Oczywiście chcą płacić jak najmniej

Przedsiębiorcy zapowiadają, że uwzględnią wyższe koszty działania w cenach swoich produktów i usług, co odczują konsumenci.
Przedsiębiorcy nie są zadowoleni z rozwiązań podatkowych proponowanych przez rząd PiS. Doceniają oni wprawdzie, że w wyniku licznych uwag środowiska biznesowego rząd dokonał rewizji części rozwiązań zawartych w projekcie nowej ustawie podatkowej, ale uważają, że wprowadzone do projektu zmiany są zdecydowanie zbyt płytkie.
„Zwracamy ponadto uwagę na tempo, w jakim powstaje nowa regulacja – łączny tekst projektu wniesionego do Sejmu liczy sobie niemal 700 stron. Wydaje się, że powinien on zostać poddany dodatkowym, kompleksowym konsultacjom społecznym, których czas trwania powinien odpowiadać wyjątkowej obszerności proponowanego aktu” – stwierdza Związek Przedsiębiorców i Pracodawców.
ZPP jest zwolennikiem podatków przychodowych. Przedstawione rozwiązanie w postaci minimalnego podatku CIT liczonego od przychodu uważa więc za krok w dobrym kierunku. Docelowo proponuje jednak zastąpienie w ogóle podatku CIT powszechnym podatkiem przychodowym. Docenia też chęć skuteczniejszego opodatkowania międzynarodowych korporacji (a więc i wyrównania warunków konkurencji pomiędzy nimi, a polskimi małymi firmami).
Związek popiera zwiększenie kwoty wolnej od opodatkowania oraz waloryzację drugiego progu podatkowego i rozumie, że są to zmiany, które wymagają znalezienia źródeł finansowania. Nie zgadza się jednak na to, by koszty tej reformy ponosił prawie w całości polski mały biznes – i oczywiście zapowiada, że przedsiębiorcy uwzględnią wyższe koszty działania w cenach produktów i usług, przez co ostatecznie korzyści dla tej części konsumentów, dla której przewidziano obniżkę klina podatkowego, będą niższe niż zakładane.
„Jakkolwiek obniżenie stawki składki zdrowotnej dla osób prowadzących działalność gospodarczą i rozliczających się podatkiem liniowym z 9 proc. do 4,9 proc. jest zauważalną obniżką, tak w dalszym ciągu uważamy, że wprowadzenie takiej (pełnej) proporcjonalności to rozwiązanie uderzające bezpośrednio w polski biznes, a pośrednio – we wszystkich konsumentów. Zwiększone obciążenie firm to bowiem wyższe ceny produktów i usług, a Polacy już w tej chwili mierzą się z bezprecedensową od lat drożyzną” – podkreśla ZPP.
Zdaniem przedsiębiorców, jeżeli z jakichś przyczyn rząd uznaje za konieczne wprowadzenie proporcjonalności składki zdrowotnej dla firm, to jednak powinien istnieć jakiś kwotowy „sufit” sumy przeznaczanej przez przedsiębiorców co miesiąc na NFZ.
Mimo, że formalnie danina przeznaczana do tego Funduszu jest nazywana „składką”, jej wysokość nie determinuje w żaden sposób jakości bądź częstotliwości świadczenia zwrotnego. Innymi słowy, większe wpłaty do systemu opieki zdrowotnej nie wiążą się z indywidualnym podniesieniem jakości procedur.
Mając to na względzie przedsiębiorcy uważają, że maksymalny pułap składki powinien zostać ustanowiony i powiązany np. z wysokością minimalnej pensji. Składka zdrowotna powinna wynosić w skali miesiąca nie więcej, niż np. 35 proc. minimalnego wynagrodzenia za pracę. W ten sposób skala podwyżek obciążeń przedsiębiorców (a więc i podwyżek cen) byłaby ograniczona.
Cóż, jest to trochę demagogiczne tłumaczenie, z którego wynika, że najlepiej, aby przedsiębiorcy w ogóle nie płacili żadnych podatków, bo wtedy ceny będą bardzo niskie i wszystkim będzie się żyło lepiej.

