Płeć wydawania i pożyczania

Czy mężczyźni powinni brać przykład z kobiet – czyli dlaczego w naszym kraju jest mniej niesolidnych dłużniczek niż dłużników?

Ma od 35 do 44 lat, pochodzi z Mazowsza i zalega średnio na kwotę ponad 22 tys. zł – tak prezentuje się portret statystycznej dłużniczki w naszym kraju, która nie płaci terminowo swych zobowiązań i ma z tego powodu kłopoty.
W Polsce jest nieco więcej kobiet niż mężczyzn, ale stanowią one jedynie 38,5 proc. niesolidnych dłużników, a ich długi są wyraźnie niższe. Według raportu Biura Informacji Gospodarczej Info Monitor oraz Biura Informacji Kredytowej, panie zalegają na kwotę 24,2 mld zł, a panowie prawie na 50 mld zł. Skąd taka różnica?

Buszujące w sklepach

Jak głosi teoria o „płci mózgu”, mężczyźni i kobiety różnią się z powodu nieco odmiennej budowy tegoż. Może są więc i między płciami różnice wynikające z innego funkcjonowania jakiegoś ośrodka mózgowego, odpowiedzialnego za wydawanie i pożyczanie pieniędzy?
Pogląd psychologiczny tłumaczy, że jeżeli chodzi o nawyki finansowe, to kobiety w Polsce raczej wolą oszczędzać niż kupować na kredyt i częściej od mężczyzn dobrze planują wydatki. Tylko 1 na 10 kobiet przyznaje, że ich nie planuje wcześniej. Kłóci się to z dość powszechną opinią, że to najczęściej panie lubią trwonić pieniądze na zbędne zakupy i własne przyjemności oraz bez opamiętania buszują po sklepach.
W dodatku, podobno sam proces pożyczania od kogokolwiek pieniędzy mocno je stresuje, więc decyzję o zaciągnięciu jakiegoś zobowiązania podejmują wolniej niż mężczyźni i są ostrożniejsze w kwestiach finansowych.
Jeżeli kobiety są zmuszone do pożyczania pieniędzy, to przeważnie z powodu niskich zarobków, które nie pozwalają im pokrywać wszystkich wydatków, szczególnie tych nieplanowanych. Mężczyźni częściej przyznają się do tego, że wolą pożyczać niż oszczędzać – 14 proc. wobec 6 proc. kobiet.

Chętne na chwilówki

Statystyki dowodzą, że jeżeli chodzi o rzetelne podejście do spłaty zobowiązań, to kobiety są bardziej skrupulatne w tej kwestii i w planowaniu wydatków oraz rzadziej mają kłopoty finansowe. Dlatego polskie dłużniczki wypadają lepiej od dłużników.
Przeciętna dłużniczka, która boryka się ze spłatą zobowiązań, pochodzi z Mazowsza lub Śląska i jest w wieku od 35 do 44 lat. Jednak najwyższe średnie zaległości mają panie w grupie wiekowej 45–54 lata – jest to ponad 29 tys. zł. Co oczywiste, najmniej kobiet, bo jedynie 5,5 proc. mających problemy z terminowym regulowaniem należności, jest w przedziale wiekowym 18-24 lata.
Dłużniczą rekordzistką Polski jest 37-letnia mieszkanka Mazowsza z długiem przekraczającym 38 mln zł – to jednak niewiele w porównaniu do ponad 69 mln zł zadłużenia, które ma 62-letni rekordzista z woj. lubelskiego.
Kobiety zarabiają jednak nieco mniej niż mężczyźni. Raporty Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości wskazują, że panowie otrzymują wynagrodzenie średnio prawie o tysiąc złotych wyższe niż panie. Mniej kobiet niż mężczyzn jest też aktywnych zawodowo (oczywista konsekwencja wynikająca z wychowywania dzieci). Niższe zarobki i mniejsza aktywność zawodowa nie skłaniają zaś do zaciągania kredytów
Kobiety mają zatem mniej środków do rozdysponowania każdego miesiąca – oraz mogą mieć utrudniony dostęp do kredytów i pożyczek, z powodu braku odpowiedniej zdolności i historii kredytowej.
– Dlatego to co gubi kobiety, to chwilówki. Czasami są zmuszane do sięgnięcia po szybką ale drogą pożyczkę, którą trudniej się spłaca. W momencie zaciągania kredytu czy pożyczki panom częściej towarzyszy poczucie ulgi (28 proc. przy 23 proc. pań), bo uważają, że dzięki dodatkowemu zastrzykowi gotówki będą mieli jeden problem z głowy. Inaczej jest ze stresem związanym z pożyczaniem. Kobiety bardziej niż mężczyźni obawiają się skutków podjęcia złej decyzji i rozmyślają o konsekwencjach braku terminowej spłaty – mówi Agnieszka Kunkel ekspertka Intrum.
45 proc. kobiet twierdzi, że za mało zarabiają, by radzić sobie z nieplanowanymi wydatkami i większymi bieżącymi opłatami więc dlatego muszą pożyczać. Podobną deklarację złożyło 38 proc. mężczyzn. Gdy już przychodzi do pożyczania, 60 proc. kobiet ostateczną decyzję podejmuje przez ponad tydzień, a u mężczyzn tyle czasu zastanawia się 50 proc.

Mniej mają, mniej wydają

Trudno powiedzieć, czy panie z natury są rozsądniejsze i podejmują bardziej rozważne decyzje finansowe. Na pewno jednak do takiego podejścia zmusza je sytuacja życiowa. Nierówność kobiet i mężczyzn na rynku pracy jest nadal faktem. Nie wszyscy pracodawcy wspierają kobiety, które łączą karierę zawodową z życiem prywatnym i zakładaniem rodziny. Wiele z nich po urodzeniu dziecka jest zmuszonych zrobić sobie przerwę nawet na kilka lat, co odbija się negatywnie na finansach rodziny. Jeżeli kobieta jest samotną matką, jej zobowiązania finansowe wzrastają kilkukrotnie.
– Te czynniki sprawiają, że panie muszą być odpowiedzialne w podejmowanych decyzjach finansowych. Nie mogą pozwolić sobie na drogie „zachcianki” i popadnięcie w długi. Nie zapominajmy również o tym, że w naszym kraju przyjęło się, że to kobiety rządzą domową kasą czy finansami w związku. Co za tym idzie, są odpowiedzialne za płacenie rachunków i robienie zakupów, czyli są świadome tego, ile kosztuje życie i wzrosty cen, z którymi mamy regularnie do czynienia. To także skłania je do bycia oszczędnymi – dodaje Agnieszka Kunkel.
Kobiety dysponują na ogół mniejszymi kapitałami niz mężczyźni – a w związku z tym, mniejsze są też ich długi.

Polki dają radę

Wzrost aktywności kobiet na rynku pracy pozytywnie
przekłada się na wyniki biznesowe firm.

