Ropa i krew

Pod koniec maja minęła 52. rocznica ogłoszenia niepodległości przez jeden z regionów Nigerii.

Wojna, która wtedy wybuchła, wprawiała świat w osłupienie swoją brutalnością – może tylko w dawnym belgijskim Kongo postkolonialne konflikty tuż po uzyskaniu niepodległości miały tak krwawy i bezwzględny wymiar. Dziś mało kto o tym pamięta, chociaż sytuacja w najludniejszym kraju Czarnego Lądu zmieniła się od tego czasu tylko na gorsze. Ropa naftowa i żyjące z niej megakorporacje niezmiennie niszczą życie setek milionów ludzi.
Delta Nigru to region o powierzchni 70 tys. kilometrów kwadratowych (na sam obszar ujścia rzeki przypada 25 tys.), zamieszkiwany przez około 20 mln ludzi. To przede wszystkim ludy Ibo i Ijaw, ale nie tylko – łącznie mieszkańcy delty Nigru należą do 40 grup etnicznych i posługują się ponad setką języków i dialektów.

Region Biafry

Nie do nich jednak delta należy. Ten region jest miejscem wydobycia największych ilości ropy naftowej na kontynencie afrykańskim. 2,5 milionów baryłek ropy dziennie, 75 proc. eksportowych dochodów państwa nigeryjskiego. Platformy wiertnicze kompanii naftowych: amerykańskich (Shell, Chevron, Exxon Mobil), francuskich (Total), włoskich (Agip) i brytyjskich (BP) zlokalizowane na terenie delty i na wodach Zatoki Gwinejskiej pilnie strzegą swych tajemnic. Korporacje zatrudniają prywatne agencje ochrony, broniąc dostępu do jakichkolwiek informacji w sprawie tego, co, ile i w jaki sposób pozyskują. Także przed „suwerennym” rządem nigeryjskim.
Krajobraz delty Nigru to pejzaż bez mała apokaliptyczny. Zalewowe szuwary i namorzynowe lasy stoją nad Nigrem najzwyczajniej w resztkach wydobywanej ropy i odpadach jej przeróbki. Łatwość pozyskania surowca, który zalega płytko, powoduje, iż można go eksploatować metodami chałupniczymi, przy pomocy prymitywnych pomp i szybików. Tylko takie zajęcie pozostało miejscowej ludności, by utrzymać się przy życiu. „Nafciarze” pracują, stojąc po kolana w wodzie, w oparach pozyskiwanej i przerabianej ropy – przez co żyją średnio od 35 do 40 lat. Kiedyś byli rybakami – teraz o połowach nie ma mowy, rybach łowionych w Zatoce stężenie szkodliwych środków kilkaset razy przekracza dopuszczalne normy. Stężenie w wodzie rakotwórczego benzenu 900 razy przekracza normy. Skażone są też wody gruntowe (do pięciu metrów w głąb ziemi wciąż można trafić na ropę) i gleby, na których nic nie da się uprawiać.
Dochodzi do tego gaz ziemny, który w przeważającej ilości jest tu natychmiast spalany i dostaje się do atmosfery z prędkością 50 mln metrów sześciennych dziennie. Nie ma jak go pozyskać i przerobić na miejscu, nikomu się to nie opłaca – brak więc infrastruktury oraz gazociągów. To 40 proc. zużycia gazu ziemnego w całej Afryce, największe źródło emisji gazu cieplarnianego na świecie. Dopiero od niedawna koncerny zachodnie – Total i Agip – inwestują w wydobycie gazu i jego skroplenie (LPG) w terminalu w porcie Brass nad Zatoką Gwinejską.
Złoża węglowodorów odkryto w delcie w latach 50., gdy Nigeria była jeszcze kolonią Londynu. Znalezisko, zamiast stać się błogosławieństwem, okazało się największym nieszczęściem kraju.

