Trzy lekcje feminizmu

Świat stworzony przez mężczyzn dla mężczyzn dobiega kresu. To nie żadne proroctwo, ale wniosek narzucający się po fali premier teatralnych, w których feministyczny obraz rzeczywistości silnie dochodzi do głosu.

 

Rzecz jasna, to nie teatr zbawi świat. Teatr jest jednak czułym narzędziem rejestracji społecznych nastrojów. Nie powinni tego lekceważyć socjologowie, politolodzy, a zwłaszcza politycy. Ale ci ostatni, choć zauważyli Czarny Piątek, nie dostrzegają jak nasila się presja społeczna, mająca na widoku zmianę „męskiej” polityki. Tyrania mężczyzn poddawana jest próbie teatru i patriarchalny model społeczeństwa nie wychodzi z tej próby zwycięsko.
Dowodzą tego choćby ostatnie premiery teatrów warszawskich: „Miłość od ostatniego wejrzenia” Vedrany Rudan w reżyserii Iwony Kempy w Teatrze Dramatycznym, „Bachantki” według Eurypidesa w reżyserii Mai Kleczewskiej w Teatrze Powszechnym i „Kilka dziewczyn” Neila Labutte’a w reżyserii Bożeny Suchockiej w Teatrze Narodowej.
„Miłość od pierwszego wejrzenia” i „Bachantki” uznać można za manifesty współczesnego feminizmu, „Kilka dziewczyn” zaś to feministyczna krytyka egoistycznych wyobrażeń mężczyzn o świecie w formie łagodniejszej (soft-feminizm). Nie przypadkiem premierze w Teatrze Powszechnym towarzyszy oszczędny w słowa tekst Joanny Krakowskiej „50 ćwiczeń na feminizm”, zamieszczony w teatralnym programie. To rodzaj testu, który pozwala uświadomić sobie jak blisko lub jak daleko mnie/tobie/nam do feminizmu. Warto pochylić się nad tym tekstem, a dla zachęty wypisuję tylko trzy początkowe zdania: Raczej nie używać słów „najlepszy”. Nie wierzyć hierarchiom. Pytać, kto je ustanowił.
Chorwacka pisarka Vedrana Rudan wstrząsnęła swymi opowieściami o wojnie bałkańskiej. Taki był monodram Krystyny Jandy „Ucho, gardło, nóż” – właśnie dzisiaj, 14 grudnia, grany na żywo w Teatrze Polonia, będzie transmitowany w 39 kinach sieci Helios w całej Polsce (transmisja rozpocznie się o godzinie 19.30). Kiedy pojawił się na afiszu (2005), widzowie z trudem oswajali się z brutalnym językiem Rudan. „Takiej Jandy – wściekłej, wulgarnej, wyzywającej i złej – jeszcze nie widzieliście” – pisał wówczas Roman Pawłowski w „Gazecie Wyborczej”. Nikt nie miał wątpliwości, że mamy do czynienia wybitną pisarką, której tekst idealnie trafił na swoją aktorkę.
To nie jedyny spektakularny sukces Vedrany Rudan w Polsce. Z gorącym przyjęciem spotkał się oparty na jej powieści spektakl „Murzyni we Florencji” krakowskiego Teatru Nowego Proxima (2017) w reżyserii Iwony Kempy. Utwór i spektakl na granicy artystycznego ryzyka, bo jakże łatwo opowieść snuta z perspektywy bliźniaczych płodów (nieodparcie zabawni Julian Chrząstowski i Sławomir Maciejewski) mogła osunąć się w pospolitą zgrywę. Ale nie tym razem, na równi dzięki aktorom, jak i nieomylnie panującej nad materiałem Iwony Kempy. Trzeba było mieć nie lada wyobraźnię, aby uczynić narratorami parę nieukształtowanych płodów, które sobie nawzajem zadają proste pytania i udzielają na ogół dość zaskakujących odpowiedzi. Ale ta seria paradoksalnych zderzeń oczywistości z ich dosłownym opisem to jedynie komediowa otulina traum, tragedii, groźnych konfliktów i niechęci dzielących rodzinę, która – jak wiadomo – dobrze wychodzi tylko na zdjęciu.
Podobnie rzecz się ma z rodziną w „Miłości od ostatniego wejrzenia” także w adaptacji Iwony Kempy. Tym razem nie mamy do czynienia tragikomedią, raczej tu nie do śmiechu, bo sprawa, o której mowa, jest diabelnie poważna. Mowa o przemocy w rodzinie. O agresji uprawianej przez mężczyzn. Zaczyna się to już w latach dzieciństwa, kiedy dziewczynka spotyka się z brutalnością ojca, poniżaniem, biciem, lekceważeniem, wyzwiskami, zakazami. Biernie tej tresurze przygląda się zastraszona matka. Potem przychodzi kolej na wyśnionego księcia z bajki, który okazuje się despotą, żądającym od kobiety całkowitego, podporządkowania. Wszechstronnego: od posłuszeństwa w najdrobniejszych sprawach codziennych, po świadczenie usług erotycznych i obowiązek adoracji.
Tak przynajmniej było w rodzinie bohaterki dramatu, Tildy, od małej chowanej w posłuszeństwie, która wreszcie się buntuje. Poniżana i bita, traktowana jak przedmiot, wciąż kocha swego męża, ale i coraz bardziej nienawidzi, Pociechy szuka w ramionach kochanka, ale żyje w lęku, że w odwecie zostanie zamordowana. Towarzyszy w myśliwskich eskapadach swego męża-sędziego znajdującego upodobanie w krwawych łowach. Kiedy podczas polowania zabija sarnę, jest już gotowa, żeby zabić swego prześladowcę. Przedtem miota przekleństwa pod jego adresem, kiedy wróg nie słyszy, wciąż w nadziei, że on się jeszcze zmieni. Ale nie zmienia się. Zdesperowana pyta w dramatycznym monologu: „Może to jest jedyne możliwe szczęście kobiet. Żyć bez mężczyzny? Może to ocaliłoby świat i uczyniło go lepszym?”.
Iwona Kempa rozpisała przeżycia i doznania Tildy na cztery głosy – grają ją (jako dziewczynę i kobietę w różnym wieku) Karolina Charkiewicz, Magdalena Czerwińska, Anna Gajewska, Agata Wątróbska. Aktorki przejmują czasem rolę postaci męskich: ojca, męża, kochanka. Wszystkie ubrane w suknie ślubne, bo jak każe tradycja, to ślub jest warunkiem spełnienia jako kobiety. Tildzie w czterech postaciach towarzyszy czasem matka – Małgorzata Niemirska, przejmująca w roli zahukanej, gotowej na każde ustępstwo i niegodziwość doznawaną od męża, z determinacją dźwigająca swój krzyż. Cały jej wysiłek skupia się na tym, aby nie zwracać na siebie uwagi, wtopić się w tło. Ale „tło” w tym spektaklu jest nader wymowne – to instalacja Joanny Zemanek „Popiół i diamenty”, przedstawiająca rząd obszernych-pudeł, w których artystka umieściła suknie ślubne. Pudła przypominają trumny, a tytuł instalacji zapowiada śmierć mimo blasku, jaki obiecują diamenty (jak echo wiersza Norwida).
Równie mocno, a może i silniej wybrzmiewają buntownicze „Bachantki” Mai Kleczewskiej, która włączyła w antyczną tragedię relacje z walki o upodmiotowienie ciała kobiety: aktorki przedstawiają fachową instrukcję o stosowaniu pigułek poronnych, które umożliwiają usunięcie niechcianej ciąży. Ten wyrazisty gest protestu przeciw arbitralnym decyzjom męskiej większości (parlamentarnej), przymuszającej kobiety do pełnienia funkcji inkubatora już rozwścieczył grono prawicowych polityków i dziennikarzy. Tymczasem Kleczewska i współpracujący z nią Łukasz Chotkowski nawiązali do starożytnej tragedii, aby wpisać walkę kobiet o samostanowienie w wielowiekową tradycję. Nawet jeśli w „Bachantkach” bardziej chodziło o posłuszeństwo wobec boga niż prawa kobiet, to taka reinterpretacja jest całkowicie uprawniona. Boski szał bowiem, który ogarnia bachantki-wyznawczynie Dionizosa, jest odwetem za lekceważenie. Przede wszystkim boga, ale i jego wyznawczyń, a więc kobiet.
Spektakl ukazuje to sugestywnie, odtwarzając starcie przedstawiciela starych sił (patriarchatu), czyli władającego miastem Penteusza (Michał Czachor) i przybyłego pod przebraniem, jak to było w mitycznym obyczaju, Dionizosa. Bogiem jest w tym spektaklu kobieta (Sandra Korzeniak), jak w jednej z wersji mitu sugerowano. Jego/jej androginiczna postać i skłonność do ekstazy pociąga wyznawców.
Spektakl Kleczewskiej rozgrywa się w specjalnie zbudowanym na scenie Teatru Powszechnego odeonie, kolistym teatrze na wzór antyczny. Widownię reżyserka postanowiła podzielić: połowę rezerwując dla kobiet, połowę dla mężczyzn (parytet!). Warto pamiętać, że tajemne misteria dionizyjskie były dostępne tylko dla bachantek, mężczyznom wzbraniano na nie wstępu pod groźbą śmierci. Przed zakończeniem spektaklu inspicjent prosi mężczyzn o opuszczenie sali – krwawy finał przeznaczony jest (jak w owych misteriach) tylko dla kobiet.
Trzecią lekcję feminizmu przygotowała Bożena Suchocka. Autorem dramatu jest jednak mężczyzna – płodny amerykański dramatopisarz Neil LaBute, uchodzący (niesłusznie) za mizogina. Jak wykazała dowodnie Małgorzata Szum, badaczka od lat interesująca się jego twórczością, LaBute czarnymi charakterami czyni przede wszystkim mężczyzn, znacznie rzadziej kobiety. W „Kilku dziewczynach” widać to wyraźnie: występuje tu tylko jeden mężczyzna (Grzegorz Małecki) i cztery kobiety: Anna Grycewicz, Justyna Kowalska, Beata Ścibakówna i Patrycja Soliman. Bohater, nieźle prosperujący na rynku pisarz, odbywa osobliwą podróż. Ponieważ zamierza się ożenić, przed ślubem z wybranką (o której mówi z lekceważeniem) spotyka się z byłymi przyjaciółkami, z którymi w przeszłości niespodziewanie dla nich zerwał. Chce uzyskać od nich wybaczenie (?), błogosławieństwo (?), krzyżyk na drogę (?), nie jest to jasne. LaBute lubi się wykręcać – tak buduje dialogi, że to bardziej sugestie, niż stwierdzenia, i tak właśnie zachowuje się Mężczyzna. Jedno nie pozostawia wątpliwości – pisarz to krętacz, który ma na uwadze tylko własną korzyść. Kiedy na horyzoncie pojawia się najmniejsze „niebezpieczeństwo” odpowiedzialności za wspólne życie, porzuca kobiety bez słowa pożegnania i nie ma sobie nic do zarzucenia.
Jego spotkania z byłymi partnerkami kończą się katastrofą – żadna z nich nie jest gotowa mu wybaczyć, wszystkie czują się wykorzystane i poniżone. Na koniec wyjdzie na jaw, że i motyw podróży psiarza szlakiem dawnych miłości był drański.
Ta ostatnia lekcja feminizmu – dodam, że świetnie zagrana, powstały tu pełnokrwiste postaci (kreacja Beaty Ścibakówny jako poniżonej, starszej wiekiem partnerki, która znajduje sposób, aby ośmieszyć byłego kochanka) – sprawia wrażenie delikatnego komentarza do relacji męsko-damskich. Nie mając znamion manifestu, też wpisuje się w nurt feministycznych rozliczeń z męskim szowinizmem. Można być pewnym, że teatr na tym skończy.

