Rząd PiS tryska budżetowym optymizmem

I nie ustaje w obietnicach. Dotychczasowe programy społeczne mają być kontynuowane, pojawią się nowe, wojsko będzie się zbroić, a pieniędzy wystarczy na wszystko.
Komunikat po posiedzeniu Rady Ministrów z dnia 24 sierpnia jest wyrazem euforycznych wręcz nastrojów w rządzie. „Polska jest w komfortowej sytuacji fiskalnej” – chwali się Rada Ministrów. I wskazuje, że po lipcu nadwyżka w budżecie na 2021 r. wynosi aż 35 miliardów złotych.
Nadwyżka ta wydaje się niewiarygodna i raczej trudno uwierzyć, że rzeczywiście wystąpiła, nie jest zaś efektem kreatywnej księgowości. Ponieważ jednak tylko rząd dysponuje pełnym zestawem informacji o faktycznej sytuacji gospodarczej kraju, niewielkie są możliwości, by jacyś niezależni eksperci mogli sprawdzić prawdziwość tego wyliczenia. W każdym razie, według rządu Prawa i Sprawiedliwości, te rzekomo dobre wyniki to oczywiście jego zasługa: efekt silnego odbicia gospodarczego, rozumnych działań uszczelniających system podatkowy i dobrych wpływów budżetowych z tego tytułu.
Można tylko zapytać, że skoro Polska jest w tak komfortowej sytuacji fiskalnej, to dlaczego na koniec roku na pewno pojawi się deficyt (o czym mówi sam rząd), a dług publiczny będzie nadal bardzo wysoki? I dlaczego pod płaszczykiem swego propagandowego programu, nazywanego „Polskim Ładem”, rząd zamierza doprowadzić do podniesienia podatków?
No i wreszcie, dlaczego, przy tak komfortowej sytuacji fiskalnej kraju, rząd nie chce wydać relatywnie drobnych kwot na opłacenie kilku leków ratujących życie w chorobach nowotworowych – które w Polsce nie są refundowane w przeciwieństwie do cywilizowanych krajów europejskich? Zamiast szybkiej refundacji, chorym przedstawia się wizję stworzenia w przyszłości „kompleksowego modelu opieki dla pacjentów z chorobami rzadkimi” i wdrożenie tzw. „Planu dla Chorób Rzadkich” (które akurat w Polsce są nader częste, bo choruje na nie, jak podaje rząd, od 2 do 3 milionów ludzi rocznie). Będzie to najprawdopodobniej taka sama lipa, jak choćby przyjęta w lutym tego roku „Strategia na rzecz osób z niepełnosprawnościami”, o której już ani się nie pamięta, ani nie traktuje jej poważnie.
Bazując na jakoby dobrych wynikach pierwszego półrocza, Rada Ministrów przygotowała projekt budżetu na 2022 rok. Założono dochody na poziomie 475,6 mld zł, a wydatki na poziomie 505,6 mld zł. Te 30 mld zł różnicy między dochodami i wydatkami to jednak, jak zapowiada rząd, faktycznie nie ma być deficyt, lecz środki przeznaczone na inwestycje. „Budżet na 2022 r. to kolejny impuls do dalszego rozwoju polskiej gospodarki” – cieszy się Rada Ministrów. I zapowiada, że polityka gospodarcza rządu w 2022 r. będzie nakierowana na możliwie szybką odbudowę potencjału gospodarczego kraju. Gospodarka wprawdzie bowiem ciągle odczuwa skutki wywołane wybuchem pandemii COVID-19 w 2020 r., jednak powraca już na ścieżkę wzrostu.
Zdaniem Rady Ministrów, sytuacja w całym sektorze finansów publicznych, którego częścią jest budżet państwa, jest „solidna” (czyli już nie „komfortowa”). Według prognoz, polski produkt krajowy brutto w 2021 r. zwiększy się o 4,9 proc. w ujęciu realnym (po spadku o 2,7 proc. rok wcześniej). Tak duży wzrost to właśnie efekt ubiegłorocznego załamania i niskiej w związku z tym bazy porównawczej. Podobno covidowe straty zostały już w Polsce nadrobione. Najnowsze szacunki Głównego Urzędu Statystycznego dotyczące PKB za II kwartał 2021 r. wskazują na wzrost o 10,9 proc. rok do roku, wobec spadku o 8,3 proc. w tym samym okresie 2020 r. W związku z tym w przyszłym roku procentowe tempo wzrostu gospodarki będzie nieco wolniejsze i wyniesie 4,6 proc.
Notujemy też jedną z niższych stóp bezrobocia wśród państw Unii Europejskiej. Przewiduje się, że stopa rejestrowanego bezrobocia wyniesie na koniec 2021 r. 6,0 proc., a na koniec przyszłego roku, 5,9 proc. Scenariusz na ten rok zakłada wzrost przeciętnego zatrudnienia w gospodarce narodowej o 0,5 proc, a w 2022 r. o 0,7 proc.
W 2021 r. przeciętne wynagrodzenie brutto w gospodarce narodowej zwiększy się o 7,4 proc., natomiast w przyszłym ma wzrosnąć o 6,7 proc. Prognozowane przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto w 2022 r. w gospodarce narodowej wyniesie 5 922 zł. Oczywiście tak wysoką płacę dostanie faktycznie nie więcej, niż 20 – 25 proc. zatrudnionych w Polsce, bo ta przeciętna jest zawyżona przez bardzo wysokie zarobki prezesów, członków zarządów i innych rozmaitych szefów, będących PiS-owskimi krewnymi i znajomymi królika.
Rząd oczekuje znacznego wzrostu konsumpcji, mającego nakręcać koniunkturę. Przyjęto, że w 2021 r. spożycie prywatne wzrośnie realnie o 5,3 proc., a w kolejnym roku o 5,7 proc. Inflacja ma natomiast spadać. Założono średnioroczny wzrost inflacji w 2021 r. do 4,3 proc. W dalszej perspektywie czynniki związane z pandemią powinny już wygasać, co wpłynie na ograniczenie inflacji w ujęciu rocznym – zapewnia Rada Ministrów, przewidując iż w 2022 r. wzrost cen towarów i usług konsumpcyjnych w ujęciu średniorocznym wyniesie tylko 3,3 proc. (w rzeczywistości, z pewnością wyniesie więcej).
Nieco szybciej mają rosnąć dochody podatkowe państwa. Rząd zakłada, że w 2022 r. wzrosną o 5,3 proc, ale w ujęciu nominalnym, realnie będzie to zapewne jakoś o połowę mniej. „Poziom dochodów budżetu państwa w 2022 r. będzie determinowany dalszym dynamicznym rozwojem gospodarki” – twierdzi Rada Ministrów.
Rządzący obiecują, że po stronie wydatkowej budżetu państwa na rok przyszły „zabezpieczono niezbędne środki na kontynuację dotychczasowych, priorytetowych działań” wśród których na pierwszym miejscu wymienia się oczywiście program „Rodzina 500+”. Mają pojawić się i nowe, jak „rodzinny kapitał opiekuńczy”. Będziemy się też zbroić – finansowanie potrzeb wojskowych pochłonie 2,2 proc. polskiego PKB. Emeryci, ważny element elektoratu Prawa i Sprawiedliwości, mogą zaś liczyć na waloryzację świadczeń o 4,89 proc.
Zdaniem Rady Ministrów, pieniędzy na wydatki nie zabraknie ze względu na przyśpieszenie gospodarcze. Rząd wskazuje, że o dobrej sytuacji gospodarczej kraju świadczy między innymi to, że sprzedaż detaliczna w Polsce rośnie piąty miesiąc z rzędu. W lipcu bieżącego roku zwiększyła się o 8,9 proc. w cenach bieżących oraz o 3,9 proc. w cenach stałych w ujęciu rok do roku (co jednak jest dość marnym wynikiem, gdy zważyć, że chodzi o porównanie z rokiem 2020, w którym nastąpiło pandemiczne załamanie sprzedaży detalicznej).
Polski przemysł rośnie natomiast czternasty miesiąc z rzędu. W lipcu br. produkcja sprzedana przemysłu była wyższa o 9,8 proc. w porównaniu z lipcem ubiegłego roku, co jest wynikiem przyzwoitym, ale nie rewelacyjnym na tle innych krajów europejskich.
Z kolei polski eksport towarów zwiększa się dziesiąty miesiąc z rzędu. W czerwcu tego roku był wyższy o 23,1 proc. niż przed rokiem. Będzie to jednak tylko okresowy sukces. Przewiduje się bowiem, że w latach 2021 – 2022 import – po głębszym niż eksport spadku w roku ubiegłym – będzie rósł szybciej niż eksport. W 2022 r. tempo importu wyniesie 9,4 proc., a eksportu 7,7 proc.
Przy tych wszystkich porównaniach warto zwrócić uwagę, że rząd, ze względów propagandowych chętnie operuje danymi procentowymi. W związku z ubiegłoroczną recesją, wyglądają one bowiem dużo bardziej efektownie, niż zestawienie rzeczywistej wartości (w miliardach złotych) sprzedaży, wyników przemysłu czy handlu zagranicznego za trzy ostatnie lata – czyli za 2019 (jeszcze przed pandemiczny), ubiegły i bieżący.

