Twitterowa dyplomacja dla frajerów

Nad tym, czy nieoczekiwane spotkanie prezydenta USA Donalda Trumpa z przywódcą Korei Północnej Kim Dzong Unem przełamało impas, w którym znalazły się rozmowy w sprawie denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego, nie ma co jeszcze się zastanawiać. Wiadomo, że obie strony mają swoje powody, aby przynajmniej udawać, że prowadzą rozmowy. A podczas dotychczasowych spotkań (za wyjątkie Hanoi) także dochodziło do manifestacyjnych gestów sygnalizujących przełamanie lodów, które najwyraźniej były obliczone na stworzenie „faktu medialnego” niż rzeczywiście przekaładało się na konkretny postęp. Bo i wątpliwe, ile ze swojego potencjału rakietowo-nuklearnego Pjongjang rzeczywiście rozmontował (czy też choć wydzielił do anihilacji), a i Waszyngton nie poczynił żadnych ruchów, aby znieść sankcje nałożone na Koreę Północną. Na marginesie doniesień o spotkaniu w Panmundżomie pojawiały się wszakże obserwacje innej natury, a zastanawiające. Otóż najwyraźniej wielu komentatorów wzięło na serio informację, że zostało ono zaaranżowane w następstwie tweeta Donalda Trumpa, na który Kim skwapliwie i pozytywnie zareagował. Czyli w dwa dni.
Przypomnijmy sobie pojawiające się choćby przy okazji każdej wizyty amerykańskiego prezydenta (nieważne – Trumpa, Obamy, czy któregokolwiek innego) w Polsce materiały omawiające (zwykle z zachwytem nad wielkością i potęgą Stanów Zjednoczonych i ich szefa) logistykę jego podróży, zabezpieczenia, ochronę itp. I nie jest ważne, czy zachwyca to, czy nie, chodzi o stwierdzenie faktu, że prezydent USA porusza się z takim orszakiem i jest to tak skomplikowane przedsięwzięcie, że uwierzyć w to, że w ciągu dwu dni możliwa była zmiana jego marszruty jest po prostu naiwnością. Nawet jeśli była to nie aż niezaplanowana podróż, ale włączenie dodatkowej wizyty i spotkania do programu podróży właśnie realizowanej. Tym bardziej, że do państwa uznawanego za wrogie. Nie wspominając choćby o takich detalach jak uzgodnienie agendy spotkania na najwyższym szczeblu. Takich rzeczy po prostu nie ma.
Twierdzenie, że spotkanie Trump-Kim w Panmundżomie zainicjował jeden tweet i jest to oznaka zmierzchu tradycyjnej dyplomacji, bo teraz wszystko dzieje się inaczej można włożyć między bajki. Kto chce wierzyć, niech w nie wierzy. Bo sposób „odmrożenia” relacji Waszyngton-Pjongjang i tym samym udrożnienia komunikacji między nimi z całą pewnością był przygotowywany długo, długo przedtem, tylko odbywało się to z wielką dyskrecją. Czemu – to zupełnie zrozumiałe. Po fiasku szczytu w Hanoi jakakolwiek wpadka w sprawach związanych z Koreą Północną byłaby po prostu bardzo kosztowna. Nie tylko wizerunkowo. Zamiast zatem bajać o tym, że teraz dyplomacja przenosi się z niedostępnych gabinetów i strefy szyfrowanej łączności do mediów społecznościowych, należy więc uznać całą tę operację za coś wręcz przeciwnego – za przykład dobrej pracy dyplomacji w jak najbardziej klasycznym rozumieniu: bez niepotrzebnego rozgłosu i przedwcześnie odtrąbianych fanfar. Takiej, która służy swojej istocie – mianowicie temu, żeby ci, którzy mają się spotkać, się spotkali.
Grzegorz Waliński

Trump przekracza 38 równoleżnik

Prezydent USA i przywódca KRLD spotkali się we wsi Panmundżom w strefie zdemilitaryzowanej na granicy pomiędzy Koreami. Po wzajemnym uścisku dłoni Kim Dzong Un zaprosił Donalda Trumpa na północnokoreańską stronę granicy. Trump odpowiedział na gest.

Przywódcy spotkali wczoraj wczesnym rankiem polskiego czasu, na początku kamery pokazały jedynie wstępną, kurtuazyjną wymianę zdań i podanie rąk. Zaraz potem północnokoreański przywódca zapraszającym gestem wprowadził Trumpa na swoją stronę strefy zdemilitaryzowanej. Nigdy wcześniej żaden amerykański prezydent nie przekroczył tej granicy.
– Dobrze pana znowu widzieć. Nie spodziewałem się, że spotkamy się w tym miejscu – miał powiedzieć Kim Dzong Un, gdy obaj przywódcy uścisnęli sobie dłoń na granicy.
Z kolei po przejściu na północnokoreańską stronę Trump miał ocenić to doświadczenie jako „wspaniałe uczucie” i „bardzo historyczny moment”. Jak donoszą anglojęzyczne media Trump mówił także, iż przekroczenie granicy jest dla niego „wielkim zaszczytem” („stepping across that line was a great honor”, z jakichś powodów w polskich mediach zostało to przetłumaczone jako „jestem dumny z tego, że przekroczyłem tę linię”). Kim Dzong Un z kolei podkreślił, że Trump jest „pierwszym prezydentem USA, który odwiedził nasz kraj” i ocenił to jako przykład „odwagi i determinacji”. Po wypowiedziach dla mediów obaj przywódcy rozpoczęli rozmowy za zamkniętymi drzwiami.
Spotkanie trwało blisko godzinę. Po jego zakończeniu Trump ogłosił wznowienie rozmów między Pjongjangiem i Waszyngtonem o denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego. USA i Korea Północna powołają w tym celu specjalne robocze zespoły, które rozpoczną wkrótce (w ciągu dwóch do czterech tygodni) negocjacje ws. konkretnych działań. Trump zastrzegł jednocześnie, że amerykańskie sankcje przeciwko Korei Północnej pozostaną w mocy; w rozmowie z dziennikarzami kilka razy zaznaczył, że tempo negocjacji nie jest dla niego najważniejsze, lecz zależy mu na „wszechstronnej, dobrej umowie” z Koreą Północną.
– Mam nadzieję, że prezydent Trump przejdzie do historii jako prezydent, który doprowadził do pokoju na Półwyspie Koreańskim – skomentował spotkanie Trumpa i Kima prezydent Korei Południowej Mun Dze In.
Warto dodać, że spotkanie to było cokolwiek przełomowe również ze względu na sposób w jaki ta inicjatywa się wyłoniła. Trump zasugerował w minioną sobotę na Twitterze, że mógłby spotkać się z Kimem „po prostu by uścisnąć mu dłoń i powiedzieć hello”. Pjongjang uznał to za „bardzo interesującą propozycję”, ale zaznaczył, że nie otrzymał oficjalnego zaproszenia. Nie było jasne, jaka będzie formuła spotkania, ani o czym Trump będzie rozmawiał z Kimem. Rozpoczęły się gorączkowe przygotowania, zakończone względnym sukcesem. Jest to przykład nowej formy dyplomacji, uprawianej niemal pozainstytucjonalnie, poprzez konto prezydenta USA na popularnej platformie społecznościowej.
W Panmundżom Trump i Kim spotkali się po raz trzeci. Wcześniej rozmawiali twarzą w twarz w Singapurze i Hanoi.

Pytania po szczycie

Zakończyło się spotkanie przywódcy Korei Płn. i Władimira Putina we Władywostoku. Była to pierwsza wizyta Kim Dzong Una w Rosji. Czy ta wizyta i ewentualne perspektywy porozumienia i współpracy pomiędzy tymi dwoma krajami stwarza szanse na pogłębienie procesu pokojowego w regionie?

