Gospodarka 48 godzin

Spaliliśmy Moskwę

Równo 410 lat temu polskie wojska okupujące Moskwę spaliły dużą część rosyjskiej stolicy i wyrżnęły wielu jej mieszkańców. Wydaje się, że źródeł niekoniecznie życzliwego podejścia do Polski, także i w sferze gospodarczej (rurociąg Nord Stream 2, embargo na polskie jabłka itd.) ze strony władz dzisiejszej Rosji, można częściowo szukać właśnie w wydarzeniach z 29 i 30 marca 1611 r. Wtedy to nasi dowódcy, widząc, że mieszkańcy Moskwy są mocno niezadowoleni z polskiej okupacji trwającej już od sześciu miesięcy, postanowili podjąć działania uprzedzające – i sprowokowali zamieszki, aby dokonać rzezi. Jak wspominali polscy uczestnicy tych wydarzeń: „zabito tego dnia Moskwy w samym Kitajgrodzie (część miasta) do sześci albo siedmiu tysięcy. Legł trup na trupie gęsto bardzo”. „Była rzeź, jako między taką gęstwą ludzi wielka, płacz, wrzask dzieci, sądnemu dniowi coś podobnego”.
Mieszkańcy Moskwy w wąskich uliczkach stawiali dość skuteczny opór, więc Polacy postanowili podpalić miasto. „Wpadliśmy na to, co w mniejszej rzeczy w Osipowie (innym mieście spalonym przez polskie wojska) spróbowaliśmy: ogniem wykurzyć nieprzyjaciela” – relacjonuje kronikarz. 30 marca rozpoczęto palenie Moskwy: „Ogień wzniecili, a drudzy na drugich miejscach też ogień pokładli, gdzie kto mógł. A myśmy za ogniem postępowali”. „Moskiewska stolica spłonęła z wielkim krwi rozlaniem”. Z Moskwy niewiele ocalało poza Kremlem, gdzie od początku okupacji stacjonowali Polacy. Wielu z mieszkańców miasta, którzy nie zginęli w ogniu i w walkach z polskimi oddziałami, umarło potem z głodu. Polska okupacja Moskwy trwała do listopada 1612 r.

PiS przeciw emerytom

Rząd Prawa i Sprawiedliwości obetnie emerytury Polaków. Narodowy Bank Polski stwierdził w swej opinii, że w dniu wyceny, w którym zostaną umorzone środki w otwartych funduszach emerytalnych, może nastąpić zmniejszenie ich wartości co stanowi istotne ryzyko dla uczestników OFE. NBP wskazuje, że rozwiązania jakich chce rząd są z założenia mało korzystne dla ubezpieczonych, bez względu czy wybiorą transfer środków na nowe Indywidualne Konta Emerytalne, czy do ZUS. W przypadku wyboru IKE środki zostaną obcięte o opłatę przekształceniową i nie będzie możliwości wypłaty emerytury jako renty dożywotniej. W przypadku wyboru ZUS traci się możliwość dziedziczenia zgromadzonych środków.

Bezpieczny kanał
Około 10-13 proc. światowego handlu przechodzi przez Kanał Sueski, który łączy Morze Śródziemne z Czerwonym i stanowi najkrótsze połączenie morskie między Azją a Europą. Korzystając z Kanału Sueskiego, statki oszczędzają 9000 km lub 10 do 12 dni, nie mówiąc o kosztach paliwa. Ten czas się wydłuża, jeśli kanał jest zamknięty, jak to miało miejsce ostatnio, gdy kontenerowiec zablokował tor żeglugowy. Na wejście do kanału czekało z obu stron ponad 150 statków. W 2020 r. prawie 19 000 statków przepłynęło przez Kanał Sueski – średnio niemal 52 statki dziennie. Kanał jest bezpieczny, zwłaszcza od czasu, gdy w 2015 r. oddano do użytku jego nową nitkę, a rozmaite incydenty żeglugowe są bardzo rzadkie – w ciągu ostatniej dekady zgłoszono ich tylko 75, głównie z powodu awarii maszyn i kolizji statków. Ostatni raz w Kanale Sueskim statek zatonął w 2010 r.

Czego jeszcze nie przewidział rząd?

