Architektura marzeń

Architektura ma wiele romantycznych metafor. Johann Goethe nazwał ją „muzyką zastygłą w kamieniu”. Osip Mandelsztam – „poezją w kamieniu”. Ale to także „polityka w kamieniu”.

Zaryzykowałbym dodanie własnej definicji: architektura jest zwierciadłem czasu.
„My” – coś więcej niż „Ja”
Architektura jest pomnikiem czasu, w którym była tworzona. Czas to jej główny stylista, a my, zwykli śmiertelnicy, jesteśmy jej zakładnikami. Dla tych, którzy studiowali na Państwowym Uniwersytecie Moskiewskim (MGU), dziwne słowo DAS stało się rodzime i bliskie niczym tatuaż na ciele. DAS – oficjalnie – to dom doktorantów i stażystów, lecz studenci do tej pory żartobliwie rozszyfrowują ten skrót jako „dom aktywnego seksu”.
DAS to także pomnik ideologii marksizmu. Jeśli zgodzić się z historykiem, etnografem, synem poetki Anny Achmatowej Lwem Gumilowem, że „kultura etnosu wywodzi się z krajobrazu”, to DAS jest jaskrawym ucieleśnieniem ideologicznego wytworu radzieckiej władzy, która głosiła, że świadomość jest kształtowana przez byt. Byt i otoczenie.
Rewolucyjna inteligencja święcie wierzyła, że droga prowadząca do nowego społeczeństwa wiedzie poprzez przebudowę bytu społecznego. Że człowiek będzie podlegać prawom kolektywu tylko wtedy, gdy będzie żyć i pracować w kolektywie i na rzecz kolektywu. Od rana do nocy. „My” to coś więcej niż „ja”. Kolektyw jest wszystkim, ty – niczym, bo kolektyw stoi wyżej niż jednostka. To moralny postulat bolszewizmu. DAS był pomyślany nie jako akademik, lecz jako dom dla młodych specjalistów, którzy mieli się kształtować w środowisku ludzi sobie podobnych. Ludzi o tym samym statusie społecznym, jednolitym proradzieckim światopoglądzie… W projekcie nazwano go więc „Domem Nowego Bytu”.
Nieśmiertelna idea
Dom niemal całkowicie uwolnił mieszkańców od „mieszczańskiego życia”. Na każdym piętrze zaprojektowano kuchnię z jadalnią, połączoną z miejscem do pracy dla 15-20 osób. W ażurowej galerii, usytuowanej między dwoma 16-piętrowymi budynkami, przypominającymi otwarte książki, powstał cały blok mieszkalno-rozrywkowy: biblioteka, sala koncertowa i kino, hala sportowa, ogród zimowy, przychodnia, przedszkole, pralnia, basen…
O tym marzyli Marks i Lenin. Zresztą idea zrodziła się jeszcze przed Marksem. Samowystarczalne komuny (falanstery) zostały wymyślone przez utopijnego socjalistę Charlesa Fouriera (1772–1837). Według niego, w gigantycznych ceglanych ulach miało żyć 1700-2000 ludzi, których łączy nie tylko wspólna idea kolektywizmu, „poczucia wspólnoty”, ale także wspólne życie. Zamiast 300 starych szop można mieć jedną, ale piękną, na 300 rodzin – marzył. Przykład temu dali przywódcy Rewolucji Październikowej. Rodziny Lenina, Trockiego, Stalina, Swierdłowa, Rykowa i Dzierżyńskiego mieszkały w „komunałkach” w budynku Wielkiego Pałacu Kremlowskiego.
Niezależnie od tego, gdzie mieszkamy, nasz dom składa się z czterech stref. Strefy odpoczynku (sypialnia), strefy rekreacyjnej i gościnnej (salon), kuchni i ubikacji. No cóż. „Komunistyczne życie w komunie” wykluczało z przestrzeni osobistej człowieka, co najmniej dwie i pół strefy – kuchnię, pokój dzienny i prysznic (łazienka). Toaleta, w większości mieszkań komunalnych, była wspólna i znajdowała się na korytarzu, poza granicami rodzinnej „komórki”.
Mieszkańcy komuny powinni jadać w stołówkach. Myć się w publicznych łaźniach miejskich. Czytać książki, grać w warcaby, szachy i domino w bibliotekach, parkach kultury i kółkach zainteresowań. Dzieci w duchu kolektywizmu i zgodnie z ideami komunizmu powinny być wychowywane w internatach, a rodzice powinni je odwiedzać raz w tygodniu. Wszystko jest wspólne. Począwszy od idei, a na szczoteczce do zębów kończąc.
Nowe to zapomniane stare
Ideały trzeba też było przystosowywać do rzeczywistości. Tym bardziej, że nawet w trakcie budowy komunizmu byli równi i równiejsi. Tak powstał słynny Dom CIK lub DoPr (dom rządowy) architekta Borisa Iofana na Bulwarze Bersieniewskim w Moskwie. Był on budowany dla „niebiańskich” mieszkańców choć, zgodnie z żelaznymi zasadami komuny. Zachowano minimum bytowe, ale maksimum przestrzeni osobistej. Meble, naczynia, sprzęty gospodarstwa domowego były własnością rządu – były ponumerowane i wpisane do specjalnych ksiąg domowych. Pod DoPr było kino, hala sportowa, stołówka, strzelnica, dom kultury, przedszkole, biblioteka… Na dachu Domu CIK robiono zimą lodowisko.
Architektoniczno-komunalna idea Fouriera – Marksa – Lenina okazała się żywotna, jak szarańcza. Nie została zniszczona nawet przez uchwałę Komitetu Centralnego Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii Bolszewików w maju 1930 r., w której marzenia o uspołecznieniu „wszystkiego, co się nie rusza”, uznano za „na wpół fantastyczne” i „niezwykle szkodliwe”. Ale…
Jeden z pierwszych domów komunalnych został wybudowany w 1930 r. Był to Dom Narkomfinu, zaprojektowany przez architekta Ginzburga. Ściślej nie dom, lecz kompleks, w skład którego wchodził osobny gmach gospodarczy. Nawiasem mówiąc, w malutkich mieszkaniach (ale nie we wszystkich) były aneksy kuchenne i łazienki. Przywołany DoPr na nabrzeżu Bersieniewskim był budowany akurat w okresie „klęski konstruktywistów” i został oddany do zamieszkania wiosną 1931 r. Wprowadzili się tam: rodzina Bucharina, Rykowa, Chruszczowa, dzieci Stalina i Berii, Anastasa Mikojana i jej brata – konstruktora słynnego samolotu MIG Artioma Mikojana, marszałków Tuchaczewskiego, Bagramjana, Żukowa… Obecnie mieszka w nim Patriarcha Wszechrusi Cyryl. Dom ten jest żywym podręcznikiem historii.
Rok później pojawił się „brat” Domu Narkomfinu, Dom Architektów, w którym na potrzeby eksperymentu zamieszkali wszyscy znani architekci Moskwy. W budynku, zaprojektowanym przez architekta Barszcza, a znajdującym się przy Bulwarze Gogolowskim w Moskwie, słynny poeta i laureat Nagrody Nobla Boris Pasternak często odwiedzał swojego brata Aleksandra. Następnie powstały domy komunalne (bursy) Instytutu Czerwonych Profesorów, Instytutu Włókienniczego itd.
Do „lewackiej” idei „kolektywnego bytu” i stylu konstruktywistycznego powrócono w radzieckiej architekturze za czasów Chruszczowa. Wielkie marzenie I sekretarza Komitetu Centralnego KPZR zostało powierzone do realizacji architektowi Ostermanowi. Projekt „Domu Nowogo Bytu” (czyli DAS-u) w dzielnicy Czeriomuszki, był ukochanym dzieckiem Ostermana. Nazwał go „domem przyszłości”, choć filozofia domu została zapożyczona z przeszłości. W projekcie brali udział nawet socjolodzy, którzy przeprowadzali wywiady z tysiącem młodych moskwiczan na temat tego, jak postrzegają „dom komunistycznego życia”.
„Dom Nowogo Byta” przy ulicy Szwernika budowano 6 lat (1965–1971). W tym czasie Chruszczow został usunięty ze stanowiska głowy państwa. W 1969 r., nie doczekawszy się narodzin swojego pomysłu, zmarł architekt Osterman. Kompleks-komunę przekazano do zamieszkania studentom i doktorantom Państwowego Uniwersytetu Moskiewskiego.
Największa grupa Polaków mieszkała w DAS w połowie lat 80. ubiegłego wieku (ok. 40 osób). Jak wspominają ten czas?
– Żyło się świetnie. Warunki mieliśmy dużo lepsze niż mieszkańcy większości innych radzieckich akademików. A seks, o który pytasz… Cóż, powiem tak: legenda nie wzięła się znikąd – mówi jeden z nich Darek Cychol.

Przełożyła Marta Hofman

Podmoskwiewskie imperium tajemnic

Istnieje Moskwa i miasto jej towarzyszące. Znajduje się pod ziemią. Niektóre stacje rosyjskiego metra pod względem piękna, luksusu i ekstrawagancji przypominają pałace.

