Koniec partii establishmentu

Wyniki wyborów powszechnych pokazują, że jeśli chodzi o polaryzację polityczną i koniec politycznego centrum, Irlandia dogoniła resztę Europy. Teraz przed nią nowy okres niestabilności. Równocześnie wybory powszechne w Irlandii zadały historyczny cios dwóm głównym partiom kapitalistycznym i sprawiły, że system dwupartyjny został faktycznie wykolejony.

W momencie, gdy powstawał ten tekst, szacowano, że Sinn Féin otrzymała w irlandzkich wyborach najwyższy odsetek głosów, 24 proc., przewyższając zarówno Fine Gael, jak i Fianna Fáil, które zdołały uzyskać po 22 proc. Partia Zielonych również odnotowała wzrost, zdobywając 7 proc. głosów.
W systemie dwupartyjnym w Irlandii od 1932 roku władzę sprawują Fine Gael i Fianna Fáil, ale od 2008 roku system ten pogrążał się coraz bardziej w kryzysie. Te wybory stanowią punkt zwrotny. Irlandzka klasa pracująca i młodzież głośno odrzuciły dwie główne partie, czyli de facto reprezentowany przez nie status quo oparty na polityce cięć. W przeszłości Fianna Fáil zwracała się w razie potrzeby do lewicy, podczas gdy Fine Gael kierowała się w kierunku tak popularnego dziś prawicowego populizmu. Jednak koniec końców żadne z tych ugrupowań nie było nigdy zainteresowane jakąkolwiek realną zmianą. Dziś wygląda na to, że ich dominacja może się właśnie skończyć na naszych oczach. Jest to część europejskiego, a nawet i światowego upadku tak zwanego „politycznego centrum”.
Zdyskredytowany establishment
Irlandia jest wyjątkowa w Europie Zachodniej ze względu na fakt, że kraj ten nigdy nie miał lewicowego rządu. Przez to był wskazywany przez elity Europy jako cenny wyjątek wśród wszędobylskiej polaryzacji następującej po 2008 roku. Irlandia jednak dziś z hukiem dogoniła resztę kontynentu. Kryzys finansowy sprzed kilkunastu lat uderzył w nią szczególnie mocno, jej gospodarka weszła w poważną recesję, wkraczając w to, co ekonomiści nazywają depresją. Jako sposób na utrzymanie na niskim poziomie zadłużenie oraz wydatków budżetowych, obie partie establishmentu dokonały brutalnych cięć i oszczędności kosztem klas pracujących.
Do 2016 roku, po ośmiu latach takiej polityki kolejnych rządów, łączne poparcie dla obu tych partii spadło po raz pierwszy w historii poniżej 50 procent. Jedynym ich sposobem na stworzenie wiarygodnego rządu było poleganie na sobie nawzajem poprzez umowy koalicyjne.
Dla klas rządzących był to jedynBędąc w „wielkiej” koalicji, Fine Gael i Fianna Fáil otwarcie pokazały, jak nierozróżnialna jest ich polityka. Żadna z tych partii nie wykazała też jakiejkolwiek alternatywy, skierowanej na potrzeby klas pracujących. Pomimo faktu, że Fine Gael chciała, aby te wybory stały się referendum w sprawie działań premiera Varadkara w związku z Brexitem, kwestie klasowe wysunęły się na pierwszy plan, skutkując gwałtownym skrętem społeczeństwa w kierunku parlamentarnej lewicy. Znalazło to odzwierciedlenie w sondażu exit poll. Wśród poruszanych przez głosujących tematów, szczególnie dla nich ważnych, decydujących przy oddaniu głosu, dominowały kwestie ekonomiczne.
32 procent osób powiedziało, że o wyborze konkretnego kandydata zdecydował w ich przypadku stan służby zdrowia, natomiast 26 procent – że kwestie mieszkaniowe były najważniejszym czynnikiem decydującym o ich sposobie głosowania. Kwestia Brexitu zostałą wymieniona tylko przez jeden procent respondentów i respondentek.
Jednym słowem w Irlandii rośnie gniew klasowy, pochodzący z powszechnie odczuwalnego obniżenia poziomu życia oraz pogorszenia sytuacji ekonomicznej w kraju. Ostatnie raporty pokazują, że 15,7 procent ludności Irlandii żyje poniżej granicy ubóstwa – to 760 000 osób. Jednocześnie rynek mieszkaniowy znajduje się w kryzysie. Czynsz w Dublinie jest obecnie wyższy niż w Tokio czy Singapurze. Ceny domów wzrosły o 86 procent w ciągu siedmiu lat. Według danych rządowych prawie 10 000 osób mieszka w placówkach kryzysowych i jest uznawanych za bezdomnych.
W okresie poprzedzającym wybory w gazetach dominowały dramatyczne historie, jak na przykład opowieść bezdomnego, który został potrącony przez samochód służb miejskich, gdy spał w szałasie obok Kanału Dublińskiego. Co więcej w minionym roku służbą zdrowia wstrząsnęły masowe strajki, pielęgniarki i personel medyczny domagał się lepszych płac i polepszenia warunków pracy. Protesty te odbiły się szerokim echem wśród milionów ludzi pracujący i przyniosły masowe wsparcie ze strony populacji cierpiącej ze względu na rekordowy czas oczekiwania na leczenie i chroniczny brak łóżek szpitalnych. Nic dziwnego, że „kryzys służby zdrowia” znalazł się na szczycie listy priorytetów wielu ludzi biorących udział w wyborach.
Sinn Féin przejmuje społeczne nastroje
Skuteczność Sinn Féin w tych wyborach opierała się na wykorzystaniu gniewu społecznego. Hasła wyborcze republikańskiej lewicy głosiły: „Dajmy pracownikom i rodzinom przerwę”, „Ludzie chcą zmian, a Sinn Féin może je wprowadzić”. Flagowa reforma partii opiera się na oferowaniu każdemu najemcy miesiąca bezpłatnego czynszu w każdym roku, zniesieniu podatku od nieruchomości, obniżce podatków osobom o niskich dochodach oraz możliwości pobierania emerytury państwowej w wieku 65 lat. Wszystkie te rozwiązania cieszyły się niemałą popularnością.
