Obudźmy podmiotowość kobiet!

Eleonora Roosevelt mawiała, że „Kobieta jest jak torebka herbaty – nigdy nie wiadomo jak bardzo jest mocna, dopóki nie zrobi się gorąco”.

To, że w polityce pojawiło się więcej kobiet, zdaniem wielu badaczy, jest konsekwencją złej jakości tzw. męskiej polityki. Kobiety, jako nowe twarze, mają odpowiadać na potrzeby zmian. Mogą budzić sympatię lub zgrozę. Ale najważniejsze jest to, aby wyborcy je zaakceptowali. Trzeba więc spełniać ich oczekiwania.

Pszczółki, paprotki, liderki

Coraz więcej kobiet startuje w wyborach na najwyższe urzędy w państwie. Za nimi często stoją panowie, którzy uważają, że nadal będą sprawować władzę, tylko na pierwszym planie będzie widać kobietę. Szefami polskich partii są mężczyźni, nawet tych, które tak dużo mówią o równości płci. Wszyscy są zadowoleni – kobiety, bo zyskują sławę i mężczyźni, którzy umiejętnie nimi sterują, sprawiając pozorne wrażenie, że panie są samodzielne. Te, które nie godzą się być „paprotkami” muszą walczyć o swój byt na arenie politycznej samodzielnie, bez wsparcia osób zadowolonych z zaistniałego status quo.

W partiach politycznych kobiety pełnią jedną z kilku ról. Są „pracowitymi pszczółkami”, które wykonują zadania mało efektowne, ale istotne dla formacji, mają łagodzić wizerunek ugrupowania, bądź bezkarnie atakować przeciwników politycznych. Zapotrzebowanie na ekspertki w ostatnich czasach nie jest zbyt wygórowane, bo mogłyby szybko zyskać sławę i się za bardzo usamodzielnić. Więc lepiej się ich wystrzegać, albo skutecznie blokować. Męscy liderzy boją się silnych kobiet, wolą takie, które mogą sobie podporządkować. Jedynym akceptowanym modelem jest wierność i lojalność wobec szefa formacji politycznej. Kobiety godzą się na taki układ, gdyż nie chcą stracić dobrego miejsca na liście wyborczej lub swojej pozycji w partii. Dlatego szef ma zawsze rację.

Z jednej strony mają wnosić do życia publicznego łagodność, skłonność do kompromisów, odpowiedzialność, a z drugiej agresję, napastliwość, drapieżność. Wybić się na niepodległość jest niezwykle trudno, a chwilowa samodzielność jest tylko pozorna, gdyż panowie dokładnie obserwują koleżanki, które mają duże ambicje. Przykład Ryszarda Petru dał panom dużo do myślenia. Katarzyna Lubnauer pokazała, że kobiety wcale nie muszą być obsadzane w rolach drugoplanowych. Lubnauer była prawą ręką Ryszarda Petru, byłego szefa Nowoczesnej, ale jak sama przyznała „w polityce sojusze są zmienne”.

Grunt to dobre wrażenie

Z badań wynika, że polityk, z którym wyborcy chcą się identyfikować powinien posiadać następujące cechy: pewność siebie, inteligencję, zdecydowanie, energiczność, wiarygodność. Mało istotne jest to czy ludzie te cechy posiadają. Ważne, aby sprawiali takie wrażenie. Wyborcy od kobiet liderek oczekują, że będą one wiernie naśladowały męski spojrzenie na świat władzy. Panie spełniają więc oczekiwania wyborców, dobierają do wizerunku męskie cechy, ukazując siłę i zdecydowanie. Te cechy można wyćwiczyć. Niektórzy uważają, że nie warto być sobą w polityce, gdyż jest ona rodzajem gry. Mężczyznom łatwiej wybacza się brak panowania nad swoimi emocjami, a nawet emocje działają na ich korzyść. Emocjonalność i wrażliwość kobiet nie jest dobrze postrzegana w świecie polityki.
Tymczasem w odbiorze kobiet działających w polityce bardziej niż w odbiorze mężczyzn liczy się autoprezentacja. Wiele kobiet wstydzi się mówić o sobie dobrze, gdyż uważa to za brak skromności i nadmierne chwalenie się co, ich zdaniem, nie jest dobrze przyjmowane. Podobno kobiety, które ujawniają skłonność do autoprezentacji są znacznie lepiej oceniane przez wyborców.

Jesteśmy odważne!

Czy wolno nam zabijać prawo do myślenia, prawo do wypowiadania się we własnej sprawie? Jeżeli mamy czym się pochwalić, to mówmy głośno o naszych dokonaniach. Może warto się zastanowić, czy budowanie swojej podmiotowości i siły w polityce tylko na służeniu mężczyznom, daje nam prawdziwe czy pozorne poczucie bezpieczeństwa? Bądźmy więc niezależne. Oprócz polityki budujmy swoją pozycję zawodową i społeczną. Czarne protesty pokazały, że Polki są odważne, chcą działać i zmieniać świat na lepsze.

Obudźmy podmiotowość kobiet. Nie dajmy się zmarginalizować, szanujmy swoją wartość. Nie musimy nieustannie udowadniać swoich kompetencji i umiejętności. Nigdy nie wolno nam wątpić w to, że jesteśmy silne i wartościowe. Do końca walczmy o to, w co wierzymy.

Autorka, prof. nadzw. dr hab., jest szefową Forum Równych Szans i Praw Kobiet. Jest pomysłodawczynią powołania w Łodzi m.in. pełnomocniczki do spraw równego traktowania, Centrum Inicjatyw Międzypokoleniowych, Miejskiej Rady Seniorów, inicjatorką organizowanej w Łodzi od 16 lat imprezy pt. „Kobieta Niezwykła”, licznych konferencji: „Kobieta w stresie”, „Kobiety kobietom – czyli jak cię widzą, tak cię piszą – Kompendium wiedzy wizerunkowej nowoczesnej kobiety”, „Przy kawie o wizerunku”, „Super tata na lata”, „Przyszłość jest kobietą – dyskusja na temat praw kobiet i równouprawnieniu”.
15 września 2018 r. zorganizowała w Łodzi Ogólnopolskie Forum Kobiet, gdzie gościem honorowym była Pani Prezydentowa Jolanta Kwaśniewska. Aktywnie włączyła się do akcji „Cytologia ratuje życie”, „Tylko TAK oznacza zgodę. Seks bez zgody to gwałt”.Zorganizowała akcje charytatywne, dzięki którym m.in. zakupiono sprzęt gospodarstwa domowego dla „Schroniska dla bezdomnych kobiet w Łodzi”, łóżka dla matek chorych dzieci przebywających w szpitalu Korczaka.
Autorka licznych publikacji na temat partycypacji politycznej kobiet w Polsce. Jej artykuły oraz książki ”Kobiety w polskich organach kolegialnych w latach 1919-2011” oraz „Reprezentacja wyborcza kobiet po wejściu Polski do Unii Europejskiej” wpisały się świetnie w dyskurs na temat politycznego zaangażowania kobiet i ich reprezentacji od nadania praw wyborczych.

