Zajrzyjmy do portfeli

Koronawirus nie tylko uderza w nasze zarobki. Są dziedziny, w których pozwolił on osiągnąć wzrost poborów.
Do grup zawodowych, które finansowo skorzystały na pandemii, należą programiści komputerowi. Dziś, gdy pod panowaniem PiS w Polsce trudno o normalny etat, niemała część z nich to wolni strzelcy.
Co drugi wolny strzelec działający w technologiach informatycznych to mężczyzna w wieku 25-34 lata. Co czwarty bazuje na stałej współpracy i projektach długofalowych. Blisko co piąty freelancer zarabia powyżej 10 tys. zł miesięcznie na rękę. Nierzadko zdarzają się także kwoty przekraczające 17 tys. zł wynagrodzenia, często właśnie dzięki pandemii.
Nie ma chyba takiej dziedziny pracy „freelancerskiej”, która bardziej kojarzy się z prestiżem i wysokimi zarobkami niż programowanie i szeroko pojęte technologie informatyczne. O tym, że grupa ta budzi duże zainteresowanie również wśród osób spoza branży świadczy chociażby przekonanie o dużych pieniądzach programistów czy też liczba zapytań w wyszukiwarkach internetowych na temat ich zarobków. Dlatego też, Useme.com, platforma rozliczająca pracę wolnych strzelców postanowiła przebadać tę grupę zawodową. Raport „Ile zarabia i kim jest polski programista freelancer” został przygotowany przez Useme.com w kwietniu bieżącego roku. Dane opracowano na podstawie badania zrealizowanego na reprezentatywnej próbie 1076 freelancerów w Polsce.
Informatyka to dziedzina zdominowana na całym świecie przez mężczyzn. Ta reguła dotyczy także Polski oraz tej część grupy zawodowej, która specjalizuje się w realizacji zleceń freelancerskich. Z badań Useme wynika, że stanowią oni aż 94,3 proc. ankietowanych wobec 5,7 proc. kobiet. Wśród programistów – wolnych strzelców najliczniejsza grupa (50,6 proc.) to osoby młode, to jest w przedziale wiekowym 25-34 lat. Na drugim miejscu (28,1 proc.) są wolni strzelcy w przedziale 35-44. Najmłodsi, 18-24 lata, stanowią 24,1 proc. Najmniej liczne wśród programistów są grupy wiekowe mające 45-54 lata (2,3 proc.) oraz „staruszkowie” liczący do 55 do 64 lat (1,1 proc.).
Finansowy aspekt pracy polskich programistów budzi największe zainteresowanie. Jest to grupa zawodowa, w której zarobki tradycyjnie należą do najwyższych na rynku. Oczywiście wynagrodzenie uzależnione jest od kilku czynników, takich jak doświadczenie (liczba zrealizowanych projektów i stopień ich skomplikowania czy zakresu), specjalizacja, siła marki osobistej lub inaczej mówiąc oceny wolnego strzelca na platformach czy liczba i jakość referencji. Istotny jest także fakt, czy programista utrzymuje się tylko z freelancingu, czy jedynie dorabia. Dla blisko połowy (49,5 proc.) freelancing jest jedyna formą zarobkowania, a dla pozostałej niewielkiej większości stanowi formę dorobienia do głównego zajęcia.
Jeśli więc chodzi o zarobki to najliczniejsza grupa (32,1 proc. programistów) zadeklarowała, że miesięcznie uzyskuje z freelancingu dochody do 3.000 zł na rękę. Zazwyczaj takie zarobki otrzymują młodsi specjaliści lub junior programiści, którzy pracują dorywczo bądź freelancerzy dorabiający zleceniami do głównego zawodowego zajęcia.
Wynagrodzenie w kwocie 3.000 – 5.000 zł otrzymuje 17,2 proc. programistów będących freelancerami. 20,7 proc. respondentów osiąga dochody w przedziale 5.000-10.000 zł, a 17,2 proc. zarabia od 10.000 do 15.000 zł miesięcznie na rękę. Coraz częściej zdarzają się także zarobki przekraczające 15.000 zł, a w przypadku paru procent nawet 17.000 zł.
Jest to znacząca różnica na plus w porównaniu z pozostałymi grupami wolnych strzelców w naszym kraju – choć oczywiście dla PiS-owskich krewnych i znajomych królika obsadzających państwowe firmy i urzędy (naturalnie na normalnych etatach), to nie są żadne kokosy. Jednak trzeba zaznaczyć, że te najwyższe zarobki zarezerwowane są dla doświadczonych ekspertów w rzadkich obszarach technologii informatycznych, np. programiści mobilni iOS czy zaawansowani architekci systemów IT.
Kobiety programistki – freelancerki zarabiają mniej niż ich koledzy po fachu. Panie uzyskujące miesięcznie ponad 10 tysięcy złotych to jedynie 1 proc. wolnych strzelców. W przedziale 5.000 – 10.000 złotych znajdziemy zaledwie 7 proc. kobiet. – Programiści to jedna z niewielu grup zawodowych, która dzięki Covid-19 zyskała, zarówno pod względem liczby zleceń, jak i wzrostu stawek. Jednak to wolni strzelcy będący specjalistami IT, mogą czuć się prawdziwymi beneficjentami obecnej sytuacji. W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy pandemii, wzrost wynagrodzenia dla tej grupy zawodowej wyniósł ok. 12 proc. Wszystko wskazuje na to, że zarobki programistów w 2021 r. w dalszym ciągu będą rosły – mówi Przemysław Głośny, prezes Useme.com.
Ale żeby zarobić, trzeba się narobić. Blisko co trzeci programista (29,9 proc.) specjalnie się nie przemęcza i deklaruje, że w miesiącu wykonuje od 1 do 3 zleceń. 14,9 proc. wykonuje ich od 3 do 5 w miesiącu, a kolejne 6,9 proc. od 5 do 10. Powyżej 10 zleceń na miesiąc ma zaledwie 5,7 proc. programistów. I to oni zarabiają najwięcej.

Kobiece bariery do kariery

Panie na kierowniczych stanowiskach w Polsce mają duże ambicje i na ogół potrafią je realizować. Jeżeli jednak trafiały na przeszkody, to częściej dlatego, że to kobiety kobietom zgotowały ten los.

