Czasy bohemy minęły

Z PIOTREM WYSOCKIM, aktorem, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

W 1969 roku związałeś się na stałe z lubelskim Teatrem im. Juliusza Osterwy. Po roli księcia Gintułta w „Popiołach” Andrzeja Wajdy miałeś otwartą drogę do najbardziej prestiżowych teatrów warszawskich. Dlaczego wybrałeś teatr na prowincji?
Rzeczywiście miałem propozycje z Warszawy, m.in. z Narodowego, od Adama Hanuszkiewicza, ale tam nie chciałem iść. Pewnie wpływ miały też względy osobiste, a poza tym trochę bałem się drapieżnej Warszawy. Po studiach na krakowskiej PWST trafiłem do teatru im. Wilama Horzycy w rodzinnym Toruniu pod dyrekcją Hugona Morycińskiego, który bardzo mnie lubił i cenił. Zagrałem tu Tytułowego „Fantazego”, Jana Kochanowskiego w „Drodze do Czarnolasu” Maliszewskiego, Birbanckiego w „Dożywociu” Fredry, Porfirego w „Zbrodni i karze” Dostojewskiego, a nawet kardynała Richelieu w inscenizacji „Trzech muszkieterów” Dumasa. Potem skusił mnie Lublin, gdzie zaangażowali mnie na sezon wspaniali ludzie teatru, Jerzy Torończyk i Kazimierz Braun. Dokładnie było tak, że do Torunia przyjechał Braun reżyserować „Fantazego” Słowackiego i to on skutecznie namówił mnie na ten Lublin. A że dobrze się w nim poczułem, zostałem na drugi sezon, potem na następne, a wreszcie na stałe, choć ciągle miałem możliwości zaangażowania się gdzie indziej. Marzyłem o warszawskim Ateneum. Dzięki Wajdzie, u którego zagrałem księcia Gintułta w „Popiołach” w roku 1965, i rólkę w jego „Przekładańcu”, łatwo bym się tam dostał. W końcu jednak osiadłem w Lublinie, poznałem tu żonę, urodzili mi się synowie. Nie wiem, czy ja wybrałem Lublin, czy Lublin wybrał mnie. On ma coś z miasta kresowego, a ja jestem z duszy kresowiak, mimo że urodziłem się w Toruniu. Dobrze się w tym Lublinie czułem, choć lubelski światek jest nieco zbyt ścieśniony, przydałoby mu się więcej oddechu. Są te popierające się grupki, koteryjki. Jest to i w Warszawie, tyle że tam jest więcej artystów, większa konkurencja, co stwarza wyższy poziom. Ale lubię Lublin, bo ciągle jeszcze ma w sobie coś ciepłego, kresowego. Był czas, że prowadziliśmy tu bardzo bujne życie towarzyskie, najczęściej w nieistniejącym już lokalu artystów „Nora”. Lublin był wesołym miastem – pamiętajmy że tu urodził się Bodzio Łazuka i z zapomnianym dziś piosenkarzem Piotrem Szczepanikiem śpiewali przed laty: „Jaka tego jest przyczyna, ty z Lublina, ja z Lublina”. Jednak od lat, po przejściu na emeryturę, mieszkam kilkadziesiąt kilometrów od Lublina, w Hodlu i bywam tu rzadko.
Twoja droga do Lublina wiodła z Torunia, gdzie urodziłeś się w 1936 roku…
Dziadek ze strony matki był krawcem. Przed wojną wyemigrował do Francji za chlebem. Po wojnie wrócił do Polski. Ojciec, Józef Wysocki, przed wojną toruński dziennikarz, współtwórca tamtejszego radia, potomek rodu szlacheckiego, popełnił mezalians, żeniąc się z córką krawca, ale wcale mu się nie dziwię. Pamiętam, że jak szedłem z mamą ulicami Torunia, to za jej nogami nawet kobiety się oglądały. Była kobietą nie tylko przepiękną, ale miała duże, ciepłe serce. Rodzice poznali się w Paryżu, w latach trzydziestych. Mama była sekretarką w emigracyjnej gazecie „Wiarus Polski”, a ojciec przyjechał do „Wiarusa” na praktykę. W 1934 roku wzięli ślub w Toruniu, i tu się urodziłem. W czasie wojny ojciec ukrywał się przed Niemcami na terenie… III Rzeszy. Wedle zasady, że pod latarnią najciemniej. Było to po jego ucieczce z toruńskiego więzienia gestapo. Ojciec doskonale władał językiem niemieckim. Pracował jako leśniczy, m.in. u księcia Lilienforst, pod innym nazwiskiem. Raz nawet prowadził na polowanie samego marszałka Wilhelma Keitela, dowódcę Wehrmachtu, zbrodniarza wojennego powieszonego później w Norymberdze. Po wojnie ojciec nie wrócił do dziennikarstwa. Miał wspaniałą dykcję i myślę, że ją po nim odziedziczyłem.
W 1954 ukończyłeś technikum budowlane w Toruniu, a potem nastąpił radykalny przeskok i trafiłeś do warszawskiej PWST. Pod czyje skrzydła?
M.in. Jana Kreczmara i Ludwika Sempolińskiego. Wyrzucili mnie z niej pod zarzutem malwersacji, choć byłem całkowicie niewinny. Po prostu naiwnie podpisałem jakieś rachunki. Przeniosłem się więc do Krakowa. Mój rok prowadził tam Eugeniusz Fulde, świetny aktor i barwna postać, właściciel tubalnego głosu. Popijał z nami do wczesnego rana, ale wymagał byśmy stawiali się na zajęcia punktualnie o ósmej rano, wyświeżeni, wypoczęci. Moi koledzy z krakowskich studiów to m.in. Paweł Unrug, Andrzej Fedorowicz, Krzysztof Kumor, Ania Seniuk, Teresa Budzisz-Krzyżanowska, Jan Nowicki. Szkoły się różniły. Krakowska uczyła pracy, solidności, punktualności. Natomiast w warszawskiej było więcej fantazji.
Wspomniałeś role zagrane w Toruniu, a czy pamiętasz choć niektóre z ról zagranych w lubelskim teatrze?
Niektóre tak, te ważniejsze – Otella w tragedii Szekspira, tytułowe role w „Fircyku w zalotach” Franciszka Zabłockiego, „Fantazym” Słowackiego, „Don Juanie” i „Świętoszku” Moliera oraz „Ambasadorze” Mrożka, Radosta w „Ślubach panieńskich” i Wacława w „Mężu i żonie” Fredry, Pawła Bezdekę w „Mątwie” Witkacego, Wernyhorę, Nosa, Gospodarza, a także Dziennikarza w inscenizacjach „Wesela” Wyspiańskiego, Gajewa w „Wiśniowym sadzie” Czechowa, Ulissesa w „Odprawie posłów greckich” Kochanowskiego, a w późniejszych latach rolę w bujnym widowisku „Sarmacja” Pawła Huelle. Mile wspominam rolę Przewodnika w „Lwów semper fidelis”, w której mówiłem po lwowsku. Po spektaklu na Śląsku jakiś starszy pan zapytał mnie: „Szanowny pan, to gdzie mieszkał we Lwowie?” Nie chciałem go rozczarować, że nie byłem lwowiakiem, skłamałem podając nazwę jakiejś ulicy. Bardzo lubię lwowiaków i wilniuków. Z powodu wspomnianej roli przyjęli mnie do „Rodziny Lwowiaków”. Ciągnie mnie do ludzi ciepłych i dobrych. W czasie odsłonięcia pomnika Lwa pod Zamkiem Lubelskim, prezes Związku Lwowiaków powiedział mi, że jedna z lwich łap jest moja.
Zagrałeś 47 ról filmowych. Którą uważasz za najważniejszą?
Księcia Gintułta w „Popiołach” Wajdy. W filmie jest to postać ważniejsza niż w powieści. Pojawia się na ekranie jako pierwsza, w scenie spotkania z piechotą legionową, maszerującą w strasznym skwarze. To było gigantyczne przedsięwzięcie. Film kręcono w 54 miejscach. Hiszpanię i Włochy „zagrała” miejscowość Plewen w Bułgarii. Scenę śmierci Gintułta sfilmowano pod Sandomierzem. Sceny z Mantui kręciliśmy w moim Toruniu. Zagrałem też m.in. rosyjskiego oficera w filmie „Tamań” Konstantego Ciciszwili według opowiadania Lermontowa, hrabiego Koniecpolskiego w serialach Jana Rybkowskiego, „Kariera Nikodema Dyzmy” i Józia w „Rodzinie Połanieckich”, „Hiszpana” w „Czterech pancernych i psie”, Erlinga w „Tylko Beatrycze”, filmie Stefana Szlachtycza według powieści Teodora Parnickiego. Nigdy natomiast nie grałem chłopów, natomiast często arystokratów. Ale zagrałem też Żyda w „Doktorze Judymie” Włodzimierza Haupe według „Ludzi bezdomnych” Żeromskiego.
Ilekroć wyobrażałem sobie film albo spektakl o Powstaniu Listopadowym, tyle razy Ciebie widziałem w roli dowódcy Podchorążych z 1830 roku, porucznika Piotra Wysockiego. Nie tylko z powodu zbieżności imienia, ale też aparycji i sposobu bycia. To zbieżność przypadkowa?
Są poszlaki wskazujące na jakieś parantele, ale to wszystko niepewne. Zresztą, nie interesowałem się tym jakoś szczególnie. Ród ze strony ojca był herbu „Ogończyk”, mocno w Królestwie Polskim rozrośnięty. W jednym z rodowych dokumentów, z maja 1838 roku, napisano: „Heroldya Królestwa Polskiego. Wysocki Józef Piotr, powiatu lipnowskiego, członek Rady Stanu Królestwa Polskiego”. I nieczytelny podpis. „Prezesa Heroldyi”. W drugim, z 1807 roku stoi: Woysko Polskie Xięztwa Warszawskiego. List służby. Fryderyk August z Bożej Łaski Król Saski, Xsiążę Warszawski. Akt na stopień oficerski Felixowi Wysockiemu. Podpisano: x. Józef Poniatowski”. Jest i list gończy za buntownikiem Piotrem Wysockim. Może wolałbym się nie rozczarować, gdyby się okazało, że tamten sławny porucznik Piotr Wysocki był z innych Wysockich? Sprawdziłem w księdze heraldycznej. Tamten Piotr Wysocki był herbu „Odrowąż”, ale herb ten jest z „Ogończykiem” skoligacony. Oba rody żyły na Mazowszu, więc może…
Utrzymujesz kontakty z kolegami i koleżankami z teatru?
Rzadko. Mieszkam daleko od Lublina, bywam tu rzadko, a poza tym to też są na ogół emeryci, a wielu z nich nie żyje. Czasy biesiad w „Norze” się skończyły bo i „Nory” nie ma. Nie ma barwnych postaci lubelskich z tamtych lat z Kaziem Grześkowiakiem, Maćkiem Polaskim, Ludwikiem Paczyńskim, „Panem Koziołkiem” z lokalnego „Kuriera Lubelskiego”, Witkiem Zarychtą, Krystynem Wójcikiem, Zbyszkiem Sztejmanem, Piotrkiem Suchorą, wnikliwą recenzentką Marią Bechczyc-Rudnicką, gronem literatów z Konradem Bielskim i plastyków, a wcześniej Staszkiem Mikulskim i Jankiem Machulskim, o których mało kto pamięta jako o lubelskich, w pewnym okresie, postaciach. Lublin był w tamtych czasach mocno artystycznym, teatralnym miastem, miał swoją bohemę, a tej już nie ma. Na scenie ze starej gwardii została już chyba tylko Nina Skołuba. Żyją, ale już na scenie nie funkcjonują Włodek Wiszniewski, Romek Kruczkowski, Henio Sobiechart, też koledzy z moich czasów. Z żyjących kolegów największą chyba, ogólnokrajową popularność ma sporo ode mnie młodszy Jurek Rogalski, dzięki rolom w serialach „07 zgłoś się” i „Plebania”.
Brakuje mi na pięknej scenie pięknego gmachu lubelskiego teatru Twojego „rzymskiego”, medalionowego profilu i wspaniałego, metalicznego, stentorowego głosu…
To rzeczywiście jeden najpiękniejszych gmachów teatralnych w Polsce. A skoro o głosie mowa. Jako weteran pracy tego teatru otrzymuję zaproszenia na premiery. Zauważyłem, że wielu młodych aktorów słabo słychać ze sceny, mimo że noszą tzw. mikroporty, o których nam nawet się nie śniło. A jak kolega Maciek Polaski ryknął w „Norze” swoim wspaniałym basem, wspomagając bufetową, która nie mogła się przebić przez intensywny gwar lokalu: „Dwa razy mielony!”, to brzmiało to jak dzwon Zygmunt. Ja też miałem głos nie na żarty.
Dziękuję za rozmowę.

