Dla tych, co spłacają wcześniej

Ten, kto przed terminem zwróci zaciągnięty kredyt lub pożyczkę, ma prawo odzyskać proporcjonalną część wszystkich opłat, jakie od niego ściągnięto.
Każdy, kto spłacił przed terminem kredyt albo pożyczkę, ma prawo do odzyskania części prowizji i innych opłat. Nie wszyscy o tym wiedzą, tym bardziej, że w przeszłości trzeba było nawet dopłacać niektórym bankom, gdy spłacało się kredyt przed terminem. Firmy finansowe nie są zaś skore, by przypominać swoim klientom, że mają oni prawo do zwrotu części kosztów.
Polskie przepisy są tu jednoznaczne. Art. 49 ustawy o kredycie konsumenckim stanowi:
„1. W przypadku spłaty całości kredytu przed terminem określonym w umowie, całkowity koszt kredytu ulega obniżeniu o te koszty, które dotyczą okresu, o który skrócono czas obowiązywania umowy, chociażby konsument poniósł je przed tą spłatą. 2. W przypadku spłaty części kredytu przed terminem określonym w umowie, ust. 1 stosuje się odpowiednio”.
Tak więc, instytucje finansowe są zobowiązane oddać proporcjonalną część wszystkich kosztów tym konsumentom, którzy spłacili swe zobowiązania – w całości bądź częściowo – przed umówionym terminem. Tak samo orzekł we wrześniu 2019 r. Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej, odpowiadając na pytanie prejudycjalne, skierowane przez polski sąd.
Każda osoba, która zaciągnęła kredyt, może go wcześniej spłacić. W takiej sytuacji kredytodawca musi obniżyć wszystkie koszty takiego kredytu, czyli opłaty, prowizje, koszty ubezpieczenia i je oddać konsumentowi. Zwrot ten powinien być proporcjonalny, tzn. obejmować okres od dnia faktycznej spłaty kredytu do dnia ostatecznej spłaty określonej w umowie. Nie może też zależeć od tego, kiedy kredytodawca faktycznie poniósł te koszty.
O zwrot nierozliczonych części opłat za spłacony wcześniej kredyt lub pożyczkę może się ubiegać osoba, która zawarła umowę po wejściu w życie ustawy o kredycie konsumenckim, czyli po 18 grudnia 2011 r. Terminy przedawnienia roszczeń wynoszą 10 lat dla spłat dokonanych przed 9 lipca 2018 r., a 6 lat – dla spłat dokonanych po tej dacie. W celu odzyskania należnych środków należy złożyć reklamację w instytucji finansowej, która udzieliła pożyczki lub kredytu. – Konsument, który przed terminem spłaci pożyczkę lub kredyt konsumencki, ma prawo odzyskać część wszystkich pobranych opłat proporcjonalnie do skrócenia czasu kredytowania. Kwota zwrotu powinna być obliczona metodą liniową, która jest transparentna i sprawiedliwa – dodaje Tomasz Chróstny, prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Metoda liniowa polega na tym, że instytucja finansowa dzieli wszystkie koszty pozaodsetkowe przez liczbę dni kalendarzowych, w których miała obowiązywać umowa. Wynik mnoży przez liczbę dni, o które skrócono okres kredytowania – i tę kwotę oddaje konsumentowi.
Czasem niestety nie oddaje. Prezes UOKiK wydał już decyzje wobec 22 firm pożyczkowych, które nieprawidłowo rozliczały się z konsumentami po wcześniejszej spłacie przez nich kredytu konsumenckiego. Ostatnio szef UOKiK zobowiązał spółkę Provident Polska do zmiany sposobu rozliczeń z byłymi i obecnymi klientami. Decyzja ta dotyczyła właśnie błędnych rozliczeń z konsumentami, którzy spłacili pożyczki przed umówionym terminem. Provident z obniżenia kosztów wyłączał bowiem, wbrew przepisom, opłatę przygotowawczą i prowizję.
Zgodnie z decyzją szefa UOKiK, Provident Polska w przypadku przedterminowej spłaty pożyczki zwróci konsumentom – wyliczoną zgodnie z metodą liniową – proporcjonalną część wszystkich kosztów, w tym prowizji i opłaty przygotowawczej. W przypadku wcześniejszej częściowej spłaty podstawą do rozliczenia będzie kwota nadpłaty netto (po obniżeniu jej o ewentualną sumę niedopłat).
