O co chodzi w konflikcie wokół Corbyna?

Główna ikona lewicowego zwrotu w Partii Pracy, uwielbiany przez młode pokolenie weteran brytyjskiej lewicy, Jeremy Corbyn, został zawieszony jako członek partii, w której spędził całe polityczne życie i do której wstąpił w wieku 16 lat. Jest to kulminacja trwającego kilka lat konfliktu pomiędzy zwolennikami lewicowego zwrotu w brytyjskiej polityce a brytyjską prawicą w nieformalnym sojuszu z wewnętrzną, partyjną prawicą labourzystów.

W ostatnich dniach października, Komisja Równości i Praw Człowieka (Equality and Human Rights Commision – EHRC) opublikowała raport na temat nieprawidłowości jakich dopuściło się kierownictwo Partii Pracy w kwestii rozwiązywania skarg i zażaleń na incydenty antysemickie w partii. Wyjaśnijmy tu, że to nie Jeremy Corbyn był oskarżany o antysemityzm lecz zarzuca się mu i jego współpracownikom, niewystarczające działania na rzecz wyjaśnienia skarg na incydenty antysemickie wewnątrz partii.
Bezprawne akty partyjne
Raport EHRC głosi, że Partia Pracy winna była dwóch przypadków „bezprawnych aktów zastraszania i dyskryminacji”. Raport głosi też, że procedury dotyczące rozwiązywania kwestii zażaleń nie działają w partii prawidłowo i łamią ustawę o równości. Ten zarzut jest podobny do tych jakie w różnych sprawach kierowane są pod adresem firm, na przykład sieci supermarketów, zalecając im dostosowanie wewnętrznych procedur do wymogów ustawy równościowej. Ale w tym przypadku raport Komisji sugeruje też, że w partii istnieje „kultura” tolerowania antysemityzmu. I ten zarzut jest poważny.
Głosy sugerujące, że Partia Pracy tolerowała antysemityzm, płyną w głównej mierze ze strony krajowej prawicy, szczególnie prawicowej prasy, na przykład dziennika Daily Mail, który – o ironio – w latach 30-tych zasłynął chwaleniem brytyjskich faszystów Oswalda Mosleya. Ówczesny właściciel tej gazety był przyjacielem Mussoliniego i Hitlera. Ten sam dziennik w ostatnich latach notorycznie atakował na swoich łamach imigrantów, szczególną uwagę poświęcając oczernianiu Polaków. Ataki z użyciem oskarżeń o antysemityzm płyną też ze strony Partii Konserwatywnej. W tym wypadku oskarżenia mają oczywisty cel – walkę z politycznym rywalem. Biorąc pod uwagę fakt, że Konserwatystom udowodniono problemy z instytucjonalnym rasizmem we własnych szeregach, ten głos krytyki nie jest zbyt wiarygodny.
Ale inną, ważną grupą ludzi oskarżających Corbyna o bezczynność w walce z antysemickimi incydentami są potężne organizacje brytyjskich Żydów. Szczególnie warto tu wspomnieć o działającej od ponad stu lat w szeregach Partii Pracy organizacji Jewish Labour Movement – JLM, znanej do 2004 roku jako Poale Zion Great Britain, sekcji międzynarodowej organizacji znanej w Polsce pod nazwą Poalej Syjon.
Propalestyńczyk
Działacze JLM w 2014 roku powołali do życia swoją organizację do monitorowania antysemityzmu o nazwie Kampania Przeciwko Antysemityzmowi. Była to reakcja na serię marszów i protestów w obronie Palestyny w czasie izraelskiej agresji na Strefę Gazy. Zdaniem Jewish Labour Movement, w trakcie protestów przekraczano tolerowalny poziom krytyki Izraela a narracja wkraczała na pole antysemityzmu. Już wtedy podnoszono ten problem w Partii Pracy, zanim jeszcze Jeremy Corbyn został szefem partii a znany był już od dekad jako działacz pro-palestyński. To właśnie kontrolowana przez JLM Kampania Przeciwko Antysemityzmowi skierowała w 2018 roku skargę na Partię Pracy do Komisji Równości i Praw Człowieka.
Jewish Labour Movement w swoim oświadczeniu po publikacji raportu EHRC pisze wprost, że „Antysemityzm w Partii Pracy miał poważne konsekwencje dla wielu ludzi, powodując poważny ból emocjonalny i rozpacz u tych, którzy oddali swoje życie Partii Pracy. Jak zauważa raport EHRC, [antysemityzm] podważa zaufanie do naszej polityki i struktury naszej demokracji”.
Jewish Labour Movement oskarża środowisko Corbyna o to, że nie zajęło się tymi zarzutami a zamiast tego próbowano kontrolować proces skarg. Mało tego, JLM zarzuca kierownictwu partii pracy w czasach Corbyna aktywne działania mające utrudniać proces wyjaśniania zarzutów o antysemityzm.
Wstręty i haniebny
W oświadczeniu na stronie organizacji czytamy: „winę za ten wstrętny, haniebny rozdział w historii Partii Pracy ponoszą w pełni ci, którzy dzierżyli pozycje w kierownictwie – ci, którzy posiadali zarówno władzę jak i wpływy potrzebne by zapobiec wzrostowi anty-żydowskiego rasizmu, ale nie podjęli żadnych kroków. To co pokazuje raport – piszą dalej autorzy oświadczenia JLM – to to, że kierownictwo Partii Pracy aktywnie przeszkadzało w procesach dotyczących antysemityzmu, dla politycznych celów. To zaniechanie kierownictwa przyczyniło się do nielegalnych działań, które ułatwiały normalizację antysemityzmu w Partii Pracy, sytuację, która trwa do dzisiaj, która musi się zakończyć i więcej nie powtórzyć”. Jak widać, największa organizacja żydowska w Partii Pracy nie pozostawia suchej nitki na kierownictwie partii z czasów Corbyna i otwarcie oskarża niektórych działaczy o tolerowanie antysemityzmu. Ale Jewish Labour Movement to nie jedyna organizacja żydowska na lewicy. Inne organizacje żydowskie mają z grubsza odmienny punkt widzenia na tę sprawę.
Wybrany wbrew opinii
Plasująca się na lewym skrzydle partii organizacja Żydowski Głos dla Partii Pracy (Jewish Voice for Labour – JVL) uznaje, że Corbyn i partyjna lewica padli ofiarą nagonki prowadzonej przez prawicę a zawieszenie Corbyna nazywają niesprawiedliwym. W oświadczeniu opublikowanym w internecie, działacze piszą, że Jeremy Corbyn „ma chwalebną listę dokonań w dziedzinie walki z wszelkimi formami rasizmu, w tym antysemityzmu. „Wzywamy członków Partii Pracy do protestowania przeciwko temu niesprawiedliwemu skandalowi w najmocniejszy sposób i poprzez wszelkie kanały nam dostępne” Chodzi tu prawdopodobnie zarówno o możliwość głosowania w swojej organizacji partyjnej, organizacji związkowej afiliowanej przy partii jak i poprzez media społecznościowe.
Dalej czytamy, że jest to „atak nie tylko na Jeremiego, ale na członków partii”. Istotnie, Jeremy Corbyn został wybrany przez członkinie i członków partii wbrew opinii wielu członków parlamentarnej grupy Partii Pracy uważanych za konserwatywnych, ugodowych, uwikłanych w koneksje z milionerami i mało oddanych oddolnej walce jaką prowadzą szeregowi działacze partii. Działacze JVL wzywają do konsolidacji partyjnej lewicy, szeregowych członków i związkowej lewicy w celu „zorganizowania się jak nigdy wcześniej celem obrony partyjnej demokracji i polityki socjalistycznej”.
Warto zauważyć, że Jeremy Corbyn nie kwestionował tez zawartych w raporcie EHRC, nie krytykował go ani nie próbował zaprzeczać, że problem z antysemityzmem faktycznie istnieje w partii. W bezpośredniej reakcji na publikację raportu napisał między innymi:
Nie ma antysemityzmu
„Każdy kto twierdzi, że nie ma antysemityzmu w Partii Pracy jest w błędzie. Oczywiście, że jest, tak samo jak jest w całym społeczeństwie i czasem jest wyrażany przez osoby, które uważają się za lewicę. Żydowscy członkowie naszej partii i szerszej społeczności mieli rację oczekując od nas rozwiązania tego problemu, i jest mi przykro, że zajęło to dłużej niż należało, by doprowadzić do tej zmiany. Jeden antysemita to o jednego za dużo, ale skala problemu była również dramatycznie wyolbrzymiona dla politycznych celów przez naszych oponentów wewnątrz partii i na zewnątrz, jak i przez wiele mediów. (…) Mam szczerą nadzieję, że relacje ze wspólnotami żydowskimi zostaną odbudowane a te obawy pokonane”. I dalej Corbyn dodaje: „Choć nie ze wszystkimi ustaleniami [Komisji] się zgadzam, wierzę, że jej zalecenia będą szybko zastosowane.”
Nie było to wystarczające dla kierownictwa partii. Keir Starmer w odpowiedzi stwierdził, że każdy, kto podważa tezę o tym, że Partia Pracy ma problem z antysemityzmem, „jest częścią problemu” i „nie powinien być nawet nigdzie w pobliżu Partii Pracy”. Zdanie, które nie spodobało się obecnemu kierownictwu partii to to o wyolbrzymianiu problemu. Właśnie ze względu na ten fragment oświadczenia, Corbyna zawieszono.
W tym samym czasie kierownictwo partii przekazało organizacjom terenowym, że brak zgody z treścią raportu jest zabroniony a wcześniej już zakazano członkom sprzeciwu wobec definicji antysemityzmu, według której antysemityzmem jest też nazywanie państwa Izrael państwem rasistowskim. Kilka miesięcy temu reprezentantka partyjnej lewicy, posłanka Rebecca Long-Bailey została usunięta ze stanowiska w gabinecie cieni Starmera za wklejenie na Twitterze linku do artykułu, w którym określano Izrael państwem rasistowskim i krytykowano jego brutalność.
Duża część brytyjskiej lewicy jest zdania, że sprawa z oskarżeniami o antysemityzm jest częścią kampanii prowadzonej przez partyjną prawicę i zorientowanej na pozbycie się wpływów lewicy. Natężenie tej kampanii było wyraźnie odczuwane przed ostatnimi wyborami parlamentarnymi a fałszywe oskarżenia pod adresem Corbyna o antysemityzm czy sympatyzowanie z terrorystami były codziennością. W tym też czasie, działająca na brytyjskiej lewicy od blisko 50 lat, Żydowska Grupa Socjalistyczna (Jewish Socialist Group – JSG) wydała oświadczenie w obronie Corbyna.
Wzrost nastrojów rasistowskich
W oświadczeniu czytamy, że brytyjski rząd Konserwatysów jest odpowiedzialny za wzrost nastrojów rasistowskich, jednak „rządząca partia zdołała odbić odpowiedzialność za narastający antysemityzm na opozycję – Partię Pracy”.
Dalej w oświadczeniu JSG czytamy, że „Odkąd Jeremy Corbyn został przywódcą Partii Pracy w 2015, pro-torysowskie gazety oraz przywódcy organizacji żydowskich wysuwali względem członków Partii Pracy lub tych, których uznawano za członków Partii Pracy, oskarżenia o antysemityzm. Pomimo swojego długiego dziedzictwa wypowiadania się przeciwko rasizmowi, sam Corbyn został określony jako antysemita, a te oskarżenia przeciwko niemu łączono z jego stanowczym stanowiskiem w kwestii obrony praw Palestyńczyków”. Na koniec JSG informuje też, że nawet „Żydzi, którzy poddają tę narrację w wątpliwość i ci, którzy są krytyczni wobec polityki rządu Izraela, sami byli oskarżani o bycie w zmowie z antysemityzmem”.
Także w opinii tysięcy szeregowych członkiń i członków partii, decyzja o zawieszeniu Corbyna była niesprawiedliwa i krzywdząca. W mediach społecznościowych zaroiło się od aktów solidarności z byłym liderem partii, powstały w tym celu hashtagi #IStandWithJeremyCorbyn, #WeAreCorbyn czy #Jezza (to ostatnie to pieszczotliwe zdrobnienie imienia Jeremy). Rozpoczęto też zbiórkę podpisów wśród członków partii na rzecz przywrócenia Corbyna. W momencie pisania tego artykułu, apel poparło ponad 60 tysięcy członkiń i członków.
Kerry-anne Mendoza, dziennikarka popularnego, lewicowego portalu internetowego The Canary, który nie jest częścią Partii Pracy ale bywa utożsamiany z lewą stroną partii, poproszona na antenie radia BBC4 o komentarz w sprawie zawieszenia Corbyna mówiła, że to co widzimy “to zakończenie politycznego zamachu stanu. To jest i zawsze było polowanie na czarownice. I to jest prawdopodobnie najbardziej obrzydliwa, jadowita, obelżywa kampania oczerniania jakiej doświadczyłam w moim życiu”. Zdaniem dziennikarki za całą akcją stoi “grupa ludzi, którzy podjęli ciemną decyzję o zaprzęgnięciu do walki żydowskiej traumy w celu prowadzenia frakcyjnej walki politycznej”. Na pytanie prowadzącego dziennikarza czy obecny zwrot jest zwrotem w stronę “Wielkiej Brytanii bliżej głównego nurtu”, Mendoza odpowiedziała, że “nic z tych rzeczy nie pochodzi od Wielkiej Brytanii głównego nurtu. Jest to mała grupa nieprzyzwoicie potężnych ludzi, którzy użyli swych stanowisk by dokonać politycznego mordu.”
Skąd zatem różnice w ocenie tego co jest antysemityzmem a co dozwoloną krytyką Izraela? Chodzi o różnice w definiowaniu antysemityzmu. Otóż Jewish Labour Movement, obok innych, prawicowych organizacji żydowskich, uznaje kontrowersyjną definicję antysemityzmu używaną przez Międzynarodowy Sojusz na rzecz Pamięci o Holokauście (International Holocaust Remembrance Alliance – IHRA). IHRA stosuje bardzo szeroką definicję antysemityzmu, zaliczając do przykładów tej postawy krytykę syjonizmu a nawet określanie działań rządu Izraela mianem rasistowskich!
Polityczny dom mniejszości
Z tym stanowiskiem i z taką definicją nie zgadza się wiele organizacji żydowskich. Dla przykładu, wspomniana wyżej Żydowska Grupa Socjalistyczna apelowała już w 2018 roku do władz Partii Pracy o rezygnację z przyjmowania tej definicji do partyjnych dokumentów.
W liście do władz partii w 2018 roku, JSG pisze: “Pewne grupy wewnątrz społeczności żydowskiej w tym kraju, które najmocniej pchały w kierunku przyjęcia przez Partię Pracy tego dokumentu [definicji antysemityzmu według IHRA] ani nie reprezentują ani nie mówią w imieniu większości Żydów. Ich przywódcy są przeważająco konserwatystami i/lub zwolennikami najbardziej prawicowego rządu izraelskiego w jego historii. Brytyjska Partia Pracy nie powinna – i nie potrzebuje – brać wskazówek od swoich politycznych wrogów”. W liście szczegółowo wymienione są krytyczne uwagi odnośnie definicji IHRA. Między innymi zwraca się uwagę, że duża część brytyjskich Żydów a szczególnie członków Partii Pracy uważa się za nie-syjonistów lub anty-syjonistów. Według definicji IHRA, Żydzi ci staliby się dla partii antysemitami. Kierownictwo partii zdecydowało jednak o zaadoptowaniu tej definicji. Od tamtej pory pewną grupę działaczy poddano procedurze dyscyplinarnej a niektórych wydalono, między innymi za określanie działań izraelskich w Palestynie mianem „rasistowskich”.
Jest też inny problem, o którym dość mało się mówi w tym kontekście. Partia Pracy to także polityczny dom dla innych mniejszości narodowych i imigrantów żyjących w Wielkiej Brytanii. Partia zawsze deklarowała się jako obrończyni praw opresjonowanych narodów na świecie i ułatwiała swoim członkom prowadzenie akcji solidarnościowych w ramach partii. To dzięki temu stałe poparcie dla partii płynie między innymi ze strony środowisk muzułmańskich, w tym arabskich i szczególnie Palestyńczyków. Uznawanie definicji antysemityzmu, która jest kontrowersyjna nawet dla wielu Żydów, paraliżuje możliwość prowadzenie działalności pro-palestyńskiej. A w te kampanie zaangażowana jest spora liczba członków i zwolenników partii.
Możliwość krytykowania syjonizmu
Niedawno grupa działaczy palestyńskich wystosowała list otwarty do Partii Pracy z prośbą o porzucenie definicji IHRA. W swoim liście aktywiści argumentują, że powinni mieć możliwość krytykowania syjonizmu, jako „ideologii politycznej i ruchu, który doprowadził do wywłaszczenia nas [z ziemi] i który pozostaje państwem, które nas dyskryminuje i odmawia nam naszych wspólnych praw czy to jako ofiarom zbrojnej okupacji, nierówno traktowanym obywatelom państwa Izraela czy żyjącym na obczyźnie uchodźcom, którym odmawia się prawa powrotu do naszej ojczyzny”.
Coraz więcej wskazuje na to, że nowe kierownictwo Partii Pracy z Keirem Starmerem na czele będzie podejmować kroki w celu pozbycia się lub marginalizacji partyjnej lewicy. Środkiem do tego będzie między innymi oskarżenie o antysemityzm wysuwane pod adresem tych wszystkich, którzy zaangażowani są w działalność na rzecz Palestyny czy praw człowieka na terenach okupowanych w Palestynie.
Różnice w definiowaniu antysemityzmu można by pewnie rozwiązać w ramach wspólnych komisji wewnątrzpartyjnych, gdyby nie to, że najważniejszym problemem jest tu po prostu konflikt między lewicą a prawicą, czyli dwoma zasadniczo różnymi wizjami partii, kraju i stosunków międzynarodowych. Nie należy się zatem spodziewać, że dwie strony znajdą wspólny środek, bo taki kompromis będzie niewystarczający dla żadnej ze stron. Najprawdopodobniej zaostrzy się teraz walka frakcyjna, która w dalszej perspektywie zakończy się albo odejściem, albo wyrzuceniem, albo marginalizacją i uciszeniem jednej ze stron.