Tłumaczenia Rady Ministrów wyjaśniające wzrost kosztów przekopu Mierzei Wiślanej pokazują, że rząd PiS wraz z premierem Morawieckim to garstka dyletantów na poziomie umysłowym uczniów czwartej klasy szkoły podstawowej.
Rząd Prawa i Sprawiedliwości postanowił wytłumaczyć społeczeństwu, dlaczego ma nastąpić ponad dwukrotny wzrost kosztów przekopu Mierzei Wiślanej.
Otóż, jak stwierdziła w swojej uchwale Rada Ministrów, zwiększenie wydatków na budowę kanału – jak na razie, z 880 000 000 zł do 1 984 051 500 zł (cóż za zdumiewająca precyzja, dokładność do 500 zł!) jest spowodowane zmianą cen materiałów i robót budowlanych od 2016 roku.
Ponadto, projekty budowlane i cała koncepcja realizacji tej inwestycji musiały zostać dostosowane do warunków działania w obszarach Natura 2000, określonych w decyzji o środowiskowych uwarunkowaniach dla przedsięwzięcia.
Rada Ministrów podkreśliła też, że pojawiły się nowe elementy inwestycji, których realizacja nie była planowana w 2016 r. Chodzi przede wszystkim o likwidację mostu pontonowego stanowiącego przeszkodę nawigacyjną na rzece Elbląg w miejscowości Nowakowo – i budowę w tym miejscu nowego, stałego mostu, który nie będzie przeszkadzać żegludze.
Konieczna będzie także budowa mostu zwodzonego obrotowego na kanale przez Mierzeję, zamiast planowanego wcześniej mostu podnoszonego. Chodzi tu o zwiększenie odporności jego konstrukcji na silny wiatr oraz o możliwość awaryjnego otwarcia mostu przy ewentualnym braku zasilania. Potrzebne będzie również pogłębienie wejścia do Portu Elbląg.
Ponadto, jak dodaje uchwała Rady Ministrów, na skutek wydłużenia postępowań przetargowych, harmonogram budowy kanału zostanie opóźniony o trzy miesiące.
Te tłumaczenia rządu, wyjaśniające wzrost kosztów przekopu, porażają swoją infantylnością. Wynika z nich, iż w 2016 r. Rada Ministrów zakładała, że ceny materiałów i robót budowlanych do 2021 r. nie wzrosną, co stawia pod znakiem zapytania sprawność umysłową premiera Morawieckiego i członków jego gabinetu.
Rząd nie przewidział też – jakież niezwykłe zaskoczenie! – że trzeba będzie usunąć przeszkodę nawigacyjną utrudniającą ruch statków na rzece Elbląg. Nie zwrócił uwagi na to, że inwestycje prowadzone w obszarze chronionym Natura 2000 muszą sprostać zaostrzonym wymogom środowiskowym.
Rada Ministrów w 2016 r. nie zaplanowała również przerzucenia nad przekopem mostu odpornego na silny wiatr. Nie wzięto pod uwagę, że mogą zdarzyć się przerwy w dostawie energii elektrycznej, więc powinny istnieć alternatywne sposoby uruchamiania mostu zwodzonego.
Nie zauważono, że w związku z budową przekopu potrzebne będzie pogłębienie wejścia do portu Elbląg, tak by mogły zawijać do niego te statki, które zmieszczą się w kanale. Nie brano też pod uwagę, iż procedury przetargowe w Polsce mogą się wydłużać.
Wszystkie to potwierdza, niezbyt zresztą odkrywcze przekonanie, iż rząd PiS wraz z premierem Morawieckim to garstka dyletantów na poziomie umysłowym uczniów czwartej klasy szkoły podstawowej. Bo ci z piątej klasy podstawówki umieliby już rozumniej zaplanować wykonanie, nieskomplikowanego wszak przedsięwzięcia, jakim jest przekop przez Mierzeję Wiślaną.
Pytanie, ile razy jeszcze trzeba będzie podnosić koszt budowy kanału?. Bo że będzie potrzeba to pewne. Obecne zapisy uchwały rządu są tu bez znaczenia, gdyż w obecnym systemie prawnym uchwała Rady Ministrów stanowi tylko zapis określonych intencji, który nikogo do niczego nie zobowiązuje.

