom antymonarchistycznym. Te wydarzenia miały miejsce już po tym, gdy Torysi przegrali w wyborach parlamentarnych i premierem UK został laburzysta Clement Attlee, aczkolwiek wszystkie decyzje dotyczące tego, jak odebrać Grekom możliwość decydowania o sobie podjęła jeszcze administracja Churchilla.

Kenia – powtórka z Indii

Kenia pierwszej połowy lat 50. XX wieku stanowiła idealny przykład rasizmu. Zdominowana przez białych, zarządzających czarną większością według własnego uznania.

Gdy w roku 1953 blisko 150 tys. mieszkańców Kenii zostało umieszczonych w obozach koncentracyjnych. Churchill nie protestował. Sam stał za rozkazami, na mocy których te wydarzenia w ogóle miały miejsce. Ofiary brytyjskiego kolonializmu w Kenii miały być „resocjalizowane” i „uczone”, jak być lepszymi obywatelami. Brytyjskie wojsko oraz służby specjalne dopuszczały się przemocy, gwałtów, przypalały czułe miejsca papierosami oraz stosowali tortury przy pomocy elektrowstrząsów.

Sprzeciw mieszkańców Kenii przeciwko władzy brytyjskiej i kolonijnym porządkom w ich kraju oczywiście istniał. Ruch plemienny zainicjował powstanie Mau Mau, które toczyło otwartą walkę partyzancką przeciwko Brytyjczykom. Nie był jednak na tyle silny, by wypędzić UK ze swoich terenów. Do dekolonizacji Kenii doszło dopiero w grudniu 1963 r., a i tę niepodległość trudno nazwać pełną. Brytyjczycy wciąż mocno ingerowali w politykę wewnętrzną “niepodległej” Kenii, na co wskazuje raport Kathryn Meyer.

Represje po strajku

Ćwierć miliarda pracowników wzięło udział w środowym strajku generalnym przeciw neoliberalnej polityce rządu premiera Narendry Modiego z rasistowskiej Indyjskiej Partii Ludowej (BJP). Rząd teraz kontratakuje: masowe aresztowania, lokauty, pozbawianie miesięcznych zarobków, kary dyscyplinarne, wysyłanie faszystowskich bojówek do zakładów pracy i na uniwersytety. Indie stały się przykładem politycznej symbiozy bezwzględnego autorytaryzmu z neoliberalizmem.

Już w czasie strajku, który objął zarówno sektor publiczny, jak i prywatny, doszło do starć manifestantów z policją – w Kalkucie policjanci użyli ostrej amunicji. Jednak wcześniejsze groźby rządowe nie bardzo wpłynęły na ograniczenie protestów, Indie stanęły na cały dzień.
Strajk, oprócz central związkowych, poparły obie indyjskie partie komunistyczne i nawet opozycyjna, prawicowa Partia Kongresowa. Strajkujący domagali się m.in. walki z bezrobociem, podstawowej ochrony socjalnej dla wszystkich pracowników, podniesienia groteskowo małej płacy minimalnej, jak i zniesienia grudniowej ustawy dyskryminującej mniejszość muzułmańską.
Rząd Modiego od maja zeszłego roku wprowadza ustawy ograniczające i tak nikłe prawa pracownicze, w tym prawo do strajku. Do tego prywatyzuje co się da z sektora publicznego (w tym np. Air India, czy koleje) i hurtowo zmniejsza podatki dla przedsiębiorstw.
W wiecach strajkowych wzięli też udział liczni rolnicy, miliony kobiet i mężczyzn, mimo zakazu manifestowania i policyjnej przemocy. Od trzech dni rząd blokuje internet w części stanów i prowadzi aresztowania liderów robotniczych.
Oprócz kar spadających na pracowników, rząd uruchomił bojówki RSS (Narodowego Stowarzyszenia Ochotników) – faszystowskiej partii, z której w 1980 r. wyłoniło się rasistowskie ugrupowanie obecnego premiera.
Mężczyźni uzbrojeni w kije i łomy biją licznych pracowników i studentów w zakładach pracy i w szkołach wyższych, w stolicy New Delhi i innych miastach, by ich ukarać za udział w strajku. Indyjska lewica porównuje zastosowaną przemoc i neoliberalne „reformy” do czasów kolonialnego niewolnictwa, gdy krajem rządzili Brytyjczycy. Tym razem jednak nie chodzi już o walkę o niepodległość, lecz walkę klas.

Indie: Rząd wyklucza muzułmanów

Indyjski parlament przyjął rządową ustawę o ułatwieniach w nadawaniu obywatelstwa uchodźcom z Afganistanu, Bangladeszu i Pakistanu, lecz pod jednym warunkiem: że nie są muzułmanami.

Do pierwszych manifestacji protestu doszło w północno-zachodniej części kraju, gdzie zginęło co najmniej sześć osób, by wczoraj objąć stolicę New Delhi. Policja biła manifestantów bez względu na wyznanie.
Nacjonalistyczna polityka premiera Narendy Modiego powoduje kolejne napięcia społeczne i ofiary. Jej celem jest marginalizacja społeczności muzułmańskiej w imię „tożsamości hinduskiej”, choć w Indiach od czasów niepodległości mieszka duża mniejszość wyznawców islamu – dziś to ok. 200 milionów osób (na ok. 1,3 miliarda ogółu populacji). Rząd Modiego odizolował już i wprowadził stan wojenny w muzułmańskim Kaszmirze, co stało się obiektem pełzającego konfliktu z sąsiednim Pakistanem. Tym razem zbuntowali się przede wszystkim muzułmanie ze stanu Assam, gdzie policja przystąpiła do krwawych represji.
Do protestów dołączyły ośrodki uniwersyteckie w całym kraju. W New Delhi, doszło do gwałtownych szarż policji na manifestantów: co najmniej setkę studentów odwieziono do szpitali. Na filmach widać zakrwawionych pracowników naukowych i studentów, sale zadymione gazem łzawiącym, ataki policji na kampusie i wokół.
Zdaniem ONZ, ustawa przyjęta przez nacjonalistyczny parlament jest „fundamentalnie dyskryminacyjna”. W północnych stanach władze wyłączyły internet i zakazały manifestacji. Premier Modi oskarżył opozycję o organizację zamieszek, a minister spraw wewnętrznych Amit Shah zapewniał w telewizji, że „kultura, języki, tożsamość i prawa polityczne naszych braci i sióstr z północnego wschodu pozostaną nienaruszone”, jednak znaczna część populacji muzułmańskiej jest poważnie zaniepokojona.
Przeciw ustawie manifestują też hinduiści, lecz z innego powodu: obawiają się, że wywoła ona falę emigracji do Indii hinduistów z Bangladeszu, którzy „odbiorą pracę”. Ich ustawowe uprzywilejowanie (jak i Sikhów) miałoby pogorszyć już i tak niewysoki poziom życia na północnym wschodzie kraju. Rząd zastanawia się nad wprowadzeniem stanu wyjątkowego w kilku stanach tej części subkontynentu.

Pakistan grozi

Premier Pakistanu Imran Khan powinien był zająć najwyżej 15 min., ale jego przemówienie w ONZ trwało godzinę.

Podczas gdy przemawiający wcześniej premier Indii Narenda Modi całkiem pominął kwestię Kaszmiru, Khan mówił tylko o tym: „kiedy mocarstwo atomowe bije się do końca, to może mieć konsekwencje poza jego granicami, na całym świecie. Dlatego przyszedłem was ostrzec, nie grozić.”
Kaszmir to indyjska prowincja w zachodnich Himalajach, jedyna z większością muzułmańską, bliższą kulturowo i religijnie Pakistanowi, niż Indiom. Wielu mieszkańców Kaszmiru pragnie niepodległości lub połączenia z Pakistanem. Dwa miesiące temu Indie odebrały prowincji konstytucyjną autonomię, po wprowadzeniu jej całkowitej izolacji i skierowaniu tam wielkich posiłków wojskowych. Skutki: godziny policyjne i masowe represje w imię „walki z terroryzmem”. Teraz Pakistan obawia się, że Hindusi chcą nań napaść, by odebrać resztę Kaszmiru, która mu przypadła w wyniku poprzednich wojen. Oba kraje są mocarstwami atomowymi.
„Kiedy Indie zniosą stan wyjątkowy w Kaszmirze, dojdzie do masakry” – ogłosił Imran Khan innym przywódcom w ONZ. „Indie mają na miejscu 900 tys. żołnierzy, co oni będą robić? To będzie krwawa łaźnia” – przekonywał. Jeśli mówi prawdę (Indie nie komunikują liczebności swego wojska w Kaszmirze), Indie postawiły na nogi dwie trzecie swej armii.
„Jeśli zacznie się między naszymi krajami wojna konwencjonalna, wszystko może się stać” – powiedział pakistański premier, co poruszyło salę. Podkreślał, że Pakistan jest „siedem razy mniejszy od sąsiada” i będzie miał trudny wybór: „poddać się lub walczyć o wolność do śmierci”. Wybór został już zresztą dokonany: „Będziemy walczyć”, a skoro tak, użycie broni jądrowej jest możliwe.
Według niego, indyjskie represje zradykalizowały nowe pokolenie mieszkańców indyjskiego Kaszmiru. Zapewnił, że sam chwyciłby za broń, gdyby słyszał o indyjskich gwałtach na kaszmirskich kobietach, o żołnierzach, którzy wdzierają się do domów, co ma właśnie miejsce. „Jak pogodzić się z takimi upokorzeniami? Indie zmuszają ludzi do radykalizacji.”
Niedaleko budynku ONZ w Nowym Jorku trwały dwie manifestacje, jedna propakistańska, druga proindyjska.

