Jednak będą rozmowy?

Północnokoreańska agencja KCNA poinformowała, że 5 października dojdzie do roboczego spotkania delegacji Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej i Stanów Zjednoczonych.

Pomimo gestów, listów, a nawet zaskakującego czerwcowego spotkania prezydenta USA Donalda Trumpa i przywódcy Korei Północnej Kim Dzong Una na 38 równoleżniku, rozmowy w sprawie denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego i zniesienia amerykańskich sankcji nałożonych na Pjongjang utknęły w martwym punkcie po zakończonym fiaskiem szczytu w Hanoi w lutym tego roku. Cze teraz pojawi się wreszcie szansa na przełom – okaże się.
Nie powiedziano, gdzie odbędzie się spotkanie, ani jaki będzie ich zakres – agencja przywołała jedynie słowa wiceministra spraw zagranicznych KRLD Choe Son Hui. Sądząc z niedawnych wypowiedzi amerykańskiego sekretarza stanu Mike’a Pompeo – Waszyngton także jest gotowy do rozmów.
Zwraca uwagę, że stanowisko strony amerykańskiej zrobiło się nieco bardziej elastyczne po dymisji prezydenckiego doradcy do spraw bezpieczeństwa Johna Boltona – zdecydowanego zwolennika twardego kursu wobec Pjongjangu, eufemistycznie mówiąc. Sam Bolton – choć nie pełni już funkcji w administracji Trumpa, nadal głosi pogląd, że Korea Północna nie zamierza się rozbroić i że nie należy ani znosić sankcji, ani wchodzić z nią w żadne układy. Dla prezydenta Trumpa przełamanie impasu w rozmowach jest jednak bardzo ważnym zadaniem.

Może później?

– tak prezydent Donald Trump zareagował na propozycję Pjongjangu, aby wznowić rozmowy na najwyższym szczeblu w sprawie denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego.

Zauważmy jednak, że odmawiając spotkania, prezydent Trump starał się tę odpowiedź maksymalnie złagodzić, zaraz potem bowiem podkreślił, że „relacje są dobre”, że wierzy, iż północnokoreański przywódca zechce przyjechać także do Stanów Zjednoczonych i że są środki, aby wypracować dalszą drogę.
Na jakim etapie są rozmowy – nie jest do końca jasne. Na początku sierpnia Biały Dom otrzymał list od Kim Dzong Una, wydaje się prawdopodobne, że po nim był jeszcze jeden. Pjongjang daje też sygnały, że zależy mu przynajmniej na wznowieniu konsultacji merytorycznych.
Trump i Kim odbyli dwa formalne spotkania na szczycie, z których pierwsze – w Singapurze – wskazało na pojawienie się szansy na przełom, drugie zaś – w Hanoi – zakończyło się powrotem do usztywnienia stanowisk. Od tego czasu obaj przywódcy spotkali się niespodziewanie po raz trzeci w czerwcu w Strefie Zdemilitaryzowanej na 38 równoleżniku i znów wydało się, że następuje zmiana klimatu, jednak w ciągu lata nie nastąpiły żadne dalsze ruchy. Korea Północna domaga się zniesienia sankcji, jednak Stany Zjednoczone nie palą się do tego kroku. Z drugiej zaś strony nie jest pewne, na ile szczere są deklaracje Kima i jak postępuje w rzeczywistości likwidowanie północnokoreańskiego potencjału jądrowego. Tymczasem zaś Pjongjang powrócił do przeprowadzania prób z rakietami, wprawdzie tylko krótkiego zasięgu.
Odejście amerykańskiego prezydenckiego doradcy do spraw bezpieczeństwa Johna Boltona, którego stanowisko wobec odwilży między Waszyngtonem a Pjongjangiem było zdecydowanie negatywne, może wprawdzie zaowocować zmianą sytuacji, gdyż Trumpowi zdecydowanie zależy na tym, aby osiągnąć widoczny sukces w relacjach z Koreą Północną. Parcie do spotkania na najwyższym poziomie bez wątpienia byłoby przedwczesne i doprowadzić by co najwyżej do powtórki z Hanoi.

Twitterowa dyplomacja dla frajerów

Nad tym, czy nieoczekiwane spotkanie prezydenta USA Donalda Trumpa z przywódcą Korei Północnej Kim Dzong Unem przełamało impas, w którym znalazły się rozmowy w sprawie denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego, nie ma co jeszcze się zastanawiać. Wiadomo, że obie strony mają swoje powody, aby przynajmniej udawać, że prowadzą rozmowy. A podczas dotychczasowych spotkań (za wyjątkie Hanoi) także dochodziło do manifestacyjnych gestów sygnalizujących przełamanie lodów, które najwyraźniej były obliczone na stworzenie „faktu medialnego” niż rzeczywiście przekaładało się na konkretny postęp. Bo i wątpliwe, ile ze swojego potencjału rakietowo-nuklearnego Pjongjang rzeczywiście rozmontował (czy też choć wydzielił do anihilacji), a i Waszyngton nie poczynił żadnych ruchów, aby znieść sankcje nałożone na Koreę Północną. Na marginesie doniesień o spotkaniu w Panmundżomie pojawiały się wszakże obserwacje innej natury, a zastanawiające. Otóż najwyraźniej wielu komentatorów wzięło na serio informację, że zostało ono zaaranżowane w następstwie tweeta Donalda Trumpa, na który Kim skwapliwie i pozytywnie zareagował. Czyli w dwa dni.
Przypomnijmy sobie pojawiające się choćby przy okazji każdej wizyty amerykańskiego prezydenta (nieważne – Trumpa, Obamy, czy któregokolwiek innego) w Polsce materiały omawiające (zwykle z zachwytem nad wielkością i potęgą Stanów Zjednoczonych i ich szefa) logistykę jego podróży, zabezpieczenia, ochronę itp. I nie jest ważne, czy zachwyca to, czy nie, chodzi o stwierdzenie faktu, że prezydent USA porusza się z takim orszakiem i jest to tak skomplikowane przedsięwzięcie, że uwierzyć w to, że w ciągu dwu dni możliwa była zmiana jego marszruty jest po prostu naiwnością. Nawet jeśli była to nie aż niezaplanowana podróż, ale włączenie dodatkowej wizyty i spotkania do programu podróży właśnie realizowanej. Tym bardziej, że do państwa uznawanego za wrogie. Nie wspominając choćby o takich detalach jak uzgodnienie agendy spotkania na najwyższym szczeblu. Takich rzeczy po prostu nie ma.
Twierdzenie, że spotkanie Trump-Kim w Panmundżomie zainicjował jeden tweet i jest to oznaka zmierzchu tradycyjnej dyplomacji, bo teraz wszystko dzieje się inaczej można włożyć między bajki. Kto chce wierzyć, niech w nie wierzy. Bo sposób „odmrożenia” relacji Waszyngton-Pjongjang i tym samym udrożnienia komunikacji między nimi z całą pewnością był przygotowywany długo, długo przedtem, tylko odbywało się to z wielką dyskrecją. Czemu – to zupełnie zrozumiałe. Po fiasku szczytu w Hanoi jakakolwiek wpadka w sprawach związanych z Koreą Północną byłaby po prostu bardzo kosztowna. Nie tylko wizerunkowo. Zamiast zatem bajać o tym, że teraz dyplomacja przenosi się z niedostępnych gabinetów i strefy szyfrowanej łączności do mediów społecznościowych, należy więc uznać całą tę operację za coś wręcz przeciwnego – za przykład dobrej pracy dyplomacji w jak najbardziej klasycznym rozumieniu: bez niepotrzebnego rozgłosu i przedwcześnie odtrąbianych fanfar. Takiej, która służy swojej istocie – mianowicie temu, żeby ci, którzy mają się spotkać, się spotkali.
Grzegorz Waliński