Skręt ku Sinn Féin i ogólnie lewicy jest najwyraźniej widoczne wśród młodszych wyborców. W rzeczywistości Sinn Féin była najbardziej popularną partią we wszystkich grupach wiekowych, z wyjątkiem osób powyżej 65. roku życia. Wśród określonych przez rząd „klas społecznych” C2, D i E (które w przybliżeniu równają się klasie pracującej) poparcie dla Sinn Féin wzrosło aż do 33-35 proc. Gniew i lewicowe nastroje w społeczeństwie znalazły również odzwierciedlenie w wyniku debaty wyborczej, w której Richard Boyd Barrett, reprezentujący lewicową koalicję wyborczą Solidarność – Najpierw ludzie potem zyski, został uznany za zwycięzcę. Za każdym razem, gdy wskazywał na okropne nierówności majątkowe oraz na to, że obie partie establishmentu głosowały przeciwko projektom ustaw, które proponowały zmienić konstytucję, tak aby uwzględnić w niej prawo do mieszkania i tym samym położyć kres spekulacjom na rynku nieruchomości i gromadzeniu ziemi, zbierał gorące brawa.
Entuzjazm i gniew nie przełożył się na dobry wynik koalicji Solidarność – Najpierw ludzie potem zyski, ponieważ klasa robotnicza postawiła na większe partie lewicowe obiecujące reformy, czyli Sinn Féin i Zielonych. Tymczasem podczas kampanii, klasa rządząca była przepełniona strachem. Nietrudno się zorientować dlaczego. Sinn Féin obiecał zerwać z polityką cięć. Reformy, które proponują, są jednak skromne, poza tym co zostało już wspomniane obiecują oni, między innymi, obłożyć opłatami skierowanymi na służbę zdrowia i edukację bogatszą część społeczeństwa. W tym wszystkim irlandzka klasa rządząca oparła swoje plany na stworzeniu wielkiego placu zabaw o niskich stawkach podatkowych dla międzynarodowych koncernów.
W następstwie Brexitu, którego kwestia nadal jest daleka od rozwiązania, oraz w związku ze zmianami politycznymi dotykającymi północnej części wsypy, kwestia narodowa ponownie wysunęła się na pierwszy plan. Irlandzki establishment boi się, co będzie w tej sprawie dalej, gdy Sinn Féin zdobędzie władzę. Partia ta wzywa przecież do przeprowadzenia referendum w sprawie zjednoczenia Irlandii zarówno na północy, jak i na południu. Ponadto ostatnie sondaże wskazują, że 51 proc. wyborców w Irlandii Północnej i ponad 60 proc. wyborców na Południu popiera zjednoczenie. Nic dziwnego, że brytyjska i irlandzka klasa rządząca chce za wszelką cenę uniknąć utworzenia rządu pod przewodnictwem Sinn Féin.
Na początku media próbowały ignorować Sinn Féin, niektórzy republikańscy działacze porównywali traktowanie partii przez publiczną telewizję RTÉ do czasów Sekcji 31 (ustawy o cenzurze stosowanej wobec Sinn Féin w epoce zbrojnego konfliktu irlandzko-brytyjskiego). Ale po jednym z sondaży, w którym poparcie dla Sinn Fein wyniosło 25 proc., establishment polityczny wpadł już w stan kompletnego szaleństwa.
Choć atakowana jest za kształt swych struktur partyjnych, jak i politykę gospodarczą, główna linia ataku na Sinn Féin była dość przewidywalna. Jej celem była historia partii i jej związki z działaniami Provisional IRA (PIRA), której partia była skrzydłem politycznym od jej założenia w latach 70. do porozumienia wielkopiątkowego w 1998 r. i rozwiązania PIRA w roku 2005. Historie przeszłości, oraz oskarżenia PIRA o brutalne tortury i zabójstwo Paula Quinna w 2007 r., krążą ponownie po wszystkich irlandzkich mediach głównego nurtu.
Rozmiary sukcesu Sinn Féin zaskoczyły wielu, w tym samą liderkę partii!
Nowy okres niestabilności
Więc co teraz? Podczas wyborów Fianna Fáil i Fine Gael wykluczyły koalicję z Sinn Féin, jednak mogą być do tego zmuszone z powodu zagmatwanej parlamentarnej arytmetyki. Każda koalicja byłaby ryzykowna dla klasy rządzącej. Jednak wybór koncyliacyjnej drogi stanowiłby katastrofę dla podbudowanej antyustrojowymi nastrojami Sinn Féin.
W wyborach parlamentarnych w 2011 r. Partia Pracy nabrała niezwykłego wiatru w żagle po uruchomieniu bardziej lewicowego programu, obiecującego wiele reform i zakończenie cięć budżetowych. Nie mając wystarczająco dużo posłów do utworzenia rządu mniejszościowego lub koalicji z mniejszymi partiami, Laburzyści koniec końców weszli w koalicję z Fine Gael. W tym rządzie Partia Pracy pomogła uchwalić cięcia budżetowe. Następnie zmanipulowana przez koalicjanta prowadziła agresywną politykę wobec opozycji, w wyniku czego jej poparcie spadło z 19,4 proc. w 2011 roku do 6,6 proc. w 2016 roku. Dodatkowo od tego czasu do dziś zmniejszyło się o kolejne 4 procent, sprowadzając partię do politycznego niebytu. Przykład ten służy jako żywe ostrzeżenie dla Sinn Féin. Wyniki ostatnich wyborów znów zmuszają obie partie centrum do ponownego utworzenia „wielkiej koalicji”, tym razem wymagającej pomocy mniejszych partii. Bez wątpienia będą one flirtować z nielicznymi socjaldemokratami, socjalistami i niezależnymi członkami parlamentu, aby zebrać razem większość pozwalającą utworzyć rząd.
Ale nawet to może się im nie uda.
W takich okolicznościach moglibyśmy ujrzeć kolejną rundę wyborów. Ich atmosfera byłaby korzystniejsza dla Sinn Féin. Jeśli jednak Fine Gael i Fianna Fáil zdołają utworzyć rząd z prawdziwego zdarzenia, to będą hołdować dotychczasowemu statusie quo w zakresie oszczędności i cięć. Warunki gospodarcze i społeczne, które stały za najnowszymi wyborami, nie zmienią się, ba, będą się zaostrzać, nowy rząd prawdopodobnie będzie przewodził kolejnemu, głębokiemu spowolnieniu gospodarczemu. Obydwie partie centrum odsunął wtedy swą porażkę w przyszłość. To będzie tylko wzmacniać irlandzką lewicę i otwierać coraz szerzej drzwi dla polityki socjalistycznej, popartej działaniami propracowniczych ruchów masowych.
Cokolwiek wydarzy się w najbliższych dniach i tygodniach, jedno jest pewne: podobnie jak wcześniejszej upadła w Irlandii hegemonia kościoła katolickiego, tak i dziś upadła hegemonia dwupartyjnego systemu partii centrum. Od tego dziejowego momentu nie ma odwrotu. Wyniki tych wyborów oznaczają początek nowego okresu politycznej niestabilności w irlandzkiej historii.

