Protesty w Moskwie

Wybory w tym wielomilionowym (12 600 000 mieszkańców) mieście wykraczają swym znaczeniem poza zwykłe wybory samorządowe, choć nie odzwierciedlają nastrojów społecznych w całej Rosji. Na Prospekcie Sacharowa (tradycyjne miejsce mityngów różnych ugrupowań opozycyjnych) wczoraj zebrało się od 12 tysięcy (dane policji) do 22 tysięcy (dane organizatorów) ludzi, którzy protestowali przeciwko nie dopuszczeniu na listy wyborcze kandydatów opozycyjnych ugrupowań. Demonstracja była legalna i wcześniej uzgodniona z władzami miasta. Bezpośrednim powodem protestu była odmowa zarejestrowania na listach kandydatów wielu opozycyjnych polityków m.in. Dmitrija Gudkowa, Ilji Jaszyna i Sergieja Mitrochina. Ogółem komisja wyborcza odmówiła przyjęcia list z podpisami 57 kandydatów. Oficjalną przyczyną odmowy były naruszenia przepisów prawa podczas zbierania i przedstawienia komisji podpisów na listach poparcia dla poszczególnych kandydatów.
Protestujący żądali wpisania odrzuconych kandydatów na wyborcze listy. Zastępca przewodniczącego Centralnej Komisji Wyborczej Rosji Nikołaj Bułajew odpowiadał, że komisja nie ma prawa do dowolnego wpisywania na listy kandydatów ludzi, których kandydatury odrzucono. Zaznaczył, że odmowne decyzje można zaskarżyć w sądzie. Jednym z uczestników demonstracji był znany działacz opozycyjny Aleksiej Nawalny. Wezwał on uczestników demonstracji do rozpoczęcia 27 lipca bezterminowego protestu, jeśli odrzuceni kandydaci nie zostaną wpisani na listy wyborcze.

Wstrząśnięcie Rosją

Zatrzymanie dziennikarza opozycyjnego portalu Meduza, Iwana Gołunowa, przeprowadzone – wszystko na to wskazuje – z naruszeniem procedur i w celu zastraszenia, może wywołać w Rosji wstrząs, którego rezultaty będą trudne do przewidzenia.

Gołunowa zatrzymano 7 czerwca rano pod zarzutem posiadania i sprzedawania narkotyków. W jego plecaku znaleziono 5 pakiecików z białym proszkiem, a w mieszkaniu kolejne torebki z kokainą. Dziennikarz twierdzi, że narkotyki mu podrzucono, podczas zatrzymania pobito. Łączył zatrzymanie i zachowanie policji z jego dziennikarskimi śledztwami, poświęconymi przede wszystkim sprawom nielegalnego przejmowania mieszkań w Moskwie.
To ogromny, niesłychanie dochodowy i korupcyjny biznes, nie tylko w rosyjskiej stolicy, ale i w całym kraju. W tę przestępczą działalność zamieszane są całe gangi, powiązane z urzędnikami samorządowymi, organami ścigania, sądami i prokuraturą. Gołunow pisał właśnie o tym i najprawdopodobniej mocno naruszył czyjeś interesy. Stąd aresztowanie.
Tak burzliwej reakcji na zatrzymanie dziennikarza prawdopodobnie nikt się nie spodziewał. Trzy największe i najbardziej wpływowe rosyjskie gazety powiązane z wielkim biznesem: „Wiedomosti”, „Kommersant” i „RBK-Daily” wyszły dzisiaj z napisem zajmującym cała pierwszą stronę – „Jestem/śmy Iwanem Gołunowem”. Na policję i prokuraturę spadła fala zdecydowanej krytyki pozostałych rosyjskich mediów niezależnie od ich politycznej orientacji. Rosyjski Rzecznik Praw Człowieka Tatiana Moskalkowa ogłosiła, że bierze śledztwo pod obserwację, podobny nadzór zapowiedział przewodniczący parlamentarnej komisji ds. informacji, obrona Gołunowa zapowiedziała zwrócenie się do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Krytyka wzmogła się jeszcze, kiedy okazało się, że testy nie wykazały śladów narkotyków u Gołunowa, a na ciele ma ślady pobicia.
Prokuratura twardo żądała aresztu dla dziennikarza, ale sąd w Moskwie odmówił zastosowania tego środka zapobiegawczego, zamieniając go na areszt domowy.
Zatrzymanie Gołunowa i reakcje wokół tego wydarzenia mogą wstrząsnąć rosyjskim światem skorumpowanej polityki i biznesu. Jeżeli bowiem okaże się, a wszystko na to wskazuje, że była to nieudolnie zmontowana prowokacja przeciwko dziennikarzowi walczącemu z korupcja, to media, tak solidarne w tej sprawie, zażądają ukarania winnych i nie wystarczy im ukarania bijących policjantów i tych, którzy podrzucili człowiekowi narkotyki. Śledztwo pod społecznym i mediów nadzorem będzie musiało dotrzeć do zleceniodawców tego zatrzymania, a to z kolei może doprowadzić do całej wspomnianej wcześniej przestępczej struktury w stolicy. Tam małych przestępców nie ma – są tylko wielcy. I centralna władza będzie musiała zareagować, co zresztą może być jej na rękę – będzie miała powód, by pozbyć się kolejnych nielojalnych i skorumpowanych urzędników. Ewentualne zamiecenie sprawy pod dywan to ryzyko, że opinia publiczna po raz kolejny otrzyma sygnał, że władzy nie warto wierzyć.

