Grypa nie przestanie zabijać

Już sama organizacja szczepień na koronawirusa pochłania możliwości instytucji naszego państwa – a za kilka miesięcy czeka nas początek kolejnego sezonu grypowego.

Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) opublikowała rekomendacje dotyczące składu szczepionki przeciw grypie na sezon 2021/2022 na półkuli północnej. Jej skład zwykle zmienia się co roku, jak i kolejne epidemie grypy. Dlatego właśnie wiosną koncerny farmaceutyczne rozpoczynają długofalowy, trwający zwykle około 6 miesięcy proces produkcji szczepionek. Jednocześnie, oznacza to, że na początku kwietnia upływa termin zgłaszania przez poszczególne kraje zapotrzebowania na szczepionki przeciw grypie.
Eksperci z Ogólnopolskiego Programu Zwalczania Grypy we współpracy z rozmaitymi instytucjami publicznymi (takimi jak Narodowy Fundusz Zdrowia, Ministerstwo Zdrowia, Narodowy Instytutu Zdrowia Publicznego – Państwowy Zakład Higieny) oraz producentami wypracowali rekomendacje w sprawie wielkości zapotrzebowania na szczepionki przeciw grypie w Polsce, na sezon grypowy 2021/2022.
Na podstawie zebranych danych oraz analizy sytuacji rynkowej i epidemiologicznej, została przeprowadzona analiza, w wyniku której ustalono, że zapotrzebowanie na szczepionki przeciw grypie wzrośnie o około 45 proc. w porównaniu z ubiegłym sezonem, co stanowi ponad 3,3 mln dawek.
Dokonanie takiego oszacowania nie stanowiło obecnie większej filozofii, bo wszyscy widzieliśmy w ubiegłym roku, jak bardzo zwiększyło się zainteresowanie szczepieniami na grypę. Niestety, żaden urząd w Polsce tego wtedy nie przewidział – choć przecież wiosną ubiegłego roku pandemia koronawirusa już się u nas rozwijała i każdy w miarę rozumny człowiek doskonale wiedział, że w związku z tym Polacy zechcą się masowo szczepić na grypę. Dla polskich decydentów była to jednak wiedza tajemna, więc szczepionek na grypę oczywiście natychmiast zabrakło.
Nikt nie policzył ile tysięcy ludzi w naszym kraju umarło w wyniku braku tych szczepionek. Wiadomo natomiast, że tak zwany końcowy poziom wyszczepialności grypy w populacji, w zeszłym roku osiągnął zaledwie 6 proc., co jednak stanowiło rekordowy jak dotychczas poziom. Także i dziś Polska stoi w obliczu globalnego niedoboru szczepionek, który obecnie szacowany jest na 25 – 30 proc. Ciekawe, jaki rzeczywiście będzie jesienią?
Eksperci zwracają uwagę na istotną rolę zamówień publicznych, które mogą umożliwić Polsce jako krajowi o niskim poziomie wyszczepialności znaleźć się wyżej w kolejce do realizacji zamówień na szczepienia. Zdaniem specjalistów z Ogólnopolskiego Programu Zwalczania Grypy, to właśnie teraz upływa termin na odpowiednie planowanie szczepień pod kątem organizacyjnym – bo za kilka miesięcy, na jesieni tego roku, nałożą się dwa istotne programy szczepień, przeciw COVID-19 i grypie. Oznacza to konieczność zapewnienia odpowiednich „mocy przerobowych” zespołom szczepiącym.
Według ekspertów, do ważnych czynników wspierających powodzenie procesu szczepień w sezonie 2021/2022 będzie należeć także realizacja zakupów centralnych, pod warunkiem sprawnego zebrania zapotrzebowania na szczepionki oraz wczesnego rozpoczęcia procedur przetargowych. Konieczne jest również ustalenie realnego kalendarza dostaw, który będzie dostosowany do zapotrzebowania rynkowego oraz sezonu szczepień (chodzi o przeprowadzanie szczepień także w późniejszych terminach tzn. w styczniu 2022 r.).
„W związku z globalnym deficytem szczepionek obawiamy się, że Polska nie znajdzie się w gronie priorytetowych odbiorców szczepionek grypowych, jeśli program zamówień nie otrzyma rządowego wsparcia. Aby nie znaleźć się w ogonie Europy pod względem szczepień przeciw grypie, Polska powinna na poziomie rządowym wspierać monitorowanie, prognozowanie, planowanie i zamawianie szczepionek dla Polaków oraz angażować się odpowiednio wcześniej w proces składania zamówień” – wskazuje dr hab. n. med. Ernest Kuchar, prezes Polskiego Towarzystwa Wakcynologii.
Eksperci postulują też włączenie do wykonywania szczepień również farmaceutów (w sytuacji braku pielęgniarek w Polsce). Dyskusja na ten temat trwa od dłuższego czasu. Z jednej strony, pielęgniarek jest za mało i szybko ich nie przybędzie. Z drugiej – samym farmaceutom wprawdzie zależy na włączeniu ich do programu wykonywania szczepień, ale przecież są to specjaliści od sprzedawania leków, a nie od wkłuwania się igłą i zajmowania szczepionkami.
Eksperci zwracają również uwagę, że dokładna analiza wykonywania szczepień w Polsce, będzie możliwa jedynie w przypadku wprowadzenia ogólnopolskiego centralnego rejestru szczepień połączonego z indywidualnymi kontami pacjentów.
„Nasze szacunki są niestety obarczone ograniczeniami czynników zewnętrznych, jak na przykład brak centralnego rejestru szczepień, ograniczone raportowanie szczepień w placówkach medycznych oraz niespójności grup wiekowych w agregacji danych różnych organizacji i instytucji. Jednakże to nie wyklucza znacznej potrzeby planowania i rozpoczęcia wcześniejszego procesu zamawiania szczepionek przeciw grypie, a to znacząco przeważa nad wspomnianymi powyżej ograniczeniami” – zauważa prof. Adam Antczak, przewodniczący Rady Naukowej Ogólnopolskiego Programu Zwalczania Grypy.
Według dostarczonych danych obliczono, że w ostatnim sezonie szczepień 2020/2021 zostało ogółem wykorzystanych 2 300 819 dawek szczepionek przeciw grypie.
Nie wiadomo, jak będzie jesienią 2021 r. i wiosną przyszłego. Można się jednak obawiać, że w związku z biernością instytucji państwa czeka nas szczepionkowy Armagedon.