Miliardowa petrokorupcja

Nigeria, najludniejszy kraj Afryki (dziś ok. 200 mln ludzi) to tygiel ras, języków, wyznań religijnych i kultur; jako państwo – struktura sztuczna stworzona przez Brytyjczyków w epoce kolonializmu. Napięcia i konflikty od zawsze przebiegały tu przede wszystkim na tle różnic religijnych, które jednak kryją stratyfikację klasową i kulturowe tożsamości poszczególnych grup. Z grubsza można podzielić je na muzułmańską północ i chrześcijańsko-animistyczne południe kraju. Gdy jednak w grę wchodziły milionowe zyski, tożsamościowe różnice nagle okazywały się jakby mniej istotne.
Dochody ze sprzedaży ropy naftowej poraziły świeże nigeryjskie elity polityczne wirusem kolosalnych pieniędzy i megakorupcji. Kolejne „niepodległe” rządy, cywilne i wojskowe, zajmowały się głównie plądrowaniem petrodolarów z państwowego skarbca. Szacuje się, że nigeryjskie elity ukradły w ten sposób ponad 500 mld dolarów. Postępowali tak wszyscy – i ci wywodzący się się z muzułmańskiej północy kraju, i ci z Jorubów, z południowego zachodu Nigerii.
W latach 60. wojskowi sprzedali naftowe pola zagranicznym koncernom, a te, korumpując nigeryjskich ministrów i urzędników, prowadziły rabunkową gospodarkę, nie przejmując się krzywdą mieszkańców delty ani skażeniem środowiska naturalnego. Dzisiejszy przerażający stan delty to efekt tamtych działań. Rządy wojskowych nie mogły nie budzić wśród mieszkańców wściekłości i poczucia krzywdy. Ludy z delty Nigru i południa kraju słusznie uznały, że są okradane. Czy wręcz – eksterminowane na raty.

Wojna absolutna

30 maja 1967 r. południowo-wschodni region Nigerii, w skład którego wchodził obszar delty Nigru, ogłosił niepodległość jako Biafra. Nowe państwo formalnie zostało uznane tylko przez kilka krajów na świecie: Gabon, Wybrzeże Kości Słoniowej, Tanzanię, Zambię. Izrael, Francja, RPA, Portugalia i Watykan oficjalnie nie uznały Biafry, ale po kryjomu udzielały mu w różny sposób i z różnych pobudek wsparcia.
Rząd Nigerii nie pogodził się z utratą obszarów, które przynosiły mu takie zyski. Odpowiedzią na deklarację niepodległości Biafry była próba jej pacyfikacji – tak zaczęła się trzyletnia wojna, którą z pełną świadomością można nazywać ludobójczą. Pochłonęła ponad milion ofiar, nie tylko w wyniku walk, ale przede wszystkim z racji szerzących się chorób oraz klęski głodu. Walczące strony kierowały się przy tym i motywacjami politycznymi, i starymi resentymentami plemiennymi i religijnymi. Na terenach walk odchodziło do masowych rzezi, tortur, a nawet aktów kanibalizmu – szalejący głód łączył się ze starymi wierzeniami, w myśl których tylko pożarcie ciała przeciwnika pozwala go naprawdę pokonać.
Brytyjczycy dostarczali – oczywiście po kryjomu, bo wszyscy zapewniali publicznie o swej neutralności i apelowali o pokój – broń rządowi nigeryjskiemu w Lagos. Biafrańczyczy mogli liczyć na wsparcie Francji, która pozwalała secesjonistom na werbunek najemników na swym terytorium. Pomagał też Izrael. Tymi kanałami dostarczano zarówno broń, jak inne środki potrzebne do funkcjonowania państwa, gdyż rząd nigeryjski prowadził blokadę wybrzeży zbuntowanego regionu. Zdemobilizowanych kanonierek i łodzi motorowych dostarczali Amerykanie, teoretycznie neutralni, faktycznie wspierający Brytyjczyków.
Rebelia Biafry została brutalnie stłumiona. W 1970 r. upadła stolica tego państwa, wrócił „porządek”. Ale petrodolarowe bogactwo nadal było śmiertelną chorobą dla nigeryjskiej gospodarki i państwa. Łatwy zarobek sprawił, że Nigeria, jeden z najbogatszych krajów Afryki, zarzuciła pozostałe gałęzie gospodarki, stając się surowcową monokulturą i zakładniczką ropy naftowej. Ropę sprzedawano (i czyni się tak nadal) w świat, nawet nie próbując jej przetwarzać. Do dziś Nigeria, pozostając jednym z największych na świecie wydobywców ropy naftowej jednocześnie sprowadza benzynę z zagranicy benzynę. Jej największymi dostarczycielami są… Total, BP i Shell.

