Skuteczne przeciwstawienie

Właśnie wsiadłem do pociągu na lubelskim dworcu. Jadę do Warszawy. Wiele razy wyjeżdżałem z dworca w Lublinie w różne strony i wiele razy nań wracałem. Nie odkryję Ameryki kiedy napiszę, że Lublin to jedno z moich ukochanych miast, które znam bardziej niż średnio i do którego lubię wracać. Ale za honorowe obywatelstwo podziękuję. Jaki tam ze mnie obywatel.

Parę lat temu, chyba wczesną jesienią albo późnym latem, zadzwonił do mnie menadżer grupy na K. i powiedział mi, że jest propozycja z ambasady jednego z państw, ażeby nasz wokalista Kazimnierz, przyjął ich wysokie rangą, narodowe odznaczenie. Kazimnierz naturalnie niczego nie chciał przyjmować, gdyż od żadnej władzy, naszej czy obcej, przyjmowanie orderów jest wysoce niestosowne, w naszym, punkowym, mniemaniu. Inna sprawa, że nie bardzo wiadomo, czym miałby się Kazimnierz obcemu państwu przysłużyć, żeby przyjmować od nich medal, podkreślam, w świecie bardzo nobilitujący, którego niejeden mógłby mu zazdrościć. Telefon od menadżera tyczył się jeno pomocy w zredagowaniu pisma do ambasady, w którym mieliśmy grzecznie acz stanowczo podziękować za wyróżnienie. Pochyliłem się więc nad tekstem, dodałem parę wersów, kilka skreśliłem i posłałem z powrotem załączając informację, że rzecz jest do użytku wewnętrznego i z naszej strony byłoby idiotyzmem, ażeby treść pisma, jak i cała sytuacja, wyciekła jako nius do mediów, bo nie po to się odmawia przyjmowania orderu, żeby później paradować w glorii buntownika i anarchisty po mieście, choć niejeden wyliniały punkowiec tylko o tym marzy. No i do dziś, do kiedy to Państwo czytają, nikt, poza niewielkim kręgiem wtajemniczonych, o tym nie wiedział. Minęło już jednak tyle lat, że ze spokojem przytaczam tę historyjkę, jako przydługi wstęp do głównego wątku tego felietonu….

Kiedy jechałem pociągiem, przypomniało mi się, jak jakiś czas temu przeczytałem w prasie, że lubelski sejmik wojewódzki przegłosował uchwałę potępiającą tzw. „ideologię LGBT”. Mało tego-za walkę z tą tzw. ideologią, miał wręczać najbardziej bitnym jej przeciwnikom medale. Według tego, co podawały gazety, radni, którzy skutecznie przeciwstawiają się ideologii ruchów LGBT, zostaną nagrodzeni okolicznościowym medalem. Odznaczenia wręczać miał ich pomysłodawca, były wojewoda lubelski, dziś poseł PiS, Przemysław Czarnek. Nie za bardzo wiem, co ex-wojewoda miał na myśli pisząc o „skutecznym przeciwstawianiu”. Wychodzi z tego, że można się też przeciwstawiać nieskutecznie, a za to medal już nie przysługuje. Chyba należy to rozumieć w ten sposób, że jak przeciwnik ideologii LGBT widzi na ulicy Roberta Biedronia albo Pawła Rabieja, to żeby się skutecznie przeciwstawić, powtarzam-skutecznie-musi po rejtanowsku zablokować mu drogę, bo jeszcze by gotów, jeden z drugim, pójść gościć swoje tęczowe herezje do szkoły albo przedszkola. I za to jest medal. Nieskuteczny będzie zaś ten radny, który jedynie napomknie Biedroniowi, że czyni swoją osobą zgorszenie; rzuci w jego stronę złe spojrzenie; ewentualnie, dotknie go do żywego złym słowem lub zelży inwektywą.

Piszę te dyrdymały, Szanowni Państwo, po to, żeby Wam uzmysłowić, że wypinanie piersi do medalu nie jest niczym szczególnie fajnym, czym należałoby się chwalić i z czym obnosić, bo prawdziwa cnota nie jest ukryta w tombaku pierwszej czy drugiej klasy na atłasowej poduszce. Prawdziwa cnota bowiem to życie w zgodzie z ludźmi różnych wyznań i narodowości, brak pogardy dla inności, tolerancja dla różnorodności i miłość do bliźniego. Ci wszyscy z kolei, którzy już przebierają nogami żeby się stawić na wezwanie wojewody wiedzieć muszą, że najsamprzód należy się zająć tymi, którzy szukają schronienia na działkach i jedzenia po śmietnikach, albo rodziców w domu dziecka, a na idee wzniosłe czas przyjdzie wtedy, kiedy załatwi się te przyziemne sprawy. A jest jeszcze trochę na tym padole do załatwienia.

Przygody miasta Lublina

Jako lublinianin z urodzenia, który spędził w tym mieście, od urodzenia, 45 lat życia, czytałem „Sekrety Lublina” Krzysztofa Załuskiego z ogromnym zainteresowaniem.