Zważywszy na niepowodzenie minionego szczytu Trump-Kim w Hanoi i ambiwalentnym stosunku Chin do gry postanowiła włączyć się Federacja Rosyjska. Spotkanie, do którego doszło we Władywostoku może być zwiastunem włączenia się nowego silnego podmiotu geopolitycznego do procesu łagodzenia napięcia na Płw. Koreańskim.
Po pierwszym spotkaniu trudno wciąż spekulować o ewentualnym dalszym przebiegu tego procesu, jednak fakt, iż zarówno Putin jak i Kim Dzong Un wyrażali się pozytywnie o jego wynikach świadczy o początkowym sukcesie. Nie podpisano żadnych dwustronnych dokumentów, choćby intencyjnych. Niemniej, obaj rozmówcy uznali spotkanie za „wysoce rzeczowe”, a wzajemne stosunki, pomimo ich realnie bardzo zawężonego dotychczas zakresu, określili jako „tradycyjnie przyjazne”.
Padły też konkretne wzajemne oczekiwania, raczej realistyczne. Strona koreańska wyraźnie zaznaczyła, że liczy na wsparcie Rosji w staraniach o zniesienie wobec KRLD zabójczych sankcji ekonomicznych, zaś Władimir Putin określił działania denuklearyzacyjne jako priorytetowe i konieczne. Wiadomo także, że w Seulu planowane jest spotkanie szefa południowkoreańskiego Biura Bezpieczeństwa Państwowego z Sekretarzem Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej, co w kontekście szczytu Putin-Kim nabiera nowego kontekstu.
Podczas rozmowy z dziennikarzami Putin zapewniał, że Rosja zainteresowana jest stabilizacją stosunków KRLD nie tylko z Moskwą, ale także z Seulem i Waszyngtonem.
– Przyjmujemy z zadowoleniem pańskie wysiłki na rzecz rozwoju dialogu pomiędzy dwiema Koreami i na rzecz normalizacji stosunków między Koreą Północną i Stanami Zjednoczonymi – powiedział prezydent Rosji.
Rosyjscy komentatorzy zauważają, iż spotkanie było najważniejsze dla Kim Dzong Una i nieco ryzykowne dla Putina. Ten pierwszy odniósł ich zdaniem sukces zwiększając presję wobec USA i demonstrując początek dobrej współpracy z państwem, które Stany Zjednoczone obrały sobie na wroga numer jeden. Wielu podkreśla również, że Rosja jest o wiele bardziej stabilnym sojusznikiem niż państwa Zachodu, a poza tym graniczy z Koreą Płn. i może starać się uzyskać bezpośredni wpływ na swojego sąsiada, co też będzie dla niej pewną dźwignią w dalszej stabilizacji stosunków z Chinami. ChRLD bowiem jest w tej chwili przejęta normalizacją stosunków ekonomicznych z USA i w tym momencie bardzo niechętnie spogląda na kwestię wspierania, choćby pośredniego, Pjongjagu w konfrontacji z Waszyngtonem.
Moskwa może niejako „pomóc” swoją obecnością w charakterze wiodącego podmiotu w rozwiązywaniu kryzysu na Płw. Koreańskim. Dla Kim Dzong Una sukcesem wydaje się też nawiązanie rozmów z Władimirem Putinem po tym jak postawił stronie amerykańskiej warunek usunięcia z delegacji prowadzącej rokowania z KRLD dwóch największych „jastrzębi” – Johna Boltona i Mike’a Pompeo. Być może USA pójdą po rozum do głowy. Pewnym sygnałem tego może być to, iż na kilka dni przed szczytem amerykańska doradczyni Donalda Trumpa ds. stosunków z Rosją odwiedziła Moskwę i przeprowadziła długie spotkanie z tamtejszymi ekspertami specjalizującymi się w kwestiach koreańskich.

Co poszło nie tak?

Mimo fiaska rozmów w Hanoi w sprawie dalszej denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego, porozumienie nadal jest możliwe. Strona amerykańska zwyczajnie przekonała się, że Kim Dzong Un nie przyjmie dowolnie surowych warunków, jakie mu postawią USA.

Wbrew sugestiom, które padały w większości światowych mediów głównego nurtu, ostatni szczyt w Hanoi między Donaldem Trumpem a Kim Dzong Unem nie zakończył się totalną klapą. Jego rezultat, a raczej brak takowego, należy oczywiście uznać za niepowodzenie. Sytuacja nie wygląda jednak tak, jak polskiej opinii publicznej usiłował wmówić żenujący tytuł w „Gazecie Wyborczej”: „Czy to koniec marzeń Trumpa o ucywilizowaniu północnokoreańskiego reżimu?”
Na ocenę wydarzeń miały z pewnością wpływ oczekiwania rozbudzone historycznym spotkaniem w Singapurze w czerwcu 2018 r., gdzie padła zapowiedź pełnej denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego. Spodziewano się nawet oficjalnego podpisania pokoju między USA a KRLD, które nie nastąpiło od czasu zakończenia działań wojennych w 1953 r. Tym razem politycy i dziennikarze rozjechali się w rzeczywiście zupełnie innej atmosferze. Rozmowy zakończyły się przed czasem, a obaj przywódcy opuścili podobno stolicę Wietnamu nie podawszy sobie nawet dłoni. W niczym nie przypominało to idyllicznych obrazków z poprzedniego szczytu.

Do czego doszło w Hanoi?

Można podpowiedzieć, że media amerykańskie – zarówno liberalne, niechętne Trumpowi, jak i The Fox News – odetchnęły z ulgą. Ich przekaz mógł bowiem z powodzeniem trzymać się starych, sprawdzonych torów: Kim zdradził, okazał się niewiarygodny, potwierdził, że Korea Północna jest globalnym zagrożeniem. Trump zatem musi „otrzeźwieć”, nie ustępować ani na krok i wrócić do obrony „wolnego świata” przed potworem z Pjongjangu. Ten spłycony i tendencyjny obraz warto zatem skorygować o fakty, które go komplikują, lecz świadczą jednocześnie o tym, że szansa na normalizację stosunków na Półwyspie Koreańskim jak najbardziej istnieje. Droga do niej jednak nie będzie łatwa ani oczywista.
Po pierwsze i najważniejsze, bezpośrednio po Hanoi obie strony potwierdziły gotowość do dalszych negocjacji – trzeba bowiem pamiętać, że w Singapurze Kim Dzong Un nie wyraził zamiaru jednostronnej rezygnacji z całości programu nuklearnego, tylko wyraził też oczekiwania ustępstw ze strony USA. Prezydent Trump, zanim opuścił stolicę Wietnamu powiedział wyraźnie: „Do następnego razu” i to zaraz po tym, jak w zniekształconej formie zrelacjonował stanowisko strony koreańskiej, próbując winą za brak wyniku obciążyć Kim Dzong Una. Zamiar dalszych rozmów deklaruje sekretarz stanu Mike Pompeo, którego w dużym stopniu należy obarczyć odpowiedzialnością za fiasko w Hanoi. Szans dialogowi nie odmawia nawet John Bolton, doradca Trumpa, który do niedawna regularnie i otwarcie wzywał dosłownie do wojny z Koreą Północną, i który w okresie prezydentury George’a W. Busha przyczynił się do zrujnowania programu porozumienia zapoczątkowanego za Billa Clintona.
Optymistyczny kurs został poza tym utrzymany w oficjalnym oświadczeniu, które padło w północnokoreańskiej telewizji. Narracja, jaką władze wypracowały na użytek polityki wewnętrznej, nieustannie, począwszy od czerwca, stara się zaszczepić Koreańczykom z północy rzeczywistą nadzieję na postęp dialogu ze Stanami Zjednoczonymi i wizję ostatecznego pojednania z Południem. Już sam ten fakt świadczy o historycznym przełomie i nadziei na jego kontynuację, jaką żywią władze. Sprawy zaszły już tak daleko, że w lecie 2018 r. Kim Dzong Un postanowił odwołać coroczne obchody rocznicy wybuchu wojny koreańskiej, które zawsze obfitowały w antyamerykańskie hasła i rytualne odgrażanie się Stanom Zjednoczonym. O samym przywódcy USA media rządowe zaczęły wyrażać się ze względnym szacunkiem, tytułując go nawet mianem prezydenta, a nie określając go lakonicznie „Trump”, jak miało to miejsce jeszcze rok temu. Oznacza to, że władza zamierza dalej targować się z USA, mając nadzieję na przezwyciężenie politycznej izolacji.
Ostatni szczyt zakończył się bez porozumienia, ponieważ obie strony „przestrzeliły” w swoich żądaniach. Trzeba przy tym koniecznie zauważyć, że Donald Trump minął się z faktami, zwyczajnie koloryzował, kiedy zaraz po przedwczesnym zakończeniu rozmów oświadczył, że Kim chciał od USA „zniesienia wszystkich sankcji”. Nie było tak. Mimo to wersję tę powtórzyli zarówno Pompeo, jak i Bolton. Strona koreańska zareagowała zwołaniem konferencji prasowej w środku nocy, na której minister spraw zagranicznych Ri Jong Ho wyjaśniał, że KRLD liczyła na zniesienie sankcji nałożonych na kraj po 2016 r. właśnie za kontynuację prac nad bronią jądrową. W zamian Kim Dzong Un oferował Trumpowi „trwały i pełny demontaż zakładów produkcji nuklearnej w strefie Jongbjon, łącznie z pozyskiwaniem plutonu i uranu, dokonany przy współpracy techników z obu krajów, w obecności ekspertów z USA”.
Ri podkreślił, że stanowisko Pjongjangu w sprawie sankcji, w tym zakresie jaki został wymieniony, „nigdy nie ulegnie zmianie”, sugerując zapewne, że nie oczekują od Amerykanów żadnej „mniejszej ulgi”. Stwierdził jednocześnie, że „lepsze porozumienie” cały czas jest możliwe, wspominając przy tym, że działania USA „na polu militarnym” mają dla jego rządu nawet większe znaczenie niż kwestia sankcji. To stanowisko konsekwentne w stosunku do ramowej deklaracji podpisanej w Singapurze, gdzie strony zapewniły o „budowaniu nowych relacji między obydwoma krajami” i „działaniach na rzecz utrwalania pokoju na Półwyspie Koreańskim”. Trump zdecydował się faktycznie na skromne ustępstwa w tym zakresie: najpierw zawiesił, potem znacznie zmniejszył skalę wspólnych ćwiczeń wojsk amerykańskich i południowokoreańskich, które odbywają się rokrocznie u granic Północy. Pjongjang od początku podkreślał, że jest to dla nich sprawa o kluczowym znaczeniu i oczekiwali w tej mierze więcej, czyli zwyczajnie planu wycofania wojsk, biorąc zwłaszcza pod uwagę, że w ramach własnych zobowiązań już wcześniej rozpoczęli wygaszanie Jongbjon, który w ich programie nuklearnym pozostawał najważniejszym kompleksem produkcyjnym .
Donald Trump mówił z kolei, że oczekiwał od Kima czegoś więcej niż zamknięcie Jongbjon. Miał na myśli udzielenie Amerykanom dostępu do wszystkich miejsc wytwarzania materiałów rozszczepialnych służących programowi nuklearnemu na terenie całej KRLD i umożliwienie im pomiaru rzeczywistych zdolności produkcyjnych. W praktyce oznacza to jednorazowe wyłożenie wszystkich kart na stół i położenie się „brzuchem do góry” w kwestii zdolności obronnych. Nic więc dziwnego, że Pjongjang nie jest na to gotowy, mając zwłaszcza na uwadze – jak określił to minister Ri – „obecny poziom zaufania”. Jest to zresztą bardzo drażliwa sprawa, obciążona historycznymi zaszłościami, bo na tle niezgody na to, by delegacje z USA mogły na terenie Korei Płn. szacować dokładnie jej zdolności produkcyjne, zerwany został plan porozumienia na początku lat 90. Wtedy jednak Amerykanie usiłowali ten warunek przeforsować całkowicie jednostronnie i poza pisemnymi ustaleniami – dzisiaj jest to część oficjalnego stanowiska negocjacyjnego.

