Kapsułki pamięci

„Niedoszły polski Lawrence of Arabia”
W 1976 roku podczas pobytu wczasowego w Spale pokazano mi, jako ciekawostkę personalną, nobliwie wyglądającego starszego pana, który, jak mi powiedziano, pracował przed wojną w służbie kamerdynerskiej prezydenta Ignacego Mościckiego, w jego słynnej, tutejszej rezydencji. Z przedwojennym prezydentem zetknął się też mój rozmówca z czerwca 1997 roku, książę Jerzy Giedroyć, redaktor naczelny paryskiej „Kultury”.
Jako młody publicysta prosanacyjnego pisma „Bunt Młodych” uczestniczył w latach trzydziestych w grupowej audiencji redakcji „u Ignacego” na Zamku Królewskim w Warszawie. Po wojnie Giedroyć założył w Rzymie, a w 1947 roku przeniósł go do Maisons-Laffitte pod Paryżem, „Instytut Kultury”, gdzie redagował i wydawał m.in. legendarny przez kilka dziesięcioleci, sławny miesięcznik „Kultura”, który był osią myślowej politycznej światłej emigracji polskiej na Zachodzie. Okoliczność, jaką było wydanie w Paryżu i promocja tamże, mojego przewodnika historyczno-literackiego po stolicy Francji przyczyniła się przy okazji do takiego oto trafu, że w czerwcu 1997 miałem niebywałą okazję blisko godzinnej osobistej rozmowy z Giedroyciem w jego gabinecie w Maisons-Laffitte.
Giedroyć wpatrywał się we mnie badawczo swoimi sarnimi oczami i wypytywał mnie o różne sprawy polityczne w kraju, hojnie przy tym częstując mentolowymi papierosami marki „Cool”, które palił nałogowo, namiętnie i łańcuszkowo.
Przy tej okazji „opaliłem” go solidnie, a on wypytywał mnie o różne sprawy krajowe. „Audiencję” ową zawdzięczałem głównie temu, że redaktor Giedroyć uprzednio już wiedział, że jestem publicystą miesięcznika „Dziś” Mieczysława Franciszka Rakowskiego, którego bardzo cenił. A że w tym czasie rządził w Polsce Sojusz Lewicy Demokratycznej, a prezydentem był Aleksander Kwaśniewski, więc odnosiłem wrażenie, że redaktor odbiera moje uwagi jako w jakimś stopniu „miarodajne”, co odbierałem z satysfakcją, która nie powinna dziwić.
Przez blisko godzinę miałem okazję obcować z postacią historyczną, a przy tym legendarną. Pięć lat później, w 2002 roku zjawiłem się ponownie w Maisons Laffitte, z pakietem książek z Polski, o których grzecznościowe przekazanie mnie poproszono, korzystając z mojej podróży do Paryża.
Jerzy Giedroyć już nie żył, więc przyjęła mnie kawą jego wieloletnia współpracowniczka, Zofia Hertzowa. Po rozmowie, na pożegnanie, podarowała mi ostatni egzemplarz „Kultury”, która przestała wychodzić po śmierci Giedroycia. Numer otwierał artykuł o zmarłym redaktorze, autorstwa Wacława Zbyszewskiego, zatytułowany „Niedoszły polski Lawrence of Arabia”. Tych, których zainteresował sens tytułu, porównującego obie te postacie, zachęcam do lektury biografii ich obu.
Moi pułkownicy sanacyjni
A skoro znaleźliśmy się w odrobinę sanacyjnych klimatach, to wspomnę jeszcze i to…
Mojego dziadka „po mieczu”, Teofila, nie tylko nigdy nie poznałem, ale nawet nigdy nie widziałem go na oczy. Zdaje się, że korzystając z kampanii wrześniowej 1939 roku lub okupacji, wyfiksował się od żony i trojga dzieci (mojego ojca i moich ciotek). Dziadek Teofil był młodocianym żołnierzem II Brygady Legionów, a później działaczem Polskiej Organizacji Wojskowej, który po 1918 roku, zostawszy w wojsku, dostał przydział do baonu Korpusu Ochrony Pogranicza w Klecku, gdzie w tamtejszych koszarach, w marcu 1927 roku przyszedł na świat mój ojciec. W 1932 roku dziadka przeniesiono służbowo do Warszawy, do dowództwa KOP przy Alei Niepodległości, u zbiegu z ulicą Oczki. Dali mu też z rodziną mieszkanie służbowe w nowej kamienicy przy ulicy Tarczyńskiej 12, nieopodal placu Zawiszy. W 1919 roku dziadek dostał Krzyże: Legionowy i POW. Pierwszy z dyplomem podpisanym przez Piłsudskiego i Sławka, a drugi przez Rydza i Koca.
Oba dyplomy mam wśród swoich pamiątek. Być może podpisy są faksymilami, nie wiem, ale na oko wyglądają jak własnoręczne. Tak czy owak sygnowali się pod moim nazwiskiem. Kolejne spotkanie z historią.
Hrabia Bieliński
Sprawami rodzinnymi, rodowymi, genealogicznymi nigdy wcześniej się nie interesowałem. Jestem człowiekiem mało rodzinnym, a z rodziną własną mam głównie złe skojarzenia i nawet wspólne fotografie są kiepskie.
Poza tym na ogół niepodobna, by chłopak, młodzieniec, a potem człowiek aż do późnego średniego wieku mógł interesować się genealogią. Przecież to sprzeczne z naturą rozwoju człowieka, z jego trwającym dziesięciolecia zajęciem się zupełnie innymi sprawami i zainteresowaniami. Zwyczajnie nie ma się wtedy do takich spraw ani serca ani głowy ani czasu.
Mówiąc najkrócej – do sześćdziesiątki wisiało mi to. Dopiero gdy do niej doszedłem, zainteresowałem się jednym z nazwisk z mojej orbity krewnych i powinowatych. Otóż pewna jej odnoga nosiła nazwisko „Bieliński”. Brzmi ono jak historyczne nazwisko arystokratyczne, a nosili je między innymi Franciszek Bieliński, słynny marszałek wielki koronny, a także Piotr Bieliński, prezes Sądu Sejmowego w 1823 roku czy targowiczanin Stanisław Bieliński.
Choć, jak wspomniałem, genealogią rodową się nie interesowałem, to zawsze podobały mi się postacie arystokratów, z którymi stykałem się w powieściach, sztukach, czy filmach. Wydawali mi się zawsze, co oczywiste, postaciami wykwintnymi, kontrastującymi z przaśnym, parcianym otoczeniem. Najbardziej lubiłem arystokratów francuskich, jako najwykwintniejszych, których zapamiętałem z takich filmów jak „Fanfan Tulipan”, „Czarny Tulipan”, „Trzej muszkieterowie”, „Serce i szpada”, „Garbus” czy „Mandrin” i tym podobnych, zwłaszcza gdy dobrze wywijali szpadami, ale nie pogardzałem też polskimi.
Że i ja mogę być potomkiem arystokracji nie przychodziło mi nawet do głowy. Jako się rzekło, po raz pierwszy w życiu zainteresowałem się arystokratycznym z powodu brzmienia wspomnianego nazwiska rodowego mojej babki, mojego wuja i mojego pradziadka. Zaczęło mnie nurtować pytanie, czy przypadkiem nie łączy ich jakaś, jakakolwiek, choćby najcieńsza nić ze wspomnianymi wyżej wielkimi panami. W końcu dlaczego nie? Nazwisko to brzmi tożsamo. Dodatkową inspiracją był dla mnie fragment czołówki filmu kostiumowego, historycznego, „Hrabina Cosel” Jerzego Antczaka, w której nazwisko Bielińskich pojawia się obok nazwisk Pociejów i Denhoffów, jako arystokratów oddających się hulankom i swawolom.
Widziałem tę czołówkę od 1968 roku kilkadziesiąt razy, ale nigdy ten fragment jakoś mojej specjalnej uwagi nie przyciągnął. Moi „Bielińscy” byli raczej biedni, ale wiadomo – Polska Ludowa, a poza tym przecież wiele historycznych rodów popadło w biedę wskutek konfiskat rosyjskich po upadku Powstania Styczniowego i stało się tzw. „wysadzonymi z siodła”. Poza tym po raz pierwszy w życiu z namysłem obejrzałem znaną mi od dzieciństwa starą fotografię mojego pradziadka Jana Bielińskiego, pochodzącą mniej więcej gdzieś z okolicy 1900 roku, na oko biorąc.
I wtedy właśnie po raz pierwszy uderzyło mnie, że wąsaty mój pradziadek na owej fotografii na owalnym, jajowatym tle, nie jest ubrany z chłopska, lecz ze szlachecka, w surdut, wąsy utrzymane nie z chłopska a z szlachecka i że ma zdecydowanie szlachetne, subtelne rysy twarzy. Po tym otworzyła mi się z mózgu kolejna klapka.
Uzmysłowiłem sobie, że pewna budowla należąca do jednej z odnóg rodziny, u której bywałem we w dzieciństwie, brana przeze mnie za chłopską chatę, a tak wyglądała od wewnętrznego podwórka, po którym taplały się w błocie i gnoju kury, świnie i krowy, ta parterowa, drewniana budowla od strony dziedzińca miała drewniany też ganek na półpięterku, z kolumienkami znamionującymi dawny dworek typu szlacheckiego.
W czasie wczesnodziecięcych wakacji u ciotki Zosi z domu Bielińskiej spędzaliśmy na tym ganku, w pobliżu drzewa orzechowego, na który właziłem setki razy, sporo czasu, choćby grając w karty w makao lub warcaby. Ponadto wyczytałem gdzieś historię właściciela majątku Jabłonna (nie mylić z podwarszawską Jabłonną) Aleksandrze Bielińskim, żyjącym w okolicach bytowania mojej rodziny. Do tego, wskutek przynależności do jakiegoś patriotycznego towarzystwa stracił on majątek i na lata wylądował na Syberii. Wziąłem to wszystko za poszlaki prowadzące do arystokratycznych źródeł mojego pokrewnego rodu. Pierwsze poszukiwania genealogiczne szły mi marnie. Znałem jedynie, z napisu grobowego, datę śmierci pradziadka Jana, ale nie tylko nie znałem dokładnej daty jego urodzenia, ale także imion jego rodziców i nazwiska rodowego praprababki. Z faktu, że pradziadek żył lat 81 a umarł w 1945 wywnioskowałem, że urodził się w roku 1864 roku, ale w archiwum akt dawnych w Lublinie położonym obok katedry wyczytałem, że jednak w 1865 lub coś koło tego.
W archiwum ustaliłem też, że jego rodzicami byli Józef Bieliński, urodzony w roku 1838 i Karolina z Gawrońskich. Z kolei Józef miał być synem Marka Bielińskiego, urodzonego w roku 1805 i Marianny z Kostrzewów. Niestety, tych Bielińskich w samej tylko okolicy, było jak psów, mnóstwo gałęzi a i z kilkoma herbami ród ten się łączy, więc ta „wiedza” okazała się wielce niepewna. Do tego, drążąc w tej przeszłości dodrążyłem się właścicieli młyna, natomiast żadnych tropów prowadzących do Marszałka Wielkiego Koronnego czy Hrabiego-Prezesa, ani też filiacji z Habsburgami, jako że jedna z Bielińskich wydała się za przedstawiciela tego rodu.
W tej sytuacji mój zapał nieco ochłódł i na razie na bok odstawiłem plan wyrobienia sobie sygnetu rodowego i wizytówki z napisem: „Krzysztof Hrabia Bieliński” z dodatkiem numeru telefonu i adresu mejlowego. Z nadziejami na odkrycie arystokratycznych korzeni całkowicie się jednak nie rozstaję. Na razie kontentuję się tym, że w indeksie nazwisk do wydania tomu dzienników pewnego znanego pisarza znalazłem się między Sofią Loren, a królem i patronem chrześcijańskiej Francji Ludwikiem IX Świętym. Bo też jestem na „L”. Co będzie dalej, zobaczę.

