Flick chce odejść latem z Bayernu

W ekipie mistrza Niemiec od jakiegoś czasu wrze jak w kotle. W miniony weekend ciśnienie podniosło oświadczenie trenera Hansiego Flicka, który na konferencji prasowej po wygranym 3:2 meczu z VfL Wolfsburg ogłosił, że po zakończeniu tego sezonu zamierza poprosić władze bawarskiego klubu o wcześniejsze rozwiązanie kontraktu.

Deklaracja szkoleniowca, chociaż spodziewana od jakiegoś czasu z powodu nasilającego się konfliktu między nim a dyrektorem sportowym Bayernu Hasanem Salihamidziciem, wywołała jednak w bawarskim klubie ogromne poruszenie, a w niemieckich mediach falę spekulacji. Flick przejął zespół w listopadzie 2019 roku, zastępując zwolnionego za słabe wyniki Niko Kovaca. Początkowo miał być tylko trenerem tymczasowym, ale gdy zespół pod jego wodzą zaczął gromić kolejnych rywali, w kwietniu 2020 roku szefowie Bayernu podpisali z nim kontrakt do końca czerwca 2023 roku. Była to znakomita decyzja, bo bawarska jedenastka pod ręką Flicka zdobyła sześć trofeów, czyli wygrała wszystko, co było do wygrania – Ligę Mistrzów UEFA. Klubowe Mistrzostwo Świata FIFA, Superpuchar Europy oraz mistrzostwo, Puchar i Superpuchar Niemiec. Skorzystał na pracy z nimi także Robert Lewandowski.
W tak dobrze funkcjonującym pod okiem Flicka piłkarskim mechanizmie w tym sezonie coś jednak zaczęło szwankować. Narastający od dawna konflikt między trenerem a dyrektorem sportowym eksplodował w najmniej korzystnym momencie, gdy Lewandowski wrócił ze zgrupowania reprezentacji Polski z poważną kontuzją i powiększył już i tak liczną grupę graczy niezdolnych do gry. Pierwszy mecz ćwierćfinałowy Ligi Mistrzów z Paris Saint-Germain wypadł właśnie w momencie największego osłabienia zespołu i francuski zespół bezwzględnie to wykorzystał wygrywając 3:2. Tydzień później sytuacja kadrowa Bayernu była już zdecydowanie lepsza i wygrali rewanż w Paryżu 1:0, ale odpadli gorszym bilansem bramek zdobytych na wyjeździe. Wyszło więc na to, że w sporze Salihamidzicia z Flickiem rację miał szkoleniowiec, gdy po zakończeniu poprzedniego sezonu domagał się nie tylko utrzymania w kadrze wszystkich graczy, ale jeszcze jej wzmocnienia kilkoma klasowymi zawodnikami. Salihamidzić sprowadzał do Bayernu graczy tak zwanych przyszłościowych. Do furii doprowadził jednak Flicka nieeleganckim potraktowaniem zasłużonego dla Bayernu Jerome’a Boatenga, którego odejście po sezonie zapowiedział wbrew sugestiom szkoleniowca.
Po odpadnięciu z Pucharu Niemiec i Ligi Mistrzów Bayern w tej chwili walczy już tylko na jednym froncie – w obronie tytułu mistrza Bundesligi. W poprzednim tygodniu z 28. kolejce monachijczycy niespodziewanie zremisowali u siebie 1:1 z Unionem Berlin, zaś najgroźniejszy konkurent do tytułu, RB Lipsk, pokonał na wyjeździe 4:1 Werder Brema i zmniejszył różnicę punktową do pięciu „oczek”. Ale w miniony weekend sytuacja się odwróciła, bo Bayern na wyjeździe zwyciężył 3:2 VfL Wolfsburg, natomiast RB Lipsk tylko zremisował u siebie z Hoffenheim 0:0. I znowu bawarska jedenastka ma siedem punktów przewagi, a do zakończenia rywalizacji pozostało już tylko pięć kolejek. Na dodatek lada moment do gry ma wrócić Lewandowski, zatem można w ciemno założyć, że Bayern w tym sezonie po raz dziewiąty z rzędu wywalczy mistrzostwo Niemiec, natomiast polski napastnik po raz szósty w karierze sięgnie po koronę króla strzelców Bundesligi. Jedyną niewiadomą w jego przypadku jest tylko liczba goli. Do końca rozgrywek kibice po obu stronach Odry będą pewnie z zapartym tchem czekać na pobicie przez kapitana reprezentacji Polski legendarnego rekordu 40 goli ustanowionego pół wieku temu przez Gerda Muellera.
Na razie jednak w Niemczech większe emocje budzi zapowiedź Flicka, że po tym sezonie odejdzie z Bayernu. Z medialnych spekulacji i wieści docierających z różnych mniej i bardziej wiarygodnych źródeł wynika, że Flick po Euro 2021 przejmie reprezentację Niemiec zastępując na posadzie selekcjonera swojego dawnego szefa, Joachima Loewa, którego był asystentem w latach 2006-2014. Problem w tym, że jego kontrakt z Bayernem wygasa dopiero w czerwcu 2023 roku, zatem bez zgody władz bawarskiego klubu nie będzie mógł przejść do pracy w niemieckiej federacji. „Moja przyszłość wcale nie jest taka jasna i oczywista. Nie było żadnych rozmów na ten temat. Oczywiście, prowadzenie reprezentacji to opcja, którą każdy trener na pewno rozważy, jeśli taką ofertę otrzyma i ja nie będę wyjątkiem. Ale teraz muszę przemyśleć kilka rzeczy, bo ostatnie tygodnie nie były dla mnie łatwe” – przyznał Flick. A wedle niemieckich mediów najpoważniejszym kandydatem do zajęcia jego miejsca w Bayernie jest Julian Nagelsmann, aktualnie trener RB Lipsk.

