Nie jestem specjalistą od marzeń

– Nie uważam się za kogoś wyjątkowego, ale za kogoś, kto dysponuje czymś tak zdumiewającym i wspaniałym, jak jedno jedyne niepowtarzalne życie. Nawet życie byle jakie jest ciekawe, jeśli spojrzeć na nie głębiej. O byle jakim życiu można opowiadać interesujące historie, czasem ciekawsze niż o niejednym tzw. życiu interesującym – z Janem Nowickim rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Czy odpowie Pan na wszystkie moje pytania i nie ochrzani mnie Pan, jeśli zadam nieśmiertelne pytanie o kobiety?
Jeśli decyduję się na rozmowę, to nie uznaję żadnego tabu. Nie ma tematów, których nie można poruszyć. Poza tym nie sądzę, by moje życie, czy to co robię, zasługiwało na jakąś szczególną uwagę. Żyję jak normalny człowiek.
Jest Pan skromny, ale jednak miał Pan życie ponadprzeciętnie barwne…
Myślę, że nie ma na świecie człowieka, który by nie zasługiwał na książkę o sobie, przez niego czy przez kogoś innego napisaną. Jest tylko kwestia czy pojawi się ochota, by ją napisać. Naprawdę nie uważam się za kogoś wyjątkowego, ale za kogoś, kto dysponuje czymś tak zdumiewającym i wspaniałym, jak jedno jedyne niepowtarzalne życie. Nawet życie byle jakie jest ciekawe, jeśli spojrzeć na nie głębiej. O byle jakim życiu można opowiadać interesujące historie, czasem ciekawsze niż o niejednym tzw. życiu interesującym. A zatem wal pan, tym bardziej, że nie wygląda pan na jakie ścierwo dziennikarskie, które szuka bzdetów dla gawiedzi. Przestrzegam tylko, że wywiad, zwłaszcza z aktorem, jest poniekąd autokreacją. Zresztą, mówienie stuprocentowej prawdy jest niemal niemożliwe. Zawsze bowiem chcemy pokazać się powyżej naszej rzeczywistej wartości. Często pytają mnie, czy to co mówię, jest prawdą. Cóż za niemądre pytanie! Gdyby wszyscy mówili tylko prawdę, świat byłby szary, nudny i głupi.
Znany jest Pan z prowokujących wypowiedzi, w tym m.in. z bardzo krytycznych, sceptycznych, szyderczych, a nawet lekceważących osądów na temat Pana zawodu – profesji aktorskiej. Tymczasem zagrał Pan w zrealizowanym przez Jacka Bławuta w Domu Aktora Weterana w Skolimowie filmie „Jeszcze nie wieczór”, o starych aktorach. Czy zmienił się Pana stosunek do tego zawodu?
Nie, nie zmienił się, przy czym zaznaczam, że to są moje indywidualne, prywatne oceny, nie pretendujące do rangi jakich prawd o aktorstwie w ogóle. Mam do tego zawodu stosunek podwójny. Z jednej strony jestem przepełniony miłością i szacunkiem do niego, a z drugiej czuję pogardę. To jeden z najpiękniejszych zawodów, a przy tym ulotny i niepoważny. Szczególnie piękne jest aktorstwo teatralne i role, które jawią się w jeden wieczór i znikają. Osobliwe w tym zawodzie jest to, że uprawiają go często z powodzeniem ludzie bardzo nieciekawi prywatnie, nawet czasem zupełne głupki. Jednak liczy się wartość, którą odbiera widz. Nieważne, że aktor grający mędrca jest durniem, a tego, który gra herosów, żona posyła po kartofle na targ. Ciekawe jest też to, że są aktorzy za młodu nieznośni, którzy do wybitności dochodzą wraz ze starością, jak n.p. Jan Świderski czy Zdzisław Kozień. To są aktorzy drugiej połowy życia. Bywa też odwrotnie, ale rzadziej. Ciekawią mnie starzy aktorzy, którzy walczą ze słabościami swojego ciała na oczach widzów. To jest ból, czyli cena którą płacą, a pamiętajmy, że to zawód, w którym nasze ciało jest naszym warsztatem pracy.
Czy aktorzy młodego pokolenia też płacą tak wysoką cenę?
Nie, na ogół jest ona niewielka, bo jakąś cenę można płacić grając w sitcomie, albo nawet w teatrze według dzisiejszego trybu? Mówię to, choć nie lekceważę sitcomów. Ale to nie to samo, co przez 13 lat grać, jak ja, Stawrogina w „Biesach”, czy przez 8 lat Rogożyna w „Nastazji Filipownej”, czyli „Idiocie”. Żeby to wytrzymać trzeba zaprzedać duszę diabłu. Dlatego kiedy swego czasu Jerzy Grzegorzewski zaproponował mi rolę Gustawa-Konrada w „Dziadach”, to odmówiłem. Nie z braku wiary w siebie, ale dlatego, że nie chciałem przez rok, trzy czy pięć, żyć życiem Gustawa-Konrada. Nie miałem ochoty do śmierci chodzić po ulicach jako stary Gustaw-Konrad. Nie chciało mi się i tyle. Nie chcieć można równie namiętnie, jak chcieć.
Nie marzył Pan o żadnych rolach?
O żadnych. W ogóle nie jestem specjalistą od marzeń. Nie marzyłem nawet w młodo ci. Nie tylko o rolach. Nie jestem też specjalistą od miło ci, za którego mnie niektórzy mają. Kompletnie nie znam się na kobietach i nawet nie chcę się znać.
Można się znać na kobietach?
Można, jak na wszystkim, lepiej czy gorzej. Ale wracam do aktorstwa. Ja muszę mieć więcej uzasadnień do grania niż inni. Nie mam żywiołowego talentu Pszoniaka, Stuhra czy Ani Polony. Ja się wstydzę, że uprawiam ten zawód i często nawet buduję role na tej negacji i zawstydzeniu. Połowa mojej energii idzie na to, żeby grać, a połowa, żeby nie dać mu się sponiewierać. Jestem aktorem niewykorzystanych szans i bardzo dobrze. Mogę grać, a nie gram, bo nie chcę. Nie uważam, że spełnienie się, także w zawodzie, to jest największe szczęście. A już umieranie dla teatru, na scenie, uważam za kompletne nieporozumienie. Można umrzeć na kobiecie, w ogrodzie botanicznym, ale na zakurzonej scenie? Umieranie za aktorstwo jest równie idiotyczne, jak umieranie za ojczyznę.
Tadeusz Łomnicki, którego Pan podziwiał, umarł niemal na scenie…
Tadeusz to był gigant rangi światowej i po nim długo była pustka. Dopiero po nim była cała ta grupa zdolnych i fotogenicznych. Tak pozostało do dziś. On wyprzedzał epokę. Był niesamowicie pracowity i pokazywał, że jest to zawód twórczy.
Z tą swoją osobnością w zawodzie i nie identyfikowaniem się z nim do końca, przypomina mi Pan postać, którą zagrał Pan w „Popiołach” A. Wajdy, kapitana Wyganowskiego…
To był mój debiut filmowy. Strasznie się bałem tej roli. Byłem przekonany, że jak dyrektor mojego teatru zobaczy, jak ją źle zagrałem, to mnie wyrzuci. I kiedy na placu Szczepańskim w Krakowie spotkałem Jurka Skarżyńskiego i Krzysztofa Pendereckiego, którzy powiedzieli, że najbardziej podobały im się role Daniela Olbrychskiego i moja, to się popłakałem, bo pomyślałem, że kpią sobie ze mnie.
Niemożliwe…
Ależ tak. Jestem człowiekiem bardzo wstydliwym. Jak mnie kto komplementuje, to ja cierpię, bo wydaje mi się, że robi sobie ze mnie jaja. Kazio Kutz nazwał mnie nawet piczkiem wstydniczkiem czy jakoś tak.
A wygląda Pan na człowieka pewnego siebie, nawet z tupetem…
I to jest właśnie magia aktorstwa. Często jak aktor jest tupeciarz i cham, to gra płaczliwego Albina w „Ślubach panieńskich”, a jak jest delikatny i niepewny siebie, to świetnie mu wychodzi straszliwy Stawrogin. To cudowne w tym zawodzie móc żyć wielokrotnie. Można też umrzeć, a potem pójść na piwo. Można manipulować czasem.
Niedawno, który to już raz, widziałem Pana w powtórkach „Bariery” Jerzego Skolimowskiego, „Pana Wołodyjowskiego” Hoffmana czy w „Sanatorium pod Klepsydrą Wojciecha Hasa, jako młodego aktora. W filmie Jacka Bławuta zagrał Pan starego aktora, choć młodszego od większości pensjonariuszy Skolimowa…
A jakże, choć rolę tę miał grać Leon Niemczyk, ale mu się zmarło. Leon był wartością samą w sobie, wspaniałą postacią. Jest to więc kompletnie inna postać, bo ja miałem wtedy 68 lat, a Leon 82 lata. Wie pan, aktorstwo jest najłatwiejsze, gdy jest się dzieckiem lub starcem. Najbardziej trzeba się upieprzyć w średnim wieku, bo wtedy trzeba udowadniać, że jest się twórczym, że się nie powiela siebie samego. Przy okazji tych zdjęć w Skolimowie, gdzie zamieszkałem, napisałem tekst o moim spotkaniu ze swoim 15-letnim kutasem. Zatytułowałem go: „Rozmowa z ptakiem”. Dla „Playboya”.
Jak się Panu współpracowało ze starymi aktorami ze Skolimowa?
Początkowo nienawidziłem tych starych, zwłaszcza stare aktorki bywają nie do wytrzymania, ale z czasem pokochałem ich. Pięknie się też pracuje z Jackiem Bławutem, który cudownie rozumie tych ludzi, odnosi się do nich z wielką kulturą i czułością.
Dlaczego według Pana stare aktorki są nie do wytrzymania?
U kobiet starość jest trudniejsza niż u mężczyzn. Starzy mężczyźni bywają piękni, a kobiety rzadko. 70-letni John Wyane mógł mieć w „Rio Bravo” młodą kochankę z saloonu, ale czy mogło by być odwrotnie? Co nie znaczy, że nie cenię dojrzałych kobiet. One zaczynają być interesujące, gdy mają trudności w wyjściem z samochodu. Wzruszają mnie tym.
Mówiąc o życiu wyraża Pan często sprzeczne opinie, raz że jest ono za długie, a innym razem, że piękne i że chce Pan korzystać z jego uroków. To jak to jest?
I tak i tak. Każdy osąd jest prawdą. Życie jest zmienne, jak w kalejdoskopie. Wcale nie uważam, że celem każdego człowieka musi być szczęście. Czasem marzenie o nim jest ciekawsze niż spełnienie. Miłość spełniona jest jak wygodny fotel. A może czasem trzeba żyć w złości i wkurwieniu? Nie sądzę, by jedynym kryterium miało być banalne wyobrażenie o szczęściu.
Wróćmy do aktorstwa. Czy jednak nie zdarzyło się Panu zakochać w jakiejś roli lub w sobie samym w tej roli?
Ależ zdarzyło się. Pamiętam, jak w pałacu w Pszczynie kręciliśmy z Filipem Bajonem „Magnata”. Kiedyś popiliśmy. Byłem akurat w stroju księcia von Teuss, w pełnej charakteryzacji. W pewnym momencie odbiło mi i postanowiłem, że nie będę pił z hołotą i pójdę do jakiegoś hotelu, żeby tam wypić elegancko. Na szczęście przyłapał mnie przy wyjściu mój kolega, elektryk, który mnie nazwał „idiotą, który się wygłupia, gdy mu tu zapierdalamy” i pognał mnie won, z powrotem na górę.
Kogo najtrudniej zagrać?
Zwykłego człowieka. O wiele łatwiej jest zagrać króla czy premiera.
Podobno jest Pan aktorem opornym wobec reżyserów…
Nic podobnego. Ile ja się nawysługiwałem reżyserom, to ludzkie pojęcie przechodzi. Nigdy nie jest mi obojętny partner, najpierw zajmuję się nim, jestem pracowity i lojalny do obłędu. Potrafiłem po 12 godzin siedzieć w gównie, bo tak sobie życzył reżyser i nawet nie pisnąłem. Ale jak mi ktoś naciśnie na odcisk, na moją pracę, to go zajebię.
Powiedział Pan kiedyś, że najbardziej ceni Pan pisarstwo? Dlaczego?
To najbardziej boskie zajęcie. Siedzi się nad białą kartką i tworzy światy.
Pan też pisał.
Felietony. Różne, n.p. o wróblach.
Ma Pan też na koncie kilka książek, n.p. „Listy do pana Piotra”, skierowane do Piotra Skrzyneckiego…
Ale to trudno nazwać książkami. Pisałem teksty piosenek, do których muzykę układali Konieczny czy Preisner, ale oni umieli by skomponować muzykę nawet do książki telefonicznej. Prawdziwe książki piszą prawdziwi pisarze. Jak Wiesław Myśliwski, którego ogromnie cenię, dlatego mnie rozśmieszyło i zirytowało jednocześnie, gdy usłyszałem od młodego człowieka, że „teraz tak się nie pisze”. Cóż za głupota piramidalna! To w takim razie można by to samo powiedzieć o Dostojewskim, Tołstoju czy Mannie. A przecież najwspanialsza w pisarstwie jest sztuka opowiadania. Kocham czytanie, bo to jest akt twórczy. Przy kolejnych lekturach tej samej książki można odkrywać nowe jakości. N.p. ostatnio odebrałem „Annę Kareninę” jako powieść satyryczną.
Jaką literaturę czyta Pan najczęściej?
Co popadnie, dobrą literaturę, od Sasa do Lasa. Nie jestem przecież jakim pieprzonym filologiem, który „ma gusta”.
Był Pan od dawien dawna związany z Krakowem. Czy dużo jeszcze ocalało z tej specyficznej krakowskości?
Ja tam byłem i jestem przybyszem. Zawsze i wszędzie byłem przybyszem. Urodziłem się w Kowalu i tam chcę być pochowany. Całe życie pędziłem przez świat – zawodowo głównie, nie turystycznie. Lubię wędrować, wypić w podróży flaszkę, zjeść żurek. I nie być autorytetem. A co do Krakowa, to trochę się z niego zachowało. Nawet na największym lumpie stare mury robią wrażenie. Trudniej być chamem na Floriańskiej niż w Nowej Hucie czy na Ursynowie. Ale z drugiej strony, Kraków to wampir, który wysysa krew. Inaczej też każe traktować czas. Warszawa, to dziki pęd, a Kraków – wieczny sen, mgła na Plantach. Są tam domy, do których nie można wejść bez referencji, bez zasługi. Tam się nie ceni gwiazd bez dokonań.
Wspomniałem wcześniej o Pana roli Józefa w „Sanatorium pod Klepsydrą” Hasa. Odnoszę wrażenie, że także ta rola definiuje Pana metaforycznie. Ten Józef, trochę dorosły, trochę dziecko, przemykający pod łóżkami, przez krainę czarów, przymierzający strażacki hełm i z zaciekawieniem dziecka obserwujący egzystencję, to trochę jakby Pan…