Z dwóch powodów: po pierwsze dlatego, że choć nie mieszkam w moim rodzinnym mieście już od 17 lat, to na zawsze pozostanie ono dla mnie krajobrazem mojego dzieciństwa i młodości, krainą w której tworzyła się moja wyobraźnia, w której rodziły się moje pierwsze fascynacje, zainteresowania, uczucia, lęki i marzenia.
To miasto, którego krajobrazy są pierwszymi krajobrazami mojego życia, ze stromizną ulicy Granicznej, tajemnicami ulicy Narutowicza, ostrą, chłodną wonią piwa z browaru przy ulicy Dąbrowskiego (dziś Bernardyńska), odorami rynsztoków Miłej, Wesołej,
Rusałki, zapachami kadzideł i majowego bzu z lubelskich kościołów, wonią straganów warzywnych na Podzamczu, drożdży na Kunickiego, zapachami cebularzy i innego pieczywa na Lubartowskiej i okolicach, z zapachami roślin i traw (także tych butwiejących) w Parku Ludowym, z elegancją (jak na owe czasy) Ogrodu Saskiego i Krakowskiego Przedmieścia – mógłbym te wspomnienia i asocjacje długo ciągnąć.
Drugi powód dla którego czytałem tę książkę z pasją jest taki, że ogromnie wiele się z niej dowiedziałem o, bądź co bądź, moim rodzinnym mieście. Wprawdzie pamiętam pojawiające się na każdym kroku dostawcze samochody marki „Żuk”, produkowane w lubelskiej FSC, ale jako że w szemranej dzielnicy Dziesiąta bywałem rzadko i krótko, nie wiedziałem, że miejscowi nazywali tamtejszą rzeczkę Czerniejówkę – „Sekwaną”. Mieszkałem też przy ulicy Sierocej, przy której mieszkał kiedyś Bolesław Bierut (nawiasem mówiąc ktoś nadgorliwy zupełnie niedawno usunął ze ściany tego domku ślad tego faktu w postaci metalowej tablicy – można Bieruta oceniać negatywnie, nawet bardzo, ale był on jednak postacią historyczną, a śladów historii zacierać nie należy i nie ma to związku z oceną moralno-polityczną postaci, bo w przeciwnym razie nie mógłby mieć pomników także Napoleon), ale o jego lubelskich perypetiach nie miałem żadnej wiedzy, choć pamiętam jego monumentalny pomnik wystawiony mu w 1979 roku przez Edwarda Gierka przy obecnym placu Singera.
Restaurację i hotel „Europa” pamiętam dobrze (do dziś tam funkcjonuje), ale z zewnątrz, bo był to niedostępny mi przybytek ówczesnego luksusu i high life’u w warunkach socjalizmu. Z drugiej strony nie zaglądałem też do popularnych „mordowni” typu „Zamkowa” czy „Basztowa”, bo strach było tam wejść O słynnym okuliście Mieczysławie Krwawiczu słyszałem dużo, w tym o jego majątku dalece przekraczającym standardy realnego socjalizmu, ale zabawne anegdoty opowiadano o innym wybitnym lubelskim lekarzu, chirurgu Mieczysławie Zakrysiu, o którym akurat autor „Sekretów” nie wspomina.
O cudzie lubelskim, czyli „łzach Matki Boskiej” w Katedrze słyszałem tylko z opowieści matki, ale trolejbusami, wehikułem komunikacji miejskiej z podłączonymi do linii elektrycznej pałąkami, znanymi w Polsce poza Lublinem tylko – chyba – jeszcze w Gdyni, jeździłem na co dzień. Za mały byłem, by w 1960 roku przypatrywać się kręceniu przez Antoniego Bohdziewicza na lubelskich ulicach filmu „Rzeczywistość”, według powieści politycznej Jerzego Putramenta, ale jako licealista dobrze pamiętam z lata 1973 dekoracje do serialu „Czarne chmury”, uzupełniające realną, zabytkową scenerię XVII-wiecznego Starego Miasta w Lublinie. Jana Machulskiego, jako aktora Teatru im. Juliusza Osterwy nie pamiętam, ale jego kolegę z lubelskiego zespołu, Stanisława Mikulskiego, jeszcze sprzed roli Hansa Klossa, już tak, także dlatego że mój ojciec znał go z lubelskiego Automobilklubu. Cebularze oczywiście nie tylko pamiętam, ale zajadałem się nimi, pachnącymi, chrupiącymi i posmarowanymi masłem (dziś niestety już nie są chrupiące, bardzo żałuję).
Ani pobytów marszałka Piłsudskiego w Lublinie, rzecz jasna, nie pamiętam, ani powodzi jesienią 1964, za to doskonale pamiętam powieść kryminalną „Ostatni śmieje się morderca” Roberta Lande (pseudonim autora, lubelskiego dziennikarza Zygmunta Pikulskiego), drukowaną w odcinkach na przełomie 1964 i 1965 roku w „Kurierze Lubelskim”, jednej z dwóch codziennych lubelskich gazet, obok „Sztandaru Ludu”, organu KW PZPR.
I mógłbym tak pisać, pisać i pisać, splatając treści „Sekretów Lublina” Krzysztofa Załuskiego z własnymi wspomnieniami, także, a może nade wszystko szkolnymi, z trzech liceów, ze Staszica, Zamoja i Piątki przy Lipowej, a także z podstawówki imienia Broniewskiego przy Sierocej, i muzeum na Zamku Lubelskim, które zaszczepiło we mnie zainteresowania historią. Ale mnożył nie będę, bo musiałbym pójść w ślady autora, byłego kolegi redakcyjnego i napisać o „moim” Lublinie, o tym także o czym on nie napisał, ale to przecież jego autorski wybór. Czy „Sekrety Lublina”, to książka tylko dla lublinian? Zapewnie głównie dla nich, ale także dla tych, którzy Lublina nie znają i którym gorąco polecam poznanie tego naprawdę fascynującego, „starożytnego” jak pisano o nim w jednym z XIX-wiecznych przewodników, miasta.

Krzysztof Załuski – „Sekrety Lublina”, Księży Młyn Dom Wydawniczy Michał Koliński, str. 148, ISBN 978-83-7729-390-4

Atak Czarnka

Ustępujący wojewoda lubelski i nowy poseł PiS Przemysław Czarnek złożył zawiadomienie przeciwko wykładowcy Uniwersytetu Marii Curie Skłodowskiej doktorowi hab. Tomaszowi Kitlińskiemu, w którym zarzuca mu znieważenie. Kitliński sprzeciwiał się przyznaniu Czarnkowi uniwersyteckiego medalu, zwracając uwagę na jego ksenofobiczne i homofobiczne wypowiedzi.

Oto treść listu otwartego dra T. Kitlińskiego.

Wielce Szanowni Państwo,
Od dekad wykładam o filozofii praw człowieka i walczę o nie. Uczę o najnowszym trendach w myśli światowej, a walczę bez przemocy i bez nienawiści. Jestem nauczycielem akademickim, ale należę do związku zawodowego pracownic obsługi, którym dokładnie 10 lat temu pomogłem zachować miejsca pracy na UMCS-ie. Jestem bezpartyjny. Zależy mi na demokracji i różnorodności. I na gość-inności, o której napisałem habilitację i kuratorowałem festiwal sztuki publicznej Open City w Lublinie.
Jako gejowi, zależy mi na normalnym życiu w społeczeństwie polskim. Nazywam nas mniejszościami uczuciowymi i tworzymy wkład w kulturę i obywatelskość. Od liceum, kiedy w 1981 roku brałem udział w strajku szkolnym, zdaję sobie sprawę, jak ważne są W Polsce mniejszości narodowe i etniczne. Dlatego uczestniczę w odbudowie życia żydowskiego i popieram inicjatywy ukraińskie. Wśród moich studentów jest wielu Ukraińców, z czego się bardzo cieszę. Interesuję się różnymi religiami, zwłaszcza monoteistycznymi i niezmiernie szanuję judaizm, islam i chrześcijaństwo. Również ateizm wnosi wielki wkład do kultury. Leży mi na sercu sprawa praw kobiet. Zostałem wychowany w feminizmie, gdyż 20 lat uczestniczyłem w seminariach prof. Marii Janion.
Nadanie medalu Amicis Universitatis Mariae Curie-Skłodowska wojewodzie lubelskiemu Przemysławowi Czarnkowi wstrząsa moją etyką. Nie mogę pozostać obojętny. Niech niezawisły wymiar sprawiedliwości oceni moje wypowiedzi w tej sprawie.

Czasy bohemy minęły

Z PIOTREM WYSOCKIM, aktorem, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