Tylko jedna czwarta kobiet na menedżerskich stanowiskach czuje się niedoceniana w miejscu pracy. Biorąc pod uwagę polską skłonność do narzekania – także na zarobki przypisane do kierowniczych foteli – to całkiem dobry wynik. Tym niemniej, mimo tych wysokich stanowisk, sporych pieniędzy i pełnienia odpowiedzialnej funkcji, 61 proc. badanych kobiet postrzega swoją rolę w firmie jako wspierającą a nie przywódczą, zaś 40 proc. uważa własne osiągnięcia za przeciętne (aczkolwiek nie można wykluczyć, że słusznie).
Takie między innymi wyniki przynosi przeprowadzone w styczniu tego roku ogólnopolskie badanie na zlecenie Clue PR pt. „Bariery do kariery”, które próbuje odpowiedzieć na pytanie, z jakimi przeszkodami na drodze do rozwoju zawodowego kobiety muszą się mierzyć najczęściej? Badanie objęło grupę ponad 450 kobiet na kierowniczych stanowiskach. Jego celem było ukazanie różnych aspektów osiągnięć, wyzwań i przeszkód, jakie są udziałem tych kobiet w Polsce, które wysoko zaszły na swojej drodze zawodowej.
Autorki badania, dr Marta Bierca i Alicja Wysocka-Świtała zapytały także kobiety zarówno o systemowe ograniczenia, jak i ewentualne stereotypy, z którymi muszą się stykać na co dzień. Wydaje się, że to badanie miało założoną z góry tezę. Jego celem było bowiem pokazanie mapy całej siatki ograniczeń, jaka może sprawiać, że kobiety, mimo równościowych haseł zawartych w regulaminach i statutach firm mają nieco bardziej utrudnioną drogę do awansów, niż mężczyźni.
Autorki badania wzięły również pod lupę całe spectrum sposobów zachowania wobec pań podczas spotkań czy zebrań, które w zachodnim modelu cywilizacyjnym są obecnie uważane za opresyjne. Chodzi na przykład o ironiczne uśmiechy, pomijanie wypowiedzi kobiet, prowadzenie rozmów z innymi mężczyznami bez dopuszczania kobiet, jak również o nagminne podobno przerywanie kobietom ich wypowiedzi. Badanie zostało zatem przeprowadzone po to, aby pokazać z jakimi przeszkodami muszą się mierzyć na co dzień kobiety, które zajmują stanowiska kierownicze i jak wiele sufitów na co dzień muszą przebić, żeby móc zajmować stanowiska równie eksponowane, co ich koledzy. Okazuje się jednak, że tych sufitów jest mniej niż to się powszechnie wydaje.
Po pierwsze, kobiety dostrzegają różnice w traktowaniu płci przy decydowaniu przez zarządy firm o awansach i podwyżkach – ale widzi to tylko drobna część badanych pań na wysokich stanowiskach. Tak więc, zaledwie 1 na 5 kobiet uważa, że płeć ma znaczenie przy decyzji o awansie pracownika i również tylko 1 na 5 kobiet sądzi, że zarobki na tych samych stanowiskach różnią się pomiędzy płciami. Kobiety patrzą zatem racjonalnie na polską rzeczywistość, bo choć zostało wprawdzie udowodnione w wielu badaniach o różnicach płacowych, że panie u nas zarabiają nieco mniej (głównie ze względu na to, że więcej czasu niż mężczyźni poświęcają na opiekę nad dziećmi), to te różnice stopniowo się zmniejszają.
Dlatego właśnie to nierównoprawne traktowanie obu płci jest zauważalne nie tyle w twardych faktach, co w ocenach i emocjach. Jak wskazuje wspomniane badanie, najbardziej zaskakujące i niepokojące różnice leżą jednak w postrzeganiu samych siebie i swojej roli przez kobiety na kierowniczych stanowiskach. Jak podano na wstępie artykułu, większość kobiet uważa swoją funkcję w organizacji za wspierającą – a przecież badane były kobiety, które pełnią role zarządcze w firmie, czyli wynika z tego, że kobiety nie postrzegają samych siebie jako przywódczyń. Okazuje się zatem, że ograniczenia tkwią bardziej we własnym myśleniu o sobie i w stosowanej terminologii, niż w samej rzeczywistości. 37 proc. badanych kobiet postrzega siebie jako „pomocnicę”, a 25 proc. jako „opiekunkę”. Jako liderkę – mimo, że w rzeczywistości są to właśnie liderki w swoich środowiskach pracy – widzi siebie jedynie 27 proc. badanych kobiet. Jak widać, te liczby nie składają się na 100 proc. – ale raport z badania nie podaje, jaką rolę przypisuje sobie pozostałe 11 proc. pań na kierowniczych stanowiskach.
Kobiety chcą się rozwijać i zdobywać nowe kompetencje – 53 proc. badanych kobiet deklaruje, że chce zajść dalej i wyżej, a 59 proc. jest pewne siebie i uważa, że podejmowanie decyzji nie przychodzi im z trudnością. Zarazem jednak aż 40 proc. kobiet uważa swoje osiągnięcia za przeciętne, czyli tym samym je pomniejsza. To dobrze świadczy o ich planach i ambicjach, bo wiadomo, że ważnym motorem kariery zawodowej jest własne przeświadczenie, że jeszcze wiele rzeczy można zrobić lepiej i osiągnąć więcej.
Otoczenie zawodowe w naszym kraju na ogół niestety nie wspiera wysokich ambicji pań. Wprawdzie 75 proc. kobiet czuje się w pracy należycie doceniana, ale jednocześnie mniej niż połowa badanych kobiet (tylko 45 proc.) uważa, że firma wspiera ich rozwój zawodowy.
Nieco bardziej optymistyczny jest wskaźnik, który pokazuje, że kobiety są porównywane z mężczyznami – a wynik tych porównań jest raczej pozytywny dla pań. Jedynie 29 proc. kobiet uważa, że musi się starać bardziej niż ich koledzy, żeby osiągnąć to samo, co mężczyźni.
Tak więc, wiele kobiet deklaruje chęć zwiększania zakresu odpowiedzialności w pracy, a na co dzień coraz wyraźniej komunikuje swoją siłę i osiągnięcia. Niestety, nieco gorzej jest z reakcjami otoczenia, które niekiedy deprecjonuje i czasami dosłownie ucisza kobiety, również te zajmujące eksponowane stanowiska w firmach i zarządach. 34 proc. badanych kobiet deklaruje, że zabieranie głosu przychodzi im z trudnością. To wprawdzie mniejszość – ale też zbyt duża.
Ponadto, staranie się o awans jest zawsze wyzwaniem dla niemal połowy respondentek, niezależnie od tego, czy przełożonym jest kobieta czy mężczyzna – dla 44 proc. staranie się o awans u kobiety dyrektorki, a dla 48 proc. u mężczyzny dyrektora jest określane jako „trudne”. Nie wiadomo, czy taki sam wynik dałoby podobne badanie pokazujące odczucia mężczyzn zabiegających o awans, ale optymistyczne jest to, że jednak większości kobiet w Polsce raczej łatwo przychodzi staranie się o awans.
Panie raczej nie mają problemów ze sprzeciwianiem się przełożonym. Zaledwie niewiele ponad 30 proc. kobiet nie lubi się sprzeciwiać przełożonemu, nawet gdy to one mają rację. Ciekawe, że 34 proc. nie chce się sprzeciwiać przełożonej kobiecie, a tylko 31 proc. mężczyźnie. Ten wynik potwierdza to, co wielokrotnie zauważano w Polsce – że kobietom częściej utrudniają karierę inne kobiety.
Niebagatelny wpływ na samoocenę kobiet i ich przebojowość mają te wszystkie sposoby zachowania, które dość systematycznie – chociaż często w ukrytej i niejawnej formie – wtłaczają kobiety w role posłusznych i cichych pracownic na pozycjach wspierających – a nie menedżerek decyzyjnych w kluczowych obszarach. I nierzadko właśnie, takie opresyjne zachowania są również udziałem kobiet ze strony kobiet.
Dosyć częste wobec badanych kobiet są pytania o ich życie prywatne. Jedynie 23 proc. kobiet doświadcza tego ze strony mężczyzn, a 26 proc. – od innych kobiet. Co ciekawe, również komentowanie wyglądu pań jest nieco częstsze w przypadku przedstawicielek tej samej płci (21 proc. ze strony mężczyzn, 22 proc. ze strony kobiet). Kobiety częściej niż mężczyźni przerywają wypowiedzi innych kobiet (robi tak 19 proc. mężczyzn i aż 23 proc. kobiet), częściej traktują je z góry, z wyższością (19 proc. mężczyzn, 20 proc. kobiet). Tylko 14 proc. badanych kobiet ma wrażenie, że mężczyźni podważają ich kompetencje, a 16 proc. – że robią to inne kobiety.
Jednym słowem, kobiety realizujące się w strukturach firm nierzadko mają do czynienia z całym arsenałem opresyjnych sposobów zachowania ze strony innych pań. Ten wynik potwierdza powszechnie znaną w Polsce prawdę, że kobietom łatwiej zrobić karierę zawodową wśród mężczyzn, niż wśród kobiet. Jedynie jedna na cztery badane kobiety wskazuje, że nie doświadczyła żadnego z powyższych opresyjnych zachowań w swym środowisku pracy.
Dość istotnym czynnikiem wpływającym na ograniczanie rozwoju i potencjału zawodowego kobiet jest ich zaangażowanie w sprawy domowe. Tylko 17 proc. kobiet zdecydowanie się zgadza ze stwierdzeniem, że aby osiągnąć obecny sukces nie musiało poświęcić życia osobistego, a zarazem 39 proc. uważa, że aby osiągnąć większy sukces musiałoby poświęcić życie rodzinne i skupić się na pracy. Niestety, nie wiadomo jaki wynik przyniosłoby postawienie tych samych pytań mężczyznom na wysokich stanowiskach. Nie można wykluczyć, że odpowiedzi byłyby podobne, bo karierę zwykle robi się poniekąd kosztem życia osobistego.
Źródło obciążeń kobiet leży również w podziale obowiązków w domu, którego fundamentem od lat jest wyraźna dysproporcja. 61 proc. pań deklaruje, że ma więcej obowiązków domowych niż partnerzy, a prawie jedna czwarta kobiet (23 proc.) ma wyrzuty sumienia, że zaniedbuje życie osobiste kosztem kariery. Wynika z tego, że do umożliwienia jeszcze szybszego rozwoju zawodowego kobiet w Polsce potrzebne są zarówno zmiany systemowe, zdejmujące z pań część obowiązków rodzinnych, jak i zmiany w świadomości społecznej.

Bigos tygodniowy

Jak donoszą, pożal się boże minister kultury Gliński odwołał dotychczasowego dyrektora Filmoteki Narodowej za dołączenie do przeglądu filmów o tematyce kobiecej filmów o przemocy domowej i o wibratorach. Nie zmienia to faktu, że żaden „niezłomny” wibratora nie zastąpi. Odwołany dyrektor był z „Dobrej Zmiany” i powołany też jest z „Dobrej Zmiany”, tylko  z konkurencyjnej sitwy. Użycie wibratorów w wojnie kaczystów z kaczystam to niebezpieczna eskalacja konfliktu.


Poza tym jednak nie ma nic do śmiechu. Protesty Ogólnopolskiego Strajku Kobiet ( niestety niepokojąco mniej liczne niż jesienią zeszłego roku) zostały brutalnie zaatakowane przez policję. Po raz kolejny przypomniały o polskich zbrodniarzach zza biurka i ich poplecznikach, Zaplutych Karłach Reakcji, którzy swoimi barbarzyńskimi „prawami” zastosowali wobec kobiet tortury i narażają je na zagrożenie życia przez wymuszanie donaszania chorych, gnijących płodów. Narodowy Przymus Rodzenia trupów trwa.


Wyrok sądu w Płocku, uniewinniający oskarżone (m.in. Elżbietę Podleśną) w sprawie o „obrazę uczuć religijnych” czyli o rozlepianie wizerunków Matki Boskiej w Tęczowej Aureoli rozwścieczył prawactwo i klechów. Zawyli, że wyrok (nieprawomocny) był „skandaliczny” i „zachęcający do takich czynów”, a „sąd stanął po stronie bluźnierstwa”. Oskarżone z wyroku się ucieszyły i pochwaliły sąd, że taki rozumny i sprawiedliwy. Rozumiem zainteresowane, lecz nie podzielam ich entuzjazmu. Mój opór wzbudziło na przykład uzasadnienie sądu, który na korzyść oskarżonych powołał się na to, że niektórzy katolicy nie uznali wizerunku Matki Boskiej Tęczowej za obrażający ich uczucia religijne. To postawienie sprawy na głowie, bo wolność słowa nie może być zawisła od tego czy słowo kogoś obraża czy nie. Istota sprawy jest bowiem w tym, że w cywilizowanym kraju takie procesy w ogóle nie powinny mieć miejsca, bo artykuł 196 kodeksu karnego, to archaiczny, średniowieczny rodem absurd, prawne wyposażenie cenzuralne fanatyków religijnych, które powinno zniknąć z kodeksu karnego. Prawo karne nie powinno bronić czci postaci fikcyjnych, bo takie prawo jest groteskowym horrendum. To nie powinno w ogóle być przedmiotem obejmowanym przez prawo karne. Bigos tygodniowy jest za nieograniczonym prawem do obrażania uczuć zarówno religijnych jak i niereligijnych. Obrażajmy się, ile dusza zapragnie! Z całego serca! Niech żyje wolność! Warto odnotować, że biskupi diecezji płockiej, przyjęli wyrok sądu z ”bólem i smutkiem”.


Ksiądz Bortkiewicz, który jest za „doprecyzowaniem i wzmocnieniem” artykułu 196 kodeksu karnego powiedział, że szalet, to do nalepienia wizerunku Matki Boskiej miejsce „niegodne”. Moim zdaniem co najmniej równie godne jak zakrystia.


Tego samego dnia, w którym zapadł wyrok w Płocku, grupa lewicowej młodzieży stanęła nieopodal Sejmu trzymając w dłoniach ów inkryminowany wizerunek Tęczowej Matki Boskiej. Natychmiast zostali spisani przez policjantów, którzy oświadczyli, że to „na wypadek, gdyby ktoś zgłosił obrazę uczuć religijnych”. Czy nie klerykalny terror bez granic?