Skoro pan to tak widzi, to niech będzie, okej. A na koniec powiem panu, że jestem stary i muszę trochę odpocząć, bo ostatnimi czasy za dużo wziąłem na sztangę. Ale czasem muszę popracować, bo mam swoje potrzeby. Żyję w Polsce i nie mogę udawać Marlona Brando.
Dziękuję za rozmowę.

JAN NOWICKI – ur. 5 listopada 1939 roku w Kowalu k. Włocławka, od 1965 roku związany był z Teatrem Starym w Krakowie, gdzie stworzył wiele pamiętnych kreacji, w tym m.in. Wielkiego Księcia Konstantego w „Nocy listopadowej” St. Wyspiańskiego, Stawrogina w „Biesach” F. Dostojewskiego, czy Rogożyna w „Nastazji Filipownej” wg „Idioty” Dostojewskiego, w reżyserii A. Wajdy. Poza licznymi rolami w teatrze telewizji, m.in. w „Pogardzie” wg A. Moravia w reż. A. Wajdy czy w „Szalbierzu” wg G. Spirő w reż. T. Wiszniewskiego, zagrał także w wielu filmach, m.in. kapitana Wyganowskiego w „Popiołach” A. Wajdy, w „Barierze” J. Skolimowskiego, Ketlinga w „Panu Wołodyjowskim” J. Hoffmana, Józefa w „Sanatorium pod Klepsydrą” W.J. Hasa czy tytułową rolę w „Wielkim Szu” S. Chęcińskiego. Czarująca indywidualność, wybitny aktor nazywający sam siebie „średnim”, znany z dystansu do świata i do uprawianego zawodu. W jednym z wywiadów mówił: „Wielokrotnie łapałem się na tym, że propozycje zagrania wielkich ról traktowałem jak zagrożenie mojej wolności. Bo musiałbym gdzieś jeździć, brodę przylepiać, kanclerza grać. A nie chce mi się”

Walka kobiet trwa

Kobiety, które wzięły udział w Manifach 7 i 8 marca, pokazały, że nie odpuszczą walki z dyskryminacją w miejscu pracy, krzywdzącymi stereotypami czy o dostęp do aborcji. Ale pokazały też, że nie godzą się na kapitalistyczny wyzysk i chcą przeciwdziałać katastrofie klimatycznej.