Znowu kara dla Biedronki

To zawsze dobrze brzmi, gdy urząd chwali się swoimi zdecydowanymi działaniami, ale może skromne siły inspekcji handlowej zajęłyby się realnymi problemami polskich konsumentów?
Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów nałożył ponad 60 mln zł kary na firmę Jeronimo Martins Polska, właściciela sieci Biedronka. Biedronka miała wprowadzać klientów w błąd co do kraju pochodzenia warzyw i owoców, co zdaniem UOKiK „mogło zniekształcić ich decyzje zakupowe”. Te nieprawidłowości występowały w 28 proc. sklepów Biedronka skontrolowanych przez Inspekcję Handlową.
UOKiK wszczął postępowanie przeciw Jeronimo Martins Polska w maju 2020 r, czyli prawie rok temu. Powodem były ponoć skargi na błędne podawanie kraju pochodzenia warzyw i owoców w wielu sklepach sieci Biedronka. Trudno jakoś sobie wyobrazić, by klienci Biedronki zaczęli raptem masowo skarżyć się do UOKiK, że błędnie przedstawiono kraj pochodzenia kapusty czy cebuli, ale wypada przyjąć to tłumaczenie za dobrą monetę, bo trudno je zweryfikować.
W każdym razie wyniki kontroli Inspekcji Handlowej miały potwierdzić, iż rzeczywiście klientom nie brakowało powodów do narzekań na błędne nazwy państw, dostarczających warzywa i owoce do Biedronki. Mówiąc dokładniej, chodziło o to, że Biedronka dawała do zrozumienia, że są to polskie produkty, podczas gdy w rzeczywistości niekiedy zostały wyhodowane za granicą – i właśnie to wywołało jakoby wspomniane oburzenie klientów oraz ich skargi do UOKiK.
Wprawdzie nie wiadomo, jakie straty finansowe i inne ponieśli polscy klienci Biedronki, gdy okazywało się, że kupili warzywa myśląc, że są one polskie, gdy tymczasem czasami były one zagraniczne, ale UOKiK uważa to za wielkie wykroczenie. – Rzetelna informacja o oferowanych produktach to podstawowy obowiązek przedsiębiorcy i niezbywalne prawo konsumenta. Tymczasem w sklepach Biedronka konsumenci chcący kupić polskie ziemniaki, pomidory czy jabłka byli często wprowadzani w błąd. Nasze postępowanie wykazało, że w wielu przypadkach informacje na wywieszkach różniły się od tych na opakowaniach zbiorczych czy w dokumentach dostawy. Naruszenia te miały charakter systemowy i długotrwały. Dlatego nałożyłem na Jeronimo Martins Polska ponad 60 mln zł kary – mówi Tomasz Chróstny, prezes UOKiK.
Podczas swego postępowania UOKiK wziął pod uwagę wyniki kontroli przeprowadzone przez Inspekcję Handlową w IV kwartale 2019 r., I i II kwartale 2020 r. oraz w lutym 2021 r. Od 1 lipca 2020 r. kontrole jakości handlowej żywności, w tym oznakowania krajem pochodzenia warzyw i owoców, prowadzi podległa Ministerstwu Rolnictwa Inspekcja Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych.
Inspektorzy porównywali dane na sklepowych wywieszkach z tymi na opakowaniach zbiorczych lub jednostkowych oraz w dokumentach dostawy. Szczególną uwagę zwracali na owoce i warzywa, które były deklarowane jako polskie. Pod lupę wzięli podobno przede wszystkim takie, wobec których, jak wyjaśnia UOKiK istniało: „największe ryzyko podania błędnego kraju, ponieważ rosną zarówno w Polsce, jak i w innych państwach, np. ziemniaki, cebulę, kapustę, marchew, pomidory, jabłka, truskawki”.
Inspektorzy sprawdzili w sumie 263 sklepy Biedronka w całym kraju. W 73 z nich, czyli w 27,8 proc. skontrolowanych placówek, stwierdzili nieprawidłowe oznakowanie warzyw i owoców krajem pochodzenia. W tych sklepach w niektórych przypadkach nieprawidłowości sięgały „nawet” ponad 20 proc. sprawdzonych partii produktów – choć na zdrowy rozum, wydaje się, że 20 proc. to raczej niewiele.
UOKiK podaje przykład jednego z wykroczeń Biedronki. Otóż, na wywieszce przy stoisku był napis „Polska”, chociaż w rzeczywistości etykiety na warzywach pokazywały, iż czosnek sprzedawany 15 października 2019 r. w Biedronce w Łodzi pochodził z Hiszpanii, ziemniaki oferowane 19 lutego 2020 r. w Radymnie (podkarpackie) – z Francji, kapusta włoska sprzedawana 19 lutego 2020 r. w Kołobrzegu – z Francji, seler oferowany 12 maja 2020 r. przez market w Koszalinie – z Niderlandów, gruszki dostępne 24 lutego 2021 r. w Biedronce w Katowicach – z Holandii, a cebula szalotka, którą można było nabyć 24 lutego 2021 r. w sklepie w Bydgoszczy – z Francji.
Szczerze mówiąc, nie bardzo wiadomo, czego UOKiK się czepia. Skoro, jak słyszymy od lat, Inspekcja Handlowa jest nieliczna i niedoinwestowana, to może niech się zajmuje autentycznymi problemami, takimi, które mogą spowodować, że ktoś się zatruje albo straci pieniądze kupując produkty nie nadające się do spożycia. Jeśli na etykietach warzyw i owoców podawano prawdziwy kraj pochodzenia, to w czym problem, że przy stoiskach widniał napis „Polska”?. Jakby ktoś przyjrzał się temu, co kupuje, to przecież zorientowałby się, czy nabywa jabłko z kraju, czy zagraniczne.
UOKiK uważa jednak, że jego postępowanie przeciw Biedronce jest słuszne i uzasadnione. – Konsumenci coraz częściej zwracają uwagę na kraj pochodzenia produktów. Wiele osób kieruje się w swoich wyborach patriotyzmem gospodarczym, bo chcą wspierać polskich producentów. Dla innych ważne są kwestie transportu żywności, który może mieć wpływ na ilość stosowanych pestycydów do jej zabezpieczenia czy też zagrażający środowisku ślad węglowy pozostawiany w trakcie przewozu. Dlatego prawdziwa i rzetelna informacja o kraju pochodzenia warzyw i owoców jest niezbędna do podjęcia świadomej decyzji o zakupie. W sklepach Biedronka konsumenci w tej kwestii narażeni byli na częste wprowadzenie w błąd, co jest nieuczciwą praktyką rynkową – mówi Tomasz Chróstny, Prezes UOKiK.
Urząd przytacza wyniki badań, z których wynika, że świadomość polskich konsumentów ponoć systematycznie wzrasta. W sondażu przeprowadzonym w 2020 r. przez niespecjalnie znane Stowarzyszenie PEMI (mówiąc dokładniej jest to stowarzyszenie PEMI „Podpis elektroniczny – Mobile – Internet” w likwidacji), zatytułowanym „Solidarność Konsumencka w dobie koronawirusa” aż 70 proc. respondentów wskazało, że weryfikuje kraj pochodzenia przed nabyciem produktu.
W rzeczywistości, ta rzekoma weryfikacja jest mocno ułomna, skoro, jak informuje UOKiK, klienci Biedronki kupowali warzywa i owoce myśląc, że są one polskie, mimo, że na ich etykietach były inne kraje pochodzenia. No to może trzeba patrzeć, co się kupuje?
Badanie stowarzyszenia PEMI w likwidacji miało też podobno wykazać, że to nie cena – tak jak dotychczas – stanowi najważniejsze kryterium wpływające na decyzje zakupowe konsumentów, a zaczyna być nim właśnie informacja o tym, skąd dany produkt pochodzi. UOKiK powołuje się także na badanie Ipsos „Moda na polskość” (mocno leciwe, bo z 2016 r.). Ma z niego wynikać, że 73 proc. Polaków stara się wspierać polską gospodarkę poprzez kupowanie produktów wyprodukowanych w naszym kraju. Przy tym kraj pochodzenia ma największe znaczenie przy wyborze żywności – aż 76 proc. ankietowanych wskazało, że wolałoby wybrać produkt polski od zagranicznego.
Polskim patriotom zakupowym należy więc poradzić: patrzcie proszę na etykiety nabywanych produktów, aby wasz patriotyzm nie okazał się chybiony.
Za wprowadzanie konsumentów w błąd co do kraju pochodzenia warzyw i owoców sprzedawanych w sklepach Biedronka, UOKiK nałożył na Jeronimo Martins Polska dokładnie 60 096 307 zł kary. Decyzja nie jest prawomocna, spółka może się odwołać do sądu i najprawdopodobniej to zrobi, bo ma spore szanse na zdecydowaną redukcję czy wręcz zniesienie tej kary. Dowiemy się jednak o tym za kilka lat, gdyż pod rządami PiS młyny sprawiedliwości w Polsce mielą wolno.
Po kontrolach oznakowania warzyw i owoców krajem pochodzenia prowadzonych przez Inspekcję Handlową w pierwszym półroczu 2020 r. prezes UOKiK wszczął w sierpniu 2020 roku również podobne postępowanie o naruszanie zbiorowych interesów konsumentów wobec sieci Kaufland Polska Markety. Obecnie jest ono w toku. Do prowadzonych na zasadzie franczyzy sieci Delikatesy Centrum, Intermarche i Stokrotka prezes UOKiK wystosował „wezwania do zmiany praktyk”. Ciekawe, jaki będzie efekt?

Chcecie oszczędzać? No to płaćcie!

