Stłumić ludowy bunt za wszelką cenę

Kolumbijski protest społeczny rozpoczął się, gdy skrajnie prawicowy prezydent Ivan Duque ogłosił szalenie niepopularną reformę podatkową nakładającą nowe, prawdziwie miażdżące podatki na klasę średnią i biednych Kolumbijczyków. Propozycja Duque miała na celu spłacenie długu, aby pokazać stabilność i zadowolić międzynarodowych inwestorów. Ale ta stabilność dla międzynarodowego kapitału oznacza ogromną niestabilność dla dziesiątek milionów Kolumbijczyków walczących po prostu o przeżycie.

Kraj już teraz znajduje się w tragicznym położeniu gospodarczym – 43 proc. Kolumbijczyków żyje w ubóstwie, a 15 proc. w skrajnym ubóstwie – wszystko to zostało spotęgowane podczas pandemii COVID-19. Propozycja reformy podatkowej wywołała głębokie niezadowolenie.
Jednak powodów do buntu jest znacznie więcej: afera False Positives, w ramach której okazało się, że wojsko i oddziały paramilitarne zamordowały 6 406 cywilów, a następnie zatuszowała tę zbrodnię; ataki rządu Duque na porozumienie pokojowe z 2016 roku, które zakończyło wojnę domową z lewicową partyzantką FARC; faktyczna i postępująca eksterminacja działaczy społecznych, liderów organizacji rdzennej ludności, obrońców praw człowieka i byłych bojowników FARC, jak i nieumiejętne radzenie sobie z pandemią COVID 19. W dwóch słowach: korupcja i bezkarność.
Neonazistowski doradca
Cała ta frustracja bulgotała pod powierzchnią, a propozycja oszczędności Duque doprowadziła społeczeństwo do wrzenia. W obliczu tych niepokojów, kolumbijski rząd – rzekoma demokracja –zachowuje się bardziej jak skrajnie prawicowa, a nawet faszystowska dyktatura. To nie jest hiperbola.
Postać, która stworzyła intelektualne ramy dla rozumienia protestów przez kolumbijską policję, to Alexis Lopez Tapia. Jest on byłym przywódcą rozwiązanej obecnie chilijskiej partii neofaszystowskiej o nazwie Stowarzyszenie Nowa Ojczyzna.
W lutym został zaproszony przez kolumbijskie wojsko do wygłoszenia prezentacji na temat tego, jak pokonać ludowe powstanie. Pseudointelektualnie nazwał je „rozproszoną molekularną rewolucją”. Pod tym terminem rozumie on międzykontynentalny spisek komunistyczny, który rzekomo miał miejsce w ciągu ostatnich trzech dekad. Stawką spisku miało być przejęcie władzy nad Ameryką Łacińską w ramach globalnego postmodernizmu. Tym samym wrzuca on do jednego worka protestujących, rozproszone ruchy społeczne i tubylcze, grupy zbrojne, organizacje pozarządowe zajmujące się prawami człowieka, społeczeństwo obywatelskie – każdego, kto sprzeciwia się polityce państwa – uważając ich za część wywrotowego spisku, na który wojsko jest zupełnie nieprzygotowane.
Dla przeciętnego widza może to brzmieć jak teoria spiskowa, ale cała koncepcja odbiła się ona szerokim echem wśród najpotężniejszych postaci w Kolumbii, w tym byłego prezydenta Alvaro Uribe. Odniósł się on na Twitterze Uribe do teorii rozproszonej rewolucji molekularnej.
Uribe jest mózgiem stojącym za rozlewem krwi w Kolumbii. Powszechnie wiadomo, że to on zza kulis kontroluje obecnego prezydenta, Ivána Duque, który wydaje rozkazy bicia i zabijania protestujących.
Ultraprzemoc kolumbijskiej policji
Po dniu pierwszych protestów Uribe opublikował tweeta, w którym wezwał policję i żołnierzy do użycia broni, aby „bronić integralności państwa”. Kilka godzin później, po masowej kampanii w internecie, Twitter usunął jego tweeta, ponieważ był on wyraźnym podżeganiem do przemocy. Ale było już za późno. Kolumbijskie siły wyraźnie zrozumiały tweet Uribe jako zielone światło, swego rodzaju licencję na zabijanie. Odczytały go dosłownie. Policja zabiła tego samego dnia 7 osób w mieście Cali, gorącym ognisku protestów.
Duque, Uribe i narko-państwo
Stany Zjednoczone przekazały Kolumbii helikoptery, widoczne na opublikowanych filmach, za darmo jako część tzw. Planu Kolumbia – ogromnego pakietu pomocy wojskowej, który pozornie miał na celu walkę z handlarzami narkotyków. Tak naprawdę chodziło o pokonanie lewicowej kontrofensywy FARC i rozbicie ich bazy poparcia wśród chłopów na obszarach wiejskich.
W 2016 r. FARC i rząd zawarły układ pokojowy, więc poza kilkoma grupkami zbrojnymi FARC nie istnieje. Tymczasem w Kolumbii hoduje się coraz więcej kokainy, a międzynarodowe kartele narkotykowe stają się potężniejsze niż kiedykolwiek. Kartele kontrolują prawie każdy aspekt państwa, policji i wojska. Skąd o tym wiemy? Potężny handlarz narkotyków Jose Hernandez Aponte znany też jako „El Ñeñe” koordynował kampanię kupowania głosów na prezydenta Duque za pomocą kradzionych pieniędzy. Zostało to zlecone przez Alvaro Uribe. Prokuratura nigdy nie wniósł oskarżenia przeciwko Duque za to, ponieważ jest ona pod kontrolą rządu i szarej eminencji, czyli samego Uribe.
