Wygrać, a potem się zobaczy

Sytuacja powoli się klaruje. Warszawskie, liberalne elity polityczne prą do jednej koalicji antypisowskiej. Co będzie, jak taka koalicja powstanie i zwycięży, pozostaje zagadką.

 

Wiadomo, że PiS zostanie odsunięty od władzy. Pozostanie popisowski socjal i wróci demokracja do parlamentu, sądów i innych instytucji. Jeżeli będzie to demokracja w wydaniu hegemona antypisu, czyli PO, to też nie będzie ona krystaliczna. Pomniejsi koalicjanci będą konsumowani i potem wydalani na polityczny śmietnik. Będzie to powodować swary i kłótnie, a wyborcy będą sobie zadawać pytanie czy była to aby dobra zamiana.

Dlatego poza Warszawą nie ma już takiego przekonania, że taka koalicja to samo dobro dla kraju. W samym SLD też nie ma jasności. Są zwolennicy wersji „warszawskiej” i są – w przewadze – sympatycy bloku lewicowego. Byłoby to rozwiązanie klarowne i czytelne dla wyborców. Rodzi się jednak pytanie: czy starczy sił, środków i woli na powołanie takiego bloku? Teraz na lewicy jedynie SLD jakoś utrzymuje stan posiadania osobowego i politycznego. Choć wielu trwa tam poprzez zasiedzenie, a nie dlatego, że jest to partia, z która można góry przenosić. W innych partiach i ruchach na lewicy jest znacznie gorzej. Zawsze po przegranych wyborach, a te ugrupowania samodzielnie zazwyczaj przegrywają, następuje odpływ sympatyków i rozprężenie organizacyjne. Tak jest i teraz.

Pozostają nieliczni liderzy i strażnicy partyjnych szyldów. Tylko ambicje są zawsze na niezmiennie wysokim poziomie.

Jak w tej sytuacji ma jednoczyć się lewica? Słabość strukturalna i do tego finansowa jest poważną barierą w zawiązywaniu koalicji i starcie w wyborach europarlamentarnych i parlamentarnych. Liderzy list w wyborach do Europarlamentu, zważywszy na duże okręgi wyborcze, muszą wydać na kampanię przynajmniej 200 tys. złotych. Czy znajdą się tacy, czy partia znajdzie hojnych darczyńców? Bez takich pieniędzy kampania będzie skazana na klęskę. Są tacy, którzy uważają, że tylko ze szlachetną ideą należy iść do wyborców, ale to dzisiaj mrzonki. Zatem czy taka biedna lewicowa grupa stawi czoła „bogatym” listom PiS czy liberałów. Ale jeżeli powstanie jedna lista antypisu, to czy warszawscy liberałowie zechcą promować lewicowych biedaków na swoich listach.

Lewica nie ma także tak znanych postaci, których nazwisko i dorobek są marką samą w sobie. Zresztą, takich polityków we wszystkich partiach należy szukać ze świecą. Nastały czasy politycznych rzemieślników, a nie wizjonerów. Dzisiaj wizjoner jest jeden, ale jego wizje ciągną nasz kraj w mroki średniowiecza.

W samym SLD nie brakuje także zwolenników samodzielnego startu w wyborach. Zawsze jest tak, po zazwyczaj ostatnio nieudanych koalicjach wyborczych na lewicy, że szybko one się potem rozpadają, a odium przegranej spychane jest na SLD, choć to on bierze na siebie główny ciężar kampanii. Potem SLD jest powszechnie krytykowany i wypychany na śmietnik. Tak było po ostatnich wyborach parlamentarnych. Teraz ci krytycy ponownie ślą sygnały, że trzeba iść razem. U praktyków partyjnych SLD na dole rodzi się jednak znowu pytanie. Co będzie po wyborach? Czy jedność koalicyjną uda się utrzymać. Bo dzisiejsze praktyki na opozycji pokazują, że jest to jedność chwilowa. Że koalicja antypisowska prowadzi walki wewnętrzne i nic nie wskazuje na jakiś wzrost wzajemnego zaufania. Pod niechęcią do PiS tlą się wewnętrzne animozje i nie ma liderów, którzy potrafią to logicznie i trwale poukładać. Wersja, że trzeba się zjednoczyć, wygrać, a potem się zobaczy, nie jest przekonująca dla wyborców.