Szefowie banków działających w Polsce rozważają wprowadzenie ujemnego oprocentowania depozytów.
Prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów Tomasz Chróstny oświadczył, że sprzeciwia się planom wprowadzenia przez banki ujemnego oprocentowania depozytów dla klientów indywidualnych.
Pytanie, czy nie jest to tylko wyimaginowany problem, którego wywołanie miałoby pokazać publiczności rzekomą aktywność szefa UOKiK i jego trzymanie ręki na pulsie konsumenckich zagrożeń?
Tym razem jest chyba jednak coś na rzeczy, choć trudno sobie wyobrazić, aby ewentualny sprzeciw prezesa UOKiK mógł być tu skuteczny. Związek Banków Polskich stwierdził bowiem, że biorąc pod uwagę inflację, referencyjna stopa procentowa Narodowego Banku Polskiego jest już realnie ujemna. W związku z tym ZBP uznaje, że ujemne oprocentowanie depozytów może zostać wprowadzone, zwłaszcza, że żadne przepisy prawa tego nie zabraniają.
Zdaniem prezesa UOKiK, próba wprowadzenia ujemnego procentowania depozytów mogłaby podważyć i tak już nadwyrężone zaufanie społeczeństwa do systemu bankowego – i doprowadzić do wycofywania oszczędności na dużą skalę. W związku z tym prezes skierował do 23 banków w Polsce pismo, które określił „wezwaniem”. W tymże wezwaniu przedstawił on zastrzeżenia UOKiK wobec pomysłu ujemnego oprocentowania. Jak twierdzi, „zażądał” także wyjaśnień, czy i jakie działania prowadzą poszczególne banki w tej sprawie.
Według Tomasza Chróstnego, z doniesień medialnych oraz zapowiedzi Związku Banków Polskich wynika, że sektor bankowy rozważa wprowadzenie ujemnego oprocentowania depozytów lub środków zgromadzonych na kontach klientów indywidualnych. Taka sytuacja oznaczałaby, że konsument byłby zmuszony płacić bankowi za swoje oszczędności zgromadzone na przykład na rachunku oszczędnościowo – rozliczeniowym, w oparciu o które sektor bankowy udziela kredytów. Prezes UOKiK negatywnie ocenia te sygnały napływające ze środowiska bankowego. – Wprowadzenie ujemnego oprocentowania depozytów uderzy w konsumentów, powodując jednocześnie szereg ryzyk o charakterze makroekonomicznym. Nie można karać konsumentów za oszczędzanie. Tego typu zakusy ze strony niektórych banków i ich organizacji branżowej z pewnością podważą i tak już nadwyrężone zaufanie społeczeństwa do systemu bankowego. Oszczędności konsumentów narażone są na uszczuplenie siły nabywczej z powodu zerowego oprocentowania depozytów, rosnących opłat i prowizji bankowych czy wyższej niż w ostatnich latach inflacji. Wprowadzenie ujemnego oprocentowania depozytów przez banki byłoby jednak nieporównywalnie potężniejszym ciosem wymierzonym w oszczędności konsumentów – wyjaśnia prezes UOKiK Tomasz Chróstny.
W efekcie wprowadzenia przez banki ujemnego oprocentowania lokat, konsumenci mogliby szukać alternatywnych i nie zawsze bezpiecznych sposobów lokowania pieniędzy. Skutkiem mogłyby być na przykład dalszy wzrost cen nieruchomości czy rozwój ryzykownych inwestycji. Ponadto w sytuacji, gdyby konsumenci zaczęli wycofywać pieniądze z banków i trzymać je w domach, wzrosłaby najprawdopodobniej skala kradzieży i oszustw dokonywana na szkodę konsumentów. Już obecnie, jak wskazują dane Narodowego Banku Polskiego, około 300 mld złotych stanowią środki w obiegu gotówkowym – wycofanie pieniędzy z lokat oraz kont bankowych może więc dodatkowo zwiększyć liczbę gotówki w obiegu, a także szarą strefę. Jest to o tyle istotne, iż na wysokie koszty obiegu gotówki skarżą się same banki.
Depozytami zgromadzonymi przez klientów indywidualnych na rachunkach bank obraca udzielając kredytów i pożyczek innym klientom, zarabiając na tego typu świadczonych usługach. Dodatnie oprocentowanie depozytów jest niejako wynagrodzeniem dla klienta za to, że bank obraca jego pieniędzmi, w wyniku czego osiąga korzyści ekonomiczne dla siebie jako instytucji. Wprowadzając oprocentowanie ujemne, banki żądałyby od konsumentów opłat za to, że obracają ich pieniędzmi, osiągają z tego tytułu zyski – uważa, nie bez racji szef UOKiK. Szkoda jednak, że swoje uwagi kieruje on tylko pod adresem banków komercyjnych, zamiast zaapelować do władz NBP o zerwanie z polityką utrzymywania drastycznie niskich stóp procentowych. Tego Tomasz Chróstny woli jednak nie robić.
Prezes Urzędu zapowiedział, że będzie się „bardzo wnikliwie przyglądał” działaniom banków. – Na bieżąco analizujemy sytuację oraz śledzimy kroki podejmowane przez sektor finansowy. Wprowadzenie ujemnego oprocentowania depozytów przez którykolwiek z banków przy nieujemnych stopach procentowych byłoby działaniem sprzecznym z zasadami współżycia społecznego i dobrymi obyczajami. Jeśli do tego dojdzie, podejmiemy działania dostępne w ramach naszych kompetencji, aby chronić konsumentów – oświadczył Tomasz Chróstny. Rzecz jednak w tym, że w praktyce konsumenci już od dawna nie są chronieni, gdyż oprocentowanie lokat jest niższe od inflacji, co powoduje realny spadek wartości pieniędzy odkładanych w bankach. Wprowadzenie formalnego, ujemnego procentowania depozytów dodatkowo pogłębi ten problem – ale go nie stworzy.
UOKiK stoi na stanowisku, iż wprowadzanie ujemnego oprocentowania lokat byłoby zarówno „bezpodstawne prawnie”, jak i szkodliwe dla całego rynku finansowego i gospodarki, w szczególności ze względu na zmiany postaw konsumentów wobec oszczędzania. Warto zauważyć, iż w przeciwieństwie do klientów korporacyjnych, klienci indywidualni mogą stosunkowo łatwo przejść na obrót gotówkowy. „Europejskie banki komercyjne zdają sobie z tego sprawę, dlatego nawet pomimo obowiązujących od lat w strefie euro ujemnych stóp procentowych, 99 proc. depozytów gospodarstw domowych ma nieujemne oprocentowanie” – stwierdza UOKiK.
99 proc. to dużo, ale jednak nie wszystkie. Ujemne oprocentowanie depozytów nie jest zaś czymś nowym i już kilkadziesiąt lat temu zdarzało się w niektórych bankach szwajcarskich. Klienci bez oporów płacili za bezpieczeństwo swoich pieniędzy oraz dyskrecję bankierów.
Polska to jednak nie Szwajcaria, a bezpieczeństwo i dyskrecja są tu na innym poziomie. Prezes UOKiK oznajmił, że apeluje do banków o rozsądek i odpowiedzialność w materii ujemnego oprocentowania depozytów. Niezależnie od skuteczności tego apelu, trudno się z nim nie zgodzić.

Gospodarka 48 godzin

Państwowe banki ukarane
Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów wymierzył dwie kary za nielegalne postanowienia określające zasady ustalania kursów walut. Ukarane zostały banki PKO BP i Pekao, na łączną kwotę około 62 mln zł. UOKiK zakwestionował postanowienia zawarte w aneksach do umów kredytów hipotecznych odnoszących się do walut obcych, oferowanych przez wspomniane banki. Postanowienia te nieuczciwie określają zasady ustalania kursów, w oparciu o które banki przeliczają raty kredytów. W rezultacie banki te mogą dowolnie kształtować kursy walutowe, a kredytobiorcy nie są w stanie przewidzieć wysokości płaconych rat. Podstawą do zajęcia się sprawą były sygnały od konsumentów. – Uznałem, że zarówno PKO BP, jak i Pekao stosują w aneksach do umów postanowienia, które rażąco naruszają zbiorowe interesy konsumentów. W efekcie oba banki mają możliwość jednostronnego wpływania na wysokość kursów a tym samym na wysokość zadłużenia konsumentów. Niedopuszczalne jest przyznawanie sobie przez banki tak daleko idącej swobody w ustalaniu kursu walutowego – mówi Tomasz Chróstny, prezes UOKiK.
UOKiK uznał za niedozwolone postanowienia dotyczące sposobu określania wysokości kursów walut stosowanych przez wskazane banki. Są one nieprecyzyjne, ustalane dowolnie. Przykładowo PKO BP zastrzega, że kurs oblicza w oparciu o „średni kurs międzybankowy”, „płynność rynku wymiany walut”, „konkurencyjność kursów”. Z kolei Pekao odsyła konsumentów do „kursów rynkowych”. Jednak ani przepisy, tak jak i postanowienia umowne lub inne obiektywne i dostępne źródła, nie precyzują żadnego z powyższych pojęć. Aby poznać kurs międzybankowy, PKO BP odsyła konsumentów do serwisu Reuters. Pekao wyjaśniło w toku postępowania, że również z tego serwisu bierze swoje kursy. Żaden z tych banków jednak nie określa, o którą dokładnie stronę internetową chodzi. Wątpliwości UOKiK wzbudziła również klauzula dająca PKO BP prawo do zmiany źródła danych, jeśli kursy walutowe w serwisie Reuters przestaną być dostępne – bank nie wskazuje jednak zasad na jakich odbywać będzie taka zmiana. Ponadto, PKO BP przyznaje sobie prawo do jednostronnej zmiany wysokości spreadu, jeżeli zrobią to „przynajmniej 2 z 10 największych pod względem sumy aktywów banków o co najmniej 0,5 proc.” Zarówno PKO BP jak i Pekao odsyłają konsumentów do tabel, które same sporządzają. Jednak nie wskazują kiedy będą opracowywane i publikowane. W rezultacie, kredytobiorca nie może sam oszacować kursu, po którym bank przeliczy ratę. Istnieje zatem możliwość, że banki narzucą konsumentom najkorzystniejsze dla siebie stawki. Tym samym, mają możliwość swobodnego kształtowania wysokości zadłużenia konsumentów.
Za stosowanie klauzul niedozwolonych prezes UOKiK Tomasz Chróstny nałożył następujące kary: PKO BP – 40 741 440 zł, natomiast Pekao – 21 088 642 zł. Po uprawomocnieniu się decyzji banki mają również powiadomić o nich konsumentów i poinformować ich, że zakwestionowane postanowienia jako niedozwolone nie są wiążące dla konsumentów – więc należy je traktować tak, jakby w ogóle ich nie było w aneksie do umowy. Ułatwi to również konsumentom dochodzenie swoich roszczeń. Decyzje w podobnych sprawach prezes UOKiK wydał już wobec: Deutsche Bank Polska (prawie 7 mln zł kary), Getin Noble Bank (prawie 13,5 mln zł), BNP Paribas (26,6 mln zł), Bank Millennium (10,4 mln zł), Santander Bank Polska (23,6 mln zł). Urząd prowadzi także postępowania wobec banku Raiffeisen AG oraz BPH. Jak widać, banki państwowe w Polsce stosują takie same metody, jak banki komercyjne.