Oryginalny tekst ukazał się na portalu Marxist.com. Tłumaczenie: Wojciech Łobodziński (strajk.eu).

Szansa na przełom?

Sobota przyniosła nadzieje na uregulowanie w ostatniej chwili sprawy brexitu – Wielka Brytania wystąpiła z kompromisowym rozwiązaniem, które uznano za otwierające drogę do negocjacji. Sytuacja nie jest jednak aż tak optymistyczna jakby mogło się to wydawać.

Przedstawiona przez Londyn propozycja wycofuje się z idei urządzania placówek kontroli granicznej w Irlandii. Miałyby one być wykonywane na Morzu Irlandzkim, zaś przejazd przez granicę lądową między Republiką Irlandii a Irlandią Północną miałby być swobodny. Nie do końca jest wszakże jasne, jak by to miało wyglądać z obszarami celnymi (domniemanie jest, że Irlandia Północna pozostałaby w unijnym obszarze celnym, na co Londyn dotąd nie chciał przystać) bo w tym aspekcie koncepcja ma jednak szereg niejasności, a wszystko zależałoby od praktyki, jaką porozumienie by sankcjonowało – de facto przenosząc granicę na morze (a zatem pozwalając jedynie zachować pozory, że nie wycofał się ze swoich pozycji całkowicie), czy też byłby to wstęp do podziału Irlandii na dwie strefy celne, jakkolwiek nie teraz, lecz w przewidywalnej przyszłości. Co wydaje się jednak jasne, propozycja nie rezygnuje z tego, aby pozostałą część Wielkiej Brytanii wyszła z unijnego obszaru celnego i aby kraj ten mógł samodzielnie budować sobie infrastrukturę traktatową z zakresie handlu ze stronami trzecimi.
Zdaniem Michela Barnier reprezentującego UE w rozmowach ze Zjednoczonym Królestwem ta propozycja premiera Borisa Johnsona była na tyle interesującą opcją, że zarekomendował ją jako podstawę przyspieszonych, intensywnych negocjacji. Komentarze podkreślają, że to ustępstwo ze strony Johnsona, zauważmy jednak, że ruch w stronę porozumienia zdecydowała się uczynić także UE, która do tej pory opierała wszelkim próbom renegocjowania umowy. Co ważne – po rozmowach premiera Johnsona z jego irlandzkim odpowiednikiem, którego głos ma w tej sprawie zasadnicze znaczenie, obaj zgodzili się, że „jest to ścieżka, która może prowadzić do porozumienia”. W poniedziałek premier Johnson ma rozmawiać o tej sprawie z kluczowymi przywódcami europejskimi – kanclerz Niemiec Angelą Merkel, prezydentem Francji Emanuelem Macronem i szefem KE Jean-Claude Junckerem, starając się ich przekonać do swojej propozycji zmian do układu wynegocjowanego z Theresą May, lub choć przynajmniej do złagodzonej wersji „bezumownego brexitu”, opierającej się podjęciu ustaleń w odniesieniu do tych punktów, które budzą największe kontrowersje.
O ile zatem weekendowe sygnały sugerować by miały ostrożny optymizm w stosunku de perspektywy przełamania impasu, to samej Wielkiej Brytanii ren kompromis również może napotkać na silny opór. Sceptycznie o możliwości wypracowania rozwiązania na podstawie nowej propozycji rządu wypowiedział się lider największej siły opozycyjnej – Partii Pracy – Jeremy Corbyn. „Jeśli miałoby to oznaczać przesunięcie granicy na Morze Irlandzkie widzę szereg problemów” – oświadczył. Irlandzcy unioniści także nie będą zachwyceni tym rozwiązaniem.
Także rząd nie pała wielkim optymizmem. Agencja Reuters, powołując się na źródło związane z Downing Street, pisze że w ocenie ekipy premiera Johnsona droga od akceptacji wstępnych do wynegocjowania układu będzie długa. A czas ucieka nieubłaganie.