Loew utrzymał posadę

Po porażce reprezentacji Niemiec 0:6 w Lidze Narodów z Hiszpanią pozycja selekcjonera kadry Joachima Loewa zrobiła się niepewna. Wątpliwości w tej kwestii rozwiała jednak federacja piłkarska tego kraju (DFB).

W miniony poniedziałek władze DFB oficjalnie poinformowały, że Joachim Loew pozostanie selekcjonerem na czas nieokreślony i ma przygotowywać zespół do przyszłorocznych mistrzostw Europy. „Prezydium DFB uzgodniło w poniedziałek, że droga do odnowienia kadry będzie kontynuowana z Joachimem Loewem. Trener przedstawił aktualną sytuację w kadrze i swoje plany na przyszłość, wytłumaczył się też z wysokiej porażki z Hiszpanią. Prezydium uznało, że reprezentacja osiągnęła wytyczone cele – wywalczyła awans do Euro 2020 i utrzymała się w Dywizji A Ligi Narodów. W związku z tym trener Loew nadal cieszy się naszym zaufaniem” – przekazano w komunikacie DFB.
Przed Loewem postawiono jednak trzy główne cele – ma odnieść sukces w Euro 2021, wywalczyć awans do mistrzostw świata w Katarze oraz przygotować silną drużynę na Euro 2024, którego Niemcy będą gospodarzami.

Niemcy upokorzeni przez Hiszpanów

Wydarzeniem kończącej rozgrywki drugiej edycji Ligi Narodów szóstej kolejki spotkań była klęska 0:6 reprezentacji Niemiec w wyjazdowym meczu z Hiszpanią. To najwyższa porażka niemieckiej drużyny od 1931 roku, a najwyższa w spotkaniach o punkty. Po tym zwycięstwie to Hiszpanie zajęli pierwsze miejsce w grupie 4 Dywizji A i awansowali wraz z zespołami Włoch, Belgii i Francji do Final Four, który w przyszłym roku zorganizują Włosi.

Klęska ekipy Joachima Loewa odbiła się szerokim echem w Europie, bo niemiecki zespół w tym spotkaniu nie oddał ani jednego celnego strzału na bramkę Hiszpanów. Porażka 0:6 to był najniższy wymiar kary, bo rewelacyjnie grająca ekipa trenera Luisa Enrique miała miażdżącą przewagę i gdyby nie kilka udanych interwencji rozgrywającego 96 spotkanie w narodowych barwach Manuela Neuera (to nowy rekord występów wśród niemieckich bramkarzy). Media w Niemczech po tej klęsce zażądały dymisji Loewa, ale działacze DFB zapewnili, że selekcjonera nie zwolnią. „Ta porażka tego nie zmienia. Nadal mamy pełne zaufanie do Joachima Loewa. Trzeba myśleć długoterminowo, a w przyszłym roku chcemy znaleźć się gronie najlepszych zespołów mistrzostw Europy” – powiedział dyrektor sportowy DFB Oliver Bierhoff. Wielkimi przegranymi tegorocznej edycji Ligi Narodów jest też broniąca trofeum ekipa Portugalii, która przegrała rywalizację z Francuzami.
Najlepszym strzelcem rozgrywek został Norweg Erling Haaland, który zdobył sześć bramek w czterech występach. Jego dorobek byłby pewnie pokaźniejszy, gdyby nie to, że władze Norwegii nakazały kadrze kwarantannę po wykryciu zakażenia koronawirusem u jednego z graczy. Z tego powodu norweska reprezentacja nie pojechała do Bukaresztu na mecz z Rumunią, za co został ukarana walkowerem, a na środowe wyjazdowe spotkanie z Austrią wysłano zebrany zespół złożony z przypadkowych graczy, który spisał się jednak dzielnie i wywalczył remis 1:1. Nic to jednak Norwegom nie dało, bo przez walkower stracili szanse na awans do Dywizji A.
A co do rywalizacji snajperów, to w najwyższej dywizji Ligi Narodów najskuteczniejszy okazał się Belg Romelu Lukaku (5 goli). Za jego plecami z czterema trafieniami uplasowali się Niemiec Timo Werner, Duńczyk Christian Eriksen oraz Hiszpan Ferran Torres, autor hat-tricka w spotkaniu z Niemcami. W polskim zespole najskuteczniejszy był jak zawsze Robert Lewandowski, ale dwa gole dały mu odległą pozycję w klasyfikacji. Najskuteczniejszymi graczami w Dywizji C byli Stevan Jovetić (Czarnogóra), Sokol Cikalleshi (Albania), Rauno Sappinen (Estonia) i Harris Vuckic (Słowenia), którzy zdobyli po 4 bramki, a w Dywizji D królem strzelców także z dorobkiem czterech goli został Klaemint Olsen (Wyspy Owcze).
Reprezentacja Polski zakończyła zmagania na 3. miejscu, co oznacza, że zapewnili sobie utrzymanie w najwyższej dywizji Ligi Narodów. W kolejnej edycji tych rozgrywek, w sezonie 2022/2023, biało-czerwoni rywalizować będą Dywizji A z zespołami Belgii, Chorwacji, Danii, Anglii, Francji, Niemiec, Włoch, Holandii, Portugalii, Hiszpanii, Walii (awans z Dywizji B), Węgier (awans z Dywizji B), Czech (awans z Dywizji B) i Austrii (awans z Dywizji B). W tym gronie zagra jeszcze Ukraina lub Szwajcaria, ale te zespoły mają jeszcze do rozegrania odwołany z powodu zakażeń koronawirusem w ukraińskiej kadrze mecz, który UEFA planuje rozegrać jeszcze w grudniu tego roku lub styczniu następnego. Ukraińcy zajmują przedostatnie miejsce w grupie 4 Dywizji A i mają 3 punkty przewagi nad zamykającymi stawkę Szwajcarami. Bezpośredni pojedynek tych drużyn rozstrzygnie, która z nich spadnie do niższej dywizji. Ukraińcom do utrzymania wystarczy remis.
Skład pozostałych Dywizji.
Dywizja B: Szwajcaria lub Ukraina, Szwecja (spadek z Dywizji A), Bośnia i Hercegowina (spadek z Dywizji A), Islandia (spadek z Dywizji A), Finlandia, Norwegia, Szkocja, Rosja, Rumunia, Izrael, Serbia, Irlandia, Słowenia (awans z Dywizji C), Czarnogóra (awans z Dywizji C), Albania (awans z Dywizji C), Armenia (awans z Dywizji C). Dywizja C: Bułgaria (spadek z Dywizji B), Irlandia Północna (spadek z Dywizji B), Turcja (spadek z Dywizji B), Słowacja (spadek z Dywizji B), Grecja, Białoruś, Luksemburg, Macedonia Północna, Litwa, Gruzja, Azerbejdżan, Kosowo, Gibraltar (awans z Dywizji D), Wyspy Owcze (awans z Dywizji D).
Dywizja C: Cypr, Estonia, Kazachstan i Mołdawia to zespoły, które w tej edycji zajęły ostatnie miejsca w swoich grupach w Dywizji C. W marcu 2022 roku zagrają one w turnieju kwalifikacyjnym. Dwie najlepsze ekipy pozostaną w Dywizji C, a dwie najsłabsze spadną do Dywizji D.
Dywizja D: na najniższym szczeblu Ligi Narodów na pewno natomiast za dwa lata zagrają Liechtenstein, Malta, Łotwa, San Marino i Andora.