Kapitalizm, który krzywdzi większość ludzi na ziemi, ale uderza w kobiety jeszcze silniej niż w mężczyzn, klimat, który na naszych oczach zmienia się w zastraszający sposób – to były wielkie tematy tegorocznych Manif. A równocześnie powracały tematy stare, ale w rządzonej przez prawicę Polsce ciągle – niestety! – aktualne: równość płac na analogicznych stanowiskach, ochrona kobiet przed przemocą, dostęp do aborcji i antykoncepcji, krzywdzące stereotypy rozpowszechniane przez prawicę i Kościół.

– Katastrofa klimatyczna nie spadnie na wszystkich po równo. W pierwszej kolejności będą cierpiały osoby nieheteronormatywne, ubogie, z niepełnosprawnościami, niebiałe, a nie szefowie korporacji, którzy sprowadzili na nas katastrofę. Dlatego potrzebujemy działać razem wszędzie tam, gdzie nie dotarł przywilej. Walka o sprawiedliwość klimatyczna to jest, była i będzie walka polityczna. I jest powiązana z innymi ruchami emancypacyjnymi. Wspólnymi siłami, oddolnie budujemy ruch oporu przeciwko wyzyskowi planety i ludzi – powiedziała przedstawicielka Obozu dla Klimatu w pierwszym przemówieniu podczas XXI Warszawskiej Manify 8 marca. Słuchało jej ponad 8 tys. kobiet i mężczyzn wspierający je w walce o prawdziwą równość. Nie zabrakło lewicowych parlamentarzystek. Niegdyś walczące o prawa kobiet na manifestacjach i w organizacjach równościowych, teraz mają szansę artykułować te postulaty na sali sejmowej.

Kapitalizm nie kocha kobiet

Główne hasło całego przemarszu brzmiało „Feminizm dla klimatu, klimat na antykapitalizm”. Organizatorki dotrzymały słowa: podczas demonstracji oddano głos kobietom, których problemy na co dzień są ignorowane przez polityków. Przemawiała m.in. niepełnosprawna Agnieszka oraz Maria Dębińska, przedstawicielka związku zawodowego Inicjatywa Pracownicza.
– To kobiety częściej wykonują pracę na umowach śmieciowych albo w sektorze nieformalnym, a ich warunków zatrudnienia nie reguluje kodeks pracy. To one pierwsze stracą pracę w przypadku kryzysu gospodarczego wywołanego zmianami klimatu – przypomniała aktywistka. I wskazywała kolejne obszary „sprawiedliwego wolnego rynku”, na których kobiety wciąż spotyka krzywda: – To kobiety częściej wykonują płatną i nieodpłatną pracę opiekuńczą, sprzątając, opiekując się dziećmi i osobami starszymi, w miejscach pracy niedostosowanych do wzrostu temperatur. To kobiety są dyskryminowane na rynku pracy. Dlatego to one są bardziej zależne od lokalnych gospodarek, dewastowanych przez zmiany klimatyczne. To kobiety mniej zarabiają, to one bardziej odczują kryzys gospodarczy i wzrost cen żywności.

Solidarność dyskryminowanych

Podczas demonstracji w Gdańsku eksponowano baner z napisem: „Kapitalizm zabija – socjalizm rozwija”. Bardzo aktualne – niestety! – były również hasła sprzeciwu wobec przemocy skierowanej w kobiety.
Manifestem trójmiejskiej Manify było czternaście opracowanych już w 2018 r. punktów, rozpoczynających się od „Brońmy Konstytucji! Ratujmy Kobiety!”, obejmujących walkę o prawa reprodukcyjne, przeciw dyskryminacji, przemocy, za równymi wynagrodzeniami Solidaryzowano się z innymi mniejszościami, które w Polsce narażona są na krzywdę – były tęczowe flagi LGBT i hasła przeciw przemocy uderzającej w mniejszości etniczne czy migrantów.

Duże wrażenie robiła Manifa łódzka. Zgromadzenie pod hasłem połączenia wszystkich walk (o dostęp do aborcji, o pełne równouprawnienie, przeciwko nacjonalizmowi, przeciwko symbiozie państwa i Kościoła, o sprawiedliwość społeczną) w pewnym momencie spowił czerwony dym. Tak o swojej determinacji przypomniały antyfaszystki i anarchistki z miasta o wielkiej historii walk społecznych, w których kobiety zawsze były na pierwszej linii.

Biedroń z kobietami

Kandydat Lewicy w wyborach prezydenckich Robert Biedroń wyraził podziw dla kobiet walczących o swoje prawa już w przeddzień święta kobiet, 7 marca, podczas prezentacji lewicowego projektu ustawy o dostępności przerywania ciąży oraz o edukacji seksualnej (pisaliśmy o nim w poprzednim numerze „Dziennika Trybuna”). 8 marca demonstrował w Krakowie, razem z posłem Maciejem Gdulą i tysiącami kobiet, pod hasłem „Cześć i chwała bohaterkom”. Tam również postulaty zgody na legalną aborcję przeplatały się z żądaniami natury socjalnej.
– Żądamy godnego wynagradzania pracy opiekuńczej i traktowania jej na równi z innymi rodzajami pracy! Skutecznego ścigania dłużników alimentacyjnych! Dostępności publicznych żłobków i przedszkoli – zapisano w manifeście odczytanym na początku wydarzenia.
Krakowskim demonstrantkom starali się przeszkodzić antykobiecy działacze z jednej z grup antyaborcyjnych. Ich pikieta ustawiła się w niewielkiej – mniejszej, niż przewiduje prawo – odległości od przemarszu, przeciw któremu protestowali, eksponowała krwawe plakaty, a wygłaszane przez feministki przemówienia były zakłócane przez głośne nagranie płaczu dziecka. Organizatorki wydarzenia zachęcają, by wysyłać oficjalne skargi na bezczynną policję.

Manify odbyły się w 2020 r. również we Wrocławiu, w Kielcach, Opolu, Lublinie, Toruniu, Bydgoszczy, Katowicach, historycznie po raz pierwszy w Niepołomicach, zaś na 14 marca planowane jest wydarzenie rzeszowskie.

Skończyć z piekłem kobiet

Lewica spełniła kolejną obietnicę z kampanii wyborczej. Zapowiadała projekt ustawy liberalizującej dostęp do przerywania ciąży – projekt powstał. Posłanki zaprezentowały go 7 marca wspólnie z kandydatem na prezydenta Robertem Biedroniem.

W przededniu Dnia Kobiet Lewica przedstawiła zapowiadany projekt ustawy o dostępie do antykoncepcji i aborcji. Przerywanie ciąży miałoby być dostępne na życzenie do 12 tygodnia, w szczególnych przypadkach także później. W myśl ustawy środki zapobiegające zapłodnieniu miałyby natomiast bez wyjątku być sprzedawane bez recepty. To rozwiązania, które w rozwiniętych państwach zachodnich – a przecież nieustannie słyszymy, że Polska jest częścią cywilizacji zachodnioeuropejskiej – nie budzą już kontrowersji w głównym politycznym nurcie. Nad Wisłą prawica nadal jest skłonna przedstawiać je bardziej jako katastrofę i zagrożenie. Generuje lęki, uprzedzenia i antykobiece stereotypy, wcale nie kierując się społecznymi oczekiwaniami. W sondażu, jaki na temat aborcji przeprowadził w marcu IPSOS, 53 proc. ankietowanych było za prawem kobiet do aborcji na życzenie do 12. tygodnia ciąży (wśród samych kobiet – 57 proc.). Przeciwnych było 35 proc. odpowiadających.