Ñeñe był blisko z czołowymi postaciami z wojska i policji: siłami państwowymi, które mają walczyć z kartelami narkotykowymi. Jest to informacja publicznie dostępna, więc rząd USA o tym wie, nawet jeśli media będące własnością korporacji to ignorują. Kolumbia jest państwem narkotykowym udającym demokrację. Ale wraz z ultra-brutalnym stłumieniem protestów, ta demokratyczna fasada została zrzucona.
Po czterech dniach masowych mobilizacji w całym kraju, Duque ogłosił wycofanie swej propozycji dotyczącej podatków, ale zapowiedział, że kolejna zostanie ogłoszona w najbliższych dniach, co było wyraźną próbą uspokojenia protestujących, która zakończyła się niepowodzeniem.
Godzinę po ogłoszeniu wycofania pierwotnej propozycji prezydent oświadczył, że wysyła wojsko na ulice kolumbijskich miast. „Nasze siły wojskowe, wyszkolone do działania w środowisku miejskim, wspierają pracę policji narodowej” – oświadczył. U boku Duque stanął dowódca armii Enrique Zapateiro, twardogłowy wojskowy zamieszany w morderstwa niewinnych cywilów, znany z tego, że należy do najbardziej skrajnie prawicowych elementów wojska. On również jest narzędziem w rękach Uribe.
„Mój przyjaciel, który jest psychiatrą i musiał kiedyś przeprowadzić wywiad z Zapateiro, powiedział mi, że ten człowiek jest psychotyczny, ma problemy psychiczne” – skomentował dziennikarz Abeldaro Gomez Molina. „I prawdę mówiąc widać pewne zaburzenia równowagi w jego sposobie myślenia, co jest niepokojące, a ponieważ jest on instrumentem Uribe, więc możemy się po nim spodziewać tylko najgorszego”.
Wkrótce potem policja i wojsko zabiły kolejnych dwóch protestujących.
W mieście Cali – gdzie protesty były największe – policja strzeliła w głowę młodemu demonstrantowi, Nicolasowi Guerrero. Popularny kolumbijski DJ prowadził transmisję na żywo z protestu, więc około 70 000 osób obserwowało, jak Guerrero wykrwawia się na śmierć. Po tym wszystkim DJ powiedział, że jego telefon, Instagram i konta na Facebooku zostały zhakowane, a jego przyjaciele i rodzina otrzymują dziwne telefony z prośbą o podanie jego lokalizacji, co zmusiło go do ucieczki z Cali.
Paramilitarni bojówkarze atakują protestujących
Gdy protestujący byli masakrowani w mieście Pereira, kolejnym centrum protestów, burmistrz Carlos Maya wezwał prywatną ochronę do współpracy z wojskiem i policją. „Wezwiemy wszystkie grupy biznesowe i prywatne siły bezpieczeństwa do stworzenia zjednoczonego frontu z policją i wojskiem w celu przywrócenia porządku i bezpieczeństwa obywateli” – zapowiedział Maya.
Lina Maria Montilla Diaz, urzędniczka Centralnego Związku Pracowników, wyjaśnia, że jest to wyraźne wezwanie dla prawicowych bojówkarzy do wyjścia na ulice. – Tego typu deklaracjami zaprasza się bojówkarz do wyjścia na ulice do i wzmocnienia swoich szeregów” – powiedziała w rozmowie z MintPress. Po tym wezwaniu na ulicach miast zaczęły pojawiać się pojazdy z ukrytymi tablicami rejestracyjnymi i mężczyźni w wysokich gumowych butach – charakterystyczne oznaki aktywności grup paramilitarnych. Przed siedzibą lewicowej partii Alternatywny Biegun Demokratyczny pozostawiono zdechłe kurczaki, co stanowiło jednoznaczną groźbę śmierci. Zaledwie kilka dni po tym, jak burmistrz Periery wezwał „prywatne agencje ochrony” do przejęcia kontroli nad miastem, ubrani na czarno bojówkarze podjechali samochodem i otworzyli ogień do Lucasa Villi, studenta uniwersytetu i nauczyciela jogi. Był on bardzo widoczną postacią w protestach i najwyraźniej stał się celem ataku z powodu swojego aktywizmu. Tłumaczył ludziom sens protestów: „Teraz będziemy musieli płacić więcej za wodę, internet, kawę i usługi telefoniczne, ponieważ byliśmy naiwni”.
Według kolumbijskiej dziennikarki Laury Sofii Mejia, rząd ukrywa prawdziwą liczbę zabitych. – Gdy skontaktowaliśmy się z jedną z instytucji, próbując uzyskać informacje na temat tego, ilu zostało zabitych w pewną noc, powiedziano nam off the record, że rozkazem jest nie ujawnianie żadnych informacji prasie – powiedziała.
Przez cały czas trwania strajku, rząd Duque upierał się, że zezwala na pokojowe protesty i że militaryzacja jest konieczna do walki z wandalami i terrorystami. Generowanie strachu wydaje się być jedyną szansą rządu na stłumienie ludowego strajku. Narracja o „wandalach i terrorystach” była kłamstwem od samego początku. Obalił je zresztą atak prawdziwych terrorystów, który miał miejsce w czwartek, kiedy to grupa mężczyzn w cywilnych ubraniach wysiadła z pojazdu w Cali i otworzyła ogień do demonstrantów. Inni demonstranci w pobliżu zdołali przeszukać pojazd i znaleźli w nim sprzęt policyjny. Przyłapani na gorącym uczynku policjanci byli zmuszeni przyznać, że pojazd należał do nich.
Skoro ich taktyka zastraszenia zawiodła, a mordercza żelazna pięść Duque i Uribe nie zdołała złamać strajku, nie wiadomo, dokąd to wszystko zmierza. Tak naprawdę w Kolumbii może jeszcze zdarzyć się wszystko.