W Uberze gwałcą

Po wielu miesiącach nacisków na amerykańską firmę, Uber ogłosił w końcu wczoraj raport na temat agresji seksualnych popełnionych przez kierowców. Tylko w zeszłym roku doszło do 235 gwałtów na pasażerkach. Ogółem w latach 2017-18 kierowcy Ubera byli sprawcami blisko 6 tys. agresji na tle seksualnym. Kobiety mają dość tego rodzaju firm.

„W tym roku było średnio każdego dnia prawie cztery miliony kursów Ubera w USA” – relatywizował Tony West, dyrektor prawny grupy Uber – „Nasza platforma odzwierciedla świat w jakim pracuje, z jego dobrymi i złymi aspektami” – tłumaczył, zapewniając, że przedsiębiorstwo zwróci większą uwagę na walkę z tym zjawiskiem.
To raczej nie uspokoi licznych kobiet, które wzywają samochody Ubera, by bezpiecznie dostać się do celu podróży. Zarówno w Stanach, jak i niektórych państwach europejskich mnożą się świadectwa napadniętych oraz różne akcje w mediach społecznościowych przeciw tolerowaniu tego procederu przez Ubera lub jego konkurenta w Stanach – Lyftu. Przedwczoraj 20 kobiet z San Francisco złożyło skargi do prokuratury na Lyft. Ogółem są już 34 skargi, jeśli liczyć te z września.
Caroline Miller, jedna z poszkodowanych, wystąpiła na konferencji prasowej, by opowiedzieć jak po imprezie zasnęła w samochodzie Lyftu i obudziła się w trakcie gwałtu. Wszystko, co zrobiło przedsiębiorstwo, to propozycja zwrotu opłaty za kurs. Uber dorzucił do swej aplikacji guzik sygnalizujący agresje w czasie kursów, lecz najczęściej trudno korzystać ze smartfona, gdy się jest gwałconą – zwracają uwagę kobiety wzywające do bojkotu przewoźnika.
Raport Ubera wskazuje, że w badanym okresie 107 osób straciło życie w wypadkach drogowych, a dalszych 19 zginęło w napadach innego typu niż seksualne.

Płeć wydawania i pożyczania

Czy mężczyźni powinni brać przykład z kobiet – czyli dlaczego w naszym kraju jest mniej niesolidnych dłużniczek niż dłużników?

Ma od 35 do 44 lat, pochodzi z Mazowsza i zalega średnio na kwotę ponad 22 tys. zł – tak prezentuje się portret statystycznej dłużniczki w naszym kraju, która nie płaci terminowo swych zobowiązań i ma z tego powodu kłopoty.
W Polsce jest nieco więcej kobiet niż mężczyzn, ale stanowią one jedynie 38,5 proc. niesolidnych dłużników, a ich długi są wyraźnie niższe. Według raportu Biura Informacji Gospodarczej Info Monitor oraz Biura Informacji Kredytowej, panie zalegają na kwotę 24,2 mld zł, a panowie prawie na 50 mld zł. Skąd taka różnica?

Buszujące w sklepach

Jak głosi teoria o „płci mózgu”, mężczyźni i kobiety różnią się z powodu nieco odmiennej budowy tegoż. Może są więc i między płciami różnice wynikające z innego funkcjonowania jakiegoś ośrodka mózgowego, odpowiedzialnego za wydawanie i pożyczanie pieniędzy?
Pogląd psychologiczny tłumaczy, że jeżeli chodzi o nawyki finansowe, to kobiety w Polsce raczej wolą oszczędzać niż kupować na kredyt i częściej od mężczyzn dobrze planują wydatki. Tylko 1 na 10 kobiet przyznaje, że ich nie planuje wcześniej. Kłóci się to z dość powszechną opinią, że to najczęściej panie lubią trwonić pieniądze na zbędne zakupy i własne przyjemności oraz bez opamiętania buszują po sklepach.
W dodatku, podobno sam proces pożyczania od kogokolwiek pieniędzy mocno je stresuje, więc decyzję o zaciągnięciu jakiegoś zobowiązania podejmują wolniej niż mężczyźni i są ostrożniejsze w kwestiach finansowych.
Jeżeli kobiety są zmuszone do pożyczania pieniędzy, to przeważnie z powodu niskich zarobków, które nie pozwalają im pokrywać wszystkich wydatków, szczególnie tych nieplanowanych. Mężczyźni częściej przyznają się do tego, że wolą pożyczać niż oszczędzać – 14 proc. wobec 6 proc. kobiet.