Kolejne ataki katocenzury. Godek Kaja zbiera podpisy pod petycją żądającą od Rady Miasta Lublina wycofania się z finansowania tutejszej Galerii Labirynt za to, że zorganizowała wystawę „Nie będziesz szła sama”, o Ogólnopolskim Strajku Kobiet. Z kolei Ordo Iuris prześladuje Nergala i doprowadziło do wznowienia przez prokuraturę postępowania przeciw niemu w sprawie „obrazy uczuć religijnych”. „Jestem jednym z rosnącej rzeszy Polaków, którzy mają dość kato-talibowego reżimu, bo tak trzeba to nazwać. Wpisuję się w szeroki i silny prąd antyreligijny, antyklerykalny, którego częścią są m.in. strajki kobiet. Akcje Kościoła w Polsce tracą w tempie lawinowym i nie ukrywam euforii, jaką z tego powodu odczuwam” – powiedział Nergal, nawiązując do „narastającego w Polsce fundamentalizmu”. Dodał, że „wierzy, że pewnego dnia Polska stanie się sekularnym krajem, w którym nie będzie większości religijnej dyskryminującej mniejszości, dyktującej jak mamy żyć i musztrującej obywateli”. A tymczasem prokuratura zażądała „zabezpieczenia” komputerów i telefonów Nergala, jakby chodziło o groźnego mordercę czy ciężkiego przestępcę gospodarczego, a chodzi tylko o „obrazę” orzełka polskiego.


Równolegle do katocenzury narasta intensywność karmienia biznesów Rydzyka przez Skarb Państwa. Forsę dały Rydzykowi cztery ministerstwa, w tym Ministerstwo Spraw Zagranicznych i Ministerstwo Rolnictwa. Z kolei okazuje się, że w Wielkopolsce większe pieniądze idą na finansowanie religii w szkole niż na obywatelskie budżety.


Na lewicowe „ukąszenie” młodego pokolenia prawolski publicysta Maciejewski proponuje następujące lekarstwa „wsparcie harcerstwa, wzmocnienie Wojsk Obrony Terytorialnej i produkcję IPN-owskich filmów o „wyklętych”. Czekam na rezultaty.


Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej stwierdził, że sądy polskie mają prawo oceniać, czy decyzje Krajowej Rady Sądownictwa są zgodne z prawem Unii Europejskiej, a kolejne nowelizacje ustaw sądowych MOGĄ naruszać prawo tejże. Za miękko jak na PiS. Media już donoszą, że Mateo został zobowiązany do wystąpienia do Trybunału Konstytucyjnego Przyłębskiej, aby orzekł, że przepisy polskiej Konstytucji są ważniejsze niż przepisy unijne. Nie bardzo wiadomo, na co komu taki wyrok, chyba że chodzi o pokazanie ludowi pisowskiemu, że żadne „obce” trybunały nie będą nam mówić, jak mamy się rządzić.


Pandemia trwa w najlepsze, tymczasem Narodowy Program Szczepień kuleje, ale jak się zdaje nie tylko dlatego, że zachodni kontrahenci ociągają się z dostawami szczepionek. Niedawno opinia publiczna dowiedziała się z ust pąsowych niejakiego Dworczyka Michała, że po raz kolejny zmianie ulega harmonogram szczepień. Z niejasnych powodów grupa obywateli 70 plus wypadła z harmonogramu na marzec i została zepchnięta gdzieś poza termin szczepień nauczycieli akademickich, którzy do pracy w formule stacjonarnej mają wrócić dopiero jesienią oraz termin szczepienia służb mundurowych. Dziwne to tym bardziej, że epidemiolodzy wzywają do szczepienia grup najbardziej zagrożonych ciężkim przebiegiem choroby, a nawet zgonem czyli osób 60 plus. Ciekawe, dlaczego rządzący nie słuchają ekspertów, a nawet nie czują potrzeby żeby wyjaśnić publice, dlaczego takie a nie inne decyzje podejmują?


„Polska jest ostatnią ostoją reżimu katolickiego, który na mocy paragrafu 196 oskarża obywateli o bluźnierstwo” (Nergal)

Zimna wojna

Na Polskę spadły dwie katastrofy. Zaraza i rządy PiS. Złe rządy PiS czynią życie w czasach zarazy jeszcze bardziej nieznośnym.
Pandemia obnażyła niekompetencje elit PiS i brak ich zdolności do zarządzania. Rządy PiS zamiast osłabiać skutki pandemii stale generowały konflikty zastępcze i decyzyjny chaos. Dodatkowo kaczyści, jak wszyscy sekciarze, nie ufają ludziom spoza swojego kręgu. Nie potrafią im zaufać, ani z nimi współpracować.
Nie potrafią współdziałać nie tylko z opozycją parlamentarną i innymi krytycznymi środowiskami. Rząd PiS nie konsultuje swoich działań ze związkami zawodowymi, korporacyjnymi samorządami, organizacjami zrzeszającymi przedsiębiorców. Nie działa Radia Dialogu Społecznego.
Wspólnota kaczystowska zbudowana jest na fundamencie konserwatywnej kontrrewolucji anty oświeceniowej. Prymacie religii nad nauką. Rugowania naukowego, technokratycznego, świeckiego stylu myślenia na rzecz tworzenia duchowej, narodowo- katolickiej wspólnoty. Jeden naród, jedna wiara, jeden Naczelnik Państwa Polskiego. Na naukowy styl myślenia nie ma miejsca w tej triadzie.
Taka wspólnota skutecznie potrafi walczyć z „ideologią LGBT”, „neo marksistowskim genderem”, „POstkomunizmem” i innymi wykreowanymi przez kaczystów zagrożeniami. Ale już nie jest w stanie efektywnie walczyć z realnymi katastrofami. A taką jest teraz pandemia. Do tego potrzeba jest ekspercka wiedza, poszanowanie nauki, wszystko to, czym programowo „anty elitarne” elity PiS gardzą. Z czym ciągle walczą.
Dodatkowo dotychczasowa walka kaczystowskich elit z korona wirusem podporządkowana była walce z opozycją parlamentarną i nieustającej kampanii wyborczej. Przez cały rok 2020 kaczystowskie media kreowały zakłamany obraz rzeczywistości. Ogłaszały kolejne zwycięstwa władzy nad pandemią, wygaszanie zarazy. Być może wielu kaczystów naprawdę uwierzyło w przekazy Jacka Kurskiego i latem 2020 roku nie dopuszczało możliwości kolejnych fal pandemii. By tak uśpieni umysłowo pogrążyć się w słodkim nieróbstwie, albo skupiać na rozkradania budżetu państwa polskiego.
Głowa zepsuta
Niegdyś Polacy pocieszali się, że są co prawda skłóconym narodem, ale w obliczu zewnętrznego zagrożenia, najazdu obcych potrafią się zjednoczyć. Wznieść się ponad osobiste urazy i interesy. Jeśli tak kiedyś rzeczywiście było, to dziś elity PiS jedynie dowodzą, że niewiele z tamtych Polaków mają.
Od pół roku codziennie w Polsce umiera kilkuset zarażonych obywateli. Codziennie wymiera w Polsce jedna polska wieś. A pomimo to na szczycie PiSowskiej władzy trwa nieprzerwana, brutalna walka o pieniądze i władzę.
Rządząca nami Zjednoczona Prawica rozpadała się na podstępnie, intrygujące frakcje. Obiecywana od lata zeszłego roku „rekonstrukcja”, czyli reforma, rządu premiera Mazowieckiego jeszcze nie nastąpiła.
Zamiast tego mamy patologiczny model rządu, którego wicepremier jest politycznym szefem premiera. Można się było pośmiać z takiego kuriozum, po powołaniu pana pr4ezesa na pana wicepremiera, ale w czasach tak poważnej zarazy tak dysfunkcyjnie skonstruowany rząd, to istny „śmiech z pogrzebów”.
Nie dziwmy się, że nadal nie ma w Polsce długofalowego, spójnego programu szczepień, ani otwierania gospodarki. Skoro pan prezes Kaczyński ciągnie w swoją stronę, pan wicepremier Gowin w drugą, pan prezydent w trzecią, pan minister sprawiedliwości tylko knuje i intryguje, a pan premier ciągle znika z fontu walki z pandemią. W atmosferze plotek o jego rychle spodziewanej dymisji.
Nie dziwmy się, że pani posłanka Emilewicz łamie prawo, kłamie publicznie i pozostaje bezkarna, a pan poseł Giżyński wykorzystuje jedynie lukę prawną w dziurawym systemie szczepień i zostaje za to gromko, przykładnie ukarany.
Okazuje się, że i wśród kaczystów też są swoi i obcy. Ludzie i ludziska. Doświadczyła tego też właśnie słabnica pańska Ewa Stankiewicz, reżyserka filmu „Stan zagrożenia”. Filmu o katastrofie smoleńskiej. Propagującego teorię zamachu na prezydencki samolot i strącenie go w wyniku wybuchu spec bomby.
Ów film miał być zaprezentowany w telewizji Jacka Kurskiego, w TVP, ale jego premierę nagle odwołano. „Przegrała wolność słowa-zwyciężyły naciski polityczne”, zadeklarowała Ewa Stankiewicz w prorządowym tygodniku „Sieci”.
Nie dopowiedziała któż to „naciskał”, a lizusowski tygodnik też nie nalega na to. Plotki dochodzące z salonu PiS sugerują, że to robota pana Antoniego Macierewicza, albo i nawet samego pana prezesa Kaczyńskiego.
PiS zbudował swą popularność na micie smoleńskim i kłamstwie o tym wypadku lotniczym. Film Ewy Stankiewicz ponoć tak artystycznie kondensuje to kłamstwo, że nawet ten „ciemny lud” może przestać w je wierzyć. A skoro przestanie wierzyć w „ruski zamach”, to i może zwątpić też w sukces Centralnego Szpitala Narodowego i skuteczność Wielkiego Narodowego Programu Szczepień.
Zwłaszcza, że w ostatnim tygodniu opozycja parlamentarna celnie wypunktowała złe przygotowanie Wielkiego Narodowego Programu Szczepień. Zaproponowała swoje, lepsze rozwiązania.
Przypomniała też, że władzą PiS niezadbana o wcześniejsze zabezpieczenie odpowiedniej ilości szczepionek. I zwalanie teraz winny za to na producentów i inne państwa Unii Europejskiej jest działaniem ratunkowym i szczeniackim. Skoro ze szesnastu wcześniejszych, wspólnych unijnych posiedzeń dotyczących programu unijnych szczepień, polska delegacja olała aż jedenaście. Elity PiS nie uznały za konieczne pofatygować się na te narady.
Wojna z kobietami
Dlatego teraz aby przykryć propagandowo ten organizacyjny chaos władza postanowiła rozpalić nowy konflikt. Ideologiczny. Wojnę religijną, bo na tym polu czuje się najsilniejsza. Walkę z wymyśloną przez siebie „cywilizacją śmierci”.
Władza pana prezesa Kaczyńskiego wie, że publikacja nieludzkiego wyroku niekonstytucyjnego Trybunału Konstytucyjnego doprowadzi do masowych, długotrwałych protestów polskich kobiet. Co nie przyniesie chluby i wzrostu popularności tej władzy.
Ale przeniesie ciężar i emocje debat publicznych z fatalnie organizowanego programu szczepień na starcie rządowej „cywilizacji życia” z opozycyjną „cywilizacją śmierci”.
Dzięki temu zmobilizuje kaczystowskie media, usłużny tej władzy kościół kat. oraz kontrolowany przez kaczystów prokuraturę i policję do propagandowego zwycięstwa nad „neo marksistowskim feminizmem”.
Do zrzucenia odpowiedzialności za kaczystowską nieudolność i niekompetencję na strajkujące Polki. Do mobilizacji i skupienia kaczystowskiej wspólnoty polityczno- religijnej.
Zapowiada się długa, zimna wojna polsko- kaczystowska. Głęboki podział polskiego społeczeństwa, który nie zniknie po utracie władzy przez kaczystów.
Zwłaszcza jeśli policja dostanie rozkaz aby tym razem zapomniała o „profesjonalnych standardach” zdefiniowanych niedawno przez pana prezydenta Dudę.
W zeszłym roku zmarło w Polsce 478 658 osób. Najwięcej od czasu II wojny światowej. Jednocześnie urodziło się w Polsce 360 000 dzieci. Najmniej od 16 lat. Takie są skutki kaczystowskiej polityki „ochrony życia”. Wzmacniania „substancji narodowej Polaków.”
I będzie się rodziło jeszcze mniej Polaków, bo groźba kryzysu gospodarczego, drożyzny, i teraz przymusu rodzenia martwych płodów, na pewno zniechęci polskie kobiety do posiadania dzieci.
Takie też będą skutki zimnej, politycznej wojny psychopatycznych kaczystów z obywatelami naszego kraju.

