Refleksja pandemiczna

Indie są jednym z krajów najmocniej dotkniętych przez pandemię koronawirusa. W momencie pisania tego tekstu liczba zarejestrowanych w tym kraju przypadków przekroczyła półtora miliona. Statystyki jednak nie oddają jednak rzeczywistości. Są bowiem rejony Indii, które radzą sobie z tym kryzysem zdrowotnym lepiej niż większość krajów Europy, w tym Polska.

Położona na południowym zachodzie Indii Kerala jest stanem niezwykle niewygodnym z perspektywy polskiego neoliberała. Ma porównywalną do Polski populację, podobną średnią życia i zbliżony, bardzo niski wskaźnik dzietności. W odróżnieniu jednak od nadwiślańskiego bastionu wolnego rynku i homofobii, Kerala szczyci się długimi i bogatymi tradycjami lewicowymi. O tym, że wpływa to na politykę regionalnego rządu wobec największego globalnego kryzysu zdrowotnego od dekad nie trzeba chyba nikogo przekonywać.
Zestawmy ze sobą kilka podstawowych faktów. Pierwszy przypadek koronawirusa w Kerali odnotowano 30 stycznia. W Polsce pierwsze zachorowanie potwierdzono 4 marca. W Kerali do 28 lipca zanotowano 20 894 zachorowań, w Polsce 43 904. W Kerali zmarło 67 osób. W Polsce bilans ofiar śmiertelnych obecnie wynosi 1682. Już sam zdrowy rozsądek (ironicznie) każe zapytać, skąd tak wielkie różnice. I czy przypadkiem w tych różnicach nie odbija się, jak w jakimś smutnym lustrze, prawda o współczesnej Polsce.
O reakcji stanowego rządu Kerali na pandemię w mediach światowych pisano obszernie od samego początku kryzysu. Wskazywano na masowe i łatwo dostępne testy, baczny i oryginalny w środkach monitoring osób przybywających do Kerali z innych części kraju, doskonale zorganizowaną kwarantannę i kompleksowe wsparcie finansowe dla dotkniętej skutkami pandemii populacji. K. K. Shailaja, pieszczotliwie obdarzana ksywką nauczycielka, momentalnie stała się medialną gwiazdą, goszcząc wszędzie od BBC po Vogue. Guardian ochrzcił ją mianami gwiazdy rocka i pogromczyni wirusa. Nie był to jedynie zwyczajowy medialny bełkot. Za sławą stały konkretne osiągnięcia: nie tylko mała liczba przypadków, ale też relatywnie niewielkie spowolnienie gospodarcze, przynajmniej w relacji do reszty kraju. No i rekordowo wysokie wskaźniki poparcia dla rządzącej partii komunistycznej.
Co w tym czasie czyniła patriotyczna, żarliwie chrześcijańska czereda miłosiernie rządząca krajem nad Wisłą? Po krótkotrwałym przerażonym początku, w którym przynajmniej częściowo brała zagrożenie na poważnie (może z powodu perspektywy wyborów) – postanowiła być sobą. Zamiast kompleksowego wsparcia ekonomicznego dostaliśmy kolejne edycje kuriozalnie antyspołecznej Tarczy Antykryzysowej. Zamiast masowych i łatwo dostępnych testów dostaliśmy testy, którą jedyną istotnie masową cechą była (rzecz jasna!) ich cena. Zamiast kompetentnego lidera sterującego odpowiedzią państwa na bezprecedensowy kryzys zdrowotny musieliśmy się zadowolić ćwierkompetentnym bufonem, który swoje wskazania, czy w kwestii wyborów, czy noszenia maseczek modeluje wyłącznie podług krótkotrwałych zysków politycznych.
Czy sytuacja w Kerali jest wzorcowa? Oczywiście, że nie. Ostatnich kilkanaście dni przyniosło gwałtowny wzrost zarażeń. Tylko między 16 a 28 lipca liczba potwierdzonych przypadków w stanie podwoiła się. Szczególnie zła sytuacja panuje w stołecznym Trivandrum, gdzie wirus rozprzestrzenia się w przerażającym tempie. Walkę z pandemią przypłacili życiem liczni pracownicy miejscowej służby zdrowia. Keralskie media regularnie donoszą o braku odzieży ochronnej. Niepokój budzi również znaczna liczba keralskich ekspatriantów, którzy zachorowali bądź zmarli w wyniku wirusa w krajach Zatoki Perskiej.
Ale jestem dziwnie spokojny o rozwój sytuacji w Kerali. Nawet jako część skomplikowanego kraju, który obecnie ma u steru faszystę, Kerala jest bezpieczna. Ze swoim proludowym rządem i długą tradycją postępu społecznego, Keralczycy zrobią wszystko, by zagrożenie związane z wirusem zminimalizować. Polskie władze natomiast będą się uganiać za demonami LGBT, nawet jeśli liczba zarażeń sięgnie setek tysięcy. W końcu, by sparafrazować przysłowie, prawdziwych liderów poznaje się w potrzebie.

Autor jest lewicowcem, wikipedystą i poetą, bacznym obserwatorem indyjskiego kina, organizował projekcje filmów południowoindyjskich w Polsce. Wydał dwie książki poetyckie, ślepe okna (2009) i fermę formy (2015).