Rewolucja październikowa

Wersja dla burżujów.

 

Wśród największych dziwów, jakie prawicowa władza postanowiła zafundować Polakom z okazji 100-lecia niepodległości, znalazło się monstrualne, przewidziane na 100 milionów pasażerów rocznie lotnisko, które ma powstać do 2027 roku w Baranowie pod Grodziskiem. Tym, którzy uwierzyli w te obietnice, sugerowałabym wycieczkę na Szeremietiewo. Tak dla porównania.

Moskwa ma oficjalnie 12,5, a nieoficjalnie nawet 17 milionów mieszkańców; jest drugim miastem w Europie i 11. na ziemi. Główne moskiewskie lotnisko, Szeremietiewo, zostało otwarte dla ruchu pasażerskiego w 1959 roku, w największym wówczas mocarstwie na świecie. Od tego czasu co i raz to jest rozbudowywane i powiększane: ostatnią wielką inwestycję, całkowicie nowy terminal B, otwarto w maju, w przeddzień tegorocznego mundialu. Pod koniec przyszłego roku ma ruszyć budowa terminala C1, w 2021 – C2. I to wszystko ma pozwolić, w 2026 roku, na obsługę 80 milionów pasażerów rocznie. Co oznacza podwojenie obecnej przepustowości; w 2017 roku przez Szeremietiewo przeszło prawie 41 milionów ludzi. Koncept, że polski rząd, w ciągu niespełna dekady, wybuduje w szczerym polu lotnisko, które zaćmi nową dumę Moskwy wydaje się pomysłem cokolwiek huzarskim.

Tym bardziej, że – nie da się ukryć – nie jest to duma zupełnie nieuzasadniona. Nowy terminal, wybudowany specjalnie na mistrzostwa świata w piłce nożnej za ponad ćwierć miliarda euro (cała inwestycja ma kosztować 630 mln. EU) miał być – jak ujęli to twórcy projektu lotniska – „drzwiami, przez które Rosja może opowiedzieć swoją historię i przywitać świat”.

