Waszyngton przeciw Corbynowi

Stany Zjednoczone nie ustają w walce z „czerwoną zarazą”. Tym razem kontrrewolucyjna czujność wykryła zagrożenie w Zjednoczonym Królestwie. Tam bowiem do przejęcia władzy szykuje się najbardziej popularny lewicowy polityk w Europie, socjaldemokrata w starym stylu – Jeremy Corbyn. Sekretarz Stanu Mike Pompeo, który wraz z gł. doradcą d/s bezpieczeństwa Johnem Boltonem, tworzą mroczny duet animatorów amerykańskiej polityki zagranicznej, ogłosił, że można corbynowskiemu widmu spróbować zaradzić.

Pompeo dokonał obwieszczenia w intymnej atmosferze, podczas kameralnego spotkania z, jak pisze „The Times”, „żydowskimi przywódcami” (Jewish leaders) w Nowym Jorku. Do prasy – najpierw do The Washington Post – trafiło nagranie, na którym słychać jak amerykański „dyplomata” nr jeden opowiada o tym, że Waszyngton może „odeprzeć” (push back) kierownictwo brytyjskiej Partii Pracy. Deklaracja ta padła odpowiedzi na pytanie, co USA zamierzają zrobić w razie ewentualnego wyboru oskarżanego o antysemityzm Jeremy’ego Corbyna na premiera Wielkiej Brytanii.
„Musicie wiedzieć, że nie będziemy po prostu czekali, aż to się wydarzy. Zaczniemy dawać odpór wcześniej. Zrobimy to najlepiej, jak potrafimy. Bo gdy już się to wydarzy, to będzie to zbyt trudne i zbyt ryzykowne” – słychać komentarz Pompeo w odniesieniu do prawdopodobnego zwycięstwa Partii Pracy w najbliższych wyborach parlamentarnych i nominacji Corbyna na premiera tego kraju.
Wypowiedź ta wywołała powszechne oburzenie w Zjednoczonym Królestwie, zwłaszcza na lewicy. Rzecznik prasowy Partii Pracy powiedział, że „zachowanie prezydenta Trumpa i jego urzędników jest niedopuszczalną ingerencją w demokratyczny proces polityczny” w Wielkiej Brytanii i dodał, że Pompeo „nie będzie decydował o tym, kto zostanie premierem” w jego kraju.
Mike Pompeo, konserwatywny ekstremista i wiodący „jastrząb”, wielokrotnie wcześniej krytykował Corbyna m. in. za poparcie dla legalnego rządu Wenezueli. Na wspólnej konferencji z konserwatywnym ekstremistą z Wielkiej Brytanii, szefem Foreign Office Jeremym Huntem, po raz kolejny przypomniał, iż „napawa odrazą fakt, że są tacy politycy, nie tylko w USA, ale także w Wielkiej Brytanii, którzy popierają morderczy reżim Maduro”.
Departament Stanu wciąż nie wydał oficjalnego komentarza dotyczącego wyciekłego do mediów nagrania.
Tymczasem w Wielkiej Brytanii decyduje się, kto będzie szefował torysom – głównym rywalom Partii Pracy. O przejęcie schedy po Theresie May ubiega się dziesięciu polityków. Nie wszystkie te kandydatury mają wprawdzie realne szanse – aby wstąpić w szranki walki o stanowisko przewodniczącego Partii Konserwatywnej kandydat musi zapewnić sobie poparcie ośmiu deputowanych, jest więc to warunek stosunkowo łatwy do spełnienia.
Zdecydowanym faworytem jest były minister spraw zagranicznych i burmistrz Londynu Boris Johnson – postać dość kontrowersyjna wśród torysów, ale mająca realną charyzmę. Johnson jest zagorzałym zwolennikiem brexitu, a w sytuacji, gdyby nie udało się renegocjować korzystniejszych dla Wielkiej Brytanii warunków opuszczenia Unii – gotów jest na „twardy brexit”. Biorąc pod uwagę, że warunki jakie postawiłby Brukseli Johnson, jego wybór na szefa partii – i w konsekwencji także szefa rządu – prawdopodobnie przesądziłby o takiej właśnie opcji. Dodać trzeba także, iż Johnson jest zdecydowanym faworytem Donalda Trumpa, który zachęca otwarcie Londyn do „twardego brexitu”, a na dodatek sam jest figurą bardzo
„trumpoidalną”.
Głównym rywalem Johnsona wydaje się obecny minister spraw zagranicznych Jeremy Hunt – bardziej modelowy torys, czyli konserwatysta–neoliberał ekonomiczny, z doświadczeniem w sektorze prywatnym, zwolennik niskich podatków dla firm, demontażu polityki społecznej państwa, zaś w sferze polityki zagranicznej – równie euroatlantycki jak Johnson. Hunt jednak nie patrzy na perspektywę „twardego brexitu” tak nonszalancko jak Johnson, chciałby renegocjować umowę z Brukselą co – zauważmy – prawdopodobnie nie będzie i tak wchodziło w grę, bowiem Unia w tej sprawie wypowiedziała się bardzo konkretnie: powrotu do zamkniętych negocjacji nie będzie. W sumie jednak politycznie i Hunt i Johnson reprezentują bardzo podobne stanowisko, a to co ich różni to głównie temperament i imaż.
Pozostała ósemka kandydatów na następcę Theresy May to minister środowiska Michael Gove, minister spraw wewnętrznych Sajid Javid, minister zdrowia Matt Hancock, minister rozwoju międzynarodowego Rory Stewart, były minister do spraw brexitu Dominic Raab, była minister pracy Esther McVey oraz Andrea Leadsom i Mark Harper, którzy sprawowali w partii różne funkcje, ale nie mają doświadczenia w rządzie. W sumie zatem – jeśli wśród torysów nie dojdzie do jakiegoś spektakularnego zwrotu – najprawdopodobniej wszystko zmierza ku „twardemu brexitowi”, z tą tylko różnicą, że albo Zjednoczone Królestwo wkroczy w niego radośnie, czy też owijając go we frazeologiczną bawełnę i udając, że inaczej być nie mogło.

Labour zielenieje

W zakończonych niedawno wyborach samorządowych Partia Pracy utraciła część mandatów na rzecz Zielonych. Jednak dwa dni wcześniej zdołała skłonić cały brytyjski parlament do przyjęcia uchwały o historycznym znaczeniu – pierwszej takiej na świecie. Dzięki niej ma szanse stanąć na czele potężniejącego ruchu na rzecz ratowania kraju przed katastrofą klimatyczną i w ten sposób odzyskać wielu lewicowych wyborców, których utraciła m.in. na skutek własnej bezradności w kwestii brexitu.

