Lubelska pozorna gra w referendum?

W Lublinie trwa lokalna biznesowo-ekologiczna potyczka o Górki Czechowskie. Rozgrywka, wyglądająca na demokrację przedstawicielską, jest w istocie próbą zdjęcia odpowiedzialności z prezydenta Żuka i radnych za podejmowane decyzje.

Za 500 tyś zł. przeprowadzone zostanie w dniu 07 kwietnia pierwsze referendum w historii miasta, którego przedmiotem będzie plan zagospodarowania Górek Czechowskich. Jego wynik i ważność są raczej bez znaczenia, bo tak czy inaczej o losach Górek zdecyduje prezydent miasta.

Poligon na hipermarket

Górki Czechowskie to teren położony w dzielnicy Czechów, w północnej części Lublina, zajmujący ok. 113 ha dawnego poligonu. Jest to typowa dla Wyżyny Lubelskiej dolina lessowa z zachowaną dziką przyrodą. Już od lat 50-tych ubiegłego stulecia w planach miejskich przewidywano przeznaczenie tego obszaru pod park krajobrazowy i rekreacyjny. Zgodnie z obowiązującym od 2018 Studium Zagospodarowania Przestrzennego Górki Czechowskiego przeznaczone są na teren zielony chroniony przed urbanizacją jako strategiczny obszar ekologiczno-rekreacyjny dla północnego Lublina. Jednocześnie Górki są dla miasta kanałami wentylacyjnymi doprowadzającymi świeże powietrze. O tym, że takie korytarze są potrzebne świadczy najlepiej przykład Krakowa, w którym pomimo wymiany starych pieców węglowych smog z miasta nie ustąpił.
W 2000 roku Agencja Mienia Wojskowego sprzedała Górki Czechowskie za ok. 12 mln złotych kieleckiej spółce Echo. Firma ta przez prawie 15 lat usiłowała zmienić plan zagospodarowania miasta tak, aby zbudować tam hipermarket i bloki mieszkalne. Nawet obietnica przebudowy na własny koszt pobliskiego skrzyżowania nie zmieniła postawy ówczesnych władz miasta. Argumenty ekologów i przeciwników zabudowy tego terenu zwyciężały.

Referendum za lub przeciw blokowisku

W końcu Echo sprzedało Górki Czechowskie lubelskiej firmie deweloperskiej TBV, która zamierza zbudować na 30 ha tego obszaru bloki mieszkalne, a w zamian za pozwolenie na to deklaruje oddanie miastu za symboliczną złotówkę 75 hektarów, na których ma zostać urządzony park.
Prezydent miasta Krzysztof Żuk wraz ze swoim klubem radnych w radzie miasta Lublina zadecydował o przeprowadzeniu referendum, ogłoszonego na 7 kwietnia. Lublinianie mają odpowiedzieć na skomplikowane pytanie „Czy jest Pan/Pani za tym aby Gmina Lublin zmieniła obecnie dopuszczony miejscowym planem zagospodarowania przestrzennego rodzaj zabudowy z usługowej, komercyjnej i sportowo-rekreacyjnej na zabudowę mieszkalno-usługową na ok. 30 ha terenu tzw. Górek Czechowskich, w zamian za przekazanie Gminie Lublin pozostałych ok. 75 ha tego terenu i współfinansowanie przez obecnego właściciela jego zagospodarowania, jako zieleni publicznej, przy zachowaniu cennych przyrodniczo walorów?”.

Zarówno przeciwnicy jak i zwolennicy zmian

na Górkach Czechowskich od razu wzięli się do kampanii. W rezultacie mieszkańcy zasypywani są ulotkami, zaproszeniami na spotkania, w mieście odbywają się liczne wiece, demonstracje, czy happeningi, które mają przekonać do głosowania na „nie” lub „tak” w tym lubelskim plebiscycie. Argumenty i sposoby ich przekazywania są bardzo różne, poczynając od ekonomicznych, poprzez ekologiczne, historyczne aż po strasznie odpowiedzialnością karno-cywilną. TBV utworzyła specjalną stronę internetową, na której wypowiadają się osoby uznawane za autorytety i przeciętni Lublinianie. Przeciwnicy na swoich portalach cytują prawno-ekologiczne argumenty podważające sens i potrzebę zmian w tej dzielnicy Lublina. W internecie trwa prawdziwa wojna, w której obie strony nie szczędzą sobie epitetów i irracjonalnych argumentów.

Jak by nie stanąć to… Górki będą na Czechowie

W referendum, aby było wiążące, musi wziąć udział co najmniej 30 procent uprawnionych do głosowania i co najmniej połowa ważnych głosów musi paść za jednym z rozwiązań.
Jeśli Lublinianie zagłosują w referendum na „tak”, wówczas rada miasta podejmie stosowną uchwałę, a TBV zbuduje na Górkach Czechowskich bloki i urządzi park.
Oczywiście miasto będzie musiało potem dołożyć pieniądze do nowo powstałego osiedla, ponieważ zamieszka tam co najmniej kilkanaście tysięcy osób, co z kolei pociąga za sobą zbudowanie odpowiedniej infrastruktury (drogi, kanalizacja, żłobki, szkoły, komunikacja itp.)
Negatywny wynik głosowania ważnego głosowania nie będzie oznaczał, że na Górkach nie będzie można budować. W takiej sytuacji firma TBV będzie mogła skorzystać z tzw. „lex developer” (przeforsowanej przez Prawo i Sprawiedliwość i podpisanej przez prezydenta Dudę rządowej specustawy budowlanej), które ułatwia przeznaczanie pod zabudowę gruntów rolnych, powojskowych i poprzemysłowych, będących w granicach administracyjnych miasta. Ustawa ta nie pozwala na inwestycje na terenach chronionych i leśnych, ale za zgodą rady gminy umożliwia pominięcie planu zagospodarowania przestrzennego. Sądząc z obecnej postawy radnych z klubu prezydenta Krzysztofa Żuka, przegłosowanie stosownej uchwały nie będzie stanowiło problemu dla tego rozwiązania. Chociaż tu można mieć wątpliwości, czy radni i prezydent miasta zdecydują się na zastosowanie wtedy „lex deweloper” wbrew woli mieszkańców Lublina. Bo to mogłoby spotęgować istniejące już dziś wątpliwości co do motywów działania Ratusza.

Jeżeli referendum będzie nieważne,

wówczas decyzja co do dalszych losów Górek Czechowskich należeć będzie do prezydenta Żuka i rady miasta.
Tu warto przypomnieć, że Miasto Lublin zawsze miało prawo pierwokupu tego terenu. Zarówno w 2000 roku jak i później. Jednak ówcześni prezydenci miasta: Andrzej Pruszkowski, Andrzej Wasilewski i Krzysztof Żuk nie skorzystali z tego uprawnienia, choć cena za ten obszar wynosiła kilkanaście milionów złotych, co dla budżetu Lublina nie było problemem.
Miasto byłoby właścicielem tego terenu i miałoby możliwość zarobienia dziś olbrzymich pieniędzy, choćby ze sprzedaży działek na terenie nie przewidzianym pod budowę parku. Natomiast teraz stoi w obliczu wspierania prywatnego, miliardowego biznesu TBV.

W przypadku absencji

mieszkańców w tej pozornej grze demokratycznego referendum w Lublinie, być może, radni Lublina spowodują, że teren ten odkupi miasto a nie będzie dokładać później gminnych funduszy do prywatnego biznesu. A próba zdjęcia z siebie odpowiedzialności przez prezydenta Żuka za decyzje w sprawie Górek Czechowskich poprzez ogłoszenie referendum jest zabiegiem socjotechniczno-prawno-politycznym. Bo, parafrazując powiedzenie Kurasia z „Polskich Dróg”: – z której strony by nie spojrzeć, to Górki… pozostaną dalej na lubelskim Czechowie.

Wieczorne zamieszanie genderowe

„Wieczór Trzech Króli” Williama Szekspira to niejako „specjalność” lubelskiego teatru.

Zaczęło się w 1921 roku, gdy z tą komedią zjechał do Lublina Ludwik Solski. Po raz kolejny, na tej samej scenie, ale tym razem już pod winietą Państwowego Teatru im. Juliusza Osterwy, wystawiono „Wieczór” 30 marca 1952 roku. Kolejna premiera „Wieczoru” miała miejsce w dzień Trzech Króli, 6 stycznia 1974 roku. O wszystkich tych wystawieniach można przeczytać w programie do najnowszego przedstawienia. Dwóch pierwszych przedstawień rzecz jasna widzieć nie mogłem z powodu nieobecności na tym świecie. Przedstawienie sprzed 45 lat, w reżyserii Józefa Słotwińskiego, pamiętam blado, ale pozostała mi w pamięci jego barwna, scenograficzno-kostiumowa wystawność (scenografia to od dawien dawna do dziś świetnie uprawiana specjalność lubelskiej sceny, jej dobra marka) oraz akrobatyczna dynamika ruchowa.
Przedstawienie w reżyserii Łukasza Kosa, którego premiera odbyła się także w Wieczór Trzech Króli 2019 wyraziście i bez ogródek wpisuje się w „klimaty genderowe”. To już nie zwykła przebieranka, jak tradycyjnych inscenizacjach i to dotycząca jedynie Violi, udającej Sebastiana, lecz totalna zamiana płciowych ról przez większość bohaterów, testowanie mężczyzn w rolach kobiecych i odwrotnie. Łukasz Kos i autor opracowania tekstu Hubert Sulima czynią to jednak bez ambicji sięgających zawiłości psychoanalitycznych, bez brania tego wszystkiego bardzo na serio. Gdybym miał pójść za subiektywnym skojarzeniem, uznałbym, że podeszli oni do całego tego zamieszania nie tylko z humorem ale i dystansem intelektualnym. Ten humorystyczny dystans i ten miszmasz jest też w kostiumach (Maja Skrzypek) i scenografii (Paweł Walicki). Te pierwsze są kompletnie fantazyjne, ani „renesansowe” (zazwyczaj kojarzone z Szekspirem), ani współczesne, ale właśnie kompletnie „od czapy” w dobrym tego słowa znaczeniu, bo fantazyjne, „samoswoje”. Scenografia nawiązuje do motywów morskich, ze sztucznym morzem w tle, z ogromnymi balonami w kształcie betonowych falochronów. To wszystko zdynamizowane migotliwą choreografią Katarzyny Sikory. W zespole aktorskim bez fajerwerków, ale wyrównany dobry poziom. No, może wyróżniłbym najlepszą chyba rolę tego przedstawienia, czyli Malvolia Marty Ledwoń, która ciekawie pokazała kogoś w rodzaju hermafrodyty, z męskim niemal, tubalnym głosem i skrywającym się pod tą zewnętrznością kobiecym seksapilem. Uznanie także dla Niny Skołuby-Urygi, seniorki lubelskiej sceny, w roli Błazna, zabawnej Magdaleny Sztejman jako sir Andrzeja Chudogęby, Wojciecha Rusina jako bardzo dobrego sir Toby i Daniela Dobosza, perwersyjnie kobiecego w roli Olivii. Słabością aktorską przedstawienia była niestety Justyna Janowska w roli Violi/Sebastiana, wyraźnie odstająca od reszty in minus. Bardzo mi przykro czynić taką uwagę pod adresem aktorki początkującej w zawodzie. Rzecz jasna, nie sposób oczekiwać od młodej aktorki dojrzałej roli, młodość i niedojrzałość jest zresztą w tę postać wpisana, ale w tym przypadku można było odnieść wrażenie, że bladość i nieporadność jej wykonania, sprawiająca przy tym wrażenie nieświadomości sensu roli, była efektem braku należytego poprowadzenia ze strony reżysera, odrobiny dopingu, kilku profesjonalnych uwag. Odrobina wsparcia i niedoświadczona aktorka, nie wątpię że utalentowana, wyszłaby z tego niełatwego zadania obronną ręką. A tak otrzymaliśmy bezkrwistą, gombrowiczowską „Iwonę”, tyle że nie w tym przedstawieniu. W ostatecznym jednak rezultacie udany to był wieczór, dobra i inteligentna zabawa.