Kochaj albo rzuć

Bezprecedensowe ogólnopartyjne referendum, przeprowadzone wśród członkiń i członków Sojuszu Lewicy Demokratycznej, ma pokazać jak rządzi się partią demokratyczną w czasach zarazy.

 

Kiedy panuje zaraza potrzebna jest miłość. Miłość, która pojedna tych, co do tej pory nie za bardzo się kochali, albo kochać w ogóle nie chcieli. W obecnej sytuacji wyjścia są dwa: kochaj albo rzuć!
Do kochania potrzebny jest koalicjant. Kto ma nim być wypowiedzą się członkinie i członkowie SLD w ogólnopartyjnym referendum. 15 grudnia Rada Krajowa SLD ma podjąć decyzję o zwołaniu referendum dotyczącego form współpracy przed wyborami do Sejmu. Działacze i działaczki wypowiedzą się czy w wyborach do parlamentu polskiego pójdziemy sami czy w koalicji. Jeżeli w koalicji, to w jakiej? Warianty są trzy: SLD idzie do wyborów samemu, w koalicyjnym bloku lewicowym lub w szerokim bloku zwanym „konstytucyjnym”, który ma być w kontrze do tego antykonstytucyjnego. Podobne koalicje samorządowe pokazały, że w jedności jest jednak siła. Przykładem jest chociażby Łódź. Samodzielny start SLD-Lewica Razem do sejmiku wojewódzkiego zakończył się totalną klęską. SLD nie zdobyło żadnego mandatu, a Koalicja Obywatelska nie osiągnęła większości i w łódzkim sejmiku obecnie rządzi PiS. W wyborach do Rady Miejskiej SLD poszło w szerokiej koalicji w Komitecie Wyborczym Wyborców Hanny Zdanowskiej i dzięki temu w łódzkiej Radzie Miejskiej ma siedmioosobowy klub radnych. Ponieważ interes wspólny stał się nadrzędny, można dziś cieszyć się obecnością Sojuszu w łódzkiej radzie. Wybory samorządowe pokazały również, że bez SLD i PSL nie da się rządzić w sejmikach.
To, że chce się angażować oddolnie ludzi w partii, aby podejmowali tak istotne decyzje dla swojej formacji, jest ważne i szlachetne. Referendum ma więc dać mandat szefowi partii do podjęcia rozmów koalicyjnych z wybranymi podmiotami. W przypadku sukcesu wyborczego świętować będą wszyscy, porażka zazwyczaj jest sierotą, chociaż w tym przypadku winę poniosą Ci, którzy opowiedzieli się w referendum za danym wariantem. Z uwagi na to, że referendum będzie tajne, wątpliwe, aby sprawcy sami się ujawnili. Jednym skreśleniem członkowie zadecydują o dalszych losach partii. Każdy głos będzie miał ogromne znaczenie. Misją szefa partii jest wprowadzenie SLD do Sejmu i stworzenie bloku. Jaką drogą się to odbędzie mają zadecydować członkinie i członkowie formacji. Włodzimierz Czarzasty pragnie, aby „ludzie zapamiętali, że SLD wypadło z Sejmu przez własną głupotę i wróciło przez własną mądrość”.
Należy zaznaczyć, że samo referendum nie rozwiąże rożnych kwestii, które zaczną się pojawiać niebawem. Pierwsza to taka: Kto z ramienia SLD będzie prowadził rozmowy koalicyjne? (jeżeli członkinie i członkowie partii zdecydują, że zawiązujemy szeroką koalicje). To pytanie jest bardzo istotne w kontekście warunków, na jakich takie porozumienie zostanie zawarte. Każda formacja przystępująca do rozmów powinna być pomiotem, a nie przedmiotem. Pojawia się więc kolejne pytanie dotyczące zasad podpisania porozumienia. W wyborach do Sejmu mamy 41 okręgów, a do Senatu mamy 100 okręgów jednomandatowych. Ile miejsc na listach dostaną poszczególni koalicjanci i jakie to będą miejsca – to bardzo istotne kwestie, które trzeba będzie wynegocjować. Pamiętajmy, że to ludzie są największą wartości. W polskim parlamencie przyda się więcej osób mądrych, szlachetnych, uczciwych i odpowiedzialnych, dla których największą wartością będzie dobro obywateli i obywatelek, a nie profity uzyskane dzięki rządzeniu.
Nie zapominajmy, że najważniejszym celem będzie jednak dla wszystkich partnerów koalicyjnych odsunięcie sił antydemokratycznych i antyeuropejskich od władzy. Wspólnym mianownikiem będzie więc Europa i Konstytucja. Nie ulega wątpliwości, że aby odsunąć PiS od władzy, przy obecnym systemie wyborczym, trzeba się zjednoczyć.
Dlatego tak ważne jest stworzenie zespołu wewnątrz partyjnych struktur, który poprowadzi rozmowy o przyszłości startu. Kwestia zachowania parytetu w zespole udowodni naszym partnerom, że Sojusz jest rzeczywiście partią demokratyczną i szanuje równość płci.
Wiele kobiet w strukturach partii wciąż mierzy się z problemem „szklanego sufitu” (niewidocznych przeszkód stojących na drodze awansu politycznego kobiet) czy „lepkiej podłogi” (przypisywania kobiet do funkcji i zadań mniej prestiżowych i gorzej ocenianych). Część dotyka również „efekt Matyldy” (ignorowanie czy pomijanie wkładu kobiet w działalność struktur partyjnych, pomijanie ich świetnych wyników w wyborach samorządowych, spychanie na listach wyborczych na dalsze miejsca oraz przypisywanie mężczyznom dokonań działaczek).
Budowanie sojuszy musi najpierw odbyć się więc w wewnętrznych partyjnych strukturach. Wymaga to rewizji własnych zachowań w stosunku do działaczek i działaczy. Ludzie w partii powinni poczuć się ważnym jej ogniwem, nie tylko w momencie zwoływania wewnątrzpartyjnego referendum, ale także w codziennym życiu partyjnych zmagań. Trzeba się szanować, bo wybory samorządowe pokazały, że bez zaangażowania członkiń i członków partii w kampanie wyborcze nie da się zdobyć mandatów.

Gratuluję i dziękuję

Drogie Koleżanki z Forum Równych Szans i Praw Kobiet SLD!
Z całego serca gratuluję Wam wyników, jakie osiągnęłyście w wyborach samorządowych.
Do startu w wyborach potrzebna jest siła, ogromna determinacja, odwaga i wytrwałość. Mimo wspaniałych wyników, nieraz trzeba unieść brzemię porażki. Nie zawsze świetny rezultat głosowania przynosi gratyfikację w postaci mandatu. Każda z Nas dzielnie walczyła o zdobycie jak największej liczby głosów. Cieszy fakt, że wyborcy zagłosowali na kobiety. =
Nic i nikt nie jest w stanie powstrzymać marszu kobiet po władzę i to nie tylko w polskich samorządach. Mężczyźni, którzy dziś z pogardą odnoszą się do kobiet działających w sferze publicznej, nie zasługują na miano przyzwoitych ludzi. Nie zatrzymają oni biegu historii. Nasze prababki wywalczyły dla nas sto lat temu prawa wyborcze.
W pełni korzystajmy z tych osiągnięć XX wieku.
Działając razem, przeciwstawiajmy się arogancji, agresji, które nie zastąpią wnikliwości, kultury, i twórzmy nowy rodzaj polityki opartej na pozytywnych wartościach.
Naszą siłą jest wspólne działanie dla dobra nas wszystkich!
Dziękuję Wam za zaangażowanie w wyborach i życzę wielu sukcesów oraz mądrych decyzji podejmowanych na politycznej drodze. Tylko wspólne działanie może odmienić oblicze polskiej sceny politycznej. Do tego potrzebna jest mądrość i rozsądek kobiet.
Razem możemy więcej!

Kobiety starego świńtucha Recenzja

W swoim zbiorze esejów o najważniejszych dokonaniach literatury XX wieku, „Pierwszym bilansie po Apokalipsie”, Frederick Beigbeder umieścił m.in. „Kobiety” Charlesa Bukowskiego jako jego najważniejsze „arcydzieło”.