W 1969 roku związałeś się na stałe z lubelskim Teatrem im. Juliusza Osterwy. Po roli księcia Gintułta w „Popiołach” Andrzeja Wajdy miałeś otwartą drogę do najbardziej prestiżowych teatrów warszawskich. Dlaczego wybrałeś teatr na prowincji?
Rzeczywiście miałem propozycje z Warszawy, m.in. z Narodowego, od Adama Hanuszkiewicza, ale tam nie chciałem iść. Pewnie wpływ miały też względy osobiste, a poza tym trochę bałem się drapieżnej Warszawy. Po studiach na krakowskiej PWST trafiłem do teatru im. Wilama Horzycy w rodzinnym Toruniu pod dyrekcją Hugona Morycińskiego, który bardzo mnie lubił i cenił. Zagrałem tu Tytułowego „Fantazego”, Jana Kochanowskiego w „Drodze do Czarnolasu” Maliszewskiego, Birbanckiego w „Dożywociu” Fredry, Porfirego w „Zbrodni i karze” Dostojewskiego, a nawet kardynała Richelieu w inscenizacji „Trzech muszkieterów” Dumasa. Potem skusił mnie Lublin, gdzie zaangażowali mnie na sezon wspaniali ludzie teatru, Jerzy Torończyk i Kazimierz Braun. Dokładnie było tak, że do Torunia przyjechał Braun reżyserować „Fantazego” Słowackiego i to on skutecznie namówił mnie na ten Lublin. A że dobrze się w nim poczułem, zostałem na drugi sezon, potem na następne, a wreszcie na stałe, choć ciągle miałem możliwości zaangażowania się gdzie indziej. Marzyłem o warszawskim Ateneum. Dzięki Wajdzie, u którego zagrałem księcia Gintułta w „Popiołach” w roku 1965, i rólkę w jego „Przekładańcu”, łatwo bym się tam dostał. W końcu jednak osiadłem w Lublinie, poznałem tu żonę, urodzili mi się synowie. Nie wiem, czy ja wybrałem Lublin, czy Lublin wybrał mnie. On ma coś z miasta kresowego, a ja jestem z duszy kresowiak, mimo że urodziłem się w Toruniu. Dobrze się w tym Lublinie czułem, choć lubelski światek jest nieco zbyt ścieśniony, przydałoby mu się więcej oddechu. Są te popierające się grupki, koteryjki. Jest to i w Warszawie, tyle że tam jest więcej artystów, większa konkurencja, co stwarza wyższy poziom. Ale lubię Lublin, bo ciągle jeszcze ma w sobie coś ciepłego, kresowego. Był czas, że prowadziliśmy tu bardzo bujne życie towarzyskie, najczęściej w nieistniejącym już lokalu artystów „Nora”. Lublin był wesołym miastem – pamiętajmy że tu urodził się Bodzio Łazuka i z zapomnianym dziś piosenkarzem Piotrem Szczepanikiem śpiewali przed laty: „Jaka tego jest przyczyna, ty z Lublina, ja z Lublina”. Jednak od lat, po przejściu na emeryturę, mieszkam kilkadziesiąt kilometrów od Lublina, w Hodlu i bywam tu rzadko.
Twoja droga do Lublina wiodła z Torunia, gdzie urodziłeś się w 1936 roku…
Dziadek ze strony matki był krawcem. Przed wojną wyemigrował do Francji za chlebem. Po wojnie wrócił do Polski. Ojciec, Józef Wysocki, przed wojną toruński dziennikarz, współtwórca tamtejszego radia, potomek rodu szlacheckiego, popełnił mezalians, żeniąc się z córką krawca, ale wcale mu się nie dziwię. Pamiętam, że jak szedłem z mamą ulicami Torunia, to za jej nogami nawet kobiety się oglądały. Była kobietą nie tylko przepiękną, ale miała duże, ciepłe serce. Rodzice poznali się w Paryżu, w latach trzydziestych. Mama była sekretarką w emigracyjnej gazecie „Wiarus Polski”, a ojciec przyjechał do „Wiarusa” na praktykę. W 1934 roku wzięli ślub w Toruniu, i tu się urodziłem. W czasie wojny ojciec ukrywał się przed Niemcami na terenie… III Rzeszy. Wedle zasady, że pod latarnią najciemniej. Było to po jego ucieczce z toruńskiego więzienia gestapo. Ojciec doskonale władał językiem niemieckim. Pracował jako leśniczy, m.in. u księcia Lilienforst, pod innym nazwiskiem. Raz nawet prowadził na polowanie samego marszałka Wilhelma Keitela, dowódcę Wehrmachtu, zbrodniarza wojennego powieszonego później w Norymberdze. Po wojnie ojciec nie wrócił do dziennikarstwa. Miał wspaniałą dykcję i myślę, że ją po nim odziedziczyłem.
W 1954 ukończyłeś technikum budowlane w Toruniu, a potem nastąpił radykalny przeskok i trafiłeś do warszawskiej PWST. Pod czyje skrzydła?
M.in. Jana Kreczmara i Ludwika Sempolińskiego. Wyrzucili mnie z niej pod zarzutem malwersacji, choć byłem całkowicie niewinny. Po prostu naiwnie podpisałem jakieś rachunki. Przeniosłem się więc do Krakowa. Mój rok prowadził tam Eugeniusz Fulde, świetny aktor i barwna postać, właściciel tubalnego głosu. Popijał z nami do wczesnego rana, ale wymagał byśmy stawiali się na zajęcia punktualnie o ósmej rano, wyświeżeni, wypoczęci. Moi koledzy z krakowskich studiów to m.in. Paweł Unrug, Andrzej Fedorowicz, Krzysztof Kumor, Ania Seniuk, Teresa Budzisz-Krzyżanowska, Jan Nowicki. Szkoły się różniły. Krakowska uczyła pracy, solidności, punktualności. Natomiast w warszawskiej było więcej fantazji.
Wspomniałeś role zagrane w Toruniu, a czy pamiętasz choć niektóre z ról zagranych w lubelskim teatrze?
Niektóre tak, te ważniejsze – Otella w tragedii Szekspira, tytułowe role w „Fircyku w zalotach” Franciszka Zabłockiego, „Fantazym” Słowackiego, „Don Juanie” i „Świętoszku” Moliera oraz „Ambasadorze” Mrożka, Radosta w „Ślubach panieńskich” i Wacława w „Mężu i żonie” Fredry, Pawła Bezdekę w „Mątwie” Witkacego, Wernyhorę, Nosa, Gospodarza, a także Dziennikarza w inscenizacjach „Wesela” Wyspiańskiego, Gajewa w „Wiśniowym sadzie” Czechowa, Ulissesa w „Odprawie posłów greckich” Kochanowskiego, a w późniejszych latach rolę w bujnym widowisku „Sarmacja” Pawła Huelle. Mile wspominam rolę Przewodnika w „Lwów semper fidelis”, w której mówiłem po lwowsku. Po spektaklu na Śląsku jakiś starszy pan zapytał mnie: „Szanowny pan, to gdzie mieszkał we Lwowie?” Nie chciałem go rozczarować, że nie byłem lwowiakiem, skłamałem podając nazwę jakiejś ulicy. Bardzo lubię lwowiaków i wilniuków. Z powodu wspomnianej roli przyjęli mnie do „Rodziny Lwowiaków”. Ciągnie mnie do ludzi ciepłych i dobrych. W czasie odsłonięcia pomnika Lwa pod Zamkiem Lubelskim, prezes Związku Lwowiaków powiedział mi, że jedna z lwich łap jest moja.
Zagrałeś 47 ról filmowych. Którą uważasz za najważniejszą?
Księcia Gintułta w „Popiołach” Wajdy. W filmie jest to postać ważniejsza niż w powieści. Pojawia się na ekranie jako pierwsza, w scenie spotkania z piechotą legionową, maszerującą w strasznym skwarze. To było gigantyczne przedsięwzięcie. Film kręcono w 54 miejscach. Hiszpanię i Włochy „zagrała” miejscowość Plewen w Bułgarii. Scenę śmierci Gintułta sfilmowano pod Sandomierzem. Sceny z Mantui kręciliśmy w moim Toruniu. Zagrałem też m.in. rosyjskiego oficera w filmie „Tamań” Konstantego Ciciszwili według opowiadania Lermontowa, hrabiego Koniecpolskiego w serialach Jana Rybkowskiego, „Kariera Nikodema Dyzmy” i Józia w „Rodzinie Połanieckich”, „Hiszpana” w „Czterech pancernych i psie”, Erlinga w „Tylko Beatrycze”, filmie Stefana Szlachtycza według powieści Teodora Parnickiego. Nigdy natomiast nie grałem chłopów, natomiast często arystokratów. Ale zagrałem też Żyda w „Doktorze Judymie” Włodzimierza Haupe według „Ludzi bezdomnych” Żeromskiego.
Ilekroć wyobrażałem sobie film albo spektakl o Powstaniu Listopadowym, tyle razy Ciebie widziałem w roli dowódcy Podchorążych z 1830 roku, porucznika Piotra Wysockiego. Nie tylko z powodu zbieżności imienia, ale też aparycji i sposobu bycia. To zbieżność przypadkowa?
Są poszlaki wskazujące na jakieś parantele, ale to wszystko niepewne. Zresztą, nie interesowałem się tym jakoś szczególnie. Ród ze strony ojca był herbu „Ogończyk”, mocno w Królestwie Polskim rozrośnięty. W jednym z rodowych dokumentów, z maja 1838 roku, napisano: „Heroldya Królestwa Polskiego. Wysocki Józef Piotr, powiatu lipnowskiego, członek Rady Stanu Królestwa Polskiego”. I nieczytelny podpis. „Prezesa Heroldyi”. W drugim, z 1807 roku stoi: Woysko Polskie Xięztwa Warszawskiego. List służby. Fryderyk August z Bożej Łaski Król Saski, Xsiążę Warszawski. Akt na stopień oficerski Felixowi Wysockiemu. Podpisano: x. Józef Poniatowski”. Jest i list gończy za buntownikiem Piotrem Wysockim. Może wolałbym się nie rozczarować, gdyby się okazało, że tamten sławny porucznik Piotr Wysocki był z innych Wysockich? Sprawdziłem w księdze heraldycznej. Tamten Piotr Wysocki był herbu „Odrowąż”, ale herb ten jest z „Ogończykiem” skoligacony. Oba rody żyły na Mazowszu, więc może…
Utrzymujesz kontakty z kolegami i koleżankami z teatru?
Rzadko. Mieszkam daleko od Lublina, bywam tu rzadko, a poza tym to też są na ogół emeryci, a wielu z nich nie żyje. Czasy biesiad w „Norze” się skończyły bo i „Nory” nie ma. Nie ma barwnych postaci lubelskich z tamtych lat z Kaziem Grześkowiakiem, Maćkiem Polaskim, Ludwikiem Paczyńskim, „Panem Koziołkiem” z lokalnego „Kuriera Lubelskiego”, Witkiem Zarychtą, Krystynem Wójcikiem, Zbyszkiem Sztejmanem, Piotrkiem Suchorą, wnikliwą recenzentką Marią Bechczyc-Rudnicką, gronem literatów z Konradem Bielskim i plastyków, a wcześniej Staszkiem Mikulskim i Jankiem Machulskim, o których mało kto pamięta jako o lubelskich, w pewnym okresie, postaciach. Lublin był w tamtych czasach mocno artystycznym, teatralnym miastem, miał swoją bohemę, a tej już nie ma. Na scenie ze starej gwardii została już chyba tylko Nina Skołuba. Żyją, ale już na scenie nie funkcjonują Włodek Wiszniewski, Romek Kruczkowski, Henio Sobiechart, też koledzy z moich czasów. Z żyjących kolegów największą chyba, ogólnokrajową popularność ma sporo ode mnie młodszy Jurek Rogalski, dzięki rolom w serialach „07 zgłoś się” i „Plebania”.
Brakuje mi na pięknej scenie pięknego gmachu lubelskiego teatru Twojego „rzymskiego”, medalionowego profilu i wspaniałego, metalicznego, stentorowego głosu…
To rzeczywiście jeden najpiękniejszych gmachów teatralnych w Polsce. A skoro o głosie mowa. Jako weteran pracy tego teatru otrzymuję zaproszenia na premiery. Zauważyłem, że wielu młodych aktorów słabo słychać ze sceny, mimo że noszą tzw. mikroporty, o których nam nawet się nie śniło. A jak kolega Maciek Polaski ryknął w „Norze” swoim wspaniałym basem, wspomagając bufetową, która nie mogła się przebić przez intensywny gwar lokalu: „Dwa razy mielony!”, to brzmiało to jak dzwon Zygmunt. Ja też miałem głos nie na żarty.
Dziękuję za rozmowę.