William Szekspir – „Wieczór Trzech Króli”, reż. Łukasz Kos, muz. Daniela Strycharski, Teatr im. Juliusza Osterwy w Lublinie, prem. 6 stycznia 2019.

Fotograficznym wehikułem czasu przez Lublin

Nie przystępowałem do lektury tego albumu jak do lektury o dowolnym miejscu na Ziemi, lecz z intencją i odczuciem specjalnym, bo to album o moim rodzinnym mieście. „Lublin, którego nie ma” Joanny Zętar ma za motto słowa Władysława Panasa, twórcy lubelskiej geopoetyki: „Miasto i przestrzeń jest to księga, jak palimpsest”. Palimpsest to księga pisana na używanym wcześniej materiale piśmienniczym. We wstępie do albumu Joanna Zętar pisze o Lublinie jako o mieście niezwykłej historii, o wielowiekowej, różnorodnej tradycji, zachwycającym bogactwem i różnorodnością swojej rzeźby terenu i architektury (z powodu położenia na wzgórzach nazywany był nawet „ministurowym Rzymem”). I o mieście, które jak każde miasto i miejsce na ziemi, podlega nieustającym zmianom i metamorfozom, procesom nieustannego znikania i przybywania, budowli i ludzi. Na pozór najważniejsze w obrazie każdego miasta jest to, co w nim istnieje, co – jest. Wspomniany Władysław Panas uczył, że nie mniej ważne niż to, co z tkanki miasta się zachowało, są „nieistniejące punkty, z których prowadzą wyłącznie ścieżki w przeszłość”. Uczył, że „trzeba potrafić patrzeć, by móc je dostrzec”. W tym patrzeniu ogromnie pomocni, o ile nie niezbędni, są przewodnicy, tacy jak znakomity fotograf Lublina Edward Hartwig, poeta Józef Czechowicz, odkrywca niezwykłych lubelskich narracji Tomasz Pietraszewicz, a także wspomniany tu już Panas.

Tę listę można by bez trudu pomnożyć, sięgając głębiej w przeszłość, choćby o Józefa Ignacego Kraszewskiego, który mieszkał w Lublinie krótko, jako podrostek, ale który w kilkunastu swoich powieściach i opowiadaniach (m.in. „Maleparta”, Morituri”, „Pan Walery”, „Syn marnotrawny”) pozostawił niemal dokumentalny obraz dawnego, XVII i XVIII-wiecznego Lublina, o biskupa Ignacego Krasickiego, w którego Mikołaja Doświadczyńskiego przypadkach” jest ciekawy obraz Lublina z epoki, o powieść „Królestwo pychy” Michała Rusinka, zawierającą piękny opis fragmentu renesansowo-barokowego Lublina czasów Władysława IV, czy o Augusta Grychowskiego, autora fundamentalnej pracy o „Lublin i Lubelszczyzna w życiu i twórczości pisarzy polskich”, od Biernata z Lublina i Sebastiana Klonowica, twórców z Lublina renesansowego, w którym mieszkał przez pewien czas Mikołaj Rej, a Jan Kochanowski umarł, po wiek XX, w tym lubelskie wątki w prozy Andrzeja Struga, w którego drewnianym dworku na Poczekajce mieszkałem przez kilkanaście lat. To m.in. w Lublinie znaleźli scenerię do usytuowanej w XVII wieku akcji twórcy serialu „Czarne chmury”. Lublin to w końcu także miasto legend, z tą o „Czarciej Łapie” na czele.

„Lublin, którego nie ma” Joanny Zętar zawiera dziesiątki fotografii wykonanych na przestrzeni XX wieku, ukazujących już to obiekty i miejsca już w przestrzeni Lublina nie istniejące, już to miejsca i obiekty ocalałe, ale poddane przez czas i ludzi daleko idącym metamorfozom. Rozpoczyna album fotografia spadzistej ulicy Bernardyńskiej, odmienionej, ale jednak w znacznym stopniu zachowanej w swoim dawnym kształcie, a kończy zachowana już tylko na fotografiach ulica Zamkowa, przynależąca do dawnej dzielnicy żydowskiej. A pomiędzy tymi nawiasami od B do Z, poddane niezliczonym przemianom, ale ciągle do pewnego stopnia „takie jak zawsze”, odnowione renesansowe Stare Miasto, secesyjne Krakowskie Przedmieście, gotycka Brama Krakowska, barokowa Katedra, Ratusz, neogotycki Zamek – dziś Muzeum Lubelskie z „Unią Lubelską” Jana Matejki jako koroną kolekcji dawnego malarstwa. skrócone, ale nadal do dawnych swych kształtów podobne ulice Cyrulicza czy Kowalska, jak prawie nie zmienione wzgórze Czwartek z kościołem św. Mikołaja, z bardzo odmienionymi targowiskami u jego stóp, jak dworzec kolejowy, jak miejsca doskonale mi znane, ale już nieistniejące, jak choćby niezapomniane z niezliczonych doznań filmowych kino „Kosmos”, czy wcześniej znikłe, a jeszcze zapamiętane z autopsji baseny kąpielowe przy Leszczyńskiego i Grottgera a także kształty, które zniknęły z przestrzeni miasta na długo przed moim przyjściem na świat (jak choćby staw i obiekty na Rusałce, ulica Szeroka czy synagoga położona kiedyś u stóp Zamku), przemienione czasem nie do poznania jak hala targowa z Lubartowskiej z dawnym kinem „Koziołek”, a także dziesiątki innych miejsc i obiektów. Gdy taki album ogląda – jak ja – lublinianin z urodzenia i z 45 lat życia w tym mieście, muszą budzić się w magazynie jego pamięci niezliczone tysiące wspomnień, przypomnień, asocjacji, sentymentów, tęsknot najbardziej osobistych i subiektywnych. W tym także pamięć moich lubelskich ulic, przy których mieszkałem (Graniczna, Sieroca, Konstantynów, Medalionów), kilku moich szkół (Al. Racławickie, Ogrodowa, Lipowa), a których konterfektów akurat w tym albumie nie ma (nie jest to wyrzut w stosunku do autorki tego albumu, bo przecież musiała w końcu dokonać wyboru kilkudziesięciu fotografii spośród wieluset, a raczej spośród tysięcy istniejących), miejsc w których najczęściej bywałem, ulic którymi przechodziłem i obiektów obok których najczęściej przechodziłem. Jednak moja osobista historia lubelska, mój osobisty palimpsest, to osobna historia, do tego albumu tylko cząstkowo przynależąca. Ten zaś piękny album jest obiektywną rzeczywistością estetyczną i historyczną, z którą warto się zapoznać. Dla starych lublinian czy eks-lublinian jego lektura będzie przejażdżką wehikułem czasu. Dla nielublinian – zachęta do poznania niezwykłego, „starożytnego miasta”, jak pisano o nim w starych przewodnikach turystycznych.

Joanna Zętar – „Lublin, którego nie ma”, Dom Wydawniczy Księży Młyn, Łódź 2018, partner wydania: Ośrodek „Brama Grodzka – Teatr NN”,str. 141, ISBN 978-83-7729-438-3.

Korespondencja z Piekła (2)

Poemat o narkomanie

 

Na detoksie dni są do siebie bliźniaczo podobne. Brak pasji, książki czy zajęcia powoduje przygnębienie i wydłuża czas do skali, której nawet Einstein nie przewidział w swojej teorii księżycowego arbuza. Wszechobecna nuda powoduje duży popyt na wszelkiego rodzaju dragi, ale najchętniej kupowany jest tu clonazepam. Pomimo moich nałogów, nie pamiętam bym kiedykolwiek w życiu się nudził. Nawet zamknięty w pustym i dźwiękoszczelnym pomieszczeniu, uciekam w swój autystyczny świat neurotycznej wyobraźni. Udało mi się do perfekcji opanować tę umiejętność i powiem szczerze, że ułatwia ona życie jak jasna cholera.

