Fikcja okrągłego stołu edukacyjnego

Rząd PiS nigdy nie wykazywał cienia dobrych intencji wobec nauczycieli. Czas, by wszyscy związkowcy oświatowi wyciągnęli wreszcie z tego wnioski.

To, że rząd Prawa i Sprawiedliwości od początku nie chciał porozumienia z nauczycielami i zaogniał strajk, zaczyna dostrzegać nawet oświatowa Solidarność.
„Nawet” – bo związek ten niestety wystąpił w charakterze łamistrajka, podpisując odszczepieńcze porozumienie z rządem – i udawał, że wierzy w zapewnienia działaczy PiS, że zrealizują oni zapisane w tym porozumieniu postulaty oraz zwołają poważny okrągły stół mający debatować nad problemami oświaty.

Gdzie rząd ma dobro uczniów

Oczywiście żadnej realizacji postulatów nie ma, zaś edukacyjny okrągły stół okazał się zupełną lipą. Rząd PiS wyłącznie pozorował chęć debaty oświatowej, bo w istocie nie chciał i nie chce jakichkolwiek rozmów – a dobro polskiej oświaty i los uczniów ma, delikatnie mówiąc, w nienajwyższym poważaniu.
Jedyną troską ekipy rządzącej było to, jak wykorzystać strajk nauczycieli do zwiększenia, a przynajmniej do zachowania szans wyborczych PiS.
To nic dziwnego, bo przecież wszystkie działania Prawa i Sprawiedliwości służą tylko i wyłącznie temu, by utrzymać się u władzy.
Niektórzy wciąż udają że tego nie widzą, ale trzeba ich zrozumieć, bo dostają za to benefity od władzy. Czasem jednak i oni muszą pokazać, że dostrzegają jaka jest rzeczywistość – bo na samym wsparciu ze strony rządu żaden związek zawodowy daleko nie zajedzie.
Dlatego też obradujące w Warszawie prezydium Rady Krajowej Sekcji Oświaty i Wychowania NSZZ „Solidarność” przyjęło mocno krytyczne stanowisko w sprawie realizacji zawartego porozumienia i dyskusji oświatowych w ramach „okrągłego stołu edukacyjnego”.

Tylko wspólnymi siłami

Stanowisko to stwierdza:
„Prezydium KSOiW NSZZ „Solidarność” /…/ podtrzymuje stanowisko wyrażone w piśmie do Premiera RP Mateusza Morawieckiego, zgodnie z którym podkreślamy, że zaproponowana formuła spotkania oraz przypadkowo dobrane gremium nie gwarantują wypracowania rozwiązań rzeczywistych problemów nurtujących polską oświatę.
Oczekujemy harmonogramu realizacji uzgodnionych postulatów zawartych w podpisanym z Rządem RP w dniu 7 kwietnia br. porozumieniu. W szczególności domagamy się powołania zespołu roboczego do spraw realizacji punktu VI porozumienia, czyli zmiany systemu wynagradzania nauczycieli w uzgodnieniu ze związkami zawodowymi i powiązania go ze wzrostem gospodarczym”.
Prezydium KSOiW NSZZ „Solidarność” dodaje, że pragnie: „pilnego rozpoczęcia prac nad realizacją uzgodnionych postulatów” – oraz przypomina, że związek tylko zawiesił, a nie przerwał, swą akcję protestacyjną.
Wypada mieć nadzieję, że to jak zachowuje się rząd PiS wobec swoich partnerów społecznych, spowoduje, iż NSZZ „Solidarność” doceni wagę autentycznej solidarności i jedności związkowej.
Rząd PiS nie ma żadnych dobrych intencji wobec nauczycieli – i tylko wspólnym, konsekwentnym działaniem będzie można na nim cokolwiek wymóc.

Sposób na nauczyciela

Pomysł PiS jest banalnie prosty: po wygraniu jesiennych wyborów nauczyciele staną się urzędnikami korpusu cywilnego. Jako tacy będą mieli zakaz strajku.