Tekst oryginalny ukazał się na portalu MintPressNews. Tłumaczenie: Wojciech Łobodziński (strajk.eu).

Kolumbijczycy oburzeni falą zabójstw działaczy lewicowych

Kolumbijscy działacze społeczni, parlamentarna lewica i byli bojownicy ruchu partyzanckiego FARC prowadzą akcję protestacyjną przeciwko nasilającej się fali ataków, w wyniku których życie straciło wielu byłych partyzantów FARC prowadzących pokojową, legalną działalność polityczną. Zabójstwa mają miejsce pomimo podpisanego cztery lata temu porozumienia pokojowego i ostatecznej rezygnacji FARC z działalności zbrojnej. Zabijani są też działacze lewicy, którzy nie mają nic wspólnego z FARC. Działacze zorganizowali pokojowy marsz paru tysięcy byłych bojowników do stolicy kraju, Bogoty.

Protestujący chcą rozmawiać z prezydentem kraju Ivanem Duque by żądać przestrzegania zasad ustalonych w porozumieniu. Ivan Duque zawsze był krytyczny wobec porozumienia, które zakończyło trwającą 50 lat wojnę domową. Od kiedy ten prawicowy polityk doszedł do władzy w 2018, umowa pokojowa jest notorycznie łamana a ponad dwustu byłych partyzantów zostało zabitych. Partyzanci FARC w 2016 roku złożyli broń i na mocy porozumienia ratyfikowanego przez parlament otrzymali gwarancje miejsc w senacie. Zagwarantowano też amnestię dla byłych bojowników. FARC porzucił działalność zbrojną cztery lata temu i ogranicza się wyłącznie do działalności politycznej. Nazwa organizacji zmieniona została na Alternatywne Siły Rewolucyjne Wspólnot (Fuerza Alternativa Revolucionaria del Común) – skrót FARC pozostał). Pomimo serii zabójstw, organizacja deklaruje, że chce pozostać wierna postanowieniom porozumienia i wzywa rząd do zapewnienia bezpieczeństwa działaczom.
Zaniepokojenie falą zabójstw wyraża Organizacja Narodów Zjednoczonych. Specjalny wysłannik ONZ do spraw Kolumbii, Carlos Ruiz Massieu, wezwał rząd Kolumbii do zwiększenia starań celem zapewnienia ochrony byłym bojownikom, którzy zabijani są „w alarmujących liczbach”. Massieu zwraca także uwagę na narastającą przemoc i powtarzające się masakry dokonywane na innych grupach ludzi, szczególnie w społecznościach chłopskich. W swoim raporcie przedstawionym Radzie Bezpieczeństwa ONZ, Massieu pisze, że niektóre obszary kraju wciąż są dotknięte przemocą ze strony różnych grup zbrojnych i dochodzi na nich do ataków na działaczy społecznych, obrońców praw człowieka, byłych bojowników lub całe wspólnoty. Massieu domaga się zakończenia bezkarności dla autorów tych działań i pociągnięcia do odpowiedzialności także tych, którzy są „autorami intelektualnymi” tych ataków.
„Pokój nie zostanie osiągnięty w pełni jeśli odważne głosy liderów ruchów społecznych będą uciszane poprzez przemoc i jeśli zabijani będą byli bojownicy, którzy złożyli broń i są zdecydowani poddać się reintegracji” – mówił Carlos Ruiz Massieu.
Choć Partyzanci FARC przez lata byli znienawidzeni przez establishment w stolicy kraju, szczególnie przez prawicę i milionerów a przez Stany Zjednoczone uznani za organizację terrorystyczną, to przez chłopską biedotę byli postrzegani jako jedyna gwarancja bezpieczeństwa na obszarach kraju, gdzie panoszyły się grupy zbrojne związane z mafiami narkotykowymi lub prawicowe bojówki paramilitarne siejące terror w obronie interesów wielkich posiadaczy ziemskich.
FARC od lat próbował porzucić działalność zbrojną i przejść na pokojową działalność polityczną. Do pierwszych porozumień rozbrojeniowych z różnymi grupami partyzanckimi dochodziło już na początku lat 90-tych. Jednak za każdym razem, gdy FARC składał broń, zaczynali ginąć działacze społeczni, byli bojownicy czy aktywiści chłopscy. To zmuszało FARC do powrotu „do lasu”, nie tyle z chęci kontynuowania walki zbrojnej, co z konieczności fizycznej samoobrony. To z kolei prowokowało prawicowych polityków w Bogocie do zrywania porozumień i nasyłania armii na tereny gdzie obecne były siły FARC. Taką spiralę przemocy trudno było zakończyć. Najbardziej trwałym dotychczas porozumieniem wydaje się to z 2016 roku, ale cierpliwość byłych bojowników jest wciąż wystawiana na próbę.
Oficjalnie za ataki na byłych partyzantów nie odpowiada armia lecz bojówki paramilitarne. Rząd Kolumbii zapewnia, że stara się wyjaśniać wszystkie przypadki tych ataków i już ponad 30 osób zostało postawionych przed wymiarem sprawiedliwości. Rząd odpowiada też, że także dawni działacze FARC nie wypełniają swoich zobowiązań wynikających z litery porozumienia. Chodzi między innymi o wyjawienie prawdy o zarzucanych partyzantom przypadkach handlu liściami koki, współpracy z organizacjami przestępczymi, przypadkami werbowania młodzieży czy przestępstwami o charakterze seksualnym. I choć większość z tych zarzutów mogło mieć w przeszłości charakter pomówień i kampanii oczerniania, to równie dobrze mogły mieć miejsce, nawet bez wiedzy kierownictwa FARC, w tak potężnej organizacji, która swego czasu kontrolowała blisko połowę wiejskich terytoriów Kolumbii.
Na trwały pokój w Kolumbii chyba jeszcze trzeba poczekać, szczególnie gdy u sterów państwa są politycy, którzy chętniej rozdrapują rany przeszłości niż je leczą. Narastający kryzys związany z pandemią i rosnąca fala strajkowo-protestacyjna będzie dobrą okazją dla rządu, żeby rozdmuchać temat FARC i odwrócić uwagę społeczną od innych problemów.

W Kolumbii też wrze

Kolumbijczycy dołączyli do Ekwadorczyków, Chilijczyków i ostatnio – po zamachu stanu – Boliwijczyków, w walce przeciw polityce prawicy odbierania praw pracowniczych i powiększania nierówności społecznych. Uderzenia w garnki przebudziły na chwilę neoliberalnego prezydenta Ivana Duque, który obiecuje konsultacje społeczne przed swymi „reformami”.

To się nazywa cacerolazo – walenie tłumu w puste garnki za pomocą sztućców, najczęściej łyżek, choć niektórzy używają pałek perkusyjnych lub innych przedmiotów. Trwało ono w Bogocie dobre dwie i pół godziny i było słyszalne na wiele kilometrów. Podobnie jak na stołecznym placu Bolivara, takie koncerty odbyły się w innych miastach, m.in. w Cali, gdzie wprowadzono wkrótce policyjną, „z powodu zamieszek i rabunków”.
Zdecydowana większość manifestacji była pokojowa. W Bogocie ludzie skandowali „Niech żyje strajk generalny!”. Wieczorem część manifestantów starła się z policją, prawie 60 osób zostało rannych, w tym policjanci. Dziś w Bogocie znowu rozbrzmiewa cacerolazo – według sondaży, już 69 proc. Kolumbijczyków nie chce widzieć Ivana Duque jako prezydenta. „Kolumbia wygrała w ten historyczny dzień obywatelskiej mobilizacji” – ogłosił rano Krajowy Komitet Strajkowy federujący organizatorów protestu.
Duque rządzi ze swymi ludźmi od półtora roku i oczywiście zabrał się za „uelastycznienie”, tj. dalsze uśmieciowienie rynku pracy, forsowanie prywatnych funduszy emerytalnych, podwyższanie wieku emerytalnego itp. Tymczasem upada edukacja i wzrasta liczba bezkarnych zabójstw Indian, więc studenci i Indianie dołączyli do związków zawodowych. Kolumbijski prezydent oskarża sąsiednią, socjalistyczną Wenezuelę o wpływ na kolumbijski bunt społeczny.
Prezydent wystąpił w telewizji, by ostrzec, że podjął „niezbędne środki dla zagwarantowania porządku publicznego na całości terytorium kraju”, a oenzetowskie Biuro Praw Człowieka wyraziło „zaniepokojenie” znacznie podniesioną liczbą żołnierzy na ulicach bezpośrednio przed strajkiem i manifestacjami, jak i „nienawistną kampanią w internecie i mediach stygmatyzującą protesty społeczne”.
Strajk i manifestacje zostały ogłoszone przez kolumbijską federację związków zawodowych przeciw typowym, neoliberalnym pomysłom rządu – „uelastycznienia rynku pracy”, tj. odebrania kolejnych praw pracowniczych, osłabienia publicznych funduszy emerytalnych na rzecz prywatnych i podniesienia wieku emerytalnego.
Studenci, od których zaczęły się ostatnie manifestacje, domagają się dofinansowania zaniedbanej edukacji publicznej a miejscowi Indianie ochrony przed rasistowskimi mordercami: w samej prowincji Cauca (na południowym zachodzie kraju) zabito w tym roku ponad 50 osób.
Artyści i stowarzyszenia obywatelskie popierają ruch społeczny, jak i część opozycji, w tym FARC zrodzony z dawnej marksistowskiej partyzantki. Stronnictwo to sprzeciwia się zabijaniu swoich członków. Od czasu układu pokojowego sprzed trzech lat i przejścia FARC do oficjalnej polityki skrajnie prawicowe bojówki zamordowały ponad 170 dawnych partyzantów.
Prezydent nakazał tymczasem zamknięcie granic z Brazylią, Ekwadorem, Wenezuelą i Peru, by „obcokrajowcy nie naruszali porządku publicznego”.

