Księga Wyjścia (7)

Ballada o słowach ważnych i głupich

Od 15 lutego, czyli od kiedy opuściłem szpital, zacząłem stabilizować sobie życie. Do tego stopnia, że od tamtej pory nie byłem nawet w Warszawie. Spędzam czas w Puławach, regularnie jeżdżąc do Lublina po dwutygodniową rację suboxonu i na terapię.
Wcześniej nie było tygodnia, bym nie musiał pojechać na dwa, trzy dni, żeby załatwić tysiąc różnych spraw. I zawsze byłem w pędzie.
Wytłumaczeniem tego może być to, że wszyscy moi znajomi, współpracownicy i działacze społeczni – czyli ludzie, którzy dotychczas potrzebowali mojej pomocy – postanowili dać mi czas, bym się jakoś w spokoju urządził. Bez wiecznego pędu i tysiąca nakładających się na siebie spraw. Utrzymujemy jedynie kontakt telefoniczny i mogę być im jedynie wdzięczny, że dali mi czas na rozruch. Wiem też, że gdyby moja obecność była naprawdę niezbędna – dostałbym taką wiadomość i natychmiast pojawiłbym się w stolicy.
Dzięki temu „urlopowi” od działalności redakcyjno – społeczno – politycznej miałem czas by urządzić sobie mieszkanie. Wreszcie zrobiłem to kompleksowo, od początku do końca tak jak chciałem. Może dlatego, że potrzebowałem „swojego” miejsca na ziemi, a dotychczas czułem się tu cholernie obco. Teraz się to zmieniło i tak naprawdę nie mam już ochoty na dłużej opuszczać tego gniazda. Oczywiście, gdy poczuję zew, to ponownie ruszę w świat, ale wtedy wrócę do mieszkania z prawdziwą przyjemnością. Ten zew niebawem się pojawi, gdy zacznie się ostatnia faza kampanii do Parlamentu Europejskiego pojadę wesprzeć moich przyjaciół z Ruchu Sprawiedliwości Społecznej – wiem, wiem RSS idzie do wyborów wspólnie z partią na „R”, z której wielokrotnie kpiłem, ale powodem tych kpin był ich narcyzm, w jaki wpadli po uzyskaniu w miarę dobrego wyniku w wyborach parlamentarnych. W miarę dobrego, czyli takiego, który gwarantował subwencje ze skarbu państwa, ale nie dawał ani jednego mandatu w Sejmie. Czyli kasa bez żadnej odpowiedzialności. Partia na „R” uwierzyła w swój geniusz i postanowiła nie kłaniać się na ulicy przedstawicielom innych lewicowych organizacji. A co dopiero współpracować.
Nie wiem, czy wyniki sondaży wpłynęły na decyzję, by jednak te siły połączyć, czy wreszcie zrozumieli, że jedynie zjednoczona lewica ma jakieś szanse, by przebić się przez ten szklany sufit, który od jakiegoś czasu zaczął się już coraz szybciej obniżać. Zwróćcie uwagę, że w latach dziewięćdziesiątych zarówno „Gazeta Wyborcza” jak i „Tygodnik Powszechny” uchodziły – słusznie zresztą – za gazety prawicowe. Teraz dla przeciętnego „Kowalskiego” (Mariana również) tytuły te kojarzone są z lewicą. To nie jest tak, że redakcje zmieniły poglądy, to zachowawczość i wieczna ustępliwość lewicy spowodowała, że została ona praktycznie wyparta z parlamentarnej sceny politycznej, a co za tym idzie świadomości przeciętnego oglądacza telewizji.
Śledzę więc sobie politykę w sposób bierny, czytając prasę, oglądając telewizję i – o zgrozo – czytając wpisy na FB. Jedną z naszych cech narodowych jest – może nie lekceważenie – ale brak wiary w siłę słów. Używamy najmocniejszych określeń w sytuacjach zupełnie nieadekwatnych.
Pamiętam jak PiS objął władzę, wszystkie główne media – poza publiczną oczywiście – trąbiły o zamachu stanu, końcu demokracji, a niektórzy komentatorzy wieszczyli nawet wojnę. Nic takiego miejsca nie miało. PiS przejął władzę i urządza kraj według swojego pomysłu, co chwilę wybucha jakaś afera, a to nepotyzm, a to dziwnie nagrody, pensje czy fascynacja filmem „Wniebowzięci”, bo gdzie tylko jest jakieś lotnisko i da się wylądować, tam z pewnością jakiś wpływowy funkcjonariusz rządzącej partii sobie poleci. Najcięższe zarzuty stawiane PiS-owi to wrogość wobec osób LGBT, skrajne podejście do zakazu aborcji i prymitywna mowa nienawiści – ukierunkowana zarówno wobec opozycji, imigrantów i mniejszości etnicznych. Po drugiej stronie mamy PO, które zarzuca rządzącym wymienione przed chwilą „przewiny”, mimo że podczas swoich rządów zachowywali się dokładnie tak samo. Również mieli w dupie – dobre słowo – osoby LGBT, nepotyzm aż wyciekał z każdej szczeliny instytucji zależnej od rządzących, również przekłamywali historię – może nie czcili jak obecni leśnych bandytów – ale doskonale pamiętam jak Bronisław Komorowski, będąc jeszcze prezydentem mówił, że w Polsce nie było żadnych obozów dla jeńców bolszewickich. Od obecnej władzy różnili się jedynie tym, że posługiwali się inną narracją, głównie eufemizmami, co nadawało temu ładne brzmienie i nikt nie mógł powiedzieć o nich „chamy”.
Wracając jednak do głównego wątku, to śledząc Internet, fejsbukowe wpisy i telewizyjne komentarze, odnoszę wrażenie, że trwa jakiś wyścig kto nazwie Kaczyńskiego większym „kurduplem”, a rządzących większymi idiotami. Rozmawiałem kiedyś o tym z Grześkiem Walińskim i bardzo ładnie określił to zjawisko – „inflacja słowa”.
Zawsze komplikowaliśmy zdania wsadzając jak najwięcej – mniej lub bardziej mądrych – słów opatrzonych przymiotnikami. Wtedy wydaje nam się, że będziemy uchodzić za znacznie lepiej wykształconych, możniejszych intelektualnie, o wyższym statusie? Może to jakiś kompleks „arystokraty”? Kiedyś usłyszałem takie zdanie: te elementy powinny ze sobą kolaborować – mówiącemu chodziło o to, że powinny być zsynchronizowane i zwyczajnie ze sobą współpracować.
Często dodajemy całą masę przymiotników przed słowem właściwym: „okropnie straszny, wręcz niewyobrażalny koszmar” – słyszymy od rozmówcy, który opisuje swoje wrażenia np. z kolejki w markecie. Jak więc przebić tego typu zdanie, gdy wydarzy się katastrofa kolejowa? Jeśli tysiąc razy mówiliśmy „kocham” w sytuacjach zupełnie niepotrzebnych, to jak powiedzieć „kocham” gdy już poznamy wagę tego słowa? Oczywiście będziemy dodawać setki różnych przymiotników i porównań – ale waga tego słowa nie ma już właściwej swojej mocy.
Pamiętam, jak kolega mieszkający we Francji opowiadał mi jak tam przywiązują wagę do tego typu słów. Powiedział mi nawet, że nie pamięta, by jego druga żona wyznała mu słownie miłość, mimo, że byli ze sobą dziesięć lat. Sami sobie popsuliśmy język i gdy ktoś mówi, że sytuacja jest tragiczna, machamy ręką sądząc, że przesadza.
To zjawisko doskonale widać w polityce, zarówno wśród polityków, jak i ich wyznawców. To nasza kolejna przywara – jeśli popieramy jakiegoś polityka, to nawet jeśli popełni głupstwo, będziemy go zażarcie bronić. Tu też przywołam Francję, kolega o którym wspomniałem, mówił mi również, że jego obecna żona popierała i głosowała na Macrona, a teraz jest jego zagorzałym krytykiem, co nie znaczy, że zmieniła zdanie. Po prostu uznała, oddała głos na człowieka, a nie nieomylnego świętego, człowieka, który – jak my wszyscy – popełnia błędy i należy mu je wytknąć. W krajowych realiach wygląda to zupełnie inaczej, nawet jeśli polityk, który jest naszym faworytem zostanie przyłapany na kłamstwie, to cała rzesza jego fanów będzie broniła go do upadłego twierdząc nawet, że skłamał w imię racji stanu.
Bywają jednak wyjątki, gdzie nieodpowiednie słowa trafiają do nieodpowiednich ludzi. Jeśli – co gorsze – ci ludzie zamykają się w świecie jednego przekazu, słuchając tylko jednej stacji radiowej, oglądając jedynie wybrane stacje telewizyjne, czytając tylko wybrane tytuły prasowe i zamykając się na Fb w grupach, które mówią to samo – odrzucając inny pogląd i z góry zakładając, że to kłamstwo, to może prowadzić do nieszczęścia. Jest wielu ludzi, którzy zamykają się w bańce medialnej o jednym światopoglądzie, jest masa ludzi, która zieje nienawiścią do każdego odmieńca, czy jest to osoba LGBT czy człowiek o innym kolorze skóry, prawie zawsze kończy się to co najwyżej sporem z sąsiadem, kłótnią pod blokiem, lub rodzinnymi niesnaskami – znam takie przypadki, że członkowie rodziny nie rozmawiają ze sobą ze względu na poglądy polityczne.
Prymitywny język nienawiści już dwukrotnie doprowadził w Polsce do tragedii – gdy niespełna sto lat temu, Eligiusz Niewiadomski zastrzelił prezydenta Gabriela Narutowicza i teraz osobnik o nieznanym mi nazwisku zasztyletował Pawła Adamowicza. Obu zbrodniarzy łączyło to, że ich czyn był wynikiem nagonki, czyli mowy nienawiści.
Nad językiem nienawiści warto się chwilę zastanowić, nie będę roztrząsał jaki jest cel – to wiadomo – polityczny, ale dlaczego trafia on na podatny grunt, dlaczego ludzie idą za nim jak szczury za melodią fletu. Przecież tak naprawdę jedynym racjonalnym wytłumaczeniem jest: nienawidzę cię, bo cię nienawidzę. Tu żadnego innego argumentu nie ma. Przecież człowiek o odmiennych poglądach, nie zrobił krzywdy temu, który go nienawidzi. A jeśli zrobił krzywdę, to powodem nienawiści już nie są poglądy.
A w tym czasie na Fejsbuku jakiś pan z jakąś panią licytują się, które z nich napisze, że Kaczyński to większy kurdupel – to oksymoron, ale potraktujmy jako związek frazeologiczny. I jak to im wstyd wyjechać gdzieś zagranicę. Tu też Was rozczaruję – gdziekolwiek byłem, w jakimkolwiek kraju, nikt, absolutnie nikt nie wiedział kto w Polsce rządzi. Mało tego, mało kto wiedział czy Polska jest republiką czy królestwem i gdzie dokładnie leży. A najwięcej wstydu przynoszą sami krajanie, którzy naprawdę potrafią narobić za granicą obciachu.
Miałem pisać o trzeźwieniu, a rozpisałem się o polityce i słowach. Zdradzę Wam pewien sekret, każde napisane słowo, zdanie czy akapit są dla mnie nieodłączną częścią trzeźwienia. Dzięki temu mam swój cotygodniowy rytm, głowę nabitą treścią kolejnych odcinków, a samo pisanie wyzwala we mnie serotoninę i dopaminę, czyli te hormony, których nałogowiec potrzebuje najbardziej. Nie myślę więc o głupotach, tylko o tekście, gdy siadam do pisania świat przestaje istnieć i mimo, że param się tym już ćwierć wieku, to za każdym razem gdy felieton ukazuje się w kiosku czuję tę samą radość co dwadzieścia pięć lat temu.
Przemyślcie to o czym napisałem – o wadze słów, może uda nam się powrócić do ograniczenia przymiotników, a wypowiedziane słowo będzie miało wreszcie odpowiadającą mu wagę, którą każdy słuchacz lub czytelnik zrozumie. Bo niebawem na zakończenie felietonu będę musiał napisać: „Bardzo dziękuję za uważne przeczytanie napisanego przeze mnie tekstu, jestem bardzo mocno, wręcz niewymownie gorąco wdzięczny, że włożyliście strasznie dużo wysiłku w przeczytanie mojego skromnego felietonu”.
Do przeczytania za tydzień.