Podobnie 57 proc. ankietowanych w 2017 r. wyraziło w badaniu IPSOS przekonanie, że antykoncepcja po stosunku powinna być ponownie dostępna bez recepty. Tak, jak w niemal całej Europie, poza Polską i Węgrami.

Antykoncepcja, aborcja, edukacja

Ale Lewica chce nie tylko zagwarantować kobietom prawo do decydowania o własnym ciele. Zamierza wyposażyć wszystkich obywateli w wiedzę o seksualności i prokreacji, umożliwiając w pełni świadome planowanie rodziny i prowadzenie bezpiecznego życia seksualnego. I nie chodzi o zajęcia, które były koszmarem wielu Polaków, utrwalające płciowe stereotypy oraz postawy transfobiczne i homofobiczne, wciskające do głów jeden słuszny katolicki światopogląd.

– Koniec z piekłem kobiet! Polki i Polacy zasługują na rzetelną edukację seksualną. Obecna ustawa nie reguluję wszystkich kwestii, a wręcz ogranicza prawa kobiet. Czas wprowadzić przepisy w państwie, które wprowadzą normalność, które będą chroniły i broniły praw kobiet. Lewica chce refundacji testów PAPPA dla wszystkich i legalnej aborcji do 12 tygodnia ciąży. Czas zapewnić Polkom pełnię praw! – podsumowała wszystkie cele ustawy posłanka Anna Maria Żukowska.

Prawicowi hipokryci

Działaczka SLD, posłanka i członkini Parlamentarnego Zespołu Praw Kobiet, Joanna Senyszyn, jasno wytłumaczyła, że sprawy edukacji seksualnej, antykoncepcji i aborcji są ze sobą nierozerwalnie powiązane. Wynika to ze zwykłej logiki.

– Liczba aborcji w Polsce może się zmniejszyć tylko wtedy, jeżeli będzie rzetelna edukacja seksualna oraz dostępność antykoncepcji – przekonywała. – Ustawa z 1993 roku zepchnęła tylko 100 tys., lub nawet więcej aborcji, do podziemia – jest to wyraz niezwykłej hipokryzji katoprawicy, ponieważ im naprawdę nie chodzi o zmniejszenie liczby aborcji i również próba zaostrzenia ustawy jest jedynie próbą likwidacji tych 2 tysięcy legalnych aborcji, natomiast nikt nie myśli o tym, żeby zmniejszyć ogólną liczbę aborcji i to jest dopiero w naszym projekcie – podsumowała parlamentarzystka z Gdyni.

Sojusznik kobiet

Posłanki Lewicy przypomniały również, że tylko jeden z kandydatów w wyborach prezydenckich jest skłonny podpisać taką ustawę.
Prawa kobiet i dostępność aborcji to jedna ze spraw, w których Robert Biedroń reprezentuje stanowisko radykalnie odmienne od konkurentów i konkurentki, wszystkich mniej lub bardziej prawicowych, konserwatywnych, katolickich. Tylko Biedroń deklaruje, że podpisałby ustawę w takiej postaci, jak proponuje Lewica. Po innych można się raczej spodziewać chowania głowy w piasek lub wręcz dodatkowego uderzenia w kobiety – wszak Andrzej Duda sugerował, że gdyby dostarczono mu na biurko ustawę kasującą prawo do aborcji z uwagi na bardzo poważne uszkodzenie płodu, to ze spokojnym katolickim sumieniem by ją podpisał.

O tym też przypomniał Robert Biedroń. – Polska prawica, która startuje dziś w wyborach jest zjednoczona. Jednoczy ich jedno: albo chcą utrzymać ten niesprawiedliwy kompromis, albo zaostrzyć ustawę antyaborcyjną – zauważył. – Obecnie obowiązujące prawo dotyczące aborcji jest jednym z najbardziej drakońskich praw w Europie. Polska jest dzisiaj jednym z niewielu krajów na świecie, w którym obowiązuje aż tak bardzo restrykcyjne prawo dotyczące przerywania ciąży. W Europie są tylko trzy kraje, które zakazują aborcji bardziej niż w Polsce. To San Marino, Malta i Watykan – zakończył zestawieniem, z którego można łatwo wywnioskować, kto buduje piekło kobiet, z jakim chce walczyć Lewica.

Chwała bohaterkom

One jednak nie dają się zastraszyć.

– Dziękuję kobietom, które od lat wychodzą na ulice protestować przeciwko jednemu z najbardziej drakońskich praw, to piekło kobietom zgotowali mężczyźni! – powiedział Robert Biedroń.

Parlamentarzystki Lewicy wiedzą doskonale, że walka będzie trwała jeszcze przez pewien czas. W obecnym parlamencie ustawa nie ma praktycznie szans na akceptację i w klubie Lewicy nie mogą nie zdawać sobie z tego sprawy. Z drugiej strony wiedzą równie dobrze, jak kończy się oddawanie prawicy pola, pozwalanie jej na swobodne kształtowanie języka i wyobraźni społecznej. Wystarczy już, że zwolennicy zmuszania kobiet do rodzenia w każdych okolicznościach, niezależnie od ich woli i nawet niezależnie od stanu ich zdrowia, nazywani są środowiskami występującymi „za życiem”. Nie ma też żadnej gwarancji, że środowiska te nie zaczną ponownie naciskać na PiS, by znowu zajął się tematem aborcji.
O tym właśnie mówiła posłanka Marcelina Zawisza.

– To, że Polską rządzi dziś prawica, nie zwalnia nas z obowiązku walki o podstawowe prawa kobiet. Obowiązujące dziś rozwiązania uderzają bezpośrednio w życie i zdrowie polskich kobiet. Mamy najbardziej nieludzkie prawo antyaborcyjne w Europie, a prawicowi fanatycy próbują doprowadzić do jego dalszego zaostrzenia. Widać już jasno, że nawet jeśli raz udało się ich powstrzymać, to groźba może powrócić – ostrzegała. Na konwencji Lewicy przed wyborami działaczka Lewicy Razem zapowiadała, że będzie posłanką sprawozdawczynią projektu liberalizującego dostęp do aborcji. Słowa dotrzymała – obok niej odpowiedzialność za projekt biorą Anna Maria Żukowska i Katarzyna Kotula.

– Nawet jeśli konserwatywna większość w polskim parlamencie będzie chciała kolejny raz zatrzymać projekt wprowadzający europejskie standardy do Polski, musimy dalej walczyć. I będziemy to robić tak długo, jak będzie to potrzebne. Praw kobiet w Polsce nie da się wyrzucić do śmietnika! – podsumowała Zawisza.

Kobiety mają serce po lewej stronie

Potwierdzeniem jej słów są manify, które odbywają się w kilkunastu polskich miastach 7 i 8 marca. Co krzepiące i znamienne, ich uczestniczki nie zamykają się wyłącznie w katalogu spraw „ściśle kobiecych” czy nawet ściśle dotyczących praw człowieka. Na demonstracji w Warszawie z niektórych transparentów dało się wyczytać hasła antykapitalistyczne czy wyrazy niepokoju z powodu globalnych zmian klimatycznych. Wszystkie te sprawy łączą się ze sobą i aktywne politycznie kobiety z sercem po lewej stronie to rozumieją.

Na koniec znowu sondaż IPSOS. Gdyby polski Sejm wybierały same obywatelki, silniejszą niż dziś pozycję miałaby w nim opozycja (176 mandatów KO i 54 Lewicy), słabszą – PiS (221 miejsc), zaś prawicowych ekstremistów z Konfederacji nie byłoby w nim wcale. To mężczyźni okazują się znacznie podatniejsi na kręcony przez prawicę „lęk przed LGBT” . Kobiety myślą praktycznie – obawiają się zmian klimatu oraz martwi je stan polskiej służby zdrowia. A jednak to one słyszą nieustannie od mężczyzn, że nie myślą racjonalnie i dlatego pewne prawa muszą im być ograniczane. Czas to zmienić.

Do Pań

Z okazji zbliżającego się Dnia Kobiet przytaczam moje wspomnienia z pracy w Polsce Ludowej.

Pracowałam w latach 1977 – 1983 w centrali handlu zagranicznego „Remex” w Warszawie. Byłam kierowniczką działu, liczącego 19 osób, większość pracowników to były kobiety. Dwie panie urodziły wówczas dzieci.