Gospodarka 48 godzin

Trudno nie upaść
Rekordowa w XXI wieku jest obecna liczba bankructw firm produkcyjnych w Polsce. W III kwartale 2020 r. nastąpił wzrost niewypłacalności o 32 proc. w porównaniu z tym samym kwartałem ubiegłego roku. Natomiast za 9 miesięcy 2020 r. ich liczba zwiększyła się o16 proc., do 228 firm. Cierpią niemal wszystkie branże, gdyż popyt nie oznacza jeszcze rentowności. Od problemów nie są zatem wolni producenci i przetwórcy żywności czy materiałów budowlanych, choć na te dobra panował w tym roku stały popyt. Wręcz odwrotnie, stanowią oni znaczącą część niewypłacalnych firm (żywność – 66 przypadków od początku roku). Dla handlu pierwsze półrocze wydawało się bezpieczne, ale trzeci kwartał 2020 przyniósł wzrost o 45 proc, rok do roku, liczby niewypłacalnych hurtowni (48 wobec 33 w III kwartale 2019). Duża ich część dostarczała towary konsumpcyjne czy materiały budowlane, czyli artykuły cieszące się popytem.
Generalnie, w III kwartale tego roku nastąpił niemal powszechny wzrost ryzyka upadłości (wyjątek to, z nie bardzo jasnych powodów, województwa warmińsko-mazurskie i łódzkie). Jak na razie najgorszy okazał się październik. Analitycy Euler Hermes, globalnej firmy ubezpieczającej należności, zbadali dane o sytuacji polskich firm, opublikowane w ubiegłym miesiącu w Monitorach Sądowych i Gospodarczych. Okazuje się, że nigdy jeszcze nie mieliśmy do czynienia z taką skalą wzrostu liczby niewypłacalności jak w październiku tego roku, kiedy to nastąpił wzrost o 75 proc. w porównaniu do października 2019 r. – choć istotny wpływ na ten wynik ma funkcjonowanie nowej formy przyspieszonego postępowania restrukturyzacyjnego. W październiku 2020 r. opublikowano informacje o 144 niewypłacalnościach, a w ciągu 10 miesięcy bieżącego roku o 993, czyli już o 18 proc. więcej niż w tym samym czasie 2019 r. Szczególnie mocno ucierpiały usługi. Od początku roku liczba niewypłacalnych firm usługowych wzrosła o ponad 50 proc. r/r, ale w ostatnich miesiącach jest ona wyższa (w październiku był wzrost aż o 86 proc.: 52 firmy wobec 28 przed rokiem). W produkcji i przetwórstwie żywności zanotowano 23 niewypłacalności w październiku, w budownictwie 30 (11 firm produkcyjnych, 16 wykonawczych i 3 usługowo – inżynieryjne), a w transporcie 15. O dziwo, wygląda na to, że dno kryzysu osiągnęła już branża HORECA (hotelarstwo, catering i gastronomia) – tylko 9 niewypłacalności w październiku. Najwyższy wzrost ryzyka upadłości nastąpił w woj. zachodniopomorskim.

Będzie coraz droższy
Rada Ministrów zmieniła swoją uchwałę pod nazwą „Budowa drogi wodnej łączącej Zalew Wiślany z Zatoką Gdańską”. Władza wreszcie raczyła pogodzić się z faktami i przyznała, że kanał przez Mierzeję będzie kilka razy droższy, niż głosiły to wcześniejsze propagandowe zapowiedzi PiS. Dziennik „Trybuna” w przeszłości wielokrotnie już nadmieniał, że oficjalnie podawany koszt budowy kanału mający wynosić 880 mln zł to oczywista lipa. Teraz musiał to uznać także rząd. Znowelizowana uchwała podaje, że obecny koszt przekopu zwiększy się z 880 mln zł do 1,98 mld zł. Ważne jest tu słowo „obecny” – co oznacza, że w miarę upływu kolejnych lat, koszt budowy kanału przez Mierzeję będzie nadal rosnąć.

Gospodarka 48 godzin

Skarga na kanał

Budowa przekopu Mierzei Wiślanej od początku budzi ogromne zastrzeżenia. Pomimo ekspertyz, które wykazały negatywny wpływ inwestycji na obszary Natura 2000, sprzeciwu wojewódzkich władz samorządowych, braku opłacalności oraz wielu negatywnych opinii naukowców, rząd podtrzymuje pomysł realizacji tej kontrowersyjnej inwestycji. Stowarzyszenie Ekologiczne Eko-Unia złożyło w związku z tym do Komisji Europejskiej skargę na kanał. „Budowa przekopu jest nielegalna, a wobec katastrofalnej suszy, kryzysu wywołanego koronawirusem, degradacji przyrody oraz znacznego wzrostu kosztów budowy taka inwestycja staje się jeszcze bardziej nieracjonalna” – wskazują przedstawiciele Greenpeace Polska oraz Eko-Unii. Podkreślają, że na Mierzei Wiślanej ciężki sprzęt już na dobre realizuje projekt przekopu, mimo że brak jest ostatecznej decyzji środowiskowej i porozumienia polskiego rządu z Komisją Europejską. W 2019 r. marszałek województwa pomorskiego wniósł odwołanie od decyzji środowiskowej olsztyńskiej Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska, która określała warunki realizacji inwestycji. Ostateczną decyzje powinna wydać w tej sytuacji Generalna Dyrekcja Ochrony Środowiska, ale termin wydania decyzji odraczany był aż sześć razy i został ostatnio wyznaczony na koniec maja 2020 r. Oznacza to, że projekt jest realizowany bez ostatecznej decyzji środowiskowej i pozytywnej opinii Komisji Europejskiej.

