Messi wart worek złota

Leo Messi wkroczył na wojenną ścieżkę z władzami FC Barcelona. Argentyński gwiazdor w wieku 33 lat postanowił odejść z katalońskiego klubu. Najlepszą ofertę pod względem finansowym i sportowym dostał od Manchesteru City.

Argentyńczyk nie stawił się niedzielę na obowiązkowych testach na obecność koronawirusa, a także na pierwszym treningu. To może oznaczać, że Messi swoją przyszłość widzi już poza ekipą „Dumy Katalonii”. Najciekawszą z jego punktu widzenia propozycję złożył mu Manchester City: pięcioletni kontrakt (do końca 2025 roku), ale w angielskiej Premier League miałby grać tylko przez pierwsze trzy sezony, zaś dwa kolejne spędziłby za oceanem, w amerykańskiej filii angielskiego klubu, drużynie New York City. Właściciele Manchesteru City gwarantują jednak Argentyńczykowi w obu zespołach takie same zarobki, a jego roczna gaża ma być taka sama, jaka teraz otrzymuje w Barcelonie, czyli netto 52 mln euro. W sumie zatem całkowity koszt rocznego wynagrodzenia Messiego wynosi około 100 mln euro. Ale to jeszcze nie wszystko – za podpis na kontrakcie angielski klub jest gotów zapłacić argentyńskiemu gwiazdorowi ekstra premię w wysokości 250 mln euro brutto. Licząc więc łącznie wszystkie te płacowe koszty zatrudnienie Messiego na pięć lat kosztowałoby właścicieli Manchesteru City (i New York City) w sumie około 750 mln euro, czyli mniej więcej tyle, ile wynosi zawarta w umowie Argentyńczyka z FC Barcelona tzw. klauzula odstępnego.
Władze katalońskiego klubu twardo obstają, że Messi może odejść tylko po zapłaceniu tej kwoty, bo nie aktywował w odpowiednim czasie (do 10 czerwca tego roku) innej klauzuli zawartej w umowie, na podstawie której „w nagrodę za zasługi” mógł opuścić „Dumę Katalonii” za darmo. Ale gwiazdor uważa, że wtedy sezon był przerwany z powodu pandemii koronawirusa, a jego przedłużenie do końca sierpnia przez FIFA i UEFA przenosi się także na indywidualne umowy piłkarzy z klubami. Wojna została zatem rozpętana, a jej zwycięzca na razie jest nieznany.

Messi rozpoczął niebywałą zadymę w Barcelonie

Klęska zespołu Barcelony 2:8 z Bayernem Monachium w ćwierćfinale Ligi Mistrzów zapoczątkowała lawinę zdarzeń w katalońskim klubie, których skutków nie da się nawet w tej chwili przewidzieć. Z wieści jakie docierają z Camp Nou zdecydowanie jednak na pierwszy plan wybija się jedna wiadomość, że Leo Messi, któremu za rok kończy się kontrakt z „Dumą Katalonii”, postanowił odejść już tego lata.

To nie jest pierwsza taka przepychanka Messiego z szefami Barcelony, ale każda wcześniejsza zawsze kończyła się ugodą i przedłużeniem kontraktu. Dlatego kwestia zmiany barw klubowych przez argentyńskiego piłkarza był dotąd uważany za piłkarskie science-fiction. Wygląda jednak na to, że tym razem awantura może zakończyć się rozstaniem. Argentyńczyk decyzję o opuszczeniu Camp Nou miał podjąć po porażce 2:8 z Bayernem w ćwierćfinale Ligi Mistrzów. To nie był żaden „wypadek przy pracy”, tylko trzeci raz z rzędu, gdy zespół „Dumy Katalonii” skompromitował się w tych rozgrywkach. Dwa lata temu ośmieszyła go AS Roma, a rok później to samo zrobił FC Liverpool, który po pierwszym meczu przegrywał 0:3, ale w drugim wygrał 4:0. Messi za te słabe wyniki wini przede wszystkim fatalną politykę kadrową prowadzoną przez szefów klubu, z prezydentem Josepem Bartomeu na czele. I wedle doniesień hiszpańskich mediów po powrocie z Lizbony postawił sprawę na ostrzu noża – zażądał wręcz ustąpienia Bartomeu oraz zatrudnienia w roli trenera dawnego kolegi z boiska Xaviego, na pewno bardziej legendarną postacią Barcelony od Ronalda Koemana, którego Bartomeu wbrew woli Messiego zatrudnił w miejsce zwolnionego Quique Setiena.
Tego było już za wiele i argentyński gwiazdor posłał do klubu oficjalne pismo z żądaniem jednostronnego rozwiązania kontraktu, co miał zagwarantowane w obowiązującej obecnie umowie z katalońskim klubem. Ale władze Barcelony w ogóle nie rozważają odejścia Messiego i przypomniały mu, że jego tzw. klauzula odejścia opiewa na kwotę 700 mln euro. Za taką kwotę transferową Messi może odejść gdzie chce, sęk w tym, że nie ma na świecie klubu, który byłby skłonny zapłacić taką górę pieniędzy za piłkarza co prawda wciąż genialnego, lecz już jednak 33-letniego.
Messi ma w umowie zapis o możliwości rozwiązania kontraktu z Barceloną, ale miał obowiązek poinformować o tym władze klubu do 10 czerwca. Prawnicy piłkarza twierdzą jednak, że wydłużenie przez FIFA i UEFA sezonu z powodu pandemii koronawirusa do 31 sierpnia dotyczy także klauzuli. Obie strony okopały się na swoich pozycjach, co zwiastuje długą wojnę, na której pewnie stracą obie strony.
Konflikt Messiego z szefami Barcelony chce wykorzystać Manchester City, gotowy zaoferować argentyńskiemu gwiazdorowi kilkuletni kontrakt z opcją przeprowadzki do New York City FC – partnerskiego klubu „The Citizens” w amerykańskiej MLS.

Messi chce zwiać z Barcelony

Klęska zespołu Barcelony z Bayernem Monachium (2:8) wywołała w katalońskim klubie potężny kryzys. W pierwszej kolejności posadę stracił trener Quique Setien, ale jak donoszą hiszpańskie media, większym problemem jest to, że najlepszy od ponad dekady piłkarz „Dumy Katalonii”, Leo Messi, postanowił odejść.