 

Nazywa go wielkim poetą, najwrażliwszym, najsubtelniejszym amerykańskim pisarzem drugiej połowy XX wieku”. Pisze o jego „ciętej klarowności, gwałtowności, bezlitosnym humorze dialogów, okrucieństwem wobec samego siebie” i „tumiwisizmie”. Nic dodać nic ująć. Ci którzy znają prozę Bukowskiego wiedzą, że zbudowana jest ona z sekwencji, z drobnych faktów i fakcików, z drobin codzienności, że jest przesycona odorem Jacka Danielsa, odorem fizjologicznych wydzielin, ostrym, mięsistym, pieprznym seksem, postaciami pełnymi amoralnej, biologicznej dezywnwoltury. Jak pisze Beigbeder, Bukowski to „punk romantyczny”, który „destyluje liryzm ze świństwa”. To pisarstwo amoralne, ale głęboko ludzkie, pełne obscenów, fragmentami pornograficzne właściwie jak najpodlejsze pornole. Beigbeder ma rację. Tylko zdumiewający, wielki talent pisarski potrafił wyczarować z tak podłej materii życia, z „anus mundi” prozę tak kapitalną, której się chce więcej i więcej. Zrobić z tworzywa tak podłego, z tak na pozór monotonnej kakofonii wulgaryzmów i fizjologii prozę tak wspaniałą potrafił tylko Wielki Artysta. O „Kobietach” Bukowskiego nie ma co zbyt dużo gadać po próżnicy. To proza tego rodzaju, że po prostu trzeba ją brać i czytać, a czynność to wielce przyjemna i nawet, co najmniej z lekka, ekscytująca.

 

Charles Bukowski – „Kobiety”, przekł. Lesław Ludwig, wyd. Noir sur Blanc, Warszawa 2016, str. 398, ISBN 978-83-7392-510-6.

Kobiety. Co z nimi zrobić?

Oglądałem w tzw. publicznej TVPiS sprawozdanie na żywo z wyborczej konwencji samorządowej w Krakowie.
Jakiś inny PiS – w pierwszych rzędach jacyś zadowoleni z życia ludzie, brak klasycznego „moherowo-beretowego” kobiecego elektoratu PiS.
Prezes PiS Jarosław Kaczyński wygłasza mowę pochwalną na cześć kandydatki PiS na prezydenta Krakowa – Małgorzaty Wasserman i prosi ją o wystąpienie.
Ona rzecz jasna siedzi w pierwszym rzędzie – Jeżeli mówić o konserwatywnym ubiorze to ale, ale – żadna czarna garsonka – ulubiony strój posłanek PiS. Ona tam siedzi w rozpuszczonych seksownie blond włosach i w czerwonym mini Strój raczej nie nawet na wieczorne przyjęcie, co raczej na wieczorne „przyjątko” – na konwencji partyjnej w samo południe rzuca na kolana. W każdym razie robiła wrażenie. Ale nie wiem czy to powinien być główny atut prezydenta Krakowa?
A teraz przepraszam za seksizm. W starciu na kobiety obozów politycznych jak na razie ascetyczny Jarosław Kaczyński zdecydowanie wygrywa na punkty z „macho” Leszkiem Millerem – bo „jego kobiety” Aleksandra Jakubowska czy Magdalena Ogórek chwały formacji Leszka Millera nie przyniosły.
Zdumiewająca historia.
A może nie tak zdumiewająca?
II RP miała jedno z najbardziej postępowych ordynacji wyborczych w ówczesnej Europie. Ale doszło do tego w wyniku wściekłego sporu w kierownictwie Polskiej Partii Socjalistycznej. Większość kierownictwa PPS stała na stanowisku, żeby kobietom nie przyznawać praw wyborczych, bo te są podporządkowane wpływom kleru katolickiego i będą głosować na partie prawicy. Stalo się inaczej, bo Józefa Piłsudskiego „napadły” (a może napadły – różnie piszą} działaczki PPS, łączniczki OB PPS, POW i tak długo krzyczały, ąż wywalczyły w II RP prawa wyborcze dla kobiet.
Generalnie wyszło na to, że działacze PPS mieli rację, a nie działaczki, bo kobiety raczej głosowały na chadecję narodową demokrację. Ale to PPS „załatwiła” kobietom prawo głosu.
Jakieś rozsądne wnioski? Jakieś pomysły?

Kobiety polskie się przebudziły Wywiad

Tym razem Krzysztof Lubczyński rozmawia z Krystyną Kacpurą, dyrektorką Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny.

 

Znalazła się Pani w gronie reprezentantów polskich instytucji i organizacji pozarządowych, którzy mieli możliwość spotkania z goszczącą w Polsce delegacją Komisji Praworządności Parlamentu Europejskiego z Claude Moraesem na czele. Jakie kwestie i problemy im Pani przedstawiła?

Skoncentrowałam się na realizacji w Polsce praw reprodukcyjnych i ochrony zdrowia reprodukcyjnego kobiet w obszarze obecnie obowiązującego prawa. Przede wszystkim na legalnej aborcji przy spełnieniu jednego z trzech zawartych w ustawie warunków. To prawo jest w Polsce w praktyce martwe, nie tylko w obszarze dostępu do legalnej aborcji, bo poza tym nie ma w Polsce edukacji seksualnej, a zamiast niej zideologizowany przedmiot pod nazwą „przygotowanie do życia w rodzinie”. Nowe podstawy programowe w szkołach potwierdzają ten ideologiczny punkt widzenia, bo słowo „seks” pojawia się w nich dwa razy, a słowo „rodzina” około dwustu razy. Mamy też w Polsce do czynienia z ograniczaniem dostępu do środków antykoncepcyjnych, bardzo trudno uzyskać informacje na ich temat, a antykoncepcja hormonalna jest dla wielu kobiet zbyt kosztowna. Do tego dochodzi nadużywanie tzw. klauzuli sumienia przez lekarzy, którzy n.p. odmawiają wypisania recept na antykoncepcję awaryjną, jak również przez część farmaceutów w aptekach, którzy nie chcą sprzedawać środków antykoncepcyjnych nawet na receptę. Nawiasem mówiąc, często, niezgodnie z wiedzą medyczną, nazywają antykoncepcją awaryjną środkami wczesnoporonnymi, choć takie pojęcie nie istnieje. Jest też problem wynikający z faktu, że istnieją całe regiony kraju, Podkarpacie, Poznańskie, rejon Białegostoku, gdzie całe szpitale i inne jednostki ochrony zdrowia podpisały klauzule sumienia i tam sytuacja kobiet jest szczególnie trudna. Tak się stało, mimo że prawo przewiduje jedynie indywidualną deklarację sumienia. Mimo naszych monitów do władz, nie stworzono specjalnego systemu dla kobiet, zgodnie z którym lekarze odmawiający n.p. wypisania określonego środka antykoncepcyjnego czy legalnej aborcji mieliby obowiązek wskazania innego lekarza, który by tego dokonał. Wiele kobiet dzwoni do nas i pyta o lekarzy, którzy nie podpisali klauzuli sumienia, ale i nie ma tygodnia, w którym nie stykamy się z przypadkiem jakiejś tragedii kobiety, która odsyłana jest od szpitala do szpitala. Niestety, Trybunał Konstytucyjny orzeczeniem z 2014 roku zwolnił lekarzy z takiego obowiązku, bo uznał to również za sprzeczne z klauzulą sumienia. Nie ma instytucji, która pomagałaby kobietom w tym zakresie. O tym, że ustawa jest nieprzestrzegana świadczy m.in. fakt, że każdego roku odnotowywanych jest w statystykach około tysiąca aborcji, co przy około pięciu milionach kobiet w wieku reprodukcyjnym jest niemożliwe. Z naszych szacunków jest dokonywanych około stu tysięcy aborcji rocznie, wykonywanych przy użyciu tabletek poronnych, w gabinetach prywatnych w ramach podziemia aborcyjnego lub w gabinetach lekarskich za granicą, głównie w Czechach, na Słowacji i w Niemczech. Niestety, duża część tych aborcji dokonywana jest w warunkach zagrażających zdrowiu a nawet życiu kobiet, w tym w tzw. warunkach domowych. Możliwość dokonania aborcji jest też często związana z możliwościami finansowymi kobiety, bo na kosztowne środki farmaceutyczne wiele kobiet nie stać. Lekarze z klinik przygranicznych informują nas często, że trafiają do nich kobiety, które same próbowały dokonać aborcji u osób niewykwalifikowanych. Takie przypadki rzadko wychodzą na światło dzienne, bo kobiety boją się mówić, mimo że uświadamiamy je, że ustawa antyaborcyjna nie przewiduje karania kobiet. Boją się n.p. iść do lekarza na kontrolę po zabiegu. Boją się iść do lekarza z wynikami badań prenatalnych. Trzeba też zauważyć, że zafałszowane są te dane, które mówią, że większość wskazań do terminacji ciąży wynika z wykrytych wad płodu a zaledwie pięć procent ciąż jest wynikiem gwałtu czy innego czynu zabronionego. Są zafałszowane, ponieważ większość kobiet kwalifikujących się do aborcji od razu szuka pomocy w podziemiu lub u lekarzy za granicą. Boją się bowiem żmudnych procedur o niepewnym wyniku, boją się odmowy i boją się stygmatyzacji, n.p. w postaci stwierdzeń w rodzaju, że „za krótka była spódniczka” lub „za mocny makijaż”.

 

Jak Komisja ustosunkowała się do przedstawionego przez Panią stanowiska?

Przyjęła je do wiadomości, potwierdziła, że po części zna sytuację w tym zakresie i zadeklarowała, że będzie o tym rozmawiała z polskim rządem. Nie realizowane są bowiem wyroki Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu, n.p. ten w sprawie 14-letniej dziewczynki z Lublina, która zaszła w ciążę w wyniku czynu zabronionego i której aborcji odmówiono. Nie ma tu dostępnej i łatwej instancji odwoławczej dla kobiet od decyzji lekarza, okres oczekiwania na decyzję jest długi, a w sprawach ciąży czas jest bardzo istotnym czynnikiem, tym bardziej, że często badania prenatalne wykonywane są w późnym okresie ciąży. W takich sytuacjach zagrożenie dla kobiety, w przypadku terminacji ciąży znacznie się zwiększa. Poza tym taka kobieta potrzebuje specjalnej opieki lekarskiej po aborcji, a trudno sobie wyobrazić kobietę, która poddała się terminacji takiej ciąży za granicą i która bez wahania zgłosi się do lekarza. Ponadto istnieje realne zagrożenie, że może zostać przyjęty zakaz aborcji z powodu wad embriopatologicznych płodu, bo projekt „Zatrzymaj aborcji” nadal jest procedowany, a w TK jest zapytanie w tej sprawie podpisane przez stu posłów, a nietrudno sobie wyobrazić jaki wyrok może on wydać w tej sprawie. Znane jest też stanowisko prokuratora generalnego w tej sprawie. Tymczasem rząd posługuje się fałszywą informacją, jakoby 95 procent legalnie przerywanych ciąż dotyczyło płodów z zespołem Downa , podczas gdy naprawdę jest ich 22 procent, co podaje nawet Ministerstwo Zdrowia. Przypomnę, że prawo do przerwania ciąży nie oznacza obowiązku jej dokonania i jeśli kobieta zdecyduję się taką ciążę donosić, szanujemy to i jesteśmy za udzieleniem jej wszelkiej pomocy. Niestety, państwo polskie interesuje się kobietą ciężarną tylko do końca jej ciąży, do momentu porodu.