Utytułowany jak Mueller

Thomas Mueller w minioną środę został najbardziej utytułowanym niemieckim piłkarzem w historii. Zdobyty z Bayernem Monachium Superpuchar Niemiec jest jego 27. trofeum w sportowej karierze.

W wygranym po dogrywce 2:1 meczu z FC Sevilla o Superpuchar Europy Mueller przebywał na boisku od pierwszego do ostatniego gwizdka arbitra, czyli ponad 120 minut. Mimo zmęczenia 31-letni gwiazdor bawarskiej jedenastki nie tryskał zadowoleniem, bo zdobyty właśnie Superpuchar Europy był 26. trofeum w jego karierze. Zrównał się tym samym w ich liczbie z starszym kolegą z Bayernu i reprezentacji Niemiec Bastianem Schweinsteigerem, który już jednak zakończył piłkarską karierę. A Mueller wręcz przeciwnie, w tym roku dorzucił do swojego dorobku aż pięć kolejnych sukcesów: mistrzostwo Bundesligi, Puchar Niemiec, Superpuchar Niemiec, zwycięstwo w Lidze Mistrzów i Superpucharze Europy. Wraz z poprzednimi dokonaniami ma teraz na koncie 27 trofeów: dwa triumfy w Lidze Mistrzów, dwa w meczach o Superpuchar Europy, 9 tytułów mistrza Niemiec, sześć zdobytych Pucharów Niemiec, sześć Superpucharów Niemiec, jedno Klubowe Mistrzostwo Świata i mistrzostwo świata z reprezentacją Niemiec. Jakby nie liczyć, wychodzi 27 „skalpów”, które już teraz zapewniają Muellerowi pozycję najbardziej utytułowanego niemieckiego piłkarza w historii. A przecież na tych osiągnięciach zapewne nie poprzestanie. Bayern w tym sezonie także będzie walczył o kolejne trofea, zaś Mueller pod wodzą trenera Hansiego Flicka ponownie stał się jednym z kluczowych graczy bawarskiej jedenastki.
W tym kontekście dziwi upór selekcjonera reprezentacji Niemiec Joachima Loewa, który dwa lata temu po nieudanym występie na mundialu w Rosji zrezygnował powoływania Muellera do kadry. A to przecież czołowy gracz mistrzowskiej drużyny z MŚ 2014 w Brazylii, a wcześniej brązowy medalista mundialu w RPA i król strzelców tego turnieju. Przez fanaberię Loewa stracił możliwość występów w narodowej drużynie w wieku 29 lat, mając na koncie sto rozegranych w niej meczów i 38 strzelonych goli.

Klose potrenuje Lewego

Kadra Bayernu Monachium szykuje się do restartu rozgrywek 1. Bundesligi, ale wydarzeniem minionego weekendu w ekipie mistrzów Niemiec była wiadomość, że od lipca asystentem trenera Hansiego Flicka będzie 41-letni Miroslav Klose, najskuteczniejszy napastnik w historii reprezentacji Niemiec.

