Gospodarka 48 godzin

PiS zaczęło polexit
Prominenci Prawa i Sprawiedliwości z Jarosławem Kaczyńskim na czele, wykorzystując poddany sobie Trybunał Konstytucyjny mgr. Julii Przyłębskiej rozpoczęli procedurę wyprowadzania Polski z Unii Europejskiej. Formalnym, pierwszym krokiem na tej drodze stało się wydanie orzeczenia, w którym TK, spełniając oczekiwania ekipy rządzącej, stwierdził niezgodność niektórych przepisów traktatu o Unii Europejskiej z polską ustawą zasadniczą. Również prezes Narodowego Banku Polskiego Adam Glapiński, przygotowując grunt pod procedurę wychodzenia naszego kraju z Unii Europejskiej, oświadczył publicznie, że Polska jest w stanie zapewnić sobie dynamiczny rozwój nawet bez środków z funduszy unijnych. Trybunał mgr. Przyłębskiej zakwestionował głównie te decyzje unijne, które mogły ograniczać uzależnienie sądów od ekipy rządzącej. W ten sposób TK stanął na straży PiS-owskiej reformy sądownictwa, polegającej na tym, że sądy w Polsce mają wydawać wyroki zgodne z oczekiwaniami obecnej ekipy rządzącej. Z pomocą takiej właśnie reformy sądownictwa prominenci PiS chcą zachować władzę i płynące z niej profity. Unia Europejska nie zgodzi się jednak, aby w jednym z jej państw członkowskich podważona została fundamentalna zasada praworządności – czyli niezależności sądów i niezawisłości sędziów. Bardzo prawdopodobne więc, że zastosuje wobec polskich władz sankcje finansowe, które odbiją się najbardziej na zwykłych obywatelach – a to z kolei pozwoli ekipie rządzącej na propagandowe nakręcanie wrogości wobec UE w partyjnych mediach „publicznych” (które w tych mediach trwa już od dłuższego czasu). Dzięki temu, wedle przewidywań prominentów PiS, osoby słabiej wykształcone, stanowiące największą część elektoratu Prawa i Sprawiedliwości, bez większych oporów przyjmą wyjście Polski z UE, a w wyborach parlamentarnych poprą PiS, jako jedyną siłę mającą wówczas wpływ na losy kraju. W ten sposób ekipa z Prawa i Sprawiedliwości zrealizuje swój podstawowy cel, jakim jest zachowanie władzy i wynikających z niej profitów, a także posłusznie zrealizuje rosyjski scenariusz dla Polski.

Nie chcą się dogadać
PiS-owska ekipa rządząca sabotuje zawarcie z Czechami ugody, dotyczącej pokrycia strat spowodowanych przez funkcjonowanie kopalni węgla brunatnego Turów. Polskie władze odmawiają też wykonania decyzji Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej nakazującej wstrzymanie pracy tej kopalni. W ten sposób PiS-owska ekipa łamie prawo i zasady na których opiera się Unia Europejska, a także powoduje, że nasze państwo ponosi straty finansowe o wielkich rozmiarach. Prominenci PiS nie przejmują się jednak stratami finansowymi, bo przecież nie oni będą je pokrywać. Liczą natomiast na to, że wszczynając konflikt z Czechami oraz z instytucjami unijnymi, zwiększą konsolidację swego elektoratu i zachowają władzę. Takie szukanie wroga i generowanie konfliktów stanowi podstawową zasadę działania PiS w walce o zwycięstwa wyborcze. Dotychczas ta zasada się sprawdzała, jednak tym razem utrata władzy przez PiS spowoduje to, że członkowie obecnej ekipy rządzącej odpowiedzą przed sądem na mocy art. 296 kodeksu karnego (kto wyrządza szkodę majątkową w wielkich rozmiarach podlega karze pozbawienia wolności od roku do lat 10). To w sposób oczywisty zwiększa ich determinację i wolę skorzystania z drugiej podstawowej zasady działania, tym razem zaczerpniętej od Władysława Gomułki: że władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy.

„W trosce o prawdę historyczną”

Naszą uwagę zwrócił wywiad Ambasador Azerbejdżanu Pani Nargiz Gurbanovej opublikowany w „Dzienniku Trybuna” 30.04.2021. W trosce o prawdę historyczną i zdecydowanie sprzeciwiając się fałszywej interpretacji faktów historycznych, czujemy się zobowiązani do przedstawienia szeregu wyjaśnień.

Twierdzenie azerskiego Ambasadora o „550. rocznicy nawiązania stosunków między Azerbejdżanem a Polską” stanowi absolutne wypaczenie i sprzeniewierzenie się historii.
Źródła historyczne z XV wieku nie wspominają nigdy o kontaktach polsko-azerbejdżańskich. W tym czasie Azerbejdżan był tylko nazwą geograficzną jednej z prowincji historycznej Persji. Nazwa pochodzi od Medii Atropatene (stąd średnioperskie Āturpātakān, później Ādurbādagān, a w końcu nowoperskie Ādarbāyjān, czyli Azerbejdżan). Tereny na północ od rzeki Araks i Kury (czyli obecny Azerbejdżan), nie były wówczas nazywane Azerbejdżanem.
Głównym ośrodkiem Ādarbāyjān było w XV wieku miasta Tebriz (Tabriz), w latach 1469-1501 stolica turkmeńskiego państwa Ak Kojunlu (czyli Białej Owcy). Państwo to jest uważane za prawnego protoplastę Persji Safawidów. Szach Ismail, założyciel imperium perskiego Safawidów był wnukiem po kądzieli Uzun Hasana, władcy państwa Ak Kojunlu.
Kontakty z Uzun Hasanem, władcą państwa Ak Kojunlu (1454-1478) zawsze uważano za początek kontaktów polsko-perskich, a nie polsko-azerbejdżańskich. W Europie Uzun Hasana nazywano królem Persów, a jego poselstwa – perskimi. W lipcu 1492 roku doktor medycyny Mikołaj z Marienwerder (dziś Kwidzyn) w liście do biskupa włocławskiego Piotra z Bnina pisał o Uzun Hasanie jako władcy Persów i Armenii .
Pierwsze ślady kontaktów między Polską a Persją sięgają lat 70. XV wieku. Od 1463 roku toczyła się wojna wenecko-turecka, do której Wenecja starała się pozyskać różnych sojuszników. W 1471 r. kanclerz Królestwa Polskiego Jakub z Dębna został wysłany do Rzymu w celu potwierdzenia przez papieża pokoju toruńskiego zawartego w 1466 roku między Polską a Zakonem Krzyżackim, a także akceptacji osadzenia na tronie czeskim syna króla Kazimierza Jagiellończyka. W drodze do Rzymu, w kwietniu 1471 roku, spotkał w Wenecji posła Uzun Hasana – Miratha.
Poseł króla Polski razem z [posłem] Uzun Hasana pojechali do papieża, aby zachęcić go do krucjaty (impresa) przeciw Turkowi (Mehmedowi II). Zostali dobrze pouczeni przez władze weneckie (Signoria) co mają powiedzieć papieżowi, aby zachęcić go do krucjaty”. Poselstwo perskie zostało uroczyście przyjęte w Rzymie w sierpniu. Nie wydaje się jednak, aby poseł polski bardzo się interesował propozycjami weneckimi. Cel jego misji do Rzymu, jak wspomniano, był zupełnie inny.
Dowiadujemy się o nim z Kroniki Jana Długosza. Pod rokiem 1472 kronikarz zapisał: Przybył bowiem z Persji z Niższej Armenii drugi sułtan (cesar) turecki imieniem Usun Hasan (który wywodząc się od człowieka nieznanego rodu, niemal nieznanego jemu samemu, wybił się na znakomitego męża, a odnosząc raz po raz zwycięstwa przy użyciu niewielkich sił, podporządkował sobie wiele krajów) przeciw niemu [sułtanowi Mehmedowi II] i jego synowi Mahmutowi [powinno być: Mustafie] (sam bowiem bał się podjąć otwartą walkę, żeby w razie niepowodzenia nie ucierpiała jego dobra opinia) i zadał mu ciężką klęskę [stoczona 19 VIII 1472 bitwa pod Kereli skończyła się naprawdę zwycięstwem Mustafy, a nie Uzun Hasana]. A syn sułtana i sam sułtan turecki Mahomet, żeby naprawić swą całkowitą, haniebną klęskę, zebrawszy większa liczbę wojska, ruszył ponownie z 400 tysiącami jazdy i wielkim mnóstwem piechoty przeciw Usun Hasanowi. Ten, mając posiłki od swoich krewnych: Karamana i chana tatarskiego, rozbił całe wojsko tureckie, zadając mu godną podziwu klęskę, a wkroczywszy do miasta Trapezunt w Azji, które sułtan turecki Mahumet zajął przed kilku laty, zabiszy cesarza Trapezuntu, Greka [Dawida], sprzymierzeńca tegoż Usun Hasana, zajął miasto z całym cesarstwem trapezunckim i pomścił niesłuszną śmierć swego zwolennika. Następnie z godną podziwu szybkością posiadł zdobyte miasto Synope w Anatolii i wezwawszy na pomoc Wenetów, rusza w kierunku Gallipoli, żeby je oblec [informacja mało prawdopodobna]. Posyła do króla Polski Kazimierza uroczyste poselstwo, które około połowy lipca przybyło do Krakowa, zabiegając o jego poparcie i pomoc przeciw sułtanowi tureckiemu Mahumetowi, czego mu nie odmówiono. Mahumet, czując to wszystko i wiedząc, że szykuje mu się zguba, zabiegając na próżno o pomoc sułtana Babilonii, zaczyna obwarowywać wszystkie swe miasta, a szczególnie nadmorskie”.
List Uzun Hasana do władców Zachodu (w tym do króla Kazimierza Jagiellończyka).
List Uzun Hasana do króla Kazimierza Jagiellończyka się nie zachował. Długosz wspomniał, że był pisany „po chaldejsku”, ale nie jest to prawda. Zachował się natomiast przekład na język włoski (wenecki) z 16 października 1673 roku. Opis tłumaczenia listu Uzun Hasana jest bardzo interesujący. Zapewne został napisany alfabetem arabskim (nie chaldejskim, jak uważał Długosz) po persku alfabetem arabskim, z domieszką słów arabskich i „tatarskich” (kipczackich). Poseł wenecki Catharino Zeno (co ciekawe siostrzeniec Teodory, żony Uzun Hasana, księżniczki z Trapezuntu), przybył do Kaffy i udał się do konsula kupców weneckich Christophoro de Calle. Konsul wezwał swego zaufanego człowieka, notariusza Constantio de Sarra, który miał sporządzić tłumaczenie listu Uzun Hasana na język łaciński i włoski (dialekt wenecki). Co ciekawe, list tłumaczył z arabskiego i perskiego Ormianin Coza Goli – człowiek uczony i biegły w tych językach, który tłumaczył list na język ormiański. Obecny był także zakonnik katolicki z kongregacji braci unitów (unitork) Georgius (Kework?), czyli także Ormianin, który tłumaczył z języka ormiańskiego i wyjaśniał słowa „tatarskie” w języku włoskim. Tłumaczono słowo po słowie, a gdy były trudności, szukano najbliższego znaczenia słowa arabskiego czy perskiego. Notariusz Constantio de Serra nadał przekładowi na język łaciński i włoski ostateczny kształt, ale przepisał go „na czysto” inny zaufany skryba. Pod tłumaczeniami podpisali się konsul wenecki i wyżej wspomniany notariusz „powagi cesarskiej” (auctoriatate imperiali). Konsul przywiesił pieczęć z wyobrażeniem św. Marka, notariusz – narysował swój znak notarialny. W ten sposób dokument został uwierzytelniony. Dowiadujemy się, że kopie przekładu łacińskiego zostały zrobione także dla papieża, cesarza, króla Sycylii, króla Polski, króla Węgier i samej Wenecji.
Niestety przekład łaciński się nie zachował, ale zapewne treść była taka sama jak w tłumaczeniu włoskim. Dokument Uzun Hasana miał sześć okrągłych znaków – jeden na końcu listu u dołu, pięć zaś na końcu listu po zewnętrznej stronie. Władca ten chwalił się swoimi zwycięstwami nad Turkami w okolicach Erzincan, zachęcając do współdziałania z nim władców europejskich, w tym króla polskiego Kazimierza Jagiellończyka. Uzun Hasan przedstawia się jako władca: Frach : Ufars : Cremanth fin ala porta de Condustam e mio paexe Tabarsaram, Masenderam, Gilahum, Sarabath, Adir Baian, Bagdad. Pada więc tu nazwa Azerbejdżan [Adir Baian]. Nie ma jednak nic wspólnego z dzisiejszym Azerbejdżanem. Chodziło o dzisiejszy ostan Azerbejdżan Wschodni w północno-zachodnim Iranie. Wiemy bowiem, że stolicą Uzun Hasana był Tebriz.
List Uzun Hasana w języku perskim i przekładzie łacińskim
Po wyjeździe z Polski Katharinus Zeno dotarł do króla Węgier, Macieja (Mathiasa) Korwina. W dniu 8 czerwca 1474 roku król węgierski tak pisał do króla Polski – Kazimierza Jagiellończyka:
W liście tym król węgierski pisał, że w ostatnich dniach otrzymał list od księcia Uzun Hasana [Hassanibe], z którego dowiedział się, że władca ten wystąpił przeciw bezbożnemu sułtanowi tureckiemu i zachęca go do współpracy przeciw niemu. Podobne listy Uzun Hasan napisał do papieża, cesarza i do króla polskiego (w tekście: do waszej wysokości). List ten król węgierski otrzymał wraz z przekładem z języka perskiego na język łaciński, zrobionym w Kaffie, potwierdzonym notarialnie i pieczęcią Hieronima [Pannisari] łacińskiego biskupa Kaffy. Król Węgier pisze dalej, że wysłał przeciw Turkom wiele tysięcy ludzi, a wkrótce wyśle nowych, a także wyruszy sam. Zachęca króla polskiego do współdziałania z nim, a także z Uzun Hasanem.
Jest oczywiste, że dostępnych jest tylko kilka listów i twierdzenie, że między Uzunem Hasanem a polskim królem Kazimierzem Jagiellończykiem prowadzona była regularna korespondencja jest fałszywe. Co więcej, listy te były adresowane zbiorowo także do innych europejskich władców, a jedynym ich tematem było zawarcie sojuszu wojskowego przeciwko Turcji Osmańskiej. Listy były pisane po łacinie lub w języku perskim (z użyciem alfabetu arabskiego).
Odnośnie konfliktu w Górskim Karabachu. Wbrew zapewnieniom Nargiz Gurbanowej, konflikt o Górski Karabach nie jest rozwiązany. Oświadczenie podpisane 10 listopada 2020 roku wstrzymało zdradziecką ofensywę wojskową Azerbejdżanu, ale wiele bardzo ważnych kwestii pozostało nierozwiązanych. W wyniku azerskiej agresji, która przypominała działania z początku lat 90-tych, wspieranej przez Turcję i z udziałem tysięcy radykalnych islamskich najemników, doszło do ciężkich i masowych strat w ludności cywilnej w Górskim Karabachu. Znaczna część terytorium Górskiego Karabachu, w tym region Hadrut i miasto Shusi, znalazła się pod okupacją. Zasadnicza kwestia konfliktu, czyli status Górskiego Karabachu, nie została rozstrzygnięta. Dziesiątki tysięcy Ormian z Górskiego Karabachu straciło swoje domy i stało się uchodźcami. Członkowie społeczności międzynarodowej są zgodni co do tego, że współprzewodnictwo Grupy Mińskiej w OBWE powinno wznowić swoją działalność i pomóc w wynegocjowaniu prawdziwego i trwałego pokoju z pełnym poszanowaniem praw człowieka zbiorowości społecznej i prawa do samostanowienia narodu Górskiego Karabachu.
Ponadto działania azerskiego wojska w czasie 44-dniowej wojny bez wątpienia stanowią zbrodnię wojenną i powinno zostać przeprowadzone niezależne międzynarodowe śledztwo w celu ujawnienia wszystkich szczegółów popełnionych zbrodni i postawienia odpowiedzialnych przed wymiarem sprawiedliwości. Około 200 ormiańskich jeńców wojennych i cywilów wciąż pozostaje w areszcie w Azerbejdżanie pod fałszywymi zarzutami. Władze azerskie jawnie ignorują wezwania kierowane przez różne organizacje międzynarodowe i światowych przywódców do ich natychmiastowego i bezwarunkowego uwolnienia.
Po zawieszeniu broni Azerbejdżan rozpoczął na szeroką skalę niszczenie lub przekształcanie ormiańskiego dziedzictwa chrześcijańskiego na terytoriach znajdujących się obecnie pod ich kontrolą.
Dlatego też główną przeszkodą dla pokoju i stabilności w regionie są ciągłe działania destabilizujące ze strony Azerbejdżanu, antyormiańska retoryka i kultywowanie ormiańskich fobii na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci.
W ostatnim tygodniu Azerbejdżan dokonał otwartego wtargnięcia na suwerenne terytorium Armenii. Jak dotąd władze Armenii wykazały się powściągliwością, aby nie doprowadzić do dalszej eskalacji sytuacji. Jednak takie skandaliczne zachowania ze strony władz azerskich powinny zostać powstrzymane.