Kilka dni temu pisaliśmy w Trybunie, że kobiety w Polsce tak skutecznie przebiły szklany sufit, że już go prawie nie ma (artykuł „Aspirują i awansują” z nr 46-47, 6-7 marca br.)
Czemu lub komu to zawdzięczać? Na pewno nie obecnej ekipie rządzącej, która w ciągu ponad trzech lat swego panowania nie zrobiła nic, by poprawić pozycję zawodową kobiet.
Otóż wpływ na poprawę sytuacji kobiet na rynku pracy ma… sam rynek. Brak wystarczającej liczby pracowników oraz poszukiwanych kompetencji sprzyja równouprawnieniu.
Duży wzrost zatrudnienia kobiet nastąpił w Polskiej Rzczpospolitej Ludowej. W latach 1950 – 1990 odsetek pracujących pań zwiększył się z 31 do 44 proc. Warto zauważyć, że przez następne prawie trzydzieści lat, wzrósł już nieznacznie – tylko do 49 proc. w roku ubiegłym
PRL-owski wzrost zatrudnienia kobiet w niemałej mierze był koniecznością demograficzną i ekonomiczną. Mężczyźni częściowo wyginęli w czasie wojny i kilka lat po jej zakończeniu, wielu leczyło rany i siedziało w więzieniach. Kraj był biedny, z jednej marnej pensji nie bardzo dawało się wyżyć. Kobiety siłą rzeczy musiały iść do pracy. Ta konieczność przyczyniła się też jednak do ich emancypacji. Otrzymywały wprawdzie niewielkie, ale własne pieniądze, nie były już całkiem zależne od swych mężów. Furtka do samodzielności została nieodwracalnie uchylona
I choć nasza rodzima rzeczywistość jest daleka od ideału, zachodzą w niej zmiany, którym bieg nadają również pracodawcy chcący zachować konkurencyjną pozycję na rynku. Są wśród nich też tacy, którzy w tym kierunku idą od dawna, kibicują zwiększeniu się liczby pań, zarówno w zawodach technicznych, jak i na stanowiskach kierowniczych.
Za równouprawnieniem zawodowym przemawiają zarówno argumenty etyczne, jak i ekonomiczne.
Mimo to, płeć pozostaje jednym z powodów pojawiającej się jeszcze niekiedy dyskryminacji na rynku pracy, a większość polskich pracodawców nie prowadzi programów jej zapobiegających.
Czas działa jednak na korzyść kobiet. Za przyspieszeniem ich awansu zawodowego przemawia ekonomia oraz uczciwość.
Są już w Polsce duże firmy prywatne, w których blisko 30 proc. kadry menadżerskiej stanowią kobiety, będąc także ich generalnymi dyrektorami. Bycie kobietą na wysokim stanowisku w dużej firmie inżynieryjnej przestaje być czymś wyjątkowym. Bardzo dobrze odnajdują się one w środowisku pracy, które bazuje na dobrej komunikacji i współpracy.
Jeśli chodzi o specyfikę zawodową, to panie doskonale sprawdzają się w zadaniach wymagających logicznego myślenia, takich jak testowanie i programowanie, gdzie dodatkowo na pewno też pomaga im duża cierpliwość i wytrwałość.
Powszechnie znanym przykładem zawodowej dominacji kobiet była profesja sekserki – specjalistki w zakresie oceny płci piskląt. Dzięki delikatności i precyzji tylko panie były w stanie dobrze wykonywać ten zawód (choć mężczyźni próbowali). Dziś jest on już w zaniku,wyparły go genetyczne badania komórek.
Warto wiedzieć, że na etapie wczesnego dzieciństwa dziewczynki i chłopcy przejawiają podobne zdolności matematyczne. Wychowanie i stereotypy powodują, że gdzieś dalej w edukacji dziewczynki porzucają tę ścieżkę. Natomiast te, które już przez nią przejdą, mają podobny poziom kompetencji co mężczyźni, a w dodatku cechuje je wytrwałość, konsekwencja i umiejętność radzenia sobie z przeciwnościami losu.
Wzrost aktywności kobiet na rynku pracy pozytywnie przekłada się na wyniki biznesowe firm, w których są zatrudnione. Firma zróżnicowana pod względem płci jest efektywniejsza i bardziej zbliżona do potrzeb rzeczywistości – oraz reguł społecznych.
Te panie, które osiągnęły wysokie stanowiska podkreślają, że kobiety częściej powinny wybierać ambitną ścieżkę kariery. Uwierzyć w siebie. Nie patrzeć na to, czego im brakuje, ale na to, w czym są dobre. Właśnie na tym trzeba się koncentrować. A jeśli wybierze się pracodawcę, który to ułatwi, sukces będzie w zasięgu ręki.

Aspirują i awansują

Panie w Polsce tak skutecznie przebiły szklany sufit, że w zasadzie już go prawie nie ma.

Za kilka dni panie będą miały swoje coroczne święto. Ale, czy pod względem zawodowym, mają co celebrować? Ścieżka rozwoju zawodowego bywa wyboista, jednak jest coraz lepiej.
Statystycznie to panie w Polsce są lepiej wykształcone, ale wciąż w wielu firmach i urzędach najwyższe pozycje zajmują mężczyźni, a tylko nielicznym kobietom udaje się wejść do zarządów lub zająć wysokie stanowiska dyrektorskie.
To zrozumiałe, bo kobiety, z racji tego, że nikt ich nie zastąpi w pierwszych latach zajmowania się dziećmi, mają mniej czasu na zdobycie najwyższych funkcji – ale i tu następują zmiany.

Pną się do góry

Na podstawie raportu Hays, opublikowanego pod koniec 2017 roku, można oszacować, że jedynie 15 proc. dyrektorów zarządzających i prezesów firm działających w Polsce to kobiety. Nieco lepiej jest w firmach państwowych, jeszcze lepiej w urzędach, gdzie ten odsetek przekracza 30 proc.
W zarządach przedsiębiorstw prywatnych brakuje pań, ale aż 42 proc. z nich aspiruje do objęcia stanowiska dyrektorskiego lub roli prezesa firmy – więc zapewne wkrótce będzie ich znacznie więcej.

Otoczenie już nie przeszkadza

Wspomniane badania pokazują, że kierownictwa firm generalnie chętnie promują awanse pań na wysokie stanowiska.
Tylko 25 proc. pytanych kobiet jest zdania, że ich obecny pracodawca nie pomaga realizować im planu kariery zawodowej. Jednak w przypadku mężczyzn ten odsetek jest jeszcze mniejszy i wynosi jedynie 18 proc.
Te wskaźniki będą zmieniać się dość powoli. Niezaprzeczalnie jednym z najistotniejszych jest konieczność pogodzenia życia zawodowego z obowiązkami rodzicielskimi – a te obowiązki, siłą rzeczy ciążą w większym stopniu na kobietach, zwłaszcza gdy dzieci są bardzo małe.
W rezultacie aż 65 proc. kobiet i tylko 38 proc. mężczyzn zadeklarowało, że w swoich miejscach pracy napotkali na przeszkody w pogodzeniu obowiązków zawodowych z wychowywaniem dzieci.