Unia Europejska, szczepionki i lewica

Historia zakupu i wdrożenia szczepionek na COVID-19 obnażyła sprzeczności w Unii Europejskiej oraz ograniczenia rynku kapitalistycznego w radzeniu sobie z kryzysem. Zobaczyliśmy tarcia zarówno między UE a Wielką Brytanią, jak i wewnątrz samej Unii. Przypomina się kryzys zadłużenia z 2011 i 2012 roku. Wobec faktu, że dysponujemy już szczepionkami Oxford/AstraZeneca, produktami firm Pfizer/BioNTech, Moderna i innymi, które są już podawane na całym świecie, można by pomyśleć, że zbliżamy się do końca pandemii. Tak nie jest, bo spekulanci farmaceutyczni i polityczni przedstawiciele klasy rządzącej sprzeciwiają się wprowadzaniu produktów na rynek w niektórych z najbardziej dotkniętych wirusem krajów. Aby powrócić do „normalności” i rozruszać gospodarkę, ignorują naukę i idą na skróty, narażając tym samym życie ludzi na całym świecie. Big Pharma działa w szczególnie skandaliczny sposób, pokazując, że jej rolą w społeczeństwie nie jest dostarczanie leków ani żaden inny filantropijny cel, lecz po prostu osiąganie zysków i wypłacanie dywidend swoim akcjonariuszom.

Pod koniec 2020 roku Der Spiegel doniósł, że Pfizer negocjował z Europejską Agencją Leków (EMA) możliwość wyodrębnienia szóstej dawki z każdej wyprodukowanej fiolki preparatu. Mogło to oznaczać zwiększenie tempa wdrażania leku o 20 proc.. W warunkach gospodarki planowej byłaby to doskonała wiadomość. Nie w kapitalizmie – początkowo Pfizer zapowiadał, że zmiana zostanie dokonana w celu zwiększenia możliwości szczepień, tylko po to, by w rzeczywistości zmniejszyć zasięg dostaw, za to zwiększyć swoje zyski o 17 proc. Pfizer „skorygował” swoje dostawy, szacując, że umowa dotyczyła jednej dawki, a nie jednej fiolki preparatu. Tylko na tym zarobił 17 proc. Pfizer ogłosił, że w pierwszej partii wyprodukuje 100 milionów fiolek, a nie 120 milionów, jak uzgodniono. Co stałoby się z 20 milionami dawek po 12 euro za dawkę? Pfizer sprzedałby je najwyżej licytującemu na rynku międzynarodowym. O tajnych porozumieniach między Pfizerem a Komisją Europejską dotyczących cen szczepionek dowiedzieliśmy się dopiero dzięki usuniętemu później tweetowi belgijskiej minister Evy de Bleeker. Są też inne przykłady postawienia interesów wielkich firm przed interesem ludzi: na razie tylko Włochy, pod naciskiem stowarzyszeń konsumenckich, planują pozwać Pfizera do sądu za niedostarczone szczepionki. Belgia, gdzie produkowana jest szczepionka, woli nie wytaczać procesów, prawdopodobnie z obawy, że koncern może zdecydować się na przeniesienie produkcji. Rząd francuski wynegocjował umowę, na mocy której produkować i dystrybuować szczepionkę Pfizera będzie „narodowe konsorcjum” Sanofi, jednak nie o obronę interesów francuskich obywateli tu chodzi, a właśnie o wsparcie rzeczonego koncernu.
AstraZeneca również znalazła się w centrum uwagi. W przeddzień zatwierdzenia szczepionki przez Europejską Agencję Medyczną, jej dyrektor generalny Pascal Soriot udzielił skandalicznego wywiadu dziennikowi La Reppublica. Najpierw zganił UE za to, że „spóźniła się” w negocjacjach, podpisując umowę trzy miesiące później niż Wielka Brytania, a potem stwierdził, że „ludzie stają się zbyt emocjonalni”. Dlaczego? Dlatego, że sugerują, jakoby produkcja szczepionek miała służyć ludzkości, a nie zyskom.
To nie koniec: unijni urzędnicy są już praktycznie przekonani, że AstraZeneca próbowała uniknąć wypełnienia zobowiązań podjętych wobec UE, która dokonała przedpłaty w wysokości setek milionów euro. Innymi słowy, koncern spekulował szczepionką i pieniędzmi zaoferowanymi przez UE. Podczas spotkania w dniu 25 stycznia pomiędzy urzędnikami państw członkowskich i UE oraz przedstawicielami brytyjsko-szwedzkiego konglomeratu farmaceutycznego AstraZeneca delegacja z Brukseli usłyszała zresztą od ludzi koncernu, że produkcja szczepionek będzie daleka od zobowiązań kontraktowych. AstraZeneca prowadzi z UE grę w kotka i myszkę i trzyma się twardo swoich racji, twierdząc, że umowa wymaga od niej jedynie „najlepszych starań”. Jako że wynegocjowane kontrakty pozostają całkowicie lub częściowo tajne, można zakładać, że przedstawiciele firmy mówią prawdę. Dlaczego miałby kłamać, skoro sam ryzykuje co najwyżej tym, że UE opublikuje umowę? W takim wypadku to Komisja Europejska pokaże swoją niezdolność do negocjowania kontraktów z myślą o zdrowiu publicznym i wszyscy będą mogli się przekonać, że zdolna do skutecznego negocjowania jest tylko wtedy, gdy jest to korzystne dla Big Pharmy. To właśnie UE robiła przez ostatnie siedem dekad! Problem polega na tym, że interesy niektórych firm farmaceutycznych stoją w sprzeczności z interesami państw (mieszkańców) UE…
Sytuacja zaczyna rozwija się w myśl hasła „każdy działa na własną rękę”. Węgry już ogłosiły, że będą kupować szczepionki z Rosji i Chin, pomimo braku zgody (lub nawet prośby o zgodę w przypadku Chin) ze strony władz europejskich. Sandra Gallina, negocjatorka umów między UE a Big Pharmą, ogłosiła 12 stycznia, że nie wie o żadnych innych umowach poza tymi wynegocjowanymi przez Komisję, a gdyby takie istniały, to – jak powiedziała – byłyby sprzeczne z Traktatem (TFUE). Węgry jednak nie wydają się tym poruszone. Także niemiecka elita rządząca nie wydaje się zainteresowana jakąkolwiek „europejską solidarnością”. Coraz wyraźniej widać, że tak zwana „jedność europejska” rozpada się, gdy tylko pojawia się kryzys. Nie inaczej będzie w przypadku pandemii COVID-19. Widzieliśmy to zresztą jeszcze zanim doszło do pierwszych szczepień. Przypomnijmy, że Komisja Europejska nie raz proponowała ustanowienie europejskich przepisów dotyczących podróży obywateli UE, w granicach wspólnoty. Jednak do tej pory wszystkie środki były wdrażane na poziomie krajowym, bez żadnej koordynacji między państwami członkowskimi.