Ponadto, Provident ma usunąć skutki naruszenia praw konsumentów. Dotyczy to osób, które spłaciły przed terminem pożyczkę w okresie między 16 maja 2016 r. a datą uprawomocnienia się decyzji prezesa UOKiK (co jeszcze nie nastąpiło). Spółka poinformuje ich, że mogą wystąpić o zwrot proporcjonalnej części pobranych opłat, a potem odda im te pieniądze. Podjęła się też weryfikacji rozliczeń i ewentualnej dopłaty w przypadkach, gdy klient złożył wcześniej reklamację i w efekcie odzyskał jedynie części należnej kwoty.
Wcześniej w tym roku, oprócz Providenta, prezes UOKiK zobowiązał do zmiany praktyk i usunięcia skutków naruszeń także spółkę Monedo Polska (dawniej Kreditech Polska). Musi ona powiadomić wszystkich swoich klientów, którzy przed terminem spłacili pożyczki i nie zostali właściwie rozliczeni z prowizji, o możliwości złożenia reklamacji, a następnie zwrócić im pieniądze. Ta decyzja już się uprawomocniła.

Jak eroduje 500 plus

Przywrócenie realnej wartości tego świadczenia z kwietnia 2016 r. wymagałoby podniesienia go do 567 zł miesięcznie.
Świadczenia wychowawcze w ramach programu Rodzina 500+ wypłacane są polskim rodzinom z dziećmi do 18. roku życia od 1 kwietnia 2016 roku. Początkowo wypłacane na każde drugie i kolejne dziecko w rodzinie, i na pierwsze dziecko rodzinom spełniającym kryterium dochodowe, od lipca 2019 r. zostało upowszechnione i przysługuje na każde dziecko w wieku do 18 lat, niezależnie od uzyskiwanych dochodów rodziców.
Pięciolecie funkcjonowania programu stanowi dobrą okazję do podsumowań. Dokonało tego Centrum Analiz Ekonomicznych CENEA, którego autorzy (Michał Myck, Monika Oczkowska, Artur Król, Kajetan Trzciński) przedstawili wyliczenia finansowych korzyści gospodarstw domowych wynikających ze świadczenia 500+ oraz dokonali oceny jego kosztów dla sektora finansów publicznych.
To, że program 500+ ma charakter powszechny, oznacza, że nie ogranicza on zróżnicowania majątkowego polskiego społeczeństwa. Do rodzin z dziećmi należących do 20 proc. gospodarstw o najwyższych dochodach obecnie trafia 9.9 mld zł rocznie, czyli 24.6 proc. całkowitych wydatków na świadczenie 500+. Z drugiej strony, do rodzin z dziećmi znajdujących się wśród 20 proc. gospodarstw o najniższych dochodach trafia 4.7 mld zł rocznie, czyli jedynie 11.7 proc. całkowitych kosztów programu Rodzina 500+. W sumie, rodziny z górnej połowy rozkładu dochodów otrzymują 58 proc. całkowitych wydatków na program Rodzina 500+, zaś biedniejsza połowa populacji – jedynie 42 proc.
Patrząc na rozkład dochodów uwzględniający wypłaty świadczenia 500+, w najbogatszych 20 proc. gospodarstw jest dwa razy więcej dzieci niż wśród najbiedniejszych 20 proc. gospodarstw. To z kolei oznacza, że każde proste podniesienie tego świadczenia stanowić będzie transfer dwukrotnie większej kwoty do gospodarstw z dwóch najwyższych grup dochodowych, w porównaniu z środkami przekazywanymi rodzinom z najuboższych 20 proc. gospodarstw.
Tym niemniej, autorzy analizy wykazują, że wycofanie świadczenia 500+ spowodowałoby znaczące zwiększenie liczby dzieci ubogich, należących do rodzin w najniższych grupach dochodowych. Podczas gdy w aktualnym systemie w skład najbiedniejszych 20 proc. gospodarstw domowych wchodzi 795 tys. dzieci w wieku 0-17 lat, w systemie bez świadczenia 500+ liczba ta wynosiłaby aż 1 216 tys. Na szczęście, nikt rozsądnie myślący w Polsce nie przewiduje likwidacji programu 500+.