Coraz mniejsze różnice

Istotnym, choć jednak stale się zmniejszającym, problemem na polskim rynku pracy jest nadal spora różnica w zarobkach kobiet i mężczyzn. W raporcie „Czas na kobiety” opracowanym w 2018 roku i przygotowanym przez Kongres Kobiet, wykazano, że w Warszawie sekretarka zarabia średnio 700 zł mniej niż mężczyzna na tym samym stanowisku, główna księgowa prawie 2000 zł mniej od głównego księgowego, podobnie projektantki systemów internetowych, gdzie różnica wynosi ok. 2700 zł.
Podane przykłady, choć operują wartościami średnimi, dotyczą akurat tych stanowisk, gdzie zróżnicowanie zarobków między kobietami i mężczyznami jest szczególnie duże. Generalnie jednak, w skali całej populacji, te różnice między płacami kobiet i mężczyzn na identycznych stanowiskach są coraz mniejsze i wynoszą niespełna 10 proc. Są to zresztą często różnice uzasadnione, bo przecież oczywiste jest, że główny księgowy jakiejś firmy mający duże doświadczenie zawodowe otrzyma wyższą pensję niż główna księgowa, która z racji wychowywania dzieci miała mniej czasu na zdobycie doświadczenia.
Zdarza się też, że w części przedsiębiorstw system płac jest różny w zależności od sytuacji rodzinnej pracownika. Zdarza się, że żonaci mężczyźni zarabiają więcej niż single. Mężatki mogą się spotkać z odwrotną sytuacją – proponowana im płaca może być niższa niż singielek, zwłaszcza bezdzietnych.

Pójść na swoje

Znaczącą tendencją w Polsce jest to, że kobiety często decydują się na założenie własnej działalności gospodarczej. Prowadzenie własnego biznesu jest szansą na odnalezienie się w realiach zawodowych, ale i na realizację rozmaitych planów. Wymaga to dużego zaangażowania i poświęcenia większej ilości czasu niż na etacie. Zdecydowanie nie jest to praca „od – do”. Jednak daje też możliwość takiego zarządzania czasem, aby pogodzić rozwój firmy z życiem rodzinnym.
Na pewno w dobrej organizacji pomocne są narzędzia, które znacznie upraszczają prowadzenie firmy, szczególnie w zakresie działań związanych z fakturami, obiegiem dokumentów, podpisywaniem umów. Największą pomocą będzie jednak mąż lub partner życiowy, wspierający kobietę „realizującą się” w biznesie.

5 milionów

Za równymi prawami dla wszystkich, przeciwko dyskryminacji kobiet zaprotestowały 1 stycznia mieszkanki hinduskiego stanu Kerala. Było to jedno z największych zgromadzeń kobiet w historii.

 

W żywym łańcuchu, biegnącym po drodze szybkiego ruchu między miastami Kasaragod i Thiruvananthapuram stanęło 5 milionów obywatelek. W Kasaragod łańcuch otwierała KK Shailaja, minister zdrowia w lewicowym rządzie stanu, przedstawicielka partii Demokratyczny Front Lewicy. Ostatnim ogniwem Ściany Kobiet, jak nazywano wydarzenie, była działaczka Komunistycznej Partii Indii (maoistowskiej) Brinda Karat. Oprócz polityczek w proteście brały udział także inne powszechnie rozpoznawalne w Kerali kobiety, m.in. gwiazdy tamtejszego kina (Mollywood).

Przesłanie Ściany Kobiet było proste – nie zgadzamy się na łamanie praw kobiet i dyskryminację, chcemy być równoprawnymi uczestniczkami życia publicznego. O pełnym poparciu lewicowego rządu Kerali dla tych postulatów zapewnił podczas wiecu rozpoczynającego zgromadzenie premier stanu Pinarayi Vijayan z Demokratycznego Frontu Lewicy.

Bezpośrednią przyczyną organizacji zgromadzenia była sprawa wyroku Sądu Najwyższego Indii w sprawie świątyni w Sabarimali, znanego hinduskiego miejsca kultu. Stwierdza on, że zabranianie dziewczynom i kobietom w wieku od 10 do 50 lat wstępu do obiektu sakralnego przeczy zasadzie równości. Decyzja sądu, która weszła w życie od nowego roku, spotkała się z oburzeniem miejscowego hinduskiego duchowieństwa oraz konserwatywnego rządu Narendry Modiego. Rządząca Keralą lewica i aktywistki kobiece wyrok natomiast entuzjastycznie popierają.

Trzy lekcje feminizmu

Świat stworzony przez mężczyzn dla mężczyzn dobiega kresu. To nie żadne proroctwo, ale wniosek narzucający się po fali premier teatralnych, w których feministyczny obraz rzeczywistości silnie dochodzi do głosu.

 