Droga do klęski

Obie strony chciały za dużo. Dlaczego nie mogło dojść do porozumienia gwarantującego „trochę za trochę”, czyli częściowe ustępstwa po każdej stronie? Można przyjmować wyjaśnienia wizerunkowe: każdy z przywódców chciał w oczach swoich ludzi wyjść na „twardego”, żądając jak najwięcej. Ze strony Kima to zrozumiałe, bo mimo że posiada w swoim kraju pełnię władzy, to zdaje sobie sprawę, że historyczne otwarcie KRLD na świat kapitalistyczny może zachwiać pozycją elit partyjnych i wojskowych, od których w praktyce zależy.
W dniach 28-29 lutego Trump również znajdował się pod dużą presją, ponieważ w tym samym czasie Waszyngtonie przed Komisją Izby Reprezentantów ds. Nadzoru zeznawał jego były współpracownik Michael Cohen, po którym wszyscy spodziewali się ujawnienia nadużyć obciążających prezydenta. W tej sytuacji Trump nie mógł sobie praktycznie pozwolić na żadne ustępstwa wobec Kima, bo Demokraci i ich media by go „zjedli”. Jeszcze przed szczytem w Singapurze czołowi politycy Demokratów bezpardonowo atakowali go za „dogadywanie się z dyktatorem”. Teraz zatem faktycznie mógł sobie pozwolić tylko na twardą linię i pełen sukces w negocjacjach z Kim Dzong Unem lub odejście od stołu – co też ostatecznie zrobił.
Jednak poważniejsza refleksja nad przyczynami obustronnej porażki w Hanoi zwraca uwagę na fakt, że rozmowy dyplomatyczne niższego szczebla i tak skazały konferencję Kim-Trump na przegraną. Toczące się wcześniej negocjacje przygotowawcze osiągnęły identyczne rezultaty, czyli żadne. Na dodatek ich stanowiska negocjacyjne były identyczne – spotkanie Kima z Trumpem było po prostu ich powtórzeniem. Na co więc liczono? Dlaczego szczyt samych przywódców miałby się zakończyć powodzeniem? Nadzieje na to w pewnym stopniu wyjaśniają słowa Mike’a Pompeo: „Kiedy rozmawia się takimi krajami jak Korea Północna, często tylko najwyżsi rangą przywódcy są w stanie podejmować ważne decyzje”. W przypadku Kim Dzong Una to z pewnością prawda, oczywiście z wymienionym już zastrzeżeniem, że w obecnie zachodzącym procesie, który w dłuższym okresie teoretycznie może zachwiać całym systemem, musi on się liczyć ze swoimi kadrami.
W mniejszym stopniu jest to prawda w odniesieniu do obecnego prezydenta USA. Rzeczywiście, słynie on z autorytarnego stylu i kwestię dialogu z KRLD traktuje najwyraźniej jako punkt honoru, jednak doświadczenie już pokazało, że puszczony na tym polu samopas zachowuje się jak słoń w składzie porcelany. Na szczęście szkody, które narobił wcześniej okazały się odwracalne. Tak czy inaczej, po stronie amerykańskiej sprawa koreańska angażuje zbyt wiele grup interesu, by liczyć na to, że sama wola prezydenta jest rozstrzygająca. Liczy się tu nie tylko głos niesławnego kompleksu wojskowo-przemysłowego. Ważą się również stosunki z Chinami, które od czasu konferencji singapurskiej otwarcie chcą uchodzić za gwaranta porozumienia, czytaj: dają do zrozumienia, że ich interes też ma być wzięty pod uwagę.
Faktycznie więc, jeżeli zespoły robocze reprezentujące punkt widzenia szerszych gremiów odeszły z niczym od stołu negocjacyjnego, to w Hanoi prezydenci mogli tylko wykonywać rytualne gesty i dobrą minę do złej gry. Zawiódł bowiem cały proces dyplomatyczny, który miał miejsce po Singapurze. Oparty był na błędnych przesłankach. Strony myliły po pierwsze wszystkim w kwestii oczekiwań rywala. Przede wszystkim myliły się Stany Zjednoczone, sądząc, że Kim zgodzi się na wszystko w zamian za choćby namiastkę zniesienia sankcji. Tak oczywiście nie jest, bo w kwestiach gospodarczych Pjongjang ma w odwodzie właśnie Chiny i Kim jasno dał to do zrozumienia, kiedy zaraz po szczycie w czerwcu, tak samo jak i teraz, złożył serię wizyt w Pekinie. KRLD kilkukrotnie dawała z kolei do zrozumienia, że liczy na poważne kroki Stanów Zjednoczonych na obszarze demilitaryzacji półwyspu i oficjalnego zakończenia wojny. Od czasu Singapuru Amerykanie wykonali w tej sferze jedynie symboliczne gesty.
Zawiódł też plan oparty na założeniu, że po czerwcowej deklaracji Koreańczycy będą tak uszczęśliwieni faktem, że Trump chce w ogóle z nimi rozmawiać, że biorąc to za dobrą monetę zgodzą się już naó wszystko. Tak oczywiście nie było. Amerykańska grupa ds. KRLD, kontrolowana w dużej mierze przez samego Pompeo, nie osiągnęła w ciągu lata 2018 r. żadnego postępu, bo ciągle tylko chcieli kolejnych kroków Korei na drodze do „pełnej denuklearyzacji” (po tym, jak KRLD już je podjęła) nie dając nic w zamian. Nie chcieli słyszeć o oficjalnym zakończeniu wojny. Skończyło się na tym, że podczas lipcowej wizyty Pompeo w Pjongjangu Kim odmówił spotkania z nim, a wizyta zaplanowana na sierpień w ogóle została odwołana. Strona Trumpa sprawiała wrażenie jakby Kim Dzong Un pozbył się już całego arsenału i programu nuklearnego, oddał wszystkie atuty i był zdany na łaskę Waszyngtonu. A przecież sam fakt przyjaznej postawy premiera Korei Płd. Mun Dze Ina jest mu bardzo na rękę. Z powodu naiwności Amerykanów nad porozumieniem zawisło wtedy widmo kompletnego fiaska. Dała o sobie też pewnie znać arogancja znana z przeszłości, kiedy USA usiłowały Kimom jednostronnie narzucać swoje warunki.
Sytuacja nieco się zmieniła, kiedy rolę specjalnego wysłannika ds. Korei Płn. objął Stephen Biegun. On również starał się uzyskać od Pjongjangu zgodę na dokładne oszacowanie przez Amerykanów produkcji uranu i plutonu, tylko planował dochodzić do tego stopniowo. Najpierw oparł się na warunku ujawnienia rozmieszczenia całej infrastruktury nuklearnej, bo w tej kwestii wywiad USA ma rozbieżne dane. W międzyczasie Amerykanie oferowali wzmożenie wymiany dyplomatycznej, m.in. uruchomienie biur łącznikowych w stolicach obu krajów. Zapadła w końcu decyzja o ograniczeniu manewrów wojskowych na Południu. Biegun okazywał pewność siebie i oświadczył nawet w pewnym momencie, że Kim Dzong Un zgodził się na „pełne wstrzymanie działania zakładów wzbogacania uranu i plutonu”.
Tuż przed szczytem przywódców w Hanoi, zespół negocjacyjny z USA postawił warunek pisemnej gwarancji wstrzymania całej produkcji materiałów rozszczepialnych i demontażu infrastruktury bez godzenia się na złagodzenie sankcji. Brali pod uwagę jedynie pojedyncze wyjątki od sankcji ONZ i wznowienie pomocy humanitarnej przez organizacje pozarządowe. W tej sytuacji strona koreańska „podziękowała” Waszyngtonowi, a konferencja w Wietnamie była tylko spektaklem.