Państwo nie musi być nieefektywne

Budowa szkół czy szpitali to także inwestycje – i to może szczególnie ważne, bo służące bezpośrednio dobru obywateli.
Tylko 20 proc. wszystkich inwestycji publicznych w krajach Unii Europejskiej stanowią wydatki na twardą infrastrukturę. Pozostałe 80 proc. można zaklasyfikować jako inwestycje miękkie, w kapitał ludzki, czyli zwłaszcza wydatki na zdrowie i edukację obywateli. Dla porównania, wśród inwestycji prywatnych jedynie 12 proc. to strumyk kierowany na rozwój kapitału ludzkiego. Tak więc, o ile większość inwestycji w kapitał fizyczny (maszyny, budynki, infrastrukturę) pochodzi z sektora prywatnego, to w przypadku inwestycji w kapitał ludzki, zdecydowaną ich większość stanowią wydatki sektora publicznego.
Proporcje tych wydatków różnią się pomiędzy krajami, mieszcząc się w przedziale od 50 do 90 proc. Tak duża rozbieżność wynika głównie z różnic między krajami Europy Środkowo-Wschodniej i Południowej a pozostałymi państwami członkowskimi. Państwa Europy Środkowo-Wschodniej oraz Południowej inwestują bowiem w kapitał ludzki średnio 6,4 proc. PKB, podczas gdy pozostałe państwa członkowskie aż 8,7 proc. PKB. Efektem może być osłabienie długofalowego potencjału rozwojowego państw, które inwestują mniej. Warto zaznaczyć, że ograniczenie inwestycji publicznych w krajach Europy Południowej było konsekwencją realizacji restrykcyjnej polityki gospodarczej, prowadzonej po kryzysie finansowym z końca pierwszej dekady XXI w.
Wskaźniki mierzące poziom inwestycji, pokazują, że inwestowanie w dobrostan ludzi to niekoniecznie jest coś, czym interesowałby się prywatny biznes. Chociaż, być może byłoby to dla niego opłacalne, bo okazuje się, jak wskazuje Polski Instytut Ekonomiczny, że roczne stopy zwrotu z inwestycji państwa w edukację i zdrowie obywateli potrafią przekraczać 10 proc.
Okres wychodzenia z kryzysu to dobry czas na zwiększenie rozmiarów inwestycji publicznych i poszerzenie jej definicji – podkreśla raport PIE zatytułowany „Czy państwo może być dobrym inwestorem?”. Brak uwzględnienia inwestycji w kapitał ludzki w większości statystyk przynosi bowiem błędny obraz sektora publicznego jako nieefektywnego i hamującego rozwój społeczno-gospodarczy
Kryzys pandemiczny spowodował ewolucję myślenia o polityce fiskalnej, na której kształt wpłynęły także wnioski z błędów popełnionych podczas wychodzenia z kryzysu finansowego 2007-2009. Dziś wydaje się oczywiste, że inwestycje w kapitał ludzki powinny mieścić się w oficjalnej definicji inwestycji publicznych. Tym bardziej, że obecnie, w trakcie wychodzenia z kryzysów, nie zawsze musi być stosowana restrykcyjna polityka finansowa.
Według szacunków Komisji Europejskiej, odsetki od zaciągniętego przez poszczególne państwa długu publicznego wyniosą w 2022 r. 1,2 proc. w relacji do PKB i będą o 0,3 punktu procentowego niższe niż przed kryzysem pandemicznym, pomimo znaczącego wzrostu długów publicznych w poszczególnych krajach. Jak wskazuje PIE, byłby to dobry czas na planowanie inwestycji publicznych, właśnie przede wszystkim w kapitał ludzki, gdyż one stymulują wzrost, przekładając się na wyższy produkt krajowy brutto, płace oraz wpływy podatkowe w przyszłości. – Dlatego właśnie proponujemy poszerzenie definicji inwestycji publicznych. W nowym ujęciu zawierałaby ona nie tylko tradycyjnie rozumiane inwestycje w kapitał fizyczny – np. budynki i drogi, ale także te w kapitał ludzki, czyli edukację i zdrowie obywateli – mówi Jakub Sawulski, kierownik zespołu makroekonomii Polskiego Instytutu Ekonomicznego.
Ekspansywna – i elastyczna – polityka fiskalna będzie możliwa tak długo, jak długo stopy procentowe pozostaną na obecnym, niskim poziomie. Okazuje się jednak, że wysokość tzw. naturalnej stopy procentowej, czyli takiej która stabilizuje gospodarkę, w skali globalnej systematycznie spada. Co istotne, nie jest to chwilowy trend związany z pandemią albo będący skutkiem kryzysu finansowego sprzed dekady, a raczej zjawisko o charakterze stałym – naturalna stopa procentowa w rozwiniętych gospodarkach spadła między 1998 r. a 2016 r. z 2,5 proc. do 0,5 proc. – wskazuje PiE.
Według Instytutu, trwały spadek stóp procentowych stwarza okazję do uruchomienia nowych inwestycji publicznych i poprawy jakości istniejących. Badania naukowe pokazują, że w długim okresie do najbardziej produktywnych inwestycji państwa należą wydatki związane z rozwojem dzieci i młodzieży, a więc inwestycje w żłobki, przedszkola oraz edukację publiczną – podkreśla Polski Instytut Ekonomiczny. Czyli właśnie te, których bardzo brakuje w czasie rządów Prawa i Sprawiedliwości, czego efekt boleśnie odczuwamy w postaci spadku narodzin dzieci.
Niestety, prominenci PiS jakoś nie chcą zauważyć prawdy, na którą zwraca uwagę Polski Instytut Ekonomiczny: o ile w przypadku dzieci pochodzących z zamożniejszych rodzin korzyści z edukacji przedszkolnej nie zawsze przewyższają jej koszty, to w przypadku dzieci z rodzin mniej zamożnych te korzyści mierzone są już dwucyfrowymi stopami zwrotu.
Kolejnym obszarem, w którym inwestycje publiczne okazują się być ponadprzeciętnie efektywne, jest ochrona zdrowia – także drastycznie zaniedbana, a w zasadzie wręcz zrujnowana podczas rządów Prawa i Sprawiedliwości. Wynika to z oczywistego faktu, iż wydatki na ochronę zdrowia przyczyniają się do zwiększenia produktywności pracowników, zmniejszenia liczby zwolnień lekarskich oraz wydłużenia okresu wykonywania pracy zawodowej przez obywateli. Z kolei, odpowiednio sfinansowana opieka profilaktyczna zmniejsza koszty leczenia w przyszłości, czego przykładem mogą być obowiązkowe szczepienia czy programy przeciwdziałające otyłości wśród uczniów. Takie prawidłowości są oczywiste właśnie nawet i dla uczniów – ale nie dla PiS-owskiej ekipy rządzącej, prowadzącej w istocie świadomie antyspołeczną politykę.
Warto zauważyć, że cięcia wydatków publicznych są często błędnie postrzegane jako forma restrykcyjnej, ale koniecznej polityki budżetowej. Tymczasem, w długiej perspektywie taka polityka może prowadzić do znaczącego zwiększenia społecznych i ekonomicznych kosztów, znacznie przewyższających potencjalne oszczędności – podkreśla Polski Instytut Ekonomiczny. Albowiem im mniej inwestycji w kapitał ludzki, tym gorsze perspektywy rozwojowe