Rzecz jasna, to nie teatr zbawi świat. Teatr jest jednak czułym narzędziem rejestracji społecznych nastrojów. Nie powinni tego lekceważyć socjologowie, politolodzy, a zwłaszcza politycy. Ale ci ostatni, choć zauważyli Czarny Piątek, nie dostrzegają jak nasila się presja społeczna, mająca na widoku zmianę „męskiej” polityki. Tyrania mężczyzn poddawana jest próbie teatru i patriarchalny model społeczeństwa nie wychodzi z tej próby zwycięsko.
Dowodzą tego choćby ostatnie premiery teatrów warszawskich: „Miłość od ostatniego wejrzenia” Vedrany Rudan w reżyserii Iwony Kempy w Teatrze Dramatycznym, „Bachantki” według Eurypidesa w reżyserii Mai Kleczewskiej w Teatrze Powszechnym i „Kilka dziewczyn” Neila Labutte’a w reżyserii Bożeny Suchockiej w Teatrze Narodowej.
„Miłość od pierwszego wejrzenia” i „Bachantki” uznać można za manifesty współczesnego feminizmu, „Kilka dziewczyn” zaś to feministyczna krytyka egoistycznych wyobrażeń mężczyzn o świecie w formie łagodniejszej (soft-feminizm). Nie przypadkiem premierze w Teatrze Powszechnym towarzyszy oszczędny w słowa tekst Joanny Krakowskiej „50 ćwiczeń na feminizm”, zamieszczony w teatralnym programie. To rodzaj testu, który pozwala uświadomić sobie jak blisko lub jak daleko mnie/tobie/nam do feminizmu. Warto pochylić się nad tym tekstem, a dla zachęty wypisuję tylko trzy początkowe zdania: Raczej nie używać słów „najlepszy”. Nie wierzyć hierarchiom. Pytać, kto je ustanowił.
Chorwacka pisarka Vedrana Rudan wstrząsnęła swymi opowieściami o wojnie bałkańskiej. Taki był monodram Krystyny Jandy „Ucho, gardło, nóż” – właśnie dzisiaj, 14 grudnia, grany na żywo w Teatrze Polonia, będzie transmitowany w 39 kinach sieci Helios w całej Polsce (transmisja rozpocznie się o godzinie 19.30). Kiedy pojawił się na afiszu (2005), widzowie z trudem oswajali się z brutalnym językiem Rudan. „Takiej Jandy – wściekłej, wulgarnej, wyzywającej i złej – jeszcze nie widzieliście” – pisał wówczas Roman Pawłowski w „Gazecie Wyborczej”. Nikt nie miał wątpliwości, że mamy do czynienia wybitną pisarką, której tekst idealnie trafił na swoją aktorkę.
To nie jedyny spektakularny sukces Vedrany Rudan w Polsce. Z gorącym przyjęciem spotkał się oparty na jej powieści spektakl „Murzyni we Florencji” krakowskiego Teatru Nowego Proxima (2017) w reżyserii Iwony Kempy. Utwór i spektakl na granicy artystycznego ryzyka, bo jakże łatwo opowieść snuta z perspektywy bliźniaczych płodów (nieodparcie zabawni Julian Chrząstowski i Sławomir Maciejewski) mogła osunąć się w pospolitą zgrywę. Ale nie tym razem, na równi dzięki aktorom, jak i nieomylnie panującej nad materiałem Iwony Kempy. Trzeba było mieć nie lada wyobraźnię, aby uczynić narratorami parę nieukształtowanych płodów, które sobie nawzajem zadają proste pytania i udzielają na ogół dość zaskakujących odpowiedzi. Ale ta seria paradoksalnych zderzeń oczywistości z ich dosłownym opisem to jedynie komediowa otulina traum, tragedii, groźnych konfliktów i niechęci dzielących rodzinę, która – jak wiadomo – dobrze wychodzi tylko na zdjęciu.
Podobnie rzecz się ma z rodziną w „Miłości od ostatniego wejrzenia” także w adaptacji Iwony Kempy. Tym razem nie mamy do czynienia tragikomedią, raczej tu nie do śmiechu, bo sprawa, o której mowa, jest diabelnie poważna. Mowa o przemocy w rodzinie. O agresji uprawianej przez mężczyzn. Zaczyna się to już w latach dzieciństwa, kiedy dziewczynka spotyka się z brutalnością ojca, poniżaniem, biciem, lekceważeniem, wyzwiskami, zakazami. Biernie tej tresurze przygląda się zastraszona matka. Potem przychodzi kolej na wyśnionego księcia z bajki, który okazuje się despotą, żądającym od kobiety całkowitego, podporządkowania. Wszechstronnego: od posłuszeństwa w najdrobniejszych sprawach codziennych, po świadczenie usług erotycznych i obowiązek adoracji.
Tak przynajmniej było w rodzinie bohaterki dramatu, Tildy, od małej chowanej w posłuszeństwie, która wreszcie się buntuje. Poniżana i bita, traktowana jak przedmiot, wciąż kocha swego męża, ale i coraz bardziej nienawidzi, Pociechy szuka w ramionach kochanka, ale żyje w lęku, że w odwecie zostanie zamordowana. Towarzyszy w myśliwskich eskapadach swego męża-sędziego znajdującego upodobanie w krwawych łowach. Kiedy podczas polowania zabija sarnę, jest już gotowa, żeby zabić swego prześladowcę. Przedtem miota przekleństwa pod jego adresem, kiedy wróg nie słyszy, wciąż w nadziei, że on się jeszcze zmieni. Ale nie zmienia się. Zdesperowana pyta w dramatycznym monologu: „Może to jest jedyne możliwe szczęście kobiet. Żyć bez mężczyzny? Może to ocaliłoby świat i uczyniło go lepszym?”.
Iwona Kempa rozpisała przeżycia i doznania Tildy na cztery głosy – grają ją (jako dziewczynę i kobietę w różnym wieku) Karolina Charkiewicz, Magdalena Czerwińska, Anna Gajewska, Agata Wątróbska. Aktorki przejmują czasem rolę postaci męskich: ojca, męża, kochanka. Wszystkie ubrane w suknie ślubne, bo jak każe tradycja, to ślub jest warunkiem spełnienia jako kobiety. Tildzie w czterech postaciach towarzyszy czasem matka – Małgorzata Niemirska, przejmująca w roli zahukanej, gotowej na każde ustępstwo i niegodziwość doznawaną od męża, z determinacją dźwigająca swój krzyż. Cały jej wysiłek skupia się na tym, aby nie zwracać na siebie uwagi, wtopić się w tło. Ale „tło” w tym spektaklu jest nader wymowne – to instalacja Joanny Zemanek „Popiół i diamenty”, przedstawiająca rząd obszernych-pudeł, w których artystka umieściła suknie ślubne. Pudła przypominają trumny, a tytuł instalacji zapowiada śmierć mimo blasku, jaki obiecują diamenty (jak echo wiersza Norwida).
Równie mocno, a może i silniej wybrzmiewają buntownicze „Bachantki” Mai Kleczewskiej, która włączyła w antyczną tragedię relacje z walki o upodmiotowienie ciała kobiety: aktorki przedstawiają fachową instrukcję o stosowaniu pigułek poronnych, które umożliwiają usunięcie niechcianej ciąży. Ten wyrazisty gest protestu przeciw arbitralnym decyzjom męskiej większości (parlamentarnej), przymuszającej kobiety do pełnienia funkcji inkubatora już rozwścieczył grono prawicowych polityków i dziennikarzy. Tymczasem Kleczewska i współpracujący z nią Łukasz Chotkowski nawiązali do starożytnej tragedii, aby wpisać walkę kobiet o samostanowienie w wielowiekową tradycję. Nawet jeśli w „Bachantkach” bardziej chodziło o posłuszeństwo wobec boga niż prawa kobiet, to taka reinterpretacja jest całkowicie uprawniona. Boski szał bowiem, który ogarnia bachantki-wyznawczynie Dionizosa, jest odwetem za lekceważenie. Przede wszystkim boga, ale i jego wyznawczyń, a więc kobiet.
Spektakl ukazuje to sugestywnie, odtwarzając starcie przedstawiciela starych sił (patriarchatu), czyli władającego miastem Penteusza (Michał Czachor) i przybyłego pod przebraniem, jak to było w mitycznym obyczaju, Dionizosa. Bogiem jest w tym spektaklu kobieta (Sandra Korzeniak), jak w jednej z wersji mitu sugerowano. Jego/jej androginiczna postać i skłonność do ekstazy pociąga wyznawców.
Spektakl Kleczewskiej rozgrywa się w specjalnie zbudowanym na scenie Teatru Powszechnego odeonie, kolistym teatrze na wzór antyczny. Widownię reżyserka postanowiła podzielić: połowę rezerwując dla kobiet, połowę dla mężczyzn (parytet!). Warto pamiętać, że tajemne misteria dionizyjskie były dostępne tylko dla bachantek, mężczyznom wzbraniano na nie wstępu pod groźbą śmierci. Przed zakończeniem spektaklu inspicjent prosi mężczyzn o opuszczenie sali – krwawy finał przeznaczony jest (jak w owych misteriach) tylko dla kobiet.
Trzecią lekcję feminizmu przygotowała Bożena Suchocka. Autorem dramatu jest jednak mężczyzna – płodny amerykański dramatopisarz Neil LaBute, uchodzący (niesłusznie) za mizogina. Jak wykazała dowodnie Małgorzata Szum, badaczka od lat interesująca się jego twórczością, LaBute czarnymi charakterami czyni przede wszystkim mężczyzn, znacznie rzadziej kobiety. W „Kilku dziewczynach” widać to wyraźnie: występuje tu tylko jeden mężczyzna (Grzegorz Małecki) i cztery kobiety: Anna Grycewicz, Justyna Kowalska, Beata Ścibakówna i Patrycja Soliman. Bohater, nieźle prosperujący na rynku pisarz, odbywa osobliwą podróż. Ponieważ zamierza się ożenić, przed ślubem z wybranką (o której mówi z lekceważeniem) spotyka się z byłymi przyjaciółkami, z którymi w przeszłości niespodziewanie dla nich zerwał. Chce uzyskać od nich wybaczenie (?), błogosławieństwo (?), krzyżyk na drogę (?), nie jest to jasne. LaBute lubi się wykręcać – tak buduje dialogi, że to bardziej sugestie, niż stwierdzenia, i tak właśnie zachowuje się Mężczyzna. Jedno nie pozostawia wątpliwości – pisarz to krętacz, który ma na uwadze tylko własną korzyść. Kiedy na horyzoncie pojawia się najmniejsze „niebezpieczeństwo” odpowiedzialności za wspólne życie, porzuca kobiety bez słowa pożegnania i nie ma sobie nic do zarzucenia.
Jego spotkania z byłymi partnerkami kończą się katastrofą – żadna z nich nie jest gotowa mu wybaczyć, wszystkie czują się wykorzystane i poniżone. Na koniec wyjdzie na jaw, że i motyw podróży psiarza szlakiem dawnych miłości był drański.
Ta ostatnia lekcja feminizmu – dodam, że świetnie zagrana, powstały tu pełnokrwiste postaci (kreacja Beaty Ścibakówny jako poniżonej, starszej wiekiem partnerki, która znajduje sposób, aby ośmieszyć byłego kochanka) – sprawia wrażenie delikatnego komentarza do relacji męsko-damskich. Nie mając znamion manifestu, też wpisuje się w nurt feministycznych rozliczeń z męskim szowinizmem. Można być pewnym, że teatr na tym skończy.