Tym razem rzuciłem się również w wir pisania, co powoduje, że czas zasuwa z prędkością światła. Albo arbuza w zależności, do której teorii Einsteina się odwołamy.
Poznałem już wszystkich pacjentów i z większością udało się nawet nawiązać zachowawczo koleżeńskie relacje. Zaskoczył mnie jeden chłopak z Warszawy. Facet mniej więcej w moim wieku. Poznałem go, gdy stał pod gabinetem zabiegowym i zwijał się z bólu trzymając za szczękę. Domyśliłem się, że dokucza mu potworny ból zęba. Na pierwszy rzut oka widać było, że okropnie cierpiał.
Zrobiło mi się go żal. Tak po ludzku. Gabinet zamknięty, pielęgniarka wyszła na obchód, a chłop ledwo stoi. Miałem jeszcze paczkę „Mocnych”, pożyczonych od doktora Kaciuby. Przy dużym bólu wiele to nie pomoże, ale jest szansa, ze przynajmniej w jakimś stopniu złagodzi, przytępi cierpienie, a może nawet przyniesie chwilową ulgę.

Zobaczyłem błysk w jego oczach, gdy tylko wyjąłem kieszeni paczkę i zaproponowałem, by się poczęstował.

Gdy następnego dnia ponownie zobaczyłem go w podobnej pozycji pod zabiegowym, znowu wyjąłem „Mocne” i tym razem dałem mu wszystkie, które mi zostały. Nie było to więcej jak pół paczki. Trochę żal, ale takiemu palaczowi jak ja, zawsze żal oddawać szlugi, zwłaszcza, że więcej nie miałem i byłem przekonany, że w żaden sposób ich już nie odzyskam. Ale faceta naprawdę skręcało, inaczej jednak nie potrafiłem mu pomóc.

Jakież było moje zdziwienie, gdy następnego dnia kolega z sali powiedział mi, że tamten mnie szukał. Po chwili przyszedł ponownie, a w ręku trzymał dużą – 100 gramową – paczkę tytoniu (niezorientowanym napiszę, że z tego można zrobić jakieś 150 papierosów). Zaczęła mi wracać wiara w ludzi i honor starych narkomanów.
Zbliża się siedemnasta, za chwile rozdzwonią się telefony. Znowu zadałem sobie pytanie, czy zadzwoni ktoś do mnie?

Wczoraj mogłem pozałatwiać najbardziej palące potrzeby, na jakiś czas dostałem swój telefon z depozytu. To też element terapii, ponieważ wciąż piszę i publikuję, muszę utrzymywać kontakt z redakcjami, udało mi się więc wynegocjować komórkę na kilka godzin.

Przywykłem już nieco do oddziału i zauważyłem sporo różnic między tym, co jest teraz, a tym, co było kilka lat temu. Z cała pewnością jest znacznie mniejszy handel prochami, narkotykami, czy dopalaczami. Ostatnio, jak tu leżałem, wystarczyło wejść do pierwszej lepszej sali, by kupić clonazepam, amfetaminę, metadon czy nawet dopalacze.

Co kilka dni są zebrania, podczas których pacjenci i terapeuci omawiają bieżące sprawy oddziału. Chyba z braku pomysłu, dominantą tych spotkań są „kradzieże” – cudzysłów zamierzony, ale zaraz wyjaśnię dlaczego. Od kiedy jestem, każde zebranie jest niemalże identyczne, głównym tematem są wspomniane wcześniej kradzieże, które według pacjentów stały się już plagą. Rzecz dotyczy Snickersa, jakiegoś wafelka, kilku landrynek, a najcenniejszym skradzionym przedmiotem była Coca-Cola. Do czasu jednak.

Dzisiaj zwołano zebranie, ponieważ jedna z dziewczyn zgłosiła terapeutom, że ktoś ukradł jej pierścionek. Był dla niej bardzo cenny i – choć zrobiony był ze zwykłej blachy – miał dla niej dużą wartość sentymentalną.

Oczywiście, zebranie przeszło hucznie, każdy przekrzykiwał się pomysłami, jak i gdzie szukać zaginionego przedmiotu. Zaproponowałem nawet by zadzwonić do mieszkania tej dziewczyny i dopytać bliskich, czy przypadkiem nie został on w domu. Dziewczyna jednak była pewna, że miała go tutaj, choć nigdy nie nosiła, trzymała w specjalnej szkatułce.

Po godzinie przekrzykiwania, sporów i pomysłów rozwiązania tej kwestii, doszliśmy do wniosku, że wspólnie z terapeutką i poszkodowaną przeszukamy jej rzeczy, a jeśli trzeba to nawet całą salę. Dziewczyna próbowała się wycofać, umniejszając sentymentalną wartość tej blaszanej biżuterii stwierdziła, że tak naprawdę na tym pierścionku aż tak jej nie zależy, chciała jedynie, by skończyły się na oddziale kradzieże.

Terapeutka jednak była zdeterminowana, a i reszta pacjentów miała już dość słuchania o kradzieżach cukierków, czy kilku paluszków, zamiast omawiać poważniejsze sprawy. Takie, jak choćby coraz częstsze odejścia pacjentów. Dzisiaj rano odszedł na własną prośbę warszawiak, który dał mi wspomniany wcześniej tytoń. Spotkania powinny służyć rozwiązywaniu spraw pacjentów, przekonywaniu, by zostali, ale zostały zdominowane ciągłym wałkowaniem wyimaginowanych kradzieży.

Wracając jednak do afery z pierścionkiem: wybrana komisja udała się do jej do sali, by pomóc dziewczynie odszukać zaginioną pamiątkę. Jakież było zdziwienie, gdy terapeutka otworzyła jej kosmetyczkę, zamiast pierścionka wyleciał z niej clonazepam. Psychika niektórych ludzi naprawdę mnie zaskakuje, wątpię by zrobiła to z głupoty. Mówiąc na zebraniach o kradzieżach, zapomniani przez świat pacjenci, usiłują zwrócić na siebie uwagę. I to jest istota tych wszystkich złodziejskich zmyśleń. Pamiętacie film „Dwunastu Gniewnych Ludzi”? Tam, emeryci występowali przed sądem jako świadkowie w sprawach, o których nie mieli pojęcia. Ważniejsze było dla nich to, by chociaż na chwilę zwrócić na siebie uwagę, niezależnie, że mogą tym skazać na śmierć niewinnego człowieka.

Historia ta idealnie pasuje do teorii, znanej w nauce jako „Brzytwa Hanlona”: nie należy doszukiwać się złej woli tam, gdzie wytłumaczeniem może być zwykła głupota
Pamiętam, jak podczas jednego moich pobytów, jeden z pacjentów przemycił 20 gramów dopalaczy. Ukrył je w kuli, którą podpierał zwichniętą nogę. Towar był tak mocny, że przez kilka dni cały oddział chodził naspidowany. Setka tej substancji działa mocniej, niż gram amfetaminy.

Perfidne Uzależnienie.

Opiszę teraz historię z innego oddziału, nie pamiętam dokładnie, z jakiego to było detoksu, czy ośrodka, ale nie jest to w tym momencie istotne.

Leżał na oddziale chłopak, był bardzo głęboko uzależniony od heroiny, dodatkowo podwójnie trafiony (oznacza to, że miał zarówno HIV jak i HCV). Był na wykończeniu i pewnie zdawał sobie sprawę ze swojej sytuacji.

Zgodnie z normami stereotypowego myślenia, sam sobie był winien. Ten przypadek odbiega jednak od schematu wciąganego chętnie na swoje flagi rzez prawicową Mozie. Jeśli jednak chociaż jeden człowiek p przeczytaniu tej historii, spojrzy cieplejszym okiem na narkomana, to warto ją opisać.

Chłopak – nazwijmy go Janek, mieszka w Warszawie. Od urodzenia w tej samej kamienicy. Od dziecka przyjaźnił się z Krzyśkiem. Chodzili razem do przedszkola, podstawówki i szkoły średniej.
W dorosłe życie weszli pod koniec lat osiemdziesiątych.

Pomimo tego, że się rozeszli, pozakładali własne rodziny i wybrali różne drogi życiowe, młodzieńcza przyjaźń przetrwała.

Janek zauważył, że z przyjacielem dzieje się coś niedobrego, ale tamten zapewniał, to wina przemęczenia, że ma anemię, lekką depresję i przy okazji wymyślił tysiąc niespecjalnie groźnych schorzeń, ale jest pod opieką lekarzy i nawet jeden z nich sprowadził mu marihuanę medyczną. Marihuana medyczna, to nic innego jak zwykła marihuana, ale nazwali ja medyczną, by palący gówniarz był przekonany, że jest lepszy od żula pijącego alpagę pod sklepem. Jako Polacy uwielbimy eufemizmy, a hipokryzja jest wartością nadrzędną.

Wrócę jednak do głównego wątku, bo się pogubię

Janek z Krzysztofem spędzali wspólnie masę czasu. Chodzili czasem na piwo, czasami odwiedzali się w domu.

Janek poza alkoholem nigdy ani po żadne narkotyki czy prochy nigdy nie sięgał, nawet trawki nie próbował.

Krzysiek wręcz przeciwnie – nie mógł obejść się bez heroiny. Ponieważ jednak dobrze zarabiał, potrafił ukryć objawy nałogu. Wystarczy kokaina, dobre perfumy, odpowiednie kremy, krople atropinowe do oczu i był gotowy do pracy. I oczywiście do spotkania z przyjacielem.

Cały ten makijaż działał jednak powierzchownie. Wyniki w pracy Krzysztofa były coraz gorsze. Dostał jednak szansę na uporządkowanie swoich spraw i sam prezes zarządu zapewnił go, że praca będzie na niego czekać.

Jak było do przypuszczenia, najpierw wybrał z konta całą gotówkę, następnie zadzwonił do dilera. Przed Jankiem udawał, że wszystko gra, że pracuje i nawet spodziewa się awansu, ponieważ aplikował na stanowisko głównego inżyniera.

Ludzie tacy jak Janek są idealnym łupem dla narkomanów i alkoholików. Nie znają problemu, więc nie potrafią się nawet obronić. Z łatwością można ich sobie owinąć wokół palca.
Umówili się na wieczór i mieli omówić, co dalej z przyszłością Krzysztofa. Zjawił się punktualnie, zaniósł piwo do lodówki i wyciągnął dwa skręty, częstując Janka jednym. Zapewnił, że towar jest najlepszej jakości, przywieziony przez kolegę z Afganistanu.