Trump przekracza 38 równoleżnik

Prezydent USA i przywódca KRLD spotkali się we wsi Panmundżom w strefie zdemilitaryzowanej na granicy pomiędzy Koreami. Po wzajemnym uścisku dłoni Kim Dzong Un zaprosił Donalda Trumpa na północnokoreańską stronę granicy. Trump odpowiedział na gest.

Przywódcy spotkali wczoraj wczesnym rankiem polskiego czasu, na początku kamery pokazały jedynie wstępną, kurtuazyjną wymianę zdań i podanie rąk. Zaraz potem północnokoreański przywódca zapraszającym gestem wprowadził Trumpa na swoją stronę strefy zdemilitaryzowanej. Nigdy wcześniej żaden amerykański prezydent nie przekroczył tej granicy.
– Dobrze pana znowu widzieć. Nie spodziewałem się, że spotkamy się w tym miejscu – miał powiedzieć Kim Dzong Un, gdy obaj przywódcy uścisnęli sobie dłoń na granicy.
Z kolei po przejściu na północnokoreańską stronę Trump miał ocenić to doświadczenie jako „wspaniałe uczucie” i „bardzo historyczny moment”. Jak donoszą anglojęzyczne media Trump mówił także, iż przekroczenie granicy jest dla niego „wielkim zaszczytem” („stepping across that line was a great honor”, z jakichś powodów w polskich mediach zostało to przetłumaczone jako „jestem dumny z tego, że przekroczyłem tę linię”). Kim Dzong Un z kolei podkreślił, że Trump jest „pierwszym prezydentem USA, który odwiedził nasz kraj” i ocenił to jako przykład „odwagi i determinacji”. Po wypowiedziach dla mediów obaj przywódcy rozpoczęli rozmowy za zamkniętymi drzwiami.
Spotkanie trwało blisko godzinę. Po jego zakończeniu Trump ogłosił wznowienie rozmów między Pjongjangiem i Waszyngtonem o denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego. USA i Korea Północna powołają w tym celu specjalne robocze zespoły, które rozpoczną wkrótce (w ciągu dwóch do czterech tygodni) negocjacje ws. konkretnych działań. Trump zastrzegł jednocześnie, że amerykańskie sankcje przeciwko Korei Północnej pozostaną w mocy; w rozmowie z dziennikarzami kilka razy zaznaczył, że tempo negocjacji nie jest dla niego najważniejsze, lecz zależy mu na „wszechstronnej, dobrej umowie” z Koreą Północną.
– Mam nadzieję, że prezydent Trump przejdzie do historii jako prezydent, który doprowadził do pokoju na Półwyspie Koreańskim – skomentował spotkanie Trumpa i Kima prezydent Korei Południowej Mun Dze In.
Warto dodać, że spotkanie to było cokolwiek przełomowe również ze względu na sposób w jaki ta inicjatywa się wyłoniła. Trump zasugerował w minioną sobotę na Twitterze, że mógłby spotkać się z Kimem „po prostu by uścisnąć mu dłoń i powiedzieć hello”. Pjongjang uznał to za „bardzo interesującą propozycję”, ale zaznaczył, że nie otrzymał oficjalnego zaproszenia. Nie było jasne, jaka będzie formuła spotkania, ani o czym Trump będzie rozmawiał z Kimem. Rozpoczęły się gorączkowe przygotowania, zakończone względnym sukcesem. Jest to przykład nowej formy dyplomacji, uprawianej niemal pozainstytucjonalnie, poprzez konto prezydenta USA na popularnej platformie społecznościowej.
W Panmundżom Trump i Kim spotkali się po raz trzeci. Wcześniej rozmawiali twarzą w twarz w Singapurze i Hanoi.

Pytania po szczycie

Zakończyło się spotkanie przywódcy Korei Płn. i Władimira Putina we Władywostoku. Była to pierwsza wizyta Kim Dzong Una w Rosji. Czy ta wizyta i ewentualne perspektywy porozumienia i współpracy pomiędzy tymi dwoma krajami stwarza szanse na pogłębienie procesu pokojowego w regionie?