Pierwsze strzały

Minister obrony Indii Rajnath Singh dał do zrozumienia, że jego kraj może zmienić swą doktrynę nie użycia broni jądrowych jako pierwszy. Doszło do tego po incydencie zbrojnym na granicy indyjsko-pakistańskiej w Kaszmirze, pierwszym od czasu zniesienia przez Hindusów autonomii ich części spornej prowincji na początku tego miesiąca. Region zmienia się w beczkę prochu.

Zarówno Pakistan, jak i Indie, nazywają „linią kontrolną” ich wspólną granicę w Kaszmirze, gdyż oba te kraje mają ambicję posiadania całości tego regionu i stoczyły o niego już dwie wojny. Według źródeł pakistańskich, miało tam dojść w czwartek w okolicach miejscowości Nowshera do poważnej wymiany ognia, w której miało zginąć wielu żołnierzy pakistańskich i indyjskich. Nie podano żadnych konkretnych liczb. Pakistan oskarża Indie u użycie międzynarodowo zakazanej amunicji kasetowej (dużych bomb z zawartością wielu małych ładunków – nb. Polska nie uznaje tego zakazu), ale zaprzeczają temu Indie.
Wcześniej zmieniło się stanowisko władz pakistańskich w kwestii sposobu uregulowania konfliktu, z pokojowego na – ewentualnie – zbrojny. Miało to być związane z „potwierdzonym” zagrożeniem indyjskim atakiem na pakistańską część Kaszmiru. W piątek indyjski minister obrony udał się do Pokhranu, gdzie w 1998 r., za czasów premiera Atala Vajpayee, Indie przeprowadziły swój pierwszy, próbny wybuch jądrowy. „Pokhran jest miejscem-świadkiem zdecydowanej determinacji [b. premiera] uczynienia z Indii mocarstwa atomowego, które pozostają ciągle przywiązane do doktryny nie użycia broni jądrowych jako pierwsze. (…) Lecz to, co może wydarzyć się w przyszłości zależy od okoliczności” – pisał potem na Twitterze minister Singh.
Indie zobowiązały się do tej doktryny w 1999 r., podobnie jak wcześniej sąsiednie Chiny, nie uznaje jej jednak Pakistan. Rząd pakistański ogłosił dziś, że minister Singh „kłamie”, gdyż Indie odeszły od niej już w 2003 r., kiedy tamtejszy rząd zadeklarował, że może użyć broni jądrowych w chwili „każdego ataku” (czyli nie tylko jądrowego) o dużej skali na ich terytorium. Oficjalne odejście od doktryny nie użycia takich broni jako pierwszy figurowało w programie wyborczym nacjonalistycznej partii obecnego premiera Indii Narendy Modiego, który 5 sierpnia niespodziewanie odebrał muzułmańskiemu Kaszmirowi autonomię. Indyjska część Kaszmiru pozostaje od tej daty odcięta od świata, lecz różnymi drogami docierają stamtąd wiadomości o szerokich, krwawych represjach przeciw ludności, którą Pakistańczycy uważają za rodaków. W areszcie przebywają przywódcy muzułmańskiej ludności. W sobotę indyjska policja zakomunikowała, że niektóre obostrzenia zostały uchylone, między innymi przywrócono niektóre połączenia telefoniczne.
W piątek odbyło się specjalne posiedzenie Rady Bezpieczeństwa ONZ za zamkniętymi drzwiami na temat sytuacji w Kaszmirze – pierwsze od pięćdziesięciu lat poświęcone tej kwestii. Premier Pakistanu Imran Khan podkreślił, że zwołanie RB to równocześnie przywołanie jedenastu wcześniejszych jej rezolucji mówiących o prawie mieszkańców Kaszmiru do samostanowienia. Internacjonalizacja kwestii Kaszmiru została natomiast skrytykowana przez Indie. „Nie życzymy sobie, aby międzynarodowe organy mówiły nam, jak mamy żyć” – oświadczył po sesji ambasador Indii przy ONZ Syed Akbaruddin, dodając że sprawa Kaszmiru to wewnętrzna sprawa Indii.
Zainteresowanych Czytelników zachęcamy do obejrzenia dokumentalnego filmu o Kaszmirze autorstwa Kacpra Jastrzębskiego „The Stones against Rifles”. Jest on dostępny na YouTube, a także na stronie internetowej „Dziennika Trybuna”.

Księga Wyjścia (24) Ballada o Kaszmirze i królestwie Kabuto

Moje obawy okazały się płonne, od kiedy przyjechał do mnie syn wcale nie spędzamy czasu przy monitorze, lecz wiecznie gdzieś się przemieszczamy tocząc bardzo ciekawe rozmowy.

