Wszystko potrafimy spieprzyć

Komisje wojewódzkie miały być lekarstwem na przewlekłość procesów o błędy medyczne. Za sprawą jej członków stały się karykaturą, żerującą na nieszczęsnych pacjentach, funkcjonującą jeszcze wolniej niż sądy i skoncentrowaną na wyrywaniu pieniędzy dla siebie.

 

Wiadomo, jak trudno uzyskać w Polsce odszkodowanie nawet za ewidentny błąd medyczny. Procesy wloką się latami, a lekarze, zasiadający w komisjach biegłych i wydający ekspertyzy, starają się nie zaszkodzić koledze po fachu – bo wiedzą, że też mogą znaleźć się w sytuacji, gdy będą potrzebowali życzliwej oceny.
Dlatego, widząc te patologie, rząd PO, w 2011 r. wprowadził pozasądowy system orzekania o zdarzeniach medycznych. Jego celem było usprawnienie dochodzenia roszczeń przez pacjentów z tytułu szkód w wyniku leczenia szpitalnego. Miał być alternatywą dla często długiej i skomplikowanej drogi sądowej.

 

Wszyscy chcieli dobrze

Niestety, jak wskazuje Najwyższa Izba Kontroli, utworzony wówczas system, w którym o ewentualnym zaistnieniu błędu w sztuce medycznej orzekały wojewódzkie komisje, nie zapewnia pacjentowi skutecznego dochodzenia rekompensat za szkody powstałe podczas leczenia.
Prace komisji często przedłużają się – nawet do dwóch lat – a jej końcowe efekty, jedynie w postaci wydania orzeczenia o zaistnieniu zdarzenia medycznego (bez przesądzania o winie konkretnych osób), nie satysfakcjonują poszkodowanych. W rezultacie, nowy system nie stworzył możliwości szybkiego uzyskania odszkodowań i nie stał się alternatywą dla sądownictwa powszechnego. Liczba rozpatrywanych tam spraw, w wyniku powstania wojewódzkich komisji, miała się zmniejszyć – a tymczasem znacząco wzrosła.
Generalnie, podważa to cały sens mediacji, która nie sprawdza się nie tylko w sprawach o błędy medyczne, lecz i w innych sytuacjach, takich jak na przykład sprawy o przemoc domową.
Przed wejściem w życie przepisów z 2011 r., w przypadku wystąpienia błędu medycznego, jedyną możliwą drogą dochodzenia roszczeń był proces sądowy. Natomiast od ponad siedmiu lat pacjenci mogą składać wnioski o zadośćuczynienie szkód wynikających z niewłaściwego leczenia, do wojewódzkich komisji ds. orzekania o zdarzeniach medycznych.
W Polsce działa 16 komisji, w skład każdej z nich wchodzą członkowie powoływani przez wojewodę (14 osób), Ministra Zdrowia (1 osoba) i Rzecznika Praw Pacjenta (1 osoba).

 

Wyszło tak jak zwykle

Od dawna już do Rzecznika Praw Pacjenta docierały sygnały o problemach w funkcjonowaniu komisji. Poza tym, wysokość odszkodowań za zdarzenia medyczne często nie satysfakcjonowała pacjentów.
W rezultacie, nastąpił drastyczny spadek liczby wniosków kierowanych przez pacjentów do komisji. Jednocześnie, w ostatnich latach wzrosła, zamiast spadać. liczba spraw dotyczących błędów medycznych.
W 2016 r. prokuratury w całym kraju prowadziły 4963 postępowania, tj. o blisko 46 proc. więcej niż w 2015 r. (3394 postępowania). Tymczasem, nie tak miało być.
Najwyższa Izba Kontroli zauważa, że obecnie funkcjonujący system orzekania o zdarzeniach medycznych, nie chroni pacjenta i nie zapewnia mu osiągnięcia zadośćuczynienia.
Po pierwsze, wojewódzkie komisje są bardzo powolne i nie umożliwiały poszkodowanym szybkiego uzyskiwania odszkodowań. Ponad połowa spraw rozpatrywanych w I instancji rozstrzygana była z opóźnieniem, czyli po ustawowym czteromiesięcznym terminie. Średnio komisje potrzebowały na to od ponad trzech do blisko pięciu miesięcy. Jednak w skrajnych przypadkach orzeczenia były wydawane nawet po 22 miesiącach.
Komisje bynajmniej nie pracowały szybciej, rozpatrując wnioski odwoławcze w II instancji. Ponad połowę skontrolowanych spraw zakończono po ustawowym terminie 30 dni (najdłuższy czas wynosił aż 855 dni).