Zważywszy na niepowodzenie minionego szczytu Trump-Kim w Hanoi i ambiwalentnym stosunku Chin do gry postanowiła włączyć się Federacja Rosyjska. Spotkanie, do którego doszło we Władywostoku może być zwiastunem włączenia się nowego silnego podmiotu geopolitycznego do procesu łagodzenia napięcia na Płw. Koreańskim.
Po pierwszym spotkaniu trudno wciąż spekulować o ewentualnym dalszym przebiegu tego procesu, jednak fakt, iż zarówno Putin jak i Kim Dzong Un wyrażali się pozytywnie o jego wynikach świadczy o początkowym sukcesie. Nie podpisano żadnych dwustronnych dokumentów, choćby intencyjnych. Niemniej, obaj rozmówcy uznali spotkanie za „wysoce rzeczowe”, a wzajemne stosunki, pomimo ich realnie bardzo zawężonego dotychczas zakresu, określili jako „tradycyjnie przyjazne”.
Padły też konkretne wzajemne oczekiwania, raczej realistyczne. Strona koreańska wyraźnie zaznaczyła, że liczy na wsparcie Rosji w staraniach o zniesienie wobec KRLD zabójczych sankcji ekonomicznych, zaś Władimir Putin określił działania denuklearyzacyjne jako priorytetowe i konieczne. Wiadomo także, że w Seulu planowane jest spotkanie szefa południowkoreańskiego Biura Bezpieczeństwa Państwowego z Sekretarzem Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej, co w kontekście szczytu Putin-Kim nabiera nowego kontekstu.
Podczas rozmowy z dziennikarzami Putin zapewniał, że Rosja zainteresowana jest stabilizacją stosunków KRLD nie tylko z Moskwą, ale także z Seulem i Waszyngtonem.
– Przyjmujemy z zadowoleniem pańskie wysiłki na rzecz rozwoju dialogu pomiędzy dwiema Koreami i na rzecz normalizacji stosunków między Koreą Północną i Stanami Zjednoczonymi – powiedział prezydent Rosji.
Rosyjscy komentatorzy zauważają, iż spotkanie było najważniejsze dla Kim Dzong Una i nieco ryzykowne dla Putina. Ten pierwszy odniósł ich zdaniem sukces zwiększając presję wobec USA i demonstrując początek dobrej współpracy z państwem, które Stany Zjednoczone obrały sobie na wroga numer jeden. Wielu podkreśla również, że Rosja jest o wiele bardziej stabilnym sojusznikiem niż państwa Zachodu, a poza tym graniczy z Koreą Płn. i może starać się uzyskać bezpośredni wpływ na swojego sąsiada, co też będzie dla niej pewną dźwignią w dalszej stabilizacji stosunków z Chinami. ChRLD bowiem jest w tej chwili przejęta normalizacją stosunków ekonomicznych z USA i w tym momencie bardzo niechętnie spogląda na kwestię wspierania, choćby pośredniego, Pjongjagu w konfrontacji z Waszyngtonem.
Moskwa może niejako „pomóc” swoją obecnością w charakterze wiodącego podmiotu w rozwiązywaniu kryzysu na Płw. Koreańskim. Dla Kim Dzong Una sukcesem wydaje się też nawiązanie rozmów z Władimirem Putinem po tym jak postawił stronie amerykańskiej warunek usunięcia z delegacji prowadzącej rokowania z KRLD dwóch największych „jastrzębi” – Johna Boltona i Mike’a Pompeo. Być może USA pójdą po rozum do głowy. Pewnym sygnałem tego może być to, iż na kilka dni przed szczytem amerykańska doradczyni Donalda Trumpa ds. stosunków z Rosją odwiedziła Moskwę i przeprowadziła długie spotkanie z tamtejszymi ekspertami specjalizującymi się w kwestiach koreańskich.

Co poszło nie tak?

Mimo fiaska rozmów w Hanoi w sprawie dalszej denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego, porozumienie nadal jest możliwe. Strona amerykańska zwyczajnie przekonała się, że Kim Dzong Un nie przyjmie dowolnie surowych warunków, jakie mu postawią USA.

Wbrew sugestiom, które padały w większości światowych mediów głównego nurtu, ostatni szczyt w Hanoi między Donaldem Trumpem a Kim Dzong Unem nie zakończył się totalną klapą. Jego rezultat, a raczej brak takowego, należy oczywiście uznać za niepowodzenie. Sytuacja nie wygląda jednak tak, jak polskiej opinii publicznej usiłował wmówić żenujący tytuł w „Gazecie Wyborczej”: „Czy to koniec marzeń Trumpa o ucywilizowaniu północnokoreańskiego reżimu?”
Na ocenę wydarzeń miały z pewnością wpływ oczekiwania rozbudzone historycznym spotkaniem w Singapurze w czerwcu 2018 r., gdzie padła zapowiedź pełnej denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego. Spodziewano się nawet oficjalnego podpisania pokoju między USA a KRLD, które nie nastąpiło od czasu zakończenia działań wojennych w 1953 r. Tym razem politycy i dziennikarze rozjechali się w rzeczywiście zupełnie innej atmosferze. Rozmowy zakończyły się przed czasem, a obaj przywódcy opuścili podobno stolicę Wietnamu nie podawszy sobie nawet dłoni. W niczym nie przypominało to idyllicznych obrazków z poprzedniego szczytu.

Do czego doszło w Hanoi?