Keir Starmer nowym liderem Labour Party

Jeremy Corbyn spełnił swoją obietnicę złożoną po przegranych wyborach parlamentarnych i odszedł ze stanowiska przywódcy partii.
Zastępuje go Keir Starmer, prawnik, który w 2014 r. otrzymał tytuł szlachecki, ale nie lubi się nim posługiwać, a w partyjnej kampanii wyborczej mówił o podniesieniu podatków dla najbogatszych, sugerował nacjonalizację poczty i niektórych firm energetycznych i transportowych.

Keir Starmer obejmuje stanowisko przewodniczącego Partii Pracy z mocnym mandatem. W przeprowadzonym przez internet głosowaniu parlamentarzysta z północnego Londynu i były prokurator krajowy zdobył 56,2 proc. głosów członków i sympatyków organizacji. Nie była potrzebna nawet druga tura wyborów. Rebecca Long-Bailey, wywodząca się z frakcji Jeremy’ego Corbyna, otrzymała 27,6 proc. głosów.
W przemówieniu po ogłoszeniu wyników – również transmitowanym w sieci – Starmer trzeźwo przyznał, że partia nie spełnia obecnie swojej historycznej roli, chociaż jest „niebywałą i potężną siłą na rzecz dobra”. Przypomniał historyczne zasługi laburzystów, m.in. budowanie w przeszłości podstaw państwa dobrobytu oraz stworzenie bezpłatnego i powszechnego systemu służby zdrowia.
Starmera wiązano z frakcją tzw. miękkiej lewicy (soft left). „Miękkość” nie oznaczała jednak w tym wypadku wyrzeczenia się socjaldemokratycznych przekonań, jak zrobili to partyjni centryści, ale raczej gotowość do dialogu czy doraźnej współpracy z innymi siłami politycznymi, pozostając przy tym na partyjnej lewicy. Ten duch współpracy przebijał z jego pierwszego przemówienia. – Pod moim przywództwem będziemy konstruktywnie pracować z rządem, nie będziemy totalną opozycją, skupiającą się na zdobywaniu partyjnego poklasku lub składaniu niemożliwych żądań – powiedział nowy lider Partii Pracy.
Brytyjscy komentatorzy piszą o definitywnym końcu ery Corbyna, podkreślając różnice w stylu zarządzania i przemawiania między starym i nowym przewodniczącym, ale spojrzenie na postulaty programowe prowadzi do odmiennych wniosków. Program, który prezentował Starmer w wewnątrzpartyjnej kampanii wyborczej, i który dał mu mocne poparcie, w Polsce zostałby zakwalifikowany jako komunizm: polityk mówił o potrzebie upaństwowienia wybranych spółek kolejowych oraz firm energetycznych, o renacjonalizacji poczty, a także o podniesieniu podatków, które płaci 5 proc. najzamożniejszych obywateli brytyjskich. W przeszłości nowy przywódca laburzystów krytykował również zaangażowanie w Wielkiej Brytanii w zagraniczne „wojny niesprawiedliwe”. Starmer zobowiązał się zachować w mocy kluczowe postulaty zawarte w partyjnym programie z 2019 r. To, że lewicowy zwrot Partii Pracy nie zostanie całkowicie porzucony wraz z odejściem Corbyna, potwierdza także osoba nowej wiceprzewodniczącej partii. Będzie nią Angela Rayner, z zawodu pracownica socjalna i działaczka związkowa, zaangażowana w walkę z ubóstwem i społecznym wykluczeniem, zwolenniczka aktywnej roli państwa we wspieraniu obywateli w wychodzeniu z biedy.
Starmer chciałby również starać się o zachowanie dotychczasowej swobody przepływu osób z Unią Europejską. W poprzednich latach opowiadał się za powtórzeniem głosowania w sprawie Brexitu i nie ukrywał, że w jego przekonaniu zwolennicy Partii Pracy powinni w nim głosować za pozostaniem we wspólnocie. Był ministrem ds. wyjścia z UE w „gabinecie cieni”.

Wizja Labour Party – zielone państwo dobrobytu

12 grudnia w Wielkiej Brytanii odbędą się wybory generalne do Izby Gmin. Główną partią opozycyjną wobec Konserwatystów jest socjaldemokratyczna Partia Pracy pod przywództwem Jeremy’ego Corbyna. Z tej też okazji wydała ona w poprzednim tygodniu swój nowy manifest.

