Ile można stracić?

Klienci banków nie mają w Polsce łatwego życia. Zawsze mogą zostać nabrani na rozmaite “bezpieczne produkty”.

Prezes UOKiK Tomasz Chróstny nałożył na Idea Bank kary w łącznej wysokości ponad 17,2 mln zł oraz nakazał wypłacić po 38 tys. zł rekompensaty konsumentom, którzy nabyli certyfikaty inwestycyjne emitowane przez fundusz Lartiq. To jeden z banków należących do Leszka Czarneckiego, a cała sprawa dotyczy minionych lat i jest pokłosiem dużo wcześniejszych działań Komisji Nadzoru Finansowego, która już w ubiegłym roku ukarała wspomniany fundusz inwestycyjny.
W sumie prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów wydał 4 decyzje wobec Idea Bank. Trzy z nich dotyczą naruszania praw konsumentów przy oferowaniu im skomplikowanych produktów finansowych: certyfikatów inwestycyjnych, lokat strukturyzowanych oraz ubezpieczeń na życie z ubezpieczeniowymi funduszami kapitałowymi. W czwartej decyzji UOKiK stwierdził stosowanie przez bank postanowień niedozwolonych w umowach bankowych w zakresie tzw. klauzul modyfikacyjnych. -To nie pierwszy raz, kiedy mamy bardzo poważne zastrzeżenia wobec Idea Banku. Już wcześniej stwierdziliśmy, że spółka naruszała prawa konsumentów przy sprzedaży obligacji korporacyjnych GetBack – wprowadzała ich w błąd i oferowała im produkty niedostosowane do ich potrzeb, czyli stosowała tzw. misselling. Tym razem zarzuty dotyczyły innych produktów finansowych. Bank przekazywał klientom nieprawdziwe informacje m.in. o ryzyku i zyskach, a także stosował misselling. Oferowanie produktów wysokiego ryzyka osobom, które preferują bezpieczne inwestycje, a także wprowadzanie ich w błąd i zatajanie ważnych informacji jest absolutnie niedopuszczalne – mówi prezes Tomasz Chróstny.
Pierwsza decyzja dotyczy oferowania przez Idea Bank certyfikatów inwestycyjnych emitowanych przez fundusz Lartiq (dawniej Trigon). To produkt wysokiego ryzyka, tymczasem Idea Bank proponował go osobom, którym zależało na bezpieczeństwie swoich oszczędności lub co najwyżej były gotowe zaakceptować tylko niewielkie straty. Byli to głównie dotychczasowi klienci banku korzystający z tradycyjnych lokat, rachunków oszczędnościowych, lokat strukturyzowanych czy ubezpieczeń na życie z funduszem kapitałowym.
Idea Bank wprowadzał ich w błąd co do ryzyka inwestycji. Rozpowszechniał bowiem nieprawdziwe informacje o gwarancjach, które rzekomo miały dawać pewność osiągnięcia zysku. Tymczasem fundusze Trigon Profit NSFIZ zawarły umowy gwarancyjne ze spółką GetBack (obecnie w restrukturyzacji), która miała ogromne kłopoty finansowe. Afera GetBack to jedna z nawiększych afer finansowych z czasów rządów PiS.

Nie było mowy o wyjątkowo ryzykownym charakterze tego produktu, o czym dowiedziałem się dopiero teraz, gdy okazało się, że wartość jednostki to ok. 50 proc. ceny nominalnej, a gwarancje nie są realizowane. Nigdy nie było mowy o możliwości utraty choćby niewielkiej części kapitału – napisał w skardze do Urzędu jeden z naiwnych konsumentów.
Prezes UOKiK nakazał Idea Bank wypłatę rekompensat wszystkim konsumentom, którzy nabyli certyfikaty inwestycyjne emitowane przez Lartiq (dawniej Trigon). Każdy z nich otrzyma 38 tys. zł. Łącznie banki ma wypłacić konsumentom kilkanaście milionów złotych. Idea Bank musi zawiadomić poszkodowanych konsumentów o możliwości wystąpienia o rekompensatę. Ma także zamieścić na swojej stronie internetowej informację o decyzji prezesa UOKiK wraz ze wskazaniem, że nie zamyka ona konsumentom drogi do indywidualnego dochodzenia roszczeń.
W kolejnej decyzji wobec Idea Banku szef UOKiK stwierdził nierzetelne informowanie konsumentów o innym bardzo ryzykownym produkcie finansowym. Chodzi o możliwość przystąpienia do ubezpieczeń na życie z funduszem kapitałowym. Bank w sposób nierzetelny przekazywał konsumentom informacje o ryzyku związanym z taką inwestycją, które polega na możliwości utraty całości lub części pieniędzy, opóźnień w realizacji wykupu, a także nieosiągnięcia zysku. Jak wynika z reklamacji, pracownicy banku mieli zapewniać klientów, że to bezpieczna inwestycja, na której nie można stracić.
Prezes UOKiK nałożył w sumie na Idea Bank ponad 11,5 mln zł (11 511 449 zł) kary. Ponadto spółka musi poinformować o tej decyzji na swojej stronie internetowej.
Do naruszania zbiorowych interesów konsumentów dochodziło też przy oferowaniu przez Idea Bank tzw. lokat strukturyzowanych. W tym przypadku również konsumenci byli wprowadzani w błąd, np. W dokumencie „Warunki Lokaty Strukturyzowanej” wyeksponowane były informacje o możliwości osiągnięcia zysku w postaci odsetek, kosztem jasnych i czytelnych danych o ryzyku – czyli okolicznościach, w których inwestycja może nie przynieść dochodu, a nawet wygenerować straty.
Dokument ten był tak zredagowany, że konsumenci mogli odnieść wrażenie, że zawarte w nim parametry umowy są wiążące – podczas gdy jej ostateczne warunki mogą być inne.
Idea Bank zapewniał też, że „kwota lokaty”, czyli zainwestowane pieniądze bez odsetek, jest objęta ochroną Bankowego Funduszu Gwarancyjnego. W rzeczywistości gwarancje BFG dotyczą jednak wyłącznie „kwoty wykupu”, która może być niższa. Za te nieuczciwe praktyki UOKiK wymierzył Idea Bankowi karę ponad 5,7 mln zł (5 750 545 zł). Bank także musi zamieścić na swojej stronie informację o decyzji.
Ostatnia decyzja dotyczy niedozwolonych postanowień we wzorcach umów kredytów konsumenckich, rachunków oszczędnościowo-rozliczeniowych oraz kart debetowych i kredytowych. Chodzi o wspomniane klauzule modyfikacyjne, w których spółka wymienia przyczyny uprawniające ją do zmiany regulaminu lub tabeli opłat i prowizji. Są wśród nich m.in. zmiana przepisów, wyroki sądów, wprowadzenie przez bank nowych usług czy konieczność poprawek redakcyjnych.
Kwestionowane klauzule modyfikacyjne znalazły się m.in w umowach na czas określony np. o kredyt konsumencki czy kartę kredytową, w których dochodzi do zadłużenia klienta. Zdaniem UOKiK takie umowy powinny cechować się trwałością i co do zasady nie mogą być zmieniane. Wątpliwości UOKiK wzbudziły też klauzule modyfikacyjne w umowach na czas nieokreślony. Są one co prawda dopuszczalne, ale przesłanki do wprowadzania przez Idea Bank zmian zostały sformułowane zbyt ogólnie i pozostawiają spółce dużą swobodę interpretacji.
UOKiK zakazał wykorzystywania zakwestionowanych postanowień umownych we wzorcach umownych. Idea Bank ma obowiązek poinformować o tym wszystkich konsumentów, którzy mają takie klauzule w swoich umowach z bankiem oraz zamieścić oświadczenie o decyzji UOKiK i jej skutkach na stronie internetowej.
Wszystkie te decyzje są nieprawomocne. Idea Bank może się od nich odwołać, co zapewne uczyni.

Niech sczezną artyści?