Nie o kinie, choć o Lublinie w II RP

„W przedwojennym Lublinie czuło się samotność miasta przysiadłego nad łąkami, słychać było echa i szepty 600-letnich dziejów, turkot furmanek i bicie dzwonów z 30 kościołów”.
W mieście rozbrzmiewały hejnał z Bramy Krakowskiej i strzelające korki szampanów w resursach i kasynie oficerskim. Była bieda i bogactwo, medale za sieczkarnie i młockarnie, vetterowskie piwo i słód. Lublin miał szyk i urodę lublinianek, dzielność lubelskich pilotów, smak cebularzy i makagigów, moc koniaku Carcheu, chłopskiej wódki i babskiej malinówki. Na Podzamczu i Wieniawie słychać było nieustanny izraelicki gwar, a za zamkniętymi bramami na Starym Mieście rosło ciasto chlebowe.
Mieszkańcy fascynowali się Ordonką i Smosarską, poeta Łobodowski bezlitośnie krytykował nogi Marleny Dietrich w swoich recenzjach filmowych. Arnsztajnowa i Czechowicz przeobrazili tamtą metropolię – miasto starych kamienic – w poemat o nim samym” – czytamy we wstępie do albumu Marty Denys o „Lublinie między wojnami”, opowieści o życiu miasta w latach 1918-1939.
Przypominam sobie co jeszcze zostało z tego przedwojennego w Lublina w moim rodzinnym Lublinie lat sześćdziesiątych, czyli latach mojego dzieciństwa. Na pewno nie Marlena Dietrich, koniak Carcheu czy dzielni piloci. Jednak jeszcze z mojego najwcześniejszego dzieciństwa, przełom lat 50-tych i 60-tych oraz następnych, pamiętam obfitość podmokłych łąk w mieście i poza nim, smak cebularzy, turkot furmanek i dorożek wraz z kląskaniem podkutych kopyt końskich (tych pojazdów w latach sześćdziesiątych było jeszcze w Lublinie mnóstwo), który pozostał w mojej pamięci jako jeden z najbardziej charakterystycznych dźwięków dzieciństwa.
Dzwony z kościołów też biją, tym bardziej że dziś jest ich co najmniej dwa razy więcej niż przed wojną. Jest też vetterowskie – poniekąd – piwo z Lublina, dziś „Perła”, napój o naprawdę unikalnym, ciekawym, gorzkim smaku, w moim dzieciństwie występujący jako piwo „Pełne” i „Trybunalskie”. Było też pewnie w atmosferze kin do których chodziłem, coś z nastroju kin przedwojennych, tym bardziej, że nieistniejące od dawna kino „Wyzwolenie” określano w moim domu rodzinnym wyłącznie przedwojenną nazwą „Apollo”. Sieczkarnię i młockarnię lubelskiej fabryki maszyn rolniczych pamiętam z gospodarstwa wiejskiego mojej ciotki w Kosarzewie.
Album Marty Denys, przebogato i bardzo interesująco ilustrowany fotografiami z epoki jest, wraz z towarzyszącym im tekstem opisowym, historią Lublina w XX-leciu międzywojennym, historią przede wszystkim społeczną, historią codzienności pokazanej poprzez instytucje i firmy, które tę codzienność organizowały i współtworzyły.
Możemy zatem przeczytać, w kolejnych bogatych w treść rozdziałach, m.in. o władzach miasta i o województwie, o życiu religijnym, przemyśle, architekturze, pomnikach, mieszkalnictwie, wodociągach i kanalizacji, gazie, telefonach, poczcie, bankach, komunikacji, kolei, szpitalnictwie, policji, handlu, modzie, gastronomii, kulturze, prasie, oświacie, a także o prostytucji.
Jak każdy album z odległej epoki ogląda się i czyta tę edycję z przyjemnością charakterystyczną dla kontaktów z dokumentami czasów dawnych – zawsze zastanawia nas, a bywa że zdumiewa, jak zmienia się świat, po części na naszych oczach, jak „przemija postać świata”.
Kto zna Lublin, ten przeczyta ten album z naddatkiem wynikającym z pamięci własnej. Kto go nie zna, pozna naprawdę interesujące i w pewnym stopniu unikalne polskie miasto. Przyznam, że unikalność Lublina, jego specyficzny klimat i nastrój doceniłem dopiero po wyprowadzeniu się z niego. Dziś, mając większą niż kiedyś skalę porównawczą doceniam nie tylko jego oryginalne właściwości, ale także urodę urbanistyczną zwłaszcza historycznego centrum.
Wracam do ikonografii albumu, na który składają się nie tylko fotografie osób, obiektów i miejsc (mnóstwo obiektów i miejsc dobrze mi znanych, ale dziś mniej czy bardziej, a często zupełnie odmienionych, także tych, których już nie ma), ale także zdjęcia afiszy teatralnych i filmowych, dokumentów, banknotów, bankowych papierów emisyjnych, fragmentów starych planów miasta, folderów reklamowych, ulotek, kwitów, etykietek towarowych, stron gazetowych, etc.
Naprawdę frapująca to lektura, nie tylko dla lublinian, bo przecież dzieje „starożytnego grodu Lublin”, to fragment historii Polski.
Marta Denys – „Lublin między wojnami. Opowieść o życiu miasta 1918-1939”, Księży Młyn, Dom Wydawniczy, Łódź 2010, str.146, ISBN 978-83-7729-018-7

Niski wyrok za niedoszły zamach

Przynieśli na lubelski Marsz Równości bombę domowej roboty. Zostali zatrzymani w ostatniej chwili. Gdyby zrobili to, co zaplanowali, doszłoby do masakry. Dziś usłyszeli wyrok – nadzwyczaj łagodny.