Klincz trwa

Już wydawało się, że Boris Johnson nie przetrwa druzgocącego werdyktu Sądu Najwyższego, który uznał iż oszukał królową, ale wygląda na to, że wśród opozycji przeważają obawy, że premier może wykorzystać przedterminowe wybory aby doprowadzić do „twardego” brexitu 31 października.

Z inicjatywą złożenia wniosku o wotum nieufności wobec premiera Johnsona nosiła się Szkocka Partia Narodowa), ale przeważyła opinia labourzystów – a konkretnie ich lidera Jeremy’ego Corbyna. Po spotkaniu przywódców partii opozycyjnych, w których wzięli udział szef parlamentarnej frakcji SNP Ian Blackford, liderka Liberalnych Demokratów Jo Swinson, liderka Zielonych Caroline Lucas, szefowa parlamentarnej frakcji walijskiej partii Plaid Cymru Liz Saville Roberts oraz przywódczyni Niezależnej Grupy na rzecz Zmiany Anna Soubry, oświadczył, że poprze taki wniosek „w momencie, w którym będziemy mogli wygrać oraz zdjąć ze stołu opcję brexitu bez porozumienia”. W rezultacie zatem ani wniosku, ani głosowania nie było.
Na ile są to realne obawy – trudno oceniać, ale dowodzą one, że premier Johnson posługuje się straszakiem przedterminowych wyborów bardzo skutecznie. Bo choć to może wyglądać na samobójczą taktykę (podobny pomysł kosztował nie tak dawno temu jego poprzedniczkę utratę większości i konieczność tworzenia koalicji z egzotycznym i trudnym partnerem, jakim są północnoirlandzcy unioniści), niemniej jednak zdaje się liczyć, że nowe wybory pozwolą mu odzyskać utraconą większość i przeprowadzić rozwód z Unią Europejską według swojego uznania. Nie jest to scenariusz nieprawdopodobny, ale też jego ewentualna skuteczność nie poddaje rozsądnym analizom, bo nie oto chodzi, aby przedterminowe wybory wygrali torysi, ale tacy torysi, którzy – ewentualnie z innymi zatwardziałymi brexitowcami – by byli skłonni poprzeć bezumowne opuszczenie Unii. Bo co do tego, że nadal Partia Konserwatywna cieszy się największym poparciem wskazują wszystkie sondaże się zgadzają. I to – niezależnie od straszaka Johnsona – powód dla którego opozycja, a zwłaszcza Partia Pracy, nie palą się do wchodzenia w nieprzygotowaną, improwizowaną kampanię, w której brexit, a nie kwestie programowe, stanowiłby zasadniczy temat. A z powodu, że opinie w sprawie brexitu przecinają w poprzek podziały partyjne, mogłoby to mieć dla Labour bardzo negatywne konsekwencje, nie mówiąc o tym, że szanse na zastąpienie konserwatywnego jakimkolwiek innym są niewielkie. Bo choć opozycja dysponuje większością dzięki której pewnie by była w stanie przegłosować wotum nieufności, poza stosunkiem do sprawy brexitu, nie łączy jej zgoła nic, co by mogło wskazywać na możliwość sformowania koalicji, nawet w najbardziej optymistycznym scenariuszu. Trudno bowiem sobie rząd labourzystów z Liberalnymi Demokratami.
Tymczasem zaś na linii Londyn-Bruksela, a w zasadzie na linii Londyn-Bruksela-Dublin postępu nie widać. Kolejne propozycje składane przez stronę brytyjską, aby rozwiązać kwestię tzw. „bezpiecznika” i granicy celnej pomiędzy Republiką Irlandii a brytyjską Irlandią Północną nie zostały odebrane jako wnoszące jakikolwiek postęp. Zdaniem irlandzkiego ministra spraw zagranicznych Simona Coveney’a sugerowane jakoby przez Brytyjczyków rozwiązania „utworzenia centrów kontroli celnej niedaleko granicy” nie są nawet punktem wyjścia do rozmów. Podobnego zdania jest przewodnicząca nacjonalistycznej irlandzkiej partii Sinn Féin. Z punktu widzenia Dublina przywrócenie granicy dzieląca wyspę byłoby złamaniem „porozumienia wielkopiątkowego” z 1998 roku.
Boris Johnson wprawdzie twierdzi, że takiej propozycji nie było, ale równocześnie też mówi, że suwerenne państwo powinno mieć własną przestrzeń celną.
Pozycje są zatem nadal nieprzejednane, więc trudno poważnie spodziewać się, żeby Boris Johnson spełnił swoje zapowiedzi, że doprowadzi do korekty umowy z UE podczas szczytu 17-18 października.

Miejsce w Piekle

Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii i Północnej Irlandii w języku potocznym nazywane bywa Wielką Brytanią, a czasami – Anglią. Ta ostatnia nazwa jest oczywiście myląca. Jak wiadomo – Wielka Brytania, to wspólna nazwa Anglii, Szkocji i Walii.