Tymczasem rząd poinformował o znacznym zwiększeniu kosztów przekopu – z początkowych 900 mln do 2 mld zł. To oczywiście nie koniec wzrostu kosztów przedsięwzięcia. Ekonomiści wielokrotnie wskazywali na nieopłacalność inwestycji, a prognozy wskazują, że jej koszty nigdy się nie zwrócą. Ponadto, rząd planuje rozbudowę portu w Elblągu, ze wsparciem środków Unii Europejskiej w latach 2021-2027, co ma kosztować minimum 160 mln zł. Te pieniądze również się nie zwrócą.

Polscy ekolodzy, jak zawsze w przypadku podobnych inwestycji, wskazują na naruszanie siedlisk zwierząt, zagrożenie dla obszarów Natura 2000, niszczenie bezcennego dziedzictwa przyrodniczego i krajobrazowego, itd.

– Marnowanie publicznych środków na utopijny cel żeglugi towarowej łączącej kanałem Bałtyk z Elblągiem jest karygodne. Miliardy złotych, które rząd chce utopić w przekop Mierzei oraz w betonowanie rzek pod pretekstem budowy dróg wodnych, należy przeznaczyć dziś na walkę z suszą, na odtwarzanie retencji naturalnej, zasilającej wody podziemne, na renaturyzację rzek oraz ochronę mokradeł i torfowisk. Pora zmienić radykalnie złą politykę wodną i ignorowanie zasad systemu ochrony przyrody. Zbiorniki zaporowe dla żeglugi nie uchronią to nas przed suszą i katastrofą klimatyczną – uważa Radosław Gawlik z Eko-Unii. Natomiast przedstawiciele Greenpeace uznają przekop za kpinę z systemu ochrony przyrody w Polsce, ewidentny brak poszanowania polskiego i unijnego prawa ochrony środowiska, lekceważenie głosów sprzeciwu obywateli oraz skrajnie nieodpowiedzialną decyzję niby gospodarczą, ale wyłącznie o charakterze politycznym. Ich zdaniem, gdyby przekop mierzei powstał 60 lat temu, dzisiaj prezentowany byłby jako książkowy przykład arogancji i szkodliwej megalomanii władzy. To, że powstaje teraz, kiedy nie ma żadnych wątpliwości, że człowiek musi zmienić swój stosunek do przyrody, przestać ją niszczyć i zacząć dbać o jej kurczące się zasoby dla dobra przyszłych pokoleń, jest według nich niewyobrażalne

Zawodowiec z goryczą w tle

Największą, masową popularność przyniosła Emilowi Karewiczowi rola hauptsturmfűhrera Hermana Brunnera w „Stawce większej niż życie”. Słowa hauptmanna Hansa Klossa: „Nie ze mną te numery, Brunner” weszły być może „na zawsze” do języka potocznego, jako jedna ze „skrzydlatych” fraz o zabarwieniu humorystycznym. Za tę rolę otrzymał Srebrną Maskę „Ekspresu Wieczornego” w 1968 roku.

Jednak oddawszy ten najbardziej banalny, ale i najbardziej oczywisty trybut zmarłemu 18 marca, w wieku 97 lat aktorowi (urodził się 13 marca 1923 roku w Wilnie) wypada w znacznie szerszej przestrzeni usytuować jego miejsce w historii polskiego aktorstwa, filmowego przede wszystkim. Gdy zastanawiamy się nad kategorią „prawdy” (lub jej braku), którą odznacza się gra aktorska, „prawdy”, a która jest przeciwieństwem „grania” i „sztuczności”, zapewne rzadko zastanawiamy się nad jej źródłami. I wtedy wchodzi w grę m.in. czynnik pokoleniowy.

Gorycz i swoista spokojna szorstkość, którą Emil Karewicz emanował w roli porucznika „Mądrego” w „Kanale” Andrzeja Wajdy (1956) czy „Warszawiaka” w „Bazie ludzi umarłych” Ewy i Czesława Petelskich (1959), a także w wielu innych rolach, była owocem jego dramatycznej, wojennej biografii. Kiedy w 1976 roku zobaczyłem Karewicza w roli starego Fausta w widowisku telewizyjnym Grzegorza Królikiewicza „Faust” J.W. Goethe, zauważyłem, że do goryczy doszło zmęczenie. Kilka lat temu, gdy w rozmowie z Królikiewiczem nawiązałem do tego spektaklu i zapytałem, dlaczego akurat Karewiczowi powierzył rolę Fausta, odpowiedział, że chodziło mu o Fausta gorzkiego i zmęczonego, a ten aktor, że swoją przeszłością żołnierza jednej z wileńskich brygad Armii Krajowej ową gorycz do roli wniósł. Nie udało mi się natrafić na potwierdzenie, że Karewicz istotnie należał do tej formacji, ale pewne jest że podczas II wojny światowej służył jako żołnierz w II Armii Wojska Polskiego. Jedno z drugim nie musiało się wykluczać.