Kochaj albo rzuć

Bezprecedensowe ogólnopartyjne referendum, przeprowadzone wśród członkiń i członków Sojuszu Lewicy Demokratycznej, ma pokazać jak rządzi się partią demokratyczną w czasach zarazy.

 

Kiedy panuje zaraza potrzebna jest miłość. Miłość, która pojedna tych, co do tej pory nie za bardzo się kochali, albo kochać w ogóle nie chcieli. W obecnej sytuacji wyjścia są dwa: kochaj albo rzuć!
Do kochania potrzebny jest koalicjant. Kto ma nim być wypowiedzą się członkinie i członkowie SLD w ogólnopartyjnym referendum. 15 grudnia Rada Krajowa SLD ma podjąć decyzję o zwołaniu referendum dotyczącego form współpracy przed wyborami do Sejmu. Działacze i działaczki wypowiedzą się czy w wyborach do parlamentu polskiego pójdziemy sami czy w koalicji. Jeżeli w koalicji, to w jakiej? Warianty są trzy: SLD idzie do wyborów samemu, w koalicyjnym bloku lewicowym lub w szerokim bloku zwanym „konstytucyjnym”, który ma być w kontrze do tego antykonstytucyjnego. Podobne koalicje samorządowe pokazały, że w jedności jest jednak siła. Przykładem jest chociażby Łódź. Samodzielny start SLD-Lewica Razem do sejmiku wojewódzkiego zakończył się totalną klęską. SLD nie zdobyło żadnego mandatu, a Koalicja Obywatelska nie osiągnęła większości i w łódzkim sejmiku obecnie rządzi PiS. W wyborach do Rady Miejskiej SLD poszło w szerokiej koalicji w Komitecie Wyborczym Wyborców Hanny Zdanowskiej i dzięki temu w łódzkiej Radzie Miejskiej ma siedmioosobowy klub radnych. Ponieważ interes wspólny stał się nadrzędny, można dziś cieszyć się obecnością Sojuszu w łódzkiej radzie. Wybory samorządowe pokazały również, że bez SLD i PSL nie da się rządzić w sejmikach.
To, że chce się angażować oddolnie ludzi w partii, aby podejmowali tak istotne decyzje dla swojej formacji, jest ważne i szlachetne. Referendum ma więc dać mandat szefowi partii do podjęcia rozmów koalicyjnych z wybranymi podmiotami. W przypadku sukcesu wyborczego świętować będą wszyscy, porażka zazwyczaj jest sierotą, chociaż w tym przypadku winę poniosą Ci, którzy opowiedzieli się w referendum za danym wariantem. Z uwagi na to, że referendum będzie tajne, wątpliwe, aby sprawcy sami się ujawnili. Jednym skreśleniem członkowie zadecydują o dalszych losach partii. Każdy głos będzie miał ogromne znaczenie. Misją szefa partii jest wprowadzenie SLD do Sejmu i stworzenie bloku. Jaką drogą się to odbędzie mają zadecydować członkinie i członkowie formacji. Włodzimierz Czarzasty pragnie, aby „ludzie zapamiętali, że SLD wypadło z Sejmu przez własną głupotę i wróciło przez własną mądrość”.
Należy zaznaczyć, że samo referendum nie rozwiąże rożnych kwestii, które zaczną się pojawiać niebawem. Pierwsza to taka: Kto z ramienia SLD będzie prowadził rozmowy koalicyjne? (jeżeli członkinie i członkowie partii zdecydują, że zawiązujemy szeroką koalicje). To pytanie jest bardzo istotne w kontekście warunków, na jakich takie porozumienie zostanie zawarte. Każda formacja przystępująca do rozmów powinna być pomiotem, a nie przedmiotem. Pojawia się więc kolejne pytanie dotyczące zasad podpisania porozumienia. W wyborach do Sejmu mamy 41 okręgów, a do Senatu mamy 100 okręgów jednomandatowych. Ile miejsc na listach dostaną poszczególni koalicjanci i jakie to będą miejsca – to bardzo istotne kwestie, które trzeba będzie wynegocjować. Pamiętajmy, że to ludzie są największą wartości. W polskim parlamencie przyda się więcej osób mądrych, szlachetnych, uczciwych i odpowiedzialnych, dla których największą wartością będzie dobro obywateli i obywatelek, a nie profity uzyskane dzięki rządzeniu.
Nie zapominajmy, że najważniejszym celem będzie jednak dla wszystkich partnerów koalicyjnych odsunięcie sił antydemokratycznych i antyeuropejskich od władzy. Wspólnym mianownikiem będzie więc Europa i Konstytucja. Nie ulega wątpliwości, że aby odsunąć PiS od władzy, przy obecnym systemie wyborczym, trzeba się zjednoczyć.
Dlatego tak ważne jest stworzenie zespołu wewnątrz partyjnych struktur, który poprowadzi rozmowy o przyszłości startu. Kwestia zachowania parytetu w zespole udowodni naszym partnerom, że Sojusz jest rzeczywiście partią demokratyczną i szanuje równość płci.
Wiele kobiet w strukturach partii wciąż mierzy się z problemem „szklanego sufitu” (niewidocznych przeszkód stojących na drodze awansu politycznego kobiet) czy „lepkiej podłogi” (przypisywania kobiet do funkcji i zadań mniej prestiżowych i gorzej ocenianych). Część dotyka również „efekt Matyldy” (ignorowanie czy pomijanie wkładu kobiet w działalność struktur partyjnych, pomijanie ich świetnych wyników w wyborach samorządowych, spychanie na listach wyborczych na dalsze miejsca oraz przypisywanie mężczyznom dokonań działaczek).
Budowanie sojuszy musi najpierw odbyć się więc w wewnętrznych partyjnych strukturach. Wymaga to rewizji własnych zachowań w stosunku do działaczek i działaczy. Ludzie w partii powinni poczuć się ważnym jej ogniwem, nie tylko w momencie zwoływania wewnątrzpartyjnego referendum, ale także w codziennym życiu partyjnych zmagań. Trzeba się szanować, bo wybory samorządowe pokazały, że bez zaangażowania członkiń i członków partii w kampanie wyborcze nie da się zdobyć mandatów.