Rok bezwzględnego więzienia – taka karę zaordynował sąd okręgowy w Lublinie 21-letniej Karolinie S. i jej 27-letniemu mężowi Arkadiuszowi S. Wyrok jest nieprawomocny, skazani prawdopodobnie zaskarżą jego wysokość, bowiem żywią przekonanie, że nie zasłużyli na 12 miesięcy w zakładzie karnym. Wcześniej odmówili składania wyjaśnień przed sądem, a za pośrednictwem adwokata poprosili o dobrowolne poddanie się karze. Sąd przychylił się do ich wniosku.

Mimo opinii biegłych, którzy stwierdzili, że wytworzone w domu materiały – opakowania z gazem do zapalniczek i petardy hukowe, stanowiły zagrożenie dla życia i zdrowia uczestników, prokuratura nie odważyła się postawić zarzutu przestępstwa terrorystycznego. Para usłyszała zarzuty z art. 171 kodeksu karnego, który mówi o nielegalnym wytwarzaniu i posiadaniu urządzeń wybuchowych, które mogą sprowadzić niebezpieczeństwo dla życia lub zdrowia wielu osób. Grozi za to od ośmiu lat pozbawienia wolności. Dodatkowo odpowiadali za udział w zbiegowisku o charakterze chuligańskim.

Arkadiusz S. jest nacjonalistą. Do sądu przyszedł w koszulce z krzyżem celtyckim. Nie wykazywał szczególnej skruchy. – Oznacza to, że jestem za Polakami i rodziną. Dla mnie wartości rodzinne to chłopak i dziewczyna – mówił śledczym, tłumacząc symbolikę swojego stroju.

Na złagodzenie wyroku wpłynął fakt iż oskarżeni nie byli wcześniej karani. – Sąd wydał taki wyrok, jaki został uzgodniony między stronami uznając, że okoliczności czynów i wina oskarżonych nie budzi wątpliwości – powiedział w uzasadnieniu Łukasz Czapski, sędzia Sądu Rejonowego Lublin-Zachód.

Marsz Równości w Lublinie zarówno w 2019, jak i w 2018 roku był celem ataków miejscowych prawicowców, wykrzykujących dokładnie takie same hasła, jakie można usłyszeć od prezenterów TVP.

Wszystkie ręce na pokład

 – Oferujemy Polakom program, na który składa się zarówno oferta społeczna, w zakresie służby zdrowia i płac, jak i poszanowanie dla reguł demokratycznych – mówi poseł Jacek Czerniak, szef lubelskich struktur Lewicy, w rozmowie z Krzysztofem Lubczyńskim.

Kilka miesięcy temu lewica wróciła do parlamentu, a w Senacie współtworzy demokratyczną większość przeciw niedemokratycznym rządom PiS. W Sejmie jednak PiS ma większość…

To jednak stworzyło nową jakość. Lewica obecna w Sejmie może, mimo stwarzanych barier, prezentować swój program, formułować oceny, w większym stopniu patrzeć władzy na ręce. Okazało, że PiS nie może liczyć ani na większość konstytucyjną, na którą miało nadzieję w poprzedniej kadencji, ani na dalsze aż tak jak dotąd bezkarne hulanie po parlamencie. Dlaczego? Bo jest w nim Lewica. Było sytuacją chorą, jedyna w Europie, że w wskutek błędów popełnionych przez nas w wyborach 2015 roku, lewica znalazła się na cztery lata poza Sejmem. Dziś oferujemy Polakom nasz program, na który składa się zarówno dobra oferta społeczna, ekonomiczna, w zakresie służby zdrowia, płac i tak dalej, jak i poszanowanie dla reguł demokratycznych. Zwracam uwagę, że Sojusz Lewicy Demokratycznej, który rządził w latach 1993-1997 i 2001-2005, choć odsądzany „od czci i wiary” jako „postkomuna” – choć popełniał błędy, a każdy, kto sprawuję władzę, je popełnia – to nigdy nie naruszył reguł demokratycznych, a tym bardziej nigdy nie dokonał zamachu na instytucje demokratycznego państwa prawa, jak PiS, które podobno wywodzi się z demokratycznego ruchu solidarnościowego. Dla niektórych to paradoks, ale takie są fakty. Tym bardziej obecna Lewica, zbudowana wokół potencjału SLD, będzie szanować te reguły, walcząc o nowoczesne, świeckie państwo dobrobytu.

Jakie jest najważniejsze zadanie Lewicy na najbliższe miesiące?

Nie ma w tej chwili pilniejszego i ważniejszego zadania niż to, związane ze wspieraniem naszego kandydata w wyborach prezydenckich, Roberta Biedronia. W pewnym sensie można powiedzieć, że wszystkie inne kwestie na te niespełna trzy miesiące do 10 maja, odkładamy na bok, a wszystkie siły i środki kierujemy na wspieranie naszego kandydata. Wszystkie ręce na pokład.

Mimo tego, że Robert Biedroń wygrał kiedyś rywalizację o fotel prezydenta Słupska, to jednak wystawienie właśnie jego do walki o najważniejszą funkcję w państwie, niesie ze sobą spore ryzyko w prawicowym, klerykalnym i mocno homofobicznym krajobrazie Polski. Czy zdeklarowany gej żyjący w udanym związku partnerskim, podkreślający swój neutralny światopogląd, ma szansę „pójść drogą” utorowaną przez Aleksandra Kwaśniewskiego ćwierć wieku temu?

Moim zdaniem znaczna część społeczeństwa polskiego dojrzała już do takiej kandydatury. Nowa świadomość, tolerancja obyczajowa przedziera się nie bez trudności, ale czyni postępy, choć oczywiście są jeszcze duże pokłady konserwatyzmu, światopoglądu zamkniętego, odpornego na przemiany dokonujące się w otaczającym nas świecie.
Robert Biedroń ma wiele atutów, intelektualnych, osobowościowych, ma świetny kontakt z ludźmi, jest rozpoznawalny, a ponadto ma wielką energię, entuzjazm i pracowitość. To najbardziej optymalny kandydat, jakiego mogliśmy wskazać.

W niedawnym wywiadzie dla „Trybuny” Robert Biedroń nawiązał bardzo aprobatywnie do prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego, nazywając go swoim nauczycielem politycznym, nawiązał też do jego dokonań, w tym w szczególności do faktu, że był on głównym architektem Konstytucji 1997 roku. Czy można nazwać Kwaśniewskiego symbolicznym patronem kandydatury Biedronia?

Myślę, że tak, a poza tym jesteśmy w dobrym momencie na porównanie prezydentur Aleksandra Kwaśniewskiego i Andrzeja Dudy. To są zupełnie różne światy, oczywiście na niekorzyść obecnej prezydentury. Pomimo trudnej ówcześnie sytuacji gospodarczej, wysokiego bezrobocia, taśmowo zwijanych przedsiębiorstw i zacofanego rolnictwa, dzięki determinacji Aleksandra Kwaśniewskiego i Tadeusza Mazowieckiego uchwalono udaną Konstytucję, która sprawnie, skutecznie funkcjonowała do czasu objęcia rządów przez PiS. Roberta Biedronia można bez problemu porównać do formatu Aleksandra Kwaśniewskiego z tamtych czasów. Jest młody, obyty politycznie, z doświadczeniem politycznym i administracyjnym, ze znajomością języków obcych. Będzie dobrym prezydentem w kraju, a Polacy nie będą mieli powodu wstydzić się go za granicą. Ma otwarty umysł, wolny od uprzedzeń ideologicznych, od ograniczeń mentalnych, ma życzliwość dla innych. Tolerancję ma w swoim indywidualnym „DNA”. Należy także podkreślić, że Robert Biedroń jest autentycznym państwowcem, dla którego Polska nie jest własnością jednego ugrupowania politycznego, prymitywnego nacjonalizmu i wszechwładzy hierarchów kościelnych. Posiada wizję kraju bezpiecznego, otwartego, szanującego prawa obywatelskie, wartości demokratycznej Europy i przepisy Konstytucji. Konstytucja będzie dla niego świecką „ewangelią”. Stan cywilny Roberta i jego życie prywatne stanowią wyłącznie jego sprawę i kropka. Wierzę, że Polki i Polacy dojrzeli do racjonalnego wyboru, Biedroń nie zawiedzie marzeń o Polsce dla wszystkich. Będzie także dobrym prezydentem dla PiS i Kaczyńskiego, o ile zechcą uszanować ustawę zasadniczą. Uważam, że Lewica dokonała udanego i odważnego wyboru.