Nie sposób nadal pytać, „czy” światu i Europie grożą poważne skutki zmian klimatycznych”. Raporty ONZ i organizacji takich jak Greenpeace to jedno. Natomiast po tym, jak trzy podmioty w branży ubezpieczeniowej opublikowały raport z badania na temat najkosztowniejszych ryzyk, z którymi mierzyć się musi sektor finansowy, odpowiedź może być wyłącznie twierdząca. Trudno nie wierzyć tym, których powołaniem jest liczenie, ile na czym zyskają, a ile stracą. A raporty szacownych organizacji, owszem, ukazują się i to coraz ciekawsze: w jednym z najnowszych ONZ tłumaczy, że jest już za późno na ratowanie ekosystemów, jakie znamy. Nastawić się trzeba na ratowanie samej ludzkości (przyjmując założenie, że stanowi ona dla świata jakąś wartość).
W Wielkiej Brytanii zapanował klimat do poważnej debaty o klimacie, a nawet do podjęcia stanowczych działań mających na celu przeciwdziałanie zmianom klimatycznym.
Jak pokazał sondaż przeprowadzony przez ośrodek Opinium związany z magazynem „The Observer”, 63 proc. Brytyjczyków jest zdania, że znajdują się w stanie „klimatycznego stanu wyjątkowego” (climate emergency), 64 proc. uważa, że rząd jest odpowiedzialny za podjęcie działań w związku ze zmianami klimatu, zaś aż 76 proc. jest gotowych głosować w wyborach tak, żeby chronić klimat i naszą planetę. Nic dziwnego, że po temat od razu sięgnęli laburzyści, którzy cały czas szukają sposobu na zdobycie decydującej przewagi sondażowej nad torysami. Niezdecydowanie w sprawie brexitu kosztowało ich duży spadek zaufania wśród młodych. Możliwe więc, że bicie na alarm w sprawie przyszłości Ziemi pozwoli im odrobić straty. Zwłaszcza, że nośny eko-motyw opakowali w bardzo równościową, nawet antykapitalistyczną retorykę.
Przełomem w rozbudzaniu ogólnokrajowej świadomości okazały się młodzieżowe strajki klimatyczne, które przetoczyły się przez Europę w marcu i kwietniu protesty w Londynie przeprowadzone przez Extinction Rebellion. To oddolny, niehierarchiczny ruch dążący do wywołania niezwłocznej, systemowej przemiany w podejściu decydentów i całego społeczeństwa do zmian klimatu poprzez nacisk na polityków metodą masowego, pokojowego nieposłuszeństwa obywatelskiego, inspirowany m.in. Gandhim i Martinem Lutherem Kingiem. Kiedy w dniach 15-19 kwietnia aktywiści ER urządzili serię okupacji newralgicznych miejsc Londynu i innych brytyjskich miast, policja w samej stolicy aresztowała ponad 680 osób. Opinia publiczna stanęła po stronie ekobuntowników, a wielu komentatorów nie zostawiło na premier Theresie May suchej nitki za to, że odmówiła spotkania z protestującymi, wśród których znalazła się słynna 16-letnia Greta Thunberg.
Zgodnie z wymową swojej nazwy Momentum, lewicowa frakcja Partii Pracy, niezmordowanie „pompująca” wszelkie postępowe rozwiązania w łonie partii, postanowiła skorzystać z pędu sytuacji politycznej i połączyć siły z zyskującym na popularności ER, by skłonić kierownictwo Labour do zdecydowanych działań.
Udało im się to, bo prawdopodobnie laburzyści, dzięki odmłodzeniu aktywu po objęciu kierownictwa przez Jeremy’ego Corbyna, orientują się już, że w kręgach lewicowych dyskurs równościowy coraz ściślej się zrasta ze świadomością klimatyczną.
Inspiruje ich też popularność, jaką wśród progresywnych Amerykanów zyskała koncepcja Green New Deal (Nowego Zielonego Ładu).
W konkretnej postaci sprowadziła się do rezolucji, którą nowa „gwiazda” Demokratów Alexandria Ocasio-Cortez i senator Edward Markey starali się przeforsować przez Kongres. Projekt ich uchwały kreślił wizję, która łączyła kryzys klimatyczny z kryzysem społecznym w USA, podkreślała że głównymi ofiarami skutków ocieplenia klimatu i niszczenia ekosystemów są osoby ubogie i wykluczone, w największym stopniu narażone na zanieczyszczenie środowiska, niezdrową żywność i słaby dostęp do służby zdrowia. W myśl tej idei – w pewnym stopniu zbieżnej z rodzącą się od niedawna koncepcją ekosocjalizmu – odnowa klimatyczna musi wiązać się nierozerwalnie z polityką równościową i przezwyciężeniem dzikiego korporacyjnego kapitalizmu poprzez aktywny udział państwa w uruchomieniu masowych inwestycji w „zielone technologie”, które tworzyłyby nowe miejsca pracy i podnosiły jakość życia mas. Nieprzypadkowo zdecydowano się na nawiązanie do New Dealu z lat 30. XX w. Jednocześnie rozwiązania proponowane przez Markey i Ocasio-Cortez nacechowane są podobnymi wadami co projekt prezydenta F.D. Roosevelta, czyli podejściem technokratycznym, proponującym „kapitalizm z ludzką twarzą”, tylko tym razem „zielony”.
Rezolucja została ostatecznie odrzucona zarówno przez Izbę Reprezentantów jak i przez senat, w którym poniosła wręcz miażdżącą porażkę: zero głosów „za”. Nic to dziwnego w epoce Donalda Trumpa, kiedy lobby producentów paliw kopalnych czuje się w Kongresie jak ryba w wodzie. GND okazał się jednak pomysłem bardzo ożywczym dla amerykańskiej lewicy i zainspirował wiele oddolnych zielono-równościowych inicjatyw lokalnych, a nawet pozwolił na popularyzację idei znacznie bardziej postępowych niż zapisy samego projektu uchwały: zarówno eko– jak i socjalistycznych.
Inicjatywa parlamentarna Partii Pracy podjęta pod naciskiem „buntowników klimatycznych” i własnych „dołów” powstała w odmiennych okolicznościach. Po pierwsze: ekologiczna świadomość Brytyjczyków. Po drugie: miażdżąca krytyka, jaka spadła na głowy konserwatywnego rządu za ich skandaliczną indolencję na polu programu dla klimatu – o czym później.
1 maja laburzystom udało się w ten sposób przeforsować w Izbie Gmin pierwszą na świecie parlamentarną deklarację o „klimatycznym stanie wyjątkowym”.
Jej najważniejszym punktem jest przyjęcie 2050 r. za termin wdrożenia gospodarki zeroemisyjnej. To znacznie wyższe ustawienie poprzeczki niż to przyjęte przez obecny rząd, które zakładało, że do połowy stulecia nastąpi redukcja emisji dwutlenku węgla o 80 proc. w stosunku do poziomu z 1990 r.
Sam tekst rezolucji zgodnie popartej przez obie główne partie nie zapiera tchu w piersiach. Jest krótszy, bardziej ogólnikowy i lakoniczny niż rezolucja Ocasio-Cortez i Markeya. Utrzymany jest tylko w bardziej alarmistycznym tonie, dającym do zrozumienia, że Wielka Brytania już teraz znajduje się w dramatycznym kryzysie ekologicznym. Najbardziej liczy się fakt parlamentarnego konsensusu co do jej brzmienia.
Okazało się, że lewica potrafi narzucić czasem swoją hegemonię nawet w warunkach sprawowania pełni władzy przez konserwatystów.
Liczy się też fakt, że niezależnie od dosłownej treści deklaracji, laburzyści – przede wszystkim sam Corbyn – starali się dorobić do niej bardziej radykalne „ideolo”, niż wynika to z samego tekstu. Równościowa, a nawet antykapitalistyczna wymowa pobrzmiewała w publicznych wypowiedziach na ten uchwały i w komunikatach w mediach społecznościowych.
Przemawiając 1 maja w parlamencie Corbyn kładł nacisk na światowe znaczenie ogłoszenia przez Wielką Brytanię klimatycznego stanu wyjątkowego. Wyraził nadzieję, że decyzja ta pozwoli „uruchomić falę działań ze strony rządów i parlamentów całego świata”.
– Nie możemy już marnować czasu. Znaleźliśmy się w stanie kryzysu klimatycznego, który niebezpiecznie wymknie się nam spod kontroli, o ile natychmiast nie podejmiemy szybkiego, zdeterminowanego działania – kontynuował lider Labour.
To zdecydowanie inna wizja światowego przywództwa, niż choćby wyobrażenia przyświecające Donaldowi Trumpowi w jego scenariuszu powrotu „wielkiej Ameryki”. Przemawiając do tłumu oczekującego na decyzję parlamentu Corbyn wypowiedział jeszcze następujące słowa:
– Sama deklaracja stanu wyjątkowego oznacza, że rozumiemy jego znaczenie. Chodzi jednak o to, co dalej. Chodzi o zieloną rewolucję przemysłową. W przeciwieństwie do poprzednich rewolucji przemysłowych, korzyści z których – tak jak kapitał – płynęły do wąskiej grupy, korzyści z tej rewolucji popłyną do wszystkich.
Można przyjąć, że determinacja klimatyczna stała się więc integralną częścią składową laburzystowskiego programu równościowego przekształcenia społeczeństwa i socjalnego przekształcenia stosunków gospodarczych – jeżeli uznać, że słowo „socjalistyczne” jest tu na wyrost.
Partii Pracy udało się bardzo zręcznie wykorzystać narastającą w kraju ekoświadomość i dokonała ona przy tej okazji wzmocnienia tej tendencji. Już wcześniej bowiem klimatyczny stan wyjątkowy ogłaszano na różnych poziomach lokalnych, w konkretnych miejscowościach – były to jednak małe inicjatywy.
Tymczasem kilka dni wcześniej deklarację zbliżoną do laburzystowskiej przyjął parlament Walii.
Z kolei dzień po rezolucji ogólnokrajowej, swój klimatyczny stan wyjątkowy ogłosił parlament Szkocji. Tu plan na przyszłość został określony nawet bardziej ambitnie: zero emisji do 2045.
Jeżeli dochodzi już do „wyścigów” na cele redukcyjne, znaczy to, że Brytyjczyków – na kilku poziomach organizacji społeczeństwa – rzeczywiście porwało „zielone uniesienie”. To wyraźna tendencja polityczna i partia Corbyna bardzo słusznie robi, starając się ją spożytkować poprzez wysforowanie się na czoło ruchu klimatycznego. Wybory lokalne, które odbyły się w części brytyjskich okręgów dwa dni po deklaracji, okazały się co prawda niekorzystne dla Labour i to właśnie dlatego, że część wyborców partii odpłynęła do Zielonych. Tak czy inaczej świadczy to o słuszności obranego kierunku. Trudno jednocześnie oczekiwać, że niekorzystna dla Partii Pracy decyzja wyborcza, która najpewniej wcześniej wynikła z rozczarowania „nieogranięciem” partii na obszarze klimatycznym, może zostać odwrócona w ciągu jednego dnia.
Największą słabością deklaracji klimatycznej laburzystów jest bez wątpienia fakt, że nie jest ona w żadnym stopniu wiążąca prawnie – nie jest ustawą.
Nie oznacza to jednak, że jest zawieszona w próżni, bo stoi za nią mobilizacja wciąż rosnącej części społeczeństwa – to w istocie jest ważniejsze niż zapis na papierze. Niezbicie dowodzi tego kompromitacja torysów na polu polityki klimatycznej, która obecnie tylko potęguje kompromitację ogólną potwierdzoną przez ich fatalny wynik w wyborach samorządowych. Inicjatywa Partii Pracy była odpowiedzią na kolejną aferę z udziałem partii rządzącej, która wybuchła niedługo wcześniej. W 2015 r. rząd przeznaczył 100 mln funtów na modernizację brytyjskich autostrad pod kątem obniżenia emisji zanieczyszczeń powietrza. Pieniądze te miały być wydane zgodnie z celami do 2020 r. Protokoły do których dotarł „Observer” nie pozostawiają wątpliwości: powiedzieć, że projekt „jest w lesie”, to za mało. Z całej puli wydano dotychczas dopiero… 7,7 mln funtów!
Gromy, jakie w związku z tym skandalem posypały się na znienawidzony rząd Theresy May były z pewnością jednym z powodów, dla których konserwatyści potulnie zagłosowali za klimatycznym stanem wyjątkowym. Hańba, jaką okryli się torysi, z jednej strony pomogła więc umocnić się Partii Pracy na polu walki klimatycznej, z drugiej – narzuca laburzystom odpowiednio wyższe oczekiwania społeczne, jeżeli w najbliższej przyszłości utworzą rząd.
Na razie nie jest przesądzone, że wygrają wybory parlamentarne i Jeremy Corbyn będzie premierem. Z przyjętej rezolucji nie wynika też, jakie dokładnie partia zamierza przyjąć gospodarcze środki ratowania nie tylko brytyjskiego, ale i ziemskiego klimatu, by uniknąć wyłącznie „pompowania” przysłowiowego już lobby wiatrakowego i mydlenia postępowcom oczu pozorami zielonego kapitalizmu. Jak skutecznie połączyć walkę o znośny klimat dla życia na Ziemi z budową równościowego społeczeństwa sprawiedliwości społecznej, w przyszłości być może socjalistycznego?
Wiadomo tylko, że jeżeli ma powstać społeczeństwo socjalistyczne, to musi ono być zielone – obecnie jest to już warunek przetrwania cywilizacji ludzkiej w jakiejkolwiek akceptowalnej postaci.
Poza tym prawdziwy socjalizm rozumiany jako pełna demokracja gospodarcza współgra z koncepcją gospodarki opartej na odnawialnych źródłach energii i na zrównoważonym, nieprzemysłowym rolnictwie, a więc na mniej scentralizowanej strukturze gospodarczej niż ta uzależniona od paliw kopalnych. Labour ma więc przynajmniej teoretyczne szanse na przyczynienie się do powstania takiej nowej formy społecznej.
A jeżeli się nie uda? Cóż, w ramach jedynego optymistycznego scenariusza można wtedy przyjąć, że po ostatecznej katastrofie klimatycznej, wśród odradzających się stopniowo społeczeństw pierwotnych będzie panować „komunizm pierwotny”, który siłą rzeczy musi być względnie eko. Zatem, lewacy, głowy do góry!