Piraci, fanatycy, desperaci

Od połowy lat 90. znów pojawili się w różnych miejscach Nigerii partyzanci walczący z władzą centralną w Abudży (w 1991 roku przeniesiono tu, do centrum kraju, stolicę z niezwykle przeludnionego, położonego na wybrzeżu Lagos). Ich ideologiczno-doktrynalne manifesty są przykryciem zasadniczego problemu rozrywającego od chwili uzyskania niepodległości ten kraj. Cały czas chodzi w gruncie rzeczy o to samo: o niesłychanie nierównomierny sposób podziału dochodów uzyskiwanych przez Nigerię z eksportu ropy naftowej oraz niebotyczną nawet jak na warunki Afryki korupcję establishmentu politycznego, jaką podtrzymują naftowe koncerny. Właśnie te zasadnicze problemy nieustannie napędzają nowych bojowników tak dla Boko Haram, czyli nigeryjskich dżihadystów, tak dla separatystycznego Ruchu na Rzecz Wyzwolenia Delty Nigru (MEND).
Walka z tym drugim w 1995 r. przerodziła się w nową wojnę domową – stało się tak po tym, gdy nigeryjskie władze wojskowe skazały na śmierć i powiesiły jednego z politycznych przywódców delty, poetę, autochtona Kenule Saro-Wiwę. Partyzanci zaczęli wysadzać instalacje naftowe, dziurawić rurociągi, kradli pompowaną nimi ropę, porywali dla okupu cudzoziemskich nafciarzy. Tym razem władze odpowiedziały inaczej niż na secesję Biafry. Nowa taktyka polegała na skłócaniu ugrupowań powstańczych i podburzaniu ich przeciwko sobie, co dało efekt: zamiast jednego ruchu wyzwoleńczego powstało kilkanaście zwalczających się nawzajem partyzantek, a także zupełnie już bezideowe, kompletnie zdemoralizowane bandy piratów. Ci z jednej strony kradli ropę, a z drugiej – uprowadzali zakładników i całe statki handlowe dla okupu, gdyż był to niezwykle łatwy dochód przy ogólnym rozprzężeniu struktur państwowych. Z czasem zaczęło zdarzać się też tak, że piratów wynajmowali przedstawiciele nigeryjskich władz i dowódcy rządowego wojska, by dorabiać się na kradzionej ropie. W XXI wieku wojna w delcie i piraci grasujący na jej wodach, jak również w Zatoce Gwinejskiej, stali się prawdziwą plagą, która sprawiła, że zyski z ropy naftowej Nigerii spadły o jedną czwartą. Od atlantyckich wybrzeży Afryki niebezpieczniejsze były tylko jej wybrzeża wschodnie – na wodach Morza Czerwonego i Oceanu Indyjskiego królowali również piraci, tyle że z Somalii.
Rebelia w delcie przygasła w chwili dojścia do władzy pierwszego człowieka stamtąd – Goodlucka Jonathana, pochodzącego z ludu Ijaw. Objął władzę w 2010 r. jako wiceprezydent, zastępując zmarłego na urzędzie szefa państwa. Zdołał przekonać rebeliantów z delty do złożenia broni, za co zgodził się płacić im tzw. pokojową rentę. Obiecał też sprawiedliwiej dzielić zyski z ropy. Jednak te obietnice pozostały, jak zawsze w Nigerii, na papierze a sytuacja ekologiczna, polityczna, społeczna w regionie nie poprawiła się wcale. Puste obietnice składał nie tylko prezydent – koncern naftowy Shell zadeklarował, że oczyści terytoria delty, na których przed laty wydobywał ropę. Nigdy tego nie uczynił.
Ruch separatystów z delty udało się po części spacyfikować. Pozostali dżihadyści z Boko Haram, dokonujący co jakiś czas spektakularnych ataków, w których giną setki ludzi. I ten fakt przebija się do mediów, nie ogólny kontekst nigeryjskiej tragedii. Tymczasem ci islamscy fundamentaliści wyrastają nie z literalnie rozumianej nauki Mahometa, a z typowo lokalnych uwarunkowań. Nie byłoby ich, gdyby nie bieda, korupcja urzędników, degradacja środowiska naturalnego i działalność zachodnich koncernów rolnych. Północne tereny Nigerii, gdzie Boko Haram jest najsilniejsze, od zawsze były obszarami hodowli i pasterstwa ludów Hausa, Fulbe i Kanuri, a wielkoprzemysłowa produkcja rolna i działalność wielkich korporacji zakłóciły skutecznie tradycyjną strukturę społeczną i miejscowe formy gospodarowania.