Odnośnie kaukaskiej Albanii i dziedzictwa chrześcijańskiego. Azerowie od dawna zabawiają się wymyślaniem własnej historii. Sztuczka jest prosta i prymitywna: Umieszczają nazwę “Azerbejdżan” przed jakimkolwiek pojęciem, a rzekomo staje się ono jego (narodową) własnością. Druga część tej sztuczki jest haniebna – dla wygody i bezwstydnie pomija się wzmianki o prawdziwych aktorach i faktach historycznych. To samo ma miejsce w przypadku kaukaskiej Albanii.
Aghuank (staroormiański: Ałuankʿ, współczesny ormiański Aġvank’) to ormiańska nazwa kaukaskiej Albanii. Ormiańscy autorzy wspominają, że nazwa ta wywodzi się od słowa „alu” oznaczającego sympatyczny w języku ormiańskim. Termin Aghuank jest polisemiczny i w źródłach ormiańskich używany jest również do określenia regionu między rzekami Kur i Arakses jako części Armenii. W tym ostatnim przypadku jest on czasami używany w formie „Armenian Aghuank” lub „Hay-Aghuank”.
Ormiański historyk zajmujący się tym regionem – Movses Kaghankatvatsi, który pozostawił jedyną mniej lub bardziej kompletną historyczną relację o tym terytorium, wyjaśnia nazwę Aghvank jako pochodną słowa alu (po ormiańsku słodki, miękki, delikatny), które, jak powiedział, było przezwiskiem pierwszego gubernatora Albanii Kaukaskiej Arrana i odnosiło się do jego łagodnej osobowości. Movses Kaghankatvatsi i inne starożytne źródła tłumaczą Arran lub Arhan jako imię legendarnego założyciela Albanii Kaukaskiej (Aghvan).
Według ormiańskich średniowiecznych historyków Movsesa Khorenatsi, Movsesa Kaghankatvatsi i Koryuna, alfabet kaukaskiej Albanii (ormiańska nazwa języka to Aghvank, rodzima nazwa języka jest nieznana) został stworzony przez Mesropa Mashtotsa, ormiańskiego mnicha, teologa i tłumacza, któremu przypisuje się również stworzenie języka ormiańskiego. Alfabet ten służył do zapisywania języka udi, który był prawdopodobnie głównym językiem kaukaskich Albańczyków.
Koryun, uczeń Mesroba Mashtotsa, w książce „Życie Mashtotsa” napisał o tym, jak jego nauczyciel stworzył alfabet:
Wtedy przyszedł i odwiedził ich pewien starszy człowiek, Albańczyk o imieniu Beniamin. A on (Mashtots) analizował i badał barbarzyńską dykcję języka albańskiego, a potem dzięki swej przyrodzonej, danej od Boga bystrości umysłu wymyślił alfabet, który dzięki łasce Chrystusa z powodzeniem ustanowił i skodyfikował.
Alfabet używany w kaukaskiej Albanii, składający się z pięćdziesięciu dwóch liter przypominających znaki gruzińskie, etiopskie i ormiańskie, przetrwał dzięki kilku inskrypcjom i ormiańskiemu manuskryptowi z XV wieku. Manuskrypt ten, Matenadaran (Instytut Starożytnych Manuskryptów, Erewań) nr 7117, po raz pierwszy opublikowany przez Ilia Abuladze w 1937 roku jest podręcznikiem językowym przedstawiającym porównawczo różne alfabety – alfabet ormiański, grecki, łaciński, syriacki, gruziński, koptyjski i kaukaski a wśród nich albański. Alfabet został nazwany: „Ałuanicʿ girn ē” (co znaczy: „To są albańskie litery”).
Ormiańska polityka, kultura i cywilizacja odegrały decydującą rolę w całej historii kaukaskiej Albanii (w języku ormiańskim Aghvank). Wynikało to z faktu, że po podziale Królestwa Armenii pomiędzy Persję i Bizancjum w 387 r. n.e., ormiańskie prowincje Artsakh i Utik zostały odłączone od królestwa ormiańskiego i włączone przez Persów do jednej prowincji (marzpanatu) o nazwie Aghvank (Arran). Ta nowa jednostka obejmowała pierwotną Albanię Kaukaską położoną między rzeką Kurą a Wielkim Kaukazem, plemiona żyjące wzdłuż wybrzeża Morza Kaspijskiego, a także Artsakh i Utik, – dwa terytoria odłączone od Armenii.
Ormiański średniowieczny atlas Aszcharatsuits (Mapa Świata) opracowany w VII wieku przez ormiańskiego uczonego Ananię Szirakatsiego, zalicza Artsakh i Utik do prowincji Armenii, pomimo ich przypuszczalnego odłączenia od Królestwa Armenii i ich politycznego związku z kaukaską Albanią i Persją w czasie, gdy powstawał atlas. Shirakatsi precyzuje, że Artsakh i Utik są „teraz odłączone” od Armenii i włączone do „Aghvank”, i stara się odróżnić tę nową jednostkę terytorialną od dawnego „w ścisłym znaczeniu Aghvank”, położonego na północ od rzeki Kura. Ponieważ był on bardziej jednorodny i lepiej rozwinięty niż pierwotne plemiona na północ od Kury, wpływ ormiański odcisnął piętno na życiu politycznym kaukaskiej Albanii i doprowadził do stopniowego narzucenia języka i kultury.
Ormiańska ludność Artsakh i Utik pozostała na miejscu, podobnie jak cała polityczna, społeczna, kulturalna i wojskowa struktura prowincji. Wczesnośredniowieczny historyk Movses Khorenatsi potwierdzał w V wieku, że ludność Artsakh i Utik mówiła po ormiańsku, a rzeka Kura, według jego słów, wyznaczała „granicę ormiańskiej mowy”.
Szczątkowe informacje o kaukaskiej Albanii po 387 r. n.e. pochodzą ze staroormiańskiego tekstu „Historii ziemi Aghvank” ormiańskiego autora Movsesa Kaghankatvatsi, który w istocie jest historią ormiańskich prowincji Artsakh i Utik. W Historii Kaghankatvatsi i w historycznym tekście wczesnośredniowiecznego ormiańskiego autora Agathangelos, system feudalny Królestwa Aghvank, w tym stosowana terminologia polityczna, były pochodzenia ormiańskiego. Podobnie jak w Armenii, szlachta Aghvank była określana terminami nakharars (minister), azats (szlachta), hazarapets (dowódca wojskowy), marzpets (gubernator), shinakans (chłop), itp.
Wkrótce po tym, jak Armenia przyjęła chrześcijaństwo jako religię państwową (301 r. n.e.), król Urnayr udał się do siedziby Apostolskiego Kościoła Ormiańskiego, aby przyjąć chrzest z rąk św. Grzegorza Iluminatora, założyciela i pierwszego katolikosa Armenii.
Po śmierci Urnyra, kaukascy Albańczycy poprosili, aby wnuk św. Grzegorza – św. Grzegorz w wieku 15 lat został wyświęcony na biskupa Albanii Kaukaskiej i Iberii i aby pielgrzymował po tych ziemiach głosząc chrześcijaństwo. Zbudował on trzeci znany kościół w Albanii Kaukaskiej w mieście Tsri, w Utiķ. Podczas pobytu w krainie Maskoutów w północno-wschodniej kaukaskiej Albanii, św. Grzegorz został zaatakowany przez rozwścieczony tłum czcicieli bożków, a następnie przywiązany do konia i rozczłonkowany. Jego szczątki zostały pochowane w pobliżu klasztoru Amaras (obecnie w prowincji Martuni w Republice Górskiego Karabachu).
Prawdopodobnie na początku V wieku miejscowy biskup o imieniu Jeremi przetłumaczył Pismo Święte na język kaukaskich Albańczyków, czyli język staroudiński. Najwcześniejsze zachowane fragmenty tłumaczeń fragmentów Biblii na język staroudiński pochodzą z VII wieku i opierały się głównie na przekładach ormiańskich.
Powyżej przedstawiono dowody na to, jak bezpodstawne i nieuczciwe są azerskie twierdzenia o byciu „strażnikami wielokulturowości i zbawcami chrześcijańskiego dziedzictwa”.
Należy również dodać najnowsze świadectwa. Przypadki naruszeń wolności religijnej i bezczeszczenie miejsc kultu religijnego przez Azerbejdżan i Turcję, w szczególności w odniesieniu do narodu ormiańskiego, zostały zarejestrowane w Międzynarodowym Raporcie o Wolności Religijnej z 2020, wydanym w środę, 12 maja 2021 r. przez Komisję Stanów Zjednoczonych ds. Międzynarodowej Wolności Religijnej (USCIRF).  
W 108-stronicowym raporcie zalecono umieszczenie Azerbejdżanu i Turcji na „Specjalnej liście obserwacyjnej USCIRF” z powodu rażących naruszeń wolności religijnej w obu krajach, w tym „ostatnich naruszeń popełnionych w obliczu wznowionego konfliktu o Górski Karabach i otaczające go terytoria”.
W części dotyczącej Azerbejdżanu, raport wyszczególnia ustalenia w kontekście aktywnych walk o Górski Karabach pod koniec września 2020 r., które „wywołały poważne obawy o zachowanie ormiańskich miejsc kultu i innych miejsc kultu religijnego na tych obszarach”, w tym katedry Ghazanchetsots w Shushi, która została „dwukrotnie namierzona i ostrzelana” przez siły azerskie, „co spowodowało rozległe uszkodzenia tego budynku i prawdopodobnie stanowiło zbrodnię wojenną”.
Pomimo porozumienia o zawieszeniu broni z listopada 2020 roku, raport stanowi, że „niedawna dewastacja i zniszczenie ormiańskich cmentarzy i nagrobków” przez Azerbejdżan zostały udokumentowane przez media.