Chętne na chwilówki

Statystyki dowodzą, że jeżeli chodzi o rzetelne podejście do spłaty zobowiązań, to kobiety są bardziej skrupulatne w tej kwestii i w planowaniu wydatków oraz rzadziej mają kłopoty finansowe. Dlatego polskie dłużniczki wypadają lepiej od dłużników.
Przeciętna dłużniczka, która boryka się ze spłatą zobowiązań, pochodzi z Mazowsza lub Śląska i jest w wieku od 35 do 44 lat. Jednak najwyższe średnie zaległości mają panie w grupie wiekowej 45–54 lata – jest to ponad 29 tys. zł. Co oczywiste, najmniej kobiet, bo jedynie 5,5 proc. mających problemy z terminowym regulowaniem należności, jest w przedziale wiekowym 18-24 lata.
Dłużniczą rekordzistką Polski jest 37-letnia mieszkanka Mazowsza z długiem przekraczającym 38 mln zł – to jednak niewiele w porównaniu do ponad 69 mln zł zadłużenia, które ma 62-letni rekordzista z woj. lubelskiego.
Kobiety zarabiają jednak nieco mniej niż mężczyźni. Raporty Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości wskazują, że panowie otrzymują wynagrodzenie średnio prawie o tysiąc złotych wyższe niż panie. Mniej kobiet niż mężczyzn jest też aktywnych zawodowo (oczywista konsekwencja wynikająca z wychowywania dzieci). Niższe zarobki i mniejsza aktywność zawodowa nie skłaniają zaś do zaciągania kredytów
Kobiety mają zatem mniej środków do rozdysponowania każdego miesiąca – oraz mogą mieć utrudniony dostęp do kredytów i pożyczek, z powodu braku odpowiedniej zdolności i historii kredytowej.
– Dlatego to co gubi kobiety, to chwilówki. Czasami są zmuszane do sięgnięcia po szybką ale drogą pożyczkę, którą trudniej się spłaca. W momencie zaciągania kredytu czy pożyczki panom częściej towarzyszy poczucie ulgi (28 proc. przy 23 proc. pań), bo uważają, że dzięki dodatkowemu zastrzykowi gotówki będą mieli jeden problem z głowy. Inaczej jest ze stresem związanym z pożyczaniem. Kobiety bardziej niż mężczyźni obawiają się skutków podjęcia złej decyzji i rozmyślają o konsekwencjach braku terminowej spłaty – mówi Agnieszka Kunkel ekspertka Intrum.
45 proc. kobiet twierdzi, że za mało zarabiają, by radzić sobie z nieplanowanymi wydatkami i większymi bieżącymi opłatami więc dlatego muszą pożyczać. Podobną deklarację złożyło 38 proc. mężczyzn. Gdy już przychodzi do pożyczania, 60 proc. kobiet ostateczną decyzję podejmuje przez ponad tydzień, a u mężczyzn tyle czasu zastanawia się 50 proc.

Mniej mają, mniej wydają

Trudno powiedzieć, czy panie z natury są rozsądniejsze i podejmują bardziej rozważne decyzje finansowe. Na pewno jednak do takiego podejścia zmusza je sytuacja życiowa. Nierówność kobiet i mężczyzn na rynku pracy jest nadal faktem. Nie wszyscy pracodawcy wspierają kobiety, które łączą karierę zawodową z życiem prywatnym i zakładaniem rodziny. Wiele z nich po urodzeniu dziecka jest zmuszonych zrobić sobie przerwę nawet na kilka lat, co odbija się negatywnie na finansach rodziny. Jeżeli kobieta jest samotną matką, jej zobowiązania finansowe wzrastają kilkukrotnie.
– Te czynniki sprawiają, że panie muszą być odpowiedzialne w podejmowanych decyzjach finansowych. Nie mogą pozwolić sobie na drogie „zachcianki” i popadnięcie w długi. Nie zapominajmy również o tym, że w naszym kraju przyjęło się, że to kobiety rządzą domową kasą czy finansami w związku. Co za tym idzie, są odpowiedzialne za płacenie rachunków i robienie zakupów, czyli są świadome tego, ile kosztuje życie i wzrosty cen, z którymi mamy regularnie do czynienia. To także skłania je do bycia oszczędnymi – dodaje Agnieszka Kunkel.
Kobiety dysponują na ogół mniejszymi kapitałami niz mężczyźni – a w związku z tym, mniejsze są też ich długi.

Polki dają radę

Wzrost aktywności kobiet na rynku pracy pozytywnie
przekłada się na wyniki biznesowe firm.

Kilka dni temu pisaliśmy w Trybunie, że kobiety w Polsce tak skutecznie przebiły szklany sufit, że już go prawie nie ma (artykuł „Aspirują i awansują” z nr 46-47, 6-7 marca br.)
Czemu lub komu to zawdzięczać? Na pewno nie obecnej ekipie rządzącej, która w ciągu ponad trzech lat swego panowania nie zrobiła nic, by poprawić pozycję zawodową kobiet.
Otóż wpływ na poprawę sytuacji kobiet na rynku pracy ma… sam rynek. Brak wystarczającej liczby pracowników oraz poszukiwanych kompetencji sprzyja równouprawnieniu.
Duży wzrost zatrudnienia kobiet nastąpił w Polskiej Rzczpospolitej Ludowej. W latach 1950 – 1990 odsetek pracujących pań zwiększył się z 31 do 44 proc. Warto zauważyć, że przez następne prawie trzydzieści lat, wzrósł już nieznacznie – tylko do 49 proc. w roku ubiegłym
PRL-owski wzrost zatrudnienia kobiet w niemałej mierze był koniecznością demograficzną i ekonomiczną. Mężczyźni częściowo wyginęli w czasie wojny i kilka lat po jej zakończeniu, wielu leczyło rany i siedziało w więzieniach. Kraj był biedny, z jednej marnej pensji nie bardzo dawało się wyżyć. Kobiety siłą rzeczy musiały iść do pracy. Ta konieczność przyczyniła się też jednak do ich emancypacji. Otrzymywały wprawdzie niewielkie, ale własne pieniądze, nie były już całkiem zależne od swych mężów. Furtka do samodzielności została nieodwracalnie uchylona
I choć nasza rodzima rzeczywistość jest daleka od ideału, zachodzą w niej zmiany, którym bieg nadają również pracodawcy chcący zachować konkurencyjną pozycję na rynku. Są wśród nich też tacy, którzy w tym kierunku idą od dawna, kibicują zwiększeniu się liczby pań, zarówno w zawodach technicznych, jak i na stanowiskach kierowniczych.
Za równouprawnieniem zawodowym przemawiają zarówno argumenty etyczne, jak i ekonomiczne.
Mimo to, płeć pozostaje jednym z powodów pojawiającej się jeszcze niekiedy dyskryminacji na rynku pracy, a większość polskich pracodawców nie prowadzi programów jej zapobiegających.
Czas działa jednak na korzyść kobiet. Za przyspieszeniem ich awansu zawodowego przemawia ekonomia oraz uczciwość.
Są już w Polsce duże firmy prywatne, w których blisko 30 proc. kadry menadżerskiej stanowią kobiety, będąc także ich generalnymi dyrektorami. Bycie kobietą na wysokim stanowisku w dużej firmie inżynieryjnej przestaje być czymś wyjątkowym. Bardzo dobrze odnajdują się one w środowisku pracy, które bazuje na dobrej komunikacji i współpracy.
Jeśli chodzi o specyfikę zawodową, to panie doskonale sprawdzają się w zadaniach wymagających logicznego myślenia, takich jak testowanie i programowanie, gdzie dodatkowo na pewno też pomaga im duża cierpliwość i wytrwałość.
Powszechnie znanym przykładem zawodowej dominacji kobiet była profesja sekserki – specjalistki w zakresie oceny płci piskląt. Dzięki delikatności i precyzji tylko panie były w stanie dobrze wykonywać ten zawód (choć mężczyźni próbowali). Dziś jest on już w zaniku,wyparły go genetyczne badania komórek.
Warto wiedzieć, że na etapie wczesnego dzieciństwa dziewczynki i chłopcy przejawiają podobne zdolności matematyczne. Wychowanie i stereotypy powodują, że gdzieś dalej w edukacji dziewczynki porzucają tę ścieżkę. Natomiast te, które już przez nią przejdą, mają podobny poziom kompetencji co mężczyźni, a w dodatku cechuje je wytrwałość, konsekwencja i umiejętność radzenia sobie z przeciwnościami losu.
Wzrost aktywności kobiet na rynku pracy pozytywnie przekłada się na wyniki biznesowe firm, w których są zatrudnione. Firma zróżnicowana pod względem płci jest efektywniejsza i bardziej zbliżona do potrzeb rzeczywistości – oraz reguł społecznych.
Te panie, które osiągnęły wysokie stanowiska podkreślają, że kobiety częściej powinny wybierać ambitną ścieżkę kariery. Uwierzyć w siebie. Nie patrzeć na to, czego im brakuje, ale na to, w czym są dobre. Właśnie na tym trzeba się koncentrować. A jeśli wybierze się pracodawcę, który to ułatwi, sukces będzie w zasięgu ręki.