Niewidzialne zbrodnie

Gdy Stany Zjednoczone „wstawiają się” za mieszkańcami Wenezueli, rzeczy dramatyczne dzieją się w sąsiedniej Kolumbii. Jednak to, że cały ten kraj pogrąża się coraz bardziej w spirali przemocy, w tle której mamy narkotyki i politykę, nie wywołuje zbytniej konsternacji w Waszyngtonie ani niepokoju liberalnych mediów.

Trudno się temu dziwić – Kolumbia uznawana jest od dłuższego czasu za jednego z ważniejszych strategicznych sojuszników USA. I nie przeszkadza tutaj fakt, iż Bogota coraz szybciej stacza się w przepaść bezprawia – przy zupełnym milczeniu amerykańskich mediów i, konsekwentnie, obojętności tamtejszej opinii publicznej. Kolumbijski kryzys związany jest z coraz większą, najwyższą w historii produkcją kokainy oraz z działaniami rządu legitymizującymi masową eksterminację największych społeczności Indian, zamieszkującymi niektóre rejony kraju od setek lat. Od momentu przejęcia władzy pod koniec ubiegłego roku przez Ivána Duque, liczba zamordowanych indiańskich liderów i liderek urosła do rozmiarów nie widzianych od co najmniej dekady.
Brak zainteresowania mediów kryzysem w Kolumbii, który ma wpływ na całą Amerykę, jest tylko przykładem tego, jak hegemoniczne rządy i media instrumentalizują kryzysy w celu wywierania presji na rządu nie posiadające takiej siły. Jedne kryzysy są nagłaśniane – inne pozostają w cieniu, kompletnie przemilczane.

Absurdalne podwójne standardy

To Barack Obama pierwszy określił Wenezuelę mianem „zagrożenia dla bezpieczeństwa narodowego” i nałożył na ten bogaty w ropę kraj drakońskie sankcje. Ale administracja Trumpa posunęła się zdecydowanie dalej. Nie tylko zaostrzyła sankcje, ale również oskarża wenezuelski rząd o wspieranie globalnego handlu narkotykami, co ma owo zaostrzenie uzasadniać. Oskarżenia te nie zostały podparte jakimikolwiek konkretnymi dowodami.
W tym samym czasie administracja Trumpa w ogóle nie zainteresowała się skokowym wzrostem produkcji narkotyków w sojuszniczej, sąsiadującej z Wenezuelą, Kolumbii. To, że kolumbijski rynek narkotykowy rozrasta się do niespotykanych globalnie rozmiarów jest wiadome od co najmniej dwóch lat. Powiązania wojskowych i polityków z tym rynkiem należą do długiej i niechlubnej tradycji. Administracja Trumpa, podobnie jak poprzednie, nadal nie zwraca na to uwagi. Zgodnie z raportami ONZ opublikowanymi we wrześniu, kolumbijska produkcja kokainy znów bije rekordy. W 2017 roku, z którego pochodzą najnowsze dane, wyprodukowano około 1379 ton narkotyku. To wzrost o 31 proc. wzrost w porównaniu z 2016 rokiem, zresztą też rekordowym. Produkcja kokainy wzrosła wtedy aż o 50 proc. w porównaniu z rokiem poprzednim.
Administracja Trumpa groziła sankcjami byłemu prezydentowi Kolumbii Juanowi Manuelowi Santosowi, właśnie ze względu na rosnącą produkcję kokainy. Skończyło się „daniem Kolumbii szansy”. Kraj pominięto w corocznym spisie krajów określanych jako „główne rejony globalnego handlu lub produkcji narkotyków”, co uargumentowano prosto i jednoznacznie – pisząc, że „kolumbijska policja jak i wojsko są bliskimi partnerami Stanów Zjednoczonych na półkuli zachodniej”. Dla odmiany Wenezuelę i jej regionalnego sojusznika, Boliwię, dokument ten opisywał jako „kraje, które nie zdołały udowodnić w ciągu ostatnich 12 miesięcy, że wywiązały się ze swoich zobowiązań wynikających z międzynarodowych porozumień dotyczących zwalczania produkcji narkotykowej i związanego z nią handlu”. Tymczasem Boliwia mogła się pochwalić najmniejszą produkcją kokainy w Ameryce Południowej w tym roku.
Rząd USA wraz z mediami tradycyjnie obarcza winą za produkcję kokainy lewicowe organizacje partyzanckie, takie jak FARC. Tymczasem umowa pokojowa z 2016 r. i jej późniejsza implementacja wykluczyły partyzantów z produkcji narkotyków. Główny kozioł ofiarny prawicy i wojskowych w Kolumbii zniknął ze sceny politycznej. Wojsko nie może już zrzucać na lewicę własnych win – United Nations Drug Control Program (UNDCP), agenda ONZ, opisała kolumbijskie wojsko, zbrojone i trenowane dekadami przez USA, w ramach programu wprowadzonego przez Billa Clintona o nazwie „Plan Columbia”, jako jedną z „największych instytucji handlujących heroiną i kokainą”.
Rząd Kolumbii również był związany z produkcją narkotyków. Szczególnie podczas rządów prezydenta Álvaro Uribe, oskarżanego o kierowanie „kolumbijskimi organizacjami paramilitarnymi” „szefem kolumbijskich organizacji paramilitarnych” przed wyborem na urząd i w trakcie jego sprawowania. Amerykańska Defense Intelligence Agency wpisała prezydenta Kolumbii „na listę 104 najważniejszych handlarzy narkotyków powiązanych z kolumbijskimi kartelami”.
Nie można wykluczyć nawet tego, że rząd USA sam był/jest zaangażowany w handel kokainą. M.in. dzieci Pablo Escobara twierdzą, że przez pewien czas pracował on dla CIA. Rzekomo miał on sprzedawać kokainę, by wspomóc rząd USA w walce z komunizmem i lewicą w Ameryce Łacińskiej. Jak przekonują autorzy książki „Cocaine, Death Squads and the War on Terror: U.S. Imperialism and Class Struggle in Colombia”, amerykańskie wysiłki w walce z handlem narkotykami nigdy nie miały na celu kompletnego wyniszczenia nielegalnego rynku, lecz raczej zabezpieczenie go, by mogli z niego korzystać sojusznicy USA, prawicowe organizacje paramilitarne, elity, formowane przez nie rządy i ich stronnicy. W tym świetle bierność Trumpa wobec sytuacji w Kolumbii kompletnie nie dziwi.