Pomysł ten, jak informuje „Dziennik Gazeta Prawna”, jest oczkiem w głowie minister przedsiębiorczości i technologii Jadwigi Emilewicz.
Jest marchewka: prestiż zawodu miałby zauważalnie wzrosnąć, nauczyciele mogliby tez liczyć na dodatkowe pieniądze – nawet 4 000 zł miesięcznie. Oczywiście po zdaniu egzaminu państwowego i zastaniu urzędnikiem mianowanym, a to wcale nie jest prosta procedura.
Jest też kij: oznaczałoby to zakaz strajku, dyspozycyjność, co w praktyce oznaczać mogłoby dołożenie pracy bez dodatkowego wynagrodzenia oraz w praktyce zlikwidowana zostałaby Karta Nauczyciela.
Wysokie wynagrodzenia dla nauczycieli, jak podaje „DGP”, nawet do 8 000 byłyby przewidziane dla tych, którzy zgodziliby się na zwiększenie pensum o 30 proc. – do 24 godzin. Pozostali, którzy nie zgodziliby się na taka propozycję, otrzymywaliby odpowiednio mniej.
Pomysłodawcy powołują się na rozwiązania w innych krajach: Francji i Niemczech oraz na podobne rozwiązania w przedwojennej Polsce. Nie jest zaskoczeniem, że propozycje tych zmian popiera nauczycielska „Solidarność”, zaś ZNP jednoznacznie wyraziło
swój sprzeciw.
– To jest odebranie nam prawa do wyrażania sprzeciwu – powiedział „Superekspresowi” Krzysztof Baszczyński, wiceprezes Związku Nauczycielstwa Polskiego.
Zapewne dyskusje o zmianach w zawodzie nauczyciela są konieczne. Problem w tym, że PiS wybrał najgorszy możliwy moment – uczynił z tej propozycji element kampanii wyborczej, nie konsultował je z nauczycielami i jednoznacznie powiązał z zapowiadanym jesiennym, protestem nauczycieli. To może wzbudzić duży opór
związkowców.