Przeciwko mowie nienawiści!

„W moim kraju palą tęczę jak kiedyś ludzi w stodole; hejt nasz polski powszedni jak chleb, jak obiad na stole; Czego nie zniszczyli Hitler, Stalin; Czego Zomo pałą nie zajebało; Czego nie dopalił oświęcimski piec; Polskiej nienawiści zeżre wściekły pies” tymi słowami rozpoczyna się piosenka Marii Peszek pt. Modern Holocaust, która już w 2016 roku zwracała uwagę na wzrost mowy nienawiści w przestrzeni publicznej. Co roku podczas tzw. Marszu Niepodległości jesteśmy świadkami popisów przemocy symbolicznej oraz nienawistnych haseł, które wprost skierowane są do ludzi lewicy, mniejszości etnicznych i seksualnych. Również liberalny mainstream nie jest wolny od haseł odwołujących się do podobnych praktyk. Czym jest bowiem nawoływanie Radosława Sikorskiego do „dorżnięcia watahy” czy też nazywanie przez Donalda Tuska wyborczyń Prawa i Sprawiedliwości „moherowymi beretami”? Nie bez winy są także politycy Prawa i Sprawiedliwości, którzy przypinają łatki „zdradzieckich mord” i „złodziei” swoim przeciwnikom politycznym.
Temperatura politycznego sporu przekłada się na realne akty przemocy. Zabójstwo Marak Rosiaka, pracownika biura poselskiego PiS w Łodzi w 2010 roku na chwilę otrzeźwiło polityków. Przez moment politycy przestali się atakować, język debaty publicznej zelżał. Po paru dniach wszystko wróciło do „normy”, a politycy tak PO jak i PiS wrócili do uprawiania wojny polsko-polskiej.
Szok i przerażenie związane z zabójstwem prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza podczas finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy w styczniu 2019 roku było zapewne dla nas wszystkich czymś niezwykle dojmującym. Oto w świetle kamer uzbrojony w nóż napastnik dokonuje morderstwa na włodarzu Gdańska. Znów wszyscy zadaliśmy sobie pytanie o znaczenie słów, oskarżeń, nienawiści słownej, która przeradza się z zbrodnię. By przeciwdziałać podobnym zbrodniom w przyszłości trzeba działać, reagować i edukować. Taką rolę mają fundacje polityczne, których zadaniem jest współprowadzić debatę publiczną na w sprawach absolutnie kluczowych dla jakości demokracji. Reagując na to co wydarzyło się w ostatnich latach Centrum im. Ignacego Daszyńskiego wraz z Fundacją im. Friedricha Eberta organizują w nadchodzącą środę 3 kwietnia o godzinie 17:30 dyskusję otwartą pt. „Mowa nienawiści i agresja w życiu publicznym”, która odbędzie się w Gdańsku w Cafe Oficyna przy ul. Chlebnickiej 24/25. O tym skąd biorą się te niebezpieczne zjawiska oraz jak im przeciwdziałać dyskutować będą: dr hab. Małgorzata Niewiadomska-Cudak, dr Łukasz Cora oraz red. Dorota Sobieniecka-Kańska, zaś prowadzenie całości wydarzenia przypadnie koordynatorom Centrum im. Ignacego Daszyńskiego w Gdańsku: dr Magdzie Leszczynie-Rzucidło oraz dr Tomaszowi Bojarowi-Fijałkowskiemu. Zapraszamy do udziału w naszej dyskusji czytelniczki i czytelników „Trybuny”.