Kapitał ludzki zwalcza biedę

Aż 80 proc. światowego ubóstwa lokuje się w krajach o Indeksie Kapitału Ludzkiego poniżej 0,50. Pytanie, co tu jest skutkiem, a co przyczyną?
Światowe indeksy kapitału ludzkiego prezentowane są zaledwie od kilku lat. W 2017 r. Światowe Forum Ekonomiczne opublikowało pierwszy raport poświęcony kapitałowi ludzkiemu, pod nazwą The Global Human Capital, w którym zawarto złożony wieloczynnikowy Indeks. Objął on 130 krajów a jego mottem było przesłanie pt. „Przygotowanie ludności do pracy w przyszłości”.
Według autorów raportu kapitał ludzi to posiadana wiedza i umiejętności, które umożliwiają tworzenie wartości w globalnym systemie gospodarczym. Indeks wartościuje poszczególne czynniki kapitału ludzkiego w skali od 0 (najgorsze) do 100 (idealne). Dla uchwycenia pełnego profilu potencjału ludzkiego w Indeksie Kapitału Ludzkiego stosuje się także pięć przedziałów wiekowych.
Podstawą tego indeksu jest koncepcja, że inwestycje w rozwój talentów w całym cyklu życia – poprzez edukację i zatrudnienie – zwiększają kapitał ludzki. Specjalizacja i możliwości poszczególnych osób rozwijają się w miarę ich wejścia na rynek pracy.
Indeks składa się z 4 subindeksów:

  1. Poziom edukacji młodzieży i dorosłych
  2. Zakumulowana wiedza i umiejętności dorosłej ludności
  3. Edukacja dla przyszłych pokoleń
  4. Know how.
    Indeks jest średnią ważona tych czterech subindeksów (po 25 proc. każdy). Indeksy obliczane są także dla wybranych grup wiekowych.
    Pierwszy subindeks obejmuje Potencjał (Capacity):
  5. Umiejętność liczenia oraz czytania i pisania ze zrozumieniem
  6. Wykształcenie podstawowe – osiągnięcia
  7. Wykształcenie średnie – osiągnięcia
  8. Wykształcenie wyższe – osiągnięcia.
    Drugi subindeks obejmuje Rozmieszczenie (Deployment):
  9. Wskaźnik zatrudnienia zasobów pracy
  10. Lukę zatrudnienia wg płci
  11. Stopę bezrobocia
  12. Stopę częściowego zatrudnienia.
    Trzeci subindeks to Rozwój (Deveplpment):
  13. Wskaźniki skolaryzacji podstawowej i jego jakości
  14. Wskaźniki skolaryzacji na poziomie średnim i lukę tego poziomu wykształcenia wg płci
  15. Wskaźnik doskonalenia zawodowego
  16. Wskaźniki skolaryzacji na poziomie wyższym i „biegłości” wykształcenia absolwentów
  17. Jakość systemu edukacji i wielkość kadry nauczającej
    Czwarty wreszcie subindeks to Know how:
  18. Udział zatrudnionych z wysokimi kwalifikacjami
  19. Udział zatrudnionych ze średnimi kwalifikacjami
  20. Dostępność kadry wysoko wykwalifikowanej.
    Wg raportu z 2017 r. Indeks Kapitału Ludzkiego dla Polski wynosił 69,61 a zajęte miejsce w rankingu to 31. W poszczególnych subindneksach Polska zajęła wtedy: Capacity 25 miejsce (wartość subindeksu 76,6), Deployment – 65 miejsce (65,9)), Development – 34 miejsce (72,7) i Know how – 24 miejsce (63,2).
    Bezpośrednio przed nami miejsca zajęły: Luksemburg (wartość indeksu na tym samym poziomie co Polska) i Kazachstan; a po nas: Bułgaria i Malezja.
    Wśród nowych krajów członkowskich w Unii Europejskiej Polska zajmuje szóste miejsce. Najwyższe miejsce zajęła Słowenia, po niej Estonia (12), Czechy (22), Litwa (25) i Łotwa (28).
    Pierwsze miejsce w rankingu światowym zajęła Norwegia z wartością Indeksu 77,12. Kolejne zajęły: Finlandia, Szwajcaria, USA i Dania. Ostatnie miejsce (130) zajął Jemen z wartością – 35,48.
    Rosja zajęła w omawianym rankingu 16 miejsce z wartością indeksu 72,16. Ukraina zajęła 24 miejsce z indeksem 67,70. Białoruś nie znalazła się w raporcie i tym samym w indeksie.
    Według raportu Światowego Forum Ekonomicznego z 2017 r., średni w skali świata wskaźnik wykorzystania potencjału kapitału ludzkiego wyniósł 62 proc., zatem 38 proc. było zmarnowanych. W przypadku Polski – zmarnowanego zostało 30 proc. kapitału ludzkiego.
    Tylko 25 proc. krajów wykorzystuje swój potencjalny kapitał ludzki w 70 proc. lub więcej. Ponadto 50 krajów (w tym Polska i to w górnym przedziale) mieści się z tym wskaźnikiem w przedziale 60 – 70 proc., kolejne 41 krajów w przedziale 50 – 60 proc., a 14 krajów w przedziale poniżej 50%
    Liderzy indeksu to na ogół gospodarki, które od dawna inwestują w edukację i posiadają znaczący udział pracowników o wysokich kwalifikacjach. I są to obecnie gospodarki o wysokim produkcie krajowym brutto na mieszkańca i zatrudnionego.
    Indeks i pełny raport (203 strony) można znaleźć na stronie www.weforum.org
    Inne podejście przedstawia Bank Światowy w swoim Indeksie Kapitału Ludzkiego, publikując pierwszy raport po raz pierwszy w październiku w 2018 r. Inna jest także konstrukcja Indeksu. Tutaj omówiony zostanie Indeks Kapitału Ludzkiego za 2020 r. ale opublikowany już w tym roku, z dopiskiem „w czasach Covid19”. Indeks swoim zasięgiem obejmuje 174 kraje. Wielkości indeksów mieszczą się liczbowo w przedziale od 0 do 1,0 według stopnia osiągniętego potencjału kapitału ludzkiego.
    Indeks Banku Światowego bada i mierzy, które kraje potrafią najlepiej mobilizować potencjał gospodarczy i zawodowych swoich mieszkańców. Indeks mierzy ile kapitału ludzkiego traci dany kraj z powodu braku należytej edukacji i troski o zdrowie.
    Wg opisu metodologii Indeks Kapitału Ludzkiego (Human Capital Index – HCI) mierzy kapitał ludzki, którego osiągnięcia urodzone dzisiaj dziecko może oczekiwać do 18 roku życia, biorąc pod uwagę ryzyko słabego zdrowia i słabej edukacji, które przeważa w kraju swego zamieszkania. HCI śledzi trajektorię od narodzin do dorosłości dziecka urodzonego dzisiaj.