Zaufanie i lockdown

Duża część społeczeństwa do niedawna nie akceptowała ograniczeń związanych z pandemią, wprowadzanych przez rząd. Teraz, gdy mamy najwyższą dzienną liczbę zgonów, opinia Polaków byłaby zapewne inna.

Na pierwszej stronie strategii walki z COVID-19 w Korei Południowej widnieje słowo “TRUST”, czyli zaufanie. Jest ono czynnikiem spinającym 5 podstawowych wartości:
T jak Transparency (przejrzystość),
R jak Responsibility(odpowiedzialność),
U jak United action (wspólne działanie),
S jak Science & Speed (nauka i szybkość),
T jak Together in Solidarity (razem w solidarności).
Korea Południowa jest przykładem kraju, który w walce z pandemią radzi sobie bardzo dobrze, w zasadzie w ogóle nie wprowadzając masowych ograniczeń działalności gospodarczej. Oczywiście ważne znaczenie odgrywają tu też wzorce kulturowe, doświadczenie po epidemii SARS i rozwój technologiczny. Wszystkich wzorców nie da się oczywiście przenieść na kraje europejskie. Niemniej jednak sformułowane w strategii zasady są bezdyskusyjnie potrzebne w walce z pandemią i generalnie dla funkcjonowania państwa – zauważa Towarzystwo Ekonomistów Polskich..
Kryzys COVID-19 pokazuje naocznie, jak ważny jest kapitał społeczny, zaufanie, solidarność, współdziałanie i odpowiedzialność. Pokazują to również ostatnie badania naukowe (m.in. Kris Hartley i Darryl S. L. Jarvis (2020), Paul Cairney i Adam Wellstead (2021)), w których podkreśla się, że „zaufanie” do władz, społeczeństwo obywatelskie, tzw. „community capacity” są istotnym elementem w powodzeniu walki z COVID-19 i w ogóle sprawności państwa.
Niestety w Polsce kapitał społeczny jest na bardzo niskim poziomie, jesteśmy pogrążeni w ogromnym konflikcie społeczno-politycznym. Od kilku lat ten konflikt jest nieustannie rozpalany. A zaufanie na linii obywatel – państwo zbliża się do dna. Potwierdzają to badania Instytutu Rozwoju Gospodarczego Szkoły Głównej Handlowej na reprezentatywnej próbie gospodarstw domowych.
Zgodnie z tymi badaniami, blisko 90 proc. respondentów uważa, że powszechny konflikt polityczny negatywnie wpływa na zaufanie społeczne i przez to jest barierą we współpracy rządu z obywatelami w celu efektywnej walki z pandemią koronawirusa.
Zaufanie jest niezbędne do współpracy, koordynacji, porządku społecznego i zmniejszenia potrzeby narzucania przez państwo restrykcji. Podczas pandemii obywatele powinni ufać rządowi i ekspertom, którzy powinni pomóc im zrozumieć problem i zareagować na niego w odpowiedni sposób. Bez zaufania rządom trudno koordynować działania i dokonywać decyzji dotyczących poziomów przymusu, bez zaufania obywatele nie współpracują, a tylko wtedy można zminimalizować skutki pandemii.
Zgodnie z wynikami badania niemal trzy czwarte społeczeństwa jest przeciwne zamykaniu branż usługowych, wyjątkiem są dyskoteki i kluby nocne. W przypadku pięciu branż zdecydowana większość respondentów (5 razy Nie) nie akceptuje całkowitego zamykania działalności firm świadczących usługi.
75 proc. pytanych nie akceptuje zakazu lub ograniczenia działalności w galeriach handlowych, 73 proc. nie zgadza się z zamykaniem hoteli, 72 proc. nie zgadza się z zamykaniem restauracji, 67 proc. wyraża sprzeciw wobec zamykania siłowni, basenów, klubów fitness, 63 proc. jest przeciwne zamykaniu miejsc kultury, kin.
W wielu krajach widać zniecierpliwienie obywateli kolejnymi lockdownami. Jednak skala przeciwników jest mniejsza. W sąsiednich Niemczech według badania cytowanego przez „Welt am Sonntag” w lutym około 63 proc. Niemców akceptowało wprowadzane przez rząd ograniczenia. Choć trend akceptacji jest zniżkowy, jednak te proporcje w Polsce są zupełnie odwrotne. Niestety rząd nie potrafi przekonać społeczeństwa do słuszności swojej strategii w walce z pandemią. Mamy już trzecią falę pandemii, któryś z kolei „lockdown” a nadal społeczeństwo nie popiera działań rządu.
W badaniu zapytano też o opinię odnoszącą się do postulatu zgłaszanego przez firmy, to jest czy popierają politykę wypracowywania rozwiązań sanitarnych i organizacyjnych w poszczególnych branżach (jak restauracje, puby, siłownie, kluby fitness, kina, hotele itd.), które miałyby zastąpić ich zamknięcia, czyli „działanie w zaostrzonym reżimie zamiast bezwzględnego zamykania”. Takie podejście popiera blisko 80 proc. respondentów Polacy oczekują zmiany strategii walki z COVID-19.
Brak zaufania przyczynia się do braku zrozumienia dla wprowadzanych ograniczeń, co w konsekwencji prowadzi do konieczności wprowadzania bardziej restrykcyjnych działań w przyszłości – wskazuje TEP. Brak zaufania to brak współpracy, solidarności, to państwo, które stoi z boku społeczeństwa i na odwrót. Kiedy jak nie w czasie największej pandemii od stu lat powinniśmy umieć się zintegrować?
Państwo zbudowane na konflikcie i podziale społeczeństwa nie jest silne. Jest słabe. Pokazuje to właśnie COVID-19. Silne państwo wymaga kompromisów, dialogu, łączenia, a nie dzielenia. Państwo zbudowane na konflikcie nie jest w stanie skutecznie i efektywnie walczyć z najważniejszymi, najgroźniejszymi wyzwaniami, przed jakimi może stanąć nasz kraj. A takich wyzwań nie zabraknie. Jakiego państwa chcemy? Podzielonego czy wspólnotowego?.

Syndrom suwalski, sankcje i geopolityka

Z końcem lutego dowódca stacjonującego w Turcji, w Izmirze, Połączonego Dowództwa Wojsk Lądowych NATO (LANDCOM) generał broni Roger L.Cloutier odwiedził, wśród jednostek i terenów państw bałtyckich, także i Polskę.

Przeprowadził m.in. rekonesans tzw. przesmyku suwalskiego. Gdyby ktoś nie wiedział, o co chodzi, to rzecz idzie o odcinku połaci terenu Pojezierza Suwalskiego graniczącego z Okręgiem Kaliningradzkim Federacji Rosyjskiej. Stamtąd, wedle koncepcji naszych strategów, mogło by wyjść uderzenie potencjalnego agresora.
W związku z tym należy bacznie ten obszar obserwować, umacniać i czynić go jaknajmniej zachęcającym taktycznie dla ewentualnego najeźdźcy. Zresztą dzielni zagończycy z WOT (Wojsk Obrony Terytorialnej) na pewno by go powstrzymali, używając amunicji krążącej, dronów, granatników, broni strzeleckiej, przeciwlotniczych „Piorunów“ i dobijając grzęznące w mokradłach czołgi wroga przeciwpancernymi pociskami kierowanymi.
Wszystko pięknie tyle, że słowa, poza tymi biblijnymi, mają ograniczoną moc sprawczą i od ich ciągłego powtarzania rzeczywistość materialna nie ulega zmianie. A od czasu, gdy ukuto ten miły sercu naszych sztabowców i dobrze sprzedający się medialnie termin, uległa zmianie, i to radykalnej, sytuacja militarna na naszych wschodnich rubieżach.
Nie ujmując niczego prodemokratycznym i suwerennościowym dążeniom społeczeństwa białoruskiego, trzeba chłodno i bez emocji stwierdzić, że w związku z ubiegłorocznymi wyborami prezydenckimi na Białorusi ćwiczono wariant kolorowej rewolucji, która udała sie na Ukrainie. Różne siły były tu czynne ale do Majdanu w Mińsku nie doszło.
Łukaszenka, „baćka“, solidnie się okopał i trwał na stanowisku mimo protestów , demonstracji, twierdzeń opozycj tudzież Unii Europejskiej i USA o zwycięstwie Cichanouskiej. Należało więc tego niepokornego człowieka, z którym wcześniej Zachód wiódł dworski taniec w stylu menueta (krok do przodu, dwa do tyłu i na odwrót) z nadzieją „wyłuskania“ go z orbity wpływów Moskwy , obłożyć sankcjami. Jego, jego otoczenie i całe instytucje białoruskie.
Lecz sankcje i eksterioryzacja prawa państwowego, w czym do dużej perfekcji doszły Stany Zjednoczone, są bronią obosieczną. I nie chodzi tu wcale o „lustrzaną odpowiedź“ obłożonych nimi podmiotów. Raczej o to, że mogą dać rezultaty wręcz przeciwne od oczekiwanych.
Osaczony Łukaszenka, jego pretorianie i zwolennicy ( bo i tacy się ostali) zwrócili się zdecydowanie ku Rosji. To, co do niedawna wydawało się nie do osiągnięcia w ramach działań integracyjnych Państwa Związkowego Białorusi i Federacji Rosyjskiej nagle nabrało intensywności. I to nie tylko w sferze gospodarczej ale, i tu – szczególnie, współpracy wojskowej. Na nic apele słane z Litwy przez ( mającą ponoć nie tylko białoruskie obywatelstwo, co by tłumaczyło jej relatywnie delikatne traktowanie przez „baćkę“) Cichanouską, którą Wilno uznało za prawowitego prezydenta – elekta. Należy przyznać, że to, co zostało z dobrej i efektywnej kiedyś polskiej dyplomacji, uniknęło popełnienia podobnego faux pas.
W dialogu z Władimirem Putinem Aleksander Łukaszenka rozwija twórczo stosowane przez Zachód działania na wschodniej flance NATO.
W Polsce szkolą się stacjonujące u nas jednostki Wielonarodowej Dywizji Północny – Wschód ? Proszę bardzo. Powstaną wspólne centra szkoleniowe armii białoruskiej i rosyjskiej, w tym jedno we włościach „baćki“. Pakt Północnoatlantycki prowadzi „air policing“ w przestrzeni powietrznej Litwy, Łotwy i Estonii? Teraz patrole białoruskiego lotnictwa wzmocnią ich sojusznicy rosyjscy na myśliwcach generacji 4++. Zresztą dodać należy, że oba kraje mają zintegrowany system obrony przeciwlotniczej i antyrakietowej.
A po rozmowach obu przywódców w Soczi wiewiórki znad Morza Czarnego donoszą, że może strategiczne bombowce rosyjskie będą stacjonowały na lidzkim lotnisku, tak jak amerykańskie w Norwegii. No i ponoć nie będzie ciągłej obecności armii rosyjskiej na Białorusi, tylko stała obecność rotacyjna wojsk wschodniego jej sąsiada.
To zapewni Łukaszence alibi suwerennościowe wobec własnego społeczeństwa. Przecież zawsze twierdził on, że nie wyrazi zgody na ciągłą obecność armii ze wschodu na terytorium państwa. No i dotrzymuje słowa. Bo przecież obecność nie będzie ciągła lecz rotacyjna. A przy rotacji „na zakładkę“, pokaźna.
Dzięki tym subtelnym grom werbalnym Łukaszenka może nawet oświadczyć: „zawsze dotrzymuję słowa“. Niezły chwyt propagandowy.
Czy to czegoś nie przypomina? Był to eufemizm, stosowany przez naszych transatlantyckich partnerów dla zachowania umów bilateralnych zawartych swego czasu między rozpadającym się ZSRR a USA, w których uzgodniono, że nie będzie amerykańskich baz wojskowych na obszarach państw bezpośrednio graniczących z Federacją Rosyjską, powstałą w wyniku rozpadu radzieckiego kolosa, a wcześniej znajdujących się w strefie jego wpływów.
Tak więc w najlepsze trwa i nic nie wskazuje, aby się kończył, proces znacznego wzmocnienia sił rosyjskich wraz z przesunięciem ich o kilkaset kilometrów ku granicy z Polską.
Oto owoce sankcji i pomyłek w działaniach geopolitycznych. Cóż, jak Kuba – Bogu, tak Bóg – Kubie. Przepraszam, jak Zachód – Mińskowi, tak Mińsk – Zachodowi.
Nasi stratedzy wciąż przesmyk i przesmyk, aż do znudzenia. A dlaczego nie (spójrzcie Państwo na mapę) „wyrostek brzesko – siemiatycki“. W końcu bliżej stamtąd do Warszawy i warunki terenowe lepsze. Nową nazwę odstępuję naszym sztabowcom za darmo.
Bo jeśli nie wyzwolimy się z syndromu przesmykowego, to może ( oczywiście w ramach political fiction) powtórzyć się sytuacja z II Wojny Światowej. Po hitlerowskim ataku na Polskę, Francja wypowiedziała wojnę Niemcom 3 września 1939 roku. Tak zaczęła się „ drôle de guerre“, dziwna wojna. Francuskie wojsko w kazamatach Linii Maginota biernie czekało na frontalny atak Wehrmachtu. I jakimż było zdziwienie dowódców, gdy nagle stwierdzili jego obecność na swych tyłach. Naziści przeszli ofensywą prtzez Holandię,Luksemburg i Belgię, zawitali na ziemi Franków i szybko dotarli do Paryża, pozostawiając Linię Maginota w nienaruszonym stanie . Oczywiście to co opisałem to supozycje i gdybania. Oczywiście sytuacja geostrategiczna uległa od tego czasu zasadniczej zmianie. Oczywiście warunki sieciocentrycznego pola walki są inne niż ówczesne. Środki i siły – również.
Lecz najwyraźniej inercja myśli jest wśród tych zmiennych elementem najbardziej stabilnym. I obym się mylił.