Naciąganie wiecznie żywe

Wprowadzanie konsumentów w błąd, obiecywanie im nieistniejących korzyści, wyciąganie od nich kasy – to stały katalog metod stosowanych przez nieuczciwe firmy.
Debata o zdrowym stylu życia, podczas której każda przybyła para dostanie wielofunkcyjny, automatyczny ekspres do kawy – takie obietnice zawierały zaproszenia od Swiss-Med sp. z o. o. Wbrew nazwie nie była to bynajmniej spółka ze Szwajcarii, lecz z niewielkiego Stęszewa. Natomiast rzeczywistym celem „debaty o zdrowym stylu życia” była prezentacja i sprzedaż różnych produktów, a prezent okazywał się kawiarką lub ekspresem przelewowym o wartości co najwyżej kilkudziesięciu złotych.
Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów ostro podsumował ten proceder: „Fałszywy pretekst spotkania, nieistniejące nagrody i rzekome promocje – takie techniki stosuje spółka Swiss-Med ze Stęszewa, by zwabić konsumentów na pokazy handlowe i sprzedać im produkty po zawyżonych cenach”.
W rezultacie UOKiK nałożył na Swiss-Med ponad 1,6 mln zł kary. Wszczął także postępowanie wyjaśniające wobec firmy Eneda, na której praktyki podczas pokazów skarżą się konsumenci.
Podczas pokazów Swiss-Med kusił też „wyjątkowymi promocjami” – np. zestaw z pościelą wełnianą i pięcioma innymi urządzeniami takimi jak odkurzacz czy mata masująca oferował za 10,5 tys. zł, podczas gdy produkty te kupowane osobno rzekomo miały kosztować ponad 45 tys. zł.
Firma prowadziła jednak sprzedaż wyłącznie w zestawach, a ich ceny były sztywno ustalone w cenniku znanym tylko handlowcom – i były równe właśnie fikcyjnym cenom promocyjnym. Ceny pojedynczych produktów umieszczono jedynie na stronie internetowej, za pomocą której nie można było dokonać zakupów; ponadto były wielokrotnie zawyżone w stosunku do cen rynkowych. – Za nieuczciwe praktyki rynkowe – wprowadzanie konsumentów w błąd, obiecywanie im nieistniejących korzyści – nałożyłem na spółkę Swiss-Med karę finansową. Nie ma mojej zgody na manipulowanie konsumentami, oferowanie im za 10 tys. zł produktów, które na rynku mogliby kupić za ułamek tej kwoty i jeszcze przedstawianie tego jako wyjątkowej okazji. Takie praktyki są absolutnie bezprawne i krzywdzące dla konsumentów. Nie ma mowy o jakiejkolwiek tolerancji czy taryfie ulgowej dla nieuczciwych przedsiębiorców organizujących pokazy handlowe – zapowiada Tomasz Chróstny, prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.
Oprócz nałożenia na Swiss-Med kary ponad 1,6 mln zł (1 654 961 zł) Prezes UOKiK nakazał spółce natychmiastowe zaprzestanie stosowania kwestionowanych praktyk i poinformowanie poszkodowanych konsumentów o decyzji. To kolejna już w ostatnim czasie wysoka kara za pokazy – w lipcu Tomasz Chróstny nałożył na firmę Comfort Med+ sankcje w wysokości ponad 3,5 mln zł.
W toku jest jeszcze około 10 postępowań dotyczących nieuczciwych praktyk podczas pokazów handlowych. We wrześniu prezes UOKiK wszczął kolejne – na razie wyjaśniające – wobec spółki Eneda z Poznania. Należy ona do grupy spółek powiązanych ze sobą osobowo np. Housefire, którymi UOKiK od wielu lat się interesował i o działaniach których zawiadamiał prokuraturę.
Jak wynika z sygnałów konsumenckich, Eneda organizuje spotkania pod pretekstem uruchomienia projektu „Bezpieczne wakacje”, który ma na celu ratowanie polskiej turystyki. Uczestnicy skarżą się, że Eneda obiecywała im bon turystyczny na 3-dniowy pobyt z wyżywieniem i wszystkimi atrakcjami w polskim hotelu, tymczasem uprawniał on jedynie do zniżek. Na spotkaniu – wbrew zapowiedziom organizatora – odbyła się natomiast prezentacja produktów takich jak garnki i materace. Było też losowanie „nagród”, za które jednak – jak twierdzi konsumentka – trzeba było zapłacić.
Podczas postępowania wyjaśniającego UOKiK wstępnie zweryfikuje, czy są podstawy do postawienia spółce Eneda zarzutów naruszania zbiorowych interesów konsumentów. W takim przypadku przedsiębiorcy mogłaby grozić kara do 10 proc. obrotów.
Ciekawe, ze mijają lata, a nabieranie Polaków na lipne pokazy nadal kwitnie. Nic tu się nie zmienia. Dlatego UOKiK apeluje do ludzi starszych, najczęściej padających ofiarą takich praktyk: Seniorze, jeśli zostałeś zwabiony na pokaz handlowy i namówiony na zakup prezentowanych produktów, pamiętaj, że możesz w ciągu 14 dni odstąpić od umowy. Wystarczyć, że wyślesz do firmy stosowny formularz, który możesz pobrać ze strony prawakonsumenta.uokik.gov.pl. Nie musisz podawać powodu rezygnacji, nie poniesiesz też kosztów – poza opłatą za odesłanie zakupów.

Kredytobiorca na tarczy

Napływa coraz więcej sygnałów, że banki utrudniają klientom skorzystanie z ustawowych wakacji kredytowych, przyjętych w związku z pandemią.