 

Żeby trwało to jak najdłużej

NIK zauważa, że komisje już na starcie z opóźnieniem zabierały się do pracy nad wnioskami. Zbyt długo wykonywano wstępne czynności z nimi związane, jeszcze przed skierowaniem ich na pierwsze posiedzenie składu orzekającego.
Gdy do komisji wpływa wniosek, to jej przewodniczący weryfikuje go pod względem formalnym (np. czy zawiera on uzasadnienie i uiszczona została opłata). Stwierdzono przypadki, że weryfikowano wnioski nawet po 168 dniach od ich złożenia!. Zweryfikowane wnioski wysyłane były do szpitali z prośbą o stanowisko w sprawie na ogół po 2 – 7 dniach, ale robiono to także po 20, 50 a nawet 98 dniach.
Czas oczekiwania na stanowisko szpitala wynosi do 30 dni. Zwykle nie przekraczał on tego terminu, ale stwierdzono przypadki otrzymania stanowiska nawet po 53 dniach.
NIK zwraca uwagę na długi okres od otrzymania stanowiska szpitala do skierowania sprawy na pierwsze posiedzenie składu orzekającego. Okres ten wynosił od 38 do 108 dni. Zdarzało się jednak, że trwało to nawet 125 i 379 dni.
Jak widać więc, członkowie komisji robili wiele, aby tylko odwlec sprawę. Oczywiście komisje nie sporządzały także w terminie siedmiu dni uzasadnień do wydanych orzeczeń oraz nie doręczały ich w terminie zainteresowanym stronom – pacjentom i szpitalom.
Jednym z powodów przedłużającej się pracy komisji był długi czas oczekiwania na opinie biegłych. Nie sprawdziło się założenie ustawodawcy, że wiedza członków komisji, którzy posiadają wykształcenie i doświadczenie medyczne, pozwoli w dużej mierze na samodzielne rozwiązywanie przez nich zagadnień natury medycznej – i znacząco ograniczy konieczność zasięgania w trakcie prowadzonych postępowań opinii biegłych.
Z przepisów wynika, że komisje powinny korzystać z biegłych tylko w wyjątkowych okolicznościach. Tymczasem robiły to nagminnie, nawet w przypadku 85 proc. wydanych orzeczeń.
Na przykład w latach 2012 – 2018 (I kwartał) komisja „świętokrzyska” przy wydaniu 82 orzeczeń skorzystała aż z 69 opinii biegłych ( w ponad 85 proc. orzeczeń), a komisja „zachodniopomorska” – przy wydaniu 157 orzeczeń zasięgnęła 101 opinii u biegłych (w ponad 64 proc.).
Członkowie komisji albo nie posiadali więc odpowiedniej wiedzy, albo, co bardziej prawdopodobne, nie chcieli się nią dzielić, uważając, że w celu przedłużenia postępowania warto zwracać się o opinie biegłych.
W toku kontroli stwierdzono przypadki, że w tej samej sprawie były sporządzane dwie – trzy opinie przez różnych biegłych, po czym przy ponownym rozpatrzeniu sprawy w drugiej instancji, również sporządzano opinie – nawet dwie. Znakomicie wydłużało to postępowanie. Jedynie komisja „wielkopolska”, tradycyjnie solidna, poza jednym przypadkiem, nie korzystała z opinii biegłych.
Czas oczekiwania na opinię wynosił średnio 59 dni, ale maksymalnie nawet 639 dni. Ponadto NIK zauważa, że zdarzały się przypadki, iż biegli rezygnowali ze sporządzenia opinii – ale informowali o tym komisje dopiero po pewnym czasie – od 13 do nawet 588 dni.
A przez te 588 dni poszkodowany był święcie przekonany, że biegły trudzi się nad opinią w jego sprawie!.

 