Lewica będzie rządzić

„Niech każdy obwód wyborczy, niech każda społeczność wie, że Partia Pracy (LP) jest gotowa!” – zapewnił 69-letni szef wyspiarskiej lewicy Jeremy Corbyn na partyjnym zjeździe w mieście Beatlesów. „Kiedy zbierzemy się za rok o tej porze, możemy być już rządem labourzystów!” – optymizm afiszowany w Liverpoolu nie jest bezpodstawny. Klęska negocjacji konserwatywnego rządu w sprawie Brexitu może przyśpieszyć wybory. Na przeszkodzie stoi jeszcze kwestia „antysemityzmu” LP i Corbyna, która nie przestała krążyć nad zjazdem, choć na porządku dziennym jej nie było.

 

Corbyn stał się „podejrzany” właściwie od początku swych rządów w Labour, to jest od trzech lat, ale im bliżej do spodziewanego sukcesu, tym częściej padają ze strony części społeczności żydowskiej oskarżenia o antysemityzm. W tym roku w marcu, w maju i sierpniu nastąpiły ataki medialno-polityczne na Corbyna i jego partię, i ciągle pojawiają się nowe. Zwykle polega to na wyciąganiu starych nagrań lub zdjęć, gdzie Corbyn odnosi się krytycznie do zbrojnej okupacji Palestyny przez Izraelczyków. Przed samym zjazdem pojawiło się wideo sprzed pięciu lat, na którym mówi, że „syjoniści nie mają poczucia ironii”, co miało być dowodem na jego antysemityzm.

Do tego Daily Mail opublikował zdjęcia z 2014 r., kiedy Corbyn podczas wizyty w Tunezji złożył wieniec na cmentarzu palestyńskim. Są tam m.in. groby bojowników Czarnego Września, grupy, która w 1972 r. dokonała zamachu na sportowców izraelskich podczas Igrzysk w Monachium. Zginęło wtedy 11 osób. W Anglii prasa żydowska zaczęła więc mówić o „śmiertelnym zagrożeniu”. Wcześniej domagała się, by LP przyjęła definicję antysemityzmu proponowaną przez Międzynarodowy Sojusz Pamięci o Holokauście (IHRA), jednak w lipcu komitet wykonawczy partii odrzucił część tej definicji, gdyż IHRA zaliczyła do antysemityzmu również krytykę polityki izraelskiego reżimu apartheidu, zgodnie z nową modą, która zrównuje antysyjonizm (sprzeciw wobec izraelskiego nacjonalizmu i rasizmu) z antysemityzmem.

 

Palestyńskie flagi

Corbyn może zapewniać ile chce, że „wyeliminuje antysemityzm z partii i przywróci zaufanie”, że „nigdy nie był i nie będzie” antysemitą, że „antyrasizm zawsze był priorytetem partii”. Jonathan Lansman, lider popierającego Corbyna ruchu Momentum, brytyjski żyd, może tłumaczyć, że „nie ma absolutnie żadnej sprzeczności między walką z antysemityzmem a obroną praw Palestyńczyków”, ale to ciągle za mało. Brytyjskie środowiska syjonistyczne nie mogą przeboleć palestyńskiego zaangażowania Corbyna i jego ugrupowania. Nota bene w samej partii, szczególnie wśród członków Jewish Labour Movement, który wchodzi w jej skład, ta kwestia potrafi przybrać gwałtowny obrót – deputowana Margaret Hodge, członkini Labour od dawna, nazwała Corbyna „rasistą” i „antysemitą”…

Proizraelski Jewish Telegraph na pierwszej stronie określił zjazd labourzystów jako „konferencję nienawiści”, gdyż Corbyn w swym finalnym przemówieniu zapowiedział, że jak tylko powstanie rząd Labour, Palestyna zostanie natychmiast uznana, co ma wyrażać poparcie partii dla rozwiązania dwupaństwowego. Deklaracja Corbyna została przyjęta owacją i palestyńskimi flagami. Przy okazji jeszcze raz ogłosił, że „całkowicie potępia antysemityzm i nie będzie go tolerował”. W ciągu trzech lat Labour musiało opuścić sporo osób, oskarżanych o antysemityzm, ale kwestia palestyńska, jak dla każdej lewicy, pozostaje ważna. Na zjazd przyjechał przywódca francuskiej lewicy Jean-Luc Mélenchon, który również z powodu opowiadania się po stronie okupowanych Palestyńczyków był oskarżany o antysemityzm, ale skwitował to krótko: „Zauważyłem, że Jeremy Corbyn jest obiektem podobnych obelg, co ja. To znak dobrego zdrowia”.

 

Labour jako wzór

Na zjazd LP w Liverpoolu oprócz Nieuległej Francji, przyjechali m.in. reprezentanci niemieckiej Die Linke, hiszpańskiego Podemosu i greckiej Syrizy, żeby rozmawiać o przyszłości europejskiej lewicy. Przede wszystkim byli zaintrygowani sukcesem Labour, jej „dobrym zdrowiem”: ponad 550 tys. członków, perspektywa rządzenia, a to wszystko przy ustawieniu się na lewo od tradycyjnej socjaldemokracji. W Europie socjaldemokraci, uznawani często w najlepszym wypadku za centrystów, ponoszą klęskę za klęską, jeśli nie liczyć Portugalii. Stąd pomysły stworzenia „sojuszu radykalnego”. Mélenchon zaproponował Corbynowi przystąpienie Labour do „lewicowej ligi kontynentalnej” (ruch A Teraz Lud), w skład której wchodzą Podemos, Bloco de Esquedra (Blok Lewicy) z Portugalii, duński Sojusz Czerwono-Zielony, szwedzka Partia Lewicy, Nieuległa Francja i fiński Sojusz Lewicowy.

Metamorfoza Labour, która przecież za czasów Blaira była w zasadzie partią prawicową, dokonała się dzięki fali „degażyzmu” – wyrzucenia starych działaczy w toku wewnętrznych wyborów i dyskusji, oraz chęci rozwinięcia swobodniejszych, bardziej demokratycznych sposobów funkcjonowania. Do Liverpoolu nie przyjechały delegacje europejskich partii socjaldemokratycznych, bo to już nie ich przedział polityczny. Skręt Labour w lewo przyciągnął młodych i tych, którzy dotąd nie chcieli brać udziału w wyborach. Dziś partia w sondażach idzie łeb w łeb z torysami (rządzącymi konserwatystami). Delegacje z kontynentu miały czego zazdrościć.

 

Nacjonalizujmy!