Można podpowiedzieć, że media amerykańskie – zarówno liberalne, niechętne Trumpowi, jak i The Fox News – odetchnęły z ulgą. Ich przekaz mógł bowiem z powodzeniem trzymać się starych, sprawdzonych torów: Kim zdradził, okazał się niewiarygodny, potwierdził, że Korea Północna jest globalnym zagrożeniem. Trump zatem musi „otrzeźwieć”, nie ustępować ani na krok i wrócić do obrony „wolnego świata” przed potworem z Pjongjangu. Ten spłycony i tendencyjny obraz warto zatem skorygować o fakty, które go komplikują, lecz świadczą jednocześnie o tym, że szansa na normalizację stosunków na Półwyspie Koreańskim jak najbardziej istnieje. Droga do niej jednak nie będzie łatwa ani oczywista.
Po pierwsze i najważniejsze, bezpośrednio po Hanoi obie strony potwierdziły gotowość do dalszych negocjacji – trzeba bowiem pamiętać, że w Singapurze Kim Dzong Un nie wyraził zamiaru jednostronnej rezygnacji z całości programu nuklearnego, tylko wyraził też oczekiwania ustępstw ze strony USA. Prezydent Trump, zanim opuścił stolicę Wietnamu powiedział wyraźnie: „Do następnego razu” i to zaraz po tym, jak w zniekształconej formie zrelacjonował stanowisko strony koreańskiej, próbując winą za brak wyniku obciążyć Kim Dzong Una. Zamiar dalszych rozmów deklaruje sekretarz stanu Mike Pompeo, którego w dużym stopniu należy obarczyć odpowiedzialnością za fiasko w Hanoi. Szans dialogowi nie odmawia nawet John Bolton, doradca Trumpa, który do niedawna regularnie i otwarcie wzywał dosłownie do wojny z Koreą Północną, i który w okresie prezydentury George’a W. Busha przyczynił się do zrujnowania programu porozumienia zapoczątkowanego za Billa Clintona.
Optymistyczny kurs został poza tym utrzymany w oficjalnym oświadczeniu, które padło w północnokoreańskiej telewizji. Narracja, jaką władze wypracowały na użytek polityki wewnętrznej, nieustannie, począwszy od czerwca, stara się zaszczepić Koreańczykom z północy rzeczywistą nadzieję na postęp dialogu ze Stanami Zjednoczonymi i wizję ostatecznego pojednania z Południem. Już sam ten fakt świadczy o historycznym przełomie i nadziei na jego kontynuację, jaką żywią władze. Sprawy zaszły już tak daleko, że w lecie 2018 r. Kim Dzong Un postanowił odwołać coroczne obchody rocznicy wybuchu wojny koreańskiej, które zawsze obfitowały w antyamerykańskie hasła i rytualne odgrażanie się Stanom Zjednoczonym. O samym przywódcy USA media rządowe zaczęły wyrażać się ze względnym szacunkiem, tytułując go nawet mianem prezydenta, a nie określając go lakonicznie „Trump”, jak miało to miejsce jeszcze rok temu. Oznacza to, że władza zamierza dalej targować się z USA, mając nadzieję na przezwyciężenie politycznej izolacji.
Ostatni szczyt zakończył się bez porozumienia, ponieważ obie strony „przestrzeliły” w swoich żądaniach. Trzeba przy tym koniecznie zauważyć, że Donald Trump minął się z faktami, zwyczajnie koloryzował, kiedy zaraz po przedwczesnym zakończeniu rozmów oświadczył, że Kim chciał od USA „zniesienia wszystkich sankcji”. Nie było tak. Mimo to wersję tę powtórzyli zarówno Pompeo, jak i Bolton. Strona koreańska zareagowała zwołaniem konferencji prasowej w środku nocy, na której minister spraw zagranicznych Ri Jong Ho wyjaśniał, że KRLD liczyła na zniesienie sankcji nałożonych na kraj po 2016 r. właśnie za kontynuację prac nad bronią jądrową. W zamian Kim Dzong Un oferował Trumpowi „trwały i pełny demontaż zakładów produkcji nuklearnej w strefie Jongbjon, łącznie z pozyskiwaniem plutonu i uranu, dokonany przy współpracy techników z obu krajów, w obecności ekspertów z USA”.
Ri podkreślił, że stanowisko Pjongjangu w sprawie sankcji, w tym zakresie jaki został wymieniony, „nigdy nie ulegnie zmianie”, sugerując zapewne, że nie oczekują od Amerykanów żadnej „mniejszej ulgi”. Stwierdził jednocześnie, że „lepsze porozumienie” cały czas jest możliwe, wspominając przy tym, że działania USA „na polu militarnym” mają dla jego rządu nawet większe znaczenie niż kwestia sankcji. To stanowisko konsekwentne w stosunku do ramowej deklaracji podpisanej w Singapurze, gdzie strony zapewniły o „budowaniu nowych relacji między obydwoma krajami” i „działaniach na rzecz utrwalania pokoju na Półwyspie Koreańskim”. Trump zdecydował się faktycznie na skromne ustępstwa w tym zakresie: najpierw zawiesił, potem znacznie zmniejszył skalę wspólnych ćwiczeń wojsk amerykańskich i południowokoreańskich, które odbywają się rokrocznie u granic Północy. Pjongjang od początku podkreślał, że jest to dla nich sprawa o kluczowym znaczeniu i oczekiwali w tej mierze więcej, czyli zwyczajnie planu wycofania wojsk, biorąc zwłaszcza pod uwagę, że w ramach własnych zobowiązań już wcześniej rozpoczęli wygaszanie Jongbjon, który w ich programie nuklearnym pozostawał najważniejszym kompleksem produkcyjnym .
Donald Trump mówił z kolei, że oczekiwał od Kima czegoś więcej niż zamknięcie Jongbjon. Miał na myśli udzielenie Amerykanom dostępu do wszystkich miejsc wytwarzania materiałów rozszczepialnych służących programowi nuklearnemu na terenie całej KRLD i umożliwienie im pomiaru rzeczywistych zdolności produkcyjnych. W praktyce oznacza to jednorazowe wyłożenie wszystkich kart na stół i położenie się „brzuchem do góry” w kwestii zdolności obronnych. Nic więc dziwnego, że Pjongjang nie jest na to gotowy, mając zwłaszcza na uwadze – jak określił to minister Ri – „obecny poziom zaufania”. Jest to zresztą bardzo drażliwa sprawa, obciążona historycznymi zaszłościami, bo na tle niezgody na to, by delegacje z USA mogły na terenie Korei Płn. szacować dokładnie jej zdolności produkcyjne, zerwany został plan porozumienia na początku lat 90. Wtedy jednak Amerykanie usiłowali ten warunek przeforsować całkowicie jednostronnie i poza pisemnymi ustaleniami – dzisiaj jest to część oficjalnego stanowiska negocjacyjnego.