Żywot pełen pasji

Taka praca monograficzna jak ta, autorstwa profesora Romana Tokarczyka, poświęcona profesorowi Grzegorzowi Leopoldowi Seidlerowi (1913-2004) nie mogła nie być owocem szczególnej fascynacji.

I trudno się tej fascynacji dziwić. Nigdy nie miałem zaszczytu zetknąć się osobiście z profesorem Seidlerem, ale pamiętam jego charakterystyczną, niewysoką postać z elegancką laską, kołyszącym krokiem przemierzającą centrum Lublina, gdy albo zmierzał albo opuszczał gmach Wydziału Prawa i Administracji przy Placu Litewskim, czyli dawny pałac Radziwiłłów. W jego sylwetce, wyrazie twarzy, budowie łysej, jakby sokratejskiej czaszki, w pory chłodne nakrytej eleganckim kapeluszem typu „eden”, zawierał się cały katalog niepospolitości. Tworzył wizerunek przedwojennego inteligenta, profesora, akademika, intelektualisty, człowieka światowego. Niektórzy nazywali go „anglofilem” nie tylko z uwagi na jego szczególne zainteresowanie anglosaską myślą polityczną i prawną, ale także z uwagi na „angielski” styl ubierania się. Dla kontrastu, jego partnera naukowego ale i rywala, profesora Henryka Groszyka nazywano „frankofilem”, bo preferował myśl francuską i nosił melonik oraz parasol. Postać profesora Seidlera jest tak barwna, że „spod pióra” Romana Tokarczyka nie wyszła bynajmniej nudna monografia postaci „mola naukowego”, lecz barwna opowieść o fascynującej, prawdziwie renesansowej osobowości (tak wyobrażałem sobie profesorów XVI-wiecznej Padwy, Bolonii czy Ferrary), nie pozbawionej także konotacji anegdotycznych, jako że Seidler był człowiekiem pełnym temperamentu retorycznego i finezyjnie dowcipnym. O tym jak barwna i zajmująca jest opowieść monograficzna prof. Tokarczyka zaświadczają tytuły „dużych” rozdziałów: „Powaga i humor” (które to pozornie sprzeczne cechy łączył Seidler w harmonijną jednię), „Nazwisko i imiona” ( z ich etymologii wywiódł autor bardzo ciekawe uwagi o Profesorze), „W kręgu rodziny”, „Wspomnienia z młodości”, „Uznany za Żyda” (czyli odwieczny problem związany z polskim antysemityzmem, który dotknął także jego, Ormianina z pochodzenia), rozdziały o naukowych i administracyjnych funkcjach bohatera monografii z rektorowaniem UMCS w Lublinie, mojej Alma Mater, na czele, „Ramię generała” (o jego szacunku dla munduru wojskowego), „Rozwodnik” i mąż” (czyli o osobistym wymiarze życia wybitnego uczonego), „Rozmówca w kawiarni” (o talentach dyskusyjnych Profesora), o jego świadomej i konsekwentnej identyfikacji jako marksisty i o jego poglądach politycznych, o aktywności rotariańskiej, „Mędrzec z potknięciami” ( o charakterze, fascynacjach, słabościach i fascynacjach Seidlera) i o wielu, wielu innych wątkach. Bogate kontakty naukowe i prywatne Seidlera sprawiały, że jego monografia jest też okazją do przypomnienia niezliczonych postaci, z którymi na dłużej czy krócej zetknął go los. Jest też oczywiście „wątek IPN-owski”, jest wywód komparatystyczny (porównawczy) zestawiający postać Seidlera z rektorem KUL Albertem Krąpcem. Niejako przy okazji zawiera też monografia R. Tokarczyka fragment historii lubelskiego Wydziału Prawa UMCS, który zapisał się licznymi wybitnymi i barwnymi postaciami. Wzbogacona o obfitą ikonografię jest praca Tokarczyka lekturą bardzo zajmującą, dla lublinianina czy ex-lublinianina w szczególności. Wśród licznych fotografii jest i ta, z 1938 roku, na której widać młodego, 25-letniego Grzegorza Leopolda Seidlera siedzącego w ławie sprawozdawców w ławach Senatu. Obradom przewodniczy marszałek Senatu Bogusław Miedziński, a z trybuny przemawia… No właśnie, kto? Otóż nie jest to, jak miałoby wynikać z podpisu, premier Kazimierz Bartel, lecz Kazimierz Świtalski. I fakt, że w czasie lektury monografii wychwyciłem tę, w końcu drobną, pomyłkę, świadczy o uwadze jaką poświęciłem tej fascynującej lekturze.