Aspirują i awansują

Panie w Polsce tak skutecznie przebiły szklany sufit, że w zasadzie już go prawie nie ma.

Za kilka dni panie będą miały swoje coroczne święto. Ale, czy pod względem zawodowym, mają co celebrować? Ścieżka rozwoju zawodowego bywa wyboista, jednak jest coraz lepiej.
Statystycznie to panie w Polsce są lepiej wykształcone, ale wciąż w wielu firmach i urzędach najwyższe pozycje zajmują mężczyźni, a tylko nielicznym kobietom udaje się wejść do zarządów lub zająć wysokie stanowiska dyrektorskie.
To zrozumiałe, bo kobiety, z racji tego, że nikt ich nie zastąpi w pierwszych latach zajmowania się dziećmi, mają mniej czasu na zdobycie najwyższych funkcji – ale i tu następują zmiany.

Pną się do góry

Na podstawie raportu Hays, opublikowanego pod koniec 2017 roku, można oszacować, że jedynie 15 proc. dyrektorów zarządzających i prezesów firm działających w Polsce to kobiety. Nieco lepiej jest w firmach państwowych, jeszcze lepiej w urzędach, gdzie ten odsetek przekracza 30 proc.
W zarządach przedsiębiorstw prywatnych brakuje pań, ale aż 42 proc. z nich aspiruje do objęcia stanowiska dyrektorskiego lub roli prezesa firmy – więc zapewne wkrótce będzie ich znacznie więcej.

Otoczenie już nie przeszkadza

Wspomniane badania pokazują, że kierownictwa firm generalnie chętnie promują awanse pań na wysokie stanowiska.
Tylko 25 proc. pytanych kobiet jest zdania, że ich obecny pracodawca nie pomaga realizować im planu kariery zawodowej. Jednak w przypadku mężczyzn ten odsetek jest jeszcze mniejszy i wynosi jedynie 18 proc.
Te wskaźniki będą zmieniać się dość powoli. Niezaprzeczalnie jednym z najistotniejszych jest konieczność pogodzenia życia zawodowego z obowiązkami rodzicielskimi – a te obowiązki, siłą rzeczy ciążą w większym stopniu na kobietach, zwłaszcza gdy dzieci są bardzo małe.
W rezultacie aż 65 proc. kobiet i tylko 38 proc. mężczyzn zadeklarowało, że w swoich miejscach pracy napotkali na przeszkody w pogodzeniu obowiązków zawodowych z wychowywaniem dzieci.

Coraz mniejsze różnice

Istotnym, choć jednak stale się zmniejszającym, problemem na polskim rynku pracy jest nadal spora różnica w zarobkach kobiet i mężczyzn. W raporcie „Czas na kobiety” opracowanym w 2018 roku i przygotowanym przez Kongres Kobiet, wykazano, że w Warszawie sekretarka zarabia średnio 700 zł mniej niż mężczyzna na tym samym stanowisku, główna księgowa prawie 2000 zł mniej od głównego księgowego, podobnie projektantki systemów internetowych, gdzie różnica wynosi ok. 2700 zł.
Podane przykłady, choć operują wartościami średnimi, dotyczą akurat tych stanowisk, gdzie zróżnicowanie zarobków między kobietami i mężczyznami jest szczególnie duże. Generalnie jednak, w skali całej populacji, te różnice między płacami kobiet i mężczyzn na identycznych stanowiskach są coraz mniejsze i wynoszą niespełna 10 proc. Są to zresztą często różnice uzasadnione, bo przecież oczywiste jest, że główny księgowy jakiejś firmy mający duże doświadczenie zawodowe otrzyma wyższą pensję niż główna księgowa, która z racji wychowywania dzieci miała mniej czasu na zdobycie doświadczenia.
Zdarza się też, że w części przedsiębiorstw system płac jest różny w zależności od sytuacji rodzinnej pracownika. Zdarza się, że żonaci mężczyźni zarabiają więcej niż single. Mężatki mogą się spotkać z odwrotną sytuacją – proponowana im płaca może być niższa niż singielek, zwłaszcza bezdzietnych.