Wakacje to taki okres, podczas którego zjechali się obaj synowie. Starszy po ukończeniu uniwersytetu w Londynie postanowił kontynuować naukę na studiach podyplomowych w Chinach, przyjechał na wakacje. Mieszka niedaleko, więc widujemy się często, młodszy przyjechał do mnie z Bydgoszczy, a ponieważ ma niecałe czternaście lat obawiałem się, że jedyna godna jego uwagi atrakcja to komputer i gry. Okazało się na szczęście nie.
Już drugiego dnia pojechaliśmy do Janowca, jest tam fantastyczny zamek wraz z całym kompleksem parkowym, w którym znajduje się również skansen. Sam zamek ma bardzo ciekawą historię, poza tym, że kręcono w nim ostatnią scenę z Wokulskim – to niby tam się wysadził.
To jest to jedyny w Polsce zamek, który w PRL był w prywatnych rękach. Właściciel jednak nigdy nie robił kłopotu zwiedzającym, nawet nie pobierał żadnych opłat. Kozłowski, tak miał na nazwisko, zmarł w 1976 roku, potem chyba ów zabytek zasilił skarb państwa. Częściowo odbudowany, częściowo pozostawiony jako wieczna ruina.
Po złażeniu zamku i okolic, chciałem pokazać Maciusiowi okoliczne góry. Nie są to wprawdzie ambitne szczyty na miarę Tatr, ale to właśnie tam uczyłem się wspinaczki i ona zaszczepiły mi miłość do gór. Śmiało ruszyłem więc prowadząc dziecko w miejsca znane mi z młodości, a tam wszędzie ogrodzenia. Chodziliśmy wzdłuż stoku szukając jakiegoś nieogrodzonego miejsca, gdy wreszcie udało się takowe znaleźć, z namiotu wyskoczył w majtkach jakiś starszy jegomość i z awanturą zaczął na przepędzać z jak to ujął – jego prywatnej posesji. Ze względu na dziecko starałem się być miły.
Niezrażeni agresją chama, ruszyliśmy dalej szukać wolnej przestrzeni, ale jedyne co udało się znaleźć to zarośnięte kolczastymi krzakami chaszcze i krzaki. Podjęliśmy próbę przejścia i przedostania się w mniej kłujące miejsce, traktując tę naturalną barierę jako zło konieczne. Niestety, podrapani wróciliśmy w końcu na janowiecki rynek, by zjeść obiad i wrócić do domu. Podczas obiadu opowiadałem jak było tu niegdyś, że można było dowolnie chodzić, łazić, wspinać się i nikomu to nie przeszkadzało. Wtedy Maciek mnie zaskoczył, zapytał czy wiem coś o mikronacjach i że jest w Polsce inne państwo.
Wiedziałem o angielskiej rodzinie, która zasiedliła opuszczoną platformę na wodach eksterytorialnych i utworzyła tam własne państwo o nazwie Sealand. Anglicy usiłowali ich stamtąd przepędzić wysyłając swoje wojska, ale rodzina odwołała się do instytucji międzynarodowych i wygrała. Opowiadałem o rozgłośniach radiowych i filmie „Radio na fali”, gdy w latach sześćdziesiątych muzyka rockowa była na wyspach ściśle reglamentowana, wiele rozgłośni radiowych nadawało z wód eksterytorialnych na morzach i oceanie. Wtedy syn zaskoczył mnie po raz kolejny, okazało się, że w Polsce również są niepodległe państwa, zwłaszcza jedno jest bardzo osobliwe. Królestwo Kabuto znajduje się pod Radomiem, flagę mają podobną do brazylijskiej, nie obowiązuje tam ani podatek VAT, ani dochodowy. Języki urzędowe to polski i angielski, jest monarchią i obecnie stara się o uznanie przez NATO.
Tak naprawdę jest to kawałek łąki, który teoretycznie ma już wielu mieszkańców, a na pewno obywateli. Władcą jest sprytny Mieszko Makowski, a sama idea jest sprzeciwem sytuacji w kraju. Twórca tego państewka, wcześniej handlował działkami w niebie, piekle i w czyśćcu – z zaznaczeniem, że ma oferty dla każdego wyznania. Ewidentne facet zakpił sobie z religii i polskiego etosu, który formą przewyższa treść. Kabuto dysponuje również terenami,a raczej obszarem wodnym obok Kanady i jakąś działką w Chorwacji. Nie obowiązuje tam żadna religia, a prawo zostało spisane ręką władcy, który jedynie tam administruje.
O ile Królestwo Kabuto jest bardzo barwnym i ciekawym przedsięwzięciem, to okazało się, że takich państewek na terenie Polski jest więcej. Wystarczy być sprytnym i znać przepisy. Miłośnikom wielkiej Polski mogę się teraz głośno zaśmiać w twarz. Legalizacja państwa Kabuto przebiegła zupełnie przypadkowo. Makowski dostał wezwanie na najbliższą komendę. Gdy otworzył kopertę zobaczył urzędowe pismo, opatrzone godłem i pieczęciami z następującą treścią: „wzywa się pana Mieszko Makowskiego zamieszkałego, legitymującego się dowodem osobistym o numerze, w celu złożenia wyjaśnień w sprawie założenia Państwa Kabuto”. Okazało się, że ten niepozorny dokument wystarczył do potwierdzenia, że państwo polskie uznało Kabuto jako osobny, suwerenny kraj.
Łatwiej założyć w Polsce własne państwo niż uzyskać status mniejszości etnicznej. Konkluzja smutna, ale prawdziwa. Wszystko to za sprawą konwencji z Montevideo z 1933 roku. Zgodnie z jej ustaleniami państwo powinno mieć suwerenną władzę, określone terytorium oddzielone granicą i zdolność wchodzenia w stosunki międzynarodowe. Technicznie wygląda to tak, że wystarczy znaleźć kawałek nienależącego do nikogo gruntu, zatknąć flagę i ogłosić nowym państwem.
O ile Mieszko Makowski kupił w Polsce kawałek łąki, to terytorium morskie w Kanadzie i działkę w Chorwacji znalazł przez internet. Obywateli ciągle przybywa i choć nie jest możliwe by pomieścili się oni na tym kawałku łąki, to po rozpatrzeniu przez rząd obywatelstwo dostają lub nie. Korzystają z tego przedsiębiorcy, po pierwsze nie ma tam podatków, ani żadnych urzędów, okienek i pań z którymi trzeba rozmawiać, wszystko można załatwić wirtualnie. Wystarczy wpisać w wyszukiwarkę mikronacje w Polsce, a wyskoczy ich kilkanaście, (dla fanatyków kilka ultrakatolickich). Jest to niezły pomysł na życie, by odciąć się od wpływów kościoła katolickiego. Zamiast walczyć w pochodach czy wiecach z idiotami nafaszerowanymi kultem wojny, którzy z bogiem na ustach wzywają do nienawiści, nazywając ludzi zarazą, utworzyć własne państwo i odrodzić się od nich granicą, a gdy taki Jędraszewski znowu coś palnie, wezwać ambasadora Polski na dywanik.
Do tego potrzebna jest determinacja, ale jeśli nie możemy pokonać ich w sposób demokratyczny, bo ten system coś szwankuje, to może zrobić zrzutkę i wykupić część kraju, a resztą niech się zajmą wszyscy, którzy tak bardzo kochają bliźniego, że aż nienawidzą jego poglądów. Można zostawić im Częstochowę, krowę, kaczkę, drób i drogę na Łagiewniki. Inaczej nigdy nie dadzą nam żyć. Pomysł wydał mi się bardzo fajny, ale jedynie w teorii, bo w praktyce biurokratycznie jestem jak dziecko we mgle.
Dopiero kilka dni temu dowiedziałem się, że jeśli moje książki są w bibliotekach, to raz w roku powinienem dostać jakieś pieniądze. Wydana osiemnaście lat temu „Humanitarna wojna”, jest w wielu bibliotekach, także uniwersyteckich, problem polega jedynie na tym, że muszę się gdzieś zarejestrować. Dotychczas nie miałem o tym pojęcia. Podczas pobytu synów, a zwłaszcza młodszego, który w tym czasie zamieszkał u mnie, znacznie mniej pasjonuję się krajową polityką. Fakt, że mieszka w Bydgoszczy i rzadko się widujemy, więc wszystko inne zeszło na dalszy plan, ale też naszła mnie refleksja, czy przypadkiem ten tzw „ciemny lud” jak to określił był niegdyś prezes TVP, pasjonuje się tą polityką z nudów? To grupa zgorzkniałych emerytów lub żądnych zadymy kiboli, którym wmówiono, że wojna to cześć, honor i chwała dlatego popieprzają ulicami miast bijąc każdego, kto ma na sobie ubranie w kolorach tęczy. Wniosek jest taki, że od kiedy Maciuś jest u mnie politykę mam głęboko w nosie. Jeśli już, to rozmawiamy o Kaszmirze, ale gdy zejdziemy się we trzech.
Starszy syn nakręcił film o tym zakątku i konflikcie z Indiami. Potrafi o tym opowiadać, a młodszy z zaciekawieniem słucha. Podobnie jak interesują go bardzo Chiny, jeśli polityka, to międzynarodowa. Krajową mamy w nosie, oprócz Królestwa Kabuto oczywiście. Jeśli naprawdę mamy dość rządów ostatnich trzydziestu lat, to nic tylko założyć własne państwo, na własnych zasadach.
I teraz najważniejsza konkluzja, czy naprawdę musiało minąć ponad sto lat, by zacząć wcielać idee Bakunina? Ostatnie wydarzenia na terenach Kaszmiru stały się pretekstem, by ponownie opowiedzieć historię tego regionu. Za zgodą autora filmu, czyli mojego syna, podaję adres internetowy, pod którym można obejrzeć ten film pt: „Kamienie przeciw karabinom”. A w wersji internetowej może DT znajdzie miejsce by go również zamieścić. https://youtu.be/i8vLpG4sMzc
Na dzisiaj wystarczy, musimy z Maciusiem iść odkrywać kolejne dzikie zakątki z mojej młodości. Mam nadzieję, że jeszcze nie wszystkie wykupili deweloperzy.

Ewolucja BRICS

Książka amb. Sylwestra Szafarza pt. „Ewolucja BRICS” to pierwsze na polskim forum publicznym opracowanie dotyczące tej wielkiej organizacji gospodarczej i politycznej zrzeszającej już pięć państw i współpracującej z większością krajów rozwijających się, a także z takimi mocarstwami jak USA, Niemcy, Francja czy W. Brytania oraz z wieloma organizacjami międzynarodowymi.