Mądrzy po szkodzie?

Sprawa nie jest jednak stracona, ponieważ obie strony chcą dalszych rozmów. Potwierdza to fakt, że Trump z Kimem porozumieli się jednak w sprawie biur łącznikowych i Pompeo zadeklarował, że współpraca na tej płaszczyźnie będzie się rozwijać. Należy uznać, że Hanoi zamknęło pewien konkretny etap na drodze do porozumienia, podczas którego strony nauczyły się nawzajem czegoś na własnych błędach. Prawdopodobnie porzucą podejście typu „wszystko albo nic” i przyjmą wariant stopniowych ustępstw, których realizacja pozwoli zbudować wzajemne zaufanie. Oczekiwane zmiany, których ukoronowaniem ma być podpisanie oficjalnego porozumienia pokojowego mają zbyt systemowy charakter, by mogły zostać wprowadzone „za jednym razem”.
Amerykanie przekonali się już też, że sankcje nie są dla Pjongjangu końcem świata. Owszem, ten ich zakres, w którym uchylenia ich chciał Kim, obejmuje m.in. handel surowcami, dostawy energii i żywności. To rzeczy o dużym znaczeniu dla koreańskiej gospodarki, która po 2016 r. została prawie całkowicie odcięta od świata. Dlatego podczas negocjacji strona koreańska dobitnie wskazywała, że chodzi o towary najistotniejsze dla zwykłych obywateli. Nie próbowano nawet podnosić kwestii zniesienia embarga np. na handel bronią. Kim Dzong Unowi zależy oczywiście na uchyleniu sankcji, ale dopóki będzie miał furtkę w postaci Chin, Trumpowi nie uda się go w tej sprawie postawić pod ścianą.
Żeby wywiązać się z własnej części deklaracji singapurskiej Amerykanie muszą wreszcie zrozumieć, że stawką jest całkowite odsunięcie groźby wojny na Półwyspie, a oni nie są tam u siebie – w coraz większej mierze myślą tak też Koreańczycy z Południa.
Pakt podpisany w Singapurze mówił też o budowie nowych relacji na bazie tworzenia dobrobytu. Jeżeli USA chcą dowieść rzeczywiście dobrej woli w kwestii przyszłości Półwyspu, będą mogli się wykazać w obliczu faktu, że Korea Płn. cierpi teraz dodatkowo z powodu potwierdzonej przez ONZ klęski nieurodzaju, która znacznie pogorszyła sytuację żywnościową w kraju. Waszyngton może więc poważnie potraktować potrzebę pomocy humanitarnej z prawdziwego zdarzenia – nie „fejkowej”, jak w przypadku Wenezueli, gdzie okazała się czystą prowokacją polityczną. Prawdopodobnie będzie to składnik dalszych rozmów między Pjongjangiem a Waszyngtonem.

Skończy się wojna?

Rozpoczyna się drugi już szczyt pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Koreą Północną. Czy przybliży ostateczne zakończenie – po ponad 60 latach – wojny koreańskiej?

Wojna koreańska zakończyła się jedynie rozejmem, formalnie rzecz biorąc zatem nadal trwa. Oczekiwać, że szczyt w Hanoi doprowadzi do jej ostatecznego zakończenia, byłoby to może za dużo, tym bardziej, że nie uczestniczy w nim przedstawiciel Korei Południowej, więc jedna ze stron nie będzie reprezentowana. Niemniej jednak, według doniesień mediów, temat warunków pokojowych ma się podczas rozmów prezydenta Donalda Trumpa i przewodniczącego Kim Dzong Una pojawić.
Choć w różnych okresach ze wzajemnymi stosunkami między obu państwami koreańskimi bywało różnie, jednak działania wojenne nie zostały wznowione, zatem zawarcie pokoju byłoby przede wszystkim gestem symbolicznym, ale jednak niezbędnym dla trwałego unormowania relacji między Pjongjangiem a Seulem, które otwarcie deklarują, że zależy im na budowaniu wspólnej przyszłości.
Trump i Kim mają rozmawiać przede wszystkim o nieodwracalnej denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego, czyli o warunku sine qua non dalszego postępu odwilży na Dalekim Wschodzie. Dla Pjongjangu kluczową rolę odgrywają trzy sprawy. Zasadniczą jest zniesienie przez USA blokady i sankcji przeciwko KRLD. Po drugie, podpisanie porozumienia o przerwaniu wojny, gwarantujące, że KRLD nie padnie znowu ofiarą jakiejkolwiek agresji. Nie mniej istotną jest kwestia gwarancji, że rozbroiwszy swój strategiczny potencjał, Korea Północna nie padnie ofiarą agresji. Trzeci punkt – sprawa wycofania amerykańskich żołnierzy z Korei Południowej (stacjonuje ich tam ok. 20 tys.) – jest przez stronę amerykańską zbywany, jednak bez ustaleń w tej sprawie trudno liczyć na znaczący postęp. Kim doskonale wie, że posiadana przez niego broń jądrowa i środki jej przenoszenia to swego rodzaju „polisa ubezpieczeniowa”, dzięki której może negocjować, a bez której byłby zupełnie bezsilny. Że nie można liczyć na to, że z niej zrezygnuje – jak domagał się tego amerykański doradca do spraw bezpieczeństwa John Bolton – nie można. Pokazała to północnokoreańska reakcja na jego wypowiedź.
Z punktu widzenia Waszyngtonu rozwiązanie problemu Korei Północnej, obwołanej w swoim czasie jednym z kluczowych krajów „osi zła”, byłoby niewątpliwym sukcesem, ale też wizja zbliżenia między Pjongjangiem i Seulem oraz perspektywa budowy wspólnego koreańsko-chińskiego bloku wcale nie jest mu w smak. A do tego prawdopodobnie by prowadziło tak udzielenie KRLD wiarygodnych gwarancji i wycofanie swoich wojsk. A nawet uzgodnienie warunków pokojowych, bo w tej sytuacji straciłby pozycję gwaranta bezpieczeństwa Korei Północnej i możliwość rozgrywania relacji Seulu z Pjongjangiem w myśl zasady „dziel i rządź”. Z drugiej jednak strony samemu prezydentowi Trumpowi spektakularny sukces w polityce zagranicznej jest potrzebny jak tlen. Nawet jeśli sposób, w jaki prowadzi tę rozgrywkę jest ostro krytykowany przez zwolenników ostrego kursu w samych Stanach Zjednoczonych.

Kim w Pekinie

Do stolicy Chin przybył przywódca Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej Kim Dzong-Un. Jego wizyta wpisuje się w ciąg działań mających doprowadzić do trwałego odprężenia na Dalekim Wschodzie, zainicjowanych przed rokiem jego noworocznym orędziem. Wskazuje też wyraźnie, że wbrew temu, co może myśleć sobie prezydent USA Donald Trump, nie jest to tylko rozgrywka między Waszyngtonem a Pjongjangiem, ale znaczący – jeśli nie zasadniczy – głos ma jeszcze jeden partner.

Wizyta Kim Dzong Una zaplanowana została na trzy dni – potrwa do 10 stycznia. Do ostatniej chwili była utrzymywana w tajemnicy – oficjalne media poinformowały o niej dopiero gdy południowokoreańska agencja Yonhap zauważyła, że specjalny pociąg przewodniczącego Kima przekroczył granicę w Dandong. Zauważono to dzięki wielkiej koncentracji sił bezpieczeństwa wokół stacji. Kim Dzong Un nie lubi bowiem latać samolotem – preferuje poruszać się swoim specjalnym, zielono-żółtym pociągiem. W ten sam sposób udał się do Pekinu w ubiegłym roku.

Przez pierwsze sześć lat, odkąd przejął władzę w Pjongjangu po swoim ojcu, Kim nie podróżował za granicę w ogóle. W ciągu ubiegłego roku był jednak w Pekinie i spotykał się z prezydentem Xi Jinpingiem trzy razy. Pokazuje to wyraźnie, jak ważnym partnerem są dla niego Chiny. Znamienne też jest, że do kolejnej wizyty dochodzi w czasie, gdy planowane jest drugie spotkanie między przywódcą KRLD i prezydentem USA Donaldem Trumpem. Domyślać się należy, że ma ona być przede wszystkim sygnałem, że Kim nie jest osamotniony, że Stany Zjednoczone nie mogą starać się go wyizolować i rozgrywać w pojedynkę, lecz cały proces wpisuje się bardzo szeroki kontekst regionalny, gdzie nie tylko Waszyngton ma swoich zależnych od siebie sojuszników. Warto zwrócić zresztą uwagę, że w podobną stronę zmierzają też enuncjacje prezydenta Korei Południowej Mun Dze Ina, który w ubiegłym roku kilkakrotnie roztaczał wizje planu pokojowego i przyszłego rozwoju regionalnego, także w wymiarze budowy rodzaju wspólnoty ekonomicznej, właśnie wymiarze regionalnym.