Doświadczenie wojenne różnie wpływało na ludzi, bo każdy ma inną wrażliwość i osobowość. W psyche Emila Karewicza wyrzeźbiło ono właśnie tę prawdziwą gorycz (malującą się czasem na twarzy), którą na pewno pamięta wielu jego widzów. Skądinąd w rolach wojskowych był rzeczywiście uderzająco naturalny, tak jakby nikogo nie grał, jedynie odtwarzał z pamięci własne doświadczenie. Tak prawdziwy był w m.in. w rolach kapitana „Stańczyka” w „Dniu oczyszczenia” J. Passendorfera (1970), rotmistrza Sołtykiewicza w „Hubalu” Bohdana Poręby (1973), czy w rolach generałów Kutrzeby i Sosnkowskiego w innych produkcjach o tematyce historycznej. Zagrał nawet Stalina w telewizyjnym widowisku „Jałta 1945” R. Wionczka (1985).

Sam aktor, jak prawdziwy profesjonalista, kwestionował owe kryterium psychologicznej, opartej na własnym doświadczeniu prawdy. Gdy w rozmowie dla „Trybuny” w 2003 roku zapytałem go o wpływ jego doświadczeń na uprawiane przez niego aktorstwo i typ granych postaci, powiedział: „Daleko mi do takich postaw w rzeczywistości, w realnym życiu. Prawdziwa psychika aktora nie ma tu nic do rzeczy. Człowiekiem twardym, mocnym, ani zgorzkniałym się nie czuję. Jestem profesjonalistą, który może zagrać i kwiatek, i mleko, i złego, i dobrego człowieka. Zapewniam, że z Brunnerem w sensie charakteru nie mam nic wspólnego”. To słowa godne prawdziwego zawodowca, ale nikt nigdy nie jest w stanie, nawet aktor, całkowicie przejść do porządku dziennego nad własnymi doświadczeniami.

Po rolach w „Kanale” i „Bazie ludzi umarłych” zagrał rolę w najbardziej kasowym polskim filmie wszechczasów, w „Krzyżakach” Aleksandra Forda (1960). Jak sam powiedział, zagrany przez niego król Władysław Jagiełło był w tym filmie „postacią przede wszystkim dekoracyjną, monumentalną, jednowymiarową” i dodawał, że po latach, bogatszy o doświadczenie zawodowe zagrałby ją inaczej. Wydaje się jednak, że tego sposobu zbudowania tej postaci nie można mieć zarzutów. W filmie Forda Jagiełło nie miał być postacią opartą na psychologii, lecz – zgodnie z przyjętą poetyką – figurą poniekąd retoryczną, emanująca dostojeństwem, korelującą z wyraźnymi w nim nawiązaniami, także wizualnymi, do hieratycznej stylistyki sztuki średniowiecznej i do hieratycznych wyobrażeń o postaciach historycznych.

To, że potrafił być jednak także, w razie potrzeby i do pewnego stopnia, aktorem psychologicznym i „wcieleniowym”, udowodnił choćby rolą lekarza SS w „Świadectwie urodzenia” St. Różewicza (1961) czy Tomasza Łęckiego, ojca Izabeli w nakręconym przez R. Bera serialu „Lalka” wg Bolesława Prusa (1977), ale też charakterystycznym (komisarz policji Melonek w „Nikodemie Dyzmie” J. Rybkowskiego (1956), oficer śledczy AK w epizodzie „Eroice” A. Munka, 1959), czy szef kasiarzy Max w „Hallo Szpicbródka” J. Rzeszewskiego i M. Jahody (1978), czy wręcz komediowym (obandażowany gestapowiec komicznie zmagający się z wymową nazwiska „Brzęczyszczykiewicz” w „Jak rozpętałem II wojnę światową” T. Chmielewskiego (1969). Jego ostatnim udziałem w filmie była rola starszego o dwadzieścia lat Hermanna Brunnera w „Stawce większej niż śmierć” P. Vegi (2012), swobodnego pastiszu niektórych motywów serialu „Stawka większa niż życie”.