Praca ma charakter kompleksowy, ukazuje drogę kształtowania się idei, poczynania organizacyjne uczestników, plany na przyszłość i ogrom uwarunkowań globalnych.
W świetle światowej rywalizacji o przywództwo globalne, BRICS to najpoważniejszy uczestnik tej konkurencji o trudnych do przeszacowania zasobach materialnych, wytwórczych i rynkowych oraz o wielkim potencjale nowych idei określających miejsce człowieka we współczesnym świecie i wzajemne relacje pomiędzy organizmami państwowymi i innymi wielkimi ugrupowaniami gospodarczymi i politycznymi.
Przypomnijmy, że w skład BRICS wchodzą: Brazylia, Rosja, Indie, Chiny i Afryka Południowa. Porozumienie powstało w wyniku kilkuletnich negocjacji na tle potężnego kryzysu ekonomicznego współczesnego świata, który ogarnął czołowe państwa kapitalistyczne na początku XXI wieku. Było ono formą obrony interesów ekonomicznych i politycznych krajów należących do grupy określanej jako rozwijające się (tzw. państwa wschodzące), niezaangażowane itp. Było też próbą odizolowania się od negatywnych konsekwencji neoliberalnego zwrotu, który nastąpił w gospodarce globalnej w wyniku „Konsensusu Waszyngtońskiego” w latach 70. XX wieku.
Po raz pierwszy, jeszcze jako BRIC, zainteresowane państwa spotkały się na szczeblu ministrów spraw zagranicznych podczas Zgromadzenia Ogólnego Narodów Zjednoczonych w Nowym Jorku, w 2006 roku. Rok później miało miejsce kolejne spotkanie, również z okazji Zgromadzenia Ogólnego ONZ. Zaś pierwsze spotkanie „na szczycie”, formalnie zawiązujące BRIC, odbyło się 16 czerwca 2009 roku w Jekaterynburgu (Rosja). 13 kwietnia 2011 roku do BRIC dołączyła Republika Południowej Afryki (South Africa). Od tego czasu mamy do czynienia z porozumieniem i stowarzyszeniem określanym
jako BRICS.
Jego atrakcyjność w sensie efektów ekonomicznych poszczególnych państw, jak też koncepcji rozwoju opartych o idee nowej globalizacji i IV rewolucji przemysłowej budzi zainteresowanie współczesnego świata. Wiele państw narodowych, głównie z obszaru krajów rozwijających się z dużą sympatią i zainteresowaniem patrzy na doświadczenia i efekty działania BRICS. Dotyczy to tej organizacji jako całości, jak też poszczególnych państw – jej członków.
Szczególne znaczenie mają tutaj doświadczenia Chin, które nieprzerwanie od końca lat 70. mają trwałą gospodarkę wzrostu opartą o nowe idee chińskiej wersji socjalizmu, zbudowanej w oparciu o trzy podstawowe wartości. Obejmuje to po pierwsze: partnerski układ podstawowych form własności – państwowej (społecznej) i prywatnej, po drugie: zaprzęgnięcie do działania na rzecz państwa i obywateli mechanizmów rynkowych oraz po trzecie: praktyczną realizację chińskiej wersji państwa dobrobytu określanej jako idea sprawiedliwego i umiarkowanie zasobnego społeczeństwa.
Chiny są w BRICS gospodarką dominującą, która zarówno w kreowaniu nowych modeli i wartości jest w globalnej czołówce w swej polityce wewnętrznej. Bowiem – w miejsce centralnie sterowanej gospodarki zbudowano skuteczny i atrakcyjny model socjalistycznej gospodarki rynkowej o specyfice chińskiej (w nowej erze), jak też w sensie atrakcyjności idei rozwoju i współpracy płynących w świat. Dotyczy to zasad opartych na partnerstwie, lojalności i wzajemnych, równych korzyści wynikających ze współpracy. Towarzyszy temu praktyczna idea budowy pasa transmisyjnego współpracy i wymiany handlowej w postaci tzw. Pasa i Szlaku (wcześniej Jedwabnego Szlaku). Praktyka pokazuje, że idea ta przyciąga lawinowy wzrost inwestycji i ruchu kapitałów zarówno pochodzenia chińskiego, jak też partnerów międzynarodowych.
Trzeba podkreślić, że aktywność państw BRICS i ich osiągnięcia, szczególnie w obszarze gospodarki i nowych technologii, przyciągają partnerów do współpracy, zarówno z grona państw rozwijających się, jak też wysoko rozwiniętych. Tworzy to wokół BRICS warunki i atmosferę sprzyjającą współpracy i nawiązywaniu bliskich więzi na różnych płaszczyznach, szczególnie kulturalnej i kontaktów międzyludzkich. Stan ten daje możliwości praktycznej realizacji idei pokojowego współistnienia i współpracy, budowania nowego ładu międzynarodowego a nie jak dotychczas brutalnej rywalizacji, wyzysku neokolonialnego itp. rodzących nierówność, dysproporcje, konflikty i wojny.
Wokół państw BRICS coraz wyraźniej rysuje się perspektywa budowy alternatywnych wobec neoliberalnego kapitalizmu wersji rozwoju i nowego miejsca człowieka w świecie cywilizacji informacyjnej i innowacyjnej. Już dziś jest ona atrakcyjna w sensie przyszłościowym dla wielu państw i społeczeństw Azji, Pacyfiku, Afryki i Ameryki Łacińskiej. Budzi to zastrzeżenia i wątpliwości w regionach starej cywilizacji euro-atlantyckiej.
Bez względu na skutki nasilającej się rywalizacji międzynarodowej, trudno byłoby wyobrazić sobie poważny konflikt światowy. Dlatego też realna wydaje się perspektywa ułożenia wzajemnych stosunków globalnych w oparciu o wspólne wartości, których podstawą będzie pokojowa współpraca, podmiotowość i dobro człowieka, sprawiedliwość społeczna i wolność jednostki oraz likwidacja patologii i dysproporcji rozwojowych, a także lepsza wspólna przyszłość wszystkich obywateli Ziemi. Wszystkie te wartości są dziś na sztandarach głównych sił składających się na naszą współczesną cywilizację, jako całość. BRICS po 10 latach aktywnego istnienia i działania jest jednym z jej głównych elementów.
Książka amb. Sylwestra Szafarza pt. „Ewolucja BRICS” obejmuje, te wszystkie zasygnalizowane powyżej i inne główne problemy współczesności. Jest zbiorem esejów o wielkiej wartości intelektualnej i poznawczej – w ujęciu chronologicznym – od I do X konferencji przywódców „na szczycie”. Składa się z dwóch części: „Geneza organizacji BRICS” i „Dynamiczny rozwój BRICS”. Część I ma pięć, a Część II sześć rozdziałów. Załączony jest jeden oryginalny dokument w języku angielskim – Deklaracja BRICS po Konferencji w Johannesburgu, w lipcu 2018 roku, będąca swoistym drogowskazem programowym na przyszłość.
Książka liczy 244 strony druku. Jest dodatkowo opatrzona syntetycznymi komentarzami i wyjaśnieniami wielu zagadnień przez Autora.

Sylwester Szafarz – „Ewolucja BRICS”, Wydawnictwo „Kto jest Kim”, Warszawa 2019, str. 244, ISBN 978-83-64469-20-6.

Walka o wodę

Przy temperaturze 50 stopni Celsjusza można oszaleć. W stanie Tamil Nadu na samym południu Indii ojcowie rodzin bili się w tym tygodniu o wodę z cysterny, która pojawia się nieregularnie. Chodziło o walkę na śmierć i życie. Wielkie połacie kraju przeżywają morderczą suszę. Dochodzi do niepokojów społecznych.

Już trzy lata temu indyjski Sąd Najwyższy podjął decyzję, która zdenerwowała mieszkańców Karnataki, stanu sąsiadującego z Tamil Nadu. Odtąd mieli się dzielić z tymi sąsiadami zasobami wody pitnej. W Bangalore trzeba było ogłosić stan wyjątkowy, aż 15 tys. nowych policjantów zdusiło bunt. Zamieszki na tle dostępu do wody miały już miejsce w Delhi i Mumbaju, zginęły dziesiątki ludzi. Gdy temperatura jest tak wysoka, ryzyko takich tragedii nie spada.
Straszliwe upały w Indiach przynoszą kolejne ofiary. Dotyka to szczególnie bezdomnych, pracujących na zewnątrz, kurierów i dostawców, ulicznych sprzedawców, czyścibutów i ryksiarzy. Na wsi ludzie gonią za cieniem. Zielona rewolucja przyniosła tam nawozy i wielkie systemy nawadniania, lecz wokół to bardziej wysusza niż nawadnia ziemię. W zeszłym roku ponad 140 osób zginęło w bójkach o wodę. Do tego dochodzą rzadkie przedtem, niszczycielskie zjawiska pogodowe. Gorące burze pisakowe bywają tak gwałtowne, że zmiatają domy. Kilka dni temu w Uttar Pradesh zginęły od nich 24 osoby. Problemem jest opóźniająca się pora deszczowa. Wszyscy jej wypatrują, ma być za tydzień.