Janek kompletnie się na tym nie znał, nigdy nie palił, nie wąchał nawet zapachu palonej konopi. Trochę się bał, ale przecież awans kolegi – co ja mówię – przyjaciela, należy oblać z pompą.
Po kilku zaciągnięciach poczuł się dziwnie, sądził że trawka działa inaczej, W końcu dopadły go torsje i pobiegł do toalety wymiotować. I tym razem pojawiło się ogromne zdumienie. Rzyganie sprawiało mu jednak ogromną przyjemność. Był szczęśliwy. Wymiotując do tej muszli, był siódmym niebie.

Krzysztof prawie codziennie zaczął odwiedzać Janka, za każdym razem przynosił „zioło”, co według Janka było zwykłą, bezpieczną „gandzią”. Trochę inaczej wyobrażał sobie jednak jej smak i kolor, ale był dyletantem w tym temacie i wiedział, że Krzysztof nie szprycuje go podejrzanymi dopalaczami.

Gdy, pewnego popołudnia przyszedł Krzysztof i powiedział, że tym razem nie ma towaru, Janek wpadł w rozpacz. Czuł się potwornie. Zalewały go jednocześnie fale zimna i gorąca. Zupełnie nie rozumiał, co się z nim dzieje, jeszcze nigdy tak źle się nie czuł. Wyglądało to na wyjątkowo ciężką grypę. Bo przecież niemożliwe, żeby gandzia tak go uzależniła. W ogóle możliwości uzależnienia nie brał pod uwagę.

Krzysztof doskonale wiedział, co się z nim dzieje. Możemy temu zaradzić – powiedział – ale musisz dać mi pieniądze. Ja jestem już spłukany. W kieszeni Janek miał kilkadziesiąt złotych. Drżącą ręką wyjął z kieszeni i podał banknoty przyjacielowi. Był pewien, że wystarczy ze sporym zapasem. Przecież trawka nie może być droga pomyślał.

Uśmiech Krzysztofa zamarł w cynicznym uśmiechu. – To ciut za mało, mój przyjacielu – powiedział pewnym siebie głosem. – Gram heroiny kosztuje ponad 200 złotych.

– Jak to heroiny?! – zdziwił się Janek. – Paliliśmy przecież zwykłą gandzię, nie znam się na tym, ale nawet jeśli był to hasz, to też chyba tyle nie kosztuje – powiedział zdezorientowany.

Głód jednak dokuczał mu coraz bardziej, zaczęły się początki skręta (skręt – zespół odstawienny u narkomanów uzależnionych od opiatów). Nigdy nie przypuszczał, że człowiek może znieść tego rodzaju ból.

Nie mogąc znieść tego, co się z nim dzieje, poszedł do najbliższego bankomatu wypłacić pieniądze. Krzysztof praktycznie zamieszkał u niego, to właśnie on zajął się zdobywaniem towaru. Za pieniądze Janka oczywiście. Przestali też bawić się w palenie, dożylnie efekt jest znacznie lepszy.

Gdy bankowe konto zaświeciło pustką, Janek wziął jeszcze kredyt – miał dobrą historię kredytową, nie było więc problemu. Gdy i te pieniądze się skończyły, zaczął zadłużać się w parabankach oferujących chwilówki. Miał już długi u wszystkich znajomych, dochody również się skończyły. Janek uprawiał wolny zawód, zarabiał bardzo dobrze, ale gdy nie pracował, nie miał żadnych dochodów. Z domu powoli znikały gromadzone latami sprzęty, wszystko zanosił do lombardów.

Kiedy w mieszkaniu nie było już nic do sprzedania, a firmy windykacyjne zaczęły upominać się o spłatę długów. Krzysztof nagle zniknął. Pojechał szukać drugiego Janka.

Ludzie lubelskiej lewicy w 100-leciu niepodległej Polski

Referat wygłoszony przez prof. Emila Horocha na Konferencji „Czyn i ludzie lewicy Lubelszczyzny w 100-leciu niepodległej Polski” zorganizowanej przez Radę Wojewódzką Stowarzyszenia „Pokolenia” w Lublinie 15.IX. 2018 roku.

 

100 – lecie odzyskania niepodległości sprzyja formowaniu pewnych refleksji. To nie tylko listopad 1918 roku, ale całe 100 lat. Jest to okres, który tworzyło i uczestniczyło w nim pięć pokoleń. To lata II Rzeczpospolitej, lata wojny i okupacji, to wreszcie okres od 1944/1945 do 1989 r. i po transformacji ustrojowo – gospodarczej, zapoczątkowanej obradami i decyzjami ,,Okrągłego stołu”.
Rok 1918 – na plan pierwszy wybija się dzień 11 listopada. Było to dzień, który przeszedł do historii, bo wówczas, w wagonie kolejowym w podparyskim Compiegne cesarskie Niemcy poprosiły o pokój.
Co działo się wówczas na ziemiach polskich ( m.in. na Lubelszczyznie)
Jak doszło do wybicia się na niepodległość?
Dnia 28 października 1918 r. w Krakowie powstała Polska Komisja Likwidacyjna na czele z Wincentym Witosem. Popierały ją wszystkie stronnictwa galicyjskie, od konserwatystów po socjalistów.
W Lublinie rozpoczęło się rozbrajanie wojsk austriacko – węgierskich. Dnia 3 listopada Lublin było wolny od wojski okupacyjnych.
5 listopada 1918 roku powstała Lubelska Rada Delegatów Robotniczych. W jej skład weszli przedstawiciele SDKPiL, PPS – Lewicy, PPS i Poalej-Syjon. Reprezentowała ona skrajny kierunek, przemian społeczno – gospodarczych wzorowanych na modelu radzieckim i opartym na haśle europejskiej rewolucji socjalistycznej.
W nocy z 6 na 7 listopada, powstał w Lublinie Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej. Premierem w tym rządzie został przywódca PPSD – Ignacy Daszyński. Oceniając wydarzenia listopada 1918 r., należy pamiętać, że odzyskanie niepodległości przez Polskę, to wynik sprzyjających okoliczności na arenie europejskiej ( upadek carskiej Rosji i klęska Cesarstwa Austro-Węgierskiego oraz Cesarstwa Niemieckiego).
Bohaterem, często przesłoniętym przez bitwy i dyplomację – były masowe, oddolne ruchy społeczne, które oprócz hasła niepodległość, miały nadzieję na zmiany statusu upośledzonych grup społecznych, a nawet na zmianę struktury samego społeczeństwa.
To proponowała ówczesna polska lewica, a manifest ,, Do Ludu Polskiego”, wydany przez rząd Ignacego Daszyńskiego. Zapowiadano w nim m.in : zwołanie Sejmu, równouprawnienia wszystkich obywateli, 8 – godzinny dzień pracy, wniesienie do przyszłego Sejmu projektów reform (reforma rolna i upaństwowienie głównych gałęzi przemysłu), wprowadzenie powszechnego, obowiązkowego, bezpłatnego i świeckiego nauczania szkolnego oraz ,, organizowanie regularnej armii ludowej”.

 

Historia polskiego stulecia miała niejedno imię.

Miała również imię lewicowe, niezależnie od okresów historycznych, które składają się na te 100 lat. To nie tylko czerń i biel, ale również i czerwony kolor. To szereg wybitnych jednostek polskiej i lubelskiej lewicy. Często dzisiaj zapomnianej, zrzucanej z cokołów, wyrzucanej z nazw ulic.
Chciałbym przedstawić kilkanaście sylwetek ludzi Lubelskiej lewicy z tych minionych lat. Mój wybór z natury rzeczy, jest subiektywny, autorski. Ale każdy z obecnych na tej sali, może dokonać własnego wyboru – w swojej gminie, mieście, powiecie czy województwie. Z tego względu proszę o wyrozumiałość zebranych.
Na początek sylwetka, która nie mieści się w ramach czasowych 100 – lecia, ale warto ją przypomnieć. To postać księdza

 

Piotra Ściegiennego.

Syn chłopa, uczył się w Kolegium Pijarów w Opolu Lubelskim, nauczyciel, organizator organizacji spiskowej (Lublin, Hrubieszów, Zamość, Krasnystaw). Przygotował powstanie. Autor ,, Złotej książeczki”, w której nawoływał do rewolucji społecznej. Aresztowany w 1844 r. został skazany na pracę w kopalni ołowiu w Aleksandrowsku na Syberii. Po powrocie do kraju w lutym 1871 r. mieszkał w Tarnawie, Wilkołazie, aż w 1883 r. został kapelanem szpitalnym, w szpitalu u św. Jana Bożego w Lublinie. Opiekował się biedotą robotniczą z ulicy Lubartowskiej i przedmieścia Czwartek.
Stał się symbolem dla kolejnych pokoleń działaczy lewicy lubelskiej.
Zmarł 6 listopada 1890 r. w wieku 90 lat. Jego pogrzeb był pierwszą w dziejach Lublina, manifestacją, a zarazem pochodem robotniczo – chłopskim na Krakowskim Przedmieściu. Został pochowany na cmentarzu przy ulicy Lipowej.

 

Róża Luksemburg

urodzona w Zamościu 5 marca 1870 roku. Zamordowana przez skrajnie prawicową jednostkę tzw. „Freikorpsu” 15 stycznia 1919 roku. Jest obok Marii Curie – Skłodowskiej, najbardziej znaną na świecie Polką oraz najsłynniejszą zamościanką. Była związana z polskim i niemieckim ruchem robotniczym, wybitną działaczką II Międzynarodówki, teoretykiem i praktykiem ruchu robotniczego, walczyła o prawa kobiet.
Miała swoje zdanie w polemikach z Edwardem Bernesteinem, Karolem Kautskim i Włodzimierzem Leninem.
Najsłynniejszy jej ,,bon mot”, to ,, socjalizm albo barbarzyństwo”. Łączyła wiek XIX z wiekiem XX.