Opracowanie projektu powierzono serbskim architektom ze szkockiej firmy RMJM, która od 60 lat realizuje swoje radykalne wizje, od Santiago po Singapur. Tym razem zespół architektów pod kierownictwem Jeleny Nikolic zdecydował się szukać inspiracji w rosyjskim konstruktywizmie – abstrakcyjnym nurcie sztuki z początków XX wieku, nieodwołanie wpisanym w estetykę, ale także i filozofię popaździernikowej Rosji. W wystroju hal i przejść, w posadzkach i na elewacjach znajdujemy abstrakcyjne wzory z fenomenalnych dzieł Lubow Popowej, Warwary Stepanowej, Aleksandra Rodczenki. Geometryczne kształty powtarzają się w obudowie kolumn podtrzymujących sufit i w samym suficie, jedyne w swoim rodzaju liternictwo awangardowych plakatów sztuki wyznacza halę przylotów i odlotów, a pasażerów wchodzących do hali bagażowej wita zajmujący całą ścianę wiersz Majakowskiego „Nasz marsz”.

„Radość piej, pój!
Wiosna tętni w nas krwią.
Serce, grzmi bój!
Piersi nasze – miedź trąb”

– wzywa podróżnych wieszcz rewolucji. Obok – jego olbrzymi portret pędzla Ela Lissitzky’ego. Poniżej, na posadce, mozaika nawiązująca do najsłynniejszego obrazu Lissitzky’ego – geometrycznej abstrakcji o zgoła konkretnym tytule „Czerwony klinem bij białych”. Oszczędne w kolorach, ograniczone do podstawowej palety geometryczne wzory towarzyszą podróżnym w terminalach i poczekalniach, wskazują drogę do ultramodernistycznej kolei, która w 4 minuty przewozi pasażerów między terminalami A i B, podziemnym korytarzem, prowadzącym pod pasami startowymi, bez maszynisty. To jednak trochę dziwaczne – ale, jak tłumaczy służba prasowa lotniska, dzieci bardzo się cieszą, że mogą siedzieć z przodu pociągu.

Uczciwie trzeba odnotować, że rewolucyjny radykalizm kończy się tam, gdzie zaczyna się typowe dla pasażerów lepszych klas upodobanie do luksusowej konsumpcji. Vipowski salon w nowym terminalu, nazwany ku czci wielkiego średniowiecznego pisarza ikon Andrieja Rublowa, przyozdobiony jest monstrualnymi ażurowymi konstrukcjami, które, wedle twórców projektu, mają łączyć w sobie cerkiewne kopuły z wieżą Tatlina – nigdy niezrealizowanym modernistycznym projektem pomnika III Międzynarodówki. Szczerze powiedziawszy, kopuły górujące nad najdłuższym na świecie, 34 – metrowym bufetem (oficjalny rekord Guinnessa) z przepychem carskiej Rosji kojarzą się na pierwszy rzut oka – skojarzenie ich z monumentem ku czci wspólnego frontu proletariuszy wszystkich krajów wymaga znacznie więcej wyobraźni.

Choć nie jest tak, że myśl radziecka nieobecna jest w burżuazyjnej strefie lotniska. W bardziej ekskluzywnym z nowych vipowskich salonów, dedykowanym Kandinskiemu, wśród pamiątek oferowanych za szybą dostrzegłam wydaną w 1942 roku kieszonkową edycję radiowych przemówień Stalina w 14 tomach. Cena, którą jak mi się zdawało zapamiętałam – 74 tys. rubli czyli około 1000 euro – wydała mi się na tyle absurdalna, że poprosiłam przeurocze panie z biura prasowego lotniska o sprawdzanie. Po godzinie przyszła odpowiedź: cena jest prawdopodobnie dobra, ale do końca zweryfikować się tego nie da, bo Stalin się sprzedał, a drugiego nie ma na składzie.

Wieczór nad rzeką Moskwą

W pierwszą lub drugą sobotę września Moskwa tradycyjnie obchodzi Dzień Miasta – w tym roku świętowała go 8 września. Największym bodaj wydarzeniem tegorocznego święta było otwarcie nowej, okazałej i arcynowocześnie wyposażonej sali koncertowej „Zariadje” – tuż koło Kremla, nad rzeką Moskwą.