PiS chce nakładać nowe podatki pod płaszczykiem pomocy dla twórców pokrzywdzonych pandemią.
Chodzi o opłatę nałożoną na smartfony, tablety, komputery i telewizory z tzw. funkcją smart. Opłata ma ratować trzeszczący budżet. Rząd już od paru latu rozważał po cichu jej wprowadzenie. Wiadomo jednak, że uderzy ona w mieszkańców i zwiększy skalę wykluczenia cyfrowego Polaków.
Ten projekt jest dość powszechnie krytykowany. Warto tu zwrócić uwagę na stanowisko Federacji Konsumentów, która z dużym niepokojem przyjęła zapowiedź wprowadzenia nowego podatku od urządzeń elektronicznych (formalnie określanego jako tzw. opłata reprograficzna). Za jego przyjęciem opowiada się natomiast Stowarzyszenie Autorów ZAiKS, nlegające, by wymienione urządzenia objąć tą opłatą.
Opłata reprograficzna miałaby trafiać do organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi (czyli głównie do ZAiKS-u), a za ich pośrednictwem do artystów. Trudno jednak przypuścić, by rząd nie zechciał położyć ręki na jakiejś części tej opłaty. ZAiKS postuluje, by opłata wynosiła nawet 6 proc. i znalazła się w projekcie ustawy o zawodzie artysty zawodowego.
„To oznacza niebotyczne i nieakceptowalne koszty dla polskiego społeczeństwa” – zauważa FK. Federacja, w stanowisku skierowanym do wicepremiera i ministra kultury Piotra Glińskiego, zwraca uwagę na fakt, że obecna sytuacja związana z pandemią pokazała, że nie do końca jako społeczeństwo jesteśmy technicznie przygotowani na włączenie się w system pracy, nauki czy po prostu codziennego funkcjonowania w trybie on-line. Stąd apeluje ona o całościowe przemyślenie systemu tzw. opłat reprograficznych.
– 6 proc. to bardzo duża kwota, zważywszy na to, jaki jest wolumen rynku smartfonów, telewizorów i laptopów. Do organizacji zbiorowego zarządzania miałoby trafić około 1 mld zł rocznie. To oznacza, że te pieniądze zostaną zabrane z naszych domowych budżetów. W sytuacji, w której wszyscy się teraz znaleźliśmy, kiedy jeden laptop w domu okazuje się niewystarczający, te sprzęty stały się dobrem pierwszej potrzeby. To już nie jest jakieś ekskluzywne dobro służące rozrywce, każde gospodarstwo domowe go potrzebuje – i to często więcej niż jednej sztuki. Uważamy, że sięganie do kieszeni Polaków w takiej sytuacji jest mocno niepokojące – podkreśla Kamil Pluskwa-Dąbrowski, prezes Federacji Konsumentów.
Tym bardziej, że w istocie chodzi tu o potrójne opodatkowanie tego samego, a w przekazach medialnych pojawiają się manipulacje, które wprowadzają społeczeństwo w błąd. Nieprawdą jest na przykład, że tylko w Polsce nie została wprowadzona opłata na smartfony i tablety. Na taki ruch nie zdecydowała się np. Łotwa, gdzie po przeprowadzeniu badań dotyczących rzeczywistego poziomu kopiowania dzieł na własny użytek, stwierdzono brak uzasadnienia do wprowadzenia podatku.
W Wielkiej Brytanii oraz Finlandii podobny podatek został zniesiony i zastąpiony alternatywnymi rozwiązaniami, mniej dotkliwymi dla mieszkańców . Również w Hiszpanii zbliżone rozwiązanie zostało już wycofane.
Jak podkreśla FK, proponowana opłata będzie w rzeczywistości oznaczać kolejne opodatkowanie tego, za co już płacą konsumenci. Poza podatkami, z których artyści otrzymują dotacje, odbiorcy samodzielnie wybierają i opłacają przecież platformy streamingowe (np. Tidal, Spotify, Apple Music). Wypłacają one część zysku artystom, a ponadto polski rząd obciążył niedawno platformy VoD (np. Netflix, Ipla, Player) nowym podatkiem w wysokości 1,5 procenta. W niedalekiej przyszłości czeka nas również implementacja przepisów dotyczących podatku cyfrowego, nad którymi pracuje Komisja Europejska i który będzie regulował kwestie dotyczące pozostałych platform.
Sektor internetowy cyfrowy generuje zresztą coraz większe wynagrodzenia dla twórców, a honoraria autorskie w 232 organizacjach zrzeszonych w CISAC-u (Międzynarodowa Konfederacja Związków Autorów i Kompozytorów) osiągnęły rekordową wartość 9,7 miliarda euro. Jean-Michel Jarre, słynny kompozytor i prezes CISAC-u, podkreślił z optymizmem w raporcie z listopada 2019 roku, że „Cyfrowa jest nasza przyszłość”.
Nowe prawo w istocie dotknie przede wszystkim konsumentów. Będzie to prowadzić do wzrostu cyfrowego wykluczenia, zwłaszcza w rodzinach mniej zamożnych. W dodatku to głębokie sięgnięcie do kieszeni Polaków odbywa się w szczególnych warunkach pandemii koronawirusa, gdy konsumenci są w okresie wielkiej niepewności o swoje dochody, na progu największego kryzysu gospodarczego w nowej historii naszego kraju.
A przecież urządzenia elektroniczne są potrzebne do zdalnej pracy, nauki, szukania możliwości zarobkowych. Miliony polskich dzieci potrzebują sprzętu typu laptop lub tablet do zdalnych lekcji. Jedno takie urządzenie, zwłaszcza w rodzinach wielodzietnych, już nie wystarcza w rzeczywistości kształtowanej przez COVID-19.
Federacja Konsumentów zwraca uwagę, że w istocie możliwości finansowego wsparcia artystów już istnieją. Obecnie Polacy płacą organizacjom artystów ponad 30 milionów złotych rocznie tylko z tytułu tzw. czystych nośników, czyli na przykład pendrive’ów czy dysków twardych. Ta danina dotyczy nawet papieru do kserokopiarek.
Co więcej, sam ZAiKS dysponuje obecnie około miliardem złotych wolnych środków, z których w ramach działalności statutowej tej organizacji można i należy uruchomić fundusz wsparcia artystów w czasie pandemii COVID-19. „Zarządzanie tymi środkami jest po prostu nieefektywne” – wskazuje FK. Dodaje również, że raz wprowadzony para-podatek zostanie z nami na zawsze.
Opłata reprograficzna dotyczy rekompensowania konkretnych strat twórców. Co do zasady ma rekompensować twórcom straty, ponoszone z powodu tego, że konsumenci zamiast kupować treści kopiują je i przechowują na użytek własny. Stąd trudno jest zrozumieć, na czym polegają konkretne straty artystów, związane z zakupem i używaniem telefonów, telewizorów, smartfonów, tabletów czy laptopów. Nie są one raczej w obecnych czasach urządzeniami wykorzystywanymi do kopiowanie sztuki.
Tak więc, nie ma logicznego związku pomiędzy zakupem smartfona a szkodą, którą poniesie jakikolwiek artysta. Konsumenci używają laptopów czy smartfonów do zupełnie innych celów. Korzystają głównie z treści pobieranych online z Internetu, komunikacji mailowej czy za pośrednictwem komunikatorów.

-To zastosowanie, o którym mówimy przy opłacie reprograficznej, jest marginalne. Potwierdza to szybki rozwój platform cyfrowych. W dzisiejszych czasach mało kto trzyma pliki muzyczne na swoim telefonie. Środowisko, które proponuje to rozwiązanie, w ogóle nie uwzględnia tych argumentów. Opieramy się na stereotypie i opinii wyrobionej kilkanaście lat temu, kiedy nie mieliśmy powszechnego dostępu do Internetu i kiedy podstawowym narzędziem była MP3. Ale ta sytuacja się już zmieniła, świat się scyfryzował – twierdzi Kamil Pluskwa-Dąbrowski, prezes FK.
Federacja Konsumentów apeluje o sprawiedliwe traktowanie różnych branż oraz środowisk – i pyta, czy inne poza artystami grupy też mogą liczyć na analogiczne rozwiązania?

Rodzime pokłosie głośnej afery

Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów wreszcie ustalił, jaką karę powinien zapłacić Volkswagen w Polsce.