Roman Andrzej Tokarczyk – „Oblicza Grzegorza Leopolda Seidlera w powadze i anegdocie”, wprowadzenie Andrzej Zdunek, wyd. Polihymnia, Lublin 2015, str. 438, ISBN 978-83-7847-197-4.

Na 450-lecie Unii Lubelskiej

Książeczka niewielka, co nie znaczy, że nieważna

450 rocznica Unii Lubelskiej to dobra okazja do zarekomendowania pracy poświęconej okolicznościom zawarcia tejże.
Przyznam, że choć znam generalnie temat, jako że w Lublinie się urodziłem (w tutejszym muzeum znajduje się słynne malowidło Jana Matejko, a na pomnik poświęcony Unii, stojący w centrum miasta, przy placu Litewskim, spoglądałem co najmniej kilka razy w tygodniu przez kilkadziesiąt lat) i spędziłem kawał życia w tym mieście, a w każdym podręczniku i innej syntezie historii dawnej łatwo można znaleźć rozdział czy rozdzialik, a co najmniej akapit poświęcony Unii, to nigdy do tej pory nie natrafiłem na tekst, który by o niej opowiadał inaczej niż okrągłymi uogólnieniami. Józef Zięba ukazał realistycznie tło tego zdarzenia, bieg wypadków, które do niego doprowadziły, konkretne okoliczności, w tym miejsca w których się one dokonywały. Nawiasem mówiąc do tej pory nie znalazłem bezspornego potwierdzenia, gdzie Unię zaprzysiężono.
Kiedyś natknąłem się na informację, że stało się to w kościele dominikanów na Starym Mieście, ale Józef Zięba w swojej pracy wymienia kaplicę na wzgórzu zamkowym, tę bezcenną z freskami bizantyjsko-ruskim z czasów Władysława Jagiełły, ale też „kościół franciszkanów”. Jeśli ten drugi, to powstaje pytanie, czy chodzi o kościół kapucynów przy Krakowskim Przedmieściu, jako że kapucyni są zakonem reguły św. Franciszka? A może chodzi o jakiś inny kościół lubelski, który był kiedyś świątynią franciszkańską? Autor tego niestety nie precyzuje i to jest mankamentem pracy. W każdym razie na żadnym lubelskim obiekcie nie było i nie ma tablicy wskazującej, że w „tym” konkretnym obiekcie zaprzysiężono Unię.
W powieści dla młodzieży Zuzanny Morawskiej „Przygody imć pana Mikołaja Reja” autorka wskazuje na nieistniejący już dziś kościół św. Michała przy ulicy Grodzkiej jako na miejsce podpisania aktu Unii, ale nie jest to źródło miarodajne. Co do samych negocjacji, to nie odbyły się one bezkolizyjnie i akt rodził się w bólach. Po stronie litewskiej zwłaszcza, był silny opór przed połączeniem z Koroną Polską, jako że niektórzy ważni politycy litewscy uważali, że Polska nie tyle się z Litwą połączy na partnerskich zasadach, ile ją wcieli, pożre, a co najmniej zdominuje, zmajoryzuje. Zdarzyła się więc nawet ucieczka delegacji litewskiej z Lublina, w zimową noc, w mróz i zadymkę śnieżną, zatem niewiele brakowało by do zawarcia Unii nie doszło.
W każdym razie warto na okoliczność 450 rocznicy Unii Lubelskiej zapoznać się z tą niewielką a treściwą książeczką.

Józef Zięba – „Opowieść o Unii Lubelskiej i Hołdzie Pruskim”, wyd. Polihymnia, Lublin 2019, str. 36, ISBN 978-83-7847-597-2.

Bigos tygodniowy

Rząd PiS zerwał de facto współpracę z UE w ramach programu „Czyste powietrze”. „Kopciuchy”, nawet jeśli będą znikać, to w tak powolnym tempie, że zdążą nas wytruć jak muchy. Polska natomiast straci fundusze. PiS dla utrzymania władzy gotów jest nas jak muchy poświęcić na ołtarzu. Podobnie jak przy „kopciuchach”, także przy węglu mać trwamy, pardon, trwać mamy. Ucieszyła się z tego górnicza „Solidarność”, jedna z najgorszych zakał tego kraju.

*****

Pod kryptonimem „repolonizacji mediów” kryje się to, co można sobie wyobrazić, że się zdarzy w przypadku, gdyby PiS ponownie zdobył niepodzielną władzę, co zresztą jest niestety wielce prawdopodobne. To czego doświadczaliśmy przez minione cztery bez mała lata, okaże się „mały piwem” w porównaniu z łaźnią, jaką PiS urządzi wtedy nam, jego oponentom. I rzecz nie w jakimś wściekłym radykalizmie PiS, ale w tym, że po tym co nabroili i wobec perspektyw konsekwencji prawnych, w tym karnych, jakie im zagrażają, mogą już tylko palić za sobą mosty.

*****

Wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej PiS przyjęło z dobrą miną znamionującą lekceważenie (Ryszard Terlecki: „Wszystko w porządku”), ale to jednak będzie dla nich, w dłuższej perspektywie, poważny kłopot.

*****
Wyrok tzw. Trybunału Konstytucyjnego idący w sukurs n.p. tym, którzy w imię niechęci do LGBT odmawiają (jak w znanej sprawie drukarza, nie mylić z kornikiem) i będą odmawiać usług organizacjom elgebetowskim, może otworzyć „puszkę z Pandorą” czyli falę wzajemnych odmów ideologicznych w sferze handlu i usług. Przypomnę lekarza z Rumii, którzy zadeklarował, że nie będzie leczył pisiorów i handlowców, którzy – podobno – wypraszali ze sklepu panią Ogórek. Co do mnie, to jestem głęboko przekonany, że kwestie ideologiczne nie powinny mieć wstępu do zasad handlowych. Drukarz homofob powinien mieć psi obowiązek drukowania (oczywiście za pieniądze) ulotek LGBT, a krawiec szyjący sutanny czy ornaty, powinien je szyć bez szemrania, nawet jeśli jest antyklerykałem i czytelnikiem „Nie”.

*****
Niektórzy mawiają, że w wymiarze polityki społecznej PiS to czysta lewica. Nic podobnego. W sprawie 500 plus PiS poszło dokładnie w przeciwnym kierunku niż sugerowała to lewica socjalna właśnie. Ta bowiem proponowała wprowadzenie progu dochodowego, skierowanie strumienia pieniędzy do warstw najuboższych, do ludzi naprawdę potrzebujących. PiS właśnie skierował pieniądze bez progu dochodowego nawet na pierwsze dziecko. Czyli jeśli w bajecznie bogatej rodzinie polskich miliarderów narodzi się pierwszy dziedzic fortuny, to na niego także, na konto któregoś z rodziców, wpłynie owe 500 złotych.

*****
Nie byłbym człowiekiem lewicy, gdybym nie opowiadał się po stronie ludzi najbardziej upośledzonych społecznie. Jednak moje oświeceniowe wektory wewnętrzne mówią, że tym ludziom trzeba pomagać podnieść się z nędzy i beznadziei, z zaniedbania, z lenistwa społecznego, obyczajowego, intelektualnego, a nie schlebiać ich słabościom głosząc kult przeciętności i nijakości, chwałę „zwykłych ludzi”. „Zwykłość” jest jednym ze stanów natury, nie ma w nim nic zawstydzającego, ale też nie należy czynić z niego cnoty godnej najwyższego uznania i wsparcia ze strony państwa. A PiS to właśnie robi, jednocześnie szczując z nienawiścią przeciw ludziom, którzy swoją pracą i talentami wybili się ponad mierność i którzy dzięki temu ciągną tę karawanę.