Zbrodnia bez kary

Historia Nigerii, Biafry i delty Nigru to ponury przykład problemów trapiących współczesną Afrykę. W 2018 r. to Nigeria, nie RPA, szczyciła się największą – gospodarką na Czarnym Lądzie, ale równocześnie przez cały czas swojej prawie 60-letniej niepodległości boryka się z tymi samymi problemami. Wobec neokolonialnej struktury gospodarki i neoliberalnych form własności nie jest w stanie choćby rzucić wyzwania biedzie, korupcji, dramatycznym nierównościom. A skoro nie jest w stanie rozwiązać problemów fundamentalnych, to nieustannie będą targać nią konflikty religijne, plemienne, kulturowe, ataki partyzantów z nieznanych nikomu środowisk, porwania, zamachy bombowe. Przeciętny Nigeryjczyk (wg raportu HDI) dożywa średnio 52 lat, gdy jego sąsiad z Ghany – 64. Na służbę zdrowia rząd Nigerii przeznacza zaledwie 1,7 proc. środków z budżetu państwa.
Dlaczego w obecnym systemie nigdy się to nie zmieni? Bo głównym odbiorcą nigeryjskiej ropy, kupującym aż 40 proc. całego wydobywanego surowca, są Stany Zjednoczone. Nigeria to piąty w kolejności dostawca ropy na ich rynek, zapewniający spełnienie ponad 10 proc. zapotrzebowania USA na ten surowiec. Nigeria posiada sześć terminali załadunku ropy, z czego Shell posiada dwa, natomiast Mobil, Chevron, Texaco i Agip po jednym. Shell jest ponadto w posiadaniu magazynów Bonny Terminal i Forcados Terminal, w których można pomieścić ponad 13 mln baryłek.
W „nigeryjskim kotle” Amerykanie, tak kochający demokrację i prawa człowieka, wyparli dawnych brytyjskich kolonizatorów. Dzięki neokolonialnemu uzależnieniu, w jakie zakuli władze w Abudży, mogliby – gdyby chcieli i byłoby to w ich interesie – poprawić los Nigeryjczyków choćby w minimalnym stopniu. Zapewnić choćby to, żeby spójność terytorialna tego afrykańskiego olbrzyma na glinianych nogach nie była aż tak zagrożona i by nie wybuchła kolejna wojna na wzór biafrańskiej. Ale nie zależy im nawet na tym. Życie Nigeryjczyków nie ma żadnej wartości.

Niedobry piesek

Andrzej „Adrianem” po raz kolejny.