Zachapać jak najwięcej kasy

Poza tym, komisje miały bardzo konkretny powód, aby nie śpieszyć się z rozpatrywaniem spraw. NIK zwraca uwagę, iż sprzyjał temu sposób wynagradzania członków komisji, którzy za udział w każdym posiedzeniu składu orzekającego otrzymywali stałe stawki wynagrodzenia.
Albo była to maksymalna stawka (430 zł), albo ulegała ona stopniowemu zmniejszeniu w poszczególnych latach i była uzależniona od liczby kolejnych posiedzeń komisji w danej sprawie. W każdym razie, z punktu widzenia członka komisji, opłacało się debatować jak najdłużej – i zbierać na posiedzeniach jak najczęściej.
W rezultacie niektóre komisje zbierały się nawet i dziewięć razy w celu rozpatrzenia jakiegoś wniosku. A kasa leciała… Łączne wydatki na wynagrodzenia członków wojewódzkich komisji ds. orzekania o zdarzeniach medycznych stanowiły w pierwszej, sześcioletniej kadencji, około 70 proc. całej kwoty wydanej na ich funkcjonowanie (koszt jednej komisji to ponad 1,5 mln zł).
Na to wszystko nie reagowali wojewodowie, których mało obchodził nadzór nad funkcjonowaniem komisji. Posiadając uprawnienia do odwołania członków komisji, powinni oni monitorować prawidłowość wykonywania jej obowiązków – czego nie robili.
NIK zauważa także, że dochodziło do licznych przypadków naruszania obowiązujących regulacji przy powoływania składów komisji. Jest to atrakcyjna finansowo fucha, więc średnio co piąty z członków komisji został powołany bez sprawdzenia czy spełnia ustawowe wymogi, lub nawet sprzecznie z obowiązującym prawem.
W rezultacie, w komisjach często orzekały osoby nieuprawnione, co przyczyniło się do tego, iż funkcjonowanie komisji tylko w znikomym stopniu umożliwiło pacjentom uzyskanie odszkodowań i zadośćuczynień.

 

Jest znacznie gorzej niż było

W dodatku komisja nie ma możliwości egzekwowania od szpitala wypłaty odszkodowania i nie uczestniczy w pertraktacjach pomiędzy szpitalem i pacjentem. Jej praca kończy się wydaniem orzeczenia stwierdzającego, czy doszło do zdarzenia medycznego. Potem nieszczęsny pacjent sam musi dochodzić swoich praw – i po rozstrzygnięciu sprawy przez komisję oczywiście idzie do sądu.
Funkcjonowanie wojewódzkich komisji ds. orzekania o zdarzeniach medycznych, które miało więc zmniejszyć wpływ do sądów spraw o odszkodowanie za szkody medyczne, spowodowało, że wpływa ich znacznie więcej.
Szacowano, że liczba spraw trafiających na wokandę zmniejszy się z 330 średnio rocznie, do 99. Wzrosła, za sprawą działań komisji, do 905 średnio rocznie. I tak właśnie wygląda polska przemyślność i skuteczność działania na rzecz innych. Ofiarom błędów medycznych trzeba zaś życzyć dużo zdrowia i wytrwałości.

Najważniejsi fachowcy

Do historii przechodzi powiedzenie: obyś cudze dzieci uczył. To zawód nie tylko ważny, ale i mający coraz więcej prestiżu.

 

Właśnie od nich przede wszystkim zależy rozwój naszego kraju – bo jeśli młodzi Polacy będą niedouczeni, to trudniej będzie im w życiu cokolwiek osiągnąć, a suma ich niepowodzeń przełoży się na los całego państwa.
Dlatego nauczyciele też powinni się uczyć i zdobywać kolejne szczeble rozwoju zawodowego. Będzie to z pożytkiem dla ich podopiecznych – i dla kraju.

 