Noworoczne orędzie przewodniczącego Kim Dzong Una na rok 2018 okazało się sygnałem przełomu. Tegoroczne wpisywało się w proces odprężenia na Półwyspie Koreańskim, ale także zawierało istotne elementy. Przede wszystkim było sygnałem, że Pjongjang nie ma zamiaru podporządkować się amerykańskiemu dyktatowi, powtarzające argumentację, jak pojawiła się po północnokoreańskiej stronie po wypowiedzi doradcy prezydenta USA Johna Boltona, który pozwolił sobie na stawianie ultymatywnych warunków. Również więc i teraz przewodniczący Kim zaznaczył, że gotów jest na denuklearyzację, ale nie może to być rozbrojenie jednostronne, lecz muszą mu towarzyszyć gwarancje ze strony USA i konkretne kroki ze strony Waszyngtonu eliminujące zagrożenie wobec państwa północnokoreańskiego. Oprócz tego Korea Północna oczekuje, że jej zaangażowanie w proces rozbrojenia spowoduje zniesienie sankcji ekonomicznych, te jednak są w dalszym ciągu utrzymywane i strona amerykańska nie sprecyzowała, w którym momencie je zniesie.

Przyjaźń rozkwita

Zakończył się szczyt międzykoreański w Pjongjangu, na którym przywódcy obu państw złożyli zapewnienia o dalszych wysiłkach na rzecz umacniania współpracy i pokoju na Półwyspie. Mun Dze In i Kim Dzong Un odwiedzili świętą dla Koreańczyków górę Pektu.

 

Środowy szczyt przywódców Korei Północnej i Południowej był już trzecim tego rodzaju wydarzeniem w tym roku. Pierwszy, o przełomowym znaczeniu, miał miejsce w kwietniu, a przywódcy spotkali się wówczas z strefie zdemilitaryzowanej. Ostatni odbył się w stolicy KRLD. Upłynął pod znakiem wymiany symbolicznych gestów o wielkim znaczeniu dla dalszych postępów na drodze procesu pokojowego na Półwyspie. Obaj prezydenci przejechali otwartą limuzyną wśród wiwatującego tłumu mieszkańców Pjongjangu, którzy witali ich morzem falujących flag północnokoreańskich i flag-błękitno czerwonych symbolizujących jedność narodu koreańskiego.

Kim Dzong Un, nawiązując do deklaracji złożonych na czerwcowym szczycie z udziałem prezydenta USA Donalda Trumpa, wyraził zamiar rozbiórki kompleksu nuklearnego w Jongbjon. Podkreślił jednak, że musi temu towarzyszyć realizacja amerykańskiej części umowy, czyli – jak ujął to Kim – “eliminacja wszelkiego zagrożenia wojną” na Półwyspie Koreańskim. Korea Płn. oczekuje od Stanów Zjednoczonych ograniczenia ich obecności militarnej na Półwyspie. Trump zgodził się wcześniej na odwołanie sierpniowych manewrów wojskowych, które US Army regularnie odbywa wspólnie z armią Republiki Korei. Od tego jednak czasu nie doszło do kolejnych kroków.

– Zgodziliśmy się na to, że na Półwyspie Koreańskim nastanie pokój oraz, że stanie się on wolny od broni atomowej i zagrożenia nuklearnego – przypomniał Kim Dzong Un. W przemówieniu roztoczył też wizję zacieśniania więzi pomiędzy Północą a Południem: – Droga do naszej wspólnej przyszłości nie będzie łatwa i możemy na niej napotkać przeszkody, których nie potrafimy przewidzieć. Nie obawiamy się jednak przeciwności. Nasza siła będzie tylko wzrastać po zwycięstwie w każdej próbie, którą z powodzeniem przejdziemy dzięki mocy naszego narodu.

Najważniejszym z konkretów, do których doprowadził minionych szczyt, jest decyzja o usunięciu 11 posterunków wojskowych ze strefy zdemilitaryzowanej, rozminowanie jej terenu i ustanowienie nad nią przestrzeni wolnej od lotów, z zakaz ma objąć również drony. Podjęto też rozmowy o wspólnej organizacji letnich igrzysk olimpijskich w 2032 r.

Jednym symbolicznych momentów wizyty Mun Dze Ina w KRLD było wspólne wejście na górę Pektu, położoną na granicy z Chinami. Jest to mityczne miejsce pochodzenia narodu koreańskiego. Oficjalna narracja północnokoreańska utrzymuje, że na Pektu urodził się Kim Ir Sen, założyciel kraju. W hymnie Południa również występuje nawiązanie do słynnego szczytu.

Szczyt został poprzedzony otwarcie wspólnego dla obu krajów biura łącznikowego w północnokoreańskim mieście Kesong, gdzie będą ustalane szczegóły rozwijającej się żywo współpracy ponadgranicznej.

Niestety, Stany Zjednoczone wykazują obecnie mniejszy niż początkowo entuzjazm dla idei zacieśniania przyjaźni między Koreami. Jednym z niepokojących sygnałów jest utrudnianie przez przedstawicieli USA realizacji projektu połączenia kolejowego pomiędzy obydwoma krajami.

Zatrzymywanie pociągu

Korea Północna i Południowa planują budowę trasy kolejowej łączącej oba kraje podzielone wojną w 1950 r. Problemem jest jednak międzynarodowe ciało ONZ, któremu przewodniczą USA. Organ ten hamuje postęp prac. Sprawa jest polityczna.

 

Od kwietnia, kiedy doszło do historycznego spotkania prezydentów Kim Dzong Una z Mun Dze Inem, panuje wyraźne ocieplenie stosunków Pjongjang-Seul. Oprócz zapowiedzi współpracy gospodarczej i programu łączenia rodzin, oba koreańskie kraje planują również realizację ambitnego projektu infrastrukturalnego. Ma to być linia kolejowa biegnąca z południa na północ aż do granicy z Chinami.

Ponieważ jednak wszystkie międzykoreańskie projekty pojednawcze z jednej strony napawają społeczność międzynarodową nadzieją, a z drugiej cały czas budzą obawę, plan “pociągu przyjaźni” musi zyskać akceptację Dowództwa Narodów Zjednoczonych. Jest to ciało powołane w 1953 r. przez ONZ i pełniące funkcję zwierzchnią nad międzynarodowymi siłami zbrojnymi stacjonującymi na Półwyspie Koreańskim, by pilnować, żeby Północ nie napadła na Południe (Seulowi to podobno nadal grozi, choć południowi Koreańczycy są innego zdania). W najbliższym czasie obie strony koreańskie miały rozpocząć wspólną pracę techniczną od wysłania pociągu z Seulu przez terytorium KRLD aż do miejscowości Senuidżu na granicy z Chinami. Nie wydało jednak na to zgody właśnie DNZ. Powód, który oficjalnie podano brzmi lakonicznie i enigmatycznie: Dowództwo oczekuje “większej wiarygodności w sprawie szczegółów planowanej wizyty”.

Przyczyna jest najprawdopodobniej polityczna. Przewodnictwo w DNZ należy do USA. Stany Zjednoczone zaś – mimo deklaracji złożonych w czerwcu na szczycie Trump-Kim w Singapurze – wygasiły swój wcześniejszy zapał wobec planów rozwoju przyjaźni międzykoreańskiej. Niedługo po szczycie prezydent Trump zgodził się na wprowadzenie nowych sankcji wobec Korei Płn. Może mieć to również związek z obawami USA przed rosnącą Chin w procesie stopniowego przełamywania międzynarodowej izolacji Seulu. Donald Trump, który prowadzi wojną handlową z Pekinem zgromił ostatnio ChRL za „udzielanie znacznej pomocy Korei Płn. Są to pieniądze, paliwo, nawozy i wiele innych produktów. To nie pomaga!” – ostrzegał na Twitterze prezydent USA.

Fakty wskazują na to, że Stany Zjednoczone nie zamierzają nic zrobić w kierunku wywiązania się ze swojej części deklaracji singapurskiej, która oprócz „pełnej denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego” ze strony Pjongjangu zakładała też „współpracę obu stron na rzecz budowania trwałego pokoju na Półwyspie”. Oznaczało to szereg ustępstw, w tym militarnych, ze strony USA. Amerykanie na razie nie zamierzają podejmować żadnych znaczących działań w tym kierunku, co grozi odwróceniem procesu normalizacji stosunków między KRLD a USA, całą winę zrzucając na Pjongjang, który rozpoczął już likwidację części swojej infrastruktury nuklearnej. Strajk.eu pisał o tym miesiąc temu.