Żywot pełen pasji

Taka praca monograficzna jak ta, autorstwa profesora Romana Tokarczyka, poświęcona profesorowi Grzegorzowi Leopoldowi Seidlerowi (1913-2004) nie mogła nie być owocem szczególnej fascynacji.

I trudno się tej fascynacji dziwić. Nigdy nie miałem zaszczytu zetknąć się osobiście z profesorem Seidlerem, ale pamiętam jego charakterystyczną, niewysoką postać z elegancką laską, kołyszącym krokiem przemierzającą centrum Lublina, gdy albo zmierzał albo opuszczał gmach Wydziału Prawa i Administracji przy Placu Litewskim, czyli dawny pałac Radziwiłłów. W jego sylwetce, wyrazie twarzy, budowie łysej, jakby sokratejskiej czaszki, w pory chłodne nakrytej eleganckim kapeluszem typu „eden”, zawierał się cały katalog niepospolitości. Tworzył wizerunek przedwojennego inteligenta, profesora, akademika, intelektualisty, człowieka światowego. Niektórzy nazywali go „anglofilem” nie tylko z uwagi na jego szczególne zainteresowanie anglosaską myślą polityczną i prawną, ale także z uwagi na „angielski” styl ubierania się. Dla kontrastu, jego partnera naukowego ale i rywala, profesora Henryka Groszyka nazywano „frankofilem”, bo preferował myśl francuską i nosił melonik oraz parasol. Postać profesora Seidlera jest tak barwna, że „spod pióra” Romana Tokarczyka nie wyszła bynajmniej nudna monografia postaci „mola naukowego”, lecz barwna opowieść o fascynującej, prawdziwie renesansowej osobowości (tak wyobrażałem sobie profesorów XVI-wiecznej Padwy, Bolonii czy Ferrary), nie pozbawionej także konotacji anegdotycznych, jako że Seidler był człowiekiem pełnym temperamentu retorycznego i finezyjnie dowcipnym. O tym jak barwna i zajmująca jest opowieść monograficzna prof. Tokarczyka zaświadczają tytuły „dużych” rozdziałów: „Powaga i humor” (które to pozornie sprzeczne cechy łączył Seidler w harmonijną jednię), „Nazwisko i imiona” ( z ich etymologii wywiódł autor bardzo ciekawe uwagi o Profesorze), „W kręgu rodziny”, „Wspomnienia z młodości”, „Uznany za Żyda” (czyli odwieczny problem związany z polskim antysemityzmem, który dotknął także jego, Ormianina z pochodzenia), rozdziały o naukowych i administracyjnych funkcjach bohatera monografii z rektorowaniem UMCS w Lublinie, mojej Alma Mater, na czele, „Ramię generała” (o jego szacunku dla munduru wojskowego), „Rozwodnik” i mąż” (czyli o osobistym wymiarze życia wybitnego uczonego), „Rozmówca w kawiarni” (o talentach dyskusyjnych Profesora), o jego świadomej i konsekwentnej identyfikacji jako marksisty i o jego poglądach politycznych, o aktywności rotariańskiej, „Mędrzec z potknięciami” ( o charakterze, fascynacjach, słabościach i fascynacjach Seidlera) i o wielu, wielu innych wątkach. Bogate kontakty naukowe i prywatne Seidlera sprawiały, że jego monografia jest też okazją do przypomnienia niezliczonych postaci, z którymi na dłużej czy krócej zetknął go los. Jest też oczywiście „wątek IPN-owski”, jest wywód komparatystyczny (porównawczy) zestawiający postać Seidlera z rektorem KUL Albertem Krąpcem. Niejako przy okazji zawiera też monografia R. Tokarczyka fragment historii lubelskiego Wydziału Prawa UMCS, który zapisał się licznymi wybitnymi i barwnymi postaciami. Wzbogacona o obfitą ikonografię jest praca Tokarczyka lekturą bardzo zajmującą, dla lublinianina czy ex-lublinianina w szczególności. Wśród licznych fotografii jest i ta, z 1938 roku, na której widać młodego, 25-letniego Grzegorza Leopolda Seidlera siedzącego w ławie sprawozdawców w ławach Senatu. Obradom przewodniczy marszałek Senatu Bogusław Miedziński, a z trybuny przemawia… No właśnie, kto? Otóż nie jest to, jak miałoby wynikać z podpisu, premier Kazimierz Bartel, lecz Kazimierz Świtalski. I fakt, że w czasie lektury monografii wychwyciłem tę, w końcu drobną, pomyłkę, świadczy o uwadze jaką poświęciłem tej fascynującej lekturze.

Roman Andrzej Tokarczyk – „Oblicza Grzegorza Leopolda Seidlera w powadze i anegdocie”, wprowadzenie Andrzej Zdunek, wyd. Polihymnia, Lublin 2015, str. 438, ISBN 978-83-7847-197-4.

Na 450-lecie Unii Lubelskiej

Książeczka niewielka, co nie znaczy, że nieważna

450 rocznica Unii Lubelskiej to dobra okazja do zarekomendowania pracy poświęconej okolicznościom zawarcia tejże.
Przyznam, że choć znam generalnie temat, jako że w Lublinie się urodziłem (w tutejszym muzeum znajduje się słynne malowidło Jana Matejko, a na pomnik poświęcony Unii, stojący w centrum miasta, przy placu Litewskim, spoglądałem co najmniej kilka razy w tygodniu przez kilkadziesiąt lat) i spędziłem kawał życia w tym mieście, a w każdym podręczniku i innej syntezie historii dawnej łatwo można znaleźć rozdział czy rozdzialik, a co najmniej akapit poświęcony Unii, to nigdy do tej pory nie natrafiłem na tekst, który by o niej opowiadał inaczej niż okrągłymi uogólnieniami. Józef Zięba ukazał realistycznie tło tego zdarzenia, bieg wypadków, które do niego doprowadziły, konkretne okoliczności, w tym miejsca w których się one dokonywały. Nawiasem mówiąc do tej pory nie znalazłem bezspornego potwierdzenia, gdzie Unię zaprzysiężono.
Kiedyś natknąłem się na informację, że stało się to w kościele dominikanów na Starym Mieście, ale Józef Zięba w swojej pracy wymienia kaplicę na wzgórzu zamkowym, tę bezcenną z freskami bizantyjsko-ruskim z czasów Władysława Jagiełły, ale też „kościół franciszkanów”. Jeśli ten drugi, to powstaje pytanie, czy chodzi o kościół kapucynów przy Krakowskim Przedmieściu, jako że kapucyni są zakonem reguły św. Franciszka? A może chodzi o jakiś inny kościół lubelski, który był kiedyś świątynią franciszkańską? Autor tego niestety nie precyzuje i to jest mankamentem pracy. W każdym razie na żadnym lubelskim obiekcie nie było i nie ma tablicy wskazującej, że w „tym” konkretnym obiekcie zaprzysiężono Unię.
W powieści dla młodzieży Zuzanny Morawskiej „Przygody imć pana Mikołaja Reja” autorka wskazuje na nieistniejący już dziś kościół św. Michała przy ulicy Grodzkiej jako na miejsce podpisania aktu Unii, ale nie jest to źródło miarodajne. Co do samych negocjacji, to nie odbyły się one bezkolizyjnie i akt rodził się w bólach. Po stronie litewskiej zwłaszcza, był silny opór przed połączeniem z Koroną Polską, jako że niektórzy ważni politycy litewscy uważali, że Polska nie tyle się z Litwą połączy na partnerskich zasadach, ile ją wcieli, pożre, a co najmniej zdominuje, zmajoryzuje. Zdarzyła się więc nawet ucieczka delegacji litewskiej z Lublina, w zimową noc, w mróz i zadymkę śnieżną, zatem niewiele brakowało by do zawarcia Unii nie doszło.
W każdym razie warto na okoliczność 450 rocznicy Unii Lubelskiej zapoznać się z tą niewielką a treściwą książeczką.

Józef Zięba – „Opowieść o Unii Lubelskiej i Hołdzie Pruskim”, wyd. Polihymnia, Lublin 2019, str. 36, ISBN 978-83-7847-597-2.

Bigos tygodniowy

Rząd PiS zerwał de facto współpracę z UE w ramach programu „Czyste powietrze”. „Kopciuchy”, nawet jeśli będą znikać, to w tak powolnym tempie, że zdążą nas wytruć jak muchy. Polska natomiast straci fundusze. PiS dla utrzymania władzy gotów jest nas jak muchy poświęcić na ołtarzu. Podobnie jak przy „kopciuchach”, także przy węglu mać trwamy, pardon, trwać mamy. Ucieszyła się z tego górnicza „Solidarność”, jedna z najgorszych zakał tego kraju.