Corbyn nazwał politykę premier May „wandalizmem socjalnym”. To właśnie było tematem gospodarczej części zjazdu, najważniejszej dla przyszłości partii. „Nadchodzi prawdziwa demokracja przemysłowa” – ogłosił John McDonnell, który odpowiada w Labour za finanse. Ma opinię stojącego bardziej nawet na lewo niż Corbyn. To on stoi u źródła programu gospodarczego partii. Jeśli labourzyści dojdą do władzy, chcą, by prywatne przedsiębiorstwa scedowały co najmniej 10 proc. swego kapitału na pracowników, którzy mogliby w ten sposób dostawać dywidendy. Byłoby tego średnio ok. 500 funtów rocznie. Ponadto jedna trzecia miejsc w radach nadzorczych też miałaby przypaść pracownikom: „Akcjonariat pozwoli pracownikom mieć te same prawa, co inni akcjonariusze, będą też mieli wpływ na strategię swego przedsiębiorstwa” – argumentował McDonnell.

Przede wszystkim McDonnell przewiduje falę nacjonalizacji przedsiębiorstw niegdyś publicznych, jak koleje, dla których prywatyzacja stała się prawdziwą klęską. Poza tym mają być znacjonalizowane takie dziedziny jak dystrybucja wody, energii, czy poczta. „Niektóre gazety mówią, że wyborcy są przestraszeni (tymi planami). Ale mylą się (…). Z sondażu na sondaż widać, że własność publiczna dowodzi swej popularności. Ludzie mają dość nabierania się na prywatyzacje” – mówił. Oczywiście organizacje przedsiębiorców już protestują, w charakterystycznym stylu, jak CBI: „Dyktat akcjonariatu pracowniczego doprowadzi tylko do wyjazdu inwestorów, a jeśli inwestycje zmaleją, płace też spadną”. Labour zdaje się tego nie bać. Mówi o stworzeniu 400 tys. „zielonych” (ekologicznych) miejsc pracy. Ciekawe, że nawet niektórzy torysi popierają projekty gospodarcze LP, jak ekonomista Jim O’Neill z byłego rządu Camerona. Corbyn nie omieszkał tym się chwalić.

 

Optymizm z Brexitu

Ale skąd bierze się ten optymizm, który było widać w Liverpoolu? Skąd wiara, że w przyszłym roku może dojść do przedterminowych wyborów? Ano, najdłużej chyba wałkowano sprawę Brexitu, negocjowanego nieszczęśliwie przez rząd May. „Jeśli parlament odrzuci umowę z Unią, bądź rząd nie podpisze żadnej umowy, wywrzemy nacisk na przedterminowe wybory” – ogłosił Corbyn. Premier Theresa May, która przebywała wtedy w Nowym Jorku na Zgromadzeniu Ogólnym ONZ, odpowiedziała od razu, że wcześniejsze głosowanie powszechne „nie byłoby w interesie Zjednoczonego Królestwa”, ale ma „krótką” większość w parlamencie i może być doń zmuszona nie tylko przez Labour. Partia dała już do zrozumienia, że będzie głosować przeciw umowie, jeśli np. nie zachowa korzyści ze wspólnego rynku i unii celnej.

Od razu należy wyjaśnić, że Corbyn jest raczej eurosceptykiem, choć partia robiła kampanię na rzecz pozostania w Unii. Pogodził w partii środowiska zwolenników i przeciwników Unii, ale do głosu coraz bardziej dochodzą młodzi, dla których rozstanie z Unią pozbawia ich części perspektyw. Starsi są często anty-unijni, więc znaleziono rodzaj kompromisu. Jeśli do wcześniejszych wyborów nie dojdzie, Labour będzie popierać ideę nowego referendum na temat wyjścia z UE. To nowość, pewien zwrot, bo dotąd partia trzymała się wyników poprzedniej konsultacji. Rzecz jest hipotetyczna, ale Corbyn zgodził się zostawić „wszystkie opcje na stole”, trochę w duchu ekumenizmu. Inni, jak McDonnell, wykluczają nowe referendum.

„Celem Labour jest gruntowna zmiana kraju” – mówił Corbyn w zamykającym zjazd przemówieniu, wyraźnie dumny z dynamizmu i wyników partii. Przez zgromadzonych przebiegł dreszcz, gdy z głośników rozległa się piosenka „króla” soulu Sama Cooke’a – „długo na to czekaliśmy, lecz wiem, że zmiana jest w drodze”… Widząc chaos brytyjskich negocjacji w Brukseli, można się spodziewać, że po ośmiu latach przerwy Labour przejmie ster kraju. To może być kwestia kilku miesięcy, więc wzruszenie było uzasadnione.

Zwrot na lewo

To już pewne: na przyszłorocznej konwencji brytyjskiej Partii Pracy odbędzie się głosowanie nad przywróceniem do statutu słynnego Paragrafu 4, deklarującego potrzebę „wspólnej własności środków produkcji, dystrybucji i wymiany”.

 

Członkowie Momentum, organizacji istniejącej wewnątrz Partii Pracy, którzy od wielu miesięcy parli ku radykalizacji programu partii, dopięli swego. Podjęto decyzję, że na konwencji laburzystów, która odbędzie się w 2019 r., delegaci będą głosować w sprawie przywrócenia do statutu partii ikonicznego fragmentu, który skrótowo był określany jako Paragraf 4. Za jeden z podstawowych celów starej Partii Pracy stawiał on „wspólną własność środków produkcji”. Zapis ten, wprowadzony do statutu w 1918 r., stał się podstawą nacjonalizacji wielu gałęzi brytyjskiego przemysłu, jaką po II Wojnie Światowej przeprowadził laburzystowski rząd Clementa Atlee’ego. Upaństwowione zostały m.in. koleje, kopalnie, huty i energetyka. Powołano też do życia NHS, czyli państwowy system opieki zdrowotnej.

Fragment statutu, o którym mowa, brzmiał w oryginale następująco: „[Partia zobowiązuje się] zapewnić robotnikom fizycznym i umysłowym pełnię owoców ich pracy oraz najsprawiedliwszy ich podział, co będzie możliwe dzięki wspólnej własności środków produkcji, podziału i wymiany, oraz najlepszy możliwy system administracji i kontroli wszystkich gałęzi przemysłu i usług przez lud.”
Kiedy kierownictwo partii objął Tony Blair, przekonany, że laburzyści powinni kontynuować politykę prywatyzacji rozpoczętą przez Margaret Thatcher, doprowadził do usunięcia Paragrafu 4 ze statutu. W 1995 r. został on zastąpiony bardziej rozmytą deklaracją o „życiu razem, w wolny sposób, w duchu solidarności, tolerancji i szacunku”.

Objęcie kierownictwa partii przez Jeremy’ego Corbyna w 2015 r. pozwoliło na wyraźnie wzmocnienie lewego skrzydła, które od początku dążyło do powrotu Paragrafu 4. Sam Corbyn w okresie ubiegania się o stanowisko przewodniczącego oświadczył, że bierze pod uwagę ponowne wpisanie słynnego fragmentu do statutu, w formie oryginalnej lub zmienionej. Jako przewodniczący nie składał w tej sprawie jasnych deklaracji, opowiada się jednak za polityką zdecydowanego zerwania ze neoliberalną spuścizną Blaira. Zapowiada, że jeżeli stanie na czele brytyjskiego rządu (co jest coraz bardziej prawdopodobne) możliwe będą nacjonalizacje branż, które 70 lat wcześniej upaństwowił Atlee. Wizja ta w widoczny sposób odpowiada brytyjczykom, którzy po objęciu sterów partii przez Corbyna, masowo zasilili szeregi laburzystów. Wśród mieszkańców wielkiej Brytanii panuje powszechne rozczarowanie skutkami prywatyzacji i komercjalizacji usług publicznych rozpoczętych przez Thatcher, a kontynuowanych przez „Nową” Partię Pracy Blaira.

Lewicowa frakcja Momentum od początku prowadziła oficjalną kampanię „Labour4Clause4” nawołującą członków partii do poparcia wysiłków na rzecz przywrócenia zapisu o „wspólnej własności środków produkcji. Powstał list otwarty w tej sprawie, podpisany przez wpływowych działaczy związkowych związanych z Partią Pracy i przez reżysera Kena Loacha.

Corbyn, a przede wszystkim John McDonnell, druga pod względem siły wpływu postać w partii, deklarowali niedawno poparcie dla pomysłu, by nacjonalizacje oznaczały również kontrolę pracowników nad ich zakładami. McDonnel podkreślał, że „nikt lepiej nie zna się na prowadzeniu tych branż lepiej niż ci, którzy spędzili w nich swoje życie”.

Dziś, po przyjęciu przez partię tzw. raportu delegatów, wiadomo, że głosowanie w sprawie Paragrafu 4 rzeczywiście odbędzie się na przyszłorocznej konwencji.

Obrońcy Orbána

W Strasburgu szykuje się głosowanie w sprawie nałożenia przez UE sankcji na Węgry za łamanie praworządności. Orbana chronią m.in. deputowani brytyjskiej Partii Konserwatywnej, która rządzi dziś Zjednoczonym Królestwem. Mają w tej sprawie głosować tak jak skrajna prawica w PE.

 

Parlament Europejski debatuje dziś nad zasadnością nałożenia sankcji na Węgry jako kraj członkowski z powodu polityki prowadzonej przez rząd Viktora Orbána. Budapesztowi grozi uruchomienie procedury przewidzianej słynnym artykułem 7 Traktatu Unii Europejskiej, po który mogą sięgnąć władze UE celem zdyscyplinowania kraju członkowskiego łamiącego u siebie rządy prawa. Na środę przewidziane jest głosowanie w tej sprawie. Państwo węgierskie jest oskarżone o ograniczanie wolności prasy, naruszenie niezależności sądownictwa i sprzeniewierzenie unijnych funduszy. W dyskusji na pewno pojawią się też zarzuty o rasistowską nagonkę na uchodźców z Bliskiego Wschodu i antysemicką kampanię przeciwko fundacji miliardera George’a Soros – obydwie mają związek z ustawą “Anty-Soros”. Sankcje wobec Węgier mogą oznaczać odebranie im prawa głosu w Radzie Europejskiej.