Urodzony w Opolu Miroslav Klose w 1987 roku jako dziewięcioletni chłopak wyemigrował z całą rodziną do Niemiec, gdzie został jednym z najwybitniejszych piłkarzy w historii reprezentacji tego kraju. Zadebiutował w niej 24 marca 2001 roku w meczu z Albanią i od razu strzelił swoją pierwszą bramkę. W sumie do 2014 roku rozegrał w niemieckich barwach aż 137 meczów i zdobył w nich 71 goli, co czyni go najskuteczniejszym strzelcem w historii piłkarskiej reprezentacji naszych zachodnich sąsiadów. Przed nim przez kilka dziesięcioleci rekordzistą z dorobkiem 68 trafień był legendarny Gerd Mueller.
Imponująca jest też lista jego osiągnięć z niemiecką drużyną. W 2002 roku na mundialu w Korei i Japonii zdobył z nią wicemistrzostwo świata, a sam zdobywając w tym turnieju 5 bramek został wicekrólem strzelców. Cztery lata później w mistrzostwach świata rozegranych w Niemczech wywalczył z ekipa gospodarzy brązowy medal, ale z pięcioma bramkami na koncie został królem strzelców turnieju. Ponownie brązowy medal reprezentacja Niemiec zdobyła w 2010 roku w Republice Południowej Afryki, a Klose powiększył swój łączny bramkowy dorobek w światowych czempionatach o kolejne cztery trafienia. W 2012 roku znalazł się w kadrze na rozgrywany w Polsce i na Ukrainie mistrzostwa Europy (Niemcy zdobyli w tym turnieju trzecie miejsce, a cztery lata wcześniej, na Euro 2008 w Austrii i Szwajcarii wywalczyli wicemistrzostwo). 7 września 2013 roku w wygranym 3:0 spotkaniu z Austrią w eliminacjach MŚ 2014 Klose strzelił gola i było to jego 68 trafienie w barwach niemieckiej reprezentacji, co oznaczało, że wyrównał rekord Gerda Muellera. 21 czerwca 2014 na mundialu w Brazylii w meczu Niemcy – Ghana zaliczył 15 bramkę i wyrównał rekord strzelonych goli w finałach mistrzostw świata należący do Brazylijczyka Ronaldo, ale już 8 lipca w słynnym spotkaniu Brazylia – Niemcy (1:7) zdobył jedną z bramek bramkę i z 16. trafieniami do dzisiaj jest samodzielnym rekordzistą w liczbie goli strzelonych w turniejach o mistrzostwo globu. Po rozegranym 13 lipca 2014 roku meczu finałowy z Argentyną, wygrany przez Niemców po dogrywce 1:0, mógł w wieku 36 lat świętować w końcu mistrzowski tytuł. Po tym spotkaniu zakończył reprezentacyjna karierę z imponującym dorobkiem 137 występów – lepszy od niego jest tylko Lothar Matthaeus, który rozegrał 150 meczów. W liczbie strzelonych goli jest jednak rekordzistą.
W swojej piłkarskiej biografii Klose ma też bogaty w sukcesy kilkuletni okres występów w Bayernie Monachium. Trafił do tego klubu z Werderu Brema latem 2007 roku jako król strzelców Bundesligi z sezonu 2005/2006 i piłkarz roku 2006 w Niemczech. W klubie z Bremy rozegrał łącznie 131 meczów, strzelił w nich 63 gole i zanotował 47 asyst. Ale dopiero w Bayernie mógł święcić największe klubowe sukcesy w swojej karierze – dwukrotnie zdobywał z bawarska drużyną mistrzostwo Niemiec i Puchar Niemiec, a po razie Superpuchar Niemiec i Puchar Ligi, zaś w sezonie 2009/2010 doszedł do finału Ligi Mistrzów, w którym Bayern przegrał z Interem Mediolan. W barwach monachijskiego klubu Klose we wszystkich rozgrywkach rozegrał 150 meczów, w których strzelił 53 gole i zaliczył 28 asyst.
W 2011 roku odszedł z Bayernu i podpisał kontrakt z Lazio Rzym. W barwach włoskiego klubu występował już do końca piłkarskiej kariery, którą zakończył oficjalnie 1 listopada 2016 roku. W Lazio rozegrał łącznie 171 meczów, w których strzelił 64 bramki i zaliczył 35 asyst.
Gdy tylko zawiesił buty na kołku, selekcjoner niemieckiej reprezentacji Joachim Loew natychmiast zaproponował mu posadę swojego asystenta, obok już współpracującego z nim w tej roli Hansiego Flicka. Obecny trener Bayernu Monachium nie miał nic przeciwko temu, bo Klose już wcześniej, u schyłku swojej reprezentacyjnej kariery, miał w kadrze Niemiec specjalny status i często uczestniczył w taktycznych naradach z Loewem i Flickiem. Ponoć potrafił zaskoczyć swoich szefów błyskotliwymi spostrzeżeniami i sugestiami.
Klose jeszcze jako aktywny zawodnik nie ukrywał, że zamierza zostać trenerem. Realizacji marzeń nie odkładał na później. Dlatego bez wahania przyjął ofertę Loewa, a w 2018 roku po ukończeniu odpowiednich kursów podjął pierwszą samodzielną pracę – poprowadził juniorską drużynę Bayernu U-17 i zaczął z nią osiągać bardzo obiecujące wyniki. Gdy Hansi Flick na poczaąku listopada ubiegłego roku przejął po Niko Kovacu pierwszy zespół bawarskiego potentata, a w następnych miesiącach umocnił swoją pozycje na tyle, że władze klubu podpisały z nim trzyletni kontrakt, od razu zaczął zabiegać o włączenie Klosego do swojego sztabu szkoleniowego. „Z Hansim znamy się dobrze z pracy w sztabie reprezentacji, więc ufamy sobie zawodowo i prywatnie. To dla mnie kolejny krok w mojej trenerskiej karierze. Chciałbym pomóc Bayernowi osiągnąć wytyczone cele dzieląc się w swojej pracy doświadczeniem jakie zebrałem przez lata na boisku” – podkreślił z kolei Klose.
Niemieckie media natychmiast zaczęły spekulować jak Klose ułoży sobie współpracę z Robertem Lewandowskim. Raczej nikt nie przewiduje komplikacji, nie tylko dlatego, że obaj są Polakami. Klose do tej pory w publicznych wypowiedziach oceniał „Lewego” bardzo dobrze, nawet potrafił przyznać, że pod względem piłkarskich umiejętności reprezentant Polski znacznie go przewyższa. „On jest wyjątkowy, łączy w swojej grze po trochu wszystko, co powinien mieć klasowy napastnik. Naprawdę trudno znaleźć u niego jakąś słabszą stronę” – komplementował Lewandowskiego w jednym z wywiadów. Czy będzie w stanie jeszcze ulepszyć maszynę do strzelania goli, jaką jest kapitan reprezentacji Polski? Będzie to trudne, bo Lewandowski to w tej chwili już w pełni ukształtowanym piłkarz, uważany za najlepszego na świecie na swojej pozycji, a niedocenianego poza Niemcami tylko dlatego, że Bayern w ostatnich latach nie odnosił sukcesów w europejskich pucharach, a reprezentacja Polski poziomem znacznie odstaje od europejskiej i światowej czołówki. Z pewnością jednak Klose będzie w stanie jakieś niuanse poprawić – może grę głową, może umiejętność wychodzenia na pozycję, a może dostrzeże coś, z czego nawet „Lewy” nie zdaje sobie jeszcze sprawy. Przekonamy się o tym jeszcze w tym roku, bo Klose ma zacząć pracę w sztabie pierwszego zespołu od 1 lipca.