Co strajk nauczycieli mówi o nas samych

Mówią za nas nagłówki w portalach informacyjnych i mówią westchnienia w komentarzach: ach, no załatwili tych nauczycieli po pisowsku, prawda – ale (tu rzeczone westchnienie ulgi) to jednak dobrze, że pójdą te matury normalnie, jak trzeba.
Naiwne są (wybacz, Piotr) bojowe pokrzykiwania redaktora Szumlewicza o prawie do strajku i nadziei na pozytywne zmiany. Nadziei nie ma. Między innymi dlatego, że strajk nauczycieli nie ma wsparcia, wręcz większość ludzi wkurza. W dyskusjach przy świątecznych stołach, rozciągniętych na Facebooki i inne media społecznościowe widać to wyraźnie. Wyciągane są z odmętów pamięci grube, niesympatyczne nauczycielki matmy o aparycji Krystyny Pawłowicz. Padają pytania: „ilu znałeś nauczycieli z prawdziwą pasją, no ilu?”. Deliberuje się: „a może dać podwyżki tylko tym, co zasługują”? Tym, co w pocie czoła w nocy wycinali papierowe zwierzątka żeby nam pokazać ginące gatunki i tym, którzy skakali na jednej nodze, układali autorskie rymowanki? Tak, tym ewentualnie podwyżki się należą. Ale co zrobimy z resztą?
Społeczeństwo ma już dosyć tego „buntu”, tej „hucpy”. Mówią o tym wprost wszelkie możliwe sondaże i mówią o tym pośrednio nawet dziennikarze mediów rzekomo pedagogom życzliwych – właśnie poprzez publikowanie wspominków o nauczycielach wybitnych, o pomysłowych Dobromirach, co ich redaktorka poczytnej gazety na całe życie zapamiętała. Ten, w mniemaniu piszących, piękny gest solidarności, spycha tak naprawdę na poziomie podświadomości odpowiedzialność na samych nauczycieli za własne zarobki. Sugeruje, że godna płaca nie należy im się wszystkim bez wyjątku, tym z polotem i tym bez polotu, ale otwiera debatę o jakości ich pracy, robiąc tym wspaniały prezent rządowi.
Zamiast krzyczeć: „po prostu dajcie im te podwyżki, bo to wstyd, żeby tyle dostawał na rękę w XXI wieku człowiek wykonujący jeden z najbardziej odpowiedzialnych zawodów świata!”, zaczyna się absurdalna dyskusja, w której już tylko krok dzieli nas od „nununu, wymagania to się stawia, a czy wy na pewno tak dobrze wszyscy pracujecie, żeby przed naszymi dziećmi drzwi klas zamykać?”.
„Zależy im tylko na kasie, a o przyszłości edukacji, o systemie oświaty, o kaganku, to rozmawiać nie chcą” – perorują ludzie z klasy średniej, z tytułami magistrów. Nieważne, ile by nauczyciele nie tłumaczyli, że chcą walczyć o ogólną naprawę polskiej edukacji, że podwyżki to zaledwie początek, niezbędny zresztą, by nadal przyciągać do pracy w zawodzie.
Dlaczego tak się dzieje?
Jedyną przekonującą odpowiedź na to pytanie, poszerzoną o bardziej rozległy kontekst, znalazłam we wpisie na blogu psychoanalityka Pawła Droździaka. Człowiek, który był w wojsku, gardzi tymi, którzy w wojsku nie byli. Twierdzi, że tacy życia nie znają – wywodzi autor. „Kto był w wojsku, jest dumny że to przeszedł, choć tego nienawidził. Analogicznie ten, kto przeczołgiwany jest przez wolny rynek pogardza tymi, którzy żyją w realności budżetówki i nie traktuje ich żądań i narzekań poważnie. Czuje swoją wyższość, bo wytrzymuje coś, czego nienawidzi. Ludzie zbyt mocno nienawidzą własnej sytuacji na wolnym rynku, by spokojnie obserwować, jak ktoś coś uzyskuje na nim się nie bijąc. Czuliby się wówczas jak zupełni idioci”.
Dokładnie na tej samej zasadzie, jak mi się zdaje, ludzie, bici w dzieciństwie dyscypliną będą bronić zbawczej mocy klapsów jak niepodległości. Wolą to, niż zmierzyć się z dysonansem poznawczym: tak, krzywdzono nas, to było zupełnie bezsensowne, złe, szkodliwe i niepotrzebne. Teraz od tego odejdziemy, żeby ci, co przyjdą po nas, mieli lepiej. Mało kto jest w stanie zdobyć się na taki heroiczny akt zaprzeczenia swoim prywatnym mechanizmom obronnym, budowanym przez lata.
To jest ta tajemna prawda, którą o nas samych mówi strajk nauczycieli. To nie PiS jest tu naszym głównym problemem, problemem jest to, że świat oszalał. Oszalał, robiąc z nas niewolników na rynkowej galerze, upodlonych tak bardzo, że nie chcemy już, żeby ci z ławki obok mieli lepiej. Chcemy, żeby mieli tak samo tragicznie.
Po prostu dajcie im te podwyżki, bez bredzenia o pasji i misji przy objaśnianiu twierdzenia Pitagorasa. To może jeszcze uchronicie swoje dzieci przed tym, że wychodząc po dzwonku ze szkoły, nie będą myśleć wyłącznie o tym, że bycie towarem dla korpo jest najlepszą z dostępnych życiowych opcji.
Po prostu dajcie im te podwyżki.

Niczego nie kończymy

Premierze, obserwujemy działania rządu z rozczarowaniem! – mówią nauczyciele w Warszawie. Pod budynkiem Ministerstwa Edukacji Narodowej pedagodzy pokazali, co sądzą o ucieczce Zalewskiej do Brukseli i o „Okrągłym Stole” Morawieckiego.