Dziennik „The Independent” donosi w tej sprawie, że oprócz skrajnie prawicowych stronnictw w PE parasol ochronny nad Orbánem mają roztoczyć brytyjscy Torysi. Anonimowi europosłowie Partii Konserwatywnej poinformowali, że w Strasbourgu będą głosować przeciwko karaniu Węgier. Tłumaczą, że byłaby to decyzja “polityczna”, podczas gdy w tej sprawie powinien obowiązywać ściśle prawny punkt widzenia.

Głosowanie w tej sprawie jest pokłosiem przyjęcia przez komisję spraw wewnętrznych PE raportu potępiającego władzę Viktora Orbána i zalecającego zastosowanie artykułu 7. Decyzję podjęto stosunkiem głosów 37 do 19. Już wtedy brytyjscy konserwatyści głosowali przeciwko dyscyplinowaniu rządu Orbána – tak samo jak deputowani ugrupowań uznanych za skrajnie prawicowe: francuskiego Frontu Narodowego, Szwedzkich Demokratów i austriackiej FPO.

Dan Dalton, członek komisji spraw wewnętrznych twierdził: – Jeżeli któryś z krajów członkowskich złamał traktat UE, to Komisja Europejska powinna zająć się tym od strony prawnej.
Zamiary Torysów miażdżąco skrytykowali eurodeputowani Partii Pracy. Fakt ustawiania się konserwatystów w jednym szeregu ze skrajną prawicą nazwali haniebnym. Labourzyści oświadczyli, że rząd Orbána swoim postępowaniem “w zakresie swobód obywatelskich, równości i praw człowieka, islamofobii i antysemityzmu stanowi hańbę dla Europy”.

O brytyjskich geniuszach, bankach i Labour Party (MIĘDZY)LIST Z WYSP

Od 13 marca Piotr Jastrzębski opisywał swoje życie, pracę i spostrzeżenia z Wielkiej Brytanii na Facebooku. Jego felietony z cyklu „Angielski sen” pojawiają się w piątkowych wydaniach.
Tym razem jednak publikujemy „(Między)list”, stanowiący dodatek do tej serii. A w najbliższy piątek – siódmy odcinek „Angielskiego snu”.

 

 

Wróciłem z urlopu. Natychmiast sprawdziłem czy widok na High Street nie uległ zmianie, wszystko było na swoim miejscu. Rozpoznałem kilku stałych przechodniów, najbardziej jednak ucieszyło mnie że Janny’s Café wciąż jest na swoim miejscu. Tęskniłem za ich sadzonymi z frytkami. Teraz kilkanaście dni ponownej aklimatyzacji i wrócę do brytyjskiej codzienności. Przywykłem już do tego rytmu i odnajduje tu coraz więcej zalet. Cytując jednak klasyka: „Jedziemy do kraju kapitalistycznego, który ma tam swoje plusy. Rozchodzi się o to, żeby te plusy nie przesłoniły nam minusów”.

 

Więc teksty pochwalne zachowam na emeryturę, a teraz – jak zawsze przejadę się po lokalnych absurdach. Tak naprawdę w tym kraju nie trzeba mieć mózgu Bernarda Shawa, słynącego z krytycznej kpiny angielskiego stylu życia, nie trzeba być Monty Pythonem, by obśmiać tutejszą codzienność.

Wiem, wiem, zaraz zostanę uznany za ignoranta, który nie rozumie subtelności i drugiego dna autorów „Sensu Życia”, „Świętego Graala” i kilkunastu innych, średnio śmiesznych filmokabaretów.
Muszę was jednak zmartwić, Monty Python drugiego dna nie posiada, a ten „wyższośrodowiskowy” zachwyt spowodowany jest oryginalna modą. Niczym więcej.

Jedno z pierwszych zdań podczas imprezy czy spotkania pseudointelektualistów – choć wolę określenie kabotyn – brzmi: „Uwielbiam Monty Pythona”.

Prawdę mówiąc jedynie „Świętego Graala” udało mi się obejrzeć i nie zasnąć, a od tych brytyjskich komików zdecydowanie wolę stare odcinki „Kiepskich” – chociaż tam irytuje mnie dodawany w tle śmiech i to w miejscach, które akurat śmieszne nie są. W mojej subiektywnej ocenie zakwalifikowałbym ich na poziomie innego brytyjskiego komika Benny Hilla – którego popularność była tak olbrzymia, że w ramach resocjalizacji administracja więzienia umożliwiła oglądanie tych programów więźniom. Nie spodziewali się jednak, że zwykła awaria telewizora podczas programu komika doprowadzi do więziennego buntu.

Wielka Brytania wydała jedynie dwóch (O. Wilde i G.B. Shaw) – choć nie do końca Wielka Brytania, ale do tego jeszcze dojdziemy – którzy w sposób genialny kpili potrafili wykpić ten kraj, monarchię, rodzinę królewskiej i przywary Brytyjczyków. A jedyny człowiek, który ewidentnie zakpił i wyszydził angielską naukę to Issac Newton. Ten wybitny fizyk, tak naprawdę fizyką niespecjalnie się interesował. Zajmował się nią na odczepnego. Był przede wszystkim alchemikiem, a wszystkie zasady dynamiki wymyślił i zdefiniował na odczepnego, żeby królewscy przedstawiciele nauki odczepili się od niego i pozwolili w spokoju pracować nad kamieniem filozoficznym.

Przeciętnie wykształcony Anglik zapytany o brytyjskich pisarzy, jednym tchem wymieni Shakespeare’a, Wilde’a, Shawa, Dickensa, Conrada i Orwella. Joseph Conrad był jednak Polakiem, Georg Orwell – Hindusem, Wild i Shaw byli Irlandczykami. Jedynie BOZ – pseudonim literacki Dickensa – był Anglikiem. Wiele osób zapewne uśmiechnie się z tego nieuctwa wyspiarzy, pozwolę sobie jednak przypomnieć, że również w literackim panteonie polskich poetów czy pisarzy jednym tchem – i to na pierwszej pozycji wymieniamy obywatela Litwy – Adama Mickiewicza.

Dotychczas, przez pół roku mojej tutaj pracy poznałem tylko jednego Anglika, który wiedział kim był Oscar Wilde i co napisał. Przegadaliśmy kilka godzin o Dorianie Grayu, Bazylu i lordzie Henrym – byłem naprawdę pod ogromnym wrażeniem.

Od pół roku, czyli od momentu gdy zacząłem w UK pracę, usiłuję założyć konto angielskim w banku.

Bez rezultatu. Obeszliśmy z kolegą wszystkie możliwe placówki i nic. Miałem ze sobą stos dokumentów i zaświadczeń. Najważniejszy brytyjski dokument czyli National Insurance Number (NIN), który poświadczał również mój adres zamieszkania, zaświadczenie z pracy, że pracuje w systemie full time – pełny etat, czeki, na których również był adres pod którym mieszkam – i nic. Wszędzie nas zbywali. Tłumaczyłem im, że nie chcę żadnego kredytu, żadnej karty debetowej, a jedynie rachunek, na który będzie wpływała moja wypłata.
Gdy wreszcie w jednym z banków umówili się na rozmowę i powiedzieli, że dokumenty te są wystarczające, pojechaliśmy tam pełni nadziei, że wreszcie uda się to konto założyć. Podczas rozmowy pani konsultantka zażądała potwierdzenia adresu od mojego kolegi. Wprawiło nas to w osłupienie i wściekłość. Trzasnęliśmy drzwiami i opuściliśmy placówkę. Wszędzie domagali się dokumentu, którego świeży emigrant nie jest w stanie zdobyć – potwierdzenie adresu na podstawie opłaconego imiennie rachunku z instytucji miejskiej czyli z councilu.

Na samym początku firma przysyłała mi czeki, których realizacja była bardzo kosztowna. Ponad 10 procent. Z 220 funtów zarobionych przez pierwszy tydzień treningu, realizując czek w money shopie zapłaciłem 25 funtów prowizji.

Wymyśliliśmy więc, że moja wypłata będzie wpływać na konto znajomych. Rozwiązanie dobre, ale tylko na krótka metę. Po pierwsze sprawiam kłopot ludziom, których bardzo lubię, a po drugie staram się teraz o dodatek dla najsłabiej zarabiających. Kwota niebagatelna – 218 funtów miesięcznie. Koleżanka wrzuciła moje dane w specjalny szablon i wyskoczyło, że jak najbardziej się kwalifikuję. Pieniądze te znacznie podniosłyby mój komfort mojego życia. Ale żeby je dostać trzeba mieć własne konto.