Debiutował w filmie w latach 1950 i 1951 epizodami w „Warszawskiej premierze” Jana Rybkowskiego i „Młodości Chopina” Aleksandra Forda. Nieco wcześniej pojawił się na scenie teatralnej, na wybrzeżu gdańskim, gdzie ukończył Studio Dramatyczne Iwo Galla. Tam, w 1947 roku, zadebiutował epizodem w „Medorze” Henryka Malina w reż. Wandy Jarszewskiej w Teatrze Aktorów Województwa Gdańskiego w Sopocie. Niektóre źródła jako debiut podają rolę Kelnera w „Klubie kawalerów” M. Bałuckiego (1948), a jeszcze inne nieokreślony datą udział w roli Małpy w spektaklu „Kwartet” I. Kryłowa w Teatrze Małym w Wilnie. Te rozbieżności faktograficzne są skądinąd znakiem czasów historycznego zamętu, w których przyszło rozpoczynać życie pokoleniu Emila Karewicza. Do 1949 roku występował w Teatrze „Wybrzeże” w Gdańsku. Od 1950 do 1962 roku – w teatrach im. S. Jaracza i Nowym w Łodzi. W latach 1963-1983 był aktorem scen warszawskich, kolejno: Ateneum, Ludowego, Nowego. Fakt, że zagrał m.in. role Pantalona w „Księżniczce Turandot” C. Gozziego, Liapkina-Tiapkina w „Rewizorze” M. Gogola, Spodka w „Śnie nocy letniej” W. Szekspira, Motylińskiego w „Klubie kawalerów” M. Bałuckiego, Jenialkiewicza w „Wielkim człowieku do małych interesów” A. Fredro, Łomowa w „Oświadczynach” A. Czechowa, czy Stomila w „Tangu” S. Mrożka – świadczy o tym, że jego aktorskie emploi było nie tylko dramatyczne (m.in. Oktawiusza Cezara w „Juliuszu Cezarze” W. Szekspira), ale także komediowe, jak również rodzajowe (Bryndas w „Krakowiakach i góralach” W. Bogusławskiego, Gospodarz i Ksiądz w „Weselu” St. Wyspiańskiego). Głównie jednak były to role drugoplanowe. Po raz ostatni zagrał na scenie żywej w 2005 roku, gościnnie grając Kalmitę w „Chłopcach” St. Grochowiaka na scenie Teatru Nowego w Łodzi. Jednak nie teatr wyniósł Karewicza do pierwszej ligi polskiego aktorstwa, a liczba ról zagranych przez niego na scenie, jak na 36 lat aktywności, była relatywnie, w stosunku do innych kolegów, niewysoka (66 ról). Ponad dwadzieścia ról zagrał w Teatrze Telewizji, m.in. Popowa w „Szóstym lipca” M. Szatrowa w reż. J. Krasowskiego (1965-debiut), Lennoxa w „Makbecie” W.Szekspira w reż. A. Wajdy (1969), kapitana MO w „Amerykańskiej gumie do żucia Pinky” J. Janickiego w reż. J. Słotwińskiego (1972), Sittenfelda w „Sprawie Ewy Evard” wg A. Struga w reż. A. Zakrzewskiego (1972) czy Edena w „Poczdamie” R. Frelka i W. Kowalskiego w reż. R. Wionczka (1972). Grał też epizody w serialach, m.in. w „Barwach szczęścia” (2017-2015) czy w „M jak miłość” (2000-2001). W 2004 roku odcisnął swoją dłoń w Alei Gwiazd w Międzyzdrojach.

Trzech panów ze słupkiem

Słupek w miejscu planowanego kanału wkopano na parę dni, po czym zabrano.

 