Brzęczek to nie Loew

Wybuch pandemii koronawirusa wywołał mnóstwo perturbacji w toczącym się w rytmie wielkich imprez sportowym światku. U nas pojawił się na przykład problem, jak potraktować kontrakt selekcjonera kadry piłkarzy nożnych Jerzego Brzęczka, którego kontrakt wygasa z końcem lipca tego roku. Przełożenie przez UEFA piłkarskich mistrzostw Europy na przyszły rok w jego przypadku nie zostało uznane za automatyczne przedłużenie umowy, a w każdym razie potraktował tego w ten sposób prezes PZPN Zbigniew Boniek. I to starczyło, aby w mediach wybuchła na ten temat jałowa dyskusja.

Dyskusja wokół kontraktu i przyszłości Jerzego Brzęczka została wywołana przez Bońka, który w marcu, zaraz po ogłoszeniu decyzji UEFA o przełożeniu Euro 2020 na przyszły rok, publicznie stwierdził, że kontrakt selekcjonera wygasa z końcem lipca tego roku, a nie ma w nim punktu, który nakazywałby piłkarskiej federacji jego automatyczne przedłużenie o rok. Potem jeszcze pojawiły się medialne przecieki, że ponoć władze PZPN oferują Brzęczkowi umowę do końca tego roku, a jej ewentualne wydłużenie do mistrzostw Europy warunkują wynikami osiągniętymi w zaplanowanych na jesień meczach Ligi Narodów i spotkaniach towarzyskich.
Gdyby to była prawda, Bońka i wszystkich członków zarządu PZPN należałoby postawić przed Piłkarskim Trybunałem Stanu, gdyby takowy istniał, bo taka decyzja byłaby jawnym działaniem na korzyść futbolowej konkurencji. Nie ma jednak co odwoływać się aż do takich nadętych argumentów, bo coś takiego byłoby po prostu dowodem rażącej głupoty i niekompetencji, czego wcześniej w działaniach podejmowanych przez obecną ekipę rządzącą naszą piłkarską federacją nie dało się zauważyć. Bońkowi i jego ludziom można zarzucić wiele rzeczy, ale na pewno nie to. Wygląda raczej na to, że pan prezes chciał sobie i mediom tym tematem trochę urozmaicić nudny czas kwarantanny koronawirusowej, albowiem obiektywnie rzecz ujmując – w tej chwili nie ma żadnych przesłanek, żeby Brzęczkowi kontraktu nie przedłużyć co najmniej o rok, czyli do zakończenia Euro 2020/2021.
Z drugiej jednak strony trudno nie przyznać racji nielicznym krytykom obecnego selekcjonera biało-czerwonych. Najbardziej konsekwentny w kwestionowaniu trenerskich kompetencji Brzęczka jest nasz legendarny bramkarz Jan Tomaszewski. Jego zdaniem pod wodzą Brzęczka reprezentacja Polski nie tylko że przestała się rozwijać, ale wręcz pod względem jakości gry nawet cofać do poziomu sprzed ery Adama Nawałki. „Uważam, że Brzęczka nie powinien dalej prowadzić kadry. Nie panuje nad nią, nie wypracował jej jakiegoś wyróżniającego ją stylu gry, nie potrafił dopasować nawet ustawienia taktycznego pasującego do umiejętności wystawianych przez niego zawodników” – grzmiał w wypowiedzi udzielonej portalowi SportoweFakty.pl Tomaszewski.
W Polsce chcą zmieniać selekcjonera
W innych swoich medialnych wypowiedziach szedł jeszcze dalej w formułowaniu zarzutów. „Całe szczęście, że przez pandemię Euro 2020 zostało przełożone, bo zyskaliśmy czas na dokonanie zmiany selekcjonera. Brzęczkowi w lipcu kończy się kontrakt, co ułatwia sprawę. A szczerze wątpię by Zbigniew Boniek uważał, że wywalczenie awansu to wielka zasługa Brzęczka i należy mu się za to nagroda. Bez przesady, nasza drużyna okazała się najlepsza w słabej grupie, a nie zapominajmy, że do finałów mistrzostw Europy awansowały 24 reprezentacje, czyli prawie połowa z naszego kontynentu. Ale na turnieju tak lekko już nie będzie, bo chociaż mamy teraz znakomitą grupę piłkarzy, grających na co dzień w markowych klubach, to nikt naszej drużyny jakoś przesadnie się nie obawia. Adam Nawałka kapitalnie prowadził zespół w Euro 2016 i do końca eliminacji mistrzostw świata, ale na mundialu w Rosji zaczął kombinować i wszystko zepsuł. A Brzęczek zamiast jego błędy naprawić, dalej te błędy pogłębia, dlatego domagam się jego odejścia, bo moim zdaniem po jego wodzą przyszłoroczny występ biało-czerwonych zakończy się blamażem” – przekonuje Tomaszewski.
Wypowiedzi legendarnego bramkarza nie podgrzewają jednak atmosfery sporu, bo ludzie mają teraz na głowie poważniejsze sprawy, a chyba nie tylko dlatego dalsze losy Brzęczka są nam wszystkim raczej obojętne. I to zapewne jest wielkim zaskoczeniem dla prezesa Bońka, który przecież na własnej skórze przeżył medialną jazdę podczas swojej krótkiej kadencjo selekcjonera reprezentacji, a był też we władzach PZPN przy zamianie Janusza Wójcika na Jerzego Engela, widział też z bliska co działo się wokół Pawła Janas, Leo Beenhakkera, Franciszka Smudy i Waldemara Fornalika.
Jako prezes PZPN Boniek dotąd ma „na sumieniu” dwóch trenerów kadry – Adama Nawałkę i właśnie Brzęczka. Żaden z nich nie ma za sobą takiej wielkiej kariery piłkarskiej jaką może pochwalić się prezes PZPN, co pewnie nie ułatwiało pracy ani Nawałce i zapewne nie ułatwia teraz Brzęczkowi. Nie jest to jednak warunek niezbędny, żeby mieć posłuch w szatni reprezentacji Polski, także u graczy pokroju Roberta Lewandowskiego, Wojciecha Szczęsnego, Grzegorza Krychowiaka, Kamila Glika czy Piotra Zielińskiego.
W Niemczech trener kadry ma spokój
O tym, że jest to możliwe, widzimy po drugiej stronie Odry, bo Joachim Loew jest selekcjonerem reprezentacji Niemiec od lipca 2006 roku, a wcześniej przez dwa lata był asystentem Juergena Klinsmanna. Dzisiaj Loew zaliczany jest do gigantów futbolu, bo z niemieckim zespołem zdobył mistrzostwo świata w 2014 roku, wicemistrzostwo Europy w 2008 roku oraz brązowy medal mistrzostw świata w 2010 roku. Jego aktualny kontrakt wygasa w lipcu 2022 roku, zatem dopiero po mundialu w Katarze, więc nawet jeśli reprezentacja Niemiec dozna klęski na Euro 2021, Loew nie straci posady. Tak jak jej nie stracił po fatalnym występie niemieckiej drużyny na mundialu w Rosji, gdzie nie tylko nie obroniła mistrzowskiego tytułu wywalczonego w Brazylii, lecz nawet nie zdołała wyjść z grupy. Adam Nawałka za to samo został wywalony na bruk.
Niemcy dali trenerowi swojej kadry szansę na naprawienie błędów, z której Loew zresztą skorzystał i po nieudanym mundialu w Rosji gruntownie odmłodził i przebudował zespół. Nawałka też mógł to zrobić i całkiem niewykluczone, że gdyby Boniek dał mu ku temu sposobność, dzisiaj reprezentacja Polski grałaby znacznie lepiej niż robi to pod wodzą Brzęczka. Z drugiej jednak strony nie można też wykluczyć i takiej opcji, że za rok zacznie grać swój najlepszy futbol i w Euro 2021 dojdzie aż do finału. Wspomniany Loew piłkarzem był znacznie gorszym od Nawałki i Brzęczka, wielkiej kariery nie zrobił, a kończył już w szwajcarskiej drugiej lidze. Zanim Klinsmann zaproponował mu posadę swojego asystenta, Loew jako szkoleniowiec prowadził drugoligowe zespoły w Niemczech (VfB Stuttgart i Karlsruher) oraz pracował w Turcji (Fenerbahce i Adanaspor) i Austrii (Wacker Insbruck i Admira Wiedeń). Jak na standardy reprezentacji Niemiec nie była to z pewnością kariera uzasadniająca nominację na trenera kadry. Widocznie jednak Loew musiał mieć zalety, które skłoniły szefów federacji do powierzenia mu tej posady. Jakie zalety w Brzęczku zobaczył Boniek, których nie dostrzegają inni i dlaczego teraz zaczął się wahać? I to być może jest ten właściwy temat do rozważań w czasie wolnym od futbolu.