Hejt jako nałóg

O hejcie i standardach w życiu publicznym rozmawia z Kamilą Terpiał filozof, kierownik Zakładu Etyki UW, prof. Paweł Łuków.

„Chroń mnie, Panie, od pogardy, od nienawiści strzeż mnie, Boże” – to słowa z utworu „Modlitwa o wschodzie słońca” wykonywanego przez Jacka Kaczmarskiego, Przemysława Gintrowskiego i Zbigniewa Łapińskiego w latach 80. Teraz też powinniśmy o to prosić?

Nie ulega wątpliwości, że żyjemy w atmosferze nienawiści. Brakuje zwykłej przychylności dla innych i zaufania. Myślę, że to jest zjawisko, które ma charakter szerszy, nie obejmuje tylko świata polityki. Podkręcanie emocji, epatowanie osobliwościami od dłuższego czasu jest na porządku dziennym w bardzo wielu sferach naszego życia.

Dlaczego? Zmusza nas do tego dzisiejszy świat?

Nie da się tego wyjaśnić jednym prostym czynnikiem. Na pewno problemem jest osłabnięcie, a czasem wręcz brak, umiejętności rozmawiania w sposób rzeczowy o ważnych sprawach. Podejrzewam, że jest to skutek niedostatku edukacyjnego. Młodzież jest uczona faktów, ale już niespecjalnie ich analizowania, nazywania i rozumienia własnych emocji oraz wyrażania i uzasadniania swoich opinii. Kiedy wchodzą w świat dorosłych młodzi ludzie, konfrontują się z czymś, na co nie są przygotowani – w tzw. debacie publicznej jest coraz mniej faktów i rzeczowej argumentacji, a coraz więcej wybuchów emocji.

Dodać do tego należy współczesne media, których przetrwanie zależy od sponsorów i reklamodawców. Aby przyciągnąć uwagę odbiorców, najczęściej starają się przedstawić rzeczy w sposób jak najbardziej ekscytujący, często kosztem rzeczowości. Z kolei spora część polityków nie grzeszy większą wiedzą. Aby zwrócić na siebie uwagę wyborców, nie pozostaje im nic innego, tylko prezentować siebie i swoją partię przez epatowanie emocjami lub bulwersującymi wypowiedziami.

Polityka w coraz większym stopniu zdaje się funkcjonować według hasła „nieważne jak mówią, byle mówili”.

Teraz przyjdzie jakakolwiek refleksja o tym, jak niebezpieczne może być słowo?

Takie pytania zaczynają mnie irytować. Ćwiczyliśmy to już przecież nie raz. Po takim wydarzeniu następuje czas refleksji, a później wraca poprzednia codzienność. Na razie pewna refleksja jest zauważalna, ale nie widać powodów, aby sądzić, że potrwa dłużej lub spowoduje jakąś istotną zmianę. Zwłaszcza że najwięksi hejterzy hejtują dalej. Wzywając przy tym do zaprzestania hejtowania. I trudno powiedzieć, czy wynika to z ich hipokryzji, czy z braku świadomości tego, co robią. Mam wrażenie, że jako społeczeństwo zachowujemy się jak ofiara nałogu, która szczerze obiecuje sobie poprawę po tym, jak kolejny raz przekroczyła pewną granicę, a po trzech dniach powraca do nałogu. Posługiwanie się złym, nienawistnym, rozemocjonowanym językiem jest jak nałóg, z którego nie wiadomo jak wyjść.

Nie zdecydujemy się na odwyk, bo jest za trudny?

Nie wiem. Ale jedno jest pewne: jeżeli pacjent sam nie chce się leczyć, to żaden terapeuta mu nie pomoże. Jeżeli nie dojdziemy do rzeczywistej zmiany postaw, to dalej będziemy się łudzić, że potrafimy sobie uporządkować społeczny świat trochę lepiej.

Z drugiej strony nie byłoby dobrze, gdybyśmy rozważali otaczający nas hejt wyłącznie w kategoriach zbiorowych. W końcu to konkretne osoby posługują się mową nienawiści. I część z nich robi to także teraz, bo mają tę szczególną łatwość widzenia źdźbła w cudzym oku i niedostrzegania belki we własnym.

A może jest ktoś albo coś, co mogłoby nas tam zaprowadzić?

W takich przypadkach bez wsparcia przyjaciół się nie obejdzie. Być może potrzebujemy liderów opinii, najlepiej charyzmatycznych. Tyle że jeden nie wystarczy. Poza tym musiałyby to być także autorytety moralne. Zadanie jest bardzo trudne, chociaż pewnie nie jest niewykonalne. Chyba że nastąpi jakaś katastrofa, która pozbawi hejterów dostępu do ich nałogu.

Jak bardzo na zaostrzenie języka wpływa podział społeczeństwa? Stefan Chwin, z którym ostatnio rozmawiałam twierdzi, że mur nie runie i dlatego nic się nie zmieni.

Mam wrażenie, że tłumaczenie wszystkiego podziałem społeczeństwa jest drogą na skróty. Sprawa jest bardziej skomplikowana. Mowa nienawiści, hejt i podziały wpływają na siebie nawzajem. To taka spirala: im bardziej jesteśmy podzieleni, tym bardziej jesteśmy skłonni do hejtu, a im bardziej hejtujemy, tym bardziej się dzielimy. Musimy szukać szerzej wśród mechanizmów społecznych, które prowadzą do konkretnych zachowań. Skąd ludzie mają w sobie tyle wściekłych emocji?Co powoduje ten ogrom frustracji? Jednym z czynników na pewno jest brak umiejętności komunikowania swoich opinii i brak chęci i być może umiejętności współdziałania z innymi – także z tymi, z którymi się nie zgadzamy – aby zmieniać to, co nam przeszkadza i rodzi frustrację. Ale to nie wyjaśnia wszystkiego…

Co zadziałało w przypadku mordercy prezydenta Pawła Adamowicza?