Tekst zatytułowany „Czas na prawdziwą zmianę” ma pięć rozdziałów, nie licząc przedmowy napisanej przez samego lidera.
Gdy media brytyjskie, a w ślad za nimi międzynarodowy mainstream, robią z Corbyna antysemitę, dokument sygnowany przez lidera Labour i sformatowany zgodnie z brytyjską tradycją polityczną tworzenia długich manifestów ukazuje człowieka z wizją co najmniej godną zainteresowania. Manifest to tyleż świadectwo twardych poglądów – jego główne tezy pozostały niezmienione w stosunku do poprzedniej takiej publikacji z 2017 r. – co gotowości do reagowania na nowe problemy. I to problemy światowej wagi. Takim jest niewątpliwie sprawa klimatu i tu już na wstępie głos Corbyna i Labour brzmi mocno: przeprowadźmy Zieloną Rewolucję!
Partia ma w planach uruchomić fundusz na rzecz zielonej transformacji o wartości 250 mld funtów. Ma on pomóc unieść Zjednoczonemu Królestwu ciężar reformy, która miałaby do lat trzydziestych radykalnie zdekarbonizować system energetyczny, poprzez inwestycję w zieloną energię. Ponadto regionalne sieci energetyczne zostaną znacjonalizowane, a sześć dużych firm energetycznych zostanie objętych jurysdykcją brytyjskiej National Energy Agency, odpowiedzialnej za dekarbonizację energii. Wprowadzony zostanie całkowity zakaz odwiertów.
Oprócz tego pojawia się temat, który znamy z rodzimego podwórka, mianowicie kwestia energooszczędnych i ekologicznych domostw. Labour planuje zmodernizować 27 mln domów do najwyższych standardów wydajności energetycznej, aby wyeliminować ubóstwo energetyczne i zaoszczędzić każdemu gospodarstwu domowemu około 417 funtów na rocznych rachunkach za energię do 2030 r.
Wprowadzony zostanie „Clean Air Act”, którego celem będzie poprawa jakości powietrza na wielu płaszczyznach, oprócz m.in. produkcji przemysłowej będzie dotyczył on również wiekowych pojazdów, zanieczyszczających powietrze bardziej, niż nowocześniejsze modele.
Przemysłowcy natomiast zostaliby obciążeni kosztami za wytwarzane przez siebie odpady. Rząd ponadto stworzyłby nowy system dotyczący zwrotu szkła. 5,6 mld funtów ma zostać przeznaczone na ochronę przeciwpowodziową. Jest to szczególnie ważna kwestia ze względu na to, że ogromne połacie Wielkiej Brytanii znajduje się w sferze powodziowej.

Odbudowa państwa dobrobytu

Kolejny rozdział o tytule „Rebuild our Public Services” przedstawia lewicową wizję usług publicznych, a te po ostatnich latach polityki cięć są w koszmarnej kondycji, czego przykładem może być sytuacja National Health Service (brytyjskiego odpowiednika NFZ). Liczba łóżek szpitalnych spadła w ostatnich latach do 127 225. To najniższa liczba w historii NHS, które istnieje od powołania go przez lewicowy rząd Clementa Attlee w 1948 roku. Kryzys służby zdrowia jednak nie przejawia się tylko w liczbie łóżek czy ogromnych kolejkach. W listopadzie tego roku zaczęło brakować wręcz wszystkiego, a w szczególności leków na raka, Parkinsona, choroby psychiczne oraz epilepsję.
Partia Pracy proponuje, zamiast prywatyzacji, coroczne zwiększanie wydatków na NHS o średnio 4,3 procenta rocznie. Pomoże to w powstrzymaniu cięć w budżecie NHS oraz uzupełni zatrważające luki kadrowe wśród lekarzy, pielęgniarek i pielęgniarzy. Przywrócona zostanie ustawowa odpowiedzialność sekretarza zdrowia na polu zapewnienia kompleksowego i powszechnego systemu ochrony zdrowia.
Kryzys w służbie zdrowia wynika w dużej mierze, prócz niedofinansowania pod rządami neoliberałów, z postępującego starzenia się społeczeństwa brytyjskiego. Odpowiedzią na to ma być stworzenie National Care Service, czyli darmowej opieki osobistej dla osób powyżej 65. roku, które potrzebują pomocy w myciu, ubieraniu się czy spożywaniu posiłków. Labour ma zamiar zainwestować 8 miliardów funtów w opiekę dla dorosłych. Wiąże się to z poprawą warunków pracy terapeutów i opiekunów, zlikwidowane zostaną brytyjskie śmieciówki („zero contracts”) oraz podwyższone zostaną ich pensje, które będą również uwzględniać czas spędzony w dojazdach do podopiecznych.
Corbyn zabrał w sprawie usług publicznych głos nie tylko za pośrednictwem partyjnego programu. 27 listopada właśnie on zaprezentował stenogramy rozmów Borisa Johnsona o nowym trade dealu z USA, który miałby zastąpić traktaty handlowe łączące Wielką Brytanię z Unią Europejską. Uzmysłowił opinii publicznej, że ich kosztem mają dokonywać się kolejne prywatyzacje, kolejne oszczędności, które, jak już nie raz udowodniono, bezpośrednio przekładają się na spadek przewidywanej długości życia. Sprawa NHS stała się głównym tematem kampanii wyborczej, po, oczywiście, Brexicie.

Edukacja? Publiczna! Bezpieczeństwo? Koniec oszczędności!

Podobnie jak w 2017 r. Labour apeluje o zniesienie czesnego. Bezpłatne szkoły i akademie zostałyby przywrócone pod zarząd lokalnych samorządów i społeczności. Szkolenie i studiowanie przez dorosłych byłoby darmowe przez sześć lat. Dzieci w wieku od 2 do 4 lat miałyby zapewnioną darmową 30-godzinną opiekę przedszkolną, urlop macierzyński zostałby wydłużony do 12 miesięcy. W manifeście nie ma jednak żadnego rozwiązania mówiącego o unieważnieniu dotychczasowych kredytów studenckich, choć politycy tej partii zapewniają, że będą próbowali coś zrobić z tą kwestią. Partia obiecuje również zlikwidowanie luk podatkowych, z których korzystają szkoły prywatne. Powołana przez Labour komisja ds. Sprawiedliwości Społecznej, która miałaby zwalczać nierówności na wielu polach, miałaby w przypadku edukacji zająć się integrowaniem szkolnictwa prywatnego z powszechnym.
Partia Pracy odważnie mierzy się również z tematem finansowania policji, straży pożarnej, samorządów, sportu. Kwestia finansowania policji oraz straży pożarnej jest wśród nich najważniejsza z perspektywy ostatnich lat; wciąż niezabliźnioną raną na ciele brytyjskiej klasy robotniczej jest tragiczny pożar Grenfell Tower w Londynie. Labour planuje znaczne zwiększenie nakładów na służby dbające o bezpieczeństwo obywateli i obywatelek i tu akurat mówi jednym głosem z innymi partiami. Partia Pracy po prostu cofnie cięcia, które miały miejsce od około dziesięciu lat; ich już po prostu nie da się bronić. Przełomowy za to jest inny postulat: jednostki penitencjarne zbudowane dzięki kapitałowi prywatnemu poddane zostaną kontroli państwa, a kontrowersyjny program Prevent, którego celem jest ograniczenie radykalizacji, zostanie zreformowany lub zniesiony.

Odważna walka z nierównościami

Według raportu Shelter z listopada 2018 roku w Wielkiej Brytanii ponad 320 000 ludzi żyje w stanie bezdomności, a liczba ta ma tendencję wzrostową. W 2018 roku w Anglii i Walii zmarło w tych warunkach 726 osób, co jest 28-procentowym wzrostem w stosunku do roku poprzedniego. Oczywiście są to niedoszacowane liczby, jak zawsze, gdy próbuje się badać bezdomność.
Według szacunków Social Metric Commission w latach 2017/2018 około 14,3 miliona osób żyło w ubóstwie (cała populacja Wielkiej Brytanii liczy 66 milionów,), z czego połowa popadła już w ubóstwo trwałe. Jeszcze na początku dekady ta liczba spadała – teraz rośnie. Kolejny rozdział manifestu Labour ma więc stanowić głównie odpowiedź na powyższe palące problemy, prócz tego mowa w nim o polityce imigracyjnej – ta zależy w dużej mierze od losów Brexitu – czy prokobiecej dotyczącej szczególnie kwestii ekonomicznych.
W kwestii mieszkalnictwa Labour planuje masowy program budowy mieszkań socjalnych, który miałby skutkować powstaniem miliona domów w ciągu dekady. Wyda na niego 75 miliardów funtów. Nowy podatek od domów wakacyjnych miałby wspomóc to przedsięwzięcie. Miasta uzyskałyby natomiast prawo ustalania ograniczeń wysokości czynszów. Prócz tego brytyjska socjaldemokracja nie zamierza podwyższać wieku emerytalnego – dziś 66 lat. Wręcz przeciwnie: planuje propracowniczą rewizję jego wysokości dla zawodów szczególnie wyczerpujących i niebezpiecznych. Ustalona zostanie również pensja minimalna dla wszystkich pracujących na poziomie 10 funtów za godzinę, przy jednoczesnym wzroście zarobków pracowników sfery budżetowej o 5 proc.

Nowy internacjonalizm

Sugestie Corbyna brzmią odważnie również na polu polityki zagranicznej, ale czy w tym akurat aspekcie Corbyn nie obiecuje zbyt wiele? Labour zamierza w przeciągu trzech miesięcy wynegocjować z Unią Europejską nową umowę, która będzie chronić miejsca pracy i stabilność gospodarki brytyjskiej. Będzie ona zawierać kompleksowe porozumienie celne obejmujące całą Wielką Brytanię, ścisłe współdziałanie z jednolitym rynkiem, współpracę na polu praw pracowniczych, ale również zielonej polityki. Po uzgodnieniu tej umowy, rząd socjaldemokracji przeprowadziłby w przeciągu sześciu miesięcy od dojścia do władzy referendum, przedstawiając w nim opcje odejścia z Unii za pomocą nowych ustaleń, lub pozostania w ramach wspólnoty unijnej.
Ostatni rozdział pod tytułem „New Internationalism” kreśli nową wizję polityki zagranicznej. Ma ona cechować się postawieniem największego nacisku na międzynarodowe organy, takie jak między innymi ONZ. Będzie to polityka negocjacji oraz pokoju. Labour między innymi planuje nową ustawą zapobiec sytuacji, w której to premier omija parlament w momencie decyzji przystąpienia do wojny. Corbyn znany jest ze swoich pacyfistycznych poglądów. W manifeście jego partia obiecuje jednak nie tylko to, ale i rewizję neokolonialnej polityki Wielkiej Brytanii i nowe, bardziej podmiotowe podejście do krajów byłego imperium.