Po roku 1945 w polityce brytyjskiej, zwłaszcza w kontekście dekolonizacji zarysowały się dwie tendencje. Pierwsza to utrzymywanie reliktów imperialnej przeszłości, a druga – bliższe powiązania z integrującą się Europą Zachodnią. Okres rządów Margaret Thatcher – a zwłaszcza wojna z Argentyną w roku 1979 o Falklandy-Malwiny – spowodował nawrót nostalgii imperialnej. Była ona jedną z przyczyn postawy wielu polityków brytyjskich, którzy brali na siebie rolę „hamulcowych” w procesach współpracy i integracji europejskiej. Zdaniem tych polityków prawo i instytucje europejskie naruszały suwerenność Zjednoczonego Królestwa. Z czasem modne stało się narzekanie na „brukselskich biurokratów”, na których zwalano odpowiedzialność za błędy i kłopoty w brytyjskiej polityce wewnętrznej. Część społeczeństwa dała sobie wmówić, że jest zdominowana przez Unię Europejską, której Królestwo jest bardziej potrzebne aniżeli Europa Królestwu. Wśród-jak dotychczas – pragmatycznych Brytyjczyków antyunijne zacietrzewienie poszło tak daleko, że znaczenie argumentów ekonomicznych zaczęło słabnąć.
W roku 1998 w ramach Zjednoczonego Królestwa przeprowadzona została autonomizacja zwana też dewolucją. Oznaczała ona utworzenie w Szkocji, Walii i Północnej Irlandii regionalnych parlamentów i rządów. Dewolucja dawała satysfakcję – zazwyczaj częściową – mieszkańcom odczuwającym poczucie odrębności. W przypadku Szkocji pobudziła do dalszych działań w kierunku ustanowienia własnego państwa.
W klimacie nacjonalistycznej chełpliwości i arogancji w roku 2016 plebiscyt zakończył się decyzją o brexicie. Decyzja ta pogłębiła podziały w społeczeństwie i stworzyła zagrożenie dla Zjednoczonego Królestwa w jego obecnej formie. Plebiscyt w Szkocji zakończył się przewagą zwolenników pozostania w Unii Europejskiej 62 proc. za. Niezależne państwo szkockie miałoby możliwość pomyślnego rozwoju w ramach Unii. W Północnej Irlandii 56 proc. było za pozostaniem, a 44 proc. za brexitem.
Czy nastąpi wznowienie konfliktu w Północnej Irlandii?
Przez wiele lat Irlandią Północną (Ulsterem) rządzili protestanci, zwolennicy jej przynależności do Zjednoczonego Królestwa, zwani unionistami lub lojalistami. Buntowali się przeciwko nim dyskryminowani katolicy – irlandzcy republikanie dążący do stworzenia Zjednoczonej Irlandii. Krwawy konflikt w Londonderry w roku 1972, kiedy to od kul brytyjskich żołnierzy zginęło 14 osób, zapoczątkował w Ulsterze wojnę domową, która pochłonęła około 3,5 tysiąca ofiar. Wojnę tą zakończyło Porozumienie Wielkopiątkowe (Good Friday Agreement) zawarte 10 kwietnia 1998 roku przez przedstawicieli skonfliktowanych społeczności. Negocjacje prowadzące do tego porozumienia były niezwykle trudne. Istotną rolę mediacyjną odegrał w nich amerykański prezydent irlandzkiego pochodzenia – Bill Clinton.
Porozumienie, ustanawiając rządy większości przy poszanowaniu praw mniejszości, stworzyło dostęp do władzy irlandzkim katolikom. Dało możliwość swobodnego podróżowania i szeroko rozumianej współpracy Irlandczyków przekraczających bez przeszkód oficjalną granicę, Uznało też prawo głosu Republiki Irlandii w sprawach dotyczących Ulsteru.
Unioniści uzyskali zapewnienie, że o przynależności Północnej Irlandii do Zjednoczonego Królestwa decydować będzie demokratyczna większość jej mieszkańców. Godne przypomnienia jest ogromne poparcie społeczne dla Good Friday Agreement. W Północnej Irlandii Porozumienie to zaaprobowało 71 proc. uczestników plebiscytu. Byli wśród nich liczni protestanci. W Republice Irlandii akceptacja wyniosła ponad 90 procent.
Porozumienie z 1998 roku nie oznaczało jednak całkowitego wygaszenia potencjalnych ognisk konfliktu. Lojaliści – ekstremiści z Orange Order – organizowali w dalszym ciągu prowokacyjne marsze, które miały przypominać o brytyjskiej dominacji nad Irlandią.
Tak zwany twardy brexit spowodowałby przywrócenie kontroli granicznej pomiędzy Irlandią Północną a Republiką, co oznaczałoby poważne zagrożenie dla porozumienia.
Miejsce Zjednoczonego Królestwa po wyjściu z Unii
Przez wiele lat Zjednoczone Królestwo było animatorem Europejskiego Stowarzyszenia Wolnego Handlu (EFTA) istniejącego równolegle z Europejską Wspólnotą Gospodarczą (EWG). EFTA w porównaniu z EWG była luźną strukturą. Sukcesy odnoszone przez państwa członkowskie EWG w warunkach postępującej integracji skłaniały do przechodzenia z EFTY do Wspólnoty. W 1972 roku uczyniły to-Zjednoczone Królestwo, Irlandia i Dania (członkowie EWG od 1 stycznia 1973).
Obecnie EFTA to Norwegia, Islandia, Szwajcaria i Liechtenstein. Z wyjątkiem Szwajcarii państwa te łącznie z Unią Europejską stanowią Europejską Przestrzeń Gospodarczą w której obowiązuje około 80 proc. unijnych zasad i regulacji prawnych.
W trakcie brexitowych dyskusji rozważany był powrót Zjednoczonego Królestwa do EFTY i członkostwo w Europejskiej Przestrzeni Gospodarczej. Propozycja ta ma jednak niewielkie poparcie. W Izbie Gmin po dyskusji nad wariantami wyjścia z Unii znaczną liczbę głosów uzyskała koncepcja dalszej obecności w europejskiej unii celnej. Jej przyjęcie oznaczałoby utrzymanie obecnej sytuacji na granicy pomiędzy Ulsterem a Irlandią. W czasie niedawnej wizyty w Paryżu za takim rozwiązaniem wypowiedział się premier Irlandii Leo Varadkar. Członkostwo w unii celnej jest – i byłoby – korzystne dla brytyjskich przedsiębiorstw uczestniczących w handlu międzynarodowym. Przy tym wariancie brexitu nowych rozwiązań prawnych wymagałyby natomiast liczne problemy społeczne. Dotyczy to m.in. sytuacji dwumilionowej rzeszy brytyjskich emerytów spędzających jesień życia w południowej Francji i w Hiszpanii. Liczni członkowie rodzin polskich pracowników przebywających w Wielkiej Brytanii musieliby podjąć starania o prawo pobytu.
Premier Theresa May utrzymuje, że społeczeństwo Zjednoczonego Królestwa podjęło decyzję o wyjściu z Unii, a obecnie należy ją wprowadzić w życie. Jest to stanowisko chyba zbyt kategoryczne. W roku 2016 uczestnicy plebiscytu nie byli dokładnie poinformowani o konsekwencjach brexitu. Obecnie ich wiedza na ten temat jest znacznie większa. Trudno pominąć postawę około 5 milionów Brytyjczyków,którzy podpisali petycję do parlamentu postulującą pozostanie w Unii Europejskiej. Z drugiej strony zacietrzewieni zwolennicy brexitu domagają się natychmiastowego wyjścia, gdyż chcą być „wolni” i „niepodlegli”.
Jak wiadomo rząd brytyjski wynegocjował z władzami UE projekt porozumienia, który nie został przyjęty przez parlament. Zgłaszane są różne propozycje dotyczące przedłużenia terminu brexitu. Politycy brytyjscy oczekują, że przywódcy 27 państw będą ciągle zbierać się, aby dyskutować nad ich kolejnymi propozycjami. Zgoda na takie podejście oznaczałaby odciąganie uwagi wspomnianych przywódców od ważnych spraw ogólnoeuropejskich i wewnętrznych. W samym Zjednoczonym Królestwie brexitowe dyskusje wywołują głębokie podziały, chaos pojęciowy i wrogość wobec obcych, którzy stwarzają konkurencję i zabierają pracę „prawdziwym” Brytyjczykom.
Według informacji BBC, Donald Tusk wyraził pogląd, że brexitowcy mają zarezerwowane miejsce w piekle. Można przypuszczać, że miejsce to jest w pobliżu kotłów stanowiących polskie piekło.