Droga do klęski

Obie strony chciały za dużo. Dlaczego nie mogło dojść do porozumienia gwarantującego „trochę za trochę”, czyli częściowe ustępstwa po każdej stronie? Można przyjmować wyjaśnienia wizerunkowe: każdy z przywódców chciał w oczach swoich ludzi wyjść na „twardego”, żądając jak najwięcej. Ze strony Kima to zrozumiałe, bo mimo że posiada w swoim kraju pełnię władzy, to zdaje sobie sprawę, że historyczne otwarcie KRLD na świat kapitalistyczny może zachwiać pozycją elit partyjnych i wojskowych, od których w praktyce zależy.
W dniach 28-29 lutego Trump również znajdował się pod dużą presją, ponieważ w tym samym czasie Waszyngtonie przed Komisją Izby Reprezentantów ds. Nadzoru zeznawał jego były współpracownik Michael Cohen, po którym wszyscy spodziewali się ujawnienia nadużyć obciążających prezydenta. W tej sytuacji Trump nie mógł sobie praktycznie pozwolić na żadne ustępstwa wobec Kima, bo Demokraci i ich media by go „zjedli”. Jeszcze przed szczytem w Singapurze czołowi politycy Demokratów bezpardonowo atakowali go za „dogadywanie się z dyktatorem”. Teraz zatem faktycznie mógł sobie pozwolić tylko na twardą linię i pełen sukces w negocjacjach z Kim Dzong Unem lub odejście od stołu – co też ostatecznie zrobił.
Jednak poważniejsza refleksja nad przyczynami obustronnej porażki w Hanoi zwraca uwagę na fakt, że rozmowy dyplomatyczne niższego szczebla i tak skazały konferencję Kim-Trump na przegraną. Toczące się wcześniej negocjacje przygotowawcze osiągnęły identyczne rezultaty, czyli żadne. Na dodatek ich stanowiska negocjacyjne były identyczne – spotkanie Kima z Trumpem było po prostu ich powtórzeniem. Na co więc liczono? Dlaczego szczyt samych przywódców miałby się zakończyć powodzeniem? Nadzieje na to w pewnym stopniu wyjaśniają słowa Mike’a Pompeo: „Kiedy rozmawia się takimi krajami jak Korea Północna, często tylko najwyżsi rangą przywódcy są w stanie podejmować ważne decyzje”. W przypadku Kim Dzong Una to z pewnością prawda, oczywiście z wymienionym już zastrzeżeniem, że w obecnie zachodzącym procesie, który w dłuższym okresie teoretycznie może zachwiać całym systemem, musi on się liczyć ze swoimi kadrami.
W mniejszym stopniu jest to prawda w odniesieniu do obecnego prezydenta USA. Rzeczywiście, słynie on z autorytarnego stylu i kwestię dialogu z KRLD traktuje najwyraźniej jako punkt honoru, jednak doświadczenie już pokazało, że puszczony na tym polu samopas zachowuje się jak słoń w składzie porcelany. Na szczęście szkody, które narobił wcześniej okazały się odwracalne. Tak czy inaczej, po stronie amerykańskiej sprawa koreańska angażuje zbyt wiele grup interesu, by liczyć na to, że sama wola prezydenta jest rozstrzygająca. Liczy się tu nie tylko głos niesławnego kompleksu wojskowo-przemysłowego. Ważą się również stosunki z Chinami, które od czasu konferencji singapurskiej otwarcie chcą uchodzić za gwaranta porozumienia, czytaj: dają do zrozumienia, że ich interes też ma być wzięty pod uwagę.
Faktycznie więc, jeżeli zespoły robocze reprezentujące punkt widzenia szerszych gremiów odeszły z niczym od stołu negocjacyjnego, to w Hanoi prezydenci mogli tylko wykonywać rytualne gesty i dobrą minę do złej gry. Zawiódł bowiem cały proces dyplomatyczny, który miał miejsce po Singapurze. Oparty był na błędnych przesłankach. Strony myliły po pierwsze wszystkim w kwestii oczekiwań rywala. Przede wszystkim myliły się Stany Zjednoczone, sądząc, że Kim zgodzi się na wszystko w zamian za choćby namiastkę zniesienia sankcji. Tak oczywiście nie jest, bo w kwestiach gospodarczych Pjongjang ma w odwodzie właśnie Chiny i Kim jasno dał to do zrozumienia, kiedy zaraz po szczycie w czerwcu, tak samo jak i teraz, złożył serię wizyt w Pekinie. KRLD kilkukrotnie dawała z kolei do zrozumienia, że liczy na poważne kroki Stanów Zjednoczonych na obszarze demilitaryzacji półwyspu i oficjalnego zakończenia wojny. Od czasu Singapuru Amerykanie wykonali w tej sferze jedynie symboliczne gesty.
Zawiódł też plan oparty na założeniu, że po czerwcowej deklaracji Koreańczycy będą tak uszczęśliwieni faktem, że Trump chce w ogóle z nimi rozmawiać, że biorąc to za dobrą monetę zgodzą się już naó wszystko. Tak oczywiście nie było. Amerykańska grupa ds. KRLD, kontrolowana w dużej mierze przez samego Pompeo, nie osiągnęła w ciągu lata 2018 r. żadnego postępu, bo ciągle tylko chcieli kolejnych kroków Korei na drodze do „pełnej denuklearyzacji” (po tym, jak KRLD już je podjęła) nie dając nic w zamian. Nie chcieli słyszeć o oficjalnym zakończeniu wojny. Skończyło się na tym, że podczas lipcowej wizyty Pompeo w Pjongjangu Kim odmówił spotkania z nim, a wizyta zaplanowana na sierpień w ogóle została odwołana. Strona Trumpa sprawiała wrażenie jakby Kim Dzong Un pozbył się już całego arsenału i programu nuklearnego, oddał wszystkie atuty i był zdany na łaskę Waszyngtonu. A przecież sam fakt przyjaznej postawy premiera Korei Płd. Mun Dze Ina jest mu bardzo na rękę. Z powodu naiwności Amerykanów nad porozumieniem zawisło wtedy widmo kompletnego fiaska. Dała o sobie też pewnie znać arogancja znana z przeszłości, kiedy USA usiłowały Kimom jednostronnie narzucać swoje warunki.
Sytuacja nieco się zmieniła, kiedy rolę specjalnego wysłannika ds. Korei Płn. objął Stephen Biegun. On również starał się uzyskać od Pjongjangu zgodę na dokładne oszacowanie przez Amerykanów produkcji uranu i plutonu, tylko planował dochodzić do tego stopniowo. Najpierw oparł się na warunku ujawnienia rozmieszczenia całej infrastruktury nuklearnej, bo w tej kwestii wywiad USA ma rozbieżne dane. W międzyczasie Amerykanie oferowali wzmożenie wymiany dyplomatycznej, m.in. uruchomienie biur łącznikowych w stolicach obu krajów. Zapadła w końcu decyzja o ograniczeniu manewrów wojskowych na Południu. Biegun okazywał pewność siebie i oświadczył nawet w pewnym momencie, że Kim Dzong Un zgodził się na „pełne wstrzymanie działania zakładów wzbogacania uranu i plutonu”.
Tuż przed szczytem przywódców w Hanoi, zespół negocjacyjny z USA postawił warunek pisemnej gwarancji wstrzymania całej produkcji materiałów rozszczepialnych i demontażu infrastruktury bez godzenia się na złagodzenie sankcji. Brali pod uwagę jedynie pojedyncze wyjątki od sankcji ONZ i wznowienie pomocy humanitarnej przez organizacje pozarządowe. W tej sytuacji strona koreańska „podziękowała” Waszyngtonowi, a konferencja w Wietnamie była tylko spektaklem.

