„Chłopi chcą być gospodarzami”

Obchodzimy 82. rocznicę sierpniowego, antysanacyjnego strajku chłopskiego z 1937 roku.

Dokładnie 82 lata temu pomiędzy 16 a 25 sierpnia 1937 roku miał miejsce w ówczesnej Drugiej Rzeczypospolitej ogłoszony przez Stronnictwo Ludowe (SL) masowy strajk chłopski. Był on skierowany swoim politycznym ostrzem przeciwko jawnie faszyzującemu, antydemokratycznemu, antychłopskiemu i antyrobotniczemu reżimowi sanacyjnemu.
Służalcza i wyjątkowo dyspozycyjna wobec sanacji tzw. policja państwowa zastosowała wtedy z pełną premedytacją wobec słusznie strajkujących, zmęczonych nieudolnymi rządami „sanacyjnych wizjonerów” chłopów wyjątkowo brutalne i krwawe represje. Ówcześni nad wyraz bezmyślni i politycznie krótkowzroczni i do tego rzecz warta podkreślenia samozwańczy włodarze państwa polskiego tak właśnie „rozwiązywali” wszystkie palące od środka przedwrześniowe społeczeństwo Drugiej RP problemy. Zamiast kulturalnego i cywilizowanego dialogu z obywatelami wyłącznie pięść, pałka i kula! Strajkujący w sierpniu 1937 roku chłopi domagali się przede wszystkim przywrócenia w Polsce zdeptanych i pohańbionych przez piłsudczykowski obóz rządzący zasad demokracji parlamentarnej, wszystkich swobód obywatelskich, skasowania wszystkich wyroków brzeskich oraz natychmiastowego, swobodnego powrotu emigrantów politycznych do Polski.

Chłopska fala strajkowa

objęła ówczesne województwa: białostockie, lubelskie, lwowskie, kieleckie, krakowskie, pomorskie, stanisławowskie, tarnopolskie, warszawskie. Częściowo również województwa: poleskie oraz wołyńskie.
W okresie strajku od policyjnych kul zginęło 42 chłopów. Około 6 tysięcy chłopów zostało aresztowanych. Na kary więzienia sanacyjne sądy skazały natomiast 600 chłopów.
Jak podkreślał profesor Józef Buszko: „Strajk chłopski w sierpniu 1937 r. stanowił ostatnią wielką bitwę mas pracujących w burzliwych latach 1935–1937, poważnie wstrząsając systemem rządzącym, nie zdołał jednak doprowadzić do jego obalenia. Nie ulega wątpliwości, że podstawową przyczyną niepowodzenia tak tej ostatniej, jak i poprzednich robotniczych antysanacyjnych wystąpień, stanowiło rozproszenie sił obozu demokratycznego, zwłaszcza rozbicie ruchu robotniczego. Obalenie sanacji mogło się dokonać jedynie w drodze bliskiej współpracy wszystkich sił lewicowych, reprezentujących masy ludowe, w pierwszym rzędzie KPP, PPS i SL, na co wskazywali komuniści nawołując do realizacji frontu ludowego”. (Cyt. za: J. Buszko, Historia Polski 1864–1948, Warszawa 1989, s. 318).
W związku z 82. rocznicą tamtych niezwykle ważnych dla polskiej lewicy socjalnej wydarzeń chciałbym poniżej przytoczyć ku koniecznej refleksji wymowny w swojej treści materiał pochodzący z kompletnie zapomnianej dziś publikacji autorstwa Józefa Gójskiego zatytułowanej: „Strajki i bunty chłopskie w Polsce”. „W okresie trwania strajku prasa nie podawała żadnych wiadomości o przebiegu akcji, mimo że już w pierwszych dniach jego wybuchu opinia publiczna w miastach dowiedziała się za pomocą ustnej propagandy, że Stronnictwo Ludowe zorganizowało strajk i że ogarnął on prawie całą wieś w Polsce.
Poza tym miasta odczuły na rynku brak pewnych produktów rolniczych, co bardziej jeszcze zaniepokoiło opinię, która żądna była dowiedzieć się prawdy.
Cenzura wszelkich wiadomości o strajku była bezwzględna.
Jedynie za pomocą tajnych komunikatów Stronnictwa Ludowego dowiadywano się, że odbywa się strajk chłopski w Polsce i że nie ma on na celu wygłodzenia miast, ale przede wszystkim jest aktem skierowanym przeciwko polityce rządów sanacyjnych.
Dopiero w dniu 25 sierpnia ukazał się pierwszy komunikat rządu i drugi w dniu 30 sierpnia 1937 r.
Z komunikatów tych, (…) zainteresowana opinia publiczna dowiedziała się o przebiegu akcji strajkowej, naturalnie w oświetleniu rządowym, tendencyjnym i wrogim ruchowi ludowemu.
Od tej chwili, a więcej jeszcze po interpelacji w sejmie posłów: ks. Lubelskiego, Zakliki i gen. Żeligowskiego w sprawie strajku, prasa mogła (naturalnie w ramach zakreślonych przez cenzurę) pisać i zająć stanowisko wobec strajku chłopskiego.
Stanowisko prasy polskiej w tej sprawie było różne i podzielone.
Prasa obozu rządowego wraz z endecką zajęła jak najbardziej wrogie stanowisko, nazywając strajkujących i organizatorów pachołkami komunistycznymi, warchołami i zwolennikami folks – frontu.
Prasa konserwatywna starała się zająć stanowisko zbliżone do obiektywnego z domieszką uszczypliwości w stosunku do organizatorów strajku, tj. do Stronnictwa Ludowego, chcąc obronić bardziej zachowawczy kierunek w stronnictwie i wśród chłopów, nie szczędząc oszczerstw w stosunku do grup radykalnych ruchu ludowego.
Prasa socjalistyczna, niezależna i prasa ludowa w bezstronny sposób naświetliły podłoże wybuchu i przebiegu strajku, wskazując niebezpieczeństwo i szkodę, jakie grożą państwu w wypadku dalszego ignorowania przez władze żądań chłopskich i robotniczych.
Przejdźmy z kolei pokrótce do wypowiedzi i stanowiska niektórych dzienników i czasopism wobec strajku.
„Gazeta Polska”(nr 241 i inne, rok 1937) pod szumnym tytułem „Stłumienie anarchicznej akcji Stronnictwa Ludowego” zajęła stanowisko sfer rządowych, atakując Stronnictwo Ludowe, stawiając mu zarzuty pracy antypaństwowej, współpracy z komunistami itp.
„Kurier Poranny” nazwał strajk chłopski zbrodnią, a „Express Poranny” i cała prasa czerwona „świętokradztwem”.
„Samowola i gwałty – pisał „Kurier Poranny” – zorganizowane na pewnych obszarach Rzeczypospolitej, zostały odparte. I tak będzie zawsze. Polska dzisiejsza nie może sobie pozwolić na żaden objaw słabości, musi żelazną, twardą, bezwzględną ręką bronić u siebie ładu i porządku, bez względu na motywy, w których imieniu występują wichrzyciele. Siewcy zamętu sami przybliżają chwilę, kiedy okres pobłażania się wyczerpie”.
„Polska Zbrojna” – organ wojska polskiego – dopatrywała się w akcji Stronnictwa Ludowego „widma Szeli”. „Ilustrowany Kurier Codzienny” zarzucał Stronnictwu Ludowemu, że do akcji strajkowej wciągnęło obce elementy, szczególnie komunistów. Podobne stanowisko zajęła prasa endecka.
Konserwatywny „Czas” ubolewał nad przebiegiem strajku, obciążył władze Stronnictwa Ludowego za wypadki, ale jednocześnie na innym miejscu dodał, że:
„(…) nie byłoby słuszne obarczanie odpowiedzialnością za ostatnie wypadki wyłącznie Stronnictwa Ludowego. Zarówno bowiem w przeszłości popełniano i nadal popełnia się błędy, polegające na niedocenianiu i niezrozumieniu świadomości politycznej oraz politycznych dążeń wsi.”.
Podobne stanowisko zajął „Kurier Polski”, organ ciężkiego przemysłu „Lewiatana”.
Nieco odmienne stanowisko zajęła prasa socjalistyczna.„Robotnik” – naczelny organ P. P. S. – zamieścił wiele artykułów odpierających ataki na Stronnictwo Ludowe, podając najbardziej obiektywną ocenę strajku chłopskiego. Redaktor naczelny M. Niedziałkowski, odpierając ataki prasy Stronnictwa Narodowego na Stronnictwo Ludowe, pisze m.in.:
„Chłopi chcą być gospodarzami w Polsce niepodległej. Chcą być gospodarzami, nie przedmiotem doświadczeń „elity” biurokratycznej. Robotnicy chcą być tak samo gospodarzami i pracownicy umysłowi też. Taka jest prawda, od tej prawdy już nikt nie odstąpi, bo rzeczywistość dostarczyła argumentów bez końca. Elita biurokratyczna nie zdała egzaminu. Musi tedy zaistnieć kontrola skuteczna. Kontrolę skuteczną gwarantuje tylko demokracja. Trzeba sobie zdawać sprawę, że w wyrażaniu swych myśli i uczuć wykazały masy chłopskie upór, zawziętość, poświęcenie daleko idące, że były to masy chłopskie w okolicach, gdzie ma swą główną siedzibę umiarkowany Ruch Ludowy, gdzie szeregi tego ruchu składają się, jak to doświadczyliśmy wiele razy, z ludzi, którzy rozumieją nie tylko swoje stanowe interesy. „Warszawski Dziennik Narodowy” – pisze autor – widzący zrazu w wydarzeniach chłopskich tylko przejaw „folks – frontu” i rękę komunistyczną, spostrzegł jednak, że zbytnio sobie uprościł to zjawisko socjalno–polityczne, jakim był strajk rolny, i że za daleko posunął się w insynuacjach i atakach na polski Ruch Ludowy”.
Dosyć dziwne stanowisko zajęła prasa naprawiacka, która atakując stale Stronnictwo Ludowe, szczególnie jego kierownictwo, po strajku chłopskim starała się przypodobać chłopom, biorąc w obronę ruch ludowy. Stanowisko takie zajęło pismo naprawy „Naród i Państwo” oraz „Jutro Pracy”, organ grupy płka Sławka.
Bezstronne, rzeczowe stanowisko zajął wobec strajku chłopskiego „Kurier Warszawski”. W artykule podpisanym inicjałami B. K. (Bolesław Koskowski) czytamy między innymi:
„Nikt nie zaprzeczy, że Stronnictwo Ludowe zajmuje niemałe miejsce co najmniej w dwu najdojrzalszych politycznie dzielnicach Polski i że jest na wsi prawdziwą siłą polityczną. Kto zdobędzie się na lekceważenie tak ważkiego czynnika i kto może się łudzić, że potrafi go unicestwić albo przynajmniej osłabić? Od 30 lat w Małopolsce, a od dziewiętnastu lat w całej Polsce ludowcy grali znaczną rolę i nie nie zapowiada, żeby ta rola miała im wypaść z rąk”.

Prasa Stronnictwa Ludowego

starała się w miarę dobrego humoru cenzora przedstawić jak najbardziej bezstronnie stan faktyczny przebiegu strajku, podkreślając na każdym miejscu podłoże strajku, które tkwiło głęboko w ciężkiej sytuacji prawno–politycznej wsi, upominającej się o słuszne prawa polityczne dla największej warstwy w narodzie – chłopów. „Zielony Sztandar” – organ naczelny Stronnictwa Ludowego – w artykule „Nie przeciągać struny” pisze m.in. o chłopskich żądaniach :
„(…) chłopi polscy wołają już o najrozmaitsze sprawy od szeregu lat. Wołają i byli jak rzadko kto cierpliwi w oczekiwaniu odpowiedzi. Wołają o zmianę warunków gospodarczych ich bytu, o reformy społeczne, a otrzymują tylko cienkie plasterki chwilowej poprawy. Wołają o oświatę, a tymczasem nic się nie zmienia w dziedzinie stosunków na wsi. Słyszeliśmy niedawno, że czas wreszcie oprzeć stosunki w Polsce na prawdzie. Nie należy więc przed prawdą zamykać oczu ani uszu”.
Tygodnik „Piast” – organ Stronnictwa Ludowego wychodzący w Krakowie – zamieścił artykuł W. Witosa, przebywającego wówczas na emigracji, w którym m.in. czytamy:
„Nawet leniwie myślący powinni zdać sobie z tego sprawę że chłopi niezadowoleni, od państwa odepchnięci, prawa pozbawieni, głodni i ciemni tego zadania nie spełnią, ale nic nie uczynią, aby ten stan zmienić (mowa o związaniu chłopów jak najbardziej z państwem). Powołani milczą, a różnym młokosom wydaje się, że chłop to tylko cyfra w ich rachunku którą oni mogą posuwać stosownie do ich woli, a nawet kaprysu. Jeśli zaś chłopi upomną się nieco śmielej albo popełnią jakiś akt rozpaczy, to jedni natychmiast ujrzą widmo Szeli, drudzy w nich znajdą komunistów, przychodząc z pomocą policji, nawet nieproszeni. Zapominają jedni i drudzy, że najpierw nie czas na podobne eksperymenty, bo wypadki i rozum domagają się czego innego, następnie, że chłop nie da się zrobić popychadłem, a w końcu, że oni są wobec niego znikomą mniejszością”.
To jest naturalnie pobieżny tylko przegląd prasy krajowej, która sprawą strajku zajmowała się przez okres kilku miesięcy.

O nacjonalizmie

Adam Uziembło to jeden z najwybitniejszych działaczy ruchu socjalistycznego w Polsce. Przeszedł cały szlak swojego pokolenia – od ruchu socjalistycznego w carskiej Rosji i austro-węgierskiej Galicji do PPS  w wolnej II Rzeczpospolitej. W PRL Adam Uziembło został skazany na zapomnienie. Rażąco niesłusznie. Dzięki uprzejmości portalu daszyński2018 publikujemy jeden spośród jego tekstów, które ukazały się w latach 30.

 

Nic może tak jaskrawo nie ilustruje braku dojrzałości społecznej w Polsce, jak stosunek do spraw Kościoła. Naród w większości swej katolicki nie wydał ani głębszego ruchu katolickiego, ani poważniejszych myślicieli katolickich o sławie światowej, ani też nigdy nie umiał stanąć z określonymi postulatami wobec samej organizacji kościelnej. I oto dziś obserwujemy istotnie smutne skutki tych zaniedbań. Kościół, chlubiący się słusznie swą powszechnością, ten Kościół, co trwa ponad zgiełkiem swarów ludzi i narodów – w Polsce staje się rzecznikiem najdziwniejszej ekskluzywności. Stronnictwo chrześcijańskie, kierunek chrześcijański mieści w sobie antysemityzm, nacjonalizm, eksterminację względem każdej mniejszości, czyli wszystko to, co potępia każda litera Ewangelii. Spróbujmy zestawić fakty. Przeciwko pierwszemu Marszałkowi Polski instygowała1 stale większość księży katolickich. Do demonstracji przeciwko śp. Narutowiczowi podniecali między inymi księża. Po rozstrzelaniu mordercy Prezydenta prawie w każdej parafii odbyły.
się nabożeństwa żałobne – nierzadko w sposób niezmiernie uroczysty, zawsze w sposób demonstracyjny. Odprawiania mszy świętej z okazji uroczystości państwowej zakazuje biskup kielecki. Ambony w Poznańskiem i na Pomorzu oraz w wielu miejscowościach reszty Polski, służą do wyklinania „Strzelca”, organizacji popieranej przez władze państwowe.
Propaganda kleru kieruje się przeciw tolerancji zagwarantowanej w konstytucji. To dziś i co dzień. Nie mówimy już o tym, co się dzieje w czasach wyborów.
Fakty, które przytaczamy, mówią wyraźnie, że część kleru katolickiego w sposób zdecydowany walczy z Państwem, jako takim. Inna część walczy z poręczeniami konstytucji i z etycznymi nakazami religii – cała zaś organizacja kościelna nie liczy się ani z wymogami życia współczesnego, ani z potrzebami Rzeczpospolitej.
Jeszcze kilka kroków na tej drodze, a Państwo i Kościół staną we wrogich sobie obozach. Jeszcze kilka kroków, a państwo będzie musiało przyjąć wyzwanie, rzucane mu systematycznie ze strony kleru i podjąć walkę. Z tego trzeba sobie zdać sprawę. Grozę tej sytuacji musimy sobie dobrze uprzytomnić – a myśleć o niej muszą zwłaszcza katolicy, a przede wszystkim zwierzchnie władze kościelne.
W ostatnich dniach w stolicy zaszedł fakt niesłychany: ksiądz z ambony nakazał wiernym rozprawiać się z ks. Hodurem.
Wierni poszli i rozprawili się krwawo. Czy istnieje na świecie państwo cywilizowane, które może znosić coś podobnego? Czy istnieje urząd prokuratorski, który może sobie pozwolić nie wszcząć postępowania karnego przeciw tego rodzaju burzycielowi porządku, podżegaczowi do gwałtów? Czy z drugiej strony kryminalne karanie księży za to, co czynią na ambonie, podczas wykonywania obowiązków kapłańskich, jest rzeczą pożądaną ze stanowiska katolickiego, jeśli władze kościelne biernością swą aprobują te wystąpienia?
I tu powstaje jeden postulat. Konkordat, istniejący pomiędzy Państwem a Kościołem, nie może być martwą literą. Jeżeli Rzeczpospolita wkłada maksimum dobrej woli w jego wykonanie, to musi żądać tej samej dobrej woli ze strony hierarchii kościelnej. Władze kościelne muszą pouczać księży stale, że są oni obywatelami państwa, którym nie wolno łamać jego ustaw zasadniczych, którym nie wolno podrywać autorytetu jego władz, którzy winni są zachować względem tych władz lojalność. Ale niestety, stawiając tego rodzaju żądania, musimy sobie powiedzieć, że wykonanie go nie jest w mocy hierarchii katolickiej.
Trzeba sobie zdać sprawę z tego, że Kościół rzymski, pomimo wszystkich pozorów, jest instytucją bardzo mocną zanarchizowaną. Uderza to nawet w dziedzinie zagadnień dogmatycznych. Co parafia to inny stosunek do postu, do teozofii, spirytyzmu, okultyzmu. Co kaznodzieja – to inne określenie spraw różnowierstwa i tolerancji, zdobyczy wiedzy, teorii ewolucji. Inaczej się stawia zagadnienia w Warszawie, inaczej na Śląsku lub w Poznańskiem. Gorzej jest ze sprawami życiowymi.
Próżno stolica apostolska zakazała duchowieństwu angażowanie się zbytnio w walki partyjne.
Dwaj arcybiskupi bez jej pozwolenia kandydowali do ciał ustawodawczych i groźba kary dopiero zmusiła ich ustąpić.
W sprawie unii na wschodzie zwalczają się dwa stronnictwa duchowieństwa. Cóż stąd, że Rzym ją popiera – zwolennicy Rzymu potępieni są przez księży katolickich. Episkopat polski wezwał proboszczów do zaniechania manifestacji żałobnych ku czci Niewiadomskiego – manifestacje te do dziś trwają. Papież potępia antysemityzm – księża go głoszą. Prymas potępia rozwody – konsystorze zawalone są sprawami o „unieważnienie” małżeństw i unieważniają je wciąż na dużą skalę – masowo.
To tylko przykłady tej demoralizacji i dezorganizacji, jaka wkradła się w szeregi duchowieństwa katolickiego, dezorganizacji, z którą musimy się liczyć i która nie pozwala nam polegać na konkordacie, która zmusza do rozciągnięcia nad duchowieństwem znacznie ściślejszej niż dotąd kontroli. Do kontroli tej, oczywiście, powołane być muszą sądy, które nie będą mogły cierpieć nadal bezwzględnej swobody i swawoli kaznodziejskiej, jak nie cierpią swawoli wiecowej.
Płytki nad wszelki wyraz jest stosunek społeczeństwa polskiego do religii. W Polsce nieomal nie ma bezwyznaniowców – ale też prawie nie ma i stuprocentowych katolików.
Bezwyznaniowcy przyznają się do swych przekonań jedynie w ciasnym kółku. Jeżeli wystąpią otwarcie, to jednoprocentowi katolicy, nie zadając sobie trudu dyskusji, obrzucą ich zgniłymi jajami. Komunista na wiecu pokazuje szkaplerz; socjalista opiera wywód marksowski na Piśmie Świętym. Nikt otwarcie z Kościołem ani z religią walczyć nie ma odwagi – ale też nikt otwarcie Kościoła nie broni tak długo, jak długo nie zachodzi po temu potrzeba polityczna.
Jest rzeczą niezmiernie charakterystyczną, że kler katolicki, owa największa, najstarsza organizacja, od czasu zmartwychwstania Polski, nie wystąpił samodzielnie z własną myślą, z własną ideologią. Nigdy sam od siebie nie rzucił wielkiego hasła, pod którym skupiłyby się masy. Nikłe próby, podjęte na dwóch ostatnich zjazdach, pozostały tylko próbami.
Duchowieństwo nasze zawsze szło na pasku czyimś, i to przeważnie na pasku ludzi nic nie mających wspólnego z katolicyzmem. Nietrudno by było tu udowodnić, że stronnictwo pana Dmowskiego, pomimo wszystkich pozorów, jest na wskroś libertyńskie. Dość przejrzeć pisma jej czołowego publicysty, aby się przekonać o tym zupełnie dowodnie. Na każdym kroku podkreśla endecja wyższość względów politycznych nad etycznymi, na każdym kroku podnosiła warunkowość swego przymierza z Rzymem. A pomimo to gros kleru katolickiego właśnie w tym obozie się znalazło. Czy nie najlepszy to dowód jego wykolejenia? Czy nie najlepszy to dowód, że w samej psychice kapłanów brak dziś świadomości katolickiej, że ta świadomość nie stanowi bynajmniej kamienia węgielnego ich światopoglądu. Wkraczamy tu w zagadnienie nie tylko organizacyjno-hierarchiczne, ale w zagadnienie daleko głębsze – bo już czysto religijne, dochodzimy do dekadencji wiary w środowisku, gdzie wiara ta musi mieć swoją ostoję.
I tu stajemy wobec sprawy niezmiernie poważnej, którą już nie państwo, ale społeczność polska musi w swym sumieniu przetrawić. Czy religia jest czynnikiem twórczym, czy jest dobrem, którego pilnować i strzec należy, czy jest czymś zgoła obojętnym, czego wzrost, rozwój lub upadek pozostaje bez najmniejszego wpływu na rozwój życia.
Ze stanowiska najdalej posuniętego nawet indyferentyzmu religijnego, musimy uznać ogromny, doniosły wpływ wiary na nasze życie i dlatego w interesie narodu, w interesie człowieczeństwa leży jej nieskrępowany rozwój. Otóż twierdzimy, że rozwój ten możliwy jest dopiero wtedy, gdy nie zaciemniają go polityczne zależności, gdy przestaje on mieć cele świeckie i ziszcza jedynie czysto duchowe.
„Oddajcie Bogu co boskie, cesarzowi co cesarskie” – to najjaśniejsze i najwyższe przykazanie w tej dziedzinie. Ecclesia militans4 nie w zbroi Krzyżaka się jawi, lecz z duchową archanioła bronią. W interesie religii jest zatem oddzielenie Kościoła od Państwa. W interesie Państwa leży oddzielenie Kościoła od Państwa. Wynika to zarówno z zasady.
Zygmuntowskiej, iż władza polityczna nie może stawać w roli sędziego sumienia, jak i z ewangelicznej zasady: Królestwo Moje nie z tego świata.
Walcząc o ten postulat, walczy się równocześnie z anarchią kościelną, o której mówiliśmy poprzednio. Kościół pozostawiony samemu sobie będzie musiał pogłębiać swą ideologię, spoić się wewnętrznie – a wtedy odrzuci to wszystko, co w nim dziś warcholi, odpędzi tych, co stanowisko kapłańskie traktują jedynie jako szczebel w karierze politycznej – wzmocni karność i dyscyplinę i pocznie wypełniać swe właściwe zadanie.
Że twierdzenie nasze jest słuszne, świadczą ostatnie wypadki, świadczy rozwój innych wyznań. Może indyferentysta z lekceważeniem wzruszać ramionami, patrząc na rozrost sekciarstwa w Polsce – ale dla katolika jest to poważne ostrzeżenie. Z miesiąca na miesiąc wypadki odstępstwa są coraz liczniejsze. Kościół narodowy, mariawici, baptyści, badacze
Pisma Świętego czynią coraz większe zdobycze, przenikają do wsi i miast, zdobywają posłuch. Ewangelicy wzmagają swój stan posiadania coraz bardziej. A powodzenie ich tłumaczy się przede wszystkim tym, że są wolni i niezależni, że broni ich jedno tylko – ich własna wiara.