Tak zwana tarcza antykryzysowa 4.0. wprowadziła szanse uzyskania ochrony przed skutkami zamknięcia gospodarki w wyniku pandemii COVID-19. Jednym z przyjętych rozwiązań jest możliwość zawieszenia wykonywania umowy kredytowej, czyli tzw. „ustawowe wakacje kredytowe”, które dają konsumentom prawo do zawieszenia spłaty kredytu na okres do trzech miesięcy, bez naliczania odsetek i innych opłat. Z tego rozwiązania może skorzystać osoba, która w wyniku pandemii straciła pracę lub inne główne źródło dochodu.
Niestety, z sygnałów napływających do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, między innymi od stowarzyszenia Stop Bankowemu Bezprawiu wynika, że banki mogą utrudniać lub wręcz uniemożliwiać klientom skorzystanie z tego prawa.
Zdarza się, że ludzie zwracający się do banku z prośbą o udzielenie ustawowych wakacji kredytowych, nawet jeśli spełniają warunki, nie otrzymują ani propozycji skorzystania z tego rozwiązania, ani pełnej informacji o warunkach zawieszenia spłaty rat.Według sygnałów, które do nas docierają, konsument może nie otrzymywać jakiejkolwiek informacji czy potwierdzenia warunków zawieszenia wykonywania umowy. Jest natomiast nakłaniany do skorzystania wyłącznie z bankowego memorandum – wyjaśnia prezes UOKiK Tomasz Chróstny.
Tak więc, w wielu przypadkach konsumenci otrzymują w bankach wyłącznie ofertę skorzystania z bankowego, znacznie kosztowniejszego dla nich odroczenia płatności kredytu. Dzieje się tak wówczas, gdy zwracają się do władz banku o ustawowe, darmowe wakacje kredytowe i spełniają ustawowe kryteria do ich udzielenia.
Takie działania banków podważają sens funkcjonowania ustawowych wakacji kredytowych, które zostały przyjęte po to, aby ułatwić sytuację gospodarstw domowych, szczególnie dotkniętych ekonomicznymi skutkami pandemii. Te przepisy znalazły się w tarczy antykryzysowej jako jedno z ważnych rozwiązań chroniących konsumentów na rynku finansowym – tymczasem pojawiają się próby ich omijania.

-Wszcząłem postępowanie wyjaśniające w tej sprawie – sprawdzimy w nim czy w warunkach oferowania ustawowych wakacji kredytowych oraz w sposobie informowania o tym rozwiązaniu przez 26 banków dochodzi do wspomnianych nieprawidłowości. Jeśli niepokojące informacje przekazane do Urzędu się potwierdzą, będę wyciągał konsekwencje prawne wobec tych banków, które oferując korzystne dla siebie rozwiązania, naruszyły interes i prawa konsumentów – zapowiada prezes UOKiK Tomasz Chróstny.
UOKiK zachęca tych konsumentów, którzy spotkali się z problemami przy próbach zawieszenia wykonywania umowy kredytowej na postawie przepisów tarczy antykryzysowej 4.0, aby informowali o tym poprzez adres mailowy monitoring@uokik.gov.pl.
Urząd przypomina, że obecne przepisy dają możliwość zawieszenia wykonywania umowy kredytu konsumenckiego, hipotecznego oraz innych kredytów (zapisanych w art. 69 ustawy prawo bankowe), zarówno w części kapitałowej, jak i odsetkowej – czyli, że nie płaci się ani samej raty, ani procentów. W tym okresie kredytodawca nie może też pobierać żadnych innych opłat, z wyjątkiem składek za umowy ubezpieczenia powiązane z umową kredytu.
Z zawieszenia wykonywania umowy kredytowej mogą skorzystać ci konsumenci, którzy po 13 marca br. stracili pracę lub inne główne źródło dochodu. Maksymalny termin zawieszenia wykonania umowy wynosi trzy miesiące. Okres kredytowania, jak i wszystkie terminy przewidziane w umowie kredytu, ulegną stosownemu przedłużeniu o okres zawieszenia.
Jeśli bank wcześniej zawiesił konsumentowi spłatę kredytu na warunkach komercyjnych, to także ma on prawo by zwrócić się o udzielenie ustawowych wakacji kredytowych. Wówczas bank jest obowiązany udzielić mu ustawowych wakacji kredytowych – a przerwać przyznane mu przez siebie wakacje komercyjne

Ile można stracić?

Klienci banków nie mają w Polsce łatwego życia. Zawsze mogą zostać nabrani na rozmaite “bezpieczne produkty”.

Prezes UOKiK Tomasz Chróstny nałożył na Idea Bank kary w łącznej wysokości ponad 17,2 mln zł oraz nakazał wypłacić po 38 tys. zł rekompensaty konsumentom, którzy nabyli certyfikaty inwestycyjne emitowane przez fundusz Lartiq. To jeden z banków należących do Leszka Czarneckiego, a cała sprawa dotyczy minionych lat i jest pokłosiem dużo wcześniejszych działań Komisji Nadzoru Finansowego, która już w ubiegłym roku ukarała wspomniany fundusz inwestycyjny.
W sumie prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów wydał 4 decyzje wobec Idea Bank. Trzy z nich dotyczą naruszania praw konsumentów przy oferowaniu im skomplikowanych produktów finansowych: certyfikatów inwestycyjnych, lokat strukturyzowanych oraz ubezpieczeń na życie z ubezpieczeniowymi funduszami kapitałowymi. W czwartej decyzji UOKiK stwierdził stosowanie przez bank postanowień niedozwolonych w umowach bankowych w zakresie tzw. klauzul modyfikacyjnych. -To nie pierwszy raz, kiedy mamy bardzo poważne zastrzeżenia wobec Idea Banku. Już wcześniej stwierdziliśmy, że spółka naruszała prawa konsumentów przy sprzedaży obligacji korporacyjnych GetBack – wprowadzała ich w błąd i oferowała im produkty niedostosowane do ich potrzeb, czyli stosowała tzw. misselling. Tym razem zarzuty dotyczyły innych produktów finansowych. Bank przekazywał klientom nieprawdziwe informacje m.in. o ryzyku i zyskach, a także stosował misselling. Oferowanie produktów wysokiego ryzyka osobom, które preferują bezpieczne inwestycje, a także wprowadzanie ich w błąd i zatajanie ważnych informacji jest absolutnie niedopuszczalne – mówi prezes Tomasz Chróstny.
Pierwsza decyzja dotyczy oferowania przez Idea Bank certyfikatów inwestycyjnych emitowanych przez fundusz Lartiq (dawniej Trigon). To produkt wysokiego ryzyka, tymczasem Idea Bank proponował go osobom, którym zależało na bezpieczeństwie swoich oszczędności lub co najwyżej były gotowe zaakceptować tylko niewielkie straty. Byli to głównie dotychczasowi klienci banku korzystający z tradycyjnych lokat, rachunków oszczędnościowych, lokat strukturyzowanych czy ubezpieczeń na życie z funduszem kapitałowym.
Idea Bank wprowadzał ich w błąd co do ryzyka inwestycji. Rozpowszechniał bowiem nieprawdziwe informacje o gwarancjach, które rzekomo miały dawać pewność osiągnięcia zysku. Tymczasem fundusze Trigon Profit NSFIZ zawarły umowy gwarancyjne ze spółką GetBack (obecnie w restrukturyzacji), która miała ogromne kłopoty finansowe. Afera GetBack to jedna z nawiększych afer finansowych z czasów rządów PiS.

