Polska papugą narodów

Wypełniają się pisma. Proroctwa się materializują. Będzie tak, jak powiedział Ajatollah van der Zacier: jeśli tak dalej pójdzie, to ci mniej chorzy będą leczyć tych, którzy są bardziej. No i właśnie dobrnęliśmy do tego momentu.

Są między Polską a Lombardią zasadnicze różnice. To wie każdy. Są też i podobieństwa. W północnych Włoszech lekarze nie nadążali ponoć z podpinaniem chorych na covid pod respiratory i musieli wybierać, kogo ratować, a kogo nie. U nas, podobnie, zamówiono całe stosy respiratorów, a słychać na stołecznych ulicach, że nie dalej jak wczoraj, trzeba było czekać na wolny sprzęt, aż się komuś polepszy, bo wszystkie dostępne były w użyciu. Biznesmen z Lublina, co wziął za respiratory kasę, ulotnił się i tyle widzieli jego i państwowe pieniądze. Odpowiedzialnych brak. Jakież to polskie.

Na tym nie koniec podobieństw. Znajomi i nieznajomi medycy, donoszą mi, w rozmowie osobistej albo i przez media, że nie jest do końca tak, jak opowiada premier, że wszystko ma pohetane i pod kontrolą. A jak zabraknie miejsc na SOR-ach albo w szpitalach jednoimiennych, to postawił na tę okoliczność nowiuśki szpital na Stadionie Narodowym, który przyjmie tylu chorych, ilu będzie trzeba. Moce przerobowe są bowiem i w starych lecznicach, tylko panuje w nich nieopisany bałagan i brakuje nad całym systemem kontroli. Nie trzeba więc chwalić się przed kamerami polowym ośrodkiem, bo to nic innego, niż pozorowanie pola walki. Wystarczyłoby usprawnić i dobrze zarządzać tym, co jest; stworzyć apkę do kontrolowania stanu posiadania sprzętu, algorytm zarządzający wolnymi mocami przerobowymi, personelem. U nas jednak, zwłaszcza na państwowym poletku, takie rzeczy to antypody myślenia i działania. Kolega opowiadał mi niedawno, jak to na początku covidu, dyrektor jednego z urzędów od kultury, kazał zatrudnionym tamże informatykom, stworzyć narzędzie do wewnętrznej komunikacji, bo przecież za coś biorą ciężkie, urzędnicze pieniądze, ponieważ nie chciał wydać kilkuset złotych na legalne oprogramowanie. Kolesie wymyślali prze miesiąc koło od nowa, bo pan na urzędzie skąpił czterystu pln na zooma. Wymyślili więc coś, czego ludzie nie znali, co się zacinało i nie było efektywne, gdyż robili to w pojedynkę, po godzinach. Finał był taki, że po dwóch miesiącach, dyrektor jednak zgodził się wydać państwowy grosz, bo ma najwidoczniej niekompletnych pracowników, ale przecież dziś ich nie zwolni, bo dokąd pójdą w covid-takie z niego ludzkie panisko. Ze służbą zdrowia jest podobnie; w wakacje można było pracować nad systemem, który usprawni przepływ informacji; więcej nawet, można było go kupić na Zachodzie; w Dolinie Krzemowej zastępy nerdów tylko czekają na nowe zadania; wyszłoby zapewne taniej, od budowania szpitala na stadionie. Był też czas, żeby przyuczyć ludzi, przetestować go w boju, kiedy trup nie ścielił się jeszcze tak gęsto. Ale były też wybory. Rekonstrukcja rządu. Kto by tam miał wtedy do tego głowę. Lombardia zatem i włoskie zamiłowanie do porządku, odbija się w naszym rynsztoku, jak w soczewce. Rozgardiasz i ogólne bordello, brak koordynacji, sprzętu i ludzi, są nam jak brat i siostra. Z tą małą różnicą, że oni przerabiali to na początku drogi, a my mieliśmy kwadrans, żeby się przygotować. Z drugiej jednak strony, co tu łatać i poprawiać, jak od lat, cała polska służba zdrowia była związana sznurkiem i zalepiona kitem, żeby wytrzymać w prowizorce kolejny, chudy rok. I dawała radę. Do czasu.
Jak się jednak okazuje, podobieństwa nasze i czerpanie wzorców zachodnich w walce z covidem na Lombardii się nie kończą. 27 października, władze belgijskiego Liege, poprosiły lekarzy, by w razie wzrostu liczby zakażeń przychodzili do pracy, nawet jeśli sami zakażeni są koronawisusem. Jak podaje BBC, co czwarty pracownik personelu medycznego z Liege choruje na już na COVID-19. Sam pełnomocnik rządowy do walki z koronawirusem w Belgii przyznał, że jak tak dalej pójdzie, a zapewne właśnie tak będzie, system tego nie wytrzyma. Rząd polski rozważa i ten krok. A nawet chyba już go wpisał do akt. Jeśli lekarz będzie chory, a bez objawów, ma przychodzić do pracy i leczyć tych bardziej chorych.

Takie podejście do sprawy dowodzi dwóch rzeczy. W Belgii i w Polsce, ale podobnie będzie zaraz w innych krajach, unaocznia ludowi, że walka z covidem, rozumiana w tradycyjny sposób, na dłuższa metę się nie sprawdza i nie sprawdzi. Nawet przy zamykaniu ludzi na klucz w domach, wycinaniu w pień gospodarki i ryglowaniu szkół. Zachorowania spadną, ale gdy ludzie wrócą do siebie nawzajem, będą znowu wzrastać. I znowu. I znowu. Może więc najwyższy czas powiedzieć sobie, że ostatnia wojna jest już przegrana. To jest po pierwsze. Po drugie, ale to już tylko endemiczna, polska przypadłość, przykład ów pokazuje, że wasza choroba, jest gorsza niż nasza, trawestując pewien znany szlagwort tęgawego szansonisty. Jak lekarz ma bezobjawowy covid, to pracować może, ale jak kasjerka ma bezobjawowy covid, to już nie może. Lekarz nie zarazi staruszka, a kasjerka zarazi. Jej covid jest gorszy niż jego. Czego jeszcze Państwo tu nie rozumiecie?

