Nowy Ład w Budapeszcie

Węgierski scenariusz z pewnymi modyfikacjami realizowany jest nad Wisłą.

Gdy Kaczyński wygrał w 2015 roku prezydenta, a potem obie izby Parlamentu, analogie z Węgrami nasuwały się same. Podobna retoryka, odwoływanie się do tych samych konserwatywno-nacjonalistycznych wartości, niechęć do wtrącania się Unii Europejskiej w politykę krajową i 8 lat pozostawania w opozycji.
Jednak dla PiS tym, co wydawało się najistotniejsze było, że w 2014 r., po czteroletniej kadencji Fidesz Viktora Orbána zdobył po raz kolejny 2/3 parlamentu. Tym razem bez konieczności wchodzenia z kimkolwiek w układy.
Kaczyńskiemu nie pozostawało nic innego jak czerpać z dorobku bratanka znad Dunaju. Nie mógł co prawda zmienić Konstytucji, ale na wszystko można było znaleźć sposób. Stąd szybki atak na Trybunał Konstytucyjny i sprowadzenie go do roli węgierskiego. Znaczy instrumentu w rękach władzy.

Skok władzy na polskie media publiczne był jeszcze łatwiejszy niż na Węgrzech. I co prawda wzorem Orbána i u nas powstała Rada Mediów Narodowych, ale dziś w PiS nikt za bardzo nie wie po co, bo obsadzenie KRRiT oraz Woronicza swoimi ludźmi i tak zamykało temat.
Oczywiście nie obyło się u nas bez kalki próby przejęcia niechętnych PiS mediów prywatnych. Próbowano stosować kary dla TVN, czy nawet ścigać dziennikarzy tej stacji za gloryfikowanie faszyzmu. Po to, żeby jak w Budapeszcie właściciele zechcieli się takiego medialnego strupa pozbyć. U nas nie wyszło. Kapitał był amerykański i zamiast chcieć się sprzedać pobiegł z pyskiem do ambasady USA. Znaczy jedynego kraju, z którym PiS się liczy.
Renacjonalizacja PEKAO SA i innych banków, to też kopia tego co na Węgrzech. Tak jak podatek bankowy. Niestety PiS nie mogło powtórzyć węgierskiego modelu likwidacji OFE, co to w dużej mierze zrobił już Tusk, ale zassanie do budżetu tego, co jeszcze w nich zostało i tak jest już klepnięte.
Co prawda Duda i Szydło zapowiadali, że – wzorem Węgier – zrobią porządek z kredytami we frankach szwajcarskich, ale po pierwsze z badań wyszło, że frankowicze i tak nie będą lubić PiS. A po drugie – na straży dobrostanu sektora bankowego w Polsce stał Mateusz Morawiecki. Facet uchodzący w oczach aekonomicznego Kaczyńskiego za wyrocznię gospodarczą. Z frankami nie zrobiono zatem nic.

PiS wydawało się, że lepiej pójdzie z sądami. Orbán wysłał w końcu dużą część wydających nieprzychylne władzy wyroki na emerytury i sprawę rozwiązał. Nic z tego. Po węgierskim skoku na wymiar sprawiedliwości, nader cięta w tym temacie zrobiła się Bruksela. I PiS musiało ustąpić.
Nie ustąpiło za to w kwestii, którą po roku darował sobie Orbán – zakazu handlu w niedziele. Pewnie dlatego, że na Węgrzech sprawa ta nie wiązała się dla władzy z żadnym dealem politycznym. U nas zaś, głupi zakaz był jedynym postulatem NSZZ „Solidarność”, przybudówki PiS, której za lojalność należał się ten – jak się zdawało władzy – niewygórowany cenowo prezent. Najnowsze badania partyjnej sondażowni Kaczyńskiego wskazują, że nieposłuchanie Orbána w tej sprawie było błędem. Niedzielny zakaz zubożył PiS w ostatnich wyborach o jakieś 3 – 5 proc. głosów.
Kolejnym plagiatem z Orbána była nowelizacja prawa farmaceutycznego, po której apteki miały znaleźć się w polskich rękach. Się nie znalazły, a suweren nadwiślański zabiegu tego nie zauważył.
Zauważył za to burdel związany z pisowską reformą edukacji. Co PiS musiało niemile zaskoczyć, bo jak Fidesz reformował szkoły na Węgrzech, to słupki poparcia mu rosły. Najbardziej zaś u nauczycieli.

Ciekawe dlaczego po walce z mafiami vatowskimi PiS nie wykorzystał węgierskiego myku na skokowy wzrost przychodów z podatków. Orbán zwiększył bowiem tamtejszy VAT z 20 do 27 proc. bijąc w tym zakresie rekord Europy. Pisowskim ekspertom wyszło, że 23 proc. Rostowskiego absolutnie wystarczy. I nie ma co dociążać najbiedniejszych.
Ani odciążać najbogatszych jak nad Dunajem, 16 proc. podatku PIT. Dlatego u nad jest 17 proc. a dla lepiej zarabiających nawet i więcej. U Orbána zaś podatek jest wyłącznie jednostopniowy, czyli liniowy.

Kaczyński usiłował przebić Orbána na polu rozdawnictwa. Czyli transferów bezpośrednich. Na Węgrzech zrobiono bowiem tylko tak, że małżeństwa mogły podpisać umowę z rządem, w której zobowiązują się do posiadania dwójki dzieci w ciągu 8 lat. I dostawały na kupno mieszkania lub domu równowartość 36 tys. złotych. Była i druga opcja, czyli 140 tys. złotych za troje dzieci w ciągu 10 lat. Przy okazjo Orbán wprowadził ulgi podatkowe dla, i tak nader niskich, podatków osobistych. Rosły one w zależności od liczby dzieci i przy trojgu, PIT-u węgierskie małżeństwo już nie płaciło.
Nasze „500 plus” dawało pieniądze, po pierwsze większej grupie, a po drugie dawało go znacznie więcej. Nie wspominając o „trzynastej emeryturze” podwyżkach minimalnego wynagrodzenia czy świadczeniach dla pań, którym przydarzyły się co najmniej 4 porody. W zakresie płacenia obywatelom, Kaczyński wyprzedził Orbána o kilka długości.
Ale musiał, bo nie mógł wzorem premiera Węgier kazać obniżyć ceny gazu i prądu o prawie 20 proc. I jednocześnie firmom produkującym i handlującym prądem i gazem podnieść podatki o 10 proc. Na Węgrzech firmy te należały bowiem do zagranicy. A u nas, do państwa.
Tak jak teraz na Węgrzech, bo po takim zaciśnięciu pasa zagraniczne spółki energetyczne grzecznie i za niewysoką cenę posprzedawały się państwu węgierskiemu i bogatym przyjaciołom Orbána.
Niemniej jednak myk z energetyką, PiS też wykorzystało. Przecież do końca roku mamy ceny prądu zamrożone na ubiegłorocznym poziomie.
Jest jednak coś, czego Kaczyński nie zrobił. A Orbán tak, i dlatego rządzi już z miażdżącą przewagą trzecią kadencję. A wystarczyło pozmieniać, jak nad Balatonem, geografię okręgów wyborczych. Na taką, gdzie bez względu kto i jak by nie głosował, zawsze wygra Fidesz.
PiS było pewne, że wykonało to, co na Węgrzech, z transferowym naddatkiem, i wdzięczny naród da mu większość konstytucyjną. No i klapa. Nawet Senat odleciał prezesowi.
To czego na Orbánowską skalę jeszcze u nas nie zrobiono, to przywłaszczanie przez oligarchów władzy środków unijnych.
Władca Węgier wychował się w Felcsút. Teraz w tej liczącej niecałe 2 tys. mieszkańców wsi kilku zaprzyjaźnionych z Orbánem biznesmenów zbudowało stadion, powstała akademia piłkarska i obejmujaca ledwie trzy stacje linia kolejowa zbudowana za unijne pieniądze.
Wozi ona powietrze, więc zainteresowały się nią służby finansowe UE. Nic z kontroli jednak nie wyszło. Do 2018 r. wójtem Felcsút był bowiem zaprzyjaźniony z premierem Węgier Lőrinc Mészáros, który jeszcze kilkanaście lat temu pracował jako monter instalacji gazowych.
Dziś to najbogatszy Węgier. Na państwowych kontraktach, które były w większości finansowane z funduszy unijnych, Mészáros budował mosty, kładł kanalizację, przejmował media. Z zamówień publicznych żyją też jego dzieci. Według Forbesa jego majątek to dziś ok. 1,2 mld dol.
Członkowie rodziny Orbána też mają dobrze. István Tiborcz jest mężem Rahel, jednej z czterech córek premiera. Żyje doskonale z umów z państwem za unijne pieniądze.
Jego biznesami zainteresowała się unijna agencja do walki z nadużyciami finansowymi OLAF. Według niej Tiborcz zdefraudował 40 mln euro. Wygrywał przetargi, choć nie miał żadnego doświadczenia w dziedzinach w których startował, a cena, jaką dyktował, była sporo wyższa niż rynkowa. OLAF swój raport przekazał węgierskiej prokuraturze, a ta uznajła, że do przestępstwa nie doszło. Teraz zięć Orbána działa na rynku nieruchomości. Buduje i kupuje luksusowe hotele, zamki, pałace, a także spa.
To tylko wierzchołek korupcyjnej piramidy na Węgrzech. Z raportu OLAF wynika, że liczba wykrytych przypadków nieprawidłowości w wydatkowaniu funduszy UE na Węgrzech aż 10 razy przekracza unijną średnią. Blisko 4 proc. unijnych projektów stało się areną przekrtętów. Według Brukseli u nas ten współczynnik wynosi ledwie 0,12 proc.
Eurokratom wychodzi, że Węgry są jednym z najbardziej skorumpowanych państw w Unii Europejskiej. Szczytem wszystkiego okazało się śledztwo OLAF, z którego wynikało, że na Węgrzech zdefraudowano pieniądze, które miały być przeznaczone na walkę z korupcją.
Czy jednak z tego powodu Orbánowi wstrzymano, lub zabrano jakiegoś euroforinta? Otóż nie. I być może właśnie świadomość bezkarności w robieniu Brukseli na szaro zarówno w kwestii praworządności, jak i prostego złodziejstwa, zapłodni intelektualnie ubogie w kaskę, zaplecze prezesa Kaczyńskiego. I stąd przy skoku na pieniądze z funduszu odbudowy niezbędna była bajka o Polskim Ładzie, mające ogrywać panujące w polskim suwerenie przekonanie, że PiS kradnie, ale się z narodem choć częścią łupu dzieli.