Prawdziwa zmiana… ale nie rewolucja

Opodatkujmy najbogatszych – i tutaj głos Labour brzmi mocno i przekonująco. To korporacje naftowe i gazowe, na podstawie ich wpływu na zmiany klimatu od 1996 r., miałyby dzięki nowemu podatkowi dać budżetowi 11 miliardów funtów na Zieloną Rewolucję. Wzrośnie również progresja podatkowa dla osób zarabiających powyżej 80 000 funtów, prócz tego podatek od dywidend i wpływów kapitałowych zostałby narzędziowo zespolony właśnie z progresywnym podatkiem dochodowym. Wycofane zostaną cięcia podatkowe na polu spadkowym i korporacyjnym. Przy tym wszystkim Labour gwarantuje brak podwyżek podatku VAT.
Program Labour został ciepło przyjęty przez wielu ekonomistów, co znacznie wzmacnia jej pozycję. Socjaldemokracja brytyjska zawsze miała na tym polu problem. Większość ekonomistów, sprzężona interesami z najbogatszymi, wręcz odruchowo i teatralnie negowała kompetencje lewicy na polu zarządzania gospodarką. Był to zresztą jeden z powodów neoliberalnego skrętu New Labour Tony’ego Blaira. Dziś jednak sytuacja jest inna. Znaczne zubożenie społeczeństwa brytyjskiego po kryzysie z 2008 roku dało się we znaki praktycznie wszystkim i znalazła się nawet grupa ekonomistów, którzy kilka dni temu podpisali się pod listem opublikowanym w „Financial Times” z poparciem tak dla labourzystowskich diagnoz, jak i dla sugerowanych rozwiązań. Najbardziej znamiennym jest miejsce publikacji tego listu. Magazyn ten kojarzy się raczej jednoznacznie z promowaniem stylu myślenia oraz życia najbogatszych ludzi, którzy wręcz nie wiedzą na co mogliby wydawać swoje grube miliony zarobione w City lub innych centrach finansowych świata.
Program Labour uchodzić może w oczach brytyjskich tłustych kotów za wywrotowy do szczętu, jednak w rzeczywistości jedynie sprowadza on anglosaski leseferyzm na ziemię, przybliżając wolnorynkowe reguły gry w Wielkiej Brytanii do tych kontynentalnych. W niejednej analizie wskazuje się, że wydatki budżetowe, cele oraz wysokość, planowane przez Corbyna i jego ekipę odzwierciedlają poziom europejski, a suma ich zbliżyłaby ingerencję państwową do poziomu Francji czy Niemiec.
A więc jednak nie rewolucjonista… chociaż po latach cięć corbynowski plan ucywilizowania warunków życia w Wielkiej Brytanii i tak sprawia wrażenie wywrócenia politycznej logiki do góry nogami. I to nie tylko brytyjskiej. Przecież sytuacja polityczna, społeczna oraz gospodarcza, do której odnosi się lider Labour, pomimo swego oryginalnego anglosaskiego sznytu, odzwierciedla wszystkie problemy, z jakimi borykają się kraje zachodniej demokracji liberalnej. Polityka gospodarcza nielicząca się z kosztami społecznymi, upadek narzędzi demokratycznej kontroli rządzących przez obywateli i obywatelki, algorytmizacja polityki i plaga fake newsów – znamy to przecież z całego świata okcydentu, również z Polski.
Czas więc najwyższy, by również polscy politycy mieli co najmniej tyle odwagi, co Jeremy Corbyn. „Nowoczesne państwo dobrobytu” to nie horyzont myśli współczesnej lewicy (nawet, jeśli nie chce ona czerpać z dorobku „zbyt radykalnych” nurtów). Można iść krok dalej, odważniej, a do tego ściśle związać problemy społeczne i gospodarcze z rozwiązaniami kwestii klimatycznej. W XIX w. to procesy społeczne zachodzące w Wielkiej Brytanii stanowiły przedmiot badania dla Karola Marksa i jego środowiska, z drugiej strony w tym samym kraju wykuwał się neoliberalizm, tam też, jako w jednym z pierwszych miejsc na świecie, dała mu się zwieść lewica. Gdyby program Labour okazał się taką samą inspiracją, tym razem pozytywną, dla socjaldemokratów w Europie, mógłby nawet stać się kamieniem milowym w jej historii. Z takimi hasłami lewica może odzyskać hegemonię.

Waszyngton przeciw Corbynowi

Stany Zjednoczone nie ustają w walce z „czerwoną zarazą”. Tym razem kontrrewolucyjna czujność wykryła zagrożenie w Zjednoczonym Królestwie. Tam bowiem do przejęcia władzy szykuje się najbardziej popularny lewicowy polityk w Europie, socjaldemokrata w starym stylu – Jeremy Corbyn. Sekretarz Stanu Mike Pompeo, który wraz z gł. doradcą d/s bezpieczeństwa Johnem Boltonem, tworzą mroczny duet animatorów amerykańskiej polityki zagranicznej, ogłosił, że można corbynowskiemu widmu spróbować zaradzić.

Pompeo dokonał obwieszczenia w intymnej atmosferze, podczas kameralnego spotkania z, jak pisze „The Times”, „żydowskimi przywódcami” (Jewish leaders) w Nowym Jorku. Do prasy – najpierw do The Washington Post – trafiło nagranie, na którym słychać jak amerykański „dyplomata” nr jeden opowiada o tym, że Waszyngton może „odeprzeć” (push back) kierownictwo brytyjskiej Partii Pracy. Deklaracja ta padła odpowiedzi na pytanie, co USA zamierzają zrobić w razie ewentualnego wyboru oskarżanego o antysemityzm Jeremy’ego Corbyna na premiera Wielkiej Brytanii.
„Musicie wiedzieć, że nie będziemy po prostu czekali, aż to się wydarzy. Zaczniemy dawać odpór wcześniej. Zrobimy to najlepiej, jak potrafimy. Bo gdy już się to wydarzy, to będzie to zbyt trudne i zbyt ryzykowne” – słychać komentarz Pompeo w odniesieniu do prawdopodobnego zwycięstwa Partii Pracy w najbliższych wyborach parlamentarnych i nominacji Corbyna na premiera tego kraju.
Wypowiedź ta wywołała powszechne oburzenie w Zjednoczonym Królestwie, zwłaszcza na lewicy. Rzecznik prasowy Partii Pracy powiedział, że „zachowanie prezydenta Trumpa i jego urzędników jest niedopuszczalną ingerencją w demokratyczny proces polityczny” w Wielkiej Brytanii i dodał, że Pompeo „nie będzie decydował o tym, kto zostanie premierem” w jego kraju.
Mike Pompeo, konserwatywny ekstremista i wiodący „jastrząb”, wielokrotnie wcześniej krytykował Corbyna m. in. za poparcie dla legalnego rządu Wenezueli. Na wspólnej konferencji z konserwatywnym ekstremistą z Wielkiej Brytanii, szefem Foreign Office Jeremym Huntem, po raz kolejny przypomniał, iż „napawa odrazą fakt, że są tacy politycy, nie tylko w USA, ale także w Wielkiej Brytanii, którzy popierają morderczy reżim Maduro”.
Departament Stanu wciąż nie wydał oficjalnego komentarza dotyczącego wyciekłego do mediów nagrania.
Tymczasem w Wielkiej Brytanii decyduje się, kto będzie szefował torysom – głównym rywalom Partii Pracy. O przejęcie schedy po Theresie May ubiega się dziesięciu polityków. Nie wszystkie te kandydatury mają wprawdzie realne szanse – aby wstąpić w szranki walki o stanowisko przewodniczącego Partii Konserwatywnej kandydat musi zapewnić sobie poparcie ośmiu deputowanych, jest więc to warunek stosunkowo łatwy do spełnienia.
Zdecydowanym faworytem jest były minister spraw zagranicznych i burmistrz Londynu Boris Johnson – postać dość kontrowersyjna wśród torysów, ale mająca realną charyzmę. Johnson jest zagorzałym zwolennikiem brexitu, a w sytuacji, gdyby nie udało się renegocjować korzystniejszych dla Wielkiej Brytanii warunków opuszczenia Unii – gotów jest na „twardy brexit”. Biorąc pod uwagę, że warunki jakie postawiłby Brukseli Johnson, jego wybór na szefa partii – i w konsekwencji także szefa rządu – prawdopodobnie przesądziłby o takiej właśnie opcji. Dodać trzeba także, iż Johnson jest zdecydowanym faworytem Donalda Trumpa, który zachęca otwarcie Londyn do „twardego brexitu”, a na dodatek sam jest figurą bardzo
„trumpoidalną”.
Głównym rywalem Johnsona wydaje się obecny minister spraw zagranicznych Jeremy Hunt – bardziej modelowy torys, czyli konserwatysta–neoliberał ekonomiczny, z doświadczeniem w sektorze prywatnym, zwolennik niskich podatków dla firm, demontażu polityki społecznej państwa, zaś w sferze polityki zagranicznej – równie euroatlantycki jak Johnson. Hunt jednak nie patrzy na perspektywę „twardego brexitu” tak nonszalancko jak Johnson, chciałby renegocjować umowę z Brukselą co – zauważmy – prawdopodobnie nie będzie i tak wchodziło w grę, bowiem Unia w tej sprawie wypowiedziała się bardzo konkretnie: powrotu do zamkniętych negocjacji nie będzie. W sumie jednak politycznie i Hunt i Johnson reprezentują bardzo podobne stanowisko, a to co ich różni to głównie temperament i imaż.
Pozostała ósemka kandydatów na następcę Theresy May to minister środowiska Michael Gove, minister spraw wewnętrznych Sajid Javid, minister zdrowia Matt Hancock, minister rozwoju międzynarodowego Rory Stewart, były minister do spraw brexitu Dominic Raab, była minister pracy Esther McVey oraz Andrea Leadsom i Mark Harper, którzy sprawowali w partii różne funkcje, ale nie mają doświadczenia w rządzie. W sumie zatem – jeśli wśród torysów nie dojdzie do jakiegoś spektakularnego zwrotu – najprawdopodobniej wszystko zmierza ku „twardemu brexitowi”, z tą tylko różnicą, że albo Zjednoczone Królestwo wkroczy w niego radośnie, czy też owijając go we frazeologiczną bawełnę i udając, że inaczej być nie mogło.

Labour zielenieje

W zakończonych niedawno wyborach samorządowych Partia Pracy utraciła część mandatów na rzecz Zielonych. Jednak dwa dni wcześniej zdołała skłonić cały brytyjski parlament do przyjęcia uchwały o historycznym znaczeniu – pierwszej takiej na świecie. Dzięki niej ma szanse stanąć na czele potężniejącego ruchu na rzecz ratowania kraju przed katastrofą klimatyczną i w ten sposób odzyskać wielu lewicowych wyborców, których utraciła m.in. na skutek własnej bezradności w kwestii brexitu.