PS. A może źródła „syndromu“ są zupełnie inne niż tylko potrzeba zagwarantowania bezpiecznego korytarza łączącego północny wschód RP z Litwą i pozostałymi państwami bałtyckimi? Nie należy zapominać o złożach metali rzadkich. W okolicach Suwałk, także Augustowa, lecz Suwałk w szczególności zasoby te szacowane są na 1,5 miliarda ton. Tylko drugi kraj na świecie – Chiny – posiadają porównywalne rezerwy metali ziem rzadkich, niezastąpionych we wszystkich technologiach przemysłowych – od klasycznych, lotniczych do futurystycznych, w elektronice. Złoża polimetaliczne powinny skutkować koordynacją działań Polski i Chin, w celu zapobieżenia przejęcia nad nimi kontroli i eksploatacji przez konkurentów –m.in z USA (posiadających swój personel militarny na tych obszarach), RFN czy innych hegemonów ościennych, tak aby służyły one budowie suwerenności naszego państwa.

Kaukaz nie taki, jak się wydaje

Publikujemy list Ambasador Azerbejdżanu w Polsce pani dr Nargiz Gurbanovej.

Dzień dobry Państwu!
Zwracam się do Państwa w sprawie artykułów „Jak to na Kaukazie” i „Jak to na Kaukazie cz.II” z 30 grudnia 2020 i 5 lutego 2021 roku, w których autor nie tylko konsekwentnie prezentuje otwarte stronnicze stanowisko wobec Azerbejdżanu, ale także propaguje zniekształcone fakty historyczne i prawne, dotyczące niedawnego konfliktu między Armenią a Azerbejdżanem. Korzystając z prawa do odpowiedzi, chciałabym zwrócić uwagę czytelników na następujące, dobrze ugruntowane i znane fakty:

  1. Autor fałszywie stwierdza, że region Górskiego Karabachu został przekazany Radzieckiemu Azerbejdżanowi w 1921 roku. Prawda jest taka, że Kaukaskie Biuro Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Rosji decyzją z 5 lipca 1921 roku postanowiło „zatrzymać” Górny Karabach w składzie Azerbejdżańskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej i nadał mu autonomię z miastem Szusza (gdzie Azerbejdżanie zawsze stanowili absolutną większość) jako centrum administracyjne (załączono kopię tej decyzji). Decyzja z 5 lipca 1921 roku była ostateczna i wiążąca, co na przestrzeni lat było wielokrotnie potwierdzane przez ustawodawstwo Związku Radzieckiego i uznawane przez Armenię. W lipcu 1923 r. górzysta część Karabachu otrzymała status „obwodu autonomicznego” (GKOA) w składzie Azerbejdżańskiej SRR. Jednak granice administracyjne tej formacji zostały określone w taki sposób, że Ormianie stanowili tam większość. Jednocześnie tego przywileju było odmówiono ponad pół milionowi społeczności azerbejdżańskiej, mieszkającej w tym czasie w Armenii.
  2. Pod koniec 1987 roku Armenia otwarcie rościła sobie prawo do terytorium górsko-karabaskiego autonomicznego obwodu Azerbejdżanu. W przeciwieństwie do Konstytucji ZSRR, która gwarantowała integralność terytorialną i nienaruszalność granic sowieckich republik, podjęto szereg niezgodnych z prawem decyzji o zainicjowaniu procesu jego jednostronnej secesji od Azerbejdżanu. Roszczenia te były poprzedzone atakami na Azerbejdżanów zarówno w regionie Górskiego Karabachu, jak i w Armenii, w wyniku których ucierpiała ludność cywilna i doszło do powstania masowego potoku uchodźców azerbejdżańskich i przesiedleńców wewnętrznych. O nielegalności separatystycznego podmiotu, utworzonego przez Armenię na okupowanych terytoriach Azerbejdżanu wielokrotnie mówiono na arenie międzynarodowej. W swoich rezolucjach N 822, 853, 874, 884 z 1993 r. Rada Bezpieczeństwa ONZ potępiła użycie siły przeciwko Azerbejdżanowi oraz bombardowanie i okupację jego terytoriów oraz potwierdziła poszanowanie suwerenności i integralności terytorialnej Azerbejdżanu oraz nienaruszalność jego granic. Rada potwierdziła również, że Górski Karabach jest częścią Azerbejdżanu i zażądała natychmiastowego, całkowitego i bezwarunkowego wycofania wszystkich sił okupacyjnych z okupowanych terytoriów Azerbejdżanu.
  3. Być może wiecie Państwo, że we wrześniu ubiegłego roku Armenia zainicjowała kolejny akt agresji zbrojnej przeciwko Azerbejdżanowi i poddała atakom rakiet balistycznych i ostrzałom artyleryjskim ludnośc cywilną i infrastrukturę cywilną w miastach Gandża, Tartar, Mingaczewir, Naftalan, Bejlagan, Goranboj, Agstafa, Towuz, Gabala, Sijazan, Kurdamir, Khyzy, a niektóre z tych miast znajdują się setki kilometrów od strefy walk. W wyniku zbrojnej agresji Armenii zginęło łącznie 104 cywili, w tym 11 dzieci, a 414 cywilów zostało hospitalizowanych z poważnymi obrażeniami. 3410 domów prywatnych, 120 budynków mieszkalnych i 512 obiektów infrastruktury cywilnej zostało uszkodzone i unieruchomione w wyniku ataków zbrojnych. Chciałabym przypomnieć, że te czyny stanowią poważne naruszenie konwencji genewskich z 1949 r. i protokołów do nich i można je zakwalifikować jako zbrodnie wojenne (w załączeniu kilka zdjęć).
  4. W trakcie ostatniej wojny Armenia nie wahała się użyć przeciwko azerbejdżańskiej ludności cywilnej amunicji kasetowej i bomb fosforowych, zabronionych przez społeczność międzynarodową. Przypadki te zostały dokładnie udokumentowane przez „Amensty International and Human Rights Watch” w sprawozdaniach z 20 października 2020 r. i 30 października 2020 r. Szkoda, że autor wolał odwrócić wzrok od tych tak oczywistych faktów i wziął się za rozpowszechnianie fałszywej informacji.
  5. Armenia odniosła również sukces w rozpowszechnianiu fałszywych wiadomości o prawdziwej sytuacji w terenie podczas walk. Zgodnie z informacja, przedstawioną przez byłego szefa wojskowej służby kontrolnej Armenii, Movsesa Hakobyana, podczas działań wojennych, w ciągu 44 dni wojny, szerzyły się kłamstwa. „Jednym z zadań centrum informacyjnego było zmylenie wroga. Ale jest jeden standard – upychanie nie powinno przekraczać 30 proc. informacji. W Armenii kłamstwo wynosiło 100 proc. ” – powiedział.
  6. Autor bezzasadnie powołuje się na „najemników” rzekomo „rozmieszczonych przez Azerbejdżan” w strefie walk. Być może przegapił okazję, by powiedzieć sobie, że w listopadzie 2020 roku Azerbejdżan rozpowszechnił raport o wykorzystaniu najemników i zagranicznych bojowników terrorystycznych przez Armenię w jej niedawnej agresji przeciwko Azerbejdżanowi. Raport zawiera dowody rzeczowe (zdjęcia, dane osobowe, informacje o lotach itp.), dotyczące udziału cudzoziemców w zbrojnych grupach Armenii, nielegalnie rozmieszczonych na okupowanych terytoriach Azerbejdżanu. Ambasada jest gotowa podzielić się tym raportem z polskimi ekspertami.
  7. Chciałabym również przypomnieć, że ponad 2000 cywilów w Azerbejdżanie padło ofiarą licznych ataków terrorystycznych, przeprowadzonych przez ormiańskie grupy terrorystyczne na początku lat 90. Jeden z nich – najgorszej sławy międzynarodowy terrorysta Monte Melkonyan, który uczestniczył w ludobójstwie Azerbejdżanów 26 lutego 1992 roku w mieście Chodżały i chwalony przez władze Armenii. Otrzymał tytuł „bohatera narodowego” i pośmiertnie odznaczony najwyższymi nagrodami i odznaczeniami wojskowymi w Armenii. Szczegółowy opis udziału M. Melkoniana w ludobójstwie zawiera książka jego brata Markara Melkoniana „Droga mojego brata”. Inny terrorysta, Varoujan Garabedian, skazany za śmiertelny zamach bombowy na lotnisku Orly w Paryżu w 1983 roku, został później ułaskawiony i przewieziony do Armenii, gdzie został powitany jako bohater narodowy. Na jego cześć nazwano szóstą klasę szkoły w Erewaniu.
  8. W tym miesiącu społeczność międzynarodowa uhonorowało pamięć 613 niewinnych cywilów – w tym 106 kobiet, 63 dzieci i 70 osób starszych – bezlitośnie zabitych przez armeńskie siły zbrojne w mieście Chodżały w nocy 26 lutego 1992 roku. 1275 cywilów zostało wziętych do niewoli, a 150 nadal uważano za zaginiętych. 8 rodzin zostało całkowicie wymordowanych, 130 dzieci straciło jednego rodzica; a 25 dzieci straciło oboje rodziców. Ze szczególnym okrucieństwem zabito 56 osób. Ci niewinni ludzie zostali brutalnie zamordowani przez armeńskie siły zbrojne przy wsparciu 366. zmotoryzowanego pułku piechoty byłego Związku Radzieckiego, składającego się głównie z Ormian, tylko dlatego, że byli Azerami (w załączeniu kilka zdjęć).
    A) Chodżały zostało całkowicie otoczone przez armeńskie siły zbrojne od października 1991 r. Wszystkie autostrady, łączące Chodżały z resztą świata, zostały odgrodzone, a zasilanie zostało zawieszone od 2 stycznia 1992 r. Chodżały miało łączność z resztą Azerbejdżanu jedynie drogą powietrzną. Jednak komunikacja lotnicza została również zakłócona po zestrzeleniu cywilnego śmigłowca Mi-8 na trasie z Aghdam do Szuszy w dniu 28 stycznia 1992 r., co spowodowało śmierć trzech członków załogi i 41 pasażerów na pokładzie. W ten sposób Chodżały stało się odizolowanym miastem. Ponieważ brakowało dostaw, wkrótce zabrakło wody, prądu i żywności.
    B) Pomimo wszystkich trudności około 3000 z 7000 mieszkańców Chodżały wciąż było obecnych w tej mroźnej zimowej nocy, kiedy armeńskie siły zbrojne z pomocą 10 czołgów, 16 pojazdów opancerzonych, 9 bojowych wozów piechoty, 180 specjalistów wojskowych i liczni żołnierze zaatakowali i zajęli miasto. Ta noc stała się koszmarem dla bezbronnych mieszkańców Chodżały, którzy próbowali uciec i znaleźć schronienie w Agdam, najbliższej osadzie Azerbejdżanu, oddalonej o 16 kilometrów od Chodżały. Niestety wszystkie ich wysiłki były daremne. Mieszkańcy Chodżały zostali poddani potwornej masakrze. Uciekający ludzie wpadli w zasadzkę i albo zostali zabici przez ostrzał z armeńskich posterunków wojskowych, albo schwytani. Wiele kobiet i dzieci zmarło z powodu odmrożeń. Tylko nielicznym udało się dotrzeć do Aghdam, kontrolowanego wówczas przez Azerbejdżan.
    C) Masowe naruszenia praw człowieka, popełnione podczas zajęcia Chodżały, zostały potwierdzone przez niezależne raporty Centrum Praw Człowieka „Memoriał” i Human Rights Watch (dawniej – Helsinki Watch). Brutalność działań Armenii i powaga zbrodni, popełnionych na cywilnych azerbejdżańskich były na tak dużą skalę, że nie można ich było zignorować. Francuska gazeta „Le Monde” opisała te okrucieństwa w wydaniu z 14 marca 1992 roku. „Zagraniczni dziennikarze, którzy odwiedzili Aghdam, widzieli zwłoki kobiet i dzieci wśród zabitych w Chodżały, trzy zwłoki skalpowane z wyrwanymi paznokciami. To nie jest propaganda Azerbejdżanu, to rzeczywistość ”, – informowano w gazecie.
    D) W wyroku z dnia 22 kwietnia 2010 r. Europejski Trybunał Praw Człowieka uznał masakrę ludności cywilnej Azerbejdżanu w mieście Chodżały za „akty szczególnej wagi, które mogą stanowić zbrodnie wojenne lub zbrodnie przeciwko ludzkości”.
    Pomimo bólu, cierpień i licznych ludzkich tragedii w czasie okupacji przez Armenię, mój kraj – Azerbejdżan – po trójstronnych oświadczeniach Prezydenta Azerbejdżanu, Prezydenta Federacji Rosyjskiej i Premiera Armenii z 10 listopada 2020 r. i 11 stycznia 2021 r. jest zdecydowany na reintegracje swoich obywateli pochodzenia ormiańskiego, zamieszkałych w okręgach regionu Górnego Karabachu w Azerbejdżanie w jego przestrzeń polityczną, społeczną i gospodarczą, gwarantując te same prawa i wolności wszystkim obywatelom Azerbejdżanu, niezależnie od ich przynależność etniczną i religijną, na równych i niedyskryminujących zasadach. Konstytucja Azerbejdżanu zapewnia solidną podstawę prawną w tym zakresie. Pokojowe współistnienie Azerów i Ormian, zamieszkujących terytoria, dotknięte konfliktem, oparte na wzajemnym poszanowaniu bezpieczeństwa, tożsamości etnicznej i religijnej, w ramach suwerenności i integralności terytorialnej Azerbejdżanu, powinno zostać ostatecznie zapewnione.
    Wchodzimy w nowy etap pokonfliktowy, etap odbudowy i odnowienia, etap przywracania pokojowego współistnienia. Pojawiają się nowe możliwości rozwoju i współpracy gospodarczej w regionie i poza nim. Wzywam naszych polskich partnerów do wykorzystania obiecujących nowych realiów.