Joy Bangla

Z PKF przez Polskę i świat

Do Kalkuty przylecieliśmy samolotem rejsowym Air India wraz z panem Jerzym Szpunarem, konsulem polskim w Dhace. Przez cztery dni konsul starał się zorganizować transport do Dhaki. Wreszcie dostał wiadomość, że w Kalkucie wyląduje samolot z Rawalpindi, którym będzie wracał z pakistańskiego więzienia do Dhaki szejk Mudżibur Rahman, przywódca zbuntowanych Bengalczyków, skazany przez sąd wojskowy w Islamabadzie na karę śmierci
Obiecano, że szejk Rahman po wylądowaniu w Kalkucie zabierze nas do Dhaki. Dla konsula ta wiadomość była zrozumiała, polska placówka bowiem pomagała rodzinie Mudżibura Rahmana, gdy Pakistańczycy przetrzymywali ją w areszcie domowym. Wicekonsul, Roman Polak, dostarczał wtedy żywność i leki, oczywiście nielegalnie. Niestety, samolot pojawił się nad lotniskiem, ale nie wylądował. Odlecieliśmy kilka godzin później wojskowym samolotem transportowym. Mieliśmy szczęście – z Kalkuty do Dhaki latały wówczas tylko samoloty wojskowe. Komunikacja cywilna, na początku stycznia 1972 roku nie istniała. Wylądowaliśmy w stolicy Bangladeszu późnym wieczorem
Nowe przyjaźnie
Lotnisko w Dhace praktycznie nie funkcjonowało i sprawiało wrażenie opustoszałego. W miejscu, gdzie kiedyś pracowali celnicy i służby graniczne, siedział jakiś znudzony mężczyzna z karabinem, długo szukał pieczątki, by podstemplować nasze paszporty. Nie spytał, co wwozimy, choć nie mógł nie zauważyć dość dużego bagażu służbowego (kamery w metalowej walizce, taśmy filmowej w specjalnych pojemnikach, statywu, kanistra ze spirytusem, do przemywania obiektywów, magnetofonu, zestawów oświetleniowych i trzech walizek osobistych: Sławka Sławkowskiego – operatora PKF, Bogdana Saganowskiego – asystenta i mojej – najmniejszej, oczywiście.
Nazajutrz rano, gdy udaliśmy się do centrum miasta usłyszeliśmy okrzyki manifestujących mieszkańców Dhaki: „Joy Bangla, Joy Bangla” – raduj się Bengalio! Przez cały czas pobytu będziemy słyszeć to zawołanie.
„Joy Bangla” – pozdrawiają nas uczniowie, „Joy Bangla” – wołają manifestujący żebracy, „Joy Bangla” – rozlega się na zatłoczonych drogach i rzecznych przeprawach. Tłumy Bengalczyków wyrażają w ten sposób radość z odzyskania niepodległości i przepędzenia Pakistańczyków, traktowanych od początku powstania Pakistanu Wschodniego jak okupantów, bowiem oprócz religii nic ich z Pakistanem nie łączyło.
Przez pierwsze dziesięć dni byliśmy w Dhace jedyną zagraniczną ekipą filmową. Zamierzaliśmy nawet wysłać do Warszawy z Chittagongu (tylko to portowe miasto utrzymywało łączność ze światem) naeksponowaną (naświetloną) taśmę, ale pomysłu nie zrealizowaliśmy, z powodów czysto prozaicznych. Prywatny samolot, który woził pocztę, pobierał opłatę w dolarach amerykańskich, a my dysponowaliśmy tylko niewymienialnymi wtedy w Bangladeszu na żadną zachodnią walutę, rupiami indyjskimi.
W Dhace konsul Szpunar zaproponował, żeby zrezygnować z hotelu. Sławek i Bogdan rozlokowali się w pokoju gościnnym konsulatu, a ja skorzystałem z uprzejmości wicekonsula Romana Polaka. Jego mieszkanie świeciło pustką, bowiem żony i rodziny pracowników wyjechały do kraju, gdy rozpoczęła się dziewięciomiesięczna wojna z Pakistanem. Pracownicy placówki: konsul, wicekonsul, szyfrant i pan, który zajmował się zakupami juty, zwany „juciarzem” stanowili cały personel.
Pierwszy wieczór, zaraz po przylocie, spędziliśmy w konsulacie opowiadając o kraju, bo tu wieści znad Wisły nie docierały przez cały czas wojny. Na wspólnej kolacji, przekonałem się, że Sławek Sławkowski to nie tylko utalentowany operator filmowy, ale i zaradny życiowo człowiek. Kiedy na stole nasi gospodarze rozstawili egzotyczne potrawy, Sławek wparadował do salonu z butelką złocistego płynu w ręce i przeprosił wszystkich za zaniedbanie, którego się dopuścił, przywożąc spirytus bez soku z mazowieckich wiśni. Piliśmy więc „grejpfrutówkę”, która naszym rodakom smakowała prawie tak samo jak wiśniówka.
Uprzedzę tu pewne fakty. Spirytus przeznaczony do przemywania sprzętu, okazał się środkiem bezcennym. Otwierał wiele drzwi, ułatwiał kontakty dyplomatyczne i towarzyskie. Grejpfrutówka smakowała szczególnie konsulowi radzieckiemu – składał często przyjacielskie wizyty tak długo, aż zakomunikowaliśmy mu, że spirytusu już nie ma. Wtedy nasze więzy bardzo się rozluźniły. Sławek ponadto był mistrzem w nawiązywaniu bliskich kontaktów z przedstawicielami różnych nacji, jego szeroko otwarta dusza słowiańska zjednywała mu przyjaciół w armii indyjskiej, wśród oddziałów Mukti Bahini, urzędników kancelarii premiera i wojskowych bengalskich.
Pewien Sikh, pułkownik armii indyjskiej, zaprosił nas nawet do siebie na kolację, nie tylko nas, ale także przedstawicieli armii bengalskiej, jak również cywilów ze sfer zbliżonych do demokratycznego rządu. Na przyjęciu nie było ani jednej damy. „Same chłopy!” Sławek oczywiście przyniósł flaszeczkę mazowieckiej „grejpfrutówki.” Napój wywarł nadspodziewanie piorunujące skutki. W takt indyjskiej i bengalskiej muzyki rozpoczęły się tańce. Pamiętam, że tańczyłem z hinduskim pułkownikiem, miał on na głowie gustowny turban, więc się prezentował bardzo efektownie.
Mazowiecka grejpfrutówka (podejrzewam, że nie była to jedna butelka) rozweseliła i wprawiła naszych nowych przyjaciół w doskonały nastrój. Piliśmy bruderszafty i przysięgaliśmy sobie dozgonną przyjaźń. Sławek nie zwlekając zapytał pułkownika, kiedy pojawią się damy. Zjawiły się natychmiast: siostry, kuzynki, a nawet żony, no może nie te pierwsze, ale drugie z pewnością, bawiliśmy się wszak w świecie muzułmańskim, a muzułmanie są gościnni tak samo jak chrześcijanie! A może nawet bardziej gościnni.
Pierwszy dzień wolności
Następnego dnia w wielkiej sali pałacu gubernatora (spotkaliśmy tu wielu naszych nowych przyjaciół) filmujemy uroczystość zaprzysiężenia rządu. Sędzia, w ogromnej jasnej peruce na głowie, przyjmuje od premiera wolnego Bangladeszu, Mudżibura Rahmana, uroczystą przysięgę. Ale to nie sędzia w angielskiej peruce wzbudza powszechne zainteresowanie. Oczy zgromadzonych w tej sali zwrócone są na szejka Rahmana, który pokieruje państwem, zwanym do niedawna Pakistanem Wschodnim, a teraz Bangladeszem. Zebrani wiedzą, że jest to zadanie gigantyczne, zważywszy, że tylko 18 procent tego 75-milionowego społeczeństwa umie czytać i pisać! Ten pięćdziesięciodwuletni mężczyzna jest nie tylko przywódcą kraju, ale autentycznym bohaterem narodu, symbolem walki o niepodległość. To on uzmysłowił prawdę Bengalczykom mówiąc, „że dotychczas byliśmy traktowani [przez Pakistan przyp. M.Ch.] jak kolonia i rynek zbytu”.
Szejk Rahman cieszy się pełnym zaufaniem większości Bengalczyków. Z dziecinną wiarą i miłością nadali mu przydomek „Bangabundhu” – ojciec narodu. Miłość do premiera jest tak widoczna i ogromna, że w duchu stawiam sobie pytanie: czy jeden człowiek sprosta pokładanym w nim nadziejom? Filmowaliśmy Bangladesz dosłownie w pierwszych dniach wolności. Udzielały się nam ich radość i uniesienie, jednocześnie przerażało to, co zapisywaliśmy na taśmie.
Krajobraz po wojnie
Wojna z Pakistanem trwająca dziewięć miesięcy pogrążyła ten najbiedniejszy kraj świata w niespotykanej nędzy. Za wolność kraju ludność Bangladeszu zapłaciła ośmioma tysiącami spalonych wsi, prawie trzema milionami ubitych sztuk bydła, siedmiuset pięćdziesięcioma zniszczonymi fabrykami, trzystoma zburzonymi mostami, tysiącami spalonych szkół, i dziesięcioma tysiącami zamordowanych nauczycieli. Wszystkich zabitych nie zdołano jeszcze wtedy policzyć. Szacowano, że było ich około cztery miliony. Cztery miliony istnień ludzkich w ciągu dziewięciu miesięcy! I prawie dziesięć milionów uchodźców, którzy znaleźli schronienie w Indiach.
Na początku stycznia 1972 roku, na wiecu w Dhace, gdzie zgromadziło się ponad milion ludzi, Mudżibur Rahman mówił o zbrodni ludobójstwa, jakiego dopuściła się armia Jahyi Khana.
Harikarparę nazywają wsią grozy. Wody Burigangi, przez cały kwiecień 1971 roku, miały kolor czerwony od krwi. Żołnierze pakistańscy mordowali tu ludzi od świtu do zmierzchu. Początkowo strzelając z karabinów. Później – dla oszczędności amunicji – wiązano przeznaczonych na śmierć sznurami z juty po ośmiu, po dziesięciu, z rękami wykręconymi do tyłu, potem rozcinano im brzuchy i wrzucano do rzeki. Naoczni świadkowie zbrodni, stara kobieta i jej mąż, mówią nam: nocami, kiedy zapadała cisza, słychać było jęki umierających. Żołnierze wymordowali niemal wszystkich mieszkańców wsi. Zwozili tu Bengalczyków z innych miejscowości. W kwietniu ubiegłego roku, zamordowali w Harikarparze dwadzieścia tysięcy ludzi! Nie kopano grobów, wody rzeki pochłaniały ciała pomordowanych. Idziemy brzegiem Burigangi, co kilka kroków leżą sczerniałe od mułu ludzkie czaszki i szkielety.