Korupcja drastycznie rośnie pod rządami PiS

Osłabianie niezależności sądów oraz stała erozja praworządności i demokratycznego nadzoru w Polsce, stworzyły warunki do rozkwitu korupcji na najwyższych szczeblach władzy – stwierdza światowy raport.
Pod koniec stycznia 2021 r. został opublikowany światowy Indeks Postrzegania Korupcji w sektorze publicznym, zawierający wyniki badań w tym zakresie oraz ranking za 2020 rok. Polska zajęła w nim dopiero 45. miejsce (dwa lata temu – 36.).
Indeks ten opracowuje i publikuje od 1995 r. organizacja Transparency International, obecnie dla 180 krajów.
Indeks ma charakter złożony (agregatowy), a jego wartości lokują się na skali od 0 do 100. 100 punktów to najwyższa ocena – kraj bez korupcji, ze stabilnym systemem politycznym, wysoką efektywnością regulacji dotyczących zapobiegania konfliktom interesów oraz sprawnym funkcjonowaniem instytucji publicznych. Indeks mierzy postrzeganie poziomu korupcji w sektorze publicznym, opierając się na 13 różnych badaniach eksperckich i biznesowych.
Badania te dotyczyły głównie łapownictwa, nieprawidłowości w wykorzystaniu funduszy publicznych dla celów prywatnych, protekcyjnego wykorzystywania kontaktów z urzędami dla prywatnych korzyści, nepotyzmu w służbie cywilnej – ale także i pozytywnych działań danego państwa w walce z korupcją.
Każde z tych 13 badań kończyło się oceną wyrażoną liczbowo a sam indeks był ich średnią ważoną. Indeks i pełny raport można znaleźć na stronie www.transparency.org/cpi.
Jeśli chodzi o metodologię, to według raportu każde źródło danych używane do skonstruowania tego indeksu musi spełniać następujące kryteria, aby kwalifikować się jako ważne: 1. Szacuje ryzyko lub postrzeganie korupcji w sektorze publicznym, 2. Jest oparte na wiarygodnych i prawidłowych badaniach, 3. Pochodzi z renomowanej organizacji, 4. Pozwala na wystarczające zróżnicowanie wyników, 5. W przypadku znacznej większości krajów uwzględnia wyłącznie oceny ekspertów krajowych lub przedsiębiorców oraz 6. Jest regularnie aktualizowane.
Indeks Postrzegania Korupcji za 2020 r. został obliczony na podstawie 13 różnych źródeł danych z 12 różnych instytucji, które rejestrują postrzeganie korupcji w ciągu co najmniej ostatnich dwóch lat. Aby kraj mógł być ujęty w tym indeksie, minimum trzy źródła muszą go ocenić. Łączny wynik danego kraju jest następnie obliczany jako średnia wszystkich zestandaryzowanych wyników dostępnych dla tego kraju.
W 2009 r. zajmowaliśmy w tym rankingu dopiero 49. miejsce, pięć lat później już 35, a w klasyfikacji za 2016 r. – już 29, a więc postęp był wyraźny. Jednak w następnych rankingach w 2017 i 2018 r. mamy spadek na 36. miejsce. Aż o osiem lokat!. A w ubiegłym roku nastąpił spadek o kolejnych dziewięć miejsc w rankingu!.
Czołówka rankingu światowego to Dania i Nowa Zelandia, mające po 88 pkt. oraz Finlandia, Singapur i Szwecja – po 85 pkt. Poziom wartości indeksu dla tej grupy to zatem 85 – 88 pkt. Dania jest od wielu lat liderem w Europie, jeśli chodzi o zapobieganie zjawiskom korupcji w sektorze publicznym.
Wartość w skali Indeksu Postrzegania Korupcji dla czołowych państw jest wysoka, ale jednak nigdzie nie wynosi idealnych 100 punktów. Polska zebrała tylko 56 pkt. Taki jest obecnie nasz dystans do najlepszych pod tym względem – aż 32 punkty różnicy.
Już we wstępie do raportu zawierającego wyniki rankingu z 2020 r. podkreśla się, że ukazuje on raczej ponury obraz korupcji na świecie. Podczas gdy większość krajów poczyniła niewielki lub żaden postęp w walce z korupcją w ciągu prawie dwudziestu lat, to ponad dwie trzecie z nich wykazuje indeks na poziomie poniżej 50 pkt (ich średnia to 43 pkt.). Według raportu Transparency International 2020, od roku 2012 tylko 26 krajów wykazało postęp w zwalczaniu korupcji a w 16 krajach wystąpił nawet regres.
W zachodniej Europie i w całej Unii Europejskiej średnia wartość Indeksu Postrzegania Korupcji to 66 pkt. Polska ma aż o 10 pkt. mniej.
Rosja zajmuje w tym rankingu dopiero 129 miejsce (poprawa o 8 pozycji). Chiny usytuowały się na 78. miejscu (rok temu na 87), a USA na 25 (w 2019 r. zajmowały 21 miejsce).
Ostatnie miejsca zajmują państwa najbardziej skorumpowane: Sudan, Wenezuela, Jemen, Syria i Somalia – z wartością indeksu wynoszącą 12 – 16 pkt.
Od 2012 roku 22 kraje wykazały postęp, w tym z nowych członków UE jest to tylko Estonia. 21 krajów zanotowało regres, w tym Kanada, Nikaragua i Australia.
Spośród nowych krajów UE przed nami jest Estonia (17. miejsce) oraz Litwa, Słowenia (oba na 35) i Łotwa (42 miejsce). Warto zauważyć, że rok wcześniej wszystkie te wymienione kraje były za nami!
Na ostatnich miejscach w grupie nowych członków UE znajdują się Bułgaria (69. miejsce) oraz na tym samym poziomie Węgry i Rumunia.
Wiele gorzkich słów dostało się w raporcie szeroko rozumianej opiece zdrowotnej, zwłaszcza w kontekście COVID-19. Według raportu korupcja jest tu powszechna: od przekupstwa za testy na COVID-19, przez leczenie i inne usługi zdrowotne, po zamówienia publiczne na sprzęt medyczny.
Analiza wykazała, że korupcja odciąga fundusze od bardzo potrzebnych inwestycji w opiekę zdrowotną, pozostawiając społeczności bez lekarzy, sprzętu, leków, a w niektórych przypadkach nawet bez klinik i szpitali. Ponadto, brak przejrzystości w wydatkach publicznych zwiększa ryzyko korupcji i nieskutecznego reagowania na kryzys.
Badania pokazują też, że korupcja nadal osłabia demokrację, zwłaszcza podczas pandemii. Kraje o wyższym poziomie korupcji zazwyczaj najgorzej sobie radzą z kwestią demokracji i naruszeniami praworządności podczas zarządzania kryzysem COVID-19. Wydają też mniej na zdrowie.
Według słów przewodniczącej Transparency International pani Delii Ferreira Rubio, pandemia COVID-19 to nie tylko kryzys zdrowotny i gospodarczy. To kryzys korupcyjny i to taki, z którym obecnie nie potrafimy sobie poradzić.
W najnowszym raporcie sporo uwagi poświęcono także Polsce. Z wynikiem 56 pkt. Polska znacząco spada w rankingu postrzegania korupcji. Według raportu, partia rządząca krajem konsekwentnie promuje działania, które osłabiły niezależność sądów. Stała erozja praworządności i demokratycznego nadzoru w Polsce stworzyła warunki do rozkwitu korupcji na najwyższych szczeblach władzy.
Ponadto, jak wskazuje raport, w czasie trwania pandemii krajowy ustawodawca zmienił i uchylił dziesiątki ustaw, wykorzystując kryzys jako pretekst do przeforsowania niebezpiecznych przepisów. Polski parlament ograniczył również dostęp do informacji dla obywateli i dziennikarzy oraz umożliwił nieprzejrzyste wydatkowanie środków publicznych związanych z pandemią.
Próba zapewnienia bezkarności urzędnikom, którzy złamali prawo w związku z pandemią, a także brutalna (tak twierdzi się w raporcie) rozprawa policji z pokojowo nastawionymi demonstrantami praw kobiet, zwiększyły napięcie w kraju i ujawniły intencje partii rządzącej do dalszego umacniania swojej władzy, mimo rosnącego niezadowolenia społecznego.
Poprzez niedawny sprzeciw wobec UE, która uznała rządy prawa za warunek uzyskania funduszy unijnych, polscy przywódcy polityczni narazili na szwank demokrację i reformy antykorupcyjne.
Raport podsumowując ten wątek stwierdza, że w Polsce przywódcy rządowi wykorzystują kryzys COVID-19 do osiągnięcia korzyści politycznych, podważając demokrację, prawa człowieka i wysiłki antykorupcyjne.
Indeks postrzegania korupcji 2020
1 Dania 88
1 Nowa Zelandia 88
3 Finlandia 85
3 Singapur 85
3 Szwecja 85
44 Łotwa 57
45 Gruzja 56
45 Polska 56
45 St. Lucia 56
48 Dominikana 55

Państwo zawłaszczone

Zagęszcza się sytuacja polityczna w Polsce. Do obiektywnych czynników — takich, jak światowa pandemia i nieuchronny kryzys gospodarczy wywołany już pierwszą falą zachorowań (strach pomyśleć co zrobi druga) dochodzą zawirowania w obozie władzy i nieporadność całej opozycji w budowaniu nowej, atrakcyjnej narracji, którą mogliby „kupić” wyborcy.