 

Zariadje – to stara dzielnica rosyjskiej stolicy, część kremlowskiego podgrodzia, której nazwa pochodzi od lokalizacji „za torgowymi riadami” – za halami targowymi. Od wieków była żywym centrum mieszkalnym i handlowym; jeszcze w połowie XVI stuleciu wzniesiono tu stojący po dziś dzień tak zwany Stary Dwór Angielski – ośrodek kontaktów dyplomatycznych i handlowych Rosji Iwana Groźnego z elżbietańską Anglią. W końcu XIX wieku dzielnica jednak podupadła, przekształcając się w rejon nędzy i siedlisko lumpenproletariatu. W 1950 roku po wyburzeniu dotychczasowej zabudowy zaczęto tu wznosić kolejny moskiewski socrealistyczny wysokościowiec (omal więc nie mieliśmy tych słynnych „wysotek” osiem, a nie siedem), lecz po dojściu do władzy Chruszczowa budowę przerwano; ostatecznie w 1967 roku stanął tu zaprojektowany już w stylu „międzynarodowym” znacznie niższy, ale też gigantyczny (ćwierćkilometrowa fasada) hotel „Rossija”, w momencie ukończenia budowy największy na świecie, z prawie trzema tysiącami miejsc. Jako jeden z najbardziej prestiżowych hoteli rosyjskiej stolicy często gościł cudzoziemców – pamięta go również zapewne niejeden czytelnik „Trybuny”; pamięta się też, że miał w swych dziejach epizod tragiczny – wielki pożar z kilkudziesięcioma ofiarami śmiertelnymi. W 2006 roku, uznawszy architekturę gmachu za nielicującą z zabytkowym otoczeniem, przystąpiono do jego rozbiórki. Wielka pustynia w centrum miasta straszyła przez kilka lat – spierano się o to, co ma „Rossiję” zastąpić. W końcu zdecydowano się na efektowny park, otwarty dokładnie rok temu – też w Dniu Moskwy.
Dawnej „Rossiji” żałowałem głównie z jednego względu – w hotelowym kompleksie znajdowała się sala widowiskowa (też zresztą olbrzym – dwa i pół tysiąca miejsc), którą pamiętałem z wielu wspaniałych imprez muzycznych, baletowych czy filmowych; to właśnie tu przed czterdziestoma z górą laty zawierałem pierwszą bezpośrednią znajomość z legendarnym rosyjskim baletem (gościnne występy słynnej leningradzkiej trupy Leonida Jakobsona), to tu oglądałem wiele projekcji w ramach moskiewskich międzynarodowych festiwali filmowych. Nowa sala swą urodą i świetną akustyką rekompensuje tę stratę z nawiązką: z centralnie położoną estradą, z wijącymi się wzdłuż ścian falami balkonów czyni wrażenie bardzo duże. Mieści 1,6 tysiąca słuchaczy, nadto ma za sąsiadów salę kameralną na 400 miejsc i otwarty amfiteatr dla 1,5 tysiąca widzów.
Inauguracyjny koncert 8 września poprowadził najbardziej dziś chyba rozchwytywany i zapracowany dyrygent świata, czyli Walerij Giergijew, przywiózłszy z Petersburga chór i orkiestrę swego Teatru Maryjskiego; nawiązując do miejsca uroczystości, otworzył ją orkiestrowym wstępem do „Chowańszczyzny” Musorgskiego „Świt nad rzeką Moskwą”. Najsłynniejsza dziś sopranistka świata, czyli Anna Netrebko, pięknie zaśpiewała arię Marfy z ostatniego aktu „Carskiej