Tragedia ludu Wayuú

W momencie, gdy długoletnie działania USA, których celem było obalenie rządów Cháveza, coraz bardziej zyskiwały na sile, zachodnie media rozpoczęły kampanię medialną wymierzoną w rząd Maduro, oskarżając go o „głodzenie własnych obywateli”. Stało się to pomimo tego, że jednym z głównych czynników napędzających kryzys gospodarczy w Wenezueli są sankcje amerykańskie. Tymczasem od 2011 r. w Kolumbii trwa systematyczne ludobójstwo największej społeczności autochtonicznej, Indian Wayuú, zamieszkujących rejon Guajira. Zaczęło się ono od przekierowania wód rzeki Rancheria, a następnie budowy największej w Kolumbii i na kontynencie kopalni węgla.
Cierpienia Indian Wayu nie „cieszą się” zainteresowaniem zachodnich mediów. I to pomimo faktu, że z powodu braku czystej wody w regionie zmarło 14 tys. dzieci. Wayuú, którzy stanowią 20 procent autochtonicznej społeczności Kolumbii, oraz 48 procent populacji regionu Guajira, grozi teraz całkowite wyginięcie. Przekierowana siedem lat temu Rancheria stanowiła dla nich jedyne źródło czystej wody, która teraz zasila wyłącznie kopalnię węgla Cerrejón.
Liczbę Indian cierpiących z powodu niedożywienia szacuję się na 37 tys. osób. Z powodu braku dostępu do wody nie mogą oni uprawiać ziemi ani hodować bydła. Każdy członek społeczności dziennie ma średnio do dyspozycji 0,7 litra wody, podczas gdy kopalnia węgla Cerrejón zużywa dziennie jej ponad 2,7 mln litrów, głównie do zmniejszania zanieczyszczeń. Chociaż budowa kopalni w tym miejscu i jej działanie jest oczywistym powodem kryzysu humanitarnego, rząd Kolumbii winą obarcza globalne ocieplenie i zjawiska naturalne takie jak El Niño.
Dodajmy dla porządku, że sama kopania została założona przez ExxonMobil, przy amerykańskim poparciu; teraz jest ona konsorcjum różnych korporacji, takich jak Anglo American i BHP Billiton. Te same korporacje często współpracują z prawicowymi organizacjami paramilitarnymi, głęboko powiązanymi z rządem, które dbają o to, by Indianie Wayuú nie byli w stanie swoim oporem wywrzeć jakiejkolwiek presji na mediach, rządzie czy biznesie. Groźbami i brutalnymi akcjami uciszają działaczy indiańskich, np. ich głównego przedstawiciela w kwestiach prawnych Javiera Rojas Uriana.
Szczególnie wielu Wayuú wyemigrowało do Wenezueli, unikając powolnej śmierci z niedożywienia, braku wody, chorób spowodowanych przez wodę nienadającą się do spożycia. Wenezuelscy Indianie należący do tej społeczności są jedną z grup popierających legalny rząd wenezuelski w walce z amerykańskimi wysiłkami na rzecz obalenia go. Określili oni demonstracje opozycji finansowanej przez USA „działaniami mającymi na celu wywołać chaos”. Huffington Post zauważył w 2017 r., że poparcie Wayuú dla Maduro jest w dużej mierze ignorowane przez zachodnie media. Nie pasuje do narracji.

Likwidacja aktywistów

Los Indian Wayuú wisi na włosku, ale po inauguracji rządu Ivana Duque pogorszyła się dramatycznie sytuacja wszystkich rdzennych ludów Kolumbii.
Doszedł on do władzy dopiero w sierpniu zeszłego roku. To mało czasu, ale El Tiempo opisuje, że od tego momentu liczba zabójstw działaczy indiańskich urosła już do rozmiarów niespotykanych od dekady. Według danych dziennika w ciągu 100 dni rządu Duque z zimną krwią zamordowano 120 działaczy społeczności indiańskiej i obrońców praw człowieka.
Morderstwa społeczników przez prawicowe ugrupowania paramilitarne od dawna stanowi problem w najnowszej historii Kolumbii. Jednak liczba zaplanowanych, zorganizowanych zabójstw wzrosła w ostatnich latach skokowo. 226, 159 i 97 takich morderstw miało miejsce w trakcie całego roku odpowiednio w 2018, 2017 i 2016. Pomimo tego to wenezuelski rząd Nicolása Maduro jest rutynowo oskarżany o mordowanie działaczy opozycji przez zachodnie media. Te same, które milczą na temat wzrostu liczby zabójstw aktywistów w Kolumbii.
Administracja Duque nie uważa tych morderstw za palący problem. Nie ma co się temu dziwić. Duque został w końcu wskazany na prezydenta przez Álvaro Uribe, byłego prezydenta Kolumbii, który niegdyś zajmował się nie tylko handlem narkotykami, ale też stał na czele organizacji paramilitarnych prawicy, co potwierdzają byli ich oficerowie. Chodzi m.in. o AUC, szwadron śmierci finansowany przez kilka amerykańskich korporacji.
Uribe urzędował w latach 2002-2010, będąc bliskim sojusznikiem George W. Busha. Miał osobiste związki z mordowaniem działaczy społecznych przez prawicowe szwadrony śmierci. Jego kuzyn, polityk Mario Uribe, został oskarżony o mobilizację tychże organizacji i kierowanie nimi w celu zabezpieczenia zwycięstwa Uribe w 2002 r. Brat Uribe natomiast został aresztowany w 2016 r. za założenie prawicowej bojówki.
Pod rządami Uribe wojska kolumbijskie wymordowały tysiące cywilów. Znane są przypadki, w których kolumbijskie wojsko przebrało około 5000 cywilów w odzież partyzancką i zabiło ich z zimną krwią, a następnie otrzymało premię od rządu Uribe za złowieszczy czyn. W tej sytuacji nie dziwi fakt, że organizacje paramilitarne były niezmiernie szczęśliwe po wygranej Duque, wzywając następnie do „eksterminacji” opozycji, określając prominentnych działaczy lewicowych „celami wojskowymi”.
Czego się spodziewać, jeśli Stany Zjednoczone wygrają w Wenezueli
Gdyby publicznie deklarowane obawy Waszyngtonu dotyczące „praw człowieka” i dobrobytu mieszkańców Wenezueli były autentyczne, w pierwszej kolejności USA musiałyby zgłosić zastrzeżenia wobec rządu Kolumbii. Jako że takich nie ma, dychotomia między stosunkiem Waszyngtonu do Wenezueli i Kolumbii jest kolejnym wyraźnym przykładem, że publiczne uzasadnienia amerykańskiej polityki w Ameryce Łacińskiej są niczym więcej, niż sposobem na dawno opatentowaną ekspansję neofaszystowskich rządów w całej Ameryce Łacińskiej.
Jeśli Juan Guaidó, samozwańczy, wspierany przez USA prezydent Wenezueli, zdobędzie władzę w kraju, nie trzeba daleko rozglądać się za prognozami tego, co będzie dalej. Powtórzenie dramatu Kolumbii i Kolumbijczyków u wschodniego sąsiada – takie będą konsekwencję obalenia prezydenta Nicolása Maduro. Na jego miejsce USA wprowadzi kolejny rząd wprost przez siebie utworzony lub zmontowany z miejscowych oligarchów, kolejny z niechlubnej serii podobnych rządów w krajach Ameryki Południowej utworzonych w ciągu ostatnich dekad. W ciągu ostatnich lat – ze szczególnym natężeniem.