A teraz kontrola!
Unia Europejska jest przede wszystkim strefą wolnego handlu i rynkiem. 70 lat integracji europejskiej stworzyło klub, którego członkowie są zmuszeni do zawierania porozumień, aby móc odgrywać rolę na rynkach światowych. Historia jest jednak pełna dziwnych wydarzeń. Obecny kryzys zmusił Unię Europejską do zaproponowania kontroli eksportu w celu zapewnienia, że Pfizer, AstraZeneca i i inni nie będą eksportować części szczepionek za granicę. Spowodowało to natychmiastowy konflikt między Unią Europejską a Wielką Brytanią, zaledwie trzy tygodnie po wystąpieniu tej ostatniej z UE.
Mimo że regulowanie handlu zagranicznego jest antytezą wszystkiego, za czym opowiada się Komisja Europejska, uparta rzeczywistość jest taka, że aby utrzymać pozory kontroli nad sytuacją, musiała ona zaproponować mechanizm kierowania produkcją szczepionek. Mechanizm ten został ogłoszony przez europejską komisarz ds. zdrowia i bezpieczeństwa żywności Stellę Kyriakides w piątek 29 stycznia… i w ciągu 48 godzin musiał zostać wycofany z powodu skarg rządu irlandzkiego, gróźb odwetu ze strony Wielkiej Brytanii i krytyki w Komisji Europejskiej ze strony tych, którzy (logicznie!) postrzegali go jako obciążenie dla wolnego rynku. Irlandzki premier szybko zadzwonił do Ursuali Von der Leyen, aby poskarżyć się na użycie artykułu 16 umowy Brexitowej UE-Wielka Brytania, który miał narzucić kontrolę na granicy brytyjsko-irlandzkiej. Reakcja ta nastąpiła znacznie szybciej niż dziesięć lat temu, gdy irlandzka gospodarka zbankrutowała, co pokazuje, jak wrażliwa będzie kwestia granicy w nadchodzących miesiącach, gdy porozumienie w sprawie Brexitu zostanie w pełni wdrożone. Jak powiedział premier Irlandii, Micheál Marti, kwestia ta ma „wybuchowe implikacje polityczne”.
Komisja Europejska stoi przed nierozwiązywalnym problemem reprezentowania interesów Big Pharmy, łagodzenia różnic pomiędzy poszczególnymi członkami bloku i utrzymywania pozorów troski o miliony Europejczyków zarażonych wirusem COVID-19. To jest niemożliwe; nie można służyć dwóm panom. Albo broni się zysków wielkich wielonarodowych firm farmaceutycznych, albo tworzy się plan masowego wprowadzenia szczepionki na całym kontynencie. Oczywiście wybór został dokonany na samym początku, bo UE jest ciągle rynkiem i nie ma bezpośrednich narzędzi wpływu. Wielkie deklaracje stają się farsą w porównaniu z rzeczywistością.
Lewica i nacjonalizacja
Wydawałoby się, że sytuacja jest skrojona na miarę lewicy. Potrzeba nacjonalizacji przemysłu farmaceutycznego jeszcze nigdy nie została podniesiona tak wyraźnie. Nasi oponenci to zrozumieli: prasa prawicowo-liberalna argumentowała przeciwko takiemu posunięciu, otwierając debatę, zanim padł jakikolwiek mocny głos za upaństwowieniem. Libération, niegdyś lewicowa gazeta we Francji, dziś głos liberalnej burżuazji, kilka dni temu zamieściła artykuł, w którym pytała, czy istnieje potrzeba nacjonalizacji. Brukselski korespondent piszący artykuł broni obecnego sposobu produkcji, a także polityki oszczędności. Pisze: „Jedynym sposobem na zaspokojenie ogromnego zapotrzebowania na szczepionki jest zatem zwiększenie linii produkcyjnych w firmach, które mają taką zdolność. Taką drogę wybrała francuska Sanofi, która od tego lata będzie produkować szczepionkę BioNTech-Pfizer, oraz Recipharm, który zawarł porozumienie z firmą Moderna”.
Jak dotąd brakowało wezwań do nacjonalizacji ze strony wybranych przedstawicieli tak zwanych partii komunistycznych, zarówno na szczeblu krajowym, jak i Parlamentu Europejskiego. Można założyć, że stare kontynentalne partie socjalistyczne dawno zapomniały o takich żądaniach, ale po kryzysie gospodarczym w 2008 roku byliśmy świadkami pewnej radykalizacji i powstania nowych lewicowych partii, których obecne milczenie wiele mówi. Bardzo niewiele z nich wysuwa żądanie nacjonalizacji. Kierownictwo związków zawodowych jest również niezwykle nieśmiałe w wysuwaniu żądań, smutno narzekając na brak przejrzystości i potrzebę innego podejścia, jak gdyby ten system w ogóle na inne podejście pozwalał. We Francji Sanofi ogłosił likwidację 400 miejsc pracy w dziale badawczym w tym samym czasie, kiedy rząd pośredniczy w zawarciu umowy na produkcję szczepionki Pfizer, a mimo to CGT nie wystąpiła z żądaniem nacjonalizacji! Jak dotąd większość lewicy i związków zawodowych wzywała co najwyżej do wywarcia presji na WTO, aby wymusiła zawieszenie TRIPS (porozumienia WTO chroniącego prawo do szczepionek) w odniesieniu do szczepionki i leków COVID-19 oraz do podpisania europejskiej inicjatywy obywatelskiej w celu ustanowienia prawa do szczepionek.
Komunistyczna posłanka do PE Sira Riga i poseł do PE Marc Botenga z Belgijskiej Partii Robotniczej [Portal Strajk rozmawiał z nim o pandemii i dostępie do szczepień – przyp. red.] napisali w ostatni weekend stanowisko, którego główny postulat brzmi następująco: „Wbrew pozorom nie jesteśmy wcale skazani na nadużycia przemysłu farmaceutycznego. Musimy po prostu działać w oparciu o mechanizmy, którymi dysponujemy. Potrzebujemy produkcji m.in. Pfizera i AstraZeneca, a realne koszty tej produkcji można zniwelować. Za szczepionkę zapłaciliśmy już czterokrotnie. Zrywając ich monopol, moglibyśmy szybko zwiększyć produkcję. Oznaczałoby to, owszem, mniejsze dywidendy dla akcjonariuszy firm farmaceutycznych, ale więcej szczepionek dla wszystkich i ratowanie życia w Europie i na całym świecie. Narzędzia techniczne i polityczne są na stole. Nadszedł czas, aby ich użyć”.