narzeczonej” Rimskiego-Korsakowa; brawurowo wystąpili gwiazdorzy rosyjskiej pianistyki – nasz warszawski chopinowski laureat Daniił Trifonow (w „Rapsodii na temat Paganiniego” Rachmaninowa) i Denis Macujew (w I Koncercie Szostakowicza); jedyny gość z zagranicy – słynny skrzypek Pinchas Zukerman zagrał Serenadę melancholijną Czajkowskiego. Z dzieł twórców współczesnych wykonano „Uwerturę świąteczną” – napisany pół wieku temu, stylistycznie trochę przypominający jego słynne „Ozornyje czastuszki”, pełen wigoru utwór Rodiona Szczedrina; sędziwy już dziś, choć wciąż młody duchem, najwybitniejszy obok Sofii Gubajdulinej żyjący kompozytor rosyjski, mieszkający na poły w Monachium, na poły w Moskwie, był zresztą na sali obecny. Uświadomiłem sobie przy tej okazji raz jeszcze, jak mało o nim dziś w Polsce pamiętamy – wyjąwszy jego pisane dla Mai Plisieckiej balety „Carmen-suitę” i „Annę Kareninę”; czy na przykład któryś z naszych teatrów operowych kiedykolwiek odważy się na wystawienie jego bodaj najwybitniejszego utworu – opery „Martwe dusze”? (Giergijew ma dziś u siebie w Teatrze Maryjskim oper Szczedrina w repertuarze chyba pięć).
A ta nowa sala w Zariadju to przecież tylko jedna z wielu imponujących inwestycji dla muzyki, na jakie zdobyła się w naszym stuleciu Moskwa – w 2002 roku uruchomiono drugą scenę Teatru Wielkiego, w 2003 roku otwarto trzysalowy Międzynarodowy Dom Muzyki, potem poddano kapitalnemu remontowi główną scenę „Bolszowo”, w 2014 roku oddano do użytku salę koncertową „Filharmonia-2” w dawnej moskiewskiej wiosce olimpijskiej. Zaiste przykro się robi, kiedy porównamy to ze współczesnym tempem warszawskim – ślimaczeniem się jedynej w ostatnim ćwierćwieczu poważnej inwestycji dla działalności koncertowej, jaką jest budowa sali dla orkiestry Sinfonia Varsovia. Gdy w 2012 roku nakładem PIW-u ukazywała się moja monografia o tej orkiestrze, cytowałem w książce ówczesną zapowiedź warszawskich władz, że sala otworzy swe podwoje w roku 2016 – tymczasem do dziś budowa nawet się nie rozpoczęła.
Koncert w Zariadju transmitowała na żywo na cały świat telewizja Mezzo – i cały świat mógł też zobaczyć, że na ów koncert przybył sam Władimir Putin i posłuchać jego zgrabnego przemówienia. Nie była to zresztą pierwsza ważna ceremonia muzyczna, w której Putin uczestniczył i podczas której zabierał głos; o to, by publicznie manifestować swe zainteresowanie i wsparcie dla kultury wysokiej, Putin dba nad wyraz. Jakiż to kontrast w porównaniu z osobą, którą naród zatrudnił na analogicznym stanowisku u nas – Andrzej Duda swe ambicje duchowe zdaje się lokować gdzieś pomiędzy tymi właściwymi przeciętnemu ministrantowi i charakterystycznymi dla przeciętnego kibola; zważywszy przy tym na to, co permanentnie wyczynia, służyć może za najżywszą egzemplifikację trafności słynnych słów Szekspira, które ten włożył w usta Lorenca w „Kupcu weneckim”:

Człowiek, co nie ma w swych piersiach muzyki,
Którego rzewne nie wzruszają tony,
Do zdrad, podstępów, grabieży jest skłonny.
Duch jego ciężki jak ciemności nocne,
A myśli jego tak jak Ereb czarne.
Takiemu nigdy nie ufaj.

Kiedy 8 września wieczorem w Zariadju oddawała się radości rosyjska muzyka, kilkaset metrów od tego miejsca, ale też nad rzeką Moskwą , świętowała rosyjska literatura. W górującym nad okolicą domu Paszkowa, XVIII-wiecznym wczesnoklasycystycznym pałacu, przez wielu uważanym za najpiękniejszą świecką budowlę Moskwy, uroczyście honorowano zagranicznych tłumaczy rosyjskiej literatury pięknej, wręczając im tradycyjne, przyznawane co dwa lata nagrody. Ubiegało się o nie 178 przekładów z 33 krajów – zarówno tłumaczeń rosyjskiej klasyki, jak i literatury współczesnej, w tym utworów, które w oryginale ujrzały światło dzienne zaledwie przed dwoma czy trzema laty. Polska była tu niemal nieobecna – z naszego kraju nadesłano zaledwie jedno zgłoszenie, choć zaszło ono wysoko, aż do grona finalistów; był to opublikowany przez Wydawnictwo Adam Marszałek przekład powieści Michaiła Kurajewa „Sprawa Kukujewa”, dokonany przez Jana Cichockiego, który – dodajmy – niedawno dał nam też nowe, wyborne tłumaczenie „Mistrza i Małgorzaty” Bułhakowa.
W kategorii „Rosyjska literatura współczesna” główną nagrodę w translatorskim konkursie otrzymał wydany w Wielkiej Brytanii przekład powieści „Próby” Władimira Szarowa. Tego zmarłego przed miesiącem wybitnego prozaika w Polsce dotąd jeszcze nie publikowaliśmy; że współczesnej literatury rosyjskiej wydajemy w Polsce niezbyt wiele, ogólnie wiadomo, a z klasyką jest bodaj jeszcze gorzej. Tym, którzy mimo wszystko poniechać kontaktu z tą literaturą nie mają zamiaru, pozwolę sobie zwrócić uwagę przynajmniej na dwie pozycje z ostatnich lat, które zostały już u nas przetłumaczone, ale mogły nie wpaść im jeszcze w ręce: „Laur” Jewgienija Wodołazkina i „Klasztor” głośnego już w świecie Zachara Prilepina. Ta pierwsza – to fascynująca opowieść o człowieku i społeczeństwie rosyjskiego średniowiecza, której bohaterem jest piętnastowieczny lekarz-uzdrowiciel, zarazem epos i przypowieść, ze smakowitymi przy tym postmodernistycznymi inkrustacjami (autora niebawem okrzyknięto „rosyjskim Umbertem Eco”). Ta druga – to panoramiczne płótno o Rosji lat dwudziestych ubiegłego wieku, ukazanej przez pryzmat losów więźniów i nadzorców łagru w monasterze na Wyspach Sołowieckich, Rosji w całej jej ówczesnej apokaliptycznej zawierusze i wielkim wewnętrznym konflikcie, gdzie mieszają się i walczą ze sobą sprzeczne racje, wiary, uczucia. Obu tym, wydanym już w wielu krajach powieściom nie waham się przyznać miana prawdziwych rewelacji…