Tłum. Wojciech Łobodziński

Czerwony Krzyż się odcina

Karawana z amerykańską „pomocą” dla „głodujących Wenezuelczyków” nie zdołała przekroczyć granicy wenezuelsko-kolumbijskiej. Doszło jednak do walk między zwolennikami Juana Guaidó, a Gwardią Narodową i służbami granicznymi. Międzynarodowy Czerwony Krzyż zapewnia, że nie ma nic wspólnego z tym konwojem „humanitarnym”, a działania USA i Kolumbii w tym zakresie ocenia jako niewiarygodne.

Na granicy wenezuelsko-kolumbijskiej sobota upłynęła pod znakiem zamieszek, w trakcie których padły co najmniej cztery ofiary śmiertelne. Służby mundurowe starły się ze zwolennikami samozwańczego prezydenta Juana Guaidó, którzy starali się wspomagać swojego lidera w forsownym wprowadzeniu na terytorium Wenezueli karawany pojazdów z tzw. pomocą humanitarną, pochodzącą z USA.
“Pomoc”, o których jej organizatorzy i konwojenci twierdzą, że składa się z żywności i leków, oficjalnie jest odpowiedzią prezydenta USA Donalda Trumpa na “kryzys humanitarny” w Wenezueli spowodowany sytuacją gospodarczą i polityczną. Jednak nawet światowe media niechętne obecnemu prezydentowi Wenezueli Nicolasowi Maduro przyznają, że konwój z “pomocą” stanowi de facto wsparcie polityczne dla Juana Guaidó, który miesiąc temu ogłosił się prezydentem kraju i został uznany przez Waszyngton, i że ma za na celu podkopanie władzy Maduro. Stany Zjednoczone i władze krajów zaangażowanych w transport “pomocy”, czyli wrogo nastawionych do Caracas Brazylii i Kolumbii, jasno dają do zrozumienia, że wyłączności na jej dysponowanie na obszarze Wenezueli udzielają Guaidó i jego ludziom. On sam kilkukrotnie powtarzał swoje “ultimatum” dla Maduro, polegające na żądaniu przepuszczenia “pomocy” przez granicę z Kolumbią i Brazylią, nie precyzował jednak co dokładnie się stanie, jeżeli prezydent będzie konsekwentnie odmawiał.
Maduro zdecydował w piątek o zamknięciu granicy z Kolumbią, uznając działania sąsiada za wrogie. Stało się to w trakcie trwania dwóch propagandowych koncertów muzycznych po obu stronach granicy: jednego wyrażającego poparcie dla amerykańskiej pomocy, bez której życie Wenezuelczyków jest rzekomo zagrożone, i drugiego, który zgromadził zwolenników legalnego prezydenta i przeciwników zagranicznej interwencji.
Sobota miała być dla organizatorów “pomocy” dniem decydującym. Największa uwaga mediów skupiła się na wydarzeniach, które rozegrały się na zamkniętym i zabarykadowanym moście granicznym Santander. Z przygranicznej kolumbijskiej miejscowości Cúcuta ruszyło w stronę granicy trzy ciężarówki z “pomocą”, które uroczyście odprawiał sam Guaidó, mimo, że ma zakaz opuszczania Wenezueli. Pojazdy zamierzano przeprowadzić przez granicą siłą, ponieważ innej możliwości nie było.
Kiedy karawana zatrzymała się na moście doszło do próby sił ze służbami wenezuelskimi, w której brali udział zwolennicy Guaido, zmierzający do przeciągnięcia pojazdów z “pomocą” przez granicę. Niektóre z ciężarówek stanęły w płomieniach – nie jest jasne z jakiego powodu, bo obie strony się o to wzajemnie oskarżają. Media sprzyjające konwojowi podają często, że ogień został wzniecony przez wenezuelską straż graniczną za pomocą “granatów z gazem łzawiącym”, nie wiadomo jednak, jak takie pociski mogłyby wzniecić ogień. Reszta karawany ostatecznie wycofała w głąb terytorium kolumbijskiego.

Napaść na Wenezuelę

Tę jednoznaczną groźbę wyraził sekretarz generalny organizacji Luis Almagro, a jego słowa należy traktować poważnie.

 

Almagro wypowiedział się w taki sposób w kolumbijskim mieście Cucuta, niedaleko od granicy z Wenezuelą. Kolumbia jest w silnym sporze z Wenezuelą, a prezydent tej ostatniej – Nicolas Maduro, oskarżył władze Kolumbii o współdziałanie podczas ostatniej próby zamachu na niego przy pomocy drona.

Cucuta zmaga się z falą uciekinierów z terenów sąsiedniej Wenezueli, którzy szukają lepszego życia w związku z ostrym kryzysem ekonomicznym, który ma miejsce w Wenezueli.