Nie sposób nadal pytać, „czy” światu i Europie grożą poważne skutki zmian klimatycznych”. Raporty ONZ i organizacji takich jak Greenpeace to jedno. Natomiast po tym, jak trzy podmioty w branży ubezpieczeniowej opublikowały raport z badania na temat najkosztowniejszych ryzyk, z którymi mierzyć się musi sektor finansowy, odpowiedź może być wyłącznie twierdząca. Trudno nie wierzyć tym, których powołaniem jest liczenie, ile na czym zyskają, a ile stracą. A raporty szacownych organizacji, owszem, ukazują się i to coraz ciekawsze: w jednym z najnowszych ONZ tłumaczy, że jest już za późno na ratowanie ekosystemów, jakie znamy. Nastawić się trzeba na ratowanie samej ludzkości (przyjmując założenie, że stanowi ona dla świata jakąś wartość).
W Wielkiej Brytanii zapanował klimat do poważnej debaty o klimacie, a nawet do podjęcia stanowczych działań mających na celu przeciwdziałanie zmianom klimatycznym.
Jak pokazał sondaż przeprowadzony przez ośrodek Opinium związany z magazynem „The Observer”, 63 proc. Brytyjczyków jest zdania, że znajdują się w stanie „klimatycznego stanu wyjątkowego” (climate emergency), 64 proc. uważa, że rząd jest odpowiedzialny za podjęcie działań w związku ze zmianami klimatu, zaś aż 76 proc. jest gotowych głosować w wyborach tak, żeby chronić klimat i naszą planetę. Nic dziwnego, że po temat od razu sięgnęli laburzyści, którzy cały czas szukają sposobu na zdobycie decydującej przewagi sondażowej nad torysami. Niezdecydowanie w sprawie brexitu kosztowało ich duży spadek zaufania wśród młodych. Możliwe więc, że bicie na alarm w sprawie przyszłości Ziemi pozwoli im odrobić straty. Zwłaszcza, że nośny eko-motyw opakowali w bardzo równościową, nawet antykapitalistyczną retorykę.
Przełomem w rozbudzaniu ogólnokrajowej świadomości okazały się młodzieżowe strajki klimatyczne, które przetoczyły się przez Europę w marcu i kwietniu protesty w Londynie przeprowadzone przez Extinction Rebellion. To oddolny, niehierarchiczny ruch dążący do wywołania niezwłocznej, systemowej przemiany w podejściu decydentów i całego społeczeństwa do zmian klimatu poprzez nacisk na polityków metodą masowego, pokojowego nieposłuszeństwa obywatelskiego, inspirowany m.in. Gandhim i Martinem Lutherem Kingiem. Kiedy w dniach 15-19 kwietnia aktywiści ER urządzili serię okupacji newralgicznych miejsc Londynu i innych brytyjskich miast, policja w samej stolicy aresztowała ponad 680 osób. Opinia publiczna stanęła po stronie ekobuntowników, a wielu komentatorów nie zostawiło na premier Theresie May suchej nitki za to, że odmówiła spotkania z protestującymi, wśród których znalazła się słynna 16-letnia Greta Thunberg.
Zgodnie z wymową swojej nazwy Momentum, lewicowa frakcja Partii Pracy, niezmordowanie „pompująca” wszelkie postępowe rozwiązania w łonie partii, postanowiła skorzystać z pędu sytuacji politycznej i połączyć siły z zyskującym na popularności ER, by skłonić kierownictwo Labour do zdecydowanych działań.
Udało im się to, bo prawdopodobnie laburzyści, dzięki odmłodzeniu aktywu po objęciu kierownictwa przez Jeremy’ego Corbyna, orientują się już, że w kręgach lewicowych dyskurs równościowy coraz ściślej się zrasta ze świadomością klimatyczną.
Inspiruje ich też popularność, jaką wśród progresywnych Amerykanów zyskała koncepcja Green New Deal (Nowego Zielonego Ładu).
W konkretnej postaci sprowadziła się do rezolucji, którą nowa „gwiazda” Demokratów Alexandria Ocasio-Cortez i senator Edward Markey starali się przeforsować przez Kongres. Projekt ich uchwały kreślił wizję, która łączyła kryzys klimatyczny z kryzysem społecznym w USA, podkreślała że głównymi ofiarami skutków ocieplenia klimatu i niszczenia ekosystemów są osoby ubogie i wykluczone, w największym stopniu narażone na zanieczyszczenie środowiska, niezdrową żywność i słaby dostęp do służby zdrowia. W myśl tej idei – w pewnym stopniu zbieżnej z rodzącą się od niedawna koncepcją ekosocjalizmu – odnowa klimatyczna musi wiązać się nierozerwalnie z polityką równościową i przezwyciężeniem dzikiego korporacyjnego kapitalizmu poprzez aktywny udział państwa w uruchomieniu masowych inwestycji w „zielone technologie”, które tworzyłyby nowe miejsca pracy i podnosiły jakość życia mas. Nieprzypadkowo zdecydowano się na nawiązanie do New Dealu z lat 30. XX w. Jednocześnie rozwiązania proponowane przez Markey i Ocasio-Cortez nacechowane są podobnymi wadami co projekt prezydenta F.D. Roosevelta, czyli podejściem technokratycznym, proponującym „kapitalizm z ludzką twarzą”, tylko tym razem „zielony”.
Rezolucja została ostatecznie odrzucona zarówno przez Izbę Reprezentantów jak i przez senat, w którym poniosła wręcz miażdżącą porażkę: zero głosów „za”. Nic to dziwnego w epoce Donalda Trumpa, kiedy lobby producentów paliw kopalnych czuje się w Kongresie jak ryba w wodzie. GND okazał się jednak pomysłem bardzo ożywczym dla amerykańskiej lewicy i zainspirował wiele oddolnych zielono-równościowych inicjatyw lokalnych, a nawet pozwolił na popularyzację idei znacznie bardziej postępowych niż zapisy samego projektu uchwały: zarówno eko– jak i socjalistycznych.
Inicjatywa parlamentarna Partii Pracy podjęta pod naciskiem „buntowników klimatycznych” i własnych „dołów” powstała w odmiennych okolicznościach. Po pierwsze: ekologiczna świadomość Brytyjczyków. Po drugie: miażdżąca krytyka, jaka spadła na głowy konserwatywnego rządu za ich skandaliczną indolencję na polu programu dla klimatu – o czym później.
1 maja laburzystom udało się w ten sposób przeforsować w Izbie Gmin pierwszą na świecie parlamentarną deklarację o „klimatycznym stanie wyjątkowym”.
Jej najważniejszym punktem jest przyjęcie 2050 r. za termin wdrożenia gospodarki zeroemisyjnej. To znacznie wyższe ustawienie poprzeczki niż to przyjęte przez obecny rząd, które zakładało, że do połowy stulecia nastąpi redukcja emisji dwutlenku węgla o 80 proc. w stosunku do poziomu z 1990 r.
Sam tekst rezolucji zgodnie popartej przez obie główne partie nie zapiera tchu w piersiach. Jest krótszy, bardziej ogólnikowy i lakoniczny niż rezolucja Ocasio-Cortez i Markeya. Utrzymany jest tylko w bardziej alarmistycznym tonie, dającym do zrozumienia, że Wielka Brytania już teraz znajduje się w dramatycznym kryzysie ekologicznym. Najbardziej liczy się fakt parlamentarnego konsensusu co do jej brzmienia.
Okazało się, że lewica potrafi narzucić czasem swoją hegemonię nawet w warunkach sprawowania pełni władzy przez konserwatystów.
Liczy się też fakt, że niezależnie od dosłownej treści deklaracji, laburzyści – przede wszystkim sam Corbyn – starali się dorobić do niej bardziej radykalne „ideolo”, niż wynika to z samego tekstu. Równościowa, a nawet antykapitalistyczna wymowa pobrzmiewała w publicznych wypowiedziach na ten uchwały i w komunikatach w mediach społecznościowych.
Przemawiając 1 maja w parlamencie Corbyn kładł nacisk na światowe znaczenie ogłoszenia przez Wielką Brytanię klimatycznego stanu wyjątkowego. Wyraził nadzieję, że decyzja ta pozwoli „uruchomić falę działań ze strony rządów i parlamentów całego świata”.
– Nie możemy już marnować czasu. Znaleźliśmy się w stanie kryzysu klimatycznego, który niebezpiecznie wymknie się nam spod kontroli, o ile natychmiast nie podejmiemy szybkiego, zdeterminowanego działania – kontynuował lider Labour.
To zdecydowanie inna wizja światowego przywództwa, niż choćby wyobrażenia przyświecające Donaldowi Trumpowi w jego scenariuszu powrotu „wielkiej Ameryki”. Przemawiając do tłumu oczekującego na decyzję parlamentu Corbyn wypowiedział jeszcze następujące słowa:
– Sama deklaracja stanu wyjątkowego oznacza, że rozumiemy jego znaczenie. Chodzi jednak o to, co dalej. Chodzi o zieloną rewolucję przemysłową. W przeciwieństwie do poprzednich rewolucji przemysłowych, korzyści z których – tak jak kapitał – płynęły do wąskiej grupy, korzyści z tej rewolucji popłyną do wszystkich.
Można przyjąć, że determinacja klimatyczna stała się więc integralną częścią składową laburzystowskiego programu równościowego przekształcenia społeczeństwa i socjalnego przekształcenia stosunków gospodarczych – jeżeli uznać, że słowo „socjalistyczne” jest tu na wyrost.
Partii Pracy udało się bardzo zręcznie wykorzystać narastającą w kraju ekoświadomość i dokonała ona przy tej okazji wzmocnienia tej tendencji. Już wcześniej bowiem klimatyczny stan wyjątkowy ogłaszano na różnych poziomach lokalnych, w konkretnych miejscowościach – były to jednak małe inicjatywy.
Tymczasem kilka dni wcześniej deklarację zbliżoną do laburzystowskiej przyjął parlament Walii.
Z kolei dzień po rezolucji ogólnokrajowej, swój klimatyczny stan wyjątkowy ogłosił parlament Szkocji. Tu plan na przyszłość został określony nawet bardziej ambitnie: zero emisji do 2045.
Jeżeli dochodzi już do „wyścigów” na cele redukcyjne, znaczy to, że Brytyjczyków – na kilku poziomach organizacji społeczeństwa – rzeczywiście porwało „zielone uniesienie”. To wyraźna tendencja polityczna i partia Corbyna bardzo słusznie robi, starając się ją spożytkować poprzez wysforowanie się na czoło ruchu klimatycznego. Wybory lokalne, które odbyły się w części brytyjskich okręgów dwa dni po deklaracji, okazały się co prawda niekorzystne dla Labour i to właśnie dlatego, że część wyborców partii odpłynęła do Zielonych. Tak czy inaczej świadczy to o słuszności obranego kierunku. Trudno jednocześnie oczekiwać, że niekorzystna dla Partii Pracy decyzja wyborcza, która najpewniej wcześniej wynikła z rozczarowania „nieogranięciem” partii na obszarze klimatycznym, może zostać odwrócona w ciągu jednego dnia.
Największą słabością deklaracji klimatycznej laburzystów jest bez wątpienia fakt, że nie jest ona w żadnym stopniu wiążąca prawnie – nie jest ustawą.
Nie oznacza to jednak, że jest zawieszona w próżni, bo stoi za nią mobilizacja wciąż rosnącej części społeczeństwa – to w istocie jest ważniejsze niż zapis na papierze. Niezbicie dowodzi tego kompromitacja torysów na polu polityki klimatycznej, która obecnie tylko potęguje kompromitację ogólną potwierdzoną przez ich fatalny wynik w wyborach samorządowych. Inicjatywa Partii Pracy była odpowiedzią na kolejną aferę z udziałem partii rządzącej, która wybuchła niedługo wcześniej. W 2015 r. rząd przeznaczył 100 mln funtów na modernizację brytyjskich autostrad pod kątem obniżenia emisji zanieczyszczeń powietrza. Pieniądze te miały być wydane zgodnie z celami do 2020 r. Protokoły do których dotarł „Observer” nie pozostawiają wątpliwości: powiedzieć, że projekt „jest w lesie”, to za mało. Z całej puli wydano dotychczas dopiero… 7,7 mln funtów!
Gromy, jakie w związku z tym skandalem posypały się na znienawidzony rząd Theresy May były z pewnością jednym z powodów, dla których konserwatyści potulnie zagłosowali za klimatycznym stanem wyjątkowym. Hańba, jaką okryli się torysi, z jednej strony pomogła więc umocnić się Partii Pracy na polu walki klimatycznej, z drugiej – narzuca laburzystom odpowiednio wyższe oczekiwania społeczne, jeżeli w najbliższej przyszłości utworzą rząd.
Na razie nie jest przesądzone, że wygrają wybory parlamentarne i Jeremy Corbyn będzie premierem. Z przyjętej rezolucji nie wynika też, jakie dokładnie partia zamierza przyjąć gospodarcze środki ratowania nie tylko brytyjskiego, ale i ziemskiego klimatu, by uniknąć wyłącznie „pompowania” przysłowiowego już lobby wiatrakowego i mydlenia postępowcom oczu pozorami zielonego kapitalizmu. Jak skutecznie połączyć walkę o znośny klimat dla życia na Ziemi z budową równościowego społeczeństwa sprawiedliwości społecznej, w przyszłości być może socjalistycznego?
Wiadomo tylko, że jeżeli ma powstać społeczeństwo socjalistyczne, to musi ono być zielone – obecnie jest to już warunek przetrwania cywilizacji ludzkiej w jakiejkolwiek akceptowalnej postaci.
Poza tym prawdziwy socjalizm rozumiany jako pełna demokracja gospodarcza współgra z koncepcją gospodarki opartej na odnawialnych źródłach energii i na zrównoważonym, nieprzemysłowym rolnictwie, a więc na mniej scentralizowanej strukturze gospodarczej niż ta uzależniona od paliw kopalnych. Labour ma więc przynajmniej teoretyczne szanse na przyczynienie się do powstania takiej nowej formy społecznej.
A jeżeli się nie uda? Cóż, w ramach jedynego optymistycznego scenariusza można wtedy przyjąć, że po ostatecznej katastrofie klimatycznej, wśród odradzających się stopniowo społeczeństw pierwotnych będzie panować „komunizm pierwotny”, który siłą rzeczy musi być względnie eko. Zatem, lewacy, głowy do góry!