Piątkowy wieczór to bez wątpienia był jeden z najgorszych momentów w bogatej w sukcesy karierze argentyńskiego gwiazdora, sześciokrotnego zdobywcy „Złotej Piłki”. Było w jego zachowaniu na boisku i w szatni aż nadto widoczne, że jest nie tylko zdruzgotany słabą grą zespołu Barcelony w meczu z mistrzem Niemiec, ale też zwyczajnie wściekły. W pierwszej kolejności na trenera Setiena, do którego pracy zresztą miał już wcześniej wiele zastrzeżeń. Teraz nie musiał już nawet nic mówić, bo niemal tuż po ostatnim gwizdku sędziego los szkoleniowca był przesądzony. Oficjalna decyzja zapadła jednak dopiero w poniedziałek, trzy dni po klęsce w Lizbonie. Tego dnia służby prasowe katalońskiego klubu potwierdziły medialne spekulacje komunikując, że Quique Setien nie jest już trenerem zespołu, który przejął 13 stycznia i zdążył poprowadzić w 25 meczach – 19 w Primera Division, trzech w Pucharze Hiszpanii i trzech w Lidze Mistrzów. Szesnaście z tych spotkań wygrał, cztery zremisował, a w pięciu doznał porażek. Ale do stylu gry jaki ekipa Barcelony prezentowała pod jego komendą było mnóstwo zastrzeżeń, także ze strony zawodników, a najbardziej Messiego, który mimo zdobycia dziewięciu mistrzostw Hiszpanii i czterech triumfów w Lidze Mistrzów, wciąż chce zdobywać kolejne trofea. Ale Argentyńczyk ma już 33 lata i chociaż nadal imponuje piłkarskim geniuszem, wytrzymałości, szybkości i kondycji jakie miał jeszcze pięć lat temu, teraz już nie ma. Ale po staremu wszystko na boisku kręci się wokół niego i wszyscy pozostali gracze „Blugrany” nie wychylają się poza role jego pomagierów. I to właśnie jest prawdopodobnie główną przyczyną trwającego od mniej więcej pięciu lat spadku znaczenia ekipy „Dumy Katalonii” na europejskiej arenie, którego apogeum nastąpiło w tym sezonie – Messi i spółka przegrali z Realem Madryt walkę o mistrzostwo ligi, nie zdobyli krajowego pucharu, a teraz jeszcze w kompromitującym stylu odpadli z Ligi Mistrzów w ćwierćfinale. Setien niewątpliwie przyłożył do tego rękę, ale trudno tylko jego obwiniać za wszystkie grzechy.
Messi od dłuższego czasu znajdował się też w ostrym konflikcie z prezydentem klubu Josepem Marią Bartomeu, od którego bezskutecznie domagał się transferów klasowych graczy. O to samo darł również koty z dyrektorem sportowym klubu Erikiem Abidalem. Argentyński gwiazdor miał powody do pretensji. W ostatnich pięciu latach Barcelona wydała na transfery nowych graczy blisko miliard euro, a w drugą stronę oddała zawodników za mniej więcej połowę tej kwoty. Wśród tych, którzy odeszli, największą stratą był bez wątpienia Brazylijczyk Neymar, na miejsce którego nie sprowadzono zawodnika o choćby zbliżonych umiejętnościach. Kupiony z Borussii Dortmund za 100 mln euro Ousmane Dembele okazał się transferowym niewypałem, pokładanych nadziei nie spełnił też Brazylijczyk Philippe Coutinho, którego wypożyczono w tym sezonie do Bayernu Monachium. Jego dwie bramki i asysta w meczu przeciwko Barcelonie to kolejny policzek dla Bartomeu i Abidala.
Według gazety „Mundo Deportivo” prezydent Bartomeu nie zamierza ustępować ze stanowiska i zapowiedział, że tego lata przeprowadzi rewolucję w kadrze Barcelony. Z obecnych graczy „nietykalni” jest według niego tylko czterech -– niemiecki bramkarz Marc-Andre ter Stegen, francuski obrońca Clement Lenglet, holenderski rozgrywający Frenkie De Jong oraz rzecz jasna Leo Messi. Reszta ma zostać wystawiona na listę transferową. Sęk w tym, że najbardziej korzystna oferta pojawiła się akurat dla gracza w Barcelonie najważniejszego, czyli Messiego.
Według włoskiego dziennikarza Francesco Porzio, Messi podjął już decyzję, że jeszcze tego lata zmieni barwy klubowe i nawet poinformował o tym zarząd „Dumy Katalonii”. Do walki o argentyńskiego asa wystartowały dwie uznane futbolowe firmy – Inter Mediolan i Manchester City. Większe szanse na transfer, o ile rzecz jasna naprawdę do niego dojdzie, bo nie można wykluczyć zmiany decyzji przez Messiego, ma włoski klub, pod warunkiem jednak, że w rozliczeniu zgodzi się oddać Barcelonie Lautaro Martineza. Problem w tym, że ten 22-letni rodak Messiego robi w ostatnim czasie furorę nie tylko na włoskich boiskach – ostatnio w meczu 1/2 finału Ligi Europy z Szachtarem strzelił dwa gole.

Lewy w niemiecko-francuskim półfinale

Takiego składu półfinalistów Ligi Mistrzów chyba nikt się nie spodziewał. Po raz pierwszy od blisko trzech dekad na tym szczeblu rozgrywek zabrakło zespołów z uważanych za najmocniejsze w Europie lig angielskiej, hiszpańskiej i włoskiej. O awans do finału w tym roku powalczą natomiast zespoły z Niemiec i Francji: Bayern Monachium z Olympique Lyon oraz Paris Saint-Germain z RB Lipsk.