Zjeżdżając ruchomymi schodami metra nie podejrzewamy nawet, że wkraczamy na terytorium tajemnic i mitów. Pomysł budowy metra w Moskwie narodził się już w 1902 r., lecz sprzeciwiły mu się Duma Miejska i duchowieństwo. Kapłani oświadczyli, że to grzech z własnej woli za życia schodzić do podziemia. Wspierała ich armia moskiewskich dorożkarzy, którzy ryzykowali utratę pracy.
Bolszewicy w akcji
Przez trzy dekady młode państwo radzieckie nie miało czasu na metro. Istniały ważniejsze sprawy – rewolucje, wojny, pierwszy plan pięcioletni… O odłożonym projekcie przypomniano sobie w 1931 r. Otwierając pierwszą linię metra, 15 maja 1935 r., komisarz ludowy ds. transportu kolejowego Łazar Kaganowicz wypowiedział wzniosłe słowa: „Bolszewicy zdobyli Moskwę naziemną, zdobędą i podziemną!”.
Stalin wierzył w astrologię i kazał zaprojektować podziemną linię kolejową, wykorzystując plan promieniowego pierścienia zabudowy Moskwy. Jego autorem był Jakub Bruce, astrolog, matematyk, czarnoksiężnik, zrusyfikowany Szkot, przyjaciel Piotra Pierwszego. Plan Bruce’a dzielił Moskwę na 12 sektorów, z których każdy odpowiadał jednemu znakowi zodiaku. Pierwsza linia – „Sokoliniczeskaja” – miała 13 stacji, co stało się źródłem żartów, że Stalin zadowolił zarówno Boga, jak i diabła. Ten sam astrolog twierdził, że Moskwa jest pod znakiem Byka i dlatego zdecydowano się otworzyć metro 15 maja.
Aby ukończyć pierwszą linię, specjalnie rozebrano Kreml Serpuchowa, zbudowany z białego kamienia. Stacje „Nowokuznieckaja” i „Pałac Sowietow” (obecnie „Kropotkinskaja”) wyłożono marmurem pochodzącym ze zburzonej katedry Chrystusa Zbawiciela.
Pierwszy pociąg, składający się z czterech wagonów, przejechał 11 kilometrów ze stacji „Sokolniki” do obecnego parku Kultury. Kandydatura pierwszego oficjalnego pasażera była omawiana w moskiewskim biurze Komitetu Partii. Został nim Piotr Łatyszew, przodownik pracy, robotnik z fabryki Czerwony Proletariusz.
Na czasy wojen
Naiwnością jest twierdzić, że moskiewskie metro zbudowano wyłącznie jako podziemną arterię transportową. To również strategiczny obiekt wojskowy. Równolegle z liniami dla pociągów pasażerskich budowano potężne bunkry, schrony przeciwbombowe z genialnym systemem przejść podziemnych.
Na osobisty rozkaz Stalina, na stacji „Sowieckaja” urządzono podziemne stanowisko dowodzenia Komendy Obrony Cywilnej Moskwy. Na dużych głębokościach zbudowano też dwa stalinowskie bunkry. Do tej pory są one w stanie wytrzymać bezpośrednie uderzenie bomby lotniczej. Od publicznej poczekalni Ministerstwa Obrony do bunkra Stalina w Kuncewie wybudowano tunel samochodowy. Inne tunele prowadziły na Kreml i do dzielnicy Sokolniki.
Dacza Stalina w Kuncewie była połączona z bunkrem windą. Żeby wykluczyć przypadkowe spotkania Stalina z personelem, który go obsługiwał, zbudowano kilka korytarzy. Stalinowski korytarz (od windy) był pokryty marmurem, a ściany jego gabinetu dębem i karelską brzozą. Obok korytarza prowadzącego z sali posiedzeń znajdowała się przytulna sypialnia. Rządowy system podziemnej komunikacji miał kryptonim „Obiekt D-6”. To łącznie 150 km tajnych linii.
Skąd to wiem? Z rocznika „Radzieckie siły zbrojne”, wydanego przez Ministerstwo Obrony USA w 1991 r. Została tam opublikowana mapa przedstawiająca trzy specjalne linie metra, które łączą podziemny punkt pod Kremlem z kilkoma podmiejskimi i miejskimi punktami dowodzenia na głębokości 200-300 metrów pod ziemią.
Doświadczeni kopacze i budowniczowie metra twierdzą, że we wszystkich najgłębiej położonych stacjach są wyjścia do bunkrów. Stacje i przejścia wyposażone są w potężne hermetyczne uszczelnienia radiacyjne, tunele blokujące, hole i szyby wentylacyjne. Specjalne wrota nie tylko szczelnie izolują metro od środowiska zewnętrznego, ale także dzielą cały system na sekcje z autonomicznym systemem podtrzymywania życia, a każda sekcja w sytuacji nadzwyczajnej będzie służyła jako azyl dla ludności.
Z tego wynika, że na mapie moskiewskiego metra, która wisi w każdym wagonie i przy wejściu do metra, odwzorowano zaledwie jedną dziesiątą tego, co jest pod ziemią.
Wielcy w podziemiach
Moskiewskie metro należy do najpiękniejszych na świecie. Zostało zbudowane przez najsłynniejszych architektów epoki stalinowskiej. Na przykład stacja „Komsomolskaja” została zbudowana przez Dmitra Czeczulina, który później zbudował wieżowiec na Kotielniczeskoj Skarpie (podobny powstał w Warszawie Pałac Kultury i Nauki), hotel „Rossija” i Biały Dom (siedziba rządu). Ivan Fomin, który budował apartamentowce w Petersburgu, zaprojektował stację „Krasnyje Worota”. Stacja „Pałac Sowietów” (obecnie „Kropotkinskaja”), która zdobyła kilkanaście prestiżowych zagranicznych nagród, została zbudowana przez architekta Aleksieja Duszkina.
A propos tego ostatniego. Przydarzyła mu się tragikomiczna przygoda. Duszkin znakomicie się ubierał, w stylu angielskim: modny garnitur, kapelusz, laska… W tym gogusiowatym stroju architekt przechadzał się wieczorem po Moskwie, więc wydał się czekistom podejrzany… Uznali, że jest szpiegiem i zawieźli biedaka na Łubiankę. Otwierając stację metra „Pałac Sowietow” w 1935 r. w obecności dużej zagranicznej delegacji, Łazar Kaganowicz przedstawił postać autora projektu Aleksieja Duszkina. Obcokrajowcy oklaskiwali jego dzieło i chcieli go natychmiast zobaczyć, ale Duszkina nie było. Znaleziono go kilka dni później w podziemiach Łubianki.
Wiele historii wiąże się ze stacją metra „Plac Rewolucji”. Słynie ze stojących w niszach 76 rzeźb z brązu. Rzeźbiarskie kompozycje odzwierciedlają przebieg budowy socjalizmu w ZSRR od 1917 do 1937 r. „Żeglarz z rewolwerem”, „Zwiadowca z psem”, „Chłopak z kurą i kogutem”, „Student”… Ale postaci jest tylko 20, czyli osoby (modele) się powtarzają. Moskwianie mają swoje przesądy z tym związane. Dotknij rewolweru marynarza i będziesz mieć dobry dzień. Potrzyj bucik studentki, a będziesz mieć szczęście w miłości. Ale nie dotykaj dzioba koguta, bo to przynosi pecha! Podczas sesji egzaminacyjnych tworzy się kolejka do brązowego psa. Studenci wierzą, że jeśli dotkniesz jego nosa, bez problemu zdasz egzamin…

FAKTY:
Moskiewskie metro ma 15 linii. Długość wszystkich linii wynosi 780 km. Najdłuższa jest linia Arbatsko-Pokrowskaja (45,1 km). Najkrótsza – Kachowskaja (3,3 km).

Metro składa się z 333 stacji, w tym 56 naziemnych. Najgłębszą stacją jest „Park Pobiedy” – 84 metry. Najdłuższy peron ma stacja „Worobiowy Gory”, która ma 282 metry.

Długość wszystkich 900 ruchomych schodów wynosi ponad 37 km. Najdłuższe schody ruchome są na stacji „Park Pobiedy” – 126 metrów.

Marmurowymi płytami wyłożono 428,9 tys. metrów kwadratowych powierzchni metra.

W ciągu doby liniami metra przejeżdża ponad 12 tysięcy pociągów. Średnia prędkość wynosi ok. 42 km/h. Minimalny odstęp w odjazdach – 90 sekund.

Metro jest obsługiwane przez 60 600 osób. Do 2023 r. zostanie otwartych kolejnych 25 stacji metra.

Z języka rosyjskiego przełożyła Marta Hofman

Dom na krwi

Słynny dom na skarpie Bersieniewskiej w Moskwie stał się symbolem czasów radzieckich.