Jak województwo lubelskie i jego mieszkańcy, Twój macierzysty przecież okręg wyborczy, reagują na kampanię wyborczą Roberta Biedronia? To przecież jeden z tych obszarów kraju, gdzie PiS ma szczególnie silne wpływy. Robert pojawi się tu niebawem w ramach kampanii…

Ta kampania jest ogromnym wyzwaniem, a na Lubelszczyźnie stoimy przed szczególnie trudnym egzaminem. Nie jestem hipokrytą, więc nie będę udawał, że Lubelszczyzna jest dla kandydata Lewicy łatwa. To region w ogóle trudny dla lewicy, w dużym stopniu wiejski i im dalej od Lublina, tym bardziej słabnie zrozumienie dla wartości bliskich Robertowi Biedroniowi. Nie można oczywiście mieć pretensji do ludzi o to, że posiadają takie czy inne poglądy, ale nie ukrywam, że często smuci mnie i martwi poziom zajadłości i wrogości, prezentowany często w środowiskach wiejskich, zwłaszcza tych, która ulegają wpływom proboszczów. W części gmin Lubelszczyzny przyjęto niestety haniebne deklaracje przeciw LGBT. Myślę jednak, że u podstaw tych przekonań nie leży autentyczna nienawiść. Jest to raczej efekt niedostatecznego uświadomienia, czasem wykluczenia cyfrowego, a z całą pewnością efekt dzielenia Polaków przez PiS. Ale nie poddajemy się i z niecierpliwością czekamy na wizytę Roberta w regionie. Pod koniec lutego spotkamy się z nim we Włodawie, na wschodniej rubieży, gdzie będzie gościł na zaproszenie burmistrza Wiesława Muszyńskiego. Miejsce zostało wybrane nieprzypadkowo. Chcemy z perspektywy kresowego miasteczka zaprezentować Biedronia, jako człowieka potrafiącego skutecznie zaangażować się zarówno w sprawy metropolii, jak i powiatu. Wierzę, że Włodawa ciepło przyjmie Roberta.

Wspomniany prezydent Włodawy Wiesław Muszyński, który jest z Lewicy, złożył propozycję partnerskiej współpracy francuskiemu Saint-Jean-de-Braye, które zawiesiło współpracę z Tuchowem, po tym, jak jego radni przyjęli homofoniczną deklarację przeciw LGBT…

Tak, to dobra deklaracja, pokazująca, że nie wszystkie samorządy, także te na ścianie wschodniej, reprezentują zamknięte, ciasne, konserwatywne poglądy. Cieszy mnie ta deklaracja, bo w jakimś stopniu może się ona przyczynić do zatarcia złego wrażenia, jakie wywierają w Unii Europejskiej homofobiczne zachowania prezentowane przez część samorządów i instytucji w Polsce. Może przyczynić się do przywrócenia Polsce dobrego imienia, nadwerężonego przez ludzi reprezentujących konserwatywną ciasnotę.

Zupełnie niedawno, Robert Biedroń, ostro krytykując w Brukseli rządy PiS, użył sformułowania, że ta formacja „bardziej niszczy Polskę niż komunizm”. Ten zwrot zabolał część działaczy i wyborców lewicy, zwłaszcza tych starszych, których lata aktywności życiowej i zawodowej lub przynajmniej ich część, przypadła na okres Polski Ludowej, a to ona określana bywa często jako tzw. „komunizm”. Zabolało ich to, sprawiło przykrość, bo budowali tę Polskę, pracowali dla niej uczciwie. Czy Robert Biedroń jakoś się do tego odniesie?

Znam Roberta i wiem, że nie ma on urazu do PRL i docenia walory tego okresu, bo takie były. Robert na pewno nie jest tzw. „antykomunistą”. Myślę, że szukając silnego argumentu retorycznego w emocjonalnym przemówieniu krytycznym wobec PiS użył akurat takiego, który szczególnie PiS zaboli, użył sformułowania z języka zapiekłej, agresywnej prawicy. To był błąd retoryczny, ale znam Roberta i jestem pewien, że odnosi się on z szacunkiem do pokolenia które pracowało w PRL i do dokonań tamtych czasów, bo takie też tamtym ustroju były, nie tylko błędy. Myślę, że Robert jeszcze się do tego odniesie.

Jakie plany na najbliższe tygodnie?

Przed nami nawał pracy. Aktywnie zbieramy podpisy na rzecz naszego kandydata. Umówiliśmy się w gronie koalicjantów, że zbiórkę poprowadzimy przy pełnym zaangażowaniu struktur i sympatyków. Będzie to dla nas prawdziwy test na skuteczność. W całym województwie lubelskim powołałem Komitety Poparcia Roberta Biedronia. Z przyjemnością dodam, że za pośrednictwem strony robertbiedron.pl zgłaszają się licznie wolontariusze zainteresowani pomocą w kampanii. Jest wśród nich wielu ludzi młodych i bardzo młodych. Już dziś dziękuję im za ich pracę, za to co robią naprawdę wspaniale. Powołaliśmy koalicyjny regionalny sztab. Trud kierowania nim i odpowiedzialność za organizację kampanii wzięła na siebie moja znakomita koleżanka z Białej Podlaskiej, posłanka Monika Pawłowska, dotychczas związana z Wiosną. Ja odpowiadam za przepływ informacji w ramach wszystkich komitetów poparcia w województwie. Jest z nami także koleżeństwo z Lewicy Razem – dr Magdalena Długosz i Mateusz Roczon. Stale przyświeca nam jedna myśl – nie wolno lekceważyć wyborców. O tym, czym to się może skończyć, boleśnie przekonał się pięć lat temu Bronisław Komorowski. Dzięki takim spotkaniom, jak to, które czeka nas niedługo we Włodawie, Robert będzie miał świetną okazję zaprezentować się jako Polak i obywatel, jeden z nas. Naszym zasadniczym celem jest zwycięskie starcie Biedronia z aktualnym rezydentem Pałacu Prezydenckiego. W tej walce zwycięzca może być tylko jeden. Wierzę, że nie wszyscy mieszkańcy województwa lubelskiego godzą się na „wsamraśną” Polskę z twarzą schorowanego Jarosława Kaczyńskiego i jego uległego wasala w pałacu prezydenckim.

Jakie przesłanie dla mieszkańców województwa lubelskiego rekomendujesz Robertowi Biedroniowi?