„Zbudowanie trwałego i nowoczesnego systemu oświatowego to zadanie, którego nie można zrealizować podczas jednodniowego happeningu nazwanego »okrągłym stołem« – napisali nauczyciele w liście do Mateusza Morawieckiego. – Debata o edukacji jest potrzebna i toczy się już teraz” – piszą pedagodzy i chcą zorganizowania wspólnego „forum dla edukacji”. „Dziś dla dobra przyszłości polskiej edukacji, wzywamy premiera do zrealizowania postulatu płacowego. Zamiast rozważać perspektywę mglistej przeszłości, należy działać tu i teraz”.
A więc działają.
Według protestujących rząd tylko pozoruje podjęcie dialogu, w rzeczywistości jednak usiłuje grać na antagonizowanie nauczycieli i rodziców, czyniąc tych pierwszych odpowiedzialnymi za ewentualne kłopoty tegorocznych maturzystów z uzyskaniem indeksów.
Pod MEN 23 kwietnia zebrały się tłumy strajkujących i solidaryzujących się ze strajkiem. – ale Manifestacje nauczycieli odbywają się dziś również w innych miastach Polski – m.in. w Szczecinie i Krakowie.
– Nie może być spadku wydatków na edukację – powiedział przewodniczący OPZZ Guz. – Nie będzie rozwoju gospodarczego i innowacji, jak nie będzie dobrej szkoły. Serdecznie wam dziękujemy za lekcję wychowania obywatelskiego i demokracji.
– Musimy pamiętać, że nauczyciel powinien dobrze zarabiać, dlatego, że ręczy głową, gdy coś się stanie dziecku na terenie szkoły – doda Nikodem Kaczprzak z Młodzieżowej Rady Warszawy. – Nauczyciele, jesteśmy w wami!
Sławomir Broniarz, który witał przybywających na demonstrację, nie krył radości: – Są delegacje z całego kraju: Śląska, Poznania, Krakowa, Łodzi, Torunia, Poznania. Wciąż dojeżdżają kolejne grupy, także mniejszymi busami. Jesteśmy zdeterminowani, dalszy protest ma sens!
Po zakończeniu protestu prawdopodobnie zbierze się prezydium ZNP. Wątpliwe, aby nagle zmienił się front pedagogów i zrezygnowali z dalszego bojkotowania pracy. Nie liczą na żadną przełomową propozycję rządzących.
W środę o 09:00 kolejna demonstracja ma przejść pod MEN z Ronda Dmowskiego. To inicjatywa Komitetu Strajkowego Szkoły Podstawowej (tzw. specjalnej) nr 117 w Warszawie.
– Premier zarzuca nam, że działamy na szkodę uczniów. Ale czy premier potrafiłby spojrzeć w twarz uczniom po tym, jak rząd traktuje protest kilkuset tysięcy ich nauczycieli? – mówi uczestnicy warszawskiego protestu. – Gdy mówimy, że nauczyciele to elita intelektualna kraju, w odpowiedzi dostajemy pobłażliwe uśmiechy. To spuścizna wielu lat chaosu w całej edukacji i języka pogardy w przestrzeni publicznej. Nie godzimy się na szantażowanie nas i stawianie przeciwko nam uczniów i rodziców.
– Dzisiaj niczego nie kończymy. Niczego nie kończymy. W dalszym ciągu jesteśmy w fazie strajku o godność nauczyciela, o godność pracownika oświaty – zastrzega Sławomir Broniarz. – Nauczycielska bieda, oświatowa bieda, nie ma barw politycznych i związkowych. Oprócz pieniędzy, płacy, zależy nam na dobrej, autonomicznej szkole, z wysoką pozycją zawodową nauczycieli i dyrektorów szkół, aby ci ludzie nie byli uwiązani różnego rodzaju rozporządzeniami MEN, żeby nie funkcjonowali w okowach ustaw i rozporządzeń. Chcemy mówić swoim głosem.

Bigos tygodniowy

Spłonęła katedra Notre-Dame w Paryżu – ikona Francji. To nie była tylko gotycka katedra chrześcijańska, lecz być może najważniejsza budowla Francji jako takiej. Potworna strata dla światowego dziedzictwa kulturowego. To tak jakby w Polsce spłonął Wawel. Miałem tę katedrę w wyobraźni od najwcześniejszego dzieciństwa, a lata później po raz pierwszy zobaczyłem ją na własne oczy. Ukazanie się powieści Wiktora Hugo „Notre-Dame de Paris” (1831) wpłynęło na decyzję o pierwszym wielkim remoncie tej budowli w jej dziejach. I właśnie w tej powieści jest scena pożaru w katedrze. Niesamowite zdarzenie, jakby rodem z wielkiej literatury francuskiej, z najbardziej ponurych, apokaliptycznych fantazji. Nieszczęśliwy przypadek czy zakamuflowany akt terrorystyczny?