 

Gdzie kobiety mogą uzyskać informacje n.p. co do konkretnych lekarzy, którzy zechcą dokonać terminacji ciąży lub wypisać kobiecie receptę na antykoncepcję awaryjną?

Jest takich inicjatyw sporo, z których najbardziej sobie cenię tę, która nazywa się „Lekarze kobietom”. To inicjatywa kilku postępowych lekarzy, z doktor Aleksandrą Krasowską na czele, która zaistniała tuż po decyzji poprzedniego ministra zdrowia pana Radziwiłła o wycofaniu antykoncepcji awaryjnej ze sprzedaży bez recept. W tej chwili w tej inicjatywie uczestniczy około trzystu lekarzy w całym kraju i obejmuje całą niemal mapę Polski. Do inicjatywy przyłączają się kolejni lekarze, a w zeszłym roku wypisali oni kobietom kilka tysięcy recept. Informacje na ten temat można uzyskać na stronie fejsbukowej inicjatywy „Lekarze kobietom”. Bezpłatnie wystawiają oni kobietom recepty na tę antykoncepcję. Niestety nie udało się stworzenie jawnej listy lekarzy powołujących się na klauzulę sumienia, bo skrywają oni ten fakt do momentu, gdy decydują się odmówić pacjentce już w gabinecie lekarskim. Nie godzą się na ujawnianie tego awansem, bo boją się utraty pacjentek. Kobiety skazane są więc na przekazywanie sobie wzajemnie informacji o lekarzach „pocztą pantoflową”. Jednak nie klauzula sumienia jest największym problemem, jako że w skali kraju jest to jednak margines. Gorsze są zawiłe, długie procedury, mnożone niepotrzebne badania, odsyłanie od placówki do placówki, a w niektórych przypadkach żądanie zgody partnera, ojca dziecka, co też nie jest zgodne z prawem. Do tego dochodzi stygmatyzujący albo manipulacyjny język stosowany w stosunku do kobiet.

 

Jakich przypadków, z którymi zgłaszają się do Federacji kobiety jest najwięcej?

To problemy z uzyskaniem legalnej aborcji mimo wykonania wszystkich badań i niezbędnych dokumentów. Staramy się pomagać skutecznie czyli najpierw kierujemy do odpowiedniego lekarza, na później zostawiając wszelkie kwestie formalne, odwołania itd.

 

Za chwilę będzie druga rocznica „Czarnego protestu” z października 2016 roku. Czy poza silnym efektem politycznym ta inicjatywa posunęła coś do przodu z punktu widzenia praw kobiet oraz celów Federacji i podobnych inicjatyw?

Ten protest i dwa lata po nim spowodowały przebudzenie Polek. Zaczęły wreszcie rozumieć i interesować się tym, jaki los szykuje im władza. Już dwa razy była wysuwana inicjatywa liberalizacji prawa dotyczącego aborcji, za każdym razem odrzucona. To rozwścieczyło Polki. Nastąpiło przebudzenie kobiet w małych miejscowościach. Nastąpił też wzrost poparcia dla prawa do wyboru. O ile na początku 2016 roku tylko 18 procent popierało prawo do wyboru, o tyle obecnie, według badań IPSOS na zlecenie OKO-Press, jest to mniej więcej 44 procent. To powrót do sytuacji z lat dziewięćdziesiątych, gdy za wyborem opowiadało się ok. 50 procent respondentów. Potem zmasowana indoktrynacja religijno-konserwatywna, w szkole, na katechezie, w mediach doprowadziła do radykalnego obniżenia tego wyniku. Obecnie odrabiamy te straty, dzięki edukacji. Zauważyłam, że o ile kilka lat temu kobiety przychodzące do nas, przed podpisaniem projektu ustawy liberalizującej prawo do aborcji, miały potrzebę to uzasadnić, nawet w dłużej opowieści, o tyle rok później podpisywały natychmiast, bez zmrużenia oka. Pewna starsza pani składając podpis powiedziała mniej więcej tak: do wczoraj uważałam, że ta sprawa zupełnie mnie nie dotyczy, ale kiedy przyszła do mnie sąsiadka z pytaniem, czy nie znam lekarza, który wypisałby receptę na antykoncepcję awaryjną jej wnuczce, której na imprezie wsypano do napoju pigułkę gwałtu. Wtedy zrozumiałam, że mnie to też dotyczy, że dotyczy nas – kobiet. W kobietach obudziła się solidarność.

 

Dwa lata temu minęło 25 lat od powstania Federacji. Jakie nowe wyzwania stoją przed wami obliczu nowej sytuacji? Przecież przychodzi do was nowe pokolenie kobiet, także tych, których w momencie, gdy powstawaliście, nie było jeszcze na świecie…

Identyfikujemy się przede wszystkim jako organizacja ekspercka, otwarta na wszystkie środowiska kobiece. Współpracujemy z „Łódzkimi Dziewuchami”, z „Czarnym Protestem”, z Ogólnopolskim Strajkiem Kobiet, budujemy Wielką Koalicję za Równością i Wyborem, która skupia około stu organizacji z całej Polski. Wyposażamy je w wiedzę, w materiały edukacyjne. Jeździmy w teren i spotykamy się z kobietami. Chcemy razem z nimi doprowadzić do stworzenia dobrego prawa. Bo obecne prawo jest skierowane przeciw dobru większości kobiet w Polsce.

 

Dziękuję za rozmowę.

Czy warto bronić PRL?

Perspektywa kobieca.

 

Nie mam wątpliwości, że warto. Jednak rozstrzygając wątpliwości innych, nie można polegać wyłącznie na sentymencie. Twarde fakty również przemawiają na korzyść „poprzedniej epoki”. Bo dokładnie te same dziedziny życia społecznego, które Polska Ludowa otaczała szczególną troską, dziś leżą odłogiem. Kobiety pracujące, matki – odczuwają to szczególnie dotkliwie.

 

3 narracje

Rzetelna ocena PRL to trudne zadanie – odkłamanie PRL to jednak obowiązek lewicy, jeżeli nie chce utonąć w morzu IPN-owskich prawicowych wizji tego okresu jako sowieckiej okupacji i „totalitaryzmu”. Ta narracja dziś dominuje: swój udział ma w tym propaganda Telewizji Publicznej oraz wdrażanie ustawy dekomunizacyjnej – niejednokrotnie siłowe, zwłaszcza w mniejszych gminach.

Komponując słowo wstępu, warto podeprzeć się publikacją Piotra Szumlewicza i Jakuba Majmurka „PRL bez cenzury”. Po 1989 roku Polska Ludowa stała się negatywnym punktem odniesienia dla większości elit.

Jak twierdzą autorzy: „Poprzez jego krytykę uzasadniają one rozwarstwienie społeczne, strukturalne bezrobocie, wydłużanie tygodnia pracy czy utrzymanie płacy minimalnej na bardzo niskim poziomie. Krytyce Polski Ludowej towarzyszy zatem przedstawianie społecznych patologii jako prawidłowości rozwoju gospodarczego. W ten sposób atak na PRL pełni funkcję legitymizowania istniejącego ładu społeczno-ekonomicznego”.

Książka wyróżnia 3 główne narracje wokół Polski Ludowej: postsolidarnościowo-prawicową (PRL to ustrój totalitarny, siłą narzucony przez sowiecką okupację), sentymentalną (odpowiedź na pierwszą + podkreślenie bezpieczeństwa socjalnego), a także nostalgiczną (bazującą na anegdotach, filmach, opowieściach i mitach). My dziś w większości opowiadamy się za drugą. W przekazie medialnym dominuje dziś jednak pierwsza – dlatego zapewne dziś badania opinii publicznej nie prezentowałyby się dla zwolenników PRL-u tak korzystnie jak w pamiętnym raporcie CBOS z 2014 „PRL – doświadczenia, oceny, skojarzenia”.

Swego czasu większość mediów obnosiła zawarte w nim konkluzje ze zdziwieniem (chodzi o pamiętne „44 proc. Polaków dobrze wspomina PRL”).

 

Co ci przypomina widok znajomy ten?

Zajrzyjmy więc do raportu CBOS:

„Do wymienianych najczęściej konkretnych skojarzeń z okresem PRL należą: brak bezrobocia (19 proc., kolejki (18), puste półki w sklepach (17) oraz kartki na żywność i inne produkty (17)”. Mimo wszelkich uciążliwości, Polacy cenią sobie stabilność zatrudnienia.

„Co piąte skojarzenie z okresem PRL związane jest z ówczesną polityką na rynku pracy (łącznie 21 proc.), przy czym w niemal wszystkich przypadkach chodzi o pewność zatrudnienia i brak bezrobocia (19). Nieliczni zwracali w tym kontekście uwagę na większą dbałość o pracowników, m.in. na politykę socjalną zakładów pracy (2), albo akcentowali negatywne konsekwencje związane z obowiązkiem zatrudnienia (1).

PRL kojarzy się również „z lepszą polityką społeczną (6 proc.) lub po prostu z łatwiejszym, spokojniejszym i mniej stresującym życiem (3), z porządkiem społecznym (2) lub z większym poczuciem bezpieczeństwa (2)”.

 

Kobieta awansuje w społecznej hierarchii

Tu podpieram się pracami „Wpływ kobiet na politykę państwa na przykładzie Polski i Hiszpanii” Emilii Drewniak oraz kompendium „Wywołać z milczenia. Historia kobiet w PRL-u – kobiety w historii PRL-u” Agnieszki Mrozik

PRL przede wszystkim nie cieszy się, jak udowadnia Mrozik, szczególnym zainteresowaniem badaczek i badaczy ruchu kobiecego. Powtarzana jest mantra o fasadowości i pozorności upodmiotowienia kobiet.
Zaprzecza tej tezie cytowana przez Mrozik Małgorzata Fidelis i jej „Kobiety, komunizm i industrializacja w Polsce”: Fidelis zaprzecza tej dominującej dziś narracji. Zwraca uwagę na rolę kobiet jako AKTYWNYCH NEGOCJATOREK SWOJEJ POZYCJI W SIECI ZALEŻNOŚCI SPOŁECZNYCH – na przykładzie aktywnych zawodowo robotnic.

Fidelis rozróżnia przede wszystkim epokę stalinizmu – której absolutnie nie wybiela, oraz czas odwilży – kiedy emancypacja kobiet nagle przyhamowała, kobiety zaczęły być wypychane z rynku pracy do domów lub do słabiej płatnych zawodów. Hasłem przewodnim tej epoki było wszak „Irena, do domu!”.

Badaczka swoje wnioski wysnuwa z analizy sytuacji kobiet zatrudnionych w zakładach przemysłu bawełnianego w Zambrowie i Żyrardowie oraz kobiet pracujących w śląskich kopalniach. Udowadnia, że miały one wielki wpływ na kształtowanie rzeczywistości zawodowej i warunków pracy – przykładem fala kobiecych strajków z wczesnych lat 50. – wówczas według Fidelis narodziła się idea „kobiecego protestu”, jaką znamy dzisiaj. Robotnice (m.in., żyrardowskie tkaczki) twardo domagały się zniesienia podziału zawodów na męskie i żeńskie.

„Wykorzystywały swą nową tożsamość pracownic socjalistycznego państwa, a także tradycyjne rozumienie kobiecego honoru i różnicy płci, […] by obnażyć sprzeczności komunistycznego projektu i zrealizować swoje cele – m.in. poprawę jakości żywienia i dostaw surowców do fabryk”.

W okresie stalinizmu ścierały się dwa wzorce obyczajowo-spoleczne – PPS-owski (kobieta – matka Polka) i PPR-owski (ideał robotnicy. I ten okres właśnie był najbardziej owocny jeśli chodzi o przełamywanie stereotypów tradycyjnych ról wpłciowych z II RP (analfabetyzm, zależność ekonomiczna).

„Autorka przytacza dane, które wskazują, że wraz z przeprowadzką ze wsi do miasta, zdobywaniem wykształcenia oraz znajdowaniem pracy w zawodach tradycyjnie określanych jako męskie (górnik, hutnik, spawacz, motorniczy, taksówkarz itd.) kobiety awansowały w społecznej hierarchii, co nie pozostawało bez wpływu na ich życie seksualne, relacje z mężczyznami i rodziną. Większa niezależność finansowa przekładała się bowiem na swobodniejszy stosunek kobiet do ich tradycyjnych ról w społeczeństwie (żony i matki), większe wymagania wobec partnera czy szerzej – bardziej partnerski model związku”.

Autorka zwraca też uwagę na to, że władze PRL zrobiły sporo, aby w miarę bezboleśnie dostosować radziecki archetyp „świętej traktorzystki” do polskich realiów. Po 1953 roku ten symbol równouprawnienia został całkowicie odrzucony jako symbol obcej dominacji. Autorka udowadnia, że było to potrzebne na poziomie wspólnoty narodowej, aby odzyskać tożsamość – lecz wówczas sytuacja zawodowa kobiet uległa pogorszeniu. Nagrodą pocieszenia – według Fidelis – okazała się liberalizacja prawa aborcyjnego w 1956 roku.

Gdyż w kwestii obyczajowości stalinizm – trudno zaprzeczyć – tłamsił kobiety, czerpiąc z II RP pełnymi garściami.

Na przykład podaje Fidelis przykłady zdarzeń, w trakcie których urzędnicy partyjni, nie mogąc poradzić sobie z „rozpasaniem” seksualnym młodych robotnic (na przykład w Zambrowie), wzywali na pomoc ojców dziewcząt, by „siłą swego autorytetu” (czyli de facto przemocą) sprowadzali je na „dobrą drogę”. W tym samym czasie duchowni w czasie nabożeństw gromili „rozwiązłe” kobiety, które wolały „używać życia” zamiast realizować się jako matki i żony (tu istniał do pewnego momentu swoisty sojusz Partii i kościoła).

Seks był przy tym mocno stabuizowany. W stalinizmie seksualność kobiety miała realizować się głównie w rodzinie, mężczyzny – poza rodziną. Później nastąpił powrót do emancypacyjnych wzorców z okresu po rewolucji październikowej, kiedy wręcz padały z ust Aleksandry Kołłontaj stwierdzenia o przeżytku rodziny jako burżuazyjnego tworu.
Zresztą ustawa w początkowym swoim kształcie też była „dobrem reglamentowanym”:

„W tym kontekście liberalizacja ustawy antyaborcyjnej w 1956 roku jawi się jako swoista nagroda pocieszenia dla tracących stabilne zatrudnienie Polek, początkowo przyznawana zresztą tylko wybranym (na przykład kobietom, które już wypełniły obowiązek macierzyństwa) i w drodze silnych obostrzeń (do 1959 roku o tym, czy kobieta może przerwać ciążę, decydowali lekarze, którzy często wykorzystywali swoją władzę przeciwko pacjentkom, odmawiając im przysługującego prawa)”.

Jak dodaje jednak Małgorzata Maciejewska, „już trzy lata po wejściu w życie ustawy, tj. w roku 1959 roku, aborcja była możliwa już bez jakichkolwiek pozwoleń. Niestety jednocześnie państwo nie prowadziło działalności mającej na celu poprawę wiedzy kobiet na temat swojej płodności, nadal nie funkcjonowała edukacja seksualna – wprowadzona dopiero w 1981 roku pod nazwą

Przysposobienie do życia w rodzinie. Seksualność więc nadal była dla władz tematem tabu”.

Ale tutaj w sukurs przyszła m.in. Wisłocka i Lew-Starowicz.

 

Reprodukcja i produkcja – stalinizm

W XX wieku debata na temat regulacji prawa do aborcji dzieli się na 3 zasadnicze okresy (miedzywojnie, PRL, postkomunizm).

W międzywojniu ścierały się dwa mocne paradygmaty – tradycyjny skrajnej prawicy oraz wyzwolonej inteligencji. Tu oczywiście nie do przecenienia jest Boy – Żeleński, który razem z feministkami Ireną Krzywicką oraz dr Justyną Budzińską-Tylicką promował idee świadomego macierzyństwa. Dzięki ich staraniom w Kodeksie karnym z 1932 roku znalazły się regulacje w pełni odpowiadające naszemu dzisiejszemu „kompromisowi aborcyjnemu”. Aborcję niespełiającą tych warunków karano jednak 5 latami pozbawienia wolności.

Stalinowska polityka pronatalna, jak pisze David Hoffmann, była pod wieloma względami podobna do trendów ogólnoeuropejskich w pierwszej połowie XX w., które zmierzały do objęcia przez państwo kontroli nad organizacją reprodukcji.

 

Liberalizacja

Po 1956 roku ruszyli do boju społecznicy. Liga Kobiet oraz Towarzystwo Świadomego Macierzyństwa, świadome początkowych ograniczeń w stosowaniu ustawy, promowały antykoncepcję (zwłaszcza na terenach wiejskich) i edukację seksualną, aborcję uznając za ostateczność. W latach 60. nastąpił boom na globulki antykoncepcyjne i pierwsze leki hormonalne. Wtedy również zaczęto swobodniej podchodzić do realizacji zapisów ustawy. Zwłaszcza zapis o przesłance trudnych warunków życia kobiety ciężarnej” zaczął być szerzej wykorzystywany.

Ponadto ustawa znosiła z kobiety odpowiedzialność karną za przeprowadzony zabieg, nawet jeśli nie był on dokonany legalnie. Ponosili ją natomiast dokonujący nielegalnej aborcji, również wtedy, gdy robili to za zgodą kobiety. Udzielenie jakiejkolwiek pomocy kobiecie ciężarnej w dokonaniu nieuprawnionego zabiegu było także uznawane za przestępstwo. W obu tych przypadkach zmniejszono jednak maksymalną karę przewidywaną za popełnienie czynu z 5 na 3 lata więzienia. Wprowadzono również kary za zmuszanie kobiet w jakikolwiek sposób do aborcji.

Państwo ze swej strony zapewniało więc aborcję de facto na życzenie, działacze społeczni – edukację przy cichym poparciu fasadowo pruderyjnych władz. Taki stan rzeczy miał miejsce przez większość czasu trwania PRL.

Abp Hoser stwierdził niedawno, że w PRL przeprowadzono 800 tys. aborcji. Nie było ich tak dużo. Fakt jednak, że w 1956 roku bano się katastrofy demograficznej i coraz bardziej popularnych „domowych” metod spędzania płodu.

„Fakt, że dokonuje się corocznie nielegalnie co najmniej 300 tys. zabiegów przerywania ciąży, a więc że co najmniej 600 tys. osób rocznie (lekarzy i pacjentek) formalnie popełnia przestępstwo – co jest publiczną tajemnicą – oznacza tolerowanie fikcji, jest przejawem zakłamania w życiu społecznym” – pisano w 1956 w „Trybunie Ludu”.

 

Wsparcie dla matek (i ojców)

Za publikacją Arkadiusza Durasiewicza „Historyczne unormowania polityki rodzinnej”:

Pod koniec lat sześćdziesiątych i na początku siedemdziesiątych XX w. rodzina stała się przedmiotem szczególnego zainteresowania państwa. Znowelizowany w 1975 roku Kodeks rodzinny przewidywał szeroko zakrojone inicjatywy wsparcia małżeństw.

„Według Rozporządzenia Ministra Pracy, Płac i Spraw Socjalnych z dnia 31 maja 1974 r. w sprawie zasiłków rodzinnych do nich uprawnieni byli pracownicy podlegający ubezpieczeniu na wypadek choroby i macierzyństwa, zatrudnieni w pełnym wymiarze czasu pracy. Ponadto przysługiwał również zasiłek rodzinny na żonę, jeżeli pełniła ona jeden z następujących warunków: wychowywała choćby jedno dziecko w wieku do lat 8 lub sprawowała opiekę nad dzieckiem niepełnosprawnym, ukończyła 50 lat bądź była inwalidą. Zasiłek rodzinny na męża przysługiwał, jeżeli ukończył 65 lat bądź był inwalidą. Zasiłki rodzinne były wypłacane w wysokości podstawowej lub podwyższonej”.

Szerokie wsparcie miały kobiety ciężarne i matki małych dzieci: „Szczególnie bogate uprawnienia przysługiwały kobietom w okresie ciąży i macierzyństwa. Ochrona pracy kobiet w okresie ciąży obejmowała między innymi zakaz zatrudniania przy pracach szkodliwych, w godzinach nadliczbowych, w porze nocnej oraz zabraniało się delegowania bez zgody zainteresowanej poza stałe miejsce pracy. Kodeks pracy zapewniał ochronę trwałości stosunku pracy w okresie macierzyństwa, a ochronę przed zwolnieniem rozciągał na cały czas ciąży Jeżeli kobieta przepracowała okres próbny) oraz na okres urlopu macierzyńskiego. Zgodnie z kodeksem pracy zakład miał obowiązek zwalniania kobiety ciężarnej na badania lekarskie, przy zachowaniu prawa do pełnego wynagrodzenia, jeżeli badania te nie mogły być przeprowadzone poza godzinami pracy. Zakład był zobowiązany również do przeniesienia kobiety ciężarnej do pracy lżejszej – dozwolonej dla kobiet w ciąży. Jeżeli przeniesienie do innej pracy powodowało obniżenie wynagrodzenia, pracownicy przysługiwał dodatek wyrównawczy do wysokości I 00 proc. zarobku”.

Urlop macierzyński regulacje z 1972 roku przedłużyły z 12 na 16 tygodni przy pierwszy dziecku i do 18 przy kolejnych. Urlop bezpłatny (z zachowaniem ciągłości pracy!) przedłużono do 3 lat.
„Rocznie z urlopów macierzyńskich skorzystało średnio około 420 tys. kobiet. W 1976 r. wprowadzono jednorazowy zasiłek porodowy, który przysługiwał pracownicom i niezatrudnionym żonom pracowników w razie urodzenia lub przyjęcia dziecka na wychowanie. Zasiłek ten wypłacany był w wysokości trzykrotnego zasiłku rodzinnego, przysługującego na to dziecko. Od maja 1978 r. wszystkie kobiety otrzymywały ponadto po urodzeniu dziecka jednorazowy zasiłek, niezależnie od źródła utrzymania (…). Wprowadzono także nową formę pomocy dla rodzin z małym dzieckiem, mianowicie tak zwany zasiłek wychowawczy, wypłacany matkom przerywającym pracę zawodową w celu sprawowania osobistej opieki nad małym dzieckiem.

W roku 1975 został wprowadzony Fundusz Alimentacyjny. Korzystali z niego rodzice (najczęściej matki), którzy nie mogli uzyskać alimentów od osób zobowiązanych do alimentacji”.

Przedszkola były w PRL najsilniejszym ogniwem opiekuńczym. Reorganizacja przedszkoli uregulowana została rozporządzeniem ministra oświaty z 1950 r. – tak aby w planie sześcioletnim dobić do wskaźnika zatrudnienia kobiet na poziomie 33,5 proc.

Rozwój sieci przedszkoli w okresie PRL z jednej strony zapewnić miał dzieciom prawidłowy, wszechstronny rozwój, z drugiej natomiast – stać na straży równouprawnienia kobiet, umożliwiając im „uwolnienie” od gospodarstw domowych i podjęcie aktywności zawodowej.

W roku szkolnym 1945/46 wg materiałów statystycznych GUS działało w Polsce ok. 2 286 przedszkoli, obejmujących opieką blisko 140 tys.

Do 1950 r. liczba przedszkoli wzrosła o ponad 270 proc. natomiast liczba wychowanków przedszkoli o ok. 210 proc. W 1955 r. było w Polsce ok. 2 640 tys. dzieci w wieku od 3 do 6 lat, co stanowiło ok. 10 proc. ogółu ludności. Później przyszło tysiąc szkół na tysiąclecie. A realnie powstało ich znacznie więcej.

Do końca 1965 roku wybudowano 1105 szkół podstawowych (432 w miastach i 673 na wsi), 54 szkół zawodowych, 28 liceów oraz 6 obiektów przeznaczonych dla szkolnictwa specjalnego. Budowę dalszych 164 obiektów szkolnych ukończono już w 1966 roku. Ponadto w ramach akcji przekazano szkolnictwu 6349 izb mieszkalnych dla nauczycieli.

 

Tekst ten stanowił kanwę wystąpienia podczas debaty „Czy warto bronić PRL?” zorganizowanej przez Społeczne Forum Wymiany Myśli oraz redakcję portalu Strajk.eu w Warszawie, 16 września 2018 roku.

35 procent

O polityczkach politycy przypominają sobie przez każdymi kolejnymi wyborami. Układając listy wyborcze.

 

Parytet płci na listach wyborczych wprowadzono przed wyborami parlamentarnymi w 2011 roku. Na każdej zarejestrowanej liście musi się znaleźć co najmniej 35 procent kandydatek i kandydatów – reprezentujących każdą z płci. Od czasu wprowadzenia parytetu płci już dwa razy głosowaliśmy w wyborach parlamentarnych, raz w europejskich i też raz w wyborach samorządowych.
Za parę tygodni drugie wybory samorządowe, w których będzie obowiązywał parytet płci. Czy okaże się sukcesem polityczek? Czy jedynie formalnym zapisem, zmuszającym partie i komitety do „upychania” na listach wyborczych żon, matek i ciotek polityków?

 

100 lat

W tym roku obchodzimy okrągłą rocznicę. Stulecie przyznania praw wyborczych kobietom. Polska znalazła się w pierwszej dwudziestce państw świata przyznających prawa wyborcze swoim obywatelkom. Ale nie fetowałbym tej rocznicy szczególnie hucznie. Bo uzmysławia równocześnie, jaka była pozycja kobiet w społeczeństwie przez pozostałe niemal 1000 lat polskiej państwowości. Zresztą nie tylko polskiej.
Często przywołujemy przykład dalekiej Brunei. W której kobiety do dzisiaj nie mają żadnych praw politycznych. A zapominamy o znacznie bliższej nam Szwajcarii. Gdzie kobiety w wieku naszych matek i babć też nie miały praw wyborczych. Szwajcarki uzyskały prawa wyborcze w 1971 roku, a w jednym z kantonów dopiero w 1990 roku!
Mimo setnej rocznicy przyznania Polkom praw wyborczych, nie można zapominać, że sporo wody w Wiśle upłynęło zanim w składzie obecnego Sejmu znalazła się ponad jedna czwarta kobiet. W pierwszych wyborach w 1919 roku na 348 mandatów kobiety wywalczyły ich zaledwie 5.

 

Polityczki

Jestem zdania, że wprowadzenie parytetu płci stało się w pewnym momencie koniecznością. Szkoda, że tak późno. I szkoda, że nie może ich na swoim koncie zapisać rząd lewicy. Zapobiegłoby to sytuacji, którą spotkałem na którejś z dolnośląskich list SLD sprzed dziesięciu lat. Kilkanaście nazwisk i… sami faceci. Co do sztuki.
Na pierwszy rzut oka dzisiaj na Dolnym Śląsku nie jest najgorzej. Wśród trojga prezydentów miast związanych z lewicą jest Beata Moskal-Słaniewska – prezydentka Świdnicy. Wśród czterech burmistrzów wywodzących się z lewicy jest Dorota Pawnuk – burmistrz Strzelina. Ale jak się przyjrzeć bliżej, widać, że w samorządach żeńska reprezentacja lewicy nadal jest bardzo skromna.
Równie skromna jest reprezentacja kobiet w gremiach zarządzających biznesem. Ale o tym za chwilę.

 

Rzeczpospolita facetów

Zupełnie nie radzili sobie z parytetami politycy II Rzeczpospolitej. Urzędujący w latach 1972-1976 gabinet premiera Piotra Jaroszewicza liczył aż 46 ministrów. Wśród tak licznego gremium nie znalazło się miejsce dla żadnej kobiety. Powiecie: to były inne czasy. To przyjrzyjmy się ostatniemu rządowi Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej.
W gabinecie premiera Mieczysława Rakowskiego było przestronniej. Gabinet tworzyło, prócz premiera, już tylko 25 ministrów. A kobiet w nim było? Jedna. Izabela Płaneta-Małecka – pełniąca funkcję minister zdrowia i opieki społecznej.
Zresztą tradycję jednoosobowej reprezentacji kobiet przejęła również lewica lat dziewięćdziesiątych. Koalicyjnym rządem Sojuszu Lewicy Demokratycznej i Polskiego Stronnictwa Ludowego kierował Waldemar Pawlak. Tradycyjnie złożonym niemal z samych facetów. Jedyną polityczką była Barbara Blida, minister gospodarki przestrzennej i budownictwa.
Coś drgnęło za czasów rządu Leszka Millera. Udział kobiet w drugim rządzie lewicy wzrósł trzykrotnie. Statystyka budująca, ale oznacza tylko tyle, że wśród 30 ministrów znalazło się miejsce dla trzech kobiet. Krystyna Łybacka – minister edukacji narodowej i sportu, Barbara Piwnik – minister sprawiedliwości oraz Danuta Hübner – minister bez teki. W 90 procentach nadal była to Rzeczpospolita facetów.

 

Prezeska

Prezesi spółek giełdowych mogą powoli zacząć sprzątać swoje biurka. Unijna dyrektywa w sprawie poprawy równowagi płci wśród dyrektorów niewykonawczych spółek giełdowych daje im czas tylko do roku 2020. Później we wszystkich spółkach publicznych zatrudniających ponad 250 pracowników i mających obroty przekraczające 50 mln euro ma obowiązywać 40 proc. parytet na stanowiskach dyrektorów niewykonawczych.
Zapowiada się na rewolucję. Autorzy dyrektywy napisali w uzasadnieniu, że aktualnie udział kobiet w gremiach kierowniczych największych europejskich spółek giełdowych kształtuje się na poziomie 15 procent. Ciekawe jak na tę personalną rewolucję zareagują akcjonariusze. Czy europejskie giełdy czeka w najbliższych latach hossa? Czy bessa?
Polskie firmy giełdowe w kwestii parytetów wyglądają podobnie jak przytoczone powyżej składy polskich rządów. Czyli gorzej niż źle. W latach 2005-2009 przebadano 389 spółek notowanych na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie, łącznie przeprowadzając 1524 rocznych obserwacji. Okazało się, że w 74 proc. przypadków w zarządach spółek nie było żadnej kobiety. Jeśli chodzi o rady nadzorcze, żadnej kobiety nie było w połowie rad przebadanych firm. Czyli nadal jesteśmy daleko za… Norwegami.

 

Norwegia jest kobietą

W Norwegii już w 2004 wprowadzono prawo gwarantujące 40 procentowy udział w radach nadzorczych każdej z płci. Zapisy ustawy były niezwykle restrykcyjne. Spółce, która w ciągu dwóch lat nie dostosowała składu swoich rad nadzorczych do nowych wymogów groziła likwidacja.
Nie sprawdziły się pierwotne obawy części społeczeństwa, że ta wprowadzana nieco „siłowo” feminizacja rad nadzorczych zaburzy funkcjonowanie gospodarki. Po latach okazało się, że poziom wykształcenia składów norweskich rad nadzorczych poprawił się, a średnia wieku obniżyła się. Dzisiaj w radach nadzorczych norweskich spółek zasiada ponad 40 procent pań. I wszyscy uważają to za zupełnie oczywiste. Ale… nie ma róży bez kolców.
Norweskie starania o zwiększenie udziału kobiet w zarządzaniu firmami zakończyły się fiaskiem, jeśli chodzi o składy zarządów i funkcje menedżerskie. A więc stanowiska mające kluczowy wpływ na zarządzanie firmą nadal w zdecydowanej większości obsadzane są przez mężczyzn. Nawet w Norwegii.

 

Czas

Odpowiedź na pytanie, dlaczego norweskie starania o feminizację gremiów zarządzających firm zakończyły się jedynie połowicznym sukcesem, znajdujemy w przytoczonych badaniach polskich spółek giełdowych. Jak napisał prezentujący te badania Michał Romanowski z Biura Analiz Sejmowych: „dostrzeżono negatywny wpływ na powoływanie kobiet do zarządów i rad nad­zorczych spółek giełdowych udziału w ich akcjonariacie inwestorów finanso­wych”. Co to oznacza? Że inwestorzy finansowi, będący z reguły największymi i najważniejszymi graczami giełdowymi, mniej chętnie decydują o zakupie akcji firm, w których na czołowych miejscach w zarządach i radach nadzorczych znajdują kobiety.
Michał Romanowski tłumaczy niechęć do zakupu akcji firm kierowanych przez kobiety bardzo prosto. W funduszach polityką inwestycyjną zajmują się niemal wyłącznie mężczyźni. Jak to zmienić? Wprowadzić kolejną dyrektywę, która wymusi, by zarządzaniem funduszami inwestycyjnymi w iluś tam procentach zajmowały się kobiety? Moim zdaniem, to droga donikąd.

 

Potrzeba czasu

W wielu krajach europejskich uznano, że ważniejsza od rachunkowych uregulowań dotyczących parytetów jest społeczna świadomość. Zmiana społecznych ról kobiet i mężczyzn (tak znienawidzone przez prawicę słowo gender) następuje stopniowo. Zadaniem państwa (i lewicy w szczególności) jest ten proces wspomagać. Ale sensownie.

 

35 procent

Rzucanie haseł nie ma sensu. Przekonaliśmy się o tym już w czasach PRL-u. U jego zarania krajobraz polskich wsi pełen był plakatów: „kobiety na traktory”. I co? Po upływie ćwierćwiecza w gabinecie premiera nie znalazło się miejsce choćby dla jednej kobiety. A przecież nie tylko o traktory chodziło.
Środowiska feministyczne zachęcają do kolejnych kroków, jeśli chodzi o układ list wyborczych. Wprowadzenia 50-procentowego parytetu oraz tak zwanego „suwaka”. Suwak to układ list wyborczych, w którym kandydaci i kandydatki pojawiają się na listach wyborczych naprzemiennie.
Nie jestem fanem takich zmian. Moim zdaniem, obowiązujący wymóg zapewnienia 35 procentowej reprezentacji obu płci na dzisiaj jest rozwiązaniem optymalnym. Notabene, spotkałem też listę wyborczą, która zdominowana była przez kobiety. A 35 proc. parytet dotyczył mężczyzn.
Ważne, by z parytetu coś wynikało. W 2011 roku, podczas ostatnich wyborów, w których Sojusz Lewicy Demokratycznej wprowadził posłów do Sejmu, obowiązywał parytet płci na listach wyborczych. Na listach SLD startowało ponad 35 procent kandydatek na posłanki. Zaś w 27 osobowej reprezentacji parlamentarnej SLD znalazły się tylko trzy. Raptem z 35 procent zrobiło się 10. Lewica ma więc ważną lekcję do odrobienia. Zwłaszcza że po wyborach w 2015 roku w zdominowanym przez prawicę Sejmie zasiada 27 procent kobiet.

 

Parytet w urzędzie

Rada Dolnośląska SLD przyjęła uchwałę zobowiązującą tworzących listy wyborcze do sejmiku województwa do zapewnienia parytetu płci na dwóch pierwszych, z reguły najważniejszych miejscach na liście. To krok w dobrym kierunku. Zapobiegający sytuacji, iż zachowując 35-procentowy parytet, tak zwane „biorące” miejsca na liście obsadzą faceci.
Od lewicowych kandydatów (i kandydatek) na prezydentów miast, burmistrzów i wójtów, startujących w najbliższych wyborach, oczekiwałbym więcej. Jeśli wygrają, staną się pracodawcami. Decydującymi bezpośrednio lub pośrednio o obsadzie licznych urzędów i spółek samorządowych. Chciałbym, by już teraz przyrzekli wyborcom, że będą kierowali się zasadami parytetu płci. Że bez żadnej dyrektywy unijnej, bez żadnej specustawy, doprowadzą do tego, że ich urzędami będą kierowali w równym stopniu mężczyźni, jak i kobiety.
To byłby rzeczywisty wkład lewicowych polityków i polityczek w likwidację „Rzeczpospolitej facetów”.

Alkohol traktuje kobiety gorzej

1. Alkohol nie jest ożywiony. Nie działa intencjonalnie na czyjąś szkodę lub korzyść. To nie alkohol jest „seksistowską świnią”, to społeczeństwo jest seksistowskie.

2. Świadczy o tym nie tylko zestaw metafor użyty przez twórców niefortunnej jak na razie kampanii, ale również ich reakcja na jej odbiór. Kiedy do agencji Chromatique dotarły pierwsze sygnały o bardzo złym przyjęciu formuły filmików przez internautki, jedna z autorek zabrała głos. I choć w swoim wywodzie zapewniała, że „nie chce nikogo strofować” tak to właśnie zabrzmiało: babeczki no, jesteście przewrażliwione, nie zrozumiałyście. A my wam tu przecież, dla waszego dobra, niedouczki wy nasze, dawkujemy zarówno napięcie, jak i ekspercką wiedzę: że metabolizm, że więcej tkanki tłuszczowej, że się szybciej uzależnisz, jak będziesz piła tyle samo, co twój chłopak („nie powinnyśmy na imprezie z partnerem czy mężem pić tych trzech drinków, bo na niego one tak nie zadziałają jak na nas”). My nauczymy was pić mądrze („chcemy budować tą świadomość kobiety, która zna swoje ograniczenia biologiczne i jest w stanie wybrać odpowiedni dla niej model spożywania alkoholu”). Dzięki nam przestaniecie pić tak jak do tej pory piłyście, czyli głupio.

3. I nie jest ważne, kobitki, jak to odebrałyście. A jak odebrałyście źle, to albo nie obejrzałyście wszystkiego (więc łaskawie zamilczcie i zaczekajcie), albo oglądałyście nieuważnie i się nie znacie. I to wcale nie jest z naszej strony seksizm ani paternalizm.

4. W powszechnej świadomości i w ostatnich dyskusjach wokół kampanii z Jackiem Braciakiem nadal widać, że pijący mężczyzna jest zjawiskiem oswojonym, a pijąca/pijana kobieta nie. „Czy feministki uważają, że prawem każdej nowoczesnej kobiety jest nawalić się jak meserszmit?” – pytają w internecie. Owszem, jest. Dokładnie tak samo, jak prawem każdego nowoczesnego i (nienowoczesnego) mężczyzny, bo mieści się w zakresie decyzji, które podejmuje każdy nieubezwłasnowolniony człowiek. Niezależnie również od płci każdym przypadku, gdy sięgamy po alkohol, działają na nas te same uwarunkowania społeczne…

5. … o których kampania milczy. Operuje za to językiem obwiniania (klasyczna metafora z za krótką spódnicą wstaje z grobu). Zakładając kusą kieckę, narażasz się na gwałt. Pijąc za dużo, narażasz się na bliskie spotkania z panami wyznającymi Teorię Ziemkiewicza („kto nigdy nie wykorzystał nietrzeźwej, niech pierwszy rzuci kamień”). A więc: bądź grzeczna i się pilnuj. Bo dostaniesz po łapach boleśniej niż dostałby on. My tylko ostrzegamy. Więc lepiej skumaj i się szanuj.

6. „Chodzi nam o to, żeby kobiety miały odwagę zawalczyć o siebie i świadomość, że siła do obrony tkwi w nich, a nie na zewnątrz. I o tym jest ta kampania, żeby kobietom przypomnieć, że to w nich jest moc decyzji, żeby nie dały się w tą (w zamyśle toksyczną – WK) relację wplątać i nie ważne czy to jest partner, czy substancja psychoaktywna, która je zniewala” – mówi dalej Ewa Lach z agencji Chromatique.
Takie stawianie sprawy to z jednej strony próba zachęty do większej emancypacji, w założeniu słuszna, z drugiej jednak śmierdzi modnym dziś kołczingiem zakładającym, że „wszystkie odpowiedzi są w tobie”, więc w razie czego „znajdziesz w sobie siłę”. To filozofia, która czyni człowieka w pełni odpowiedzialnym za jego wszystkie sukcesy i porażki, lekceważąca w niebezpieczny sposób procesy społeczne, relacje międzyludzkie, pochodzenie, warunki bytowe, inne niezależne okoliczności. „Nie daj się wplątać”, „dostajesz to, na co się godzisz” to koszmar naszych czasów. Alkoholizm ma różnorodne, skomplikowane tło.