Z punktu widzenia polskich kibiców najważniejszą ćwierćfinałową potyczką był mecz Bayernu Monachium z Barceloną. Fani obu zespołów zapamiętają go na bardzo długo, chociaż akurat kibice katalońskiego zespołu woleliby pewnie o nim nie pamiętać. „Duma Katalonii” w piątkowy wieczór przegrała w Lizbonie z mistrzem Niemiec aż 2:8. Nic dziwnego, że w niemieckich mediach w tytułach najczęściej pojawiało się słowo „deklasacja”, a w hiszpańskich „żenada”. Tak dotkliwej porażki mają prawo nie pamiętać nawet najstarsi kibice katalońskiego klubu. Jak bowiem sprawdzili futbolowi statystycy, była to najwyższa porażka Barcelony od 1951 roku, kiedy to przegrała 0:6 z lokalnym rywalem, Espanyolem.
Lewandowski kontra Messi
Przed meczem najwięcej pisano o pojedynku Roberta Lewandowskiego z Leo Messim, ale w piątkowy wieczór ani Polak, ani Argentyńczyk nie byli głównymi aktorami widowiska. Ale bez wątpienia z ich obu zdecydowanie lepiej wypadł kapitan reprezentacji Polski, który strzelił gola (już 14 w obecnej edycji LM) i zaliczył asystę, a na dodatek jeszcze swoimi boiskowym zaangażowaniem kompletnie zdezintegrował linię defensywną rywali. Ale tego wieczoru odrodził się strzelec dwóch goli Thomas Mueller oraz wypożyczony przez Bayern na ten sezon z Barcelony Brazylijczyk Philippe Coutinho. Niechciany na Camp Nou piłkarz strzelił swoim kolegom dwa gole i do tego dorzucił asystę przy golu Lewego, za którą otrzymał od polskiego snajpera wylewne podziękowania, bo w końcu po kilku latach przerwy strzelił też gola w Lidze Mistrzów na wyższym poziomie rywalizacji niż 1/8 finału.
Po raz pierwszy od 2005 roku w półfinale Ligi Mistrzów nie znaleźli si e ze swoimi drużynami Leo Messi i Cristiano Ronaldo. Portugalczyk nie doszedł nawet z Juventusem do /4 finał, bo ekipa „Starej Damy” odpadła nieoczekiwania w starciu z Olympique Lyon.
Po raz ostatni z taką sytuacją mieliśmy do czynienia 29 lat temu, jeszcze przed erą Ligi Mistrzów. Wówczas te rozgrywki nosiły nazwę Pucharu Europejskich Mistrzów Klubowych. W sezonie 1990/1991 w fazie półfinałowej znalazły się: Bayern Monachium, Crvena Zvezda Belgrad, Spartak Moskwa oraz Olympique Marsylia. Trofeum wywalczyli wtedy piłkarze z Marsylii, którzy w finale pokonali ekipę z Belgradu dopiero po konkursie rzutów karnych. W regulaminowym czasie gry i po dogrywce było 0:0. Finał rozegrany na stadionie w Bari obejrzało 57,5 tys. widzów.
Sukces drużyn z lig farmerów
Wśród pięciu najwyżej notowanych w rankingu UEFA lig europejskich niemiecka Bundesliga i francuska Ligue 1 były w ostatnich latach uznawane za słabsze od angielskiej Premier League, hiszpańskiej Primera Division i włoskiej Serie A, głównie ze względu na brak sukcesów w Lidze Mistrzów. Ostatnią drużyną z Ligue 1, która zagrała w finale Ligi Mistrzów, było AS Monaco w sezonie 2003/2004, które w decydującym starciu uległo jednak FC Porto 0:3. Dwa lata temu natomiast do finału Ligi Europy dotarł zespół Olympique Marsylia, ale z Atletico Madryt także przegrał 0:3. Warto jednak odnotować, że szprycowana bez umiaru petrodolarami drużyna Paris Saint-Germain dopiero po raz pierwszy w XXI wieku awansowała do najlepszej czwórki Champions League, zaś Olympique Lyon dotarł do tej fazy rozgrywek po 10 latach przerwy.
Nic dziwnego, że we Francji zapanowała euforia. Gwiazdor PSG po sensacyjnym zwycięstwie ekipy z Lyonu nad faworyzowanym Manchesterem City zamieścił na portalu społecznościowym pytanie: „Liga farmerów?”, skierowane do tych wszystkich, którzy wcześniej nie szczędzili francuskim zespołom i Ligue 1 lekceważących opinii, że jest to właśnie „liga farmerów”. Na jego wpis odpowiedzieli natychmiast Memphis Depay i Moussa Dembele, główni aktorzy zwycięstwa Olympique Lyon nad „The Citizens”, a na oficjalnym koncie Twitterowym ich klubu pojawił się wpis: „Nie ma tutaj żadnych farmerów”.
O ile awans paryskiej drużyny do półfinału trudno uznać za wielką sensację, chociaż drużyna Thomasa Tuchela trochę męczyła się z rewelacją rozgrywek, Atalantą Bergamo, zanim po golach strzelonych w końcówce spotkania wygrała 2:1, to obecność w najlepszej czwórce rozgrywanego w Lizbonie turnieju Ligi Mistrzów drużyny z Lyonu to więcej niż niespodzianka. Ekipa trenowana przez Rudiego Garcię skończyła ten sezon Lique 1 dopiero na 7. miejscu. A że we Francji nie dokonano restartu rozgrywek, to gracze Oympique Lyon nie zdołali już poprawić tej lokaty i przez to nie wywalczyli miejsca gwarantującego grę w Lidze Mistrzów w nowym sezonie.
I są jedynym zespołem wśród półfinalistów, który jest w takiej sytuacji, ale to akurat jest dodatkową motywacją, bo jak wiadomo zwycięzca rozgrywek zapewnia sobie też automatycznie miejsce w fazie grupowej nowej edycji. To była dla ekipy z Lyonu zapewne dodatkową motywacją, bo chociaż nie zagrali żadnego meczu o stawkę od pięciu miesięcy, to zdołali wyeliminować w 1/8 finału Juventus Turyn z Cristiano Ronaldo (2:2 w dwumeczu, zdecydowały bramki wyjazdowe), a w minioną sobotę odprawili z kwitkiem Manchester City trenowany przez wielkiego Pepa Guardiolę, pokonując „The Citizens” w Lizbonie 3:1.
Paryż, Monachium, Lipsk i Lyon
Na placu boju pozostały zatem cztery zespoły. We wtorek 18 sierpnia Paris Saint-Germain zmierzy się z sensacyjnym pogromcą Atletico Madryt, RB Lipsk, natomiast dzień później Bayern Monachium zagra z sensacyjnym pogromcą Manchesteru City Olympique Lyon. Faworytami tych spotkań są zespoły z Paryża i Monachium, ale piłkarze z Lipska i Lyonu na pewno są w stanie sprawić kolejne sensacje. Nam wypada jednak trzymać kciuki za jedynego w tej stawce polskiego piłkarza, czyli Roberta Lewandowskiego. Wiadomo już, że na 99 procent zapewnił już sobie koronę króla strzelców obecnej edycji Champions League, ale „Lewy” chce koniecznie wygrać z Bayernem Ligę Mistrzów. Gdyby w finale rywalem ekipy mistrza Niemiec został Paris Saint-Germain, bylibyśmy świadkami wielikiego pojedynku naszego najlepszego piłkarza z gwiazdami paryskiej drużyny – Brazyliczykiem Neymarem i Francuzem Kylianem Mbappe.
Oba spotkania półfinałowe, podobnie zresztą jak zaplanowany na niedzielę 23 sierpnia finał, będzie można w Polsce obejrzeć na kanałach Polsatu i TVP.