    W najbiedniejszych krajach świata istnieje znaczące ryzyko, że dziecko dzisiaj urodzone nie dożyje piątych urodzin. Nawet jeśli osiągnie wiek szkolny, istnieje dalsze ryzyko, że nie rozpocznie nauki, a tym bardziej nie ukończy pełnego cyklu 14 lat nauki od przedszkola do 12 klasy, co jest normą w bogatych krajach. Z kolei czas spędzony w szkole może nierównomiernie przedkładać się na naukę, w zależności od jakości nauczycieli i szkół, z którymi ma do czynienia. Gdy osiąga wiek 18 lat życia, nosi ze sobą trwałe skutki złego stanu zdrowia i odżywiania z dzieciństwa, które ograniczają jej fizyczne i poznawcze zdolności jako osoby dorosłej.
    Składnik 1 Indeksu: Przeżywalność. Ten składnik Indeksu odzwierciedla niefortunną rzeczywistość, w której nie wszystkie dzieci urodzone dzisiaj przeżyją do wieku, w którym rozpoczyna się proces akumulacji kapitału ludzkiego poprzez formalną edukację. Mierzony jest przy pomocy współczynnika umieralności dzieci do 5 roku życia.
    Składnik 2 Indeksu: Szkoła. Ten składnik łączy informacje na temat ilości i jakości edukacji. Poziom wykształcenia mierzony jest jako liczba lat nauki szkolnej, jaką dziecko może oczekiwać do 18 roku życia biorą pod uwagę dominujący współczynnik skolaryzacji. Maksymalna możliwa wartość to 14 lat zakładając rozpoczęcie nauki w przedszkolu w wieku 4 lat. Jakość edukacji mierzą analitycy Banku Światowego harmonizując testy z głównych międzynarodowych programów testowania osiągnięć uczniów. Wyniki tych testów wahają się w przedziałach od 300 do 600 w różnych krajach. Zharmonizowane wyniki testów wykorzystywane są do przeliczania lat nauki i skorygowanie ich o wyniki nauczania.
    Składnik 3: Zdrowie. W Indeksie przyjęto wskaźnik ogólnego środowiska zdrowotnego. W jego skład wchodzi wskaźnik przeżycia osób dorosłych mierzony jako udział 15-latków, którzy przeżyli do wieku 60 lat. Oraz zdrowy wzrost wśród dzieci poniżej 5 roku życia mierzony udziałem dzieci, których wzrost nie jest zahamowany. To znaczy: 1 minus udział dzieci poniżej 5 roku życia, których wzrost jest niższy niż dwa standardowe odchylenia poniżej mediany Standardów Wzrostu Dziecka ustalonych przez WHO.
    Zahamowanie wzrostu służy jako wskaźnik prenatalnego, niemowlęcego i wczesnodziecięcego środowiska zdrowotnego, podsumowując ryzyko dla zdrowia, którego dzieci urodzone dzisiaj prawdopodobnie doświadczą we wczesnych latach życia – co będzie miało istotne konsekwencje dla zdrowia i dobrobytu w dorosłym życiu.
    Raport opisuje bardzo szczegółowo technikę przeliczeń i uśredniania i łączenia już na wskaźniku produktywności pracowników. Bank Światowy podaje w swym raporcie Indeksy Kapitału Ludzkiego według regionów i krajów. Dla krajów Ameryki Północnej wynosi on 0,75, dla krajów Europy i Azji Środkowej – 0,69, Azji Wschodniej i Pacyfiku – 0,59, Środkowego Wschodu i Afryki Północnej – 0,57. Ameryki Łacińskiej – 0,56 Azji Południowej – 0,48 i Afryki Subsaharyjskiej – 0,40.
    Bank Światowy stwierdza także wysoką korelację pomiędzy Indeksem Kapitału Ludzkiego a produktem krajowym brutto. A także, że 80 proc. światowego ubóstwa lokuje się w krajach o Indeksie Kapitału Ludzkiego poniżej 0,50.
    Czołówkę Światowego Indeksu Kapitału Ludzkiego stanowią: Singapur – 0,88, Hong Kong – 0,81, Japonia, Korea Południowa, Kanada, Finlandia i Szwecja po 0,80.
    Polska zajęła w tym Indeksie 23 miejsce z wartością indeksu na poziomie 0,75, zaraz po Danii a przed Czechami i Niemcami. Spośród nowych członków UE wyprzedzają nas Estonia (12 miejsce) i Słowenia (15 miejsce). Indeks i pełny raport (229 stron) Banku Światowego znajduje się na stronie www.worldbank.org
    Wśród naszych sąsiadów Czechy zajmują 24 miejsce, Niemcy – 25, Litwa – 34, Białoruś – 36, Słowacja – 44 i Ukraina – 53.
    USA zajęły 35 miejsce (0,70), Rosja 41 miejsce (0,68) a Chiny 45 miejsce (0,65).
    Ostatnie miejsca w Indeksie zajmują: Republika Afryki Środkowej, Czad, Sudan Południowy, Niger i Mali (174 miejsce).
    Warto porównać obydwa przedstawiane tutaj indeksy, bo dotyczą przecież tego samego tematu: kapitału ludzkiego. Polska zajmuje w nich nie najgorsze miejsca. Nie ma tu odniesienia do przeszłości, są to bowiem Indeksy świeżej daty. Ale różnica między nimi – liczbowo biorąc – nie jest duża.
    Tak zwany zmarnowany czy lepiej – niewykorzystany – potencjalny kapitał ludzki wynosi w przypadku Indeksu Światowego Forum Ekonomicznego 32 proc., a w przypadku Indeksu Banku Światowego 25 proc. Różnica nie jest zbyt duża, choć podejście bardzo różne, które daje spory materiał do dalszych analiz i przemyśleń.