Lewica będzie rządzić

„Niech każdy obwód wyborczy, niech każda społeczność wie, że Partia Pracy (LP) jest gotowa!” – zapewnił 69-letni szef wyspiarskiej lewicy Jeremy Corbyn na partyjnym zjeździe w mieście Beatlesów. „Kiedy zbierzemy się za rok o tej porze, możemy być już rządem labourzystów!” – optymizm afiszowany w Liverpoolu nie jest bezpodstawny. Klęska negocjacji konserwatywnego rządu w sprawie Brexitu może przyśpieszyć wybory. Na przeszkodzie stoi jeszcze kwestia „antysemityzmu” LP i Corbyna, która nie przestała krążyć nad zjazdem, choć na porządku dziennym jej nie było.

 

Corbyn stał się „podejrzany” właściwie od początku swych rządów w Labour, to jest od trzech lat, ale im bliżej do spodziewanego sukcesu, tym częściej padają ze strony części społeczności żydowskiej oskarżenia o antysemityzm. W tym roku w marcu, w maju i sierpniu nastąpiły ataki medialno-polityczne na Corbyna i jego partię, i ciągle pojawiają się nowe. Zwykle polega to na wyciąganiu starych nagrań lub zdjęć, gdzie Corbyn odnosi się krytycznie do zbrojnej okupacji Palestyny przez Izraelczyków. Przed samym zjazdem pojawiło się wideo sprzed pięciu lat, na którym mówi, że „syjoniści nie mają poczucia ironii”, co miało być dowodem na jego antysemityzm.

Do tego Daily Mail opublikował zdjęcia z 2014 r., kiedy Corbyn podczas wizyty w Tunezji złożył wieniec na cmentarzu palestyńskim. Są tam m.in. groby bojowników Czarnego Września, grupy, która w 1972 r. dokonała zamachu na sportowców izraelskich podczas Igrzysk w Monachium. Zginęło wtedy 11 osób. W Anglii prasa żydowska zaczęła więc mówić o „śmiertelnym zagrożeniu”. Wcześniej domagała się, by LP przyjęła definicję antysemityzmu proponowaną przez Międzynarodowy Sojusz Pamięci o Holokauście (IHRA), jednak w lipcu komitet wykonawczy partii odrzucił część tej definicji, gdyż IHRA zaliczyła do antysemityzmu również krytykę polityki izraelskiego reżimu apartheidu, zgodnie z nową modą, która zrównuje antysyjonizm (sprzeciw wobec izraelskiego nacjonalizmu i rasizmu) z antysemityzmem.

 

Palestyńskie flagi

Corbyn może zapewniać ile chce, że „wyeliminuje antysemityzm z partii i przywróci zaufanie”, że „nigdy nie był i nie będzie” antysemitą, że „antyrasizm zawsze był priorytetem partii”. Jonathan Lansman, lider popierającego Corbyna ruchu Momentum, brytyjski żyd, może tłumaczyć, że „nie ma absolutnie żadnej sprzeczności między walką z antysemityzmem a obroną praw Palestyńczyków”, ale to ciągle za mało. Brytyjskie środowiska syjonistyczne nie mogą przeboleć palestyńskiego zaangażowania Corbyna i jego ugrupowania. Nota bene w samej partii, szczególnie wśród członków Jewish Labour Movement, który wchodzi w jej skład, ta kwestia potrafi przybrać gwałtowny obrót – deputowana Margaret Hodge, członkini Labour od dawna, nazwała Corbyna „rasistą” i „antysemitą”…

Proizraelski Jewish Telegraph na pierwszej stronie określił zjazd labourzystów jako „konferencję nienawiści”, gdyż Corbyn w swym finalnym przemówieniu zapowiedział, że jak tylko powstanie rząd Labour, Palestyna zostanie natychmiast uznana, co ma wyrażać poparcie partii dla rozwiązania dwupaństwowego. Deklaracja Corbyna została przyjęta owacją i palestyńskimi flagami. Przy okazji jeszcze raz ogłosił, że „całkowicie potępia antysemityzm i nie będzie go tolerował”. W ciągu trzech lat Labour musiało opuścić sporo osób, oskarżanych o antysemityzm, ale kwestia palestyńska, jak dla każdej lewicy, pozostaje ważna. Na zjazd przyjechał przywódca francuskiej lewicy Jean-Luc Mélenchon, który również z powodu opowiadania się po stronie okupowanych Palestyńczyków był oskarżany o antysemityzm, ale skwitował to krótko: „Zauważyłem, że Jeremy Corbyn jest obiektem podobnych obelg, co ja. To znak dobrego zdrowia”.

 

Labour jako wzór

Na zjazd LP w Liverpoolu oprócz Nieuległej Francji, przyjechali m.in. reprezentanci niemieckiej Die Linke, hiszpańskiego Podemosu i greckiej Syrizy, żeby rozmawiać o przyszłości europejskiej lewicy. Przede wszystkim byli zaintrygowani sukcesem Labour, jej „dobrym zdrowiem”: ponad 550 tys. członków, perspektywa rządzenia, a to wszystko przy ustawieniu się na lewo od tradycyjnej socjaldemokracji. W Europie socjaldemokraci, uznawani często w najlepszym wypadku za centrystów, ponoszą klęskę za klęską, jeśli nie liczyć Portugalii. Stąd pomysły stworzenia „sojuszu radykalnego”. Mélenchon zaproponował Corbynowi przystąpienie Labour do „lewicowej ligi kontynentalnej” (ruch A Teraz Lud), w skład której wchodzą Podemos, Bloco de Esquedra (Blok Lewicy) z Portugalii, duński Sojusz Czerwono-Zielony, szwedzka Partia Lewicy, Nieuległa Francja i fiński Sojusz Lewicowy.

Metamorfoza Labour, która przecież za czasów Blaira była w zasadzie partią prawicową, dokonała się dzięki fali „degażyzmu” – wyrzucenia starych działaczy w toku wewnętrznych wyborów i dyskusji, oraz chęci rozwinięcia swobodniejszych, bardziej demokratycznych sposobów funkcjonowania. Do Liverpoolu nie przyjechały delegacje europejskich partii socjaldemokratycznych, bo to już nie ich przedział polityczny. Skręt Labour w lewo przyciągnął młodych i tych, którzy dotąd nie chcieli brać udziału w wyborach. Dziś partia w sondażach idzie łeb w łeb z torysami (rządzącymi konserwatystami). Delegacje z kontynentu miały czego zazdrościć.

 

Nacjonalizujmy!

Corbyn nazwał politykę premier May „wandalizmem socjalnym”. To właśnie było tematem gospodarczej części zjazdu, najważniejszej dla przyszłości partii. „Nadchodzi prawdziwa demokracja przemysłowa” – ogłosił John McDonnell, który odpowiada w Labour za finanse. Ma opinię stojącego bardziej nawet na lewo niż Corbyn. To on stoi u źródła programu gospodarczego partii. Jeśli labourzyści dojdą do władzy, chcą, by prywatne przedsiębiorstwa scedowały co najmniej 10 proc. swego kapitału na pracowników, którzy mogliby w ten sposób dostawać dywidendy. Byłoby tego średnio ok. 500 funtów rocznie. Ponadto jedna trzecia miejsc w radach nadzorczych też miałaby przypaść pracownikom: „Akcjonariat pozwoli pracownikom mieć te same prawa, co inni akcjonariusze, będą też mieli wpływ na strategię swego przedsiębiorstwa” – argumentował McDonnell.

Przede wszystkim McDonnell przewiduje falę nacjonalizacji przedsiębiorstw niegdyś publicznych, jak koleje, dla których prywatyzacja stała się prawdziwą klęską. Poza tym mają być znacjonalizowane takie dziedziny jak dystrybucja wody, energii, czy poczta. „Niektóre gazety mówią, że wyborcy są przestraszeni (tymi planami). Ale mylą się (…). Z sondażu na sondaż widać, że własność publiczna dowodzi swej popularności. Ludzie mają dość nabierania się na prywatyzacje” – mówił. Oczywiście organizacje przedsiębiorców już protestują, w charakterystycznym stylu, jak CBI: „Dyktat akcjonariatu pracowniczego doprowadzi tylko do wyjazdu inwestorów, a jeśli inwestycje zmaleją, płace też spadną”. Labour zdaje się tego nie bać. Mówi o stworzeniu 400 tys. „zielonych” (ekologicznych) miejsc pracy. Ciekawe, że nawet niektórzy torysi popierają projekty gospodarcze LP, jak ekonomista Jim O’Neill z byłego rządu Camerona. Corbyn nie omieszkał tym się chwalić.

 

Optymizm z Brexitu

Ale skąd bierze się ten optymizm, który było widać w Liverpoolu? Skąd wiara, że w przyszłym roku może dojść do przedterminowych wyborów? Ano, najdłużej chyba wałkowano sprawę Brexitu, negocjowanego nieszczęśliwie przez rząd May. „Jeśli parlament odrzuci umowę z Unią, bądź rząd nie podpisze żadnej umowy, wywrzemy nacisk na przedterminowe wybory” – ogłosił Corbyn. Premier Theresa May, która przebywała wtedy w Nowym Jorku na Zgromadzeniu Ogólnym ONZ, odpowiedziała od razu, że wcześniejsze głosowanie powszechne „nie byłoby w interesie Zjednoczonego Królestwa”, ale ma „krótką” większość w parlamencie i może być doń zmuszona nie tylko przez Labour. Partia dała już do zrozumienia, że będzie głosować przeciw umowie, jeśli np. nie zachowa korzyści ze wspólnego rynku i unii celnej.

Od razu należy wyjaśnić, że Corbyn jest raczej eurosceptykiem, choć partia robiła kampanię na rzecz pozostania w Unii. Pogodził w partii środowiska zwolenników i przeciwników Unii, ale do głosu coraz bardziej dochodzą młodzi, dla których rozstanie z Unią pozbawia ich części perspektyw. Starsi są często anty-unijni, więc znaleziono rodzaj kompromisu. Jeśli do wcześniejszych wyborów nie dojdzie, Labour będzie popierać ideę nowego referendum na temat wyjścia z UE. To nowość, pewien zwrot, bo dotąd partia trzymała się wyników poprzedniej konsultacji. Rzecz jest hipotetyczna, ale Corbyn zgodził się zostawić „wszystkie opcje na stole”, trochę w duchu ekumenizmu. Inni, jak McDonnell, wykluczają nowe referendum.

„Celem Labour jest gruntowna zmiana kraju” – mówił Corbyn w zamykającym zjazd przemówieniu, wyraźnie dumny z dynamizmu i wyników partii. Przez zgromadzonych przebiegł dreszcz, gdy z głośników rozległa się piosenka „króla” soulu Sama Cooke’a – „długo na to czekaliśmy, lecz wiem, że zmiana jest w drodze”… Widząc chaos brytyjskich negocjacji w Brukseli, można się spodziewać, że po ośmiu latach przerwy Labour przejmie ster kraju. To może być kwestia kilku miesięcy, więc wzruszenie było uzasadnione.