Mueller w cieniu Lewandowskiego

Niemieckie media w minionym tygodniu żyły plotką, że Bayern Monachium chce przedłużyć o dwa lata wygasający w 2021 roku kontrakt z Robertem Lewandowskim. Ten temat został wyparty przez wieści, że trener reprezentacji Niemiec Joachim Loew skreślił definitywnie trzech graczy bawarskiego klubu – Thomasa Muellera, Jerome’a Boatenga i Matsa Hummelsa.

Działacze Bayernu przygotowują się do gruntownej przebudowy zespołu. Po zakończeniu obecnego sezonu z klubu mają odejść m.in. Franck Ribery i Arjen Robben, ale wśród nowych nabytków wymienia się napastnika reprezentacji Niemiec i RB Lipsk Timo Wernera. Ten 21-letni piłkarz nie jest jednak szykowany na następcę Lewandowskiego. Wręcz przeciwnie, wygląda na to, że szefowie bawarskiego potentata chcą zbudować nowy zespół wokół polskiego piłkarza. Stąd wzięła się oferta przedłużenia kontraktu, co jak wiadomo zawsze wiąże się z solidna podwyżką. „Lewy” już teraz należy do najlepiej opłacanych graczy Bayernu, bo jeśli wierzyć medialnym plotkom zarabia rocznie ponad 15 mln euro, mniej więcej tyle samo co Thomas Mueller, bramkarz Manuel Neuer i środkowi obrońcy Mats Hummels i Jerome Boateng.

Według dziennika „Sport Bild” Bayern chce przedłużyć umowę z kapitanem reprezentacji Polski w nagrodę za jego rezygnację z planów zmiany barwa klubowych. Poza tym szefowie klubu zauważyli radykalna zmianę z zachowaniu „Lewego” względem klubu i docenili jego deklaracje, że jest gotów zakończyć w monachijskim zespole karierę.