Przekraczasz próg i znajdujesz się w innym wymiarze – po drugiej stronie lustra historii. Nie ma na świecie drugiego takiego muzeum, tak jak nie było i nie ma drugiego takiego domu, którego dzieje, istnienie, oddychanie chroni muzeum „Domu na nabrzeżu”.
W dwóch ciasnych pokojach i korytarzu byłego mieszkania dozorcy udało się zawrzeć „epokę”. Pierwsze wrażenie – jego „mieszkańcy” albo dopiero się wprowadzili i jeszcze nie zdążyli przemyśleć wszystkich zawiłości domowego wnętrza, albo przygotowują się do przeprowadzki. Przyglądając się bliżej, widać jednak, że bałagan jest nie tylko nieunikniony ze względu na nadmiar rzeczy i mebli nagromadzonych na jednym metrze, lecz również jest nieprzypadkowy. „Nieporządek” wywołuje niepokojące uczucie ulotności życia tych, którym te przedmioty służyły. Służbowe były tu nie tylko ponumerowane szafy, fotele, łóżka, stoły, krzesła, lecz również życie ich użytkowników. Wszystko należało do partii, partia zaś była wszystkim…
Dla większej wyrazistości, w najbardziej widocznym miejscu sali muzealnej leży świeżusieńka, szyta na zamówienie czapka enkawudzisty – jadowicie niebieska korona, krwawo jasnoczerwony obwód czapki, ostry, jak krawędź saperskiej łopaty daszek…
Całości dopełnia lista ofiar stalinowskich represji – od sufitu do podłogi i niesamowita instalacja – dziesiątki zdjęć więźniów za drutem kolczastym Gułagu – losy rozwieszone na śmiertelnych hakach reżimu.
Wrota piekła
Z około 800 mieszkańców domu na Nadbrzeżnej 304 osoby zostały rozstrzelane. Ich żony i krewni (ci, którzy nie składali donosów na swoich bliskich) trafiali do łagrów na 5-8 lat. Sieroty wywożono do Daniłowskiego obozu przejściowego dla dzieci. Zbierano odciski palców, zmieniano im imiona i nazwiska, żeby na zawsze oddzielić ich od rodzin – „wrogów narodu”.
Kaci i ofiary często mieszkali w jednym budynku, obok siebie. Również w muzeum (w ciasnocie, bez obrazy) sąsiadują ze sobą, na przykład, biurko sekretarza Stalina, złowrogiego Iwana Towstucha i rzadki w tamtych czasach „telefunken” dwukrotnego bohatera Związku Radzieckiego Jakowa Smuszkiewicza (generała Douglasa), rozstrzelanego za „zdradę ojczyzny”, gdy leżał na noszach pod Samarą w październiku 1941 r. Jego żonę i córkę zesłano do łagru.
W kolejnej gablocie znajduje się martyrologia mieszkańców domu, którzy zginęli na froncie Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Wielu z nich nie miało nawet 20 lat, a niektórzy nawet 18. Synowie lotnika Babuszkina – Michaił i Oleg, Bohater Związku Radzieckiego Ruben Ibarruri, przyjaciel z dzieciństwa Jury Trifonowa Lew Fiedotow…
Każdy przedmiot jest metaforą czasu. Filiżanka do kawy z napisem „Sprawa Lenina żyje i zwycięża”. Talerz obiadowy z ideologicznym wezwaniem, które może zadziwić pokolenie fast foodu: „Społeczne odżywianie – pod obstrzałem samokrytyki robotników”. Porcelanowy kubek, z napisem: „Sprawa Lenina przeżyje wieki”, który pociemniał z biegiem czasu od mocnej herbaty…
Brzydki metalowy wieszak wykonany z mocnej stali podarowany Stalinowi przez jego córkę Swietłanę. Na drugim wieszaku wiszą w przeźroczystych pokrowcach dwa generalskie kitle. Należały one do pilota polarnego, jednego z pierwszych Bohaterów Związku Radzieckiego Ilji Mazuruka i syna autora Hymnu Związku Radzieckiego oraz nieśmiertelnej ballady „Wstawaj, kraju ogromny”, twórcy słynnego zespołu pieśni i tańca Armii Czerwonej Aleksandra Aleksandrowa – Borysa (Borys Aleksandrowicz przez długi czas kierował tym zespołem).
„Lista abonentów automatycznej centrali telefonicznej Kremla”. Otwarta na stronie pod literą „S”. „3402 Stalin W.I. kab. WWS KA. 3087 Stalin W.I. kw.”.
Syn „wodza wszystkich narodów” Wasyl również żył w tym domu. Przed W. Stalinem niejaki Spirpin S.A., a po Stalinie – Starowski W.N., kierownik Głównego Urzędu Statystycznego (CSU), doktor nauk, Bohater Pracy Socjalistycznej.
Powstanie muzeum
Muzeum narodziło się 12 listopada 1989 r. Początkowo było ono – w ścisłym znaczeniu tego słowa – społeczne. Jego pomysłodawcą i organizatorem była Tamara Ter-Jegiazarian – siostra wybitnego działacza komsomołu „towarzysza Tera”.
Tamara Andriejewna miała 80 lat, lecz fantastycznej energii i witalności mogły jej pozazdrościć prawnuki. Ter-Jegiazarian z pomocą słynnego pilota, jednego z pierwszych Bohaterów Związku Radzieckiego Mikołaja Kamanina (który był sekretarzem partii tego domu) załatwiła dla muzeum mieszkanie dozorcy i dodatkowo dołączyła do niego 20 metrów kwadratowych.
Z biegiem czasu muzeum stało się miejskie, a następnie państwowe. Wszystkie eksponaty – to dary dzieci, wnuków i prawnuków lub… znaleziska z lokalnych wysypisk. Zdarzało się, że potomkowie kremlowskich mieszkańców wyrzucali nie tylko urzędowe wyposażenie, lecz również unikalne archiwa, albumy fotograficzne, książki, rękopisy, dokumenty mające wartość historyczną. To mówi samo za siebie – na skrzyżowaniu dwóch epok wielu demonstracyjnie wypierało się przeszłości swoich bliskich.
Mowa przedmiotów
Portret Stalina pędzla Pantelejmona Lepieszyńskiego, współpracownika Lenina, przez wiele lat był schowany przez autora za kanapą. Teraz wisi w muzeum nad urzędową sofą ze smutną lalką w rogu. Stalin jest na nim karykaturalny. Namalowany w pozycji stojącej. W prawym górnym rogu płótna przylepiony (wielkości kartki pocztowej) Włodzimierz Ilicz w głupiej chorobliwej pozie; z dzikim spojrzeniem z tamtego świata. Co to znaczy? Gdyby portret pojawił się w tamtych czasach, los Lepieszyńskiego byłby przesądzony…
Unikalnym eksponatem jest amerykańskie radio podłogowe z wieloma szufladami na płyty. Jest to jeden z dwóch odbiorników podarowanych Stalinowi przez Roosevelta.
Radioodbiorników w muzeum jest kilka, lecz jeden z nich jest wyjątkowy. Został zrobiony przez więźniów politycznych w jednej z fabryk w Gułagu i stał się startowym modelem do masowej produkcji.
Szwajcarski zegarek wyprodukowany w 1940 r. przez firmę Longines. Został on podarowany muzeum przez krewnych „czerwonego dyktatora” Sergieja Bałachina. Niewielką partię takich zegarków na przełomie września i października 1941 r. wysłał do Moskwy prezydent USA Roosevelt w nagrodę dla obrońców Moskwy.
Najbardziej wzruszającym eksponatem muzeum jest wypchany pingwin. Też ma swoją historię. Podczas jednej z ekspedycji dostał się on do samolotu pilota Mazuruka i dotarł na gapę do Moskwy. Przez jakiś czas mieszkał z pilotem, ale na stare lata trafił do ZOO. Potem został straszydłem, które ze smutnym uśmiechem wita gości muzeum.
Ilja Mazuruk był Białorusinem. W lipcu obchodzono 110. rocznicę jego urodzin. Urodził się w Brześciu. Był synem robotnika, a od 14. roku życia sam był najpierw robotnikiem na kolei, a potem uczniem i pomocnikiem maszynisty. Stał się wielkim lotnikiem. Podczas wojny Mazuruk razem z drugim asem przestworzy Michaiłem Wodopianowym transportował z Alaski przez całą Syberię na nasz front amerykańskie samoloty. Latali bez nawigacji i świateł, co samo w sobie było zawodowym wyczynem.
18 marca 1957 r. lotnik Mazuruk w samolocie An-2 jako pierwszy na świecie wylądował na szczycie góry lodowej na Antarktydzie. Łącznie 254 razy lądował na dryfującym lodzie. Dom na skarpie Bersieniewskiej Mazuruk nazywał „prawdziwym rezerwatem myśli”. W muzeum „Domu na nabrzeżu”, oprócz generalskiego munduru lotnika, zachowane jest jego gipsowe popiersie z młodą kobietą. Oboje zarażają szczęściem…

Przełożyła M. Hofman

Setny sezon Teatru im. Wachtangowa

Dla cenionego i popularnego moskiewskiego Teatru im. Wachtangowa tegoroczny wrzesień oznacza początek setnego już sezonu; apogeum obchodów 100-lecia placówki ma przypaść na listopad przyszłego roku, a intensywne do nich przygotowania (Władimir Putin podpisał stosowne rozporządzenie już w sierpniu 2019 roku) każą się spodziewać, że rzecz przybierze bardzo duży wymiar. Tym bardziej to prawdopodobne, że zespół teatru, od trzynastu lat kierowany przez tyleż znakomitego reżysera, co świetnego organizatora – Rimasa Tuminasa, przeżywa teraz swój kolejny artystyczny wzlot.