Zwrot na lewo

To już pewne: na przyszłorocznej konwencji brytyjskiej Partii Pracy odbędzie się głosowanie nad przywróceniem do statutu słynnego Paragrafu 4, deklarującego potrzebę „wspólnej własności środków produkcji, dystrybucji i wymiany”.

 

Członkowie Momentum, organizacji istniejącej wewnątrz Partii Pracy, którzy od wielu miesięcy parli ku radykalizacji programu partii, dopięli swego. Podjęto decyzję, że na konwencji laburzystów, która odbędzie się w 2019 r., delegaci będą głosować w sprawie przywrócenia do statutu partii ikonicznego fragmentu, który skrótowo był określany jako Paragraf 4. Za jeden z podstawowych celów starej Partii Pracy stawiał on „wspólną własność środków produkcji”. Zapis ten, wprowadzony do statutu w 1918 r., stał się podstawą nacjonalizacji wielu gałęzi brytyjskiego przemysłu, jaką po II Wojnie Światowej przeprowadził laburzystowski rząd Clementa Atlee’ego. Upaństwowione zostały m.in. koleje, kopalnie, huty i energetyka. Powołano też do życia NHS, czyli państwowy system opieki zdrowotnej.

Fragment statutu, o którym mowa, brzmiał w oryginale następująco: „[Partia zobowiązuje się] zapewnić robotnikom fizycznym i umysłowym pełnię owoców ich pracy oraz najsprawiedliwszy ich podział, co będzie możliwe dzięki wspólnej własności środków produkcji, podziału i wymiany, oraz najlepszy możliwy system administracji i kontroli wszystkich gałęzi przemysłu i usług przez lud.”
Kiedy kierownictwo partii objął Tony Blair, przekonany, że laburzyści powinni kontynuować politykę prywatyzacji rozpoczętą przez Margaret Thatcher, doprowadził do usunięcia Paragrafu 4 ze statutu. W 1995 r. został on zastąpiony bardziej rozmytą deklaracją o „życiu razem, w wolny sposób, w duchu solidarności, tolerancji i szacunku”.

Objęcie kierownictwa partii przez Jeremy’ego Corbyna w 2015 r. pozwoliło na wyraźnie wzmocnienie lewego skrzydła, które od początku dążyło do powrotu Paragrafu 4. Sam Corbyn w okresie ubiegania się o stanowisko przewodniczącego oświadczył, że bierze pod uwagę ponowne wpisanie słynnego fragmentu do statutu, w formie oryginalnej lub zmienionej. Jako przewodniczący nie składał w tej sprawie jasnych deklaracji, opowiada się jednak za polityką zdecydowanego zerwania ze neoliberalną spuścizną Blaira. Zapowiada, że jeżeli stanie na czele brytyjskiego rządu (co jest coraz bardziej prawdopodobne) możliwe będą nacjonalizacje branż, które 70 lat wcześniej upaństwowił Atlee. Wizja ta w widoczny sposób odpowiada brytyjczykom, którzy po objęciu sterów partii przez Corbyna, masowo zasilili szeregi laburzystów. Wśród mieszkańców wielkiej Brytanii panuje powszechne rozczarowanie skutkami prywatyzacji i komercjalizacji usług publicznych rozpoczętych przez Thatcher, a kontynuowanych przez „Nową” Partię Pracy Blaira.

Lewicowa frakcja Momentum od początku prowadziła oficjalną kampanię „Labour4Clause4” nawołującą członków partii do poparcia wysiłków na rzecz przywrócenia zapisu o „wspólnej własności środków produkcji. Powstał list otwarty w tej sprawie, podpisany przez wpływowych działaczy związkowych związanych z Partią Pracy i przez reżysera Kena Loacha.

Corbyn, a przede wszystkim John McDonnell, druga pod względem siły wpływu postać w partii, deklarowali niedawno poparcie dla pomysłu, by nacjonalizacje oznaczały również kontrolę pracowników nad ich zakładami. McDonnel podkreślał, że „nikt lepiej nie zna się na prowadzeniu tych branż lepiej niż ci, którzy spędzili w nich swoje życie”.

Dziś, po przyjęciu przez partię tzw. raportu delegatów, wiadomo, że głosowanie w sprawie Paragrafu 4 rzeczywiście odbędzie się na przyszłorocznej konwencji.

Obrońcy Orbána

W Strasburgu szykuje się głosowanie w sprawie nałożenia przez UE sankcji na Węgry za łamanie praworządności. Orbana chronią m.in. deputowani brytyjskiej Partii Konserwatywnej, która rządzi dziś Zjednoczonym Królestwem. Mają w tej sprawie głosować tak jak skrajna prawica w PE.

 

Parlament Europejski debatuje dziś nad zasadnością nałożenia sankcji na Węgry jako kraj członkowski z powodu polityki prowadzonej przez rząd Viktora Orbána. Budapesztowi grozi uruchomienie procedury przewidzianej słynnym artykułem 7 Traktatu Unii Europejskiej, po który mogą sięgnąć władze UE celem zdyscyplinowania kraju członkowskiego łamiącego u siebie rządy prawa. Na środę przewidziane jest głosowanie w tej sprawie. Państwo węgierskie jest oskarżone o ograniczanie wolności prasy, naruszenie niezależności sądownictwa i sprzeniewierzenie unijnych funduszy. W dyskusji na pewno pojawią się też zarzuty o rasistowską nagonkę na uchodźców z Bliskiego Wschodu i antysemicką kampanię przeciwko fundacji miliardera George’a Soros – obydwie mają związek z ustawą “Anty-Soros”. Sankcje wobec Węgier mogą oznaczać odebranie im prawa głosu w Radzie Europejskiej.

Dziennik „The Independent” donosi w tej sprawie, że oprócz skrajnie prawicowych stronnictw w PE parasol ochronny nad Orbánem mają roztoczyć brytyjscy Torysi. Anonimowi europosłowie Partii Konserwatywnej poinformowali, że w Strasbourgu będą głosować przeciwko karaniu Węgier. Tłumaczą, że byłaby to decyzja “polityczna”, podczas gdy w tej sprawie powinien obowiązywać ściśle prawny punkt widzenia.

Głosowanie w tej sprawie jest pokłosiem przyjęcia przez komisję spraw wewnętrznych PE raportu potępiającego władzę Viktora Orbána i zalecającego zastosowanie artykułu 7. Decyzję podjęto stosunkiem głosów 37 do 19. Już wtedy brytyjscy konserwatyści głosowali przeciwko dyscyplinowaniu rządu Orbána – tak samo jak deputowani ugrupowań uznanych za skrajnie prawicowe: francuskiego Frontu Narodowego, Szwedzkich Demokratów i austriackiej FPO.

Dan Dalton, członek komisji spraw wewnętrznych twierdził: – Jeżeli któryś z krajów członkowskich złamał traktat UE, to Komisja Europejska powinna zająć się tym od strony prawnej.
Zamiary Torysów miażdżąco skrytykowali eurodeputowani Partii Pracy. Fakt ustawiania się konserwatystów w jednym szeregu ze skrajną prawicą nazwali haniebnym. Labourzyści oświadczyli, że rząd Orbána swoim postępowaniem “w zakresie swobód obywatelskich, równości i praw człowieka, islamofobii i antysemityzmu stanowi hańbę dla Europy”.

O brytyjskich geniuszach, bankach i Labour Party (MIĘDZY)LIST Z WYSP

Od 13 marca Piotr Jastrzębski opisywał swoje życie, pracę i spostrzeżenia z Wielkiej Brytanii na Facebooku. Jego felietony z cyklu „Angielski sen” pojawiają się w piątkowych wydaniach.
Tym razem jednak publikujemy „(Między)list”, stanowiący dodatek do tej serii. A w najbliższy piątek – siódmy odcinek „Angielskiego snu”.

 

 

Wróciłem z urlopu. Natychmiast sprawdziłem czy widok na High Street nie uległ zmianie, wszystko było na swoim miejscu. Rozpoznałem kilku stałych przechodniów, najbardziej jednak ucieszyło mnie że Janny’s Café wciąż jest na swoim miejscu. Tęskniłem za ich sadzonymi z frytkami. Teraz kilkanaście dni ponownej aklimatyzacji i wrócę do brytyjskiej codzienności. Przywykłem już do tego rytmu i odnajduje tu coraz więcej zalet. Cytując jednak klasyka: „Jedziemy do kraju kapitalistycznego, który ma tam swoje plusy. Rozchodzi się o to, żeby te plusy nie przesłoniły nam minusów”.

 

Więc teksty pochwalne zachowam na emeryturę, a teraz – jak zawsze przejadę się po lokalnych absurdach. Tak naprawdę w tym kraju nie trzeba mieć mózgu Bernarda Shawa, słynącego z krytycznej kpiny angielskiego stylu życia, nie trzeba być Monty Pythonem, by obśmiać tutejszą codzienność.

Wiem, wiem, zaraz zostanę uznany za ignoranta, który nie rozumie subtelności i drugiego dna autorów „Sensu Życia”, „Świętego Graala” i kilkunastu innych, średnio śmiesznych filmokabaretów.
Muszę was jednak zmartwić, Monty Python drugiego dna nie posiada, a ten „wyższośrodowiskowy” zachwyt spowodowany jest oryginalna modą. Niczym więcej.

Jedno z pierwszych zdań podczas imprezy czy spotkania pseudointelektualistów – choć wolę określenie kabotyn – brzmi: „Uwielbiam Monty Pythona”.

Prawdę mówiąc jedynie „Świętego Graala” udało mi się obejrzeć i nie zasnąć, a od tych brytyjskich komików zdecydowanie wolę stare odcinki „Kiepskich” – chociaż tam irytuje mnie dodawany w tle śmiech i to w miejscach, które akurat śmieszne nie są. W mojej subiektywnej ocenie zakwalifikowałbym ich na poziomie innego brytyjskiego komika Benny Hilla – którego popularność była tak olbrzymia, że w ramach resocjalizacji administracja więzienia umożliwiła oglądanie tych programów więźniom. Nie spodziewali się jednak, że zwykła awaria telewizora podczas programu komika doprowadzi do więziennego buntu.

Wielka Brytania wydała jedynie dwóch (O. Wilde i G.B. Shaw) – choć nie do końca Wielka Brytania, ale do tego jeszcze dojdziemy – którzy w sposób genialny kpili potrafili wykpić ten kraj, monarchię, rodzinę królewskiej i przywary Brytyjczyków. A jedyny człowiek, który ewidentnie zakpił i wyszydził angielską naukę to Issac Newton. Ten wybitny fizyk, tak naprawdę fizyką niespecjalnie się interesował. Zajmował się nią na odczepnego. Był przede wszystkim alchemikiem, a wszystkie zasady dynamiki wymyślił i zdefiniował na odczepnego, żeby królewscy przedstawiciele nauki odczepili się od niego i pozwolili w spokoju pracować nad kamieniem filozoficznym.

Przeciętnie wykształcony Anglik zapytany o brytyjskich pisarzy, jednym tchem wymieni Shakespeare’a, Wilde’a, Shawa, Dickensa, Conrada i Orwella. Joseph Conrad był jednak Polakiem, Georg Orwell – Hindusem, Wild i Shaw byli Irlandczykami. Jedynie BOZ – pseudonim literacki Dickensa – był Anglikiem. Wiele osób zapewne uśmiechnie się z tego nieuctwa wyspiarzy, pozwolę sobie jednak przypomnieć, że również w literackim panteonie polskich poetów czy pisarzy jednym tchem – i to na pierwszej pozycji wymieniamy obywatela Litwy – Adama Mickiewicza.