Pójść na swoje

Znaczącą tendencją w Polsce jest to, że kobiety często decydują się na założenie własnej działalności gospodarczej. Prowadzenie własnego biznesu jest szansą na odnalezienie się w realiach zawodowych, ale i na realizację rozmaitych planów. Wymaga to dużego zaangażowania i poświęcenia większej ilości czasu niż na etacie. Zdecydowanie nie jest to praca „od – do”. Jednak daje też możliwość takiego zarządzania czasem, aby pogodzić rozwój firmy z życiem rodzinnym.
Na pewno w dobrej organizacji pomocne są narzędzia, które znacznie upraszczają prowadzenie firmy, szczególnie w zakresie działań związanych z fakturami, obiegiem dokumentów, podpisywaniem umów. Największą pomocą będzie jednak mąż lub partner życiowy, wspierający kobietę „realizującą się” w biznesie.

5 milionów

Za równymi prawami dla wszystkich, przeciwko dyskryminacji kobiet zaprotestowały 1 stycznia mieszkanki hinduskiego stanu Kerala. Było to jedno z największych zgromadzeń kobiet w historii.

 

W żywym łańcuchu, biegnącym po drodze szybkiego ruchu między miastami Kasaragod i Thiruvananthapuram stanęło 5 milionów obywatelek. W Kasaragod łańcuch otwierała KK Shailaja, minister zdrowia w lewicowym rządzie stanu, przedstawicielka partii Demokratyczny Front Lewicy. Ostatnim ogniwem Ściany Kobiet, jak nazywano wydarzenie, była działaczka Komunistycznej Partii Indii (maoistowskiej) Brinda Karat. Oprócz polityczek w proteście brały udział także inne powszechnie rozpoznawalne w Kerali kobiety, m.in. gwiazdy tamtejszego kina (Mollywood).

Przesłanie Ściany Kobiet było proste – nie zgadzamy się na łamanie praw kobiet i dyskryminację, chcemy być równoprawnymi uczestniczkami życia publicznego. O pełnym poparciu lewicowego rządu Kerali dla tych postulatów zapewnił podczas wiecu rozpoczynającego zgromadzenie premier stanu Pinarayi Vijayan z Demokratycznego Frontu Lewicy.

Bezpośrednią przyczyną organizacji zgromadzenia była sprawa wyroku Sądu Najwyższego Indii w sprawie świątyni w Sabarimali, znanego hinduskiego miejsca kultu. Stwierdza on, że zabranianie dziewczynom i kobietom w wieku od 10 do 50 lat wstępu do obiektu sakralnego przeczy zasadzie równości. Decyzja sądu, która weszła w życie od nowego roku, spotkała się z oburzeniem miejscowego hinduskiego duchowieństwa oraz konserwatywnego rządu Narendry Modiego. Rządząca Keralą lewica i aktywistki kobiece wyrok natomiast entuzjastycznie popierają.

Trzy lekcje feminizmu

Świat stworzony przez mężczyzn dla mężczyzn dobiega kresu. To nie żadne proroctwo, ale wniosek narzucający się po fali premier teatralnych, w których feministyczny obraz rzeczywistości silnie dochodzi do głosu.

 