Ponad 120 mln zł – tyle wynosi kara nałożona przez prezesa UOKiK za, nieco już zapomnianą, aferę dieselgate. Sankcja ta została nałożona na Volkswagen Group Polska za wprowadzenie w błąd co do poziomu emisji spalin i sformułowanie wytycznych umożliwiających odrzucenie reklamacji. Jest to najwyższa kara wymierzona w historii UOKiK za naruszenie praw konsumentów. 25 tomów akt, ponad 5 tys. kart z dowodami – tyle materiałów zgromadził Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów w postępowaniu przeciwko Volkswagen Group Polska. UOKiK był kolejnym, prawdopodobnie jednym z ostatnich organów ochrony konsumentów w Europie, który wydał decyzję w tej sprawie.
Nasza świadomość nie rośnie
Volkswagen manipulował wskaźnikami emisji spalin i wprowadzał konsumentów w błąd, twierdząc, że jego pojazdy są przyjazne środowisku. Tak jednak nie było. „Rośnie świadomość ekologiczna Polaków, więc wiele osób mogło celowo wybierać samochody, które miały emitować mniejsze ilości szkodliwych substancji” – stwierdza oficjalne stanowisko Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Tak oczywiście nie jest. W Polsce „wiele osób” nie przykłada kompletnie żadnego znaczenia do ilości szkodliwych substancji emitowanych przez ich pojazdy. Sprowadzamy z Niemiec setki tysięcy wieloletnich kopciuchów, trujących znacznie bardziej niż Volkswageny z oszukańczym oprogramowaniem. Nowych samochodów w zasadzie nikt zaś nie kupuje, z wyjątkiem firm i urzędów, które nie płacą za te zakupy swymi własnymi pieniędzmi (również nie przejmując się emisją szkodliwych substancji). Dlatego też cała afera „dieselgate” przeszła u nas bez żadnego oddźwięku, inaczej niż w państwach zachodnich, gdzie rzeczywiście próbuje się dbać o środowisko.
Ośmioletnie naciąganie
Koncern Volkswagen stosował w samochodach Volkswagen, Audi, Seat i Skoda produkowanych po 2008 r. oprogramowanie do sterowania silnikiem EA 189 EU 5. W warunkach testowych pozwalało ono zaniżać wartość emisji tlenków azotu. To oprogramowanie rozpoznawało, że samochód znajduje się na stanowisku kontrolnym i obniżało emisję tlenków azotu. Podczas normalnej jazdy była ona wyższa. Wartości te znacznie odbiegały od tych deklarowanych konsumentom w materiałach reklamowych i w dokumentach homologacyjnych. Zostali oni więc wprowadzeni w błąd.Co więcej, koncern wystosował wytyczne dla dealerów, zgodnie z którymi mieli oni nie uwzględniać zasadnych reklamacji konsumentów związanych z poziomem emisji tlenków azotu. Do postępowania prowadzonego przez UOKiK włączyła się także Prokuratura Okręgowa w Warszawie (aczkolwiek nie wiadomo z jakim skutkiem). Urząd zakwestionował rozpowszechnianie nieprawdziwych informacji w materiałach reklamowych, które sugerowały, że samochody marek Volkswagen, Seat, Skoda i Audi są ekologiczne oraz spełniają wymogi w zakresie emisji tlenków azotu. Informowanie w świadectwach homologacji oraz w świadectwach zgodności WE o nieprawdziwych parametrach emisji tlenków azotu. Od 2008 do stycznia 2016 r. trwało kierowanie wytycznych do sprzedawców tych samochodów, które sugerowały nieuwzględnianie reklamacji konsumentów, mimo istnienia ewidentnej wady. Wszystkie te działania te trwały od 2008 do 2016 r. Kara dla Volkswagen Group Polska wyniosła ponad 120 mln zł (dokładnie 120 607 288 zł).
Mało ważny rynek
Przy wyliczaniu kary UOKiK wziął pod uwagę to, że naganna praktyka trwała 8 lat, a w trakcie postępowania nie było żadnych propozycji ugodowych ze strony spółki. Zrozumiały jest jednak ten brak reakcji Volkswagena, bo polski rynek jest dla nich praktycznie bez znaczenia. To naszemu rządowi zależy na tym, żeby VW broń Boże nie zamknął swoich montowni w Polsce. Propozycje ugody Volkswagen może więc wysyłać pod adresem władz amerykańskich, gdyż tamtejszy rynek traktuje poważnie (Amerykanom koncern zapłacił już dawno ponad 25 miliardów euro!) – ale przecież nie pod adresem polskich. Tym bardziej, że w Polsce postępowanie przeciw VW wlokło się i wlokło. Szczególnie nieuczciwym przejawem praktyk koncernu było kierowanie nieetycznych rekomendacji, aby dealerzy nie uwzględniali zasadnych reklamacji konsumentów. Tych reklamacji, z racji nielicznego grona nabywców fabrycznie nowych Volkswagenów, było jednak w Polsce niewiele. Nie zmienia to faktu, że nieprawdziwe informacje w materiałach reklamowych koncernu wprowadzały w błąd – odwoływały się do proekologicznej jakoby postawy Volkswagena, gdy w rzeczywistości samochody te nie były przyjazne środowisku. Manipulowanie emisją spalin to zaprzeczenie ekologiczności. Po ujawnieniu w USA całej afery, oszukańcze działania zostały zaniechane. Volkswagen nie rozpowszechnia już wprowadzających w błąd informacji i wytycznych, które zakwestionował UOKiK w swoim postępowaniu. Mimo to skutki tej ostatniej praktyki mogą nadal trwać – niektóre firmy i urzędy w Polsce mogły przecież zrezygnować z dochodzenia roszczeń. Poza karą finansową, prezes UOKiK nakazał poinformowanie o decyzji urzędu wszystkich konsumentów, którzy kupili samochody z grupy VW z silnikiem EA 189 EU 5. Firma powinna również opublikować tę decyzję na swoich stronach internetowych. Rozstrzygnięcie urzędu nie jest prawomocne, ponieważ przysługuje od niego odwołanie do sądu. UOKiK jest kolejnym organem w Europie, który kończy postępowanie w tej sprawie – a ściślej mówiąc, prawdopodobnie wręcz ostatnim. Polskie postępowanie wlokło się bowiem niezwykle ślamazarnie i powolnie.
Śpieszą się powoli
Podobna opieszałość nie jest niczym nowym w działalności UOKiK. Inny przykład to postępowanie w sprawie budowy gazociągu Nord Stream II, które trwa już bardzo długo, zakończy się zapewne parę lat po oddaniu gazociągu do użytku i naturalnie nie będzie mieć żadnego znaczenia dla jego funkcjonowaniu. W UOKiK-u wykonana zostanie więc praca o zerowej wartości, za którą oczywiście urzędnicy urzędu są sowicie wynagradzani, a swoje do niczego niepotrzebne działania wykonują z poczuciem dobrze pełnionych obowiązków.
Co do Volkswagena, to nieco wcześniej niż UOKiK swoje postępowanie zakończył włoski urząd antymonopolowy, również daleki od pośpiechu. U włoskich urzędników, jak wiadomo, robota „pali się w rękach” podobnie jak i u naszych… Włosi byli natomiast mniej hojni w karaniu, bo nałożyli łącznie na Volkswagen AG i Volkswagen Group Italia 5 mln euro kary. UOKiK natomiast, z grubej rury – ponad 120 mln zł. Nie ma to jednak żadnego znaczenia, może poza propagandowym, mającym pokazać, jak to rząd PiS surowo traktuje niecne firmy z Niemiec. Wiadomo przecież, że Volkswagen nie zapłaci tych 120 milionów.

Niezbyt czysty zysk zamiast idei

Idea Bank stosował misselling, czyli oferował obligacje GetBack w sposób niedostosowany do potrzeb klientów – stwierdził Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

Już w sierpniu ubiegłego roku UOKiK wydał pierwszą decyzję, w której stwierdził, że Idea Bank stosował praktyki naruszające zbiorowe interesy konsumentów – wprowadzając ich w błąd przy oferowaniu obligacji spółki GetBack.
Teraz UOKiK potwierdził kolejne zarzuty – wydał kolejną decyzję wobec Idea Banku, stwierdzając stosowanie tzw. missellingu.Idea Bank proponował swoim klientom produkty wysokiego ryzyka, które w żaden sposób nie odpowiadały ich potrzebom. Niedozwoloną praktykę misselingu potwierdził zebrany materiał dowodowy, w tym setki skarg konsumentów. Obligacje korporacyjne były oferowane nawet tym klientom, którzy nigdy nie mieli do czynienia z produktami inwestycyjnymi i nie byli nimi zainteresowani, a swoje oszczędności trzymali na lokatach bankowych. Działanie jest tym bardziej naganne, że poszkodowanymi są również osoby starsze – wyjaśnia Tomasz Chróstny, prezes UOKiK.
Urząd nie ma wątpliwości, że konsumentom nie powinny być oferowane obligacje korporacyjne GetBack przez Idea Bank. Świadczą o tym dowody zebrane podczas prowadzonego postępowania, w tym materiały zdobyte w trakcie kontroli.