Lewandowski obecny kontrakt z mistrzem Niemiec podpisał jesienią 2016 roku. Podobnie jak w poprzednich, także i w tym sezonie jest najlepszym strzelcem zespołu i dla nikogo nie ulega wątpliwości, że bez jego goli drużyna Nico Kovaca nie byłaby w stanie walczyć o najwyższe trofea w Niemczech i w europejskich pucharach. We wszystkich rozgrywkach „Lewy” zdobył już 27 bramek i na spółkę z Luką Joviciem jest liderem klasyfikacji strzelców Bundesligi (15 goli) i najlepszym strzelcem Ligi Mistrzów (8).

Na tle osiągnięć polskiego piłkarza dokonania jego niemieckich kolegów wypadają blado, ale działacze Bayernu mają świadomość, że dokładając Lewandowskiemu wywołają płacowe żądania rodzimych gwiazd. Nieoczekiwanie w sukurs przyszedł im selekcjoner kadry Niemiec Joachim Loew, który definitywnie skreślił z niej Muellera, Boatenga i Hummelsa. Oficjalnie władze bawarskiego klubu wyraziły oburzenie z tego powodu, ale raczej kruszyć kopii z tego powodu długo nie będą. Mają powód, żeby odmówić im, gdy zażądają podwyżki.

 

Holendrzy zagrali dla Polski

Fot. Holendrzy do 85. minuty przegrywali z Niemcami 0:2, ale zdążyli przed ostatnim gwizdkiem doprowadzić do remisu

 

 

Remis Niemców z Holandią (2:2) na zakończenie zmagań w grupie A1 Ligi Narodów był korzystny dla reprezentacji Polski, bo dawał jej szansę na rozmieszczenie w pierwszym koszyku w losowani grup eliminacji Euro 2020. Ale żeby ten cel osiągnąć, biało-czerwoni musieli jeszcze przynajmniej zremisować z Portugalią, a najlepiej wygrać.

 

Niemcy zaczęli mecz z Holendrami kapitalnie, bo po 20 minutach gry prowadzili już 2:0 po golach Timo Wernera i Leroya Sane. Później mieli jeszcze kilka okazji na podwyższenie prowadzenia, ale bramki w tym meczu zdobywali już tylko Holendrzy. W 85. minucie kontaktowego gola strzelił Quincy Promes, a w doliczonym czasie gry trafienie na wagę remisu zaliczył Virgil van Dijk. Tym samym ekipa „Oranje” potwierdziła, że pod wodzą trenera Ronalda Koemana czas kompromitujących niepowodzeń ma już za sobą. Przypomnijmy, że Holendrzy nie zakwalifikowali się do Euro 2016 i mistrzostw świata 2018 w Rosji. Teraz w pokonanym polu pozostawili aktualnych mistrzów globu Francuzów oraz czempionów z 2014 roku Niemców.
Dla nas jednak najważniejsze było to, że w meczu z Niemcami podopieczni trenera Koemana zagrali w interesie polskiej reprezentacji. Fatalna postawa w końcówce meczu miała bowiem dla reprezentacji Niemiec swoją wymierną cenę. Nie miała ona już szans na poprawę miejsca w grupie, bo już wcześniej było jasne, że zajmie ostatnią lokatę za Holandią i Francją, przez co zostanie zdegradowana do niższej dywizji.
Dla Niemców rzeczywistą stawką potyczki z pomarańczowymi było miejsce w pierwszym koszyku losowania eliminacji Euro 2020. Żeby się w nim znaleźć mistrzowie świata z 2014 roku musieli wygrać z Holendrami, ale ponieważ tylko z nimi zremisowali, pozostało im liczyć, że Polacy przegrają we wtorkowym meczu z Portugalią. Zwycięstwo lub remis biało-czerwonych (spotkanie w Guimares zakończyło się po zamknięciu wydania) zapewniało biało-czerwonym miejsce w pierwszym koszyku.
Przy ustaleniu koszyków przed losowaniem eliminacji mistrzostw Europy 2020 w pierwszym z nich znajdzie się 10 z 12 drużyn rywalizujących w elicie Ligi Narodów. Po remisie Niemców z Holendrami Polacy zajmują w nim przedostatnią, 11. pozycję. Co prawda zespół Jerzego Brzęczka niżej spaść już nie może (Islandia rozegrała już wszystkie mecze), ale żeby uniknąć losowania z drugiego koszyka musiał w swoim ostatnim występie w Lidze Narodów zdobyć przynajmniej jeden punkt. To pozwoliłoby biało-czerwonym wyprzedzić ekipę Joachima Loewa, która miała od Polaków gorszy bilans bramkowy (3-6).
Tylko czy miejsce w koszyku ma dla naszych piłkarzy jakieś istotne znaczenie? Na mundialu w Rosji kuglowanie z miejscem w światowym rankingu nic biało-czerwonym nie dało, a teraz na domiar złego nasza reprezentacja popadła w głęboki kryzys. Nie zatem większego znaczenia czy w losowaniu grup eliminacyjnych Euro 2020 trafi np. na Niemców z pierwszego, czy drugiego koszyka. O awansie i tak przecież przesądzą bezpośrednie starcia na boisku. Także z rywalami z niższych koszyków.

 

Holendrzy rozbili Niemców

Holandia pokonała Niemcy 3:0 w meczu trzeciej kolejki grupy 1 dywizji A Ligi Narodów. Drużyna Joachima Loewa pogrąża się w kryzysie, bo w swoim czwartym z pięciu ostatnich meczów o punkty nie strzeliła nawet gola.

 

Liderem grupy 1 dywizji A Ligi Narodów jest Francja. Aktualni mistrzowie świata pokonali dotychczas Holandię 2:1 i zremisowali bezbramkowo z Niemcami. Tak więc zarówno Holendrzy, jak i Niemcy mieli o co walczyć w bezpośrednim starciu. Pierwsi walczą ponadto o powrót do światowej elity po nieobecności na dwóch ostatnich dużych imprezach, zaś mistrzowie świata z 2014 roku chcieli zatrzeć fatalne wrażenie po nieudanym mundialu w Rosji, w którym nie wyszli nawet z grupy. Ale ekipa trenera Joachima Loewa znów zawiodła swoich kibiców i przegrała w fatalnym stylu, spadając na ostatnie miejsce w grupie i praktycznie tracąc szanse na awans do półfinałów. Niespodziewanie stali się też kandydatem do spadku z dywizji A.
Porażka popsuła selekcjonerowi niemieckiej kadry radość faktu, że prowadził reprezentację Niemiec w 168. meczu i poprawił rekord legendarnego Seppa Herbergera (prowadził kadrę Niemiec w latach 1936-42 i kadrę RFN w latach 1950-64, z którą w 1954 roku zdobył mistrzostwo świata w Szwajcarii).

Loew ma kontrakt do MŚ 2022 i poparcie władz niemieckiej federacji, ale spora część kibiców domaga się jego dymisji, a media nie szczędzą mu krytyki. Inna sprawa, że daje powody. W meczu z Holandią postawił w ataku na debiutanta Marka Utha, który w tym sezonie w 10 meczach Schalke 04 nie zdobył jeszcze bramki, zaś w roli środkowego pomocnik wystawił Joshuę Kimmicha, który na co dzień gra w Bayernie Monachium jako prawy obrońca. Wynik nie do końca jednak odzwierciedla przebieg spotkania. Ze statystyk wynika, że Niemcy oddali więcej strzałów (13:11), dominowali w posiadaniu piki (58:42), mieli więcej rzutów rożnych (12:4), powinni też dostać dwa rzuty karne, ale turecki arbiter nie był dla nich łaskawy. O wysokiej porażce niemieckiej jedenastki przesądziły indywidualne błędy zawodników.

Co do Holendrów, to zwycięstwo tylko potwierdza, że pod wodzą Ronalda Koemana pomarańczowi są na dobrej drodze do przerwania trwającej od czterech lat bessy. Najwyższa pora, bo kibice odwrócili się od reprezentacji i dzisiaj nie ma szans na powtórkę z 1988 roku, kiedy to 10 milionów Holendrów wyszło na ulice aby świętować pokonanie Niemców w półfinale mistrzostw Europy. W sumie była to już 41. potyczka tych drużyn – 15 z nich wygrali Niemcy, 11 Holendrzy, a 15 zakończyło się remisami. Po zwycięstwie na Niemcami ekipa „Oranje” zajmuje drugie miejsce w grupie 1 dywizji A Ligi Narodów, z trzema punktami na koncie (wcześniej Holendrzy przegrali z Francją 1:2). Niemcy mają natomiast na koncie tylko jeden punkt po bezbramkowym remisie z Francuzami i są na trzecim miejscu.

 

MŚ 2018: Łzy mistrzów świata

Niemieckie media kpiły z polskiej reprezentacji po jej klęsce w meczu z Kolumbią. Teraz robią to samo ze swoją drużyną, która sensacyjnie przegrała 0:2 z Koreą Południową i także odpadła w mundialu.

 

To trzecie z rzędu finały mistrzostw świata, w których obrońca tytułu odpada w już po fazie grupowej. W 2010 roku w RPA łzy rozpaczy ronili Włosi, w 2014 roku w Brazylii Hiszpanie, a teraz robią to Niemcy, dla których klęska na rosyjskich boiskach oznacza też koniec pięknej serii, bo od 12 lata każdy wielki turniej kończyli w strefie medalowej. Tym razem muszą wracać jak niepyszni do domu już po trzech rozegranych meczach, z których dwa przegrali – z Meksykiem 0:1 i Koreą Południową 0:2. Podopieczni Joachima Loewa okazali się lepsi jedynie w spotkaniu ze Szwecją, wygranym przez nich w dość szczęśliwych okolicznościach 2:1, ale rywalizację w grupie F ostatecznie zakończyli na ostatnim miejscu. Dla kibiców aktualnych mistrzów świata to przykre do przetrawienia upokorzenie, dlatego na reprezentację sypią się gromy.

Działaczy niemieckiej federacji klęska na rosyjskim mundialu też zaskoczyła. Według wstępnych szacunków będą musieli dopłacić do ustalonego na turniej budżetu blisko dwa miliony euro. Za udział w finałach mistrzostw świata FIFA wypłaci DFB tylko 9,1 mln euro, natomiast jak obliczają tamtejsze media, wydatki na przygotowania reprezentacji do mundialu pochłonęły kwotę 10,8 mln euro. Uniknąć debetu pozwoliłby dopiero awans do półfinału, co zakładano i na co po drugiej stronie Odry liczono. Nie bez powodu, bo w poprzednich startach ani razu nie zdarzyło się, żeby reprezentacja Niemiec musiała wracać do domu już po pierwszej fazie turnieju.

Gdy minął pierwszy szok w tamtejszych mediach rozpętało się jeszcze większe piekło, niż w polskich po porażce z biało-czerwonych z Kolumbią. Zwykle wyważony w opiniach „Die Welt” tym razem napisał: „To nie wstyd, to jest hańba!”.
Nie oszczędzał piłkarzy Joachima Loewa też zawsze skory do używania ostrych słów tabloid „Bild”: „To największy blamaż w historii występów Niemiec na mistrzostwach świata. Ale właśnie na taki koniec nasi piłkarze sobie zapracowali”.
Na rzeczową analizę zdobył się natomiast „Der Spiegel”, który napisał: „Trener Joachim Loew dokonał pięciu zmian w wyjściowej jedenastce w porównaniu ze zwycięskim meczem ze Szwedami. Mesut Oezil wrócił do drużyny, Thomas Mueller powędrował na ławkę, po raz pierwszy od 2010 roku. Tyle zmian chyba rozbiło niemiecką drużynę”.

Media zastanawiają się też nad przyszłością trenera Joachima Loewa, z którym niedawno szefowie DFB przedłużyli umowę do 2022 roku.