Przypomnijmy sobie, na co zwracał uwagę Trocki w Programie Przejściowym:
„Socjalistyczny program wywłaszczenia, tj. politycznego obalenia burżuazji i likwidacji jej dominacji ekonomicznej, nie powinien w żadnym wypadku w obecnym okresie przejściowym przeszkadzać nam w wysunięciu, gdy okazja tego wymaga, żądania wywłaszczenia kilku kluczowych dla bytu narodowego gałęzi przemysłu lub najbardziej pasożytniczej grupy burżuazji.” (…) „Konieczność wysuwania hasła wywłaszczenia w toku codziennej agitacji w formie cząstkowej, a nie tylko w naszej propagandzie w jej bardziej wszechstronnych aspektach, podyktowana jest tym, że różne gałęzie przemysłu znajdują się na różnych szczeblach rozwoju, zajmują różne miejsce w życiu społeczeństwa i przechodzą różne stadia walki klasowej. Tylko ogólny zryw rewolucyjny proletariatu może postawić na porządku dziennym całkowite wywłaszczenie burżuazji. Zadaniem postulatów przejściowych jest przygotowanie proletariatu do rozwiązania tego problemu”.
Obecny kryzys Unii Europejskiej i pandemia COVID-19 powinny być doskonałą okazją do przedstawienia alternatywy dla obecnego systemu gospodarczego, a nie budowania iluzji opierających się na „istniejącym systemie”.
Zamiast tego należy zwrócić uwagę na prawdziwe źródło tego kryzysu: system kapitalistyczny i jego nieszczęsnych przedstawicieli politycznych. I podnieść żądanie nacjonalizacji przemysłu farmaceutycznego bez odszkodowania, aby dać nam prawdziwe rozwiązanie problemu globalnej pandemii.

Tekst oryginalny ukazał się na portalu In Defence of Marxism. Tłumaczenie: Wojciech Łobodziński (strajk.eu).

Antyszczepionkowcy to ludzie chorzy na atrofię mózgu

Należy wreszcie skończyć z głoszeniem oczywistych bzdur wynikających ze złych intencji oraz z braku wiedzy.
Warto spojrzeć na wciąż istniejącą w Polsce patologię “bojowników antyszczepionkowych”. Otóż antyszczepionkowcy nie tak dawno opowiadali, że miliarder Gates – w rzeczywistości zagorzały promotor szczepień – jakoby odmówił szczepienia swych dzieci. Miał ponoć stwierdzić, że będą one zdrowe i bez szczepień, i nie potrzebują żadnych substancji wstrzykiwanych.
Pojawiła się też neurobiolog, prof. Maria Dorota Majewska importowana z USA, która z przejęciem głosiła (przy okazji „rewelacji”, iż rząd amerykański miał wypłacić ok. 4 miliardy dolarów odszkodowań za „okaleczenia i zabójstwa szczepienne”), że większość chorych lub zmarłych na grypę to osoby zaszczepione przeciw tej chorobie. Ciekawe skąd, bez powoływania się na statystyki, wiedziała ona, że większość chorych lub zmarłych była zaszczepiona?
Ożywił się również wtedy mój (były) kolega z Vancouver, dr (zarządzania techniką) Piotr Bein. Wieścił on szczepionkowe ludobójstwo przygotowywane przez Światową Organizację Zdrowia (WHO).
W tym kontekście należy przypomnieć, że najbardziej zabójcza w XX wieku grypa hiszpanka zbierała śmiertelne żniwo pod koniec I Wojny Światowej właśnie przed pojawieniem się szczepień (szacuje się, że było nawet ok. 50 milionów zgonów na „hiszpankę”).
A jeśli chodzi o tego „obłudnika Gatesa”, który propaguje szczepienia choć swych dzieci miał jakoby nie zaszczepić, to głównie dzięki obowiązkowym w Polsce szczepieniom moja dorosła córka nie chorowała na żadną dziecięcą zakaźną chorobę – co mnie się zdarzyło prawie 70 lat temu. Do dziś pamiętam straszną dusznicę dyfterytu. Omal wtedy nie umarłem, ponoć uratowała mnie penicylina.
Antyszczepionkowcy, głoszący m.in, że do produkcji szczepionek używa się trujących metali ciężkich, mają wysterylizowaną korę mózgową i nie są w stanie pojąć, że niewielkie ilości trucizn w organizmie, zwłaszcza we wczesnej jego młodości, przyczyniają się do ćwiczenia endogennego systemu odpornościowego. Systemu, który zabezpiecza tak ćwiczony organizm przed poważnymi zagrożeniami i to nie tylko bakteryjno-wirusowymi. Są dokładne dane na ten temat.
Sam, z przyzwyczajenia starego geofizyka lubiącego dokładne pomiary, sprawdziłem dane w kilkunastu doświadczeniach o wpływie na zdrowie małych dawek rtęci w pożywieniu, którym karmiono doświadczalne myszy oraz szczury. Na te wyniki powoływała się profesor Majewska w swym „Liście otwartym do polskich wakcynologów”.
Ale w rzeczywistości wyszło z tych doświadczeń, że małe – a nawet i średnie – dawki trucizny, jaką jest rtęć, dość wyraźnie zwiększają przeżywalność zwierząt karmionych takim „zatrutym” pożywieniem i zmniejszają ilość patologii w ich budowie. Dopiero dawki duże powodują choroby, w tym nowotwory oraz przedwczesną śmierć ludzi i zwierząt doświadczalnych.
Dlaczego prof. Majewska pomijała w swych elaboratach tak ważny szczegół? Odważę się napisać, że jest to wręcz przykład naukowej podłości, która całkowicie zasłaniała mechanizm powstawania odporności na rozmaite patologie. Profesor neurobiologii Maria Dorota Majewska twierdziła na przykład, że „epidemia autyzmu” jest następstwem stosowania szczepień!
Przy okazji warto zwrócić uwagę na dane z ukraińsko-polskiego opracowania szkód, jakie wywołała awaria w Czarnobylu. W tym opracowaniu możemy przeczytać, że nawet dość silne dawki napromieniowania mogą mieć efekt poprawiający zdrowotność oraz długowieczność. Jak piszą autorzy „w szczególności w wypadku ssaków wzmacniają się reakcje obronne przed zachorowaniami neoplastycznymi oraz infekcyjnymi, wzrasta długość życia oraz płodność”.