Liga Mistrzów: Koncerty trzech tenorów

Zaległe mecze 1/8 finału Champions League zostaną zapamiętane głównie z fenomenalnych występów trzech gigantów futbolu – Leo Messiego, Cristiano Ronaldo i Roberta Lewandowskiego. Portugalczyk z tej edycji już jednak wraz z Juventusem odpadł, natomiast Argentyńczyk i Polak w piątek 14 sierpnia o palmę pierwszeństwa w tym sezonie powalczą w ćwierćfinałowym meczu Bayernu Monachium z Barceloną.

Lewandowski w pierwszym meczu z Chelsea, na Stamford Bridge w Londynie, zaliczył dwie asysty i jednego gola w wygranym przez Bayern 3:0 spotkaniu. W spotkaniu rewanżowym rozegranym w minioną sobotę na Allianz Arena w Monachium, wygranym przez bawarska drużynę 4:1, kapitan reprezentacji Polski zdobył dwie bramki i dorzucił dwie asysty, czyli „Lewy” miał udział przy wszystkich siedmiu bramkach jakie w tym dwumeczu Bayern wbił ekipie Chelsea. Tym niesamowitym wyczynem chyba już ostatecznie przekonał niedowiarków, że należy mu się miejsce na samym szczycie piłkarskiej hierarchii, obok Messiego i Cristiano Ronaldo. Lewandowski powiększył swój strzelecki dorobek w obecnej edycji Ligi Mistrzów do 13 trafień w siedmiu występach i jest zdecydowanym liderem klasyfikacji strzelców. Następny w zestawieniu Erling Haaland z Borussii Dortmund ma na koncie 10 goli, ale on już odpadł ze swoim zespołem z rozgrywek.
Z zawodników, których drużyny wciąż pozostają w grze, Raheem Sterling i Gabriel Jesus z Manchesteru City maja po sześć trafień, tyle samo mają też w dorobku klubowy kolega „Lewego” Serge Gnabry oraz napastnik Olympique Lyon Memphis Depay, natomiast po po pięć goli na koncie mają Kylian Mbappe i Mario Icardi z Paris Saint-Germain oraz Josip Ilcic z Atalanty Bergamo. Co ciekawe, gol strzelony przez Leo Messiego w wygranym przez Barcelonę 3:1 sobotnim spotkaniu z SSC Napoli był dopiero drugim trafieniem Argentyńczyka w obecnym sezonie Ligi Mistrzów. Gwiazdor „Dumy Katalonii” w starciu z włoskim zespołem błysnął jednak wielką formą, dlatego kibice już ostrzą sobie apetyty na starcie Barcelony i Bayernu, które będzie też wielkim pojedynkiem o tytuł piłkarza roku w Europie i na świecie w 2020 roku. Messi w poprzednim roku zgarnął wszystkie najważniejsze indywidualne wyróżnienia i w tym roku wciąz jeszcze ma szanse powtórzyć ten wyczyn, a jedynym graczem który może mu w tym realnie przeszkodzić, jest właśnie Lewandowski.
Tak dla przypomnienia – „Lewy” jest nie tylko najlepszym strzelcem bieżącej edycji Ligi Mistrzów, jest także królem strzelców Bundesligi i Pucharu Niemiec, wiceliderem klasyfikacji „Złotego Buta” oraz w ogóle najskuteczniejszym piłkarzem tego sezonu w Europie – we wszystkich rozgrywkach w 44 rozegranych meczach zdobył 53 bramki. Pod tym względem zostawił w tyle nie tylko Messiego, ale także Cristiano Ronaldo, Neymara, Kyliana Mbappe, Harry’ego Kane’a, Mohameda Salaha, Timo Wernera, Elinga Haalanda i Karima Benzemę, którego Polak właśnie ponownie wyprzedził w klasyfikacji strzelców wszech czasów Ligi Mistrzów. Lewandowski z 66 golami w dorobku awansował na czwarte miejsce, a przed nim są już tylko Raul (72 gole), Messi (114) i niekwestionowany Cristiano Ronaldo (130).
Portugalczyk nie powalczy w tym sezonie o triumf w Lidze Mistrzów, bo Juventus po jego dwóch golach wygrał z Olympique Lyon tylko 2:1, za mało żeby wyeliminować francuską dużynę, która pierwszy mecz u siebie wygrała 1:0. Na pocieszenie Cristiano Ronaldo pozostały indywidualne osiągnięcia: po dublecie w meczu z Olympique Lyon powiększył liczbę swoich goli w tym sezonie do 37, co jest nowym rekordem w historii Juventusu Turyn. CR7 przebił osiągnięcie Felice Placido Borela II, który w sezonie 1935/1936 zdobył dla Juve 36 bramek. Mistrz świata z 1934 roku do zebrania takiego dorobku potrzebował 40 występów, a Portugalczyk swój rekord ustanowił w 46 spotkaniach. Przez 86 lat żaden piłkarz Juventusu nawet nie zbliżył się do rekordu Borela II. Najlepsi dochodzili do 32 bramek, a byli to Alessandro Del Piero (1997/1998), David Trezeguet (2001/2002) i Gonzalo Higuain (2016/2017).