Zapewne kilka rzeczy. Ale warto spojrzeć na to, co zrobił, jako na sposób komunikowania niezadowolenia i radzenia sobie z nim. W otaczającym świecie otrzymał takie formy komunikacji, z jakich skorzystał. W pewnym sensie takie wydarzenia są oskarżeniem całego społeczeństwa, że dostarcza ludziom przykładów komunikowania swoich opinii, które są nienawistne i skłaniają do przemocy
Wiele osób nie potrafi artykułować swoich frustracji, nazywania tego, co je boli. Oskarżanie innych jest odreagowaniem, które nie rozwiązuje problemów.
TVP i inne prawicowe media wskazywały właśnie Pawła Adamowicza jako winnego całemu złu. To mogło mieć wpływ na mordercę?

Do myślenia i działania nakręca ogólna atmosfera, a to, o czym pani wspomniała, to jest wskazywanie celu. Dla kogoś, kto ma kłopoty z wyartykułowaniem swojej frustracji i nie do końca uświadamia sobie jej powody, wystarczy podpowiedzenie odpowiednio dobranym językiem, że ktoś jeden lub jakaś grupa osób odpowiada za wszystko, co złe. Taka osoba będzie myśleć: skoro ten ktoś jest winien wszystkiemu, co złe, to także mojemu nieszczęściu.

Powinniśmy reagować na najmniejsze nawet przejawy hejtu czy niesłuszne oskarżenia? Może to jest szansa na odtrucie?

Reagować – i to natychmiast – powinny oczywiście powołane do tego organy, takie jak policja czy prokuratura, nie pozostawiając wątpliwości, co spotka sprawców. Odtrutki mogą dostarczyć też media, bo to one w dużym stopniu kształtują język debaty publicznej. Oprócz tego są sposoby reagowania dostępne każdemu z nas. Każdy z nas dysponuje sankcją, którą może zastosować – brak pobłażania dla nienawiści i ostracyzm towarzysko-społeczny. Jeżeli ktoś posługuje się językiem nienawiści, to trzeba mu powiedzieć, że nie akceptujemy takich zachowań i zawiesić lub całkowicie zerwać z nim kontakty. Nie wolno nam umywać rąk w takich sprawach. Czasem wymaga to prawdziwej odwagi, ale częściej klarownego wyznaczania granic etycznych.

W naszym portalu przyjęliśmy na przykład zasadę niepisania o „wyczynach” posłanki Krystyny Pawłowicz. Tacy ludzie nie powinni pojawiać się w mediach?

Media często legitymizują hejterów, zapraszając ich do rozmowy. Dają w ten sposób sygnał, że co prawda jesteś człowiekiem, który gardzi innymi, ale twoje zdanie traktujemy tak samo poważnie, jak zdanie tych, co darzą innych szacunkiem. Powinniśmy mówić wprost, że jeżeli ktoś nie potrafi lub nie chce się zachowywać przyzwoicie, to nie będziemy interesować się jego opinią. Nie chodzi w takim przypadku o cenzurowanie, ale o obronę samych siebie przed takimi ludźmi. To jest także kwestia etyki dziennikarskiej. Dziennikarze nie muszą zapraszać do rozmowy ludzi, którzy czerpią satysfakcję z krzywdzenia innych za pomocą słów.

Rozumie pan, tak po ludzku, decyzję Jurka Owsiaka? Nie wytrzymał?

Rozumiem jego poczucie zniechęcenia. Myślę, że to, co się zdarzyło, pozbawiło go poczucia sensowności tego, co robi. Orkiestra jest świętem uśmiechniętej solidarności społecznej i szukania tego, co łączy. I w czasie tego święta dokonano aktu przemocy z nienawiści, która dzieli. Mam nadzieję, że to poczucie sensowności opuściło dyrygenta Orkiestry na krótko.

To człowiek, który odważnie i bezkompromisowo bierze odpowiedzialność za to, co robi, i czuje się współodpowiedzialny za to, co się stało, chociaż wiemy, że nie przyłożył do tego ręki. Nie powinien rezygnować, bo jest sercem tego wydarzenia. A Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy jest czymś wyjątkowym, jest tak ekumeniczna jak bodaj żadna instytucja w Polsce.

To dlaczego są ludzie, którzy nawet takie piękne wydarzenie chcą zniszczyć?

Jak ktoś chce uderzyć psa, to kij zawsze znajdzie. Jak ktoś jest wiernym bojownikiem sprawy, co do której nie ma najmniejszych wątpliwości, a zarazem czuje, że nie ma wystarczająco silnych argumentów w jej obronie, to jedyne, co może zrobić, to hejtować. To jest szukanie czegokolwiek, czym można skrzywdzić oponenta. Skoro nie można go przekonać, to trzeba go skrzywdzić. To jest połączenie faryzeizmu i przeświadczenia, że rozbieżność opinii i spór jest czymś nienormalnym. Bo jaką wartość ma spór, kiedy ma się dostęp do jedynej prawdy moralnej?

Są też ci, którzy chcą dyskutować, przeżywać i nie chcą hejtować. Na marsz przeciwko nienawiści w Gdańsku, który był swoistym pożegnaniem Pawła Adamowicza, przyszło dużo ludzi. Takie momenty dają nadzieję?

Potrzebne jest to, żebyśmy jako zbiorowość manifestowali w takiej sytuacji swoje zdanie. Konieczne jest także zdefiniowania celu. Dlatego wcześniej mówiłem o liderach, czyli ludziach, którzy byliby w stanie to zrobić.

Nie możemy stale powtarzać tych samych haseł. Potrzebne jest oryginalne podejście do problemu, które uwzględniałoby nasze realia. W tym celu trzeba skorzystać z wiedzy ekspertów, którzy wyjaśnią, skąd się biorą problemy i zaangażowania społecznego, żeby szukać dróg naprawy i działać.

Paweł Adamowicz pozostanie symbolem…

…normalności w życiu publicznym. Dla mnie jest uosobieniem tego, jak prowadzi się normalną lokalną politykę – załatwianie codziennych spraw, organizowanie sprawczej zbiorowości, otwartość na różnorodność, gotowość do wysłuchania innych i odpowiadania na głosy lokalnego społeczeństwa pomimo ataków i podejrzliwości. Pewnie nie był jedyny, ale pracował w bardzo trudnych warunkach. Gdańsk jest specjalnym miastem, chociażby dlatego, że jest symbolem wielu rzeczy ważnych dla Polaków.

Po śmierci prezydenta Gdańska był szok, niedowierzanie, później próba zrozumienia, jak i dlaczego coś takiego się wydarzyło. Co będzie dalej?

Trudno mi być prorokiem, zwłaszcza we własnym kraju. Pewnie do czasu wyboru nowego prezydenta Gdańska będzie jeszcze trwał czas refleksji i poważniejszej dyskusji. A co potem? Chciałbym, aby ta refleksja objęła resztę Polski, abyśmy uświadomili sobie, że hejt i przemoc nie zastąpi rozsądnej dyskusji. Teraz mamy wojnę za pomocą słów i zbieramy jej owoce. Trudno być optymistą. Ale jak nie można być optymistą, to pozostaje mieć nadzieję…

Nie o hejt tutaj chodzi!