Ze strony Idea Bank – który jako bank powinien być postrzegany jako instytucja zaufania publicznego – zabrakło rzetelnego dopasowania oferowanego produktu do potrzeb klienta, w tym indywidualnego profilu ryzyka – podkreśla Tomasz Chróstny. Banki będące podmiotami profesjonalnymi ponoszą szczególną odpowiedzialność za konsumentów, których środki finansowe stanowią fundament ich istnienia – działalność ta wymaga zachowania absolutnie najwyższych standardów etycznych – dodaje.
Dla przykładu konsumentka skarżyła się, że doradca zaproponował jej przeniesienie środków finansowych z lokaty, bez utraty odsetek, na inną korzystną formę lokowania kapitału, z wyższym oprocentowaniem. Nie była zainteresowana ryzykownymi ruchami i zaoszczędzone środki miały być wsparciem jej budżetu w czasie emerytury. W momencie zakupu miała 61 lat i nie chciała ryzykować. Podkreślała w rozmowie z doradcą, że nie jest biznesmenem lecz pracownikiem na etacie u kresu kariery zawodowej i nie będzie mogła odrobić tej kwoty, gdyby istniało jakieś niebezpieczeństwo utraty środków. Doradca jednak zapewniał, że takie niebezpieczeństwo nie istnieje.
UOKiK ustalił, że bank powinien znać i brać pod uwagę preferencje inwestycyjne klientów, którym oferował obligacje, np. w oparciu o posiadaną wcześniej historię uruchomionych w banku produktów lub w oparciu o informacje przekazywane przez konsumentów.
Niestety zamiast przedstawiać ofertę odpowiadającą potrzebom tych klientów, wykorzystywał ich niewiedzę do sprzedaży ryzykownego produktu inwestycyjnego, jakim są obligacje korporacyjne.
Wydana decyzja nakłada na Idea Bank obowiązek wypłaty rekompensat tym konsumentom, którzy nabyli obligacje Getback za pośrednictwem banku. Model przyjęty przez UOKiK zakłada, że każdy obligatariusz który złoży stosowny wniosek, otrzyma rekompensatę w wysokości 20 proc. zainwestowanych środków, liczoną dla kwoty do 50 tys. zł. Za tyle – co do zasady – konsumenci musieli nabyć obligacje GetBack w ramach jednej emisji, aby wziąć w niej udział. W sytuacji takiej rekompensata należna konsumentowi wobec zastosowanego przez bank misselingu wyniesie 10 tys. zł.
Decyzja ta zmierza przynajmniej do częściowego wyrównania szkody jaką ponieśli obligatariusze. Jest też ona krokiem ułatwiającym konsumentom dochodzenie roszczeń na drodze cywilnej – i żądania wypłaty wszystkich zainwestowanych środków. O tym rozstrzygnięciu UOKiK bank musi poinformować na swojej stronie internetowej, zaś każdy poszkodowany musi otrzymać informację listownie. Nakazano wypłatę rekompensaty w terminie 1 miesiąca od otrzymania od konsumenta wniosku. Decyzja nie jest prawomocna, Idea Bank może się odwołać do sądu.

Czy euro podnosi ceny?

W krajach przechodzących na euro zastosowano szereg środków mających zapewniać rzetelne przeliczenia z waluty narodowej.

Wszystkie 19 krajów, które już wprowadziły euro, skutecznie zastosowało instrumenty chroniące konsumentów przed praktyką ukrytych podwyżek.
Wprowadzając nową walutę przelicza się ceny krajowe na euro według ustalonego kursu z dokładnością do sześciu cyfr. Powstaje obawa, że przedsiębiorstwa i handlowcy mogą zawyżać ceny. Konsumenci nie są w stanie przeliczać starych cen na nowe według sześciocyfrowego przelicznika i handlowcy mogliby to wykorzystać. Aby zapobiec takim praktykom w krajach przechodzących na euro zastosowano cały arsenał środków gwarantujących rzetelność przeliczeń.
We wszystkich państwach wprowadzono obowiązek publikowania starej ceny oraz jej przeliczenia na euro według obowiązującego przelicznika. Każdy mógł sobie porównać, czy nowa cena w euro odpowiada cenie wynikającej z oficjalnego przelicznika. Sklepy były zobowiązane podawać takie informacje co najmniej przez pół roku od przejścia na euro. W Słowenii każde gospodarstwo domowe otrzymało kalkulatorek, który przeliczał ceny. Urzędy statystyczne zwiększyły częstotliwość i zakres badania cen przed i po przejściu na euro. Do monitorowania cen zmobilizowały się również ruchy obywatelskie: rozmaite stowarzyszenia konsumenckie, zrzeszenia emerytów, organizacje młodzieżowe.
Doniesienia o zmianach cen były sprawdzane i jeśli się potwierdziły, a nie były uzasadnione, to sprzedawca trafiał na publiczną czarną listę. Na Słowacji przyjęto ustawę, która umożliwiała administracyjną kontrolę cen, choć minister finansów zastrzegał, że będzie to broń ostateczna, której władze wolałyby nie używać. Metody chroniące konsumentów przed ukrytymi podwyżkami cen okazały się w pełni skuteczne, na co wskazuje doświadczenie krajów, które przyjęły euro.
Wśród pierwszych 12 państw, które wprowadziły euro od 1 stycznia 2002 roku, w 10 z nich tempo wzrostu cen spadło, a jedynie w Grecji i Francji było nieco szybsze niż w roku 2001. Okazało się też, że najtrudniej kontrolować ceny w restauracjach i kawiarniach. W sumie według badań Eurostatu wpływ wprowadzenia euro na tempo wzrostu cen wyniósł ok. 0,3 punktu procentowego. Niektóre sklepy w celu przyciągnięcia klientów przekonywały, że nowe ceny są niższe, niż by to wynikało z mechanicznego przeliczenia.
W niektórych krajach sieci sklepowe podpisały publiczne zobowiązania, że będą uczciwie przeliczać ceny. W wielu krajach zaobserwowano zaś rozbieżność między danymi statystycznymi dotyczącymi wzrostu cen a percepcją konsumentów, według których ceny po przejściu na euro znacznie wzrosły. W innych latach takich rozbieżności między statystyką a odczuciami konsumentów nie odnotowano.
Na przykład we Włoszech po pierwszym roku używania euro (2002) Eurostat podał, że przeciętny wzrost cen wszystkich wyrobów konsumpcyjnych wyniósł 2,5 proc., czyli był wolniejszy niż w ostatnim roku funkcjonowania lira (2001), kiedy inflacja wyniosła 2,8 proc. Przeciętny Włoch nie chciał w to wierzyć, bo z jego codziennego doświadczenia wynikało, że ceny wzrosły dużo bardziej. Koronnym dowodem była podwyżka cen filiżanki cappuccino, która przed zmianą waluty kosztowała 1500 lirów (czyli 0,77 euro), a po zmianie 1 euro, czyli o 30 proc. więcej. Czy jest możliwe, żeby i Eurostat i przeciętny Włoch mieli rację? Psychologowie i ekonomiści zwrócili uwagę na pewne zjawisko – otóż Włosi wypijają po dwie lub więcej filiżanek cappuccino dziennie, ale nie prowadzą rachunków wskazujących, że ma to dla ich domowego budżetu marginalne znaczenie. Drobny wydatek o dużej częstotliwości zaważył na percepcji wpływu euro na inflację. Psychologowie nazwali to „efektem cappuccino”.

Chodź, pomaluj mój kod

Czy pięciokolorowa plakietka zmieni nasze nawyki żywieniowe i skłoni producentów do tego, by zaczęli unikać stosowania szkodliwych składników?

Niektóre europejskie organizacje konsumenckie łączą siły, by wspólnie domagać się jednolitego oznakowania żywności w całej Unii Europejskiej.
W związku z tym wystosowały petycję, mającą sprawić, by Komisja Europejska uznała francuskie oznakowanie Nutriscore za obowiązkowe na terenie UE.