Tak spektakularnej klęski, jaką była ostatnia wizyta w Waszyngtonie, prezydent Duda chyba wcześniej nie poniósł. Nie dość, że Donald Trump nie raczył go nawet przyjąć w Waszyngtonie, to gest ten – a raczej brak gestu – świadczy wręcz o celowym upokorzeniu polskiego prezydenta. Jak słusznie zauważył red. Paweł Wroński z Gazety Wyborczej, fakt wcześniejszego przyjęcia w Białym Domu przywódców Litwy, Łotwy i Estonii z okazji 100-lecia suwerennej państwowości tych krajów, w określonym świetle stawia ostentacyjne zlekceważenie przyjazdu Dudy. Polskie stulecie będzie bez wątpienia okazją do tego, by naiwnym Polakom jednoznacznie przypomnieć, jaki rzeczywiście charakter mają ich relacje z Ameryką. A jest to relacja bezwzględnego posłuszeństwa kapryśnemu panu, który z łaszącym się u jego stóp bieda-imperialistycznym pieskiem może zrobić dosłownie cokolwiek, również skopać go dla przykładu. Tak się zwyczajnie sprawy mają w prestiżowym kojcu, na którym zamiast tabliczki “złe psy” postanowiono wywiesić “wolny świat”. Żadnych pozorów “symetrii”, żadnego “partnerstwa”, żadnego zniesienia wiz, żadnych złudzeń. Waruj, Adrian!
Ostatnia sytuacja jest oczywiście formą kary dla Dudy i całego zapatrzonego w Trumpa obozu rządzącego w Polsce. Powodem jest, rzecz jasna, horrendalna i szkodliwa ustawa o IPN. To żadna nowość, że dla waszyngtońskich lobbystów stanowi ona pretekst do wszczęcia alarmu w sprawie ich roszczeń do mienia słusznie uspołecznionego przez Polskę Ludową. Zżymając się na porażkę Dudy, należy jednocześnie oczekiwać, że politycy Prawa i Sprawiedliwość będą dalej bez żenady brnąć w poddańczą czołobitność wobec USA. Sam prezydent odegrał już swoją rolę w tej komedii, twierdząc, że nie spotkał się z Trumpem, bo nie miał takich planów, a jego wizyta miała charakter “jednostronny”. Widać, że Duda, świadom problemu, dusi w sobie rozpacz dziecka trzymanego w piwnicy i tłuczonego przez pijanego ojczyma, ale na pełną jej artykulację pozwolić sobie nie może. Dlatego używa odpowiednich słów w nieodpowiedni sposób: jednostronność, owszem, jest, ale zachodzi raczej w odwrotnym kierunku niż raczy sugerować lider “Polski wstającej z kolan”. To jeszcze pół biedy. Gorzej, że najprawdopodobniej sami “Polacy wstający z kolan”, którzy swego czasu tłumnie stawili się na nadęte przemówienie Trumpa w Warszawie i pieli potem z zachwytu, również nie dostrzegą problemu. Nie dostrzegą go ani dziś, ani jutro, ani nigdy – chyba że do czasu, gdy Blond Godzilla faktycznie zgotuje ludzkości wojnę światową – być może ostatnią – która pochłonie również frajerów paradujących nadwiślańskimi bulwarami w koszulkach z jankeską flagą.
Opozycja i “obrońcy demokracji” będą oczywiście punktować PiS za “kompromitację Polski w świecie” i “nadwyrężanie relacji sojuszniczych”. W tym też duchu wypowiada się Gazeta Wyborcza właśnie w osobie red. Wrońskiego. Strzela sobie jednak w stopę. Z jednej bowiem strony Wroński boleje nad tym, że powodem załamania relacji z USA jest wyrok, jaki PiS wydał na polską demokrację. Z drugiej zaś podkreśla, że klęska Dudy jest tym bardziej zawstydzająca, że przy okazji posiedzenia Rady Bezpieczeństwa ONZ Trump podjął z honorami Nazarbajewa, prezydenta Kazachstanu. Wroński woli nie wspominać, że Nazarbajew to satrapa, przy którym Andrzej Duda to chodzące wcielenie demokracji, wolności obywatelskich i cnót wszelakich. Mijają lata, amerykański imperializm likwiduje na Bliskim Wschodzie kolejne kraje, natomiast do świadomości polskich liberałów nie przebijają się podstawowe fakty. W odczuciu czytelników Wyborczej Kazachstan to kraj kompletnie dziki, z którym nikt liczyć się nie powinien. Tymczasem Polscy oficjele zawsze będą stać na końcu kolejki do uściśnięcia dłoni lokatorowi Białego Domu, bo ten “dziki kraj” ma ropę i gaz. Dlatego zwłaszcza teraz, z racji kluczowej pozycji Kazachstanu w rejonie Morza Kaspijskiego Nazarbajew będzie dla USA nieoceniony w dalszej próbie sił z Iranem.
“Nasi” liberałowie nigdy nie przyznają, że przez ostatnie 30 lat to oni pletli powróz, na którym Trump wlecze dziś nasz kraj – na którym Clinton, Bush i Obama trzymali również ich samych. Nigdy nie mają skrupułów, by na sygnał dany przez Waszyngton powtarzać unisono wszystkie milion razy już wyśmiane brednie o demokracji, w imię której trzeba najeżdżać i bombardować. Bajka, jaką nam do znudzenia opowiadają po to, żeby między Odrą a Bugiem nieustannie podsycać płomień bezgranicznej wiary w zbawienny – nawet jeśli śmieszny i żałosny – sojusz z USA, opiera się wyłącznie na ich czczych fantazjach i myśleniu życzeniowym. Ciągle tylko “zachodnie wartości” i “wolny świat”, bezdyskusyjnie również “tradycja sojusznicza”… Wroński nie traci okazji, by podkreślić, że już od stu lat USA nie przestaje nas łaskawie dopieszczać, bo niepodległy byt Polska zawdzięcza deklaracji Wilsona z 1918 r.
Czy służalczość “obrońców demokracji” jest w jakikolwiek sposób inna, lepsza, bardziej oświecona niż czołobitność kaczystów? Sami dowodzą, że stanowią tylko lustrzane odbicie rodzimych konserwatystów, którymi tak gardzą. To zwykła kłótnia w rodzinie. Oba obozy wspólnie stanowią polską klasę rządzącą i wiedzą jedno: tak, uzbrojona po zęby Ameryka jest gwarantem istnienia Polski takiej, jaką mamy obecnie. Polski opartej na poddaństwie ekonomicznym mas, na cynizmie i zakłamaniu elit, plującym sloganem “wolności” w twarz ludziom, którzy na nich harują. Tak, USA zawsze będą gwarantem kapitalizmu.