Na początku maja Międzynarodowa Organizacja ds. Migracji oznajmiła, że napływ migrantów do Kolumbii zwiększył się w ostatnim roku 10 krotnie. Jeśli w 2015 roku było ich 89 tysięcy, to w 2017 – już 900 tysięcy. Ogólnie z powodu kryzysu ekonomicznego ogólna liczba emigrantów wenezuelskich osiągnęła liczbę 2,5 miliona. Jak donosi Organizacja, z tego ponad milion zatrzymało się w Kolumbii. Kraj ten poprosił więc o pomoc OPA. Organizacja, w której USA są nader istotnym członkiem (siedziba Rady OPA znajduje się w Waszyngtonie) zareagowała niezwłocznie.

– Co się tyczy wojskowej interwencji w celu obalenia Nicolasa Maduro, to nie powinniśmy wykluczać żadnego wariantu – powiedział Almagro. Wcześniej na ulicach miasta do sekretarza OPA podbiegł jeden z uciekinierów krzycząc: „Pomóżcie nam! Ja i żona jesteśmy wykwalifikowanymi pracownikami a znajdujemy się tutaj! Niech wejdą Amerykanie!”

Słowa sekretarza generalnego Organizacji Państw Amerykańskich mają duże szanse na realizację, ponieważ to byłby pożądany przez USA scenariusz, który jednocześnie nadałby interwencji zbrojnej mające na celu obalenie Nicolasa Maduro pozory legalności. Wprawdzie statut – Karta Organiczna – mówi, że celem OPA jest m.in. umacnianie pokoju i bezpieczeństwa na kontynencie amerykańskim, pokojowe regulowanie sporów między państwami członkowskimi, suwerenność i równość państw a także pokojowe rozwiązywanie sporów i nieinterwencję, ale, jak uczy najnowsza historia USA, to nie są sprawy istotne, kiedy chodzi o obalenie niewygodnych polityków.

Próba zamachu

W sobotę podczas uroczystości wojskowych w Caracas doszło do nieudanego zamachu na życie prezydenta Nicolása Maduro. Agresję na głowę państwa podjęto przy użyciu dronów. Przywódca odpowiedzialnością za atak obarczył siły prawicowe w kraju i w sąsiedniej Kolumbii.

 

W sobotę o godzinie 17.41 czasu miejscowego podczas parady wojskowej w stolicy Wenezueli doszło do incydentu, który władze wyjaśniły jako próbę zamachu na prezydenta przemawiającego wówczas na uroczystości. Tego samego dnia wieczorem Maduro potwierdził tę wersję w specjalnym telewizyjnym wystąpieniu. O zlecenie zamachów oskarżył “prawicowe siły imperialistyczne”.
– Podjęto dziś próbę zamachu na moje życie i wszystko wskazuje na wenezuelską i kolumbijską skrajną prawicę. Kryje się za tym również nazwisko Jose Manuel Santos – powiedział Maduro, mając na myśli prezydenta Kolumbii.

Następca Hugo Cháveza poinformował, że sprawców schwytano i są przesłuchiwani. Określił dochodzenie jako zaawansowane i zdradził, że osoby odpowiedzialne za zaplanowanie i sfinansowanie próby zamachu mieszkają w USA na Florydzie. Przywódca Wenezueli zwrócił się również do prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa:

– Liczę na to, że rząd Trumpa jest zdeterminowany do walki z terrorystami dokonującymi zamachów w pokojowo nastawionych krajach na naszym kontynencie, jak Wenezuela.
Próbę zamachu potwierdził minister informacji Jorge Rodriguez: – Wszczęto już dochodzenie – powiedział – Kilka obiektów latających, przypominających drony, wyposażonych w ładunki wybuchowe, zostało zdetonowanych w pobliżu platformy prezydenckiej i kilku innych miejscach uroczystego zgromadzenia.

Rodriguez podkreślił, że samemu prezydentowi nic się nie stało i natychmiast powrócił do swoich obowiązków, natomiast rannych zostało siedmiu żołnierzy.

Moment zamachu uchwycony został na zapisie telewizyjnym podczas relacji z sobotniej parady wojskowej z okazji 81 rocznicy utworzenia Gwardii Narodowej w Wenezueli. Na filmie widać, jak Nicolás Maduro przerywa przemówienie i wraz ze stojącą obok niego żoną z niepokojem patrzą w górę. W następnym ujęciu widać zamieszanie jakie powstaje przed jego trybuną: żołnierze stojący na baczność zrywają się i biegną w stronę miejsca, z którego przemawiał prezydent. Tu zapis się urywa.

Agencja AFP ujawniła też zdjęcia budynku niedaleko miejsca, w którym przemawiał prezydent, noszącego ślady, jakie mogły powstać podczas detonacji ładunku wybuchowego.

Od pięciu lat na tle poważnego kryzysu gospodarczego w Wenezueli dochodzi do starć sił rządowych ze zwolennikami opozycji, podczas których padły liczne ofiary śmiertelne po obu stronach. Maduro wielokrotnie oskarżał liberalną opozycję o współpracę z USA celem siłowego obalenia jego rządu.

Wyrazy ubolewania i solidarności z Maduro przesłał prezydent Boliwii Evo Morales. Przywódca Kolumbii José Manuel Santos kategorycznie zaprzeczył oskarżeniom Maduro i nazwał je absurdalnymi.