Mądrzy po szkodzie?

Sprawa nie jest jednak stracona, ponieważ obie strony chcą dalszych rozmów. Potwierdza to fakt, że Trump z Kimem porozumieli się jednak w sprawie biur łącznikowych i Pompeo zadeklarował, że współpraca na tej płaszczyźnie będzie się rozwijać. Należy uznać, że Hanoi zamknęło pewien konkretny etap na drodze do porozumienia, podczas którego strony nauczyły się nawzajem czegoś na własnych błędach. Prawdopodobnie porzucą podejście typu „wszystko albo nic” i przyjmą wariant stopniowych ustępstw, których realizacja pozwoli zbudować wzajemne zaufanie. Oczekiwane zmiany, których ukoronowaniem ma być podpisanie oficjalnego porozumienia pokojowego mają zbyt systemowy charakter, by mogły zostać wprowadzone „za jednym razem”.
Amerykanie przekonali się już też, że sankcje nie są dla Pjongjangu końcem świata. Owszem, ten ich zakres, w którym uchylenia ich chciał Kim, obejmuje m.in. handel surowcami, dostawy energii i żywności. To rzeczy o dużym znaczeniu dla koreańskiej gospodarki, która po 2016 r. została prawie całkowicie odcięta od świata. Dlatego podczas negocjacji strona koreańska dobitnie wskazywała, że chodzi o towary najistotniejsze dla zwykłych obywateli. Nie próbowano nawet podnosić kwestii zniesienia embarga np. na handel bronią. Kim Dzong Unowi zależy oczywiście na uchyleniu sankcji, ale dopóki będzie miał furtkę w postaci Chin, Trumpowi nie uda się go w tej sprawie postawić pod ścianą.
Żeby wywiązać się z własnej części deklaracji singapurskiej Amerykanie muszą wreszcie zrozumieć, że stawką jest całkowite odsunięcie groźby wojny na Półwyspie, a oni nie są tam u siebie – w coraz większej mierze myślą tak też Koreańczycy z Południa.
Pakt podpisany w Singapurze mówił też o budowie nowych relacji na bazie tworzenia dobrobytu. Jeżeli USA chcą dowieść rzeczywiście dobrej woli w kwestii przyszłości Półwyspu, będą mogli się wykazać w obliczu faktu, że Korea Płn. cierpi teraz dodatkowo z powodu potwierdzonej przez ONZ klęski nieurodzaju, która znacznie pogorszyła sytuację żywnościową w kraju. Waszyngton może więc poważnie potraktować potrzebę pomocy humanitarnej z prawdziwego zdarzenia – nie „fejkowej”, jak w przypadku Wenezueli, gdzie okazała się czystą prowokacją polityczną. Prawdopodobnie będzie to składnik dalszych rozmów między Pjongjangiem a Waszyngtonem.

Skończy się wojna?

Rozpoczyna się drugi już szczyt pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Koreą Północną. Czy przybliży ostateczne zakończenie – po ponad 60 latach – wojny koreańskiej?

Wojna koreańska zakończyła się jedynie rozejmem, formalnie rzecz biorąc zatem nadal trwa. Oczekiwać, że szczyt w Hanoi doprowadzi do jej ostatecznego zakończenia, byłoby to może za dużo, tym bardziej, że nie uczestniczy w nim przedstawiciel Korei Południowej, więc jedna ze stron nie będzie reprezentowana. Niemniej jednak, według doniesień mediów, temat warunków pokojowych ma się podczas rozmów prezydenta Donalda Trumpa i przewodniczącego Kim Dzong Una pojawić.
Choć w różnych okresach ze wzajemnymi stosunkami między obu państwami koreańskimi bywało różnie, jednak działania wojenne nie zostały wznowione, zatem zawarcie pokoju byłoby przede wszystkim gestem symbolicznym, ale jednak niezbędnym dla trwałego unormowania relacji między Pjongjangiem a Seulem, które otwarcie deklarują, że zależy im na budowaniu wspólnej przyszłości.
Trump i Kim mają rozmawiać przede wszystkim o nieodwracalnej denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego, czyli o warunku sine qua non dalszego postępu odwilży na Dalekim Wschodzie. Dla Pjongjangu kluczową rolę odgrywają trzy sprawy. Zasadniczą jest zniesienie przez USA blokady i sankcji przeciwko KRLD. Po drugie, podpisanie porozumienia o przerwaniu wojny, gwarantujące, że KRLD nie padnie znowu ofiarą jakiejkolwiek agresji. Nie mniej istotną jest kwestia gwarancji, że rozbroiwszy swój strategiczny potencjał, Korea Północna nie padnie ofiarą agresji. Trzeci punkt – sprawa wycofania amerykańskich żołnierzy z Korei Południowej (stacjonuje ich tam ok. 20 tys.) – jest przez stronę amerykańską zbywany, jednak bez ustaleń w tej sprawie trudno liczyć na znaczący postęp. Kim doskonale wie, że posiadana przez niego broń jądrowa i środki jej przenoszenia to swego rodzaju „polisa ubezpieczeniowa”, dzięki której może negocjować, a bez której byłby zupełnie bezsilny. Że nie można liczyć na to, że z niej zrezygnuje – jak domagał się tego amerykański doradca do spraw bezpieczeństwa John Bolton – nie można. Pokazała to północnokoreańska reakcja na jego wypowiedź.
Z punktu widzenia Waszyngtonu rozwiązanie problemu Korei Północnej, obwołanej w swoim czasie jednym z kluczowych krajów „osi zła”, byłoby niewątpliwym sukcesem, ale też wizja zbliżenia między Pjongjangiem i Seulem oraz perspektywa budowy wspólnego koreańsko-chińskiego bloku wcale nie jest mu w smak. A do tego prawdopodobnie by prowadziło tak udzielenie KRLD wiarygodnych gwarancji i wycofanie swoich wojsk. A nawet uzgodnienie warunków pokojowych, bo w tej sytuacji straciłby pozycję gwaranta bezpieczeństwa Korei Północnej i możliwość rozgrywania relacji Seulu z Pjongjangiem w myśl zasady „dziel i rządź”. Z drugiej jednak strony samemu prezydentowi Trumpowi spektakularny sukces w polityce zagranicznej jest potrzebny jak tlen. Nawet jeśli sposób, w jaki prowadzi tę rozgrywkę jest ostro krytykowany przez zwolenników ostrego kursu w samych Stanach Zjednoczonych.