Nasze województwo jest nadal w ogonie Europy. Niskie płace, infrastruktura wymagająca modernizacji, młodzi, którzy po ukończeniu szkoły wyjeżdżają w inne części kraju, koszmarnie zadłużone szpitale samorządowe, to oczywiście nie wszystkie bolączki regionu. Jest ich znacznie więcej. Wyborcy muszą czuć się docenieni przez kandydata, jego program musi być przekonywujący. Ja ze swojej strony namawiam Roberta do położenia większego akcentu na prawa pracownicze. Należy docenić, że udało się na tym polu osiągnąć wiele. Jednak w tym wszystkim nie można zgubić człowieka i jego naturalnych potrzeb. PiS np. na sztandar wynosi sprawy socjalne, m.in. cykliczne podnoszenie minimalnego wynagrodzenia za pracę. Od stycznia br. minimalna płaca powinna wynosić 2600 zł. I rzeczywiście pracodawcy stosują nowe regulacje. Jest jednak pewien haczyk, który pozwala pracodawcom sektora państwowego i samorządowego „kreatywnie”, czyli niekorzystnie dla pracowników, kształtować ścieżkę dochodzenia do wypłaty określonej przez przepisy. Niestety, aktualnie wzrost płacy minimalnej powoduje spłaszczenie płac, które negatywnie odczuwają osoby zarabiające miesięcznie ponad 2600 zł, zatem to one poniosą stratę. Na papierze wszystko się zgadza – pracownik dostaje minimum krajowe, więc podwyżki dawać nie trzeba. Jak czuje się osoba z 30-letnim stażem, która zarabia tyle samo, co nowy pracownik od pierwszego dnia pracy? Ustawodawca tego nie przewidział. W sektorze publicznym problem nawarstwia się od lat, spłaszczane są sukcesywnie siatki wynagrodzeń. Należy podkreślić, że problem ten dotyczy dziesiątków tysięcy pracowników administracji samorządowej, rządowej itd. Ci ludzie mają prawo czuć się pokrzywdzeni. Ta sytuacja powinna być jak najszybciej załatwiona. OPZZ od lat postuluje wyłączenie wszystkich dodatków tak, żeby płaca minimalna stała się wynagrodzeniem zasadniczymi, czyli podstawą, do której dodatki są doliczane. Dodatek powinien być dodany do podstawy, a nie traktowany jako część składowa. Ze strony polityki państwa przymykanie oczu na tego typu praktyki uważam za niedopuszczalne. Jeżeli rząd PiS boi się pracodawców i nie ma odwagi na merytoryczną dyskusję, to niech zaproponuje rozwiązanie alternatywne. Ja jestem przekonanym zwolennikiem skrócenia czasu pracy. Może się wydawać, że skrócenie czasu pracy przy tych samych zarobkach musi oznaczać podwyżkę płac – pracujemy krócej za takie same pieniądze. Ale musimy też pamiętać, że życie nie powinno ograniczać się do pracy, nawet jeżeli praca jest w jego centrum. „Solidarność” wymogła na PiS zakaz pracy w niedzielę, Lewica ma szansę pójść dalej – pracujący mieliby więcej czasu na realizację własnych potrzeb, na sport, kino, na kulturę, na odpoczynek. Będę namawiał Roberta Biedronia do skorzystania z moich pomysłów. Myślę, że mieszkańcy województwa lubelskiego, szczególnie ci, którzy żyją z płacy minimalnej z wdzięcznością przyjmą inicjatywę zmian przepisów kodeksu pracy. PiS coraz bardziej dowodnie pokazuje, że przypisywana mu przez niektórych „lewicowość”, to bujda na resorach, to mistyfikacja, za którą kryje się ordynarny prawicowy populizm polegający na korumpowaniu grup społecznych. Chcemy udowodnić, że to my jesteśmy prawdziwą, wrażliwą społecznie lewicą i udowodnimy to.
Dziękuję za rozmowę.

W szczelinie czasu

Kruchość świata materialnego uderza na każdym kroku. Tysiące razy doświadczamy w swoim życiu sytuacji, w której konfrontujemy się albo ze zniknięciem miejsca w jego dawnym kształcie, który znaliśmy choćby od dzieciństwa, a który uległ anihilacji choćby z powodu jakichś wyburzeń albo radykalnej przebudowy. Tak mi się zdarza, gdy odwiedzam swój rodzinny Lublin.

Podobnie często konfrontujemy się z miejscami przemienionymi przez czas i historię, ale takimi, których dawnego kształtu z przyczyn metrykalnych nigdy nie dane nam było poznać.
To doświadczenie częste nawet w takich „wiecznotrwałych” miastach jak Paryż czy Rzym. Bo jakże niewiele zostało ze średniowiecznego Paryża, który był jeszcze scenerią choćby „Trzech muszkieterów” Aleksandra Dumasa-Ojca czy „Nędzników” Wiktora Hugo, tego średniowiecznego Paryża, zburzonego w latach siedemdziesiątych XIX wieku na polecenie barona Haussmanna. Tak jak nic prawie, poza nędznymi resztkami fundamentów w tunelu metra Bastille i kilku głazów, które tkwią na jednym z pobliskich skwerków – sq. Henri-Gallieni – zostało z Bastylii. Idąc via della Conziliazione w Rzymie idzie się przecież po widmie dawnej, gęsto zabudowanej dzielnicy, podobnej do Trastevere, która od strony poludniowej stykała się z placem świętego Piotra i która zniknęła w latach trzydziestych XX wieku za sprawą kilofów Mussoliniego.
W końcu przecież także starożytne Forum Romanum jest tylko rozpaczliwą resztką przeszłości, choć nikt go nigdy nie zbombardował. A cóż dopiero powiedzieć o Warszawie, której dawny kształt został, poza relatywnie nielicznymi kwartałami i pojedynczymi ostańcami, na proch starty z powierzchni ziemi?
Wspominam o murach, a cóż dopiero powiedzieć o ludziach? I prawdę mówiąc nawet w najspokojniejszych miejscach globu, materialnych śladów przeszłości jest nieporównanie mniej aniżeli obiektów współczesnych. To co dawne – tkwi jako cicha mniejszość w morzu hałaśliwej teraźniejszości.
Ale właśnie taki stan rzeczy prowokuje niektórych do odnajdywania kształtów i egzystencji już nieistniejących. Przypomina to wywoływanie duchów. Coś takiego zrobiła Aleksandra Domańska, w mikroskali fragmentu warszawskiej ulicy Grzybowskiej nr 6/10 i jej okolic. Stoi tam od lat sześćdziesiątych, na Osiedlu za Żelazną Bramą gomułkowski blok, w którym mieszka jej babcia i właśnie patrząc na miasto z tego bloku wpadła Domańska na myśl, by odtworzyć świat, który istniał tu do maja 1943 roku.
Jednak nie zrobiła tego w rozpowszechnionej formie buchaltersko drobiazgowych, niezmiernie trudnych w lekturze wypisów ze źródeł, które obficie uprawia choćby wydawnictwo IPN.
Domańska także skorzystała z licznych źródeł, takich jak książki telefoniczne, księgi handlowe, listy, pamiętniki, plany architektoniczne, mapy miasta, nawet rachunki za gaz, ale opierając się na tej przyziemnej materii nadała odnalezionym przez siebie licznym okruchom i widmom po zaginionym świecie charakter eseju-poematu-opowieści. Odtworzyła ten świat i realistycznie i subiektywnie, ale i z na tyle intensywną sugestywnością, że jawi się on z autentyczną naocznością.
Nie ograniczyła się przy tym jedynie do okresu okupacji niemieckiej i czasu getta, ale wiąże go z epoką je poprzedzającą, czasem dwudziestolecia międzywojennego z całym jego kulturowym, duchowym kolorytem.
Pojawia się tu bowiem i Marinetti z jego „manifestem futurystycznym” i – paradoksalnie – Le Corbusier, którego uczniowie, architekci żydowskiego pochodzenia, jak Roman Sigalin działali w przedwojennej Warszawie wbrew jego ideom, by móc je do pewnego stopnia realizować dopiero po tym, jak pacyfikator warszawskiego getta Jurgen Stroop wysadził w powietrze żydowską dzielnicę i synagogę na Tłomackiem. SS-obergruppenfuhrer Stroop w roli nieświadomego odźwiernego, otwierającego drogę ideom Le Corbusiera na ulice Warszawy…
Straszliwy i szyderczy paradoks historii….
Tym większy, że idee architektoniczne Le Corbusiera ożywiały w głowach wspomnianych architektów, gdy patrzyli na straszliwie ciasne i klaustrofobiczne ulice żydowskich dzielnic ze sławnymi Nalewkami na czele.
Na koniec, dla dania wyobrażenia, jak Domańska konstruuje swój obraz świata zaginionego, zacytuję taki oto fragment, w którym opisuje swoją wędrówkę jako turystka w grupie oprowadzanej przez przewodnika: „Pasaż znajdujący się wewnątrz nowoczesnego gmachu okazał się dawną, opiewaną niegdyś ulicą Gnojną, prowadzącą na targowiska skupione wokół placu Żelaznej Bramy, a jedno z drzew na nieistniejącej Krochmalnej okazało się rosnąć dokładnie w miejscu, gdzie stał niegdyś dom, w którym mieszkał w dzieciństwie Isaac Bashevis Singer!
Zatrzymawszy się pod tym drzewem i spoglądając w stronę mojej Grzybowskiej 6/10, zdałam sobie sprawę, ze wyglądając przez okno swego pokoju i patrząc trochę po skosie w lewo, widział on to miejsce, o które ja dziś pytam”.
Dlaczego padło w tym passusie sformułowanie „nieistniejącej Krochmalnej”, skoro przecież i dziś ta ulica istnieje?
A pada nieprzypadkowo, bo współczesna część jej trajektorii uległa po wojnie zmianie. Warszawska specjalność – wędrówki ulic jako pokłosie jej tragicznej historii. Bo poza wszystkim opowieść-esej-poemat Aleksandry Domańskiej zawiera w sobie składniki gatunku detektywistycznego, nie tylko wtedy, gdy tropi wyznaczone obiekty, ale i wtedy, gdy napotyka na zagadki zupełnie nieoczekiwane.
Wspaniała lektura. Rekomenduję ją najgoręcej.