Rzecz jasna, to nie teatr zbawi świat. Teatr jest jednak czułym narzędziem rejestracji społecznych nastrojów. Nie powinni tego lekceważyć socjologowie, politolodzy, a zwłaszcza politycy. Ale ci ostatni, choć zauważyli Czarny Piątek, nie dostrzegają jak nasila się presja społeczna, mająca na widoku zmianę „męskiej” polityki. Tyrania mężczyzn poddawana jest próbie teatru i patriarchalny model społeczeństwa nie wychodzi z tej próby zwycięsko.
Dowodzą tego choćby ostatnie premiery teatrów warszawskich: „Miłość od ostatniego wejrzenia” Vedrany Rudan w reżyserii Iwony Kempy w Teatrze Dramatycznym, „Bachantki” według Eurypidesa w reżyserii Mai Kleczewskiej w Teatrze Powszechnym i „Kilka dziewczyn” Neila Labutte’a w reżyserii Bożeny Suchockiej w Teatrze Narodowej.
„Miłość od pierwszego wejrzenia” i „Bachantki” uznać można za manifesty współczesnego feminizmu, „Kilka dziewczyn” zaś to feministyczna krytyka egoistycznych wyobrażeń mężczyzn o świecie w formie łagodniejszej (soft-feminizm). Nie przypadkiem premierze w Teatrze Powszechnym towarzyszy oszczędny w słowa tekst Joanny Krakowskiej „50 ćwiczeń na feminizm”, zamieszczony w teatralnym programie. To rodzaj testu, który pozwala uświadomić sobie jak blisko lub jak daleko mnie/tobie/nam do feminizmu. Warto pochylić się nad tym tekstem, a dla zachęty wypisuję tylko trzy początkowe zdania: Raczej nie używać słów „najlepszy”. Nie wierzyć hierarchiom. Pytać, kto je ustanowił.
Chorwacka pisarka Vedrana Rudan wstrząsnęła swymi opowieściami o wojnie bałkańskiej. Taki był monodram Krystyny Jandy „Ucho, gardło, nóż” – właśnie dzisiaj, 14 grudnia, grany na żywo w Teatrze Polonia, będzie transmitowany w 39 kinach sieci Helios w całej Polsce (transmisja rozpocznie się o godzinie 19.30). Kiedy pojawił się na afiszu (2005), widzowie z trudem oswajali się z brutalnym językiem Rudan. „Takiej Jandy – wściekłej, wulgarnej, wyzywającej i złej – jeszcze nie widzieliście” – pisał wówczas Roman Pawłowski w „Gazecie Wyborczej”. Nikt nie miał wątpliwości, że mamy do czynienia wybitną pisarką, której tekst idealnie trafił na swoją aktorkę.
To nie jedyny spektakularny sukces Vedrany Rudan w Polsce. Z gorącym przyjęciem spotkał się oparty na jej powieści spektakl „Murzyni we Florencji” krakowskiego Teatru Nowego Proxima (2017) w reżyserii Iwony Kempy. Utwór i spektakl na granicy artystycznego ryzyka, bo jakże łatwo opowieść snuta z perspektywy bliźniaczych płodów (nieodparcie zabawni Julian Chrząstowski i Sławomir Maciejewski) mogła osunąć się w pospolitą zgrywę. Ale nie tym razem, na równi dzięki aktorom, jak i nieomylnie panującej nad materiałem Iwony Kempy. Trzeba było mieć nie lada wyobraźnię, aby uczynić narratorami parę nieukształtowanych płodów, które sobie nawzajem zadają proste pytania i udzielają na ogół dość zaskakujących odpowiedzi. Ale ta seria paradoksalnych zderzeń oczywistości z ich dosłownym opisem to jedynie komediowa otulina traum, tragedii, groźnych konfliktów i niechęci dzielących rodzinę, która – jak wiadomo – dobrze wychodzi tylko na zdjęciu.
Podobnie rzecz się ma z rodziną w „Miłości od ostatniego wejrzenia” także w adaptacji Iwony Kempy. Tym razem nie mamy do czynienia tragikomedią, raczej tu nie do śmiechu, bo sprawa, o której mowa, jest diabelnie poważna. Mowa o przemocy w rodzinie. O agresji uprawianej przez mężczyzn. Zaczyna się to już w latach dzieciństwa, kiedy dziewczynka spotyka się z brutalnością ojca, poniżaniem, biciem, lekceważeniem, wyzwiskami, zakazami. Biernie tej tresurze przygląda się zastraszona matka. Potem przychodzi kolej na wyśnionego księcia z bajki, który okazuje się despotą, żądającym od kobiety całkowitego, podporządkowania. Wszechstronnego: od posłuszeństwa w najdrobniejszych sprawach codziennych, po świadczenie usług erotycznych i obowiązek adoracji.
Tak przynajmniej było w rodzinie bohaterki dramatu, Tildy, od małej chowanej w posłuszeństwie, która wreszcie się buntuje. Poniżana i bita, traktowana jak przedmiot, wciąż kocha swego męża, ale i coraz bardziej nienawidzi, Pociechy szuka w ramionach kochanka, ale żyje w lęku, że w odwecie zostanie zamordowana. Towarzyszy w myśliwskich eskapadach swego męża-sędziego znajdującego upodobanie w krwawych łowach. Kiedy podczas polowania zabija sarnę, jest już gotowa, żeby zabić swego prześladowcę. Przedtem miota przekleństwa pod jego adresem, kiedy wróg nie słyszy, wciąż w nadziei, że on się jeszcze zmieni. Ale nie zmienia się. Zdesperowana pyta w dramatycznym monologu: „Może to jest jedyne możliwe szczęście kobiet. Żyć bez mężczyzny? Może to ocaliłoby świat i uczyniło go lepszym?”.
Iwona Kempa rozpisała przeżycia i doznania Tildy na cztery głosy – grają ją (jako dziewczynę i kobietę w różnym wieku) Karolina Charkiewicz, Magdalena Czerwińska, Anna Gajewska, Agata Wątróbska. Aktorki przejmują czasem rolę postaci męskich: ojca, męża, kochanka. Wszystkie ubrane w suknie ślubne, bo jak każe tradycja, to ślub jest warunkiem spełnienia jako kobiety. Tildzie w czterech postaciach towarzyszy czasem matka – Małgorzata Niemirska, przejmująca w roli zahukanej, gotowej na każde ustępstwo i niegodziwość doznawaną od męża, z determinacją dźwigająca swój krzyż. Cały jej wysiłek skupia się na tym, aby nie zwracać na siebie uwagi, wtopić się w tło. Ale „tło” w tym spektaklu jest nader wymowne – to instalacja Joanny Zemanek „Popiół i diamenty”, przedstawiająca rząd obszernych-pudeł, w których artystka umieściła suknie ślubne. Pudła przypominają trumny, a tytuł instalacji zapowiada śmierć mimo blasku, jaki obiecują diamenty (jak echo wiersza Norwida).
Równie mocno, a może i silniej wybrzmiewają buntownicze „Bachantki” Mai Kleczewskiej, która włączyła w antyczną tragedię relacje z walki o upodmiotowienie ciała kobiety: aktorki przedstawiają fachową instrukcję o stosowaniu pigułek poronnych, które umożliwiają usunięcie niechcianej ciąży. Ten wyrazisty gest protestu przeciw arbitralnym decyzjom męskiej większości (parlamentarnej), przymuszającej kobiety do pełnienia funkcji inkubatora już rozwścieczył grono prawicowych polityków i dziennikarzy. Tymczasem Kleczewska i współpracujący z nią Łukasz Chotkowski nawiązali do starożytnej tragedii, aby wpisać walkę kobiet o samostanowienie w wielowiekową tradycję. Nawet jeśli w „Bachantkach” bardziej chodziło o posłuszeństwo wobec boga niż prawa kobiet, to taka reinterpretacja jest całkowicie uprawniona. Boski szał bowiem, który ogarnia bachantki-wyznawczynie Dionizosa, jest odwetem za lekceważenie. Przede wszystkim boga, ale i jego wyznawczyń, a więc kobiet.
Spektakl ukazuje to sugestywnie, odtwarzając starcie przedstawiciela starych sił (patriarchatu), czyli władającego miastem Penteusza (Michał Czachor) i przybyłego pod przebraniem, jak to było w mitycznym obyczaju, Dionizosa. Bogiem jest w tym spektaklu kobieta (Sandra Korzeniak), jak w jednej z wersji mitu sugerowano. Jego/jej androginiczna postać i skłonność do ekstazy pociąga wyznawców.
Spektakl Kleczewskiej rozgrywa się w specjalnie zbudowanym na scenie Teatru Powszechnego odeonie, kolistym teatrze na wzór antyczny. Widownię reżyserka postanowiła podzielić: połowę rezerwując dla kobiet, połowę dla mężczyzn (parytet!). Warto pamiętać, że tajemne misteria dionizyjskie były dostępne tylko dla bachantek, mężczyznom wzbraniano na nie wstępu pod groźbą śmierci. Przed zakończeniem spektaklu inspicjent prosi mężczyzn o opuszczenie sali – krwawy finał przeznaczony jest (jak w owych misteriach) tylko dla kobiet.
Trzecią lekcję feminizmu przygotowała Bożena Suchocka. Autorem dramatu jest jednak mężczyzna – płodny amerykański dramatopisarz Neil LaBute, uchodzący (niesłusznie) za mizogina. Jak wykazała dowodnie Małgorzata Szum, badaczka od lat interesująca się jego twórczością, LaBute czarnymi charakterami czyni przede wszystkim mężczyzn, znacznie rzadziej kobiety. W „Kilku dziewczynach” widać to wyraźnie: występuje tu tylko jeden mężczyzna (Grzegorz Małecki) i cztery kobiety: Anna Grycewicz, Justyna Kowalska, Beata Ścibakówna i Patrycja Soliman. Bohater, nieźle prosperujący na rynku pisarz, odbywa osobliwą podróż. Ponieważ zamierza się ożenić, przed ślubem z wybranką (o której mówi z lekceważeniem) spotyka się z byłymi przyjaciółkami, z którymi w przeszłości niespodziewanie dla nich zerwał. Chce uzyskać od nich wybaczenie (?), błogosławieństwo (?), krzyżyk na drogę (?), nie jest to jasne. LaBute lubi się wykręcać – tak buduje dialogi, że to bardziej sugestie, niż stwierdzenia, i tak właśnie zachowuje się Mężczyzna. Jedno nie pozostawia wątpliwości – pisarz to krętacz, który ma na uwadze tylko własną korzyść. Kiedy na horyzoncie pojawia się najmniejsze „niebezpieczeństwo” odpowiedzialności za wspólne życie, porzuca kobiety bez słowa pożegnania i nie ma sobie nic do zarzucenia.
Jego spotkania z byłymi partnerkami kończą się katastrofą – żadna z nich nie jest gotowa mu wybaczyć, wszystkie czują się wykorzystane i poniżone. Na koniec wyjdzie na jaw, że i motyw podróży psiarza szlakiem dawnych miłości był drański.
Ta ostatnia lekcja feminizmu – dodam, że świetnie zagrana, powstały tu pełnokrwiste postaci (kreacja Beaty Ścibakówny jako poniżonej, starszej wiekiem partnerki, która znajduje sposób, aby ośmieszyć byłego kochanka) – sprawia wrażenie delikatnego komentarza do relacji męsko-damskich. Nie mając znamion manifestu, też wpisuje się w nurt feministycznych rozliczeń z męskim szowinizmem. Można być pewnym, że teatr na tym skończy.