7. To o tym powinno się mówić w odniesieniu do „picia kobiet”, jeżeli już tak bardzo chcemy uczynić akurat to tematem kampanii. Mówić ze zrozumieniem. Bo nigdy, ale to nigdy nie należy zapominać, że uzależnienie jest symptomem. Samo trzymanie nałogu na wodzy niewiele pomoże, jeśli nie wyeliminujemy lub nie ograniczymy wpływu pierwotnych jego przyczyn. Tak, PARPA od kilku ładnych lat sygnalizuje powody (i jest ich więcej niż 10), czemu kobiety (o przeróżnym statusie materialnym i kapitale społecznym) coraz częściej spożywają alkohol w niebezpiecznych dla nich ilościach. Pogadajmy o tym, gdzie i jak mogą szukać pomocy, zanim spadną na nie dodatkowo skutki uzależnienia.

8. Język tej kampanii po prostu zastrasza. Powoduje dodatkową traumę u osób, które faktycznie doświadczyły przemocy domowej. To niestety świadczy o kosmicznej bezmyślności. I słuszność ma Maja Staśko, poddając w wątpliwość, czy przy tworzeniu spotów wzięto pod uwagę zdanie terapeutów uzależnień i dla ofiar przemocy. Jest milion lepszych sposobów na to, żeby zobrazować tezę „alkohol bywa zdradliwy”.

9. Użyte w filmikach przykłady są chybione. „Jesteś słaba”, „zabiorę ci dzieci”, „do niczego się nie nadajesz” – to kwestie, które prędzej usłyszymy od przemocowego partnera niż od poddanego personalizacji „alkoholu”. Jeśli już tak bardzo chcemy trzymać się tego chwytu – pokażmy, jak kusi: ze mną poczujesz się odważniejsza, od wszystkiego się oderwiesz. Ze mną twoje życie nie będzie już gówniane, zniknie poczucie braku. Ze mną staniesz się królową życia! Gdyby ten nasz „pan alkohol” odstraszał od siebie na wejściu, jak czyni to aktor na filmiku, zamiast dawać chwilową ulgę, nikt by się nigdy odeń nie uzależnił.

10. Cała ta kampania to jedno wielkie pomieszanie przyczyn i skutków, które niestety prowadzi do znanego, ogranego refrenu: mądra, szanująca się panienka, kobieta z klasą, świadoma zagrożeń „nie pozwala sobie”, „nie dopuszcza” do pewnych sytuacji, ma „pod kontrolą”. I w efekcie wygrywa. Nikt nie przypnie jej już łatki. No nie, kochani copywriterzy, to wszystko niestety aż tak prosto nie działa.

Kobiety lewicy

Budującą wiadomością jest fakt, że w najbliższych wyborach samorządowych Sojusz Lewicy Demokratycznej postanowił przystąpić do koalicji z Inicjatywą Feministyczną.

 

To w jej działaczkach oraz działaczkach Forum Równych Szans i Praw Kobiet upatruję nadziei na silny blok kobiet w najbliższej kadencji Sejmu.

 

Czego nam trzeba?

Zacznę od osobistej refleksji: z Kongresem Kobiet mam niejaki problem. Mój problem polega głównie na tym, że od lat impreza ta kojarzona jest gównie ze środowiskiem neoliberalnym i wśród krytyków oraz krytyczek nazywana jest „kongresem bogatych kobiet”. Jego twarzą niezmiennie jest Henryka Bochniarz, swego czasu piewczyni umów cywilnoprawnych, osoba dyplomatycznie rzecz traktując nie będąca ulubienicą aktywistek walczących o prawa pracownicze. U jej boku stoi zwykle prof. Magdalena Środa – ceniona przez środowisko akademickie i w warstwie światopoglądowej feministka pełną gębą, lecz również kojarzona z neoliberalnymi poglądami (jak się okazuje po awanturze z ochroniarkami, która przetoczyła się przez media – skojarzenia te okazały się najzupełniej prawidłowe).
Od jakiegoś czasu jednak – i dało się to zaobserwować podczas X, jubileuszowego Kongresu w Łodzi – na wydarzeniu pojawiają się kobiety reprezentujące różne środowiska, niekoniecznie związane z Platformą Obywatelską czy przedsiębiorczynie, albo też pierwsze damy, co także traktować można w kategoriach przywileju (Jolanta Kwaśniewska, Anna Komorowska).
W tym roku w Łodzi zobaczyć na kongresie można było Manuelę Gretkowską, założycielkę najpierw Partii Kobiet, a potem Inicjatywy Feministycznej, a także Martę Lempart, zasłużoną dla rozwoju edukacji seksualnej w Polsce, liderkę Ogólnopolskiego Strajku Kobietznaną z Czarnych Protestów.
Zaproszono również Oxanę Lytvynenko – Ukrainkę z Torunia, która podczas ostatniego Czarnego Piątku w Warszawie zabrała głos w sprawie dyskryminacji. „Kobiety, obcokrajowcy, ateiści są w Polsce dyskryminowani. Moje dziecko boi się zadzwonić do mnie w autobusie i mówić w naszym języku” – mówiła w Warszawie, a w Łodzi mówiła: „Jestem Ukrainką i chcę powiedzieć, że z Ukraińcami nie trzeba sobie radzić. Radzić trzeba sobie z ksenofobią. Z tym będę walczyć i proszę o wsparcie, bo to służy Polsce”.
Pojawiła się również Iwona Hartwich – uznana za liderkę sejmowego protestu rodziców i opiekunów niepełnosprawnych. Ona z kolei opowiedziała o okupacji Sejmu:
„Wszyscy już chyba wiedzą, że PiS kłamie. Powiedziano, że wielokrotnym gościem na spotkaniach naszych i strony rządowej był premier Morawiecki. To nie jest prawda”.
To cenne twarze, które pozwoliły kongresowi nieco „zejść na ziemię” i otworzyć się na wyborczynie z różnych kręgów społecznych – również tych „niewidzialnych” dla organizatorek z klasy średniej. Tak właśnie widzę platformę porozumienia kobiet lewicy w Polsce. Główne postulaty, pod którymi ja osobiście podpisałabym się głosem wrzuconym do urny to:
• zapobieganie ubóstwu kobiet, aktywizacja zawodowa, walka z bezrobociem
• walka ze stereotypami dotyczącymi ról płciowych, edukacja równościowa, antydyskryminacyjna, rzetelna edukacja seksualna
• liberalizacja prawa aborcyjnego
• włączenie do emerytury nieodpłatnej pracy kobiet w domu
• wprowadzenie programów opieki zdrowotnej dedykowanych kobietom
• wspieranie firm przyjaznych matkom

 

W czyjej to jest mocy?

Inicjatywa Feministyczna – powstała w 2007 na „gruzach” Partii Kobiet. Jej inicjatorką jest Manuela Gretkowska, współtworzył ją również Wiktor Osiatyński. Inicjatywa łączy (co według mnie jest ogromną zaletą) dwie frakcje: społeczną i liberalną. Należy odnotować, że kładzie nacisk na pomoc samotnym matkom, ofiarom gwałtu, domaga się pełnej refundacji antykoncepcji.
W tej chwili znalazła się w koalicji SLD Lewica Razem.
Postulaty Inicjatywy idą w parze z postulatami Forum Równych Szans i Praw Kobiet. Tu wyróżniającymi się postaciami działaczek niewątpliwe są przewodnicząca Małgorzata Niewiadomska-Cudak oraz Anna Mackiewicz.
Pierwsza z nich specjalizuje się w lokalnej partycypacji wyborczej kobiet – bez oddolnej ich aktywizacji trudno mówić o kształtowaniu skutecznej polityki prokobiecej. Pani prof. Niewiadomska-Cudak jako wiceprzewodnicząca Rady Miasta działa na terenie Łodzi i jej aglomeracji: wyciąga z cienia kobiety, które zajmują się ciekawymi inicjatywami (vide wydarzenie „Kobieta niezwykła”), wyciąga rękę do tych, które potrzebują wsparcia od samorządu („Łodzianka w potrzebie”). Zorganizowała na euro 2012 lokalną strefę kibicki, ale również z okazji 100-lecia uzyskania praw wyborczych wyszła z inicjatywą, aby łódzkie ulice nazywać kobiecymi imionami i nazwiskami.
Pani Anna Mackiewicz, działaczka bydgoskiego SLD i – jak donoszą media – kandydatka na prezydenta miasta, z którą miałam przyjemność robić nawet wywiad dla „Dziennika Trybuna”, również lokalnie zajmuje się problemami kobiet, ale zna też od podszewki problemy nauczycieli (sama uczy matematyki). Działa w ZNP, ale też prowadziła liczne warsztaty dotyczące praw kobiet i samorządności.
Na naszym terenie, na Mazowszu, mamy Katarzynę Piekarską, która mogłaby być twarzą kobiecego ruchu w Warszawie. Od lat sprzeciwia się ograniczaniu praw kobiet przez PiS. Tu ciekawostka – sama była pacjentką prof. Chazana i ma z nim negatywne doświadczenia.
Do „zagospodarowania” jest też w Warszawie rzeczniczka SLD Anna Maria Żukowska.
Forum Równych Szans i Praw Kobiet ma też wiele innych zasłużonych działaczek z regionów. Kiedy połączy siły z Inicjatywą Feministyczną, rzeczywiście kobiecy głos ma szansę przebić się w parlamencie.

 

Kto jeszcze?

Z cennych postaci kobiet aktywnie angażujących się w sprawy lewicy, mogę wymienić przede wszystkim znane nazwiska, które znam z działalności w Warszawie. Z pewnością z korzyścią dla SLD byłoby nawiązać współpracę z Barbarą Nowacką (choć ona zdaje się jest bardziej zaangażowana we współdziałanie z nowym kołem poselskim Ryszarda Petru: Liberalno-Społeczni). Razem zamierzają zbierać podpisy pod ustawą o świeckim państwie. Dalej jest Agata Nosal-Ikonowicz z Ruchu Sprawiedliwości Społecznej i niezastąpiona Ewa Andruszkiewicz ze społecznej rady działającej przy komisji reprywatyzacyjnej w Warszawie, wieloletnia dziennikarka i działaczka społeczna. Kobiety Razem z Sojuszem tworzą koalicje regionalne, w Warszawie jednak niekoniecznie. Z pewnością jednak na obszarze praw kobiet łakomym kąskiem do pozyskania są Justyna Samolińska i Agnieszka Dziemianowicz-Bąk.
Niniejszy tekst stanowił wstęp do dyskusji podczas spotkania Klubu Miłośników Prasy Lewicowej w Łodzi 25 czerwca 2018, na który zostałam zaproszona.