Nie było mowy o wyjątkowo ryzykownym charakterze tego produktu, o czym dowiedziałem się dopiero teraz, gdy okazało się, że wartość jednostki to ok. 50 proc. ceny nominalnej, a gwarancje nie są realizowane. Nigdy nie było mowy o możliwości utraty choćby niewielkiej części kapitału – napisał w skardze do Urzędu jeden z naiwnych konsumentów.
Prezes UOKiK nakazał Idea Bank wypłatę rekompensat wszystkim konsumentom, którzy nabyli certyfikaty inwestycyjne emitowane przez Lartiq (dawniej Trigon). Każdy z nich otrzyma 38 tys. zł. Łącznie banki ma wypłacić konsumentom kilkanaście milionów złotych. Idea Bank musi zawiadomić poszkodowanych konsumentów o możliwości wystąpienia o rekompensatę. Ma także zamieścić na swojej stronie internetowej informację o decyzji prezesa UOKiK wraz ze wskazaniem, że nie zamyka ona konsumentom drogi do indywidualnego dochodzenia roszczeń.
W kolejnej decyzji wobec Idea Banku szef UOKiK stwierdził nierzetelne informowanie konsumentów o innym bardzo ryzykownym produkcie finansowym. Chodzi o możliwość przystąpienia do ubezpieczeń na życie z funduszem kapitałowym. Bank w sposób nierzetelny przekazywał konsumentom informacje o ryzyku związanym z taką inwestycją, które polega na możliwości utraty całości lub części pieniędzy, opóźnień w realizacji wykupu, a także nieosiągnięcia zysku. Jak wynika z reklamacji, pracownicy banku mieli zapewniać klientów, że to bezpieczna inwestycja, na której nie można stracić.
Prezes UOKiK nałożył w sumie na Idea Bank ponad 11,5 mln zł (11 511 449 zł) kary. Ponadto spółka musi poinformować o tej decyzji na swojej stronie internetowej.
Do naruszania zbiorowych interesów konsumentów dochodziło też przy oferowaniu przez Idea Bank tzw. lokat strukturyzowanych. W tym przypadku również konsumenci byli wprowadzani w błąd, np. W dokumencie „Warunki Lokaty Strukturyzowanej” wyeksponowane były informacje o możliwości osiągnięcia zysku w postaci odsetek, kosztem jasnych i czytelnych danych o ryzyku – czyli okolicznościach, w których inwestycja może nie przynieść dochodu, a nawet wygenerować straty.
Dokument ten był tak zredagowany, że konsumenci mogli odnieść wrażenie, że zawarte w nim parametry umowy są wiążące – podczas gdy jej ostateczne warunki mogą być inne.
Idea Bank zapewniał też, że „kwota lokaty”, czyli zainwestowane pieniądze bez odsetek, jest objęta ochroną Bankowego Funduszu Gwarancyjnego. W rzeczywistości gwarancje BFG dotyczą jednak wyłącznie „kwoty wykupu”, która może być niższa. Za te nieuczciwe praktyki UOKiK wymierzył Idea Bankowi karę ponad 5,7 mln zł (5 750 545 zł). Bank także musi zamieścić na swojej stronie informację o decyzji.
Ostatnia decyzja dotyczy niedozwolonych postanowień we wzorcach umów kredytów konsumenckich, rachunków oszczędnościowo-rozliczeniowych oraz kart debetowych i kredytowych. Chodzi o wspomniane klauzule modyfikacyjne, w których spółka wymienia przyczyny uprawniające ją do zmiany regulaminu lub tabeli opłat i prowizji. Są wśród nich m.in. zmiana przepisów, wyroki sądów, wprowadzenie przez bank nowych usług czy konieczność poprawek redakcyjnych.
Kwestionowane klauzule modyfikacyjne znalazły się m.in w umowach na czas określony np. o kredyt konsumencki czy kartę kredytową, w których dochodzi do zadłużenia klienta. Zdaniem UOKiK takie umowy powinny cechować się trwałością i co do zasady nie mogą być zmieniane. Wątpliwości UOKiK wzbudziły też klauzule modyfikacyjne w umowach na czas nieokreślony. Są one co prawda dopuszczalne, ale przesłanki do wprowadzania przez Idea Bank zmian zostały sformułowane zbyt ogólnie i pozostawiają spółce dużą swobodę interpretacji.
UOKiK zakazał wykorzystywania zakwestionowanych postanowień umownych we wzorcach umownych. Idea Bank ma obowiązek poinformować o tym wszystkich konsumentów, którzy mają takie klauzule w swoich umowach z bankiem oraz zamieścić oświadczenie o decyzji UOKiK i jej skutkach na stronie internetowej.
Wszystkie te decyzje są nieprawomocne. Idea Bank może się od nich odwołać, co zapewne uczyni.

Niech sczezną artyści?

PiS chce nakładać nowe podatki pod płaszczykiem pomocy dla twórców pokrzywdzonych pandemią.
Chodzi o opłatę nałożoną na smartfony, tablety, komputery i telewizory z tzw. funkcją smart. Opłata ma ratować trzeszczący budżet. Rząd już od paru latu rozważał po cichu jej wprowadzenie. Wiadomo jednak, że uderzy ona w mieszkańców i zwiększy skalę wykluczenia cyfrowego Polaków.
Ten projekt jest dość powszechnie krytykowany. Warto tu zwrócić uwagę na stanowisko Federacji Konsumentów, która z dużym niepokojem przyjęła zapowiedź wprowadzenia nowego podatku od urządzeń elektronicznych (formalnie określanego jako tzw. opłata reprograficzna). Za jego przyjęciem opowiada się natomiast Stowarzyszenie Autorów ZAiKS, nlegające, by wymienione urządzenia objąć tą opłatą.
Opłata reprograficzna miałaby trafiać do organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi (czyli głównie do ZAiKS-u), a za ich pośrednictwem do artystów. Trudno jednak przypuścić, by rząd nie zechciał położyć ręki na jakiejś części tej opłaty. ZAiKS postuluje, by opłata wynosiła nawet 6 proc. i znalazła się w projekcie ustawy o zawodzie artysty zawodowego.
„To oznacza niebotyczne i nieakceptowalne koszty dla polskiego społeczeństwa” – zauważa FK. Federacja, w stanowisku skierowanym do wicepremiera i ministra kultury Piotra Glińskiego, zwraca uwagę na fakt, że obecna sytuacja związana z pandemią pokazała, że nie do końca jako społeczeństwo jesteśmy technicznie przygotowani na włączenie się w system pracy, nauki czy po prostu codziennego funkcjonowania w trybie on-line. Stąd apeluje ona o całościowe przemyślenie systemu tzw. opłat reprograficznych.
– 6 proc. to bardzo duża kwota, zważywszy na to, jaki jest wolumen rynku smartfonów, telewizorów i laptopów. Do organizacji zbiorowego zarządzania miałoby trafić około 1 mld zł rocznie. To oznacza, że te pieniądze zostaną zabrane z naszych domowych budżetów. W sytuacji, w której wszyscy się teraz znaleźliśmy, kiedy jeden laptop w domu okazuje się niewystarczający, te sprzęty stały się dobrem pierwszej potrzeby. To już nie jest jakieś ekskluzywne dobro służące rozrywce, każde gospodarstwo domowe go potrzebuje – i to często więcej niż jednej sztuki. Uważamy, że sięganie do kieszeni Polaków w takiej sytuacji jest mocno niepokojące – podkreśla Kamil Pluskwa-Dąbrowski, prezes Federacji Konsumentów.
Tym bardziej, że w istocie chodzi tu o potrójne opodatkowanie tego samego, a w przekazach medialnych pojawiają się manipulacje, które wprowadzają społeczeństwo w błąd. Nieprawdą jest na przykład, że tylko w Polsce nie została wprowadzona opłata na smartfony i tablety. Na taki ruch nie zdecydowała się np. Łotwa, gdzie po przeprowadzeniu badań dotyczących rzeczywistego poziomu kopiowania dzieł na własny użytek, stwierdzono brak uzasadnienia do wprowadzenia podatku.
W Wielkiej Brytanii oraz Finlandii podobny podatek został zniesiony i zastąpiony alternatywnymi rozwiązaniami, mniej dotkliwymi dla mieszkańców . Również w Hiszpanii zbliżone rozwiązanie zostało już wycofane.
Jak podkreśla FK, proponowana opłata będzie w rzeczywistości oznaczać kolejne opodatkowanie tego, za co już płacą konsumenci. Poza podatkami, z których artyści otrzymują dotacje, odbiorcy samodzielnie wybierają i opłacają przecież platformy streamingowe (np. Tidal, Spotify, Apple Music). Wypłacają one część zysku artystom, a ponadto polski rząd obciążył niedawno platformy VoD (np. Netflix, Ipla, Player) nowym podatkiem w wysokości 1,5 procenta. W niedalekiej przyszłości czeka nas również implementacja przepisów dotyczących podatku cyfrowego, nad którymi pracuje Komisja Europejska i który będzie regulował kwestie dotyczące pozostałych platform.
Sektor internetowy cyfrowy generuje zresztą coraz większe wynagrodzenia dla twórców, a honoraria autorskie w 232 organizacjach zrzeszonych w CISAC-u (Międzynarodowa Konfederacja Związków Autorów i Kompozytorów) osiągnęły rekordową wartość 9,7 miliarda euro. Jean-Michel Jarre, słynny kompozytor i prezes CISAC-u, podkreślił z optymizmem w raporcie z listopada 2019 roku, że „Cyfrowa jest nasza przyszłość”.
Nowe prawo w istocie dotknie przede wszystkim konsumentów. Będzie to prowadzić do wzrostu cyfrowego wykluczenia, zwłaszcza w rodzinach mniej zamożnych. W dodatku to głębokie sięgnięcie do kieszeni Polaków odbywa się w szczególnych warunkach pandemii koronawirusa, gdy konsumenci są w okresie wielkiej niepewności o swoje dochody, na progu największego kryzysu gospodarczego w nowej historii naszego kraju.
A przecież urządzenia elektroniczne są potrzebne do zdalnej pracy, nauki, szukania możliwości zarobkowych. Miliony polskich dzieci potrzebują sprzętu typu laptop lub tablet do zdalnych lekcji. Jedno takie urządzenie, zwłaszcza w rodzinach wielodzietnych, już nie wystarcza w rzeczywistości kształtowanej przez COVID-19.
Federacja Konsumentów zwraca uwagę, że w istocie możliwości finansowego wsparcia artystów już istnieją. Obecnie Polacy płacą organizacjom artystów ponad 30 milionów złotych rocznie tylko z tytułu tzw. czystych nośników, czyli na przykład pendrive’ów czy dysków twardych. Ta danina dotyczy nawet papieru do kserokopiarek.
Co więcej, sam ZAiKS dysponuje obecnie około miliardem złotych wolnych środków, z których w ramach działalności statutowej tej organizacji można i należy uruchomić fundusz wsparcia artystów w czasie pandemii COVID-19. „Zarządzanie tymi środkami jest po prostu nieefektywne” – wskazuje FK. Dodaje również, że raz wprowadzony para-podatek zostanie z nami na zawsze.
Opłata reprograficzna dotyczy rekompensowania konkretnych strat twórców. Co do zasady ma rekompensować twórcom straty, ponoszone z powodu tego, że konsumenci zamiast kupować treści kopiują je i przechowują na użytek własny. Stąd trudno jest zrozumieć, na czym polegają konkretne straty artystów, związane z zakupem i używaniem telefonów, telewizorów, smartfonów, tabletów czy laptopów. Nie są one raczej w obecnych czasach urządzeniami wykorzystywanymi do kopiowanie sztuki.
Tak więc, nie ma logicznego związku pomiędzy zakupem smartfona a szkodą, którą poniesie jakikolwiek artysta. Konsumenci używają laptopów czy smartfonów do zupełnie innych celów. Korzystają głównie z treści pobieranych online z Internetu, komunikacji mailowej czy za pośrednictwem komunikatorów.