*****

Pod kryptonimem „repolonizacji mediów” kryje się to, co można sobie wyobrazić, że się zdarzy w przypadku, gdyby PiS ponownie zdobył niepodzielną władzę, co zresztą jest niestety wielce prawdopodobne. To czego doświadczaliśmy przez minione cztery bez mała lata, okaże się „mały piwem” w porównaniu z łaźnią, jaką PiS urządzi wtedy nam, jego oponentom. I rzecz nie w jakimś wściekłym radykalizmie PiS, ale w tym, że po tym co nabroili i wobec perspektyw konsekwencji prawnych, w tym karnych, jakie im zagrażają, mogą już tylko palić za sobą mosty.

*****

Wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej PiS przyjęło z dobrą miną znamionującą lekceważenie (Ryszard Terlecki: „Wszystko w porządku”), ale to jednak będzie dla nich, w dłuższej perspektywie, poważny kłopot.

*****
Wyrok tzw. Trybunału Konstytucyjnego idący w sukurs n.p. tym, którzy w imię niechęci do LGBT odmawiają (jak w znanej sprawie drukarza, nie mylić z kornikiem) i będą odmawiać usług organizacjom elgebetowskim, może otworzyć „puszkę z Pandorą” czyli falę wzajemnych odmów ideologicznych w sferze handlu i usług. Przypomnę lekarza z Rumii, którzy zadeklarował, że nie będzie leczył pisiorów i handlowców, którzy – podobno – wypraszali ze sklepu panią Ogórek. Co do mnie, to jestem głęboko przekonany, że kwestie ideologiczne nie powinny mieć wstępu do zasad handlowych. Drukarz homofob powinien mieć psi obowiązek drukowania (oczywiście za pieniądze) ulotek LGBT, a krawiec szyjący sutanny czy ornaty, powinien je szyć bez szemrania, nawet jeśli jest antyklerykałem i czytelnikiem „Nie”.

*****
Niektórzy mawiają, że w wymiarze polityki społecznej PiS to czysta lewica. Nic podobnego. W sprawie 500 plus PiS poszło dokładnie w przeciwnym kierunku niż sugerowała to lewica socjalna właśnie. Ta bowiem proponowała wprowadzenie progu dochodowego, skierowanie strumienia pieniędzy do warstw najuboższych, do ludzi naprawdę potrzebujących. PiS właśnie skierował pieniądze bez progu dochodowego nawet na pierwsze dziecko. Czyli jeśli w bajecznie bogatej rodzinie polskich miliarderów narodzi się pierwszy dziedzic fortuny, to na niego także, na konto któregoś z rodziców, wpłynie owe 500 złotych.

*****
Nie byłbym człowiekiem lewicy, gdybym nie opowiadał się po stronie ludzi najbardziej upośledzonych społecznie. Jednak moje oświeceniowe wektory wewnętrzne mówią, że tym ludziom trzeba pomagać podnieść się z nędzy i beznadziei, z zaniedbania, z lenistwa społecznego, obyczajowego, intelektualnego, a nie schlebiać ich słabościom głosząc kult przeciętności i nijakości, chwałę „zwykłych ludzi”. „Zwykłość” jest jednym ze stanów natury, nie ma w nim nic zawstydzającego, ale też nie należy czynić z niego cnoty godnej najwyższego uznania i wsparcia ze strony państwa. A PiS to właśnie robi, jednocześnie szczując z nienawiścią przeciw ludziom, którzy swoją pracą i talentami wybili się ponad mierność i którzy dzięki temu ciągną tę karawanę.

*****
PSL chlubi się 124-letnią historią istnienia. Jak na polskie zwłaszcza warunki – bardzo długą. Szkoda, że te 124 lata nie wystarczyły PSL-owi, pod żadnym kierownictwem i w żadnych okolicznościach historycznych, na wyrwanie się z postawy wiernopoddańczej wobec kleru oraz z uporczywego zerkania ku prawicy i reakcji społecznej. Ba, PSL, bywał okresami mniej reakcyjny i klerykalny niż dziś. PSL nie chce iść w koalicji z Biedroniem, który z kolei poszedł po rozum do głowy i chce się jednoczyć z blokiem anty-PiS.

*****
„Czołem panie ministrze” – tymi słowami mieli powitać współwięźniowie przybywającego do celi „Misia” Misiewicza. Nie od dziś wiadomo, że pobyt w kiciu wyostrza dowcip. Obecnie „Miś” chodzi już po wolności.

*****
Coś z „Misia”, ale tym razem nie Misiewicza, lecz Barei. Prokuratura z Chodzieży wzięła i zdobyła się na desperacką odwagę zażądania od kurii biskupiej dokumentacji w sprawie księdza-pedofila. Kuria odpowiedziała jak szatniarz z „Misia”: „Nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi”. Kuria o tyle jednak była uprzejmiejsza od szatniarza, że raczyła poinformować prokuraturę, że płaszcz jest w Watykanie.

*****
Policja odwiedziła Skibę za to, że zeszłej jesieni wyraził się publicznie słowami: „Jebać PiS”. Policja powinna zrozumieć, że są ludzie, którzy w podobnie szorstki sposób wyrażają uczucia erotyczne i pragnienie zbliżenia płciowego.

****
Jan Pospieszalski poskarżył się w „Gazecie Polskiej” na parciany poziom bożocielnej procesji, w której brał udział. Wadliwe nagłośnienie, chrapliwe mikrofony, słychać było co drugie zdanie „kazającego” księdza. Do tego uczestnicy nieprzygotowani, znający w najlepszym razie tylko pierwszą zwrotkę każdej z bożocielnych pieśni. Nie to co w kościołach zachodnich, gdzie każdy uczestnik wyposażony jest w stosowny śpiewnik. Tam wiernych jak na lekarstwo, ale za to poziom usług rzetelny, a u nas, w tej masówce, powszechne partactwo, tumiwisizm, niedbalstwo, brakoróbstwo. Prasa, radio i telewizja w Polsce Ludowej też na to ciągle pomstowały.

*****
W Lublinie PiS czyli wojewoda Czarnek i pisowscy radni działają na rzecz zakazu Parady Równości w tym mieście. Czarnek to najbardziej zideologizowany z pisowskich wojewodów, osobnik o poglądach skrajnie reakcyjnych. Województwo leży odłogiem, a pan Czarnek zajmuje się krzewieniem na siłę „wartości chrześcijańskich”. Ma przez to proces z lokalnym LGBT. Panie Czarnek, kończ waść, wstydu oszczędź!

*****
W tymże Lublinie trochę przyglądałem się obchodom 450 rocznicy Unii Lubelskiej. Czysta popkultura, pozowanie, udawanie, przebieranki, śpiewanki, na ogół dość tandetne. Ani odrobiny o myśli politycznej, która tkwiła u podstaw historycznego aliansu. Ani też grama refleksji nad dzisiejszym stanem relacji polsko-litewskich, które są chłodne, na granicy wrogości. Zatem właściwie całe te obchody były nie na temat.

Lubelska pozorna gra w referendum?

W Lublinie trwa lokalna biznesowo-ekologiczna potyczka o Górki Czechowskie. Rozgrywka, wyglądająca na demokrację przedstawicielską, jest w istocie próbą zdjęcia odpowiedzialności z prezydenta Żuka i radnych za podejmowane decyzje.

Za 500 tyś zł. przeprowadzone zostanie w dniu 07 kwietnia pierwsze referendum w historii miasta, którego przedmiotem będzie plan zagospodarowania Górek Czechowskich. Jego wynik i ważność są raczej bez znaczenia, bo tak czy inaczej o losach Górek zdecyduje prezydent miasta.

Poligon na hipermarket

Górki Czechowskie to teren położony w dzielnicy Czechów, w północnej części Lublina, zajmujący ok. 113 ha dawnego poligonu. Jest to typowa dla Wyżyny Lubelskiej dolina lessowa z zachowaną dziką przyrodą. Już od lat 50-tych ubiegłego stulecia w planach miejskich przewidywano przeznaczenie tego obszaru pod park krajobrazowy i rekreacyjny. Zgodnie z obowiązującym od 2018 Studium Zagospodarowania Przestrzennego Górki Czechowskiego przeznaczone są na teren zielony chroniony przed urbanizacją jako strategiczny obszar ekologiczno-rekreacyjny dla północnego Lublina. Jednocześnie Górki są dla miasta kanałami wentylacyjnymi doprowadzającymi świeże powietrze. O tym, że takie korytarze są potrzebne świadczy najlepiej przykład Krakowa, w którym pomimo wymiany starych pieców węglowych smog z miasta nie ustąpił.
W 2000 roku Agencja Mienia Wojskowego sprzedała Górki Czechowskie za ok. 12 mln złotych kieleckiej spółce Echo. Firma ta przez prawie 15 lat usiłowała zmienić plan zagospodarowania miasta tak, aby zbudować tam hipermarket i bloki mieszkalne. Nawet obietnica przebudowy na własny koszt pobliskiego skrzyżowania nie zmieniła postawy ówczesnych władz miasta. Argumenty ekologów i przeciwników zabudowy tego terenu zwyciężały.

Referendum za lub przeciw blokowisku

W końcu Echo sprzedało Górki Czechowskie lubelskiej firmie deweloperskiej TBV, która zamierza zbudować na 30 ha tego obszaru bloki mieszkalne, a w zamian za pozwolenie na to deklaruje oddanie miastu za symboliczną złotówkę 75 hektarów, na których ma zostać urządzony park.
Prezydent miasta Krzysztof Żuk wraz ze swoim klubem radnych w radzie miasta Lublina zadecydował o przeprowadzeniu referendum, ogłoszonego na 7 kwietnia. Lublinianie mają odpowiedzieć na skomplikowane pytanie „Czy jest Pan/Pani za tym aby Gmina Lublin zmieniła obecnie dopuszczony miejscowym planem zagospodarowania przestrzennego rodzaj zabudowy z usługowej, komercyjnej i sportowo-rekreacyjnej na zabudowę mieszkalno-usługową na ok. 30 ha terenu tzw. Górek Czechowskich, w zamian za przekazanie Gminie Lublin pozostałych ok. 75 ha tego terenu i współfinansowanie przez obecnego właściciela jego zagospodarowania, jako zieleni publicznej, przy zachowaniu cennych przyrodniczo walorów?”.

Zarówno przeciwnicy jak i zwolennicy zmian

na Górkach Czechowskich od razu wzięli się do kampanii. W rezultacie mieszkańcy zasypywani są ulotkami, zaproszeniami na spotkania, w mieście odbywają się liczne wiece, demonstracje, czy happeningi, które mają przekonać do głosowania na „nie” lub „tak” w tym lubelskim plebiscycie. Argumenty i sposoby ich przekazywania są bardzo różne, poczynając od ekonomicznych, poprzez ekologiczne, historyczne aż po strasznie odpowiedzialnością karno-cywilną. TBV utworzyła specjalną stronę internetową, na której wypowiadają się osoby uznawane za autorytety i przeciętni Lublinianie. Przeciwnicy na swoich portalach cytują prawno-ekologiczne argumenty podważające sens i potrzebę zmian w tej dzielnicy Lublina. W internecie trwa prawdziwa wojna, w której obie strony nie szczędzą sobie epitetów i irracjonalnych argumentów.