Aleksandra Domańska – „Grzybowska 6/10. Lament”, Wyd. Krytyki Politycznej, Warszawa 2016, str. 294, ISBN 978-83-65369-09-3

W Lublinie lepiej nie chorować

„Dziennik Wschodni” podał 24 stycznia, iż działania podjęte w związku z zadłużeniem Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego w Lublinie tylko w ciągu pierwszych trzech tygodni bieżącego roku kosztowały placówkę aż 70 łóżek. Tyle miejsc dla potencjalnych pacjentów zostało już zlikwidowanych.
A to bynajmniej nie koniec restrukturyzacji.
„Od początku roku w oddziale są permanentne dostawki umożliwiające przyjęcia planowe pacjentów przy zredukowanej liczbie łóżek, ale one mają bezwzględnie zniknąć w wyniku restrukturyzacji. Tym samym wydłużą się kolejki, co stworzy zagrożenie dla zdrowia i życia pacjentów” – piszą lekarze z Oddziału Kardiologii WSS.
22 stycznia z funkcji ordynatora tego oddziału ustąpił dr Ryszard Grzywna. Swoją decyzję motywował przede wszystkim przesłankami etycznymi – nie chciał zwalniać załogi. Tymczasem restrukturyzacja wymagała między innymi okrojenia ponad 20 proc. łóżek. Pracownicy wydali oświadczenie, w którym deklarują zrozumienie dla jego decyzji.
„Obawiamy się jednak o bezpieczeństwo zdrowotne mieszkańców województwa oraz tego, że tak drastyczna redukcja potencjału diagnostyczno-terapeutycznego Oddziału Kardiologii spowoduje utrudnienia w dostępie do wysokospecjalistycznych procedur medycznych i narazi pacjentów na zagrożenie zdrowia lub życia” – piszą dalej.
Jak wyliczył Urząd Marszałkowski, zadłużenie szpitali podległych samorządowi województwa przekroczyło już 900 mln zł. Z tego prawie jedna trzecia – 360 mln zł – to dług Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego, który dziś dysponuje ponad 600 miejscami dla pacjentów. Będzie ich jednak coraz mniej.
– Zmniejszenie liczby łóżek w żaden sposób nie zdezorganizuje pracy szpitala, ale wręcz przeciwnie – wpłynie na jej poprawę. Ta zmiana poprawi jakość leczenia, zmniejszy ryzyko zakażeń szpitalnych, zwiększy komfort pobytu pacjentów na oddziale oraz poprawi warunki pracy personelu medycznego – odpowiada na obawy lekarzy Remigiusz Małecki, rzecznik marszałka województwa lubelskiego.

Z pewnością! Nic tak nie zmniejsza ryzyka szpitalnych zakażeń jak zmniejszanie liczby pacjentów. Można w ogóle zamknąć wszystkie szpitale. Wówczas, w ogóle nie będzie tego problemu.

Miasto kochane przez kamerę i podniebienia

To, jak bardzo filmowym miastem jest Lublin uzmysłowiłem sobie w 2000 roku, gdy Jerzy Antczak powiedział mi, że robiąc tour po kraju i szukając w całej Polsce miejsca, które mogłoby imitować Paryż w jego filmie „Chopin. Pragnienie miłości”, wybrał spośród wielu właśnie fragment tego miasta.

Tym „Paryżem” w jego filmie był narożnik ulic Jezuickiej i Dominikańskiej, wraz z fasadą dzisiejszego Teatru Starego, dawnego kina „Staromiejskiego”, a jeszcze dawniej i to dużo, dużo dawniej „Theatre Optique Parisien”. Wtedy obiekt ten był w bardzo złym stanie, jeszcze w trakcie trwającej od wielu lat z wielkim trudnościami renowacji, ale to właśnie świetnie grało w obrazie ogarniętego „morową zarazą” Paryża roku 1832.
12 lat wcześniej, a 34 lata temu, w 1986 roku, byłem świadkiem fragmentu realizacji jednej ze scen do filmu Andrzeja Wajdy „Kronika wypadków miłosnych” i widziałem jak grający główne role Paulina Młynarska i Piotr Wawrzyńczak poruszają się z wolna za filmującą ich kamerą, idąc ulicą Rybną, także na lubelskiej Starówce.
Natomiast prawie czterdzieści osiem lat temu, bodaj latem 1972 ( może 1973?) roku wielokrotnie przechodziłem Starym miastem od Bramy Krakowskiej przez Rynek, Grodzką aż po plac Zamkowy (zwany wtedy Placem Zebrań Ludowych) i widziałem ustawione tam makiety, dekoracje starych, XVII budowli (n.p. na wysokości osłoniętych fundamentów nieistniejącego kościoła św. Michała Archanioła stała karczma z drewna i gipsu). To Andrzej Konic, jeden z dwóch reżyserów „Stawki większej niż życie” realizował serial „Czarne chmury”. Sierpniowego plenerowego planu filmu „Rzeczywistość” Antoniego Bohdziewicza nie pamiętam. Był to rok 1960 i miałem wtedy trzy i pół roku, ale jako że mieszkałem w śródmieściu Lublina (ulica Graniczna, boczna od Narutowicza), a część realizacji miała miejsce właśnie przy tej drugiej, więc nie wykluczam, że idąc na spacer z kimś z dziadów lub rodziców mogłem się na plan natknąć. Krzysztof Załuski, lubelski dziennikarz, napisał bardzo cenną książeczkę o „Filmowym Lublinie”. Dotyczy ona zarówno realizacji filmowych, których scenerią jest Lublina jako taki, jak również tych, w który Lublin „gra”, „imituje” Paryż („Chopin”), Warszawę („Czarne chmury”, „Kamienie na szaniec” Roberta Glińskiego – m.in. scena legendarnej akcji pod Arsenałem, odbicia z rąk gestapo „Rudego” 26 marca 1943, gdzie ulice Noworybna i Rybna „zagrały” okolice warszawskiej ulicy Długiej i Arsenału) czy Wilno („Rzeczywistość”, „Kronika wypadków miłosnych”). Zaczyna od roku 1915, kiedy to Austriacy nakręcili film dokumentalny „Obrazek turystyczny” z krótkimi scenami wokół Zamku Lubelskiego oraz od nakręconego w 1937 względnie 1938 roku dokumentującego sceny uliczne, obrazki „Najkrótszy film o Lublinie”, a kończy na realizacjach z ostatnich lat, zarówno kinowych jak i serialowych, w tym serialu z lat 2012-2013 „Wszystko przed nami”, którego akcja rozgrywała się we współczesnym Lublinie, pięknie zresztą fotografowanym. Z tytułów, które nie zostały uwzględnione wymienię serial Kazimierza Kutza „Sława i chwała”, według epopei Jarosława Iwaszkiewicza, którego liczne sceny nakręcone zostały w Lublinie, m.in. przy Krakowskim Przedmieściu i ulicy Kowalskiej z nazwanymi dziś zaułkiem Hartwigów stromymi schodami prowadzącymi od niej ku placowi Rybnemu, z tym że Lublina nie „grał tu siebie”, lecz Odessę roku 1917. Już po publikacji „Filmowego Lublina”, w roku 2017 zrealizowany został film Juliusza Machulskiego „Volta”, rodzaj komedii sensacyjnej z akcją rozgrywającą się w Lublinie, a rok później serial „Drogi wolności” i film „Legiony” Dariusza Gajewskiego.
W „Filmowym Lublinie” jest też mowa o Lubelskim Funduszu Filmowym, który zajmuje się przyciąganiem do miasta producentów i twórców kina. Uzupełnieniem jest kilka sylwetek wybitnych lubelskich aktorów, którzy zdobyli masową popularność w filmach i serialach: m.in. Stanisława Mikulskiego, Jana Machulskiego, Jerzego Rogalskiego, Piotra Wysockiego oraz takich, którzy w większym czy mniejszym stopniu otarli się o film. Już po publikacji „Filmowego Lublina” odeszło dwóch spośród nich: Roman Kruczkowski i Włodzimierz Wiszniewski (obaj zmarli w październiku 2019). Edycja jest bogato ilustrowana kadrami i fotografiami z planu, przedstawiającymi niektóre bliskie mojemu sercu lubelskie miejsca ze Starego Miasta i centrum, także m.in. kościół św. Mikołaja na wzgórzu Czwartek. Przeczytałem „Filmowy Lublin” z zainteresowaniem i sentymentem oraz z podziwem dla kształtu miasta, który pozwala, po niewielkim zazwyczaj retuszu, „obsadzić je w roli” miast tak odmiennych architektonicznie i kulturowo jak Paryż, Warszawa, Odessa, czy Wilno. A ponieważ twórcy filmowi i telewizyjni coraz częściej interesują się Lublinem, więc liczę, że Szanowny Autor, Krzysztof Załuski opublikuje za jakiś czas uzupełnione, wzbogacone wydanie „Filmowego Lublina”.
Jego bardzo bogato ilustrowany fotografiami tom-album poświęcony „90-leciu komunikacji miejskiej w Lublinie” tylko na pozór jest edycją typu branżowego i tylko lokalnego. W historii komunikacji miejskiej Lublina od 1929 roku odzwierciedla się zarówno historia miasta, historia obyczajów i praktyk życiowych. Do tego fotografie z różnych epok i dekad pokazują przemiany w zabudowie miasta, wyglądzie i wystroju ulic, w modzie, itd. Okazuje się, że o dziedzinie tak prozaicznej jak miejska komunikacja, można pisać w sposób pasjonujący.
Lublin jednak jest nie tylko miastem filmowym i komunikacją jadącym. Jest także miastem o bogatych tradycjach kulinarnych, zarówno w aspekcie – by tak rzec – konsumpcyjnym, jak i towarzyskim. Tu bowiem krzyżuje się tzw. tradycyjna kuchnia „ogólnopolska” z kuchnią wschodnią, kresową, a także żydowską, z uwagi na wielowiekowy, także żydowski charakter miasta, utrwalony m.in. w postaci popularnego w Lublinie pieczywa zwanego cebularzem (wypiekany placek drożdżowy pokryty smażoną cebulą), artykułu piekarniczego, który doczekał się tu nawet muzeum.
Lata temu ukazały się dwie edycje wspomnieniowe poświęcone lubelskiemu życiu – nazwijmy to tak – knajpianemu. Jedna to „Od Zamkowej do Wuzetu” Henryka Szymczyka, druga, to dwutomikowy „Lublin od kuchni”, nie sygnowany autorsko. W kolejnej swojej niewielkiej książeczce, „Kulinarny Lublin” Krzysztof Załuski wzbogaca obraz tego dawnego lubelskiego archipelagu kulinarnego, od powojennych początków, po późniejsze lata PRL, do lat osiemdziesiątych włącznie. Jest i o sławnych barach mlecznych, i o ulicznych saturatorach serwujących w trybie niezbyt niestety higienicznym („gruźliczanka”) wodę sodową z sokiem lub bez, i o knajpianych „mordowniach”, i o tzw. eleganckich restauracjach Lublina (n.p. „Europa”), i o kawiarniach z „Lublinianką” czy nieodżałowaną „Czarcią Łapą” na czele. Jest też miejsce dla legendarnych bywalców lubelskich lokali, smakoszy takich jak nieżyjący od lat satyryko-pieśniarz Kazimierz Grześkowiak („Chłop żywemu nie przepuści”, „Może to bez te nawozy sztuczne”). Jako bonus otrzymujemy kilka przepisów, w tym na popularny przed laty w Lublinie krem sułtański oraz na PRL-owską „zupę nic”. Lektura pasjonująca, a przy tym pobudzająca apetyt.