Głos lewicy

O wyższości

…Jarosława nad Lechem, albo odwrotnie – pisze Czesław Cyrul na Facebooku.
Lech Wałęsa, po raz n-ty z rzędu powołał jakiś komitet, który ma jednoczyć opozycję przeciwko PiS-owi. Chyba tylko on sam wierzy, a może nawet jest przeciw, że ta inicjatywa powiedzie się. Od 1990 roku Lech Wałęsa ogłaszał różne inicjatywy, powoływał komitety i partie, wydawał ważne oświadczenia. Żadne się nie powiodło. Jego prezydentura oceniana jest bardzo krytycznie. To pasmo nieskuteczności stawia pod znakiem zapytania jego sprawność przywódczą w okresie podziemnej „Solidarności”. Powiedzenie Wałęsy, że ja to wszystko zaplanowałem, zrobiłem i dałem Wam demokrację jest trochę na wyrost, ale legenda Wałęsy będzie żyła swoim życiem, a jego buńczuczne i operetkowe zapowiedzi będą pobłażliwie tolerowane przez obywateli.
Z Jarosławem Kaczyńskim jest inaczej. Nie był frontmenem podziemnej „Solidarności”. Po 1990 roku szybko pokłócił się z prezydentem Wałęsą. Nie dziwię się, bo to zupełnie różne osobowości. Jednak kiedy Wałęsa spoczął na laurach i, od czasu do czasu, występował z inicjatywami od razu skazanymi na niepowodzenie, Jarosław Kaczyński przepychał się do przodu. Krzyczał o rozkradaniu majątku narodowego, a po cichu zbudował ekonomiczne imperium partyjne, jakiego nie ma żadna inna partia. Zbudował karną partię polityczną, o której Wałęsa może tylko marzyć. Kaczyński wykazał się dalekowzrocznością polityczną, czego o Wałęsie nie można powiedzieć. Kaczyński jest konsekwentny w realizacji swojej strategii, Wałęsa nie ma żadnego planu działania i nie wiadomo co powie jutro, a co pojutrze. Prezes Kaczyński ma natomiast realną władzę i wykorzystuje ja tak, jak mu się to podoba i podoba się to sporej grupie Polaków
Co łączy obu panów? Wałęsa wywarł duży wpływ na bieg spraw w Polsce, a Kaczyński wywiera. Łączy ich również to, że gdyby startowali w wyborach prezydenckich to obydwaj przegraliby je z kretesem. Wałęsa ma jednak pod tym względem przewagę. Raz prezydentem został, ale nie była to dobra prezydentura. Może dlatego i na Kaczyńskiego wyborcy nie zagłosowaliby, bo coś ich jednak łączy. Wzajemna nienawiść.

Tragedia!

Na Facebooku skarży się również prof. Jerzy Kochan:
Byłem na bardzo smutnym zebraniu poświęconym nowej ustawie o szkolnictwie wyższy. Władze i rada koncepcyjna starają się, z dobrymi intencjami ratowania uniwersytetu, wpisać jak najlepiej w prawdopodobne oczekiwania nieznanej do końca pisowskiej ustawy!!!
To jest: być spontanicznie dyspozycyjni i spontanicznie prymusami pisowskiej strategii przejmowania uniwersytetów.
W ramach tego wyścigu dyspozycyjności i konformizmu powstaje skrajnie antydemokratyczny projekt oparcia struktury uniwersytetu na nominowanych przez rektora dyrektorach instytutów… bez zakładów, rad instytutów, rad wydziału…
DYKTATURA dyrektorów-nominatów możliwych do odwołania tylko przez rektora. To już nie jest menadżerska wizja zarządzania nauką. Nawet w stanie wojennym nikomu do głowy coś takiego nie przyszło…a jak przyszło, to bał się głośno powiedzieć.
Publicznie powiedziałem, że to militaryzacja uniwersytetów… PiS chce swoistej militaryzacji uczelni w ramach realizacji „dobrej zmiany”… a niezorientowane, bezwolne, zastraszone, konformistyczne masy akademików na ochotnika to zrealizują. Tragedia!

Polska-Kolumbia 1:1

W latach 90., kiedy jeszcze posłowałem doszło do przedziwnego konfliktu między Polską a Kolumbią. Zakłady w Janikowie wyeksportowały do Cali w Kolumbii sodę, która jest składnikiem niezbędnym do produkcji kokainy. Władze kolumbijskie statek przejęły gdyż adresatem ładunku był najprawdopodobniej kartel narkotykowy z Cali. Polska w odpowiedzi zerwała z tym krajem stosunki dyplomatyczne. Na prośbę ambasadora Kolumbii doprowadziłem do spotkania premiera Józefa Oleksego z tymże ambasadorem. To sprawiło, że Polska przeszła na stronę tych, którzy walczą z narkotykami czyli Kolumbijczyków i stosunki między naszymi krajami zostały unormowane – wspomina Piotr Ikonowicz.

Będzie druga tura

Wybory prezydenckie w Kolumbii miały przynieść łatwe zwycięstwo kandydatowi prawicy. A jednak konieczna będzie druga tura.

 

Zgodne z prognozami analityków jest to, że z lepszej pozycji przystępuje do niej prawicowiec – Iván Duque, były doradca prezydenta Alvaro Uribego oraz pracownik Międzyamerykańskiego Banku Rozwoju. Padło na niego 39,1 proc. głosów. Ogromnym zaskoczeniem był za to wynik kandydata lewicy Gustavo Petro, który zdobył 25,1 proc. poparcia. Trzecie miejsce zajął Sergio Fajardo, który sam określa się jako centrysta, polityk niezależny od ideologicznych podziałów.

Obecny prezydent Juan Manuel Santos nie mógł kandydować, gdyż kończy właśnie drugą kadencję – ostatnią, na którą zezwala konstytucja. To jego następca zdecyduje, co stanie się z największym osiągnięciem Santosa – podpisanym w 2016 r. porozumieniem między rządem a partyzantką FARC, na mocy którego formacja ta złożyła broń, a następnie przekształciła się w partię polityczną – Rewolucyjną Alternatywną Siłę Ludową. Jej kandydatem w wyborach prezydenckich miał być ostatni komendant FARC, powszechnie znany pod pseudonimem Timoszenko Rodrigo Londoño, jednak problemy zdrowotne uniemożliwiły mu start.

Obaj kandydaci, którzy przeszli do drugiej tury, są krytyczni wobec porozumienia z FARC – tyle tylko, że Duque twierdzi, że partyzanci winni zostać ukarani za walkę z wspieranymi przez USA władzami Kolumbii, a Petro argumentuje, iż układ nie gwarantuje znaczących równościowych reform. A więc nie likwiduje problemów, na których wyrosła w Kolumbii lewicowa opozycja, która wobec nieprzejednanej postawy kolejnych prawicowych rządów sięgnęła po broń. Petro zapowiada trwały pokój i egalitarną politykę.

Halihodzić skarży Japończyków

Były trener reprezentacji Japonii Vahid Halihodzić pozwał do sądu piłkarską federację tego kraju za zwolnienie go z posady tuż przed mistrzostwami świata. Domaga się odszkodowania w wysokości jednego jedna (cztery polskie grosze).

Na początku kwietnia japońska federacja niespodziewanie zdymisjonowała Halilhodzicia. 65-letni bośniacki szkoleniowiec najpierw protestował tylko w mediach, ale po dłuższym zastanowieniu postanowił oddać sprawę do sądu. Nie chodzi mu o pieniądze, czego dowodem jest szokująco mała kwota żądanego w pozwie zadośćuczynienia. Halihodzić domaga się odszkodowania w wysokości… jednego jena, czyli równowartości czterech polskich groszy. „Tu chodzi o honor, a on nie ma ceny” – wyjaśnia Bośniak.

Reprezentacja Japonii, której selekcjonerem jest teraz Akira Nishino, będzie rywalem biało-czerwonych w mistrzostwach świata w Rosji. W grupie H znalazły się jeszcze drużyny Senegalu i Kolumbii.