Wojna polsko-ukraińska pod krzyżem na drogę

Wystrzał ostrzegawczy poszybował z Warszawy w stronę Kijowa. Odpalił go poseł Kornel Morawiecki, „Marszałkiem seniorem” zwany. Były lider „Solidarności Walczącej”, ideowy antykomunista, obecny lider kanapowego koła parlamentarnego. A także ojciec pana premiera Mateusza Morawickiego.
Powiedział on w publicznych wywiadach dla mediów polskich i rosyjskich to, za co inny obywatel IV RP mógłby zostać szybko aresztowany. I oskarżony o agenturę rosyjskich wpływów.
Rzekł on bowiem: Rosja nie prowadzi agresywnej polityki”. Wojna na Ukrainie to „w pewnym sensie wojna domowa, zderzenie dwóch racji /…/ Na Krymie pierwsi kamieniem rzucili Rosjanie, ale wcześniej w Kijowie obalono demokratycznie wybranego prezydenta Janukowycza, który na prorosyjskim wschodzie i południu kraju miał ogromne poparcie. /…/ Krym został przejęty przez Rosjan bez walki. Ukraińskie wojsko przeszło na stronę Moskwy. Mieszkańcy Krymu wyrazili swą wolę w referendum”.
I stwierdził dobitnie: „Rosja nie ma żadnego interesu w tym, żeby użyć siły militarnej przeciwko Polsce. Rosjanie od czterech lat bronią się rękami i nogami, żeby tylko nie zająć Doniecka, to cóż dopiero mówić o agresji na Polskę /…/ Gazociąg Północny to efekt fatalnej polityki wschodniej Warszawy. Rosjanie chcieli przeprowadzić drugą nitkę Jamalu przez Polskę. Myśmy sie na to nie zgodzili, bo gazociąg miał iść nie przez Ukrainę, tylko przez Białoruś. Gdybyśmy nie postawili interesów Kijowa ponad naszymi, Rosjanie nie musieliby dogadywać się z Niemcami. A teraz będziemy przepłacać za amerykański gaz /…/ Nasza polityka zagraniczna sprowadza się niestety do odgrywania roli marionetki Waszyngtonu.
I na koniec snuje program takiej współpracy: Europa traci swą moc. Mogłaby ją odzyskać, gdyby połączyła się z Rosją. Jeśli do tego nie dojdzie, to wielki potencjał Syberii z czasem wpadnie w ręce Chin. Tylko w połączeniu z Rosją i jej ogromnym potencjałem Europa może stać się światową potęga – w sensie duchowym, gospodarczym, militarnym. Tylko taki sojusz zapobiegnie ostatecznej groźbie kolejnej wojny światowej z udziałem broni jądrowej, która doprowadzi do zniszczenia podstaw cywilizacji.
Ale taka Unia Europejska z Rosją nie jest obecnie możliwa , bo również rosyjskie władze i rosyjskie media nastawiają Rosję przeciwko Polakom. To przykre, że nieporozumienie psuje relacje z dwoma największymi narodami w regionie.
Głos Morawieckiego seniora zainicjował dyskusję wewnątrz elit PiS o przyszłej ich polityce wschodniej.
W przyszłym roku odbędą się prezydenckie wybory na Ukrainie. Wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że ekipa prezydenta Petro Poroszenki straci władzę. Głoszony przez nią postulat wejścia Ukrainy do UE i NATO też traci tam zwolenników. Ale ochłodzenie miłości do Zachodu nie równa się wzrostowi sentymentu do Rosji. Nawet w tradycyjnie prorosyjskich regionach antymoskiewskie nastroje wzrosły. Rosja nie jest postrzegana jako brat, zwłaszcza Wielki Brat, lecz jedynie jako sąsiad. Trudny we współżyciu, ale znany od lat. Dobry partner do biznesu, ale na równoprawnych warunkach.

 

Trzecia droga

Na Ukrainie zwycięża koncepcja „Trzeciej Drogi”. Pisałem o niej jeszcze przed Majdanem, bo była wtedy popularna w środowiskach politologów i publicystów. Teraz rozpleniła się na fali rosnących nacjonalistycznych nastrojów.
Jej zwolennicy tak mówią. Skoro nie chcemy być młodszym bratem Moskwy, skoro nie chce nas Unia Europejska, to pójdźmy własna drogą. Bądźmy taką „drugą Turcją”. Bądźmy jak Turcja zintegrowani gospodarczo z Unią Europejską, ale bez przyjmowania obcych nam wartości „Gejoeuropy”. Bądźmy, jak Turcja, w sojuszu wojskowym z USA, bądźmy ich flanką wojskową, co nam da gwarancje bezpieczeństwa wobec Moskwy. Nie odpuszczamy Krymu i Donbasu, ale sprawę powrotu tych terytorium odłóżmy na przyszłość. Nie będziemy zakładnikami tego problemu. Dzięki temu odmrozimy kontakty i współpracę gospodarczą z Rosją. Ale nie zahamujemy budowy ukraińskiej tożsamości narodowo – kulturalnej.
Zwolennicy „Trzeciej Drogi” i „Drugiej Turcji” chcą być jak to sprytne ciele, które będzie jednocześnie ssać cycek europejski, chiński, amerykański, i nie pogardzi jeszcze rosyjskim. Chcą być geopolitycznym, aktywnym mostem pomiędzy Waszyngtonem, Berlinem, Brukselą i Moskwą.
Jeśli na Ukrainie wygrają zwolennicy „Drugiej Turcji”, to Warszawa przestanie być potrzebna w Kijowie jako adwokat ukraińskich interesów w Brukseli. Dostrzegły to już elity PiS i pan Naczelnik Polski. Marginalizacja roli Warszawy w oczach Kijów i brak relacji Polski z Rosją grozi totalną klęską polityki wschodniej elit PiS.