Jedna z pań otrzymała po urodzeniu swego dziecka zgodę kierownictwa firmy na wychodzenie z biura na jedną godzinę dziennie, aby móc nakarmić dziecko piersią, bez konieczności odpracowywania tego czasu a historię drugiej mojej koleżanki biurowej opiszę poniżej, bo była bardziej skomplikowana.

To była kobieta, około czterdziestu lat i żle znosiła okres ciążowy. Miała takie niepisane przyzwolenie, aby do pracy przychodzić póżniej. My zaczynaliśmy pracę o 7 30 a ona przychodziła około godziny dziewiątej.
Pewnego dnia, zaraz po przyjściu, oznajmiła mi, że o godzinie dwunastej musi wyjść do dentysty. Zwróciłam jej wtedy uwagę, że rozumiem, że z powodu trudnej ciąży regularnie się spóżnia, ale przecież do stomatologa może pójść po pracy.

Wpadła w histerię. Zaczęła strasznie płakać i poszła do sekretarza partii na skargę na mnie. Sekretarzem podstawowej organizacji PZPR była kobieta.
Pani sekretarz zorganizowała w tej sprawie naradę. Był dyrektor naczelny, dyrektor biura, przewodnicząca branżowych związków zawodowych, i my obydwie. Wzięto pod uwagę rację i jej i moją. Ona mogła przychodzić do pracy, tak, jak pozwalało jej na to samopoczucie i pracować w zwolnionym tempie a mnie przydzielono dodatkowego pracownika, aby dział mógł wykonać w terminie swoje zobowiązania.

Szanowne Panie Feministki!

Nie afiszujcie się z hasłami „martwa nie urodzę”, bo to wygląda jak skamlenie o litość rządzących i biskupów.

Zapoznajcie się z prawami, jakie kobietom nadała Polska Rzeczpospolita Ludowa i domagajcie się takich samych praw.

PZPR wykazywała szczególną troskę o bezpieczeństwo kobiet, które oczekiwały potomstwa, państwo zapewniało bardzo szerokie przywileje dla rodzin wielodzietnych, w tym bezpłatne mieszkania w pierwszej kolejności i liczne świadczenia na rzecz edukacji i rozwoju dzieci i młodzieży szkolnej. Wszystkie bezpłatne. Wymienię kilka, jak: świetlice z gorącymi posiłkami, kolonie letnie, obozy zimowe, obozy sportowe i harcerskie, kółka zainteresowań, ogniska muzyczne, gabinety lekarskie i stomatologiczne.
Dla socjalistycznej Polski szczęście i bezpieczeństwo dziecka było najwyższym priorytetem.

Symbolem Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej były roześmiane dzieci.
Fundamentem obecnej Rzeczypospolitej są rozmodleni szaleńcy i bandyci, którzy oczekiwali kolejnej wojny.

Byłam członkinią Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i jestem z tego dumna.

Wstydziłabym się dzisiaj, gdybym należała do „Solidarności”.

Czy kobieta jest murzynem świata?

Stopniowo zmniejsza się skala nierówności pomiędzy płciami. Polsce jeszcze daleko do pełnej równości, ale są dziedziny, w których pod tym względem należymy do czołówki światowej.

Od 14 lat, co roku, publikowany jest raport Światowego Forum Ekonomicznego poświęcony problemom luki w pozycji kobiet w różnych kluczowych dziedzinach (Global Gender Gap Index – czyli globalny indeks luki między płciami). Najnowszy raport zawiera indeks oraz ranking 2020. Polska zajęła w nim 40. miejsce, z wartością indeksu 0,736. Stanowi to postęp o 11 miejsc w rankingu w stosunku do 2015 roku. Wśród krajów Europy Wschodniej i Azji Środkowej zajmujemy 9 miejsce.
Indeksem GGGI objętych jest obecnie 153 kraje. Ma on charakter złożony (agregatowy). Składa się z czterech czynników (subindeksów) i jest ich średnią ważoną. Każdy czynnik badany jest przy pomocy kilku wskaźników monitorujących – w sumie istnieje 14 wskaźników. Indeks został wprowadzony dla sporządzania porównań międzynarodowych i określa generalnie poziom nierówności w pozycji kobiet (na tle pozycji mężczyzn) w skali od 0 do 1,0 (pełna równość), integrując czynniki ekonomiczne i społeczne. Indeks jest syntetycznym miernikiem opisującym efekty w zakresie rozwoju społecznego w tej dziedzinie, w skali czasowej i przestrzennej. Indeks i pełny raport 2020 można znaleźć na: www.weforum.org
Te cztery czynniki, które składają się na Indeks GGGI to:

  1. Partycypacja i szanse ekonomiczne (5 wskaźników)
  2. Osiągnięcia edukacyjne (4 wskaźniki)
  3. Zdrowie i czas trwania życia w zdrowiu (2 wskaźniki)
  4. Udział kobiet w życiu politycznym (3 wskaźniki).
    W skali całego świata indeks GGGI pokazuje, że skala nierówności (dysparytetu) wynosi 31,4 proc. W skali Europy Wschodniej i Azji Środkowej nierówność zaś wynosi 28,5 proc. Poprawa w porównaniu z rokiem poprzednim wystąpiła w 101 krajach.
    W dziedzinie udziału kobiet w życiu politycznym ten dysparytet wyniósł aż 75,3 proc., zaś jeśli chodzi o uczestnictwo i szanse w obszarze ekonomicznym 57,8 proc.
    W raporcie GGGI podano także szacunkową liczbę lat niezbędną dla zamknięcia luki pomiędzy płciami, przy dotychczasowym postępie w zrównywaniu pozycji kobiet i mężczyzn. Dla całości indeksu wynosi ona 99,5 roku. W krajach Europy Zachodniej ten okres wynosi 54,4 roku, a dla Europy Wschodniej i Azji Środkowej – 107,3 roku.
    Najkrótszy szacowany okres zamknięcia luki to 12,3 roku – dla obszaru osiągnięć edukacyjnych. Natomiast w dziedzinie partycypacji i szans ekonomicznych przewidywany okres zamknięcia luki wynosi według cytowanego raportu aż 257,3 roku! Na przykład, jeśli chodzi o równość płac za tę samą pracę, nie ma kraju, w którym wystąpiłby pełny parytet.
    W krajach Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) nierówność płacowa przy pracy na tym samym stanowisku wyniosła 15 proc. Przeciętny szacunkowy dochód w skali świata dochód, licząc według parytetu siły nabywczej, wyniósł dla kobiet ok. 11.000 dolarów, a dla mężczyzn – 21.000 dol. Czołówka rankingu GGGI 2020 to kraje skandynawskie oraz Nikaragua. Pierwsza czwórka krajów zajmowała analogiczne pozycje w rankingu również w poprzednim roku. Nikaragua awansowała zaś z 12. miejsca na 5.
    Wartość indeksu dla Islandii (0,877) oznacza, że luka wynosi 12,3 proc. Dla Polski zaś (0,736) – czyli luka wynosi 26,4 proc. Taki jest obecnie nasz dystans do najlepszych. Niemcy, do których lubimy się porównywać, zajmują 10. lokatę z wartością indeksu 0,787.
    Spośród nowych krajów Unii Europejskiej przed nami są: Łotwa (11 miejsce), Estonia (26), Litwa (33) i Słowenia (36).
    Za nami: pozostałe nowe kraje UE. Bułgaria (49 miejsce), Rumunia (55), Chorwacja (60), Słowacja (63), Czechy (78) i Węgry (105 z luką 32,3 proc.).
    Na to nasze 40. miejsce składają się: 57 pozycja w dziedzinie partycypacji i szans ekonomicznych kobiet (ale pierwsze miejsce jeśli chodzi o udział kobiet wśród zatrudnionych specjalistów i techników oraz osiemnaste miejsce wśród prawników, menedżerów i wyższych urzędników), 68. pozycja w dziedzinie osiągnięć edukacyjnych (pierwsze miejsce pod względem wskaźnika skolaryzacji na poziomie wykształcenia średniego i wyższego), pierwsza pozycja (na równi z 38 innymi krajami) w dziedzinie zdrowia i czasu trwania życia w zdrowiu, 49. pozycja w dziedzinie udziału kobiet w życiu politycznym (Polska jest na 50. miejscu pod względem udziału kobiet w parlamentach i na 40. miejscu pod względem udziału kobiet w rządach). W tym ważnym aspekcie pokazującym różnice w pozycji i udziale kobiet w życiu politycznym USA znajdują się dopiero na 86. miejscu, Chiny na 95. miejscu, a Rosja na 122. Spośród nowych krajów UE względnie dobre lokaty zajęła Łotwa (28) oraz Estonia (37).
    I na koniec jeszcze porównanie do „wielkich”: USA zajmują w ramach całości indeksu GGGI 53. miejsce, Rosja – 81, a Chiny – 108.