Harikarpara nie jest wyjątkiem. Czaszki ludzi widziałem na brzegu rzeki w Narayanganj, na ryżowiskach Tangail i na łąkach w pobliżu Dhaki. Ludzie zobojętnieli tu na śmierć. Z twarzami przysłoniętymi białymi chustami zbierają szczątki pomordowanych. Mnie brzegi Gangesu, Burigangi i Jamuny długo się jeszcze śniły. Egzotyczne krajobrazy przesłaniały mi zgliszcza bengalskich wsi.
Kwiaty, które oglądałem w Bengalii – wielobarwne, o baśniowych kształtach – nie cieszyły moich oczu. Do dziś, po tylu latach, nie mogę zapomnieć nędzy uchodźców, rozognionych oczu dzieci umierających tak wprost na ziemi, w obozowiskach, pod gołym niebem.
W Comilli, mieście położonym nad granicą z Indiami, komendant policji wiezie nas do zacisznej doliny otoczonej niewielkimi wzniesieniami, nad którą unosi się mdlący zapach ekshumowanych zwłok. Ludzie odkopujący zbiorowe groby z ledwością wytrzymują upał i trupi zapach. Nie pomagają zawiązane na twarzy chusty, co pół godziny muszą się zmieniać. Przywołano nas tu na świadków ludobójstwa. Nikt nie potrafił, nawet w przybliżeniu, określić liczby zamordowanych w tej zacisznej dolinie. Nieopodal, w koszarach inne zbiorowe groby. Zachowały się jeszcze mundury, czapki, dystynkcje. Bez sądu, bez wyroku Pakistańczycy zabijali tu oficerów pochodzenia bengalskiego.
Kobiety – ofiary konfliktu
Styczeń w Dhace można nazwać miesiącem radości i nadziei, ale także miesiącem liczenia strat i żałoby. Oto zupełnie przypadkiem spotykamy pochód kobiet. W długiej kolumnie przemarszu ustawiły się matki z maleńkimi, nagimi dziećmi na rękach i młode piętnasto – szesnastoletnie dziewczyny. Co jakiś czas z magnetofonu zainstalowanego na rikszy rozlegają się hasła, kobiety podnoszą ręce w górę i skandują najgłośniej jak tylko można , ale nie radosne „Joy Bangla” tak popularne w tych dniach w całym kraju, lecz słowa twarde, słowa rozpaczy. Kobiety oskarżają barbarzyńską armię pakistańską. Nad ich głowami powiewają czarne flagi, choć nie jest to pochód anarchistek, a słabych i bezbronnych kobiet, ofiar wojny.
Zdemoralizowana armia Jahyi Khana dopuściła się nie tylko zbrodni ludobójstwa. Żołnierze przysłani tu przez Islamabad plądrowali domy, grabili mieszkania. Urządzali łapanki, uprowadzali córki od ojców i żony od mężów, wywozili do koszar i tam gwałcili – w całym kraju spotkało to ponad dwieście tysięcy kobiet. Teraz, gdy inni cieszą się wolnym państwem, one nie mogą wrócić do swoich rodzin. Tradycja muzułmańska na to nie pozwala. Ojcowie nie wpuściliby do domów skalanych córek, mężowie – żon. Bez dachu nad głową, bez środków do życia przeklinają prześladowców i manifestują swoją rozpacz! Wiele dni później, na spotkaniu z bengalskimi działaczkami społecznymi, dowiemy się, że tysiące kobiet, nie chcąc żyć z piętnem hańby, popełniło samobójstwo.
Na spotkanie działaczek zaprosiła nas pani Murjahan Murshed. W czasie wojny schroniła się w Indiach. Jako deputowana do zgromadzenia narodowego Bangladeszu, z ramienia Ligi Awami, wystąpiła w indyjskim parlamencie w New Delhi, za co w Islamabadzie otrzymała wyrok.
Przyszły na to spotkanie kobiety ze wszystkich warstw społecznych. Swoją przedstawicielkę delegował także związek zawodowy żebraczek. Spotkanie odbywało się w ogrodzie Murjahan Murshed. Bengalki debatowały, jak się zorganizować, by uczestniczyć w tworzeniu demokratycznego państwa. W czasie bardzo ożywionej dyskusji, kiedy przemawiała pani Taslima Abed, z wieży pobliskiego meczetu rozległ się głos mułły, wzywający wiernych do modlitwy. Taslima Abed natychmiast zamilkła i kornie skłoniła głowę przed Allahem. Ręce zebranych tu kobiet przysłoniły twarze lśniącym jedwabiem… W rezolucji skierowanej do premiera Rahmana panie zażądały dla swojej przedstawicielki stanowiska w rządzie, zaproponowały aby – jak mężczyźni – mogły przechodzić przeszkolenie wojskowe.
Po spotkaniu zostaliśmy zaproszeni na herbatę, by w wąskim gronie wymienić poglądy. Organizatorki debaty zasypały nas pytaniami o pozycję kobiet w Polsce, o szkolnictwo, służbę zdrowia, pracę zawodową.
Nurunnessa Chowdury, poetka i dziennikarka, autorka zbiorów wierszy („Czekanie na gwiazdę”, „Płonący las” i „Echo”) gdy podzieliłem się z nią swoimi spostrzeżeniami na temat zachowania kobiet w czasie pieśni mułły, gorąco mnie przekonywała, że nie religia lecz warunki społeczne i analfabetyzm są największymi przeszkodami na drodze wyzwolenia kobiet.
Bojownicy wolności
Przed konsulatem polskim pewnego dnia zgromadziła się liczna grupa młodych mężczyzn, uzbrojonych w karabiny i granaty. Przyszli zademonstrować swoją sprawność i odwagę. Był to oddział Mukti Bahini – bojowników wolności. Formacje Mukti Bahini odegrały w walce z armią pakistańską ważną rolę.
W szeregi bojowników wolności wstępowali ludzie młodzi, przede wszystkim studenci, młodzież robotnicza i chłopska. Prawdziwa partyzantka, licząca ponad sto tysięcy bojowników. Wysadzali pociągi, likwidowali posterunki policji, dezorganizowali sprawność pakistańskiej armii. Zwalczali przeciwników i kolaborantów. Nie byli jedyną formacją, ale najsilniejszą i najliczniejszą. Teraz, gdy ustały walki, stali się radykalną siłą polityczną. Ocalili nam życie, gdy w drodze do Jessore zostaliśmy ostrzelani przez grupę zbłąkanych Pakistańczyków. Oddział Mukti Bahini szedł tropem niedobitków i odpowiedział ogniem.
Bangabundhu wezwał wszystkie uzbrojone formacje do złożenia broni. Wyznaczył dziesięciodniowy termin. Część oddziałów Mukti Bahini postawiła warunki i zażądała gwarancji: dla studentów, członków Mukti Bahini – bezpłatnych studiów, dla robotników – pracy, dla tych, którzy nadal zechcą nosić broń – służby w policji i wojsku. Premier musiał przedłużyć terminy.
Inauguracyjne, uroczyste składanie broni odbędzie się w Tangail, w mieście oddalonym od Dhaki o 75 kilometrów. Wybrano to miasto nieprzypadkowo. Oddziałami Mukti Bahini dowodził w tym rejonie sławny na cały kraj Kader Siddiki – „Tiger Tangail”. Zasłynął odwagą i nadzwyczajną szybkością działania podległych mu formacji, stąd ten przydomek. Ze stolicy wyjechaliśmy zaraz po wschodzie słońca. Na całej trasie stały już niezliczone tłumy. Bengalczycy przyszli tu, by zobaczyć na własne oczy szejka Mudżibura Rahmana. Pierwszy raz w życiu widzę wzdłuż drogi, ciągnącej się przez siedemdziesiąt pięć kilometrów tysiące, mężczyzn i kobiet. Przyszli witać Bangabundhu już o wschodzie słońca, choć wiedzą, że pojedzie tędy dopiero po południu.
W Tangail, na polach za miastem, gromadzi się ludzkie mrowisko. Pytam Sławka i Bogdana, ile osób stoi na placu? Czterysta, może pięćset tysięcy, a wskazówki zegarka pokazują dopiero 9,30. Przed trybuną czeka szesnaście tysięcy walecznych ludzi. Równo, w długich szeregach ustawili karabiny i moździerze, leżą granaty. Tuż obok stoją Mukti Bahini. W zielonych mundurach, boso, z automatycznymi pistoletami przewieszonymi na piersiach. Na trybunie organizatorzy widowiska co pewien czas wznoszą okrzyki: „Joy Bangla!” – raduj się Bengalio! Wchodzimy na trybunę, by z podwyższenia zrobić zdjęcia w ogólnym planie. Sławek Sławkowski podchodzi do wznoszącego okrzyki, wyjmuje mu z ręki mikrofon i woła z całych sił: „Joy Bangla!” Odpowiada mu to samo pięćset tysięcy gardeł. Aż trzęsie się trybuna. Kiedy Sławek mówi, że jesteśmy z Polski wybucha huragan oklasków! O Polsce wiedzą tu jedynie, że głosowała w ONZ za uznaniem Bangladeszu i że panuje u nas socjalizm.
Nieopodal trybuny zebrali się bengalscy harcerze. Ćwiczą właśnie musztrę pod rozkazami starszych braci z Mukti Bahini, tyle że zamiast karabinów używają bambusowych patyków. Wymowna jest symbolika tych dwóch scen. Gdy starsi oddają broń, najmłodsi uczą się nią władać. Nikt, żaden Pakistańczyk nie nazwie ich już „tchórzliwymi Bengalczykami.”
Służby porządkowe zaczynają usuwać z trybuny dziennikarzy bengalskich i zagranicznych. Zamierzamy opuścić podium jak inni, ale powstrzymuje nas szef całej uroczystości. Wy możecie zostać, jesteście naszymi gośćmi i przyjaciółmi. Zastanawiam się, czemu zawdzięczamy to wyróżnienie. Wicekonsul, który zna doskonale mentalność Bengalczyków, mówi: to proste, nie zdarzyło się jeszcze na żadnym wiecu, by przybysz z Europy czy Ameryki, słowem biały człowiek, wznosił okrzyki na cześć Bangladeszu.