Polska armia edukacyjna

W Polsce pracuje w sumie ok. 700 tys. nauczycieli. Ich ścieżka awansowa to nauczyciel stażysta, nauczyciel kontraktowy, nauczyciel mianowany, nauczyciel dyplomowy
Zwieńczeniem kariery jest honorowy tytuł profesora oświaty. Tytuł ten nadawany jest przez ministra i wiąże się z jednorazową gratyfikacją 18 tys. zł. Od 2008 do 2017 r. tytuł taki otrzymało 173 nauczycieli.
Istnieje też grupa nauczycieli bez tych wszystkich stopni. Do tej grupy należą m.in. nauczyciele zatrudnieni w niepełnym wymiarze czasu pracy, zatrudnieni na zastępstwo, nie posiadający kwalifikacji pedagogicznych oraz asystenci, którzy wspomagają pracę innych nauczycieli w pracy indywidualnej z uczniem (dotyczy to grupy dzieci, które z różnych powodów, zwłaszcza niepełnosprawności, wymagają dodatkowej opieki pedagogicznej.
Stażysta to nauczyciel stojący u progu kariery zawodowej. Sam proponuje plan swojego rozwoju zawodowego, który zatwierdza dyrektor placówki. Pracę stażysty obserwuje opiekun – nauczyciel z wieloletnim stażem. Po roku składa dyrektorowi sprawozdanie ze swojej działalności.
Po uzyskaniu pozytywnej oceny, stażysta może ubiegać się o stopień nauczyciela kontraktowego. On też ma swojego opiekuna. Okres pracy nauczyciela kontraktowego wynosi 2 lata i 9 miesięcy. W tym czasie musi wykazać się umiejętnością prowadzenia lekcji, zajęć pozalekcyjnych, uczestniczeniem w akcjach obejmujących klasę lub szkołę. O awansie na stopień nauczyciela kontraktowego decyduje komisja powołana przez dyrektora szkoły. W praktyce nie zdarza się, by nauczyciel, który jest zainteresowany swoją pracą, nie przeszedł ze stażysty na kontraktowego
Kolejnym etapem rozwoju jest tytuł nauczyciela mianowanego. W tym wypadku o jego uzyskaniu decyduje komórka samorządu terytorialnego, prowadzącego szkołę. Kandydat musi zdać stosowny egzamin przed komisją egzaminacyjną.
Potem można zostać nauczycielem dyplomowanym. O awansie decyduje rozmowa przed komisją kwalifikacyjną. Dotychczas stażysta mógł stać się nauczycielem dyplomowanym po 10 latach pracy. Od 1 września 2018 r. ścieżka awansu wydłużyła się do 15 lat.
Awans wiąże się ze wzrostem wynagrodzenia. Średnie płace (brutto) wynosiły w 2017 r. dla nauczyciela:`
stażysty – nieco ponad 2 tys. 750 zł;
kontraktowego – 3 tys. 055 zł;
mianowanego – 3 tys. 960 zł;
dyplomowanego – 5 tys. 065 zł.

 

Wszyscy dostają awans

Najwyższa Izba Kontroli sprawdziła, jaki jest związek między awansem zawodowym a podniesieniem jakości pracy nauczycieli i potrzebami oraz osiągnięciami szkoły. Skontrolowała Ministerstwo Edukacji Narodowej, kuratoria oświaty, jednostki samorządu terytorialnego, szkoły publiczne.
Nauczyciele mianowani i dyplomowani stanowią około 75 proc. ogółu zatrudnionych. Stopniowo rośnie liczba nauczycieli kontraktowych i stażystów – co pokazuje, że Polacy garną się do tego zawodu. Minimalnie spada zaś liczba nauczycieli mianowanych.
Kontrola NIK wykazała, że uzyskanie statusu nauczyciela kontraktowego, mianowanego i dyplomowanego jest w Polsce powszechne. Prawie wszyscy nauczyciele, którzy przystępowali do wymaganych egzaminów, zdawali je i otrzymywali awans – od 99,3 do 99,8 proc.
Nie zawsze jednak wszystkie te procedury przebiegają prawidłowo. Jak stwierdza NIK, zdarzało się (kontrola obejmowała lata 2015-2018), że nauczyciele mianowani i dyplomowani otrzymywali awans przy niespełnieniu wymagań formalnych (na przykład, niewłaściwie zorganizowany był ich staż lub podejmowano go jeszcze przed upływem wymaganego okresu pracy na niższym stanowisku).
Nie zachowywano należytej troski o prawidłowy dobór ekspertów do komisji przeprowadzających egzaminy i rozmowy kwalifikacyjne – na przykład pomijając wymóg uwzględnienia wśród nich co najmniej jednego eksperta nauczającego tego samego przedmiotu lub prowadzącego ten sam rodzaj zajęć co nauczyciel ubiegający się o awans.
Zdaniem NIK, nie zapewniono tym samym należytych warunków do właściwej, obiektywnej i rzetelnej oceny dorobku zawodowego kandydata.
Problemem okazało się też niewłaściwe dokumentowanie przebiegu pracy komisji egzaminacyjnych i kwalifikacyjnych. Komisje w swych raportach często nie zamieszczały bowiem odpowiedzi udzielanych przez nauczyciela na pytania członków komisji oraz uzasadnień, jakie przyjmowały komisje dla swych rozstrzygnięć (co może rodzić przypuszczenie, że w ogóle niczego one nie uzasadniały).