Kim w Pekinie

Do stolicy Chin przybył przywódca Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej Kim Dzong-Un. Jego wizyta wpisuje się w ciąg działań mających doprowadzić do trwałego odprężenia na Dalekim Wschodzie, zainicjowanych przed rokiem jego noworocznym orędziem. Wskazuje też wyraźnie, że wbrew temu, co może myśleć sobie prezydent USA Donald Trump, nie jest to tylko rozgrywka między Waszyngtonem a Pjongjangiem, ale znaczący – jeśli nie zasadniczy – głos ma jeszcze jeden partner.

Wizyta Kim Dzong Una zaplanowana została na trzy dni – potrwa do 10 stycznia. Do ostatniej chwili była utrzymywana w tajemnicy – oficjalne media poinformowały o niej dopiero gdy południowokoreańska agencja Yonhap zauważyła, że specjalny pociąg przewodniczącego Kima przekroczył granicę w Dandong. Zauważono to dzięki wielkiej koncentracji sił bezpieczeństwa wokół stacji. Kim Dzong Un nie lubi bowiem latać samolotem – preferuje poruszać się swoim specjalnym, zielono-żółtym pociągiem. W ten sam sposób udał się do Pekinu w ubiegłym roku.

Przez pierwsze sześć lat, odkąd przejął władzę w Pjongjangu po swoim ojcu, Kim nie podróżował za granicę w ogóle. W ciągu ubiegłego roku był jednak w Pekinie i spotykał się z prezydentem Xi Jinpingiem trzy razy. Pokazuje to wyraźnie, jak ważnym partnerem są dla niego Chiny. Znamienne też jest, że do kolejnej wizyty dochodzi w czasie, gdy planowane jest drugie spotkanie między przywódcą KRLD i prezydentem USA Donaldem Trumpem. Domyślać się należy, że ma ona być przede wszystkim sygnałem, że Kim nie jest osamotniony, że Stany Zjednoczone nie mogą starać się go wyizolować i rozgrywać w pojedynkę, lecz cały proces wpisuje się bardzo szeroki kontekst regionalny, gdzie nie tylko Waszyngton ma swoich zależnych od siebie sojuszników. Warto zwrócić zresztą uwagę, że w podobną stronę zmierzają też enuncjacje prezydenta Korei Południowej Mun Dze Ina, który w ubiegłym roku kilkakrotnie roztaczał wizje planu pokojowego i przyszłego rozwoju regionalnego, także w wymiarze budowy rodzaju wspólnoty ekonomicznej, właśnie wymiarze regionalnym.

Noworoczne orędzie przewodniczącego Kim Dzong Una na rok 2018 okazało się sygnałem przełomu. Tegoroczne wpisywało się w proces odprężenia na Półwyspie Koreańskim, ale także zawierało istotne elementy. Przede wszystkim było sygnałem, że Pjongjang nie ma zamiaru podporządkować się amerykańskiemu dyktatowi, powtarzające argumentację, jak pojawiła się po północnokoreańskiej stronie po wypowiedzi doradcy prezydenta USA Johna Boltona, który pozwolił sobie na stawianie ultymatywnych warunków. Również więc i teraz przewodniczący Kim zaznaczył, że gotów jest na denuklearyzację, ale nie może to być rozbrojenie jednostronne, lecz muszą mu towarzyszyć gwarancje ze strony USA i konkretne kroki ze strony Waszyngtonu eliminujące zagrożenie wobec państwa północnokoreańskiego. Oprócz tego Korea Północna oczekuje, że jej zaangażowanie w proces rozbrojenia spowoduje zniesienie sankcji ekonomicznych, te jednak są w dalszym ciągu utrzymywane i strona amerykańska nie sprecyzowała, w którym momencie je zniesie.

Przyjaźń rozkwita

Zakończył się szczyt międzykoreański w Pjongjangu, na którym przywódcy obu państw złożyli zapewnienia o dalszych wysiłkach na rzecz umacniania współpracy i pokoju na Półwyspie. Mun Dze In i Kim Dzong Un odwiedzili świętą dla Koreańczyków górę Pektu.

 

Środowy szczyt przywódców Korei Północnej i Południowej był już trzecim tego rodzaju wydarzeniem w tym roku. Pierwszy, o przełomowym znaczeniu, miał miejsce w kwietniu, a przywódcy spotkali się wówczas z strefie zdemilitaryzowanej. Ostatni odbył się w stolicy KRLD. Upłynął pod znakiem wymiany symbolicznych gestów o wielkim znaczeniu dla dalszych postępów na drodze procesu pokojowego na Półwyspie. Obaj prezydenci przejechali otwartą limuzyną wśród wiwatującego tłumu mieszkańców Pjongjangu, którzy witali ich morzem falujących flag północnokoreańskich i flag-błękitno czerwonych symbolizujących jedność narodu koreańskiego.

Kim Dzong Un, nawiązując do deklaracji złożonych na czerwcowym szczycie z udziałem prezydenta USA Donalda Trumpa, wyraził zamiar rozbiórki kompleksu nuklearnego w Jongbjon. Podkreślił jednak, że musi temu towarzyszyć realizacja amerykańskiej części umowy, czyli – jak ujął to Kim – “eliminacja wszelkiego zagrożenia wojną” na Półwyspie Koreańskim. Korea Płn. oczekuje od Stanów Zjednoczonych ograniczenia ich obecności militarnej na Półwyspie. Trump zgodził się wcześniej na odwołanie sierpniowych manewrów wojskowych, które US Army regularnie odbywa wspólnie z armią Republiki Korei. Od tego jednak czasu nie doszło do kolejnych kroków.