Dotychczas, przez pół roku mojej tutaj pracy poznałem tylko jednego Anglika, który wiedział kim był Oscar Wilde i co napisał. Przegadaliśmy kilka godzin o Dorianie Grayu, Bazylu i lordzie Henrym – byłem naprawdę pod ogromnym wrażeniem.

Od pół roku, czyli od momentu gdy zacząłem w UK pracę, usiłuję założyć konto angielskim w banku.

Bez rezultatu. Obeszliśmy z kolegą wszystkie możliwe placówki i nic. Miałem ze sobą stos dokumentów i zaświadczeń. Najważniejszy brytyjski dokument czyli National Insurance Number (NIN), który poświadczał również mój adres zamieszkania, zaświadczenie z pracy, że pracuje w systemie full time – pełny etat, czeki, na których również był adres pod którym mieszkam – i nic. Wszędzie nas zbywali. Tłumaczyłem im, że nie chcę żadnego kredytu, żadnej karty debetowej, a jedynie rachunek, na który będzie wpływała moja wypłata.
Gdy wreszcie w jednym z banków umówili się na rozmowę i powiedzieli, że dokumenty te są wystarczające, pojechaliśmy tam pełni nadziei, że wreszcie uda się to konto założyć. Podczas rozmowy pani konsultantka zażądała potwierdzenia adresu od mojego kolegi. Wprawiło nas to w osłupienie i wściekłość. Trzasnęliśmy drzwiami i opuściliśmy placówkę. Wszędzie domagali się dokumentu, którego świeży emigrant nie jest w stanie zdobyć – potwierdzenie adresu na podstawie opłaconego imiennie rachunku z instytucji miejskiej czyli z councilu.

Na samym początku firma przysyłała mi czeki, których realizacja była bardzo kosztowna. Ponad 10 procent. Z 220 funtów zarobionych przez pierwszy tydzień treningu, realizując czek w money shopie zapłaciłem 25 funtów prowizji.

Wymyśliliśmy więc, że moja wypłata będzie wpływać na konto znajomych. Rozwiązanie dobre, ale tylko na krótka metę. Po pierwsze sprawiam kłopot ludziom, których bardzo lubię, a po drugie staram się teraz o dodatek dla najsłabiej zarabiających. Kwota niebagatelna – 218 funtów miesięcznie. Koleżanka wrzuciła moje dane w specjalny szablon i wyskoczyło, że jak najbardziej się kwalifikuję. Pieniądze te znacznie podniosłyby mój komfort mojego życia. Ale żeby je dostać trzeba mieć własne konto.

Czego nie udało się załatwić w Anglii, załatwiłem w Polsce. Poszedłem do pierwszego lepszego banku, powiedziałem o co mi chodzi, a pan, zwany fachowo doradcą klienta, w ciągu pięciu minut założył mi brytyjskie konto. Kartę wydał od ręki, zarejestrował, sam wymyśliłem sobie PIN i tym sposobem załatwiłem sprawę, która w Zjednoczonym Królestwie była nie do załatwienia.
Dzisiaj w nocy idę do pracy, pierwszy raz po urlopie. To zwykle najgorszy dzień. Postaram się jednak jakoś go przetrwać. Wcześniej jeszcze spędzę dwie godziny w centrum handlowym w towarzystwie milczącego Hiszpana, wypije espresso, a potem poczłapiemy do naszych hal.

Mieszkając jeszcze w Luton znalazłem tam siedzibę Labour Party. Już sam budynek świadczy o angielskiej lewicy. Pozabijane dechami główne wejście, a pozostałe pozamykane na głucho. Wewnątrz tej „lewicowej” partii trwa wewnętrzna wojna pomiędzy Jeremym Corbynem – człowiekiem, który rozumie, czym jest lewica, a liberałem odpowiedzialnym za zbombardowanie Jugosławii i bezpodstawny atak na Irak – Tonym Blairem – zamożnym przedstawicielem klasy średniej, którego wpływy w ugrupowaniu labourzystów są nadal ogromne. Sam Blair przyznał, że przyłączył się do antyirackiej koalicji w oparciu o dokument przygotowany przez amerykańskiego studenta.

Pamiętam euforię polskich środowisk lewicowych, gdy Blair wygrał wybory i został premierem. Pamiętam jak sam w 1996 lub 1997 roku, podczas pierwszomajowej demonstracji niosłem transparent: „Good luck Tony Blair”.

Do tej pory mam kaca. Niespełna dwa lata po objęciu teki premiera Wielka Brytania była jednym z głównych agresorów w dawnej Jugosławii. To właśnie samoloty RAF-u zmiotły z powierzchni ziemi większość budynków mieszkalnych w Belgradzie. Polska telewizja była tak zaangażowana w ten konflikt, że w kółko opowiadała o tzw. higienicznych lub chirurgicznych bombardowaniach, których celem, były ponoć jedynie cele wojskowe.

Akurat byłem tam podczas tej higienicznej masakry. Żadna ze stacji nie wspomniała o tym, że jeden z pocisków trafił w polską ambasadę, że zbombardowano budynek stacji telewizyjnej RTS, w którym zginęło szesnastu młodych pracowników technicznych. Gdy świat trąbił, że chirurgiczny atak przypomina skalpel w reku pijanego w sztok lekarza, a bomby i rakiety co chwilę spadały na szkoły, żłobki czy szpitale, natychmiast polska telewizja dorabiała teorię, że w podziemiach tych budynków była siedziba Slobodana Miloševicia albo Ratko Mladicia czy Radovana Karadžicia.

Dziwiło mnie też, że kamery operatorów – tak chętnie filmujących samoloty F-16 – pominęły stojące obok samoloty Luftwaffe, których symbolem były czarne krzyże na skrzydłach (była to pierwsza interwencja zagraniczna Bundeswehry od 1945 roku). To był nieprawdopodobny widok, gdy eskadra takich bombowców przelatywała nad Belgradem i zrzucała wybuchowe ładunki.

Wracając jednak do tych „ukrytych pod dziecięcymi respiratorami bunkrów sztabowych”. Po pierwsze, żadnych sztabów tam nie było, a po drugie rakieta, która miała zniszczyć ten tajny bunkier serbskiego sztabu, musiała wcześniej przelecieć przez kilka szpitalnych sal i kilkanaście dziecięcych respiratorów – z czego zdjęcia zamieściłem oczywiście w książce. Książce, która o dziwo, znalazła się w zbiorach Brytyjskiej Biblioteki Narodowej. Wyobrażam sobie miny moich przełożonych, gdyby dowiedzieli się, że książka którą napisał kliner zasuwający z mopem po hali, leży sobie na półce obok dzieł Williama Shakespeare’a, Oscara Wilde’a, czy G.B. Shawa. Na szczęście jeszcze nie wiedzą. A wracając do Labour Party – kibicuję owszem Corbynowi, ale po nauczce jaką dostałem od Blaira, kibicuję mu asekuracyjnie. Poniżej zamieszczam zdjęcia siedziby Laburzystów w Luton.

 

Dość kłamstw!

Labourzyści złożyli skargę na sześć tytułów prasowych, które ich zdaniem dopuściły się rażącego naruszenia standardów dziennikarskich w tekstach relacjonujących uroczystą wizytę Jeremy’ego Corbyna na cmentarzu w Tunezji. Nadużyciami prawicowych mediów zajmie się niezależna brytyjska instytucja regulująca działalność prasy.

 

Partia Pracy wystosowała oficjalne zażalenie na sześć popularnych w Wielkiej Brytanii mediów. Są to: The Sun, Daily Mail, Daily Express, The Telegraph, The Metro i The Times. Wszystkie posiadają zdecydowanie prawicowy profil, a trzy z nich to typowe brukowce. Skarga została skierowana do instytucji o nazwie Independent Press Standards Organisation (IPSO), która pełni w UK rolę niezależnego regulatory prasy, przede wszystkim w zakresie standardów dziennikarskich.

Sprawa dotyczy bezprecedensowej nagonki na szefa Labour, jaką w urządziły ostatnim tygodniu wymienione tytuły. Prawicowe media, od dawna nie kryjące wrogości do Jeremy’ego Corbyna, publikowały doniesienia o tym, że podczas ceremonii, która miała miejsce na cmentarzu w Tunisie, stolicy Tunezji, w 2014 r., miał on rzekomo złożyć wieniec lub wziąć udział w złożeniu wieńca na grobach osób uchodzących za terrorystów. Chodzi o Palestyńczyków oskarżanych o przynależność do organizacji Czarny Wrzesień, odpowiedzialnej za zamach na izraelskich sportowców podczas Igrzysk Olimpijskich w Monachium w 1972 r.

Corbyn i część wierni mu politycy Partii Pracy spędzili ostatnie kilka dni na tłumaczeniu prasie, że zaszło nieporozumienie. Ponieważ jednak oskarżenia się powtarzały, a media ignorowały fakty, labourzyści doszli do wniosku, że ich przewodniczący padł ofiarą kampanii oszczerstw i politycznego ataku, który nie ma nic wspólnego z rzetelnym dziennikarstwem. Postanowili zatem skierować skargę do regulatora.

Historia, będąca przedmiotem sporu jest złożona, łatwo więc uległa manipulacji. W 2014 r. Corbyn, nie będący jeszcze wówczas przewodniczącym, wziął udział w ceremonii odbywającej się na cmentarzu w Tunisie, organizowanej m.in. przez przedstawicieli legalnych władz palestyńskich. Miała on na celu upamiętnienie ofiar ataku jaki w 1985 r. izraelskie lotnictwo przeprowadziło na znajdującą się na terenie Tunezji siedzibę Organizacji Wyzwolenia Palestyny. Ten oburzający akt państwowego terroru potępiła wówczas prawie cała społeczność międzynarodowa. Corbyn, znany z politycznego zaangażowania w sprawę Palestyńczyków walczących z izraelską okupacją, złożył wieniec pod pomnikiem upamiętniających 47 ofiar tego ataku.

Część mediów tymczasem z pełną determinacją rozpowszechniała pogłoskę, jakoby Corbyn miał wówczas złożyć wieniec na grobach członków Czarnego Września, którzy dokonali zamachu w Monachium. Na cmentarzu w Tunisie znajdują się groby innych członków OWP, których Izrael oskarżył o przynależność do CW. Zarzuty te nigdy jednak nie znalazły poparcia w faktach, pozostają więc oszczerstwami.

Partia Pracy, broniąc Corbyna, podkreśla, że tożsamość zamachowców z 1972 r. jest znana. Większość z nich już nie żyje i spoczywają w Libii. Fakty są znane, nietrudne do sprawdzenie, sześć mediów wymienionych w zażaleniu dopuściło się więc motywowanej politycznie manipulacji.

IPSO przyjęło skargę i zapowiedziało, że podejmie się wyjaśnienia sprawy. Instytucja zwykle zwraca się do strony oskarżonej z prośbą o wyjaśnienia i proponuje negocjacje. Jeżeli do nich nie dochodzi, sama podejmuje dochodzenie i w razie uznania winy wymierza karę.

Od początku bieżącego roku Jeremy Corbyn pada ofiarą nasilających się ataków politycznych ze strony prasy. Ostatnio media nie ustają w zarzucaniu mu antysemityzmu – wszystko przez jego zaangażowanie po stronie Palestyny i odwagę głośnego mówienia o zbrodniach, jakie od dziesięcioleci Izrael popełnia na bezprawnie okupowanych przez siebie terenach palestyńskich. Za część tej kampanii oszczerstw należy też uznać wspomnianą “aferę wieńcową”, jak opisują ją już brytyjska opinia publiczna.