Kochaj albo rzuć

Bezprecedensowe ogólnopartyjne referendum, przeprowadzone wśród członkiń i członków Sojuszu Lewicy Demokratycznej, ma pokazać jak rządzi się partią demokratyczną w czasach zarazy.

 

Kiedy panuje zaraza potrzebna jest miłość. Miłość, która pojedna tych, co do tej pory nie za bardzo się kochali, albo kochać w ogóle nie chcieli. W obecnej sytuacji wyjścia są dwa: kochaj albo rzuć!
Do kochania potrzebny jest koalicjant. Kto ma nim być wypowiedzą się członkinie i członkowie SLD w ogólnopartyjnym referendum. 15 grudnia Rada Krajowa SLD ma podjąć decyzję o zwołaniu referendum dotyczącego form współpracy przed wyborami do Sejmu. Działacze i działaczki wypowiedzą się czy w wyborach do parlamentu polskiego pójdziemy sami czy w koalicji. Jeżeli w koalicji, to w jakiej? Warianty są trzy: SLD idzie do wyborów samemu, w koalicyjnym bloku lewicowym lub w szerokim bloku zwanym „konstytucyjnym”, który ma być w kontrze do tego antykonstytucyjnego. Podobne koalicje samorządowe pokazały, że w jedności jest jednak siła. Przykładem jest chociażby Łódź. Samodzielny start SLD-Lewica Razem do sejmiku wojewódzkiego zakończył się totalną klęską. SLD nie zdobyło żadnego mandatu, a Koalicja Obywatelska nie osiągnęła większości i w łódzkim sejmiku obecnie rządzi PiS. W wyborach do Rady Miejskiej SLD poszło w szerokiej koalicji w Komitecie Wyborczym Wyborców Hanny Zdanowskiej i dzięki temu w łódzkiej Radzie Miejskiej ma siedmioosobowy klub radnych. Ponieważ interes wspólny stał się nadrzędny, można dziś cieszyć się obecnością Sojuszu w łódzkiej radzie. Wybory samorządowe pokazały również, że bez SLD i PSL nie da się rządzić w sejmikach.
To, że chce się angażować oddolnie ludzi w partii, aby podejmowali tak istotne decyzje dla swojej formacji, jest ważne i szlachetne. Referendum ma więc dać mandat szefowi partii do podjęcia rozmów koalicyjnych z wybranymi podmiotami. W przypadku sukcesu wyborczego świętować będą wszyscy, porażka zazwyczaj jest sierotą, chociaż w tym przypadku winę poniosą Ci, którzy opowiedzieli się w referendum za danym wariantem. Z uwagi na to, że referendum będzie tajne, wątpliwe, aby sprawcy sami się ujawnili. Jednym skreśleniem członkowie zadecydują o dalszych losach partii. Każdy głos będzie miał ogromne znaczenie. Misją szefa partii jest wprowadzenie SLD do Sejmu i stworzenie bloku. Jaką drogą się to odbędzie mają zadecydować członkinie i członkowie formacji. Włodzimierz Czarzasty pragnie, aby „ludzie zapamiętali, że SLD wypadło z Sejmu przez własną głupotę i wróciło przez własną mądrość”.
Należy zaznaczyć, że samo referendum nie rozwiąże rożnych kwestii, które zaczną się pojawiać niebawem. Pierwsza to taka: Kto z ramienia SLD będzie prowadził rozmowy koalicyjne? (jeżeli członkinie i członkowie partii zdecydują, że zawiązujemy szeroką koalicje). To pytanie jest bardzo istotne w kontekście warunków, na jakich takie porozumienie zostanie zawarte. Każda formacja przystępująca do rozmów powinna być pomiotem, a nie przedmiotem. Pojawia się więc kolejne pytanie dotyczące zasad podpisania porozumienia. W wyborach do Sejmu mamy 41 okręgów, a do Senatu mamy 100 okręgów jednomandatowych. Ile miejsc na listach dostaną poszczególni koalicjanci i jakie to będą miejsca – to bardzo istotne kwestie, które trzeba będzie wynegocjować. Pamiętajmy, że to ludzie są największą wartości. W polskim parlamencie przyda się więcej osób mądrych, szlachetnych, uczciwych i odpowiedzialnych, dla których największą wartością będzie dobro obywateli i obywatelek, a nie profity uzyskane dzięki rządzeniu.
Nie zapominajmy, że najważniejszym celem będzie jednak dla wszystkich partnerów koalicyjnych odsunięcie sił antydemokratycznych i antyeuropejskich od władzy. Wspólnym mianownikiem będzie więc Europa i Konstytucja. Nie ulega wątpliwości, że aby odsunąć PiS od władzy, przy obecnym systemie wyborczym, trzeba się zjednoczyć.
Dlatego tak ważne jest stworzenie zespołu wewnątrz partyjnych struktur, który poprowadzi rozmowy o przyszłości startu. Kwestia zachowania parytetu w zespole udowodni naszym partnerom, że Sojusz jest rzeczywiście partią demokratyczną i szanuje równość płci.
Wiele kobiet w strukturach partii wciąż mierzy się z problemem „szklanego sufitu” (niewidocznych przeszkód stojących na drodze awansu politycznego kobiet) czy „lepkiej podłogi” (przypisywania kobiet do funkcji i zadań mniej prestiżowych i gorzej ocenianych). Część dotyka również „efekt Matyldy” (ignorowanie czy pomijanie wkładu kobiet w działalność struktur partyjnych, pomijanie ich świetnych wyników w wyborach samorządowych, spychanie na listach wyborczych na dalsze miejsca oraz przypisywanie mężczyznom dokonań działaczek).
Budowanie sojuszy musi najpierw odbyć się więc w wewnętrznych partyjnych strukturach. Wymaga to rewizji własnych zachowań w stosunku do działaczek i działaczy. Ludzie w partii powinni poczuć się ważnym jej ogniwem, nie tylko w momencie zwoływania wewnątrzpartyjnego referendum, ale także w codziennym życiu partyjnych zmagań. Trzeba się szanować, bo wybory samorządowe pokazały, że bez zaangażowania członkiń i członków partii w kampanie wyborcze nie da się zdobyć mandatów.