Jak by nie stanąć to… Górki będą na Czechowie

W referendum, aby było wiążące, musi wziąć udział co najmniej 30 procent uprawnionych do głosowania i co najmniej połowa ważnych głosów musi paść za jednym z rozwiązań.
Jeśli Lublinianie zagłosują w referendum na „tak”, wówczas rada miasta podejmie stosowną uchwałę, a TBV zbuduje na Górkach Czechowskich bloki i urządzi park.
Oczywiście miasto będzie musiało potem dołożyć pieniądze do nowo powstałego osiedla, ponieważ zamieszka tam co najmniej kilkanaście tysięcy osób, co z kolei pociąga za sobą zbudowanie odpowiedniej infrastruktury (drogi, kanalizacja, żłobki, szkoły, komunikacja itp.)
Negatywny wynik głosowania ważnego głosowania nie będzie oznaczał, że na Górkach nie będzie można budować. W takiej sytuacji firma TBV będzie mogła skorzystać z tzw. „lex developer” (przeforsowanej przez Prawo i Sprawiedliwość i podpisanej przez prezydenta Dudę rządowej specustawy budowlanej), które ułatwia przeznaczanie pod zabudowę gruntów rolnych, powojskowych i poprzemysłowych, będących w granicach administracyjnych miasta. Ustawa ta nie pozwala na inwestycje na terenach chronionych i leśnych, ale za zgodą rady gminy umożliwia pominięcie planu zagospodarowania przestrzennego. Sądząc z obecnej postawy radnych z klubu prezydenta Krzysztofa Żuka, przegłosowanie stosownej uchwały nie będzie stanowiło problemu dla tego rozwiązania. Chociaż tu można mieć wątpliwości, czy radni i prezydent miasta zdecydują się na zastosowanie wtedy „lex deweloper” wbrew woli mieszkańców Lublina. Bo to mogłoby spotęgować istniejące już dziś wątpliwości co do motywów działania Ratusza.

Jeżeli referendum będzie nieważne,

wówczas decyzja co do dalszych losów Górek Czechowskich należeć będzie do prezydenta Żuka i rady miasta.
Tu warto przypomnieć, że Miasto Lublin zawsze miało prawo pierwokupu tego terenu. Zarówno w 2000 roku jak i później. Jednak ówcześni prezydenci miasta: Andrzej Pruszkowski, Andrzej Wasilewski i Krzysztof Żuk nie skorzystali z tego uprawnienia, choć cena za ten obszar wynosiła kilkanaście milionów złotych, co dla budżetu Lublina nie było problemem.
Miasto byłoby właścicielem tego terenu i miałoby możliwość zarobienia dziś olbrzymich pieniędzy, choćby ze sprzedaży działek na terenie nie przewidzianym pod budowę parku. Natomiast teraz stoi w obliczu wspierania prywatnego, miliardowego biznesu TBV.

W przypadku absencji

mieszkańców w tej pozornej grze demokratycznego referendum w Lublinie, być może, radni Lublina spowodują, że teren ten odkupi miasto a nie będzie dokładać później gminnych funduszy do prywatnego biznesu. A próba zdjęcia z siebie odpowiedzialności przez prezydenta Żuka za decyzje w sprawie Górek Czechowskich poprzez ogłoszenie referendum jest zabiegiem socjotechniczno-prawno-politycznym. Bo, parafrazując powiedzenie Kurasia z „Polskich Dróg”: – z której strony by nie spojrzeć, to Górki… pozostaną dalej na lubelskim Czechowie.

Wieczorne zamieszanie genderowe

„Wieczór Trzech Króli” Williama Szekspira to niejako „specjalność” lubelskiego teatru.

Zaczęło się w 1921 roku, gdy z tą komedią zjechał do Lublina Ludwik Solski. Po raz kolejny, na tej samej scenie, ale tym razem już pod winietą Państwowego Teatru im. Juliusza Osterwy, wystawiono „Wieczór” 30 marca 1952 roku. Kolejna premiera „Wieczoru” miała miejsce w dzień Trzech Króli, 6 stycznia 1974 roku. O wszystkich tych wystawieniach można przeczytać w programie do najnowszego przedstawienia. Dwóch pierwszych przedstawień rzecz jasna widzieć nie mogłem z powodu nieobecności na tym świecie. Przedstawienie sprzed 45 lat, w reżyserii Józefa Słotwińskiego, pamiętam blado, ale pozostała mi w pamięci jego barwna, scenograficzno-kostiumowa wystawność (scenografia to od dawien dawna do dziś świetnie uprawiana specjalność lubelskiej sceny, jej dobra marka) oraz akrobatyczna dynamika ruchowa.
Przedstawienie w reżyserii Łukasza Kosa, którego premiera odbyła się także w Wieczór Trzech Króli 2019 wyraziście i bez ogródek wpisuje się w „klimaty genderowe”. To już nie zwykła przebieranka, jak tradycyjnych inscenizacjach i to dotycząca jedynie Violi, udającej Sebastiana, lecz totalna zamiana płciowych ról przez większość bohaterów, testowanie mężczyzn w rolach kobiecych i odwrotnie. Łukasz Kos i autor opracowania tekstu Hubert Sulima czynią to jednak bez ambicji sięgających zawiłości psychoanalitycznych, bez brania tego wszystkiego bardzo na serio. Gdybym miał pójść za subiektywnym skojarzeniem, uznałbym, że podeszli oni do całego tego zamieszania nie tylko z humorem ale i dystansem intelektualnym. Ten humorystyczny dystans i ten miszmasz jest też w kostiumach (Maja Skrzypek) i scenografii (Paweł Walicki). Te pierwsze są kompletnie fantazyjne, ani „renesansowe” (zazwyczaj kojarzone z Szekspirem), ani współczesne, ale właśnie kompletnie „od czapy” w dobrym tego słowa znaczeniu, bo fantazyjne, „samoswoje”. Scenografia nawiązuje do motywów morskich, ze sztucznym morzem w tle, z ogromnymi balonami w kształcie betonowych falochronów. To wszystko zdynamizowane migotliwą choreografią Katarzyny Sikory. W zespole aktorskim bez fajerwerków, ale wyrównany dobry poziom. No, może wyróżniłbym najlepszą chyba rolę tego przedstawienia, czyli Malvolia Marty Ledwoń, która ciekawie pokazała kogoś w rodzaju hermafrodyty, z męskim niemal, tubalnym głosem i skrywającym się pod tą zewnętrznością kobiecym seksapilem. Uznanie także dla Niny Skołuby-Urygi, seniorki lubelskiej sceny, w roli Błazna, zabawnej Magdaleny Sztejman jako sir Andrzeja Chudogęby, Wojciecha Rusina jako bardzo dobrego sir Toby i Daniela Dobosza, perwersyjnie kobiecego w roli Olivii. Słabością aktorską przedstawienia była niestety Justyna Janowska w roli Violi/Sebastiana, wyraźnie odstająca od reszty in minus. Bardzo mi przykro czynić taką uwagę pod adresem aktorki początkującej w zawodzie. Rzecz jasna, nie sposób oczekiwać od młodej aktorki dojrzałej roli, młodość i niedojrzałość jest zresztą w tę postać wpisana, ale w tym przypadku można było odnieść wrażenie, że bladość i nieporadność jej wykonania, sprawiająca przy tym wrażenie nieświadomości sensu roli, była efektem braku należytego poprowadzenia ze strony reżysera, odrobiny dopingu, kilku profesjonalnych uwag. Odrobina wsparcia i niedoświadczona aktorka, nie wątpię że utalentowana, wyszłaby z tego niełatwego zadania obronną ręką. A tak otrzymaliśmy bezkrwistą, gombrowiczowską „Iwonę”, tyle że nie w tym przedstawieniu. W ostatecznym jednak rezultacie udany to był wieczór, dobra i inteligentna zabawa.

William Szekspir – „Wieczór Trzech Króli”, reż. Łukasz Kos, muz. Daniela Strycharski, Teatr im. Juliusza Osterwy w Lublinie, prem. 6 stycznia 2019.

Fotograficznym wehikułem czasu przez Lublin

Nie przystępowałem do lektury tego albumu jak do lektury o dowolnym miejscu na Ziemi, lecz z intencją i odczuciem specjalnym, bo to album o moim rodzinnym mieście. „Lublin, którego nie ma” Joanny Zętar ma za motto słowa Władysława Panasa, twórcy lubelskiej geopoetyki: „Miasto i przestrzeń jest to księga, jak palimpsest”. Palimpsest to księga pisana na używanym wcześniej materiale piśmienniczym. We wstępie do albumu Joanna Zętar pisze o Lublinie jako o mieście niezwykłej historii, o wielowiekowej, różnorodnej tradycji, zachwycającym bogactwem i różnorodnością swojej rzeźby terenu i architektury (z powodu położenia na wzgórzach nazywany był nawet „ministurowym Rzymem”). I o mieście, które jak każde miasto i miejsce na ziemi, podlega nieustającym zmianom i metamorfozom, procesom nieustannego znikania i przybywania, budowli i ludzi. Na pozór najważniejsze w obrazie każdego miasta jest to, co w nim istnieje, co – jest. Wspomniany Władysław Panas uczył, że nie mniej ważne niż to, co z tkanki miasta się zachowało, są „nieistniejące punkty, z których prowadzą wyłącznie ścieżki w przeszłość”. Uczył, że „trzeba potrafić patrzeć, by móc je dostrzec”. W tym patrzeniu ogromnie pomocni, o ile nie niezbędni, są przewodnicy, tacy jak znakomity fotograf Lublina Edward Hartwig, poeta Józef Czechowicz, odkrywca niezwykłych lubelskich narracji Tomasz Pietraszewicz, a także wspomniany tu już Panas.

Tę listę można by bez trudu pomnożyć, sięgając głębiej w przeszłość, choćby o Józefa Ignacego Kraszewskiego, który mieszkał w Lublinie krótko, jako podrostek, ale który w kilkunastu swoich powieściach i opowiadaniach (m.in. „Maleparta”, Morituri”, „Pan Walery”, „Syn marnotrawny”) pozostawił niemal dokumentalny obraz dawnego, XVII i XVIII-wiecznego Lublina, o biskupa Ignacego Krasickiego, w którego Mikołaja Doświadczyńskiego przypadkach” jest ciekawy obraz Lublina z epoki, o powieść „Królestwo pychy” Michała Rusinka, zawierającą piękny opis fragmentu renesansowo-barokowego Lublina czasów Władysława IV, czy o Augusta Grychowskiego, autora fundamentalnej pracy o „Lublin i Lubelszczyzna w życiu i twórczości pisarzy polskich”, od Biernata z Lublina i Sebastiana Klonowica, twórców z Lublina renesansowego, w którym mieszkał przez pewien czas Mikołaj Rej, a Jan Kochanowski umarł, po wiek XX, w tym lubelskie wątki w prozy Andrzeja Struga, w którego drewnianym dworku na Poczekajce mieszkałem przez kilkanaście lat. To m.in. w Lublinie znaleźli scenerię do usytuowanej w XVII wieku akcji twórcy serialu „Czarne chmury”. Lublin to w końcu także miasto legend, z tą o „Czarciej Łapie” na czele.