Indeks Kapitału Ludzkiego 2017 wg. Światowego Forum Ekonomicznego
1 Norwegia 77,12
2 Finlandia 77,07
3 Szwajcaria 76,48
4 USA 74,84
5 Dania 74,40

29 Kazachstan 69,78
30 Luksemburg 69,61
31 Polska 69,61
32 Bułgaria 68,49
33 Malezja 68,29

Indeks Kapitału Ludzkiego 2020 wg. Banku Światowego
1 Singapur 0,88
2 Hong Kong 0,81
3 Japonia 0,80
4 Korea Południowa 0,80
5 Kanada 0,80

21 Cypr 0,76
22 Dania 0,76
23 Polska 0,75
24 Czechy 0,75
25 Niemcy 0,75

Bankierzy bronią swych zysków

Czy należy wspierać kapitały banków – czy odmawiać pomocy i za grzechy banków, pozwolić im pogrążyć się w kłopoty finansowe?
Dane Komisji Nadzoru Finansowego za listopad 2020 roku na temat sytuacji sektora bankowego nie są optymistyczne. Pomimo że cały sektor wygenerował zysk, to jego spadek o prawie połowę w porównaniu z poprzednim rokiem stanowi sygnał ostrzegawczy i dla regulatora i dla samych banków.
Według danych KNF na koniec listopada 2020 roku wynik finansowy netto sektora bankowego w Polsce wyniósł 7,9 mld zł i był niższy od osiągniętego rok wcześniej o 45,5 proc. (spadek z 14,5 do 7,9 mld zł). Wpływ na pogorszenie wyników sektora bankowego miały przede wszystkim spadki przychodów odsetkowych (minus 1,9 mld) oraz rezerwy i odpisy banków (4,0 mld zł) dokonywane w ostatnich miesiącach. Warto zwrócić uwagę, że w tym trudnym roku banki obniżyły koszty administracyjne i pracownicze (o 224 mln).
Z uwagi na specyfikę pandemicznego kryzysu, banki – w odróżnieniu od podmiotów z innych sektorów – będą odczuwały negatywne skutki jeszcze długo po jego zakończeniu. Tymczasem powinny one odegrać kluczową rolę m.in. w odbudowywaniu po pandemii prywatnych inwestycji. Do tego potrzebne są działania wpierające budowanie kapitałów w sektorze bankowym i minimalizujące zagrożenia powodujące jego destabilizację – wskazuje Towarzystwo Ekonomistów Polskich.
Sektor bankowy nadal generuje zysk, co biorąc pod uwagę, że mówimy o okresie recesji, jest zjawiskiem pozytywnym. Jednak już 18 banków wykazuje straty (łącznie 1,1 mld zł), a ich aktywa stanowią 7,7 proc. całego sektora. Dobrą informację jest to, że normę płynności krótkoterminowej (LCR) na koniec listopada 2020 r. spełniały wszystkie banki komercyjne. Po trzech kwartałach ubiegłego roku wskaźniki adekwatności kapitałowej sektora były na poziomie 20,4 proc. (łączny współczynnik kapitałowy – TCR) i 18,4 proc. (współczynnik kapitału podstawowego – T1), odpowiednio o 1,8 pkt. proc i 1,2 pkt. proc. wyższym niż rok wcześniej.
Generalnie wyniki sektora bankowego są wyraźnie słabsze niż w ubiegłym roku, co gorsza, utrwalenie lub pogorszenie sytuacji jest bardzo prawdopodobne. Nie można wykluczyć w najbliższej przyszłości pojawienia się problemów finansowych przedsiębiorstw w niektórych branżach, wzrostu stopy bezrobocia, czy też utrzymywania przez bank centralny niskich, realnie negatywnych stóp przez dłuższy okres, co wpłynie negatywnie na wynik odsetkowy banków – zauważa TEP.
Spadają wskaźniki efektywności sektora – w ujęciu rok do roku wskaźnik ROE (rentowność kapitału własnego) spadł o 3,23 pkt. proc. – do 3,19 proc.), co utrudnia pozyskiwanie nowego kapitału. W praktyce, aby sprostać wymogom kapitałowym regulatora oznacza to konieczność ograniczania akcji kredytowej i w konsekwencji delewarowania (zmniejszania relacji ich aktywów do kapitału) bilansów banków (szczególnie mniejszych). Jednocześnie wyraźnie rośnie relacja odpisów i rezerw do przychodów sektora bankowego (wzrost o 5,8 pkt. proc. – do 19,93 proc.).
Regulator (KNF) w 2020 roku podjął decyzję o zniesieniu bufora ryzyka systemowego oraz odłożył w czasie wprowadzenie rekomendacji R, co zwiększyło kapitały sektora bankowego. Niemniej, jak podkreśla TEP, zaangażowanie banków w proces restrukturyzacji wielu polskich przedsiębiorstw (na skutek pandemii) oraz uczestnictwo banków w finansowaniu projektów inwestycyjnych, a także zwykłe kontynuowanie dotychczasowej akcji kredytowej wymagać będzie dalszego obniżenia kosztów działalności banków i zwiększenia ich bazy kapitałowej.
Kapitały banków mogą stanowić jedno z podstawowych ograniczeń w finansowaniu inwestycji prywatnych. W tym przypadku powinniśmy mieć do czynienia z działaniami mającymi na celu wspieranie sektora bankowego w budowie jego kapitałów. Cele te mogą być osiągnięte poprzez złagodzenie opodatkowania banków podatkiem od wartości aktywów bankowych, który w Europie miał zbudować bufor dla ewentualnej pomocy rządowej dla banków po kryzysie finansowym w 2008 roku.
Innym rozwiązaniem jest wprowadzenie zmian do wag ryzyka dla portfela kredytów walutowych. KNF oraz KSF (Komitet Stabilności Finansowej) nadal utrzymują ekstremalnie wysokie wagi ryzyka dla tego portfela w wysokości 150 proc. Obniżenie tej wagi do poziomu 100 proc. uwolniłoby dodatkowy kapitał wielu banków i wzmocniłby rzeczywisty wpływ banków na sytuację gospodarczą w kraju.
Oczywiście, należy pamiętać, że nadal mamy do czynienia z nierozwiązanym problemem sektora frankowych kredytów hipotecznych. Proponowane ostatnio przez KNF porozumienie między bankami a klientami traktuje kredyty frankowe tak, jakby od początku były złotowymi. Za całą różnicę kosztów między kredytem w PLN, a CHF mają zapłacić banki. Zakładając, że aktywnych jest jeszcze 450 tys. umów kredytów hipotecznych w frankach, w sądach szacuje się, że jest obecnie około 20 tys. spraw.
Według szacunków banków wartość wszystkich spraw przegranych w sądach (a przegrywają 90 proc. wszystkich spraw) to około 4 mld zł, czyli mniej więcej połowa zysku rocznego sektora bankowego w Polsce. Tymczasem propozycja KNF oznacza, że banki zapłaciłyby około 20 mld zł (zakładając przeciętny zwrot klientowi banków na poziomie 50 tys. zł.). Nie wiemy oczywiście, ile osób ostatecznie pójdzie do sądów, ani czy nie będzie jednolitego orzecznictwa Sądu Najwyższego, które może zachęcić innych do składania pozwów przeciwko bankom. Jednak na ten moment propozycja KNF oznaczałaby wyższe koszty dla banków.
Nadal zatem nie wiadomo, w jaki sposób potoczy się sprawa kredytów frankowych, jednak sposób jej rozwiązania ma wpływ na stabilność całego sektora bankowego. Oprócz poważnej interwencji państwa w kwestię kredytów walutowych, nie można nie zauważyć wzrostu ryzyka dla prowadzenia działalności bankowej, spowodowanego przez nietransparentne przejęcie Idea Banku i włączenie go do struktur banku państwowego.
W kontekście problemów związanych z efektami pandemii z jednej strony i coraz silniejszej konkurencji ze strony fintechów (firm oferujących usługi finansowe) z drugiej strony, banki będą musiały wprowadzać istotne zmiany w swoich modelach biznesowych. Skala wyzwań jest duża, ważne jest więc, by regulator umiejętnie wspomagał sektor bankowy, aby ten był jak najsilniejszy i stabilny.

Kapitał wieje, kędy chce

Karol Marks w „Manifeście komunistycznym” napisał: „Współczesna władza państwowa jest jedynie komitetem, zarządzającym wspólnymi interesami całej klasy burżuazyjnej”. Globalizujący się świat po upadku systemu zwanego „komunistycznym ukazuje w pełni prawdziwość przytoczonej myśli.

Niczym nie kontrolowany przepływ kapitału, informacji, idei, ludzi, towarów, ponadgraniczny wymiar przestępczości zorganizowanej na niespotykaną wcześniej skalę, rosnąca dyspersja i polaryzacja biedy i bogactwa – to są wszystko elementy deprecjacji władzy państwowej, o której mówi filozof z Trewiru.

Zygmunt Bauman zwrócił z kolei uwagę na fakt, iż dawny, znany wszystkim paradygmat demokracji, gdzie „wielu obserwowało nielicznych”, został zastąpiony sytuacją, kiedy „nieliczni obserwują wielu”. To jest nie tylko nadzór, to nie tylko wizja Wielkiego Brata Orwella. Demokracja, „władza ludu sprawowana przez lud dla ludu” jak stwierdził w mowie getysburskiej Abraham Lincoln jest dziś – wbrew pozorom zwycięstwa, wbrew niekwestionowanym paradygmatom i wbrew opowieściom mediów trzymanych na krótkiej smyczy przez kapitał – bardziej wątła niż kiedykolwiek.
Wybory stały się show, igrzyskami ku uciesze gawiedzi.