Od momentu wprowadzenia świadczenia wychowawczego w kwietniu 2016 r. jego nominalna wartość nie uległa zmianie. Biorąc pod uwagę szybki wzrost cen w Polsce, realna wartość świadczenia w związku z tym z roku na rok maleje – a co za tym idzie, wpływ programu na sytuację materialną rodzin z dziećmi i tym samym na ograniczanie ubóstwa i wykluczenia jest coraz mniejszy. Od samego początku funkcjonowania tego świadczenia wychowawczego pojawiały się też pytania o sposób jego waloryzacji, które jak dotąd pozostały bez odpowiedzi.
Wprowadzenie świadczenia wychowawczego 500+ podniosło poziom bezpośredniego finansowego wsparcia rodzin z dziećmi w Polsce o ponad 140 proc. Upowszechnienie programu w lipcu 2019 r. poszerzyło poziom wsparcia, podnosząc jego koszt dla sektora finansów publicznych z 21.9 mld zł do 40.2 mld zł rocznie. To oznacza, że na program rodzina 500+ rząd przeznacza rocznie około 1.7 proc. produktu krajowego brutto.
Świadczenie trafia do rodziców 6.7 mln dzieci w wieku 0 -17 lat i znacząco wpływa na pozycję otrzymujących je rodzin w rozkładzie dochodów. W hipotetycznym systemie bez świadczenia 500+, do najbiedniejszych 10 proc. populacji zaliczałoby się 553 tysiące dzieci, zaś wypłata świadczenia powoduje, że w najniższej grupie dochodowej jest ich ponad 200 tys. mniej. To potwierdza, że świadczenie wychowawcze przyczynia się do znaczącej poprawy warunków materialnych rodzin z dziećmi i do istotnego ograniczenia ubóstwa.
Ten pozytywny efekt jednak słabnie. Ogólny poziom cen w Polsce w ciągu pięciu lat od wprowadzenia programu Rodzina 500+ wzrósł o około 13,3 proc. Oznacza to, że przywrócenie realnej wartości świadczenia 500+ z kwietnia 2016 r. wymagałoby podniesienia go do 567 zł miesięcznie. Dla sektora finansów publicznych taka waloryzacja 500+ oznaczałaby dodatkowy koszt wynoszący 5.4 mld zł rocznie.
Jednak bez względu na to, ile wyniosłaby waloryzacja, powszechne podniesienie wartości świadczenia 500+ oznaczać będzie transfer znaczącej części środków do rodzin o wysokich dochodach. Prawie 25 proc. kosztów ewentualnej waloryzacji trafiłoby do rodzin z górnych 20 proc. rozkładu dochodów, a jedynie około 12 proc. do rodzin zaliczających się do najuboższych 20 proc. populacji.
Jeśli nie zmieni się podejście rządu do charakteru tego świadczenia wychowawczego i utrzymane zostaną zasady powszechnych wypłat świadczeń o tej samej wysokości bez względu na dochód rodziny, to każdorazowa waloryzacja wysokości świadczenia oznaczać będzie wysokie koszty dla sektora finansów publicznych, a tylko niewielka część dodatkowych środków trafi do portfeli rodzin o najniższych dochodach.
Takie podejście będzie trudne do uzasadnienia w szczególności w sytuacji, gdy w wyniku spowolnienia gospodarczego spowodowanego pandemią COVID-19 dochody części rodzin spadają i zwiększy się grupa gospodarstw zagrożonych ubóstwem. Dystrybucyjny rozkład korzyści płynących ze świadczenia 500+ oraz wysokie koszty jego powszechnej waloryzacji uwypuklają wady przyjętych rozwiązań – konkludują autorzy analizy Michał Myck, Monika Oczkowska, Artur Król i Kajetan Trzciński.
Ich zdaniem, racjonalizacja systemu wydaje się szczególnie zasadna obecnie, gdy wiele rodzin może wymagać dodatkowego wsparcia ze względu na trudną sytuację finansową związaną z pandemią. Zamiast powracających dyskusji o wysokości waloryzacji świadczenia wychowawczego należałoby zatem zastanowić się nad kompleksową zmianą całego systemu wsparcia rodzin, mając na uwadze jasno określone cele polityki społeczno-gospodarczej. Tym bardziej, że pomimo radykalnego wzrostu poziomu finansowego wsparcia rodzin z dziećmi za pośrednictwem świadczenia 500+, liczba urodzeń w Polsce w okresie 2017-2020 wciąż jest niska i nie różni się od prognoz Głównego Urzędu Statystycznego z 2014 r., czyli sprzed zdobycia władzy przez Prawo i Sprawiedliwość.
Oczywistym celem programu 500+ deklarowanym przez prominentów nowej ekipy był właśnie wzrost urodzin. W 2016 r. tłumaczyła to dokładnie premier Beata Szydło. Chodziło o zachętę finansową, żeby Polacy decydowali się na posiadanie liczniejszego potomstwa. Program Rodzina 500 plus okazał się jednak całkowicie nieskuteczny – a nawet przeciw skuteczny. Liczba urodzin zaczęła bowiem spadać. Takiego scenariusza spodziewali się zresztą specjaliści, których oczywiście nie słuchano.
Rząd PiS długo udawał, że program Rodzina 500 plus funkcjonuje zgodnie z oczekiwaniami i przynosi spodziewane efekty. Danych statystycznych nie da się jednak ukrywać. Jak podaje Główny Urząd Statystyczny, w 2017 r. urodziło się 402 tys. dzieci, w 2018 r. tylko 388 tys., w 2019 r. jedynie 375 tys., zaś w ubiegłym roku mieliśmy już dramat – 356 tys. żywych urodzeń (przy drastycznym skoku liczby zgonów).
Dlatego też rząd PiS, licząc na krótką pamięć Polaków, od wielu miesięcy prezentuje stanowisko, iż oczekiwanym skutkiem wprowadzenia świadczenia z programu 500 plus nie był regularny wzrost liczby urodzeń, lecz poprawa sytuacji finansowej tych rodzin, które już mają dzieci. Natomiast Ministerstwo Rodziny, zapewne przez niedopatrzenie, szczerze przyznało: „Urodzenia nie wzrosły i nie wzrosną”.
Nie można uznać programu Rodzina 500+ za sukces z punktu widzenia zmian demograficznych, ale przyczynił się on do ograniczenia ubóstwa wśród rodzin z dziećmi. Skala tej redukcji jest jednak skromna, biorąc pod uwagę rozmiar zaangażowanych środków. Dodatkowe pieniądze przeznaczone na rozszerzenie programu 500+ przyniosły korzyści głównie rodzinom z górnej połowy rozkładu dochodów. Nie jest też oczywiste, czy w obecnej sytuacji gospodarczej dojdzie do zwiększenia aktywności zawodowej kobiet, która spadła w wyniku wprowadzenia świadczenia w 2016 r.
Zdaniem autorów analizy CENEO, efekty każdego programu społeczno-gospodarczego należy oceniać z punktu widzenia alternatywnych rozwiązań, które można było wprowadzić tym samym kosztem dla sektora finansów publicznych. Z takiej perspektywy, po pięciu latach funkcjonowania świadczenia wychowawczego 500+, przy wszelkich korzyściach, jakie przyniosło ono milionom rodzin w Polsce, ten flagowy program rządu „zjednoczonej prawicy” nie wypada najlepiej.

Spis pobożnych energetycznych życzeń

Polska polityka energetyczna to dokument pełen wizjonerskich zamierzeń – tyleż atrakcyjnych, co mało realnych.
Państwa unijne chcą odchodzić od wykorzystania węgla (zwłaszcza te, które nie mają jego złóż). Dlatego w grudniu ubiegłego roku Rada Europejska zatwierdziła wiążący cel UE zakładający ograniczenie emisji gazów cieplarnianych do roku 2030 o co najmniej 55 proc. w porównaniu z poziomem z roku 1990. Zwiększono tym samym dotychczas obowiązujący cel, zakładający redukcję o 40 proc.
Nowy limit został określony jako kolektywny cel dla całej Unii. Jednocześnie ma on zapewnić bezpieczeństwo energetyczne, zachowanie przystępnych cen energii dla gospodarstw domowych, konkurencyjność Unii Europejskiej oraz zasadę sprawiedliwości i solidarności. By go zrealizować, udział energii odnawialnej w zużyciu finalnym energii ma za 9 lat osiągnąć co najmniej 32 proc., zaś efektywność energetyczna poprawić się o jedną trzecią. Unia Europejska opracowała pakiet przepisów pod nazwą Czysta Energia, których wdrożenie ma zapewnić osiągnięcie tych celów.
Generalnym założeniem jest to, aby do 2050 r. kraje unijne osiągnęły neutralność klimatyczną. Nie wiadomo dokładnie na czym ma ona polegać, ale teoretycznie chodzi o to, by emitowano tylko takie ilości wszelkich gazów, które uda się zrównoważyć poprzez wzrost ilości czystego powietrza (na przykład dzięki sadzeniu drzew).
Polska nie od dziś odstaje od standardów unijnych, a więc także w kwestii czystego powietrza rząd Prawa i Sprawiedliwości wskazywał na polską specyfikę, polegającą na „trudnym punkcie startowym polskiej transformacji energetycznej”, na co wpływ ma nasza zależność od paliw węglowych, która jest znacznie wyższa niż w innych państwach członkowskich UE. Zdaniem rządu PiS, należy przeciwdziałać nierównomiernemu rozkładowi kosztów transformacji, bardziej obciążającemu gospodarki o wysokim wykorzystaniu paliw węglowych. Można by tu zapytać: a niby jakie kraje miałyby być bardziej obciążone tymi kosztami, skoro w transformacji energetycznej chodzi właśnie o odchodzenie od węgla? Poza tym, nikt nie zmuszał polskich władz do prowadzenia absurdalnej polityki dopłacania do węgla z obawy przed protestami górników.
Przy węglu wprawdzie można i warto się upierać – ale jedynie wtedy, jeśli jego eksploatacja jest racjonalna ekonomicznie. Oznacza to, że w przypadku węgla kamiennego w Polsce powinna funkcjonować tylko lubelska kopalnia Bogdanka oraz te z kopalń Jastrzębskiej Spółki Węglowej, które będą wydobywać najwięcej węgla koksującego. Jeśli chodzi o węgiel brunatny, jego wydobycie w Turowie, Bełchatowie i Koninie także powinno być ściśle związane z opłacalnością tych kopalń.
W 2020 r. świat dotknęła pandemia koronawirusa, oddziałując na wszystkie gospodarki światowe. Ta sytuacja nadzwyczajna pokazała, że bezpieczeństwo energetyczne Polski wymaga tego, byśmy mieli własne źródła paliw kopalnych.
Transformacja energetyczna naszej gospodarki wymagać będzie zaangażowania wielu przedsiębiorstw i poniesienia nakładów inwestycyjnych, których skalę w latach 2021–2040 rząd PiS określił na gigantyczną kwotę około 1 600 miliardów złotych. Inwestycje w sektorach paliwowo-energetycznych będą kosztować ok. 900 mld zł, a w samym wytwarzaniu energii, około 350 mld zł, z czego ok. 80 proc. zostanie przeznaczonych na odnawialne źródła energetyki oraz elektrownię atomową. Reszta – pozostałe 350 mld zł – pójdzie na dopłaty do cen energii, tak by były one „akceptowalne społecznie”, oraz na modernizację linii przesyłowych.
Wszystkie te kwoty i nakłady są jednak nierealne, skoro rząd zamierza wydać na krajową transformację energetyczną do 2030 r. najwyżej 260 mld zł (a i tyle nie jest pewne). Absolutnie niemożliwe jest więc, by w kolejnych 10 latach Polska wydała na ten cel jeszcze ponad 1300 mld zł.
Polityka energetyczna Polski do 2040 r. wiele miejsca poświęca przeprowadzeniu transformacji w sposób sprawiedliwy i solidarny, co polega na tym, że nasz kraj powinien wydać na ten cel jak najmniej (co może się udać) oraz by wzrost kosztów energii nie obciążył w zauważalny sposób ludzi najmniej zarabiających (co się na pewno nie uda). Zbliżenie się do neutralności klimatycznej będzie „zgodne z krajowymi możliwościami”, a cała zmiana modelu polskiej energetyki nastąpić ma przy zapewnieniu konkurencyjności gospodarki, efektywności energetycznej, zmniejszeniu oddziaływania sektora energii na środowisko i ochronie najbardziej wrażliwych grup społecznych. Wszystko to razem także wydaje się niewykonalne.
Tak więc, transformacja energetyczna, która zostanie przeprowadzona w Polsce będzie, jak obiecuje rząd, sprawiedliwa (nie zostawi nikogo z tyłu), prowadzona lokalnie i inicjowana oddolnie (każdy będzie w niej uczestniczyć), nastawiona na unowocześnienie i innowacje, pobudzająca rozwój gospodarczy, efektywność i konkurencyjność.
Sprawiedliwa transformacja oznaczać ma zapewnienie nowych możliwości rozwoju regionom i społecznościom najbardziej dotkniętym negatywnymi skutkami przekształceń energetycznych, tworząc miejsca pracy i budując nowe gałęzie przemysłu. Indywidualni odbiorcy energii z jednej strony zostaną osłonięci przed wzrostem cen nośników energii, a z drugiej strony będą zachęcani do „aktywnego udziału w rynku energii” (choć nie wiadomo na czym miałoby to polegać).
Rząd optymistycznie przewiduje, że transformacja energetyczna da możliwość stworzenia nawet 300 tysięcy nowych miejsc pracy, w branżach związanych z odnawialnymi źródłami energii, energetyką jądrową, elektromobilnością, infrastrukturą sieciową, cyfryzacją, termomodernizacją budynków.
Tak więc, transformacja ma polegać na zastosowaniu energetyki jądrowej i wiatrowej (zwłaszcza na morzu), na zwiększaniu udziału gazu kosztem węgla, oraz na budowaniu domów zeroemisyjnych.
Moc zainstalowana farm wiatrowych na morzu osiągnie ok. 5,9 GW (gigawatów) w 2030 r. Moc w fotowoltaice – 5 GW w 2030 r. W 2030 r. udział OZE w końcowym zużyciu energii w Polsce wyniesie co najmniej 23 proc. , zaś udział węgla w wytwarzaniu energii elektrycznej nie będzie przekraczać 56 proc. Warto zapamiętać te liczby i sprawdzić, jak rzeczywiście będzie za 9 lat.
Jeśli chodzi o energetykę jądrową, to o trzy lata później, bo w 2033 r. uruchomiony zostanie pierwszy blok elektrowni atomowej o mocy co najmniej 1 GW. Kolejne bloki będą wdrażane co 2-3 lata, a cały program jądrowy zakłada budowę 6 bloków – choć wciąż nie wiadomo, gdzie ta elektrownia powstanie.
W Polsce nastąpi też rozbudowa infrastruktury gazu ziemnego, ropy naftowej i paliw ciekłych. Gospodarstwa domowe w miastach odejdą od spalania węgla w 2030 r., a na obszarach wiejskich do 2040 r. Zwiększy się efektywność energetyczna budynków, zaś w miastach powyżej 100 tys. mieszkańców wprowadzony będzie transport niskoemisyjny. Przewidywany jest dalszy rozwój fotowoltaiki, której praca jest skorelowana z letnimi szczytami popytu na energię elektryczną a także lądowych farm wiatrowych. Przewiduje się także wzrost znaczenia biomasy, biogazu i geotermii. Do 2030 r. ok. 1,5 mln nowych gospodarstw domowych zostanie przyłączonych do sieci ciepłowniczej.
Popyt na węgiel kamienny będzie pokrywany zasobami własnymi, a import ma mieć „charakter uzupełniający”. W polityce energetycznej zapisano również, że „niezbędne jest zapewnienie przez polski sektor górnictwa pewnych dostaw węgla kamiennego po konkurencyjnych cenach”. Z tego względu konieczne jest zapewnienie rentowności sektora oraz racjonalna eksploatacja, wykorzystanie i dystrybucja surowca.
Nie zniknie również zapotrzebowanie na węgiel brunatny, pokrywane przez zasoby krajowe, w niewielkiej odległości od miejsca wykorzystania. Złoża perspektywiczne (Złoczew i Ościsłowo), ze względu na swój strategiczny charakter, zostaną zabezpieczone, a ich eksploatacja będzie zależna od decyzji inwestorów. Wpłyną na to ceny uprawnień do emisji CO2, warunki środowiskowe i rozwój nowych technologii. Nieunikniona będzie też restrukturyzacja regionów węglowych. Krajowe zasoby węgla pozostaną jednak „istotnym elementem” bezpieczeństwa energetycznego Polski.
Jak zapowiada rząd, silne uzależnienie Polski od dostaw gazu ziemnego z kierunku rosyjskiego wymaga działań dywersyfikacyjnych. W tym celu zostanie zbudowane Baltic Pipe (połączenie Norwegia-Dania-Polska), rozbudowany terminal do płynnego gazu w Świnoujściu oraz zbudowany nowy terminal pływający w Zatoce Gdańskiej. Rozbudowane zostaną także połączenia z państwami sąsiadującymi.
Aby w pełni wykorzystać możliwości importowe gazu ziemnego, rozbudowie ulegnie krajowa sieć przesyłowa i dystrybucyjna oraz magazyny gazu. Jednak w jeszcze większym stopniu Polska zależna jest od dostaw ropy naftowej, dlatego konieczne jest zapewnienie dobrych warunków odbioru ropy i sprawnie funkcjonujących rurociągów (czego dziś nie ma). Zwiększona zostanie możliwość dostaw ropy drogą morską, do czego przyczyni się rozbudowa naftowego Rurociągu Pomorskiego, a także baz magazynowych ropy i paliw ciekłych. Dostawy produktów naftowych zależne są od odpowiednio rozwiniętej sieci rurociągów, zwłaszcza w południowej części Polski, która ma zostać rozbudowana.
Zdaniem rządu, konieczne jest też „uporządkowanie struktury właścicielskiej rynku paliwowego”, tak, aby spółki rafineryjne skoncentrowane były na produkcji i obrocie paliwami, a państwo miało kontrolę nad infrastrukturą kluczową dla bezpieczeństwa paliwowego.

Żeby móc oszczędzać, trzeba mieć co

Z próżnego i Salomon nie naleje. Dlatego ludzi słabo zarabiających, których w Polsce jest większość, trudno namawiać do długofalowego oszczędzania.

Zakończyły się dwa najgorsze miesiące dla rodzinnych finansów Polaków.
Jak wynika z badania przeprowadzonego przez BIG InfoMonitor, styczeń to drugi, najtrudniejszy miesiąc dla Polaków pod względem finansowym (duże wydatki, związane głównie z feriami, a niewielkie dochody).
Na pierwszym miejscu znajduje się, z powodów oczywistych grudzień – aż 62 proc. ankietowanych w tym okresie z powodu dużych, świątecznych wydatków miało problemy z terminowym opłaceniem rachunków czy rat kredytów.
Trzecie miejsce zajmuje naturalnie wrzesień (wydatki szkolne), kiepskie są także maj i czerwiec (organizowanie wakacji), nie najlepiej jest również w kwietniu i maju (zależnie od tego, w którym z tych miesiąców wypada Wielkanoc), słabo jest w sierpniu (kumulacja wydatków urlopowych). W sumie, bardzo niewiele pozostaje miesięcy, w których Polacy mogą powiedzieć, iż w skali roku wiedzie im się relatywnie nieco lepiej.

Trzeba próbować liczyć

W kłopoty finansowe wpaść łatwo, ale wyjście na finansową prostą może zająć co najmniej wet kilka miesięcy. Szczególnie wtedy, gdy utracimy zmysł samokontroli i ulegniemy np. poświątecznym wyprzedażom lub nie będziemy ograniczać wydatków podczas zimowych wyjazdów w trakcie ferii. Wszyscy ci, którzy mają wrażenie, że weszli w nowy rok z finansowym kacem i brakuje im gotówki, powinni powiedzieć sobie – czas na zmiany.
Akurat pierwsze miesiące roku to dobry moment na uporządkowanie domowych finansów. Wiadomo, że gdy pod koniec miesiąca brakuje nam środków na koncie, trudno myśleć o planie odkładania pieniędzy na „czarną godzinę”. Trzeba jednak myśleć o oszczędzaniu.
Pierwszym krokiem do opanowania domowej kasy, powinno być opracowanie budżetu, czyli po prostu skrupulatne policzenie wszystkich wydatków, które czekają nas w skali miesiąca oraz wpływów. Jest to nudna i żmudna robota, ale stanowi dobry punkt wyjścia do opracowania dalszego „planu naprawczego” naszych finansów. Pomagają w tym nowoczesne technologie. Według ekspertów, w odnalezieniu się w „domowej księgowości” pomogą aplikacje finansowe dostępne np. na smartfony. Trzeba w tym celu pobrać na telefon darmowe narzędzie np. „Kontomierz” i zacząć kontrolować, ile wydajemy. Aplikację można zsynchronizować z kontami osobistymi, dzięki czemu da się sumować wpływy i grupować wydatki według kategorii, np.: rachunki, zakupy spożywcze, spontaniczne przyjemności, spłaty pożyczek, itd. Wiele takich programów (np. „MoneyLover” czy „HandWallet”), oprócz podstawowej funkcji liczenia wydatków umożliwia także skanowanie rachunków, i tworzenie prostych planów oszczędzania.
Większość banków umożliwia także korzystanie z programów, które automatycznie grupują i zliczają płatności oraz przelewy, które wykonujemy z konta osobistego.
Wszystkie te narzędzia, choć początkowo skomplikowane. przy pewnej dozie wprawy mogą pozwolić na stały podgląd dostępnych funduszy, a także monitorowanie kondycji naszych finansów.

Na czarną godzinę

W domowym budżecie oprócz stałych wydatków, musimy także umieścić nagłe i niezaplanowane koszty – w innym przypadku, te mogą stać się potencjalnym źródłem kłopotów finansowych. Łatwo to powiedzieć, ale trudniej zrobić.
Nie możemy przewidzieć nagłych i przykrych niespodzianek, takich jak np. choroba czy utrata pracy, ale możemy próbować zawczasu się na nie przygotować finansowo.
Za minimalną kwotę, która daje jakie takie poczucie bezpieczeństwa w trakcie życiowych zawirowań, uznaje się sumę, która pokrywa koszty życia naszej rodziny przynajmniej przez trzy miesiące – choć okres sześciu miesięcy jest optymalny. a dziewięciu – jeszcze lepszy.
Oczywiście, taka poduszka finansowa może być też przeznaczona po prostu na wszelkie nieprzewidziane, duże wydatki, które pojawią się na naszej drodze. Trudno ją zgromadzić od razu, więc każdego miesiąca odkładajmy nawet drobniejsze kwoty. Jak będziemy mieć szczęście i obędzie się bez nagłych wydatków, to po jakimś czasie – z reguły dosyć długim – dadzą one sensowne oszczędności.
W tym celu warto wyrobić w sobie nawyk oszczędzania – radzą eksperci.

Życie bez kredytu

Dobrym pomysłem na trzymanie w ryzach finansów jest rezygnacja z karty kredytowej i spłacenie jej jak najszybciej, najlepiej tak, aby nie płacić dodatkowych odsetek, nawet gdy oznacza to rezygnację z zaplanowanych zakupów. Dzięki temu, łatwiej będzie nam pozbyć się obciążenia finansowego.
Ważnym krokiem do w miarę stabilnej i bezpiecznej sytuacji finansowej jest zadbanie o przyszłość – co oznacza, że nie wystarczą tylko zgromadzone środki na tzw. czarną godzinę.
Warto też pomyśleć o długoterminowym planie pomnażania środków, by zapewnić sobie godne życie na emeryturze.
Można w tym celu wybrać program oszczędzania, taki jak Indywidualne Konto Emerytalne lub Indywidualne Konto Zabezpieczenia Emerytalnego, które nie pomniejszają zaoszczędzonych kwot o „podatek Belki” w wysokości 19 proc. Oszczędzanie w ramach tych produktów wiąże się jednak z długim horyzontem czasowym – ulga obowiązuje tylko wtedy, gdy nie będziemy sięgać po rosnące oszczędności aż do 60 lub 65 roku życia.
A poza tym, w ogóle trzeba się zastanowić, czy warto odejmować sobie od ust tylko po to, by na emeryturze pożyć kilka lat bez nędzy. To kwestia strategicznego wyboru życiowego.