„Lublin, którego nie ma” Joanny Zętar zawiera dziesiątki fotografii wykonanych na przestrzeni XX wieku, ukazujących już to obiekty i miejsca już w przestrzeni Lublina nie istniejące, już to miejsca i obiekty ocalałe, ale poddane przez czas i ludzi daleko idącym metamorfozom. Rozpoczyna album fotografia spadzistej ulicy Bernardyńskiej, odmienionej, ale jednak w znacznym stopniu zachowanej w swoim dawnym kształcie, a kończy zachowana już tylko na fotografiach ulica Zamkowa, przynależąca do dawnej dzielnicy żydowskiej. A pomiędzy tymi nawiasami od B do Z, poddane niezliczonym przemianom, ale ciągle do pewnego stopnia „takie jak zawsze”, odnowione renesansowe Stare Miasto, secesyjne Krakowskie Przedmieście, gotycka Brama Krakowska, barokowa Katedra, Ratusz, neogotycki Zamek – dziś Muzeum Lubelskie z „Unią Lubelską” Jana Matejki jako koroną kolekcji dawnego malarstwa. skrócone, ale nadal do dawnych swych kształtów podobne ulice Cyrulicza czy Kowalska, jak prawie nie zmienione wzgórze Czwartek z kościołem św. Mikołaja, z bardzo odmienionymi targowiskami u jego stóp, jak dworzec kolejowy, jak miejsca doskonale mi znane, ale już nieistniejące, jak choćby niezapomniane z niezliczonych doznań filmowych kino „Kosmos”, czy wcześniej znikłe, a jeszcze zapamiętane z autopsji baseny kąpielowe przy Leszczyńskiego i Grottgera a także kształty, które zniknęły z przestrzeni miasta na długo przed moim przyjściem na świat (jak choćby staw i obiekty na Rusałce, ulica Szeroka czy synagoga położona kiedyś u stóp Zamku), przemienione czasem nie do poznania jak hala targowa z Lubartowskiej z dawnym kinem „Koziołek”, a także dziesiątki innych miejsc i obiektów. Gdy taki album ogląda – jak ja – lublinianin z urodzenia i z 45 lat życia w tym mieście, muszą budzić się w magazynie jego pamięci niezliczone tysiące wspomnień, przypomnień, asocjacji, sentymentów, tęsknot najbardziej osobistych i subiektywnych. W tym także pamięć moich lubelskich ulic, przy których mieszkałem (Graniczna, Sieroca, Konstantynów, Medalionów), kilku moich szkół (Al. Racławickie, Ogrodowa, Lipowa), a których konterfektów akurat w tym albumie nie ma (nie jest to wyrzut w stosunku do autorki tego albumu, bo przecież musiała w końcu dokonać wyboru kilkudziesięciu fotografii spośród wieluset, a raczej spośród tysięcy istniejących), miejsc w których najczęściej bywałem, ulic którymi przechodziłem i obiektów obok których najczęściej przechodziłem. Jednak moja osobista historia lubelska, mój osobisty palimpsest, to osobna historia, do tego albumu tylko cząstkowo przynależąca. Ten zaś piękny album jest obiektywną rzeczywistością estetyczną i historyczną, z którą warto się zapoznać. Dla starych lublinian czy eks-lublinian jego lektura będzie przejażdżką wehikułem czasu. Dla nielublinian – zachęta do poznania niezwykłego, „starożytnego miasta”, jak pisano o nim w starych przewodnikach turystycznych.

Joanna Zętar – „Lublin, którego nie ma”, Dom Wydawniczy Księży Młyn, Łódź 2018, partner wydania: Ośrodek „Brama Grodzka – Teatr NN”,str. 141, ISBN 978-83-7729-438-3.

Korespondencja z Piekła (2)

Poemat o narkomanie

 

Na detoksie dni są do siebie bliźniaczo podobne. Brak pasji, książki czy zajęcia powoduje przygnębienie i wydłuża czas do skali, której nawet Einstein nie przewidział w swojej teorii księżycowego arbuza. Wszechobecna nuda powoduje duży popyt na wszelkiego rodzaju dragi, ale najchętniej kupowany jest tu clonazepam. Pomimo moich nałogów, nie pamiętam bym kiedykolwiek w życiu się nudził. Nawet zamknięty w pustym i dźwiękoszczelnym pomieszczeniu, uciekam w swój autystyczny świat neurotycznej wyobraźni. Udało mi się do perfekcji opanować tę umiejętność i powiem szczerze, że ułatwia ona życie jak jasna cholera.

Tym razem rzuciłem się również w wir pisania, co powoduje, że czas zasuwa z prędkością światła. Albo arbuza w zależności, do której teorii Einsteina się odwołamy.
Poznałem już wszystkich pacjentów i z większością udało się nawet nawiązać zachowawczo koleżeńskie relacje. Zaskoczył mnie jeden chłopak z Warszawy. Facet mniej więcej w moim wieku. Poznałem go, gdy stał pod gabinetem zabiegowym i zwijał się z bólu trzymając za szczękę. Domyśliłem się, że dokucza mu potworny ból zęba. Na pierwszy rzut oka widać było, że okropnie cierpiał.
Zrobiło mi się go żal. Tak po ludzku. Gabinet zamknięty, pielęgniarka wyszła na obchód, a chłop ledwo stoi. Miałem jeszcze paczkę „Mocnych”, pożyczonych od doktora Kaciuby. Przy dużym bólu wiele to nie pomoże, ale jest szansa, ze przynajmniej w jakimś stopniu złagodzi, przytępi cierpienie, a może nawet przyniesie chwilową ulgę.

Zobaczyłem błysk w jego oczach, gdy tylko wyjąłem kieszeni paczkę i zaproponowałem, by się poczęstował.

Gdy następnego dnia ponownie zobaczyłem go w podobnej pozycji pod zabiegowym, znowu wyjąłem „Mocne” i tym razem dałem mu wszystkie, które mi zostały. Nie było to więcej jak pół paczki. Trochę żal, ale takiemu palaczowi jak ja, zawsze żal oddawać szlugi, zwłaszcza, że więcej nie miałem i byłem przekonany, że w żaden sposób ich już nie odzyskam. Ale faceta naprawdę skręcało, inaczej jednak nie potrafiłem mu pomóc.

Jakież było moje zdziwienie, gdy następnego dnia kolega z sali powiedział mi, że tamten mnie szukał. Po chwili przyszedł ponownie, a w ręku trzymał dużą – 100 gramową – paczkę tytoniu (niezorientowanym napiszę, że z tego można zrobić jakieś 150 papierosów). Zaczęła mi wracać wiara w ludzi i honor starych narkomanów.
Zbliża się siedemnasta, za chwile rozdzwonią się telefony. Znowu zadałem sobie pytanie, czy zadzwoni ktoś do mnie?

Wczoraj mogłem pozałatwiać najbardziej palące potrzeby, na jakiś czas dostałem swój telefon z depozytu. To też element terapii, ponieważ wciąż piszę i publikuję, muszę utrzymywać kontakt z redakcjami, udało mi się więc wynegocjować komórkę na kilka godzin.

Przywykłem już nieco do oddziału i zauważyłem sporo różnic między tym, co jest teraz, a tym, co było kilka lat temu. Z cała pewnością jest znacznie mniejszy handel prochami, narkotykami, czy dopalaczami. Ostatnio, jak tu leżałem, wystarczyło wejść do pierwszej lepszej sali, by kupić clonazepam, amfetaminę, metadon czy nawet dopalacze.

Co kilka dni są zebrania, podczas których pacjenci i terapeuci omawiają bieżące sprawy oddziału. Chyba z braku pomysłu, dominantą tych spotkań są „kradzieże” – cudzysłów zamierzony, ale zaraz wyjaśnię dlaczego. Od kiedy jestem, każde zebranie jest niemalże identyczne, głównym tematem są wspomniane wcześniej kradzieże, które według pacjentów stały się już plagą. Rzecz dotyczy Snickersa, jakiegoś wafelka, kilku landrynek, a najcenniejszym skradzionym przedmiotem była Coca-Cola. Do czasu jednak.

Dzisiaj zwołano zebranie, ponieważ jedna z dziewczyn zgłosiła terapeutom, że ktoś ukradł jej pierścionek. Był dla niej bardzo cenny i – choć zrobiony był ze zwykłej blachy – miał dla niej dużą wartość sentymentalną.

Oczywiście, zebranie przeszło hucznie, każdy przekrzykiwał się pomysłami, jak i gdzie szukać zaginionego przedmiotu. Zaproponowałem nawet by zadzwonić do mieszkania tej dziewczyny i dopytać bliskich, czy przypadkiem nie został on w domu. Dziewczyna jednak była pewna, że miała go tutaj, choć nigdy nie nosiła, trzymała w specjalnej szkatułce.

Po godzinie przekrzykiwania, sporów i pomysłów rozwiązania tej kwestii, doszliśmy do wniosku, że wspólnie z terapeutką i poszkodowaną przeszukamy jej rzeczy, a jeśli trzeba to nawet całą salę. Dziewczyna próbowała się wycofać, umniejszając sentymentalną wartość tej blaszanej biżuterii stwierdziła, że tak naprawdę na tym pierścionku aż tak jej nie zależy, chciała jedynie, by skończyły się na oddziale kradzieże.

Terapeutka jednak była zdeterminowana, a i reszta pacjentów miała już dość słuchania o kradzieżach cukierków, czy kilku paluszków, zamiast omawiać poważniejsze sprawy. Takie, jak choćby coraz częstsze odejścia pacjentów. Dzisiaj rano odszedł na własną prośbę warszawiak, który dał mi wspomniany wcześniej tytoń. Spotkania powinny służyć rozwiązywaniu spraw pacjentów, przekonywaniu, by zostali, ale zostały zdominowane ciągłym wałkowaniem wyimaginowanych kradzieży.

Wracając jednak do afery z pierścionkiem: wybrana komisja udała się do jej do sali, by pomóc dziewczynie odszukać zaginioną pamiątkę. Jakież było zdziwienie, gdy terapeutka otworzyła jej kosmetyczkę, zamiast pierścionka wyleciał z niej clonazepam. Psychika niektórych ludzi naprawdę mnie zaskakuje, wątpię by zrobiła to z głupoty. Mówiąc na zebraniach o kradzieżach, zapomniani przez świat pacjenci, usiłują zwrócić na siebie uwagę. I to jest istota tych wszystkich złodziejskich zmyśleń. Pamiętacie film „Dwunastu Gniewnych Ludzi”? Tam, emeryci występowali przed sądem jako świadkowie w sprawach, o których nie mieli pojęcia. Ważniejsze było dla nich to, by chociaż na chwilę zwrócić na siebie uwagę, niezależnie, że mogą tym skazać na śmierć niewinnego człowieka.

