IZA

Znałem ją 35 lat. To połowa mojego życia. To nie tak miało być.

Twarda Baba – zachwycali się Nią przyjaciele i przeciwnicy. Była symbolem uporu i racjonalności. Była nauczycielką. To ważny element jej człowieczeństwa. „Nie ma ludzi głupich, są tylko niedouczeni” – mawiała. Uczyła (nauczała) wszystkich – Jana Łopuszańskiego ze Stefanem Niesiołowskim i Aleksandra Kwaśniewskiego z Leszkiem Millerem. Jak ją wkurzyłem, słyszałem od niej „mądralo”. Ale brzmiało to zgodnie z regułami pedagogiki, z delikatnym wyrzutem, że kwestionuję Jej nauczycielskie kompetencje. Łatwo Ją było zdenerwować. Była wyrazista i pryncypialna, nie lubiła kompromisów, nie uznawała taktyki cofania się. Tak bardzo po polsku.

Kiedy ta szczupła, delikatna brunetka szła korytarzem sejmowym, kłaniali się wszyscy. Jedni z lizusowskim uśmiechem, jak paru marszałków Sejmu. Inni z lękiem – jak kilku premierów i wielu ministrów. Iza chodziła szybko i podobnie działała. Nie umiała kłamać i nie tolerowała oszustów, których w polityce zawsze był nadmiar. Oszukało Ją kilku, po latach wybaczyła im, ale nie zapomniała. Rozmawiałem z Nią przed paroma miesiącami, była zrezygnowana, refleksyjnie nastrojona, ale wzmianka o polityce wyprowadzała Ją z równowagi. Podobnie pewnie sądzą Ania Bańkowska i Danusia Waniek – przyjaciółki politycznej i prywatnej drogi Izy przez życie.
Ja też jakoś się w nią zaplątałem. X Zjazd PZPR i zawołanie „Obudźcie się, towarzysze”. Wtedy pragnąłem Ją poznać, co stało się niewiele później. Potem I Kongres Socjaldemokracji Rzeczypospolitej Polskiej. W imieniu Komisji Wyborczej przedstawiałem kandydatów do Rady Naczelnej – zdawkowe oklaski przy każdym nazwisku i owacja przy nazwisku Sierakowska. Potem codzienne boje z prawicą i marcowa noc w 2004 roku, kiedy przyszła powiedzieć, że odchodzi do nowej partii tworzonej przez Marka Borowskiego. Siedzieliśmy w przesławnym pokoju 103, a emocje i dym papierosowy zasłaniał nam wszystko. Czułem wagę tego spotkania, wiedziałem co tracimy i nie umiałem powstrzymać łez Izy i własnych. Wylało się wtedy z Niej chyba wszystko. Zapamiętałem tę rozmowę na całe życie, mimo, że trwała z pięć godzin.

Nigdy już później nie spotkaliśmy się na tak długiej rozmowie. Iza chorowała, opiekowała się pomimo tego swoją Mamą, wierzyła w kolejne terapie. Jak przestała wierzyć, była tym bardziej dzielna. Do końca.