USA swoją postawą narażają się na ochłodzenie stosunków z Republiką Korei, czyli kluczowym partnerem na Półwyspie. Południe coraz bardziej liczy na udaną współpracę z Północą. Prezydent Mun wyrażał nadzieję na to, że połączenie kolejowe z północnym sąsiadem da się uruchomić do końca tego roku.

Przełom pod ostrzałem

Czarne chmury zbierają się nad porozumieniem Trump-Kim. Podkopują je sami Amerykanie – zgodnie z własną wieloletnią tradycją. Politycy i największe media bez skrupułów wciskają nam kit na temat na temat programu jądrowego Korei Północnej.

 

Czerwcowy szczyt, na którym Donald Trump i Kim Dzong Un uścisnęli sobie dłonie był wydarzeniem po pierwsze epokowym, po drugie – od początku do końca skrojonym pod media. Dziwnym może się zatem wydawać, że dzisiaj, miesiąc po tych wydarzeniach, temat prawie całkowicie spadł z agendy zarówno publicystycznej, jak i politycznej – przynajmniej po stronie amerykańskiej. Powody są zasadniczo dwa. Trump to przede wszystkim polityczny enfant terrible. Jego prezydentura ma to do siebie, że postać ta – generalnie nieprzygotowana do pełnienia tej roli – sama, zupełnie spontanicznie, tworzy co chwila sytuacje o randze epokowych wydarzeń, pakując przy tym siebie, swój kraj i resztę świata w epickie kłopoty. Złaknione emocji media podążają więc za Trumpem jak za Godzillą dewastującą na swej drodze coraz to nowe przyczółki ludzkości, nawet jeśli niechcący zostawił on po sobie coś tchnącego nadzieją.

Powód drugi jest taki, że przyjacielski gest otwarcie się USA na Koreę Północną był dyplomatyczną improwizacją, działaniem pozbawionym szerszego planu, nastawionym głównie na wypromowanie prezydenta w wątpliwej roli „zbawcy świata”. Po pierwsze, otoczenie prezydenta w ogóle nie utożsamia się z tą misją – realne dogadanie się z KRLD nigdy nie interesowało ich środowiska politycznego. Wywodzą się oni na ogół z republikańskich „jastrzębi”, dla których państwo Kimów zawsze pozostanie śmiertelnym wrogiem i celem zniszczenia. Dotyczy to zwłaszcza Johna Boltona, który znany jest ze swojego entuzjazmu wobec idei zbrojnego najazdu na Koreę Północną. Za pierwszej kadencji George’a W. Busha był osobiście odpowiedzialny za rozbicie wstępnego układu denuklearyzacyjnego, którą ówczesna administracja odziedziczyła po Clintonie. Szczyt singapurski był więc kaprysem Donalda Trumpa, ewentualnie zagrywką PR, nie zaś efektem trwałych dążeń politycznych stronnictwa, jakie prezydent reprezentuje – stronnictwo takie prawdopodobnie w ogóle nie istnieje.

Po drugie, kroki dyplomatyczne podjęte przez dyplomację USA wobec KRLD po Singapurze natychmiast napotkały strukturalną barierę i grożą zatrzymaniem procesu, co – tak jak w przeszłości – oznacza jego odwrócenie. Kroki te oficjalnie miały na celu doprecyzowanie postanowień obustronnej deklaracji z 12 czerwca i podjęcie konkretnych działań zmierzających do denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego. Wbrew temu, co można było usłyszeć w amerykańskich mediach, misja ta, podjęta przez Mike’a Pompeo, zakończyła się chwilowym fiaskiem, ponieważ polegała na kontynuacji podejścia stosowanego za Busha. I tak jak wówczas, nie była obliczona na realny efekt, a bardziej na spektakl polityczny, po którym rządzący spodziewają się zebrać oklaski.

Wreszcie po trzecie, cała dotychczasowa prezydentura Trumpa jest przedstawieniem, nie posiada głębszego politycznego dna. Owszem, z grubsza odpowiada poglądom prawicy „jaskiniowej”, ale nie stoi za nią żadna wpływowa grupa interesu. Wall Street wolałoby zapewne tradycyjnego republikanina, a lobby wojskowo-zbrojeniowe – Hillary Clinton.

 

Dwa kroki w przód, jeden do tyłu

Sekretarz stanu Mike Pompeo spotkał się na początku lipca z Kim Jung Czolem, jednym z najważniejszych oficjeli w KRLD i szefem tamtejszego wywiadu. Mieli rozmawiać o perspektywach wyłączenia części północnokoreańskiej infrastruktury nuklearnej, oficjalnego zakończenia wojny 1950-1953 r. między dwiema Koreami (pokoju nigdy nie podpisano) i przekazania USA szczątków amerykańskich żołnierzy z czasów tego konfliktu 1950-1953 r. Odlatując z Pjongjangu do Tokio Pompeo chwalił się dziennikarzom, że wszystko jest na dobrej drodze do pełnego sukcesu: rozmowy odbyły się „w dobrej wierze”, były „produktywne”, na ważnych obszarach dokonano „poważnego postępu”, niemniej jednak „nadal jest nad czym pracować”. W takim też duchu relację z tej wizyty zdały media.

Niestety diametralnie inaczej oceniła ją strona koreańska. Ministerstwo spraw zagranicznych uznało rozmowy z Pompeo za „godne ubolewania”, a ich wynik za „bardzo niepokojący”. Dyplomacja KRLD oświadczyła: może on doprowadzić do „niebezpiecznej sytuacji, w której osłabnie nasza wola do denuklearyzacji, która wcześniej była zdecydowana”.

Oficjalne oświadczenie mówi: „Oczekiwaliśmy od strony amerykańskiej konstruktywnych kroków służących budowie zaufania utrzymanego w duchu, w jakim upłynął szczyt naszych przywódców (..) Myśleliśmy również o zastosowaniu zasady wzajemności”. Najwidoczniej stało się inaczej. Przedstawiciel ministerstwa pisze dalej: „Postawa USA na pierwszym spotkaniu najwyższego szczebla (między naszymi krajami) okazała się jednak godna ubolewania”. Dodaje nawet: „Nasze nadzieje i oczekiwania były tak naiwne, że można je nawet zwyczajnie głupimi”.

Z relacji ministerstwa wywnioskować można, że podczas rozmów rozegrał się stary scenariusz, który już przynajmniej dwukrotnie wcześniej doprowadził do zerwania porozumienia USA z KRLD. Pompeo zaczął mianowicie stawiać Koreańczykom jednostronne wymagania, które naruszały zasadę partnerstwa. Strona północnokoreańska wyszła z propozycją zamknięcia jednej z baz do testowania rakiet dalekiego zasięgu i rozpoczęcie działań zmierzających do zwrócenia szczątków amerykańskich żołnierzy. Za najważniejsze jednak uznano prace nad przypieczętowaniem pokoju z Koreą Południową, co zakładało aktywny udział strony amerykańskiej. W tej właśnie kwestii Pompeo zaczął się wykręcać, znajdując ku temu – jak określono to w oświadczeniu – szereg „warunków i wymówek”, by oddalić sprawę porozumienia pokojowego. Asymetria ta wyjątkowo uraziła Koreańczyków, bo wykonali poważny krok naprzód, zamykając już część swoich tuneli wykorzystywanych do prac nad technologią balistyczną. Uznali to za tak istotny wkład ze swojej strony, że nie zrównoważyła tego zapowiedź odwołania wspólnych sierpniowych manewrów US Army i armii południowokoreańskiej. W geście zaufania Korea odwołała coroczne obchody rocznicy wojny koreańskiej, która zawsze przepojona była antyamerykańską symboliką i retoryką.

Bezprecedensowo złagodzono sposób mówienia o USA w północnokoreańskiej telewizji.

Jeżeli faktycznie tak przebiegły rozmowy, należy przyjąć, że Stany Zjednoczone niecały miesiąc po podpisaniu deklaracji singapurskiej zaczęły lekceważyć jej warunki. Owszem, jej postanowienia były ogólnikowe, lecz jednocześnie jasne, zrozumiałe dla każdego myślącego człowieka, poważnie traktującego możliwość porozumienia. Punkt trzeci deklaracji mówi o „pełnej denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego”, poprzedzony jest jednak oświadczeniem, że obie strony będą budować „nowe relacje oparte na dążeniu do pokoju i dobrobytu” oraz „warunki trwałego pokoju na Półwyspie”. Tymczasem po raz kolejny strona amerykańska uznała, że oni są od brania, a druga strona od dawania.