Minęły wybory, więc skończył się także tradycyjny przedwyborczy spektakl, związany z rzekomym przekopywaniem kanału przez Mierzeję Wiślaną. Poprzednio, przekopanie kanału zapowiadał Jarosław Kaczyński w 2006 r., także przed wyborami samorządowymi.
Tegoroczna inscenizacja była niestety skromniejsza, niż należało oczekiwać. „Trybuna” miała nadzieje, że w ramach działań teatralnych zostanie ogrodzony kawałek terenu, przyjedzie parę ciężarówek, przywiozą jakiś sprzęt budowlany.
Jednak nic z tych rzeczy. Przywieziono – ale tylko prezesa Jarosława Kaczyńskiego, który tuż przed wyborami dał się ściągnąć na plażę, aby pomóc PiS-owskiemu kandydatowi na prezydenta Elbląga. Prezes pojawił się tam razem z kandydatem oraz ministrem gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej Markiem Gróbarczykiem.
Trzej panowie symbolicznie wbili słupek w miejscu planowanego przekopu. A gdy wybory minęły, słupek z powrotem wykopano i zabrano. To godna pochwały oszczędność, bo słupek przyda się w 2019 r., gdy spektakl z przekopywaniem Mierzei Wiślanej powróci na scenę.
Teraz będzie kilka miesięcy przerwy, a kurtyna ponownie pójdzie w górę przed wyborami w 2019 r. Wypada mieć nadzieję, że przyszłoroczna inscenizacja będzie nieco efektowniejsza od tegorocznej – bo publiczność może być lekko znudzona, jeśli spektakl ograniczy się do ponownego wbijania w plażę tego samego słupka przez tego samego prezesa oraz tego samego ministra. Niech więc w przyszłym roku władza sprowadzi choć jakiś spychacz, który symbolicznie wykopie parę dołów w piasku.

Przedwyborcze wpuszczanie w kanał

Rząd PiS najprawdopodobniej będzie jednak musiał zacząć przekopywanie Mierzei Wiślanej. Dopiero po wyborach prezydenckich w 2020 r. ten pomysł może zostać odłożony ad acta.

 

W miarę zbliżania się wyborów samorządowych, coraz częściej, tradycyjnie już, pojawia się temat kanału przez Mierzeję Wiślaną.
Rząd wykorzystuje obietnicę przekopania Mierzei w kampanii przedwyborczej. Dlatego właśnie podczas niedawnego spotkania z mieszkańcami Ostródy (warmińsko-mazurskie) minister gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej Marek Gróbarczyk zapewnił, iż przekop przez Mierzeję Wiślaną „da wielkie możliwości rozwojowe dla regionu”.
Wprawdzie nie do końca wiadomo, dlaczego Ostróda, oddalona o 75 km od Elbląga, ma się wielce rozwinąć w wyniku przekopu mogącego skrócić drogę z małego portu w Elblągu na Bałtyk, ale oba te miasta są w tym samym województwie, więc ważne, by zgodnie zagłosowały na kandydatów samorządowych z PiS.
Dziś w woj. warmińsko-mazurskim rządzi koalicja PSL-PO. Taka sama koalicja rządzi w województwie pomorskim, do którego należy Mierzeja Helska – toteż minister Marek Gróbarczyk nie szczędził słów krytyki pomorskiemu urzędowi marszałkowskiemu.

 

Rosjanie utrudniają jak mogą

Minister oświadczył, iż: „jest ogromne oddziaływanie strony rosyjskiej na tę inwestycję, by ona nie powstała” – i oskarżył urząd marszałkowski woj. pomorskiego, że wpisuje się w te działania. Zabrzmiało to niemal jak oskarżenie o zdradę stanu i szpiegostwo na rzecz Rosjan. Wiadomo, że Rosja nie jest państwem przyjaznym Polsce, ale dobrze by było, aby minister przedstawił jakieś dowody na poparcie swoich słów o wpisywaniu się polskiego samorządu w rosyjskie działania. Trudno jednak na to liczyć, bo minister oczywiście nic nie wie o żadnych ogromnych naciskach ze strony Rosji, mających zablokować kanał przez Mierzeję – a to co mówi, mówi w ramach kampanii wyborczej.
Słowa ministra Gróbarczyka mają wszelako pewne uzasadnienie, bo rząd wielokrotnie obiecywał, iż budowa kanału przez Mierzeję rozpocznie się w listopadzie tego roku, czyli całkiem niedługo – więc potrzebne jest jakieś dobrze brzmiące uzasadnienie tego, że budowa się jednak nie rozpocznie.
Dlatego też, na wspomnianym spotkaniu w Ostródzie minister mnożył trudności stojące przed tą inwestycją, którą określił jako „ryzykowną” (wcześniej PiS-owscy decydenci nie mówili tak o przekopie przez Mierzeję). To nie tylko Rosjanie oraz wraży pomorski urząd marszałkowski stanowią problem, lecz i konieczność czekania na opinię oddziaływania tej inwestycji na środowisko – co musi potrwać, bo dopiero niedawno inwestor czyli Urząd Morski w Gdyni, złożył do Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska w Olsztynie raport na ten temat.

 

Co zrobić, żeby nie robić?

