Wyhodowana żmija

Dawniej Korwin-Mikke reprezentował głownie siebie i swoje odrealnione poglądy. Teraz dołączyła do niego grupka skrajnych narodowców, antysemitów, byłych działaczy Samoobrony i Kaja Godek. W tej kampanii nie bajkowe wizje gospodarcze Korwina- Mikke są dominujące, ale antysemityzm, antyniemieckość, nienawiść do uchodźców i oczywiście antyunijność. Zawsze na Korwina – Mikke głosowali głównie młodzi mężczyźni. Potem na szczęście mądrzeli i zaczynali realnie oceniać świat. Teraz będzie tak samo. Za kilka lat zmienią poglądy.
Tym razem konfederaci rozwinęli twórczo politykę PiS-u. Przejęli od PiS antysemityzm, antyniemieckość, antyunijność i skrajny nacjonalizm. Tych nurtów PiS, jako partia rządząca nie mogło nadmiernie eksploatować, bo to groziłoby poważnymi konsekwencjami międzynarodowymi. Konfederaci te nurty przejęli i zradykalizowali. Ten radykalizm podoba się wielu. Konsekwencji międzynarodowych nie ponoszą żadnych, a elektorat PiS-owi zabierają. Prezes Kaczyński odcina się teraz od konfederatów, ale to oni przejęli te nurty polityczne od PiS, które on musiał wyciszyć. Można powiedzieć PiS wyhodował sobie żmiję na swojej piersi. Gdyby tych wątków nie rozwijał to może byłoby inaczej. Teraz Prezes ma kłopot. Bo choć konfederaci to polityczna efemeryda, ale krwi PiS-owi utoczą i to na jego (PiS-u) życzenie.

FOTO główka

Brunatnienie

Czy brunatna prawica zagrozi Prawu i Sprawiedliwości?