*****
Prawicowy publicysta Piotra Zaręba, za którym jego środowisko nie przepada, bo wolny jest od serwilizmu Karnowskich i dęcia w propisowską trąbkę propagandową powiedział, że jeśli strajk spełznie na niczym, to szkoły przepełnione rozgoryczonymi nauczycielami staną się „fortecami antypisizmu”. Coś jest na rzeczy. Nie bez wpływu na to będą też obrazki z egzaminów, na których widać ściągniętych pomagierów w sutannach, przywodzące na myśl szkołę we frankistowskiej Hiszpanii i salazarowskiej Portugalii. Tam kler odgrywał rolę bezpośredniego sojusznika opresyjnych reżymów klerykalno-nacjonalistycznych. Jednak o roli mediatora w konflikcie nauczyciele-rząd PiS, kler, po swojej wszechstronnej kompromitacji, mógłby już tylko pomarzyć. I to też jest miarą nowej sytuacji w Polsce.

*****
Jolanta Hajdasz, wiceprezeska prawicowego Stowarzyszenia dziennikarzy Polskich opowiada się za likwidacją opresyjnego wobec dziennikarzy kagańcowego paragrafu 212 kodeksu karnego. Proszę bardzo, jestem za, ale zróbmy to samo z represyjnym paragrafem o tzw. obrazie uczuć religijnych.

*****
Proboszcz parafii Miłosierdzia Bożego w Lublinie, ksiądz Eugeniusz Szymański modlił się podczas nabożeństwa o „opamiętanie się nauczycieli”. Dodał, że „kiedyś nauczyciele uczyli za darmo i oddawali życie za swoich uczniów”. W reakcji na to kilka osób wyszło z kościoła. Ksiądz Szymański miał też problem z frekwencją na rekolekcjach, więc rzekł do obecnych uczniów: „Przecież nie chodzicie do szkoły, bo jest strajk i tym bardziej powinno być was więcej”. Jak zwykle więc oberwało się nie wagarowiczom, lecz tym Bogu ducha winnym, którzy nie zwagarowali. „Ci co nie przyszli, zapłacą wysoką cenę za nieobecność. Zwłaszcza po śmierci” – dodał proboszcz Szymański. Po pierwsze, Bóg zapłać. Po drugie, ksiądz może tego nie wie, ale argument odnoszący się do tego, co po śmierci, akurat na młodzież szkolną działa słabo. Przy okazji dorocznych rekolekcji wraca nieodmiennie kwestia służbowego angażowania nauczycieli do odprowadzania uczniów do kościoła, tam i z powrotem. Na przykład w Szkole Podstawowej nr 21 im. Królowej Jadwigi, w Lublinie jest to zapisane w harmonogramie zajęć w czasie rekolekcji. Podobnie jest oczywiście w setkach, jeśli nie tysiącach szkół w całym kraju. Jeśli nauczyciel nie zgłasza sprzeciwu, to – powiedzmy – nie ma problemu. Jeśli jednak jako ateista trzyma się z dala od obrzędów religijnych, to co?

*****
Oto jeden z przejawów klasyki pisiorstwa. Skoro strajk nauczycieli utrudnił przeprowadzenie w normalnym trybie egzaminów w szkołach, to pani minister Zalewska ze swoim otoczeniem wymyślili, żeby do przeprowadzenia egzaminów zaangażować kogo popadnie, a kto wyrazi zgodę: emerytów, wojskowych, strażaków i kogo tam jeszcze, czyli z totalna pogarda dla prawa, które bardzo ściśle określa uprawnienia do bycia egzaminatorem. Czyli pospolite pisowskie ruszenie według zasady „nie matura, lecz chęć szczera zrobi z ciebie egzaminatora”. Kto wie czy egzaminatorów nie łapali z ulicy. Przypomina to scenę z radzieckiego filmu „Czapajewa”. Brakowało lekarzy i Czapajew kazał łapać pierwszych z brzegu felczerów i pielęgniarzy, żeby podejmowali praktykę lekarską i robili operacje. Kiedy mu tłumaczono, że uzyskanie dyplomu lekarskiego wymaga studiów i zdania surowego egzaminu. „Przeegzaminować i wydać” – odpowiedział na to Czapajew.