Każdego dnia media – jeszcze niezawłaszczone przez rządzących – przynoszą sygnały świadczące, że realizowany przez PiS model partii klientowskiej, nie masowej, daje określony efekt – obsadzanie przez członków rodzin polityków rządzącej partii różnych stanowisk, zawsze bardzo dobrze płatnych, w spółkach skarbu państwa i innych państwowych instytucjach.

Krańcowo bezczelnym posunięciem było nominowanie żony jednego z młodszych polityków rządzącej partii, osoby bez żadnego doświadczenia w biznesie, osoby, której wykształcenie nie miało nic wspólnego z ekonomią na stanowisku prezesa Państwowej Agencji Rozwoju Przemysłu. To ta agencja miała być siłą sprawczą w reaktywowaniu Stoczni Gdańskiej,

Skala tego przekrętu była tak wielka, że nawet PiS doszedł do wniosku, że to za dużo, za daleko posunięta korupcja polityczna i decyzję po kilku dniach wycofano. Ale trudno, tego nie da się zatrzeć w pamięci, to zostaje. Zwłaszcza że to tylko wierzchołek góry lodowej – cała reszta podobnych decyzji zostaje i wielu innych, równie wybitnych fachowców zajmuje różne ważne stanowiska decyzyjne w gospodarce.

Nie będę zajmował się poszczególnymi sprawami, może lepiej spojrzeć na całość, popatrzeć na państwo jako system, jako na taką całość, której każda część winna przyczyniać się do realizacji celu, stojącego przed tym systemem.

Padło wyżej słowo korupcja – samo słowo pochodzi od łacińskiego słowa corruptio. To oznacza psucie. Korupcja polityczna to psucie państwa. Korupcja polityczna opiera się takich zachowaniach urzędników państwowych, w których kierują się oni korzyścią własną, a nie interesem państwa.

Można prześledzić, jak kształtowały się poglądy na korupcję, poczynając od starożytności, przez oświecenie do współczesności. Wszystkich zainteresowanych zachęcam do przeczytania krótkiego tekstu Antoniego Z. Kamińskiego w tomie „Socjologia ekonomiczna – przewodnik” pod redakcją Witolda Morawskiego wydanym w 2018 roku przez PWN.

To, z czym mamy do czynienia w Polsce, ta skala nepotyzmu i korupcji uzasadnia, by nazwać ten stan zawładnięciem państwa (state capture). To coś więcej niż zwykła korupcja administracyjna; ta występuje wszędzie, różni się tylko skalą i głębią. Zawładnięcie państwa to pojęcie tłumaczące używane już wcześniej w publicystyce pojęcie „państwa mafijnego”.

Skala i głębia powiązań pomiędzy aparatem władzy a prywatnym interesem jego urzędników jest taka, że możemy mówić o państwie mafijnym. Stworzony został precyzyjny system umożliwiający rządzącym załatwianie swoich interesów w poczuciu pełnego bezpieczeństwa, w przekonaniu, że „ich” system wymiaru sprawiedliwości, rządzony przez ich przedstawiciela nie zrobi im krzywdy.

I nie robi! Przykładów aż nadto — z ostatnio podjętą próbą wpisania do przepisów prawa normy, gwarantującej bezkarność urzędników państwowych za działania sprzeczne z obowiązującym prawem.

Przegrane wybory prezydenckie oznaczają, że po uregulowaniu swoich wewnętrznych spraw Jarosław Kaczyński domknie system. Państwo zostanie zawłaszczone do końca w takich procedurach, że nikt, nawet UE nie będzie miała możliwości do skutecznego przeciwstawiania się. No może poza „wyrzuceniem” Polski ze struktur unijnych. Ale to byłoby spełnienie marzeń rządzącego Polską prezesa.

I na koniec nie spekulacje, nie odsyłanie do wielkich myślicieli i teoretyków — a konkret. Czy można sobie wyobrazić coś bardziej dysfunkcjonalnego dla systemu, jakim jest każde państwo, nawet nasze, niż różnica w wielkości nakładów, po prostu ilości pieniędzy, jakie państwo przeznacza na Główny Inspektorat Sanitarny i — dajmy na to — Instytut Pamięci Narodowej.

Wydawało mi się, że mnie już nic nie zdziwi, ale myliłem się. Instytut Pamięci Narodowej – instytucja ważna, ale nie najważniejsza, ma budżet sześciokrotnie większy niż GIS: na IPN państwo daje ponad 460 milionów złotych a na PiS 60 i trochę…

Tego nie da się wytłumaczyć, to więcej niż głupota. Słów brakuje…

Demokracja, samorządność…korupcja?

W styczniu 2020 roku ogłoszono wyniki kolejnej edycji Indeksu Percepcji Korupcji (Corruption Perceptions Index-CPI). Badanie prowadzone jest przez Transparency International, organizację międzynarodową, działającą na rzecz przejrzystości i uczciwości w życiu publicznym oraz gospodarczym.

W zestawieniu za 2019 rok Polska zajęła 41 miejsce, otrzymując 58 punktów na 100. Średni wynik dla grupy „Europa Zachodnia i Unia Europejska”, do której należymy, wynosi 66 punktów.

W Europie Zachodniej Czołówka to Dania 87 punktów, Finlandia i Szwecja 86. Najniższa punktacja to Węgry i Rumunia po 44 oraz Bułgaria 43 punkty.
W skali światowej pierwsze cztery miejsca to Dania, Nowa Zelandia, Finlandia i Singapur. Na końcu są Syria, Południowy Sudan i pozycja 180, Somali.

Jak zwykle ocena wyniku Polski zależy od preferencji politycznych, zajmowanej pozycji i preferowanej partii lub ruchów społecznych, w których uczestniczymy. Szklanka zawsze jest do połowy pełna lub do połowy pusta.

Możemy odczuwać zadowolenie, bo na 180 badanych państw jesteśmy w czołowej „ćwiartce”. Wśród krajów UE znajdujemy się na podobnym poziomie, co Niemcy (wg Europejskiego Urzędu ds. Zwalczania Nadużyć Finansowych – OL AF).

Z drugiej strony daleko nam do 66 punktów (średnia UE). A mimo tego, że elity władzy odmieniają frazę „Państwo prawa” we wszystkich przypadkach daleko nam do standardów skandynawskich, na które lubimy się powoływać.

Większość tak zwanych afer, przekrętów finansowych czy też przejawów jaskrawego nepotyzmu ujawnia „czwarta władza”. Zdarza się to czasem także partiom politycznym, ale tylko wtedy, gdy dotyczy to konkurenta politycznego. Organy ścigania skupiają się głównie na przestępstwach pospolitych. Takie przestępstwa mają czasami charakter aferalny. Niestety coraz częściej upolitycznione instytucje prawa traktują te sprawy wybiórczo, są takie afery, które rozpływają się w mgiełce procedur, zaniechań i niepamięci.

Scenariusz ujawniania afery jest zwykle podobny. Dziennikarze, sobie znanymi metodami, często przy pomocy mniej lub bardziej kontrolowanego przecieku, ujawniają przyczynę afery, najczęściej na łamach poczytnej gazety lub portalu. Może być także kanał telewizyjny. Ostrze przekazu często jest wymierzone w kierunku konkretnej instytucji, partii lub osoby, najczęściej na eksponowanym stanowisku. Dalszy ciąg to medialna „jatka” czasem bardzo brutalna, gdzie strony wzajemnie zarzucają sobie autorstwo i udział w odkrytym przekręcie, a gdy to nie działa, stosują tezę „wasze afery są większe od naszych afer a poza tym „u was biją fryzjerów i cyklistów”.

Afera traci impet i odchodzi w niebyt, kiedy zaczynają mleć ją młyny sprawiedliwości. Nikt już nie interesuje się wynikiem toczących się latami śledztw i rozpraw sądowych.

Jeżeli uważacie, że nie mam racji, pozwolę sobie przypomnieć. „Afera prywatyzacyjna” w Warszawie, Dwie wierze Kaczyńskiego, Zarobki w NBP, Latający marszałek, Afera PCK, Żelazny prezes NIK, Skoki, Respiratory handlarza bronią, maseczki instruktora narciarstwa, „Amber Gold” skandale obyczajowe i tak dalej. Warto zauważyć, że w efekcie duopolu władzy i podziale społeczeństwa w ringu najczęściej staje PiS i PO.
Afery nie są tylko naszą specjalnością. Zdarzają się wszędzie. Dyktatorzy najczęściej likwidują źródło przy pomocy odpowiednich służb. W państwach demokratycznych (mam nadzieję, że będziemy się mieścić w tej kategorii) nacisk opinii publicznej i jawność życia publicznego kończą się ukaraniem odpowiedzialnych lub wykluczeniem i śmiercią towarzyską. Przykłady: Nixon za Watergate, Klęska wyborcza Blair’a (UK) za militaryzm, kłopoty prezydenta Clintona. Można wymieniać dalej.

U nas także zdarza się, że jakiś prominent ma kłopoty, lecz najczęściej jest to ktoś, kto już jest w niełasce i niższego szczebla. Unikalnym zjawiskiem jest możliwość, że po pewnym okresie karencji wraca do splendorów i profitów.

A jak się ma OPINIA SPOŁECZNA?

To właśnie ona powinna być głównym cenzorem sprawiedliwości. To ona ocenia i potępia zło. To ona wreszcie stosuje swój demokratyczny mandat wyborczy. To demokratyczne wybory decydują o tym, kto sprawuje władzę ustawodawczą i najwyższą władzę wykonawczą.

I tu właśnie zauważam pewien paradoks. Mamy za sobą cykl wyborczy. Jeżeli prześledzimy kolejne sondaże i wyniki wyborów, to zauważymy, że ujawnione w tym czasie afery i skandale nie mają istotnego wpływu na naszą ocenę klasy politycznej. Nie ważne, co wylezie spod dywanu, opinia społeczna jest podzielona równo na pół.,

Mam wrażenie, że powtarza się bardzo stara historia.