Spolaryzowanie polskiej sceny politycznej, w wyniku którego sondaże przewidują, że łącznie na Prawo i Sprawiedliwość oraz Koalicję Europejską padnie około siedemdziesięciu procent głosów, usuwa w cień inną cechę zbliżających się wyborów: zagrożenie, jakie dla partii Jarosława Kaczyńskiego stanowi skrajnie prawicowa Konfederacja. W jej skład wchodzą rozmaite ugrupowania krytykujące politykę Prawa i Sprawiedliwości z prawej strony. Na program Konfederacji składają się rozmaite hasła: walka z homoseksualizmem i z dopuszczalnością przerywania ciąży, odrzucanie integracji europejskiej w imię rzekomego interesu narodowego, antysemityzm, a także krytyka polityki socjalnej PiS, w czym przoduje Janusz Korwin-Mikke. To z szeregów Konfederacji padło oskarżenie prezydenta Dudy o „uległość wobec żądań żydowskich” a nawet nazwanie go „żydowskim lokajem” (Grzegorz Braun). Sondaże sugerują, ze ten konglomerat może liczyć na poparcie nieznacznie przekraczające próg wyborczy (6 proc. w sondażu Kantar MB z 8-10 maja). Za mało, by odegrać znaczącą rolę, ale dosyć, by stanowić poważny problem dla obecnej partii władzy.
„Prawo i Sprawiedliwość” jest ugrupowaniem konserwatywnym i autorytarnym, ale nie jest grupowaniem antysemickim i faszyzującym. Ma ono jednak na sumieniu flirt z nacjonalistami, co najwyraźniej wystąpiło w działaniach prokuratury i policji, bardzo wyrozumiałych w stosunku do wyczynów ekstremistów z prawej strony. Nie ma potrzeby wyliczać kolejnych przejawów tej postawy, bo są one dobrze znane i wielokrotnie opisywane. Nie ulega wątpliwości, że taka postawa władz państwowych wobec skrajnej, nacjonalistycznej prawicy nie jest konsekwencją lokalnych błędów, lecz wynika z kalkulacji politycznej. „Prawu i Sprawiedliwości” wydawało się, że przymykając oko na wyczyny faszyzującej prawicy zdoła ją zneutralizować, a może nawet pozyskać jej poparcie. Okazało się to błędem, z konsekwencjami którego przyjdzie się liczyć już za kilka dni, a tym bardziej na jesieni.
Zaszła bowiem w polskiej polityce ciekawa zmiana. Od zarania Trzeciej Rzeczypospolitej mieliśmy do czynienia z próbami startu politycznego ugrupowań faszyzujących, w tym antysemickich, ale z reguły bez jakiegokolwiek liczącego się sukcesu. Z polityków obecnej Konfederacji jedynie Janusz Korwin-Mikke jako lider Unii Polityki realnej może poszczycić się jakimś (też zresztą nie imponującym) sukcesem politycznym. Reszta to był polityczny folklor.
Do pewnego stopnia zmieniło się to w 2015 roku za sprawą Pawła Kukiza, który na swoje listy przygarnął skrajnych nacjonalistów, między innymi Piotra Liroya i ludzi z Młodzieży Wszechpolskiej. Różnobarwny konglomerat, jakim jest „Kukiz’15” wypadł bardzo słabo w zeszłorocznych wyborach samorządowych a obecnie balansuje na granicy progu wyborczego. Natomiast wprowadzeni przez Kukiza do Sejmu nacjonaliści znaleźli dla siebie miejsce w Konfederacji, gdzie sąsiadują z wszystkimi, dla których „Prawo i Sprawiedliwość” jest niedostatecznie partią niedostatecznie prawicową.
Konfederacja odbiera PiS-owi część wyborców skrajnie prawicowych, zwłaszcza bardzo młodych i słabo wykształconych mężczyzn. Powoduje też rozchwianie przekazu politycznego, gdyż Jarosław Kaczyński i jego akolici nie mogą ani bardzo ostro zwalczać Konfederacji, ani podkupywać część jej postulatów. W pierwszym wypadku bowiem odpychaliby od siebie wyborców o poglądach bliskich Konfederacji, ale wciąż popierających PiS jako realną siłę polityczną, a w drugim – do reszty odpychaliby od siebie umiarkowanych wyborców.
Dylemat ten widać bardzo wyraźnie w kwestii antysemityzmu, która wróciła na plan pierwszy polskiej polityki wskutek niemądrej polityki obecnego rządu. Pomysł, by w drodze ustawowej zakazać wyrażania poglądu, że Polacy uczestniczyli w Zagładzie, można zrozumieć jedynie jako granie na sentymentach skrajnych nacjonalistów. Nikt przecież nie twierdził nigdy, że cały naród polski zhańbił się takimi czynami, ale też trudno zaprzeczyć, że byli – i to wcale nie tak nieliczni – Polacy wydający Żydów ręce hitlerowskich oprawców, a nawet osobiście ich mordujący. W tej sytuacji nowelizację ustawy o IPN można rozumieć jedynie jako naiwną próbę kupienia części głosów antysemickiej prawicy. Konsekwencje były dla PiS opłakane. Pod presją Stanów Zjednoczonych i w obliczu ogólnoświatowego rozgłosu, z jakim spotkała się niefortunna ustawa, wycofano się z niej pospiesznie, przez co dano amunicję antysemitom oskarżającym partię rządzącą o działanie pod „żydowskim dyktandem”.