Czyli, to wszystko o czym bajdurzą nam chorzy na atrofię mózgu antyszczepionkowcy to bzdury, wynikające z braku wiedzy. A eliminacja szczepień gwarantuje nam między innymi nadejście epidemii nowotworów młodzieżowych.
I jeszcze jedna, końcowa uwaga na temat antyszczepionkowej „choroby cywilizacyjnej”. Przecież szczepienia już przed blisko 200 laty zaczęto stosować po to, aby chronić ludność przed wielkimi epidemiami, a zatem i przed koniecznością stosowania leków na których zarabiają koncerny medyczne. Z tego powodu jednorazowe zazwyczaj szczepienia stanowią cios w biznesy koncernów chcących „utopić” ludność w farmaceutykach.

Na smyczy koncernów

Krótka historia kłamstwa klimatycznego

Naftowi giganci, producenci paliw kopalnych od dekad wiedzieli, że beztroska emisja dwutlenku węgla grozi katastrofą klimatyczną zagrażającą światu, jaki znamy. W imię nieograniczonych zysków puścili jednak w ruch morderczo skuteczną machinę kłamliwej propagandy zaprzeczeń i manipulacji. Sięgnęła najwyższych szczebli światowego systemu. Teraz wymknęła im się ona spod kontroli i prowadzi prawicowych polityków w kierunku, w którym nawet kapitaliści paliwowi boją się podążać.
Portal Strajk informował już o tym, że obserwatorium na Hawajach odnotowało w tym miesiącu historycznie wysoki pomiar stężenia dwutlenku węgla w ziemskiej atmosferze. Owszem, naukowcy zgadzają się, że tak wysoki poziom CO2 występował już w dziejach życia na naszej planecie. Było to jednak 5 milionów lat temu, kiedy zwierzęcy przodkowie homo sapiens zaczynali dopiero stawać na dwóch nogach.
Świat nauki nie ma dziś wątpliwości, że to działalność naszego gatunku w okresie ostatnich 150 lat doprowadziła do rekordowej zawartości CO2 w atmosferze i – co za tym idzie – do wzrostu średniej ziemskiej temperatury o ponad 1 stopień Celsjusza w stosunku do epoki przedindustrialnej. Związana z tym plaga susz, powodzi i huraganów nęka ludzkość coraz dotkliwiej, rujnując szczególnie rolnictwo krajów Globalnego Południa i powodując masowe migracje. Kiedy miliony lat temu stężenie CO2 wynosiło, tak jak dziś, 415 ppm (cząsteczek na milion) temperatura była wyższa o 2 – 3 stopnie, a poziom oceanów wyższy był – uwaga! – o 25 metrów. To jest mniej więcej obraz tego, co czeka ludzkość, jeżeli będzie nadal bez opamiętania emitowała dwutlenek węgla. Niestety inercja systemu kapitalistycznego wskazuje na to, że mimo rosnącej świadomości niektórych społeczeństw, człowiek sam sobie wykopie grób.
Nikt się nie dowie
Fakt rekordowego pomiaru jest jednak o tyle znaczący, że prawdopodobieństwo jego wystąpienia w bieżącym roku został przewidziany już dawno temu, w 1982 r., a dokonał tego nie kto inny, a naukowcy pracujący dla jednego z największych koncernów naftowych Exxon – dzisiaj, po fuzji z innym, działającego pod nazwą ExxonMobil. Całość raportu, który – całkowicie trafnie – informował o takiej ewentualności, została zatajona przed światową opinią publiczną, by nikomu nie przyszło do głowy zakłócać działalności Exxonu. Światło dzienne ujrzała dopiero w 2015 r. w wyniku śledztwa przeprowadzonego przez portal InsideClimate News. W podsumowaniu analizy korporacyjnych naukowców znalazły się również przewidywania dalekosiężnych skutków beztroskiej emisji CO2: będą to katastrofalne szkody dla rolnictwa na skutek wzrostu temperatury, stopienie pokrywy lodowej na biegunach i zalanie części lądów. Raport zilustrowany jest wymownym wykresem, z którego można wyczytać, co nas dalej czeka. W 2060 r. wieku wzrost temperatury ma zbliżyć się do 2°C, co oznacza nieodwracalne skutki dla ludzkiej cywilizacji, głównie ze względu na wpływ takich zmian na rolnictwo.
Wnioski te wyciągnęli specjaliści koncernu, który do niedawna wiódł prym w finansowaniu propagandowej walki z naukowcami i aktywistami działającymi na rzecz upowszechnienia wiedzy o globalnym ociepleniu i powstrzymania jego najtragiczniejszych skutków. Naftowy moloch, mając mocne podstawy do przewidywania ponurych rezultatów działalności swojej branży, postanowił zataić alarmistyczne prognozy. Zysk okazał się zdecydowanie ważniejszy niż ludzie. Ba, niż cała ludzkość.
Exxon nie był jedyny. Do podobnych, nawet jeszcze bardziej alarmistycznych wniosków doszli eksperci innego giganta, firmy Shell. Ich poufny raport sporządzony w 1988 r. na wewnętrzne potrzeby koncernu przewidywał, że podwojenie stężenia CO2 w atmosferze, czyli przekroczenie wartości 600 ppm nastąpi do 2030 r.
Wizja ekologicznych skutków globalnego ocieplenia według Shell była dosłownie apokaliptyczna: autorzy opracowania uznali, że cywilizacji ludzkiej zagraża wzrost poziomu wód oceanicznych o 5 – 6 metrów, a więc zatopienie całych nisko położonych krajów i regionów. Przewidywano również „zniknięcie całych ekosystemów” oraz „niszczycielskie powodzie i zatopienie nisko położonych obszarów rolniczych”. Przypuszczano, że „zajdzie potrzeba znalezienia nowych źródeł wody pitnej”, a globalny wzrost temperatur doprowadzi do „drastycznych zmian w sposobie życia ludzi”. Raport kończył się konkluzją, że „mogą to być zmiany nigdy wcześniej nie odnotowane w historii”.
Były to lata, kiedy mówiło się już o globalnym ociepleniu i tym, że powoduje je CO2 emitowane przez przemysł i transport. Zarówno raport Exxonu, jak i Shell zdecydowanie przychylały się do interpretacji, że notowany już wtedy wzrost temperatur ma swoją przyczynę w spalaniu paliw kopalnych, które sami produkowali. Ustalenia korporacyjnych naukowców nie spotkały się z żadnymi próbami ich podważenia przez kogokolwiek związanego z dyrekcją. Kapitalistyczni decydenci postanowili nie tyle położyć na szali los ludzkości, co wręcz skazali ją na katastrofę, którą już wówczas uznawali za scenariusz dość prawdopodobny.