Historia ta idealnie pasuje do teorii, znanej w nauce jako „Brzytwa Hanlona”: nie należy doszukiwać się złej woli tam, gdzie wytłumaczeniem może być zwykła głupota
Pamiętam, jak podczas jednego moich pobytów, jeden z pacjentów przemycił 20 gramów dopalaczy. Ukrył je w kuli, którą podpierał zwichniętą nogę. Towar był tak mocny, że przez kilka dni cały oddział chodził naspidowany. Setka tej substancji działa mocniej, niż gram amfetaminy.

Perfidne Uzależnienie.

Opiszę teraz historię z innego oddziału, nie pamiętam dokładnie, z jakiego to było detoksu, czy ośrodka, ale nie jest to w tym momencie istotne.

Leżał na oddziale chłopak, był bardzo głęboko uzależniony od heroiny, dodatkowo podwójnie trafiony (oznacza to, że miał zarówno HIV jak i HCV). Był na wykończeniu i pewnie zdawał sobie sprawę ze swojej sytuacji.

Zgodnie z normami stereotypowego myślenia, sam sobie był winien. Ten przypadek odbiega jednak od schematu wciąganego chętnie na swoje flagi rzez prawicową Mozie. Jeśli jednak chociaż jeden człowiek p przeczytaniu tej historii, spojrzy cieplejszym okiem na narkomana, to warto ją opisać.

Chłopak – nazwijmy go Janek, mieszka w Warszawie. Od urodzenia w tej samej kamienicy. Od dziecka przyjaźnił się z Krzyśkiem. Chodzili razem do przedszkola, podstawówki i szkoły średniej.
W dorosłe życie weszli pod koniec lat osiemdziesiątych.

Pomimo tego, że się rozeszli, pozakładali własne rodziny i wybrali różne drogi życiowe, młodzieńcza przyjaźń przetrwała.

Janek zauważył, że z przyjacielem dzieje się coś niedobrego, ale tamten zapewniał, to wina przemęczenia, że ma anemię, lekką depresję i przy okazji wymyślił tysiąc niespecjalnie groźnych schorzeń, ale jest pod opieką lekarzy i nawet jeden z nich sprowadził mu marihuanę medyczną. Marihuana medyczna, to nic innego jak zwykła marihuana, ale nazwali ja medyczną, by palący gówniarz był przekonany, że jest lepszy od żula pijącego alpagę pod sklepem. Jako Polacy uwielbimy eufemizmy, a hipokryzja jest wartością nadrzędną.

Wrócę jednak do głównego wątku, bo się pogubię

Janek z Krzysztofem spędzali wspólnie masę czasu. Chodzili czasem na piwo, czasami odwiedzali się w domu.

Janek poza alkoholem nigdy ani po żadne narkotyki czy prochy nigdy nie sięgał, nawet trawki nie próbował.

Krzysiek wręcz przeciwnie – nie mógł obejść się bez heroiny. Ponieważ jednak dobrze zarabiał, potrafił ukryć objawy nałogu. Wystarczy kokaina, dobre perfumy, odpowiednie kremy, krople atropinowe do oczu i był gotowy do pracy. I oczywiście do spotkania z przyjacielem.

Cały ten makijaż działał jednak powierzchownie. Wyniki w pracy Krzysztofa były coraz gorsze. Dostał jednak szansę na uporządkowanie swoich spraw i sam prezes zarządu zapewnił go, że praca będzie na niego czekać.

Jak było do przypuszczenia, najpierw wybrał z konta całą gotówkę, następnie zadzwonił do dilera. Przed Jankiem udawał, że wszystko gra, że pracuje i nawet spodziewa się awansu, ponieważ aplikował na stanowisko głównego inżyniera.

Ludzie tacy jak Janek są idealnym łupem dla narkomanów i alkoholików. Nie znają problemu, więc nie potrafią się nawet obronić. Z łatwością można ich sobie owinąć wokół palca.
Umówili się na wieczór i mieli omówić, co dalej z przyszłością Krzysztofa. Zjawił się punktualnie, zaniósł piwo do lodówki i wyciągnął dwa skręty, częstując Janka jednym. Zapewnił, że towar jest najlepszej jakości, przywieziony przez kolegę z Afganistanu.

Janek kompletnie się na tym nie znał, nigdy nie palił, nie wąchał nawet zapachu palonej konopi. Trochę się bał, ale przecież awans kolegi – co ja mówię – przyjaciela, należy oblać z pompą.
Po kilku zaciągnięciach poczuł się dziwnie, sądził że trawka działa inaczej, W końcu dopadły go torsje i pobiegł do toalety wymiotować. I tym razem pojawiło się ogromne zdumienie. Rzyganie sprawiało mu jednak ogromną przyjemność. Był szczęśliwy. Wymiotując do tej muszli, był siódmym niebie.

Krzysztof prawie codziennie zaczął odwiedzać Janka, za każdym razem przynosił „zioło”, co według Janka było zwykłą, bezpieczną „gandzią”. Trochę inaczej wyobrażał sobie jednak jej smak i kolor, ale był dyletantem w tym temacie i wiedział, że Krzysztof nie szprycuje go podejrzanymi dopalaczami.

Gdy, pewnego popołudnia przyszedł Krzysztof i powiedział, że tym razem nie ma towaru, Janek wpadł w rozpacz. Czuł się potwornie. Zalewały go jednocześnie fale zimna i gorąca. Zupełnie nie rozumiał, co się z nim dzieje, jeszcze nigdy tak źle się nie czuł. Wyglądało to na wyjątkowo ciężką grypę. Bo przecież niemożliwe, żeby gandzia tak go uzależniła. W ogóle możliwości uzależnienia nie brał pod uwagę.

Krzysztof doskonale wiedział, co się z nim dzieje. Możemy temu zaradzić – powiedział – ale musisz dać mi pieniądze. Ja jestem już spłukany. W kieszeni Janek miał kilkadziesiąt złotych. Drżącą ręką wyjął z kieszeni i podał banknoty przyjacielowi. Był pewien, że wystarczy ze sporym zapasem. Przecież trawka nie może być droga pomyślał.

Uśmiech Krzysztofa zamarł w cynicznym uśmiechu. – To ciut za mało, mój przyjacielu – powiedział pewnym siebie głosem. – Gram heroiny kosztuje ponad 200 złotych.

– Jak to heroiny?! – zdziwił się Janek. – Paliliśmy przecież zwykłą gandzię, nie znam się na tym, ale nawet jeśli był to hasz, to też chyba tyle nie kosztuje – powiedział zdezorientowany.

Głód jednak dokuczał mu coraz bardziej, zaczęły się początki skręta (skręt – zespół odstawienny u narkomanów uzależnionych od opiatów). Nigdy nie przypuszczał, że człowiek może znieść tego rodzaju ból.

Nie mogąc znieść tego, co się z nim dzieje, poszedł do najbliższego bankomatu wypłacić pieniądze. Krzysztof praktycznie zamieszkał u niego, to właśnie on zajął się zdobywaniem towaru. Za pieniądze Janka oczywiście. Przestali też bawić się w palenie, dożylnie efekt jest znacznie lepszy.

Gdy bankowe konto zaświeciło pustką, Janek wziął jeszcze kredyt – miał dobrą historię kredytową, nie było więc problemu. Gdy i te pieniądze się skończyły, zaczął zadłużać się w parabankach oferujących chwilówki. Miał już długi u wszystkich znajomych, dochody również się skończyły. Janek uprawiał wolny zawód, zarabiał bardzo dobrze, ale gdy nie pracował, nie miał żadnych dochodów. Z domu powoli znikały gromadzone latami sprzęty, wszystko zanosił do lombardów.

Kiedy w mieszkaniu nie było już nic do sprzedania, a firmy windykacyjne zaczęły upominać się o spłatę długów. Krzysztof nagle zniknął. Pojechał szukać drugiego Janka.

Ludzie lubelskiej lewicy w 100-leciu niepodległej Polski

Referat wygłoszony przez prof. Emila Horocha na Konferencji „Czyn i ludzie lewicy Lubelszczyzny w 100-leciu niepodległej Polski” zorganizowanej przez Radę Wojewódzką Stowarzyszenia „Pokolenia” w Lublinie 15.IX. 2018 roku.

 

100 – lecie odzyskania niepodległości sprzyja formowaniu pewnych refleksji. To nie tylko listopad 1918 roku, ale całe 100 lat. Jest to okres, który tworzyło i uczestniczyło w nim pięć pokoleń. To lata II Rzeczpospolitej, lata wojny i okupacji, to wreszcie okres od 1944/1945 do 1989 r. i po transformacji ustrojowo – gospodarczej, zapoczątkowanej obradami i decyzjami ,,Okrągłego stołu”.
Rok 1918 – na plan pierwszy wybija się dzień 11 listopada. Było to dzień, który przeszedł do historii, bo wówczas, w wagonie kolejowym w podparyskim Compiegne cesarskie Niemcy poprosiły o pokój.
Co działo się wówczas na ziemiach polskich ( m.in. na Lubelszczyznie)
Jak doszło do wybicia się na niepodległość?
Dnia 28 października 1918 r. w Krakowie powstała Polska Komisja Likwidacyjna na czele z Wincentym Witosem. Popierały ją wszystkie stronnictwa galicyjskie, od konserwatystów po socjalistów.
W Lublinie rozpoczęło się rozbrajanie wojsk austriacko – węgierskich. Dnia 3 listopada Lublin było wolny od wojski okupacyjnych.
5 listopada 1918 roku powstała Lubelska Rada Delegatów Robotniczych. W jej skład weszli przedstawiciele SDKPiL, PPS – Lewicy, PPS i Poalej-Syjon. Reprezentowała ona skrajny kierunek, przemian społeczno – gospodarczych wzorowanych na modelu radzieckim i opartym na haśle europejskiej rewolucji socjalistycznej.
W nocy z 6 na 7 listopada, powstał w Lublinie Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej. Premierem w tym rządzie został przywódca PPSD – Ignacy Daszyński. Oceniając wydarzenia listopada 1918 r., należy pamiętać, że odzyskanie niepodległości przez Polskę, to wynik sprzyjających okoliczności na arenie europejskiej ( upadek carskiej Rosji i klęska Cesarstwa Austro-Węgierskiego oraz Cesarstwa Niemieckiego).
Bohaterem, często przesłoniętym przez bitwy i dyplomację – były masowe, oddolne ruchy społeczne, które oprócz hasła niepodległość, miały nadzieję na zmiany statusu upośledzonych grup społecznych, a nawet na zmianę struktury samego społeczeństwa.
To proponowała ówczesna polska lewica, a manifest ,, Do Ludu Polskiego”, wydany przez rząd Ignacego Daszyńskiego. Zapowiadano w nim m.in : zwołanie Sejmu, równouprawnienia wszystkich obywateli, 8 – godzinny dzień pracy, wniesienie do przyszłego Sejmu projektów reform (reforma rolna i upaństwowienie głównych gałęzi przemysłu), wprowadzenie powszechnego, obowiązkowego, bezpłatnego i świeckiego nauczania szkolnego oraz ,, organizowanie regularnej armii ludowej”.