Siedem za wszystkich

Organizacje konsumenckie apelują do mieszkańców państw unijnych:
„Chcemy jasnego, jednolitego oznakowania żywności w całej Europie. Poprzyj wspólną inicjatywę organizacji konsumenckich. Jeśli chcesz w łatwy i jasny sposób wiedzieć, co jesz, chronić swoje zdrowie i zachęcić przemysł spożywczy do ulepszenia składu swoich produktów, poproś Komisję Europejską o uczynienie Nutriscore obowiązkowym. Przyłącz się i udziel tu poparcia: www.pronutriscore.org. Aby Komisja Europejska zajęła się tym tematem, potrzeba miliona podpisów!”.
Do apelu dołączyła i polska Federacja Konsumentów. Na razie jednak daleko do europejskiej jednomyślności, gdyż petycję popiera raptem siedem organizacji konsumenckich, czyli wyraźna mniejszość – oprócz naszej, oczywiście francuska i belgijska, a także niemiecka, holenderska, hiszpańska oraz grecka.
Poza tym, nie wszystkie z tych organizacji można uznać za wyłączne reprezentantki konsumentów we własnych państwach.

Gra w kolory

Nutriscore to uproszczony, graficzny system oznaczania wartości odżywczej artykułów spożywczych. Ma on wygląd kolorowej etykiety, która przedstawia wartość odżywczą produktów w postaci pięciu barw. Barwom towarzyszą litery.
Skala Nutriscore podaje ocenę produktu spożywczego od ciemnozielonego koloru A (najlepsza) do czerwonego E (najgorsza). Wynik zależy od rodzaju występujących w niej składników.
Takie oznakowanie ma dostarczyć konsumentom prostej, zrozumiałej informacji, która zostanie wykorzystana przez nich w trakcie dokonywania zakupów.
Teoretycznie wygląda to tak, że każdy produkt otrzymuje ocenę wartości odżywczej, opracowaną przez ekspertów. Uwzględniane w ocenie są składniki odżywcze, których należy unikać (np. różne cukry i sole, nasycone kwasy tłuszczowe) oraz składniki korzystnie wpływające na zdrowie (np. błonnik, witaminy, białko).
Jeśli przeważają składniki korzystne dla ludzkiego organizmu, w pięciobarwnym kodzie jest więcej zieleni i jej odcieni. Jeśli więcej jest składników szkodliwych – przeważa czerwień i barwy czerwonopodobne.
Można więc od razu zobaczyć, które produkty warto jeść, a których należy unikać.

Dla tych, co nie czytają

Wszystko to jest oczywiście dość umowne. Na rynku są dziesiątki tysięcy różnych artykułów spożywczych i wiadomo, że ich skład nie jest badany przez żadne laboratoria niezależnych ekspertów.
Eksperci ci po prostu czytają (miejmy nadzieję, że wnikliwie) zestawienie składników umieszczone na opakowaniu danego produktu – i na tej podstawie wystawiają ocenę (miejmy nadzieję, że uzasadnioną i bezstronną), korzystając z kolorów, które umieszczają w pięciu okienkach kodu. Robią więc to samo, co każdy nieco bardziej rozgarnięty konsument, który jest w stanie na etykiecie przeczytać ze zrozumieniem skład jakiegoś artykułu spożywczego i zdecydować, czy jego zjedzenie będzie dobre dla zdrowia, czy nie.
Ponieważ jednak tych nierozgarniętych konsumentów, którzy nie mają ochoty niczego czytać i rozumieć, jest znacznie więcej, więc dla nich dobrą informacją będzie właśnie kolorowy kod, bazujący na prostych skojarzeniach: skoro przeważa czerwień – nie jedz, bo może być niezdrowe. Gdy jest więcej zieleni – możesz jeść śmiało.

Ma zalety i wady

Z różnych badań wynika podobno, że aż 82 proc. konsumentów europejskich nie rozumie gąszczu informacji na opakowaniach. Dotyczy to zapewne i Polski, gdzie wprawdzie etykiety wszystkich sprzedawanych produktów spożywczych zawierają informacje o wartości odżywczej i składzie produktu, ale są one napisane drobnym drukiem i w sposób niejasny dla dużej części tych, którzy zechcą się z nimi zapoznać.
Organizacje konsumenckie, popierające petycję w sprawie obowiązkowego stosowania wspomnianego kodu, chcą zatem doprowadzić do tego, że odczytywanie i rozumienie informacji dotyczących wartości odżywczej stanie się łatwiejsze. Dzięki temu na pierwszy rzut oka będzie można ocenić zalety i wady różnorodnego asortymentu produktów spożywczych.
Zależy im też na wprowadzeniu jednego oficjalnego systemu etykietowania – co pozwoliłoby uniknąć nieporozumień, na jakie narażeni są konsumenci europejscy ze względu na duże zróżnicowanie stosowanych systemów informacyjnych.
Organizacje konsumenckie utrzymują, że wprowadzenie oznakowania Nutriscore na produktach spożywczych może zagwarantować, iż konsumenci będą otrzymywali wysokiej jakości dane o ich wartości odżywczej. Pozwoli to lepiej zadbać o zdrowie i unikać chorób związanych ze spożywaniem wysoko przetworzonej żywności.
Bardzo trudno bowiem samemu zidentyfikować zdrowy produkt spożywczy na półkach, wypełnionych różnorodnymi artykułami w podobnym asortymencie. Nutriscore upraszcza zaś czytanie i rozumienie informacji o wartości odżywczej żywności.
Wielką wadą tego kodu jest jednak to, że nie uwzględnia on sztucznych dodatków do żywności (słodzików, barwników, konserwantów), uważanych za najbardziej szkodliwe składniki artykułów spożywczych. Wąska jest też skala kodu – jedynie pięć możliwości. No i sprawa ostatnia, ale nie najmniej ważna – co mają zrobić daltoniści?

Dobrowolny ale zalecany

Obecnie Nutriscore jest oficjalnym, ale dobrowolnym kodem wybranym przez parę państw unijnych (Francja, Belgia, Hiszpania). Tam można go więc dostrzec częściej niż w innych państwach UE.
Nie jest to oczywiście jedyny system znakowania żywności stosowany w Unii Europejskiej. Własne kody mają Wielka Brytania, kraje skandynawskie czy Holandia.
W 2016 r przeprowadzono w 60 supermarketach badanie porównawcze skuteczności kilku kodów znakowania żywności, które objęło w sumie ok. 300 tys. osób. Badanie wykazało, iż Nutriscore jest kodem najlepiej rozpoznawalnym i najbardziej wpływającym na wybory żywieniowe konsumentów. Osiągnął on najlepszy wynik w rzeczywistych warunkach zakupowych.
Pewną słabością tego badania jest to, że przeprowadzono je wyłącznie we Francji – a chodzi przecież o kod francuski, siłą rzeczy popierany przez francuskich klientów. Pojawiają się też opinie, że znaczenie systemów informacji żywieniowej w podejmowaniu wyborów przez konsumenta nie zostało należycie wykazane.
Tym niemniej Nutriscore został zalecony do stosowania na zasadzie dobrowolności przez Komisję Europejską oraz Światową Organizację Zdrowia.

Lepiej po dobroci

Siedem organizacji konsumenckich w krajach unijnych chce, by stosowanie tego kodu było obowiązkowe na obszarze całej UE. Ich zdaniem, dzięki temu konsumenci byliby bardziej świadomi dokonywanych przez siebie wyborów żywieniowych. To tylko drobna część unijnych organizacji konsumenckich, które jak widać, nie są zwolennikami stosowania tu przymusu. I mają rację.
Wszystko wskazuje bowiem na to, że dotychczasowa dobrowolność jest znacznie lepszym rozwiązaniem. Gdyby Nutriscore był obowiązkowy, znacznie zwiększyłyby się bowiem naciski korupcyjne koncernów spożywczych na ekspertów, zmierzające do tego, aby umieszczali oni jak najwięcej zieleni w pięciu okienkach kodu.
Generalnie, firmy spożywcze oczywiście nie są zwolennikami tego, ani jakiegokolwiek innego kodu oddającego skład ich produktów. Przybywa jednak stopniowo firm, które zobowiązują się do stosowania Nutriscore na wszystkich produktach swoich marek.
Przy dobrowolności korzystania z kodu korupcja też oczywiście jest możliwa – ale istnieją nieco większe szanse, że koncerny, chcąc się dobrze wyróżnić na tle konkurencji, będą stosowały uczciwe metody przedstawiania składu swoich wyrobów.
Organizacjom konsumenckim warto jednak zalecić, aby od czasu do czasu sprawdzały w swych laboratoriach, czy pięciokolorowy kod dobrowolnie stosowany przez jakiś koncern spożywczy na jego wyrobach, rzeczywiście odpowiada ich składowi i wartości odżywczej. Takie działania będą dużo ważniejsze niż zabieganie o przymus używania kodu Nutriscore.