Czego nie udało się załatwić w Anglii, załatwiłem w Polsce. Poszedłem do pierwszego lepszego banku, powiedziałem o co mi chodzi, a pan, zwany fachowo doradcą klienta, w ciągu pięciu minut założył mi brytyjskie konto. Kartę wydał od ręki, zarejestrował, sam wymyśliłem sobie PIN i tym sposobem załatwiłem sprawę, która w Zjednoczonym Królestwie była nie do załatwienia.
Dzisiaj w nocy idę do pracy, pierwszy raz po urlopie. To zwykle najgorszy dzień. Postaram się jednak jakoś go przetrwać. Wcześniej jeszcze spędzę dwie godziny w centrum handlowym w towarzystwie milczącego Hiszpana, wypije espresso, a potem poczłapiemy do naszych hal.

Mieszkając jeszcze w Luton znalazłem tam siedzibę Labour Party. Już sam budynek świadczy o angielskiej lewicy. Pozabijane dechami główne wejście, a pozostałe pozamykane na głucho. Wewnątrz tej „lewicowej” partii trwa wewnętrzna wojna pomiędzy Jeremym Corbynem – człowiekiem, który rozumie, czym jest lewica, a liberałem odpowiedzialnym za zbombardowanie Jugosławii i bezpodstawny atak na Irak – Tonym Blairem – zamożnym przedstawicielem klasy średniej, którego wpływy w ugrupowaniu labourzystów są nadal ogromne. Sam Blair przyznał, że przyłączył się do antyirackiej koalicji w oparciu o dokument przygotowany przez amerykańskiego studenta.

Pamiętam euforię polskich środowisk lewicowych, gdy Blair wygrał wybory i został premierem. Pamiętam jak sam w 1996 lub 1997 roku, podczas pierwszomajowej demonstracji niosłem transparent: „Good luck Tony Blair”.

Do tej pory mam kaca. Niespełna dwa lata po objęciu teki premiera Wielka Brytania była jednym z głównych agresorów w dawnej Jugosławii. To właśnie samoloty RAF-u zmiotły z powierzchni ziemi większość budynków mieszkalnych w Belgradzie. Polska telewizja była tak zaangażowana w ten konflikt, że w kółko opowiadała o tzw. higienicznych lub chirurgicznych bombardowaniach, których celem, były ponoć jedynie cele wojskowe.

Akurat byłem tam podczas tej higienicznej masakry. Żadna ze stacji nie wspomniała o tym, że jeden z pocisków trafił w polską ambasadę, że zbombardowano budynek stacji telewizyjnej RTS, w którym zginęło szesnastu młodych pracowników technicznych. Gdy świat trąbił, że chirurgiczny atak przypomina skalpel w reku pijanego w sztok lekarza, a bomby i rakiety co chwilę spadały na szkoły, żłobki czy szpitale, natychmiast polska telewizja dorabiała teorię, że w podziemiach tych budynków była siedziba Slobodana Miloševicia albo Ratko Mladicia czy Radovana Karadžicia.

Dziwiło mnie też, że kamery operatorów – tak chętnie filmujących samoloty F-16 – pominęły stojące obok samoloty Luftwaffe, których symbolem były czarne krzyże na skrzydłach (była to pierwsza interwencja zagraniczna Bundeswehry od 1945 roku). To był nieprawdopodobny widok, gdy eskadra takich bombowców przelatywała nad Belgradem i zrzucała wybuchowe ładunki.

Wracając jednak do tych „ukrytych pod dziecięcymi respiratorami bunkrów sztabowych”. Po pierwsze, żadnych sztabów tam nie było, a po drugie rakieta, która miała zniszczyć ten tajny bunkier serbskiego sztabu, musiała wcześniej przelecieć przez kilka szpitalnych sal i kilkanaście dziecięcych respiratorów – z czego zdjęcia zamieściłem oczywiście w książce. Książce, która o dziwo, znalazła się w zbiorach Brytyjskiej Biblioteki Narodowej. Wyobrażam sobie miny moich przełożonych, gdyby dowiedzieli się, że książka którą napisał kliner zasuwający z mopem po hali, leży sobie na półce obok dzieł Williama Shakespeare’a, Oscara Wilde’a, czy G.B. Shawa. Na szczęście jeszcze nie wiedzą. A wracając do Labour Party – kibicuję owszem Corbynowi, ale po nauczce jaką dostałem od Blaira, kibicuję mu asekuracyjnie. Poniżej zamieszczam zdjęcia siedziby Laburzystów w Luton.

 

Dość kłamstw!

Labourzyści złożyli skargę na sześć tytułów prasowych, które ich zdaniem dopuściły się rażącego naruszenia standardów dziennikarskich w tekstach relacjonujących uroczystą wizytę Jeremy’ego Corbyna na cmentarzu w Tunezji. Nadużyciami prawicowych mediów zajmie się niezależna brytyjska instytucja regulująca działalność prasy.

 

Partia Pracy wystosowała oficjalne zażalenie na sześć popularnych w Wielkiej Brytanii mediów. Są to: The Sun, Daily Mail, Daily Express, The Telegraph, The Metro i The Times. Wszystkie posiadają zdecydowanie prawicowy profil, a trzy z nich to typowe brukowce. Skarga została skierowana do instytucji o nazwie Independent Press Standards Organisation (IPSO), która pełni w UK rolę niezależnego regulatory prasy, przede wszystkim w zakresie standardów dziennikarskich.

Sprawa dotyczy bezprecedensowej nagonki na szefa Labour, jaką w urządziły ostatnim tygodniu wymienione tytuły. Prawicowe media, od dawna nie kryjące wrogości do Jeremy’ego Corbyna, publikowały doniesienia o tym, że podczas ceremonii, która miała miejsce na cmentarzu w Tunisie, stolicy Tunezji, w 2014 r., miał on rzekomo złożyć wieniec lub wziąć udział w złożeniu wieńca na grobach osób uchodzących za terrorystów. Chodzi o Palestyńczyków oskarżanych o przynależność do organizacji Czarny Wrzesień, odpowiedzialnej za zamach na izraelskich sportowców podczas Igrzysk Olimpijskich w Monachium w 1972 r.

Corbyn i część wierni mu politycy Partii Pracy spędzili ostatnie kilka dni na tłumaczeniu prasie, że zaszło nieporozumienie. Ponieważ jednak oskarżenia się powtarzały, a media ignorowały fakty, labourzyści doszli do wniosku, że ich przewodniczący padł ofiarą kampanii oszczerstw i politycznego ataku, który nie ma nic wspólnego z rzetelnym dziennikarstwem. Postanowili zatem skierować skargę do regulatora.

Historia, będąca przedmiotem sporu jest złożona, łatwo więc uległa manipulacji. W 2014 r. Corbyn, nie będący jeszcze wówczas przewodniczącym, wziął udział w ceremonii odbywającej się na cmentarzu w Tunisie, organizowanej m.in. przez przedstawicieli legalnych władz palestyńskich. Miała on na celu upamiętnienie ofiar ataku jaki w 1985 r. izraelskie lotnictwo przeprowadziło na znajdującą się na terenie Tunezji siedzibę Organizacji Wyzwolenia Palestyny. Ten oburzający akt państwowego terroru potępiła wówczas prawie cała społeczność międzynarodowa. Corbyn, znany z politycznego zaangażowania w sprawę Palestyńczyków walczących z izraelską okupacją, złożył wieniec pod pomnikiem upamiętniających 47 ofiar tego ataku.

Część mediów tymczasem z pełną determinacją rozpowszechniała pogłoskę, jakoby Corbyn miał wówczas złożyć wieniec na grobach członków Czarnego Września, którzy dokonali zamachu w Monachium. Na cmentarzu w Tunisie znajdują się groby innych członków OWP, których Izrael oskarżył o przynależność do CW. Zarzuty te nigdy jednak nie znalazły poparcia w faktach, pozostają więc oszczerstwami.

Partia Pracy, broniąc Corbyna, podkreśla, że tożsamość zamachowców z 1972 r. jest znana. Większość z nich już nie żyje i spoczywają w Libii. Fakty są znane, nietrudne do sprawdzenie, sześć mediów wymienionych w zażaleniu dopuściło się więc motywowanej politycznie manipulacji.

IPSO przyjęło skargę i zapowiedziało, że podejmie się wyjaśnienia sprawy. Instytucja zwykle zwraca się do strony oskarżonej z prośbą o wyjaśnienia i proponuje negocjacje. Jeżeli do nich nie dochodzi, sama podejmuje dochodzenie i w razie uznania winy wymierza karę.

Od początku bieżącego roku Jeremy Corbyn pada ofiarą nasilających się ataków politycznych ze strony prasy. Ostatnio media nie ustają w zarzucaniu mu antysemityzmu – wszystko przez jego zaangażowanie po stronie Palestyny i odwagę głośnego mówienia o zbrodniach, jakie od dziesięcioleci Izrael popełnia na bezprawnie okupowanych przez siebie terenach palestyńskich. Za część tej kampanii oszczerstw należy też uznać wspomnianą “aferę wieńcową”, jak opisują ją już brytyjska opinia publiczna.

Lewicowy brexit. Walka klasowa, nie narodowa

Brytyjska lewica musi forsować socjalistyczną drogę wyjścia z UE, inaczej nacjonaliści zagarną wszystko.

 

Mijają dwa lata od czasu, gdy Brytyjczycy zdecydowali o Brexicie, i Londyn, choć bez entuzjazmu, konsekwentnie zmierza do wystąpienia z Unii Europejskiej. Rząd Theresy May cały czas próbuje łudzić ludzi bajką, że rozwód przeprowadzi w sposób pragmatyczny a jednocześnie honorowy. Panika, która dwa lata temu ogarnęła klasę rządzący, dawno już ustąpiła polityce chłodnej kalkulacji. Jednak wiara, że Brytania rozstanie się z Unią politycznie, ale ekonomicznie pozostanie jej częścią, jest dziś już tylko pobożnym życzeniem.