*****
PSL chlubi się 124-letnią historią istnienia. Jak na polskie zwłaszcza warunki – bardzo długą. Szkoda, że te 124 lata nie wystarczyły PSL-owi, pod żadnym kierownictwem i w żadnych okolicznościach historycznych, na wyrwanie się z postawy wiernopoddańczej wobec kleru oraz z uporczywego zerkania ku prawicy i reakcji społecznej. Ba, PSL, bywał okresami mniej reakcyjny i klerykalny niż dziś. PSL nie chce iść w koalicji z Biedroniem, który z kolei poszedł po rozum do głowy i chce się jednoczyć z blokiem anty-PiS.

*****
„Czołem panie ministrze” – tymi słowami mieli powitać współwięźniowie przybywającego do celi „Misia” Misiewicza. Nie od dziś wiadomo, że pobyt w kiciu wyostrza dowcip. Obecnie „Miś” chodzi już po wolności.

*****
Coś z „Misia”, ale tym razem nie Misiewicza, lecz Barei. Prokuratura z Chodzieży wzięła i zdobyła się na desperacką odwagę zażądania od kurii biskupiej dokumentacji w sprawie księdza-pedofila. Kuria odpowiedziała jak szatniarz z „Misia”: „Nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi”. Kuria o tyle jednak była uprzejmiejsza od szatniarza, że raczyła poinformować prokuraturę, że płaszcz jest w Watykanie.

*****
Policja odwiedziła Skibę za to, że zeszłej jesieni wyraził się publicznie słowami: „Jebać PiS”. Policja powinna zrozumieć, że są ludzie, którzy w podobnie szorstki sposób wyrażają uczucia erotyczne i pragnienie zbliżenia płciowego.

****
Jan Pospieszalski poskarżył się w „Gazecie Polskiej” na parciany poziom bożocielnej procesji, w której brał udział. Wadliwe nagłośnienie, chrapliwe mikrofony, słychać było co drugie zdanie „kazającego” księdza. Do tego uczestnicy nieprzygotowani, znający w najlepszym razie tylko pierwszą zwrotkę każdej z bożocielnych pieśni. Nie to co w kościołach zachodnich, gdzie każdy uczestnik wyposażony jest w stosowny śpiewnik. Tam wiernych jak na lekarstwo, ale za to poziom usług rzetelny, a u nas, w tej masówce, powszechne partactwo, tumiwisizm, niedbalstwo, brakoróbstwo. Prasa, radio i telewizja w Polsce Ludowej też na to ciągle pomstowały.

*****
W Lublinie PiS czyli wojewoda Czarnek i pisowscy radni działają na rzecz zakazu Parady Równości w tym mieście. Czarnek to najbardziej zideologizowany z pisowskich wojewodów, osobnik o poglądach skrajnie reakcyjnych. Województwo leży odłogiem, a pan Czarnek zajmuje się krzewieniem na siłę „wartości chrześcijańskich”. Ma przez to proces z lokalnym LGBT. Panie Czarnek, kończ waść, wstydu oszczędź!

*****
W tymże Lublinie trochę przyglądałem się obchodom 450 rocznicy Unii Lubelskiej. Czysta popkultura, pozowanie, udawanie, przebieranki, śpiewanki, na ogół dość tandetne. Ani odrobiny o myśli politycznej, która tkwiła u podstaw historycznego aliansu. Ani też grama refleksji nad dzisiejszym stanem relacji polsko-litewskich, które są chłodne, na granicy wrogości. Zatem właściwie całe te obchody były nie na temat.

Lubelska pozorna gra w referendum?

W Lublinie trwa lokalna biznesowo-ekologiczna potyczka o Górki Czechowskie. Rozgrywka, wyglądająca na demokrację przedstawicielską, jest w istocie próbą zdjęcia odpowiedzialności z prezydenta Żuka i radnych za podejmowane decyzje.

Za 500 tyś zł. przeprowadzone zostanie w dniu 07 kwietnia pierwsze referendum w historii miasta, którego przedmiotem będzie plan zagospodarowania Górek Czechowskich. Jego wynik i ważność są raczej bez znaczenia, bo tak czy inaczej o losach Górek zdecyduje prezydent miasta.

Poligon na hipermarket

Górki Czechowskie to teren położony w dzielnicy Czechów, w północnej części Lublina, zajmujący ok. 113 ha dawnego poligonu. Jest to typowa dla Wyżyny Lubelskiej dolina lessowa z zachowaną dziką przyrodą. Już od lat 50-tych ubiegłego stulecia w planach miejskich przewidywano przeznaczenie tego obszaru pod park krajobrazowy i rekreacyjny. Zgodnie z obowiązującym od 2018 Studium Zagospodarowania Przestrzennego Górki Czechowskiego przeznaczone są na teren zielony chroniony przed urbanizacją jako strategiczny obszar ekologiczno-rekreacyjny dla północnego Lublina. Jednocześnie Górki są dla miasta kanałami wentylacyjnymi doprowadzającymi świeże powietrze. O tym, że takie korytarze są potrzebne świadczy najlepiej przykład Krakowa, w którym pomimo wymiany starych pieców węglowych smog z miasta nie ustąpił.
W 2000 roku Agencja Mienia Wojskowego sprzedała Górki Czechowskie za ok. 12 mln złotych kieleckiej spółce Echo. Firma ta przez prawie 15 lat usiłowała zmienić plan zagospodarowania miasta tak, aby zbudować tam hipermarket i bloki mieszkalne. Nawet obietnica przebudowy na własny koszt pobliskiego skrzyżowania nie zmieniła postawy ówczesnych władz miasta. Argumenty ekologów i przeciwników zabudowy tego terenu zwyciężały.

Referendum za lub przeciw blokowisku

W końcu Echo sprzedało Górki Czechowskie lubelskiej firmie deweloperskiej TBV, która zamierza zbudować na 30 ha tego obszaru bloki mieszkalne, a w zamian za pozwolenie na to deklaruje oddanie miastu za symboliczną złotówkę 75 hektarów, na których ma zostać urządzony park.
Prezydent miasta Krzysztof Żuk wraz ze swoim klubem radnych w radzie miasta Lublina zadecydował o przeprowadzeniu referendum, ogłoszonego na 7 kwietnia. Lublinianie mają odpowiedzieć na skomplikowane pytanie „Czy jest Pan/Pani za tym aby Gmina Lublin zmieniła obecnie dopuszczony miejscowym planem zagospodarowania przestrzennego rodzaj zabudowy z usługowej, komercyjnej i sportowo-rekreacyjnej na zabudowę mieszkalno-usługową na ok. 30 ha terenu tzw. Górek Czechowskich, w zamian za przekazanie Gminie Lublin pozostałych ok. 75 ha tego terenu i współfinansowanie przez obecnego właściciela jego zagospodarowania, jako zieleni publicznej, przy zachowaniu cennych przyrodniczo walorów?”.

Zarówno przeciwnicy jak i zwolennicy zmian

na Górkach Czechowskich od razu wzięli się do kampanii. W rezultacie mieszkańcy zasypywani są ulotkami, zaproszeniami na spotkania, w mieście odbywają się liczne wiece, demonstracje, czy happeningi, które mają przekonać do głosowania na „nie” lub „tak” w tym lubelskim plebiscycie. Argumenty i sposoby ich przekazywania są bardzo różne, poczynając od ekonomicznych, poprzez ekologiczne, historyczne aż po strasznie odpowiedzialnością karno-cywilną. TBV utworzyła specjalną stronę internetową, na której wypowiadają się osoby uznawane za autorytety i przeciętni Lublinianie. Przeciwnicy na swoich portalach cytują prawno-ekologiczne argumenty podważające sens i potrzebę zmian w tej dzielnicy Lublina. W internecie trwa prawdziwa wojna, w której obie strony nie szczędzą sobie epitetów i irracjonalnych argumentów.