Antyczny Rzym postrzegamy głównie przez pryzmat beletrystyki „Quo Vadis” lub książki Roberta Gravesa. Opisują one życie cesarzy, wodzów, senatorów, a było ono okrutne, niemoralne i obsceniczne, Tyberiusz, Kaligula, Neron, Mesalina, trucicielka Liwia Augusta. Co na to szary obywatel rzymski, o którym nikt nie pisze książek? Pewnie patrzył na wzgórze Palatynu z pewnym zgorszeniem. Byli to ciężko pracujący ludzie, na swój sposób pobożni, przestrzegający surowych rzymskich zasad moralnych. Jak długo dostawali „panem et circenses”, mało ich to obchodziło.

Mam wrażenie, że Niewiele się zmieniło. Afery i skandale dotyczą ludzi ze szczytów władzy, tak zwanych „elit” ich grzeszne czyny nie mają wpływu na nasze zarobki czy emerytury. Na wieść o przekrętach finansowych cieszymy się, że to nie my daliśmy się oszwabić.

To, że nasze podatki są marnowane lub wydawane na cele niezgodne z przeznaczeniem to pewnie źle, ale podatki musimy płacić niezależnie od tego, na co idą. Natomiast rozdawnictwo socjalne trafia do naszych kieszeni bezpośrednio i to jest coś, co nas raduje.

Przymykamy, więc oczy na nepotyzm, (sami przecież zwracamy się o pomoc do znajomych, którzy „mogą”), na łamanie prawa i konstytucji, bo nie zauważamy, że nas to dotyka, na przekręty finansowe, bo to nie nasze pieniądze.

Czasem jednak korupcja, afery i skandale wylewają się poza środowiska elit sprawujących władzę. Wadliwie działająca gospodarka, represyjne prawo i arogancja rządzących przestają być tytułami w tabloidach, dotkną nas osobiście i bezpośrednio. A wtedy tak jak w Rzymie dojdzie do konfrontacji władza, społeczeństwo. A na rozwiązania demokratyczne, oparte o dialog i prawo będzie za późno.

Istnieje jednak taki rodzaj korupcji, który nas porusza do żywego. To taki rodzaj niesprawiedliwości, którą widzimy z naszego okna. Dotyka tylko nas i naszych sąsiadów. Dzieje się w naszym domu, na naszym osiedlu w gminie lub miasteczku. Powoduje, że nasze małe ojczyzny nie dają nam poczucia bezpieczeństwa i podmiotowości. O takich aferach nikt nie pisze płomiennych felietonów, nie opowiadają gadające głowy w programach telewizyjnych, są zbyt lokalne, rzadko angażują się w nie prominenci. Walka z tymi patologiami to zadanie różnych form wybieranych przez nas organów samorządowych. „Społeczeństwo demokratyczne” to takie, które umie wybrać swoich przedstawicieli ze swojego środowiska wg kryteriów uczciwości, gospodarności i zaradności. Tylko tak wybrany samorząd spełni nasze oczekiwania i ochroni nas przed korupcją. Kilku polityków zauważyło skuteczność odwołania się go samorządnego społeczeństwa. Za 3 lata wybory samorządowe. Bądźmy na nie gotowi. Szukajmy ludzi, którzy będą reprezentować nasze interesy, a nie interes partii politycznej lub lokalnych towarzystwo „wzajemnej adoracji”. Pamiętajmy, że mamy prawo nie tylko do wyboru, lecz także do obywatelskiej kontroli naszych przedstawicieli.

Sen o demokracji na kupie gruzów

Bułgarzy od lat bez większych emocji przyglądali się nadużyciom polityków, wszechobecnej korupcji i nieoficjalnym sieciom wpływów. Najuboższy kraj Unii Europejskiej, przeorany przez transformację ustrojową, zdawał się ostatnim miejscem, gdzie może dojść do ulicznych protestów, tak bardzo jego mieszkańcy stracili wiarę w to, że cokolwiek od nich zależy.
W lipcu 2020 r. coś się zmieniło.