*****
Leon Knabit od lat kreowany w TVP na miłą twarz kleru polskiego, objawił ostatnio prawdziwą, czyli mordę niemiłą. Uznał strajk nauczycieli za „antypaństwowy” i wzywa do interwencji prokuratora generalnego. Nie spodobał mu się też protest pod hasłem „Hańba biskupia” i stwierdził, że klesza pedofilia to jakieś nędzne promile. Z klechy zawsze na ostatek wyjdzie klecha, mimo to nie rozstaję się z warunkową i umiarkowaną sympatią do nielicznych przedstawicieli kleru.

*****
Przemysław Czarnek, wojewoda lubelski, to najbardziej zideologizowany wojewoda w kraju, stały gość w „Studiu Polska” w TVPiS u Ogórkowej. Za jego zniewagi pod adresem LGBT („obrzydliwe obnoszenie po ulicach zboczeń i dewiacji”) została mu wytoczona sprawa sądowa. No, ale przecież to Pan Bóg pana Czarneka (podobno nazwisk się nie odmienia) stworzył płciowość, i tę hetero i tę homoseksualną. Jak może być obrzydliwe to, co stworzył Stwórca?

*****
Jeśli więc prezes Broniarz i strajkujący nauczyciele uważają, że o ile pisiorom udało się przeskoczyć barierę związaną z egzaminami, o tyle nie przeskoczą kwestii klasyfikacji uczniów, to odradzałbym im taki optymizm. A cóż to dla pisiorskiego MEN wydać rozporządzenie, które pozwoli przekazać uprawnienia rady pedagogicznej trzyosobowym komisjom powołanym przez kuratoria, a jeśliby zabrakło ludzi, to dać kuratorom jednoosobowe uprawnienia do dokonania hurtowej klasyfikacji. A ileż to roboty? Pisiory dadzą radę.

*****
Kolejna regionalna konwencja PiS odbyła się w minioną sobotę w Lublinie. Prezes tym razem nie zaryzykował wystąpienia z kolejną „piątką”, bo po pierwsze, mieszek jest opróżniony, a poza tym licho nie śpi i mogłoby to pobudzić do protestów kolejne grupy zawodowe, które uświadomiłyby sobie że w pisowskich planach robienia dobrze, dla nich jednak miejsca zabrakło. Konwencja ograniczyła się do pełnego chełpliwości i dowcipkowania przemówienia Młodego Morawieckiego oraz zarzekania się Prezesa przeciw przyjęciu przez Polskę waluty euro, bo to „spowoduje wzrost cen”. Sęk w tym, że wzrost cen postępuje i bez euro, a 500 plus to dziś w najlepszym razie realnie 450 plus i szybko to idzie do siły nabywczej 400 plus.

*****
Dorota Buchwald nie jest już dyrektorką Instytutu Teatralnego. Pożal się Boże Minister Kultury Gliński pozbył się „wrażej” dyrektorki i zastąpił ją Elżbietą Wrotnowską-Gmyz, nota bene żoną Cezarego Gmyza, korespondenta TVPiS (wstydu nie mają w tej nepotycznej ostentacji!). A kiedy w ubiegłym roku na pisałem o zamiarach Glińskiego, to z jego resortu przyszło pismo bezczelnie wymuszające na redakcji „Trybuny” sprostowanie pod pretekstem czysto formalnej nieścisłości w przekazie. A wyszło na moje, bo jak zwał tak zwał, ale Gliński chciał się Doroty Buchwald pozbyć i się pozbył. Więc po co był ten bezczelny myk z żądaniem sprostowania?