Krzysztof Załuski – „90 lat komunikacji miejskiej w Lublinie”, Wydawnictwo Czarny Pies, Lublin 2019, str. 303, ISBN 978-83-944601-3-6/ „Filmowy Lublin”/ „Kulinarny Lublin”

Skuteczne przeciwstawienie

Właśnie wsiadłem do pociągu na lubelskim dworcu. Jadę do Warszawy. Wiele razy wyjeżdżałem z dworca w Lublinie w różne strony i wiele razy nań wracałem. Nie odkryję Ameryki kiedy napiszę, że Lublin to jedno z moich ukochanych miast, które znam bardziej niż średnio i do którego lubię wracać. Ale za honorowe obywatelstwo podziękuję. Jaki tam ze mnie obywatel.

Parę lat temu, chyba wczesną jesienią albo późnym latem, zadzwonił do mnie menadżer grupy na K. i powiedział mi, że jest propozycja z ambasady jednego z państw, ażeby nasz wokalista Kazimnierz, przyjął ich wysokie rangą, narodowe odznaczenie. Kazimnierz naturalnie niczego nie chciał przyjmować, gdyż od żadnej władzy, naszej czy obcej, przyjmowanie orderów jest wysoce niestosowne, w naszym, punkowym, mniemaniu. Inna sprawa, że nie bardzo wiadomo, czym miałby się Kazimnierz obcemu państwu przysłużyć, żeby przyjmować od nich medal, podkreślam, w świecie bardzo nobilitujący, którego niejeden mógłby mu zazdrościć. Telefon od menadżera tyczył się jeno pomocy w zredagowaniu pisma do ambasady, w którym mieliśmy grzecznie acz stanowczo podziękować za wyróżnienie. Pochyliłem się więc nad tekstem, dodałem parę wersów, kilka skreśliłem i posłałem z powrotem załączając informację, że rzecz jest do użytku wewnętrznego i z naszej strony byłoby idiotyzmem, ażeby treść pisma, jak i cała sytuacja, wyciekła jako nius do mediów, bo nie po to się odmawia przyjmowania orderu, żeby później paradować w glorii buntownika i anarchisty po mieście, choć niejeden wyliniały punkowiec tylko o tym marzy. No i do dziś, do kiedy to Państwo czytają, nikt, poza niewielkim kręgiem wtajemniczonych, o tym nie wiedział. Minęło już jednak tyle lat, że ze spokojem przytaczam tę historyjkę, jako przydługi wstęp do głównego wątku tego felietonu….

Kiedy jechałem pociągiem, przypomniało mi się, jak jakiś czas temu przeczytałem w prasie, że lubelski sejmik wojewódzki przegłosował uchwałę potępiającą tzw. „ideologię LGBT”. Mało tego-za walkę z tą tzw. ideologią, miał wręczać najbardziej bitnym jej przeciwnikom medale. Według tego, co podawały gazety, radni, którzy skutecznie przeciwstawiają się ideologii ruchów LGBT, zostaną nagrodzeni okolicznościowym medalem. Odznaczenia wręczać miał ich pomysłodawca, były wojewoda lubelski, dziś poseł PiS, Przemysław Czarnek. Nie za bardzo wiem, co ex-wojewoda miał na myśli pisząc o „skutecznym przeciwstawianiu”. Wychodzi z tego, że można się też przeciwstawiać nieskutecznie, a za to medal już nie przysługuje. Chyba należy to rozumieć w ten sposób, że jak przeciwnik ideologii LGBT widzi na ulicy Roberta Biedronia albo Pawła Rabieja, to żeby się skutecznie przeciwstawić, powtarzam-skutecznie-musi po rejtanowsku zablokować mu drogę, bo jeszcze by gotów, jeden z drugim, pójść gościć swoje tęczowe herezje do szkoły albo przedszkola. I za to jest medal. Nieskuteczny będzie zaś ten radny, który jedynie napomknie Biedroniowi, że czyni swoją osobą zgorszenie; rzuci w jego stronę złe spojrzenie; ewentualnie, dotknie go do żywego złym słowem lub zelży inwektywą.

Piszę te dyrdymały, Szanowni Państwo, po to, żeby Wam uzmysłowić, że wypinanie piersi do medalu nie jest niczym szczególnie fajnym, czym należałoby się chwalić i z czym obnosić, bo prawdziwa cnota nie jest ukryta w tombaku pierwszej czy drugiej klasy na atłasowej poduszce. Prawdziwa cnota bowiem to życie w zgodzie z ludźmi różnych wyznań i narodowości, brak pogardy dla inności, tolerancja dla różnorodności i miłość do bliźniego. Ci wszyscy z kolei, którzy już przebierają nogami żeby się stawić na wezwanie wojewody wiedzieć muszą, że najsamprzód należy się zająć tymi, którzy szukają schronienia na działkach i jedzenia po śmietnikach, albo rodziców w domu dziecka, a na idee wzniosłe czas przyjdzie wtedy, kiedy załatwi się te przyziemne sprawy. A jest jeszcze trochę na tym padole do załatwienia.

Przygody miasta Lublina

Jako lublinianin z urodzenia, który spędził w tym mieście, od urodzenia, 45 lat życia, czytałem „Sekrety Lublina” Krzysztofa Załuskiego z ogromnym zainteresowaniem.