Żywili oczywiście słuszne obawy, że w przypadku upowszechnienia się wiedzy, którą sami posiedli, rządy podejmą próby regulacji działania branży paliwowej. Wcześniej, w połowie wieku stało się tak w związku z problemem powstawania smogu w amerykańskich metropoliach. Naftowi i motoryzacyjni giganci przyjęli wtedy nieskuteczną w okresie dominacji gospodarczego interwencjonizmu taktykę opartą na argumentacji, że ograniczenia w „kopceniu” zrujnują gospodarkę.
Tym razem postanowili zatem przyjąć sposób działania firm tytoniowych, które na przełomie lat 80. i 90. prowadziły już systematyczną wojnę propagandową z naukowcami, którzy ostrzegali przed smutnymi skutkami ich działalności na polu zdrowia publicznego. Koncerny wierzyły początkowo, że zamiary regulacyjne da się spacyfikować, krytykując wyniki badań naukowców uniwersyteckich, tropiąc w nich w nich nieścisłości i kontrując je własną narracją utrzymaną w konwencji akademickiej, nad którą pracować mieli prawdziwi badacze. Wiedza o zmianach klimatycznych, mimo alarmistycznych sygnałów, nie była wówczas tak rozwinięta jak dziś. Dopiero zaczynała przebijać się do mainstreamu i świadomości decydentów. Kapitaliści paliwowi postanowili więc powołać platformy thinktankowe, które mogły ich zdaniem ukierunkować jej rozwój – oczywiście zgodnie z ich interesem.
Ruszyła maszyna
Bodźcem do zintensyfikowania działań na tym polu było powstanie w 1988 r. Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (IPCC), który służyć miał systematycznemu zapoznawaniu rządzących polityków z postępami wiedzy naukowej na temat globalnego ocieplenia. Na konferencji założycielskiej w Toronto spotkało się ponad 300 naukowców i polityków, którzy przyjęli rezolucję deklarującą potrzebę „działania teraz”. Do dzisiaj IPCC pozostaje jedną z najważniejszych międzynarodowych instytucji działających na rzecz przeciwdziałania kryzysowi klimatycznemu. Niestety jej skuteczność pozostawia wiele do życzenia, bo po stanie ziemskiego ekosystemu widać, że politycy działają stanowczo zbyt opieszale i jest już za późno, o czym wprost mówi niedawny raport ONZ. Można za to „podziękować” właśnie koncernom paliwowym, które w dekadzie 90. swoją działalnością w sferze publicznej zdołały skutecznie opóźnić postęp w dyskusji o przyczynach i skutkach zmian klimatu.
Głównym narzędziem, jakim w tym celu posłużyły się korporacje, była Global Climate Coalition (GCC), grupa lobbingowa, która pierwotnie stanowiła część amerykańskiej National Association of Manufacturers, a w 1995 r. się usamodzielniła. Ufundowali ją najwięksi giganci światowej branży naftowej m.in Shell, Texaco (obecnie część Chevronu), Amoco (obecnie część BP) i Phillips Petroleum, później do składu dołączył Exxon. Podstawę programową GCC napisał w 1995 r. Leonard S. Bernstein, ekspert wywodzący się z Mobil Oil, który w tym dokumencie przyznał, że „możliwość ludzkiego wpływu na klimat jest dobrze ugruntowanym faktem naukowym i nie sposób mu przeczyć”. Zastrzegł mimo to: „Nadal jednak nie można dokładnie przewidzieć rozmiarów, ram czasowych i skutków zmian klimatycznych”. Zgodnie z tą linią jeszcze w 1997 r., w czasie negocjacji Protokołu z Kioto, sam dyrektor generalny Exxonu Lee Raymond głosił: „Tak naprawdę nadal wiele nie wiemy o tym, jak klimat się zmieni w XXI wieku i później (…) Musimy lepiej zrozumieć problem i na szczęście mamy na to czas”. W myśl wiedzy posiadanej wtedy od lat przez Exxon i Shell była to zwyczajnie nieprawda: już wtedy nie mieliśmy na to czasu.
Wpływ GCC okazał się z czasem imponujący. W kwietniu 2019 r. outlet Climate Liability News i organizacja Desmog UK ujawniły dokumenty opisujące strategię i szereg konkretnych przypadków wpływania przez GCC na pracę IPCC, na przebieg dyskusji na konferencjach pod egidą ONZ i na język przyjmowanych rezolucji, który lobbyści koncertów zdołali rozmyć i uczynić jak najmniej alarmistycznym. Przedstawiciele GCC brali udział w obradach IPCC i panelach przygotowawczych, zarejestrowani pod nazwą tej organizacji albo z ramienia innych biznesowych NGO, tak by przeważyć liczebnie reprezentantów krajów Globalnego Południa, najbardziej uczulonych na kwestię skutków ocieplenia. Podważali rzetelność ustaleń naukowców podkreślających powagę zmian klimatycznych, promowali za to swoich „badaczy” – nawet tych, o których wspomniany już L. Bernstein, jeden z głównych „mózgów” GCC, sam twierdził, że są naukowo niewiarygodni. Doszły do tego agresywne kampanie w mediach przeciwko ustaleniom czołowych klimatologów i kwestionujące ich dorobek.
Ofensywa propagandowa GCC trwała do 2002 r. Największym sukcesem organizacji było doprowadzenie do tego, że w 2001 r. Stany Zjednoczone nie podpisały słynnego Protokołu z Kioto, zakładającego plan ograniczenia emisji CO2 przez światowe mocarstwa. Ujawnione niedawno dokumenty jasno dowodzą, że na spotkaniu dyplomatów Departamentu Stanu USA z ludźmi GCC, strona rządowa w imieniu prezydenta G.W. Busha podziękowała koalicji za starania wokół Kioto i przyznała, że decyzja o nieprzystąpieniu do porozumienia zapadła „częściowo dzięki ich wkładowi”. Odmowa przez USA udziału w porozumieniu z Kioto znacznie opóźniła polityczny proces przeciwdziałania zmianom klimatu we współpracy międzynarodowej, o której można rzec, że nawet dziś raczkuje – w porównaniu z wagą globalnego wyzwania.
Paradoks polega jednak na tym, że jeszcze pod koniec lat 90. ze wspierania działalności GCC wycofało się dziewięć firm, m.in. Exxon i BP. Doszły do wniosku, że rosnąca liczba publikacji naukowych, potwierdzających katastrofę klimatyczną grożącą ziemi na skutek także ich działalności jest zbyt przytłaczająca, by dalej ciągnąć narrację typu: „być może coś jest na rzeczy, ale nic się nie dzieje”.