Cristiano Ronaldo ma teraz o czym myśleć, bo w Juventusie już w sobotę zaczęła się personalna rewolucja. Pierwszy sezon Juventusu pod wodzą trenera Maurizio Sarriego w opinii włodarzy turyńskiego potentata zakończył się niepowodzeniem. Wywalczone nie bez problemu scudetto okazało się jedynym trofeum bianconerich, którzy po transferze Cristiano Ronaldo mieli wspiąć się na szczyt europejskiego futbolu i wywalczyć wymarzony puchar za zwycięstwo w Lidze Mistrzów. Decyzję o zwolnieniu szkoleniowca podjął ponoć osobiście właściciel Juve Andrea Agnelli. Sarri przepracował w Turynie tylko jeden sezon. Były trener Chelsea i Napoli zastąpił na tym stanowisku Massimiliano Allegriego. Zdaniem włoskich mediów 61-letni szkoleniowiec nie miał posłuchu u największych gwiazd zespołu. Jego nagłe odejście zwolnienie skomplikowało sytuację Arkadiusza Milika, którego głównie Sarri chciał ściągnąć do Juventusu, więc teraz transfer może okazać się nieaktualny. Ale Milik już zdążył podpaść wszystkim ważniakom w Napoli i jeśli zostanie, będzie miał w tym klubie ciężkie życie. Jeszcze w sobotę władze Juventusu dokonały wyboru nowego szkoleniowca. Został nim Andrea Piro, wybitny przed laty włoski piłkarz, mistrz świata z 2006 roku, czterokrotny mistrz Italii w barwach Juventusu. Jego nominacja jest niespodzianka, bo 41-letni obecnie Pirlo dopiero w 2017 roku zakończył piłkarską karierę i w Juve zadebiutuje w trenerskim fachu.
Nie mniejsze niż w Turynie rozgoryczenie panuje też w ekipie Realu Madryt, który został upokorzony dwoma porażkami przez Manchester City. Dla hiszpańskiego trenera angielskiego zespołu Pepa Guardioli piątkowe zwycięstwo 2:1 było już 11 w jego trenerskiej karierze odniesione przez jego zespoły w potyczkach z „Królewskimi”. W historii futbolu pod tym względem nie ma lepszego. Przy okazji Guardiola przerwał niesamowitą serię triumfów trenera Realu Zinedine’a Zidane’a, który po raz pierwszy w karierze szkoleniowca poznał smak odpadnięcia z Ligi Mistrzów. W latach 2016-2018 Francuz poprowadził Królewskich do trzech kolejnych triumfów w tych elitarnych rozgrywkach i do piątku miał stuprocentową skuteczność w fazie pucharowej Champions League. Pod jego wodzą Real wygrał 9 dwumeczów i trzy finały. Jeśli ktoś miał Zidane’a powstrzymać, to tylko Guardiola. Gdy prowadził Barcelonę (2008-2012) wygrała aż 9 z 15 El Clasico. Jako trener Bayernu dostał co prawda od Realu łomot w Lidze Mistrzów, ale jako trener „The Citizens” wrócił na zwycięską ścieżkę. W pierwszym meczu 1/8 finału Champions League Manchester City wygrał na Santiago Bernabeu 2:1, a w rewanżu na swoim stadionie powtórzył ten rezultat. Teraz bilans Guardioli z Realem to 11 zwycięstw, 4 remisy i 4 porażki – żaden szkoleniowiec nie wygrał tylu spotkań z Królewskimi. W piątkowym meczu angielski zespół dostał mocne wsparcie ze strony francuskiego stopera „Królewskich” Raphaela Varane’a, którego dwa kompromitujące błędy przyniosły gospodarzom obie bramki. Hiszpańskie media nie zostawiły na tym piłkarzu suchej nitki i obciążyły go całą winą za odpadnięcie Realu.
Teraz osiem zespołów, które wywalczyły awans do ćwierćfinału, zbierze się w Lizbonie, gdzie od 12 sierpnia rozgrywki w Lidze Mistrzów zostaną dokończone w formule turniejowej.
Zestaw par 1/4 finału:
Atalanta Bergamo – Paris Saint-Germain (środa, 12 sierpnia);
RB Lipsk – Atletico Madryt (czwartek, 13 sierpnia);
FC Barcelona – Bayern Monachium (piątek, 14 sierpnia);
Manchester City – Olympique Lyon (sobota, 15 sierpnia);
1/2 finału:
Manchester City/Olympique Lyon – FC Barcelona/Bayern Monachium (18 sierpnia);
RB Lipsk/Atletico Madryt – Atalanta Bergamo/Paris Saint-Germain (19 sierpnia);
Finał odbędzie się 23 sierpnia. Wszystkie mecze rozpoczynać się będą o 21:00.