To co dzieje się w mediach i polityce wokół sprawy zabójstwa prezydenta Gdańska, to zwykła zadyma. Sprawę sprowadzono do tzw. hej tu, który zapełnia fora internetowe. Towarzyszy temu dyskusja wokół tzw. mowy nienawiści i jej konsekwencji w obszarze świadomości społecznej. Mówimy bezrozumnie o widocznych skutkach, a o przyczynach tych zjawisk panuje cisza.
Z hejtem spotykamy się od lat, jako jedną z pochodnych istnienia mediów społecznościowych, które otworzyły świat informacji dla przeciętnych ludzi, mających dostęp do Internetu. Nie jest to nowe zjawisko w stosunkach międzyludzkich. Wcześniej objawiało się ono w postaci plotki, pomówienia. Sfera społeczna istnieje dzięki relacjom wzajemnym pomiędzy ludźmi, a media, w tym szczególnie, w ostatnich latach nowe media, to ułatwiają. Wołanie o likwidację, bądź ograniczenie hejtu można uznać w tej sytuacji za naiwność, brak wiedzy, lub uczestnictwo w zaciemnianiu społecznego obrazu dziś, w istniejących uwarunkowaniach społecznych i politycznych.
Zastanowić się trzeba nad tym, dlaczego uruchomiono dziś tak powierzchowną dyskusję o stanie świadomości Polaków, bez prób sięgania do źródeł i przyczyn tego zjawiska. Przyczyny są dość złożone, ich analiza wydaje się konieczna. Sytuacja społeczna zmierza bowiem szybko do przesilenia, a ono może nie być dla Polski najlepszym rozwiązaniem, choć widać siły, które wyraźnie do tego dążą.
Jeśli spojrzymy na kształtowanie się współczesnej wizji Polski XXI wieku, to daje się zauważyć, że od 1976 roku (wydarzenia w Radomiu), mamy do czynienia ze stanem wyjątkowym, w którym wyłącznie jednym z epizodów był stan wojenny w grudniu 1981 roku czy też oddanie władzy przez PZPR w 1989 roku. Kraj i społeczeństwo jest przez kolejne ekipy polityczne, wywodzące się z różnych nurtów ideowych zarządzany kryzysowo, brak jest stabilizacji, jednej spójnej wizji rozwoju opartej o narodowy interes Polaków, tu i teraz.
Trzeba podkreślić, że na sytuację w Polsce ma zdecydowany wpływ sytuacja międzynarodowa i kształtowanie się świata pojałtańskiego, w ramach którego zarysowują się dwie przynajmniej koncepcje organizmu globalnego przyszłości: kontynuacja dotychczasowego jednobiegunowego organizmu z dominacją USA oraz budowa nowego, wielobiegunowego, zrównoważonego modelu opartego o kilka centrów cywilizacyjnych. Polska jest na linii frontu, stąd zapewne nasza sytuacja wewnętrzna wygląda tak, jak ją widzimy ostatnio.
Wracając do sytuacji aktualnej, trzeba podkreślić, że Polska targana jest koleją falą konfliktów społecznych i politycznych, których wynikiem może być nowy układ sił wewnętrznych po wyborach europejskich i parlamentarnych. Istnieje realna groźba dla rządzącej dziś koalicji prawicowej utraty władzy. Może to spowodować konieczność odejścia jednych ludzi i przyjścia innych, choć wśród rozumnej części społeczeństwa pojawia się pytanie: a co to zmieni?
Zauważyć trzeba, że jednym z głównych motywów walki o władzę w Polsce od dwóch dziesięcioleci nie jest czynienie dobrze i rozwój, ale władza sama w sobie, dająca dostęp do środków publicznych. Przykładów to potwierdzających jest wiele. Innym znaczącym elementem jest fakt, że kolejne ekipy rządzące w Polsce realizują wyłącznie wytyczne Konsensusu Waszyngtońskiego i jego linię neoliberalną w ekonomi i stosunkach społecznych. Dzieje się tak, mimo iż neoliberalizm w skali globalnej odchodzi w niesławie, pozostawiając po sobie ogromne rozwarstwienie i jednocześnie ogromny potencjał rewolucyjnego protest w całym świecie. Widać to również u nas. Jest on cynicznie wykorzystywany do walki politycznej, która zaczyna wylewać się na ulice.
Oceniając stan sytuacji w Polsce można zaryzykować tezę, że rządzące od kilkunastu lat kolejne ekipy polityczne nie są zdolne do wyprowadzenia kraju z narastającego kryzysu. Wywodzą się one z jednego pnia ideowo-politycznego, z jednej tradycji – przełomu sierpniowego. Narastający w Polsce konflikt jest ich dziełem. Zewnętrznie objawiane spory i różnice mają charakter pozorny, są często mylące dla elektoratu. Wielu rozumie je, jako cyniczną walkę o łupy.
Tak więc konkludując, nie o hejt tutaj chodzi, a o fundamentalne spory dotyczące sprawowania, utraty lub odzyskania władzy. Hejt jest pochodną szerszych procesów, którym ktoś patronuje i próbuje nimi zarządzać. Włączane jest w to społeczeństwo, narasta powszechna agresja, ukształtował się trwale w społecznej świadomości synonim „obcego”, z którym nie można już rozmawiać, a trzeba go zabić. To straszne zjawisko. Gdzie my jesteśmy, gdzie jest znaczący w historii Polski Kościół, który dziś stał się jedną ze stron konfliktu?
Polityka przestała być sztuką dialogu, kompromisu, szacunku do inaczej myślącego partnera, stała się polem konfrontacji i walki na śmierć i życie. Szkoda Polski.

Nienawistnej codzienności korzenie

Korzenie na ogół są niewidoczne, również często niedostrzegane w życiu społeczno-politycznym, co prowadzi do wyrażania błędnych bądź tylko częściowo słusznych opinii.

Tragiczna śmierć prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza wywołała na licznych manifestacjach w całym kraju powszechny sprzeciw wobec narastającej w Polsce fali pogardy, nienawiści i przemocy. W wielu enuncjacjach medialnych różni politycy, dziennikarze i inne publiczne postaci wyrażały nie tylko żal po stracie tej wybitnej Osobistości ale i podejmowały próby odpowiedzi na pytanie : Jak i dlaczego mogło dojść do tego porażającego czynu ? Mówiono i pisano także, że ten cios w serce Prezydenta stanowi kolejny atak na podstawowe demokratyczne wartości; godzi także w czerwone serduszko Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, które stało się emanacją tego dobra, które jeszcze w Polakach zostało. Wiceszef „Gazety Wyborczej” Jarosław Kurski napisał: „Nazwijmy rzeczy po imieniu…w Gdańsku doszło do politycznej zbrodni, do wyrachowanej i zaplanowanej próby zabójstwa polityka wybranego w powszechnych wyborach, polityka o niedawno odnowionym wielkim demokratycznym i politycznym mandacie”.

„Kto sieje wiatr, ten zbiera burzę”,

bo żadne ekstremalne zachowania bądź drastyczne czyny nie rodzą się same z siebie, a wyrastają na określonym politycznym, społecznym czy religijnym podłożu; przyjmują wybrane wzory i oceny oraz dokonują się za poparciem, bądź przyzwoleniem, pewnych środowisk. I trwają w najlepsze tak długo, aż protest społeczny wymusi na władzy – bądź gdy sama to uczyni – podjęcie skutecznych, także prewencyjnych działań.