Gdzie jest walka na programy, gdzie starcia pomysłów, gdzie konfrontacja rozwiązań i sądów, o osobowościach nie mówiąc? Wszystkie partie czy stronnictwa w zasadzie w płaszczyźnie ekonomiczno-gospodarczej mówią to samo. Zapowiedzi przedwyborcze po wygranych wyborach sprowadzają się do kosmetyki zmian. Bo nic nie można zmienić: tak mówią zalecenia omnipotentnych doradców, oceny firm ratingowych, do tego sprowadzają się opinie jakichś międzynarodowych struktur o niejasnym charakterze i pozbawionych jakiejkolwiek kontroli zewnętrznej, o demokratycznej legitymizacji nawet nie mówiąc. Nie ma alternatywy! – grzmią analitycy, konsultanci, eksperci, wszyscy na łańcuchu megakapitału. Jeden to sektor, przy-kapitałowy, żyjący z tych opinii, rad, audytów, udzielanych zaleceń, pomocy i zestawień. W tym amorficznym gremium zapadają decyzje stanowiące o bycie milionów, ba – miliardów, ludzi na Ziemi.

Państwo, a właściwie – władza demokratycznie wybrana przez obywateli każdego współcześnie istniejącego państwa, stała się autentycznym nocnym stróżem. Pilnuje przy tym tylko swobody przepływu kapitału i swobody mnożenia zysków. Dowody – Francja Macrona, Chile Piñery, Ekwador Moreno, Ukraina Zełeńskiego… i wiele innych państw, które wobec buntu mas ludowych protestujących przeciwko ograniczaniu ich praw, zdobyczy, spadku jakości życia stają po stronie hiper-kapitału światowego. Jak stwierdził onegdaj kanclerz Niemiec Gerhard Schroeder, nie ma podziału na ekonomię kapitalistyczną i socjalistyczną (czy socjaldemokratyczną). Jest tylko na dobrą i złą. Dobra to taka, która przerzuca skutki swoich nietrafionych i ryzykownych posunięć na barki obywateli.

Nie na darmo niemieccy zwolennicy lewicy, kraju o jednej z największych gospodarek i najprężniejszego potentata ekonomicznego współczesnego świata, nazwali Schroedera „Genosse der Bosse” (towarzysz bossów = bossów biznesu).

Na przełomie światów, antycznego i średniowiecznego, żyjący wówczas Augustyn Aureliusz, późniejszy święty Kościoła katolickiego, doktor wspólnoty chrześcijańskiej, miał rzec iż „Duch Święty wieje kędy chce”. Była to sentencja opisująca niezbadanie i nie ogarnięcie ludzkim rozumem i wolą działań jednego z podmiotów Trójcy Świętej. Dziś takim transcendentnym i niepojętym pojęciem pozostaje jedynie kapitał. Zmitologizowany, sfetyszyzowany, gruntownie antydemokratyczny. Czy da się jeszcze założyć mu kaganiec? A może było to możliwe tylko wtedy, gdy zagrożenie „widmem komunizmu” było realne, bo rakiety Armii Czerwonej rzucały znad Łaby wyraźny cień na Zachód, a podczas defilad na pl. Czerwonym w Moskwie w 9 maja grzmiało głośne „urrraaaa”?

Sukces nie jest raz na zawsze

Czy utkniemy na poziomie biedniejszych i mniej konkurencyjnych południowych państw członkowskich UE?

Poziom życia Polaków w stosunku do USA, globalnego lidera gospodarczego, przekracza dzisiaj 50 proc. W przededniu I wojny światowej w 1913 roku, na koniec II RP w 1938 r. i na koniec Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej w 1988 r., nasz poziom życia oscylował wokół zaledwie 20 poziomu ówczesnych Amerykanów.
W 1989 r. należeliśmy do najbiedniejszych narodów Europie. Jednak po upadku socjalizmu jako pierwsi rozpoczęliśmy szeroko zakrojone reformy, które umożliwiły rozwój poprzez mechanizm rynkowy. Pierwsi w bloku socjalistycznym zaczęliśmy gonić kapitalistyczny poziom życia. Budowa rynku i napływ kapitału zagranicznego w III RP doprowadziły do modernizacji gospodarki.

Mogliśmy zacząć działać

Przystąpienie do Unii Europejskiej otworzyło wspólny rynek na polskie firmy, ostatecznie integrując je z europejską gospodarką. Dalszy sukces zależy od reform ograniczających szkodliwy wpływ polityki na gospodarkę, w tym rządów prawa, które odróżniają rozwinięte gospodarki Zachodu od reszty świata. Próby industrializacji ziem polskich przez państwowy kapitał w okresie zaborów, II RP i PRL zakończyły się porażkami.
W okresie rozbiorów rozwój gospodarczy ziem polskich w stosunku do ówczesnego lidera, Imperium Brytyjskiego, pozostał niezmieniony. Wzrost przyspieszył dopiero w Królestwie Kongresowym wraz z pewnym zakresem rynkowej industrializacji.
W II Rzeczpospolitej odcięcie od tradycyjnych rynków i problemy wewnętrzne blokowały nasz rozwój. Relatywny sukces pierwszej dekady otwartości na kapitał i ograniczonej roli państwa, zakończył światowy kryzys gospodarczy w 1929 r.. Państwową industrializację, która tymczasowo napędziła koniunkturę, przerwała wojna. Również w PRL marzenia socjalistycznych teoretyków o państwowych przemysłach, które rozwinęłyby się chronione przed zewnętrzną konkurencją, okazały się płonne. Po 40 latach państwowej industrializacji, konieczne było rozpoczęcie procesu budowy nowoczesnej gospodarki od nowa.