 

Historia polskiego stulecia miała niejedno imię.

Miała również imię lewicowe, niezależnie od okresów historycznych, które składają się na te 100 lat. To nie tylko czerń i biel, ale również i czerwony kolor. To szereg wybitnych jednostek polskiej i lubelskiej lewicy. Często dzisiaj zapomnianej, zrzucanej z cokołów, wyrzucanej z nazw ulic.
Chciałbym przedstawić kilkanaście sylwetek ludzi Lubelskiej lewicy z tych minionych lat. Mój wybór z natury rzeczy, jest subiektywny, autorski. Ale każdy z obecnych na tej sali, może dokonać własnego wyboru – w swojej gminie, mieście, powiecie czy województwie. Z tego względu proszę o wyrozumiałość zebranych.
Na początek sylwetka, która nie mieści się w ramach czasowych 100 – lecia, ale warto ją przypomnieć. To postać księdza

 

Piotra Ściegiennego.

Syn chłopa, uczył się w Kolegium Pijarów w Opolu Lubelskim, nauczyciel, organizator organizacji spiskowej (Lublin, Hrubieszów, Zamość, Krasnystaw). Przygotował powstanie. Autor ,, Złotej książeczki”, w której nawoływał do rewolucji społecznej. Aresztowany w 1844 r. został skazany na pracę w kopalni ołowiu w Aleksandrowsku na Syberii. Po powrocie do kraju w lutym 1871 r. mieszkał w Tarnawie, Wilkołazie, aż w 1883 r. został kapelanem szpitalnym, w szpitalu u św. Jana Bożego w Lublinie. Opiekował się biedotą robotniczą z ulicy Lubartowskiej i przedmieścia Czwartek.
Stał się symbolem dla kolejnych pokoleń działaczy lewicy lubelskiej.
Zmarł 6 listopada 1890 r. w wieku 90 lat. Jego pogrzeb był pierwszą w dziejach Lublina, manifestacją, a zarazem pochodem robotniczo – chłopskim na Krakowskim Przedmieściu. Został pochowany na cmentarzu przy ulicy Lipowej.

 

Róża Luksemburg

urodzona w Zamościu 5 marca 1870 roku. Zamordowana przez skrajnie prawicową jednostkę tzw. „Freikorpsu” 15 stycznia 1919 roku. Jest obok Marii Curie – Skłodowskiej, najbardziej znaną na świecie Polką oraz najsłynniejszą zamościanką. Była związana z polskim i niemieckim ruchem robotniczym, wybitną działaczką II Międzynarodówki, teoretykiem i praktykiem ruchu robotniczego, walczyła o prawa kobiet.
Miała swoje zdanie w polemikach z Edwardem Bernesteinem, Karolem Kautskim i Włodzimierzem Leninem.
Najsłynniejszy jej ,,bon mot”, to ,, socjalizm albo barbarzyństwo”. Łączyła wiek XIX z wiekiem XX.

 

Andrzej Strug

(Tadeusz Gałecki) urodził się 28 listopada 1871 r., zmarł 9 grudnia 1937 r. Bohater pięknego wiersza autorstwa Władysława Broniszewskiego pt. ,, Na śmierć Andrzeja Struga”.
Mieszkaniec Lublina, uczeń zaangażowany w działalność antycarską. Więzień Cytadeli warszawskiej, zesłaniec do Archangielska, członek PPS-u. Legionista odznaczony Krzyżm Vilituti Militarii. Członek rządu ludowego Ignacego Daszyńskiego, senator II RP.
W 1934 r. utworzył Ligę Praw Człowieka i Obywatela. Był członkiem Polskiej Akademii Literatury, Wielki Mistrz Wielkiej Loży Narodowej Polski. Pisarz, dzisiaj postać zapomniana, godna jednak przypomnienia.
Wkraczamy w listopad 1918 roku.

 

Władysław Kunicki,

nauczyciel, uczestnik rewolucji 1905 r., dyrektor szkoły handlowej na ulicy Narutowicza 37, członek PPS-u. To w jego mieszkaniu przy ulicy Namiestnikowskiej w nocy z 6 na 7 listopada 1918 r. odbyła się narada członków przyszłego Tymczasowego Rządu Ludowego, którego premierem został Ignacy Daszyński. W. Kunicki był Komisarzem Rządu Ludowego. Jego grób znajduje się w Lublinie, na cmentarzu przy ul. Lipowej.

 

Józefa Kunicka,

siostra Władysława Kunickiego, nauczycielka, trzykrotnie wybierana do rady Miasta w Lublinie. Działaczka oświaty. Walczyła o godniejszą pensję dla robotników. Była jedną z osób, które starały się podnieść stan higieniczny Lublina. Była, jak jej brat, związana z lubelską lewicą.

 

Marian Buczek,

kiedyś była ulica jego imienia, później część ulicy, dzisiaj jej już nie ma. W listopadzie 1918 roku miał 22 lata. Należał do najmłodszych i najbardziej aktywnych uczestników lubelskiego listopada. Legionista. Członek PPS, POW. Odznaczony odznaką ,, Nocy 7-8 listopada”. Członek Milicji Ludowej, KPRP, KPP. Więzień polityczny w II RP o najdłuższym stażu. Ginie 10 września 1939 roku w walce z Niemcami pod Ożarowem. Był żołnierzem listopada 1918 roku oraz września 1939 roku.

 

Jan Hieronim Hempel,

ps. Jan Bezdomny, Jan Boży, Kwakier, Wolski. Publicysta, filozof, działacz ruchu robotniczego i spółdzielczego. Pracował w Chinach, był nauczycielem w Paranie ( Brazylia) w środowisku Polaków, później w Paryżu. Był redaktorem „Kuriera Lubelskiego”. Współzałożyciel loży masońskiej w Lublinie. Był inicjatorem założenia Lubelskiej Spółdzielni Spożywców, pierwotna nazwa – Stowarzyszenie Spożywców.
Legionista, członek PPS – Lewica, KPRP, KPP, więzień polityczny w II RP. To o nim Władysław Broniewski, więziony w jednej celi z Hemplem w 1931 roku napisał wiersz pt. ,,Magnitogorsk albo rozmowa z Janem”, aresztowany w ZSRR w ramach ,, czystek stalinowskich”, w styczniu 1937 roku został stracony.

 

Wanda Papiewska,

członkini Stowarzyszenia Sumienia Oświaty ,,Światło”’ w 1906 roku, członek PPS. Założycielka LSS, wspólnie z Janem Hemplem oraz Oktawianem Zabrowskim, przewodnicząca Abstynentów ,,Przyszłość” (działał w nim m.in. Bolesław Bierut). Była radną w samorządzie Lublina z listy PPS. Kierowała biblioteką w LSS-ie. Działaczka Ligi obrony Praw Człowieka i Obywatela. Była również członkinią Loży Masońskiej. Po drugiej wojnie, posłanka do Krajowej Rady Narodowej. Potrafiła od przewodniczącego KRN Bolesława Bieruta domagać się zwolnienia z więzień ludzi niesłusznie aresztowanych.

 

Ludwik Czugała,

nauczyciel, społecznik, przewodniczący Wojewódzkiej Rady Narodowej w Lublinie. Jeden z inicjatorów powołania wyższej uczelni Uniwersytetu Marii Curie Skłodowskiej. Członek ZMW ,, Wici”, ZNP, BCh i AL. Zamordowany przez oddział ,,Żelaznego” (Edmund Edward Taraszkiewicz) 29 maja 1951 roku we wsi Wytyczno, pow. włodawski.

 

Paweł Dąbek

absolwent wydziału prawa Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego z 1936 r. W okresie okupacji członek Służby Zwycięstwa Polsce, Robotniczo – Chłopskiej Organizacji Bojowej i Gwardii Ludowej, w której pełnił funkcję dowódcy Lubelskiego Okręgu w latach 1942 – 1943, do czasu aresztowania przez władze niemieckie. W latach 1943 – 1944 więzień obozu koncentracyjnego na Majdanku. Działacz PPR i PZPR. Przewodniczący WRN w Lublinie ( 1944-1946, 1951 – 1952, 1956 – 1969). Poseł do KRN i Sejmu PRL. Członek Rady Naczelnej i Zarządu Głównego ZBoWiD. W latach 1969 – 1976 dyrektor Wydawnictwa Lubelskiego. Posiadał stopień generała brygady WP. Zmarł 19 września 1987 roku, pochowany w Lublinie.

 

Władysław Kozdra,

absolwent historii na UMCS (1964). Członek PPR i PZPR w Lublinie. Od października 1956 r. (z krótką przerwą od 17.XI. do 12. XII. 1956 r. kiedy był sekretarzem rolnym KW) do sierpnia 1971 roku pełnił funkcję I Sekretarza KW PZPR w Lublinie. Po roku pracy w centralnym aparacie partyjnym, 12.10.1972 roku został wybrany na stanowisko 1 sekretarza KW PZPR w Koszalinie. Funkcję tę pełnił do 10.12.1980 roku. Był delegatem na wszystkie Zjazdy PZPR, był członkiem KC PZPR. Pełnił również funkcję posła na Sejm PRL. W okresie jego kadencji w rolnictwie i przemyśle Lubelszczyzny zaszły znaczące zmiany. To wtedy zbudowano także szereg szkół w ramach akcji ,,1000 szkół na Tysiąclecie”.’ Zmarł 12.IX. 1986 roku w Koszalinie.