Czas na referendum irlandzkie

W atmosferze bexitowego pata szczególnie pokrzywdzeni wydają się być mieszkańcy Irlandii Płn. Co będzie z granicą? Liderka nacjonalistycznej partii Sinn Féin zapowiada, że „niezależnie od brexitu, odbędzie się referendum w sprawie zjednoczenia”.

Zdaniem Mary Lou McDonald, przewodniczącej Sinn Féin, rośnie społeczna chęć ogłoszenia referendum w sprawie powrotu Irlandii Płn. do macierzy. Mówiła o tym w sobotę na zgromadzeniu zwołanym specjalnie w tej sprawie przez jej partię w Dublinie.

– Kolejne sondaże pokazują, że tak w istocie jest. Niektórzy mówią: to nie jest właściwy czas. My im odpowiadamy: mylicie się. Właśnie dzieje się historia, otwiera się kolejny jej rozdział. To jest właściwy czas.

– Nadszedł moment, by zwołać forum zjednoczeniowe i rozpocząć planowanie. Sinn Féin jest gotowa na to wyzwanie – mówiła dalej McDonald. Dla jej partii to początek kampanii politycznej w sprawie zjednoczenia.

Inicjatywa nabrała wigoru w okolicznościach narastającej niepewności w kwestii brexitu. Brytyjski parlament odrzucił ostatni rządowy projekt porozumienia z UE z powodu niezgody zwolenników wyjścia z Unii na tzw. backstop czyli mechanizm mający zapobiec powrotowi „twardej” granicy między obiema częściami Irlandii, nawet po opuszczeniu UE przez Wielką Brytanię. Premier Theresa May zapowiedziała jednak gotowość do wprowadzenia poprawek tej części umowy i ponownego głosowania w parlamencie, mimo że Unia nie jest zainteresowana dyskusją o kolejnej umowie
„rozwodowej”.

W tej sytuacji szefowa Sinn Féin przypomina, że obywatele Irlandii Płn. w referendum z 2016 r. opowiedzieli się w większości za pozostaniem w UE, a więc przeciwko powrotowi granicy. – Ich głos został zlekceważony przez brytyjski rząd, którego nie obchodzi, jaki wpływ będzie miał brexit na ludzi tutaj – stwierdziła McDonald.

Sinn Féin przypomniało, że zgodnie z Porozumieniem Wielkopiątkowym podpisanym w 1998 r. rząd w Londynie jest zobowiązany do zorganizowania referendum w sprawie zjednoczenia Irlandii i Irlandii Płn. w sytuacji, gdy zachodzi ugruntowane domniemanie, że większość głosujących opowiedziałby się za oderwaniem Irlandii Płn. od Wielkiej Brytanii. McDonald oświadczyła, że będzie pracować na rzecz zastosowania tego rozwiązania.