Śmierć prezydenta

Adamowicza w naturalny sposób przywodzi na myśl równie tragiczne wydarzenie sprzed lat dziewięćdziesięciu siedmiu, gdy zamordowany został pierwszy prezydent odrodzonej Polski Gabriel Narutowicz. Działo się to w okolicznościach bardzo zbliżonych do współczesnej atmosfery politycznej, i choć w tamtym czasie nie było telewizji, Internetu ani hajtu, to wywołana przez prawicę i endecję fala oszczerczych, napastliwych artykułów i licznych demonstracji wystarczyła, aby znalazł się ten, który pociągnie za cyngiel.
Ale mylą się ci, którzy sądzą, że Eligiusz Niewiadomski – morderca Narutowicza – zasługuje na wieczne potępienie, bowiem portal „Wolna Polska” wspomina go nadal ciepło w sporym materiale zatytułowanym: „Dla was zbrodniarz, dla nas bohater.” Ale to nie wszystko, zerwałem kilka lat temu z ogłoszeniowego słupa ulotkę pochwalną pod adresem czynu Niewiadomskiego, opatrzoną rysunkiem dymiącego pistoletu.
Takie przykłady z naszej publicznej sfery można mnożyć bez końca i znane są powszechnie tak obywatelom, jak i władzy, co nie znaczy, że aktualnie rządzący jeszcze raz nie pójdą wspólnie, acz oddzieleni „kilkuset metrowym buforem”, z narodowcami, ONR-em i podobnymi, którzy nam wszystkim – inaczej, czyli normalnie myślącym – najchętniej zgotowaliby los prezydenta Adamowicza.

Nie jest jednak prawdą,

o czym bezpośrednio lub w podtekstach mówi się o tej zbrodni, że fala zalewającej Polskę nienawiści zaczęła się i jest wynikiem tylko aktualnych rządów Prawa i Sprawiedliwości.
Zjednoczona Prawica ma w tej materii oczywiście wyjątkowe zasługi, bo jak inaczej interpretować sławetne słowa Jarosława Kaczyńskiego o „zdradzieckich mordach” wygłoszone w najważniejszym w tym kraju miejscu? I szereg innych wypowiedzi i czynów atakujących politycznych przeciwników, ale i umizgów oraz zaniechań pod adresem narodowców choćby wieszających na szubienicach portrety europosłów. Jeśli dodać do tego dewastację polskiego wymiaru sprawiedliwości, oskarżanego o czyny, których jego członkowie nie popełnili, pozbawiony rzetelnej prawdy, upowszechniany mit „żołnierzy wyklętych” z jednoczesną dezubekizacją skierowaną na tych, którzy wiernie służyli III RP, a również panoszące się powszechnie kłamstwo wypowiadane przez rządowych prominentów i prezenterów państwowej, narodowej pono, telewizji, to osiągnięcia aktualnie panującego obozu politycznego dla dekompozycji naszego życia publicznego są rzeczywiście ogromne.

Korzenie naszej codziennej

nienawiści mają swój początek – o czym obecnie nikt nie chce wspominać – już u zarania III RP, gdy zwycięskie solidarnościowe elity zapoczątkowały podział społeczeństwa na prawych Polaków i tych wszystkich, którzy w jakikolwiek mierze swą aktywnością wyróżniali się w okresie Polski Ludowej, Bardzo szybko zadano kłam słowom Tadeusza Mazowieckiego: „Zasadę walki, która prędzej czy później prowadzi do wyeliminowania przeciwnika, musi zastąpić zasada partnerstwa…Chcę być premierem rządu wszystkich Polaków, niezależnie od ich poglądów i przekonań, które nie mogą być kryterium podziału obywateli na kategorie.”
Dokonujący się podział społeczny wraz z narastającą wzajemną nienawiścią utrwalała upowszechniana negacja całego okresu PRL i wysiłku pokoleń, które w jakimś stopniu go tworzyły. Dołączyły szybko: wojna na górze i na teczki, podziały na postkomuchów i postsolidaruchów, później reanimowano komunistów, ale także tych, którzy stali tam gdzie ZOMO stało, ubeków i postubeków, lepszy i gorszy sort. Dokonał się również trwały podział w obozie solidarnościowym na PO i PiS, a dziś dodatkowo zaowocował na zwolenników i przeciwników „dobrej zmiany”.
Nastąpiły nadto podziały na oczywiście lepszych naszych i obcych, którymi stali się nie tylko potencjalni w Polsce uchodźcy, ale również wszyscy inni: Żydzi, którzy obrażają nieskazitelny naród polski, Niemcy nie chcący nam płacić zaległych wojennych reparacji, Rosjanie z wiadomych powodów i Unia Europejska, która ośmiela się wtrącać w nasze suwerenne decyzje.

Te wszystkie podziały

zaowocowały nie tylko krańcowo różnymi politycznymi postawami i narastającą wzajemną wrogością, w której nie ma już oczywiście miejsca na szacunek i wysłuchanie innych, ale również represyjnymi, ekonomicznym działaniami w stosunku do byłych bądź obecnych, domniemanych wrogów, w imię czynienia tzw. dziejowej sprawiedliwości z pominięciem obowiązującego prawa.
Najbardziej jaskrawym przykładem takich poczynań, poza trwałą działalnością IPN-u, była ustawa dezubekizacyjna, będąca jaskrawym przykładem odpowiedzialności zbiorowej, zabierająca część wypracowanych emerytur, akceptowana zresztą zgodnie tak przez PO jak i PiS. Stanowiła nie tylko kontynuację wcześniejszej czystki kadrowej, pozbawionej jakichkolwiek, poza politycznymi, podstaw, nadto zapowiadała dalsze podobne działania nie tylko w resorcie obrony narodowej. Był to program ostatecznego rozwiązanie problemu nadal zbędnie istniejących ludzi, związanych w jakikolwiek sposób z okresem PRL, krytycznych bądź wrogich obecnym władcom naszego, podobno wspólnego, kraju.
Jeżeli po śmierci prezydenta Pawła Adamowicza pisze Adam Michnik „Biało-czerwona flaga Rzeczypospolitej Polskiej okryta jest dziś kirem”, to należy brutalnie przypomnieć o pomijanych ponad czterdziestu trumnach osób, także przykrytych taką samą flagą – ludzi, którzy popełnili samobójstwo lub zmarli gwałtowną śmiercią, z przyczyn rządowych decyzji pozbawiających ich środków do życia. W tym kontekście trudno nawet wspominać o wszystkich pozostałych hańbionych, bez prawa do obrony także swojej godności.
Przelana krew Pawła Adamowicza, podobnie jak przywołanych ofiar postsolidarnościowych włodarzy współczesnej Polski jest taka sama i woła-krzyczy-żąda zaprzestania tego polsko-polskiego wyniszczania.