 

Józef Dechnik

urodził się 26 stycznia 1910 roku we wsi Krzeszów Górny, w powiecie biłgorajskim. W 1928 roku wyjechał do Argentyny w poszukiwaniu pracy. Tam nawiązał kontakty z organizacjami lewicowymi. Powrócił do Polski w 1932 roku. Nawiązał wówczas kontakt z KD KPP w Biłgoraju. Aresztowany za działalność komunistyczną. Odsiedział wyrok, 4 lata, w więzieniu w Janowie Lubelskim. W okresie okupacji, w latach 1939 – 1940, przebywał w Związku Radzieckim, skąd powraca w 1940 roku do miejscowości Hucisko. Współpracował z BCh, organizował komórki PPR w powiecie biłgorajskim. Po wyzwoleniu pełnił funkcję I sekretarza KP PPR w Biłgoraju, był członkiem KW PPR. W 1947 roku obejmuje obowiązki I sekretarza w Zamościu i zostaje posłem do Sejmu RP. W roku 1948 pełni funkcję prezesa Wojewódzkiego Związku ,, Samopomoc Chłopska”, a następnie kierownika Wydziału Organizacyjnego KW PZPR w Lublinie. Po ukończeniu dwuletniej szkoły partyjnej przy KC PZPR, od 1 maja 1951 do 30 kwietnia 1953 r. był przewodniczącym ZG Związku Pracowników Rolnych. Poseł na Sejm. Następnie, od 1.IV.1953 r. do 31.X.1956 r, pełnił funkcję sekretarza do spraw rolnych w KW PZPR w Olsztynie. W wyniku starań społeczeństwa biłgorajskiego w 1956 roku Józef Dechnik wraca do Biłgoraja. Obejmuje funkcję I sekretarza KP PZPR, którą pełni do 1974 r. To w okresie jego kadencji „Biłgoraj i powiat biłgorajski przeszedł z wieku XIX w wiek XX”. Został odznaczony Orderem Budowniczych Polski Ludowej.
Był nietypowym przykładem członka aparatu partyjnego PPR i PZPR. Zawsze miał czas na spotkania i rozmowy z ludźmi. Tak go wspomina Stanisław Niedźwiedź, który pracował z J. Dechnikiem. ,,Słuchał ludzi, nawet tych należących do przeciwnych opcji politycznych” – ,, Przed podjęciem każdej decyzji prowadził szerokie konsultacje, chodziło mu o to, żeby decyzja jaką podejmie była najlepsza dla powiatu biłgorajskiego”. Prorocze były jego słowa wypowiedziane na konferencji powiatowej w grudniu 1956 r. ,,Partia musi być taka, jaką chcą masy. Urzędników w partii nam nie trzeba”. Zmarł 23 listopada 1983 roku w Biłgoraju.

 

Ryszard Wójcik,

po działalności w ruchu młodzieżowym w ZMP i ZMW, w latach 1960 – 1977 członek Egzekutywy KW PZPR w Lublinie. Był sekretarzem KW PZPR, pełnił funkcję przewodniczącego Prezydium WRN i wojewody lubelskiego. W 1975 roku został wybrany na I sekretarza KW PZPR w Lublinie. Na VII Zjeździe został wybrany członkiem KC PZPR. W latach 1973 – 1975 był prezesem Rady Główniej Centralnego Związku Kółek Rolniczych. We wspomnieniach koleżanek i kolegów jest wspominany jako człowiek życzliwy oraz dbający o rozwój Lubelszczyzny. Zmarł 25 czerwca 1977 roku, pochowany w Lublinie.

 

Prof. Grzegorz Seidler,

absolwent Wydziału Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego w 1935 r. Od 1950 związany z UMCS, a w latach 1959 – 1969 był jego rektorem. Za jego kadencji wyrosły nowe gmachy uczelni i 1000 róź. Redaktor naczelny ,,Annales Uniwersitis Marii Curie – Skłodowska”’. Członek Egzekutywy KW PZPR w Lublinie w okresie 1966 – 1969. Radny Wojewódzkiej Rady Narodowej. W latach 1969 – 1971 dyrektor Instytutu Kultury Polskiej w Londynie. Zmarł w 2004 roku w Lublinie.

 

Prof. Zdzisław Cackowski,

absolwent studiów filozoficznych na Państwowym Uniwersytecie im. M.W. Łomonosowa w Moskwie. Po powrocie podjął pracę na UMCS w Katedrze Filozofii. Był filozofem i marksistą. Pełnił funkcję prodziekana Wydziału Humanistycznego UMCS i rektora tej uczelni. Jako rektor chciał ,,otworzyć swój uniwersytet na Polskę i świat”. Był członkiem ZWM, ZMP i PZPR, członek KC PZPR, zasiadał w Radzie Konsultacyjnej przy przewodniczącym Rady Państwa (był nim gen. W. Jaruzelski). Zmarł w 2016 roku w Lublinie.

 

Prof. Stanisław Krzykała,

absolwent polonistyki w KUL. Członek OM TUR, PPR i PZPR. Wiceprezydent i prezydent Lublina. Historyk, który zapoczątkował i prowadził badania nad historią ruchu robotniczego na Lubelszczyźnie. Dyrektor Instytutu Historii UMCS, dziekan Wydziału Humanistycznego UMCS i prorektor uczelni. Zmarł w Lublinie w 1976 roku.

 

Leszek Siemion,

jeden z przedstawicieli słynnego rodu Siemionów z Krzczonowa. Uczestnik ruchu oporu II wojny światowej. Po okupacji żołnierz Wojska Polskiego i oficer MO. Członek ZMP, jeden z założycieli pisma ,, Pod wiatr” w 1956 roku oraz PPR i PZPR. Dziennikarz (Wielkopolska i Lubelskie). Historyk – autor wielu artykułów i opracowań opisujący ruchy partyzanckie w okresie II wojny światowej, Działacz społeczny. Aktywny członek ZBoWiD w Lublinie. Bardzo życzliwy dla ludzi. Zmarł w Lublinie 4 lutego 1981 roku.

Sylwetki osób które przedstawiłem, wiedli swoje życie, prowadzili działalność społeczną, polityczną, naukową, w różnych okresach historycznych, ale apogeum przypadło na lata po II wojnie światowej. Lata, które obecni rządzący chcą wykreślić z historii naszego państwa oraz naszej osobistej historii.
100 – lecie odzyskania niepodległości, to nie tylko święto prawicy. Każdy okres historyczny ma swoje czarne plamy. Ale po II wojnie dokonał się awans społeczny, zlikwidowano analfabetyzm, wprowadzono powszechną i bezpłatną oświatę, bezpłatną służbę zdrowia, w tym przychodnie w zakładach pracy, etaty lekarzy w szkołach.
Powstały liczne szkoły, w tym „1000 szkół na Tysiąclecie”, uczelnie wyższe, np. w Lublinie, w których kształcili się Ci , którzy teraz ten okres krytykują.
W sytuacji kobiet po II wojnie światowej nastąpiły także zasadnicze zmiany. W 1945 r. w Polsce wprowadzono małżeństwa cywilne i rozwody, a nowy kodeks rodzinny z 1955 roku zrównał małżonków w prawach i obowiązkach. Nastąpiła również aktywizacja zawodowa kobiet oraz otwarcie możliwości edukacyjnych na różnych szczeblach.
Nie można tych 45-ciu lat wymazać z historii. Pamięć ludzi jest czasem zawodna i koniunkturalna.
Kolejna kwestia – ekonomia. Gdyby nie lewica, mimo obecności w bloku wschodnim, Polska pozostała by krajem biednym, ekonomicznie zacofanym, zbudowanym na ostrych podziałach klasowych i wyzysku. To wtedy dokonał się, za cenę wielu wyrzeczeń, skok cywilizacyjny.
Do 1950 roku 100% dzieci w wieku od 7 do 15 lat zostało objętych obowiązkowym, bezpłatnym nauczaniem. Nauczanie średnie kończyło do 20% młodzieży. Nastąpił lawinowy wzrost liczby studentów w szkołach wyższych. Liczba inżynierów wzrosła z 7 do 110 tysięcy.
To było społeczeństwo nieźle wykształcone, zdrowe, uczestniczące w kulturze. To wtedy zrodziła się polska szkoła plakatu, polska szkoła filmu – mimo urzędu przy. ul Mysiej w Warszawie. Społeczeństwo było wolne od dramatu, masowego bezrobocia. Nastąpiło obalenie barier klasowych i społecznych oraz zniesienie tych barier w kulturze i obyczajach.
Reasumując – 100 lat dziejów polskiego państwa (w różnych okresach historycznych), to również 100 lat istnienia polskiej lewicy – różnych odcieni i emblematów na sztandarach. To również okres lat 1944/1945 – 1989, okres Rzeczpospolitej Polskiej, a od lipca 1952 roku Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej.
Tego okresu nie można wymazać z historii 100 – lecia niepodległości.
To czyni i czynić będzie Stowarzyszenie ,, Pokoleń” Ziemi Lubelskiej.

100 lat rządu Daszyńskiego w Lublinie

W dniu 6 listopada 2018 roku w Siedzibie Wydziału Politologii UMCS odbyła się konferencja naukowa z okazji 100-lecia powstania w Lublinie Rządu Ludowego z premierem Ignacym Daszyński na czele. Rząd ten przeszedł do historii dzięki radykalnemu, jak na ówczesne czasy Manifestowi, który zarysował nowoczesną konstrukcję Państwa Polskiego po odzyskaniu niepodległości ogłoszonej, kilka dni później, 11 listopada 1918 roku.
Doktryna polityczna rządu Daszyńskiego wywodziła się z programu Polskiej Partii Socjalistycznej wprowadzanego konsekwentnie w życie od momentu powstania partii w roku 1892. Program ten opierał się on o dwa założenia: niepodległość państwa polskiego i sprawiedliwość społeczna. Historia pokazała, że odzwierciedlał on wówczas i dziś najświatlejsze wizje organizacji państwa, które realizowali socjaliści.
Konferencja miała dwie części. Pierwsza poświęcona była refleksji historycznej i politycznej. Odnieśli się i zaprezentowali w kolejności wnioski z okazji rocznicy: prof. Stanisław Michałowski – rektor UMCS, prof. Iwona Hofman – dziekan Wydziału Politologii UMCS, Andrzej Ziemski – przewodniczący Komisji Historycznej PPS oraz Włodzimierz Czarzasty – przewodniczący SLD. W dalszej części wypowiedział się również Władysław Skonecki – wiceprzewodniczący Rady Naczelnej PPS.
W części drugiej zorganizowany został panel naukowy dotyczący rocznicy, w którym udział wzięli: prof. Stanisław Michałowski, dr hab. Adam Bobryk, dr hab. Stefan Stępień oraz dr hab. Danuta Waniek. Panel prowadził dr Bartosz Rydliński z Centrum im. Ignacego Daszyńskiego.
Trzeba podkreślić, że konferencja odbywała się w pomieszczeniach UMCS, w których 100 lat wcześniej zebrał się Rząd Ludowy. Odegrał on w momencie powstania ogromną rolę z dwóch powodów: zniósł okupację niemiecką i podkreślił fakt zdolności Polaków podzielonych poprzez rozbiory do utworzenia niepodległego państwa oraz wyartykułował program, który był niezwykle postępowy, jak na ówczesną Europę (8 godzinny dzień pracy, nadanie praw wyborczych kobietom, koncepcja ubezpieczeń społecznych, nacjonalizacja przemysłu, reforma rolna).
W konferencji, której organizatorem był Uniwersytet im. Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie i Centrum im. I. Daszyńskiego przy współudziale Komisji Historycznej PPS uczestniczyło ponad sto osób ze środowiska akademickiego, działacze lewicy, dziennikarze.
Konferencje z okazji utworzenia Rządu Ludowego w 1918 roku mają wieloletnią tradycję i przypominają o kluczowej roli socjalistów w odzyskaniu niepodległości w 1918 roku i tworzeniu od podstaw, odrodzonego po 123 latach niewoli państwa polskiego.