Soft polityka, nie tylko historyczna

Niedomówienia bądź „nieznane fakty”, czasem niechcący, może celowo, z braku wiedzy, z jeszcze innych powodów, w skutkach niosą zawsze jawny fałsz.

Na tle wszechogarniającego kłamstwa płynącego z ust nie tylko rządzących polityków i propagandowych, medialnych tub, z wypowiedzi tzw. autorytetów z profesorskimi tytułami również, nie wspominając już o hierarchach i wiejskich proboszczach, o stugębnej racji beneficjentów obecnej władzy z poziomu 500+ i z rad nadzorczych państwowych spółek – drobne niedomówienia, podobno nowo odkryte fakty bądź brak krytycznej proporcji w ich ocenie umykają nam, choć siłę rażenia mają równą tego pierwszego.

Prof. Adam D. Rotfeld i „skrót myślowy”

Komentując wystąpienie prezydenta Rosji w czasie Światowego Forum Holocaustu w Izraelu powiedział: „Nie było w przemówieniu Putina wątków polskich. Bardzo słusznie powiedział natomiast, że były narody kolaborujące z nazistami. Byłoby świadectwem uczciwości, gdy­by w tym kontekście wspomniał na przykład o rosyjskich formacjach, które w czasie powstania warszaw­skiego były użyte przeciwko cywilnej ludności Warszawy.”

Rotfeld dokonał swoistego skrótu myślowego następującego fragmentu wystąpienia Putina: „Fabryki śmierci, obozy koncentracyjne obsługiwali nie tylko naziści, ale i ich współuczestnicy z licznych krajów Europy”. W tych cytowanych słowach, które padły w Jerozolimie nie ma mowy o „narodach kolaborujących z nazistami”, bo każdy zdrowo myślący, i co nie co oczytany w historii, wie dobrze, że tak nie było. Nawet naród niemiecki, w jakiejś zapewne małej części, był jednak przeciwny nazizmowi.

Ale to drobiazg w porównaniu do złotej myśli profesora, któremu niestety zabrakło uczciwości aby dodać, że te „rosyjskie formacje które w czasie powstania warszawskiego były użyte przeciwko cywilnej ludności Warszawy” to SS-RONA (SS-Rosyjska Wyzwoleńcza Ludowa Armia) czyli rosyjscy renegaci dowodzeni przez Bronisława Kamińskiego, nie mający nic wspólnego ani z ówczesnymi władzami radzieckimi, ani też z powszechnym antyfaszystowskim i antyniemieckim oporem narodu rosyjskiego.

Wojskowa kolaboracja z III Rzeszą nie ograniczyła się do nich, gdyż istniała także złożona z Francuzów 33 Dywizja Grenadierów SS „Charlemagne”, z Belgów 27 Ochotnicza Dywizja Grenadierów Pancernych SS „Langemarck” i szereg innych, a w likwidacji Powstania uczestniczyli również Ukraińcy z SS Galizien.

Z cytowanych słów profesora niepoinformowany Polak wnioskuje, że Rosjanie nie tylko nie przyszli z pomocą Powstaniu Warszawskiemu, ale nadto aktywnie je tłumili. Jak na byłego szefa MSZ i współprzewodniczącego Polsko-Rosyjskiej Grupy do spraw Trudnych to pogratulować można tej szczególnej precyzji wypowiedzi, a redaktorom „Gazety Wyborczej” (24.01.2020) druku tego knota, niewiele różniącego się od IPN-owskich wyczynów.

Dariusz Kaliński pisząc o sowieckim Oświęcimiu

odkrywa na Onecie nieznane fakty: „Wojna jeszcze się nie zakończyła, a NKWD już otworzyło w Auschwitz własny obóz…Enkawudziści w lutym 1945 r. utworzyli dwa podobozy oznaczone numerami 22 (na terenie obozu macierzystego) i 78 (w obrębie Birkenau). Pierwszy…przeznaczony dla jeńców niemieckich, przystosowano do maksymalnie 1,5 tys. osadzonych, których systematycznie wywożono do Związku Radzieckiego lub innych obozów w Polsce. W drugim przetrzymywano Ślązaków i Opolan, deportowanych później do kopalń w Zagłębiu Donieckim. Wśród nich było dużo osób narodowości polskiej.”