Zakotwiczenie w Europie

W okresie zaborów, II RP i PRL próbowaliśmy industrializacji kierowanej i finansowanej przez państwo. Jednak tym razem zdecydowaliśmy się wziąć przykład z Zachodu: pozwoliliśmy Polakom działać, budując rynek i reformując instytucje państwa. W rezultacie po raz pierwszy w swojej historii wytworzyliśmy silną i relatywnie zamożną klasę średnią.
Izolację od zagranicy zastąpiliśmy otwarciem na zagraniczną konkurencję i kapitał. Wejście zagranicznych przedsiębiorstw wiązało się z transferem technologii i metod organizacji pracy, umożliwiając rozwój oparty na wzroście wydajności, a nie tylko nakładach kapitałowych.
Przystąpienie do UE zakotwiczyło nas w europejskich powiązaniach gospodarczych oraz wymusiło modernizację firm i państwa.
Bank Światowy określa Unię Europejską mianem „maszyny konwergencji”, ponieważ jej wolność przepływu towarów, usług, kapitału i ludzi, wraz z równymi regułami gry na rynku, najlepiej na świecie umożliwiają doganianie krajów bogatszych przez kraje biedniejsze, takie jak Polska.
Pytanie stojące dzisiaj przed Polską brzmi: czy będziemy kontynuować doganianie najbardziej konkurencyjnych gospodarek świata, realizując model kapitalizmu kojarzony z północnymi państwami członkowskimi UE, czy utkniemy na poziomie biedniejszych i mniej konkurencyjnych południowych państw członkowskich.
Wielka Brytania, Irlandia, Holandia, Niemcy, Austria, jak również kraje skandynawskie, charakteryzują się większym zakresem wolności gospodarczej, sprawnością instytucji państwa, wyższymi stopami zatrudnienia i większymi, bardziej wydajnymi przedsiębiorstwami.
Na przeciwnym biegunie znajdują się państwa członkowskich kojarzone z tzw. Południem – Grecja, Włochy i Portugalia. Wszystkie z nich na pewnym etapie napotkały bariery dalszego rozwoju – w przypadku Włoch po bardzo dynamicznym wzroście w latach powojennych – takie jak przeregulowanie, złe zarządzanie finansami publicznymi i wysokie stopy bezrobocia.

Nie tylko wysokie płace

Od końca XIX wieku Polacy kolejnymi falami emigrują na Zachód w poszukiwaniu pełniejszych możliwości samorealizacji, które stwarza nie tylko dobrobyt tamtejszych społeczeństw, ale i zwykle większy zakres wolności
Po otwarciu europejskich rynków pracy Polacy wyjeżdżali przede wszystkim do północnych państw członkowskich UE, które poza wysokimi płacami charakteryzują się m.in. szerokim zakresem wolności gospodarczej i konkurencyjnymi rynkami produktów. Niestety, Polska pozostaje w ogonie Unii Europejskiej (22. miejsce) i na dość odległym miejscu na świecie (54. miejsce) w indeksie wolności gospodarczej.
Migracja międzynarodowa zastępowała dotąd migracje do miast, podobnie jak w wielu innych regionach peryferyjnych. Przełamiemy ten problem, kiedy pokonamy własną peryferyjność i osiągniemy poziom rozwoju zbliżony do Europy Zachodniej. Tak było w Irlandii w latach 90-tych, kiedy zbliżyła się do poziomu rozwoju Wielkiej Brytanii, z kraju emigrantów stając się krajem imigrantów.
Transformacja ustrojowa to nie tylko imponujący wzrost gospodarczy. Zorientowanie Polski na Zachód to także zwiększenie stopnia ochrony praw człowieka. Wejście Polski do Rady Europy, a następnie do NATO i Unii Europejskiej, to także wzrost wskaźników, które łącznie rozumiemy jako liberalną demokrację.
W najważniejszych rankingach radykalnie poprawiliśmy swoją pozycję, jeśli chodzi o wolność słowa i mediów, standardy procesu wyborczego, równość wobec prawa (w tym równość płci) i jakość wymiaru sprawiedliwości.
Wśród wszystkich państw, które od 2004 r. są członkami UE, Polska stanowiła wzór do naśladowania. Nic jednak nie jest dane raz na zawsze. Ostatnie trzy lata to niespotykana wcześniej obniżka standardów, mająca swoje główne źródło w uzależnianiu sądownictwa od polityków i spadku jakości prawa.

Wy lenie i zdrajcy

Premier Mateusz Morawiecki, w swoich wypowiedziach, używa prostej, nieskomplikowanej i grubiańskiej retoryki względem opozycji dawniej rządzącej. Wy nic nie zrobiliście, okradaliście kraj, kolaborowaliście z UE, a naród cierpiał. Swoje credo historyczne premier Morawiecki ujawnił składając kwiaty na tablicy poświęconej hitlerowskim kolaborantom z Brygady Świętokrzyskiej.

 

Używając języka premiera Morawieckiego streszczę jego karierę następująco. Młody Morawiecki zatrudnił się na wysokim stanowisku w Banku Zachodnim. Zapewne nie obyło się to bez jakiejś protekcji. Ten bank był wtedy państwowy. Dzięki podstępnym działaniom Morawieckiego bank kupili zachodni banksterzy. Obecny premier przyłożył więc rękę do wyprzedaży majątku narodowego. Za ten postępek Morawiecki został prezesem, już niepolskiego Banku i w nagrodę zarobił kilkadziesiąt milionów złotych. Jednak banksterzy wyprowadzili za granicę miliardy naszych złotych, a o tego typu działaniach premier teraz tak dużo opowiada jako o złych praktykach. Premier Morawicki, wtedy jako prezes banku, dawał na to przyzwolenie. Jest więc on jednym z tych, na których ciąży odpowiedzialność za wyprzedaż naszego majątku narodowego.

Kiedy prezes Morawiecki został premierem, zmienił front. Swoim przeciwnikom zaczął zarzucać działanie na szkodę kraju i wyprowadzanie naszego kapitału za granicę. Pojawiły się również hasła repolonizacji mediów, przedsiębiorstw i także – banków. Być może takimi hasłami premier chce ukryć swój wielki grzech polegający na sprzedaży wspomnianego banku. Teraz kapitał polski ma być najważniejszy, a źli kapitaliści albo przestaną ograbiać Polskę, albo zostaną znacjonalizowani i ich majątek stanie się polski.

Jednak do tej pory, za sprawą rodzimego kapitału, nie powstała żadna PiS-owska inwestycja. Dlatego też premier Morawiecki pojawia się na inwestycjach zagranicznych. Np. na Dolnym Śląsku dotyczyło to Mercedesa, LG, Toyoty, czy Lufthansy. Zarazem premier puszcza oko do swoich wyborców, ….że ci kapitaliści, przy blasku których się grzeje, to krwiopijcy podkradający nasz kapitał i oczywiście wyzyskujący polskich pracowników.

Który Morawiecki jest zatem prawdziwy? Ten służący banksterom czy pragnący repolonizacji naszego przemysłu. Na razie przez długie lata służył, pewnie bez obrzydzenia, zachodnim wyzyskiwaczom. Teraz pragnie zmienić swój wizerunek, ale zarazem zachęca zagraniczny kapitał do inwestycji w naszym kraju. Czyżby po to, by było więcej do repolonizacji?

I tak oto podaję przykład, jak używając uproszczeń i prymitywnej propagandy można każdego upodlić, co z takim upodobaniem czyni nasz premier Morawiecki. Przy czym zaznaczam, że ten tekst nie służy obronie rządów PO i PSL.