Lewandowski w grze o Ligę Mistrzów

W środę i czwartek rozegrano mecze 1/8 finału Ligi Europy, a w piątek i sobotę odbędą się zaległe rewanżowe spotkania w Lidze Mistrzów. Ostatni mecz w tej fazie rozgrywek, Liverpoolu z Atletico Madryt (2:3) rozegrano 149 dni temu. W piątek zmierzą się Juventus Turyn z Olympique Lyon (0:1) i Manchester City z Realem Madryt (2:1), a w sobotę Bayern Monachium z Chelsea Londyn (3:0) oraz FC Barcelona z SSC Napoli (1:1).

Tak właśnie zacznie się finisz najdziwniejszego sezonu w historii europejskich pucharów. Cztery zespoły zdążyły przed wybuchem pandemii wywalczyć awans do 1/4 finału, osiem w piątek i sobotę powalczy w rewanżach o cztery pozostałe miejsca. A potem wszyscy ćwierćfinaliści zjadą do Lizbony, gdzie od środy 12 do niedzieli 23 sierpnia odbędzie się finał tegorocznej edycji Champions League w wersji turniejowej. W związku z pandemią UEFA chciała ograniczyć podróże i na areny decydujących bojów o triumf w Lidze Mistrzów wybrała stadiony dwóch klubów z Lizbony – Benfiki i Sportingu. O awansie do kolejnej rundy zmagań rozstrzygać będzie tylko jeden mecz. Wszystkie starcia będą odbywać się przy pustych trybunach, co eliminuje jakąkolwiek przewagę związaną z pełnieniem roli gospodarza. Dozwolona będzie zmiana pięciu graczy oraz szóstego w przypadku dogrywki.
Do stolicy Portugalii każdy klub będzie mógł zabrać maksymalnie 80 ludzi, z czego 45 będzie miało dostęp do „strefy zero”, czyli boiska i jego najbliższych okolic. Mowa tu o 23 zawodnikach, ośmiu członkach sztabu szkoleniowego oraz 14 pracowników zaplecza technicznego drużyny. Każda z tych osób będzie musiała poddać się badaniom na koronawirusa na dwie doby przed pierwszym meczem, wszystkim będzie mierzona temperatura przed wejściem na stadion, rezerwowi będą musieli zakładać maseczki, a zespoły będą wjeżdżały na teren stadionu co najmniej w dziesięciominutowych odstępach. To powinno uchronić uczestników turnieju przed Covid-19, ale do Lizbony wybiera się nieokreślona jeszcze do końca liczba kibiców. Utrzymać ich w ryzach epidemicznych zarządzeń będzie bardzo trudno.
Wcześniej jednak kibiców czekają emocje w czterech zaległych meczach rewanżowych 1/8 finału. Najmniej spekulacji towarzyszy potyczce Bayernu Monachium z Chelsea Londyn, bo zaliczka trzech goli z pierwszego spotkania w Londynie stawia bawarską jedenastkę w roli stuprocentowego faworyta. Nic dziwnego, że Robert Lewandowski, który na Stamford Bridge był bohaterem spotkania (zaliczył dwie asysty przy golach Serge’a Gnabry’ego i sam strzelił londyńczykom gola), przed sobotnią potyczką na Allianz Arena w Monachium był dobrej myśli. Kpaitan reprezentacji Polski jest mocno zmotywowany, bo po tym jak Ciro Immobile sprzątnął mu sprzed nosa „Złotego Buta”, nagrodę dla najlepszego strzelca lig europejskich, chciałby powetować sobie tę stratę zdobyciem korony króla strzelców Ligi Mistrzów. A ma na to realne szanse, bo w tej chwili prowadzi w zestawieniu z dorobkiem 11 goli. Z grona zawodników, którzy nadal grają w Champions League, najmniej do naszego piłkarz traci jego kolega z Bayernu Serge Gnabry oraz belgijski napastnik SSC Napoli Dries Mertens (obaj mają po sześć goli). Za ich plecami z dorobkiem pięciu trafień czają się jednak groźni konkurenci – Francuz Kylian Mbappe i Mario Icardi z Paris Saint-Germain, Raheem Sterling i Gabriel Jesus z Manchesteru City, Josip Ilicić z Atalanty Bergamo i Memphis Depay z Olympique Lyon. Ale biorąc pod uwagę, że w w fazie pucharowej tylko najlepsze zespoły rozegrają po trzy mecze, dogonić Lewandowskiego będzie piekielnie trudno. Zwłaszcza, że przecież on sam też będzie w grze, a ponieważ w tym sezonie prezentuje życiową formę, czego dowodem jest 51 zdobytych przez niego bramek we wszystkich rozgrywkach. „Lewy” jest najskuteczniejszym strzelcem w Europie i dystansuje pod względem liczby trafień nawet dotychczasowych hegemonów w tej „konkurencji”, czyli Cristiano Ronaldo i Leo Messiego.
Faworytem zaległych meczów w 1/8 finału, chociaż już nie takim murowanym jak Bayern, wydaje się być też Manchester City, bo trener tej drużyny, Pep Guardiola, raczej nie dopuści do roztrwonienia przez jego zespół przewagi wywalczonej na Santiago Bernabeu (2:1). Ale Realu Madryt nigdy nie należy lekceważyć. W pozostałych dwóch spotkaniach (Juventusu z Olympique Lyon i Barcelony z Napoli) szanse drużyn na wywalczenie awansu można uznać za równe.
Ale wytypowanie już dzisiaj triumfatora Ligi Mistrzów jest czystą loterią. I nie chodzi wyłącznie o to, że większość zespołów uważanych za faworytów znalazła się po jednej stronie turniejowej drabinki. Inną kwestią jest przygotowanie drużyn do gry. Francuskie zespoły (Paris Saint-Germain i Olympique Lyon przystąpią do rywalizacji po pięciu miesiącach przerwy w grze, ale po przejściu pełnego okresu przygotowawczego do nowego sezonu. Z kolei włoskie drużyny (Juventus i Atalanta) do zmagań w Champions League przystąpią praktycznie z marszu, bo Serie A rozgrywki zakończyła w miniony weekend. W podobnej sytuacji są też kluby hiszpańskie – Barcelona, Real i Atletico. Teoretycznie w najlepszej sytuacji znalazły się zespoły niemieckie – Bayern i RB Lipsk, które zakończyły sezon w Bundeslidze miesiąc temu, zdążyły posłać swoich graczy na krótkie urlopy, a po ich powrocie miały czas na przygotowanie ich do zmagań w Lidze Mistrzów. Bawarska jedenastka po pandemii byli w spektakularnej formie i z łatwością obroniła mistrzostwo Niemiec, wygrała też jedyny sparing po powrocie z wakacji (1:0 z Olympique Marsylia), ale w jakiej formie znajduje się teraz, przekonamy się dopiero w sobotę, gdy rozegra mecz z Chelsea. Fani Bayernu liczą, że trener Hansi Flick wykorzysta doświadczenie wyniesione z reprezentacji Niemiec, a to właśnie on jako asystent Joachima Loewa odpowiadał za przygotowanie niemieckiej kadry do mundial w 2014 roku.
Nie od rzeczy będzie wspomnieć, że drużyny przystąpią do rywalizacji w zmienionych składach, bo przecież trwa letnie okienko transferowe. Z Paris-Saint Germain odeszli z tego powodu Edinson Cavani i Thomas Meunier, z RB Lipsk Timo Werner, a z Manchesteru City Leroy Sane. UEFA ponownie otworzyła okres rejestrowania zawodników do Ligi Mistrzów, ale z zastrzeżeniem, że do listy dopisać można wyłącznie graczy, którzy na początku lutego byli w drużynie. Wykorzystały to m.in. Manchester City, który zarejestrował wracającego do zdrowia Aymerica Laporte czy Barcelona, która liczy na Ousmane Dembele.
My rzecz jasna trzymamy kciuki za kwartet naszych piłkarzy, którzy pozostali jeszcze w grze o triumf w Lidze Mistrzów. Oprócz Lewandowskiego, są to jeszcze Wojciech Szczęsny (Juventus) oraz Piotr Zieliński i Arkadiusz Milik (SSC Napoli).

CAS ośmieszył UEFA

Międzynarodowy Trybunał Arbitrażowy ds. Sportu (CAS) zmniejszył znacząco sankcje nałożone przez UEFA na Manchester City za złamanie zasad Finansowego Fair Play. Cofnął decyzję o wykluczeniu zespołu „The Citizens” na dwa sezony z Ligi Mistrzów i karę finansową z 30 do 10 mln euro.