Gratuluję i dziękuję

Drogie Koleżanki z Forum Równych Szans i Praw Kobiet SLD!
Z całego serca gratuluję Wam wyników, jakie osiągnęłyście w wyborach samorządowych.
Do startu w wyborach potrzebna jest siła, ogromna determinacja, odwaga i wytrwałość. Mimo wspaniałych wyników, nieraz trzeba unieść brzemię porażki. Nie zawsze świetny rezultat głosowania przynosi gratyfikację w postaci mandatu. Każda z Nas dzielnie walczyła o zdobycie jak największej liczby głosów. Cieszy fakt, że wyborcy zagłosowali na kobiety. =
Nic i nikt nie jest w stanie powstrzymać marszu kobiet po władzę i to nie tylko w polskich samorządach. Mężczyźni, którzy dziś z pogardą odnoszą się do kobiet działających w sferze publicznej, nie zasługują na miano przyzwoitych ludzi. Nie zatrzymają oni biegu historii. Nasze prababki wywalczyły dla nas sto lat temu prawa wyborcze.
W pełni korzystajmy z tych osiągnięć XX wieku.
Działając razem, przeciwstawiajmy się arogancji, agresji, które nie zastąpią wnikliwości, kultury, i twórzmy nowy rodzaj polityki opartej na pozytywnych wartościach.
Naszą siłą jest wspólne działanie dla dobra nas wszystkich!
Dziękuję Wam za zaangażowanie w wyborach i życzę wielu sukcesów oraz mądrych decyzji podejmowanych na politycznej drodze. Tylko wspólne działanie może odmienić oblicze polskiej sceny politycznej. Do tego potrzebna jest mądrość i rozsądek kobiet.
Razem możemy więcej!

Kobiety starego świńtucha Recenzja

W swoim zbiorze esejów o najważniejszych dokonaniach literatury XX wieku, „Pierwszym bilansie po Apokalipsie”, Frederick Beigbeder umieścił m.in. „Kobiety” Charlesa Bukowskiego jako jego najważniejsze „arcydzieło”.

 

Nazywa go wielkim poetą, najwrażliwszym, najsubtelniejszym amerykańskim pisarzem drugiej połowy XX wieku”. Pisze o jego „ciętej klarowności, gwałtowności, bezlitosnym humorze dialogów, okrucieństwem wobec samego siebie” i „tumiwisizmie”. Nic dodać nic ująć. Ci którzy znają prozę Bukowskiego wiedzą, że zbudowana jest ona z sekwencji, z drobnych faktów i fakcików, z drobin codzienności, że jest przesycona odorem Jacka Danielsa, odorem fizjologicznych wydzielin, ostrym, mięsistym, pieprznym seksem, postaciami pełnymi amoralnej, biologicznej dezywnwoltury. Jak pisze Beigbeder, Bukowski to „punk romantyczny”, który „destyluje liryzm ze świństwa”. To pisarstwo amoralne, ale głęboko ludzkie, pełne obscenów, fragmentami pornograficzne właściwie jak najpodlejsze pornole. Beigbeder ma rację. Tylko zdumiewający, wielki talent pisarski potrafił wyczarować z tak podłej materii życia, z „anus mundi” prozę tak kapitalną, której się chce więcej i więcej. Zrobić z tworzywa tak podłego, z tak na pozór monotonnej kakofonii wulgaryzmów i fizjologii prozę tak wspaniałą potrafił tylko Wielki Artysta. O „Kobietach” Bukowskiego nie ma co zbyt dużo gadać po próżnicy. To proza tego rodzaju, że po prostu trzeba ją brać i czytać, a czynność to wielce przyjemna i nawet, co najmniej z lekka, ekscytująca.

 

Charles Bukowski – „Kobiety”, przekł. Lesław Ludwig, wyd. Noir sur Blanc, Warszawa 2016, str. 398, ISBN 978-83-7392-510-6.