„Czas na rewizję polityki w sprawie zmian klimatycznych nie następuje wtedy, kiedy dochodzi do udowodnienia w sposób niezbity związku między gazami cieplarnianymi a zmianami klimatu, tylko gdy możliwości tej nie da się już odrzucić, i gdy jest ona traktowana poważnie przez społeczeństwo, którego część stanowimy. My w BP doszliśmy właśnie do tego momentu” – oświadczył gigant paliwowy już 1996 r. Korporacje zaczęły więc opuszczać swój własny projekt polityczny. Mimo to zyskał on niezależność, zaczął żyć własnym życiem, poszerzył grono sponsorów zwiększając jednocześnie liczbę mniejszych organizacji, poprzez które działał w polityce – i tak doprowadził do swego największego osiągnięcia: Kioto.
Nowe czasy, nowe metody
Dzisiaj, w 2019 r. lobby producentów paliw kopalnych posiada posiada w USA historycznie wielkie wpływy, a firmy łożą większe niż kiedykolwiek środki finansowe na antyklimatyczną propagandę. W tych warunkach w 2017 r. prezydent Donald Trump „wypisał” swój kraj z Porozumienia Paryskiego podpisanego wcześniej przez Baracka Obamę. Zbojkotowanie Kioto okazało się sukcesem, które uprzytomniło kapitałowi, że opłaca mu się polityczna walka z nauką o klimacie, podjął ją więc na nowo również w XXI wieku. Z dużym powodzeniem. Jeden z najbardziej wpływowych lobbystów Joseph Bast, dyrektor generalny Heartland Institute, był zapraszany przez Trumpa do Białego Domu, a w 2017 r. z dumą napisał w mailu do swoich sponsorów: „Wygrywamy wojnę o globalne ocieplenie!”
Na początku stulecia układ sił w USA uległ przeobrażeniu. GCC zniknęło, a powstały American Enterprise Institute i Heartland Institute, potężne prawicowe think tanki, które kweswtię globalnego ocieplenia traktowały bardziej kompleksowo – jako jeden z elementów ultrakonserwatywnej i wolnorynkowej agendy. W sytuacji sprawowania urzędu prezydenta przez G.W. Busha rozwijały się znakomicie, poszerzając grono sponsorów, asertywnie rozpychając się w kręgach politycznych i w swej działalności zapuszczając się za Atlantyk – wpływy zdobyły głównie w Wielkiej Brytanii, gdzie potem odegrały i nadal odgrywają rolę w kampanii na rzecz Brexitu.
ExxonMobil zaczął ponownie łożyć na nowe organizacje „zaprzeczeniowe”, m.in. na Heartland Institute. Koncern do dziś jest niekwestionowanym liderem finansowego wsparcia organizacji promujących kłamstwo klimatyczne: w latach 1998-2014 przekazał w sumie 31 mln dolarów dla 69 takich grup. Jednak po 1997 r. pierwsze skrzypce w finansowaniu bredni klimatycznych grają bezapelacyjnie dwaj bracia Charles i David Koch, właściciele Koch Industries, wielkiego konglomeratu naftowo-chemicznego. Ponad 80 grupom walczącym z wiedzą o nadciągającej katastrofie klimatycznej przekazali oni ponad 100 mln dolarów. Bracia Koch cały swój majątek i szkodliwy dla ziemi biznes odziedziczyli po tacie – zupełnie jak prezydent Trump, który okazał się dla nich jak dotychczas najcenniejszym partnerem politycznym.
Kochowie prowadzą poza tym wpływową prawicową organizację Americans for Prosperity, obejmującą całe USA, zatrudniającą 500 etatowych pracowników i 150 tys. aktywistów dzień w dzień pracujących na rzecz uwolnienia ojczyzny od „socjalizmu” i „lewactwa”. AfP zdolne jest już kształtować ustawodawstwo lokalne, doprowadzając w niektórych stanach do m.in. do ograniczenia praw związków zawodowych.
Strategia walki koncernów o bezproblemową kontynuację emisji CO2 do atmosfery przyjęta po 2000 r. nie polega już na inwestowaniu w spór naukowy, ponieważ na tym polu z kretesem przegrali – 97 proc. publikacji naukowych potwierdza wpływ człowieka na zmiany klimatu. HI postawił na prosty i emocjonalny przekazu do zwykłych ludzi, których straszy pogłoskami o „lewackim spisku” i że „odbiorą im samochody”. Łączy to z docieraniem do konkretnych polityków, głównie Republikanów, którzy głosy tak ukształtowanego elektoratu potrafią przekuć na skuteczną działalność w Kongresie. Dochodzi do tego bezceremonialne oczernianie rozpoznawalnych działaczy, polityków i naukowców zaangażowanych w ruch na rzecz klimatu. Jak łatwo się domyślić, podejście to doskonale się sprawdza w epoce mediów społecznościowych. Potężne think tanki nie boją się jednak „realu”: w 2012 r. HI rozkręcił wielką kampanię billboardową porównującą wyznawców tezy o globalnym ociepleniu do zbrodniarzy-celebrytów m.in. Osamy Bin Ladena i Charlesa Mansona.
Owszem, koncerny działają też na polu naukowym, a raczej „naukawym”. Jednym z ich największych osiągnięć okazało się „wyhodowanie” słynnego „badacza” Williego Soona, który do dziś głosi tezę, że globalny wzrost temperatury spowodowany jest cyklem słonecznym. Nikt ze świata nauki nie traktuje go poważnie, bo model astrofizyczny, którym się posługuje, jest zmanipulowany. Soon stał się jednak jednym z podstawowych pseudo-naukowych źródeł, na które lubią się powoływać domorośli denialiści. Do dorobku Williego Soona zaliczają się bon moty typu: „zbyt dużo lodu szkodzi misiom polarnym” i twierdzenie, że „ze stanem lodowca w Arktyce nie jest tak źle”. W 2015 r. okazało się, że począwszy od 2003 r. jego praca „badawcza” była finansowana z grantów przydzielanych m.in. przez ExxonMobil, Charles Koch Foundation i American Enterprise Institute.