Manifa antysyjonistyczna

Antysyjonizm na lewicy spotyka się z dużym sprzeciwem ze strony liberałów, ale także części samych lewicowców. W Polsce można usłyszeć, że to prosta droga do antysemityzmu oraz że sprzeciwiając się żydowskiemu osadnictwu na terenach Palestyny powielamy propagandę antyżydowską uknutą przez moczarowców w latach 60.

Takie stwierdzenie jest błędne oraz głupie, zważywszy na podstawowy slogan, jaki wznosiła w tamtym okresie antysemicka flanka PZPR, czyli syjoniści do Izraela! Najgorsze, czego można chcieć, to właśnie dalszego osadnictwa w Palestynie oraz kolejnych napięć pomiędzy Palestyńczykami, a Żydami.
Antysyjonizm nie polega na nienawiści do Żydów. Nienawiść do jakiejkolwiek grupy etnicznej lub narodowej jest sprzeczne z podstawowymi wartościami lewicowymi. Antysyjonistami nie kieruje szowinizm, a jego przeciwieństwo, czyli sprzeciw wobec okupacji Palestyny przez Izrael. Historycznie istniały partie oraz organizacje syjonistyczne nazywające się lewicowymi. Jednak także ówczesne realia były inne, niż dzisiejsze: trudno się dziwić, że Żydzi, nękani w praktycznie każdym kraju europejskim, z łatką „tajnych władców świata”, sądzili, że rozwiązaniem ich problemów jest kraj, w którym będą mogli poczuć się bezpiecznie. Stworzywszy jednak państwo żydowskie doprowadzili do sytuacji, w której to oni dopuścili się czystek etnicznych i oni prowadzą politykę apartheidu.
Na swoim antysyjonizmie przejechał się niejednokrotnie Jeremy Corbyn. Organizacje syjonistyczne Wielkiej Brytanii nazywały go antysemitą po praktycznie każdej jego wypowiedzi krytycznie odnoszącej się do okupacji Palestyny przez Izrael. Podobnie został potraktowany Jean-Luc Melenchon, gdy na swoim wiecu w Grenoble wyraził swoją dezaprobatę dla działań CRIF, francuskiej organizacji parasolowej zrzeszającej mniejsze oraz większe ugrupowania o profilu syjonistycznym. Najświeższym przykładem jest konflikt Berniego Sandersa z AIPAC, czyli Amerykańsko-Izraelskim Komitetem Spraw Publicznych, jednym z najsilniejszych amerykańskich lobby syjonistycznych. Sanders odmówił współorganizacji z AIPAC na konferencji prasowej, bowiem, jak to ujął – lobby syjonistyczne w Stanach Zjednoczonych stały się za silne i za mocno wspierają obecny rząd Izraela, który nieustannie łamie prawa Palestyńczyków. Lobby nie czekało i uderzyło od razu.
W Polsce na antysyjonizm monopol zdaje się mieć prawica; w dodatku mowa tutaj raczej o graniu antysyjonistyczną kartą, gdy nie wypada grać antysemicką. Narodowcy pozostają w stałym kontakcie z prawicowymi stowarzyszeniami oraz ugrupowaniami działającymi na terenie Zachodniego Brzegu oraz w strefie Gazy. Na tym tle pozytywnie należy ocenić spotkanie z 28 lutego, gdy o możliwościach współpracy polskiego parlamentu z parlamentem Palestyńskiej Polskiej Władzy Narodowej rozmawiała delegacja Lewicy z ambasadorem Państwa Palestyny Mahmoudem Khalifą.
Palestyńczycy nigdy nie mieli łatwej historii, jak zresztą każdy inny naród zamieszkujący tereny Bliskiego Wschodu, tak chętnie dzielonego przez kolonialne siły Europy oraz Ameryki Północnej. Dziś zaledwie 37.7 proc. z nich mieszka w Państwie Palestyny, a 12 proc. zamieszkuje tereny, które wchodziły w jego skład w roku 1948, czyli de facto, te, znajdujące się pod izraelską okupacją. Przez cały okres nieustającego sporu palestyńsko-syjonistycznego, wielu Palestyńczyków znalazło schronienie w państwach sąsiedzkich, takich jak Egipt, Syria, Jordania czy Liban. Nieco ponad 1 na 20 Palestyńczyków mieszka w innych krajach (np. w Niemczech, USA). Demografia terenów pod kontrolą palestyńskiego rządu jest raczej zrównoważona, jeśli chodzi o podział na płeć. Kobiet łącznie jest o ok. 85 000 mniej niż mężczyzn. Jest to spowodowane opieką poporodową na bardzo niskim poziomie oraz na patriarchalnym modelu społeczeństwa, w którym rodzice zwykle optują ku posiadaniu syna, zamiast córki, przez co małe dziewczynki bywają częściej porzucane, a żeńskie płody – usuwane.
Pomimo trwającej wojny, przyrost naturalny wśród mieszkańców Palestyny jest niezwykle wysoki i niezrównoważony. Struktura wieku i płci ma kształt niemal piramidy, co pokazuje jak dużą część ludności stanowią ludzie w wieku przedprodukcyjnym. Powodów dla takiego rozkładu jest wiele. Poza niezwykle niską dostępnością środków antykoncepcyjnych, również historia zna odpowiedź na to pytanie. Poza wojną, prowadzoną z obu stron, zarówno przez Palestyńczyków, jak i Żydów, w latach 1947-1948 na terenie Palestyny doszło do czystek etnicznych przeprowadzonych przez skrajnych szowinistów z syjonistycznej organizacji Hagana, którą kierował m.in. Ben Gurion.
Syjonizm oznacza TRANSFER Żydów. Mimo wszystko, to transfer Arabów palestyńskich jest łatwiejszy niż jakikolwiek inny. W pobliżu jest wiele innych państw arabskich, dlatego przeniesienie ich do tych państw tylko polepszy sytuację Palestyńczyków, a nie pogorszy. Ben Gurion, 1944
Lewicowy syjonizm czyli… świnka morska
Wiele syjonistycznych partii, organizacji oraz ruchów społecznych przed drugą wojną światową odnosiło się do myśli Karola Marksa. Jedne z nich, takie jak Poalej-Syjon, identyfikowały się z syjonizmem marksistowskim, inne, jak np. Hapoel Ha-Cair, głosiły swoją wersję syjonistycznego socjalizmu.
Cały trzon ideologii zwanej socjalsyjonizmem pochodzi od Mosesa Hessa, niemieckiego filozofa oraz myśliciela, który uważany jest za praojca żydowskiej walki o niepodległość. W wydanej pod koniec 1862 roku pracy “Rzym i Jerozolima” uznał, iż najważniejszym celem środowisk żydowskich powinno być osiedlenie się na terenach Palestyny. Następnie, konieczne będzie wywołanie rewolucji socjalistycznej oraz utworzenie w tym regionie państwa ż y d o w s k i e g o, które w przeciwieństwie do państw europejskich, pozbawione będzie klas społecznych oraz ucisku ekonomicznego… pod warunkiem, że mowa o Żydach. Palestyńczycy stali się w tej całej ideologii wyłącznie problemem, który należało pokonać, by móc wprowadzić socjalizm. A przecież podstawowym postulatem myśli marksowskiej jest porzucenie podziałów narodowych oraz globalne zjednoczenie proletariatu. Oczywiście, rewolucja mogłaby wybuchnąć w wyłącznie jednym kraju, ale to jego zadaniem właśnie jest wtedy przeniesienie jej na inne grunty, w celu wyzwolenia ludu pracującego na całym świecie. Socjalsyjonizm ma tyle wspólnego z Marksem oraz lewicą, co narodowy socjalizm czy strasseryzm.
Kolejne przełomy w budowaniu myśli syjonistycznej już tylko bardziej podkopywały rzekomy socjalistyczny charakter socjalsyjonizmu. Kolonizowanie Palestyny już trwało, więc filozofowie i myśliciele musieli dopasować swoje rozważania do panujących warunków. Wtedy też pojawił się Aharon Dawid Gordon ze swoim przełomowym pomysłem na budowanie ośrodków chłopskich mających być awangardą rewolucji s̶o̶c̶j̶a̶l̶i̶s̶t̶y̶c̶z̶n̶e̶j̶ syjonistycznej. Mowa oczywiście o kibucach, których tworzenie przyćmiło oczy europejskiej lewicy na lata. Propaganda syjonistyczna sprzedawała przekaz o budowie socjalizmu, które w rzeczywistości były kolejną próbą i kolejnym rozwiązaniem kwestii kolonizacji Palestyny.
Pamiętajmy o Palestynie, zwłaszcza 8 marca
Kobiety od zawsze czynnie uczestniczyły w palestyńskiej walce przeciwko okupacji syjonistycznej. Pomimo patriarchalnej budowy muzułmańskiego społeczeństwa zamieszkującego od lat tereny Palestyny, bohaterki walki narodowej łamały zakazy i normy społeczne w celu wygrania z okupantem. Dziś, ich sytuacja jest niestety nadal nieciekawa. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego Państwa Palestyny na rok 2011, 35 proc. zamężnych mieszkanek strefy Gazy padło ofiarą przemocy domowej ze strony partnera w ciągu 12 miesięcy poprzedzających badanie. Kobiety, które nie wyszły jeszcze za mąż wcale nie mają lepiej. Prawie 40 proc. z nich było psychicznie nękanych przez członka lub członków swoich rodzin. Najlepszym przykładem na to, z jakimi trudnościami mierzą się Palestynki w życiu codziennym była sytuacja, która wynikła podczas organizacji corocznego maratonu Agendy Narodów Zjednoczonych dla Pomocy Uchodźcom Palestyńskim na Bliskim Wschodzie. Rządzący w strefie Gazy, skrajnie prawicowy, fundamentalistyczny Hamas zakazał startu w zawodach kobietom. ONZ zdecydowało się zatem nie iść na ustępstwa i odwołało maraton.
Kiedy w latach 1947-1948 syjonistyczni terroryści dokonywali czystek etnicznych na Palestyńczykach, to głównie kobiety były zmuszone opuścić zamieszkiwane przez siebie zabudowania. Mężczyźni walczyli, zostawiając zajmowanie się gospodarstwem domowym swoim żonom. Babcie, matki i córki ruszyły więc w niebezpieczną tułaczkę po strefie znajdującej się w epicentrum konfliktu zbrojnego. Syjoniści zamiast osiedlania się w mieszkaniach, z których wyrzucili siłą osoby pochodzenia palestyńskiego, rozpoczęli akcję masowego zalesiania tych terenów, aby nawet po zakończeniu wojny nie można było na nie wrócić. Dziś – Izrael zostaje doceniany na całym świecie, że pomimo położenia na terenach prawie pustynnych, jest tak obficie obsiany zielenią. Mało kto jednak pamięta, jak złowieszcze praktyki doprowadziły do tego “sukcesu”.
Pęknięcie starego ładu czy przełom?
Dramatyczna sytuacja palestyńskiej demografii oraz tragiczna sytuacja kobiet w patriarchalnym społeczeństwie pchnęła rząd Państwa Palestyny do działania. W listopadzie 2019 roku, podniesiono minimalny wiek wyjścia za mąż do 18 lat. Ma to ukrócić proceder sprzedawania swoich 15-letnich córek w zamian za pieniądze czy wpływy gospodarcze.
Podwyższenie dolnej granicy wieku dla obu małżonków, to nie pierwszy przykład na to, że sytuacja kobiet w Państwie Palestyny ulega poprawie. W marcu 2018 roku palestyński rząd zniósł drakońskie prawo nazywane marry-your-rapist-law, pozwalające gwałcicielom uniknąć kary oraz dalej znęcać się nad ofiarą. Na jego podstawie osoba dopuszczająca się gwałtu mogła pobrać się z ofiarą (która w większości przypadków nie miała nawet prawa do odmowy) i dalej żyć na wolności nie ponosząc żadnych konsekwencji. Warto jednak dodać, iż dokumenty te, obowiązujące wówczas na terenie Palestyny nie były tak naprawdę wprowadzone przez palestyńską administracje – miały moc prawną tylko i wyłącznie z powodu zaadoptowania przepisów jordańskich i egipskich na terenach kontrolowanych przez wojska tych państw.
Jak podaje The Jerusalem Post, 37 proc. kobiet będących wciąż w związku małżeńskim wyszło za mąż mając mniej niż 18 lat, 5 proc. – mniej nawet niż 15. 63 proc. kobiet, które wyszły za mąż młodo oświadcza, iż doświadczyło przemocy z rąk swojego męża, a 95 proc. z nich nigdy nie poleciłoby swoim córkom, by wzięły ślub w podobnym wieku, co one. Małżeństwa z dziećmi, jak pokazuje rzeczywistość, nie służą niczemu innemu, niż szybkiemu wzbogaceniu się rodziny. Z powodu przemocy ze strony mężczyzn oraz opresji, na jaką nie są przygotowane tak młode osoby, bardzo często się rozpadają. 63 proc. z rozwiedzionych kobiet mieszkających w Palestynie znajduje się w przedziale wiekowym 18-29.
Lewica antysyjonistyczna albo żadna
Rządzący w Strefie Gazy Hamas promuje patriarchat, popiera zrzucanie osób homoseksualnych z budynków oraz organizuje naloty na żydowskie szkoły położone w Izraelu. W zamachach giną niewinni ludzie, a pieniądze, zamiast trafiać do niebywale biednego społeczeństwa zamieszkującego Strefę, nie bez powodu nazywaną największym więzieniem świata, idą na zbrojenia i kolejne wyrzutnie rakietowe. Z kolei o współpracy rządu tworzonego przez Fatah na Zachodnim Brzegu z izraelskim rządem napisano już niejedno. A jednak lewicowiec nadal powinien głośno wypowiadać się na temat wyzwolenia narodu palestyńskiego żyjącego pod syjonistycznym butem. I to bez dwuznaczności.
Żyjemy w kraju, który przez 23 lata był rozbierany na części, a później, przez 123 lata znajdował się pod okupacją trzech potężnych, europejskich mocarstw. Dziś uważamy za absurd tezy, jakoby Imperium Rosyjskie, Cesarstwo Austro-Węgierskie oraz państwo pruskie miały “historyczne prawo” do terenów zamieszkiwanych przez Polaków. A właśnie argumentu o “historycznym” tudzież “boskim” prawie używa propaganda syjonistyczna do usprawiedliwienia okupacji.
Palestyńskie kobiety, osoby LGBTQ+, pracownice i pracownicy nie zaznają wyzwolenia żyjąc pod nienawidzącym ich izraelskim butem. Jeśli ich przywiązanie narodowe skierowane jest ku Palestynie, to naszym obowiązkiem, jako lewicy, jest ich popierać w walce o swoje terytorium. Tylko mając wolne i niepodległe, suwerenne państwo, w którym stanowienie prawa jest stabilne oraz łatwe możliwa będzie zmiana władzy z prawicowych ekstremistów na rząd respektujący prawa człowieka. W czasie wojny milczą prawa – pisał Cyceron. Prawdziwą wolność Palestyńczykom nie przyniesie zatem dalsza okupacja przez USA i swojej izraelskiej marionetki, a zakończenie wojny i własne państwo.