Tak więc zespół Manchesteru City, który w obecnym sezonie angielskiej ekstraklasy wywalczył wicemistrzostwo kraju, tracąc tytuł na rzecz Liverpoolu, w odróżnieniu od ekipy „The Reds” pozostaje wciąż w grze o triumf w obecnej edycji Lidze Mistrzów i może być pewny, że zagra też w następnej. Trener „The Citizens” Pep Guardiola jeszcze przed werdyktem Międzynarodowego Trybunału Arbitrażowego ds. Sportu w publicznych wypowiedziach nie krył przekonania, że odwołanie złożone przez jego klubu przyniesie skutek.
Gwoli przypomnienia – UEFA nałożyła karę na Manchester City w lutym tego roku. Dotyczyła ona naruszenia zasad tzw. Financial Fair Play. Na jej podstawie „The Citizens” zostali wykluczeni z udziału w dwóch edycjach Ligi Mistrzów – 2020/2021 i 2021/2022. Europejska federacja w uzasadnieniu decyzji podała, że Izba Orzekająca Klubowego Organu Kontroli Finansowej UEFA (CFCB) ustaliła i udowodniła, iż Manchester City „zawyżał przychody ze sponsoringu na swoich kontach oraz w informacjach przekazanych UEFA w latach 2012-2016”.
Angielski klub w odpowiedzi napisał: „Manchester City jest zawiedziony, ale nie zaskoczony wyrokiem Izby Orzekającej UEFA. Mówiąc najprościej, jest to sprawa zainicjowana przez UEFA, ścigana przez UEFA i sądzona przez UEFA. Po tym, jak ten krzywdzący proces już się skończył, klub jak najszybciej podejmie bezstronny osąd i dlatego rozpocznie postępowanie przed Trybunałem Arbitrażowym ds. Sportu przy najbliższej okazji”. I tak sprawa trafiła na wokandę CAS, a swój finał znalazła w poniedziałkowe przedpołudnie. Zgodnie z wyrokiem Międzynarodowego Trybunału Arbitrażowego ds. Sportu angielski klub w najbliższych sezonach będzie mógł uczestniczyć w rozgrywkach Ligi Mistrzów.
UEFA po ogłoszeniu wyroku CAS wydała tylko krótki komunikat: „UEFA zauważa, że ​panel CAS stwierdził, iż nie było wystarczających dowodów, aby podtrzymać wszystkie wnioski CFCB w tej konkretnej sprawie oraz że wiele domniemanych naruszeń uległo przedawnieniu z powodu pięcioletniego okresu przewidzianego w przepisach UEFA. W ciągu ostatnich kilku lat Financial Fair Play odegrało znaczącą rolę w ochronie klubów i pomaga im w utrzymaniu stabilności finansowej. UEFA nie zmienia swojego stanowiska w tej sprawie, ale nie będzie komentować werdyktu CAS”. Ostatecznie jedyna karą jaką poniesie Manchester City, będzie grzywna w wysokości 10 mln euro. To śmiesznie niska kara dla klubu, który tylko na transfery w ostatnich latach wydał ponad miliard euro.
Decyzja Międzynarodowego Trybunału Arbitrażowego ds. Sportu zbulwersowała i podzieliła piłkarskie środowisko. „Szok i niedowierzanie”, „FFP możemy wyrzucić na złom”, „Kompletna farsa” – to tylko niektóre z wpisów zamieszczanych w mediach społecznościowych. Gary Neville, były obrońca Manchesteru United, a obecnie ekspert „Sky Sports” nie jest zdziwiony taką decyzję. Kilka miesięcy wcześniej przewidywał, że Manchester City wyjdzie z tej batalii zwycięsko i nie zostanie zdyskwalifikowany z udziału w kolejnych dwóch edycjach Ligi Mistrzów. „Myślę, że City pokona UEFA, która w gruncie rzeczy jest beznadziejną organizacją. Klub ostatecznie wygra tę sprawą w sądzie – mówił Neville przed kamerami angielskiej stacji „Sky Sports”. Z kolei Gary Lineker, inny znakomity przed laty angielski piłkarz, a obecnie gospodarz program „Match of the Day” emitowanego na antenie stacji „Sky Sports”, przyznał, że decyzja podjęta w przez CAS w sprawie odwołania Manchesteru City jest wielką wygraną dla tego klubu. „Mam teraz poważne wątpliwości, czy zasady Finansowego Fair Play przetrwają kryzys zaufania jaki spowoduje werdykt CAS. Moim zdaniem UEFA raczej nie uniknie konsekwencji” – stwierdził Lineker.
W maju 2014 roku UEFA już ukarała Manchester City za naruszenie zasad Finansowego Fair Play; nakładając na klub grzywnę 60 mln euro. Teraz mamy więc do czynienia z recydywą, więc wyrok CAS jest tym bardziej kontrowersyjny. Wygląda jednak na to, że posiadające większościowy pakiet akcji „The Citizens” arabskie konsorcjum finansowe Abu Dhabi United Group znalazło sposób skuteczne przeciwstawienie się UEFA.

Mocni rywale Bayernu

W miniony czwartek UEFA zatwierdziła wymuszone przez pandemię zmiany w europejskich pucharach. A w piątek dokonano losowania par ćwierćfinałowych Ligi Mistrzów. Bayern Monachium, jeśli przejdzie Chelsea Londyn, w tej fazie rozgrywek trafi prawdopodobnie na Barcelonę.