 

Andrzej Strug

(Tadeusz Gałecki) urodził się 28 listopada 1871 r., zmarł 9 grudnia 1937 r. Bohater pięknego wiersza autorstwa Władysława Broniszewskiego pt. ,, Na śmierć Andrzeja Struga”.
Mieszkaniec Lublina, uczeń zaangażowany w działalność antycarską. Więzień Cytadeli warszawskiej, zesłaniec do Archangielska, członek PPS-u. Legionista odznaczony Krzyżm Vilituti Militarii. Członek rządu ludowego Ignacego Daszyńskiego, senator II RP.
W 1934 r. utworzył Ligę Praw Człowieka i Obywatela. Był członkiem Polskiej Akademii Literatury, Wielki Mistrz Wielkiej Loży Narodowej Polski. Pisarz, dzisiaj postać zapomniana, godna jednak przypomnienia.
Wkraczamy w listopad 1918 roku.

 

Władysław Kunicki,

nauczyciel, uczestnik rewolucji 1905 r., dyrektor szkoły handlowej na ulicy Narutowicza 37, członek PPS-u. To w jego mieszkaniu przy ulicy Namiestnikowskiej w nocy z 6 na 7 listopada 1918 r. odbyła się narada członków przyszłego Tymczasowego Rządu Ludowego, którego premierem został Ignacy Daszyński. W. Kunicki był Komisarzem Rządu Ludowego. Jego grób znajduje się w Lublinie, na cmentarzu przy ul. Lipowej.

 

Józefa Kunicka,

siostra Władysława Kunickiego, nauczycielka, trzykrotnie wybierana do rady Miasta w Lublinie. Działaczka oświaty. Walczyła o godniejszą pensję dla robotników. Była jedną z osób, które starały się podnieść stan higieniczny Lublina. Była, jak jej brat, związana z lubelską lewicą.

 

Marian Buczek,

kiedyś była ulica jego imienia, później część ulicy, dzisiaj jej już nie ma. W listopadzie 1918 roku miał 22 lata. Należał do najmłodszych i najbardziej aktywnych uczestników lubelskiego listopada. Legionista. Członek PPS, POW. Odznaczony odznaką ,, Nocy 7-8 listopada”. Członek Milicji Ludowej, KPRP, KPP. Więzień polityczny w II RP o najdłuższym stażu. Ginie 10 września 1939 roku w walce z Niemcami pod Ożarowem. Był żołnierzem listopada 1918 roku oraz września 1939 roku.

 

Jan Hieronim Hempel,

ps. Jan Bezdomny, Jan Boży, Kwakier, Wolski. Publicysta, filozof, działacz ruchu robotniczego i spółdzielczego. Pracował w Chinach, był nauczycielem w Paranie ( Brazylia) w środowisku Polaków, później w Paryżu. Był redaktorem „Kuriera Lubelskiego”. Współzałożyciel loży masońskiej w Lublinie. Był inicjatorem założenia Lubelskiej Spółdzielni Spożywców, pierwotna nazwa – Stowarzyszenie Spożywców.
Legionista, członek PPS – Lewica, KPRP, KPP, więzień polityczny w II RP. To o nim Władysław Broniewski, więziony w jednej celi z Hemplem w 1931 roku napisał wiersz pt. ,,Magnitogorsk albo rozmowa z Janem”, aresztowany w ZSRR w ramach ,, czystek stalinowskich”, w styczniu 1937 roku został stracony.

 

Wanda Papiewska,

członkini Stowarzyszenia Sumienia Oświaty ,,Światło”’ w 1906 roku, członek PPS. Założycielka LSS, wspólnie z Janem Hemplem oraz Oktawianem Zabrowskim, przewodnicząca Abstynentów ,,Przyszłość” (działał w nim m.in. Bolesław Bierut). Była radną w samorządzie Lublina z listy PPS. Kierowała biblioteką w LSS-ie. Działaczka Ligi obrony Praw Człowieka i Obywatela. Była również członkinią Loży Masońskiej. Po drugiej wojnie, posłanka do Krajowej Rady Narodowej. Potrafiła od przewodniczącego KRN Bolesława Bieruta domagać się zwolnienia z więzień ludzi niesłusznie aresztowanych.

 

Ludwik Czugała,

nauczyciel, społecznik, przewodniczący Wojewódzkiej Rady Narodowej w Lublinie. Jeden z inicjatorów powołania wyższej uczelni Uniwersytetu Marii Curie Skłodowskiej. Członek ZMW ,, Wici”, ZNP, BCh i AL. Zamordowany przez oddział ,,Żelaznego” (Edmund Edward Taraszkiewicz) 29 maja 1951 roku we wsi Wytyczno, pow. włodawski.

 

Paweł Dąbek

absolwent wydziału prawa Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego z 1936 r. W okresie okupacji członek Służby Zwycięstwa Polsce, Robotniczo – Chłopskiej Organizacji Bojowej i Gwardii Ludowej, w której pełnił funkcję dowódcy Lubelskiego Okręgu w latach 1942 – 1943, do czasu aresztowania przez władze niemieckie. W latach 1943 – 1944 więzień obozu koncentracyjnego na Majdanku. Działacz PPR i PZPR. Przewodniczący WRN w Lublinie ( 1944-1946, 1951 – 1952, 1956 – 1969). Poseł do KRN i Sejmu PRL. Członek Rady Naczelnej i Zarządu Głównego ZBoWiD. W latach 1969 – 1976 dyrektor Wydawnictwa Lubelskiego. Posiadał stopień generała brygady WP. Zmarł 19 września 1987 roku, pochowany w Lublinie.

 

Władysław Kozdra,

absolwent historii na UMCS (1964). Członek PPR i PZPR w Lublinie. Od października 1956 r. (z krótką przerwą od 17.XI. do 12. XII. 1956 r. kiedy był sekretarzem rolnym KW) do sierpnia 1971 roku pełnił funkcję I Sekretarza KW PZPR w Lublinie. Po roku pracy w centralnym aparacie partyjnym, 12.10.1972 roku został wybrany na stanowisko 1 sekretarza KW PZPR w Koszalinie. Funkcję tę pełnił do 10.12.1980 roku. Był delegatem na wszystkie Zjazdy PZPR, był członkiem KC PZPR. Pełnił również funkcję posła na Sejm PRL. W okresie jego kadencji w rolnictwie i przemyśle Lubelszczyzny zaszły znaczące zmiany. To wtedy zbudowano także szereg szkół w ramach akcji ,,1000 szkół na Tysiąclecie”.’ Zmarł 12.IX. 1986 roku w Koszalinie.

 

Józef Dechnik

urodził się 26 stycznia 1910 roku we wsi Krzeszów Górny, w powiecie biłgorajskim. W 1928 roku wyjechał do Argentyny w poszukiwaniu pracy. Tam nawiązał kontakty z organizacjami lewicowymi. Powrócił do Polski w 1932 roku. Nawiązał wówczas kontakt z KD KPP w Biłgoraju. Aresztowany za działalność komunistyczną. Odsiedział wyrok, 4 lata, w więzieniu w Janowie Lubelskim. W okresie okupacji, w latach 1939 – 1940, przebywał w Związku Radzieckim, skąd powraca w 1940 roku do miejscowości Hucisko. Współpracował z BCh, organizował komórki PPR w powiecie biłgorajskim. Po wyzwoleniu pełnił funkcję I sekretarza KP PPR w Biłgoraju, był członkiem KW PPR. W 1947 roku obejmuje obowiązki I sekretarza w Zamościu i zostaje posłem do Sejmu RP. W roku 1948 pełni funkcję prezesa Wojewódzkiego Związku ,, Samopomoc Chłopska”, a następnie kierownika Wydziału Organizacyjnego KW PZPR w Lublinie. Po ukończeniu dwuletniej szkoły partyjnej przy KC PZPR, od 1 maja 1951 do 30 kwietnia 1953 r. był przewodniczącym ZG Związku Pracowników Rolnych. Poseł na Sejm. Następnie, od 1.IV.1953 r. do 31.X.1956 r, pełnił funkcję sekretarza do spraw rolnych w KW PZPR w Olsztynie. W wyniku starań społeczeństwa biłgorajskiego w 1956 roku Józef Dechnik wraca do Biłgoraja. Obejmuje funkcję I sekretarza KP PZPR, którą pełni do 1974 r. To w okresie jego kadencji „Biłgoraj i powiat biłgorajski przeszedł z wieku XIX w wiek XX”. Został odznaczony Orderem Budowniczych Polski Ludowej.
Był nietypowym przykładem członka aparatu partyjnego PPR i PZPR. Zawsze miał czas na spotkania i rozmowy z ludźmi. Tak go wspomina Stanisław Niedźwiedź, który pracował z J. Dechnikiem. ,,Słuchał ludzi, nawet tych należących do przeciwnych opcji politycznych” – ,, Przed podjęciem każdej decyzji prowadził szerokie konsultacje, chodziło mu o to, żeby decyzja jaką podejmie była najlepsza dla powiatu biłgorajskiego”. Prorocze były jego słowa wypowiedziane na konferencji powiatowej w grudniu 1956 r. ,,Partia musi być taka, jaką chcą masy. Urzędników w partii nam nie trzeba”. Zmarł 23 listopada 1983 roku w Biłgoraju.

 

Ryszard Wójcik,

po działalności w ruchu młodzieżowym w ZMP i ZMW, w latach 1960 – 1977 członek Egzekutywy KW PZPR w Lublinie. Był sekretarzem KW PZPR, pełnił funkcję przewodniczącego Prezydium WRN i wojewody lubelskiego. W 1975 roku został wybrany na I sekretarza KW PZPR w Lublinie. Na VII Zjeździe został wybrany członkiem KC PZPR. W latach 1973 – 1975 był prezesem Rady Główniej Centralnego Związku Kółek Rolniczych. We wspomnieniach koleżanek i kolegów jest wspominany jako człowiek życzliwy oraz dbający o rozwój Lubelszczyzny. Zmarł 25 czerwca 1977 roku, pochowany w Lublinie.