Polki nieaktywne zawodowo

Eurostat opublikował wyniki badan aktywności zawodowej kobiet w Europie. Wskaźnik dla Polski okazał się jednym z najniższych.Ci, którzy spieszą z wnioskami, że to skutek 500+, niech się na chwilę wstrzymają. Sytuacja nie jest czarno-biała.

Po pierwsze – należy wziąć pod uwagę, że nie ma wystarczającej infrastruktury, która pomagałaby matkom w opiece nad ich dziećmi. A trudno oczekiwać od kobiety, by szukała pracy, jeżeli nie jest w stanie zapewnić swojemu dziecku profesjonalnej opieki. Dwie na trzy gminy nie dysponują żadnymi miejscami opieki nad dziećmi do trzeciego roku życia. Tylko jedno z dziesięciu dzieci w wieku poniżej 3 lat ma szansę na miejsce w żłobku. Zatem młode matki, w wieku produkcyjnym, nawet jeśli chcą pracować, po prostu nie są w stanie tego zrobić. W takiej roli jest 37 proc. młodych kobiet. To cała armia potencjalnych pracowników.

75 proc. biernych zawodowo kobiet odpowiada, że ich bierność związana jest z koniecznością sprawowania opieki nad dziećmi i zajmowania się domem.

Bierność w poszukiwaniu pracy jest też ściśle związana z poziomem wykształcenia, który z kolei jest związany równie często z miejscem zamieszkania. We wsiach i małych miasteczkach kobiety są gorzej wykształcone i pozostają bierne zawodowo, ponieważ ich kwalifikacje nie wystarczają często do aplikowania nie tylko o atrakcyjne, ale w ogóle o jakiekolwiek zatrudnienie, którego brakuje dla wszystkich.

W związku z tym trudno się dziwić, że aktywność zawodowa kobiet w Polsce wynosi 63 proc. Za nami są tylko cztery państwa. Na tle ścisłej czołówki, na przykład takiej Islandii (85 proc. pracujących kobiet), Szwecji (81 proc. zatrudnionych) czy Szwajcarii (80 proc. pań aktywnych zawodowo) Polska wygląda rzeczywiście fatalnie.

Znaczącą przeszkodą dla Polek są również głęboko zakorzenione konserwatywne stereotypy. W sondażu przeprowadzonym w całej Europie Polska okazała się jednym z państw, gdzie taki ograniczający kobiety sposób myślenia jest najbardziej rozpowszechniony. Aż 77 proc. pytanych było zdania, że podstawową rolą kobiet jest opieka nad domem i rodziną. Ten głęboko zakorzeniony konserwatywny pogląd też nie ułatwia kobietom poszukiwania i podejmowania pracy.

Po trzecie, nawet istniejąca infrastruktura opieki nad dziećmi jest nieefektywna. Jeżeli na przykład na Podkarpaciu do świetlic nie uczęszcza 20 proc. dzieci, a na dodatek, te, które dostąpiły szczęścia i mają miejsce w świetlicach, też nie do końca są objęte tą opieką, ponieważ połowa świetlic zamykana jest przed 16.00, a elastyczność pracy jest w Polsce jest nad wyraz rzadkim zjawiskiem. A jeśli już występuje, to raczej na korzyść pracodawcy niż pracowników.

Powyższe wytraca z ręki argumenty tym, którzy mówią, że to 500+, „lenistwo” czy „roszczeniowość” jest główną przyczyną słabej aktywność zawodowej kobiet w Polsce.

Wyniki badań Eurostatu dowodzą ponadto, że sytuacja polskich kobiet na rynku pracy jest bombą z opóźnionym zapłonem. Za kilkanaście lat Polska będzie zagłębiem starych kobiet pozbawionych prawa do jakiejkolwiek emerytury.

Obudźmy podmiotowość kobiet!

Eleonora Roosevelt mawiała, że „Kobieta jest jak torebka herbaty – nigdy nie wiadomo jak bardzo jest mocna, dopóki nie zrobi się gorąco”.

To, że w polityce pojawiło się więcej kobiet, zdaniem wielu badaczy, jest konsekwencją złej jakości tzw. męskiej polityki. Kobiety, jako nowe twarze, mają odpowiadać na potrzeby zmian. Mogą budzić sympatię lub zgrozę. Ale najważniejsze jest to, aby wyborcy je zaakceptowali. Trzeba więc spełniać ich oczekiwania.

Pszczółki, paprotki, liderki

Coraz więcej kobiet startuje w wyborach na najwyższe urzędy w państwie. Za nimi często stoją panowie, którzy uważają, że nadal będą sprawować władzę, tylko na pierwszym planie będzie widać kobietę. Szefami polskich partii są mężczyźni, nawet tych, które tak dużo mówią o równości płci. Wszyscy są zadowoleni – kobiety, bo zyskują sławę i mężczyźni, którzy umiejętnie nimi sterują, sprawiając pozorne wrażenie, że panie są samodzielne. Te, które nie godzą się być „paprotkami” muszą walczyć o swój byt na arenie politycznej samodzielnie, bez wsparcia osób zadowolonych z zaistniałego status quo.

W partiach politycznych kobiety pełnią jedną z kilku ról. Są „pracowitymi pszczółkami”, które wykonują zadania mało efektowne, ale istotne dla formacji, mają łagodzić wizerunek ugrupowania, bądź bezkarnie atakować przeciwników politycznych. Zapotrzebowanie na ekspertki w ostatnich czasach nie jest zbyt wygórowane, bo mogłyby szybko zyskać sławę i się za bardzo usamodzielnić. Więc lepiej się ich wystrzegać, albo skutecznie blokować. Męscy liderzy boją się silnych kobiet, wolą takie, które mogą sobie podporządkować. Jedynym akceptowanym modelem jest wierność i lojalność wobec szefa formacji politycznej. Kobiety godzą się na taki układ, gdyż nie chcą stracić dobrego miejsca na liście wyborczej lub swojej pozycji w partii. Dlatego szef ma zawsze rację.

Z jednej strony mają wnosić do życia publicznego łagodność, skłonność do kompromisów, odpowiedzialność, a z drugiej agresję, napastliwość, drapieżność. Wybić się na niepodległość jest niezwykle trudno, a chwilowa samodzielność jest tylko pozorna, gdyż panowie dokładnie obserwują koleżanki, które mają duże ambicje. Przykład Ryszarda Petru dał panom dużo do myślenia. Katarzyna Lubnauer pokazała, że kobiety wcale nie muszą być obsadzane w rolach drugoplanowych. Lubnauer była prawą ręką Ryszarda Petru, byłego szefa Nowoczesnej, ale jak sama przyznała „w polityce sojusze są zmienne”.

Grunt to dobre wrażenie

Z badań wynika, że polityk, z którym wyborcy chcą się identyfikować powinien posiadać następujące cechy: pewność siebie, inteligencję, zdecydowanie, energiczność, wiarygodność. Mało istotne jest to czy ludzie te cechy posiadają. Ważne, aby sprawiali takie wrażenie. Wyborcy od kobiet liderek oczekują, że będą one wiernie naśladowały męski spojrzenie na świat władzy. Panie spełniają więc oczekiwania wyborców, dobierają do wizerunku męskie cechy, ukazując siłę i zdecydowanie. Te cechy można wyćwiczyć. Niektórzy uważają, że nie warto być sobą w polityce, gdyż jest ona rodzajem gry. Mężczyznom łatwiej wybacza się brak panowania nad swoimi emocjami, a nawet emocje działają na ich korzyść. Emocjonalność i wrażliwość kobiet nie jest dobrze postrzegana w świecie polityki.
Tymczasem w odbiorze kobiet działających w polityce bardziej niż w odbiorze mężczyzn liczy się autoprezentacja. Wiele kobiet wstydzi się mówić o sobie dobrze, gdyż uważa to za brak skromności i nadmierne chwalenie się co, ich zdaniem, nie jest dobrze przyjmowane. Podobno kobiety, które ujawniają skłonność do autoprezentacji są znacznie lepiej oceniane przez wyborców.