Antysemityzm jest w Polsce poważnym problemem, ale należy wystrzegać się wyolbrzymiania jego skali. W dyskusji o antysemityzmie opublikowanej w ostatnim numerze „Studiów Socjologiczno-Politycznych” (2/2019) profesor Ireneusz Krzemiński podzielił się wynikami prowadzonych przez jego zespół od lat badań nad tym zjawiskiem. Z badań tych wynika, że zdeklarowanych antysemitów (20 proc.) jest niemal tylu ilu jest zdeklarowanych przeciwników antysemityzmu (21 proc.), co oznacza wyraźną zmianę w porównaniu z pierwszymi badaniami tego zespołu (z 1992 roku), gdy zdeklarowanych przeciwników antysemityzmu było dwukrotnie mniej niż zdeklarowanych antysemitów. Chociaż więc wciąż istnieje problem antysemityzmu, to jednak dokonuje się w Polsce korzystna zmiana. Flirtowanie z antysemityzmem przestało się opłacać, gdyż zraża także ludzi, którzy w innych kwestiach popierają program prawicy narodowej.
Zarazem jednak badania socjologów przypominają, że istnieje w naszym kraju (podobnie zresztą, jak w innych państwach europejskich i w USA) dość liczna antysemicka mniejszość. Na jej głosy liczą ci, którzy uważają PiS za partii niedostatecznie prawicową i niekonsekwentną w swym nacjonalizmie. Stawia to Jarosława Kaczyńskiego w rozkroku, co także w polityce nie jest komfortową pozycją.
Nie jest to jednak jedyny kłopot tego polityka. Dwa inne zarzuty czynione mu ze skrajnie prawej strony powodują podobne konsekwencje.
Jednym z nich jest zarzut, że nie jest szczery i konsekwentny w stosunku do Unii Europejskiej. Janusz Korwin-Mikke nie miał żadnych zahamowani, by z trybuny Parlamentu Europejskiego uporczywie głosić potrzebę zniszczenia Unii Europejskiej. Jarosław Kaczyński i Mateusz Morawicki licytują się w deklaracjach poparcia dla Unii Europejskiej, choć zarazem zaklinają się, ze chcą jej zmiany a na listę kandydatów do Parlamentu Europejskiego wpisują była premier Beatę Szydło, której najbardziej znanym „osiągnięciem” było wyrzucenie flag Unii Europejskiej z Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Jest to próba gry na dwóch fortepianach: kokietowania eurosceptyków, ale kultywowania poparcia wyborców ceniących sobie (jak ogromna większość obywateli naszego państwa) polską obecność w Unii.
Drugim jest zakaz aborcji. W społeczeństwie polskim szybko rośnie poparcie dla liberalizacji ustawy antyaborcyjnej z 1993 roku, przeciw której my, posłowie SLD, głosowaliśmy i który bardzo konsekwentnie zwalczaliśmy. Jeszcze niedawno największym poparciem cieszył się pogląd, że należy zachować ustawę z 1993 roku, ale i wtedy zwolennicy jej liberalizacji byli parokrotnie liczniejsi niż zwolennicy jej zaostrzenia. Ostatnio proporcje się zmieniły: kolejne sondaże sugerują, że większość Polek i Polaków jest za rozsądną liberalizacją ustawy, zwłaszcza za dopuszczalnością przerwania ciąży z powodów społecznych. Zarazem jednak okrzepł ruch antyaborcyjny, domagający się takiej zmiany ustawy, która wykluczyłaby dopuszczalność aborcji ze względów na ciężkie uszkodzenie. Stanowisko to ma poparcie hierarchii kościelnej, co stawia PiS w dodatkowo trudnej sytuacji, gdyż partia ta liczy na poparcie kleru w wyborach. Liderka ruchu antyaborcyjnego Kaja Godek na liście kandydatów Konfederacji to przypomnienie Prawu i Sprawiedliwości, że w tej sprawie rozczarowuje skrajnie prawicowych wyborców.
Co z tego wynika dla Koalicji Europejskiej i dla znajdujących się poza nią ugrupowań lewicy? Kunktatorstwu i lawirowaniu Prawa I Sprawiedliwości należy przeciwstawić czytelny przekaz. Dzisiejsza opozycja demokratyczna, niezależnie od istniejących różnic, jest i będzie konsekwentnym, wolnym od lawiranctwa, rzecznikiem Polski otwartej, tolerancyjnej, proeuropejskiej. Nie liczymy na głosy antysemitów, religijnych fanatyków czy nacjonalistycznych wrogów integracji europejskiej. Nie ścigamy się z Jarosławem Kaczyńskim o głosy faszyzującej prawicy. Problem zagrożenia z prawej strony, zagrożenia, jakie stanowi brunatniejąca prawica, jest jego – a nie naszym – kłopotem.
Zarazem jednak pamiętać należy, że lekceważenie zagrożenia faszystowskiego było w przeszłości – i jest nadal – niebezpiecznym błędem. Demokratyczna opozycja, a w jej ramach silna lewica, to najpewniejsza gwarancja, że nie dojdzie to odrodzenia upiorów przeszłości.