Z prawej strony dobiega do nas narastający szum. Zebrany tłum zaczyna falować. Okrzyki „Joy Bangla” potężnieją. Nadjeżdża właśnie Mudżibur Rahman, towarzyszy mu najsławniejszy bojownik, Tiger Siddiki. Patrzę na niego pierwszy raz w życiu, ale mam uczucie, że już go gdzieś widziałem. Ależ tak, gdyby zamiast kapelusza miał na głowie beret…sposobem poruszania się, fryzurą i sylwetką przypomina Che Guevarę. Widocznie wszyscy bojownicy – rewolucjoniści mają jakieś wspólne cechy.
Bangabundhu i Tiger przechodzą przed stojącymi na baczność oddziałami Mukti Bahini. Zaczyna się uroczystość zdawania broni. W stronę Mudżibura Rahmana i Kader Siddikiego sprężystym krokiem, z karabinem w obu rękach wyciągniętymi do przodu, zbliża się żołnierz z Mukti Bahini. Przekazuje karabin swojemu dowódcy, Kader Siddiki klęka przed premierem Rahmanem i składa u jego stóp karabin – symbol. Bangabundhu schyla się po broń, podnosi ją z ziemi i w obu rękach unosi w górę, nad głowę. Potem obejmuje po kolei Siddikiego i towarzyszących mu dowódców, przytula mocno do piersi i jak ojciec synów całuje w czoło. Jest w tej scenie coś, co ściska gardło i zmusza do refleksji, nie tylko przez swą uroczystą a niezwyczajną oprawę, ale przede wszystkim przez swoją treść. Oto Bangladesz stawia pierwszy krok w kierunku stabilizacji i likwidacji chaosu.
Organizuje się życie
Poruszamy się po Bangladeszu fiatem 125p, udostępnionym przez konsulat. Samochód nadspodziewanie dobrze zdaje w tym klimacie egzamin, przez cały czas pobytu ani razu się nie zepsuł. Na drogach obowiązuje ruch lewostronny, ale nie to stanowi niebezpieczeństwo, tylko kierowcy. Pakistańczycy uciekając w pośpiechu z Bangladeszu pozostawili samochody. Natychmiast przejęli je Bengalczycy, nie wszyscy mają prawa jazdy i oni stanowią pierwszy i największy problem. Drugim są przeprawy na rzekach. Mosty zburzyła armia pakistańska, do promów więc ustawiają się długie kolejki. Nie wszyscy kierowcy opanowali sztukę wjeżdżania na prom. Obserwujemy jak pewien Bengalczyk usiłuje pokonać podwyższony wjazd volkswagenem – garbusem i za każdym razem zjeżdża do tyłu. Ludzie zgromadzeni na brzegu rzeki obserwują te wysiłki ze stoickim spokojem. Tylko nasz Sławek nerwowo nie wytrzymuje. Kiedy niefortunny kierowca po raz kolejny zsuwa się ze stromego podjazdu, podchodzi zdecydowanym krokiem do volkswagena, prosi właściciela, by wysiadł, siada za kierownicą, dodaje gazu i niemal wskakuje na pokład. Ludzie czekający na przeprawę nagradzają go oklaskami i pozwalają, by poza kolejką, własnym pojazdem, wjechał na prom. Trudno odmówić, z takiej propozycji Sławek nie zrezygnuje, natychmiast dodaje gazu i już jest, wychodzi z fiata i klaszcząc w dłonie dziękuje za uprzejmość i brawa, pozdrawia zebranych już swojskim: „Joy Bangla” ! Nasze zdziwienie sięgnie zenitu dopiero przy następnej przeprawie. Po dwudziestu kilometrach jazdy znowu ustawiamy się w kolejce oczekujących samochodów. I tu następuje niespodzianka. Po kilku minutach oczekiwania podchodzi do nas Bengalczyk, z urzędową miną , proponuje opuszczenie kolejki i zaprasza na prom. Ustępuję mu miejsca, siadam z tyłu przy Bogdanie i ruszamy. Kiedy dojeżdżamy już do brzegu, Bengalczyk wysiada z fiata i pokazuje Sławkowi, aby ustawił się na pierwszym miejscu. Zadajemy sobie pytanie, co się stało? Przecież z poprzedniej przeprawy nie mogli zadzwonić i opowiedzieć kolegom, jak Sławek pokonał stromy wjazd. Łączność telefoniczna nie istnieje. Nie ma też na brzegu żadnego budynku, są tylko zwalone przęsła mostu. Tego dnia wszystkie przeprawy pokonywaliśmy poza kolejnością.
Na brzegach rzek, przy promowych przeprawach natychmiast organizuje się życie. Chłopcy sprzedają w tym upale zimną coca – colę, a dziewczynki żebrzą. Można tu kupić posiłek, a nawet żywe ryby, trzymane przez rybaków na sznurkach przewleczonych przez skrzela.
W Dhace prawie codziennie odbywają się różnego rodzaju pochody. W miarę upływu czasu zmienia się ich charakter, już nie słychać radosnego: „Joy Bangla”! Manifestanci zgłaszają teraz postulaty pod adresem rządu: bezrobotni żądają pracy, żebracy – żywności, chorzy – lekarstw. Bangladesz jest zaliczany do najbiedniejszych krajów świata. Jak rząd Mudżibura Rahmana sprosta temu morzu potrzeb? Bez pomocy bogatych państw nie jest to możliwe.
Na jednym ze skwerów miasta umierają ludzie chorzy na cholerę. Na chodnikach ulic pełno żebraków z wyłupionymi oczami, bez nóg, bez rąk. W tym najbiedniejszym kraju świata dzieciom, zaraz po urodzeniu, nędzarze łamią rączki bądź nóżki, by gdy podrosną wzbudzały większą litość, kiedy zaczną żebrać. Ich los przesądza się zaraz po urodzeniu. Nie dostają od życia żadnych szans, nawet tego złudzenia, iż są równi wobec prawa. Będą jak ich rodzice, żebrakami. Żebractwo w Bangladeszu jest społecznie akceptowane. Istnieje tu związek zawodowy żebraków. Przed siedzibą lokalnego komitetu partii komunistycznej na chodniku leżą ludzie okaleczeni i proszą o wsparcie. Działacze komitetu objaśniają, że są to członkowie partii, którzy dzielą się użebranymi pieniędzmi z partią właśnie. Partia komunistyczna, zdelegalizowana przez władze Pakistanu, teraz działa legalnie i zyskuje wpływy w najbiedniejszych warstwach społeczeństwa. Czerwone flagi z sierpem i młotem wiszące na budynkach czy niesione w manifestacjach nie należą w Bangladeszu do rzadkości. Wpływy partii w społeczeństwie zwykło tu się mierzyć liczbą ludzi zgromadzonych na wiecach. Na pierwszy wiec w Dhace, zwołany przez komunistów, przyszło ponad trzydzieści tysięcy ludzi.
Pierwsze samoloty z pomocą, jakie wylądowały na lotnisku w stolicy Bangladeszu, przyleciały ze Związku Radzieckiego. W styczniu 1972 roku istniała w tym kraju tylko jedna partia komunistyczna, można ją nazwać proradziecką. Czy powstanie prochińska?
Odra w Dhace
W czasie robienia zdjęć na ulicach Dhaki podszedł do nas młody człowiek prosząc o wsparcie. Był schludnie ubrany, nie widać było na nim śladów zaniedbań, ani biedy. Dostrzegłszy nasze zdziwienie, szybko wyjaśnił, iż jest studentem miejscowego uniwersytetu i aby rozwiać do reszty nasze wątpliwości pokazał dokument, w którym napisano, że jest biednym studentem i władze miasta pozwalają mu żebrać. Gdy dowiaduje się, że przyjechaliśmy z Polski, informuje, że na jego uczelni, na wydziale fizyki, pracuje polski komputer i prowadzi nas na uniwersytet. W dużej sali stoi urządzenie o rozmiarach kilku szaf. Bogdan Saganowski pierwszy dostrzega napis: „Odra.” Jest to rzeczywiście komputer znad Odry, wyprodukowany we Wrocławiu. Nie ulega wątpliwości, że go sfilmujemy, by w ramach „propagandy sukcesu nakazanej nam przez partię”, jak to się teraz mawia, pokazać go nad Wisłą. Że to ciekawostka? Nie ma żadnych ciekawostek! Jest tylko propaganda. Szukamy kogoś, kto uruchomi tę szafę, bo migające światełka zawsze ubarwiają obraz. Uprzejmy student, który udał się na poszukiwania człowieka obsługującego komputer, po kilku minutach wraca ze smutną miną. Okazuje się, że dwaj technicy, którzy przeszli przeszkolenie w Polsce, już tu nie pracują. Zostali zatrudnieni w warsztacie naprawy samochodów, bo tam więcej zarabiają. Sławek wyraża głośno swoje wątpliwości, przecież umiejętność obsługiwania komputera nie daje kwalifikacji potrzebnych przy naprawie samochodu. Student patrzy na Sławka zdumiony. Ty chyba żartujesz – mówi – człowiek, który potrafi naprawić tak skomplikowane urządzenie jak ten komputer, z łatwością poradzi sobie z każdym samochodem.
Bengalczycy są ludźmi bardzo gościnnymi i uprzejmymi. Student żebrak okazał nam tyle życzliwości – nie przesadzę, gdy napiszę serdeczności – że nie wiedzieliśmy jak się z nim rozstać. Nie wypadało dać mu kilka rupii. Zbliżała się pora obiadu, więc zaprosiliśmy go do chińskiej restauracji prowadzonej przez pana Minga, w której się stołowaliśmy od samego początku pobytu w Dhace. Poprosiliśmy naszego cicerone, aby wybrał jakieś bengalskie danie, które lubi najbardziej. Zamówił rosół z ryby, a na drugie duszonego węża z ryżem i sałatką z młodych pędów bambusa, kha-nun, i avocado, przybraną ananasem.
Sławek spostrzegł, że Bogdan nie ma rozradowanej miny, pocieszył więc swojego asystenta: bądź zadowolony, że nie zamówił jednego z tych piesków, które biegają po podwórku.