Nabrali najwyraźniej przeświadczenia, że powodzenie szczytu w Singapurze dało już Korei Płn. tak dużo, że zechce ona ten sukces zachować za wszelką ceną, godząc się nawet na nierówne traktowanie przez USA. Była to płocha nadzieja, bo z przeszłych rokowań wiadomo, że by tak nie było. KRLD od zawsze brała pod uwagę tylko porozumienie rozbrojeniowe dokonujące się na warunkach partnerskich – dlatego właśnie wszystkie przeszłe jego projekty upadły. Dzisiaj to Korea Płn., powszechnie uznana przez „wolny świat” za nieludzki reżim zagrażający światowemu bezpieczeństwu, trzyma się zasady wzajemności i dąży do budowy obopólnego zaufania, podkreślając we wspomnianym oświadczeniu, że mimo nieprzejednanej postawy amerykańskiego sekretarza stanu, nadal pokłada „pełną wiarę w prezydencie Trumpie”. Wyraża też nadzieję, że Waszyngton nie ulegnie „wiatrom wiejącym przeciwnie do woli przywódców”.

 

Negocjacje dla naiwnych

Wersję KRLD należy uznać za wiarygodną z jednego kluczowego powodu: wpisuje się ona w schemat działania powtarzany przez Amerykanów od 25 lat: stawiania dodatkowych warunków nieprzewidzianych wcześniejszymi umowami i tendencyjnej, politycznie motywowanej interpretacji faktów, przy jednoczesnym podporządkowaniu sobie społeczności międzynarodowej. Tym sposobem USA już trzykrotnie niweczyły wysiłki Korei Płn. zmierzające do wywiązania się ze wstępnych porozumień denuklearyzacyjnych. Za każdym razem wiązało się to z obsesją przyłapania KRLD na „niecnych praktykach”, które można by ukazać jako niebezpieczne lub wbrew zasadom układów międzynarodowych.

Jeden z takich przypadków „wrobienia” Korei Płn. miał autora w osobie samego Johna Boltona, obecnie doradcy Donalda Trumpa. W 2002 r. Bolton, doradca ds. bezpieczeństwa narodowego w administracji George’a W. Busha, dotarł do odtajnionej i niekonkluzywnej notatki CIA sugerującej, że KRLD pozyskuje wzbogacony uran metodą odwirowania i dzięki temu mniej więcej do 2005 r. może uzyskać zdolność wytwarzania dwóch głowic nuklearnych rocznie. Środowisko wywiadu było bardzo podzielone w kwestii ostatecznych wniosków płynących z tego krótkiego, ogólnikowego dokumentu. Niemniej jednak Bolton uznał, że nareszcie otrzymał – jak sam się potem wyraził – „młot, którym mógł roztrzaskać wstępne porozumienie” denuklearyzacyjne z Kim Dzong Ilem, do jakiego wcześniej udało się doprowadzić Billowi Clintonowi. Stricte polityczną motywację Boltona potwierdziła w swoich pamiętnikach była sekretarz stanu Condoleeza Rice. I tak, aby wypromować bushowską doktrynę „walki z terroryzmem” i z „osią zła”, Bolton, nadużywszy informacji uzyskanej od wywiadu, doprowadził do celowego zerwania układu z KRLD. Nastąpiło to jesienią 2002 r. podczas wizyty asystenta sekretarza stanu Jamesa Kelly’ego w Pjongjangu, podczas której Koreańczycy mieli przedstawić plan dalszego samorozbrojenia. Kelly otrzymał wyraźne instrukcje, by porozumienie odrzucić.

Historia torpedowania przez Stany Zjednoczone porozumień denuklearyzacyjnych z Koreą Płn. sięga początków lat 90. XX wieku. Istniejący wtedy traktat o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej wymagał od KRLD raportowania działań podejmowanych w ramach programu nuklearnego do Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej – IAEA. Sprawozdanie dostarczone przez Koreę Płn. w 1992 r. stało się przedmiotem trwającej kilka lat kontrowersji. W oparciu o rozbieżnie interpretowane dane amerykański wywiad, w warunkach mocno podzielonych głosów w swoim gronie, uznał ostatecznie, że Korea wcześniej podała fałszywie niską ilość plutonu uzyskanego przez swych naukowców przed 1991 r. IAIE zażądała dodatkowych inspekcji, których KRLD odmówiła, zatem Agencja postraszyła Koreę Radą Bezpieczeństwa ONZ. W 1993 r. Pjongjang oświadczył, że padł ofiarą politycznego ataku i wycofał się z układu o nierozprzestrzenianiu. Doprowadziło to do utrwalenia mitu złowrogich intencji KRLD na arenie międzynarodowej. Przetrwał on, mimo, że dalsza analiza amerykańskich laboratoriów wykazała, że Korea Płn. faktycznie nie posiadała ilości plutonu umożliwiającej produkcję choćby jednej bomby. Pjongjang nie złamał zasad.

Klęską zakończyło się również Porozumienie Sześciostronne, które zawiązało się w 2005 r. Był to układ zawarty między Koreą Płn a Koreą Płd., Japonią, USA, Chinami i Rosją zmierzający do nuklearnego rozbrojenia KRLD i normalizacji stosunków z państwem Kim Dzong Ila. W 2007 r., na drugim etapie wdrażania porozumienia, wszystko zdawało się być na dobrej drodze. KRLD doprowadziła nawet do uzgodnionego zamknięcia ośrodka pozyskiwania plutonu w Jongbjon. Jednak w 2008 r. USA rządzone jeszcze przez Busha, wspierane przez prawicowe rządy Korei Płd. i Japonii, zaczęły wyrażać obawy, że Pjongjang znów niewiarygodnie raportuje swoją aktywność nuklearną. Zażądano kontroli. Problem w tym, że zgodnie z podpisaną umową procedury weryfikacyjne przewidziano na trzecim, a nie drugim etapie wdrażania układu. Stany próbowały więc jednostronnie zmienić warunki porozumienia i wymóc uległość na Korei Płn. Pjongjang, uczulony na nierówne traktowanie, zdecydowanie odmówił, odczytując tę sytuację jako atak polityczny i próbę podporządkowania. Porozumienie zaczęło się rozpadać. USA chciały skusić KRLD ofertą wykreślenia jej z listy „państw wspierających terroryzm”. Kim Dzong Il zgodził się w końcu na kontrolę, lecz w ostatnim momencie Stany podniosły poprzeczkę, starając się narzucić własne, rozszerzone warunki, wykraczające poza proponowane przez Koreę Płn. To był gwóźdź do trumny całego układu. Upadł on w grudniu 2008 r., już po wyborze Obamy na następcę Busha. USA doprowadziły tym samym do odwrócenia postępów na drodze do denuklearyzacji KRLD. Pjongjang ponownie uruchomił zakład w Jongbjon, a prace nad bombą przyspieszyły. Waszyngton udowodnił swą wrogą postawę, a Korea nie miała powodu rezygnować ze swojego głównego środka odstraszania.

 

Z igły widły (i fake newsy)

Niezbywalnie wrogi stosunek establishmentu republikańskiego do Korei Płn. to jedno. Czasy Billa Clintona dawno już jednak minęły i Demokraci, orbitujący dziś głównie wokół jego żony, próbują wyprzedzić swych politycznych rywali w podżeganiu do wojny z KRLD. W sytuacji niedawnego napięcia między Trumpem a Kim Dzong Unem, ocierającego się o groźby konfliktu nuklearnego, senatorowie Demokratów próbowali nie dopuścić do porozumienia w Singapurze. Wyrażali się zdecydowanie krytycznie o jego wyniku, oskarżając Trumpa o działanie na szkodę bezpieczeństwa narodowego. Działania te są oczywiście motywowane walką polityczną z prezydentem. W kwestii koreańskiej Demokraci wyraźnie zaczynają zachodzić go z prawej strony. Wtórują im w tym przychylne im media, które w połowie lipca zaczęły rozsiewać pogłoski, jakoby strona północnokoreańska łamała warunki układu z Trumpem. Warto wyjaśnić tę sprawę również dlatego, że wspomniane fake news powtarzane były bezkrytycznie przez czołowe polskie ośrodki prasowe.

CNN, NBC News i Wall Street Journal w sensacyjnym tonie donosiły, że Pjonjang zdradza Amerykę. W przedstawionej przez nie wersji sprawa była prosta: najnowsze zdjęcia satelitarne dowodzą, że Korea Płn. zamiast likwidować swój program nuklearny, rozbudowuje go. Ergo: Kim zdradził, Trump dał się nabić w butelkę. Powołując się na zdjęcia opublikowane 26 czerwca NBC pytało retorycznie: „Jeżeli Korea Północna rzeczywiście się denuklearyzuje, to czemu rozbudowuje centrum badań nuklearnych?” WSJ orzekł: „Korea Północna rozbudowuje główny ośrodek produkcji rakiet. Nowe zdjęcia satelitarne pokazują, że Pjonjang kontynuuje program budowy broni jądrowej, jednocześnie prowadząc rozmowy z Waszyngtonem”.