Gratuluję i dziękuję

Drogie Koleżanki z Forum Równych Szans i Praw Kobiet SLD!
Z całego serca gratuluję Wam wyników, jakie osiągnęłyście w wyborach samorządowych.
Do startu w wyborach potrzebna jest siła, ogromna determinacja, odwaga i wytrwałość. Mimo wspaniałych wyników, nieraz trzeba unieść brzemię porażki. Nie zawsze świetny rezultat głosowania przynosi gratyfikację w postaci mandatu. Każda z Nas dzielnie walczyła o zdobycie jak największej liczby głosów. Cieszy fakt, że wyborcy zagłosowali na kobiety. =
Nic i nikt nie jest w stanie powstrzymać marszu kobiet po władzę i to nie tylko w polskich samorządach. Mężczyźni, którzy dziś z pogardą odnoszą się do kobiet działających w sferze publicznej, nie zasługują na miano przyzwoitych ludzi. Nie zatrzymają oni biegu historii. Nasze prababki wywalczyły dla nas sto lat temu prawa wyborcze.
W pełni korzystajmy z tych osiągnięć XX wieku.
Działając razem, przeciwstawiajmy się arogancji, agresji, które nie zastąpią wnikliwości, kultury, i twórzmy nowy rodzaj polityki opartej na pozytywnych wartościach.
Naszą siłą jest wspólne działanie dla dobra nas wszystkich!
Dziękuję Wam za zaangażowanie w wyborach i życzę wielu sukcesów oraz mądrych decyzji podejmowanych na politycznej drodze. Tylko wspólne działanie może odmienić oblicze polskiej sceny politycznej. Do tego potrzebna jest mądrość i rozsądek kobiet.
Razem możemy więcej!

Kobiety starego świńtucha Recenzja

W swoim zbiorze esejów o najważniejszych dokonaniach literatury XX wieku, „Pierwszym bilansie po Apokalipsie”, Frederick Beigbeder umieścił m.in. „Kobiety” Charlesa Bukowskiego jako jego najważniejsze „arcydzieło”.

 

Nazywa go wielkim poetą, najwrażliwszym, najsubtelniejszym amerykańskim pisarzem drugiej połowy XX wieku”. Pisze o jego „ciętej klarowności, gwałtowności, bezlitosnym humorze dialogów, okrucieństwem wobec samego siebie” i „tumiwisizmie”. Nic dodać nic ująć. Ci którzy znają prozę Bukowskiego wiedzą, że zbudowana jest ona z sekwencji, z drobnych faktów i fakcików, z drobin codzienności, że jest przesycona odorem Jacka Danielsa, odorem fizjologicznych wydzielin, ostrym, mięsistym, pieprznym seksem, postaciami pełnymi amoralnej, biologicznej dezywnwoltury. Jak pisze Beigbeder, Bukowski to „punk romantyczny”, który „destyluje liryzm ze świństwa”. To pisarstwo amoralne, ale głęboko ludzkie, pełne obscenów, fragmentami pornograficzne właściwie jak najpodlejsze pornole. Beigbeder ma rację. Tylko zdumiewający, wielki talent pisarski potrafił wyczarować z tak podłej materii życia, z „anus mundi” prozę tak kapitalną, której się chce więcej i więcej. Zrobić z tworzywa tak podłego, z tak na pozór monotonnej kakofonii wulgaryzmów i fizjologii prozę tak wspaniałą potrafił tylko Wielki Artysta. O „Kobietach” Bukowskiego nie ma co zbyt dużo gadać po próżnicy. To proza tego rodzaju, że po prostu trzeba ją brać i czytać, a czynność to wielce przyjemna i nawet, co najmniej z lekka, ekscytująca.

 

Charles Bukowski – „Kobiety”, przekł. Lesław Ludwig, wyd. Noir sur Blanc, Warszawa 2016, str. 398, ISBN 978-83-7392-510-6.

Kobiety. Co z nimi zrobić?

Oglądałem w tzw. publicznej TVPiS sprawozdanie na żywo z wyborczej konwencji samorządowej w Krakowie.
Jakiś inny PiS – w pierwszych rzędach jacyś zadowoleni z życia ludzie, brak klasycznego „moherowo-beretowego” kobiecego elektoratu PiS.
Prezes PiS Jarosław Kaczyński wygłasza mowę pochwalną na cześć kandydatki PiS na prezydenta Krakowa – Małgorzaty Wasserman i prosi ją o wystąpienie.
Ona rzecz jasna siedzi w pierwszym rzędzie – Jeżeli mówić o konserwatywnym ubiorze to ale, ale – żadna czarna garsonka – ulubiony strój posłanek PiS. Ona tam siedzi w rozpuszczonych seksownie blond włosach i w czerwonym mini Strój raczej nie nawet na wieczorne przyjęcie, co raczej na wieczorne „przyjątko” – na konwencji partyjnej w samo południe rzuca na kolana. W każdym razie robiła wrażenie. Ale nie wiem czy to powinien być główny atut prezydenta Krakowa?
A teraz przepraszam za seksizm. W starciu na kobiety obozów politycznych jak na razie ascetyczny Jarosław Kaczyński zdecydowanie wygrywa na punkty z „macho” Leszkiem Millerem – bo „jego kobiety” Aleksandra Jakubowska czy Magdalena Ogórek chwały formacji Leszka Millera nie przyniosły.
Zdumiewająca historia.
A może nie tak zdumiewająca?
II RP miała jedno z najbardziej postępowych ordynacji wyborczych w ówczesnej Europie. Ale doszło do tego w wyniku wściekłego sporu w kierownictwie Polskiej Partii Socjalistycznej. Większość kierownictwa PPS stała na stanowisku, żeby kobietom nie przyznawać praw wyborczych, bo te są podporządkowane wpływom kleru katolickiego i będą głosować na partie prawicy. Stalo się inaczej, bo Józefa Piłsudskiego „napadły” (a może napadły – różnie piszą} działaczki PPS, łączniczki OB PPS, POW i tak długo krzyczały, ąż wywalczyły w II RP prawa wyborcze dla kobiet.
Generalnie wyszło na to, że działacze PPS mieli rację, a nie działaczki, bo kobiety raczej głosowały na chadecję narodową demokrację. Ale to PPS „załatwiła” kobietom prawo głosu.
Jakieś rozsądne wnioski? Jakieś pomysły?