-To zastosowanie, o którym mówimy przy opłacie reprograficznej, jest marginalne. Potwierdza to szybki rozwój platform cyfrowych. W dzisiejszych czasach mało kto trzyma pliki muzyczne na swoim telefonie. Środowisko, które proponuje to rozwiązanie, w ogóle nie uwzględnia tych argumentów. Opieramy się na stereotypie i opinii wyrobionej kilkanaście lat temu, kiedy nie mieliśmy powszechnego dostępu do Internetu i kiedy podstawowym narzędziem była MP3. Ale ta sytuacja się już zmieniła, świat się scyfryzował – twierdzi Kamil Pluskwa-Dąbrowski, prezes FK.
Federacja Konsumentów apeluje o sprawiedliwe traktowanie różnych branż oraz środowisk – i pyta, czy inne poza artystami grupy też mogą liczyć na analogiczne rozwiązania?

Rodzime pokłosie głośnej afery

Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów wreszcie ustalił, jaką karę powinien zapłacić Volkswagen w Polsce.

Ponad 120 mln zł – tyle wynosi kara nałożona przez prezesa UOKiK za, nieco już zapomnianą, aferę dieselgate. Sankcja ta została nałożona na Volkswagen Group Polska za wprowadzenie w błąd co do poziomu emisji spalin i sformułowanie wytycznych umożliwiających odrzucenie reklamacji. Jest to najwyższa kara wymierzona w historii UOKiK za naruszenie praw konsumentów. 25 tomów akt, ponad 5 tys. kart z dowodami – tyle materiałów zgromadził Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów w postępowaniu przeciwko Volkswagen Group Polska. UOKiK był kolejnym, prawdopodobnie jednym z ostatnich organów ochrony konsumentów w Europie, który wydał decyzję w tej sprawie.
Nasza świadomość nie rośnie
Volkswagen manipulował wskaźnikami emisji spalin i wprowadzał konsumentów w błąd, twierdząc, że jego pojazdy są przyjazne środowisku. Tak jednak nie było. „Rośnie świadomość ekologiczna Polaków, więc wiele osób mogło celowo wybierać samochody, które miały emitować mniejsze ilości szkodliwych substancji” – stwierdza oficjalne stanowisko Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Tak oczywiście nie jest. W Polsce „wiele osób” nie przykłada kompletnie żadnego znaczenia do ilości szkodliwych substancji emitowanych przez ich pojazdy. Sprowadzamy z Niemiec setki tysięcy wieloletnich kopciuchów, trujących znacznie bardziej niż Volkswageny z oszukańczym oprogramowaniem. Nowych samochodów w zasadzie nikt zaś nie kupuje, z wyjątkiem firm i urzędów, które nie płacą za te zakupy swymi własnymi pieniędzmi (również nie przejmując się emisją szkodliwych substancji). Dlatego też cała afera „dieselgate” przeszła u nas bez żadnego oddźwięku, inaczej niż w państwach zachodnich, gdzie rzeczywiście próbuje się dbać o środowisko.
Ośmioletnie naciąganie
Koncern Volkswagen stosował w samochodach Volkswagen, Audi, Seat i Skoda produkowanych po 2008 r. oprogramowanie do sterowania silnikiem EA 189 EU 5. W warunkach testowych pozwalało ono zaniżać wartość emisji tlenków azotu. To oprogramowanie rozpoznawało, że samochód znajduje się na stanowisku kontrolnym i obniżało emisję tlenków azotu. Podczas normalnej jazdy była ona wyższa. Wartości te znacznie odbiegały od tych deklarowanych konsumentom w materiałach reklamowych i w dokumentach homologacyjnych. Zostali oni więc wprowadzeni w błąd.Co więcej, koncern wystosował wytyczne dla dealerów, zgodnie z którymi mieli oni nie uwzględniać zasadnych reklamacji konsumentów związanych z poziomem emisji tlenków azotu. Do postępowania prowadzonego przez UOKiK włączyła się także Prokuratura Okręgowa w Warszawie (aczkolwiek nie wiadomo z jakim skutkiem). Urząd zakwestionował rozpowszechnianie nieprawdziwych informacji w materiałach reklamowych, które sugerowały, że samochody marek Volkswagen, Seat, Skoda i Audi są ekologiczne oraz spełniają wymogi w zakresie emisji tlenków azotu. Informowanie w świadectwach homologacji oraz w świadectwach zgodności WE o nieprawdziwych parametrach emisji tlenków azotu. Od 2008 do stycznia 2016 r. trwało kierowanie wytycznych do sprzedawców tych samochodów, które sugerowały nieuwzględnianie reklamacji konsumentów, mimo istnienia ewidentnej wady. Wszystkie te działania te trwały od 2008 do 2016 r. Kara dla Volkswagen Group Polska wyniosła ponad 120 mln zł (dokładnie 120 607 288 zł).
Mało ważny rynek
Przy wyliczaniu kary UOKiK wziął pod uwagę to, że naganna praktyka trwała 8 lat, a w trakcie postępowania nie było żadnych propozycji ugodowych ze strony spółki. Zrozumiały jest jednak ten brak reakcji Volkswagena, bo polski rynek jest dla nich praktycznie bez znaczenia. To naszemu rządowi zależy na tym, żeby VW broń Boże nie zamknął swoich montowni w Polsce. Propozycje ugody Volkswagen może więc wysyłać pod adresem władz amerykańskich, gdyż tamtejszy rynek traktuje poważnie (Amerykanom koncern zapłacił już dawno ponad 25 miliardów euro!) – ale przecież nie pod adresem polskich. Tym bardziej, że w Polsce postępowanie przeciw VW wlokło się i wlokło. Szczególnie nieuczciwym przejawem praktyk koncernu było kierowanie nieetycznych rekomendacji, aby dealerzy nie uwzględniali zasadnych reklamacji konsumentów. Tych reklamacji, z racji nielicznego grona nabywców fabrycznie nowych Volkswagenów, było jednak w Polsce niewiele. Nie zmienia to faktu, że nieprawdziwe informacje w materiałach reklamowych koncernu wprowadzały w błąd – odwoływały się do proekologicznej jakoby postawy Volkswagena, gdy w rzeczywistości samochody te nie były przyjazne środowisku. Manipulowanie emisją spalin to zaprzeczenie ekologiczności. Po ujawnieniu w USA całej afery, oszukańcze działania zostały zaniechane. Volkswagen nie rozpowszechnia już wprowadzających w błąd informacji i wytycznych, które zakwestionował UOKiK w swoim postępowaniu. Mimo to skutki tej ostatniej praktyki mogą nadal trwać – niektóre firmy i urzędy w Polsce mogły przecież zrezygnować z dochodzenia roszczeń. Poza karą finansową, prezes UOKiK nakazał poinformowanie o decyzji urzędu wszystkich konsumentów, którzy kupili samochody z grupy VW z silnikiem EA 189 EU 5. Firma powinna również opublikować tę decyzję na swoich stronach internetowych. Rozstrzygnięcie urzędu nie jest prawomocne, ponieważ przysługuje od niego odwołanie do sądu. UOKiK jest kolejnym organem w Europie, który kończy postępowanie w tej sprawie – a ściślej mówiąc, prawdopodobnie wręcz ostatnim. Polskie postępowanie wlokło się bowiem niezwykle ślamazarnie i powolnie.
Śpieszą się powoli
Podobna opieszałość nie jest niczym nowym w działalności UOKiK. Inny przykład to postępowanie w sprawie budowy gazociągu Nord Stream II, które trwa już bardzo długo, zakończy się zapewne parę lat po oddaniu gazociągu do użytku i naturalnie nie będzie mieć żadnego znaczenia dla jego funkcjonowaniu. W UOKiK-u wykonana zostanie więc praca o zerowej wartości, za którą oczywiście urzędnicy urzędu są sowicie wynagradzani, a swoje do niczego niepotrzebne działania wykonują z poczuciem dobrze pełnionych obowiązków.
Co do Volkswagena, to nieco wcześniej niż UOKiK swoje postępowanie zakończył włoski urząd antymonopolowy, również daleki od pośpiechu. U włoskich urzędników, jak wiadomo, robota „pali się w rękach” podobnie jak i u naszych… Włosi byli natomiast mniej hojni w karaniu, bo nałożyli łącznie na Volkswagen AG i Volkswagen Group Italia 5 mln euro kary. UOKiK natomiast, z grubej rury – ponad 120 mln zł. Nie ma to jednak żadnego znaczenia, może poza propagandowym, mającym pokazać, jak to rząd PiS surowo traktuje niecne firmy z Niemiec. Wiadomo przecież, że Volkswagen nie zapłaci tych 120 milionów.