Nie warto od nich pożyczać

Ci, co potrzebują pieniędzy, ale nie mają bankowej zdolności kredytowej, narażeni są na ataki oszustów.

Problem polega na tym, że Polacy muszą pożyczać pieniądze na różne cele, a banki niechętnie udzielają pożyczek.
Dzięki temu świetnie prosperują firmy pożyczkowe, które niejednokrotnie naciągają swoich klientów, lub nie są w ogóle żadnymi firmami pożyczkowymi lecz zwykłymi oszustami.

Mrówka znikająca

Federacja Konsumentów otrzymała sygnały z rynku o nieuczciwej firmie oferującej pożyczki osobom w trudnej sytuacji finansowej – jak oznajmia na swojej stronie Kredyt Mrówka (www.mrowkakredyt.com) – na spłatę długów i komornika.
A więc firma ta chce wychodzić naprzeciw osobom w naprawdę skrajnie trudnej sytuacji. I nic nie sprawdza, bo oferta z założenia skierowana jest do konsumentów, którzy nie dostaną kredytu w banku, bo nie mają zdolności kredytowej, są już w rejestrze dłużników, mają kiepską historię ze spłatami innych kredytów itp.
Tak więc wystarczy wypełnić wniosek on-line, by otrzymać kredyt nawet do 50 tysięcy złotych, który można spłacać 12 lat!
Zacytujmy za Kredyt Mrówką:
Kto może dostać kredyt bez BIKu? „Kredyt bez BIKu otrzymać mogą osoby, które są zadłużone i figurują w rejestrze dłużników. Mogą one liczyć na ofertę finansową ze strony instytucji finansowych, które oferują pożyczki pozabankowe. W ten sposób nagła potrzeba pozyskania gotówki bez pośrednictwa banku jest możliwa, jednak trzeba się liczyć z wyższymi kosztami takiej usługi”.
A jakie to są te wyższe koszty takiej usługi? Znowu cytat, tym razem z umowy kredytu ratalnego opisanej firmy: „Warunkiem koniecznym umowy jest Wykupienie Polisy Ubezpieczeniowej w wysokości 145,00 zł”.
I w zasadzie to by było wszystko, bo po wpłaceniu tej kwoty „ubezpieczenia” kontakt z firmą urywa się. Konsumenci nie otrzymują zaś żadnej pożyczki.
Trzeba przyznać, że kwota jest relatywnie śmiesznie niska w przypadku ubezpieczenia 30 czy 50 tys zł pożyczanych przez osobę ekstremalnie zadłużoną lub już z komornikiem w domu. Ale z drugiej strony naciągnięte zostały osoby, które mają problemy finansowe i dla nich ta kwota może być duża!
Ponieważ oprócz Federacji Konsumentów, zgłoszenie podejrzenia wyłudzenia przez firmę Kredyt Mrówka otrzymały również inne instytucje, można mieć nadzieję, że – podobnie jak w przeszłości w przypadku innych firm-pośredników finansowych grasujących na rynku i naciągających konsumentów – wszczęte zostanie postępowanie wyjaśniające, by chronić ludzi w przyszłości.

Nie udzielają i nie oddają

Co pozostaje tym, którzy dziś szukają pożyczki? Trzeba powtarzać jak mantrę – muszą przeczytać umowę. Ponadto, należy ostrożnie podchodzić do firm, które żądają opłat przed zawarciem umowy.
W przeszłości Federacja Konsumentów miała wiele skarg na firmy, które pobierały opłaty przygotowawcze, potem z różnych powodów oceniały, że konsument nie ma zdolności kredytowej lub żądały kolejnych zabezpieczeń, pożyczek nie udzielały – ale wstępnych, często wysokich, opłat oczywiście nie zwracały.
Warto również sprawdzić, czy dana firma jest wpisana do rejestru pośredników kredytowych, co w przypadku podmiotów prowadzących działalność w zakresie pośrednictwa kredytu konsumenckiego jest wymagane prawem. Rejestr znaleźć można na stronie Komisji Nadzoru Finansowego.
Niedawno Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów wydał ostrzeżenie przed firmą GELDOR Artur Karwot z Rybnika, alarmując, że jej działalność może narazić wiele osób na znaczne straty finansowe.
Przedsiębiorca ów stworzył co najmniej 81 serwisów internetowych, w których zachęca do brania pożyczek. Są to m.in.: as-chwilowka.pl, bezbiku.pro, rozsadnapozyczka.pl, kredyt-na-pesel.pl, wybierzpieniadze.pl, gotowka.online, tysiaczek.pl (pełna lista w tabelce pod komunikatem).
Na stronach jest suwak, który umożliwia wybór parametrów pożyczki i podaje jej przykładowe warunki. Znajdują się na nich również takie hasła jak: „Potrzebujesz szybko gotówki? Wybierz sobie niebiańską Pożyczkę!”, „Pożyczki online od zaraz”. Firma zamieszcza także rzekome komentarze internautów z podziękowaniami.
Nazwy serwisów, ich wygląd i przekaz marketingowy wywołują wrażenie, że przedsiębiorca udziela kredytów. Tak jednak nie jest. Jego działalność polega na zbieraniu danych osobowych. Udostępnia je potem na stronie, do której mają dostęp potencjalni pożyczkodawcy. Firma GELDOR pobiera od konsumentów opłaty w formie SMS Premium, np. za aktywację wniosku o udzielenie pożyczki czy sprawdzenie jego statusu. W zależności od serwisu może to być do 30,75 zł.

Za duże ryzyko

– Konsumenci nie wysyłaliby płatnych SMS-ów, gdyby przedsiębiorca rzetelnie ich poinformował, że nie jest pożyczkodawcą ani pośrednikiem kredytowym i nie będzie rozpatrywać ich wniosków. Naszym zdaniem firma wprowadziła ich w błąd i naraziła na straty. Dlatego zdecydowaliśmy się na wydanie ostrzeżenia – mówi Marek Niechciał, prezes UOKiK. Urząd wydaje takie ostrzeżenie gdy uzna, że firma stosuje nielegalną praktykę, która może narazić wiele osób na znaczne straty finansowe lub niekorzystne skutki. Ostrzeżenia są zamieszczane na stronie internetowej urzędu.
Dwie inne firmy kusiły klientów obietnicami: „Pierwsza pożyczka do 2000 zł za darmo”, „nawet w 15 minut” – zapowiadały Net Credit i Incredit, ale żadna z tych obietnic nie była w pełni prawdziwa. Obie firmy podawały też w reklamach zaniżoną wysokość rzeczywistej rocznej stopy oprocentowania, a Incredit dodatkowo źle naliczał odsetki.
UOKiK nałożył na te dwie firmy w sumie ponad 1,65 mln zł kar.
„Darmowa” pożyczka. Net Credit i Incredit zapewniały w reklamach, że nowi klienci dostaną pierwszą pożyczkę do 2000 zł na 30 lub 61 dni „za darmo”. Natomiast w umowach stawiały jednak warunek – terminową spłatę. Jeśli klient się spóźnił, płacił prowizję, czasem także odsetki – np. w Net Credit było to 500 zł przy 2000 zł pożyczki.
W przypadku niedotrzymania terminu spłaty pożyczki rzeczywiście darmowej, klient byłby zobowiązany do zapłaty odsetek za każdy dzień opóźnienia. Natomiast w przypadku tych firm musiał dodatkowo zapłacić warunkowo zawieszone wynagrodzenie pożyczkodawcy.
Opóźnienie w spłacie pożyczki promocyjnej wiązało się zatem z większym kosztem, niż sugerowała to reklama. Mogło to wprowadzać konsumentów w błąd co do ryzyka wiążącego się z zaciągnięciem tej pożyczki. Niestety, w Polsce pożyczanie pieniędzy od jakichkolwiek firm to w ogóle bardzo duże ryzyko.