 

Dyrektorzy są zadowoleni

W Karcie Nauczyciela zapisano, że każdy awans nauczyciela wymaga pozytywnej oceny jego dorobku zawodowego, a następnie spełnienia wymagań określonych dla danego stopnia awansu przed właściwą komisją egzaminacyjną lub kwalifikacyjną.
Jak zauważa NIK, „dyrektorzy szkół uważają, że system awansu zawodowego nauczycieli korzystnie wpływa na jakość procesu dydaktycznego i rozwój zawodowy nauczycieli”. Oczywiście, trudno, by jakikolwiek dyrektor szkoły powiedział cokolwiek innego.
Kontrola wykazała, że w czasie stażu na stopień nauczyciela mianowanego kandydaci korzystali z różnych form dokształcania i doskonalenia zawodowego, uczestniczyli w lekcjach prowadzonych przez innych nauczycieli, prowadzili dodatkowe zajęcia dla uczniów, działali na rzecz środowiska lokalnego, realizowali działania związane z współczesnymi problemami społecznymi i cywilizacyjnymi itd., itp.
Podobnie rzecz się miała z aplikującymi do stopnia nauczyciela dyplomowanego.
Natomiast w drugim roku szkolnym po uzyskaniu awansu, malała ich aktywność w dokształcaniu i doskonaleniu zawodowym, co jest poniekąd zjawiskiem naturalnym, bo to perspektywa awansu powoduje szybsze tempo podnoszenia kwalifikacji.

 

Jednak się starają

NIK stwierdza, „że zdecydowana większość nauczycieli wykazała się skutecznym podwyższaniem kompetencji zawodowych i jakości pracy własnej i szkoły” – czyli, że zdaniem Izby, polskie dzieci są uczone generalnie przez fachowców niezłej klasy. Według Izby, system awansu korzystnie wpływał na nauczanie i rozwój nauczycieli. Pozytywnie można ocenić zaangażowanie nauczycieli w czasie stażu na wyższe stopnie.
Trzeba jednak pamiętać, że awanse były powszechne (prawie 100 proc.) – i trzeba by było już drastycznego nieuctwa, by nie osiągnąć kolejnych stopni. Dlatego też NIK wskazuje, iż w tym systemie brakuje mechanizmów weryfikacji przydatności do zawodu nauczyciela. Nie zapewnia tego również wprowadzone już wydłużenie ścieżki awansu zawodowego z 10 do 15 lat.
O niemieckich nauczycielach mówiono, że to oni wygrali wojnę z Francją w 1870 r. Może polscy nauczyciele pomogą wygrać pokój i przyszłość dla naszego kraju.

Brygady Tygrysa

I jak tu nie wierzyć w powtarzalność historii, i że historia lubi zataczać koło i powielać to, co już było? Swego czasu był taki popularny serial w telewizji „Brygady Tygrysa”, w którym pewna ekipa, pod pewnym dowództwem tępiła niegodziwości, nadużycia, czy zbrodnie, bo oficjalne tzw. służby jakby nie dawały radę, nie wywiązywały się z tego do czego były powołane. Było to na „obcym terenie”, ale i u nas w kraju była też namiastka tych brygad, czyli komisje robotniczo-chłopskie, które działały w czasach, gdy instytucje, urzędy państwowe też jakby nie do końca wywiązywały się z zadań do których były powołane. Działania tych komisji wyglądały trochę groteskowo, a nawet prześmiewane były jako brygady tygrysa, ale cóż, jakie czasy, takie działania.
No i trzeba trafu, że i teraz powstały takie brygady, choć właściwie to nie mają jakiejś nazwy, ale są i działają. PiS stworzył jakieś komisje, grupy ludzi, oczywiście swoich, którzy nachodzą samorządy i weryfikują ich działalność, a właściwie ich samorządność, czyli finanse, którymi rządzą, a tak naprawdę, to ile z tych finansów trafia do kieszeni ludzi z tych samorządów, czy to jako pensje, nagrody, premie itp. A wszystko to kontekście afery z obfitymi nagrodami w rządzie. Jak wy do nas tak, to my do was też tak, bo te sprawdzanie samorządów, to odbywa się raczej u przeciwników politycznych. I jak tu nie wierzyć w państwo teoretyczne, które jakby nie funkcjonuje w rytmie prawnym z prawidłowymi zasadami prawnymi, ale działa doraźnie, akcyjnie, a często przeciw komuś w jakimś odwecie. Potwierdzeniem tego może być sprawa tzw. frankowiczów, afera słynnej spółki finansowej, co to wmówiła naiwnym, że złoto rośnie, nie mówiąc już o różnych wyłudzeniach finansowych, w tym szczególnie niebotycznych wyłudzeń podatku Vat. A takie tam aferki, jak ostatnia śmieciowa, to w zasadzie powszechność. No ale jak by nie patrzeć, to prócz tej montowni, czy marketu którym jesteśmy na kontynencie, to okazało się jeszcze, że jesteśmy też śmietnikiem tego kontynentu. A ile jeszcze tych afer do wykrycia pozostało? No i jak tu żyć w państwie teoretycznym, panie premierze, no jak żyć!?