Jak by nie stanąć to… Górki będą na Czechowie

W referendum, aby było wiążące, musi wziąć udział co najmniej 30 procent uprawnionych do głosowania i co najmniej połowa ważnych głosów musi paść za jednym z rozwiązań.
Jeśli Lublinianie zagłosują w referendum na „tak”, wówczas rada miasta podejmie stosowną uchwałę, a TBV zbuduje na Górkach Czechowskich bloki i urządzi park.
Oczywiście miasto będzie musiało potem dołożyć pieniądze do nowo powstałego osiedla, ponieważ zamieszka tam co najmniej kilkanaście tysięcy osób, co z kolei pociąga za sobą zbudowanie odpowiedniej infrastruktury (drogi, kanalizacja, żłobki, szkoły, komunikacja itp.)
Negatywny wynik głosowania ważnego głosowania nie będzie oznaczał, że na Górkach nie będzie można budować. W takiej sytuacji firma TBV będzie mogła skorzystać z tzw. „lex developer” (przeforsowanej przez Prawo i Sprawiedliwość i podpisanej przez prezydenta Dudę rządowej specustawy budowlanej), które ułatwia przeznaczanie pod zabudowę gruntów rolnych, powojskowych i poprzemysłowych, będących w granicach administracyjnych miasta. Ustawa ta nie pozwala na inwestycje na terenach chronionych i leśnych, ale za zgodą rady gminy umożliwia pominięcie planu zagospodarowania przestrzennego. Sądząc z obecnej postawy radnych z klubu prezydenta Krzysztofa Żuka, przegłosowanie stosownej uchwały nie będzie stanowiło problemu dla tego rozwiązania. Chociaż tu można mieć wątpliwości, czy radni i prezydent miasta zdecydują się na zastosowanie wtedy „lex deweloper” wbrew woli mieszkańców Lublina. Bo to mogłoby spotęgować istniejące już dziś wątpliwości co do motywów działania Ratusza.

Jeżeli referendum będzie nieważne,

wówczas decyzja co do dalszych losów Górek Czechowskich należeć będzie do prezydenta Żuka i rady miasta.
Tu warto przypomnieć, że Miasto Lublin zawsze miało prawo pierwokupu tego terenu. Zarówno w 2000 roku jak i później. Jednak ówcześni prezydenci miasta: Andrzej Pruszkowski, Andrzej Wasilewski i Krzysztof Żuk nie skorzystali z tego uprawnienia, choć cena za ten obszar wynosiła kilkanaście milionów złotych, co dla budżetu Lublina nie było problemem.
Miasto byłoby właścicielem tego terenu i miałoby możliwość zarobienia dziś olbrzymich pieniędzy, choćby ze sprzedaży działek na terenie nie przewidzianym pod budowę parku. Natomiast teraz stoi w obliczu wspierania prywatnego, miliardowego biznesu TBV.

W przypadku absencji

mieszkańców w tej pozornej grze demokratycznego referendum w Lublinie, być może, radni Lublina spowodują, że teren ten odkupi miasto a nie będzie dokładać później gminnych funduszy do prywatnego biznesu. A próba zdjęcia z siebie odpowiedzialności przez prezydenta Żuka za decyzje w sprawie Górek Czechowskich poprzez ogłoszenie referendum jest zabiegiem socjotechniczno-prawno-politycznym. Bo, parafrazując powiedzenie Kurasia z „Polskich Dróg”: – z której strony by nie spojrzeć, to Górki… pozostaną dalej na lubelskim Czechowie.

Wieczorne zamieszanie genderowe

„Wieczór Trzech Króli” Williama Szekspira to niejako „specjalność” lubelskiego teatru.

Zaczęło się w 1921 roku, gdy z tą komedią zjechał do Lublina Ludwik Solski. Po raz kolejny, na tej samej scenie, ale tym razem już pod winietą Państwowego Teatru im. Juliusza Osterwy, wystawiono „Wieczór” 30 marca 1952 roku. Kolejna premiera „Wieczoru” miała miejsce w dzień Trzech Króli, 6 stycznia 1974 roku. O wszystkich tych wystawieniach można przeczytać w programie do najnowszego przedstawienia. Dwóch pierwszych przedstawień rzecz jasna widzieć nie mogłem z powodu nieobecności na tym świecie. Przedstawienie sprzed 45 lat, w reżyserii Józefa Słotwińskiego, pamiętam blado, ale pozostała mi w pamięci jego barwna, scenograficzno-kostiumowa wystawność (scenografia to od dawien dawna do dziś świetnie uprawiana specjalność lubelskiej sceny, jej dobra marka) oraz akrobatyczna dynamika ruchowa.
Przedstawienie w reżyserii Łukasza Kosa, którego premiera odbyła się także w Wieczór Trzech Króli 2019 wyraziście i bez ogródek wpisuje się w „klimaty genderowe”. To już nie zwykła przebieranka, jak tradycyjnych inscenizacjach i to dotycząca jedynie Violi, udającej Sebastiana, lecz totalna zamiana płciowych ról przez większość bohaterów, testowanie mężczyzn w rolach kobiecych i odwrotnie. Łukasz Kos i autor opracowania tekstu Hubert Sulima czynią to jednak bez ambicji sięgających zawiłości psychoanalitycznych, bez brania tego wszystkiego bardzo na serio. Gdybym miał pójść za subiektywnym skojarzeniem, uznałbym, że podeszli oni do całego tego zamieszania nie tylko z humorem ale i dystansem intelektualnym. Ten humorystyczny dystans i ten miszmasz jest też w kostiumach (Maja Skrzypek) i scenografii (Paweł Walicki). Te pierwsze są kompletnie fantazyjne, ani „renesansowe” (zazwyczaj kojarzone z Szekspirem), ani współczesne, ale właśnie kompletnie „od czapy” w dobrym tego słowa znaczeniu, bo fantazyjne, „samoswoje”. Scenografia nawiązuje do motywów morskich, ze sztucznym morzem w tle, z ogromnymi balonami w kształcie betonowych falochronów. To wszystko zdynamizowane migotliwą choreografią Katarzyny Sikory. W zespole aktorskim bez fajerwerków, ale wyrównany dobry poziom. No, może wyróżniłbym najlepszą chyba rolę tego przedstawienia, czyli Malvolia Marty Ledwoń, która ciekawie pokazała kogoś w rodzaju hermafrodyty, z męskim niemal, tubalnym głosem i skrywającym się pod tą zewnętrznością kobiecym seksapilem. Uznanie także dla Niny Skołuby-Urygi, seniorki lubelskiej sceny, w roli Błazna, zabawnej Magdaleny Sztejman jako sir Andrzeja Chudogęby, Wojciecha Rusina jako bardzo dobrego sir Toby i Daniela Dobosza, perwersyjnie kobiecego w roli Olivii. Słabością aktorską przedstawienia była niestety Justyna Janowska w roli Violi/Sebastiana, wyraźnie odstająca od reszty in minus. Bardzo mi przykro czynić taką uwagę pod adresem aktorki początkującej w zawodzie. Rzecz jasna, nie sposób oczekiwać od młodej aktorki dojrzałej roli, młodość i niedojrzałość jest zresztą w tę postać wpisana, ale w tym przypadku można było odnieść wrażenie, że bladość i nieporadność jej wykonania, sprawiająca przy tym wrażenie nieświadomości sensu roli, była efektem braku należytego poprowadzenia ze strony reżysera, odrobiny dopingu, kilku profesjonalnych uwag. Odrobina wsparcia i niedoświadczona aktorka, nie wątpię że utalentowana, wyszłaby z tego niełatwego zadania obronną ręką. A tak otrzymaliśmy bezkrwistą, gombrowiczowską „Iwonę”, tyle że nie w tym przedstawieniu. W ostatecznym jednak rezultacie udany to był wieczór, dobra i inteligentna zabawa.