Lombardia – oddział zamknięty

Premier Giuseppe Conte, na wniosek władz Lombardii, planuje wprowadzić godzinę policyjną w północnym regionie Włoch. Wniosek wynika z przewidywań władz regionu z których wychodzi, że do końca października do szpitali trafi ok. 4 tysiące chorych na COVID-19, w tym 600 na oddziały intensywnej terapii, a rokowania na listopad są dalekie od optymistycznych.

Szef regionu Lombardii Attilio Fontana wraz z burmistrzami miast zwrócił się w poniedziałek do rządu o wprowadzenie godziny policyjnej. Jeśli władze w Rzymie wyrażą zgodę, to dekret ma obowiązywać już w październiku.
W trakcie „nocnego lockdownu” po ulicach będzie się można poruszać wyłącznie z powodów zdrowotnych, pracy lub innych uzasadnionych przyczyn. Ponadto przedstawiciele lokalnej administracji opowiedzieli się za zamknięciem w weekendy centrów handlowych z wyłączeniem sklepów spożywczych i tych z artykułami pierwszej potrzeby.
Wniosek został publicznie poparty przez ministra zdrowia Roberto Speranzę. W ten sposób wracamy do nerwowej atmosfery z minionej wiosny na Półwyspie Apenińskim, a to dopiero początek ponownego uderzenia wirusa. Pojawiają się też i komentarze negatywne związane z wnioskiem Fontany. Dziennik „La Repubblica” komentuje wniosek wprost pisząc, że „Lombardia poddaje się i wywiesza białą flagę”.
Pojawiają się pogłoski, że jeśli Lombardia, będąca jednym z najważniejszych pod względem gospodarki regionów Półwyspu Apenińskiego, podejmuje decyzję częściowej blokadzie, to istnieje realna szansa, że pozostałe regiony prędzej czy później również skierują do Rzymu podobny wniosek.
Niektóre już wprowadziły określone restrykcje. Szef władz regionu Kampania Vincenzo De Luca podjął decyzję o zakazie zabaw w nocy 31 października w związku z Halloween. Uwaga mediów jest jednak skierowana przede wszystkim na władze Wenecji Euganejskiej i Piemontu, które już teraz sondują możliwe scenariusze co Lombardia. Nie chcą powtórki z wiosny, ponieważ były na pierwszej linii ognia, kiedy pandemia wybuchła w Italii.
W ostatnią niedzielę włoski premier przedstawił postanowienia z nowego dekretu rządu, w którym m.in. są takie zasady jak limit osób, które mogą siedzieć przy jednym stole w restauracji oraz że kluby fitness mają tydzień na wprowadzenie kroków bezpieczeństwa sanitarnego. Jak sam powiedział: „Sytuacja jest krytyczna, ale rząd jest”. Może i rząd jest, ale gdzie są rozwiązania i odpowiednie kroki, kiedy był tak zwany okres odpoczynku od wirusa w okresie wakacji? Conte podkreślał na konferencji, że atak drugiej fali pandemii we Włoszech i w Europie jest „ostry”. Wskazał, że należy wprowadzić wszystkie niezbędne kroki, by uniknąć generalnego lockdownu w kraju.
Można się domyśleć, że chodzi o kwestie ekonomiczne, bo Włochy na to zwyczajnie nie stać na ponowny postój gospodarczy. Pytanie tylko czy stać na to obywateli z grupy zagrożenia?
Unia Europejska próbując walczyć z pandemią i chronić swoją stabilność gospodarczą zaproponowała pomoc finansową, aby zabezpieczyć m.in. już mocno kulejącą włoską gospodarkę. Od razu pragnę rozwiać wszelkie wątpliwości.
Utworzenia unijnego planu walki z wirusem w postaci funduszu w wysokości 750 mld euro, z czego Włosi otrzymali 200 co dało im szansę na częściowe załatanie m.in. włoskiej dziury budżetowej, nie było powodowane troską o same Włochy, a ile strachem, że coraz większe załamanie niegdyś czwartej jak nie trzeciej gospodarki w Europie mogłoby pociągnąć za sobą dość brutalne konsekwencje dla samej Unii i doprowadzić do konkluzji, że eksperyment z euro nie udał się.
Jednocześnie trzeba przyznać, że dzięki pandemii Włosi dostali szansę na przezwyciężenie ponad dwudziestoletniej stagnacji, a czy zrobią dobry użytek z koła ratunkowego od Brukseli to już inna kwestia.
Po tym wszystkim przychodzi na myśl kolejna refleksja – czy faktycznie Włosi uczą się na własnych błędach? Pewien anestezjolog widząc jak włoskie społeczeństwo podchodzi lekceważąco do restrykcji wyraził swoje oburzenie w mediach społecznościowych. Z jednej strony wpis spotkał aprobatą internautów, ale i również z ogromną falą krytyki. Inny przypadek dotyczył ministra edukacji, który widząc coraz trudniejszą sytuację wprowadził restrykcje w szkołach. Niedługo potem musiał mieć eskortę policji, aby móc spokojnie przemieszczać się po ulicach Rzymu. Te wydarzenia miały miejsce w maju. Dzisiaj mamy już październik, a na horyzoncie nie ma kolejnej fali koronawirusa, bo już jest na miejscu i uderza z całą siłą. Jedno jest pewne – wirus nie był nigdy w odwrocie.