 

Prof. Grzegorz Seidler,

absolwent Wydziału Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego w 1935 r. Od 1950 związany z UMCS, a w latach 1959 – 1969 był jego rektorem. Za jego kadencji wyrosły nowe gmachy uczelni i 1000 róź. Redaktor naczelny ,,Annales Uniwersitis Marii Curie – Skłodowska”’. Członek Egzekutywy KW PZPR w Lublinie w okresie 1966 – 1969. Radny Wojewódzkiej Rady Narodowej. W latach 1969 – 1971 dyrektor Instytutu Kultury Polskiej w Londynie. Zmarł w 2004 roku w Lublinie.

 

Prof. Zdzisław Cackowski,

absolwent studiów filozoficznych na Państwowym Uniwersytecie im. M.W. Łomonosowa w Moskwie. Po powrocie podjął pracę na UMCS w Katedrze Filozofii. Był filozofem i marksistą. Pełnił funkcję prodziekana Wydziału Humanistycznego UMCS i rektora tej uczelni. Jako rektor chciał ,,otworzyć swój uniwersytet na Polskę i świat”. Był członkiem ZWM, ZMP i PZPR, członek KC PZPR, zasiadał w Radzie Konsultacyjnej przy przewodniczącym Rady Państwa (był nim gen. W. Jaruzelski). Zmarł w 2016 roku w Lublinie.

 

Prof. Stanisław Krzykała,

absolwent polonistyki w KUL. Członek OM TUR, PPR i PZPR. Wiceprezydent i prezydent Lublina. Historyk, który zapoczątkował i prowadził badania nad historią ruchu robotniczego na Lubelszczyźnie. Dyrektor Instytutu Historii UMCS, dziekan Wydziału Humanistycznego UMCS i prorektor uczelni. Zmarł w Lublinie w 1976 roku.

 

Leszek Siemion,

jeden z przedstawicieli słynnego rodu Siemionów z Krzczonowa. Uczestnik ruchu oporu II wojny światowej. Po okupacji żołnierz Wojska Polskiego i oficer MO. Członek ZMP, jeden z założycieli pisma ,, Pod wiatr” w 1956 roku oraz PPR i PZPR. Dziennikarz (Wielkopolska i Lubelskie). Historyk – autor wielu artykułów i opracowań opisujący ruchy partyzanckie w okresie II wojny światowej, Działacz społeczny. Aktywny członek ZBoWiD w Lublinie. Bardzo życzliwy dla ludzi. Zmarł w Lublinie 4 lutego 1981 roku.

Sylwetki osób które przedstawiłem, wiedli swoje życie, prowadzili działalność społeczną, polityczną, naukową, w różnych okresach historycznych, ale apogeum przypadło na lata po II wojnie światowej. Lata, które obecni rządzący chcą wykreślić z historii naszego państwa oraz naszej osobistej historii.
100 – lecie odzyskania niepodległości, to nie tylko święto prawicy. Każdy okres historyczny ma swoje czarne plamy. Ale po II wojnie dokonał się awans społeczny, zlikwidowano analfabetyzm, wprowadzono powszechną i bezpłatną oświatę, bezpłatną służbę zdrowia, w tym przychodnie w zakładach pracy, etaty lekarzy w szkołach.
Powstały liczne szkoły, w tym „1000 szkół na Tysiąclecie”, uczelnie wyższe, np. w Lublinie, w których kształcili się Ci , którzy teraz ten okres krytykują.
W sytuacji kobiet po II wojnie światowej nastąpiły także zasadnicze zmiany. W 1945 r. w Polsce wprowadzono małżeństwa cywilne i rozwody, a nowy kodeks rodzinny z 1955 roku zrównał małżonków w prawach i obowiązkach. Nastąpiła również aktywizacja zawodowa kobiet oraz otwarcie możliwości edukacyjnych na różnych szczeblach.
Nie można tych 45-ciu lat wymazać z historii. Pamięć ludzi jest czasem zawodna i koniunkturalna.
Kolejna kwestia – ekonomia. Gdyby nie lewica, mimo obecności w bloku wschodnim, Polska pozostała by krajem biednym, ekonomicznie zacofanym, zbudowanym na ostrych podziałach klasowych i wyzysku. To wtedy dokonał się, za cenę wielu wyrzeczeń, skok cywilizacyjny.
Do 1950 roku 100% dzieci w wieku od 7 do 15 lat zostało objętych obowiązkowym, bezpłatnym nauczaniem. Nauczanie średnie kończyło do 20% młodzieży. Nastąpił lawinowy wzrost liczby studentów w szkołach wyższych. Liczba inżynierów wzrosła z 7 do 110 tysięcy.
To było społeczeństwo nieźle wykształcone, zdrowe, uczestniczące w kulturze. To wtedy zrodziła się polska szkoła plakatu, polska szkoła filmu – mimo urzędu przy. ul Mysiej w Warszawie. Społeczeństwo było wolne od dramatu, masowego bezrobocia. Nastąpiło obalenie barier klasowych i społecznych oraz zniesienie tych barier w kulturze i obyczajach.
Reasumując – 100 lat dziejów polskiego państwa (w różnych okresach historycznych), to również 100 lat istnienia polskiej lewicy – różnych odcieni i emblematów na sztandarach. To również okres lat 1944/1945 – 1989, okres Rzeczpospolitej Polskiej, a od lipca 1952 roku Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej.
Tego okresu nie można wymazać z historii 100 – lecia niepodległości.
To czyni i czynić będzie Stowarzyszenie ,, Pokoleń” Ziemi Lubelskiej.

100 lat rządu Daszyńskiego w Lublinie

W dniu 6 listopada 2018 roku w Siedzibie Wydziału Politologii UMCS odbyła się konferencja naukowa z okazji 100-lecia powstania w Lublinie Rządu Ludowego z premierem Ignacym Daszyński na czele. Rząd ten przeszedł do historii dzięki radykalnemu, jak na ówczesne czasy Manifestowi, który zarysował nowoczesną konstrukcję Państwa Polskiego po odzyskaniu niepodległości ogłoszonej, kilka dni później, 11 listopada 1918 roku.
Doktryna polityczna rządu Daszyńskiego wywodziła się z programu Polskiej Partii Socjalistycznej wprowadzanego konsekwentnie w życie od momentu powstania partii w roku 1892. Program ten opierał się on o dwa założenia: niepodległość państwa polskiego i sprawiedliwość społeczna. Historia pokazała, że odzwierciedlał on wówczas i dziś najświatlejsze wizje organizacji państwa, które realizowali socjaliści.
Konferencja miała dwie części. Pierwsza poświęcona była refleksji historycznej i politycznej. Odnieśli się i zaprezentowali w kolejności wnioski z okazji rocznicy: prof. Stanisław Michałowski – rektor UMCS, prof. Iwona Hofman – dziekan Wydziału Politologii UMCS, Andrzej Ziemski – przewodniczący Komisji Historycznej PPS oraz Włodzimierz Czarzasty – przewodniczący SLD. W dalszej części wypowiedział się również Władysław Skonecki – wiceprzewodniczący Rady Naczelnej PPS.
W części drugiej zorganizowany został panel naukowy dotyczący rocznicy, w którym udział wzięli: prof. Stanisław Michałowski, dr hab. Adam Bobryk, dr hab. Stefan Stępień oraz dr hab. Danuta Waniek. Panel prowadził dr Bartosz Rydliński z Centrum im. Ignacego Daszyńskiego.
Trzeba podkreślić, że konferencja odbywała się w pomieszczeniach UMCS, w których 100 lat wcześniej zebrał się Rząd Ludowy. Odegrał on w momencie powstania ogromną rolę z dwóch powodów: zniósł okupację niemiecką i podkreślił fakt zdolności Polaków podzielonych poprzez rozbiory do utworzenia niepodległego państwa oraz wyartykułował program, który był niezwykle postępowy, jak na ówczesną Europę (8 godzinny dzień pracy, nadanie praw wyborczych kobietom, koncepcja ubezpieczeń społecznych, nacjonalizacja przemysłu, reforma rolna).
W konferencji, której organizatorem był Uniwersytet im. Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie i Centrum im. I. Daszyńskiego przy współudziale Komisji Historycznej PPS uczestniczyło ponad sto osób ze środowiska akademickiego, działacze lewicy, dziennikarze.
Konferencje z okazji utworzenia Rządu Ludowego w 1918 roku mają wieloletnią tradycję i przypominają o kluczowej roli socjalistów w odzyskaniu niepodległości w 1918 roku i tworzeniu od podstaw, odrodzonego po 123 latach niewoli państwa polskiego.

100-lecie według lewicy

11 listopada 2018 roku, o godz. 13.00 serdecznie zapraszamy na odsłonięcie pomnika Ignacego Daszyńskiego. Warszawa, pl. Na Rozdrożu. Zaproście w naszym imieniu Rodziny i Przyjaciół!

 

Szanowni Państwo!