Manipulacje te są o tyle bezczelne, że powołują się na zdjęcia opublikowane w serwisie 38north.org, poświęconym sprawom Korei Północnej, gdzie towarzyszy im opis autorstwa trzech analityków. Wyraźnie piszą oni, że uwidocznionych na fotografiach nowych budynków w kompleksie Jongbjon „nie powinno się interpretować w jakimkolwiek związku z deklaracjami o denuklearyzacji ze strony Korei Północnej”. Są to bowiem części infrastruktury, które dobudowano wiosną 2018 r., zgodnie z projektem zatwierdzonym w roku poprzednim. Przeciwko naciąganym wnioskom mediów protestował też sam Joel Wit, założyciel 38north.org, współautor projektu porozumienia z KRLD za Clintona. Mówił: „Stanowczo nie zgadzam się z narracją mediów”. Trudno mu się dziwić. Jego serwis publikuje wyłącznie sprawdzone, rzetelne materiały autorstwa poważanych ekspertów, stawiając problematykę Korei Północnej w racjonalnym świetle. Tymczasem ekspertyzy te stają się przedmiotem politycznej manipulacji – niegodnej, lecz skutecznej, opartej bowiem na skądinąd słusznym założeniu, że odbiorca sensacyjnej informacji nie sprawdzi jej u źródła. Tak kłamią naczelne tuby „wolnego świata”.

 

Denuklearyzacja na serio

Deklaracja podpisana przez Donalda Trumpa i Kim Dzong Una jest wielkim krokiem naprzód ku normalizacji stosunków Pjongjangu z resztą świata. Przede wszystkim dlatego, że po raz pierwszy strona amerykańska potraktowała Koreę Płn. serio i na partnerskich zasadach. W ciągu całych dekad nieudanych pertraktacji na tym Pjonjangowi zależało najbardziej. Było w tym sukcesie sporo przypadkowości i charakterystycznej dla Trumpa przekory. Nie zmienia to jednak faktu, że przekroczono granicę, za którą cały świat zobaczył, że otwierają się nowe możliwości w stosunkach międzynarodowych. Dlatego też społeczność międzynarodowa oraz publiczność obserwująca ten spektakl w Korei Południowej i USA z pełną satysfakcją przyjęła czerwcowy przełom.

Należy jednocześnie pamiętać, to o czym wspomina Joel Wit: w Singapurze KRLD nie zobowiązała się do bezwarunkowego demontażu programu jądrowego, z którego to założenia zdają sie wychodzić największe media. „Pełna denuklearyzacja Półwyspu Koreańskiego” zajdzie tylko, jeżeli USA dołożą starań do stworzenia „nowych obopólnych relacji opartych na dążeniu do pokoju”, co oznacza szereg ustępstw ze strony Amerykanów. Jeżeli rzeczywiście zależy im na światowym bezpieczeństwie, zrobią to.

Program broni nuklearnej był oczkiem w głowie Kim Ir Sena i jego następców. Nie bez powodu. Ich kraj, zrujnowany upadkiem ZSRR, opuszczony przez Chiny, otoczony przez wrogie środowisko polityczne w regionie, nieustannie mierzący się z groźbami USA, widzący kolejne wojenne eskapady Wuja Sama obracające w perzynę całe kraje na Bliskim Wschodzie, wiedział, że może mieć tylko jeden atut, jeżeli w pertraktacjach międzynarodowych ma rozmawiać ze światem zewnętrznym jak równy z równym. Ta nieprzejednana postawa doprowadziła ich do upragnionego historycznego sukcesu w Singapurze. Trzeba jednocześnie przyznać, że Koreańczycy zagrają va banque i podejmą wielkie ryzyko, jeżeli odważą się zupełnie pozbyć arsenału nuklearnego – zdają sobie bowiem sprawę, jak USA potraktowały Libię pułkownika Kaddafiego.

Do pełnej normalizacji stosunków droga nadal daleka i nic nie jest przesądzone. Porażka ostatniej misji Pompeo nie nastraja optymistycznie. Wrogi stosunek do pomysłu godzenia się z KRLD ma cała klasa rządząca w USA, łącznie z ludźmi Trumpa. Podobnie do tematu podchodzą – jak widzieliśmy – czołowe liberalne media, które obecnie chętnie traktują porozumienie singapurskie jako „dogadywanie się Trumpa z krwawym dyktatorem”. Ten niekorzystny układ równoważony jest przez przychylność światowej opinii publicznej, z którą ośrodki te się liczą. Niestety obecny prezydent USA jest nieprzewidywalny. Czy odważy się zakwestionować własne osiągnięcie o epokowej randze?

Nastał moment, w którym wielkie znaczenie będzie miała współpraca międzynarodowych społeczności działających na rzecz rozbrojenia i bezpieczeństwa nuklearnego, również występujących pod egidą ONZ. Korea Płn. od dawna próbuje nawiązać wspólne działania z IAIE w zakresie przeciwdziałania katastrofom jądrowym. To najlepsza chwila na podjęcie działań posuwających naprzód sprawę normalizacji stosunków przez światowe środowiska pozapolityczne, eksperckie, również z innych dziedzin, np. gospodarki, dialogu międzykulturowego. Ludziom myślącym zazwyczaj zależy na powodzeniu globalnego procesu pokojowego.

Nadzwyczajne zagrożenie

Trudno się połapać, czy prezydent USA w końcu uważa państwo Kim Dzong-una za zagrażające nuklearnemu porządkowi na świecie, czy nie.

 

Wizje prezentowane w tweetach Trumpa zmieniają się jak w kalejdoskopie. Według ostatnich doniesień jednak obowiązuje ta, jakoby Korea zagrożenie stanowiła – i to „nadzwyczajne”. W związku z tym Trump W przedłużył sankcje na kolejny rok.

Oficjalnie dokonało się to w piątek, 22 czerwca – czyli dziesięć dni po przełomowym, jak go określono, szczycie w Singapurze. Trump przedłużył sankcje wprowadzone pierwotnie dekretem wykonawczym jeszcze przez swojego poprzednika już w 2008 roku. Komentatorzy światowych mediów nie kryją zaskoczenia. Po spotkaniu w Singapurze wydawało się, że dyplomatyczne relacje Kima z Trumpem uległy poprawie i powoli zmierzają ku stabilizacji. Prezydent USA nie obiecywał wprawdzie, że sankcje wobec Pjongjangu zniesie zupełnie, dawał jednak taką nadzieję. Tymczasem jednak oświadczył w oficjalnym stanowisku, że niestety Korea nadal stanowi „nadzwyczajne zagrożenie dla bezpieczeństwa, gospodarki oraz polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych. Nadal istnieje ryzyko redystrybucji i groźba użycia broni jądrowej na Półwyspie Koreańskim”.

Ten rok powinien więc być dla Korei kluczowy – ma zastanowić się nad denuklearyzacją, wówczas będzie to ostatnie przedłużenie dekretu. Tymczasem „drugą ręką” napisał na Twitterze, że „świat może czuć się bezpiecznie” – dużo bezpieczniej niż w dniu wygranych przez niego wyborów. Ponieważ… „Korea dla nikogo już nie stanowi zagrożenia nuklearnego”.

Wygląda na to, że Kim Dzong-un nie daje się wyprowadzić z równowagi chaotycznymi działaniami i enuncjacjami amerykańskiego prezydenta. Jeśli wnioskować z wypowiedzi północnokoreańskich mediów, Pjongjang nie zamierza zmieniać swojego stanowiska i odstępować od zainicjowanej właśnie polityki „nowej ery” w relacjach ze swoim południowym sąsiadem i Stanami Zjednoczonymi.

W Pjongjangu poznikały wszechobecne dotąd bilboardy i murale z antyamerykańskimi sloganami. Ich miejsce zastępują teraz materiały propagandowe odnoszące się do reunifikacji Korei. Znikł także z oficjalnych mediów obowiązkowo hiperkrytyczny wobec Ameryki ton.

Charakterystycznym sygnałem, że Kim Dzong-un uważa, że oto nastał początek „nowej ery” w dziejach rządzonego przezeń państwa jest też zmiana słów roty przysięgi narodowej, którą od 70-tych lat ubiegłego wieku w Koreńskiej Republice Ludowo-Demokratycznej muszą składać wszyscy obywatele. W jej nowej wersji zasługi poprzedników obecnego przywódcy – Kim Il-sunga (nazywanego w Polsce Kim Ir-senem „Wielkiego Wodza”) oraz jego wnuka Kim Dzong-ila („Ukochanego Przywódcy) zostały zdecydowanie usunięte i zastąpione ogólnikowym sformułowaniem – pięć z dziesięciu artykułów przysięgi po prostu skreślono. Zapewnienia o wierności ideom dawnych przwódców zastąpiła deklaracja lojalności dla obecnie rządzącego „Najwyższego Wodza” – Kim Dzong-una – oraz reprezentowanej przez niego linii politycznej.

Brak ostrej reakcji na przedłużenie obowiązywania sankcji to także czytelny sygnał. Z drugiej wszakże strony, Korea Północna nie przedstawiła też „rozkładu jazdy” denuklearyzacji. O tym, co rzeczywiście uzgodnili między sobą Kim Dzong-un i Donald Trump wiadomo jednak bardzo niewiele i na tej wątłej podstawie nie da się oceniać, czy i który z nich te ustalenia łamie, czy też wszystko idzie zgodnie z planem.