Z dwóch powodów: po pierwsze dlatego, że choć nie mieszkam w moim rodzinnym mieście już od 17 lat, to na zawsze pozostanie ono dla mnie krajobrazem mojego dzieciństwa i młodości, krainą w której tworzyła się moja wyobraźnia, w której rodziły się moje pierwsze fascynacje, zainteresowania, uczucia, lęki i marzenia.
To miasto, którego krajobrazy są pierwszymi krajobrazami mojego życia, ze stromizną ulicy Granicznej, tajemnicami ulicy Narutowicza, ostrą, chłodną wonią piwa z browaru przy ulicy Dąbrowskiego (dziś Bernardyńska), odorami rynsztoków Miłej, Wesołej,
Rusałki, zapachami kadzideł i majowego bzu z lubelskich kościołów, wonią straganów warzywnych na Podzamczu, drożdży na Kunickiego, zapachami cebularzy i innego pieczywa na Lubartowskiej i okolicach, z zapachami roślin i traw (także tych butwiejących) w Parku Ludowym, z elegancją (jak na owe czasy) Ogrodu Saskiego i Krakowskiego Przedmieścia – mógłbym te wspomnienia i asocjacje długo ciągnąć.
Drugi powód dla którego czytałem tę książkę z pasją jest taki, że ogromnie wiele się z niej dowiedziałem o, bądź co bądź, moim rodzinnym mieście. Wprawdzie pamiętam pojawiające się na każdym kroku dostawcze samochody marki „Żuk”, produkowane w lubelskiej FSC, ale jako że w szemranej dzielnicy Dziesiąta bywałem rzadko i krótko, nie wiedziałem, że miejscowi nazywali tamtejszą rzeczkę Czerniejówkę – „Sekwaną”. Mieszkałem też przy ulicy Sierocej, przy której mieszkał kiedyś Bolesław Bierut (nawiasem mówiąc ktoś nadgorliwy zupełnie niedawno usunął ze ściany tego domku ślad tego faktu w postaci metalowej tablicy – można Bieruta oceniać negatywnie, nawet bardzo, ale był on jednak postacią historyczną, a śladów historii zacierać nie należy i nie ma to związku z oceną moralno-polityczną postaci, bo w przeciwnym razie nie mógłby mieć pomników także Napoleon), ale o jego lubelskich perypetiach nie miałem żadnej wiedzy, choć pamiętam jego monumentalny pomnik wystawiony mu w 1979 roku przez Edwarda Gierka przy obecnym placu Singera.
Restaurację i hotel „Europa” pamiętam dobrze (do dziś tam funkcjonuje), ale z zewnątrz, bo był to niedostępny mi przybytek ówczesnego luksusu i high life’u w warunkach socjalizmu. Z drugiej strony nie zaglądałem też do popularnych „mordowni” typu „Zamkowa” czy „Basztowa”, bo strach było tam wejść O słynnym okuliście Mieczysławie Krwawiczu słyszałem dużo, w tym o jego majątku dalece przekraczającym standardy realnego socjalizmu, ale zabawne anegdoty opowiadano o innym wybitnym lubelskim lekarzu, chirurgu Mieczysławie Zakrysiu, o którym akurat autor „Sekretów” nie wspomina.
O cudzie lubelskim, czyli „łzach Matki Boskiej” w Katedrze słyszałem tylko z opowieści matki, ale trolejbusami, wehikułem komunikacji miejskiej z podłączonymi do linii elektrycznej pałąkami, znanymi w Polsce poza Lublinem tylko – chyba – jeszcze w Gdyni, jeździłem na co dzień. Za mały byłem, by w 1960 roku przypatrywać się kręceniu przez Antoniego Bohdziewicza na lubelskich ulicach filmu „Rzeczywistość”, według powieści politycznej Jerzego Putramenta, ale jako licealista dobrze pamiętam z lata 1973 dekoracje do serialu „Czarne chmury”, uzupełniające realną, zabytkową scenerię XVII-wiecznego Starego Miasta w Lublinie. Jana Machulskiego, jako aktora Teatru im. Juliusza Osterwy nie pamiętam, ale jego kolegę z lubelskiego zespołu, Stanisława Mikulskiego, jeszcze sprzed roli Hansa Klossa, już tak, także dlatego że mój ojciec znał go z lubelskiego Automobilklubu. Cebularze oczywiście nie tylko pamiętam, ale zajadałem się nimi, pachnącymi, chrupiącymi i posmarowanymi masłem (dziś niestety już nie są chrupiące, bardzo żałuję).
Ani pobytów marszałka Piłsudskiego w Lublinie, rzecz jasna, nie pamiętam, ani powodzi jesienią 1964, za to doskonale pamiętam powieść kryminalną „Ostatni śmieje się morderca” Roberta Lande (pseudonim autora, lubelskiego dziennikarza Zygmunta Pikulskiego), drukowaną w odcinkach na przełomie 1964 i 1965 roku w „Kurierze Lubelskim”, jednej z dwóch codziennych lubelskich gazet, obok „Sztandaru Ludu”, organu KW PZPR.
I mógłbym tak pisać, pisać i pisać, splatając treści „Sekretów Lublina” Krzysztofa Załuskiego z własnymi wspomnieniami, także, a może nade wszystko szkolnymi, z trzech liceów, ze Staszica, Zamoja i Piątki przy Lipowej, a także z podstawówki imienia Broniewskiego przy Sierocej, i muzeum na Zamku Lubelskim, które zaszczepiło we mnie zainteresowania historią. Ale mnożył nie będę, bo musiałbym pójść w ślady autora, byłego kolegi redakcyjnego i napisać o „moim” Lublinie, o tym także o czym on nie napisał, ale to przecież jego autorski wybór. Czy „Sekrety Lublina”, to książka tylko dla lublinian? Zapewnie głównie dla nich, ale także dla tych, którzy Lublina nie znają i którym gorąco polecam poznanie tego naprawdę fascynującego, „starożytnego” jak pisano o nim w jednym z XIX-wiecznych przewodników, miasta.

Krzysztof Załuski – „Sekrety Lublina”, Księży Młyn Dom Wydawniczy Michał Koliński, str. 148, ISBN 978-83-7729-390-4

Atak Czarnka

Ustępujący wojewoda lubelski i nowy poseł PiS Przemysław Czarnek złożył zawiadomienie przeciwko wykładowcy Uniwersytetu Marii Curie Skłodowskiej doktorowi hab. Tomaszowi Kitlińskiemu, w którym zarzuca mu znieważenie. Kitliński sprzeciwiał się przyznaniu Czarnkowi uniwersyteckiego medalu, zwracając uwagę na jego ksenofobiczne i homofobiczne wypowiedzi.

Oto treść listu otwartego dra T. Kitlińskiego.

Wielce Szanowni Państwo,
Od dekad wykładam o filozofii praw człowieka i walczę o nie. Uczę o najnowszym trendach w myśli światowej, a walczę bez przemocy i bez nienawiści. Jestem nauczycielem akademickim, ale należę do związku zawodowego pracownic obsługi, którym dokładnie 10 lat temu pomogłem zachować miejsca pracy na UMCS-ie. Jestem bezpartyjny. Zależy mi na demokracji i różnorodności. I na gość-inności, o której napisałem habilitację i kuratorowałem festiwal sztuki publicznej Open City w Lublinie.
Jako gejowi, zależy mi na normalnym życiu w społeczeństwie polskim. Nazywam nas mniejszościami uczuciowymi i tworzymy wkład w kulturę i obywatelskość. Od liceum, kiedy w 1981 roku brałem udział w strajku szkolnym, zdaję sobie sprawę, jak ważne są W Polsce mniejszości narodowe i etniczne. Dlatego uczestniczę w odbudowie życia żydowskiego i popieram inicjatywy ukraińskie. Wśród moich studentów jest wielu Ukraińców, z czego się bardzo cieszę. Interesuję się różnymi religiami, zwłaszcza monoteistycznymi i niezmiernie szanuję judaizm, islam i chrześcijaństwo. Również ateizm wnosi wielki wkład do kultury. Leży mi na sercu sprawa praw kobiet. Zostałem wychowany w feminizmie, gdyż 20 lat uczestniczyłem w seminariach prof. Marii Janion.
Nadanie medalu Amicis Universitatis Mariae Curie-Skłodowska wojewodzie lubelskiemu Przemysławowi Czarnkowi wstrząsa moją etyką. Nie mogę pozostać obojętny. Niech niezawisły wymiar sprawiedliwości oceni moje wypowiedzi w tej sprawie.