Pan Ming, człowiek nadzwyczaj uprzejmy, wiedząc że jesteśmy łasi na wszelkie wiadomości odpowiadał chętnie na wszystkie pytanie. Zrozumiałe, że najwięcej mówił o własnej firmie. Przed wojną dziewięciomiesięczną z Pakistanem, jego restauracja była zaliczana do piątki najlepszych w Dhace. Wojna doprowadziła go na krawędź ruiny, bo nie ma nic gorszego niż wojna połączona z rewolucją. Przed rokiem bywała w jego restauracji wytworna klientela, biznesmeni, dziennikarze, oficerowie i artyści, ma się rozumieć także wyżsi urzędnicy państwowi i prawnicy. W ciągu tych fatalnych dla pana Minga miesięcy ograbiono lokal prawie doszczętnie. Zabrano dwa telewizory, lodówkę, nawet fotele. Proszę spojrzeć, dodawał ze smutkiem pan Ming, na ścianach są widoczne jeszcze miejsca po obrazach, które tu wisiały. Nie były to żadne falsyfikaty a obrazy malowane przez znanych artystów w Chinach i tu sprowadzone. Dalej gospodarz wyrażał nadzieję, że teraz, gdy Bangladesz ma już legalny rząd, a na jego czele stoi szejk Rahman, znowu wrócą normalne czasy. Pan Ming nie jest wyjątkiem, podobnie jak większość Bengalczyków wiąże swoje nadzieje na przyszłość z Mudżiburem Rahmanem.
Przywódcy na trudne czasy
Tymczasem premier Rahman zdaje sobie sprawę z tego, w jak trudnym położeniu znajduje się jego kraj i nie obiecuje społeczeństwu zbyt wiele, w każdym razie nic konkretnego nic, czego nie mógłby wykonać. Gwarantuje rządy demokratyczne, pokój i świecki charakter państwa. Państwo świeckie to niezmiernie istotna zmiana, wszak Pakistan Wschodni był częścią Islamskiej Republiki Pakistanu. Brytyjczycy opuszczając Indie utworzyli nowe państwo – Pakistan, według kryteriów wyznaniowych. W swoich przemówieniach wspomina o demokratycznym socjalizmie, ale bliżej nie precyzuje, co przez to rozumie. Na pytania dziennikarzy dotyczące problemów kraju odpowiada: poczekajcie, wkrótce zobaczycie. Nie określa też dokładnie zasad, na jakich zostanie oparty model gospodarczy nowego państwa. Uruchomienie przemysłu i odbudowa kraju, uniknięcie klęski głodu są przedmiotem największej troski Rahmana. Pierwsza konferencja prasowa premiera zgromadziła jeszcze więcej dziennikarzy z całego świata niż ceremonia zaprzysiężenia rządu. Wiele ekip filmowych i telewizyjnych dojechało tymczasem do Dhaki. Na tarasie, gdzie odbędzie się konferencja, robi się coraz tłoczniej. Stolik, przy którym za chwilę usiądzie premier Rahman, nie może pomieścić mikrofonów. Nie dla wszystkich dziennikarzy starcza krzeseł. Operatorzy instalują około czterdzieści kamer filmowych i telewizyjnych. Ledwo Mudżibur Rahman pojawił się w drzwiach, dziesiątki aparatów fotograficznych odezwało się trzaskiem migawek i błyskiem fleszów. Mudżibur Rahman odczytuje oświadczenie rozdane uprzednio dziennikarzom. Do tekstu drukowanego wprowadza tylko jedną zmianę. Po podziękowaniu Indiom, ZSRR, Polsce i innym krajom za poparcie walki Bengalczyków dziękuje tej części amerykańskiego społeczeństwa, która solidaryzowała się z ruchem narodowo-wyzwoleńczym jego kraju. Z sali natychmiast pada pytanie, czy premier widzi różnice między postawami amerykańskiego rządu i społeczeństwa? „A pan nie widzi?” – pada odpowiedź.
Konferencję kończy Mudżibur Rahman oskarżeniem armii Pakistanu, która w ślepym obłędzie nienawiści mordowała bezbronną ludność, burzyła szkoły i paliła wsie. Niedziela, szesnastego stycznia, została ogłoszona Dniem Narodowej Pamięci. Na dziedzińcu uniwersytetu w Dhace odbył się wiec. W miastach i wsiach przeszły pochody z flagami Bangladeszu przybranymi krepą. W miejscach mordów ludzie składali kwiaty i zawieszali tablice z nazwiskami pomordowanych. Dopiero tej niedzieli zobaczyliśmy, ile jest grobów na ulicach Dhaki. Jak w Warszawie !
Od paru dni Dhaka przygotowywała się do powitania proroka bengalskich chłopów, maulany Abdul Hamida Khana Bashaniego. Bashani wracał z wygnania do ojczyzny. Powstał nawet komitet, który zajął się organizacją powitania sędziwego przywódcy najbiedniejszych chłopów, a gazety opublikowały wiadomość, że rząd przygotował dla Bashaniego miejsce w szpitalu. Nie pojechaliśmy na lotnisko, ze źródeł związanych z premierem dowiedzieliśmy się, że Bashani nie wyląduje w Dhace. Wyruszyliśmy do Shantos, rodzinnej wsi maulany – nauczyciela. Zdążyliśmy w samą porę. Właśnie na plac wtaczała się ogromna ciężarówka z dobytkiem Bashaniego i podarkami, jakie w drodze powrotnej z Indii otrzymywał od chłopów. Bashaniego, sędziwego, osiemdziesięciodziewięcioletniego przywódcę z długą, białą brodą patriarchy otoczył tłum ludzi. W zgiełku orkiestr chłopskich trudno było usłyszeć jego głos, głos nauczyciela. Nie wyglądał na człowieka schorowanego, choć rzeczywiście cierpiał na cukrzycę i towarzyszył mu w podróży lekarz. Do Shantos ściągnęły tysiące bezrolnych chłopów. To właśnie do nich maulana powiedział: „Allah nie pomoże temu, kto sobie sam nie pomoże”. W kilka dni po powrocie ogłosił, że przechodzi do opozycji i skrytykował rząd za sojusz z Indiami. Tylko on mógł sobie na to pozwolić, nikt bowiem nie równał się z nim w zasługach, jakie wniósł, budząc narodową świadomość wśród bengalskich chłopów.
Życie w Dhace wróciło do normalności, Air India wznowiła loty samolotów do Kalkuty, Karim, dwudziestoczteroletni służący wicekonsula, u którego mieszkałem, pewnego wieczoru poprosił swojego pracodawcę o tydzień urlopu, otrzymał bowiem radosną wiadomość, że żona urodziła mu syna. Zdumiony wicekonsul zapytał: „Wybacz Karimie, o ile pamiętam od dwóch lat nie byłeś w domu?” „ To prawda, panie, ale w domu jest przecież mój brat. Syn jest mój, bo żona należy do mnie”.
Nie wiem, czy Karim okazywałby taką radość, gdyby jego żona powiła córkę? Córce, ojciec musi zapewnić posag! A to pod tą szerokością geograficzną stanowi poważny problem. Gdy pracownikowi polskiego konsulatu, Bengalczykowi, urodziła się piąta córka, przez kilka dni, ze zmartwienia, nie zamienił z nikim ani jednego słowa.
Powrót
My też zaczęliśmy myśleć o powrocie do Indii, gdzie to na dwutygodniowy pobyt zaprosiła ekipę Polskiej Kroniki Filmowej pani premier Indira Gandhi.
W Bangladeszu czekało nas jeszcze spotkanie z premierem Mudżiburem Rahmanem. Wywiad z premierem Bangladeszu Mudżiburem Rahmanem przeprowadzaliśmy pod gołym niebem. W ogrodzie przed jego domem zasiadła cała rodzina: syn i starsza córka, zięć, żona premiera i sędziwy ojciec. Nie pojawiła się tylko najmłodsza, niezamężna córka, przepiękna młoda dama, bowiem zwyczaj na to nie pozwalał. Spotkaliśmy ją wcześniej na bazarze kupującą owoce. Premier podziękował Polsce za wsparcie i pomoc, zapewnił, że Bangladesz będzie korzystał z naszych doświadczeń w rozwiązywaniu własnych problemów. Już po skończonym wywiadzie zapytał nas o wrażenia. Odpowiedzieliśmy, że mamy bogaty materiał filmowy o pierwszych dniach wolności Bangladeszu. Nie udało nam się zrobić jedynie zdjęć z lotu ptaka. Pożegnaliśmy się z premierem i jego rodziną.
W przeddzień odlotu do konsulatu nadeszła wiadomość, że samolot pasażerski bengalskiej armii czeka na nas na lotnisku w Dhace. Od pilota dowiedzieliśmy się, że jest to jedyny samolot, jakim dysponują siły lotnicze Bangladeszu. Mieliśmy szczęście, zrobiliśmy zdjęcia Bangladeszu z lotu ptaka!
Kiedy samolot Air India wzniósł się w powietrze, przypomniałem sobie słowa prezydenta Pakistanu, Jahyi Khana, które wypowiedział o swoim więźniu, Mudżiburze Rahmanie, opublikowane w „Newsweeku” w listopadzie 1971 roku: „Wiele osób – powiedział dziennikarzowi – może mi nie wierzyć, lecz sądzę, że gdyby Rahman powrócił do Wschodniego Pakistanu, zabiliby go jego właśni ludzie. Uważają, że jest on odpowiedzialny za ich cierpienia…”
Oglądałem ten powrót! Triumfalny przejazd ulicami Dhaki i drogami kraju. Słyszałem jak miliony ludzi, aż do zachrypnięcia, skandowały: „Joy Bangla!” To prawda, Szejk Mudżibur Rahman, nie wracał do Pakistanu Wschodniego, a do wolnego Bangladeszu. Widzowie Polskiej Kroniki Filmowej mieli możność obejrzeć na ekranach narodziny nowego państwa – Bangladeszu. Także w kolorowym filmie pt. „Bengalia.”
P S. W trzy dni po naszym powrocie do kraju w prasie ukazała się wiadomość PAP, że jedyny samolot, jakim dysponowała armia Bangladeszu, rozpadł się w czasie lotu.

Tekst pochodzi ze strony www.pekaefczyk.com. W kolejnych wydaniach magazynowych „Dziennika Trybuna”pojawiać się będą dalsze odcinki wspomnień Autora.