Niestety w tej narastającej

wzajemnej rzezi Polaków aktywnie od lat uczestniczy hierarchia, i nie tylko, kościoła katolickiego, stanowiąc poważne wsparcie dla pozbawiania nas wszystkich zdrowego rozsądku, ale zawsze pilnująca swoich wpływów i interesów. Nie można się nadziwić, że nadal funkcjonują w polskim Kościele, i w naszym życiu publicznym, i mają znaczące wpływy takie postaci jak ojciec Tadeusz Rydzyk, z którym nikt jakoś, nawet w Watykanie, dziwnym trafem poradzić sobie nie może.
Ale to zrozumiałe po słowach arcybiskupa Gądeckiego wygłoszonych po śmierci Adamowicza: „Zabójca potrzebuje większego współczucia niż zabity”. I dalej, po faryzejsku: „Należy dążyć do jedności i pokoju społecznego. Myślę także o tym, że w takim momencie trzeba rzetelnej modlitwy i o taką proszę. Apeluję o, to by nie wykorzystywać politycznie śmierci prezydenta Adamowicza”.
Czyżby ksiądz arcybiskup przestraszył się gwałtownego, społecznego oburzenia, które uderzyć może, podobnie jak po śmierci Narutowicza, w przychylne mu środowiska polskiej prawicy, a tym razem, w hołubione Prawo i Sprawiedliwość ?

Warto właśnie dziś przywołać

słowa ojca Ludwika Wiśniewskiego: „ Oto na naszych oczach umiera w Polsce chrześcijaństwo. I nie jest to wynik propagandy libertyńskiej, zabiegów kół masońskich czy międzynarodowych spisków. Chrześcijaństwo wykorzeniamy my sami, duchowni i najgorliwsi członkowie Kościoła, własnymi rękami i na własne życzenie…Wprowadziliśmy w naszą religijność element, który ją rozsadza: wrogość. Jesteśmy nią nie tylko zarażeni, ale przyzwyczailiśmy się do niej: stała się do pewnego stopnia wręcz naszym znakiem rozpoznawczym. A gdzie jest wrogość, tam prawo obywatelstwa ma nienawiść – wroga przecież należy zniszczyć. Można więc pluć, drwić i deptać ludzi, można bezpodstawnie oskarżać ich o niegodziwości, a nawet zbrodnie, i równocześnie powoływać się na Ewangelię, stroić się w piórka obrońcy chrześcijańskich wartości i Kościoła, odbywać pielgrzymki na Jasną Górę, składać świątobliwie ręce do modlitwy i ukazywać w mediach rozmodloną twarz.”
Nie sądzę aby takimi przemyśleniami dzielili się, w czasie żałobnej mszy świętej za Pawła Adamowicza, prominentni działacze PiS, z prezydentem Andrzejem Dudą na czele, a krokodyle łzy leją dziś także ci, którzy okopywali wspólnie korzenie tej nienawiści.

13 stycznia

Od jakiegoś czasu czuliśmy, że to może się stać. Stało się.

Szkoda, że dopiero po Jego śmierci na powrót sięgnęliśmy po zapomniany już tomik poezji Wisławy Szymborskiej. I wiersz „Nienawiść”:
Spójrzcie, jak wciąż sprawna,
Jak dobrze się trzyma
w naszym stuleciu nienawiść.
Jak lekko bierze wysokie przeszkody.
Jakie to łatwe dla niej – skoczyć, dopaść.

Narutowicz

Analogia wydaje się oczywista. Zamordowany w 1922 prezydent Gabriel Narutowicz. I 97 lat później, prezydent Gdańska Paweł Adamowicz. Ale Rafał Madajczak na łamach portalu naTemat.pl pisze też o zasadniczych różnicach obu mordów. Zabójca Narutowicza, Eligiusz Niewiadomski był znanym historykiem sztuki. I narodowcem sympatyzującym z obozem Romana Dmowskiego. Zabójca Adamowicza – pospolitym bandytą. Trudno go podejrzewać o głębszą motywację polityczną zabójstwa.
A jednak tamta Polska i ta dzisiejsza miały wiele wspólnego. Publicysta naTemat.pl przytacza komentarze ówczesnej „Rzeczpospolitej” i „Gazety Warszawskiej”. „Pisano o «większości polskiej» sponiewieranej przez «jątrzący» wybór Narutowicza m.in. głosami mniejszości narodowych II RP, w tym żydowskiej. Pisano o patriotycznej młodzieży, której gniewu i troski o polskość «nikt uczciwy potępić nie zdoła»” – stara się odtworzyć atmosferę tamtych lat Rafał Madajczak.
Dzisiaj wystarczy kliknąć pilotem. By na kanałach informacyjnych telewizji publicznej usłyszeć usprawiedliwienia ekscesów narodowców. Słowa zachwytu, choćby po niedawnym marszu niepodległości. Tłumaczenia, że portrety europarlamentarzystów wiszące na szubienicach w centrum Katowic, to… przecież nie ludzie.
Niewiadomski zapewne czytywał „Gazetę Warszawską”. Stefanowi W. telewizja Kurskiego i inne media prawicowe od dawna wtłaczały do głowy przekonanie, że całe zło to „wina Tuska”. Nie było Tuska? Ale pod ręką znalazł się Adamowicz.

Klepsydra

Klepsydry z nazwiskiem Pawła Adamowicza pojawiły się w Gdańsku już bardzo dawno – wspomina Jacek Karnowski, prezydent Sopotu i jednocześnie przyjaciel zamordowanego prezydenta. To miał być taki „happening” Młodzieży Wszechpolskiej, protestującej przeciwko proimigranckiemu stanowisku prezydenta Gdańska. Karnowski przytacza fragment pisma, które wówczas prezydent Adamowicz skierował do prokuratury. „Prokuratura nie powinna przechodzić obojętnie obok tego rodzaju działań, gdyż prowadzą one do brutalizacji życia politycznego w Polsce. (…) Jeśli prokuratura nie podejmie działań w tego rodzaju sprawach, to niedługo mogą się pojawić w przestrzeni publicznej polityczne wyroki śmierci”. Prokuratura sprawę umorzyła. Pierwszy wyrok wykonano 13 stycznia.
Tymczasem prokuratura kierowana przez Zbigniewa Ziobrę uznała, że wyrok dziesięciu miesięcy dla delikwenta, który na wrocławskim Rynku spalił kukłę Żyda – to wyrok zbyt wysoki. Wrocławscy prokuratorzy wnieśli apelację, prosząc sąd, by karę pozbawienia wolności zamienił na prace społeczne. Przecież podpalono tylko kukłę. Nie Żyda. Pamiętam, jak adwokaci zwracali uwagę na absolutny precedens praktyki sądowej. Gdy to prokurator, a nie adwokat, prosił o łagodny wymiar kary dla oskarżonego.

A na drzewach…

Wystarczy w internetowej wyszukiwarce wpisać początek: „A na drzewach…”. By pojawił się link do youtubowego kanału „muzyka” kryjącego się pod nickiem Songo_23. „A na drzewach zamiast liści, będą wisieć komuniści” – krzyczy w ekstazie Songo_23. Już piąty rok. Bo „utwór” pojawił się na Youtube w 2014 roku.
I nikomu to nie przeszkadza. Nawet tak wyczulonym na mowę nienawiści administratorom mediów społecznościowych. Wycinającym z postów każdą „kurwę” i „chuja”. Bo to, o czym śpiewa Songo_23 to przecież wyłącznie „twórczość artystyczna”.
Dziwi to Was? Mnie nie. Półtora roku temu w Radomiu kolesie w koszulkach z napisem „Młodzież Wszechpolska” pobili działacza KOD-u. „To sytuacja, która nie powinna mieć miejsca, ale też ich rozumiem” – powiedziała potem Beata Mazurek, rzeczniczka Prawa i Sprawiedliwości. A rząd Mateusza Morawieckiego próbował nas przekonać, że gdy mąż pierwszy raz sprawi lanie swojej ślubnej, to nie jest żadna przemoc domowa. Ostatecznie przecież: „zupa była za słona”…
W takiej Polsce żyjemy. I w takiej Polsce dorastał Stefan W.