O słuszną sprawę

PiS nie zdoła przykryć postulatów kobiet za pomocą wywoływania kolejnych awantur.
Pod koniec października Ogólnopolski Strajk Kobiet przedstawił szereg postulatów skierowanych do rządu. Przyglądając się pod koniec roku debacie publicznej, w mediach tradycyjnych oraz społecznościowych, można było odnieść wrażenie, że z czasem społeczne poparcie dla protestów zaczęło maleć – miedzy innymi ze względu na incydenty zdarzające się podczas demonstracji oraz formę postulatów, która mogła być dla niektórych rażąca.
Gdy jednak gdy zapytano Polaków, jaka jest ich opinia o protestach biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności, to 68 proc. osób uznało je za słuszne – czyli ponad dwie trzecie społeczeństwa. Co warte podkreślenia, mężczyźni i kobiety popierają protesty w równym stopniu.
Największym poparciem cieszą się postulaty dotyczące poprawy publicznej ochrony zdrowia (89 proc. wskazań), wsparcia osób z niepełnosprawnościami (86 proc.) oraz zapewnienia ogólnie rozumianych praw kobiet (86 proc.). Spośród postulatów Ogólnopolskiego Strajku Kobiet niemal wszystkie popierane są przez ponad połowę Polaków, łącznie z hasłem o rozdziale Państwa od Kościoła (70 proc.).
Warto tutaj zauważyć, że dwa postulaty uzyskały wyraźnie niższe wyniki – jest to zapewnienie praw osób LGBT (44 proc. poparcia) oraz aborcja na żądanie, którą popiera 47 proc. Polaków. W bezpośrednim pytaniu dotyczącym aborcji największa grupa jest przy utrzymaniu tzw. kompromisu aborcyjnego, który obowiązywał w Polsce przez ponad dwie dekady. Tylko 36 proc. Polaków uważa, że aborcja powinna być dostępna bez ograniczeń albo do określonego miesiąca ciąży, 43 proc. respondentów opowiada się za dotychczasowym rozwiązaniem, a jedynie 15 proc. chciałoby zaostrzenia prawa aborcyjnego – wykazuje badanie Inquiry zrealizowane między 20 a 29 listopada 2020 r.
Polacy chętnie więc popierają protesty organizowane przez Ogólnopolski Strajk Kobiet, pomimo że w mniejszym stopniu popierają istotę tych protestów, a więc walkę o nieograniczone prawo do aborcji. Kompromis aborcyjny zdążył się w Polsce przyjąć, a wyrok Trybunału Konstytucyjnego naruszył tę równowagę. Rośnie też frustracja społeczna, która przekłada się na coraz niższy poziom poparcia dla partii rządzącej. – Wynik naszego badania pozwala przypuszczać, że w oczach dużej części społeczeństwa protesty, które przetoczyły się przez kraj, miały przede wszystkim charakter antyrządowy. Sprzeciw wobec wyroku Trybunału Konstytucyjnego to tylko jeden z aspektów obecnej sytuacji, wcale nie najważniejszy – komentuje Agnieszka Górnicka, prezes Inquiry.
Na scenie politycznej brakuje jednak alternatywy – wprawdzie nieco ponad połowa badanych wskazała inne partie niż PiS, ale żadna z nich nie ma przeważającej siły. Aż jedna trzecia nie zamierza głosować wcale lub nie wie, na jaką partię miałaby oddać głos.

Czy władza zatroszczy się o dzieci już urodzone?

W Polsce rządzonej przez PiS brakuje miejsc w domach dla matek z dziećmi, a te, które już są, na ogół nie spełniają standardów. Ucieczka przed biedą i przemocą domową jest więc bardzo trudna.
To, że polskie władze dbają bardziej o dobro dzieci poczętych niż już żyjących, wiadomo od dawna. Teraz jednak ta teza została empirycznie potwierdzona przez Najwyższą Izbę Kontroli.
NIK skontrolowała jak powiaty (czyli władza rządowa), między styczniem 2016 r., a czerwcem 2019 r (właśnie ten okres rządów PiS sprawdzała kontrola) sprawowały opiekę nad szczególną grupą – nad dotkniętymi przemocą lub znajdującymi się w innej sytuacji kryzysowej matkami, ojcami, opiekunkami z dziećmi. Okazało się, że tej opieki nie sprawowano prawie w ogóle.
NIK wykazała, że 95 proc kontrolowanych ośrodków i centrów pomocy nie wywiązuje się prawidłowo z zadania powiatu, jakim jest prowadzenie specjalnych ośrodków wsparcia dla takich osób.
Chodzi tu o domy dla matek z dziećmi i dla kobiet w ciąży. Placówki te udzielają potrzebującym całodobowego, okresowego (maksymalnie do roku) schronienia, a ich standard ściśle określa rozporządzenie ministra polityki społecznej z 2005 r., wydane za rządów SLD, które dotyczy warunków lokalowych, opieki i pomocy w przezwyciężaniu sytuacji kryzysowych.
Zadania związane z zapewnieniem miejsc w takich placówkach, powinny być wykonywane przez powiatowe centra pomocy rodzinie, ośrodki pomocy społecznej lub ośrodki pomocy rodzinie. Jednak tylko sześć na 21 tego rodzaju instytucji skontrolowanych przez NIK rzeczywiście umieszczało potrzebujących w domach dla matek z dziećmi, głównie prowadzonych na zlecenie samorządu. Pozostałe kierowały takie osoby do schronisk dla bezdomnych, hosteli przy ośrodkach interwencji kryzysowej i do mieszkań chronionych (będących również placówkami samorządowymi). W większości z nich standard był niższy niż w domach dla matek z dziećmi.
NIK „wyróżniła” tu szczególnie Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie w Sztumie. Jak stwierdza raport pokontrolny, było ono: „Nieprzygotowane instytucjonalnie i organizacyjnie w jakikolwiek sposób do zapewnienia potrzebującym miejsc”.
Na to, że domów dla matek z dziećmi jest w Polsce za mało – i że matki z dziećmi oraz kobiety w ciąży przebywają w schroniskach dla bezdomnych, które nie zapewniają im odpowiednich warunków, już od kilku lat zwracały uwagę media i Rzecznik Praw Obywatelskich. Trudno jednak oszacować ile takich placówek jest w naszym kraju, ponieważ rząd PiS nie stworzył listy takich ośrodków.
Z danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej wynika, że w 2018 r. w Polsce funkcjonowało 31 domów dla matek z dziećmi, które dały schronienie w sumie nieco ponad 1 300 osobom. Główny Urząd Statystyczny, na podstawie otrzymanych sprawozdań doliczył się zaś 63 domów (łącznie z filiami), z których skorzystało prawie 3 200 osób.
Badanie społeczne, którego przeprowadzenie Najwyższa Izba Kontroli zleciła w 2019 r., pokazało, że z domów dla matek z dziećmi korzystały przede wszystkim kobiety z wykształceniem podstawowym (41 proc.) i zawodowym (31 proc.), z których ponad połowa (54 proc.) miała własne comiesięczne dochody niższe niż 1,8 tys. zł. Posiadały one zwykle jedno lub dwójkę dzieci, średnio w wieku 3 lat lub młodsze.
Wyniki badania wskazują na to, że najważniejszym rodzajem wsparcia, którego podopieczni tych domów potrzebowali było schronienie, a także odizolowane od sprawcy przemocy oraz uzyskanie pomocy psychologa.
Matki, opiekunki i kobiety w ciąży najczęściej oczekują, że pomoc zostanie im udzielona w pobliżu miejsca zamieszkania, bez konieczności rozłąki z rodziną, bez potrzeby zmiany szkoły i lekarza dla dzieci oraz rezygnacji z pracy. Obawiają się one także, że w razie przeniesienia w odległe miejsce, pogorszą się ich szanse w staraniach o lokal z zasobów gminy (np. w przypadku Kętrzyna najbliższy dom dla matek z dziećmi znajdował się w odległości ok. 100 km od miasta).
Powiaty diagnozowały skalę potrzebnych miejsc w takich ośrodkach w oparciu o liczbę wniosków złożonych przez szukających schronienia. Wniosków było jednak niewiele, ponieważ potrzebujący często nie wiedzieli o przysługującym im prawie do skorzystania z takiej pomocy. Zdarzają się także przypadki kiedy rodzice dzieci unikają kontaktu z ośrodkami i centrami pomocy w obawie przed utratą praw rodzicielskich.
Wiedzę o potrzebach dotyczących zapewnienia schronienia dla matek z dziećmi i kobiet w ciąży powinny mieć lokalne władze, ale takie informacje nie zawsze do nich docierały. Jak wykazała kontrola NIK, większość jednostek opieki społecznej nie zawiadamiała starostów lub prezydentów miast o konieczności utworzenia takich ośrodków.
Jak ustaliła NIK kontrolując jednostki organizacyjne pomocy społecznej, rocznie wpływało do nich średnio od 1 do 96 wniosków o udzielenie schronienia. W badanym okresie, czyli od stycznia 2016 r. do połowy 2019 r. dach nad głową w domach dla matek z dziećmi znalazło średnio od 15 do 77 osób, w tym od 8 do 48 dzieci.
Zdarzało się, że liczba dostępnych miejsc była mniejsza niż potrzeby. Na przykład, w jednej z placówek aż 12 osobom odmówiono przyznania pomocy, a 14 kolejnych wpisano na listę oczekujących.
Dodatkowym utrudnieniem w dostępie do niektórych domów dla matek z dziećmi i innych ośrodków zapewniających schronienie, były ograniczenia dotyczące wieku dziecka. Na przykład dom dla matek z dziećmi w Gdańsku określił maksymalny wiek przyjmowanych dzieci do 6 lat, a Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie w Cieszynie zapewniało pomoc tylko ofiarom stwierdzonej przemocy. W jednym z ośrodków wprowadzono zasadę wykluczającą przyjmowanie kobiet z więcej niż dwojgiem dzieci (!).
Domy dla matek z dziećmi z reguły nie gwarantują odpowiedniego standardu. Na poziomie jakiego wymaga wspomniane rozporządzenie ministra społecznej z 2005 r. zapewniała go zaledwie jedna na 8 skontrolowanych placówek.
NIK ma zastrzeżenia do nie zapewnienia odrębnych pomieszczeń do spania dla osób z dziećmi, braku odpowiedniej liczby łazienek, proporcjonalnej do liczby mieszkańców (1 na pięć osób) lub nieopracowania programów dla podopiecznych, dzięki którym mogliby się usamodzielnić.
Innym problemem jest dostępność placówek udzielających schronienia dla osób z niepełnosprawnością ruchową. Nie zapewniał jej żaden z skontrolowanych domów dla matek z dziećmi. Ograniczenia wynikały, np. z nieodpowiedniego usytuowania drzwi wejściowych do budynku, do których można było dotrzeć wyłącznie po schodach, braku odpowiednio wyposażonej łazienki, braku urządzeń umożliwiających osobom niepełnosprawnym korzystanie z pomieszczeń znajdujących się na wyższych piętrach.
Kontrola NIK pokazała także, że potrzebne jest stworzenie ogólnodostępnego źródła informacji na temat możliwości uzyskania schronienia w domach dla matek z dziećmi. Pod rządami PiS nie jest bowiem prowadzony ani rejestr takich ośrodków, ani innych placówek świadczących tego rodzaju pomoc.
W rezultacie samorządy nie miały wiarygodnych informacji nie tylko o domach dla matek z dziećmi funkcjonujących na terenie kraju, ale nawet o tych będących w ich najbliższym sąsiedztwie. Potrzebujący też nie zawsze wiedzieli o istnieniu takich ośrodków oraz o obowiązujących przepisach. Zdarzało się, że matki z dziećmi odsyłane do schronisk dla bezdomnych nie miały świadomości, że zgodnie z ustawą o opiece społecznej przysługuje im skierowanie do specjalnej placówki o gwarantowanym standardzie.
NIK stwierdza: „Z kontroli jednoznacznie wynika, że w badanym okresie nie wszystkie powiaty i miasta na prawach powiatu zapewniały schronienie w domach dla matek z dziećmi” – co jest niezgodne z prawem. Izba formułuje więc oczywisty wniosek, że powiat powinien być organizacyjnie przygotowany do zapewnienia miejsca w takich ośrodkach.
No, naturalnie, że powinien…. Trudno jednak oczekiwać, żeby PiS-owska ekipa zechciała się zająć tym problemem. Rządzący są obecnie skoncentrowani przede wszystkim na walce z kobietami – a nie na rozwiązywaniu ich problemów.

Niezbyt szczerze o kasie

O pieniądzach kobiety chętniej rozmawiają z mężczyznami, niż mężczyźni z kobietami. Czyżby pokazywało to, komu na czym bardziej zależy?
Wbrew dość powszechnym opiniom, Polacy w zdecydowanej większości deklarują, że pieniądze są dla nich naturalnym tematem rozmowy. Jednak nie do końca. Jeśli spojrzy się bardziej wnikliwie, można się dowiedzieć, że co piąty z nas uważa rozmowę o finansach za źródło konfliktów, a co czwarty woli szukać informacji na ten temat w internecie, niż wśród najbliższych. Tak wynika z badań ING.
Owszem, o pieniądzach rozmawiamy, ale ostrożnie. Pomimo deklarowania otwartości do rozmów, przyznajemy się też do konfliktów wynikających z dyskusji o pieniądzach (doświadcza ich19 proc. pytanych). Powodem takiego stanu rzeczy może być to, jak duże znaczenie mają dla nas pieniądze. To wszak środek służący realizacji naszych potrzeb, czy życiowemu zabezpieczeniu, który – jak wierzymy – daje nam szczęście. Prawie 80 proc. Polaków przyznaje, że oszczędności są bardzo ważne dla nich i ich rodzin. Zapewne jest to pogląd tak powszechny, gdyż nasze oszczędności są nikłe – a wiadomo, że najbardziej ceni się to, czego się nie ma.
Pieniądze nie są łatwym tematem ani dla singli, ani dla par – 16 proc. z nas nie lubi rozmawiać z drugą połówką na ten temat. Kończy się bowiem zwykle na wyrzutach, kto za mało zarabia i dlaczego. Z badania ING wynika również, że 75 proc. kobiet deklaruje, że podejmowało ten temat z partnerem w ciągu ostatniego tygodnia, ale twierdząco na to samo pytanie odpowiada jedynie 62 proc. To się zgadza, bo kobiety chętniej rozmawiają z mężczyznami o kasie, niż odwrotnie – więc niekiedy mówią na ten temat, choć nie są słuchane. Mamy zatem do czynienia z różnicami zdań, które wpływają również na nasze bliskie relacje.
„W rozmowie o pieniądzach powinniśmy nie tylko przedstawić swoje zdanie, ale również zobaczyć, co sprawia nam trudność w tej komunikacji. Kiedy już dowiemy się, czy wstydzimy się, czy może mamy odmienne zdanie, dużo łatwiej będzie nam dojść do kompromisu. Rozmowa jest dla nas naturalna, ale już jej jakość może być różna. A właśnie dbając o jakość komunikacji, bardzo wpływamy na nasze relacje, bo faktycznie przekazujemy to, co mamy w sobie. Aby nauczyć się rozmawiania o pieniądzach, trzeba spojrzeć na nie z innej perspektywy – tej drugiej strony, czyli naszego rozmówcy. To zupełnie naturalne, że jedno z nas może mieć podejście bardziej instrumentalne, a drugie bardziej emocjonalne. Im więcej będziemy mówić i argumentować, tym lepiej się zrozumiemy i nie będziemy utożsamiać rozmowy o finansach z konfliktem” – taką, dość oczywistą opinię prezentuje Maria Rotkiel, psycholożka rodzinna.
Efektywna i szczera komunikacja w tym ważnym temacie, jakim są pieniądze, jest oczywiście możliwa. Aż 74 proc. proc. badanych przyznających się do bycia w szczęśliwym związku, zadeklarowało, że rozmawiało o pieniądzach w ostatnim tygodniu. Być może to droga do zdrowej i szczęśliwej relacji.

Nie jestem specjalistą od marzeń

– Nie uważam się za kogoś wyjątkowego, ale za kogoś, kto dysponuje czymś tak zdumiewającym i wspaniałym, jak jedno jedyne niepowtarzalne życie. Nawet życie byle jakie jest ciekawe, jeśli spojrzeć na nie głębiej. O byle jakim życiu można opowiadać interesujące historie, czasem ciekawsze niż o niejednym tzw. życiu interesującym – z Janem Nowickim rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Czy odpowie Pan na wszystkie moje pytania i nie ochrzani mnie Pan, jeśli zadam nieśmiertelne pytanie o kobiety?
Jeśli decyduję się na rozmowę, to nie uznaję żadnego tabu. Nie ma tematów, których nie można poruszyć. Poza tym nie sądzę, by moje życie, czy to co robię, zasługiwało na jakąś szczególną uwagę. Żyję jak normalny człowiek.
Jest Pan skromny, ale jednak miał Pan życie ponadprzeciętnie barwne…
Myślę, że nie ma na świecie człowieka, który by nie zasługiwał na książkę o sobie, przez niego czy przez kogoś innego napisaną. Jest tylko kwestia czy pojawi się ochota, by ją napisać. Naprawdę nie uważam się za kogoś wyjątkowego, ale za kogoś, kto dysponuje czymś tak zdumiewającym i wspaniałym, jak jedno jedyne niepowtarzalne życie. Nawet życie byle jakie jest ciekawe, jeśli spojrzeć na nie głębiej. O byle jakim życiu można opowiadać interesujące historie, czasem ciekawsze niż o niejednym tzw. życiu interesującym. A zatem wal pan, tym bardziej, że nie wygląda pan na jakie ścierwo dziennikarskie, które szuka bzdetów dla gawiedzi. Przestrzegam tylko, że wywiad, zwłaszcza z aktorem, jest poniekąd autokreacją. Zresztą, mówienie stuprocentowej prawdy jest niemal niemożliwe. Zawsze bowiem chcemy pokazać się powyżej naszej rzeczywistej wartości. Często pytają mnie, czy to co mówię, jest prawdą. Cóż za niemądre pytanie! Gdyby wszyscy mówili tylko prawdę, świat byłby szary, nudny i głupi.
Znany jest Pan z prowokujących wypowiedzi, w tym m.in. z bardzo krytycznych, sceptycznych, szyderczych, a nawet lekceważących osądów na temat Pana zawodu – profesji aktorskiej. Tymczasem zagrał Pan w zrealizowanym przez Jacka Bławuta w Domu Aktora Weterana w Skolimowie filmie „Jeszcze nie wieczór”, o starych aktorach. Czy zmienił się Pana stosunek do tego zawodu?
Nie, nie zmienił się, przy czym zaznaczam, że to są moje indywidualne, prywatne oceny, nie pretendujące do rangi jakich prawd o aktorstwie w ogóle. Mam do tego zawodu stosunek podwójny. Z jednej strony jestem przepełniony miłością i szacunkiem do niego, a z drugiej czuję pogardę. To jeden z najpiękniejszych zawodów, a przy tym ulotny i niepoważny. Szczególnie piękne jest aktorstwo teatralne i role, które jawią się w jeden wieczór i znikają. Osobliwe w tym zawodzie jest to, że uprawiają go często z powodzeniem ludzie bardzo nieciekawi prywatnie, nawet czasem zupełne głupki. Jednak liczy się wartość, którą odbiera widz. Nieważne, że aktor grający mędrca jest durniem, a tego, który gra herosów, żona posyła po kartofle na targ. Ciekawe jest też to, że są aktorzy za młodu nieznośni, którzy do wybitności dochodzą wraz ze starością, jak n.p. Jan Świderski czy Zdzisław Kozień. To są aktorzy drugiej połowy życia. Bywa też odwrotnie, ale rzadziej. Ciekawią mnie starzy aktorzy, którzy walczą ze słabościami swojego ciała na oczach widzów. To jest ból, czyli cena którą płacą, a pamiętajmy, że to zawód, w którym nasze ciało jest naszym warsztatem pracy.
Czy aktorzy młodego pokolenia też płacą tak wysoką cenę?
Nie, na ogół jest ona niewielka, bo jakąś cenę można płacić grając w sitcomie, albo nawet w teatrze według dzisiejszego trybu? Mówię to, choć nie lekceważę sitcomów. Ale to nie to samo, co przez 13 lat grać, jak ja, Stawrogina w „Biesach”, czy przez 8 lat Rogożyna w „Nastazji Filipownej”, czyli „Idiocie”. Żeby to wytrzymać trzeba zaprzedać duszę diabłu. Dlatego kiedy swego czasu Jerzy Grzegorzewski zaproponował mi rolę Gustawa-Konrada w „Dziadach”, to odmówiłem. Nie z braku wiary w siebie, ale dlatego, że nie chciałem przez rok, trzy czy pięć, żyć życiem Gustawa-Konrada. Nie miałem ochoty do śmierci chodzić po ulicach jako stary Gustaw-Konrad. Nie chciało mi się i tyle. Nie chcieć można równie namiętnie, jak chcieć.
Nie marzył Pan o żadnych rolach?
O żadnych. W ogóle nie jestem specjalistą od marzeń. Nie marzyłem nawet w młodo ci. Nie tylko o rolach. Nie jestem też specjalistą od miło ci, za którego mnie niektórzy mają. Kompletnie nie znam się na kobietach i nawet nie chcę się znać.
Można się znać na kobietach?
Można, jak na wszystkim, lepiej czy gorzej. Ale wracam do aktorstwa. Ja muszę mieć więcej uzasadnień do grania niż inni. Nie mam żywiołowego talentu Pszoniaka, Stuhra czy Ani Polony. Ja się wstydzę, że uprawiam ten zawód i często nawet buduję role na tej negacji i zawstydzeniu. Połowa mojej energii idzie na to, żeby grać, a połowa, żeby nie dać mu się sponiewierać. Jestem aktorem niewykorzystanych szans i bardzo dobrze. Mogę grać, a nie gram, bo nie chcę. Nie uważam, że spełnienie się, także w zawodzie, to jest największe szczęście. A już umieranie dla teatru, na scenie, uważam za kompletne nieporozumienie. Można umrzeć na kobiecie, w ogrodzie botanicznym, ale na zakurzonej scenie? Umieranie za aktorstwo jest równie idiotyczne, jak umieranie za ojczyznę.
Tadeusz Łomnicki, którego Pan podziwiał, umarł niemal na scenie…
Tadeusz to był gigant rangi światowej i po nim długo była pustka. Dopiero po nim była cała ta grupa zdolnych i fotogenicznych. Tak pozostało do dziś. On wyprzedzał epokę. Był niesamowicie pracowity i pokazywał, że jest to zawód twórczy.
Z tą swoją osobnością w zawodzie i nie identyfikowaniem się z nim do końca, przypomina mi Pan postać, którą zagrał Pan w „Popiołach” A. Wajdy, kapitana Wyganowskiego…
To był mój debiut filmowy. Strasznie się bałem tej roli. Byłem przekonany, że jak dyrektor mojego teatru zobaczy, jak ją źle zagrałem, to mnie wyrzuci. I kiedy na placu Szczepańskim w Krakowie spotkałem Jurka Skarżyńskiego i Krzysztofa Pendereckiego, którzy powiedzieli, że najbardziej podobały im się role Daniela Olbrychskiego i moja, to się popłakałem, bo pomyślałem, że kpią sobie ze mnie.
Niemożliwe…
Ależ tak. Jestem człowiekiem bardzo wstydliwym. Jak mnie kto komplementuje, to ja cierpię, bo wydaje mi się, że robi sobie ze mnie jaja. Kazio Kutz nazwał mnie nawet piczkiem wstydniczkiem czy jakoś tak.
A wygląda Pan na człowieka pewnego siebie, nawet z tupetem…
I to jest właśnie magia aktorstwa. Często jak aktor jest tupeciarz i cham, to gra płaczliwego Albina w „Ślubach panieńskich”, a jak jest delikatny i niepewny siebie, to świetnie mu wychodzi straszliwy Stawrogin. To cudowne w tym zawodzie móc żyć wielokrotnie. Można też umrzeć, a potem pójść na piwo. Można manipulować czasem.
Niedawno, który to już raz, widziałem Pana w powtórkach „Bariery” Jerzego Skolimowskiego, „Pana Wołodyjowskiego” Hoffmana czy w „Sanatorium pod Klepsydrą Wojciecha Hasa, jako młodego aktora. W filmie Jacka Bławuta zagrał Pan starego aktora, choć młodszego od większości pensjonariuszy Skolimowa…
A jakże, choć rolę tę miał grać Leon Niemczyk, ale mu się zmarło. Leon był wartością samą w sobie, wspaniałą postacią. Jest to więc kompletnie inna postać, bo ja miałem wtedy 68 lat, a Leon 82 lata. Wie pan, aktorstwo jest najłatwiejsze, gdy jest się dzieckiem lub starcem. Najbardziej trzeba się upieprzyć w średnim wieku, bo wtedy trzeba udowadniać, że jest się twórczym, że się nie powiela siebie samego. Przy okazji tych zdjęć w Skolimowie, gdzie zamieszkałem, napisałem tekst o moim spotkaniu ze swoim 15-letnim kutasem. Zatytułowałem go: „Rozmowa z ptakiem”. Dla „Playboya”.
Jak się Panu współpracowało ze starymi aktorami ze Skolimowa?
Początkowo nienawidziłem tych starych, zwłaszcza stare aktorki bywają nie do wytrzymania, ale z czasem pokochałem ich. Pięknie się też pracuje z Jackiem Bławutem, który cudownie rozumie tych ludzi, odnosi się do nich z wielką kulturą i czułością.
Dlaczego według Pana stare aktorki są nie do wytrzymania?
U kobiet starość jest trudniejsza niż u mężczyzn. Starzy mężczyźni bywają piękni, a kobiety rzadko. 70-letni John Wyane mógł mieć w „Rio Bravo” młodą kochankę z saloonu, ale czy mogło by być odwrotnie? Co nie znaczy, że nie cenię dojrzałych kobiet. One zaczynają być interesujące, gdy mają trudności w wyjściem z samochodu. Wzruszają mnie tym.
Mówiąc o życiu wyraża Pan często sprzeczne opinie, raz że jest ono za długie, a innym razem, że piękne i że chce Pan korzystać z jego uroków. To jak to jest?
I tak i tak. Każdy osąd jest prawdą. Życie jest zmienne, jak w kalejdoskopie. Wcale nie uważam, że celem każdego człowieka musi być szczęście. Czasem marzenie o nim jest ciekawsze niż spełnienie. Miłość spełniona jest jak wygodny fotel. A może czasem trzeba żyć w złości i wkurwieniu? Nie sądzę, by jedynym kryterium miało być banalne wyobrażenie o szczęściu.
Wróćmy do aktorstwa. Czy jednak nie zdarzyło się Panu zakochać w jakiejś roli lub w sobie samym w tej roli?
Ależ zdarzyło się. Pamiętam, jak w pałacu w Pszczynie kręciliśmy z Filipem Bajonem „Magnata”. Kiedyś popiliśmy. Byłem akurat w stroju księcia von Teuss, w pełnej charakteryzacji. W pewnym momencie odbiło mi i postanowiłem, że nie będę pił z hołotą i pójdę do jakiegoś hotelu, żeby tam wypić elegancko. Na szczęście przyłapał mnie przy wyjściu mój kolega, elektryk, który mnie nazwał „idiotą, który się wygłupia, gdy mu tu zapierdalamy” i pognał mnie won, z powrotem na górę.
Kogo najtrudniej zagrać?
Zwykłego człowieka. O wiele łatwiej jest zagrać króla czy premiera.
Podobno jest Pan aktorem opornym wobec reżyserów…
Nic podobnego. Ile ja się nawysługiwałem reżyserom, to ludzkie pojęcie przechodzi. Nigdy nie jest mi obojętny partner, najpierw zajmuję się nim, jestem pracowity i lojalny do obłędu. Potrafiłem po 12 godzin siedzieć w gównie, bo tak sobie życzył reżyser i nawet nie pisnąłem. Ale jak mi ktoś naciśnie na odcisk, na moją pracę, to go zajebię.
Powiedział Pan kiedyś, że najbardziej ceni Pan pisarstwo? Dlaczego?
To najbardziej boskie zajęcie. Siedzi się nad białą kartką i tworzy światy.
Pan też pisał.
Felietony. Różne, n.p. o wróblach.
Ma Pan też na koncie kilka książek, n.p. „Listy do pana Piotra”, skierowane do Piotra Skrzyneckiego…
Ale to trudno nazwać książkami. Pisałem teksty piosenek, do których muzykę układali Konieczny czy Preisner, ale oni umieli by skomponować muzykę nawet do książki telefonicznej. Prawdziwe książki piszą prawdziwi pisarze. Jak Wiesław Myśliwski, którego ogromnie cenię, dlatego mnie rozśmieszyło i zirytowało jednocześnie, gdy usłyszałem od młodego człowieka, że „teraz tak się nie pisze”. Cóż za głupota piramidalna! To w takim razie można by to samo powiedzieć o Dostojewskim, Tołstoju czy Mannie. A przecież najwspanialsza w pisarstwie jest sztuka opowiadania. Kocham czytanie, bo to jest akt twórczy. Przy kolejnych lekturach tej samej książki można odkrywać nowe jakości. N.p. ostatnio odebrałem „Annę Kareninę” jako powieść satyryczną.
Jaką literaturę czyta Pan najczęściej?
Co popadnie, dobrą literaturę, od Sasa do Lasa. Nie jestem przecież jakim pieprzonym filologiem, który „ma gusta”.
Był Pan od dawien dawna związany z Krakowem. Czy dużo jeszcze ocalało z tej specyficznej krakowskości?
Ja tam byłem i jestem przybyszem. Zawsze i wszędzie byłem przybyszem. Urodziłem się w Kowalu i tam chcę być pochowany. Całe życie pędziłem przez świat – zawodowo głównie, nie turystycznie. Lubię wędrować, wypić w podróży flaszkę, zjeść żurek. I nie być autorytetem. A co do Krakowa, to trochę się z niego zachowało. Nawet na największym lumpie stare mury robią wrażenie. Trudniej być chamem na Floriańskiej niż w Nowej Hucie czy na Ursynowie. Ale z drugiej strony, Kraków to wampir, który wysysa krew. Inaczej też każe traktować czas. Warszawa, to dziki pęd, a Kraków – wieczny sen, mgła na Plantach. Są tam domy, do których nie można wejść bez referencji, bez zasługi. Tam się nie ceni gwiazd bez dokonań.
Wspomniałem wcześniej o Pana roli Józefa w „Sanatorium pod Klepsydrą” Hasa. Odnoszę wrażenie, że także ta rola definiuje Pana metaforycznie. Ten Józef, trochę dorosły, trochę dziecko, przemykający pod łóżkami, przez krainę czarów, przymierzający strażacki hełm i z zaciekawieniem dziecka obserwujący egzystencję, to trochę jakby Pan…

Skoro pan to tak widzi, to niech będzie, okej. A na koniec powiem panu, że jestem stary i muszę trochę odpocząć, bo ostatnimi czasy za dużo wziąłem na sztangę. Ale czasem muszę popracować, bo mam swoje potrzeby. Żyję w Polsce i nie mogę udawać Marlona Brando.
Dziękuję za rozmowę.

JAN NOWICKI – ur. 5 listopada 1939 roku w Kowalu k. Włocławka, od 1965 roku związany był z Teatrem Starym w Krakowie, gdzie stworzył wiele pamiętnych kreacji, w tym m.in. Wielkiego Księcia Konstantego w „Nocy listopadowej” St. Wyspiańskiego, Stawrogina w „Biesach” F. Dostojewskiego, czy Rogożyna w „Nastazji Filipownej” wg „Idioty” Dostojewskiego, w reżyserii A. Wajdy. Poza licznymi rolami w teatrze telewizji, m.in. w „Pogardzie” wg A. Moravia w reż. A. Wajdy czy w „Szalbierzu” wg G. Spirő w reż. T. Wiszniewskiego, zagrał także w wielu filmach, m.in. kapitana Wyganowskiego w „Popiołach” A. Wajdy, w „Barierze” J. Skolimowskiego, Ketlinga w „Panu Wołodyjowskim” J. Hoffmana, Józefa w „Sanatorium pod Klepsydrą” W.J. Hasa czy tytułową rolę w „Wielkim Szu” S. Chęcińskiego. Czarująca indywidualność, wybitny aktor nazywający sam siebie „średnim”, znany z dystansu do świata i do uprawianego zawodu. W jednym z wywiadów mówił: „Wielokrotnie łapałem się na tym, że propozycje zagrania wielkich ról traktowałem jak zagrożenie mojej wolności. Bo musiałbym gdzieś jeździć, brodę przylepiać, kanclerza grać. A nie chce mi się”

Walka kobiet trwa

Kobiety, które wzięły udział w Manifach 7 i 8 marca, pokazały, że nie odpuszczą walki z dyskryminacją w miejscu pracy, krzywdzącymi stereotypami czy o dostęp do aborcji. Ale pokazały też, że nie godzą się na kapitalistyczny wyzysk i chcą przeciwdziałać katastrofie klimatycznej.

Kapitalizm, który krzywdzi większość ludzi na ziemi, ale uderza w kobiety jeszcze silniej niż w mężczyzn, klimat, który na naszych oczach zmienia się w zastraszający sposób – to były wielkie tematy tegorocznych Manif. A równocześnie powracały tematy stare, ale w rządzonej przez prawicę Polsce ciągle – niestety! – aktualne: równość płac na analogicznych stanowiskach, ochrona kobiet przed przemocą, dostęp do aborcji i antykoncepcji, krzywdzące stereotypy rozpowszechniane przez prawicę i Kościół.

– Katastrofa klimatyczna nie spadnie na wszystkich po równo. W pierwszej kolejności będą cierpiały osoby nieheteronormatywne, ubogie, z niepełnosprawnościami, niebiałe, a nie szefowie korporacji, którzy sprowadzili na nas katastrofę. Dlatego potrzebujemy działać razem wszędzie tam, gdzie nie dotarł przywilej. Walka o sprawiedliwość klimatyczna to jest, była i będzie walka polityczna. I jest powiązana z innymi ruchami emancypacyjnymi. Wspólnymi siłami, oddolnie budujemy ruch oporu przeciwko wyzyskowi planety i ludzi – powiedziała przedstawicielka Obozu dla Klimatu w pierwszym przemówieniu podczas XXI Warszawskiej Manify 8 marca. Słuchało jej ponad 8 tys. kobiet i mężczyzn wspierający je w walce o prawdziwą równość. Nie zabrakło lewicowych parlamentarzystek. Niegdyś walczące o prawa kobiet na manifestacjach i w organizacjach równościowych, teraz mają szansę artykułować te postulaty na sali sejmowej.

Kapitalizm nie kocha kobiet

Główne hasło całego przemarszu brzmiało „Feminizm dla klimatu, klimat na antykapitalizm”. Organizatorki dotrzymały słowa: podczas demonstracji oddano głos kobietom, których problemy na co dzień są ignorowane przez polityków. Przemawiała m.in. niepełnosprawna Agnieszka oraz Maria Dębińska, przedstawicielka związku zawodowego Inicjatywa Pracownicza.
– To kobiety częściej wykonują pracę na umowach śmieciowych albo w sektorze nieformalnym, a ich warunków zatrudnienia nie reguluje kodeks pracy. To one pierwsze stracą pracę w przypadku kryzysu gospodarczego wywołanego zmianami klimatu – przypomniała aktywistka. I wskazywała kolejne obszary „sprawiedliwego wolnego rynku”, na których kobiety wciąż spotyka krzywda: – To kobiety częściej wykonują płatną i nieodpłatną pracę opiekuńczą, sprzątając, opiekując się dziećmi i osobami starszymi, w miejscach pracy niedostosowanych do wzrostu temperatur. To kobiety są dyskryminowane na rynku pracy. Dlatego to one są bardziej zależne od lokalnych gospodarek, dewastowanych przez zmiany klimatyczne. To kobiety mniej zarabiają, to one bardziej odczują kryzys gospodarczy i wzrost cen żywności.

Solidarność dyskryminowanych

Podczas demonstracji w Gdańsku eksponowano baner z napisem: „Kapitalizm zabija – socjalizm rozwija”. Bardzo aktualne – niestety! – były również hasła sprzeciwu wobec przemocy skierowanej w kobiety.
Manifestem trójmiejskiej Manify było czternaście opracowanych już w 2018 r. punktów, rozpoczynających się od „Brońmy Konstytucji! Ratujmy Kobiety!”, obejmujących walkę o prawa reprodukcyjne, przeciw dyskryminacji, przemocy, za równymi wynagrodzeniami Solidaryzowano się z innymi mniejszościami, które w Polsce narażona są na krzywdę – były tęczowe flagi LGBT i hasła przeciw przemocy uderzającej w mniejszości etniczne czy migrantów.

Duże wrażenie robiła Manifa łódzka. Zgromadzenie pod hasłem połączenia wszystkich walk (o dostęp do aborcji, o pełne równouprawnienie, przeciwko nacjonalizmowi, przeciwko symbiozie państwa i Kościoła, o sprawiedliwość społeczną) w pewnym momencie spowił czerwony dym. Tak o swojej determinacji przypomniały antyfaszystki i anarchistki z miasta o wielkiej historii walk społecznych, w których kobiety zawsze były na pierwszej linii.

Biedroń z kobietami

Kandydat Lewicy w wyborach prezydenckich Robert Biedroń wyraził podziw dla kobiet walczących o swoje prawa już w przeddzień święta kobiet, 7 marca, podczas prezentacji lewicowego projektu ustawy o dostępności przerywania ciąży oraz o edukacji seksualnej (pisaliśmy o nim w poprzednim numerze „Dziennika Trybuna”). 8 marca demonstrował w Krakowie, razem z posłem Maciejem Gdulą i tysiącami kobiet, pod hasłem „Cześć i chwała bohaterkom”. Tam również postulaty zgody na legalną aborcję przeplatały się z żądaniami natury socjalnej.
– Żądamy godnego wynagradzania pracy opiekuńczej i traktowania jej na równi z innymi rodzajami pracy! Skutecznego ścigania dłużników alimentacyjnych! Dostępności publicznych żłobków i przedszkoli – zapisano w manifeście odczytanym na początku wydarzenia.
Krakowskim demonstrantkom starali się przeszkodzić antykobiecy działacze z jednej z grup antyaborcyjnych. Ich pikieta ustawiła się w niewielkiej – mniejszej, niż przewiduje prawo – odległości od przemarszu, przeciw któremu protestowali, eksponowała krwawe plakaty, a wygłaszane przez feministki przemówienia były zakłócane przez głośne nagranie płaczu dziecka. Organizatorki wydarzenia zachęcają, by wysyłać oficjalne skargi na bezczynną policję.

Manify odbyły się w 2020 r. również we Wrocławiu, w Kielcach, Opolu, Lublinie, Toruniu, Bydgoszczy, Katowicach, historycznie po raz pierwszy w Niepołomicach, zaś na 14 marca planowane jest wydarzenie rzeszowskie.

Skończyć z piekłem kobiet

Lewica spełniła kolejną obietnicę z kampanii wyborczej. Zapowiadała projekt ustawy liberalizującej dostęp do przerywania ciąży – projekt powstał. Posłanki zaprezentowały go 7 marca wspólnie z kandydatem na prezydenta Robertem Biedroniem.

W przededniu Dnia Kobiet Lewica przedstawiła zapowiadany projekt ustawy o dostępie do antykoncepcji i aborcji. Przerywanie ciąży miałoby być dostępne na życzenie do 12 tygodnia, w szczególnych przypadkach także później. W myśl ustawy środki zapobiegające zapłodnieniu miałyby natomiast bez wyjątku być sprzedawane bez recepty. To rozwiązania, które w rozwiniętych państwach zachodnich – a przecież nieustannie słyszymy, że Polska jest częścią cywilizacji zachodnioeuropejskiej – nie budzą już kontrowersji w głównym politycznym nurcie. Nad Wisłą prawica nadal jest skłonna przedstawiać je bardziej jako katastrofę i zagrożenie. Generuje lęki, uprzedzenia i antykobiece stereotypy, wcale nie kierując się społecznymi oczekiwaniami. W sondażu, jaki na temat aborcji przeprowadził w marcu IPSOS, 53 proc. ankietowanych było za prawem kobiet do aborcji na życzenie do 12. tygodnia ciąży (wśród samych kobiet – 57 proc.). Przeciwnych było 35 proc. odpowiadających.

Podobnie 57 proc. ankietowanych w 2017 r. wyraziło w badaniu IPSOS przekonanie, że antykoncepcja po stosunku powinna być ponownie dostępna bez recepty. Tak, jak w niemal całej Europie, poza Polską i Węgrami.

Antykoncepcja, aborcja, edukacja

Ale Lewica chce nie tylko zagwarantować kobietom prawo do decydowania o własnym ciele. Zamierza wyposażyć wszystkich obywateli w wiedzę o seksualności i prokreacji, umożliwiając w pełni świadome planowanie rodziny i prowadzenie bezpiecznego życia seksualnego. I nie chodzi o zajęcia, które były koszmarem wielu Polaków, utrwalające płciowe stereotypy oraz postawy transfobiczne i homofobiczne, wciskające do głów jeden słuszny katolicki światopogląd.

– Koniec z piekłem kobiet! Polki i Polacy zasługują na rzetelną edukację seksualną. Obecna ustawa nie reguluję wszystkich kwestii, a wręcz ogranicza prawa kobiet. Czas wprowadzić przepisy w państwie, które wprowadzą normalność, które będą chroniły i broniły praw kobiet. Lewica chce refundacji testów PAPPA dla wszystkich i legalnej aborcji do 12 tygodnia ciąży. Czas zapewnić Polkom pełnię praw! – podsumowała wszystkie cele ustawy posłanka Anna Maria Żukowska.

Prawicowi hipokryci

Działaczka SLD, posłanka i członkini Parlamentarnego Zespołu Praw Kobiet, Joanna Senyszyn, jasno wytłumaczyła, że sprawy edukacji seksualnej, antykoncepcji i aborcji są ze sobą nierozerwalnie powiązane. Wynika to ze zwykłej logiki.

– Liczba aborcji w Polsce może się zmniejszyć tylko wtedy, jeżeli będzie rzetelna edukacja seksualna oraz dostępność antykoncepcji – przekonywała. – Ustawa z 1993 roku zepchnęła tylko 100 tys., lub nawet więcej aborcji, do podziemia – jest to wyraz niezwykłej hipokryzji katoprawicy, ponieważ im naprawdę nie chodzi o zmniejszenie liczby aborcji i również próba zaostrzenia ustawy jest jedynie próbą likwidacji tych 2 tysięcy legalnych aborcji, natomiast nikt nie myśli o tym, żeby zmniejszyć ogólną liczbę aborcji i to jest dopiero w naszym projekcie – podsumowała parlamentarzystka z Gdyni.

Sojusznik kobiet

Posłanki Lewicy przypomniały również, że tylko jeden z kandydatów w wyborach prezydenckich jest skłonny podpisać taką ustawę.
Prawa kobiet i dostępność aborcji to jedna ze spraw, w których Robert Biedroń reprezentuje stanowisko radykalnie odmienne od konkurentów i konkurentki, wszystkich mniej lub bardziej prawicowych, konserwatywnych, katolickich. Tylko Biedroń deklaruje, że podpisałby ustawę w takiej postaci, jak proponuje Lewica. Po innych można się raczej spodziewać chowania głowy w piasek lub wręcz dodatkowego uderzenia w kobiety – wszak Andrzej Duda sugerował, że gdyby dostarczono mu na biurko ustawę kasującą prawo do aborcji z uwagi na bardzo poważne uszkodzenie płodu, to ze spokojnym katolickim sumieniem by ją podpisał.

O tym też przypomniał Robert Biedroń. – Polska prawica, która startuje dziś w wyborach jest zjednoczona. Jednoczy ich jedno: albo chcą utrzymać ten niesprawiedliwy kompromis, albo zaostrzyć ustawę antyaborcyjną – zauważył. – Obecnie obowiązujące prawo dotyczące aborcji jest jednym z najbardziej drakońskich praw w Europie. Polska jest dzisiaj jednym z niewielu krajów na świecie, w którym obowiązuje aż tak bardzo restrykcyjne prawo dotyczące przerywania ciąży. W Europie są tylko trzy kraje, które zakazują aborcji bardziej niż w Polsce. To San Marino, Malta i Watykan – zakończył zestawieniem, z którego można łatwo wywnioskować, kto buduje piekło kobiet, z jakim chce walczyć Lewica.

Chwała bohaterkom

One jednak nie dają się zastraszyć.

– Dziękuję kobietom, które od lat wychodzą na ulice protestować przeciwko jednemu z najbardziej drakońskich praw, to piekło kobietom zgotowali mężczyźni! – powiedział Robert Biedroń.

Parlamentarzystki Lewicy wiedzą doskonale, że walka będzie trwała jeszcze przez pewien czas. W obecnym parlamencie ustawa nie ma praktycznie szans na akceptację i w klubie Lewicy nie mogą nie zdawać sobie z tego sprawy. Z drugiej strony wiedzą równie dobrze, jak kończy się oddawanie prawicy pola, pozwalanie jej na swobodne kształtowanie języka i wyobraźni społecznej. Wystarczy już, że zwolennicy zmuszania kobiet do rodzenia w każdych okolicznościach, niezależnie od ich woli i nawet niezależnie od stanu ich zdrowia, nazywani są środowiskami występującymi „za życiem”. Nie ma też żadnej gwarancji, że środowiska te nie zaczną ponownie naciskać na PiS, by znowu zajął się tematem aborcji.
O tym właśnie mówiła posłanka Marcelina Zawisza.

– To, że Polską rządzi dziś prawica, nie zwalnia nas z obowiązku walki o podstawowe prawa kobiet. Obowiązujące dziś rozwiązania uderzają bezpośrednio w życie i zdrowie polskich kobiet. Mamy najbardziej nieludzkie prawo antyaborcyjne w Europie, a prawicowi fanatycy próbują doprowadzić do jego dalszego zaostrzenia. Widać już jasno, że nawet jeśli raz udało się ich powstrzymać, to groźba może powrócić – ostrzegała. Na konwencji Lewicy przed wyborami działaczka Lewicy Razem zapowiadała, że będzie posłanką sprawozdawczynią projektu liberalizującego dostęp do aborcji. Słowa dotrzymała – obok niej odpowiedzialność za projekt biorą Anna Maria Żukowska i Katarzyna Kotula.

– Nawet jeśli konserwatywna większość w polskim parlamencie będzie chciała kolejny raz zatrzymać projekt wprowadzający europejskie standardy do Polski, musimy dalej walczyć. I będziemy to robić tak długo, jak będzie to potrzebne. Praw kobiet w Polsce nie da się wyrzucić do śmietnika! – podsumowała Zawisza.

Kobiety mają serce po lewej stronie

Potwierdzeniem jej słów są manify, które odbywają się w kilkunastu polskich miastach 7 i 8 marca. Co krzepiące i znamienne, ich uczestniczki nie zamykają się wyłącznie w katalogu spraw „ściśle kobiecych” czy nawet ściśle dotyczących praw człowieka. Na demonstracji w Warszawie z niektórych transparentów dało się wyczytać hasła antykapitalistyczne czy wyrazy niepokoju z powodu globalnych zmian klimatycznych. Wszystkie te sprawy łączą się ze sobą i aktywne politycznie kobiety z sercem po lewej stronie to rozumieją.

Na koniec znowu sondaż IPSOS. Gdyby polski Sejm wybierały same obywatelki, silniejszą niż dziś pozycję miałaby w nim opozycja (176 mandatów KO i 54 Lewicy), słabszą – PiS (221 miejsc), zaś prawicowych ekstremistów z Konfederacji nie byłoby w nim wcale. To mężczyźni okazują się znacznie podatniejsi na kręcony przez prawicę „lęk przed LGBT” . Kobiety myślą praktycznie – obawiają się zmian klimatu oraz martwi je stan polskiej służby zdrowia. A jednak to one słyszą nieustannie od mężczyzn, że nie myślą racjonalnie i dlatego pewne prawa muszą im być ograniczane. Czas to zmienić.