Co gorsza, planowane koszty przekopania Mierzei rosną, czemu winien jest oczywiście poprzedni rząd z Platformy Obywatelskiej, gdyż, jak powiedział minister Gróbarczyk, tamten rząd nie zbudował kanału przez Mierzeję. W ten sposób minister gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej uznał, że rząd PO zbudowałby ten kanał taniej niż rząd PiS – i jako fachowcowi, należy mu wierzyć.
Problemem jest też stopień skomplikowania projektu przekopu (co trochę dziwi, bo jeszcze dwa lata temu PiS uznawał, że jest to sprawa w miarę prosta i nie nastręczająca większych kłopotów). Będzie to bowiem, jak wyjaśnił minister Gróbarczyk, inwestycja kompleksowa: najpierw układ drogowy, budowa mostów zwodzonych, a potem przekop, budowa śluzy i toru podejściowego wraz z falochronami.
W związku z tym wszystkim, prace nad projektem jeszcze więc trwają – a dopiero wtedy gdy się zakończą, będzie można ogłosić przetarg na budowę kanału przez Mierzeję, co powinno nastąpić jesienią tego roku. Wiadomo zaś, że przetarg też musi potrwać, a jego zwycięzca będzie potrzebował czasu, by rozpocząć prace.
W ten sposób minister przygotowuje tzw. opinię publiczną do tego, że budowa kanału się jednak nie rozpocznie – co trzeba wszakże robić delikatnie, by publiczność nie potraktowała pomysłu przekopu Mierzei jako kolejnej lipy ze strony PiS.

 

Symbol wstawania z kolan

Projekt budowy kanału przez Mierzeję Wiślaną to jeden z najgłośniejszych propagandowo pomysłów PiS. Ma liczyć ok. 1300 m długości i 5 m głębokości, dzięki czemu do portu w Elblągu będą mogły łatwiej wpływać większe statki.
Kanał ma jednak dla PiS znaczenie przede wszystkim propagandowe i polityczne. Powinien pomóc temu ugrupowaniu w wygraniu tegorocznych wyborów samorządowych. Przede wszystkim zaś, ma stanowić widomy przejaw naszej niezależności od Rosji. Dotychczas bowiem najdogodniejsze wyjście z Elbląga na Bałtyk wiedzie przez cieśninę Pilawską, której oba brzegi należą właśnie do Rosji. Rosjanie nie czynią wprawdzie trudności w ruchu polskich statków przez tę cieśninę (bardzo zresztą ograniczonym, bo przeładunki w elbląskim porcie spadły ze 168 tys. ton w 2016 r. do zaledwie 100 tys. ton w roku ubiegłym). Nie przystoi jednak, by jednostki z biało-czerwoną banderą musiały pokonywać obce, nieprzyjazne terytorium.
Jest też wprawdzie inne wyjście z Zalewu Wisłanego na Bałtyk, leżące całkowicie w Polsce, przez Szkarpawę i Wisłę. Jest ono jednak mniej dogodne, płytsze, a przede wszystkim nie ma takiego wydźwięku symbolicznego, jak budowa nowego kanału.
Druga Rzeczpospolita budowała port w Gdyni, konkurencyjny wobec Wolnego Miasta Gdańsk – więc rząd PiS opowiada, że chciałby zbudować chociaż kanał, konkurencyjny wobec cieśniny Pilawskiej. Różnica polega na tym, że port w Gdyni rzeczywiście powstał i działa, natomiast budowa kanału przez Mierzeję, a także późniejsze utrzymanie go w stanie żeglowności, są mocno wątpliwe.

 

Nikt się nie chce śpieszyć

Ta inwestycja nie ma w pełni jednoznacznego poparcia także i w kręgach PiS. Słychać więc sygnały, iż dalszy scenariusz może wyglądać tak, że jeśli wybory samorządowe odbędą się wcześniej, czyli w drugiej połowie października, to rząd będzie mógł z czystym sumieniem odłożyć budowę kanału. Skoro bowiem rozpoczęcie prac zapowiedziano na listopad, nikt nie powinien mieć pretensji, że nie rozpoczną się w październiku.
Po wyborach samorządowych nie będzie się już pamiętać o kanale, potem przyjdzie zima – i dopiero w 2019 r., przed wyborami parlamentarnymi trzeba będzie zamarkować jakieś prace, żeby opozycja się nie czepiała, że PiS zapomina o swych obietnicach. Jeśli zaś wybory zostaną zaplanowane na listopad, to niewykluczone, iż na kilka dni wcześniej odbędą się jakieś działania pozorowane: zostanie ogrodzony teren, przyjadą geodeci, ciężarówki coś przywiozą itp.
Niezależnie od terminu tegorocznych wyborów, wiadomo, że dopiero po przyszłorocznych wyborach parlamentarnych, a niewykluczone, że i po prezydenckich w 2020 r., budowa kanału przez Mierzeję będzie mogła być odłożona ad calendas graecas.