Giganci tacy jak ExxonMobil oficjalnie uznają dziś twierdzenie o wpływie emisji CO2 przez sektor paliw kopalnych na zmiany klimatyczne, ale swoją drogą finansują też wulgarnych denialistów, którzy w dzisiejszych USA stali się potęgą polityczną. Po dojściu Donalda Trumpa do władzy eksperci HI dostali głos w ALEC, czyli Amerykańskiej Radzie Legislacyjnej. W 2017 r. HI próbował przeforsować w ALEC decyzję, żeby Rada przekonała Agencję Ochrony Środowiska do odwołania jej oficjalnego stanowiska mówiącego, że nadmierna ilość dwutlenku węgla jest szkodliwa dla ludzkiego zdrowia i środowiska naturalnego. Co ciekawe, również w tym przypadku interweniowali bezpośrednio przedstawiciele ExxonMobil, którzy ostatecznie ugasili zapał HI, czując że denialistyczne szaleństwo think tanku na szczeblu państwowym idzie za daleko. Żywioł ponownie zaczyna się wymykać spod kontroli koncernów, które mimo wszystko są zmuszone liczyć się publicznym wizerunkiem.
Tak czy inaczej, w ALEC zasiadają osoby, które wcześniej pracowały w innych organizacjach finansowanych przez producentów paliw kopalnych, podobnie jest też z samym składem Agencji Ochrony Środowiska za kadencji obecnego prezydenta. Samemu Trumpowi doradza w Białym Domu „ekspertka” HI Kathleen Hartnett White, która od 2016 r. twierdzi, że CO2 jest „gazem życia”, ponieważ uczestniczy w procesie wegetacji roślin, więc jest zbawienny dla środowiska naturalnego, a jego nadmiar nie jest w żaden sposób szkodliwy dla człowieka. Dwadzieścia lat temu trudno byłoby w to uwierzyć, ale ludzie otwarcie głoszący takie poglądy piastują dziś w USA państwowe stanowiska.
Niezależnie od faktycznego wzrostu świadomości społecznej w niektórych częściach świata, głównie w Europie Zachodniej, np. Wielkiej Brytanii, gdzie laburzyści przeforsowali parlamentarną rezolucję o „klimatycznym stanie wyjątkowym”, wiele wskazuje na to, że mentalność Amerykanów idzie w odwrotnym kierunku. Będzie to miało bardzo niekorzystny wpływ na możliwość globalnego zmierzenia się z wyzwaniem jakim już są niszczycielskie skutki zmian klimatu. Wspomniany już CEO Heartland Institute Joseph Bast pysznił się już dwa lata temu na podstawie wyników sondażu: „Wygrywamy bitwę o opinię publiczną, bo Amerykanie nie wierzą, że globalne ocieplenie zasługuje na uwagę, jaką darzą je media i politycy”. Bast podkreślał, że ich przekaz jest pozytywny: „dwutlenek węgla podnosi plony, ziemia się zieleni”.
Doprowadzili do tego obscenicznie bogaci oligarchowie, całkowicie świadomi nieuniknioności katastrofy klimatycznej, którzy w imię coraz większych zysków zdecydowali się ziemski ekosystem skazać na zagładę, a ludzkość na stoczenie się w rzeczywistość z „Mad Maxa” i powolne konanie. Jeżeli nic się nie zmieni, ta sytuacja nadal będzie im się opłacać, ponieważ niezależnie od tego jaka przyszłość czeka zdecydowaną większość ludzi, tę garstkę korporacyjnych cyników zawsze będzie stać na zapewnienie sobie dostatniego i bezpiecznego życia. Czy pozwolimy im spokojnie patrzeć, jak zdychamy zagryzając się nawzajem o wodę i żywność?

Głos lewicy

Wielki powrót pirata

Publicysta Łukasz Moll dzieli się refleksją o ACTA2:
1) autorem piosenki może być jakiś tam Zenon Martyniuk – i jego autorstwo nadaje tej piosence „wartość użytkową” (jej „słuchalność”)
2) autorem „wartości wymiennej” tej piosenki (jej ceny) są dystrybutorzy, wydawcy – obojętnie czy dystrybucja odbywa się za pośrednictwem płyt czy serwisów z plikami mp3 – a konkretną wielkość tej ceny ustalają w oparciu o kalkulacje rynkowe
3) ale o „wartości” piosenki – czyli o tym, że w ogóle może ona zaistnieć i jako „wartość użytkowa” i jako „wartość wymienna” – decydują jej słuchacze, a więc ci wszyscy, którzy chcą tej piosenki słuchać, przekazywać ją dalej, pożyczać sobie, wymieniać się nią, zachęcać do jej słuchania, zabierać w podróż, na imprezę, podśpiewywać ją sobie, nucić, wykonywać na karaoke, tańczyć do niej na ślubach, przerabiać ją, recenzować, fałszować, mylić tekst, nie trafiać w dźwięk, rano grasować z nią po ulicach, po południu łowić przy niej ryby, wieczorem paść z nią w słuchawkach bydło, a wieczorem ją krytykować. Co więcej, autorami „wartości” piosenki są także wszyscy jej nie-słuchacze: ci, którzy krzyczą „wyłącz to”, ci, co zmieniają kanał, wyśmiewają piosenkę, pozostają głusi na jej walory, wybierają inne melodie itd. Popularne piosenki mogą istnieć tylko dlatego, że istnieją niepopularne. Rock istnieje, bo istnieje techno. Hip hop istnieje, bo istnieje muzyka klasyczna. Wartość jest, inaczej mówiąc, zawsze relacyjna. Bez bogactwa wielości, bez krążenia piosenki – a zwłaszcza jej refrenu – w tym, co społeczne, piosenka nie ma, nie może mieć żadnej wartości, bo nie odpowiada na żadną potrzebę, nie staje się dobrem pożądanym. I Internet jest doskonałą manifestacją tego procesu, choć sam proces jest przecież starszy niż internet. Najpierw użytkownicy stworzyli sieci wymiany plików – np. piosenek – nadając im społeczną wartość. Na to kapitał zwietrzył interes i przy pomocy prawa autorskiego ogradza nam ten obieg kulturalny, szatkując sieć na kawałki z metką właścicielska i przypisaną do niej ceną. Jest to klasyczne grodzenie oddolnie wytworzonych dóbr wspólnych. Nie ma sensu walczyć z piractwem, z łamaniem praw autorskich na Facebooku czy YouTubie. Prawdziwymi grabieżcami są tutaj wszystkie te platformy, które zarabiają na dawnych sieciach pirackich. Tak, nie powinny zarabiać! Ale rozwiązaniem nie jest ACTA2, która ogranicza resztki pirackiej swobody na tych wielkich tankowcach. Rozwiązaniem jest zatopienie tych tankowców i wyciągnięcie na powrót pirackiej bandery.