William Szekspir – „Wieczór Trzech Króli”, reż. Łukasz Kos, muz. Daniela Strycharski, Teatr im. Juliusza Osterwy w Lublinie, prem. 6 stycznia 2019.

Fotograficznym wehikułem czasu przez Lublin

Nie przystępowałem do lektury tego albumu jak do lektury o dowolnym miejscu na Ziemi, lecz z intencją i odczuciem specjalnym, bo to album o moim rodzinnym mieście. „Lublin, którego nie ma” Joanny Zętar ma za motto słowa Władysława Panasa, twórcy lubelskiej geopoetyki: „Miasto i przestrzeń jest to księga, jak palimpsest”. Palimpsest to księga pisana na używanym wcześniej materiale piśmienniczym. We wstępie do albumu Joanna Zętar pisze o Lublinie jako o mieście niezwykłej historii, o wielowiekowej, różnorodnej tradycji, zachwycającym bogactwem i różnorodnością swojej rzeźby terenu i architektury (z powodu położenia na wzgórzach nazywany był nawet „ministurowym Rzymem”). I o mieście, które jak każde miasto i miejsce na ziemi, podlega nieustającym zmianom i metamorfozom, procesom nieustannego znikania i przybywania, budowli i ludzi. Na pozór najważniejsze w obrazie każdego miasta jest to, co w nim istnieje, co – jest. Wspomniany Władysław Panas uczył, że nie mniej ważne niż to, co z tkanki miasta się zachowało, są „nieistniejące punkty, z których prowadzą wyłącznie ścieżki w przeszłość”. Uczył, że „trzeba potrafić patrzeć, by móc je dostrzec”. W tym patrzeniu ogromnie pomocni, o ile nie niezbędni, są przewodnicy, tacy jak znakomity fotograf Lublina Edward Hartwig, poeta Józef Czechowicz, odkrywca niezwykłych lubelskich narracji Tomasz Pietraszewicz, a także wspomniany tu już Panas.

Tę listę można by bez trudu pomnożyć, sięgając głębiej w przeszłość, choćby o Józefa Ignacego Kraszewskiego, który mieszkał w Lublinie krótko, jako podrostek, ale który w kilkunastu swoich powieściach i opowiadaniach (m.in. „Maleparta”, Morituri”, „Pan Walery”, „Syn marnotrawny”) pozostawił niemal dokumentalny obraz dawnego, XVII i XVIII-wiecznego Lublina, o biskupa Ignacego Krasickiego, w którego Mikołaja Doświadczyńskiego przypadkach” jest ciekawy obraz Lublina z epoki, o powieść „Królestwo pychy” Michała Rusinka, zawierającą piękny opis fragmentu renesansowo-barokowego Lublina czasów Władysława IV, czy o Augusta Grychowskiego, autora fundamentalnej pracy o „Lublin i Lubelszczyzna w życiu i twórczości pisarzy polskich”, od Biernata z Lublina i Sebastiana Klonowica, twórców z Lublina renesansowego, w którym mieszkał przez pewien czas Mikołaj Rej, a Jan Kochanowski umarł, po wiek XX, w tym lubelskie wątki w prozy Andrzeja Struga, w którego drewnianym dworku na Poczekajce mieszkałem przez kilkanaście lat. To m.in. w Lublinie znaleźli scenerię do usytuowanej w XVII wieku akcji twórcy serialu „Czarne chmury”. Lublin to w końcu także miasto legend, z tą o „Czarciej Łapie” na czele.

„Lublin, którego nie ma” Joanny Zętar zawiera dziesiątki fotografii wykonanych na przestrzeni XX wieku, ukazujących już to obiekty i miejsca już w przestrzeni Lublina nie istniejące, już to miejsca i obiekty ocalałe, ale poddane przez czas i ludzi daleko idącym metamorfozom. Rozpoczyna album fotografia spadzistej ulicy Bernardyńskiej, odmienionej, ale jednak w znacznym stopniu zachowanej w swoim dawnym kształcie, a kończy zachowana już tylko na fotografiach ulica Zamkowa, przynależąca do dawnej dzielnicy żydowskiej. A pomiędzy tymi nawiasami od B do Z, poddane niezliczonym przemianom, ale ciągle do pewnego stopnia „takie jak zawsze”, odnowione renesansowe Stare Miasto, secesyjne Krakowskie Przedmieście, gotycka Brama Krakowska, barokowa Katedra, Ratusz, neogotycki Zamek – dziś Muzeum Lubelskie z „Unią Lubelską” Jana Matejki jako koroną kolekcji dawnego malarstwa. skrócone, ale nadal do dawnych swych kształtów podobne ulice Cyrulicza czy Kowalska, jak prawie nie zmienione wzgórze Czwartek z kościołem św. Mikołaja, z bardzo odmienionymi targowiskami u jego stóp, jak dworzec kolejowy, jak miejsca doskonale mi znane, ale już nieistniejące, jak choćby niezapomniane z niezliczonych doznań filmowych kino „Kosmos”, czy wcześniej znikłe, a jeszcze zapamiętane z autopsji baseny kąpielowe przy Leszczyńskiego i Grottgera a także kształty, które zniknęły z przestrzeni miasta na długo przed moim przyjściem na świat (jak choćby staw i obiekty na Rusałce, ulica Szeroka czy synagoga położona kiedyś u stóp Zamku), przemienione czasem nie do poznania jak hala targowa z Lubartowskiej z dawnym kinem „Koziołek”, a także dziesiątki innych miejsc i obiektów. Gdy taki album ogląda – jak ja – lublinianin z urodzenia i z 45 lat życia w tym mieście, muszą budzić się w magazynie jego pamięci niezliczone tysiące wspomnień, przypomnień, asocjacji, sentymentów, tęsknot najbardziej osobistych i subiektywnych. W tym także pamięć moich lubelskich ulic, przy których mieszkałem (Graniczna, Sieroca, Konstantynów, Medalionów), kilku moich szkół (Al. Racławickie, Ogrodowa, Lipowa), a których konterfektów akurat w tym albumie nie ma (nie jest to wyrzut w stosunku do autorki tego albumu, bo przecież musiała w końcu dokonać wyboru kilkudziesięciu fotografii spośród wieluset, a raczej spośród tysięcy istniejących), miejsc w których najczęściej bywałem, ulic którymi przechodziłem i obiektów obok których najczęściej przechodziłem. Jednak moja osobista historia lubelska, mój osobisty palimpsest, to osobna historia, do tego albumu tylko cząstkowo przynależąca. Ten zaś piękny album jest obiektywną rzeczywistością estetyczną i historyczną, z którą warto się zapoznać. Dla starych lublinian czy eks-lublinian jego lektura będzie przejażdżką wehikułem czasu. Dla nielublinian – zachęta do poznania niezwykłego, „starożytnego miasta”, jak pisano o nim w starych przewodnikach turystycznych.

Joanna Zętar – „Lublin, którego nie ma”, Dom Wydawniczy Księży Młyn, Łódź 2018, partner wydania: Ośrodek „Brama Grodzka – Teatr NN”,str. 141, ISBN 978-83-7729-438-3.