Imigracja czy wędrówki ludów?

Problemem – i to realnym – jest perspektywa upadłości państw „Południa”. Gdy na granicach Europy staną miliony i setki milionów uchodźców. Wtedy na wszelkie dywagacje będzie już za późno.

 

Temat sam w sobie jest niezwykle frapujący, zwłaszcza, że w powszechnej świadomości „wędrówki ludów” funkcjonują jako pradawny mit. Ale to nie mit, lecz fakt.

Fakty i mity

Podobnie jak nazwa „Polska”, która wywodzi się od wschodniosłowiańskiego plemienia Polan (plemię to nie rezydowało na dzisiejszym Mazowszu, lecz zasiedlało obszar na północ od Kijowa).
Nazwa „sarmatyzm” też nie jest mitologiczna – pochodzi od znakomitych wojowniczych jeźdźców z terenów na wschód od Turcji. Znaki herbowe polskich rodów rycerskich są takie same, jak znaki plemion z tamtego obszaru – można sprawdzić to w „Europie” Normana Daviesa.
Pradawna historia wojen Hetytów (lud zasiedlający tereny dzisiejszej Anatolii) z faraonem Ramzesem – to element kolejnej wielkiej układanki geograficznej, potwierdzającej, że wędrówki ludów naprawdę miały miejsce. Pierwsze słowo, które dało się odczytać w hetyckim i stanowiło poniekąd klucz do rozszyfrowania tego języka to „watar” – woda.

Anglosaskie „water” i „Wasser” to przecież formy tego samego słowa. Nie używały ich plemiona haszemickie, a pragermańskie – –jak więc wyjaśnić to inaczej niż właśnie wędrówką ludów?
Jeżeli więc w dziejach takie migracje od zawsze były normą – czemu nie miałyby odbywać się i teraz?

My Słowianie

Taka na przykład braterska słowiańska Bułgaria. Niewielu wie, że jest tylko słowiańska z nazwy, ale już jej ludność to w większości etniczni, choć zeslawizowani Turcy. Jak to możliwe? Do istniejącego państwa słowiańskiego migrowały grupy ludności tureckiej i przyswajały stopniowo miejscową kulturę oraz religię. Wtapiały się owe grupy w jeden słowiański naród. Z czasem sumarycznie imigranci przewyższyli ludność rodzimą, ale nikt się nawet nad tym nie zastanawia. Wszyscy czują się spadkobiercami historycznego, wielkiego, słowiańskiego państwa Bułgarów. Tak, więc konkluzja jest oczywista: migracje, mniejsze i większe, były od zawsze. Współcześnie przychodzą pod postacią dokładnie takich samych fal – raz silniejszych, a raz słabszych.

Czy w takim razie migracje są groźne?

Wszystko zależy od formy i nasilenia fal imigracyjnych. Gdy tak jak np. w Bułgarii czy USA napływ jest stopniowy, a środowisko przyrodniczo-ekonomiczne nie jest przeciążone; gdy prymat miejscowego społeczeństwa niejako wymusza proces kulturowego dostosowania – wówczas nic niepokojącego się nie dzieje. Natomiast, gdy imigracja jest masowa, a na dodatek, jeżeli imigranci posiadają kulturę i religię wrogo nastawioną do adaptacji, wtedy dopiero zaczynają się prawdziwe problemy.

Żydzi, naród o względnie wysoko rozwiniętej kulturze własnej, nie integrował się z kulturą gospodarzy, kiedy przyszło mu żyć w innych państwach. To się na nich mściło. Gdy rodził się kryzys, takie niezasymilowane grupy padały ofiarą ataków (np. w XIII wieku w Londynie, w Dreźnie w 1525, a także w Hiszpanii, skąd ich ostatecznie wygnano). To zdaje się ironią losu, że mówią o sobie „naród wybrany” – bo jeśli Bóg ich wybrał, to do tego, by byli ciągle prześladowani.

Dziś na świecie kultura żydowska nikogo nie razi i nie skłania do prześladowań. To z pewnością zasługa m.in. nieuniknionego zeświecczenia wielu krajów. Polska niestety nadal nie dała rady oddzielić się od kościoła, ale do kościoła uczęszcza nad Wisłą już tylko ok. 38 proc. obywateli.

Czy w takim razie mamy akceptować imigrację, jako konieczność dziejową?

Tak i nie. Nie możemy zachęcać do przybycia milionów uchodźców, płacąc im wysoki socjal jak w Niemczech. Pomagać należy przede wszystkim tam daleko, organizować obozy przejściowe na miejscu. Daleka emigracja nie powinna być regułą nie powinna się opłacać, gdy kończy się konflikt uchodźcy powinni wracać do siebie.
Problemy rodzą się daleko i tam powinny być rozwiązywane, zaś brak łatwej perspektywy migracyjnej musi zachęcać dalekie państwa i ludy do poważnego traktowania problemów demografii.

Musimy starać się zachować proporcje napływu migrantów w rozsądnych granicach

Musimy też zwracać uwagę na to, jacy migranci do nas masowo przybywają. Arabowie niewątpliwie zostali stworzeni przez tego samego Boga, jak wszyscy inni ludzie. Wbrew twierdzeniu znanego Proroka z Lechistanu nie są „nosicielami zarazków” ani ameb w większych ilościach niż statystyczni Polacy.

Problem pojawia się zupełnie gdzie indziej: jeżeli obcy przybędą tu masowo w krótkim czasie, to przykładowo, ponieważ islam jest wrogi do katolicyzmu, to wtedy mamy gotową receptę konfliktów.

Problemem we Francji stało się utworzenie muzułmańskich gett. Po przegranej wojnie w Algierii z dnia na dzień nad Loarę napłynęło wielu muzułmanów. W paryskich i brukselskich gettach asymilacja prawie nie postępuje.

Muzułmanie wykształceni w Polsce nie stanowią dla nas żadnego zagrożenia. Są wychowani w tradycji muzułmańskiej, ale jednak, jako ludzie już zasymilowani i nierzadko świetnie wykształceni – nie odczuwają więzi z islamem ortodoksyjnym. Polscy Tatarzy też są przecież składnikiem naszej kultury.

Weźmy takiego na przykład znanego i niewątpliwie wykształconego Żyda – Jerzego Urbana. On nie jest dla mnie – mazowieckiego buraka – groźny ani trochę.

Prawdziwy problem to narastająca fala masowej imigracji, której nikt nie będzie w stanie kontrolować

Problem to nie milion uchodźców, jednorazowo przyjętych przez kanclerz Merkel. Problemem – i to realnym – jest perspektywa upadłości państw „Południa,”. Gdy na granicach Europy staną miliony i setki milionów uchodźców. Wtedy na wszelkie dywagacje będzie już za późno. Problem przyszłości to potężne zmiany klimatyczne, powodowane w dużej mierze przez państwa północy.

Spalane na masowa skalę węglowodory niewątpliwie podnoszą temperaturę i zakwaszają oceany. Strefy opadów przemieszczają się, gdy w Sahelu kozy wygryzają wraz z resztkami trawy ostatnie korzonki. Nie pomoże fakt, że po roku albo dwóch wrócą deszcze – Sahara nieubłaganie przesuwa się na południe.

W krajach takich jak Niger słabe opady tylko raz na pięć lat pozwalają na wyżywienie ludności, przez pozostałe lata przejada ona dary i import. W Afryce są już całe wielotysięczne miasta uchodźców utrzymywane przez ONZ, a mieszkańcy nigdy już ich nie opuszczą, bo nie ma dla nich powrotu w rodzinne strony. Szybki przyrost naturalny w takim mieście uchodźców przy ubogim, lecz regularnym żywieniu – powoduje powstawanie bomb ludnościowych.

Deklaracje, że bogata Ameryka czy Europa im pomoże, są gołosłowne. Ta ad hoc pomoc na dłuższą metę tak naprawdę jedynie utrwala status quo.

Pomoc musi być obwarowana warunkami

Co to znaczy? Ano to, że my – biali, byli kolonizatorzy, boimy się powiedzieć, iż problemem tak u nich, jak i u nas, jest kwestia przyrostu demograficznego. Ktoś powie, „ale jak to u nas? W Europie nie ma przeludnienia”. Tylko, że to nieprawda.

Nie tylko w tak zwanym trzecim świecie występuje to zjawisko, ono tli się również na północy. Tylko, że my wcześniej zdołaliśmy wcześniej „wynaleźć ogień”: dziś stosujemy sztuczne nawozy na przemysłową skalę, wprowadziliśmy mechanizację i nowoczesne przetwórstwo. Mamy chwilowo potężne nadwyżki żywności. Chwilowo – bo np. zasobów węgla starczy nam tylko na kilkadziesiąt lat, zaś energia odnawialna nie jest tania i łatwo dostępna. Musimy czy chcemy czy nie ograniczyć zużycie węglowodorów. Istnieje bariera nasycenia atmosfery dwutlenkiem węgla. Gdy moje wnuki osiągną wiek emerytalny, prawdopodobnie trzeba będzie wrócić do ubogiego hreczkosiejstwa naszych dziadków. I wtedy koło się zatoczy – problem przeludnienia u nas powróci.

Pomagać z głową

W Afryce pomoc powinna być warunkowana wyraźną zachętą do ograniczenia przyrostu naturalnego. Misjonarze katoliccy z całą swoją staro plemienną ideologią naturalnego rozmnażania nie powinni wchodzić w rolę filozofów rozwoju. Cała filozofia chrześcijaństwa zasadza się na tradycji staro plemiennego maksymalnego mnożenia się, w pomroce tysiącleci wrogie ludne plemiona niszczyły słabsze. Tylko Chinom udało się zrównoważyć rozwój kraju, dlatego, że wprowadziły „politykę jednego dziecka” – a i tak muszą mierzyć się z wieloma wyzwaniami, ekologicznymi.

Gdy podczas mojego pobytu w Rwandzie Jan Paweł II wygłosił pochwałę rozrodczości – przemawiający po nim prezydent Habyarimana głośno stwierdził, że się z nim nie zgadza, czym wywołał publiczny skandal. Ironią losu było to, że wkrótce po tym on i jego samolot został zniszczony prawdziwą – nie smoleńską – rakietą, a w odwecie mniejszościowe plemię Wa Tutsich zostało zmasakrowane.

A wniosek z tego płynie następujący: jeśli Europa stara się pomagać Afryce, nie może utrwalać jej starych problemów, tylko je rozwiązywać, problemy stałe się niestety globalne, i tylko globalne podejście może coś dać. Ten mój felietonik niczego nie rozwiązuje, ale aby cośkolwiek zrobić musimy się zastanowić wspólnie gdzie my jesteśmy. Na razie jedynie Chinom udaje się trzymać demografię w ryzach. Powinniśmy zrozumieć, że to podejście Chińczyków należy upowszechniać w innych miejscach świata. Jak to implementować to inny wielki problem. Inaczej nie możemy nazywać się ludźmi rozumnymi.