Iskra Baewa, wykładowczyni Uniwersytetu św. Klemensa Ochrydzkiego w Sofii, specjalistka od najnowszej historii swojego kraju, od kilkunastu dni prawie codziennie wrzuca na Facebooka zdjęcia z protestów przeciwko rządowi Bojko Borisowa. Od 10 lipca nie opuściła ani jednego dnia demonstracji. Pytana w komentarzach, jak długo będą trwały protesty, odpowiada: tak długo, jak będzie trzeba.
Na transparentach, które trzymają ludzie widoczni na jej zdjęciach, czytamy: Precz z mafią! Bojko, idź sobie! Chcę żyć w uczciwej Bułgarii! Demonstranci zbierają się na placu między socrealistycznymi gmachami kancelarii prezydenta, rządu i parlamentu (kiedyś był tu partyjny komitet centralny). Blokują nieodległe ulice, siadają ze swoimi plakatami na pomniku Aleksandra II, rosyjskiego cara, dla Bułgarów – Cara Wyzwoliciela. I ciągle mają nadzieję, że Bojko ustąpi, weźmie pod uwagę ich głos i nowe badania opinii publicznej, w których 60 proc. społeczeństwa jest przeciwko niemu. Jednak premier i jego partia GERB są zdecydowani trwać. Borisow rzucił na pożarcie trzech ministrów, byle samemu przetrwać, obiecał nowe wydatki na cele socjalne, a wicepremier Tomisław Donczew w mediach załamuje ręce: rząd nie może odejść w czasie koronawirusowego kryzysu! Zupełnie jakby wcześniejsze rządy GERB nie wpędzały Bułgarii w kryzys permanentny.
Kilka miesięcy temu, gdy byłam w Bułgarii na krótko przed zamknięciem granic, Borisow po prostu rządził i nie podlegało to żadnej dyskusji, a ludzie starali się przetrwać każdy kolejny dzień, często – dosłownie – walcząc o przetrwanie: odsetek ubogich lub zagrożonych ubóstwem sięgał 1/3 społeczeństwa. Dominowała apatia i poczucie, że lepiej już było.
– Bułgarzy tylko w jednej czwartej mogą decydować o swoim losie. Reszta to sprawa zewnętrznych sił – powiedziała mi wtedy, w marcu, Iskra Baewa. Cytowała Dimityra Błagoewa, nestora bułgarskiego socjalizmu, i przekonywała, że jego gorzka refleksja o peryferyjnej ojczyźnie, uzależnionej od wielkich światowych wstrząsów, wiele razy sprawdziła się w historii. Potem zaznaczyła, że od 1919 r., kiedy wypowiedział te słowa, zmieniło się w jej przekonaniu tylko jedno: z jednej czwartej zrobiła się jedna dziesiąta.
Koszmar transformacji
Iskra Baewa mówiła z pozycji osoby, która naprawdę chciała coś zmienić: trzydzieści kilka lat temu była działaczką nie tak licznego ruchu dysydenckiego i szczerze wierzyła w możliwość ulepszenia bułgarskiego socjalizmu. Kiedy zobaczyła, jaki obrót przyjęła gospodarcza terapia szokowa z lat 1990-1991, przyłączyła się do Bułgarskiej Partii Socjalistycznej, tylko po to, by przekonać się, że w „humanistyczny socjalizm” zapisany w jej programie wierzyli szeregowi członkowie, ale nie kierownictwo. Liderzy partii, jak dawna prawa ręka Żiwkowa, Aleksandyr Liłow, zachłysnęli się neoliberalizmem. Po drugiej stronie, w Związku Sił Demokratycznych, było to samo: pod rządami Związku, tylko w okresie 1990-1992 r., liczba bezrobotnych Bułgarów poszybowała z 65 do 577 tys. Przyjęto ustawę o prywatyzacji, ze względów ideologicznych zniszczone zostały wiejskie gospodarstwa kolektywne, chociaż większość mieszkańców wsi wcale się tego nie domagała.
– Drastycznym przykładem realizowanego bezmyślnie programu „dekomunizacji” był los spółdzielni produkcyjnych, traktowanych w tym czasie jako „ogniska komunizmu”, a ich likwidacja – jako „akt dziejowej sprawiedliwości”. Bezmyślnie przeprowadzona akcja dekolektywizacyjna przyniosła gwałtowne pogorszenie sytuacji społeczno-ekonomicznej mieszkańców wsi – pisze w swojej monografii Tadeusz Czekalski, historyk XX-wiecznej Bułgarii.
Transformacja i kolejne rządy, nieudolne i/lub nieuczciwe, otworzyły drogę do sukcesu GERB (w rozwinięciu: Obywatele na rzecz Europejskiego Rozwoju Bułgarii). Na powszechny upadek infrastruktury i usług publicznych, popychający miliony ludzi do emigracji, centroprawicowa partia odpowiedziała obietnicami walki z przestępczością, wspierania rodzin, energetycznej niezależności. Od 2009 r. w żadnych wyborach partia z Borisowem na czele nie spadła poniżej 30 proc. Rządzenie i możliwość rozdzielania funduszy płynących z Europy tylko pomagało jej w konsolidowaniu władzy. Wzmacniały się i rozrastały nieoficjalne sieci powiązań na styku polityki (wielkiej i lokalnej), wymiaru sprawiedliwości, świata przestępczego. Rozkwitała korupcja, po stronie władz stała większość mediów, finansowanych przez bułgarskich oligarchów. Równocześnie wielu obywatelom, kompletnie rozczarowanym polityką, podobał się prosty i dosadny język Borisowa, jego podkreślanie wiejskich korzeni, ostentacyjna „swojskość”.
W 2018 r. Bułgaria okazała się tym państwem Unii Europejskiej, gdzie nierówności społeczne są największe, równy dostęp do publicznej edukacji i służby zdrowia to fikcja, a 1/3 obywateli nie stać nawet na ogrzanie domu w zimie. W tym też roku demografowie z Bułgarskiej Akademii Nauk ocenili, że przez niski wskaźnik urodzeń i masową emigrację do 2080 r. liczba obywatelek i obywateli skurczy się do 4,6 mln. Gdy upadał socjalizm, Bułgarów było niemal dwa razy więcej.
Młodzi, wykształceni, oburzeni
To młodych najbardziej poruszył incydent z udziałem Christo Iwanowa, lidera liberalnej, proeuropejskiej partii Tak, Bułgaria! Iwanow, który w 2014-2015 r. był u Borisowa ministrem sprawiedliwości, a teraz alarmuje Europę, że jego kraj to klasyczny przypadek państwa zawłaszczonego, z bułgarską flagą w dłoni usiłował dostać się na publiczną plażę w pobliżu posiadłości Ahmada Dogana, jednego z liderów mniejszości muzułmańskiej w Bułgarii, dobrze widzianego w kręgach bliskich GERB. Został przepędzony przez ochroniarzy, którzy okazali się funkcjonariuszami państwowej służby: mógł ogłosić, że państwowe pieniądze są wydawane na ochranianie willi oligarchy. Zdarzenie miało miejsce 9 lipca; dwa dni później znowu to młodzi oburzyli się, gdy prokurator generalny Iwan Geszew nakazał policji przeprowadzenie przeszukania w kancelarii prezydenta Rumena Radewa i zatrzymać dwóch jego doradców. Prezydent Radew, były generał lotnictwa, nie wywodzi się z GERB, jego zwycięską kampanię wyborczą w 2016 r. popierała Bułgarska Partia Socjalistyczna. Przez ostatnie miesiące Radew systematycznie budował wizerunek polityka silnego i uczciwego, bezlitośnie punktującego korupcję i nadużycia GERB. Zdobył tym pewną sympatię, część Bułgarów jest skłonna widzieć w nim nadzieję na odnowę. Ale to nie osoba Radewa, choć jego przemówienia o przyszłości Bułgarii i potrzebie przepędzenia mafii wzbudzają entuzjazm, jest motorem napędzającym protesty.
David Bisset, dyrektor fundacji Equilibrium i ekspert ds. polityki społecznej, od 2000 r. mieszkający w bułgarskim Ruse, powiedział mi w marcu tego roku, że jeśli dla Bułgarii jest nadzieja, to leży ona w ludziach młodych i wykształconych. Takich, którym zawłaszczone państwo Borisowa pozostawia najmniej szans: ich kwalifikacje, często zdobywane niezwykle ciężką pracą, bo nierówności w edukacji zaczynają się w Bułgarii od pierwszych lat nauki, są mniej warte niż nieformalne koneksje. Szczególnie rozgoryczeni są ci, którzy studiowali za granicą i wrócili do Bułgarii tylko po to, by przekonać się, że nawet taki dyplom znaczy niewiele. Nawet, jeśli próbują swoich sił w biznesie – a wśród protestujących jest wielu takich – wszechobecna korupcja i niewidzialne sieci nie dadzą im spokoju. W normalnych warunkach wentylem bezpieczeństwa dla władz była możliwość emigracji. Ale jak myśleć o wyjeździe teraz, przy zamkniętych granicach?
Wśród młodych i wykształconych żywe jest marzenie o czystej demokracji, o europejskich standardach, które muszą zostać przyjęte w Bułgarii, by polityka przestała być brudną grą zakulisowych interesów. I jeszcze jedno źródło inspiracji, na które zwrócił mi uwagę Władimir Mitew, lewicowy dziennikarz związany z kolektywem Barikada: rumuńska prokuratura antykorupcyjna (DNA). Obserwując, jak kierująca DNA Laura Kovesi posyła za kratki kolejnych polityków, rozczarowani życiem politycznym na własnym podwórku Bułgarzy zaczęli się zastanawiać: dlaczego u nas tak nie można? Silna i niezależna prokuratura zaczęła być postrzegana jako środek do osiągnięcia wymarzonej praworządności. Umacniało się przekonanie, że za pomocą takich organów można wyeliminować określoną liczbę najbardziej nieuczciwych polityków i tym samym otworzyć drogę do prawdziwych reform. Z pola widzenia umykały kontrowersje wokół rumuńskiej walki z korupcją: jak to, że w pewnym momencie DNA stała się tak potężna, że stanęła ponad wszelkim prawem, że w budowaniu tej potęgi pomagały niejasne relacje ze służbami, a antykorupcyjne postępowania wcale nie sięgały wszystkich opcji politycznych po równo. W oczach młodych i ambitnych Bułgarów z klasy średniej wciąż przeważa przekonanie, że Rumuni przynajmniej zaczęli robić u siebie porządek, tymczasem wypromowany przez Borisowa prokurator generalny Iwan Geszew robił co najwyżej efektowne wrażenie: może i doprowadził do skazania niektórych oligarchów, ale tylko tych, którzy nie żyli dobrze z GERB. Tytułem kontrastu: w lipcu ubiegłego roku w Sofii wybuchł potężny skandal, gdy czwórka wpływowych polityków GERB nabyła za ułamek wartości apartamenty w budynku wznoszonym przez dewelopera, pod dyktando którego zmieniono wcześniej prawo budowlane. Jednak komisja antykorupcyjna nie doszukała się konfliktu interesów.
Zmienić konstytucję… i co dalej?
Spontanicznie wyłonieni przywódcy demonstracji potrafią myśleć całkiem radykalnie, jeśli chodzi o formę protestu: jeden z nich, prawnik Nikołaj Chadżigenow, wzywał, by organizować się w całym kraju i blokować, co się da – drogi, porty, lotniska, budynki administracji publicznej, sądy. Jednak jeśli chodzi o cel, to – poza dymisją Borisowa i Geszewa – horyzontem wydają się być postulaty przedterminowych wyborów (najlepiej w formie elektronicznej), reformy prokuratury i gruntownej zmiany konstytucji lub uchwalenia nowej. To stanowczo za mało, by faktycznie zablokować całą Bułgarię: postulaty, które porywają młodych i wykształconych, oburzonych na swój brak perspektyw, nie przemówią do tych, którzy są wykluczeni totalnie, ledwo wiążą koniec z końcem gdzieś w Widyniu czy Sliwenie, nie mówiąc już o mniejszych miastach i zrujnowanej wsi. Liberalny sen o uczciwej demokracji wystarczy, by skrzyknąć kilkanaście tysięcy ludzi w Sofii, obrzucić budynki rządowe papierem toaletowym i świńskimi uszami, a do tego zorganizować mniejsze protesty w innych większych miastach. Żeby przebudzić społeczeństwo i przywrócić mu wiarę, że można przełamać wieloletnią beznadzieję, to stanowczo za mało. Wygląda jednak na to, że młodzi i wykształceni nawet się nad tym nie zastanawiają.
A przecież wyrwanie wykluczonych z apatii nie jest niewykonalne, bo i poza wielkimi ośrodkami ludzie umieją trzeźwo ocenić swoją sytuację: w niedawnym sondażu 86 proc. Bułgarów stwierdziło, że prawo w ich kraju działa na rzecz bogatych, a krzywdzi biednych. Ludzie świetnie zdawali sobie sprawę również z tego, że przeciętny obywatel nie ma szans na dobrą opiekę lekarską, a sytuacja emerytów w ostatnich latach tylko się pogarszała, chociaż Borisow nieznacznie podniósł świadczenia dla nich. Co więcej – 66 proc. ankietowanych stwierdziło, że państwo powinno przeciwdziałać ubóstwu wśród dzieci – fundować im podręczniki, komputery czy stypendia. Byle bieda nie reprodukowała się z pokolenia na pokolenie, jak dzieje się to obecnie.
Ale hasła społecznej niesprawiedliwości, nierówności czy nagminnego łamania praw pracowniczych nie wybrzmiewają podczas tych protestów. Dla liberalnie nastawionych bojowników z korupcją nie są specjalnie zajmujące. Ubogi elektorat GERB, albo wykluczeni, którzy na nikogo już nie głosują, nie jest też przez nich uważany za godnego partnera do rozmowy. Bułgarska Partia Socjalistyczna jest obecna na protestach, ale ich nie akcentuje, bo jej lewicowość to ciągle hasła na papierze, nie czyny. Ona też ma swoich oligarchów i własne, chociaż odpowiednio słabsze, sieci powiązań. Do tego ludzie za bardzo pamiętają jej kompromitację w latach 90. i później, nie na darmo wreszcie Borisow powtarzał przy każdej okazji, że to „socjaliści sprzedali Bułgarię”. W szesnastym dniu protestów, gdy uczestnicy demonstracji z taką samą dezaprobatą potraktowali i Danijelę Daritkową z GERB, i liderkę „lewicowej” partii Korneliję Ninową. Obydwu zablokowano drogę, gdy miały wyjść z telewizyjnego studia, obie wygwizdano.
Swoje postulaty próbują szerzyć w protestującym tłumie młodzi działacze Kolektywu na rzecz Interwencji Społecznej i innych lewicowych grup, ale idea socjalistyczna jako taka została w Bułgarii zbyt zohydzona przez ostatnie 20 lat, by mogli odnieść szybki sukces. Nawet jeśli wspomnienie transformacji jest traumą, poprzednia epoka zachowała się w rodzinnej pamięci milionów obywateli jako czas wielkiej modernizacji i awansu społecznego, a postać Todora Żiwkowa otacza w pewnym segmencie społeczeństwa aura prawdziwej nostalgii. Swoją „swojską” pozę Borisow wypracował, właśnie naśladując gesty i styl wieloletniego przywódcy Bułgarskiej Partii Komunistycznej.
Europa, Europa
Rozczarowaniem dla proeuropejskich młodych demonstrantów jest fakt, że nie wstawiła się za nimi Europa. „Unio, zobacz, jak są wydawane twoje pieniądze”, „Droga Angelo, droga Ursulo, czy jesteście ślepe, czy też skorumpowane?” – to kolejne napisy z transparentów na proteście. Wielu uczestników manifestacji wierzyło, że skoro Bruksela tak głośno ostrzega Polskę i Węgry przed łamaniem zasad praworządności, to w końcu, po latach, przestanie przymykać oczy również na afery i nadużycia w Bułgarii. Tak się nie stało: zamiast tego GERB otrzymał poparcie od Europejskiej Partii Ludowej, Bułgarska Partia Socjalistyczna – od swojej socjaldemokratycznej frakcji Europarlamentu. Komisja Europejska jedynie przypomniała o demokratycznym prawie do protestowania.
Bruksela chce mieć spokój na granicy zewnętrznej i nad Morzem Czarnym, woli premiera Bułgarii skorumpowanego, ale przewidywalnego, bo pozbawionego większych ambicji, niż utrzymanie władzy i czerpanie z tego profitów. Wzrost znaczenia jakichkolwiek reformatorskich ośrodków, w tym frakcji prezydenta Radewa, byłby jednak z perspektywy UE pewną niewiadomą; jeden z eurodeputowanych GERB wyrażał nawet zaniepokojenie, że ewentualny rząd przejściowy mógłby się okazać „prorosyjski”. Bardzo pod publiczkę, bo Bułgaria wychodzić z NATO nie zamierza, a młodzi protestujący byliby oburzeni, gdyby zarzucić im sympatię dla Kremla. Niemniej obawa przed historycznymi związkami rosyjsko-bułgarskimi ma się na Zachodzie nieźle i snucie takich wizji może przekonać niezdecydowanych w Brukseli, by jednak zostawili Borisowa na swoim miejscu. Z podobnie zresztą prymitywnie rozumianych geopolitycznych względów UE przez całe lata godziła się z jednoosobowymi rządami i milionowymi nadużyciami oligarchy Vladimira Plahotniuka w Mołdawii – ważne było to, że odpowiednio głośno deklarował proeuropejskość.
Więc jednak to zewnętrzne siły decydują, kto będzie rządził w Sofii? Też, ale nie do końca, bo Borisow nie potrzebuje międzynarodowych zachęt, by kurczowo trzymać się stanowiska. W wykrzykiwanych hasłach „Precz z mafią” jest wiele racji: krytycy premiera Bułgarii sugerują, że jeśli straci on polityczny immunitet, to może stracić też życie, w tyle dziwnych interesów był (jest?) zamieszany. A frekwencja na protestach, sięgająca w szczytowych momentach 20 tys. ludzi, robi wrażenie, jeśli wziąć pod uwagę skromną historię bułgarskich demonstracji w ostatnich latach – ale ciągle jest za mała, by naprawdę przestraszyć cynicznych polityków i oligarchów operujących w cieniu. A nawet gdyby w GERB doszło do jakiegoś przesilenia, skutkującego ucieczką premiera, to…
– Co dałaby nam reforma polityczna bez zajęcia się ekonomiczną podstawą wszystkich problemów? Korupcja jest bezpośrednim skutkiem neoliberalizmu i ścięcia niemal do zera wydatków na administrację państwową i pensje w sektorze publicznym – komentuje Stojo Tetewenski z kolektywu Lev Fem i Studenckiego Zjednoczenia na rzecz Równości. Owszem, winnych nadużyć trzeba rozliczyć, ale traktowanie walki z korupcją jako celu samego w sobie prowadzi donikąd. Przecież reforma prokuratury czy ustanowienie republiki prezydenckiej bez zmiany całej filozofii nie sprawi, że 80 proc. Bułgarów zacznie zarabiać więcej niż 900 lewów (ok. 1800 zł) miesięcznie.