– Zgodziliśmy się na to, że na Półwyspie Koreańskim nastanie pokój oraz, że stanie się on wolny od broni atomowej i zagrożenia nuklearnego – przypomniał Kim Dzong Un. W przemówieniu roztoczył też wizję zacieśniania więzi pomiędzy Północą a Południem: – Droga do naszej wspólnej przyszłości nie będzie łatwa i możemy na niej napotkać przeszkody, których nie potrafimy przewidzieć. Nie obawiamy się jednak przeciwności. Nasza siła będzie tylko wzrastać po zwycięstwie w każdej próbie, którą z powodzeniem przejdziemy dzięki mocy naszego narodu.

Najważniejszym z konkretów, do których doprowadził minionych szczyt, jest decyzja o usunięciu 11 posterunków wojskowych ze strefy zdemilitaryzowanej, rozminowanie jej terenu i ustanowienie nad nią przestrzeni wolnej od lotów, z zakaz ma objąć również drony. Podjęto też rozmowy o wspólnej organizacji letnich igrzysk olimpijskich w 2032 r.

Jednym symbolicznych momentów wizyty Mun Dze Ina w KRLD było wspólne wejście na górę Pektu, położoną na granicy z Chinami. Jest to mityczne miejsce pochodzenia narodu koreańskiego. Oficjalna narracja północnokoreańska utrzymuje, że na Pektu urodził się Kim Ir Sen, założyciel kraju. W hymnie Południa również występuje nawiązanie do słynnego szczytu.

Szczyt został poprzedzony otwarcie wspólnego dla obu krajów biura łącznikowego w północnokoreańskim mieście Kesong, gdzie będą ustalane szczegóły rozwijającej się żywo współpracy ponadgranicznej.

Niestety, Stany Zjednoczone wykazują obecnie mniejszy niż początkowo entuzjazm dla idei zacieśniania przyjaźni między Koreami. Jednym z niepokojących sygnałów jest utrudnianie przez przedstawicieli USA realizacji projektu połączenia kolejowego pomiędzy obydwoma krajami.

Zatrzymywanie pociągu

Korea Północna i Południowa planują budowę trasy kolejowej łączącej oba kraje podzielone wojną w 1950 r. Problemem jest jednak międzynarodowe ciało ONZ, któremu przewodniczą USA. Organ ten hamuje postęp prac. Sprawa jest polityczna.

 

Od kwietnia, kiedy doszło do historycznego spotkania prezydentów Kim Dzong Una z Mun Dze Inem, panuje wyraźne ocieplenie stosunków Pjongjang-Seul. Oprócz zapowiedzi współpracy gospodarczej i programu łączenia rodzin, oba koreańskie kraje planują również realizację ambitnego projektu infrastrukturalnego. Ma to być linia kolejowa biegnąca z południa na północ aż do granicy z Chinami.

Ponieważ jednak wszystkie międzykoreańskie projekty pojednawcze z jednej strony napawają społeczność międzynarodową nadzieją, a z drugiej cały czas budzą obawę, plan “pociągu przyjaźni” musi zyskać akceptację Dowództwa Narodów Zjednoczonych. Jest to ciało powołane w 1953 r. przez ONZ i pełniące funkcję zwierzchnią nad międzynarodowymi siłami zbrojnymi stacjonującymi na Półwyspie Koreańskim, by pilnować, żeby Północ nie napadła na Południe (Seulowi to podobno nadal grozi, choć południowi Koreańczycy są innego zdania). W najbliższym czasie obie strony koreańskie miały rozpocząć wspólną pracę techniczną od wysłania pociągu z Seulu przez terytorium KRLD aż do miejscowości Senuidżu na granicy z Chinami. Nie wydało jednak na to zgody właśnie DNZ. Powód, który oficjalnie podano brzmi lakonicznie i enigmatycznie: Dowództwo oczekuje “większej wiarygodności w sprawie szczegółów planowanej wizyty”.

Przyczyna jest najprawdopodobniej polityczna. Przewodnictwo w DNZ należy do USA. Stany Zjednoczone zaś – mimo deklaracji złożonych w czerwcu na szczycie Trump-Kim w Singapurze – wygasiły swój wcześniejszy zapał wobec planów rozwoju przyjaźni międzykoreańskiej. Niedługo po szczycie prezydent Trump zgodził się na wprowadzenie nowych sankcji wobec Korei Płn. Może mieć to również związek z obawami USA przed rosnącą Chin w procesie stopniowego przełamywania międzynarodowej izolacji Seulu. Donald Trump, który prowadzi wojną handlową z Pekinem zgromił ostatnio ChRL za „udzielanie znacznej pomocy Korei Płn. Są to pieniądze, paliwo, nawozy i wiele innych produktów. To nie pomaga!” – ostrzegał na Twitterze prezydent USA.

Fakty wskazują na to, że Stany Zjednoczone nie zamierzają nic zrobić w kierunku wywiązania się ze swojej części deklaracji singapurskiej, która oprócz „pełnej denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego” ze strony Pjongjangu zakładała też „współpracę obu stron na rzecz budowania trwałego pokoju na Półwyspie”. Oznaczało to szereg ustępstw, w tym militarnych, ze strony USA. Amerykanie na razie nie zamierzają podejmować żadnych znaczących działań w tym kierunku, co grozi odwróceniem procesu normalizacji stosunków między KRLD a USA, całą winę zrzucając na Pjongjang, który rozpoczął już likwidację części swojej infrastruktury nuklearnej. Strajk.eu pisał o tym miesiąc temu.

USA swoją postawą narażają się na ochłodzenie stosunków z Republiką Korei, czyli kluczowym partnerem na Półwyspie. Południe coraz bardziej liczy na udaną współpracę z Północą. Prezydent Mun wyrażał nadzieję na to, że połączenie kolejowe z północnym sąsiadem da się uruchomić do końca tego roku.