Nieuchronnie zbliżamy się do kulminacji obchodów 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości. Mamy podstawy sądzić, że obchody zaprojektowane i realizowane przez władze państwowe, odbędą się wedle prawicowego, jednostronnego modelu. Nie będzie w nich miejsca do pokazania złożoności procesów społecznych, gospodarczych i politycznych, które składały się na ostatnie 100 lat naszej historii. Obawiamy się, że budowany będzie nieprawdziwy obraz przeszłości – dobra II Rzeczpospolita i „czarna dziura” PRL, kiepska III RP i pasmo sukcesów ostatnich dwóch lat. Tu jest samo dobro, tam samo zło.
Ale przede wszystkim nie będzie miejsca dla lewicy. Tymczasem jej rola była znacząca zarówno w chwili odzyskiwania niepodległości, jak i przez całe międzywojenne dwudziestolecie, kiedy zapisała piękną kartę obrony praw obywatelskich i pracowniczych. Z kolei po wojnie ludzie odwołujący się do lewicy rządzili Polską przez prawie połowę minionego wieku. Część z nich zaprzeczyła lewicowym ideałom i była odpowiedzialna za zbrodnie okresu stalinizmu, tłumienie wolnościowych zrywów społeczeństwa, ograniczanie praw obywatelskich i łamanie sumień. Byli jednak też tacy – i było ich wielu – którzy na polach nauki, kultury, edukacji czy sportu budowali pozycję Polski i Polaków w świecie. Mówić i pisać trzeba o jednych i o drugich. To nasza historia, jak byśmy jej nie oceniali. To historia Państwa polskiego, ale i wielkich i małych grup społecznych, to historia każdego z nas.
W tej intencji powołaliśmy Społeczny Komitet Lewicy, którego celem jest uzupełnienie i korygowanie prawicowej opowieści historycznej. W gronie ponad – i pozapartyjnym chcemy doprowadzić do finału starania o wybudowanie pomnika Ignacego Daszyńskiego. Będziemy organizować konferencje i seminaria popularno-naukowe wraz z jesienną sesją, która będzie podsumowaniem tych przedsięwzięć. Chcemy przypominać i popularyzować te fragmenty naszych dziejów, w których lewica stawała na wysokości zadania, w poczuciu odpowiedzialności za Naród i Państwo.
To się nie może udać bez mobilizacji lewicowej opinii publicznej, którą tworzy każdy z nas. Chcemy zatem prosić o Waszą pomoc w tej pracy. Gwarantem jej powodzenia jest Wasza aktywność na portalach społecznościowych, inspirowanie i udział w wydarzeniach lokalnych, ich dokumentowanie, także tych, które nie muszą być lewicowe, ale mają społeczne uzasadnienie.
Chcemy przystąpić do zbierania pamiątek ilustrujących wkład lewicy w budowę niepodległej Rzeczypospolitej. Prosimy o zdjęcia tablic, pomników i obiektów dokumentujących zapomniane lub mało znane wydarzenia i inicjatywy. Prosimy o teksty, które przypominać lub odkrywać będą wydarzenia i postaci, bez których nasza historia byłaby niepełna. Zarówno teksty naukowe, jak i popularne, także osobiste. Chcemy na portalu www.daszynski2018.pl uruchomić zakładki biograficzne ludzi nieistniejących dziś w przestrzeni publicznej, dla których ideały lewicy stały się inspiracją do działania. Przypomnimy wielki lewicowy sukces początków Rzeczypospolitej, jakim było przyznanie kobietom pełni praw politycznych, choć nadal jeszcze jest tu dużo do zrobienia.
Nasz komitet nie jest zamkniętym gronem fachowców od historii. Obok licznych profesorów, są w nim samorządowcy, aktywiści organizacji pozarządowych, ludzie kultury i oświaty. Są ludzie rozmaitych pokoleń, o różnej drodze życiowej. Są ci, których PRL sadzała do więzienia i ci, którzy uważali ją za swoje państwo. Jest on otwarty także dla Was. Każdy może do niego wstąpić. Marzy nam się, aby stał się on jak najszerszym ruchem społecznym. Na rzecz prawdy historycznej, szacunku dla tych wszystkich, którzy byli przed nami. Jeśli takiego szacunku oczekujemy od tych, którzy przyjdą po nas, okażmy go naszym poprzednikom.

 

Daszyński – biografia

26 X 1866 – Urodził się w Zbarażu
1888 – Złożył eksternistyczny egzamin dojrzałości w Krakowie; zapisał się na studia
1889 – Pobyt w Królestwie Polskim (areszt i wydalenie)
1890 – Pobyt we Francji i w Szwajcarii
28-30 VI 1891 – Udział w Wiedniu w kongresie socjaldemokracji austriackiej
VIII 1891 – Przewodniczył delegacji polskiej podczas Międzynarodowego Kongresu Socjalistycznego w Brukseli
11 III 1897 / 13 XII 1900 / 16 XII 1907 / 13 VI 1911 – Wybrany do parlamentu austriackiego
V 1902 – Wybrany do Rady Miejskiej Krakowa
28 X 1918 – Objął stanowisko wiceprezesa Polskiej Komisji Likwidacyjnej w Krakowie
7 XI 1918 – Został premierem Tymczasowego Rządu Ludowego Republiki Polskiej w Lublinie
26 I 1919 – W Krakowie uzyskał mandat posła do Sejmu Ustawodawczego
24 VII 1920 – Został wicepremierem w koalicyjnym rządzie W. Witosa
4 I 1921 – Na polecenie władz PPS z grudnia 1920 r. ustąpił z rządu W. Witosa
5 XI 1922 / 4 III 1928 / 16 XI 1930 – Uzyskał mandat poselski
20 XI 1925 – Objął stanowisko wicemarszałka Sejmu
27 III 1928 – Wybrany na stanowisko marszałka Sejmu (do 1930)
31 X 1929 – Odmówił otwarcia obrad Sejmu „pod bagnetami, karabinami i szablami”
II 1934 – XXIII Kongres PPS w Warszawie wybrał go przewodniczącym honorowym
31 X 1936 – Zmarł w Bystrej
3 XI 1936 – Manifestacyjny pogrzeb I. Daszyńskiego w Krakowie na cmentarzu Rakowickim

Lublin wybrał wolność

Za burdy w Lublinie, które musiała pacyfikować policja Joachima Brudzińskiego odpowiedzialny jest przede wszystkim najbardziej zideologizowany z wojewodów pisowskich, Przemysław Czarnek, wykładowca prawa na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim.

 

Czarnek, radykalny, ciasny endek, a przy tym zdecydowany zwolennik ONR, już 1 marca tego roku, w dniu tzw. „Żołnierzy Wyklętych” wypowiedział się publicznie w duchu nacjonalistycznej nienawiści przeciw ludziom, którzy mają inne niż on poglądy. Od tego czasu endekooenerowiec Czarnek bardzo uaktywnił się ideologicznie. Gdy w lipcu tego roku prezes Towarzystwa Ukraińskiego w Lublinie Grzegorz Kuprianowicz zauważył podczas uroczystości w Sahryniu, że miała miejsce nie tylko rzeź wołyńska na Polakach, ale także morderstwa akowców na cywilnej ludności ukraińskiej, endekooenerowiec Czarnek doniósł na niego do prokuratury. Przy czym Kuprianowicz ani nie zaprzeczał, ani nie usprawiedliwiał mordów wołyńskich, ani nawet nie stawiał znaku równości między rozmiarami zbrodniczych czynów po obu stronach. Wspomniał jedynie, że druga strona także ma krew na rękach. Czarnek zasmakował w swoich ideologicznych harcach. Na kilkanaście dni przed sobotnią Paradą Równości w Lublinie, pierwszą w tym mieście, endekooenerowiec Czarnek znów zabrał publicznie głos i wypowiedział się przeciw „promocji zboczeń i dewiacji”. Na żywioł oenerowski to słabo skrywane podżeganie do przemocy zadziałało jak trąbka do boju i jego eksponenci zgłosili swoją kontrdemonstrację oraz zapowiedzieli, że zablokują lubelską Paradę Równości. Niestety prezydent Lublina z Platformy Obywatelskiej Krzysztof Żuk zachował się w pierwszym momencie w sposób klasycznie platformerski, czyli zapalił i Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek. Asekurancko zakazał Parady motywując swoją decyzję troską o bezpieczeństwo jej potencjalnych uczestników, mieszkańców Lublina i gości. Gdyby przyjąć za dobrą monetę logikę rozumowania prezydenta Żuka, to trzeba by przyjąć, że każda, najniewinniejsza nawet demonstracja, manifestacja czy marsz mogłyby zostać zakazane, o ile tylko jej przeciwnicy stworzą wrażenie, czy zadeklarują, że mogą się jej przeciwstawić w sposób zagrażający bezpieczeństwu publicznemu i stwarzający zagrożenie dla zdrowia i życia. Endecy lubelscy z Czarnkiem, Mieczysławem Rybą, także wykładowcą KUL, i lubelskim radnym PiS Tomaszem Pituchą, odtrąbili już zwycięstwo, zwłaszcza, że Sąd Okręgowy podtrzymał decyzję Żuka. Ich radość była jednak przedwczesna, bo zaskarżone przez organizatorów Parady Równości postanowienie, zostało uchylone przez lubelski Sąd Apelacyjny. Parada odbyła się i manifestanci przeszli w minioną sobotę spod Zamku Lubelskiego przez śródmieście aż do Centrum Spotkania Kultur. Zostali jednak przez oenerowskich bojówkarzy na tyle brutalnie i nienawistnie zaatakowani, że policja Brudzińskiego (bo przecież nie endekooenerowca Czarnka, który bez wątpienia, wnioskując z jego wypowiedzi, najchętniej kazałby spałować uczestników Parady Równości), którego przecież nie sposób podejrzewać o sympatię dla idei Parady, zmuszona została do stanowczej reakcji w obronie spokojnych uczestników marszu. Wyraziło się to m.in. użyciem gazów łzawiących, armatek wodnych oraz zatrzymaniem kilkunastu (na początek) najbardziej krewkich oenerowskich młodzieńców.

Jak nietrudno było przewidzieć, oenerowski sektor obozu pisowskiego zawył z wściekłości. Tzw. „Matka Kurka” czyli Piotr Wielgucki prawolski bloger i felietonista „Gazety Polskiej” Tomasza Sakiewicza, organu najbardziej twardogłowego, skrajnie nacjonalistycznego nurtu w elektoracie PiS, skierował na twitterze do szefa MSW następujące słowa: Brawo @jbrudzinski kolejny pokazujesz, jakim jesteś „bohaterem”! W życiu nie odważyłbyś się na taką akcję w drugą stronę, ale „kiboli” i „nazistów” lejesz wodą i pałami. 100 razy KOD i Obywatele RP odwalali gorsze akcje, to ich na rękach wynosiłeś. Dla mnie jesteś bucu skończony!”.