Zamczysko

Polska jest piękna, ale też straszna. Jeden kolega z zagranicy zagadnął mnie ostatnio w tym temacie. Powiedział, że widział u nas w gazecie pałac w środku puszczy. Nie jakiś starodawny pałac, tylko nowy, spod igły. Ktoś postawił sobie pałac w lesie nie ważąc na nic. W XXI wieku. W środku Europy.

Pośród rezerwatu Natura 2000, czy jak to się tam nazywa, ktoś stawia sobie u nas zamczysko. Nic to, że otulina pałacu to park narodowy, gdzie nie można formalnie nawet zabrać ze ścieżynki zdechłej myszki. Ktoś postawił sobie pałac jak w Wilanowie na wodzie. Prawdziwy pałac! I w tej całej historyjce ze Stobna nad Notecią, najbardziej zastanawia mnie, kto za to wszystko zapłacił.

Dziennikarze pytają wójta. Wójt nie wie. Pytają sołtysa. Sołtys nie wie. CBA zamyka urzędników z gminy, a i tak nigdzie nie można się dogrzebać, kto jest właścicielem zamczyska. Tajemnica państwowa. W XXI wieku trwa w środku Europy Wschodniej budowa zamczyska i nikt nie potrafi odpowiedzieć: dlaczego? Co poszło nie tak?

Próbowałem wysilić się na znalezienie odpowiedzi dla znajomego z zagranicy, o co w tym wszystkim chodzi. Nawet przygotowałem sobie taki mały spicz, zadzierzgnięty na historycznym podglebiu. Ongiś, w Polsce, książęta stawiali sobie pałace, bo byli książętami i mieli za co. Kiedy nastała władza ludowa, jeden i drugi książę, bez tytułu ale z ambicjami, mógł postawić sobie myśliwski pałacyk w środku Bieszczad. Jak chciał i gdzie chciał. Niedorzecznością byłoby pytać o to, czy stawiał ów pałacyk za zgodą i zgodnie z przepisami. Wszak księcia nikt nie pyta, dlaczego nim jest. Podobnie jak rozłożystego dębu, dlaczego wyrósł taki ogromny i dostojny, zabierając przy okazji światło małym roślinkom poniżej, u korzenia. Zmieniły się czasy i okoliczności, ale mental został u nas taki sam. Miał ktoś fantazję i pieniądze. Dużo pieniędzy. Postanowił zrobić pałac w środku puszczy. Każdy jeden z nas, maluczkich, popukał by się w głowę i powiedział, że to antypody absurdu; pałac w środku parku narodowego? To się może udać w Mozambiku, ale nie tu. Nic bardziej mylnego.

Pomyślcie dobrzy ludzie, ile pieniędzy musi mieć ktoś, kto ów pałac wznosi. Bo budowa, wbrew prawu i medialnemu zgiełkowi, trwa w najlepsze. Nie dość, że biznesmen zainwestował w materiał i robociznę, drugie tyle musiał wydać na „uelastycznienie” przepisów. Poza tym to musi być też niezły kozak, że pomimo nagonki i sprawy wydania pod publiczny osąd, jegomość robi swoje cały czas. Robotnicy uwijają się jak mróweczki. Płot wysoki i metalowy, nic się nie da zobaczyć. A to robota wre.

Gdyby trzymać się kodeksów, człek winien dostać wyrok, a następnego dnia, na budowę powinien wjechać buldożer i zburzyć cały ten pierdolnik do fundamentów. Dość długo już jednak żyję w tym kraju, zwłaszcza w bliskim sąsiedztwie Powązkowskiej w Warszawie, żeby nie pamiętać, jak walczono z hotelem Czarny Kot. Co nowa ekipa w ratuszu, to ciągle ten sam kłopot; niby są przepisy, komplety dokumentów, zgody obojga rodziców, a gargamel stoi, jak stał. Mało tego. Koleś robił coraz to nowe przybudówki i spraszał gości, kasując ich jak za zboże, a prawo i jego poszanowanie miał tam, gdzie w hotelu stał ustęp. Z zamczyskiem jest podobnie. Inwestor włożył parę groszy w grunt i do kieszeni kogo trzeba. Zamek stoi solidny i podmurowany. Kto normalny w tym kraju zgodzi się, żeby pracę rąk wyrzucić do śmieci. Komu to szkodzi, że będą na wyspę przyjeżdżać ludzie i zostawiać w gminie pieniądze. Toż to tylko same plusy z tej budowy. A przepisy winny być dla człowieka i pod człowieka. Jak ktoś jeszcze ma jakiekolwiek wątpliwości, skąd jest i gdzie się znalazł, niech spojrzy na pierwszą stronę programu politycznego jedynie słusznej partii. Drzewa karczować, zwierzynę bić, zamki budować. Czynić sobie ziemię poddaną.

Jechałem niedawno przez wsie, nieopodal Nowej Soli. Widziałem piękne, poniemieckie zameczki i pałacyki, które ktoś kupił za półdarmo i dziś mozolnie restauruje, żeby za jakiś czas zrobić zeń pensjonat dla warszawki albo co najmniej spa. Jeden zameczek był do połowy odnowiony i pozostawiony na zmarnowanie. Właściciel się przeliczył i koszta go przerosły. Zostawił rusztowania i kielnie na zmarnowanie. Widocznie nie miał na tyle dużo fantazji, żeby wymyślić sobie pałac jak ze snu w miejscu, w którym nikomu nie śniło się postawić ławki dla przechodnia. Fantazja ważna rzecz. Jak się ma fantazję, a do tego dużo pieniędzy, można w tym kraju góry przenosić. Albo całe pasma.

Nie bójmy się jawności płac!

Politycy praktycznie wszystkich opcji krytykują nepotyzm, rozdawanie stanowisk członkom rodzin i znajomym, wypłacanie nominatom partyjnym gigantycznych premii i honorariów. Mało kto jednak zabiega o wprowadzenie rozwiązań, które mogłyby znacznie ukrócić patologie.

Jednym z głównych instrumentów w walce z nepotyzmem, kolesiostwem, horrendalnie wysokimi wypłatami dla nominatów partyjnych, bulwersującymi nierównościami płacowymi byłoby wprowadzenie jawności płac. Na to jednak nie widać zgody. Ani w kręgach rządu, ani większości środowisk opozycyjnych.

Kto mało zarabia – wiemy

Płace większości pracowników w Polsce są i tak jawne. Wiemy, jakie są zarobki w szkolnictwie, służbie zdrowia, pomocy społecznej, wymiarze sprawiedliwości. Znamy zarobki w dużych sieciach handlowych, firmach ochroniarskich, zakładach transportu publicznego. Mniej więcej wiadomo, ile zarabiają pracownicy kawiarni i restauracji. W tych zawodach płace są zazwyczaj stosunkowo niskie i pracownicy w zdecydowanej większości nie mają nic do ukrycia. Brak jawności dotyczy głównie części osób o wysokich dochodach zajmujących kierownicze stanowiska. Spory pojawiają się też wtedy, gdy okazuje się, że osoby zatrudnione na tych samych stanowiskach otrzymują różne pensje – wtedy pracownicy o niższych dochodach mają słuszne poczucie krzywdy. Wszak Kodeks pracy i Konstytucja RP gwarantują im równą płacę za tę samą pracę. Ale bez wprowadzenia jawności płac trudno byłoby te arbitralne nierówności zniwelować.