U nas mogą być gorsze

Zachodni producenci rzeczywiście sprzedają w Polsce wyroby, mające niższą jakość niż identyczne, sprzedawane u nich. NIK uważa, że trzeba im na to pozwolić.

Polacy od zawsze uważają, że szereg artykułów – zwłaszcza spożywczych i służących utrzymaniu czystości – dostarczanych na nasz rynek przez zachodnie firmy ma gorszą jakość, niż te same artykuły obecne na rodzimych rynkach tychże firm.
Przedstawiciele zachodnich firm od zawsze odpowiadają zaś, że nic podobnego, jakość zawsze jest na wszystkich rynkach identyczna, co najwyżej skład niektórych produktów może się minimalnie różnić, ze względu na nieco odmienne upodobania grup konsumentów w różnych krajach.
To oczywiście lipa, bo wiadomo, że nikt przecież nie bada, jaki skład takiego czy innego produktu bardziej odpowiada Polakom, a jaki np. Niemcom czy Francuzom.
Wiadomo też, że jeśli chodzi o proszki i płyny do prania czy zmywania, to rzeczywiście, te proszki, które firmy zachodnie sprzedają w Polsce, są gorsze od identycznie nazywanych i opisywanych proszków, sprzedawanych na zachodzie.
W tym przypadku nasza powszechna opinia okazała się słuszna, choć przedstawiciele zachodnich firm produkujących chemię domowa nadal utrzymują, że tak nie jest. Oczywiste jednak, że „chemia domowa z Niemiec” jest lepsza niż ta sama chemia domowa, wytwarzana przez niemieckie firmy w Polsce lub eksportowana na nasz rynek. Inna sprawa, czy różnica w jakości rzeczywiście jest tak znacząca, że warto za nią przepłacać.

Jaki olej woli Polak?

Pojawiają się też pierwsze twarde dowody na to, że niektóre zachodnie artykuły spożywcze sprzedawane w Polsce są bardziej dziadowskie, niż zachodnie artykuły spożywcze sprzedawane na zachodzie.
W ciągu dwóch ostatnich lat nasza Inspekcja Handlowa porównała jakość produktów oferowanych konsumentom z Polski i Europy Zachodniej. Sprawdzono jakość 101 par identycznych produktów. Istotne różnice dotyczyły 12 produktów. Te co trafiały do nas, były oczywiście gorsze.
Inspekcja Handlowa enigmatycznie stwierdza: „Częściej niższą jakość wykazywały produkty przeznaczone na polski rynek”.
I tak na przykład, według wyników badań przeprowadzonych przez Inspekcję Handlową, niemieckie chipsy paprykowe Crunchips sprzedawane w Polsce były smażone na oleju palmowym, zawierały glutaminian monosodowy oraz miały wyższą zawartość tłuszczu.
Tymczasem niemieckie chipsy Crunchips sprzedawane w Niemczech smażone były na oleju słonecznikowym, bez wzmacniacza smaku.
Jedna z czekolad z orzechami firmy Milka kupiona w polskim sklepie miała mniej orzechów niż ta sama Milka z rynku niemieckiego, a herbatniki w Polsce miały nieco większe opakowanie, ale za to zawierały o 25 g produktu mniej niż w Niemczech.
Kawa Nescafe Classic jest zaś mocniejsze w Niemczech niż w Polsce.
Wiadomo, że w tych i dziesiątkach innych przypadków nikt przecież nie badał upodobań polskich konsumentów i nie sprawdzał, czy bardziej wolą oni czipsy na oleju palmowym od czipsów na oleju słonecznikowym. Ani czy rzeczywiście bardziej im smakuje czekolada orzechowa z małą liczbą orzechów albo kawa słabsza od mocniejszej.

Wszystko nam można wcisnąć

Chodzi wyłącznie o to, że kierownictwa dużych zachodnich firm są przekonane, że w Polsce bez problemów można sprzedawać gorsze produkty za taką samą bądź wyższą cenę niż u siebie, bo polscy klienci nie są zbyt wybredni, ani nie zauważą różnicy. I przez długi czas mieli oni rację.
Ostatnie lata przyniosły jednak wzmożone wyjazdy Polaków za granicę, pojawiły się znacznie szersze możliwości porównywania róznych wyrobów u nas i u nich – i okazało się, że coraz częściej wydaje nam się, iż dostrzegamy różnice. A teraz, wiadomo już, że te różnice rzeczywiście istnieją.
I niczego tu nie zmienia fakt, że w dwóch z 12 identycznych produktów, różniących się jakością, lepsze były te przeznaczone na polski rynek. Czekolada Milka Oreo produkowana dla polskiego konsumenta zawierała mniej zamiennika tłuszczu kakaowego i miała lepszą jakość od tej samej czekolady sprzedawanej w Niemczech; natomiast napój Capri Sun Orange oferowany w Polsce miał w sobie 20 proc. soku pomarańczowego, podczas gdy ten sam napój ze sklepu w Niemczech, tylko 7 proc. soku pomarańczowego.
Z badania przeprowadzonego przez Inspekcję Handlową wynika także, że 22 produkty były droższe w Polsce niż w Niemczech – choć to Niemcy zarabiają lepiej od Polaków.
Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, nie chcąc zadrażnień z wielkimi niemieckimi firmami zastrzega, że próba badania jest jednak zbyt mała, żeby odnosić ją do całego rynku – i na tej podstawie stwiedzać, że ich produkty sprzedawane u nas są gorsze od ich produktów sprzedawanych u nich.
UOKiK zapowiada, że wyniki testów porównawczych przperowadzonych przez Inspekcję Handlową przekaże do Komisji Europejskiej, która od pewnego czasu zajmuje się problemem podwójnej jakośći żywności na rynkach Unii Europejskiej. UOKiK, delikatnie mówiąc, nie wykazuje tu specjalnego pośpiechu, bo testy zostały zakończone już kilka miesiecy temu i było aż nadto czasu, by je przesłać komu trzeba.
Już wcześniej niż w Polsce, podobne testy porównawcze produktów zostały przeprowadzone także w innych państwach członkowskich z Europy Środkowo – Wschodniej, czyli w Chorwacji, Czechach, Słowacji i na Węgrzech. Także stwierdzono w nich, że istnieje zjawisko podwójnej jakości.

Róbta tak dalej

Komisja Europejska, w której pierwsze skrzypce grają bogate, zamożne państwa zachodnie, ma pewien problem. Wiadomo przecież, że nie skrytykuje zachodnioeuropejskich producentów, a z drugiej, nie może całkiem zignorować jednoznacznych badań przeprowadzonych na wschodzie.
KE twierdzi zatem, że swobodny przepływ towarów nie oznacza koniecznie, że wszystkie produkty muszą być identyczne. Przedsiębiorcy mogą sprzedawać towary o różnym składzie lub właściwościach, pod warunkiem że w pełni przestrzegają ustawodawstwo UE.
Zdaniem Komisji, nawet produkty sprzedawane pod tą samą marką mogą mieć różne cechy uzasadnione czynnikami, takimi jak miejsce wytworzenia lub preferencje klientów. Jednak, z drugiej strony, to, co według KE może niepokoić, to wprowadzanie do obrotu towarów pod tą samą marką, ale z różnym składem, w sposób, który może wprowadzać konsumenta w błąd.
Komisja Europejska zastrzega więc, że w Unii, w której wszyscy są równi, nie może być konsumentów drugiej kategorii. W sukurs Komisji idzie nasza Najwyższa Izba Kontroli, która, broniąc zachodnich producentów, wskazuje, że organy kontroli nie mogą zakazać oferowania wyrobów, które spełniają wszystkie wymagania, tylko dlatego, że w Polsce mają one inny poziom jakości, np. inną zawartość tłuszczu, czy inną substancję słodzącą.

Siłowicy zwierają szeregi

Wiele wskazuje na to, że na polskim rynku siłowni i klubów fitness zawiązano sprzeczną z prawem zmowę.