Jesteśmy odważne!

Czy wolno nam zabijać prawo do myślenia, prawo do wypowiadania się we własnej sprawie? Jeżeli mamy czym się pochwalić, to mówmy głośno o naszych dokonaniach. Może warto się zastanowić, czy budowanie swojej podmiotowości i siły w polityce tylko na służeniu mężczyznom, daje nam prawdziwe czy pozorne poczucie bezpieczeństwa? Bądźmy więc niezależne. Oprócz polityki budujmy swoją pozycję zawodową i społeczną. Czarne protesty pokazały, że Polki są odważne, chcą działać i zmieniać świat na lepsze.

Obudźmy podmiotowość kobiet. Nie dajmy się zmarginalizować, szanujmy swoją wartość. Nie musimy nieustannie udowadniać swoich kompetencji i umiejętności. Nigdy nie wolno nam wątpić w to, że jesteśmy silne i wartościowe. Do końca walczmy o to, w co wierzymy.

Autorka, prof. nadzw. dr hab., jest szefową Forum Równych Szans i Praw Kobiet. Jest pomysłodawczynią powołania w Łodzi m.in. pełnomocniczki do spraw równego traktowania, Centrum Inicjatyw Międzypokoleniowych, Miejskiej Rady Seniorów, inicjatorką organizowanej w Łodzi od 16 lat imprezy pt. „Kobieta Niezwykła”, licznych konferencji: „Kobieta w stresie”, „Kobiety kobietom – czyli jak cię widzą, tak cię piszą – Kompendium wiedzy wizerunkowej nowoczesnej kobiety”, „Przy kawie o wizerunku”, „Super tata na lata”, „Przyszłość jest kobietą – dyskusja na temat praw kobiet i równouprawnieniu”.
15 września 2018 r. zorganizowała w Łodzi Ogólnopolskie Forum Kobiet, gdzie gościem honorowym była Pani Prezydentowa Jolanta Kwaśniewska. Aktywnie włączyła się do akcji „Cytologia ratuje życie”, „Tylko TAK oznacza zgodę. Seks bez zgody to gwałt”.Zorganizowała akcje charytatywne, dzięki którym m.in. zakupiono sprzęt gospodarstwa domowego dla „Schroniska dla bezdomnych kobiet w Łodzi”, łóżka dla matek chorych dzieci przebywających w szpitalu Korczaka.
Autorka licznych publikacji na temat partycypacji politycznej kobiet w Polsce. Jej artykuły oraz książki ”Kobiety w polskich organach kolegialnych w latach 1919-2011” oraz „Reprezentacja wyborcza kobiet po wejściu Polski do Unii Europejskiej” wpisały się świetnie w dyskurs na temat politycznego zaangażowania kobiet i ich reprezentacji od nadania praw wyborczych.

W Uberze gwałcą

Po wielu miesiącach nacisków na amerykańską firmę, Uber ogłosił w końcu wczoraj raport na temat agresji seksualnych popełnionych przez kierowców. Tylko w zeszłym roku doszło do 235 gwałtów na pasażerkach. Ogółem w latach 2017-18 kierowcy Ubera byli sprawcami blisko 6 tys. agresji na tle seksualnym. Kobiety mają dość tego rodzaju firm.

„W tym roku było średnio każdego dnia prawie cztery miliony kursów Ubera w USA” – relatywizował Tony West, dyrektor prawny grupy Uber – „Nasza platforma odzwierciedla świat w jakim pracuje, z jego dobrymi i złymi aspektami” – tłumaczył, zapewniając, że przedsiębiorstwo zwróci większą uwagę na walkę z tym zjawiskiem.
To raczej nie uspokoi licznych kobiet, które wzywają samochody Ubera, by bezpiecznie dostać się do celu podróży. Zarówno w Stanach, jak i niektórych państwach europejskich mnożą się świadectwa napadniętych oraz różne akcje w mediach społecznościowych przeciw tolerowaniu tego procederu przez Ubera lub jego konkurenta w Stanach – Lyftu. Przedwczoraj 20 kobiet z San Francisco złożyło skargi do prokuratury na Lyft. Ogółem są już 34 skargi, jeśli liczyć te z września.
Caroline Miller, jedna z poszkodowanych, wystąpiła na konferencji prasowej, by opowiedzieć jak po imprezie zasnęła w samochodzie Lyftu i obudziła się w trakcie gwałtu. Wszystko, co zrobiło przedsiębiorstwo, to propozycja zwrotu opłaty za kurs. Uber dorzucił do swej aplikacji guzik sygnalizujący agresje w czasie kursów, lecz najczęściej trudno korzystać ze smartfona, gdy się jest gwałconą – zwracają uwagę kobiety wzywające do bojkotu przewoźnika.
Raport Ubera wskazuje, że w badanym okresie 107 osób straciło życie w wypadkach drogowych, a dalszych 19 zginęło w napadach innego typu niż seksualne.

Płeć wydawania i pożyczania

Czy mężczyźni powinni brać przykład z kobiet – czyli dlaczego w naszym kraju jest mniej niesolidnych dłużniczek niż dłużników?

Ma od 35 do 44 lat, pochodzi z Mazowsza i zalega średnio na kwotę ponad 22 tys. zł – tak prezentuje się portret statystycznej dłużniczki w naszym kraju, która nie płaci terminowo swych zobowiązań i ma z tego powodu kłopoty.
W Polsce jest nieco więcej kobiet niż mężczyzn, ale stanowią one jedynie 38,5 proc. niesolidnych dłużników, a ich długi są wyraźnie niższe. Według raportu Biura Informacji Gospodarczej Info Monitor oraz Biura Informacji Kredytowej, panie zalegają na kwotę 24,2 mld zł, a panowie prawie na 50 mld zł. Skąd taka różnica?

Buszujące w sklepach

Jak głosi teoria o „płci mózgu”, mężczyźni i kobiety różnią się z powodu nieco odmiennej budowy tegoż. Może są więc i między płciami różnice wynikające z innego funkcjonowania jakiegoś ośrodka mózgowego, odpowiedzialnego za wydawanie i pożyczanie pieniędzy?
Pogląd psychologiczny tłumaczy, że jeżeli chodzi o nawyki finansowe, to kobiety w Polsce raczej wolą oszczędzać niż kupować na kredyt i częściej od mężczyzn dobrze planują wydatki. Tylko 1 na 10 kobiet przyznaje, że ich nie planuje wcześniej. Kłóci się to z dość powszechną opinią, że to najczęściej panie lubią trwonić pieniądze na zbędne zakupy i własne przyjemności oraz bez opamiętania buszują po sklepach.
W dodatku, podobno sam proces pożyczania od kogokolwiek pieniędzy mocno je stresuje, więc decyzję o zaciągnięciu jakiegoś zobowiązania podejmują wolniej niż mężczyźni i są ostrożniejsze w kwestiach finansowych.
Jeżeli kobiety są zmuszone do pożyczania pieniędzy, to przeważnie z powodu niskich zarobków, które nie pozwalają im pokrywać wszystkich wydatków, szczególnie tych nieplanowanych. Mężczyźni częściej przyznają się do tego, że wolą pożyczać niż oszczędzać – 14 proc. wobec 6 proc. kobiet.