Teatr im. Wachtangowa jest dziecięciem Wielkiej Reformy Teatru z przełomu XIX i XX stulecia, a jego założyciel i patron, Jewgienij Wachtangow (1883-1922) – jedną z najważniejszych postaci tej Reformy w Rosji, obok Konstantina Stanisławskiego, Wsiewołoda Meyerholda, Aleksandra Tairowa; jak pisze Jerzy Koenig, teatr rosyjski stał się w tym okresie najciekawszym i najważniejszym zjawiskiem w kulturze teatralnej świata. Urodzony w osetyjskim Władykaukazie i pochodzący z ormiańsko-rosyjskiej rodziny Wachtangow (notabene jedna z jego sióstr wyszła za mąż za polskiego socjaldemokratę, potem działacza państwowego w radzieckiej Rosji Mieczysława Kozłowskiego) od 1903 roku mieszkał w Moskwie, gdzie też początkowo został aktorem Moskiewskiego Teatru Artystycznego (MChT). W teatrze zaś, o którym piszemy, a który po różnych doświadczeniach studyjnych utworzył jesienią roku 1921 (najpierw jako III Studio MChT), zdążył zrealizować zaledwie trzy premiery – trawiony nowotworem żołądka, niebawem w bardzo młodym wieku zmarł.
Ostatnia z tych jego inscenizacji – „Księżniczka Turandot” Carla Gozziego (premiera odbyła się 27 lutego 1922 roku, Wachtangow był już zbyt chory, by dotrzeć na spektakl) zogniskowała w sobie wszystkie najgłówniejsze cechy jego reżyserskiej estetyki, stając się swego rodzaju artystycznym manifestem, jednym z najgłośniejszych w dziejach dwudziestowiecznej sztuki teatralnej w skali światowej.
Estetyka ta, którą sam Wachtangow nazywał realizmem fantastycznym, zakładała nieskrywaną umowność przedstawienia, a w jej ramach wyrazistość formy, wykorzystanie elementów satyry i groteski, ironiczny dystans gry aktorskiej, a przy tym wszystkim atmosferę optymizmu i radości.
W „Księżniczce Turandot” wykonawcy pojawiali się na scenie odziani we współczesne stroje wieczorowe, po czym na oczach widzów przebierali się i charakteryzowali, przedzierzgając się w aktorów trupy komedii dell’arte, która miała zagrać bajkę Gozziego; spektakl był, jak pisze Kazimierz Braun, „triumfem teatralności, wesołej zabawy, gagów, żartów… tchnęła zeń uroda ludzi i życia, witalność, młodość”.
Dodajmy, że wielu spośród biorących udział w tej premierze artystów, po części debiutantów, osiągnęło potem w swym zawodzie nie byle jakie wyżyny – jak np. grający Kalafa Jurij Zawadski, później wybitny reżyser i przez dziesięciolecia znakomity szef moskiewskiego Teatru im. Mossowietu. „Księżniczka Turandot” utrzymywała się w repertuarze Teatru im. Wachtangowa (taką nazwę nadano mu w 1926 roku) aż po rok 2006 (sic!), i to bynajmniej nie jako szacowny, półmartwy zabytek, lecz jako spektakl wciąż przez publiczność w napięciu oglądany i entuzjastycznie fetowany; w 1997 roku obok gmachu teatru stanęła rzeźba wyobrażająca Turandot.
Po śmierci Wachtangowa obok spektakli bardziej lub mniej nawiązujących do jego stylistyki (np. klasyczny rosyjski wodewil „Lew Gurycz Siniczkin” Dmitrija Lenskiego w reżyserii Rubena Simonowa czy głośny, mocno krytykowany i po roku zdjęty z afisza „Hamlet” Szekspira w reżyserii Nikołaja Akimowa z muzyką Dmitrija Szostakowicza) pojawiły się oczywiście w placówce i przedstawienia wyrosłe z innych teatralnych tradycji i poetyk.
Od 1939 roku ster teatru na blisko pół wieku przejęła dynastia Simonowów: znakomity aktor i reżyser, wspomniany Ruben Simonow (także zresztą uczestnik pamiętnej premiery „Księżniczki…”), a po jego śmierci syn Jewgienij.
W repertuarze teatru sporą rolę odgrywała wtedy rosyjska dramaturgia współczesna – wśród najgłośniejszych przedstawień Rubena Simonowa znalazła się prapremiera „Irkuckiej historii” Aleksieja Arbuzowa (1959) ze wspaniałym duetem aktorskim Julią Borisową i Michaiłem Uljanowem oraz – z tymże duetem – prapremiera równie potem w radzieckich teatrach popularnej „Warszawskiej melodii” Leonida Zorina (1967), lirycznej opowieści o miłości młodej Polki i młodego Rosjanina, na której drodze stanęła bezlitosna polityka. Moja dość żywa znajomość z Teatrem im. Wachtangowa zaczęła się w połowie lat siedemdziesiątych i obu tych spektakli zobaczyć już nie zdążyłem; za to – z tych najznakomitszych i najbardziej dyskutowanych – zdołałem obejrzeć grany jeszcze od czasów wojny „Front” Ołeksandra Kornijczuka czy też nowego „Ryszarda III” Szekspira, ten pierwszy w reżyserii Rubena Simonowa, ten drugi – Raczii Kapłaniana, oba z Uljanowem w głównej roli.
Dane mi też było, i to dwukrotnie, widzieć jeden z największych hitów w dziejach tego teatru – „Damy i huzary” Fredry, przygotowane przez Aleksandrę Riemizową (jeszcze jedną uczestniczkę „Księżniczki…” z 1922 roku, występującą w roli Selimy) i w Wachtangowowskiej estetyce bardzo mocno osadzone.
Spektakl, którego premiera odbyła się u schyłku 1960 roku, został zagrany aż 756 razy (to chyba dla Fredry absolutny zagraniczny rekord) i zszedł z afisza dopiero po dwudziestu siedmiu latach; do tego wszystkiego w 1976 roku został zarejestrowany przez radziecką telewizję i potem był wielokrotnie przez nią emitowany, a dziś rejestrację tę można też bez trudu obejrzeć w internecie. Majora arcybrawurowo zagrał w tych „Damach i huzarach” inny gwiazdor tego teatru – Jurij Jakowlew; kiedy przystępował do prób, był od swego pięćdziesięciosześcioletniego bohatera ćwierć wieku młodszy, która to okoliczność ułatwiła mu dotrwanie w swej roli, zresztą jako jedynemu z obsady, do końca eksploatacji przedstawienia.
Potrafił też Jakowlew-Major do tego stopnia zauroczyć partnerującą mu w roli Zofii młodziutką Jekatierinę Rajkinę, córkę legendarnego Arkadija Rajkina, że ta została, choć nie na długo, jego małżonką.
Skądinąd Teatr im. Wachtangowa wobec polskiej dramaturgii okazywał w tych latach zainteresowanie na pewno ponadprzeciętne: w 1956 roku wystawił „Ostry dyżur” Lutowskiego, w roku 1962 – „Niemców” Kruczkowskiego, a w roku 1976 – „Lato w Nohant” Iwaszkiewicza, reżyserowane przez ówczesnego szefa Teatru Polskiego w Warszawie Augusta Kowalczyka, z Ludmiłą Maksakową jako George Sand. W owych latach siedemdziesiątych z tymże warszawskim Teatrem Polskim Teatr im. Wachtangowa połączyła specjalna umowa, której owocem była także wymiana aktorów – w wystawionych w obu placówkach przez Jewgienija Simonowa „Antoniuszu i Kleopatrze” Szekspira w jednym z przedstawień w Teatrze Polskim w tytułowych rolach można było ujrzeć Uljanowa i Borisową, zaś w Teatrze im. Wachtangowa – Kowalczyka i Krystynę Królównę.
*
W 1987 roku na czele teatru stanął Uljanow, który wnet zaprosił do współpracy ze swym zespołem całą grupę najgłośniejszych wtedy w Rosji reżyserów, w szczególności Roberta Sturua (wystawił tu pierestrojkowy „Pokój brzeski” Michaiła Szatrowa), Romana Wiktiuka (ten pokazał m. in. „Kurs mistrzowski” Davida Pownalla z Uljanowem, Jakowlewem i Siergiejem Makowieckim), Piotra Fomienkę (m. in. znakomici „Niewinni winowajcy” Aleksandra Ostrowskiego). Klasę reżyserską namaszczonego przez zmarłego w 2007 roku Uljanowa na swego następcę Rimasa Tuminasa, dziś na pewno jednego z czołowych inscenizatorów Europy, mogliśmy w Polsce poznać już całkiem dobrze – na przykład w przywiezionym przez Teatr Mały z Wilna w 2001 roku apokaliptycznym „Rewizorze” Gogola czy w pokazywanym przez Teatr im. Wachtangowa w 2010 roku ”Wujaszku Wani” Czechowa, równie tragicznej wizji zagłady świata Wojnickiego i Soni, jakby drugim „Wiśniowym sadzie”. Wśród najgłośniejszych spektakli Tuminasa w Teatrze im. Wachtangowa znalazł się też „Eugeniusz Oniegin” według Puszkina (2013), za którego otrzymał „Złotą Maskę” i który objechał już pół świata od Berlina, Paryża i Londynu poprzez Tbilisi i Tel Awiw po Pekin, Boston i Toronto.
Niezwykle oryginalną i nader gorąco przyjmowaną propozycją okazała się przygotowana przez Tuminasa „Przystań” (2011) – benefis dziewięciorga najbardziej znanych i zasłużonych aktorów tej sceny, występujących we fragmentach ról, których nigdy tu nie zagrali, a teraz sami na ów wieczór dla siebie wybrali; rzecz, przygotowana dla uczczenia 90-lecia placówki, pokazana została w ciągu siedmiu lat 158 razy, póki śmierć czworga spośród wykonawców nie zmusiła do zdjęcia jej z afisza.
A sam teatr pod kierownictwem Tuminasa rozrósł się już do rozmiarów niemal kombinatu: obok swej położonej przy Arbacie Sceny Głównej z widownią liczącą 1055 miejsc dysponuje teraz również zlokalizowanymi w najbliższym sąsiedztwie aż pięcioma innymi – Sceną Nową (250 miejsc), dwoma Scenami Simonowowskimi (po 119 miejsc), Kawiarnią Sztuki oraz sceną ściśle od lat związanej z teatrem wyższej uczelni – Instytutu Teatralnego im. Szczukina; może więc (i to robi) grać po kilka spektakli dziennie.
A obchody jubileuszu? Przed siedzibą teatru właśnie stanął pomnik Wachtangowa; wydany niedawno w Rosji dwutomowy wybór dokumentów i świadectw o działalności reżysera ukaże się po angielsku i po chińsku; przygotowany zostanie spektakl-promenada „Moskwa Wachtangowa – droga do Turandot”; odbędą się najróżniejsze warsztaty i sympozja. Na Arbat zjadą i w siedzibie teatru wystąpią zespoły z Omska (dokąd w czasie wojny ewakuowano część trupy, gdy inna część dawała przedstawienia na froncie, od Stalingradu do Berlina i Pragi), z Władykaukazu (gdzie ponadto w rodzinnym domu Wachtangowa powstanie centrum kultury), z Tary k/Omska (z tych okolic pochodził Uljanow) oraz z Wilna (gdzie przez lata pracował i po dziś dzień pracuje Tuminas); z kolei zespół wachtangowców po odbytych już jubileuszowych występach we Francji, Niemczech, Kazachstanie i na Litwie ma puścić się w podróż do kilku kolejnych krajów Europy, Azji i Ameryki Północnej.
Rosyjska telewizja „Kultura” ma pokazać rejestracje najsłynniejszych spektakli teatru, co już zresztą on sam zaczął robić na swej stronie internetowej w czasie minionych wakacji, prezentując tych spektakli blisko dwadzieścia, każdy przez cztery doby…

Pamięć i normalność

Skrajną podłością jest traktowanie historii w charakterze broni używanej w polityce. Ci, którzy tak robią, pamięć milionów ofiar konfliktów zbrojnych traktują wyłącznie przedmiotowo. Mentalnie nie są lepsi od winnych przelanej krwi.

Czy historia musi dzielić? Nie musi i nie wolno dopuścić do tego, aby tak się działo! Ona powinna nas uczyć. Jeśli jest inaczej, ofiara naszych przodków – ich cierpienia, oddanie sprawie, rany czy śmierć, okazują się ofiarą bezsensowną. Jeśli nie będziemy w stanie tego zrozumieć, nie będziemy też w stanie pogodzić się z historią. Nie stać nas będzie na to by wznieść się na poziom z którego zaczniemy traktować cierpienie jako element mogący łączyć narody, nie zaś je dzielić. Bez tego z kolei nigdy nie osiągniemy pojednania, ani nie zbudujemy przyjacielskich relacji choćby z naszymi najbliższymi sąsiadami: Rosjanami, Niemcami, Czechami, Ukraińcami i Litwinami.

Rosjanie potrafią nas zawstydzać. W 75 rocznicę wyzwolenia Warszawy miałem przyjemność i zaszczyt uczestniczyć w uroczystym koncercie upamiętniającym to wydarzenie. Odbył się w Warszawie, ale nie z inicjatywy polskich władz. Gospodarzem imprezy była Ambasada Rosji w naszej stolicy. Koncert zakończył się wspólnym z Rosjanami oglądaniem „salutu” – salwy 24 wystrzałów artyleryjskich ku czci żołnierzy radzieckich poległych w walkach o Warszawę. Oglądaliśmy je na telebimie, strzelano bowiem w Moskwie, w miejscu dla Rosjan świętym – na Górze Pokłonnej. W ten sposób Rosjanie oddali cześć tym swoim rodakom, którzy oddali życie za naszą wolność od faszyzmu. Było mi wstyd za polski rząd, wstyd za władze Warszawy.

Czas na kolejną odsłonę rosyjskiej „wojny o pamięć”. Centrum Rosyjsko-Polskiego Dialogu i Porozumienia (Rospolcentr), ogłosiło konkurs dla Polaków w wieku od 16 do 36 lat, „Rozmowa o przeszłości w imię przyszłości. Droga do Zwycięstwa”. Wystarczy wejść na stronę internetową Centrum – rospolcentr.ru, wypełnić krótki kwestionariusz (wszystko w j. polskim), odpowiedzieć na serię pytań z zakresu historii II wojny światowej i można przystąpić do części zasadniczej – nakręcenia krótkiego materiału video, lub napisania krótkiego eseju na jeden z dwóch tematów:
„Historia krewnego”, który uczestniczył w wyzwoleniu Polski spod okupacji hitlerowskich Niemiec, lub „Wspólne Zwycięstwo – ogólna historia” (o współpracy ZSRR i Polski w latach wojny).

Na zwycięzców czekają godne pozazdroszczenia nagrody: możliwość obserwacji parady zwycięstwa na Placu Czerwonym w Moskwie (9 maja) i podróż do miast „Złotego Pierścienia Rosji”. Termin nadsyłania prac mija 15 kwietnia.

To inicjatywa nie tylko piękna, ważna i potrzebna. To inicjatywa „zwykła”, bo… normalna w swym przekazie. Cóż, to w sumie nasza wina, że odzwyczailiśmy się od „normalności”. Znowu jednak, jako Polakowi, zrobiło mi się głupio… Organizacja bliźniacza do tej rosyjskiej działa też w Polsce i podobnie jak ta rosyjska jest organizacją rządową (a przynajmniej finansowaną ze środków publicznych). Słyszeliście by ta „nasza” robiła coś dla pojednania?

Protesty w Moskwie

Wybory w tym wielomilionowym (12 600 000 mieszkańców) mieście wykraczają swym znaczeniem poza zwykłe wybory samorządowe, choć nie odzwierciedlają nastrojów społecznych w całej Rosji. Na Prospekcie Sacharowa (tradycyjne miejsce mityngów różnych ugrupowań opozycyjnych) wczoraj zebrało się od 12 tysięcy (dane policji) do 22 tysięcy (dane organizatorów) ludzi, którzy protestowali przeciwko nie dopuszczeniu na listy wyborcze kandydatów opozycyjnych ugrupowań. Demonstracja była legalna i wcześniej uzgodniona z władzami miasta. Bezpośrednim powodem protestu była odmowa zarejestrowania na listach kandydatów wielu opozycyjnych polityków m.in. Dmitrija Gudkowa, Ilji Jaszyna i Sergieja Mitrochina. Ogółem komisja wyborcza odmówiła przyjęcia list z podpisami 57 kandydatów. Oficjalną przyczyną odmowy były naruszenia przepisów prawa podczas zbierania i przedstawienia komisji podpisów na listach poparcia dla poszczególnych kandydatów.
Protestujący żądali wpisania odrzuconych kandydatów na wyborcze listy. Zastępca przewodniczącego Centralnej Komisji Wyborczej Rosji Nikołaj Bułajew odpowiadał, że komisja nie ma prawa do dowolnego wpisywania na listy kandydatów ludzi, których kandydatury odrzucono. Zaznaczył, że odmowne decyzje można zaskarżyć w sądzie. Jednym z uczestników demonstracji był znany działacz opozycyjny Aleksiej Nawalny. Wezwał on uczestników demonstracji do rozpoczęcia 27 lipca bezterminowego protestu, jeśli odrzuceni kandydaci nie zostaną wpisani na listy wyborcze.

Wstrząśnięcie Rosją

Zatrzymanie dziennikarza opozycyjnego portalu Meduza, Iwana Gołunowa, przeprowadzone – wszystko na to wskazuje – z naruszeniem procedur i w celu zastraszenia, może wywołać w Rosji wstrząs, którego rezultaty będą trudne do przewidzenia.

Gołunowa zatrzymano 7 czerwca rano pod zarzutem posiadania i sprzedawania narkotyków. W jego plecaku znaleziono 5 pakiecików z białym proszkiem, a w mieszkaniu kolejne torebki z kokainą. Dziennikarz twierdzi, że narkotyki mu podrzucono, podczas zatrzymania pobito. Łączył zatrzymanie i zachowanie policji z jego dziennikarskimi śledztwami, poświęconymi przede wszystkim sprawom nielegalnego przejmowania mieszkań w Moskwie.
To ogromny, niesłychanie dochodowy i korupcyjny biznes, nie tylko w rosyjskiej stolicy, ale i w całym kraju. W tę przestępczą działalność zamieszane są całe gangi, powiązane z urzędnikami samorządowymi, organami ścigania, sądami i prokuraturą. Gołunow pisał właśnie o tym i najprawdopodobniej mocno naruszył czyjeś interesy. Stąd aresztowanie.
Tak burzliwej reakcji na zatrzymanie dziennikarza prawdopodobnie nikt się nie spodziewał. Trzy największe i najbardziej wpływowe rosyjskie gazety powiązane z wielkim biznesem: „Wiedomosti”, „Kommersant” i „RBK-Daily” wyszły dzisiaj z napisem zajmującym cała pierwszą stronę – „Jestem/śmy Iwanem Gołunowem”. Na policję i prokuraturę spadła fala zdecydowanej krytyki pozostałych rosyjskich mediów niezależnie od ich politycznej orientacji. Rosyjski Rzecznik Praw Człowieka Tatiana Moskalkowa ogłosiła, że bierze śledztwo pod obserwację, podobny nadzór zapowiedział przewodniczący parlamentarnej komisji ds. informacji, obrona Gołunowa zapowiedziała zwrócenie się do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Krytyka wzmogła się jeszcze, kiedy okazało się, że testy nie wykazały śladów narkotyków u Gołunowa, a na ciele ma ślady pobicia.
Prokuratura twardo żądała aresztu dla dziennikarza, ale sąd w Moskwie odmówił zastosowania tego środka zapobiegawczego, zamieniając go na areszt domowy.
Zatrzymanie Gołunowa i reakcje wokół tego wydarzenia mogą wstrząsnąć rosyjskim światem skorumpowanej polityki i biznesu. Jeżeli bowiem okaże się, a wszystko na to wskazuje, że była to nieudolnie zmontowana prowokacja przeciwko dziennikarzowi walczącemu z korupcja, to media, tak solidarne w tej sprawie, zażądają ukarania winnych i nie wystarczy im ukarania bijących policjantów i tych, którzy podrzucili człowiekowi narkotyki. Śledztwo pod społecznym i mediów nadzorem będzie musiało dotrzeć do zleceniodawców tego zatrzymania, a to z kolei może doprowadzić do całej wspomnianej wcześniej przestępczej struktury w stolicy. Tam małych przestępców nie ma – są tylko wielcy. I centralna władza będzie musiała zareagować, co zresztą może być jej na rękę – będzie miała powód, by pozbyć się kolejnych nielojalnych i skorumpowanych urzędników. Ewentualne zamiecenie sprawy pod dywan to ryzyko, że opinia publiczna po raz kolejny otrzyma sygnał, że władzy nie warto wierzyć.

Rewolucja październikowa

Wersja dla burżujów.

 

Wśród największych dziwów, jakie prawicowa władza postanowiła zafundować Polakom z okazji 100-lecia niepodległości, znalazło się monstrualne, przewidziane na 100 milionów pasażerów rocznie lotnisko, które ma powstać do 2027 roku w Baranowie pod Grodziskiem. Tym, którzy uwierzyli w te obietnice, sugerowałabym wycieczkę na Szeremietiewo. Tak dla porównania.

Moskwa ma oficjalnie 12,5, a nieoficjalnie nawet 17 milionów mieszkańców; jest drugim miastem w Europie i 11. na ziemi. Główne moskiewskie lotnisko, Szeremietiewo, zostało otwarte dla ruchu pasażerskiego w 1959 roku, w największym wówczas mocarstwie na świecie. Od tego czasu co i raz to jest rozbudowywane i powiększane: ostatnią wielką inwestycję, całkowicie nowy terminal B, otwarto w maju, w przeddzień tegorocznego mundialu. Pod koniec przyszłego roku ma ruszyć budowa terminala C1, w 2021 – C2. I to wszystko ma pozwolić, w 2026 roku, na obsługę 80 milionów pasażerów rocznie. Co oznacza podwojenie obecnej przepustowości; w 2017 roku przez Szeremietiewo przeszło prawie 41 milionów ludzi. Koncept, że polski rząd, w ciągu niespełna dekady, wybuduje w szczerym polu lotnisko, które zaćmi nową dumę Moskwy wydaje się pomysłem cokolwiek huzarskim.

Tym bardziej, że – nie da się ukryć – nie jest to duma zupełnie nieuzasadniona. Nowy terminal, wybudowany specjalnie na mistrzostwa świata w piłce nożnej za ponad ćwierć miliarda euro (cała inwestycja ma kosztować 630 mln. EU) miał być – jak ujęli to twórcy projektu lotniska – „drzwiami, przez które Rosja może opowiedzieć swoją historię i przywitać świat”.

Opracowanie projektu powierzono serbskim architektom ze szkockiej firmy RMJM, która od 60 lat realizuje swoje radykalne wizje, od Santiago po Singapur. Tym razem zespół architektów pod kierownictwem Jeleny Nikolic zdecydował się szukać inspiracji w rosyjskim konstruktywizmie – abstrakcyjnym nurcie sztuki z początków XX wieku, nieodwołanie wpisanym w estetykę, ale także i filozofię popaździernikowej Rosji. W wystroju hal i przejść, w posadzkach i na elewacjach znajdujemy abstrakcyjne wzory z fenomenalnych dzieł Lubow Popowej, Warwary Stepanowej, Aleksandra Rodczenki. Geometryczne kształty powtarzają się w obudowie kolumn podtrzymujących sufit i w samym suficie, jedyne w swoim rodzaju liternictwo awangardowych plakatów sztuki wyznacza halę przylotów i odlotów, a pasażerów wchodzących do hali bagażowej wita zajmujący całą ścianę wiersz Majakowskiego „Nasz marsz”.

„Radość piej, pój!
Wiosna tętni w nas krwią.
Serce, grzmi bój!
Piersi nasze – miedź trąb”

– wzywa podróżnych wieszcz rewolucji. Obok – jego olbrzymi portret pędzla Ela Lissitzky’ego. Poniżej, na posadce, mozaika nawiązująca do najsłynniejszego obrazu Lissitzky’ego – geometrycznej abstrakcji o zgoła konkretnym tytule „Czerwony klinem bij białych”. Oszczędne w kolorach, ograniczone do podstawowej palety geometryczne wzory towarzyszą podróżnym w terminalach i poczekalniach, wskazują drogę do ultramodernistycznej kolei, która w 4 minuty przewozi pasażerów między terminalami A i B, podziemnym korytarzem, prowadzącym pod pasami startowymi, bez maszynisty. To jednak trochę dziwaczne – ale, jak tłumaczy służba prasowa lotniska, dzieci bardzo się cieszą, że mogą siedzieć z przodu pociągu.

Uczciwie trzeba odnotować, że rewolucyjny radykalizm kończy się tam, gdzie zaczyna się typowe dla pasażerów lepszych klas upodobanie do luksusowej konsumpcji. Vipowski salon w nowym terminalu, nazwany ku czci wielkiego średniowiecznego pisarza ikon Andrieja Rublowa, przyozdobiony jest monstrualnymi ażurowymi konstrukcjami, które, wedle twórców projektu, mają łączyć w sobie cerkiewne kopuły z wieżą Tatlina – nigdy niezrealizowanym modernistycznym projektem pomnika III Międzynarodówki. Szczerze powiedziawszy, kopuły górujące nad najdłuższym na świecie, 34 – metrowym bufetem (oficjalny rekord Guinnessa) z przepychem carskiej Rosji kojarzą się na pierwszy rzut oka – skojarzenie ich z monumentem ku czci wspólnego frontu proletariuszy wszystkich krajów wymaga znacznie więcej wyobraźni.

Choć nie jest tak, że myśl radziecka nieobecna jest w burżuazyjnej strefie lotniska. W bardziej ekskluzywnym z nowych vipowskich salonów, dedykowanym Kandinskiemu, wśród pamiątek oferowanych za szybą dostrzegłam wydaną w 1942 roku kieszonkową edycję radiowych przemówień Stalina w 14 tomach. Cena, którą jak mi się zdawało zapamiętałam – 74 tys. rubli czyli około 1000 euro – wydała mi się na tyle absurdalna, że poprosiłam przeurocze panie z biura prasowego lotniska o sprawdzanie. Po godzinie przyszła odpowiedź: cena jest prawdopodobnie dobra, ale do końca zweryfikować się tego nie da, bo Stalin się sprzedał, a drugiego nie ma na składzie.

Wieczór nad rzeką Moskwą

W pierwszą lub drugą sobotę września Moskwa tradycyjnie obchodzi Dzień Miasta – w tym roku świętowała go 8 września. Największym bodaj wydarzeniem tegorocznego święta było otwarcie nowej, okazałej i arcynowocześnie wyposażonej sali koncertowej „Zariadje” – tuż koło Kremla, nad rzeką Moskwą.

 

Zariadje – to stara dzielnica rosyjskiej stolicy, część kremlowskiego podgrodzia, której nazwa pochodzi od lokalizacji „za torgowymi riadami” – za halami targowymi. Od wieków była żywym centrum mieszkalnym i handlowym; jeszcze w połowie XVI stuleciu wzniesiono tu stojący po dziś dzień tak zwany Stary Dwór Angielski – ośrodek kontaktów dyplomatycznych i handlowych Rosji Iwana Groźnego z elżbietańską Anglią. W końcu XIX wieku dzielnica jednak podupadła, przekształcając się w rejon nędzy i siedlisko lumpenproletariatu. W 1950 roku po wyburzeniu dotychczasowej zabudowy zaczęto tu wznosić kolejny moskiewski socrealistyczny wysokościowiec (omal więc nie mieliśmy tych słynnych „wysotek” osiem, a nie siedem), lecz po dojściu do władzy Chruszczowa budowę przerwano; ostatecznie w 1967 roku stanął tu zaprojektowany już w stylu „międzynarodowym” znacznie niższy, ale też gigantyczny (ćwierćkilometrowa fasada) hotel „Rossija”, w momencie ukończenia budowy największy na świecie, z prawie trzema tysiącami miejsc. Jako jeden z najbardziej prestiżowych hoteli rosyjskiej stolicy często gościł cudzoziemców – pamięta go również zapewne niejeden czytelnik „Trybuny”; pamięta się też, że miał w swych dziejach epizod tragiczny – wielki pożar z kilkudziesięcioma ofiarami śmiertelnymi. W 2006 roku, uznawszy architekturę gmachu za nielicującą z zabytkowym otoczeniem, przystąpiono do jego rozbiórki. Wielka pustynia w centrum miasta straszyła przez kilka lat – spierano się o to, co ma „Rossiję” zastąpić. W końcu zdecydowano się na efektowny park, otwarty dokładnie rok temu – też w Dniu Moskwy.
Dawnej „Rossiji” żałowałem głównie z jednego względu – w hotelowym kompleksie znajdowała się sala widowiskowa (też zresztą olbrzym – dwa i pół tysiąca miejsc), którą pamiętałem z wielu wspaniałych imprez muzycznych, baletowych czy filmowych; to właśnie tu przed czterdziestoma z górą laty zawierałem pierwszą bezpośrednią znajomość z legendarnym rosyjskim baletem (gościnne występy słynnej leningradzkiej trupy Leonida Jakobsona), to tu oglądałem wiele projekcji w ramach moskiewskich międzynarodowych festiwali filmowych. Nowa sala swą urodą i świetną akustyką rekompensuje tę stratę z nawiązką: z centralnie położoną estradą, z wijącymi się wzdłuż ścian falami balkonów czyni wrażenie bardzo duże. Mieści 1,6 tysiąca słuchaczy, nadto ma za sąsiadów salę kameralną na 400 miejsc i otwarty amfiteatr dla 1,5 tysiąca widzów.
Inauguracyjny koncert 8 września poprowadził najbardziej dziś chyba rozchwytywany i zapracowany dyrygent świata, czyli Walerij Giergijew, przywiózłszy z Petersburga chór i orkiestrę swego Teatru Maryjskiego; nawiązując do miejsca uroczystości, otworzył ją orkiestrowym wstępem do „Chowańszczyzny” Musorgskiego „Świt nad rzeką Moskwą”. Najsłynniejsza dziś sopranistka świata, czyli Anna Netrebko, pięknie zaśpiewała arię Marfy z ostatniego aktu „Carskiej narzeczonej” Rimskiego-Korsakowa; brawurowo wystąpili gwiazdorzy rosyjskiej pianistyki – nasz warszawski chopinowski laureat Daniił Trifonow (w „Rapsodii na temat Paganiniego” Rachmaninowa) i Denis Macujew (w I Koncercie Szostakowicza); jedyny gość z zagranicy – słynny skrzypek Pinchas Zukerman zagrał Serenadę melancholijną Czajkowskiego. Z dzieł twórców współczesnych wykonano „Uwerturę świąteczną” – napisany pół wieku temu, stylistycznie trochę przypominający jego słynne „Ozornyje czastuszki”, pełen wigoru utwór Rodiona Szczedrina; sędziwy już dziś, choć wciąż młody duchem, najwybitniejszy obok Sofii Gubajdulinej żyjący kompozytor rosyjski, mieszkający na poły w Monachium, na poły w Moskwie, był zresztą na sali obecny. Uświadomiłem sobie przy tej okazji raz jeszcze, jak mało o nim dziś w Polsce pamiętamy – wyjąwszy jego pisane dla Mai Plisieckiej balety „Carmen-suitę” i „Annę Kareninę”; czy na przykład któryś z naszych teatrów operowych kiedykolwiek odważy się na wystawienie jego bodaj najwybitniejszego utworu – opery „Martwe dusze”? (Giergijew ma dziś u siebie w Teatrze Maryjskim oper Szczedrina w repertuarze chyba pięć).
A ta nowa sala w Zariadju to przecież tylko jedna z wielu imponujących inwestycji dla muzyki, na jakie zdobyła się w naszym stuleciu Moskwa – w 2002 roku uruchomiono drugą scenę Teatru Wielkiego, w 2003 roku otwarto trzysalowy Międzynarodowy Dom Muzyki, potem poddano kapitalnemu remontowi główną scenę „Bolszowo”, w 2014 roku oddano do użytku salę koncertową „Filharmonia-2” w dawnej moskiewskiej wiosce olimpijskiej. Zaiste przykro się robi, kiedy porównamy to ze współczesnym tempem warszawskim – ślimaczeniem się jedynej w ostatnim ćwierćwieczu poważnej inwestycji dla działalności koncertowej, jaką jest budowa sali dla orkiestry Sinfonia Varsovia. Gdy w 2012 roku nakładem PIW-u ukazywała się moja monografia o tej orkiestrze, cytowałem w książce ówczesną zapowiedź warszawskich władz, że sala otworzy swe podwoje w roku 2016 – tymczasem do dziś budowa nawet się nie rozpoczęła.
Koncert w Zariadju transmitowała na żywo na cały świat telewizja Mezzo – i cały świat mógł też zobaczyć, że na ów koncert przybył sam Władimir Putin i posłuchać jego zgrabnego przemówienia. Nie była to zresztą pierwsza ważna ceremonia muzyczna, w której Putin uczestniczył i podczas której zabierał głos; o to, by publicznie manifestować swe zainteresowanie i wsparcie dla kultury wysokiej, Putin dba nad wyraz. Jakiż to kontrast w porównaniu z osobą, którą naród zatrudnił na analogicznym stanowisku u nas – Andrzej Duda swe ambicje duchowe zdaje się lokować gdzieś pomiędzy tymi właściwymi przeciętnemu ministrantowi i charakterystycznymi dla przeciętnego kibola; zważywszy przy tym na to, co permanentnie wyczynia, służyć może za najżywszą egzemplifikację trafności słynnych słów Szekspira, które ten włożył w usta Lorenca w „Kupcu weneckim”:

Człowiek, co nie ma w swych piersiach muzyki,
Którego rzewne nie wzruszają tony,
Do zdrad, podstępów, grabieży jest skłonny.
Duch jego ciężki jak ciemności nocne,
A myśli jego tak jak Ereb czarne.
Takiemu nigdy nie ufaj.

Kiedy 8 września wieczorem w Zariadju oddawała się radości rosyjska muzyka, kilkaset metrów od tego miejsca, ale też nad rzeką Moskwą , świętowała rosyjska literatura. W górującym nad okolicą domu Paszkowa, XVIII-wiecznym wczesnoklasycystycznym pałacu, przez wielu uważanym za najpiękniejszą świecką budowlę Moskwy, uroczyście honorowano zagranicznych tłumaczy rosyjskiej literatury pięknej, wręczając im tradycyjne, przyznawane co dwa lata nagrody. Ubiegało się o nie 178 przekładów z 33 krajów – zarówno tłumaczeń rosyjskiej klasyki, jak i literatury współczesnej, w tym utworów, które w oryginale ujrzały światło dzienne zaledwie przed dwoma czy trzema laty. Polska była tu niemal nieobecna – z naszego kraju nadesłano zaledwie jedno zgłoszenie, choć zaszło ono wysoko, aż do grona finalistów; był to opublikowany przez Wydawnictwo Adam Marszałek przekład powieści Michaiła Kurajewa „Sprawa Kukujewa”, dokonany przez Jana Cichockiego, który – dodajmy – niedawno dał nam też nowe, wyborne tłumaczenie „Mistrza i Małgorzaty” Bułhakowa.
W kategorii „Rosyjska literatura współczesna” główną nagrodę w translatorskim konkursie otrzymał wydany w Wielkiej Brytanii przekład powieści „Próby” Władimira Szarowa. Tego zmarłego przed miesiącem wybitnego prozaika w Polsce dotąd jeszcze nie publikowaliśmy; że współczesnej literatury rosyjskiej wydajemy w Polsce niezbyt wiele, ogólnie wiadomo, a z klasyką jest bodaj jeszcze gorzej. Tym, którzy mimo wszystko poniechać kontaktu z tą literaturą nie mają zamiaru, pozwolę sobie zwrócić uwagę przynajmniej na dwie pozycje z ostatnich lat, które zostały już u nas przetłumaczone, ale mogły nie wpaść im jeszcze w ręce: „Laur” Jewgienija Wodołazkina i „Klasztor” głośnego już w świecie Zachara Prilepina. Ta pierwsza – to fascynująca opowieść o człowieku i społeczeństwie rosyjskiego średniowiecza, której bohaterem jest piętnastowieczny lekarz-uzdrowiciel, zarazem epos i przypowieść, ze smakowitymi przy tym postmodernistycznymi inkrustacjami (autora niebawem okrzyknięto „rosyjskim Umbertem Eco”). Ta druga – to panoramiczne płótno o Rosji lat dwudziestych ubiegłego wieku, ukazanej przez pryzmat losów więźniów i nadzorców łagru w monasterze na Wyspach Sołowieckich, Rosji w całej jej ówczesnej apokaliptycznej zawierusze i wielkim wewnętrznym konflikcie, gdzie mieszają się i walczą ze sobą sprzeczne racje, wiary, uczucia. Obu tym, wydanym już w wielu krajach powieściom nie waham się przyznać miana prawdziwych rewelacji…

Wojna polsko-ukraińska pod krzyżem na drogę

Wystrzał ostrzegawczy poszybował z Warszawy w stronę Kijowa. Odpalił go poseł Kornel Morawiecki, „Marszałkiem seniorem” zwany. Były lider „Solidarności Walczącej”, ideowy antykomunista, obecny lider kanapowego koła parlamentarnego. A także ojciec pana premiera Mateusza Morawickiego.
Powiedział on w publicznych wywiadach dla mediów polskich i rosyjskich to, za co inny obywatel IV RP mógłby zostać szybko aresztowany. I oskarżony o agenturę rosyjskich wpływów.
Rzekł on bowiem: Rosja nie prowadzi agresywnej polityki”. Wojna na Ukrainie to „w pewnym sensie wojna domowa, zderzenie dwóch racji /…/ Na Krymie pierwsi kamieniem rzucili Rosjanie, ale wcześniej w Kijowie obalono demokratycznie wybranego prezydenta Janukowycza, który na prorosyjskim wschodzie i południu kraju miał ogromne poparcie. /…/ Krym został przejęty przez Rosjan bez walki. Ukraińskie wojsko przeszło na stronę Moskwy. Mieszkańcy Krymu wyrazili swą wolę w referendum”.
I stwierdził dobitnie: „Rosja nie ma żadnego interesu w tym, żeby użyć siły militarnej przeciwko Polsce. Rosjanie od czterech lat bronią się rękami i nogami, żeby tylko nie zająć Doniecka, to cóż dopiero mówić o agresji na Polskę /…/ Gazociąg Północny to efekt fatalnej polityki wschodniej Warszawy. Rosjanie chcieli przeprowadzić drugą nitkę Jamalu przez Polskę. Myśmy sie na to nie zgodzili, bo gazociąg miał iść nie przez Ukrainę, tylko przez Białoruś. Gdybyśmy nie postawili interesów Kijowa ponad naszymi, Rosjanie nie musieliby dogadywać się z Niemcami. A teraz będziemy przepłacać za amerykański gaz /…/ Nasza polityka zagraniczna sprowadza się niestety do odgrywania roli marionetki Waszyngtonu.
I na koniec snuje program takiej współpracy: Europa traci swą moc. Mogłaby ją odzyskać, gdyby połączyła się z Rosją. Jeśli do tego nie dojdzie, to wielki potencjał Syberii z czasem wpadnie w ręce Chin. Tylko w połączeniu z Rosją i jej ogromnym potencjałem Europa może stać się światową potęga – w sensie duchowym, gospodarczym, militarnym. Tylko taki sojusz zapobiegnie ostatecznej groźbie kolejnej wojny światowej z udziałem broni jądrowej, która doprowadzi do zniszczenia podstaw cywilizacji.
Ale taka Unia Europejska z Rosją nie jest obecnie możliwa , bo również rosyjskie władze i rosyjskie media nastawiają Rosję przeciwko Polakom. To przykre, że nieporozumienie psuje relacje z dwoma największymi narodami w regionie.
Głos Morawieckiego seniora zainicjował dyskusję wewnątrz elit PiS o przyszłej ich polityce wschodniej.
W przyszłym roku odbędą się prezydenckie wybory na Ukrainie. Wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że ekipa prezydenta Petro Poroszenki straci władzę. Głoszony przez nią postulat wejścia Ukrainy do UE i NATO też traci tam zwolenników. Ale ochłodzenie miłości do Zachodu nie równa się wzrostowi sentymentu do Rosji. Nawet w tradycyjnie prorosyjskich regionach antymoskiewskie nastroje wzrosły. Rosja nie jest postrzegana jako brat, zwłaszcza Wielki Brat, lecz jedynie jako sąsiad. Trudny we współżyciu, ale znany od lat. Dobry partner do biznesu, ale na równoprawnych warunkach.

 

Trzecia droga

Na Ukrainie zwycięża koncepcja „Trzeciej Drogi”. Pisałem o niej jeszcze przed Majdanem, bo była wtedy popularna w środowiskach politologów i publicystów. Teraz rozpleniła się na fali rosnących nacjonalistycznych nastrojów.
Jej zwolennicy tak mówią. Skoro nie chcemy być młodszym bratem Moskwy, skoro nie chce nas Unia Europejska, to pójdźmy własna drogą. Bądźmy taką „drugą Turcją”. Bądźmy jak Turcja zintegrowani gospodarczo z Unią Europejską, ale bez przyjmowania obcych nam wartości „Gejoeuropy”. Bądźmy, jak Turcja, w sojuszu wojskowym z USA, bądźmy ich flanką wojskową, co nam da gwarancje bezpieczeństwa wobec Moskwy. Nie odpuszczamy Krymu i Donbasu, ale sprawę powrotu tych terytorium odłóżmy na przyszłość. Nie będziemy zakładnikami tego problemu. Dzięki temu odmrozimy kontakty i współpracę gospodarczą z Rosją. Ale nie zahamujemy budowy ukraińskiej tożsamości narodowo – kulturalnej.
Zwolennicy „Trzeciej Drogi” i „Drugiej Turcji” chcą być jak to sprytne ciele, które będzie jednocześnie ssać cycek europejski, chiński, amerykański, i nie pogardzi jeszcze rosyjskim. Chcą być geopolitycznym, aktywnym mostem pomiędzy Waszyngtonem, Berlinem, Brukselą i Moskwą.
Jeśli na Ukrainie wygrają zwolennicy „Drugiej Turcji”, to Warszawa przestanie być potrzebna w Kijowie jako adwokat ukraińskich interesów w Brukseli. Dostrzegły to już elity PiS i pan Naczelnik Polski. Marginalizacja roli Warszawy w oczach Kijów i brak relacji Polski z Rosją grozi totalną klęską polityki wschodniej elit PiS.

 

Czwarty Rzym

Ważnym filarem „drugiej Turcji” ma być autokefalia Ukraińskiej Cerkwi Prawosławnej. W kwietniu administracja prezydenta Poroszenki poinformowała, że Święty Synod Patriarchatu Ekumenicznego w Konstantynopolu zaakceptował rozpatrzenie prośby władz Ukrainy o nadanie jej cerkwi autokefalii. Czyli uniezależnienia administracyjnego ukraińskich prawosławnych od patriarchatu w Moskwie. Prośba ta szybko została przychylnie skomentowana przez tytularnego zwierzchnika światowego prawosławia, Bartłomieja patriarchę Konstantynopola.
Co to oznacza dla chrześcijan za naszą wschodnią granicą? Autokefalia ukraińskiej cerkwi osłabia cerkiew moskiewską. Największą na świecie, zwaną często „Trzecim Rzymem”.
Prawdopodobnym jest, że po rozłamie miano największej cerkwi otrzyma Kijów, bo prawosławie na Ukrainie liczne jest i najszybciej pozyskuje młodych wyznawców. Zatem idący „Trzecią Drogą” ku „Drugiej Turcji” Kijów ma szanse zostać „Czwartym Rzymem”. Przynajmniej teoretycznie.
Praktyka może okazać się inna i bolesna. Moskwa będzie się tej autokefalii sprzeciwiać. Sprzeciw mogą wyrazić inne narodowe cerkwie prawosławne. Już teraz wstrzemięźliwość wobec kijowskich planów zasygnalizowały cerkwie serbska i polska.
Trudno też ocenić, ilu wiernych na Ukrainie zaakceptuje nową autokefalię. Już teraz istnieją tam trzy odrębne cerkwie. Jedna związana z Moskwą, dwie separatystyczne. Trudno ocenić, czy proces jednoczenia ukraińskich prawosławnych przez podział cerkwi moskiewskiej, przejdzie spokojnie czy wznieci wojnę religijną na Ukrainie?
Działania Kijowa są tez niezgodne z obecnie prowadzoną przez Watykan polityką wschodnią. Jej filarem jest plan porozumienia z patriarchatem moskiewskim, zorganizowanie spotkania papieża Franciszka i patriarchy Cyryla w Moskwie.
Administracja watykańska woli znaną od lat, przewidywalną, patriarchalną Moskwę, od nowej centrali w Kijowie. Obawia się też, że nowa, młoda, czyli ekspansywna ukraińska autokefaliczna cerkiew zechce zwiększyć swą kontrolę nad związanym z Watykanem ukraińskim kościołem grekokatolickim.
Zatem, jeśli władze w Kijowie zdecydują się iść „Trzecią Drogą” ku „Drugiej Turcji” i „Czwartemu Rzymowi”, to Warszawa może demonstracyjnie odmrozić relacje z Moskwą. A dotychczasowym ukraińskim braciom życzyć przysłowiowego „krzyża na drogę”.