Kobiety polskie się przebudziły Wywiad

Tym razem Krzysztof Lubczyński rozmawia z Krystyną Kacpurą, dyrektorką Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny.

 

Znalazła się Pani w gronie reprezentantów polskich instytucji i organizacji pozarządowych, którzy mieli możliwość spotkania z goszczącą w Polsce delegacją Komisji Praworządności Parlamentu Europejskiego z Claude Moraesem na czele. Jakie kwestie i problemy im Pani przedstawiła?

Skoncentrowałam się na realizacji w Polsce praw reprodukcyjnych i ochrony zdrowia reprodukcyjnego kobiet w obszarze obecnie obowiązującego prawa. Przede wszystkim na legalnej aborcji przy spełnieniu jednego z trzech zawartych w ustawie warunków. To prawo jest w Polsce w praktyce martwe, nie tylko w obszarze dostępu do legalnej aborcji, bo poza tym nie ma w Polsce edukacji seksualnej, a zamiast niej zideologizowany przedmiot pod nazwą „przygotowanie do życia w rodzinie”. Nowe podstawy programowe w szkołach potwierdzają ten ideologiczny punkt widzenia, bo słowo „seks” pojawia się w nich dwa razy, a słowo „rodzina” około dwustu razy. Mamy też w Polsce do czynienia z ograniczaniem dostępu do środków antykoncepcyjnych, bardzo trudno uzyskać informacje na ich temat, a antykoncepcja hormonalna jest dla wielu kobiet zbyt kosztowna. Do tego dochodzi nadużywanie tzw. klauzuli sumienia przez lekarzy, którzy n.p. odmawiają wypisania recept na antykoncepcję awaryjną, jak również przez część farmaceutów w aptekach, którzy nie chcą sprzedawać środków antykoncepcyjnych nawet na receptę. Nawiasem mówiąc, często, niezgodnie z wiedzą medyczną, nazywają antykoncepcją awaryjną środkami wczesnoporonnymi, choć takie pojęcie nie istnieje. Jest też problem wynikający z faktu, że istnieją całe regiony kraju, Podkarpacie, Poznańskie, rejon Białegostoku, gdzie całe szpitale i inne jednostki ochrony zdrowia podpisały klauzule sumienia i tam sytuacja kobiet jest szczególnie trudna. Tak się stało, mimo że prawo przewiduje jedynie indywidualną deklarację sumienia. Mimo naszych monitów do władz, nie stworzono specjalnego systemu dla kobiet, zgodnie z którym lekarze odmawiający n.p. wypisania określonego środka antykoncepcyjnego czy legalnej aborcji mieliby obowiązek wskazania innego lekarza, który by tego dokonał. Wiele kobiet dzwoni do nas i pyta o lekarzy, którzy nie podpisali klauzuli sumienia, ale i nie ma tygodnia, w którym nie stykamy się z przypadkiem jakiejś tragedii kobiety, która odsyłana jest od szpitala do szpitala. Niestety, Trybunał Konstytucyjny orzeczeniem z 2014 roku zwolnił lekarzy z takiego obowiązku, bo uznał to również za sprzeczne z klauzulą sumienia. Nie ma instytucji, która pomagałaby kobietom w tym zakresie. O tym, że ustawa jest nieprzestrzegana świadczy m.in. fakt, że każdego roku odnotowywanych jest w statystykach około tysiąca aborcji, co przy około pięciu milionach kobiet w wieku reprodukcyjnym jest niemożliwe. Z naszych szacunków jest dokonywanych około stu tysięcy aborcji rocznie, wykonywanych przy użyciu tabletek poronnych, w gabinetach prywatnych w ramach podziemia aborcyjnego lub w gabinetach lekarskich za granicą, głównie w Czechach, na Słowacji i w Niemczech. Niestety, duża część tych aborcji dokonywana jest w warunkach zagrażających zdrowiu a nawet życiu kobiet, w tym w tzw. warunkach domowych. Możliwość dokonania aborcji jest też często związana z możliwościami finansowymi kobiety, bo na kosztowne środki farmaceutyczne wiele kobiet nie stać. Lekarze z klinik przygranicznych informują nas często, że trafiają do nich kobiety, które same próbowały dokonać aborcji u osób niewykwalifikowanych. Takie przypadki rzadko wychodzą na światło dzienne, bo kobiety boją się mówić, mimo że uświadamiamy je, że ustawa antyaborcyjna nie przewiduje karania kobiet. Boją się n.p. iść do lekarza na kontrolę po zabiegu. Boją się iść do lekarza z wynikami badań prenatalnych. Trzeba też zauważyć, że zafałszowane są te dane, które mówią, że większość wskazań do terminacji ciąży wynika z wykrytych wad płodu a zaledwie pięć procent ciąż jest wynikiem gwałtu czy innego czynu zabronionego. Są zafałszowane, ponieważ większość kobiet kwalifikujących się do aborcji od razu szuka pomocy w podziemiu lub u lekarzy za granicą. Boją się bowiem żmudnych procedur o niepewnym wyniku, boją się odmowy i boją się stygmatyzacji, n.p. w postaci stwierdzeń w rodzaju, że „za krótka była spódniczka” lub „za mocny makijaż”.

 

Jak Komisja ustosunkowała się do przedstawionego przez Panią stanowiska?