 

Czwarty Rzym

Ważnym filarem „drugiej Turcji” ma być autokefalia Ukraińskiej Cerkwi Prawosławnej. W kwietniu administracja prezydenta Poroszenki poinformowała, że Święty Synod Patriarchatu Ekumenicznego w Konstantynopolu zaakceptował rozpatrzenie prośby władz Ukrainy o nadanie jej cerkwi autokefalii. Czyli uniezależnienia administracyjnego ukraińskich prawosławnych od patriarchatu w Moskwie. Prośba ta szybko została przychylnie skomentowana przez tytularnego zwierzchnika światowego prawosławia, Bartłomieja patriarchę Konstantynopola.
Co to oznacza dla chrześcijan za naszą wschodnią granicą? Autokefalia ukraińskiej cerkwi osłabia cerkiew moskiewską. Największą na świecie, zwaną często „Trzecim Rzymem”.
Prawdopodobnym jest, że po rozłamie miano największej cerkwi otrzyma Kijów, bo prawosławie na Ukrainie liczne jest i najszybciej pozyskuje młodych wyznawców. Zatem idący „Trzecią Drogą” ku „Drugiej Turcji” Kijów ma szanse zostać „Czwartym Rzymem”. Przynajmniej teoretycznie.
Praktyka może okazać się inna i bolesna. Moskwa będzie się tej autokefalii sprzeciwiać. Sprzeciw mogą wyrazić inne narodowe cerkwie prawosławne. Już teraz wstrzemięźliwość wobec kijowskich planów zasygnalizowały cerkwie serbska i polska.
Trudno też ocenić, ilu wiernych na Ukrainie zaakceptuje nową autokefalię. Już teraz istnieją tam trzy odrębne cerkwie. Jedna związana z Moskwą, dwie separatystyczne. Trudno ocenić, czy proces jednoczenia ukraińskich prawosławnych przez podział cerkwi moskiewskiej, przejdzie spokojnie czy wznieci wojnę religijną na Ukrainie?
Działania Kijowa są tez niezgodne z obecnie prowadzoną przez Watykan polityką wschodnią. Jej filarem jest plan porozumienia z patriarchatem moskiewskim, zorganizowanie spotkania papieża Franciszka i patriarchy Cyryla w Moskwie.
Administracja watykańska woli znaną od lat, przewidywalną, patriarchalną Moskwę, od nowej centrali w Kijowie. Obawia się też, że nowa, młoda, czyli ekspansywna ukraińska autokefaliczna cerkiew zechce zwiększyć swą kontrolę nad związanym z Watykanem ukraińskim kościołem grekokatolickim.
Zatem, jeśli władze w Kijowie zdecydują się iść „Trzecią Drogą” ku „Drugiej Turcji” i „Czwartemu Rzymowi”, to Warszawa może demonstracyjnie odmrozić relacje z Moskwą. A dotychczasowym ukraińskim braciom życzyć przysłowiowego „krzyża na drogę”.