Pałkarski segment elektoratu PiS okazał niezadowolenie, a jest to segment wpływowy, tworzący rozmnożone nie tylko w Polsce, ale także tu i ówdzie za granicą, w tym szczególnie aktywne w Paryżu, ,„Kluby Gazety Polskiej”. Endecka Polska póki co poparcia dla kierownictwa PiS nie wymówi, ale w jej szeregach rośnie niezadowolenie ze zbyt łagodnej polityki wobec opozycji i zbytniej miękkości wobec takich znienawidzonych zjawisk kulturowych jak choćby Parada Równości. W cichości ducha tak naprawdę znacząca ich część uważa Kaczyńskiego i jego kamarylę za mięczaków ulegających naciskowi wrogich sił. Słowa „Matki Kurka” były zaadresowane co prawda osobiście do Brudzińskiego, ale ich pośrednim adresatem był w oczywisty sposób także Kaczyński, do którego najbliższych przybocznych należy szef MSW. Nie sposób uwierzyć, znając mechanizmy jednoosobowej władzy prezesa w PiS, że Brudziński działał według własnego uznania. Twardogłowy, marzący o fizycznej rozprawie z opozycją segment elektoratu PiS czai się do skoku i czeka na stosowny moment. Na razie musi zadowolić się deklaracją, którą można by opisać za pomocą cytatu z „Wesela” Stanisława Wyspiańskiego: „Jakby przyszło co, do czego, wisz pon, to my som gotowi, my som swoi, my som zdrowi”.

To, co stało się w sobotę w Lublinie, nie wywoła rozłamu w pisowskim obozie, bo stawka, jaką jest wygrana wyborcza, jest dziś zbyt duża. Pojawiła się jednak rysa, której nie da się zlekceważyć i doszło do schłodzenia wzajemnych relacji. Pisowska czarna sotnia dobrze zapamięta policzek jaki Kaczyński wymierzył jej w Lublinie przy użyciu Brudzińskiego. Może to w przyszłości zaowocować trudnymi dziś do przewidzenia konsekwencjami. Póki co, na razie, miejmy satysfakcję, że w ostatecznym efekcie, wolność w Lublinie znalazła się na wierzchu.

Pułapka na Żuka

Lublin stał się słynny na cała Polską i resztę świata. Z powodu zakazu dla Marszu Równości środowisk LGBT zaplanowanego na najbliższą sobotę 13 października.

 

Powodem wydania zakazu była planowana na ten sam dzień kontrmanifestacja środowisk narodowych, która miałaby zagrażać bezpieczeństwu mieszkańców. Dodatkowo zakazujący marszu prezydent miasta Krzysztof Żuk powołał się na opinię policji, z której ma wynikać, że planowany jest przyjazd na marsz dużej grupy osób, która może doprowadzić do zakłócenia zgromadzenia. Na to lubelski komendant miejski policji insp. Mariusz Dudzik zadeklarował, że policja jest w stanie pełnej gotowości. Żuk ponadto zawiadomił również policję o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez osoby – przeciwników Marszu Równości – którzy mieli w internecie umieścić rzekomo wpis: „może dałoby radę pokierować zboków na Majdanek”. Wpis został opatrzony zdjęciem pieca krematoryjnego.
Wobec tych faktów prezydent Żuk, powołując się na art. 14 prawa o zgromadzeniach, podjął we wtorek, 9 bm. decyzję o zakazie Marszu Równości. A także o zakazie kontrmanifestacji narodowców. Oczywiście decyzje te rozpętały burzę wśród zwolenników jak i przeciwników Marszu Równości. Całej sprawie dodaje pikanterii fakt, że radni PiS ucieszyli się najpierw z tej decyzji a potem skrytykowali Żuka. Za to, że w uzasadnieniu jej powołał się tylko za argumentem bezpieczeństwa, a nie powołał się na obrazę uczuć religijnych oraz „nieobyczajne zachowanie” uczestników marszu. Ponadto sprzeciwili się argumentacji, że prezydent dostrzegł zagrożenie płynące ze strony kontrmanifestacji narodowców, a nie ze strony popierających marsz. I w związku z tym zwołali na 12 października nadzwyczajną sesję Rady Miejskiej Lublina.
Organizatorzy Marszu Równości odwołali się w środę o zakazującej decyzji do sądu okręgowego twierdząc, że „decyzja prezydenta Żuka nie ma podstaw prawnych, i że to nie oni stanowią niebezpieczeństwo dla mieszkańców”. Jednocześnie zapowiedzieli, że jeśli nie dostaną zgody na marsz, to: „i tak zaproszą wszystkich chętnych na sobotni spacer”.
Sędzia Sądu Okręgowego w Lublinie Zofia Homa uznała w środę argumenty decyzji prezydenta Żuka, tym samym podtrzymała ją w mocy. Uzasadniając ją stwierdziła, „że w razie eskalacji ewentualnego konfliktu mogliby ucierpieć nie tylko uczestnicy manifestacji, ale przebywający wówczas w Lublinie turyści. Dodała również, że w obu przypadkach ( Marszu Równości i Manifestacji Narodowców ) wyznaczono zbyt mało osób pełniących rolę służby porządkowej oraz przyjęto zbyt małą liczbę uczestników”. Od tego orzeczenia przysługuje zainteresowanym stronom zażalenie do sądu apelacyjnego, który musi rozstrzygnąć kwestię, w ciągu 24 godzin, najpóźniej do piątku.
I tak oto prezydent Krzysztof Żuk, starający się o reelekcję, popierany przez lubelską Koalicję Obywatelską, w skład której wchodzą Platforma Obywatelska, Nowoczesna, Inicjatywa Polska, Sojusz Lewicy Demokratycznej, Polskie Stronnictwo Ludowe oraz inne stowarzyszenia i inicjatywy stał się przyczyną wrzenia środowisk wolnościowych i demokratycznych.
Żuk, lider lubelskiej PO, wystraszył się – jak twierdzą mieszkańcy – żądań PiS oraz ich zwolenników, którzy ostro przeciwstawiają się idei marszu. I jeszcze zwołują nadzwyczajną sesje Rady Miejskiej aby na niej wyrazić swoją dezaprobatę dla tej inicjatywy.
Lublin i Lubelszczyzna jest bardzo homofobicznym regionem. Homofobii „uczeni” jesteśmy wszędzie gdzie tylko się da, twierdzą przedstawiciele LGBT. Wielu z nich uważa, że dominacja PiS w regionie sprawia, iż Lubelszczyzna jest ostoją średniowiecznych stosunków feudalnych. I lubelski marsz miał być okazją do demonstracji zmiany tego stanu. Miał też być dobrym pretekstem do zaprezentowania kandydatów do samorządu wywodzących się ze wszystkich środowisk demokratycznych i wolnościowych, w tym samego prezydenta Żuka. Zapowiedzieli w nim udział m.in. posłanka Joanna Mucha z PO oraz inni politycy, którzy wspierają takie ruchy.
Zarząd Miejski SLD w miniony piątek podjął stanowisko w sprawie Marszu Równości, w którym czytamy m.in., „że sprzeciwia się kampanii nienawiści, pogardy, kłamstw i wykluczania prowadzonej przeciwko organizatorom Marszu Równości w Lublinie oraz przeciwko osobom, które mają zamiar wziąć udział w tym wydarzeniu. Prawo publicznego wyrażania swoich poglądów jest zagwarantowane wszystkim obywatelom przez Konstytucję RP”.
Jednak po wtorkowym oświadczeniu Żuka o zakazie marszu, nikt z władz partii nie zabrał publicznie głosu i nie odżegnał się od tej decyzji i poprzestali jedynie na zamieszczonym w Internecie stanowisku.
Dziwi to zwłaszcza, że Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar w odpowiedzi na ten zakaz, stwierdził: „Argumentacja zgodnie, z którą marsz mógłby naruszyć bezpieczeństwo lub stanowić zagrożenie, jest w całości chybiona. To klasyczny przykład sytuacji, w której organizatorów Marszu Równości obarcza się winą za to, że inni obywatele czy przeciwnicy mogliby doprowadzić do sytuacji zagrażającej zdrowiu i życiu uczestników marszu i mieszkańców miasta. Nie ma miejsca w Polsce na podobną retorykę. Decyzja prezydenta oznacza, że to ofiary ponoszą odpowiedzialność za dyskryminację – w postaci zakazu manifestowania i organizacji pokojowego zgromadzenia. Obowiązkiem władzy publicznej jest zapewnienie bezpieczeństwa w trakcie zgromadzenia. Prezydent nie może uchylać się od obowiązków”.
Zapewne Krzysztof Żuk wydając zakaz, chciał zdjąć z siebie odpowiedzialność za ewentualne „zadymy” w mieście i przy okazji „puścić oko” do elektoratu prawicowego.
Ale wyszło zupełnie odwrotnie. Prawica skrytykowała go za to, żądając podania „prawidłowego” uzasadnienia tej decyzji i zwołuje sesje RM Lublina. Lewicowy elektorat zawiódł się na nim jako na kandydacie podszytym strachem, nie szanującym zasad wolnościowych i demokratycznych i nie dającym gwarancji stałości podejmowanych decyzji. Nie można też wykluczyć takiego scenariusza, że u podstawy decyzji prezydenta legł „gorący kartofel” podrzucony rękami zwolenników prawicy mający być prowokacją polityczną przeciwko antypisowskiej koalicji. Stąd kontrmarsz narodowców przeciwko wyznawcom równouprawnienia i zwolennikom LGBT, a także prowokacyjne wpisy na portalach społecznościowych w internecie.
Niektórzy twierdza, że termin marszu – tydzień przed wyborami – to niefortunny wybór. Tylko taka wolnościowo-równościowa demonstracja zorganizowana później nie miałaby takiego wydźwięku i nie miałaby tak dużego społecznego i propagandowego odbioru.
Prezydent Żuk zapomniał chyba wydarzeń sprzed lat, gdy zakazując warszawskiej Parady Równości, prezydent Lech Kaczyński łamał Konstytucję RP, a także Europejską Konwencję Praw Człowieka. Wypowiedział się o tym Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu. I to zastanawia, czy Krzysztof Żuk, 61-letni ekonomista, polityk, były minister Skarbu Państwa, prezydent Lublina od ośmiu lat, uległ prowokacjom i przestraszył się? Czy też utracił zmysł polityczny i zdolność przewidywania konsekwencji swoich działań i doradzających mu ludzi? Najgorsze jednak to, że bez względu na to jaki wyda wyrok sąd, to organizatorzy Marszu Równości i jego prawicowi przeciwnicy, mogą nie zastosować się do jego orzeczenia. Wówczas odpowiedzialnym za to co może się wydarzyć w nadchodzącą sobotę, będzie właśnie Krzysztof Żuk, który za wszelką cenę chciał jej uniknąć.