Powstał nowy rząd. Ludzie nadal protestują

Po dwudniowych protestach podczas których doszło do ostrych starć z policją w wyniku których zostało rannych ponad 500 osób w Libanie został powołany nowy rząd. Na jego czele stanął były profesor Amerykańskiego Uniwersytetu w Bejrucie Hassan Diab. Został on przez prezydenta desygnowany na to stanowisko jeszcze w grudniu ubiegłego roku. W październiku pod naciskiem społecznych protestów podał się do dymisji poprzedni premier Saad Hariri.

W skład nowego gabinet wchodzi 20 ministrów w tym dwie kobiety. Jedna z nich została wicepremierem a druga będzie, po raz pierwszy w historii Libanu, kierować resortem obrony.
Poszczególni ministrowie choć są w większości specjalistami nie należącym formalnie do partii politycznych, to są jednak z nimi powiązani. Sam premier ma poparcie ze strony proirańskiego ugrupowania Hezbollah.
W swoim pierwszym wystąpieniu nowy premier pozdrowił rewolucję, która „uczyniła Liban zwycięskim” mówiąc jednocześnie, że rząd reprezentuje aspiracje demonstrantów, którzy „mobilizowali się w ogólnonarodowych protestach w okresie ponad trzech miesięcy”.
Zapowiedział ponadto, że jego rząd będzie dążyć do spełnienia żądań protestujących co do niezależnego sądownictwa, odzyskania sprzeniewierzonych pieniędzy i walki z uzyskiwaniem nielegalnych dochodów.
Jak oświadczył, rząd „będzie działał szybko, lecz nie pochopnie”. Zaznaczył też, że jego ministrowie będą wolni od kumoterstwa i dążenia do osiągania osobistych korzyści czego dowodem ma być to, że nie będą kandydować w najbliższych wyborach parlamentarnych.
Pomimo takiej pojednawczej retoryki we wtorek 21 stycznia na ulicach Bejrutu ponownie zebrały się tłumy protestujących. Domagali się ustąpienia nowego rządu oraz prezydenta Michela Aouna, skandując „rewolucja, rewolucja!”. Głównym postulatem protestujących jest przeprowadzenie wcześniejszych wyborów parlamentarnych i utworzenie pozapartyjnego technicznego rządu fachowców, który będąc wolnym od partyjnych układów jako jedyny mógłby uporać się z problemami gospodarczymi i socjalnymi kraju takimi jak wysokie bezrobocie czy niskie zarobki. Niektórzy demonstranci zapowiadają, że będą kontynuować siedzący protest dopóki ich żądania nie zostaną spełnione.
Jednak eksperci dobrze znający polityczne realia Libanu, którego system od lat oparty jest na układach pomiędzy partiami nie pozostawiają złudzeń. Profesor Hilal Khashan z Amerykańskiego Uniwersytetu w Bejrucie twierdzi, iż postulat utworzenia całkowicie apolitycznego, technokratycznego rządu to przejaw myślenia życzeniowego, ponieważ za każdym kandydatem na ministerialne stanowisko stoi jakaś partia, która wspiera jego nominację.
Zapowiada się zatem kolejna fala protestów.

Izraelski Wietnam w Syrii

O obecnym izraelskim ministrze obrony Naftalim Bennetcie Polska usłyszała w czasie awantury o pisowską ustawę „pamięciową”, którą musiała po cichu odwołać, gdyż w Izraelu zrozumiano ją jako oburzający zakaz krytykowania Polaków za ich domniemaną rolę w hitlerowskim Holokauście.

Bennett nie był wówczas ministrem obrony, tylko edukacji, ale już wtedy stosunki zagraniczne traktował jak wojnę: rzucał symbolicznymi granatami gróźb i robił wybuchowe miny tak niechętne naszemu skołowanemu krajowi, że lepiej o nich zapomnieć. Dziś nikt już o nim w Polsce nie mówi, było-minęło, a tymczasem on mówi bez przerwy, tyle, że na tematy bardziej światowe.
Uśmiechnięty Bennett to jeden z przywódców młodej, ultranacjonalistycznej skrajnej prawicy religijnej, zawsze w politycznej parze z byłą minister sprawiedliwości w rządzie Natanjahu Ayelet Shaked z Żydowskiego Domu, tą, która w tegorocznych wyborach najdosłowniej reklamowała się „faszyzmem”. Naturalnie oboje wielu bardziej pasują do nazizmu niż faszyzmu, ale to tylko marginalny niuans: Bennett zyskał sławę i popularność innym oświadczeniem (z lipca 2013 r.): „Zabiłem wielu Arabów i nie mam z tym żadnego problemu.” To ono, tak szczere, wyniosło go na polityczne wyżyny, więc naturalnie kontynuował w tym guście. Np. groził Libanowi, że „odeśle go do średniowiecza”. Innych krajów, nawet niegraniczących z Izraelem, też nie oszczędzał.
U nas raczej nie, ale na Bliskim Wschodzie wszyscy nadstawili uszu, kiedy w ostatnim Maariv (drugi największy dziennik izraelski) z hukiem powrócił do tego stylu. Zapowiedział mianowicie, że jego kraj „zrobi Wietnam z Syrii”, przeciw obecności Irańczyków, że użyje „wszelkich środków”, żeby ich usunąć z tego kraju. Minister obrony Bennett ma na myśli oddziały irańskie, bez porównania mniejsze od syryjskiego wojska, czy Rosjan, które pomagają tam walczyć z dżihadystami z Al-Kaidy i Państwa Islamskiego (PI), gnieżdżącymi się teraz w północnej prowincji Idlib. Izraelczycy uważają po prostu, że Irańczycy nie lubią ich bardziej niż wszyscy napadnięci przez Izrael sąsiedzi i nawet okupowani Palestyńczycy.
Naturalnie minister Bennett nie powiedział jak ten przyszły „Wietnam” będzie konkretnie wyglądał. Ale Syria od dawna go w zasadzie przypomina, więc pierwsze komentarze były rodzajem zdziwienia dystrybucją ról. No bo tak: Amerykanami w Syrii nie byliby Amerykanie, którzy są sojusznikami Izraela w Syrii, lecz Irańczycy, a rolę zwycięskich Wietnamczyków grałby… kto? Jakieś tajne oddziały izraelskie, w stożkowatych kapeluszach non-la, skradające się w syryjskiej dżungli? Nie, bo tam jest głównie pustynia oraz armia syryjska – można w nią walić najwyżej z góry. Czyli kto? Nie mogą być to prawdziwi Amerykanie, gdyż są zainteresowani już tylko syryjską ropą, a poza tym i tak dużą dają, politycznie nie wypada. Czyli? No tak, ci, co od początku robią rodzaj generalnego wietnamu-kołomyi-tragedii w Syrii, czyli dżihadyści.
Izrael od początku syryjskiej wojny – tak samo jak dyktatury z naftowe z Zatoki oraz USA, Francja i Wielka Brytania z NATO – popierał aktywnie syryjską Al-Kaidę, a za jej pośrednictwem PI. Po prostu to oni mieli osiągnąć cel wojny, zmianę rządu w Syrii na saudyjsko-podobny, bardzo religijny a jednocześnie całkiem oddany i posłuszny. Ten cel, wymyślony przez Amerykanów i Brytyjczyków, był dla Izraela o wiele bardziej obojętny, niż się na ogół przyjmuje: już samo utrzymanie chaosu w Syrii jest dobre dla państwa żydowskiego, zdaniem jego przywódców, gdyż to trwale osłabia potencjalnego wroga. Pamiętajmy, że część Syrii Izrael zwyczajnie okupuje. W syryjskim scenariuszu Bennetta Syryjczycy więc nie istnieją.
Podsumujmy: minister Bennett dał rolę przegranych w Wietnamie Amerykanów Irańczykom, którzy najchętniej pomogliby Syryjczykom przegnać z Syrii dżihadystów, Amerykanów i Izraelczyków, a na Wietnamczyków wyznaczył starych, dobrych, międzynarodowych dżihadystów z Al-Kaidy, którzy podobnie jak PI, nic złego Izraelowi nie czynią, a teraz dostaną najwyżej skośnych oczu, gdy przyjdzie im walczyć z wrogami Izraela. Znowu więc pójdą broń i pieniądze na chaos i wojnę w Syrii, z wsparciem lotniczym w pakiecie.
Wyjaśnijmy, że chodzi o projekt, który pewnie wejdzie w życie. Rząd Netanjahu, którego prokuratura oskarża o poważne przestępstwa (ale nie zbrodnie wojenne) gra o przetrwanie, chce uniknąć trzecich wyborów w ciągu roku. Netanjahu, by zdobyć rządzącą koalicję, obiecał właśnie, że przeprowadzi aneksję części palestyńskich ziem okupowanych i będzie musiał to zrobić, bo dzięki temu jako premier z immunitetem nie pójdzie do więzienia, będzie dalej rządził. To są ostatnie jego karty, a do nich należą groźby Bennetta. Ta wielka gra o wolność Netanjahu toczy się kosztem innych wolności i życia innych ludzi, ale czyż sytuacja pojedynczych polityków tak samo nie wpływała na przedłużanie koszmarnej wojny w Wietnamie? Pomylona wizja Bennetta może się zrealizować.

Ropa i krew

Pod koniec maja minęła 52. rocznica ogłoszenia niepodległości przez jeden z regionów Nigerii.

Wojna, która wtedy wybuchła, wprawiała świat w osłupienie swoją brutalnością – może tylko w dawnym belgijskim Kongo postkolonialne konflikty tuż po uzyskaniu niepodległości miały tak krwawy i bezwzględny wymiar. Dziś mało kto o tym pamięta, chociaż sytuacja w najludniejszym kraju Czarnego Lądu zmieniła się od tego czasu tylko na gorsze. Ropa naftowa i żyjące z niej megakorporacje niezmiennie niszczą życie setek milionów ludzi.
Delta Nigru to region o powierzchni 70 tys. kilometrów kwadratowych (na sam obszar ujścia rzeki przypada 25 tys.), zamieszkiwany przez około 20 mln ludzi. To przede wszystkim ludy Ibo i Ijaw, ale nie tylko – łącznie mieszkańcy delty Nigru należą do 40 grup etnicznych i posługują się ponad setką języków i dialektów.

Region Biafry

Nie do nich jednak delta należy. Ten region jest miejscem wydobycia największych ilości ropy naftowej na kontynencie afrykańskim. 2,5 milionów baryłek ropy dziennie, 75 proc. eksportowych dochodów państwa nigeryjskiego. Platformy wiertnicze kompanii naftowych: amerykańskich (Shell, Chevron, Exxon Mobil), francuskich (Total), włoskich (Agip) i brytyjskich (BP) zlokalizowane na terenie delty i na wodach Zatoki Gwinejskiej pilnie strzegą swych tajemnic. Korporacje zatrudniają prywatne agencje ochrony, broniąc dostępu do jakichkolwiek informacji w sprawie tego, co, ile i w jaki sposób pozyskują. Także przed „suwerennym” rządem nigeryjskim.
Krajobraz delty Nigru to pejzaż bez mała apokaliptyczny. Zalewowe szuwary i namorzynowe lasy stoją nad Nigrem najzwyczajniej w resztkach wydobywanej ropy i odpadach jej przeróbki. Łatwość pozyskania surowca, który zalega płytko, powoduje, iż można go eksploatować metodami chałupniczymi, przy pomocy prymitywnych pomp i szybików. Tylko takie zajęcie pozostało miejscowej ludności, by utrzymać się przy życiu. „Nafciarze” pracują, stojąc po kolana w wodzie, w oparach pozyskiwanej i przerabianej ropy – przez co żyją średnio od 35 do 40 lat. Kiedyś byli rybakami – teraz o połowach nie ma mowy, rybach łowionych w Zatoce stężenie szkodliwych środków kilkaset razy przekracza dopuszczalne normy. Stężenie w wodzie rakotwórczego benzenu 900 razy przekracza normy. Skażone są też wody gruntowe (do pięciu metrów w głąb ziemi wciąż można trafić na ropę) i gleby, na których nic nie da się uprawiać.
Dochodzi do tego gaz ziemny, który w przeważającej ilości jest tu natychmiast spalany i dostaje się do atmosfery z prędkością 50 mln metrów sześciennych dziennie. Nie ma jak go pozyskać i przerobić na miejscu, nikomu się to nie opłaca – brak więc infrastruktury oraz gazociągów. To 40 proc. zużycia gazu ziemnego w całej Afryce, największe źródło emisji gazu cieplarnianego na świecie. Dopiero od niedawna koncerny zachodnie – Total i Agip – inwestują w wydobycie gazu i jego skroplenie (LPG) w terminalu w porcie Brass nad Zatoką Gwinejską.
Złoża węglowodorów odkryto w delcie w latach 50., gdy Nigeria była jeszcze kolonią Londynu. Znalezisko, zamiast stać się błogosławieństwem, okazało się największym nieszczęściem kraju.

Miliardowa petrokorupcja

Nigeria, najludniejszy kraj Afryki (dziś ok. 200 mln ludzi) to tygiel ras, języków, wyznań religijnych i kultur; jako państwo – struktura sztuczna stworzona przez Brytyjczyków w epoce kolonializmu. Napięcia i konflikty od zawsze przebiegały tu przede wszystkim na tle różnic religijnych, które jednak kryją stratyfikację klasową i kulturowe tożsamości poszczególnych grup. Z grubsza można podzielić je na muzułmańską północ i chrześcijańsko-animistyczne południe kraju. Gdy jednak w grę wchodziły milionowe zyski, tożsamościowe różnice nagle okazywały się jakby mniej istotne.
Dochody ze sprzedaży ropy naftowej poraziły świeże nigeryjskie elity polityczne wirusem kolosalnych pieniędzy i megakorupcji. Kolejne „niepodległe” rządy, cywilne i wojskowe, zajmowały się głównie plądrowaniem petrodolarów z państwowego skarbca. Szacuje się, że nigeryjskie elity ukradły w ten sposób ponad 500 mld dolarów. Postępowali tak wszyscy – i ci wywodzący się się z muzułmańskiej północy kraju, i ci z Jorubów, z południowego zachodu Nigerii.
W latach 60. wojskowi sprzedali naftowe pola zagranicznym koncernom, a te, korumpując nigeryjskich ministrów i urzędników, prowadziły rabunkową gospodarkę, nie przejmując się krzywdą mieszkańców delty ani skażeniem środowiska naturalnego. Dzisiejszy przerażający stan delty to efekt tamtych działań. Rządy wojskowych nie mogły nie budzić wśród mieszkańców wściekłości i poczucia krzywdy. Ludy z delty Nigru i południa kraju słusznie uznały, że są okradane. Czy wręcz – eksterminowane na raty.

Wojna absolutna

30 maja 1967 r. południowo-wschodni region Nigerii, w skład którego wchodził obszar delty Nigru, ogłosił niepodległość jako Biafra. Nowe państwo formalnie zostało uznane tylko przez kilka krajów na świecie: Gabon, Wybrzeże Kości Słoniowej, Tanzanię, Zambię. Izrael, Francja, RPA, Portugalia i Watykan oficjalnie nie uznały Biafry, ale po kryjomu udzielały mu w różny sposób i z różnych pobudek wsparcia.
Rząd Nigerii nie pogodził się z utratą obszarów, które przynosiły mu takie zyski. Odpowiedzią na deklarację niepodległości Biafry była próba jej pacyfikacji – tak zaczęła się trzyletnia wojna, którą z pełną świadomością można nazywać ludobójczą. Pochłonęła ponad milion ofiar, nie tylko w wyniku walk, ale przede wszystkim z racji szerzących się chorób oraz klęski głodu. Walczące strony kierowały się przy tym i motywacjami politycznymi, i starymi resentymentami plemiennymi i religijnymi. Na terenach walk odchodziło do masowych rzezi, tortur, a nawet aktów kanibalizmu – szalejący głód łączył się ze starymi wierzeniami, w myśl których tylko pożarcie ciała przeciwnika pozwala go naprawdę pokonać.
Brytyjczycy dostarczali – oczywiście po kryjomu, bo wszyscy zapewniali publicznie o swej neutralności i apelowali o pokój – broń rządowi nigeryjskiemu w Lagos. Biafrańczyczy mogli liczyć na wsparcie Francji, która pozwalała secesjonistom na werbunek najemników na swym terytorium. Pomagał też Izrael. Tymi kanałami dostarczano zarówno broń, jak inne środki potrzebne do funkcjonowania państwa, gdyż rząd nigeryjski prowadził blokadę wybrzeży zbuntowanego regionu. Zdemobilizowanych kanonierek i łodzi motorowych dostarczali Amerykanie, teoretycznie neutralni, faktycznie wspierający Brytyjczyków.
Rebelia Biafry została brutalnie stłumiona. W 1970 r. upadła stolica tego państwa, wrócił „porządek”. Ale petrodolarowe bogactwo nadal było śmiertelną chorobą dla nigeryjskiej gospodarki i państwa. Łatwy zarobek sprawił, że Nigeria, jeden z najbogatszych krajów Afryki, zarzuciła pozostałe gałęzie gospodarki, stając się surowcową monokulturą i zakładniczką ropy naftowej. Ropę sprzedawano (i czyni się tak nadal) w świat, nawet nie próbując jej przetwarzać. Do dziś Nigeria, pozostając jednym z największych na świecie wydobywców ropy naftowej jednocześnie sprowadza benzynę z zagranicy benzynę. Jej największymi dostarczycielami są… Total, BP i Shell.