Orkiestra gra

Propagandziści z orkiestry Kurskiego już wiedzą, co powiedzieć „ciemnemu ludowi”. Oglądałem ostatnio sporo programów na kanale informacyjnym TVPiS. Pierwsze zaskoczenie? Właśnie Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. Tak jak media publiczne starały się w ostatnich latach unikać jakichkolwiek wzmianek o WOŚP, tak teraz o Orkiestrze mówi się tam od rana do wieczora. Ale nie o woluntariuszach, zbiórce i zakupach dla szpitali.
Od rana do wieczora w TVP Info sami specjaliści. Od imprez masowych. Z policji. Z uniwersytetów. Nawet pisowski senator, Krzysztof Cugowski, w roli specjalisty od bezpieczeństwa. Wszyscy są zgodni. Zawiniła organizacja. Brak ochrony. Bramek. Wykrywaczy metali. Jakby na imprezy WOŚP wchodziło się jak na lotnisko, nie byłoby tego, co się stało. Paranoja.
A „mordy zdradzieckie”? Szubienice w Katowicach? „Zrozumienie” rzeczniczki PiS-u dla chuliganów z Młodzieży Wszechpolskiej. I cała ta – dotychczas bezkrwawa – wojna polsko-polska? Którą, licząc na polityczny uzysk, wywołali rządzący. Nie, to wszystko nie miało znaczenia. Prawica ma już prawdziwego sprawcę. To Owsiak!
Gdy prokuratura zatrzymała Wojciecha Kwaśniaka, byłego wiceszefa Komisji Nadzoru Finansowego, głos zabrał Zbigniew Ziobro. Tłumaczył, dlaczego kilka lat temu bandyci dotkliwie pobili wiceszefa KNF, zajmującego się przekrętami w SKOK-ach. „Być może Wojciech Kwaśniak został zaatakowany, bo Komisja Nadzoru Finansowego przez lata rozzuchwalała przestępców” – powiedział na antenie TVP minister sprawiedliwości.
Pewnie Ziobro już układa w głowie kolejną sentencję. „Być może Paweł Adamowicz został zamordowany, bo Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy przez lata zachęcała do tego nożowników” – usłyszymy niebawem. A o 6 rano do drzwi Jerzego O. zapuka policja. „Dziki kraj” – tymi słowami zakończył swoją ostatnią konferencję prasową Jurek Owsiak.

Światełko do nieba

To miało być „światełko do nieba”. Czy nam się to podoba, czy nie, mord na prezydencie Gdańska zawsze będzie kojarzył się z czterema literami. WOŚP! Tak jak mówiąc o Smoleńsku, nie mamy przed oczyma pięknej starówki rosyjskiego miasta. Jaka więc przyszłość czeka Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy?
Musi grać! Myślę, że każda następna edycja będzie zaczynała się od minuty ciszy. I wspomnienia tragedii, która wydarzyła się podczas 27. Finału. Ale potem Orkiestra musi grać. Jeszcze głośniej, niż dotychczas. Bo tak reagują na przemoc wszystkie wolne społeczeństwa.
Po 11 września. Po zamachu w Londynie. W Barcelonie. Zawsze na ulicach pojawiały się tłumy ludzi. By pokazać, że terroryści – nawet najlepiej uzbrojeni – nie są w stanie zastraszyć społeczeństwa. Nie są w stanie wygrać z żadną demokratyczną społecznością. A taką społeczność od lat tworzy Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy Jurka Owsiaka. Nie martwmy się o Owsiaka. Złożył rezygnację. Ale wróci. Jestem tego pewien.
Przegrać muszą również ci, którzy świadomie od trzech lat nie zgadzali się na pomoc państwa w organizacji imprez WOŚP-u. W poniedziałek, we wrocławskim radiu, zadałem pytanie. Jak to jest możliwe, że warszawskie „procesje smoleńskie” ochraniało kilka tysięcy funkcjonariuszy policji państwowej. A w Gdańsku za bezpieczeństwo finału WOŚP odpowiadało 50 ochroniarzy. W tym grupa okazjonalnie zatrudnionych studentów.
Joachim Brudziński wielokrotnie intonował „bojowe” zawołanie PiS-u: „Komuniści i złodzieje…”. Dzisiaj jest szefem MSWiA. Może poda szczegółowe informacje o tym, jakie zadania postawił przed policją, by 27. Finał WOŚP był bezpieczny.

Polak katolik

PiS straszy obcymi. Niestety, skutecznie. Opowiadał mi warszawski znajomy. O kolorze skóry odbiegającym od „czystej rasy polskiej”. Narastającą niechęć Polaków odczuwa na co dzień. Od jakiegoś czasu stara się nie wychodzić na ulicę po zmroku. Bo nienawiść niejedno ma imię.
Paweł Adamowicz – wbrew antyimigranckiej histerii – półtora roku temu zadeklarował, że Gdańsk będzie przyjmował uchodźców. Zginął z rąk Polaka. Zapewne katolika.

Noga, hołota i morda

Na koniec druga szala wagi. By ktoś nie myślał, że mowa nienawiści ciąży wyłącznie po jednej stronie. To prawda, że dzisiejszych polityków prawicy – z „mordami zdradzieckimi” wykrzyczanymi przez Kaczyńskiego – trudno przebić. Ale początków obecnego apogeum trzeba szukać znacznie wcześniej.
Pamiętamy słowa Wałęsy: „Panu to ja mogę nogę podać”. Wtedy jeszcze nie za dobrze wiedzieliśmy, jak uczyć się mowy nienawiści. A przy dzisiejszym hejcie, słowa Wałęsy skierowane do prezydenta Kwaśniewskiego to prawie niewinny żart.
Osobiście bardzo zabolały mnie słowa o „naćpanej hołocie”. Siedziałem wtedy w pustawej sali sejmowej. Gdy Leszek Miller skierował wzrok również w moją stronę.
Nie zamierzam umniejszać zasług Lecha Wałęsy w okresie przemian ustrojowych. Ani „dokopać” Leszkowi Millerowi. Chcę jedynie zwrócić uwagę, że niezwykle trudno znaleźć w Polsce polityka. Który nie wrzucił choćby małego kamyczka do ogrodu z napisem „mowa nienawiści”.

Oczy snajpera

Nie, nie będzie happy endu. Tak jak nie było „narodowego pojednania” po katastrofie smoleńskiej. Wówczas niektórzy łudzili się, że będzie lepiej. Było coraz gorzej.
Gdy minie szok po pierwszym zamordowanym prezydencie w III RP – oby ostatnim – polityka wróci w stare koleiny. Nienawiść nie zniknie, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
Do nowych zadań w każdej chwili gotowa.
Jeżeli musi poczekać, poczeka.
Mówią, że ślepa. Ślepa?
Ma bystre oczy snajpera
i śmiało patrzy w przyszłość
– ona jedna.
Gorzkie słowa Szymborskiej niech nie stanowią usprawiedliwienia. Przyzwolenia na taką Polskę. Jaką zobaczyliśmy 13 stycznia. Wierzę, że mimo wszystko jesteśmy w stanie zatrzymać „snajpera nienawiści”.