Chętne na chwilówki

Statystyki dowodzą, że jeżeli chodzi o rzetelne podejście do spłaty zobowiązań, to kobiety są bardziej skrupulatne w tej kwestii i w planowaniu wydatków oraz rzadziej mają kłopoty finansowe. Dlatego polskie dłużniczki wypadają lepiej od dłużników.
Przeciętna dłużniczka, która boryka się ze spłatą zobowiązań, pochodzi z Mazowsza lub Śląska i jest w wieku od 35 do 44 lat. Jednak najwyższe średnie zaległości mają panie w grupie wiekowej 45–54 lata – jest to ponad 29 tys. zł. Co oczywiste, najmniej kobiet, bo jedynie 5,5 proc. mających problemy z terminowym regulowaniem należności, jest w przedziale wiekowym 18-24 lata.
Dłużniczą rekordzistką Polski jest 37-letnia mieszkanka Mazowsza z długiem przekraczającym 38 mln zł – to jednak niewiele w porównaniu do ponad 69 mln zł zadłużenia, które ma 62-letni rekordzista z woj. lubelskiego.
Kobiety zarabiają jednak nieco mniej niż mężczyźni. Raporty Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości wskazują, że panowie otrzymują wynagrodzenie średnio prawie o tysiąc złotych wyższe niż panie. Mniej kobiet niż mężczyzn jest też aktywnych zawodowo (oczywista konsekwencja wynikająca z wychowywania dzieci). Niższe zarobki i mniejsza aktywność zawodowa nie skłaniają zaś do zaciągania kredytów
Kobiety mają zatem mniej środków do rozdysponowania każdego miesiąca – oraz mogą mieć utrudniony dostęp do kredytów i pożyczek, z powodu braku odpowiedniej zdolności i historii kredytowej.
– Dlatego to co gubi kobiety, to chwilówki. Czasami są zmuszane do sięgnięcia po szybką ale drogą pożyczkę, którą trudniej się spłaca. W momencie zaciągania kredytu czy pożyczki panom częściej towarzyszy poczucie ulgi (28 proc. przy 23 proc. pań), bo uważają, że dzięki dodatkowemu zastrzykowi gotówki będą mieli jeden problem z głowy. Inaczej jest ze stresem związanym z pożyczaniem. Kobiety bardziej niż mężczyźni obawiają się skutków podjęcia złej decyzji i rozmyślają o konsekwencjach braku terminowej spłaty – mówi Agnieszka Kunkel ekspertka Intrum.
45 proc. kobiet twierdzi, że za mało zarabiają, by radzić sobie z nieplanowanymi wydatkami i większymi bieżącymi opłatami więc dlatego muszą pożyczać. Podobną deklarację złożyło 38 proc. mężczyzn. Gdy już przychodzi do pożyczania, 60 proc. kobiet ostateczną decyzję podejmuje przez ponad tydzień, a u mężczyzn tyle czasu zastanawia się 50 proc.

Mniej mają, mniej wydają

Trudno powiedzieć, czy panie z natury są rozsądniejsze i podejmują bardziej rozważne decyzje finansowe. Na pewno jednak do takiego podejścia zmusza je sytuacja życiowa. Nierówność kobiet i mężczyzn na rynku pracy jest nadal faktem. Nie wszyscy pracodawcy wspierają kobiety, które łączą karierę zawodową z życiem prywatnym i zakładaniem rodziny. Wiele z nich po urodzeniu dziecka jest zmuszonych zrobić sobie przerwę nawet na kilka lat, co odbija się negatywnie na finansach rodziny. Jeżeli kobieta jest samotną matką, jej zobowiązania finansowe wzrastają kilkukrotnie.
– Te czynniki sprawiają, że panie muszą być odpowiedzialne w podejmowanych decyzjach finansowych. Nie mogą pozwolić sobie na drogie „zachcianki” i popadnięcie w długi. Nie zapominajmy również o tym, że w naszym kraju przyjęło się, że to kobiety rządzą domową kasą czy finansami w związku. Co za tym idzie, są odpowiedzialne za płacenie rachunków i robienie zakupów, czyli są świadome tego, ile kosztuje życie i wzrosty cen, z którymi mamy regularnie do czynienia. To także skłania je do bycia oszczędnymi – dodaje Agnieszka Kunkel.
Kobiety dysponują na ogół mniejszymi kapitałami niz mężczyźni – a w związku z tym, mniejsze są też ich długi.

Polki dają radę

Wzrost aktywności kobiet na rynku pracy pozytywnie
przekłada się na wyniki biznesowe firm.

Kilka dni temu pisaliśmy w Trybunie, że kobiety w Polsce tak skutecznie przebiły szklany sufit, że już go prawie nie ma (artykuł „Aspirują i awansują” z nr 46-47, 6-7 marca br.)
Czemu lub komu to zawdzięczać? Na pewno nie obecnej ekipie rządzącej, która w ciągu ponad trzech lat swego panowania nie zrobiła nic, by poprawić pozycję zawodową kobiet.
Otóż wpływ na poprawę sytuacji kobiet na rynku pracy ma… sam rynek. Brak wystarczającej liczby pracowników oraz poszukiwanych kompetencji sprzyja równouprawnieniu.
Duży wzrost zatrudnienia kobiet nastąpił w Polskiej Rzczpospolitej Ludowej. W latach 1950 – 1990 odsetek pracujących pań zwiększył się z 31 do 44 proc. Warto zauważyć, że przez następne prawie trzydzieści lat, wzrósł już nieznacznie – tylko do 49 proc. w roku ubiegłym
PRL-owski wzrost zatrudnienia kobiet w niemałej mierze był koniecznością demograficzną i ekonomiczną. Mężczyźni częściowo wyginęli w czasie wojny i kilka lat po jej zakończeniu, wielu leczyło rany i siedziało w więzieniach. Kraj był biedny, z jednej marnej pensji nie bardzo dawało się wyżyć. Kobiety siłą rzeczy musiały iść do pracy. Ta konieczność przyczyniła się też jednak do ich emancypacji. Otrzymywały wprawdzie niewielkie, ale własne pieniądze, nie były już całkiem zależne od swych mężów. Furtka do samodzielności została nieodwracalnie uchylona
I choć nasza rodzima rzeczywistość jest daleka od ideału, zachodzą w niej zmiany, którym bieg nadają również pracodawcy chcący zachować konkurencyjną pozycję na rynku. Są wśród nich też tacy, którzy w tym kierunku idą od dawna, kibicują zwiększeniu się liczby pań, zarówno w zawodach technicznych, jak i na stanowiskach kierowniczych.
Za równouprawnieniem zawodowym przemawiają zarówno argumenty etyczne, jak i ekonomiczne.
Mimo to, płeć pozostaje jednym z powodów pojawiającej się jeszcze niekiedy dyskryminacji na rynku pracy, a większość polskich pracodawców nie prowadzi programów jej zapobiegających.
Czas działa jednak na korzyść kobiet. Za przyspieszeniem ich awansu zawodowego przemawia ekonomia oraz uczciwość.
Są już w Polsce duże firmy prywatne, w których blisko 30 proc. kadry menadżerskiej stanowią kobiety, będąc także ich generalnymi dyrektorami. Bycie kobietą na wysokim stanowisku w dużej firmie inżynieryjnej przestaje być czymś wyjątkowym. Bardzo dobrze odnajdują się one w środowisku pracy, które bazuje na dobrej komunikacji i współpracy.
Jeśli chodzi o specyfikę zawodową, to panie doskonale sprawdzają się w zadaniach wymagających logicznego myślenia, takich jak testowanie i programowanie, gdzie dodatkowo na pewno też pomaga im duża cierpliwość i wytrwałość.
Powszechnie znanym przykładem zawodowej dominacji kobiet była profesja sekserki – specjalistki w zakresie oceny płci piskląt. Dzięki delikatności i precyzji tylko panie były w stanie dobrze wykonywać ten zawód (choć mężczyźni próbowali). Dziś jest on już w zaniku,wyparły go genetyczne badania komórek.
Warto wiedzieć, że na etapie wczesnego dzieciństwa dziewczynki i chłopcy przejawiają podobne zdolności matematyczne. Wychowanie i stereotypy powodują, że gdzieś dalej w edukacji dziewczynki porzucają tę ścieżkę. Natomiast te, które już przez nią przejdą, mają podobny poziom kompetencji co mężczyźni, a w dodatku cechuje je wytrwałość, konsekwencja i umiejętność radzenia sobie z przeciwnościami losu.
Wzrost aktywności kobiet na rynku pracy pozytywnie przekłada się na wyniki biznesowe firm, w których są zatrudnione. Firma zróżnicowana pod względem płci jest efektywniejsza i bardziej zbliżona do potrzeb rzeczywistości – oraz reguł społecznych.
Te panie, które osiągnęły wysokie stanowiska podkreślają, że kobiety częściej powinny wybierać ambitną ścieżkę kariery. Uwierzyć w siebie. Nie patrzeć na to, czego im brakuje, ale na to, w czym są dobre. Właśnie na tym trzeba się koncentrować. A jeśli wybierze się pracodawcę, który to ułatwi, sukces będzie w zasięgu ręki.