Piraci, fanatycy, desperaci

Od połowy lat 90. znów pojawili się w różnych miejscach Nigerii partyzanci walczący z władzą centralną w Abudży (w 1991 roku przeniesiono tu, do centrum kraju, stolicę z niezwykle przeludnionego, położonego na wybrzeżu Lagos). Ich ideologiczno-doktrynalne manifesty są przykryciem zasadniczego problemu rozrywającego od chwili uzyskania niepodległości ten kraj. Cały czas chodzi w gruncie rzeczy o to samo: o niesłychanie nierównomierny sposób podziału dochodów uzyskiwanych przez Nigerię z eksportu ropy naftowej oraz niebotyczną nawet jak na warunki Afryki korupcję establishmentu politycznego, jaką podtrzymują naftowe koncerny. Właśnie te zasadnicze problemy nieustannie napędzają nowych bojowników tak dla Boko Haram, czyli nigeryjskich dżihadystów, tak dla separatystycznego Ruchu na Rzecz Wyzwolenia Delty Nigru (MEND).
Walka z tym drugim w 1995 r. przerodziła się w nową wojnę domową – stało się tak po tym, gdy nigeryjskie władze wojskowe skazały na śmierć i powiesiły jednego z politycznych przywódców delty, poetę, autochtona Kenule Saro-Wiwę. Partyzanci zaczęli wysadzać instalacje naftowe, dziurawić rurociągi, kradli pompowaną nimi ropę, porywali dla okupu cudzoziemskich nafciarzy. Tym razem władze odpowiedziały inaczej niż na secesję Biafry. Nowa taktyka polegała na skłócaniu ugrupowań powstańczych i podburzaniu ich przeciwko sobie, co dało efekt: zamiast jednego ruchu wyzwoleńczego powstało kilkanaście zwalczających się nawzajem partyzantek, a także zupełnie już bezideowe, kompletnie zdemoralizowane bandy piratów. Ci z jednej strony kradli ropę, a z drugiej – uprowadzali zakładników i całe statki handlowe dla okupu, gdyż był to niezwykle łatwy dochód przy ogólnym rozprzężeniu struktur państwowych. Z czasem zaczęło zdarzać się też tak, że piratów wynajmowali przedstawiciele nigeryjskich władz i dowódcy rządowego wojska, by dorabiać się na kradzionej ropie. W XXI wieku wojna w delcie i piraci grasujący na jej wodach, jak również w Zatoce Gwinejskiej, stali się prawdziwą plagą, która sprawiła, że zyski z ropy naftowej Nigerii spadły o jedną czwartą. Od atlantyckich wybrzeży Afryki niebezpieczniejsze były tylko jej wybrzeża wschodnie – na wodach Morza Czerwonego i Oceanu Indyjskiego królowali również piraci, tyle że z Somalii.
Rebelia w delcie przygasła w chwili dojścia do władzy pierwszego człowieka stamtąd – Goodlucka Jonathana, pochodzącego z ludu Ijaw. Objął władzę w 2010 r. jako wiceprezydent, zastępując zmarłego na urzędzie szefa państwa. Zdołał przekonać rebeliantów z delty do złożenia broni, za co zgodził się płacić im tzw. pokojową rentę. Obiecał też sprawiedliwiej dzielić zyski z ropy. Jednak te obietnice pozostały, jak zawsze w Nigerii, na papierze a sytuacja ekologiczna, polityczna, społeczna w regionie nie poprawiła się wcale. Puste obietnice składał nie tylko prezydent – koncern naftowy Shell zadeklarował, że oczyści terytoria delty, na których przed laty wydobywał ropę. Nigdy tego nie uczynił.
Ruch separatystów z delty udało się po części spacyfikować. Pozostali dżihadyści z Boko Haram, dokonujący co jakiś czas spektakularnych ataków, w których giną setki ludzi. I ten fakt przebija się do mediów, nie ogólny kontekst nigeryjskiej tragedii. Tymczasem ci islamscy fundamentaliści wyrastają nie z literalnie rozumianej nauki Mahometa, a z typowo lokalnych uwarunkowań. Nie byłoby ich, gdyby nie bieda, korupcja urzędników, degradacja środowiska naturalnego i działalność zachodnich koncernów rolnych. Północne tereny Nigerii, gdzie Boko Haram jest najsilniejsze, od zawsze były obszarami hodowli i pasterstwa ludów Hausa, Fulbe i Kanuri, a wielkoprzemysłowa produkcja rolna i działalność wielkich korporacji zakłóciły skutecznie tradycyjną strukturę społeczną i miejscowe formy gospodarowania.

Zbrodnia bez kary

Historia Nigerii, Biafry i delty Nigru to ponury przykład problemów trapiących współczesną Afrykę. W 2018 r. to Nigeria, nie RPA, szczyciła się największą – gospodarką na Czarnym Lądzie, ale równocześnie przez cały czas swojej prawie 60-letniej niepodległości boryka się z tymi samymi problemami. Wobec neokolonialnej struktury gospodarki i neoliberalnych form własności nie jest w stanie choćby rzucić wyzwania biedzie, korupcji, dramatycznym nierównościom. A skoro nie jest w stanie rozwiązać problemów fundamentalnych, to nieustannie będą targać nią konflikty religijne, plemienne, kulturowe, ataki partyzantów z nieznanych nikomu środowisk, porwania, zamachy bombowe. Przeciętny Nigeryjczyk (wg raportu HDI) dożywa średnio 52 lat, gdy jego sąsiad z Ghany – 64. Na służbę zdrowia rząd Nigerii przeznacza zaledwie 1,7 proc. środków z budżetu państwa.
Dlaczego w obecnym systemie nigdy się to nie zmieni? Bo głównym odbiorcą nigeryjskiej ropy, kupującym aż 40 proc. całego wydobywanego surowca, są Stany Zjednoczone. Nigeria to piąty w kolejności dostawca ropy na ich rynek, zapewniający spełnienie ponad 10 proc. zapotrzebowania USA na ten surowiec. Nigeria posiada sześć terminali załadunku ropy, z czego Shell posiada dwa, natomiast Mobil, Chevron, Texaco i Agip po jednym. Shell jest ponadto w posiadaniu magazynów Bonny Terminal i Forcados Terminal, w których można pomieścić ponad 13 mln baryłek.
W „nigeryjskim kotle” Amerykanie, tak kochający demokrację i prawa człowieka, wyparli dawnych brytyjskich kolonizatorów. Dzięki neokolonialnemu uzależnieniu, w jakie zakuli władze w Abudży, mogliby – gdyby chcieli i byłoby to w ich interesie – poprawić los Nigeryjczyków choćby w minimalnym stopniu. Zapewnić choćby to, żeby spójność terytorialna tego afrykańskiego olbrzyma na glinianych nogach nie była aż tak zagrożona i by nie wybuchła kolejna wojna na wzór biafrańskiej. Ale nie zależy im nawet na tym. Życie Nigeryjczyków nie ma żadnej wartości.

Niedobry piesek

Andrzej „Adrianem” po raz kolejny.

Tak spektakularnej klęski, jaką była ostatnia wizyta w Waszyngtonie, prezydent Duda chyba wcześniej nie poniósł. Nie dość, że Donald Trump nie raczył go nawet przyjąć w Waszyngtonie, to gest ten – a raczej brak gestu – świadczy wręcz o celowym upokorzeniu polskiego prezydenta. Jak słusznie zauważył red. Paweł Wroński z Gazety Wyborczej, fakt wcześniejszego przyjęcia w Białym Domu przywódców Litwy, Łotwy i Estonii z okazji 100-lecia suwerennej państwowości tych krajów, w określonym świetle stawia ostentacyjne zlekceważenie przyjazdu Dudy. Polskie stulecie będzie bez wątpienia okazją do tego, by naiwnym Polakom jednoznacznie przypomnieć, jaki rzeczywiście charakter mają ich relacje z Ameryką. A jest to relacja bezwzględnego posłuszeństwa kapryśnemu panu, który z łaszącym się u jego stóp bieda-imperialistycznym pieskiem może zrobić dosłownie cokolwiek, również skopać go dla przykładu. Tak się zwyczajnie sprawy mają w prestiżowym kojcu, na którym zamiast tabliczki “złe psy” postanowiono wywiesić “wolny świat”. Żadnych pozorów “symetrii”, żadnego “partnerstwa”, żadnego zniesienia wiz, żadnych złudzeń. Waruj, Adrian!
Ostatnia sytuacja jest oczywiście formą kary dla Dudy i całego zapatrzonego w Trumpa obozu rządzącego w Polsce. Powodem jest, rzecz jasna, horrendalna i szkodliwa ustawa o IPN. To żadna nowość, że dla waszyngtońskich lobbystów stanowi ona pretekst do wszczęcia alarmu w sprawie ich roszczeń do mienia słusznie uspołecznionego przez Polskę Ludową. Zżymając się na porażkę Dudy, należy jednocześnie oczekiwać, że politycy Prawa i Sprawiedliwość będą dalej bez żenady brnąć w poddańczą czołobitność wobec USA. Sam prezydent odegrał już swoją rolę w tej komedii, twierdząc, że nie spotkał się z Trumpem, bo nie miał takich planów, a jego wizyta miała charakter “jednostronny”. Widać, że Duda, świadom problemu, dusi w sobie rozpacz dziecka trzymanego w piwnicy i tłuczonego przez pijanego ojczyma, ale na pełną jej artykulację pozwolić sobie nie może. Dlatego używa odpowiednich słów w nieodpowiedni sposób: jednostronność, owszem, jest, ale zachodzi raczej w odwrotnym kierunku niż raczy sugerować lider “Polski wstającej z kolan”. To jeszcze pół biedy. Gorzej, że najprawdopodobniej sami “Polacy wstający z kolan”, którzy swego czasu tłumnie stawili się na nadęte przemówienie Trumpa w Warszawie i pieli potem z zachwytu, również nie dostrzegą problemu. Nie dostrzegą go ani dziś, ani jutro, ani nigdy – chyba że do czasu, gdy Blond Godzilla faktycznie zgotuje ludzkości wojnę światową – być może ostatnią – która pochłonie również frajerów paradujących nadwiślańskimi bulwarami w koszulkach z jankeską flagą.
Opozycja i “obrońcy demokracji” będą oczywiście punktować PiS za “kompromitację Polski w świecie” i “nadwyrężanie relacji sojuszniczych”. W tym też duchu wypowiada się Gazeta Wyborcza właśnie w osobie red. Wrońskiego. Strzela sobie jednak w stopę. Z jednej bowiem strony Wroński boleje nad tym, że powodem załamania relacji z USA jest wyrok, jaki PiS wydał na polską demokrację. Z drugiej zaś podkreśla, że klęska Dudy jest tym bardziej zawstydzająca, że przy okazji posiedzenia Rady Bezpieczeństwa ONZ Trump podjął z honorami Nazarbajewa, prezydenta Kazachstanu. Wroński woli nie wspominać, że Nazarbajew to satrapa, przy którym Andrzej Duda to chodzące wcielenie demokracji, wolności obywatelskich i cnót wszelakich. Mijają lata, amerykański imperializm likwiduje na Bliskim Wschodzie kolejne kraje, natomiast do świadomości polskich liberałów nie przebijają się podstawowe fakty. W odczuciu czytelników Wyborczej Kazachstan to kraj kompletnie dziki, z którym nikt liczyć się nie powinien. Tymczasem Polscy oficjele zawsze będą stać na końcu kolejki do uściśnięcia dłoni lokatorowi Białego Domu, bo ten “dziki kraj” ma ropę i gaz. Dlatego zwłaszcza teraz, z racji kluczowej pozycji Kazachstanu w rejonie Morza Kaspijskiego Nazarbajew będzie dla USA nieoceniony w dalszej próbie sił z Iranem.
“Nasi” liberałowie nigdy nie przyznają, że przez ostatnie 30 lat to oni pletli powróz, na którym Trump wlecze dziś nasz kraj – na którym Clinton, Bush i Obama trzymali również ich samych. Nigdy nie mają skrupułów, by na sygnał dany przez Waszyngton powtarzać unisono wszystkie milion razy już wyśmiane brednie o demokracji, w imię której trzeba najeżdżać i bombardować. Bajka, jaką nam do znudzenia opowiadają po to, żeby między Odrą a Bugiem nieustannie podsycać płomień bezgranicznej wiary w zbawienny – nawet jeśli śmieszny i żałosny – sojusz z USA, opiera się wyłącznie na ich czczych fantazjach i myśleniu życzeniowym. Ciągle tylko “zachodnie wartości” i “wolny świat”, bezdyskusyjnie również “tradycja sojusznicza”… Wroński nie traci okazji, by podkreślić, że już od stu lat USA nie przestaje nas łaskawie dopieszczać, bo niepodległy byt Polska zawdzięcza deklaracji Wilsona z 1918 r.
Czy służalczość “obrońców demokracji” jest w jakikolwiek sposób inna, lepsza, bardziej oświecona niż czołobitność kaczystów? Sami dowodzą, że stanowią tylko lustrzane odbicie rodzimych konserwatystów, którymi tak gardzą. To zwykła kłótnia w rodzinie. Oba obozy wspólnie stanowią polską klasę rządzącą i wiedzą jedno: tak, uzbrojona po zęby Ameryka jest gwarantem istnienia Polski takiej, jaką mamy obecnie. Polski opartej na poddaństwie ekonomicznym mas, na cynizmie i zakłamaniu elit, plującym sloganem “wolności” w twarz ludziom, którzy na nich harują. Tak, USA zawsze będą gwarantem kapitalizmu.