Autorowi, podobno specjaliście od II wojny światowej, należy uświadomić, że zachodni alianci również powszechnie wykorzystywali tereny rozlicznych obozów, także koncentracyjnych do przetrzymywania niemieckich jeńców i podejrzanych o aktywną współpracę z hitleryzmem. Tak więc na przykład mógłby się ukazać na Onecie, choć nigdy to się nie stanie z licznych powodów, tekst zatytułowany „Amerykańskie Dachau”. I jednym i drugim zwycięzcom jakoś nie przyszło do głowy budowanie bardziej luksusowych miejsc odosobnienia, a te zastane i wykorzystywane stanowiły także doskonałą lekcje prawdy dla nowych lokatorów.
Szansę na rozróżnienie Polaka wśród Ślązaków i Opolan – osób zamieszkałych tereny niemieckie – mieli takie same radzieccy jak i ich odpowiedniki z United States Army; jedni i drudzy wywozili wojenne trofiejne. Ci pierwsi również tak potrzebnych mężczyzn, którzy zastąpić mieli swoich masowo poległych. A pan Kaliński powinien tę swoją znajomość czasów II wojny poważnie uzupełnić.

Rzecz miała się podobnie

z gwałtami, kradzieżą zegarków i rowerów, których to czynów dopuszczali się czerwonoarmiści, tak często i chętnie przypominani przez Onet. Jak się okazuje żołnierze zachodnich aliantów nie byli w tym gorsi. Tomasz Kruszewski w pracy wydanej przez Uniwersytet Wrocławski w 2016 roku pt. „Gwałty na kobietach niemieckich w schyłkowym okresie II wojny światowej (październik 1944– 8/9 maja 1945 roku) i w pierwszych latach po jej zakończeniu” dowodnie powyższe fakty przedstawia. Oto fragment tej pracy: „Ta wstrząsająca relacja, do której dotarła Miriam Gebhardt, brzmiąca tak samo jak czyny czerwonoarmistów, burzy ostatecznie mit, jakoby to alianci zachodni zachowywali się lepiej wobec kobiet niemieckich w 1945 roku. Także relacje z wydarzeń, które miały miejsce w północnoniemieckim mieście Soltau – dziwnym trafem – brzmią znajomo: pierwszej nocy, gdy wkroczyły do miasta oddziały brytyjskie, uzbrojeni żołnierze włamywali się do domów, żądając zegarków i innych wartościowych rzeczy, a potem całymi nocami gwałcili kobiety i dziewczyny, które to gwałty – co ciekawe – zapoczątkowali oficerowie armii brytyjskiej.

Przez Frankfurt nad Menem przetoczyła się w 1945 roku fala krwawych gwałtów, których sprawcami byli żołnierze amerykańscy, co wywołało u Niemek psychozy. W tym kontekście intrygująco brzmi relacja E.M. (ur. w 1909 r.) z Berlina. Nie została ona zgwałcona przez Radzieckich, kontaktów z nimi nie nazywała gwałtami. Ci, których spotykała, byli znacznie lepsi od Amerykanów. Natomiast, gdy wpadła w ręce oficera amerykańskiego, ten cały czas bił ją tak, że potem była cała w zielonych i błękitnych sińcach.
Amerykanie po wkroczeniu plądrowali, niszczyli wszystko, gwałcili kobiety, co Niemców szczególnie dziwiło, bo myśleli, że przybyli do nich „żołnierze najbogatszego kraju świata”. Ciekawe, że kradli – tak jak ich koledzy ze wschodu – w pierwszej kolejności zegarki i rowery. Ale przydawały im się także radioodbiorniki, kamery do filmów, lornetki, biżuteria, srebrne talerze, scyzoryki, a nawet zapalniczki. Drugi i trzeci rzut głównie zajmował się zbiorowym gwałceniem kobiet – w kolejce oczekiwał jeden po drugim żołnierzu”.