– Oczywiście nasi unionistyczni bracia i siostry powinni być uczestnikami procesu planowania nowej Irlandii – zastrzegła szefowa Sinn Féin – ale teraz powinni zacząć przygotowywać się na wszystkie okoliczności, a opowiadanie się za związkiem Irlandii Północnej z Wielką Brytanią potrzebuje planu B.

McDonald podkreśla również, że działania na rzecz referendum jej partia będzie kontynuować bez względu na wynik dalszych negocjacji między Londynem a Brukselą. – Referendum zjednoczeniowe odbędzie się niezależnie od brexitu – mówiła w sobotę.

Irlandia z aborcją

Izba niższa irlandzkiego parlamentu przegłosowała ustawę legalizującą przerwanie ciąży. Nie uwzględniono zgłoszonym poprawek, wprowadzających klauzulę sumienia dla lekarzy.

 

Za przyjęciem ustawy liberalizującej przepisy aborcyjne opowiedziało się 90 posłów, 15 było przeciw, 12 wstrzymało się od głosu. Teraz projektem zajmie się izba wyższa parlamentu, czyli odpowiednik naszego Senatu. Jeżeli ustawa zostanie przyjęta w obecnym kształcie, to aborcja będzie w Irlandii dostępna na życzenie do 12 tygodnia ciąży. W przypadku zagrożenia zdrowia lub życia matki, dozwolone będzie przerwanie ciąży w dowolnym momencie. Podobnie w sytuacji, kiedy lekarze zdiagnozują chorobę płodu i ryzyko jego śmierci przed urodzeniem bądź w ciągu miesiąca po porodzie.

Odrzucono poprawki zgłoszone przez środowiska nazywające się pro-life: nie będzie klauzuli sumienia dla lekarzy i możliwości „przekierowania” pacjentki do innego medyka, abortowane płody będą utylizowane jako odpady medyczne (chyba że rodzice zdecydują inaczej), aborcja będzie darmowa, zabiegi będą finansowane z budżetu państwa.
Irlandzki kościół katolicki protestuje: „W większości przypadków głosy głosujących przeciw aborcji w majowym referendum, zostały zignorowane” – oświadczyli przedstawiciele Konferencji Episkopatu Irlandii. Mieli za złe, że odrzucono „nawet tak umiarkowane propozycje poprawek, jak zakaz aborcji z powodu płci, rasy czy niepełnosprawności”.
W sprawie zniesienia drakońskiej 8. poprawki do Konstytucji pod koniec maja odbyło się w Irlandii referendum. Za aborcją opowiedziało się 66,4 proc. obywateli.

Sankcje dla Izraela

Irlandzki Senat zatwierdził ustawę zakazującą handlu z izraelskimi firmami z nielegalnie okupowanych terytoriów. To pierwszy kraj, który oficjalnie przyjął sankcje.

 

Izba wyższa parlamentu Irlandii przegłosowała przyjęcie prawa, które delegalizuje handel izraelskimi produktami pochodzącymi z terenów okupowanych na Zachodnim Brzegu Jordanu. Ustawa o kontroli działalności gospodarczej, zwana też „Ustawą o terytoriach okupowanych” przeszła stosunkiem głosów 25:20, mimo że rządząca partia Fine Gael opowiadała się przeciwko ustawie.

Nowe przepisy przewidują zakaz „importu i sprzedaży towarów, usług i surowców naturalnych pochodzących z nielegalnych osiedli na terenach okupowanych”. Inicjatorką i główną rzeczniczką ustawy jest znana w Irlandii piosenkarka Frances Black, która jest jednocześnie niezależną senatorką. To właśnie niezależni przy wsparciu partii opozycyjnych, m.in. Sinn Fein, przegłosowali rządzących w sprawie bojkotu.

Wzywając do wprowadzenia sankcji, Frances Black pisała w irlandzkiej prasie, że w sytuacji, gdy zarówno ONZ, jak i UE potępiają nielegalną izraelską okupację terytoriów Palestyny, całkowitą hipokryzją jest „dalsze kupowanie wytworów tej przestępczej działaności”. Jej zdaniem ustawa „oznacza, że polityka zagraniczna Irlandii będzie stać po stronie prawa międzynarodowego, sprawiedliwości i praw człowieka”.

Minister spraw zagranicznych Simon Coveney, zwracając się do senatu, sprzeciwił się ustawie. Uznał, że nowe prawo będzie niemożliwe do wyegzekwowania, bo handel izraelskimi produktami jest trwale i głęboko wpisany w wymianę gospodarczą zachodzącą w ramach Unii Europejskiej. Coveney, chociaż wyraził zrozumienie dla idei stojącej za ustawą, oświadczył też, że w okresie, kiedy Irlandia biega się o miejsce w Radzi Bezpieczeństwa ONZ, jego kraj nie powinien „wyprzedzać pod tym względem reszty społeczności międzynarodowej”. Jednak właśnie z tego względu wielu irlandzkich parlamentarzystów podkreślało potrzebę stworzenia przez Irlandię precedensu w postaci sankcji.

Na przyjęcie ustawy zareagował już premier Izraela Benjamin Netanjahu. – Irlandzki senat podał rękę agresywnej, niebezpiecznej i radykalnie populistycznej inicjatywie bojkotu Izraela, która szkodzi szansom na dialog izraelsko-irlandzki – oświadczył Netanjahu. Stwierdził również, że Irlandia poparła tym samym „terrorystów z Hamasu”.
Irlandia należy do grona państw, które do tej pory najostrzej potępiały Izrael za okupację i łamanie praw człowieka. W 2017 r. minister Coveney otwarcie sprzeciwił się przenoszeniu ambasady USA z Tel Awiwu do Jerozolimy.

Irlandzka ustawa jest jak do tej pory najpoważniejszym sukcesem międzynarodowego ruchu BDS (Boycott-Divestment-Sanctions), który działając na rzecz ekonomicznego bojkotu Izraela od 2005 r., stawia sobie za ostateczny cel zakończenie izraelskiej okupacji ziem palestyńskich i stosowania polityki apartheidu wobec Palestyńczyków. Działalność ruchu uległa ostatnio nagłośnieniu po masakrze Palestyńczyków w Strefie Gazy na przełomie kwietnia i maja. Władze Izraela omawiają wjazdu do kraju szczególnie aktywnym działaczom i działaczkom BDS.

Argentyna za Irlandią

Dziś parlament w Buenos Aires będzie głosował nad ustawą depenalizującą przerywanie ciąży. Według lokalnych mediów siły są wyrównane, ale minimalnie przeważają nadal „obrońcy życia”.

 

130 posłów zadeklarowało, że zagłosuje przeciwko projektowi, 114 go poparło, natomiast walka toczy się o pozostałe 12 głosów parlamentarzystów „nie mających zdania”.
Ruch prolife utracił w ostatnich dniach silnego sojusznika – biskupa La Platy, Hectora Aguera, który pod koniec maja odszedł na emeryturę.

W ostatniej mszy świętej, którą odprawiał jeszcze jako ordynariusz, nazwał aborcję morderstwem i wygrażał prezydentowi Macriemu: – Dusze małych, niewinnych będą przyjęte przez miłosierdzie Boga, ale kto przyjmie mordercze społeczeństwo, słabe i bezradne, kto ocali je od odpłaty za przelaną krew? Z pewnością nie Międzynarodowy Fundusz Walutowy!

5 czerwca ulicami stolicy i pomniejszych miast Argentyny przeszły marsze kobiet domagających się legalizacji aborcji i zmarginalizowania znaczenia kościoła.
„Żądamy aborcji legalnej, bezpiecznej i darmowej, bo mamy dość kobiet umierających po pokątnych skrobankach” , „Nie chcemy kościołów pakujących się w nasze ciała” – głosiły transparenty na tzw. Zielonych Protestach, inspirowanych polskimi. W Buenos Aires był to w sumie czwarty wielki marsz kobiet w ciągu ostatnich trzech lat.

Tymczasem w kraju papieża Franciszka od maja, gdy do parlamentu wpłynął obywatelski projekt umożliwiający aborcję na życzenie, przeciwnicy przerywania ciąży zebrali prawie 415 tysięcy podpisów.

13 czerwca rozpocznie się debata. Mauricio Macri zapowiedział, że nie jest zwolennikiem zmian (obecnie aborcja jest legalna tylko w przypadku gwałtu oraz bezpośredniego zagrożenia życia kobiety), ale nie zawetuje ustawy, jeżeli większość zagłosuje za jej przyjęciem.

Według tamtejszego Ministerstwa Zdrowia, około pół miliona kobiet dokonuje każdego roku aborcji w podziemiu. Według danych z 2016 r. do szpitali przyjęto co najmniej 50 tys. kobiet z komplikacjami poaborcyjnymi – 43 z nich zmarły.

Roboty z pigułkami

W Belfaście, mieście stołecznym Irlandii Północnej – stanowiącej część Wielkiej Brytanii – feministyczne stowarzyszenie Women on Waves, które zazwyczaj wysyła potrzebującym kobietom pigułki aborcyjne pocztą lub dronami, ustawiło na ulicy roboty rozdające takie pigułki, by zamanifestować swój sprzeciw wobec drakońskiego prawa antyaborcyjnego obowiązującego w tej prowincji. Policja natychmiast przeszła do działania.

 

Podczas gdy sąsiednia Irlandia drogą referendum uwolniła przerywanie ciąży, w Irlandii Północnej aborcję można przeprowadzić jedynie w sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia matki. Inaczej może grozić nawet dożywocie.

Stowarzyszenie Women on Waves, znane również z akcji w Polsce, zorganizowało w czwartek manifestację w Belfaście, gdzie zaprezentowano małe roboty dystrybuujące pigułki na żądanie. „Roboty aborcyjne” były sterowane zdalnie z Holandii, co według protestujących nie łamało północnoirlandzkiego prawa.

Kilkanaście kobiet połknęło pigułki przed kamerami , bez wyjawiania czy są w ciąży, czy nie. „Wzięłam to, bo mamy dość przestarzałych, średniowiecznych praw przeciwnych kobiecym wyborom. Po referendum w Irlandii nie chcemy pozostawać w skansenie” – mówiła przez głośnik jedna z nich, należąca do grupy socjalistek.
Policja szybko zabrała urządzenia z ulicy i spisała kilka kobiet, które wzięły pigułki, ale nikogo nie zatrzymała. Szef policji z Belfastu wyjaśnił mediom, że manifestacja była filmowana i że „zobaczy się”, czy zostało popełnione jakieś przestępstwo.

Premier Wielkiej Brytanii Theresa May dała do zrozumienia, że nie ma zamiaru zmieniać prawa w Irlandii Północnej. Tylko w tej prowincji obowiązuje zakaz, bo w reszcie kraju przerywanie ciąży jest dozwolone od 1967 r.