Niezbyt czysty zysk zamiast idei

Idea Bank stosował misselling, czyli oferował obligacje GetBack w sposób niedostosowany do potrzeb klientów – stwierdził Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

Już w sierpniu ubiegłego roku UOKiK wydał pierwszą decyzję, w której stwierdził, że Idea Bank stosował praktyki naruszające zbiorowe interesy konsumentów – wprowadzając ich w błąd przy oferowaniu obligacji spółki GetBack.
Teraz UOKiK potwierdził kolejne zarzuty – wydał kolejną decyzję wobec Idea Banku, stwierdzając stosowanie tzw. missellingu.Idea Bank proponował swoim klientom produkty wysokiego ryzyka, które w żaden sposób nie odpowiadały ich potrzebom. Niedozwoloną praktykę misselingu potwierdził zebrany materiał dowodowy, w tym setki skarg konsumentów. Obligacje korporacyjne były oferowane nawet tym klientom, którzy nigdy nie mieli do czynienia z produktami inwestycyjnymi i nie byli nimi zainteresowani, a swoje oszczędności trzymali na lokatach bankowych. Działanie jest tym bardziej naganne, że poszkodowanymi są również osoby starsze – wyjaśnia Tomasz Chróstny, prezes UOKiK.
Urząd nie ma wątpliwości, że konsumentom nie powinny być oferowane obligacje korporacyjne GetBack przez Idea Bank. Świadczą o tym dowody zebrane podczas prowadzonego postępowania, w tym materiały zdobyte w trakcie kontroli.

Ze strony Idea Bank – który jako bank powinien być postrzegany jako instytucja zaufania publicznego – zabrakło rzetelnego dopasowania oferowanego produktu do potrzeb klienta, w tym indywidualnego profilu ryzyka – podkreśla Tomasz Chróstny. Banki będące podmiotami profesjonalnymi ponoszą szczególną odpowiedzialność za konsumentów, których środki finansowe stanowią fundament ich istnienia – działalność ta wymaga zachowania absolutnie najwyższych standardów etycznych – dodaje.
Dla przykładu konsumentka skarżyła się, że doradca zaproponował jej przeniesienie środków finansowych z lokaty, bez utraty odsetek, na inną korzystną formę lokowania kapitału, z wyższym oprocentowaniem. Nie była zainteresowana ryzykownymi ruchami i zaoszczędzone środki miały być wsparciem jej budżetu w czasie emerytury. W momencie zakupu miała 61 lat i nie chciała ryzykować. Podkreślała w rozmowie z doradcą, że nie jest biznesmenem lecz pracownikiem na etacie u kresu kariery zawodowej i nie będzie mogła odrobić tej kwoty, gdyby istniało jakieś niebezpieczeństwo utraty środków. Doradca jednak zapewniał, że takie niebezpieczeństwo nie istnieje.
UOKiK ustalił, że bank powinien znać i brać pod uwagę preferencje inwestycyjne klientów, którym oferował obligacje, np. w oparciu o posiadaną wcześniej historię uruchomionych w banku produktów lub w oparciu o informacje przekazywane przez konsumentów.
Niestety zamiast przedstawiać ofertę odpowiadającą potrzebom tych klientów, wykorzystywał ich niewiedzę do sprzedaży ryzykownego produktu inwestycyjnego, jakim są obligacje korporacyjne.
Wydana decyzja nakłada na Idea Bank obowiązek wypłaty rekompensat tym konsumentom, którzy nabyli obligacje Getback za pośrednictwem banku. Model przyjęty przez UOKiK zakłada, że każdy obligatariusz który złoży stosowny wniosek, otrzyma rekompensatę w wysokości 20 proc. zainwestowanych środków, liczoną dla kwoty do 50 tys. zł. Za tyle – co do zasady – konsumenci musieli nabyć obligacje GetBack w ramach jednej emisji, aby wziąć w niej udział. W sytuacji takiej rekompensata należna konsumentowi wobec zastosowanego przez bank misselingu wyniesie 10 tys. zł.
Decyzja ta zmierza przynajmniej do częściowego wyrównania szkody jaką ponieśli obligatariusze. Jest też ona krokiem ułatwiającym konsumentom dochodzenie roszczeń na drodze cywilnej – i żądania wypłaty wszystkich zainwestowanych środków. O tym rozstrzygnięciu UOKiK bank musi poinformować na swojej stronie internetowej, zaś każdy poszkodowany musi otrzymać informację listownie. Nakazano wypłatę rekompensaty w terminie 1 miesiąca od otrzymania od konsumenta wniosku. Decyzja nie jest prawomocna, Idea Bank może się odwołać do sądu.