W nawale rozlicznych wypowiedzi,

na różny sposób dezawuujących wysiłek zbrojny ZSRR w czasie minionej światowej wojny i wyzwolenia Polski, z niedowierzaniem czytam, że saperzy radzieccy ocalili Jasną Górę, rozminowując ją od zeskładowanych w podziemiach iluś tam niemieckich lotniczych bomb („Przegląd”, 27.01.-2.02.2010). Miało być tak pięknie, klasztor miał wylecieć w powietrze w chwili nadejścia Armii Czerwonej, co stanowić miało dowód, że to ona ten szczególny dla Polaków symbol, wzorem swoich cerkwi, wysadziła w powietrze. Fajtłapy ci niemieccy żołnierze, wielka szkoda, bo można by to głosić nawet dzień po skończeniu świata.

Ale to sobie odbijemy

i utartym już niemieckim szlakiem, od Rosjan możemy zażądać reparacji za straty poniesione podczas II wojny światowej, co obwieścił wiceminister spraw zagranicznych Paweł Jabłoński. To oświadczenie, z uwagi na niezrozumiały minimalizm bardzo mnie zasmuciło, bowiem brak w nim jasnego żądania powrotu naszych, od wieków, Kresów Wschodnich. To co, że teraz są litewskie, białoruskie czy ukraińskie – niech Rosja w ramach tych reparacji odda wspomnianym krajom proporcjonalną część swojego wielkiego terytorium, a my wrócimy do Wilna i Lwowa. I dobra zmiana okaże swój historyczny sukces w odnowie potęgi terytorialnej Polski, bo Niemcom przecież nic nie oddamy, w ramach reparacji oczywiście.
W tej całej sprawie jeszcze bardziej zaniepokoił mnie sposób i treść odpowiedzi udzielonej naszemu wiceministrowi przez Marię Zacharową – rzeczniczkę rosyjskiego MSZ – „Paweł, przestań oszukiwać.” Oznacza to, że są po imieniu, a to może potwierdzać uzasadnione obawy o wpływy rosyjskie nawet na najwyższych szczeblach władzy państwowej. Już zresztą zastanawiają się nasi wybitni znawcy na temat ingerencji Rosji w nadchodzącą kampanię prezydencką (niektórzy jeszcze nie wiedzą po której stronie) i dlatego tym obu sprawom uważnie przyglądnąć się powinno ABW, najlepiej po powrocie agenta Tomka do służby.

Serial o agencie Kaczmarku,

nie pozbawiony dla aktualnie rządzących wielce kłopotliwych faktów, w swoich niedomówieniach równie jest przykry dla próbującej się odnowić Platformy Obywatelskiej. W licznych medialnych relacjach, tylko bardzo obocznie i nadzwyczaj rzadko zwracano uwagę na cel główny prowokacji z willą w tle. Nie chodziło bowiem o byłego prezydenta Rzeczpospolitej i jego małżonkę, a o polską lewicę i jej czołowego przedstawiciela jakim nadal był Aleksander Kwaśniewski. Z trybuny sejmowej Kaczyński wykrzykiwał w tamtym czasie o walce z układem, którym tym razem miał być SLD i ludzie z nim związani. Taki sam stosunek do lewicy prezentowali, acz w innej formie, Donald Tusk robiący za demokratę i Grzegorz Schetyna za czasowego koalicjanta, również zdecydowana większość PO. W imię nienawiści do lewicy, zapisanej w genach postsolidarnościowych partii, nie odebrano Mariuszowi Kamińskiemu immunitetu poselskiego i cała prawda nie mogła wtedy wyjść na wierzch.

Krzysztof Szewczyk, poeta i krytyk,

nawiązał do minionych lat w eseju „A IMIĘ JEGO N.N.” („Gazeta Wyborcza”. 1-2.02.2020) pisząc: „Przez długi czas poezja Stanisława Barańczaka była dla mnie zakonem surowej moralnej reguły, gdzie cnotą było nade wszystko krytyczne i autokrytyczne spoglądanie na zbiorowość polską pod butem sowieckiej władzy, sprawnie zorganizowanej polskimi łapkami pod szyldem PRL-u.”

Poeta, szczególnie uwrażliwiona postać, ma prawo, jak każdy, do swojego oglądu świata, ale gdyby jednak zdobył się, po latach od opisanej rzeczywistości, na głębszą refleksję, nie mówiąc już o przeczytaniu niepoetyckich, poważnych i profesjonalnych utworów o tamtym okresie, to dziś krytycznie odniósł by się do swojej byłej cnoty z tamtego czasu.
Ale nie, w analogii czasów Polski Ludowej do dzisiejszych buduje dalszą narrację z licznymi cytatami Barańczaka i Herberta, w której istotnym jest prezentowana obszernie postawa konformizmu. I aby już nie przedłużać tych wywodów to wyjaśnić nie tylko autorowi należy, że konformizm w czasach PRL był przede wszystkim wyrazem realnej oceny politycznej sytuacji i szans Polski, a dziś jest postawą dostosowawczą do kapitalistycznych praw rządzących naszym krajem. Natomiast proste porównania dwóch odmiennych okresów nie wytrzymuje nawet wymogów zwykłego eseju.

Godny uwagi, ale i krytyki, jest także następujący fragment tekstu: „Dekapitacja autorytetów, której dokonaliśmy wspólnymi siłami przez ostatnie trzy dekady, powoduje, że ryba nie psuje się od głowy, bo jej nie ma.” Ładnie to napisane ale nieprawda, bowiem swoich głów nasze autorytety pozbawiły się same na własne życzenie: przez milczenie, gdy rodziło się zło i należało krzyczeć, przez cichą akceptację, gdy oczekiwano głośnego sprzeciwu, przez świadome pozbawienie się swojej powinności wobec społeczeństwa, bo podobno demokracja miała być remedium na całe zło. A nadto przez lata niektórzy, z racji częstego potakiwania, konformizmu albo przez przypadek, za autorytety uchodzili.

Państwowego zakazu nie ma też

wobec licznych uchwał samorządów przeciw ideologii LGBT i tworzenia tzw. stref wolnych od LGBT. „Uchwały te – czytamy w apelu Akcji Demokracja – są podejmowane przez poszczególne rady pod wpływem emocji oraz nacisku ze strony władz kościelnych i innych, co jest niezgodne z etyką samorządowca.” Wojewodowie, mający z mocy urzędu obowiązek i prawo do kontroli i nadzoru nad uchwałami samorządowymi milczą jak zaklęci.

Tak się to zawsze zaczyna – jak niedawno mówił Marian Turski – najpierw ławka dla swoich, później godziny otwarcia sklepu, wszystko po kolei tupta, kroczek, po kroczku.

We współczesnym polskim wydaniu bez problemów wyobrazić sobie każdy może kolejne, już nie koniecznie tuptające kroki, a hałaśliwe stąpanie kościelnych i państwowych orędowników dążących do zbudowania lepszej, tylko w ich mniemaniu, Polski.

Nie wolno nam wobec nich, ale także w obliczu soft zakłamania być obojętnym.

Nie bądźcie obojętni!

Szanowni zgromadzeni, przyjaciele, jestem jednym z tych jeszcze żyjących i nielicznych, którzy byli w tym miejscu niemal do ostatniej chwili przed wyzwoleniem. 18 stycznia zaczęła się moja tzw. ewakuacja z obozu Auschwitz, która po sześciu i pół dniach okazała się Marszem Śmierci dla więcej niż połowy moich współwięźniów. Byliśmy razem w kolumnie 600-osobowej. Wedle wszelkiego prawdopodobieństwa nie doczekam już następnego jubileuszu. Takie są ludzkie prawa.

Dlatego wybaczcie mi, że w tym, co będę mówił, będzie trochę wzruszenia. Oto, co chciałbym powiedzieć przede wszystkim mojej córce, mojej wnuczce, której dziękuję, że jest tu na sali, mojemu wnukowi: chodzi mi o tych, którzy są rówieśnikami mojej córki, moich wnuków, a więc o nowe pokolenie, zwłaszcza najmłodsze, zupełnie najmłodsze, młodsze nawet od nich.

Kiedy wybuchła wojna światowa, byłem nastolatkiem. Mój ojciec był żołnierzem i został ciężko postrzelony w płuca. To był dramat dla naszej rodziny. Moja matka pochodziła z pogranicza polsko-litewsko-białoruskiego, tam armie się przewalały, tam i nazad łupiły, grabiły, gwałciły, paliły wioski, żeby nie zostawić nic tym, którzy przyjdą po nich. A więc można powiedzieć, że wiedziałem z pierwszej ręki, od ojca i od matki, co to jest wojna. Ale mimo wszystko, chociaż to było tylko 20, 25 lat, wydawało się to tak odległe jak polskie powstania XIX w., jak rewolucja francuska.
Kiedy dzisiaj spotykam się z młodymi, zdaję sobie sprawę, że po 75 latach wydają się troszkę znużeni tym tematem: i wojna, i Holokaust, i Shoah, i ludobójstwo. Rozumiem ich. Dlatego obiecuję wam, młodzi, że nie będę opowiadał wam o moich cierpieniach. Nie będę wam opowiadał o moich przeżyciach, moich dwóch Marszach Śmierci, o tym, jak kończyłem wojnę, ważąc 32 kilogramy, na skraju wyczerpania i życia. Nie będę opowiadał o czymś, co było najgorsze, czyli o tragedii rozstania z najbliższymi, kiedy po selekcji przeczuwasz, co ich czeka. Nie, nie będę o tym mówił. Chciałbym z pokoleniem mojej córki i pokoleniem moich wnuków porozmawiać o was samych.

Widzę, że jest między nami pan prezydent Austrii Alexander Van der Bellen. Pamięta pan, panie prezydencie, kiedy gościł pan mnie i kierownictwo Międzynarodowego Komitetu Oświęcimskiego, kiedy mówiliśmy o tamtych czasach. W pewnym momencie użył pan takiego sformułowania: „Auschwitz ist nicht vom Himmel gefallen”.

Auschwitz nie spadło z nieba.

Można powiedzieć, jak to się u nas mówi: oczywista oczywistość.
No jasne, że nie spadło z nieba. Może się to wydawać banalnym stwierdzeniem, ale jest w tym głęboki i bardzo ważny do zrozumienia skrót myślowy. Przenieśmy się na chwilę myślami, wyobraźnią we wczesne lata 30. do Berlina. Znajdujemy się prawie w centrum miasta. Dzielnica nazywa się Bayerisches Viertel, Bawarska Dzielnica. Trzy przystanki od Kudammu, ogrodu zoologicznego. Tam, gdzie dziś jest stacja metra, jest Bayerischer Park – Park Bawarski. I oto jednego dnia w tych wczesnych latach 30. na ławkach pojawia się napis: „Żydom nie wolno siadać na tych ławkach”. Można powiedzieć: nieprzyjemne, nie fair, to nie jest OK, ale w końcu jest tyle ławek dookoła, można usiąść gdzieś indziej, nie ma nieszczęścia.
Była to dzielnica zamieszkała przez inteligencję niemiecką pochodzenia żydowskiego, mieszkali tam Albert Einstein, noblistka Nelly Sachs, przemysłowiec, polityk, minister spraw zagranicznych Walther Rathenau. Potem w pływalni pojawił się napis: „Żydom zabroniony wstęp do tej pływalni”. Można znów powiedzieć: nie jest to przyjemne, ale Berlin ma tyle miejsc, gdzie można się kąpać, tyle jezior, kanałów, prawie Wenecja, więc można gdzieś indziej.

Jednocześnie gdzieś pojawia się napis: „Żydom nie wolno należeć do niemieckich związków śpiewaczych”. No to co? Chcą śpiewać, muzykować, niech zbiorą się oddzielnie, będą śpiewali. Potem pojawia się napis i rozkaz: „Dzieciom żydowskim, niearyjskim nie wolno bawić się z dziećmi niemieckimi, aryjskimi”. Będą się bawiły same. A potem pojawia się napis: „Żydom sprzedajemy chleb i produkty żywnościowe tylko po godzinie 17”. To już jest utrudnienie, bo jest mniejszy wybór, ale w końcu po godzinie 17 też można robić zakupy.

Uwaga, uwaga, zaczynamy się oswajać z myślą, że można kogoś wykluczyć, że można kogoś stygmatyzować, że można kogoś wyalienować. I tak powolutku, stopniowo, dzień za dniem ludzie zaczynają się z tym oswajać – i ofiary, i oprawcy, i świadkowie, ci, których nazywamy bystanders, zaczynają przywykać do myśli i do idei, że ta mniejszość, która wydała Einsteina, Nelly Sachs, Heinricha Heinego, Mendelssohnów, jest inna, że może być wypchnięta ze społeczeństwa, że to są ludzie obcy, że to są ludzie, którzy roznoszą zarazki, epidemie. To już jest straszne, niebezpieczne.

To jest początek tego, co za chwilę może nastąpić.

Władza ówczesna z jednej strony prowadzi sprytną politykę, bo np. spełnia żądania robotnicze. 1 maja w Niemczech nigdy nie był świętowany – oni, proszę bardzo. W dzień wolny od pracy wprowadzają Kraft durch Freude [„siła przez radość”]. A więc element wczasów robotniczych. Potrafią przezwyciężyć bezrobocie, potrafią zagrać na godności narodowej: „Niemcy, podnieście się ze wstydu wersalskiego. Przywróćcie swoją dumę”. A jednocześnie ta władza widzi, że ludzi tak powoli ogarnia znieczulica, obojętność. Przestają reagować na zło. I wtedy władza może sobie pozwolić na dalsze przyspieszenie procesu zła.

I potem następuje już gwałtownie, a więc: zakaz przyjmowania Żydów do pracy, zakaz emigracji. A potem nastąpi szybko wysyłanie do gett: do Rygi, do Kowna, do mojego getta, łódzkiego getta – Litzmannstadt. Skąd większość zostanie potem wysłana do Kulmhofu, Chełmna nad Nerem, gdzie zostanie zamordowana gazami spalinowymi w ciężarówkach, a reszta trafi do Auschwitzu, gdzie zostanie wymordowana cyklonem B w nowoczesnych komorach gazowych. I tutaj sprawdza się to, co powiedział pan prezydent: „Auschwitz nie spadł nagle z nieba”. Auschwitz tuptał, dreptał małymi kroczkami, zbliżał się, aż stało się to, co stało się tutaj.
Moja córko, moja wnuczko, rówieśnicy mojej córki, rówieśnicy mojej wnuczki – możecie nie znać nazwiska Primo Levi. Primo Levi był jednym z najsłynniejszych więźniów tego obozu. Primo Levi użył kiedyś takiego sformułowania:

To się wydarzyło, to znaczy, że się może wydarzyć. To znaczy, że się może wydarzyć wszędzie, na całej ziemi.

Podzielę się z wami jednym osobistym wspomnieniem: w roku ’65 byłem na stypendium w Stanach Zjednoczonych w Ameryce i wtedy był szczyt batalii o prawa ludzkie, o prawa obywatelskie, o prawa dla ludności afroamerykańskiej. Miałem zaszczyt brać udział w marszu z Martinem Lutherem Kingiem z Selmy do Montgomery. I wtedy ludzie, którzy dowiadywali się, że byłem w Auschwitz, pytali mnie: „Jak myślisz, to chyba tylko w Niemczech coś takiego mogło być? Czy mogłoby być gdzie indziej?”. I ja im mówiłem: „To może być u was. Jeżeli się łamie prawa obywatelskie, jeżeli się nie docenia praw mniejszości, jeżeli się je likwiduje. Jeżeli nagina się prawo, tak jak to czyniono w Selmie, wtedy to się może zdarzyć”. Co zrobić? Wy sami, mówiłem im, jeśli potraficie obronić konstytucję, wasze prawa, wasz porządek demokratyczny, broniąc praw mniejszości – wtedy potraficie to pokonać.

My w Europie w większości wywodzimy się z tradycji judeochrześcijańskiej. Zarówno ludzie wierzący, jak i niewierzący przyjmują jako swój kanon cywilizacyjny dziesięcioro przykazań. Mój przyjaciel, prezydent Międzynarodowego Komitetu Oświęcimskiego Roman Kent, który przemawiał w tym miejscu pięć lat temu w czasie poprzedniego jubileuszu, nie mógł tu dziś przylecieć. Wymyślił 11. przykazanie, które jest doświadczeniem Shoah, Holokaustu, strasznej epoki pogardy.
Brzmi tak: nie bądź obojętny.

I to chciałbym powiedzieć mojej córce, to chciałbym powiedzieć moim wnukom. Rówieśnikom mojej córki, moich wnuków, gdziekolwiek mieszkają: w Polsce, w Izraelu, w Ameryce, w Europie Zachodniej, w Europie Wschodniej. To bardzo ważne. Nie bądźcie obojętni, jeżeli widzicie kłamstwa historyczne. Nie bądźcie obojętni, kiedy widzicie, że przeszłość jest naciągana do aktualnych potrzeb polityki. Nie bądźcie obojętni, kiedy jakakolwiek mniejszość jest dyskryminowana. Istotą demokracji jest to, że większość rządzi, ale demokracja na tym polega, że prawa mniejszości muszą być chronione. Nie bądźcie obojętni, kiedy jakakolwiek władza narusza przyjęte umowy społeczne, już istniejące. Bądźcie wierni przykazaniu. Jedenaste przekazanie: nie bądź obojętny.

Bo jeżeli będziesz, to nawet się nie obejrzycie, jak na was, na waszych potomków jakieś Auschwitz nagle spadnie z nieba.

Pokłosie

Czy antykomunistyczno-lustracyjna obsesja, która rządzi mechanizmami poznawczymi przedstawicieli obecnych polskich władz jest podła, czy raczej żałosna?

W poniedziałek, w 75. rocznicę wyzwolenia KL Auschwitz, głos zabrał Marian Turski, były więzień obozu. Zwrócił się do młodego pokolenia, by uważnie przyglądało się temu, co dzieje się wokół niego, a przede wszystkim – podkreślał to wielokrotnie – by nie było obojętne.
Turski zwrócił się podczas przemówienia ze swoistym apelem nie tylko ogólnym, ale skierowanym do swojej córki i wnuków oraz ich rówieśników „w Polsce, w Izraelu, w Ameryce, w Europie Zachodniej, w Europie Wschodniej”.
„Nie bądźcie obojętni, jeżeli widzicie kłamstwa historyczne. Nie bądźcie obojętni, kiedy widzicie, że przeszłość jest naciągana do aktualnych potrzeb polityki. Nie bądźcie obojętni, gdy jakakolwiek mniejszość jest dyskryminowana, ponieważ istotą demokracji jest to, że większość rządzi, ale demokracja na tym polega, że prawa mniejszości muszą być chronione jednocześnie. Nie bądźcie obojętni, kiedy jakakolwiek władza narusza przyjęte umowy społeczne, już istniejące, bądźcie wierni przykazaniu. Jedenaste przykazanie: nie bądź obojętny, bo jeżeli nie, to się nawet nie obejrzycie jak na was, jak na waszych potomków, ‚jakiś Auschwitz’, nagle spadnie z nieba” – stwierdził.
Nie spodobało się to szefowi portalu TVP.info. Zgodnie z logiką obecnej władzy jakiekolwiek słowa krytyki pod adresem jej samej czy też jakichś rządów jej pokrewnych wyrażać może jedynie osoba zepsuta politycznie – czy to poprzez swoją własną działalność, która otarła się o jakąś lewicę czy też genetycznie – przez ojca, dziadka czy ciocię w partii, organizacji młodzieżowej lub wojsku/milicji.
Toteż Samuel Pereira, znany facecjonista prawicowego dziennikarstwa stanowiącego trzon otuliny propagandowej obecnych władz, zlustrował Turskiego.
„Niestety zło potrafi być zaraźliwe. Przypadki, gdy więzień Auschwitz, który sam doświadczył cierpienia i zbrodni nazizmu – później działał w PPR [Polskiej Partii Robotniczej – przyp. red.], pracował w wydziale propagandy PZPR i w komunistycznej Polityce. Takie też są karty naszej trudnej historii…” – napisał Pereira na portalu społecznościowym Twitter.
W takich okolicznościach można jedynie postawić pytanie czy oficerowie propagandy PiS są tylko podli, czy raczej żałośni.