Gospodarka Zjednoczonego Królestwa zupełnie dziś kuleje, a obsesyjne cięcia pogłębiły tylko stagnację. Wbrew złudzeniom rządu brytyjski kapitalizm wcale nie jest dla UE łakomym kąskiem, nie stanowi istotnego wkładu w gospodarczy całokształt Unii, który już dawno temu został trwale oparty na neoliberalnej hegemonii Niemiec i podziale centrum-peryfyferia. Wielka Brytania nie jest nawet częścią strefy euro, więc swoją secesją nie jest w stanie skutecznie szantażować EBC. Brytyjskiemu rządowi brakuje jakiegokolwiek straszaka. Wyjście w tym wydaniu nie nastąpi w glorii. W ciągu dwóch ostatnich lat entuzjazm wobec Brexitu, zawsze ograniczony, jeszcze osłabł. Według sondaży niewielką przewagę mają Brytyjczycy niechętni wyjściu z Unii i pesymistycznie oceniający jego następstwa. Nigel Farage praktycznie zniknął.

 

Partia Pracy podzielona

Postawa laburzystów jest niejednoznaczna. Większość członków, wyborców i sympatyków Partii Pracy jest zakochana w Unii Europejskiej lub opowiada się za pozostaniem w niej z obawy o to, że po Brexicie ich kraj zamieni się w prawicowy koszmar. Odkąd Jeremy Corbyn umocnił się na pozycji przewodniczącego, zmianie uległ oficjalny stosunek do wyjścia z UE. Nie jest to już – tak jak w 2016 r. – zdecydowany opór ani bicie na alarm. Stanowisko partii to akceptacja „wyboru dokonanego przez społeczeństwo” przy jednoczesnej krytyce rządu za negocjacyjną nieudolność.
Partia Pracy są jednak podzielona – mniej więcej w stosunku 2:1. Z grubsza jedna trzecia chce Brexitu, tak jak sam lider partii. Sympatia Corbyna dla planu wypisania się z Unii jest zdecydowanie najmniej popularnym i jednocześnie najsłabiej rozumianym aspektem jego „radykalizmu”. Charyzma trybuna ludowego, „postępowy populizm” i jawnie deklarowany „socjalizm” to cechy, którymi doprowadził do ożywienia skostniałej Partii Pracy, wyrwania jej z rąk blairystowskich dekadentów i tchnięcia w organizację rewolucyjnego ducha. Rzesze Brytyjczyków – szczególnie młodych – wściekłych na burżuazję pociągającą za wszystkie sznurki na Wyspach, kategorycznie odrzucają ciągłe zaciskanie pasa, którego jedynym skutkiem jest bogacenie się bogatych i pauperyzacja reszty społeczeństwa. W Corbynie widzą zbawcę, który uwolni kraj od plagi nierówności, krwiopijcom z City wybije z głów wszelki wyzysk, a może i samych głów ich pozbawi. Część z nich oczami wyobraźni widzi już, jak Corbyn bez litości dobija kapitalizm – chcą przywrócenia do statutu partii słynnego Paragrafu Czwartego, mówiącego wprost o „uspołecznieniu środków produkcji”.
Przywódca laburzystów wzbudza jednak bez porównania mniejszy entuzjazm swojego elektoratu, kiedy krytykuje Unię Europejską. Pewnie dlatego robi to stosunkowo rzadko. Duża część jego fanów (bo on sam ma jednak status gwiazdy) to ludzie młodzi, nawet bardzo. Nie znają Wielkiej Brytanii bez Unii, a brexit kojarzą tylko z obrzydlistwem nacjonalizmu i nagonką na imigrantów. Jest to też punkt widzenia prawie wszystkich lewicowych mediów w UK. Wśród publicystów „Guardiana” tylko Tariq Ali konsekwentnie zajmował stanowisko pro-leave. Nic dziwnego, że jego teksty ukazują się coraz rzadziej.

Idea brexitu jest najpopularniejsza właśnie wśród ludzi starszych. Nie jest prawdą, że wszystkimi z nich kieruje ksenofobia. Dobrze pamiętają, że ich kraj zawsze podkreślał swą odrębność od kontynentu, również w czasach ich młodości, kiedy po II wojnie światowej laburzyści wywalczyli dla Brytyjczyków wielkie zdobycze socjalne. Socjalizm, walka klas – nikt im wtedy nie kazał wstydzić się tych słów. Jeremy Corbyn też to pamięta. Wie również, że nieodwołalnie neoliberalny charakter UE stawia jego krucjatę o sprawiedliwość społeczną na z góry przegranej pozycji. Inni wolą idealizować Unię w obliczu fali nacjonalizmu. Corbyn to jednak ambitny przywódca. Oznacza to, że wbrew utartym schematom będzie krok po kroku dążył do redefinicji zastanej polityki tak, żeby brexit odzyskać dla socjalizmu.

Prounijna część lewicy właśnie rozpoczyna ogólnokrajową kampanię zmierzającą do odwrócenia brexitu: domagają się nowego referendum, chcą je wygrać i doprowadzić do renegocjacji warunków obecności Brytanii w Unii. Inicjatywę tworzą dziennikarze, politycy pomniejszych formacji, np. Zielonych i Liberalnych Demokratów, lokalni działacze i związki zawodowe. Koncentrują się w dużej mierze na wieszczeniu klęski ekonomicznej, jaka ich zdaniem nieuchronnie nadciągnie wraz z brexitem. Przedstawiciele związku branży transportowej TSSA postanowili otwarcie rozprawić się w eurosceptycyzmem Corbyna: twierdzą, że brexit oznacza dziki kapitalizm, bo poza UE pracownicy pozostaną bez jakichkolwiek praw. Wytoczyli najcięższe działo: przywódca laburzystów musi się liczyć z oskarżeniem o zdradę klasową.

Doszło więc do absurdalnej sytuacji: socjalistyczny szef Partii Pracy postulujący nacjonalizację i krytykujący Unię za neoliberalizm jest atakowany przez związkowców występujących w sojuszu z liberałami, a posądzających go o kolaborację z kapitałem, bo chce wyprowadzić ich kraj z UE, rzekomo gwarantującej im prawa pracownicze i socjalne. W całym tym nieporozumieniu pocieszające jest to, że każda ze stron chce wyjść na jak najbardziej prospołeczną. Złą wiadomością jest to, że związkowcy natomiast mylą się co do charakteru Unii Europejskiej i jest to błąd najczęściej popełniany przez lewicowych krytyków brexitu. Nieuchronnie zbliża się moment, w którym spór ten znajdzie się w centrum debaty politycznej za Kanałem La Manche.

 

Unia kapitału

Dziennikarz Thomas Fazi i ekonomista William Mitchell przekonująco dowodzą, że socjal kojarzony z UE to tylko kamuflaż fundamentalnie reakcyjnego projektu, którego „zjednoczona Europa” zawsze była częścią. Neoliberalizm od początku, czyli od połowy lat 70. XX w., był wdrażany po obu stronach Atlantyku jako program tzw. Komisji Trójstronnej. Kiedy proinflacyjna polityka keynesowska zawiodła, bo osiągnęła swe granice i nie mogła rozwiązać wewnętrznych sprzeczności kapitalizmu, światowy kapitał zdołał wykorzystać kryzys do odwrócenia na swoją korzyść układu klasowego panującego w najbardziej uprzemysłowionych państwach świata. Skutecznie ograniczono siłę związków zawodowych, podważono układy zbiorowe, zmniejszono udział płac w PKB i uzależniono rządy od rynków finansowych. Aktem założycielskim dzisiejszej Unii Europejskiej był jednoznacznie neoliberalny Traktat z Maastricht z 1992 r., który jasno stanowił, na jakich zasadach będzie się ona opierać:
art. 81 zabrania rządom interwencji w gospodarkę, która może „wpłynąć na wymianę handlową między państwami członkowskimi”,
art. 121 nadaje niedemokratycznie powoływanym ciałom: Radzie Europejskiej i Komisji Europejskiej prawo do wyznaczania „ogólnych ram polityki gospodarczej krajów członkowskich”,
art. 126 określa środki dyscyplinowania rządów przekraczających założony deficyt budżetowy,
art. 151 stwierdza, że polityka społeczna i prawo pracy są podporządkowane „konkurencyjności gospodarki Unii”,
art. 107 zakazuje celowego wspierania przez rządy strategicznych branż i przedsiębiorstw krajowych.

Karta Praw Podstawowych, która została później wprowadzona przez Traktat Lizboński i która zdaniem niektórych gwarantuje prawa socjalne i pracownicze, ma charakter ogólnikowy, aksjologiczny. Nie jest de facto wiążąca prawnie, skoro Polska i Wielka Brytania mogły podpisać osobne protokoły, praktycznie podważające jej obowiązywanie w państwach członkowskich, które sobie jej nie życzą. To zapisy z Maastricht wyznaczają politykę Unii, a nie Karta. Doskonale widać to po sukcesywnym demontażu sfery socjalnej we wszystkich krajach UE i po konsekwentnym poddawaniu usług publicznych presji konkurencji rynkowej (co w praktyce oznacza to samo). Karta stanowi jedynie retoryczny kwiatek do kożucha.

Dlatego właśnie, jeżeli kierunek obrany przez dzisiejszą Partię Pracy uznać za postępowy, to bez wątpienia nie może on zostać zrealizowany w Unii Europejskiej. Co ciekawe, gdyby Wielka Brytania podlegała wyłącznie regułom Światowej Organizacji Handlu, zwyczajowo uznanej za neoliberalną matnię, program Corbyna napotkałby bez porównania mniejsze bariery prawne. A program ten zakłada przecież nacjonalizację kluczowych branż: kolei, poczty i energetyki, politykę wielkich dotacji i zamówień publicznych nastawionych na realizację określonego – równościowego – celu społecznego. Można być liberałem i nie wierzyć w jego sens ani powodzenie. Jeżeli jednak ma się poglądy lewicowe, należy zdać sobie sprawę, że próba jego urzeczywistnienia przez przyszły rząd Corbyna spotkałaby się ze stanowczym oporem władz Unii.

Jeżeli wartości takie jak równość leżą komuś na sercu, tak jak i niezgoda na politykę nienawiści uskutecznianą przez populistyczną prawicę, powinno się wziąć pod uwagę, że dogłębnie neoliberalna natura UE generuje poczucie alienacji i gniew społeczny, który faszyści bez wątpienia zagospodarują, jeżeli lewica zdradzi ludzi dla czczych i obłudnych frazesów o „wspólnej Europie”.

 

Strach ma wielkie oczy

Antybrexitowy establishment lubi posługiwać się straszakiem załamania gospodarczego Wielkiej Brytanii, które wieszczy nieprzerwanie od 2016 r. Fazi i Mitchell rozprawiają się również i z tym mitem. Alarm podniesiony przez brytyjskie media w związku wyciekiem wewnętrznego raportu rządu Theresy May ostrzegającego przed zapaścią, do jakiej niechybnie doprowadzi brexit, to wiele hałasu o nic. Są to przewidywania oparte na standardowych założeniach neoliberalnych modeli krótkoterminowych (tzw. DSGE), m.in. o doskonałej samoregulacji rynków, czy „racjonalnych oczekiwaniach”. To neoklasyczna mitologia, wielokrotnie wyśmianej przez ekonomistów krytycznych wobec apologetyki wolnego rynku. Na podobnych założeniach był przecież oparty raport sporządzony jeszcze dla rządu Davida Camerona, przewidujący, że w ciągu dwóch lat po samej decyzji o brexicie dojdzie do gospodarczej katastrofy. Nic takiego nie nastąpiło. Musiał to przyznać „Guardian”, który wcześniej uwierzył w proroctwo o „Armageddonie”.

Fazi i Mitchell podkreślają ponadto, że dane statystyczne z okresu obecności Wielkiej Brytanii we „wspólnym rynku” przeczą twierdzeniom o ekonomicznych korzyściach z członkostwa w UE. Wewnątrzunijny handel nie odegrał żadnej istotnej roli w brytyjskiej gospodarce. Wszystkie podstawowe wskaźniki makroekonomiczne, czyli wzrost PKB, wzrost wydajności pracy, zatrudnienie itd. są zdecydowanie gorsze niż za czasów przedunijnych. To samo dotyczy zresztą pozostałych krajów UE. Był to po prostu okres w pełni rozwiniętego neoliberalizmu, czyli zabierania biednym i średniakom, a dosypywania bogatym przez „niewidzialną rękę rynku”. Wielka Brytania znajduje się dzisiaj w najgorszej sytuacji gospodarczej od czasu II wojny światowej właśnie dlatego, że obsesyjna polityka „oszczędności” zapoczątkowana przez Margaret Thatcher, potem zaś koordynowana przez Komisję Europejską, trwale zniechęciła kapitalistów do inwestycji w realną gospodarkę, a napędzała wyłącznie spekulacje finansowe. Rząd Corbyna mógłby dokonać wielkich inwestycji publicznych koniecznych do wyprowadzenia kraju na prostą. Unia Europejska byłaby przeszkodą.

Tego rodzaju krytyce można zarzucić, że gospodarka Wielkiej Brytanii jest już jednak trwale związana z procesami zachodzącymi w UE i ich zerwanie musiałoby siłą rzeczy poskutkować chwilowym dołkiem. Problemem jest również niezbity fakt, że do tej pory w promocję idei brexitu zaangażowane były siły ultraliberalne, dla których Unia to „socjalizm”. Owszem, tak było. Dzisiaj jednak wyjście przebiega pod rządowym szyldem, a ekstremiści skryli się w cieniu. Sami torysi uderzają w nutę socjalną, obiecując, że pieniądze, które nie pójdą do unijnego budżetu, zasilą służbę zdrowia. Niezależnie od leseferystów, którzy chcą mieć „swój” brexit, większość „mas brexitowskich” chce socjalu. Laburzyści z obozu Corbyna mają nie tylko szansę, ale wręcz obowiązek sprostać ich oczekiwaniom – właśnie po to, by nie zostawiać ich na pastwę prawicy. Lewicowy brexit – niektórzy mówią: lexit – jest przeciwieństwem prawicowego. Rezygnacja z walki o społeczną bazę eurosceptycyzmu jest kapitulacją przed faszyzmem.

 

Warufakis woli zostać

W pozostałych krajach UE lewica oczywiście krzywo patrzy na pomysły Corbyna, bo niestety bliższa jest unijnym salonom niż prostym ludziom, mającym dość cynizmu europejskich elit, zawsze potrafiących dorobić „oświeconą” ideologię do brutalnego wyzysku. Są również tacy jak Janis Warufakis, który ma własne doświadczenie zaciekłych zmagań z euroestablishmentem, a mimo to odrzuca rozwiązania w stylu brexitu.

Popularny w całej Europie twórca ruchu DIEM25, który jako minister finansów Grecji w rządzie Syrizy do upadłego starał się ratować swój kraj przez ostatecznym dorżnięciem przez „Trojkę”, chce zmieniać Unię od wewnątrz. Nie wierzy jednak w hasło „więcej demokracji”, bo słusznie wykazuje, że struktury Unii nigdy nie miały nic wspólnego z demokracją. Twierdzi natomiast, że UE można zmienić na lepsze poprzez ruch masowego i międzynarodowego nieposłuszeństwa wobec jej autorytarnych władz.

To podejście zasługuje na zrozumienie lewicy. U Warufakisa można jednak dostrzec rażącą niekonsekwencję, twierdzi bowiem, że pójście jego drogą – bezkompromisowe starcie z unijnymi instytucjami – będzie dla systemu nie do strawienia, że realnie grozi rozpadem UE i że trzeba być na to gotowym. Po co zatem odrzucać lewicowy brexit, skoro jest jest on w istocie uznaniem konsekwencji, o którym mówi Warufakis? Jedynym wytłumaczeniem jest to, że Grek chce koniecznie dezintegrację Unii koordynować w ramach oddolnego ogólnoeuropeskiego ruchu, będącego podstawą przyszłego zjednoczenia na lepszych zasadach. W dużym uproszczeniu (pewnie zbyt dużym) można więc przyjąć, że Warufakis proponuje nieco utopijną „permanentną rewolucję” zamiast bardziej pragmatycznego wyjścia Corbyna, przypominającego „socjalizm w jednym kraju”.

 

Nie opuszczać ludzi

Internacjonalizm, zawsze bliski sercu autentycznej lewicy, istotnie różni się od burżuazyjnego kosmopolityzmu. Jest niemożliwy w systemie politycznym służącym globalizacji na warunkach kapitału – a tym jest właśnie Unia Europejska. Argument, że przyjęcie brexitu przez lewicę to woda na młyn prawicy, jest pozbawiony podstaw w sytuacji, gdy prawica traci impet, a brexit nadal się rozgrywa i może przybrać różne formy. Zwykli Brytyjczycy popierający wyjście z UE różnią się od skrajnej prawicy, nie są biologicznymi ksenofobami. Próba retorycznego uczynienia z nich niereformowalnych rasistów jest ich ostateczną zdradą, zapisaniem się do obozu liberałów. Poparcie dla brexitu wynika z upokorzenia kapitalizmem, nawet jeżeli termin ten nie pada otwarcie. A systemu kapitalistycznego nacjonaliści nie zakwestionują, dlatego sami okazują się niewiarygodni w swym gasnącym już brexitowym zapale. Ludzie dali się z początku wieść nacjonalistom dlatego, że lewica ich opuściła. Taka jest historia całej fali prawicowego populizmu.

Brexit będzie taki, jaka będzie jego awangarda. Postępowe rozwiązania kwestionujące system zawsze powstają w momencie kryzysu. Cechuje je niepewność, obawa przed triumfem reakcji, oczywiste ryzyko porażki i osunięcia się w przepaść własnego przeciwieństwa. Ktoś, kto nie podejmuje tego ryzyka, nie tworzy historii. Jeżeli laburzyści chcą być przykładem dla europejskiej lewicy, jeżeli chcą ją ożywić w wymiarze międzynarodowym, jeżeli chcą się ostatecznie rozliczyć z pomyłki blairyzmu, jeżeli chcą stworzyć podstawy do autentycznego zjednoczenia Europy – muszą poprowadzić lewicowy brexit.