Przyjęła je do wiadomości, potwierdziła, że po części zna sytuację w tym zakresie i zadeklarowała, że będzie o tym rozmawiała z polskim rządem. Nie realizowane są bowiem wyroki Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu, n.p. ten w sprawie 14-letniej dziewczynki z Lublina, która zaszła w ciążę w wyniku czynu zabronionego i której aborcji odmówiono. Nie ma tu dostępnej i łatwej instancji odwoławczej dla kobiet od decyzji lekarza, okres oczekiwania na decyzję jest długi, a w sprawach ciąży czas jest bardzo istotnym czynnikiem, tym bardziej, że często badania prenatalne wykonywane są w późnym okresie ciąży. W takich sytuacjach zagrożenie dla kobiety, w przypadku terminacji ciąży znacznie się zwiększa. Poza tym taka kobieta potrzebuje specjalnej opieki lekarskiej po aborcji, a trudno sobie wyobrazić kobietę, która poddała się terminacji takiej ciąży za granicą i która bez wahania zgłosi się do lekarza. Ponadto istnieje realne zagrożenie, że może zostać przyjęty zakaz aborcji z powodu wad embriopatologicznych płodu, bo projekt „Zatrzymaj aborcji” nadal jest procedowany, a w TK jest zapytanie w tej sprawie podpisane przez stu posłów, a nietrudno sobie wyobrazić jaki wyrok może on wydać w tej sprawie. Znane jest też stanowisko prokuratora generalnego w tej sprawie. Tymczasem rząd posługuje się fałszywą informacją, jakoby 95 procent legalnie przerywanych ciąż dotyczyło płodów z zespołem Downa , podczas gdy naprawdę jest ich 22 procent, co podaje nawet Ministerstwo Zdrowia. Przypomnę, że prawo do przerwania ciąży nie oznacza obowiązku jej dokonania i jeśli kobieta zdecyduję się taką ciążę donosić, szanujemy to i jesteśmy za udzieleniem jej wszelkiej pomocy. Niestety, państwo polskie interesuje się kobietą ciężarną tylko do końca jej ciąży, do momentu porodu.

 

Gdzie kobiety mogą uzyskać informacje n.p. co do konkretnych lekarzy, którzy zechcą dokonać terminacji ciąży lub wypisać kobiecie receptę na antykoncepcję awaryjną?

Jest takich inicjatyw sporo, z których najbardziej sobie cenię tę, która nazywa się „Lekarze kobietom”. To inicjatywa kilku postępowych lekarzy, z doktor Aleksandrą Krasowską na czele, która zaistniała tuż po decyzji poprzedniego ministra zdrowia pana Radziwiłła o wycofaniu antykoncepcji awaryjnej ze sprzedaży bez recept. W tej chwili w tej inicjatywie uczestniczy około trzystu lekarzy w całym kraju i obejmuje całą niemal mapę Polski. Do inicjatywy przyłączają się kolejni lekarze, a w zeszłym roku wypisali oni kobietom kilka tysięcy recept. Informacje na ten temat można uzyskać na stronie fejsbukowej inicjatywy „Lekarze kobietom”. Bezpłatnie wystawiają oni kobietom recepty na tę antykoncepcję. Niestety nie udało się stworzenie jawnej listy lekarzy powołujących się na klauzulę sumienia, bo skrywają oni ten fakt do momentu, gdy decydują się odmówić pacjentce już w gabinecie lekarskim. Nie godzą się na ujawnianie tego awansem, bo boją się utraty pacjentek. Kobiety skazane są więc na przekazywanie sobie wzajemnie informacji o lekarzach „pocztą pantoflową”. Jednak nie klauzula sumienia jest największym problemem, jako że w skali kraju jest to jednak margines. Gorsze są zawiłe, długie procedury, mnożone niepotrzebne badania, odsyłanie od placówki do placówki, a w niektórych przypadkach żądanie zgody partnera, ojca dziecka, co też nie jest zgodne z prawem. Do tego dochodzi stygmatyzujący albo manipulacyjny język stosowany w stosunku do kobiet.

 

Jakich przypadków, z którymi zgłaszają się do Federacji kobiety jest najwięcej?

To problemy z uzyskaniem legalnej aborcji mimo wykonania wszystkich badań i niezbędnych dokumentów. Staramy się pomagać skutecznie czyli najpierw kierujemy do odpowiedniego lekarza, na później zostawiając wszelkie kwestie formalne, odwołania itd.

 

Za chwilę będzie druga rocznica „Czarnego protestu” z października 2016 roku. Czy poza silnym efektem politycznym ta inicjatywa posunęła coś do przodu z punktu widzenia praw kobiet oraz celów Federacji i podobnych inicjatyw?

Ten protest i dwa lata po nim spowodowały przebudzenie Polek. Zaczęły wreszcie rozumieć i interesować się tym, jaki los szykuje im władza. Już dwa razy była wysuwana inicjatywa liberalizacji prawa dotyczącego aborcji, za każdym razem odrzucona. To rozwścieczyło Polki. Nastąpiło przebudzenie kobiet w małych miejscowościach. Nastąpił też wzrost poparcia dla prawa do wyboru. O ile na początku 2016 roku tylko 18 procent popierało prawo do wyboru, o tyle obecnie, według badań IPSOS na zlecenie OKO-Press, jest to mniej więcej 44 procent. To powrót do sytuacji z lat dziewięćdziesiątych, gdy za wyborem opowiadało się ok. 50 procent respondentów. Potem zmasowana indoktrynacja religijno-konserwatywna, w szkole, na katechezie, w mediach doprowadziła do radykalnego obniżenia tego wyniku. Obecnie odrabiamy te straty, dzięki edukacji. Zauważyłam, że o ile kilka lat temu kobiety przychodzące do nas, przed podpisaniem projektu ustawy liberalizującej prawo do aborcji, miały potrzebę to uzasadnić, nawet w dłużej opowieści, o tyle rok później podpisywały natychmiast, bez zmrużenia oka. Pewna starsza pani składając podpis powiedziała mniej więcej tak: do wczoraj uważałam, że ta sprawa zupełnie mnie nie dotyczy, ale kiedy przyszła do mnie sąsiadka z pytaniem, czy nie znam lekarza, który wypisałby receptę na antykoncepcję awaryjną jej wnuczce, której na imprezie wsypano do napoju pigułkę gwałtu. Wtedy zrozumiałam, że mnie to też dotyczy, że dotyczy nas – kobiet. W kobietach obudziła się solidarność.

 

Dwa lata temu minęło 25 lat od powstania Federacji. Jakie nowe wyzwania stoją przed wami obliczu nowej sytuacji? Przecież przychodzi do was nowe pokolenie kobiet, także tych, których w momencie, gdy powstawaliście, nie było jeszcze na świecie…

Identyfikujemy się przede wszystkim jako organizacja ekspercka, otwarta na wszystkie środowiska kobiece. Współpracujemy z „Łódzkimi Dziewuchami”, z „Czarnym Protestem”, z Ogólnopolskim Strajkiem Kobiet, budujemy Wielką Koalicję za Równością i Wyborem, która skupia około stu organizacji z całej Polski. Wyposażamy je w wiedzę, w materiały edukacyjne. Jeździmy w teren i spotykamy się z kobietami. Chcemy razem z nimi doprowadzić do stworzenia dobrego prawa. Bo obecne prawo jest skierowane przeciw dobru większości kobiet w Polsce.

 

Dziękuję za rozmowę.