Absurdalne nierówności

Dotyczy to też nierówności płac między płciami i wszelkich innych form dyskryminacji. Dzisiaj kobiety wciąż zarabiają około 20 pkt. proc. mniej niż mężczyźni i choć dyskryminacja płacowa kobiet jest sprzeczna z prawem, brak jawności wynagrodzeń nie pozwala nawet otwarcie skonfrontować się z problemem.

W Polsce nawet w sektorze publicznym w różnych częściach kraju pracownicy pełniący te same funkcje i z tym samym zakresem obowiązków często otrzymują zróżnicowane wynagrodzenia. Jawność płac mogłaby doprowadzić do spłaszczenia dochodów wśród osób wykonujących tę samą pracę.

Uzdrowić relacje w firmach

Jawność płac pozwoliłaby wprowadzić też zdrowsze i bardziej transparentne relacje między pracodawcami i pracownikami. Obecnie zdarzają się sytuacje, gdy firma przynosi straty, zwalnia pracowników lub obniża im pensje, a w tym samym czasie kadra zarządzająca przyznaje sobie podwyżki lub dodatkowe premie. Niekiedy zdarzają się sytuacje, gdy koszty kryzysu ponosi arbitralnie wybrana część pracowników. Informacje na temat podwyżek lub ich braku są przedmiotem plotek i legend, a brak sprawdzonej wiedzy psuje atmosferę w firmie i skłóca załogę. Jawność płac byłaby dla pracodawcy bodźcem do bardziej sprawiedliwego i racjonalnego systemu płac. Musiałby wytłumaczyć pracownikom przyczyny takich, a nie innych rozwiązań podwyżki płacowych. Musiałby też umieć przekonać załogę co do wysokości honorariów dla kadry zarządzającej. W ten sposób transparentność odnośnie poziomu wynagrodzeń motywowałaby pracodawcę do wprowadzenia spójnego i przekonującego systemu płac.

Uciąć szkodliwe spekulacje

Dzięki jawności Polacy zobaczyliby też ogrom nieprawidłowości w firmach tak prywatnych, jak i publicznych. Wiedza o skali nierówności pozwoliłaby wywołać presję na wprowadzenie bardziej egalitarnych rozwiązań.
Ujawnienie płac ucięłoby spekulacje na temat dochodów kadry kierowniczej, polityków czy działaczy związkowych. Obecnie wyobrażenia na temat wysokości pensji na różnych stanowiskach często odbiegają od rzeczywistości, a poziom rzeczywistych wynagrodzeń znacząco odbiega od oczekiwań społecznych. Dotyczy to szczególnie stanowisk kierowniczych w instytucjach publicznych i spółkach skarbu państwa. Politycy mają skłonność do ukrywania realnych płac swoich znajomych i rodzin. Wiedzę na ten temat niekiedy ujawniają dziennikarze śledczy, ale często są to doniesienia oparte na plotkach i niesprawdzonych informacjach. Jawność płac przecięłaby spekulacje i pomogła odsłonić skalę nieprawidłowości, a tym przeciąć powiązania między polityką i biznesem. Powszechna stałaby się wiedza, ile zarabiają nominaci partyjni i członkowie ich rodzin. Dzięki jawności wzrósłby też nacisk na przeprowadzanie konkursów przy naborze na najlepiej płatne funkcje.

Jawność wynagrodzeń mogłaby też poprawić atmosferę w firmach, przyczynić się do wzrostu wydajności pracy i minimalizacji stresu. Jawność byłaby ważną częścią relacji opartych na zaufaniu i dialogu. Pozwoliłaby zrozumieć i zaakceptować politykę płacową każdego zakładu pracy. Wszak ludzie lepiej pracują, gdy ich wynagrodzenie jest ustalone na jasnych i przejrzystych zasadach. Dzięki jawności płac firmy w większym stopniu konkurowałyby o pracownika wysokością proponowanej pensji.
Wprowadzenie jawności płac byłoby więc pozytywnym i bardzo łatwym do wprowadzenia rozwiązaniem dla rynku pracy i jakości życia społecznego. Niestety PiS-owska władza, która bardzo lubi lustrować swoich adwersarzy, sama ma wiele do ukrycia.

Przybyło korupcji w Polsce

Opanowanie sektora publicznego przez PiS spowodowało, że funkcjonuje on w sposób coraz mniej uczciwy i transparentny.

Przed tygodniem został opublikowany raport na temat korupcji w sektorze publicznym w świecie, zawierający wyniki badań na ten temat, oraz indeks i ranking zawierające dane zebrane w 2018 roku. W rankingu tym Polska gospodarka zajęła 41. miejsce (natomiast rok temu – 36.).
Indeks postrzegania korupcji (The Corruption Perceptions Index CPI) opracowuje i publikuje od 1995 r. Transparency International, międzynarodowa organizacja pozarządowa badająca i ujawniająca praktyki korupcyjne, głównie w życiu publicznym. Obecnie jest on sporządzany dla 180 krajów.
Indeks ma charakter złożony (agregatowy) a jego wartości lokują się na skali od 0 do 100 . Sto to najwyższa ocena – oznacza kraj bez korupcji, ze stabilnym systemem politycznym, wysoką efektywnością regulacji dotyczących zapobiegania konfliktom interesów oraz sprawnym funkcjonowaniem instytucji publicznych.
Indeks mierzy postrzeganie poziomu korupcji w sektorze publicznym opierając się na 13 różnych badaniach eksperckich i biznesowych.
Badania dotyczyły głównie łapownictwa, nieprawidłowości w wykorzystaniu funduszy publicznych dla celów prywatnych, protekcyjne wykorzystanie kontaktów z urzędami dla prywatnych korzyści, nepotyzm w służbie cywilnej, ale także pozytywnych działań państwa w walce z korupcją. Każde z tych 13 badań kończyło się oceną wyrażoną liczbowo a sam indeks był ich średnią ważoną. Indeks i pełny raport można znaleźć na: www.transparency.org/cpi
W 2009 r. zajmowaliśmy aż 49. miejsce, pięć lat później już 35. W indeksie za 2016 r. obejmującym dane z roku 2015 – nawet 29!. Postęp był więc bardzo wyraźny.
Ale już w rankingach 2017 r. i 2018 r. mamy spadek na 36. miejsce. Aż o osiem lokat! A w 2019 r. zjazd o kolejnych 5 miejsc w rankingu.
Indeks postrzegania korupcji

  1. Dania 87

2. Nowa Zelandia 87

3. Finlandia 86

4. Singapur 85

41. Wyspy Zielonego Przylądka 58

41. Cypr 58

41. Polska 58

44. Kostaryka 56

44. Czechy 56

Czołówka rankingu światowego to jak widać Dania, Nowa Zelandia, Finlandia, Singapur i Szwecja. Poziom wartości indeksu dla tej grupy to 85-87 pkt. Dania jest od wielu lat europejskim liderem w zapobieganiu zjawiskom korupcji w sektorze publicznym.
Wartość indeksu korupcji dla Danii wynosi 87 (ale jednak nie idealne 100!), natomiast dla Polski wynosi 58. Taki jest obecnie nasz dystans do najlepszych pod tym względem: 29 punktów różnicy.
Spośród nowych krajów Unii Europejskiej przed nami jest tylko Estonia, zajmująca wysokie 8. miejsce. Za nami zaś pozostali nowi członkowie Unii, wśród których na końcu ostatnim miejscu znalazła się Bułgaria
(74. pozycja).
Większość, bo dwie trzecie badanych krajów wykazuje indeks na poziomie 50 (ich średnia to 43). Według raportu Transparency International, w ubiegłym roku tylko 20 krajów wykazało postęp w zwalczaniu korupcji, zaś w 16 krajach wystąpił nawet regres. Natomiast od 2012 roku 22 kraje wykazały postęp, a w 21 nastąpił regres, w tym w Kanadzie, Nikaragui i Australii.
W Europie Zachodniej i Unii Europejskiej średnia wartość indeksu to 60 (Polska plasuje się o 2 pkt. poniżej).
Spośród największych państw, Rosja w rankingu postrzegania korupcji zajmuje 137. miejsce, Chiny usytuowały się na 80. miejscu (rok temu były na 87). USA zajęły zaś 21. miejsce.
Ostatnie miejsca na świecie zajmują Wenezuela, Jemen, Syria, Sudan Południowy i Somalia – wartości indeksu wynosi w nich 9-16 pkt.