 

Rośnie liczba Polaków korzystających z klubów fitness. W 2017 r. było to prawie 3 miliony osób.
Nie zawsze kupują wejściówki, czy karnety bezpośrednio w klubie, lecz korzystają również z pakietów sportowo-rekreacyjnych. Są one często oferowane pracownikom przez pracodawców jako świadczenie motywacyjne.
Pracodawca zawiera wówczas umowę z operatorem pakietów, który pełni rolę pośrednika między pracodawcą i jego pracownikami a klubem fitness.

 

Podejrzana szesnastka

Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów podejrzewa, że największe sieci fitness w Polsce oraz operator pakietów, firma Multisport, mogły stworzyć nielegalny kartel, który podzielił rynek i utrudniał działalność innym firmom. Dlatego UOKiK wszczął postępowanie przeciwko 16 wiodącym przedsiębiorcom z rynku fitness, w tym przeciw klubom z sieci Calypso, Fabryka Formy, Zdrofit, Fitness Platinium, Fitness Academy. Menadżerom zaangażowanym w ewentualne naruszenie prawa ochrony konsumentów grożą kary do 2 mln zł.
W 2017 r. UOKiK, w asyście policji przeprowadził przeszukania w siedzibach sieci fitness oraz w biurach Benefit Systems, największego w Polsce operatora pakietów sportowo-rekreacyjnych (oferuje m.in. kartę Multisport).
– Zebraliśmy wówczas dowody, które wskazują, że szesnastu przedsiębiorców mogło zawrzeć porozumienia ograniczające konkurencję. Kluby fitness mogły m.in. podzielić między sobą rynek, w ten sposób, że wspólnie ustaliły, w których rejonach Polski będą działały – mówi prezes UOKiK Marek Niechciał.

 

Wszyscy dla jednego

Z punktu widzenia konsumenta podział rynku mógł oznaczać, że np. w Gdańsku nie były otwierane kluby Fabryki Formy, a w Poznaniu kluby Calypso.
W konsekwencji, klienci mogli znajdować się w gorszej sytuacji, niż gdyby rynku nie podzielono, bo mieli mniejszą możliwość wyboru oraz groził im dyktat cenowy.
UOKiK podejrzewa również, że uczestnicy zmowy ustalili, że uczestniczące w zmowie kluby nie będą współpracowały z rywalami przedsiębiorstwa Benefit Systems, np. z OK System, które oferuje na rynku pakiety konkurencyjne wobec kart Multisport.
Takie działania mogły sprzyjać ochronie silnej pozycji Benefit Systems na rynku pakietów sportowo-rekreacyjnych. Stawiały też w gorszej sytuacji pracodawców, szukających alternatywy dla usług Benefit Systems. Najważniejsze zaś, że pozbawiały konsumentów używających pakietów innych niż Multisport, łatwego dostępu do lubianych przez siebie klubów.
Urząd wskazuje, że jego podejrzenia mają mocne podstawy, ale jeszcze daleko do wydania decyzji o finansowym ukaraniu kogokolwiek – i nie wiadomo, kiedy mogłoby to ewentualnie nastąpić.

 

Może zaczniecie donosić?

Na razie UOKiK podkreśla, że zdobyte dowody (choć nie ujawnia, jakie) mogą świadczyć o udziale w zmowie sześciu konkretnych, zidentyfikowanych menadżerów firm.
– Dlatego po raz pierwszy zdecydowaliśmy się na prowadzenie postępowania także przeciwko osobom fizycznym. Grozi im kara do 2 mln zł. Z kolei maksymalna sankcja, którą możemy nałożyć na spółkę to 10 proc. jej obrotu. Przedsiębiorcy i osoby zarządzające firmami mogą uniknąć wysokich sankcji ubiegając się o status „świadka koronnego” UOKiK w ramach programu łagodzenia kar. Z programu można skorzystać pod warunkiem współpracy z UOKiK oraz dostarczenia dowodów lub informacji dotyczących istnienia zmowy. Urząd prowadzi również program pozyskiwania informacji od osób anonimowych, między innymi od byłych i obecnych pracowników firm naruszających prawo – dodaje prezes Marek Niechciał.
Na razie nic jednak nie wskazuje na to, by ktoś z pracowników sieci klubów fitness podejrzewanych o zmowę, posłuchał tej zachęty prezesa UOKiK i zaczął opowiadać o nielegalnych porozumieniach ograniczających konkurencję.
Nie są to jedyne działania UOKiK prowadzone w ostatnim czasie na rynku fitness. W ubiegłym roku Urząd rozpatrywał również wniosek o zgodę na koncentrację, która miała polegać na przejęciu przez firmę Benefit Systems kontroli nad siecią Calypso.
Po zastrzeżeniach UOKiK, dotyczących groźby monopolizacji, spółka Benefit Systems wycofała swój wniosek o zgodę na koncentrację.
Branża siłowni i klubów fitness to może nie jest sektor mający duże znaczenie dla naszego rozwoju gospodarczego, więc pewnie nic by się nie stało, gdyby inspektorzy UOKiK zajęli się jakimiś ważniejszymi zagrożeniami dla zbiorowych interesów konsumentów. Być może jednak byłoby to za trudne dla naszych konsumenckich Sherlocków Holmesów.

 

Oszukańcza zielona magma

Coraz częstszym zjawiskiem naszego życia gospodarczego są fikcyjne promocje. Jak to działa, pokazał właśnie Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

 

„Promocja kończy się dzisiaj” – zapewniały od trzech lat reklamy suplementu diety Green Magma, mającego rzekomo sprzyjać odchudzaniu. Promocja też była rzekoma – trwała bowiem przez cały zbadany przez UOKiK czas.
W rezultacie firma Logihub, dystrybutor Green Magmy, odda konsumentom połowę ceny, którą zapłacili za ten środek spożywczy (niezależnie od daty zakupu).
Prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów wydał taką decyzję dotyczącą Logihubu, ponieważ zakwestionował reklamy tego suplementu, pojawiające się w prasie, telewizji i internecie od 2015 roku.

 

Wydźwięk moralny

Decyzja nie ma znaczenia praktycznego, bo przecież nikt nie przechowywał przez kilka lat dowodu zakupu Green Magmy, który mógłby pokazać w firmie Logihub w celu odzyskania pieniędzy. Chodzi więc głównie o negatywny rozgłos.
Zastrzeżenia wzbudziła przede wszystkim niekończąca się promocja, której w istocie wcale nie było. Preparat Green Magma był reklamowany hasłami, które sugerowały, że konsument może kupić suplement po atrakcyjnej cenie tylko w danym momencie. Przykładowe hasła brzmiały: „Promocja kończy się dzisiaj”, „Taka okazja więcej się nie powtórzy”, „Normalna cena skutecznej kuracji odchudzającej Green Magma to aż 500 zł”, „Dzisiaj z uwagi na ofertę specjalną producenta zakupisz ją za jedyne 99 zł”.

 

Nie było takiej ceny

Tymczasem, jak ustalił urząd, Green Magma nigdy nie był oferowany po tak wysokich cenach jakie podawano w reklamach, a rzekoma promocja trwała nieprzerwanie od sierpnia 2015.
– Ceny nie mogą być fikcją, a obniżki nie mogą być sztucznie wykreowane. Takie działanie służy tylko zwabieniu konsumenta, żeby szybko kupił produkt. Nieuczciwą praktyką rynkową jest twierdzenie, że coś będzie dostępne w promocji tylko przez pewien czas, jeśli jest to niezgodne z prawdą – mówi Marek Niechciał, prezes UOKiK.

 

Niespotykanie wyjątkowy produkt

W reklamach Green Magmy pojawiały się slogany, które mogą sugerować szczególne właściwości tego suplementu. Jak się okazało, nie są one poparte żadnymi badaniami. Przykładowe hasła brzmiały: „Działa już po 3 dniach”, „Zrzucisz nawet 20 kilogramów”, „W Stanach Zjednoczonych Green Magma stosowana jest przez ponad 50 proc. odchudzających się kobiet”.
– Zapewnienia o działaniu suplementów diety, ich popularności, powinny być rzetelne i prawdziwe. Konsument ufa reklamie i mógłby nie kupić Green Magmy, gdyby przekaz zawierał inne informacje – uważa Marek Niechciał.
Prezes UOKiK zna z pewnością zupełnie inych konsumentów niż pozostali Polacy. W rzeczywistości, w Polsce trudno znaleźć kogokolwiek, kto ufałby reklamie. Nasza łatwowierność powoduje jednak, że ciągle dajemy się nabierać.