UEFA podjęła decyzję, że rewanżowe mecze 1/8 finału obecnej edycji Ligi Mistrzów, które nie mogły odbyć się w terminie z powodu pandemii, zostaną rozegrane na stadionach klubów, które miały być gospodarzami rewanżów. Czwartkowa decyzja UEFA dotyczy czterech meczów: Bayern Monachium – Chelsea (w Londynie było 3:0 dla Bayernu), FC Barcelona – SSC Napoli (w Neapolu padł remis 1:1), Manchester City – Real Madryt (w stolicy Hiszpanii „The Citizens” wygrali 2:1) oraz Juventus Turyn – Olympique Lyon (w Lyonie francuski zespół zwyciężył 1:0).
W Lidze Europy nie udało się przed zawieszeniem rozgrywek rozegrać żadnego spotkania rewanżowego, a w dwóch przypadkach nie udało się nawet zorganizować pierwszego meczu. Chodzi o pary Inter Mediolan – Getafe i FC Sevilla – AS Roma. Tym zespołom UEFA zaproponowała odejście od systemu „mecz i rewanż” i w zamian rozegranie jednego spotkania na neutralnym gruncie, konkretnie w Niemczech. Wszystkie te mecze mają się odbyć na początku sierpnia. Później rozpoczną się turnieje „Final Eight” z udziałem wszystkich ćwierćfinalistów. Uczestnicy Ligi Mistrzów grać będą w Lizbonie, zaś Ligi Europy – w Niemczech.
W miniony piątek w Lyonie dokonano natomiast ramowego losowania 1/4 i 1/2 finału Ligi Mistrzów. Do ćwierćfinałów zdołały się już zakwalifikować zespoły Atalanty Bergamo, Atletico Madryt, Paris-Saint Germain i RB Lipsk.
A tak wygląda zestaw par w tej fazie rywalizacji: Real Madryt lub Manchester City – Olympique Lyon lub Juventus Turyn; RB Lipsk – Atletico Madryt; SSC Napoli lub FC Barcelona – Chelsea Londyn lub Bayern Monachium; Atalanta Bergamo – Paris Saint-Germain.
W półfinale natomiast zagrają cztery najlepsze zespoły z takiego zestawu: Real Madryt/Manchester City/Juventus Turyn/Olympique Lyon – SSC Napoli/FC Barcelona/Chelsea Londyn/Bayern Monachium; RB Lipsk/Atletico Madryt – Atalanta Bergamo/Paris Saint-Germain.
Z polskich piłkarzy w tym momencie w grze o zwycięstwo w Lidze Mistrzów pozostało czterech – Robert Lewandowski (Bayern), Wojciech Szczęsny (Juventus) oraz Piotr Zieliński i Arkadiusz Milik (SSC Napoli). W najlepszej sytuacji jest zdecydowanie Lewandowski, bo Bayern raczej na pewno nie roztrwoni na swoim stadionie trzybramkowej przewagi wywalczonej w marcu z Chelsea na Stamford Bridge. Znacznie trudniejsza przeprawa czeka SSC Napoli w rewanżowym meczu z Barceloną na Camp Nou. Mało kto daje ekipie z Neapolu szanse na wyeliminowanie „Dumy Katalonii”. Problemów z awansem nie powinien mieć natomiast Juventus, który podejmie wyłączoną z gry od marca ekipę Olympique Lyon tuż po zakończeniu zmagań w Serie A, więc oba zespoły będą na zupełnie odmiennych poziomach przygotowania do gry.
Wyniki losowania mocno skwasiły jednak nastroje w Monachium, bo na ścieżce prowadzącej do finału i wymarzonego triumfu w Champions League los przydzielił im naprawdę solidne przeszkody. W ćwierćfinale Bawarczycy prawdopodobnie trafią na Barcelonę prowadzoną do boju przez Leo Messiego, któremu Lewandowski ma szansę odebrać w tym sezonie „Złota Piłkę” i tytuł „Piłkarza Roku”. Argentyńczyk stanie na głowie, żeby mu w tym przeszkodzić. Ale gdyby jednak to Bayern okazał się lepszy, w półfinale przyjdzie mu zmierzyć się albo z grającym obecnie wyśmienicie Manchesterem City, który raczej na pewno nie zmarnuje przewagi wywalczonej z Realem Madryt na Santiago Bernabeu, albo z Juventusem napędzanym ambicją drugiego z gigantów – Cristiano Ronaldo. Nie będą to dla Bayernu przeciwnicy łatwi do pokonania, ale nawet jeśli Robert Lewandowski i spółka przebrną przez te trudne przeszkody, to w finale też lekko mieć nie będą, bo trafią tam prawdopodobnie na słynące z żelaznej defensywy Atletico Madryt, albo nieobliczalną Atalantę Bergamo lub ekipę Neymara i Kyliana Mbappe, czyli Paris Saint-Germain.

Świętują w Liverpoolu

Zespół Liverpoolu po 30 latach przerwy ponownie zdobył mistrzostwo Anglii. Przesądziła o tym czwartkowa porażka Manchesteru City z Chelsea Londyn. Fani „The Reds” świętując sukces nie przestrzegali dystansu społecznego.

FC Liverpool na osiem kolejek przed końcem rozgrywek miał 20 punktów przewagi nad drugim w tabeli Manchesterem City i dla wszystkim było oczywiste, że w tym sezonie podopieczni niemieckiego trenera Juergena Kloppa sięgną po mistrzowski tytuł. W 31. kolejce sprawa się ostatecznie rozstrzygnęła. „The Reds” w środę rozgromili u siebie Crystal Palace 4:0, zaś następnego dnia broniąca tytułu drużyna „The Citizens” dość niespodziewanie przegrała na wyjeździe Chelsea Londyn 1:2. I w tym momencie wszystko stało się jasne – na siedem kolejek przed końcem FC Liverpool miał na koncie 86 punktów, a Manchester City 63.
Gdy na stadionie Stamford Bridge sędzia zagwizdał po raz ostatni, fani FC Liverpool zaczęli spontaniczną mistrzowską fiestę. W kilkanaście minut pod stadionem na Anfield Road zebrała się kilkutysięczna grupa sympatyków „The Reds”. Ich radość była tak wielka, że sytuacja szybko zaczęła wymykać się spod kontroli, zwłaszcza że świętowanie tytułu przeciągnęło się na kolejne dni. W mediach społecznościowych pojawiły się nagrania, na których widać jak setki kibiców fetuje sukces łamiąc zasady dystansu społecznego. W piątek odpalone przez fanów race wywołały pożar w zabytkowym budynku Royal Liver Building.
Na szczęście ogień szybko ugaszono, ale burmistrz Liverpoolu Joe Anderson zaapelował do kibiców „The Reds” za pośrednictwem Twittera: „Naprawdę martwię się tym, co zobaczyłem w piątek wieczorem. Doceniam, że fani Liverpoolu chcą świętować, ale proszę, dla własnego bezpieczeństwa i bezpieczeństwa innych, idźcie do domów i tam świętujcie. COVID-19 nadal jest poważnym zagrożeniem, a nasze miasto straciło już zbyt wielu ludzi przez tę chorobę”. Najbliższy mecz FC Liverpool rozegra w czwartek 2 lipca. Będzie to wielkie wydarzenie, bo jego rywalem będzie Manchester City.

Futbolowe imperium

Arabscy szejkowie konsekwentnie powiększają swoje futbolowe imperium. Konsorcjum Abu Dhabi United Group niedawno przejęło kontrolę nad belgijski drugoligowcem – Lommel SK.

Występujący obecnie na zapleczu belgijskiej ekstraklasy Lommel SK jest już dziewiątym klubem przejętym przez Abu Dhabi United Group, który kontrolę nad nimi, w tym także nad najcenniejszym w kolekcji Manchesterem City, sprawuje za pośrednictwem spółki City Football Group (CFG). Nie podano kwoty za jaką szejkowie przejęli Lommel SK, ale z medialnych doniesień wynika, że w swoich zobowiązaniach zadeklarowali pokrycie bieżących długów klubu przekraczających kwotę dwóch milionów euro. Nowy nabytek CFG w momencie przerwania rozgrywek z powodu pandemii koronawirusa zajmował szóstą lokatę.
Do CFG należy już dziewięć klubów na pięciu kontynentach: Manchester City, New York City, Melbourne City, Yokohama F Marinos, Montevideo City Torque, Girona, Sichuan Jiuniu, Mumbai City i Lommel SK. Można się spodziewać, że to nie koniec ekspansji inwestorów ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich.