Koniec teatru marionetek?

Komentatorzy z przekąsem mówią o Mołdawii jako o „kraju cudów”, bynajmniej nie mając na myśli piękna krajobrazów, lecz następujące jeden za drugim polityczne „nagłe zwroty akcji” i pospolite przekręty. W tej kronice cudów nad Dniestrem i Prutem bez wątpienia zapiszą się pierwsze dwa tygodnie czerwca 2019 r. W Mołdawii coś się kończy, coś się zaczyna – ale co, to się dopiero okaże.

Przez ostatnie piętnaście lat nie dało się rzetelnie pisać o Mołdawii, nie wspominając Vladimira Plahotniuka. Nie zajmował żadnego państwowego stanowiska, pozostawał jedynie przewodniczącym Demokratycznej Partii Mołdawii (DPM), ale dzięki swojemu majątkowi i sieci wpływów zarządzał z tylnego siedzenia wszystkim. Jego człowiekiem był premier, przyjaciela rodziny zrobił przewodniczącym parlamentu, obsadził swoimi ludźmi policję, prokuraturę, sądy, zbił majątek niewyobrażalny dla przeciętnego mieszkańca Europy Wschodniej. Do tego skutecznie przekonywał Brukselę i Waszyngton, że jeśli Mołdawia nie będzie jego, to wpadnie w ręce Moskwy. Od zwycięstwa Euromajdanu był w tym przekonywaniu jeszcze skuteczniejszy. Perspektywa wzmocnienia wpływów Rosji nad Dniestrem – a jest już kontyngent sił pokojowych w nieuznawanej republice naddniestrzańskiej – z punktu widzenia Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych brzmiała o wiele bardziej dramatycznie, niż doniesienia o tym, jak ludzie Plahotniuka przejmują do własnych kieszeni kierowaną do Mołdawii pomoc rozwojową i rozdrapują resztki państwowego majątku. A do tego doprowadzają państwo do takiego stanu, że kraj już stracił 1/3 ludności i przy tym tempie migracji nieuchronnie opustoszeje.
Jeszcze kilka tygodni temu wydawało się, że będzie rządził zawsze. W ubiegłym roku doprowadził wszak do zmiany ordynacji wyborczej na mieszaną, która ułatwiała jego ludziom – w teorii „kandydatom niezależnym” – obsadzanie miejsc w parlamencie. Analitycy byli również raczej zgodni, że miał w ręku prezydenta – bo Igor Dodon, nawet jeśli wywodził się konkurencyjnej wobec PDM Partii Socjalistów Republiki Mołdawii, umiał przeciwstawić się Plahotniukowi co najwyżej w gestach, nigdy w czynach. A nawet kiedy wydawało się, że chciał to zrobić, wierny oligarsze Sąd Konstytucyjny na kilka godzin „zawieszał jego pełnomocnictwa”. Absurdalny teatr marionetek, w którym za sznurki pociągał Plahotniuc (krytycy nazywali go „Lalkarzem” właśnie) trwał.
Małżeństwo z rozsądku
Aż do 3 czerwca, w którym wysłannicy Stanów Zjednoczonych, Rosji i Unii Europejskiej jednym głosem zachęcili Dodona, by przestał bać się oligarchy, bo w razie czego otrzyma niezbędne wsparcie. Z nieoficjalnych doniesień wynika, że najmocniej zachęcał go Dmitrij Kozak, wicepremier Rosji i specjalny wysłannik jej prezydenta ds. mołdawskich. W rezultacie niemożliwe stało się ciałem: Partia Socjalistów zawarła koalicję z proeuropejskim, liberalnym blokiem Teraz (ACUM), sojuszniczką Dodona została jej współliderka Maia Sandu. Trudno o bardziej egzotyczną parę: przed czerwcem oboje nie rozmawiali, tylko przerzucali się oskarżeniami. Ona nazywała go marionetką oligarchy i zarzucała niszczenie kraju – on milcząco aprobował, gdy jego dawni partyjni koledzy przypominali, jak sama zasiadała w sponsorowanym przez tegoż oligarchę rządzie, a do tego jako minister oświaty zamykała wiejskie szkoły. Gdy jednak pojawiła się jedna jedyna szansa przebudowania mołdawskiej sceny politycznej, na chwilę zakopali dawne urazy. 8 czerwca w gmachu parlamentu zaprzysiężono rząd Sandu, a przewodniczącą izby mianowano przewodniczącą PSRM Zinaidę Greceanîi.
Przez kolejne sześć dni DPM z Plahotniukiem na czele walczyła wszelkimi możliwymi sposobami. Na pierwszy ogień rzucono Sąd Konstytucyjny, który ogłosił, że rząd Sandu powstał o jeden dzień za późno, a prezydent Dodon powinien był rozwiązać niewydolny parlament – jako że tego nie zrobił, znowu odebrano mu pełnomocnictwa. Człowiek Plahotniuka, premier Pavel Filip, ogłosił przedterminowe wybory na 6 września, a siedzibę rządu przy Placu Wielkiego Zgromadzenia Narodowego szczelnie otoczyła policja. Oligarcha rozpętał przeciwko prezydentowi kampanię w kontrolowanych przez siebie mediach, próbował wywołać w Kiszyniowie protest przeciwko „uzurpatorom” z parlamentu. Wyszło raczej operetkowo niż dramatycznie, bo do internetu błyskawicznie wyciekły informacje, iż za udział w demonstracji i dzień koczowania w miasteczku namiotowym oferowano 500 mołdawskich lejów (a potem, że część zachęconych „demonstrantów” nigdy nie zobaczyła pieniędzy).
Ostatnie podrygi marionetek
11 czerwca rząd Filipa przekonywał przedstawicieli administracji na szczeblu rejonowym, że pracuje dalej i zamierza kontynuować rozpoczęte projekty, na których skorzystają regiony (chodzi głównie o budowy dróg, czego Mołdawia naprawdę bardzo potrzebuje). Ba, wydzieli dodatkowe fundusze miejscowościom, które w ostatnich tygodniach szczególnie ucierpiały z powodu ulewnych opadów deszczu. Na stronie partii pojawiły się listy poparcia dla PDM podpisane przez przedstawicieli samorządów. Odpowiednią podstronę zredagowano tak, by zasugerować pełne poparcie dla rządu nawet w Bielcach czy Tarakliji, bastionach socjalistów – tymczasem po szczegółowej lekturze linków okazuje się, że poparcie napłynęło jedynie z pojedynczych wsi w tych rejonach. Błyskawicznie znaleźli się również samorządowcy, którzy twierdzą, że niczego nie podpisywali.
Jeszcze ważniejsze niż to nagłe poszukiwanie „ludowej legitymacji” były manewry, które miały udowodnić Stanom Zjednoczonym, że opłaci im się dalsze popieranie „demokratów”. Filip z Plahotniukiem dali tyle, ile można dać, kiedy kieruje się państwem upadłym: obiecali przeniesienie mołdawskiej ambasady z Tel Awiwu do Jerozolimy oraz doprowadzenie do tego, by nowy gmach ambasady amerykańskiej w Kiszyniowie stanął na prestiżowej działce na miejscu zrujnowanego Stadionu Republikańskiego. Do USA dotarł również – z pominięciem oficjalnych kanałów – list, w którym PDM ostrzega przed rosyjskimi wpływami, jakim służy Dodon, a nawet rysuje perspektywę rosyjskiej interwencji zbrojnej. Prawdopodobnie to samo próbował opowiadać za oceanem były przewodniczący parlamentu Andrian Candu, jeden z najbliższych ludzi Plahotniuka, gdy 13 czerwca nieoczekiwanie ruszył do USA z nieoficjalną wizytą.
W trosce o mołdawską demokrację
Tyle, że w tym samym czasie to Maia Sandu gromadziła wiadomości z deklaracjami uznania dla swojego rządu. Już pierwszego dnia po jego zaprzysiężeniu w mediach pojawił się upragniony komunikat z Brukseli: Federica Mogherini zapewniła, że jest gotowa pracować z nowym gabinetem. Dzień później tę samą gotowość zadeklarowała Moskwa, a potem Francja, Wielka Brytania, Szwecja, Polska i Niemcy. Następnego dnia wśród nowych oświadczeń z Europy było to szczególnie oczekiwane, od sąsiadów – Rumunia uznała rząd Sandu. Już w tym momencie Plahotniuc mógł w zasadzie myśleć raczej o zabezpieczeniu sobie odwrotu i opcjach wywiezienia majątku, niż o dalszym rządzeniu.
Przez poprzednią dekadę Rumunia wydatnie korzystała bowiem z istnienia reżimu jednego oligarchy za wschodnią granicą. Bukareszt, też daleki od tzw. modelowych demokratycznych standardów, jeśli chodzi o politykę i biznes, z otwartymi ramionami zapraszał zdesperowanych Mołdawian na studia i do pracy. Kusił możliwością uzyskania obywatelstwa rumuńskiego (czyli unijnego) przez każdego, kto udowodni, że jego przodek żył przed wojną w granicach Rumunii – a te, przypomnijmy, obejmowały dzisiejszą Mołdawię (bez Naddniestrza). Największy mołdawski bank został kupiony przez rumuński Transilvania Bank, w rękach rumuńskiego Transgazu znalazły się przedsiębiorstwa odpowiedzialne za przesył i dystrybucję gazu w Mołdawii. Rumuńska była też polityka historyczna: w marcu 2018 r. w Kiszyniowie odbyła się cała seria wydarzeń upamiętniających setną rocznicę przyłączenia Mołdawii do Królestwa Rumunii, naświetlających tę skomplikowaną i niejednoznaczną historię w sposób, którego nie powstydziłby się polski IPN.
Tyle, że Rumunia to również sojusznik USA, i to niemal tak oddany, jak inne państwo w Europie Środkowo-Wschodniej, też mieniące się przedmurzem chrześcijaństwa. A w Stanach Zjednoczonych Plahotniuc przestał być uważany za gwaranta polityki proeuropejskiej i pronatowskiej. Jego stosunki z Europą przestały być sielankowe. Szermowanie przez oligarchę hasłami integracji europejskiej i nieustanne zapewnianie, że PDM prowadzi Kiszyniów do świetlanej przyszłości we wspólnocie, w zestawieniu z namacalnie pogarszającym się standardem życia zwyczajnie kompromitowało „wartości europejskie”. Mołdawskie mniejszości narodowe, i tak nieufne wobec rumuńskojęzycznej większości od czasu ekscesów nacjonalistów z początku lat 90., od dawna już wzruszają ramionami na przemowy zwolenników integracji. Poczucie zawodu i rozgoryczenia nieuchronnie udzielało się również rodowitym Mołdawianom, którzy ciągle pozostawali w ojczyźnie. Równocześnie osobą, której udawało się na arenie międzynarodowej faktycznie coś załatwić, był prezydent Dodon: wielu komentatorów wyśmiewało jego systematyczne wizyty w Moskwie, ale już uzyskanie amnestii dla mołdawskich gastarbeiterów, którzy przekroczyli dozwolony czas pobytu w Rosji dla tysięcy mołdawskich rodzin było raczej powodem do świętowania, nie do śmiechu.
Znowu między zachodem i wschodem
Potrzebni byli kandydaci na nowe twarze obozu proeuropejskiego. I tacy się znaleźli: Maia Sandu i Andrei Nastase, liderzy bloku Teraz. Dotąd raczej nieskompromitowani, nieugięcie i przekonująco proeuropejscy – ona: była minister edukacji wykształcona w Stanach Zjednoczonych i on: adwokat i działacz antykorupcyjny z dyplomem rumuńskiego uniwersytetu.
Zwłaszcza Sandu wytrwale jeździła do Brukseli, piętnowała nadużycia Plahotniuka, zapewniała, że jej stronnictwo chce eurointegracji prawdziwej, nie udawanej. Jeszcze w ubiegłym roku wracała z niczym, Europa poprzestała na wyrażeniu zaniepokojenia z powodu zmian w mołdawskiej ordynacji wyborczej. Tym razem postanowiono jej zaufać. Także dlatego, że Zachód podejrzewał, iż Plahotniuc zrozumiał, że jego pozycja się chwieje i sondował Partię Socjalistów Republiki Mołdawii: czy zgodzą się na koalicję z PDM, jeśli on obieca wykonać wielki geopolityczny zwrot na wschód? Cyniczny Lalkarz mógłby to zrobić, gdyby zagwarantowano mu zachowanie wpływów.
Jednak Rosja nie jest zainteresowana takim obrotowym i powszechnie znienawidzonym „namiestnikiem”. Gdy Dmitrij Kozak dodawał Igorowi Dodonowi odwagi, życzył sobie następującego scenariusza: prezydent, który już ma określony twardy elektorat, ze słabeusza staje się pogromcą oligarchy. Wtedy premię zgarnia również w wyborach parlamentarnych jego partia, socjaliści przyczyniają się do przegłosowania ustaw antyoligarchicznych i manifestacyjnie czyszczą Mołdawię z protegowanych Plahotniuka. A potem zostają u władzy na długo, z pełnym społecznym przyzwoleniem, skutecznie odsuwając „Europejczyków” i korygując kurs polityki zagranicznej. Nietrudno zauważyć, że Bruksela i Waszyngton chcą, żeby wydarzyło się coś z początku podobnego, a ostatecznie dokładnie odwrotnego: najpierw usunięcie Plahotniuka i wygranie miłości ludu ustawami antyoligarchicznymi, a potem zmarginalizowanie socjalistów i trwały zwrot
na zachód.
Dziś święto, jutro starcie
Dlatego oficjalne złożenie broni przez DPM, dymisja rządu Filipa ogłoszona 14 czerwca po spotkaniu z amerykańskim ambasadorem, to koniec pewnego rozdziału w historii Mołdawii – ale i początek nowego, który według wszelkiego prawdopodobieństwa będzie wypełniony bezwzględną walką dzisiejszych sojuszników. To nie jest ostateczne zwycięstwo – oznajmił dziś, już po kapitulacji Filipa, Igor Dodon. I PSRM, i ACUM mówią jasno: jesteśmy sprzymierzeńcami z konieczności, nasza koalicja ma tymczasowy charakter i po przegłosowaniu ustaw antyoligarchicznych zakończy się. Kampania przed przedterminowymi wyborami będzie już konfrontacją dwóch sprzecznych wizji kraju, a także serialem wzajemnych ataków i wyciągania sobie kompromitujących wypowiedzi czy niespełnionych obietnic. Z jakim efektem – prognozować trudno. Choćby dlatego, że mołdawscy wyborcy cały kryzys przeczekali, co najwyżej obserwując wydarzenia w Kiszyniowie. Wielu zbyt dobrze zdaje sobie sprawę, że w sprawach ich państwa więcej do powiedzenia mają ambasadorowie odległych mocarstw niż oni, mieszkańcy.
Bez oligarchów także się nie obejdzie. Plahotniuc padł, ale biznesmeni, którzy przez poprzednie lata musieli trzymać się w jego cieniu, teraz zacierają ręce. Nie wiadomo, co dokładnie planuje Ilan Shor. Skazany za udział w wyprowadzeniu z mołdawskiego systemu bankowego słynnego miliarda, na ostatnie wybory parlamentarne utworzył swoją formację i wywalczył czwarte miejsce, grając trochę na prorosyjskich sentymentach, trochę na najprostszych chwytach dla biedoty, jak otwarcie tanich sklepów tylko dla członków partii. Miał być potencjalnym koalicjantem dla Plahotniuka, na czas kryzysu ukrył się w cieniu, potem, jak doniósł portal point.md, wyjechał do Izraela, którego ma obywatelstwo. To reprezentant jego partii stanie na czele parlamentarnej komisji praw człowieka. W pierwszej chwili wydawało się, że Sandu i Dodon nie chcą go drażnić – dopiero 15 czerwca minister spraw wewnętrznych Andrei Nastase powiedział o zamiarach wytoczenia mu sprawy karnej (mało, z oczywistych względów, prawdopodobnej). Na pewno też nowa większość nie chce zniechęcać ludzi dziś należących do DPM – ta partia też odebrała swoją część stanowisk przewodniczących parlamentarnych komisji. Jakby liczono na to, że rozpłyną się w obozie (obozach) zwycięzców, zamiast stwarzać w przyszłości problemy.
Mołdawia ma przyszłość – brzmiało jedno z przedwyborczych haseł Igora Dodona. Tylko jaką?

Mołdawia na rozdrożu

Wezwania do spokoju, apele o współpracę liderów największych partii, rytualne sformułowania o demokracji – ale i jednoznaczne słowa poparcia pod adresem rządu Mai Sandu. To reakcje Europy, Ameryki i NATO na kryzys polityczny w Mołdawii. Wiele wskazuje na to, że wszechwładny do niedawna Vladimir Plahotniuc naprawdę będzie musiał odejść.

Oligarcha nazywany przez politycznych wrogów i komentatorów sytuacji w Mołdawii Lalkarzem, który porusza wedle swojej woli marionetkami na scenie politycznej, teraz ma powody, by czuć się zagrożony. Unia Europejska ma dość sytuacji, w której kierowana do Mołdawii pomoc rozwojowa rozpływa się w kieszeniach jego klanu, a idea eurointegracji traci zwolenników. I Bruksela, i Waszyngton z niepokojem śledziły również doniesienia, wedle których Plahotniuc w zakulisowych rozmowach z Partią Socjalistów Republiki Mołdawii i prezydentem Igorem Dodonem sygnalizował, na jakich warunkach jest gotów przystać na zmianę geopolitycznego kursu swojej Demokratycznej Partii Mołdawii oraz całego państwa.
Zachodnie potęgi, które od lat przymykały oczy na korupcję i zawłaszczanie kraju przez ludzi Plahotniuka, teraz pospieszyły z poparciem dla rządu, który stawia sobie za cel zakończenie jego nieformalnej władzy. Kierująca unijną dyplomacją Federica Mogherini już w niedzielę ogłosiła, że UE uznaje gabinet Mai Sandu i jest gotowa z nim współpracować. Nie będzie zatem brać pod uwagę decyzji Trybunału Konstytucyjnego Mołdawii, który, w pełni zdominowany przez ludzi Plahotniuka, ogłosił, że rząd powstał z pogwałceniem procedur. Nagłe zainteresowanie i zaniepokojenie sytuacją w Mołdawii wyraził również lider frakcji Europejskiej Partii Ludowej w europarlamencie. Joseph Daul stwierdził we wpisie na Twitterze, że Demokratyczna Partia Mołdawii musi „natychmiast drogą pokojową przekazać władzę parlamentowi i rządowi, który reprezentuje wolę większości ludzi”.
Apel o spokój i opanowanie do mołdawskich polityków popłynął również ze strony NATO, chociaż Mołdawia nie jest członkiem sojuszu i pozostaje państwem neutralnym. W ostatnich latach jednak obecność NATO w Kiszyniowie systematycznie się wzmacniała.
Chociaż w takiej sytuacji położenie Vladimira Plahotniuca zdaje się przesądzone, oligarcha jeszcze nie skapitulował. Dziennikarze mołdawskiego portalu „NewsMaker” widzieli go w miasteczku protestacyjnym przed gmachem rządu Mołdawii w samym centrum Kiszyniowa. Do namiotów zwieziono pracowników budżetówki z całego kraju, jednoznacznie sugerując im, że stracą pracę, jeśli nie wezmą udziału w „spontanicznych protestach” po stronie dotychczasowej władzy. Oligarcha ma ciągle po swojej stronie policję, która zablokowała dostęp do gmachu rządu i patroluje centrum mołdawskiej stolicy.
Tymczasem prezydent Igor Dodon wezwał Mołdawian, by stanęli po stronie rządu Sandu. – Wzywam wszystkie instytucje państwowe, merostwa, rady rejonowe, organizacje, stowarzyszenia – występujcie z oświadczeniami poparcia dla legalnego rządu – napisał na Facebooku. Na razie wyrazy poparcia popłynęły z regionów, gdzie tradycyjnie lewica i partie prorosyjskie nie dawały szans „demokratom” – położonej na południu Gagauzji i zamieszkiwanego przez mniejszość bułgarską regionu Tarakliji.

Mołdawia: zanim ostatni zgasi światło

Głosowali, bo pracują w sektorze państwowym i otrzymali polecenie „z góry”. Inni przyszli do lokali wyborczych z przyzwyczajenia. Jeszcze innych – pośrednio lub bezpośrednio – przekupiono.

Tylko niewielka część społeczeństwa, wrzucając kartę do urny w wyborach parlamentarnych w Mołdawii 24 lutego naprawdę coś czuła. Zwykle była to złość i chęć wyrzucenia całej aktualnej „elity”. Większość obywateli od dawna jednak nie spodziewa się po polityce i politykach kompletnie niczego.
Sąd Konstytucyjny w Kiszyniowie potwierdził: wybory były ważne, wyniki są ostateczne. Wbrew pozorom nie była to formalność, bo np. ubiegłoroczne przedterminowe wybory mera stolicy, zostały przez tenże sąd unieważnione. Tajemnicą poliszynela jest fakt, że państwo prawa jest w tym państwie iluzją. Sądy wszystkich szczebli, w tym instytucje formalnie strzegące ustawy zasadniczej, zawsze służyły najbardziej wpływowym w danym momencie oligarchom jako narzędzie do blokowania i zastraszania oponentów. Od 2015-2016 r. mają w zasadzie jednego głównego zleceniodawcę: to Vlad Plahotniuc, najbogatszy człowiek w Mołdawii, nieoficjalny władca republiki i głowa najpotężniejszego w państwie klanu, do którego należą również premier Pavel Filip i. W 2018 r. Plahotniukowi nie spodobał się wynik wyborów na mera Kiszyniowa – zostały unieważnione; teraz z rozkładu sił w parlamencie może być zadowolony.
Trzy formacje na trzech pierwszych pozycjach uzyskały niemal identyczne poparcie i liczbę mandatów: Partia Socjalistów Republiki Mołdawii (PSRM) będzie mieć 34-35 deputowanych, kierowana przez Plahotniuka Demokratyczna Partia Mołdawii (DPM) – 30 przedstawicieli, blok ACUM 26 lub 27 reprezentantów. 7 lub 8 deputowanych wprowadziła do parlamentu partia Şor, założona przez biznesmena o takim właśnie nazwisku, do tego mandaty uzyskało trzech „niezależnych” (w praktyce szybko przyjdzie dopisać ich do listy głosujących tak, jak Plahotniuc). Przepadła potężna niegdyś partia komunistyczna (po 1991 r. tylko z nazwy), zgasła prorosyjska i prosocjalna Nasza Partia, nie istnieją różnej maści „liberałowie”, którzy starali się utrzymywać względną niezależność wobec Plahotniuka. Na placu boju pozostał oligarcha i siły, które swoje kampanie budowały na krytyce jego nieformalnych, ale destrukcyjnych dla Mołdawii rządów.

Gry pozorów

Czy są w tej krytyce szczere? Z gruntu odrzucić można rzekomą „antysystemowość” partii Şor, której lider Ilan Şor, mer miasta Orgiejów i milioner, został skazany na 7 i pół roku więzienia za udział w wyprowadzeniu miliarda dolarów z krajowego systemu bankowego. Pozostaje na wolności, dopóki nie zakończył się proces w sądzie apelacyjnym. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że partia mogła rozwinąć się dzięki przychylności Plahotniuka, który chciał tą drogą „wyhodować” sobie bezpiecznego – bo łatwego do ewentualnej eliminacji za pomocą posłusznych sądów – koalicjanta. Şor sięgnął w wyborach po część elektoratu starszego pokolenia, raczej prorosyjskiego, i część elektoratu protestu (w wypadku mołdawskim: tych, którzy już nienawidzą wszystkich polityków bez wyjątku, ale nie na tyle, by w ogóle zignorować wybory). Jego propozycje programowe nie miały tu najmniejszego znaczenia. Liczył się efekt nowości (chociaż jego iluzoryczność widać gołym okiem) i tak „niekonwencjonalne” metody pozyskania elektoratu, jak otwieranie sklepów spożywczych z tanimi towarami, także objazdowych.
Powstanie partii Şor zaszkodziło przede wszystkim mołdawskim socjalistom, bo i oni kierowali swój przekaz raczej do elektoratu prorosyjskiego i wrażliwego na obietnice socjalne (wyższe płace i emerytury, poprawa jakości usług publicznych). PSRM zapowiadała przed wyborami walkę nawet o samodzielną większość parlamentarną – w tym kontekście jej wynik jest porażką. Partia nie zdołała przekonać wyborców, że jest w stanie faktycznie zmieniać mołdawską politykę, przeciwstawiać się oligarsze i doprowadzać do poprawy poziomu życia w kraju. Gesty w postaci częstych spotkań prezydenta Igora Dodona z Władimirem Putinem, które miały być dowodem budowania przez niego partnerskich stosunków z Rosją, nie pomogły, gdy równocześnie wyborcy mogli obserwować, jak Dodon jest regularnie upokarzany: zawsze, gdy usiłował sprzeciwić się rządzącej koalicji kierowanej przez Plahotniuka, sąd konstytucyjny „na chwilę” zawieszał jego prezydenckie uprawnienia i oddawał je w ręce Andriana Candu, całkowicie oddanego Plahotniukowi przewodniczącego parlamentu. Brak stanowczej odpowiedzi socjalistów na tego rodzaju praktyki, nader niemrawe próby mobilizowania społeczeństwa prowadził Mołdawian do oczywistego wniosku: Dodon i PSRM tylko udają, że są opozycją, w rzeczywistości natomiast tworzą z Plahotniukiem układ zamknięty, zagospodarowując różne sektory elektoratu i nie pozwalając nowym siłom wejść do gry.
Najgłośniej o takie praktyki oskarżała PSRM Maia Sandu, współliderka liberalnego bloku ACUM. Wykształcona w Stanach Zjednoczonych była minister edukacji w jednym z „proeuropejskich” (czytaj: współtworzonych przez oligarchę) rządów od kilku lat konsekwentnie występuje przeciwko Plahotniukowi, stara się organizować przeciwko niemu uliczne protesty, zabiega o wsparcie Brukseli. Dotąd raczej ze średnim skutkiem, gdyż Unia Europejska wychodziła z założenia, że mołdawskiego oligarchę należy akceptować, choćby przejadał kierowaną nad Dniestr pomoc strukturalną; na podważeniu panującego status quo mogłyby wszak skorzystać siły prorosyjskie, przekonując Mołdawian choćby do tego, że UE od lat tylko mami ich wizją rychłej integracji i prosperity. Teraz Sandu, podobnie jak jej polityczny partner Andrei Nastase, może z jednej strony czuć smak zwycięstwa, z drugiej – znalazła się w wyjątkowo trudnej sytuacji. Wygrała, bo 26,7 proc. głosów na ACUM to sukces, gdy ma się przeciwko sobie większość mediów (tak czy inaczej związanych z Plahotniukiem), a część wyborców z zasady nie popiera ugrupowań prorumuńskich i proeuropejskich – mniejszości narodowe do dziś pamiętają ekscesy rumuńskich nacjonalistów z pierwszych lat niepodległości. Ma problem, bo na jej blok już wywierane są naciski, by w imię proeuropejskości wszedł w koalicję z partią Plahotniuka, blokując PSRM. Wykonanie takiego ruchu przez ACUM byłoby jednak równoznaczne z utratą wszelkiej wiarygodności.

Sojusz przeciwieństw?

Czy jest natomiast możliwy wielki zwrot akcji i porozumienie socjalistów z ACUM? Taką ofertę zaprezentował 11 marca komitet centralny PSRM, wzywając do utworzenia stabilnego rządu i uniknięcia przedterminowych wyborów. Gdyby kierować się wyłącznie retoryką geopolityczną obydwu stronnictw, taki scenariusz byłby kompletnie fantastyczny. Tyle, że w Mołdawii o geopolityce i tożsamości mówi się głównie po to, by odwrócić uwagę od spraw wewnętrznych, prowokować obywateli do abstrakcyjnych sporów, byle nie zechcieli rozliczyć polityków za „osiągnięcia” na polu rozwiązywania codziennych problemów. Jest to zresztą jedna z głównych strategii, jakie stosuje w celach wizerunkowych doszczętnie skompromitowana Demokratyczna Partia Mołdawii. PSRM i ACUM mogłyby przełamać ten schemat, ogłaszając: odkładamy wielkie tożsamościowe tematy na później, gdyż teraz naszym głównym celem jest rozmontowanie toksycznego systemu oligarchicznego. To on, a nie Rosja czy Europa, uniemożliwia krajowi rozwój. Takie „zawieszenie broni” sugeruje obu formacjom politolog Alexei Tulbure, wskazując, że nawet jeśli docelowo programy obydwu są nie do pogodzenia, to przejściowy sojusz mogłyby wykorzystać do wyeliminowania ze stanowisk publicznych przynajmniej części nominatów Plahotniuka. Obie strony by na tym skorzystały, wyborcy doceniliby.
Oczywiście wariant taki miałby sens – i dla partii, i dla społeczeństwa – tylko w wypadku, gdyby PSRM odważyła się podjąć prawdziwą walkę z Plahotniukiem. Może być bowiem tak, że o żaden sprzeciw wobec oligarchy tak naprawdę nie chodzi, a oferta koalicyjna została złożona Mai Sandu tylko po to, by odebrać jej stronnictwu wizerunek nowości i albo wciągnąć je na powrót do systemu (z deputowanych ACUM nie tylko Sandu była w przeszłości związana z rządami kontrolowanymi przez Plahotniuka), albo pokazać, że ACUM to grupa kompletnie nieodpowiedzialna, odrzucająca wszystkie realne propozycje koalicji i uniemożliwiająca stabilne zarządzanie krajem. Z drugiej strony socjaliści mają właśnie teraz dobre powody, by z podporządkowywania się oligarsze w końcu się wycofać. Jeśli zakładali, że posłuszeństwo wobec Plahotniuka gwarantuje im monopol na reprezentowanie bardziej prorosyjskiego i socjalnego elektoratu, to właśnie przekonali się, że tak być nie musi: najpierw zaszkodzono im, zmieniając ordynację wyborczą, a potem przyzwalając na rozwój partii Şor. Czy mają jakąkolwiek gwarancję, że oligarcha, póki jest mocny, nie zechce wymienić Dodona i jego otoczenia na kompletnych figurantów? Jak widać – nie.
Wypowiedzenie niepisanej lojalności właśnie teraz byłoby logiczne, ale wiele wskazuje na to, że PSRM i tak brakuje odwagi na taki krok: prezydent Igor Dodon, faktyczny lider partii, w oświadczeniu powyborczym wezwał do współpracy dla dobra Mołdawii wszystkie partie, poza Şor. Antyoligarchiczne wezwania z kampanii gdzieś zniknęły. I kolejny aspekt: obóz oligarchy chyba jednak obawia się choćby chwilowego i cząstkowego porozumienia na linii PSRM-ACUM, skoro część sprzyjających mu komentatorów już oskarżyła socjalistów, że… naciskają na ACUM. Zupełnie, jakby ze strony Plahotniuka takich nacisków nie było.
Wejście w koalicję z DPM byłoby dla ACUM ciosem poważnym, jeśli nie śmiertelnym. Nie chodzi tylko o wiarygodność i wizerunek, sprawy w Mołdawii względne, skoro swoje miejsce w polityce znalazł nawet ktoś taki, jak Ilan Şor. Współpracy z Plahotniukiem nie przetrwał, dosłownie, żaden jego koalicjant. Mało kto już pamięta, że w poprzednich wyborach Partia Liberalno-Demokratyczna miała więcej głosów niż PDM – dziś nie ma po niej śladu, pewne zaufanie społeczne i zbudowane w terenie sieci poparcia rozpadły się, gdy oligarcha zabrał się za przekupywanie i zastraszanie „partnerów”, a ostatecznie doprowadził do skazania ich lidera Vlada Filata za korupcję (znowu te „niezawisłe” sądy). Porozumienie z PSRM również niesie określone ryzyko, tu jednak głównie wizerunkowe. W kampanii wyborczej stronnictwa Sandu i Nastase Igor Dodon był wrogiem i szkodnikiem tam samo, jak Plahotniuc. Nie jest jednak tak, że rozmowy z socjalistami automatycznie odbiorą blokowi głosy – w Mołdawii rozczarowanie polityką osiągnęło ten poziom, że poza wybranymi regionami trudno o twarde elektoraty i wyborców, którzy nigdy nie zmieniają zdania (vide katastrofa partii komunistycznej, ale i odpływ części wyborców Dodona w kierunku ACUM). Gdyby było inaczej, proeuropejski elektorat odwróciłby się od Sandu i Nastasego już w 2016 r. Wtedy oboje protestowali przeciwko oligarchom dokładnie w tym samym czasie, gdy swój elektorat wyprowadzali na ulice, też przeciwko Plahotniukowi, nie tylko socjaliści, ale i jeszcze bliższa Rosji Nasza Partia.

Europa nie kocha prawdziwych Europejczyków

Sandu i Nastase muszą też brać pod uwagę, że jeśli naprawdę ich celem jest demontaż systemu oligarchicznego, to osiągną ten zamiar wyłącznie własnymi, krajowymi środkami. Unia Europejska od lat doskonale wie, jak skorumpowane, nieuczciwe, antyspołeczne były rządy kolejnych „sojuszy na rzecz integracji europejskiej”, jaką to nazwę przyjmowały od 2009 r. gabinety tworzone z udziałem PDM. Świetnie rozumie, że Plahotniuc metodami sądowymi pozbywał się konkurentów, co nie ma nic wspólnego z demokracją, kierowana do Mołdawii pomoc rozwojowa w części lądowała w czarnej dziurze, a państwo wyludnia się w zastraszającym tempie. Nigdy jednak nie zdecydowała się udzielić jednoznacznego wsparcia partiom Sandu i Nastasego, gdy te organizowały w Kiszyniowie coś na podobieństwo Majdanu lub dołączały do szerszych protestów antyoligarchicznych.
Zawsze wygrywało przekonanie, że nie warto zamieniać jednych europejczyków na innych: a nuż w chaosie towarzyszącym protestom i zmianie władzy skorzysta ktoś trzeci, patrzący na wschód. Takie myślenie ciągle jest mocne: 7 marca, już po wyborach i raporcie OBWE wskazującym na nielegalne praktyki „demokratów”, Unia Europejska i tak przyznała Mołdawii kolejny pakiet pomocy rozwojowej. Część pieniędzy jest przy tym rozdawana w formie grantów dla organizacji pozarządowych, co w mołdawskich warunkach po prostu zwyczajnie otwiera pole dla nadużyć.
ACUM jest jednak nastawiona na dalsze konsolidowanie wizerunku ugrupowania, które się nikomu nie kłania. Nawet jeśli oznacza to faktycznie brak wpływu na cokolwiek w nowym parlamencie, jak pokazuje dotychczasowa mołdawska praktyka. 10 marca, jeszcze przed oficjalną ofertą rozmów ze strony PSRM, a już po wpłynięciu takowej od PDM, Andrei Nastase opublikował na Facebooku gniewne wideo zatytułowane „O wartościach”. Towarzyszący mu komentarz jest jednoznaczny: nie będziemy negocjować ani z Plahotniukiem, ani z Dodonem, bo tylko my walczymy o prawdziwą demokrację. Jesteśmy zdecydowani pozostać w opozycji. Analogiczne stanowisko partia powtórzyła we wtorek 12 marca: żadnych koalicji, żadnych aliansów oprócz tego „z ludem Mołdawii”.

Władca dożywotni

Jeśli zatem przełom nie nastąpi, Plahotniuc – czy też szerzej, jego klan – może okazać się praktycznie nieusuwalny. Dowodem tego sam wynik lutowych wyborów: jeszcze w ubiegłym roku sondaże wróżyły „demokratom” (jakiekolwiek idee czy programy nie mają tu najmniejszego znaczenia) sromotną klęskę z wynikiem w granicach 5, potem może 10-15 proc. Sam oligarcha regularnie zajmował pierwsze miejsca w rankingach najbardziej znienawidzonych osób publicznych w Mołdawii. DPM mogła jednak sięgnąć po cały zestaw środków pozyskiwania wyborców, legalnych i nielegalnych, a przy tym nieosiągalnych dla innych partii. Obserwatorzy z Transparency International nie mają wątpliwości – aparat państwowy wspierał obóz Plahotniuka na taką skalę, że uznanie wyborów za uczciwe stoi w zasadzie pod znakiem zapytania, nawet jeśli procedury demokratyczne zostały, fasadowo, zachowane. W kampanii wyborczej, pisze delegacja TI, na masową skalę finansowano działania agitacyjne brudnymi pieniędzmi i pieniędzmi wyprowadzonymi z instytucji państwowych, zastraszano lokalnych aktywistów, utrudniano życie niewłaściwym mediom, wystawiano „zaświadczenia o uczciwości” kandydatom, którzy znani są ze zgoła innej postawy.
23,7 proc. dla doszczętnie skompromitowanej partii to połączony efekt zmasowanej kampanii w mediach (w rękach Plahotniuka jest 80 proc. mołdawskiego rynku telewizyjnego), naprędce wdrożonych przez rząd programów socjalnych (np. dopłaty do zakupu pierwszego mieszkania) i pospolitych nacisków na zatrudnionych w sektorze państwowym. Te ostatnie potwierdzają w swoich raportach powyborczych obserwatorzy i z OBWE, i z organizacji pozarządowych. Pracownikom budżetówki nagminnie przedstawiano propozycję nie do odrzucenia: głosujesz na Plahotniuka albo szukaj innego zatrudnienia. Do tego oligarcha uszczelnia system pozornie „technicznymi” poprawkami: wyborom 24 lutego towarzyszyło referendum w sprawie potencjalnego zmniejszenia liczby członków parlamentu do 61. Oficjalnie to czterdziestu deputowanych mniej, a więc niższe wydatki na parlament w małym i biednym kraju; nieoficjalnie – mniej głosów do ewentualnego kupienia…

Dobrej zmiany nie będzie, rewolucji też

– Rozmawiałem przed lokalami wyborczymi z ludźmi, którzy już oddali głos – opowiadał mi Stanisław Byszok, politolog i jeden z obserwatorów z wyborczej misji OBWE. – W większości spotykałem osoby kompletnie zniechęcone do polityki, bez wiary w to, że ich decyzja ma na cokolwiek wpływ.
Dlaczego głosowali na tę czy inną partię? – Czasem działał efekt nowości – zarówno w przypadku Şora, jak i ACUM, które składa się z partii dobrze znanych, ale pierwszy raz idących w takiej konfiguracji. Czasem w grę wchodziły względy personalne – mówi politolog. – Znaczna część Mołdawian lubi dyskutować o polityce, obserwować bieżące wydarzenia, a pozornie w tym kraju dzieje się mnóstwo. Tyle, że coraz więcej ludzi zdaje sobie sprawę z tego, że z tych wszystkich konfliktów i dyskusji nie rodzi się żadna zmiana na lepsze.
Jeszcze na przełomie 2015 i 2016 r. było inaczej. Tysiące obywateli demonstrowało w Kiszyniowie, żądało odejścia oligarchów, policja rozpędzała ich gazem i armatkami wodnymi. Tłum szturmował parlament, kilkanaście osób sforsowało policyjny kordon i wdarło się do budynku. Odeszli, bo prosili ich o to liderzy opozycji. Jakby się obawiali, że raz uwolniony gniew przeciwko głównym oligarchom doprowadzi do zmiecenia całej klasy politycznej, która świetnie odnajdywała się w toksycznym systemie. Brak konsekwentnego kierownictwa protestów i brak poparcia głównych ośrodków „wspierania demokracji” na zachodzie sprawiły, że tamta mobilizacja ostatecznie rozpłynęła się w powietrzu. Dziś mówienie o szansach na nowe protesty, o mobilizacji społeczeństwa obywatelskiego, protestach i strajkach, choćby w dalekiej perspektywie, brzmi jeszcze bardziej abstrakcyjnie, niż spekulacje o możliwych koalicjach.
Jaki scenariusz można natomiast z czystym sumieniem uznać za prawdopodobny? Mołdawskie nihil novi: kolejne porozumienie sił jawnie sponsorowanych przez oligarchów okraszone zakulisowym podkupieniem potrzebnej grupy deputowanych. Bo jeśli partia Plahotniuca wejdzie w alians z partią Şora (a dlaczego miałaby nie wejść?), do niezbędnej większości będzie jej brakowało tylko kilkunastu głosów. Da się je pozyskać, zarówno spośród niezależnych, jak i wśród bardziej chwiejnych przedstawicieli i ACUM, i PSRM. A gdyby jednak się nie dało, zawsze pozostają przedterminowe wybory, do których PDM przystąpi z taką samą medialną i strukturalną przewagą, jak do ostatnich. Wynik będzie gorszy? Sąd konstytucyjny ich nie zatwierdzi.
A Mołdawianie nadal będą wyjeżdżać – jedni do pracy w Europie, inni do pracy w Rosji. Co im innego zostaje?

Bez rozstrzygnięcia

31 proc. głosów dla Partii Socjalistów Republiki Mołdawii, ponad 25 proc. dla liberalnego i proeuropejskiego bloku Teraz i 24 proc. dla Partii Demokratycznej oligarchy Vladimira Plahotniuka – tak kształtują się wyniki wyborów parlamentarnych w Mołdawii po zliczeniu 95 proc. kart do głosowania.

Rezultaty pokazują silną polaryzację tej części społeczeństwa, która zdecydowała się pójść głosować (frekwencja wyniosła nieco poniżej połowy uprawnionych). Na zwycięskich socjalistów głosowali zwolennicy bliskich relacji z Rosją i państwa socjalnego, chociaż w mołdawskich warunkach to ostatnie jest pojęciem kompletnie abstrakcyjnym. Blok Teraz (ACUM), utworzony przez partie Mai Sandu i Andreia Nastase, przyciągnął zwolenników integracji europejskiej, przekonanych, że właśnie Sandu jest w stanie przeprowadzić w Mołdawii reformy, które przyniosą dobrobyt. Co znaczące, najmłodsi wyborcy w ogromne większości nie wierzą ani w jedno, ani w drugie. W grupie wiekowej 18-25 lat frekwencja wyborcza przekroczyła zaledwie 8 proc.
Po raz pierwszy w historii Mołdawianie głosowali w systemie mieszanym – w okręgach jednomandatowych najwięcej mandatów zdobyli demokraci Plahotniuka, następnie socjaliści i Teraz.
Głosowanie odbywało się w atmosferze wzajemnych oskarżeń, do ostatniej chwili trwała też agitacja wyborcza (przed tymi wyborami zniesiono ciszę wyborczą). Plahotniuc oraz Sandu i Nastase twierdzili, że doszło do rosyjskich ingerencji w przebieg głosowania. Jedną z nich miała być… ogłoszona w Rosji amnestia dla Mołdawian pracujących w tym kraju bez zezwoleń. Natomiast i socjaliści, i obóz proeuropejski oskarżył Plahotniuka o zorganizowanie dowozu do lokali wyborczych dla mieszkańców Naddniestrza, którzy z racji posiadania mołdawskiego paszportu mogli głosować na prawym brzegu Dniestru. Głos oddało rekordowe 35 tys. mieszkańców nieuznawanego państwa, jakie oderwalo się od Mołdawii, a według opozycji każdy z nich mogl zarobić 20 dolarów za poparcie list Plahotniuka.
Kompletnie nie liczyły się w wyborach prorosyjska Nasza Partia Renato Usatego oraz potężna niegdyś Partia Komunistów (dawno niemająca nic wspólnego z nazwą). Wysoki wynik Partii Demokratycznej, kierowanej przez Plahotniuka, zdaniem wielu obserwatorów pokazuje, że przynajmniej część osób pracujących w instytucjach państwowych została zawczasu poinstruowanych, kogo popierać. Żadne bowiem sondaże przedwyborcze, zwykle i tak faworyzujące najbardziej wpływową partię, nie dawały klanowi Plahotniuka aż tak dobrego rezultatu. Równocześnie to efekt definitywnego wchłonięcia przez Demokratów swoich niegdysiejszych koalicjantów z Partii Demokratyczny-Liberalnej i Partii Liberalnej. Plahotniuk i jego klan, nieformalne kontrolujący w Mołdawii sądy i prokuraturę, pozbyli się ich liderów z polityki za pomocą oskarżeń o korupcję i nadużycia.
Z drugiej strony niewątpliwy sukces odniósł obóz Sandu, któremu udało się przekonać proeuropejskich wyborców, że to Teraz, a nie rządzący od lat z tylnego siedzenia Plahotniuk naprawdę chcą eurointegracji, a nie tylko żerowania na unijnej pomocy. Wynik w granicach 1/4 głosów to dla tej partii ogromny sukces także dlatego, że w odróżnieniu od dwóch najpoważniejszych rywali nie miała do swojej dyspozycji państwowych funduszy na kampanię.
Powody do zadowolenia ma też czwarta na liście partia, ostatnia, która przekroczyła próg wyborczy – „antysystemowa” formacja biznesmena Ilana Shora, antybohatera skandalu z wprowadzeniem miliarda dolarów z mołdawskiego systemu bankowego.
Emocje związane z wyborami prędko nie opadną – rozkład głosów nie pozwala na łatwe ułożenie koalicji rządowej. Liderzy Teraz twierdzą do tego, że żaden sojusz ich nie interesuje – podobnie socjaliści. Partia Demokratyczna z pewnością jednak podejmie próbę wciągnięcia Sandu do koalicji, a na przyjęcie takiej oferty będzie naciskać wpływowa w Mołdawii dyplomacja rumunska (a także amerykańska, wszystko w imię powstrzymywania obozu prorosyjskiego). Jeśli jednak Teraz się nie zgodzi, ludzie Plahotniuka zapewne znowu sięgną po środki nieoficjalne, w tym przekupywanie i szantażowanie deputowanych.

PE popiera. W zasadzie

Partia Socjalistów Republiki Mołdawii wyprowadziła na ulice Kiszyniowa kilkadziesiąt tysięcy oburzonych obywateli. Podczas mityngu domagano się podwyżek średnich pensji i emerytur, a także zwiększenia nakładów na państwowy system oświaty i służbę zdrowia. O tym, że państwo uważane niegdyś za prymusa Partnerstwa Wschodniego jest w żałosnym stanie, świadczy również najnowsza rezolucja Parlamentu Europejskiego w jego sprawie.

 

Marsz bulwarem Stefana Wielkiego i mityng na Placu Wielkiego Zgromadzenia Narodowego, w samym sercu Kiszyniowa, miał pokazać siłę Partii Socjalistów Republiki Mołdawii (PSRM) przed startem kampanii wyborczej do parlamentu (głosowanie planowane jest na luty 2019 r.). Ze sceny do kilku tysięcy zgromadzonych przemawiali prezydent Igor Dodon, wywodzący się z PSRM, baszkan (prezydent) samorządnego regionu Gagauzji Irina Vlah, przewodnicząca partii Zinaida Greceanii oraz parlamentarzyści PSRM. Uczestnicy protestu przybyli z całego kraju. Ich liczbę szacuje się na 50 tys.

Postulaty, jakie padły podczas zgromadzenia, dotyczyły spraw absolutnie podstawowych – a zatem kluczowych dla przetrwania błyskawicznie wyludniającego się kraju, jakim jest Mołdawia. Mówcy domagali się, by rząd stworzył warunki do wzrostu płac, tak, by średnie wynagrodzenie osiągnęło równowartość 600 euro, zaś emerytura – 300 euro. Mówiono również o zwiększeniu nakładów na służbę zdrowia, która jest w Mołdawii w fatalnym stanie, oraz na system oświaty. Wspomniano również o rezygnacji z zacieśniania relacji z NATO, w tym o zamknięciu biura Sojuszu otwartego w ubiegłym roku w Kiszyniowie, a także o delegalizacji ruchów otwarcie domagających się przyłączenia Mołdawii do Rumunii.

Prezydent Igor Dodon, którego kompetencje są według mołdawskiej konstytucji bardzo ograniczone w stosunku do uprawnień rządu, podkreślał, że fatalny stan mołdawskiego państwa (eksperci nie mają wątpliwości – to już w zasadzie państwo upadłe) jest „zasługą” rządzącego od dziewięciu lat sojuszu partii określających się jako „proeuropejskie”, a w rzeczywistości tolerujących rozkradanie resztek państwowego majątku przez wąską grupę oligarchów. Najpotężniejszy z nich, Vlad Plahotniuc, jest zresztą również przewodniczącym najbardziej wpływowej w kraju Demokratycznej Partii Mołdawii.

Sondaże wskazują również, że gdyby wybory parlamentarne odbyły się teraz, PSRM zwyciężyłaby z wynikiem 27 proc., wyprzedzając znacząco Partię Demokratyczną (15 proc.) oraz dwie partie liberalne, deklarujące proeuropejskość, ale w opozycji do obecnie rządzących oligarchów: Platformę Godność i Prawda (7,1 proc.) oraz Partię Godności i Solidarności (6,4 proc.)
Zarzuty liderów PSRM potwierdza rezolucja przegłosowana kilka dni wcześniej przez Parlament Europejski. Mołdawię nazywa się w niej wprost „państwem przechwyconym przez interesy oligarchów”, w którym demokratyczne standardy „są podważane przez przywódców politycznych współpracujących z biznesem, czemu większość klasy politycznej i system sądowniczy się nie sprzeciwiają”. W rezolucji wezwano również rządzących Mołdawią do zaprzestania posługiwania się prokuraturą i sądami jako narzędziami walki politycznej.