Księga Wyjścia (27)

Ballada całkiem polityczna

Pomysł z napisaniem i wydaniem drugiego tomu książki „Z dna” tak mnie zaabsorbował, że przestałem obserwować scenę polityczną. A jak się okazuje wiele się tam dzieje i nie sposób całkiem się od niej odciąć. Od hejtu wojennego między Ministerstwem Sprawiedliwości, a sędziami, kuriozalnego pomysłu obecnej władzy, by obradować w starym składzie już po wyborach, do niewyjaśnionych samobójstw osób, które „coś” wiedziały. No i ten tajemniczy „Pegasus”, który jednocześnie jest i go nie ma. Ale robi swoje, co może wyjść już przy kolejnym posiedzeniu sejmu.
O marszałku Kuchcińskim nikt już nie pamięta. Afera przykrywa aferę i na końcu zostanie tylko „konflikt sędziowski”, który w narracji władzy toczą ze sobą „sędziowskie kasty” te dobre i te złe, ale nie dotyczy to już szarego Nowaka. Miałem napisać szarego Kowalskiego – ale znowu skojarzyło mi się z Marianem. Sprawy te śmierdzą bardziej niż słynne warszawskie szambo, które wybiło i przez jakiś czas zasilało Wisłę od Warszawy po Gdańsk. Mój niepokój wzrósł i zacząłem rozważać różne scenariusze. Czy na pewno PiS wygra wybory? Jako słuchacz międzyludzkich dyskusji prowadzonych w komunikacji publicznej, zaczynam tę pewność tracić. O ile ich dawni zwolennicy podkreślają, że partia ta dotrzymuje słowa, bo dostali 500 plus, to okazało się, że podwyżki zjadły ten dodatek z naddatkiem.
O innych obietnicach nikt nie pamięta, a zapytany przez dziennikarzy o program „mieszkanie plus” premier Morawiecki zachował się trochę jak Adaś Miauczyński z filmu „Nic śmiesznego”. Powiedział, że mieszkania są, ale dopiero kilka miesięcy później odwrócił kartkę i przeczytał, że owszem, ale dopiero na deskach kreślarskich. O innych obietnicach wspominał nie będę, bo przyznam, że podobnie jak większość społeczeństwa, też już ich wszystkich nie pamiętam, wiem natomiast z podsłuchanych w autobusach rozmów, że obiecane przez prezesa podwyżki już tak nie działają na ludzi, jak wcześniej działało 500 plus. Wygrana jest więc wielce prawdopodobna, ale jednak już nie taka pewna. W razie gdyby PiS nie zdobyło większości, czy nie wyciągnie jakiegoś noża z rękawa? Nie piszę „karty”, bo tu już chyba nie skończy się na dżentelmeńskim brydżu, w którym pewne oszustwa są dopuszczalne, ale wiedząc co im grozi w przypadku przegranej – raczej władzy nie oddadzą. Będą się więc bronić rękami, nogami i Wojskami Obrony Terytorialnej. Wspominałem już wcześniej, że przełom 1989 roku tylko dlatego był bezkrwawy, ponieważ odchodząca ekipa miała gwarancję bezkarności. Pod adresem obecnej władzy poleciało tyle gróźb – od Trybunału Stanu, do zwykłych zawiadomień i wniosków prokuratorskich, że nikt przy zdrowych zmysłach i mający tak dużo za uszami – ot tak władzy nie odda. Walka idzie o własną skórę, i to dosłownie. O to czy ta skóra będzie nadal chodzić w garniturze, czy w więziennych pasiakach. Pasiaki to oczywiście przenośnia, w więzieniu chodzi się we własnych, cywilnych ubraniach, poza skazanymi specjalnej opieki i tymi najgroźniejszymi. jedynie oni mają pomarańczowe wdzianka. A że politycy zostaliby zaklasyfikowani jako osadzeni specjalnej troski – ze względu na ich bezpieczeństwo – to więzienia zapełniłyby się pomarańczowymi ludzikami.
W demokratycznym państwie rozliczenie władzy byłoby realne i nawet pożądane, ale u nas zbyt daleko to wszystko zabrnęło, by dobrowolnie oddali rządy. Dlatego nie ignorowałbym tego powyborczego posiedzenia Sejmu. Może przekupią kilku posłów, by zdobyć większość konstytucyjną, może unieważnią wybory? A może użyją danych uzyskanych za pomocą „Pegasusa”, by nie wydawać kasy tylko szantażem skłonić kilku posłów do głosowania zgodnego z zaleceniami prezesa? Przecież po coś ten system inwigilacyjny jest, mam na myśli wspomnianego „Pegasusa”, niech się więc przyda. Czarny scenariusz, który opisałem kilka felietonów wcześniej sugerując, że w razie przegranej PiSu grozi nam wojna domowa, wcale nie jest taki utopijny. Oczywiście jeśli wygrają to posiedzenie będzie o niczym, Krystyna Pawłowicz na pożegnanie zwyzywa kogo tylko się da, bo podobno odchodzi z polityki – gdyby był paragraf za chamstwo nikt nie miałby wątpliwości kogo najpierw postawić przed sądem. Potem już bez większych zmian władza spokojna o najbliższe cztery lata, głośno odetchnie i zrobi sobie wakacje. Rewolucji nie będzie. Poza marszami i ewentualnie bezkrwawymi zamieszkami, nic specjalnego się nie wydarzy. Klasa średnia ma zbyt dużo do stracenia, by skrzyknąć się i fizycznie podnieść rękę na władzę, a klasa najbiedniejsza wie, że i tak zbyt wiele się u nich nie zmieni. Zorganizowaną siłą nikt ich więc obalać nie będzie, ale może być tak, że to oni użyją zorganizowanej siły by władzy nie oddać. Tak czy inaczej wybór mamy taki, albo kolejne cztery lata rządów PiS, albo w najlepszym razie bardzo krwawe zamieszki.
Klasa średnia dopiero gdy straci cały dobytek, to wyjdzie na ulicę. Dopóki cokolwiek posiada, to najwyżej będzie kibicować i zachęcać do walki tych z niższych klas społecznych, czyli najuboższych. Zawsze przecież tak było, oprócz Rabacji Chłopskiej. Będą zagrzewać do boju i się wymądrzać głównie w mediach społecznościowych i kilku opozycyjnych mediach, o roszczeniowcach, którzy po raz kolejny dali się przekupić, zamachu stanu itp. Świetnym przykładem standardów demokracji jest problem z jakim zderzył się pewien polski eurodeputowany Janusz Wojciechowski. Facet niby z PiSu, wcześniej z PSL, ale tak naprawdę nikt nie ma wątpliwości co do tego, że uczciwym jest. Nikt, poza Unią Europejską, która dopatrzyła się nieprawidłowości w rozliczeniach wyjazdów służbowych, aha Wojciechowski był wcześniej szefem NIKu. Według samego zainteresowanego chodzi o rozbieżności w numerach tablic rejestracyjnych i pojemności silników samochodów, którymi jeździł, czyli w zasadzie nic takiego i nie ma się o co czepiać. Według polskich standardów nie ma o co, to tylko pierdoły, jednak zachodnie demokracje mają już nieco inny sposób patrzenia i oceny uczciwości osób zajmujących wysokie, publiczne stanowiska. Zwłaszcza tych, którzy sprawują władzę. Człowiek uchodzący za jednego z najuczciwszych w kraju, w zderzeniu z zachodnimi zwyczajami jest jednym z dwojga podejrzanych o nadużycia. Oprócz Wojciechowskiego jeszcze francuska europosłanka ma jakieś podobne kłopoty. Miałem nie pisać już o polityce, ale się nie da. Można nie słuchać radia, nie oglądać telewizora, a i tak znajdzie drogę by wedrzeć się do naszych świadomości. Choćby poprzez głośne rozmowy współpasażerów, kurtuazyjną wymianę zdań z sąsiadami czy też spotkanym znajomym. O fejsbuku już nie wspominając.
Wszyscy tym żyją, musiałbym wyjechać na dwa miesiące w Bieszczady, zamieszkać w szałasie i zrobić odpowiednie zaopatrzenie, by nie chodzić do sklepu. Wtedy jest to możliwe. Ale na pytanie, czy polityka w obecnej konfiguracji warta jest takich emocji? Zdecydowanie nie i jeśli mógłbym sobie na to pozwolić to skorzystałbym z opcji szałasu w Bieszczadach. Bułgarzy mówią, że Polak to taki Ruski, który udaje Francuza. Ktoś chyba zapożyczył te słowa, bo wywołało to lekką, medialną burzę. Według mnie, Polak to ani Ruski, jeśli za oligarchę robi marszałek sejmu latając za państwowe pieniądze i kilku europosłów, ani Francuz gdzie najdrobniejsza afera w kręgach władzy skutkuje lawiną dymisji. Jacy oligarchowie, taka Rosja i jakie standardy, taka Europa Zachodnia.

Z korupcją za pan brat?

W tym roku został opublikowany na temat korupcji w sektorze publicznym w świecie zawierający wyniki badań w tym zakresie oraz Indeks i Ranking 2018, w którym Polska gospodarka zajęła 36. miejsce.

Indeks (The Corruption Perceptions Index CPI) opracowuje i publikuje od 1995 r. Transparency International, obecnie dla 180 krajów.
Indeks ma charakter złożony (agregatowy) a jego wartości lokują się na skali od 0 do 100. 100 to najwyższa ocena – kraj bez korupcji, ze stabilnym systemem politycznym, wysoką efektywnością regulacji dotyczących zapobiegania konfliktom interesów oraz sprawnym funkcjonowaniem instytucji publicznych. Indeks mierzy postrzeganie poziomu korupcji w sektorze publicznym opierając się na 13 różnych badaniach eksperckich i biznesowych.
Badania dotyczyły głównie łapownictwa, nieprawidłowości w wykorzystaniu funduszy publicznych dla celów prywatnych, protekcyjne wykorzystanie kontaktów z urzędami dla prywatnych korzyści, nepotyzm w służbie cywilnej, ale także pozytywnych działań państwa w walce z korupcją. Każde z tych 13 badań kończyło się oceną wyrażoną liczbowo a sam indeks był ich średnią ważoną.

W 2009 r. zajmowaliśmy aż 49. miejsce, pięć lat później już 35. W Indeksach 2016 r. – 29!, . postęp był więc wyraźny. Ale już w rankingach 2017 r. i 2018 r. mamy spadek na 36. miejsce. Aż o osiem lokat.
Czołówka rankingu światowego to: Dania, Nowa Zelandia i Finlandia.
Wartość Indeksu dla Danii wynosi 88 (ale nie idealne 100!) a dla Polski wynosi 60. Taki jest obecnie dystans do najlepszych pod tym względem.
2/3 krajów wykazuje indeks na poziomie 50 (ich średnia to 43). Wg raportu Transparency International w 2018 r. tylko 20 krajów wykazało postęp w zwalczaniu korupcji a w 16 krajach wystąpił nawet regres. W zachodniej Europie i UE średnia wartość Indeksu to 60 (tyle co Polska).
Rosja zajmuje w rankingu CPI 138. miejsce. Chiny usytuowały się na 87. miejscu. USA zajęły dopiero 22. miejsce.
W Europie liderem w zakresie zapobiegania zjawiska korupcji w sektorze publicznym jest Dania.
Spośród nowych krajów UE przed nami jest tylko Estonia (18. miejsce). Za nami pozostałe kraje, na ostatnim miejscu znalazła się Bułgaria (77. miejsce).
Indeks i pełny raport można znaleźć: www.transparency.org/cpi