Zdecydujcie się!

„Ilu znasz dobrych nauczycieli?” – zapytał sarkastycznie mój kolega zagadnięty o strajk. „A ilu znasz dobrych dziennikarzy?” – odpowiedziałam pytaniem na pytanie.
Ja znam różnych – od bardzo dobrych, po takich, którzy nigdy w życiu nie powinni pisać tekstów ani relacjonować wydarzeń. Tak jak w przypadku nauczycieli, nie jest to jednolita grupa, nie ma więc sensu stosować odpowiedzialności zbiorowej.
„Czemu oni uczą tylu zbędnych rzeczy i przeładowują mózgi dzieci wiedzą?”.
„A czemu ty piszesz teksty na osiem tysięcy znaków, choć spokojnie to, co masz do przekazania, zmieściłbyś w czterech?”. Bo ktoś narzuca zasady pracy. Czasem mądre, czasem niezbyt.
Nikt już nie pamięta, że nauczyciele wysypywali na ulicach kredę w geście sprzeciwu wobec „deformy” minister Zalewskiej. Prawo strajkowe nie pozwala im porzucić pracy z powodów innych niż niezadowolenie z warunków zatrudnienia bądź wynagrodzenia.
Naprawdę, skończmy już z tym obwinianiem szeregowych pracowników za głupie decyzje „góry”, do których po prostu muszą się stosować. Bo i cóż mają robić? Pójść i podpalić MEN?
Strajkują – „roszczeniowcy”.
Nie strajkują – „bezczynnie patrzą jak nasze dzieci giną!”.
Zdecydujcie się. I przynajmniej w doborze metody krytyki bądźcie konsekwentni.

Lekcja prawdziwej solidarności

Walczymy o całą oświatę. O to, żeby zawód nauczyciela, dobrze opłacany i szanowany, przyciągał najlepszych, z talentem i zapałem do pracy z młodzieżą. Żeby politycy przestali tylko w Dzień Nauczyciela przypominać sobie o tym, jak ważna jest edukacja dla każdego społeczeństwa. Gdybyśmy teraz nie podnieśli głów, za kilkanaście lat szkoły byłyby nie tylko niedofinansowane, jak teraz, ale i puste. Nikt już nie chciałby za takie pieniądze, przy takich kosztach życia być nauczycielem – tak można oddać przesłanie strajku w szkołach, który zaczął się 8 kwietnia. Wielkiego, historycznego strajku.

Wielu nauczycieli do końca wierzyło, że tego strajku nie trzeba będzie robić. W napięciu obserwowali rozmowy ostatniej szansy z rządem, z wicepremier Beatą Szydło, która skrzętnie zasłaniała znienawidzoną Annę Zalewską. Mieli nadzieję: może rząd zrozumie, że naprawdę ma do czynienia z bezprecedensową mobilizacją. To już nie kolejna demonstracja pod MEN, organizowana w sobotę, to 80 proc. publicznych szkół zdecydowanych na przerwanie zajęć, jednoznaczne wyniki referendów strajkowych: 70, 80, czasem 100 proc. za protestem. Do tego coraz więcej sygnałów, że rodzice nauczycieli rozumieją: też chcą dla swoich dzieci edukacji na wysokim poziomie i wiedzą, że taka jest możliwa przy odpowiednio dofinansowanych szkołach, z dobrze opłacanym personelem.
Ale gdy ZNP i FZZ były gotowe ustąpić, ograniczyć swoje postulaty, rząd dalej nie ustosunkowywał się do najważniejszej kwestii: podniesienia kwoty bazowej wynagrodzenia. Odpowiadał propozycjami, które tę kwestię omijają. Na koniec rzucił na stół taką, która tylko dolewa oliwy do ognia: podwyżka tak, ale etapami, do 2023 r., i za cenę zwiększenia liczby godzin przy tablicy z 18 do 22 lub 24, co niechybnie oznacza zwolnienie części pracowników szkół. Zarząd nauczycielskiej „Solidarności” podpisał porozumienie z rządem, bez najbardziej bulwersujących zapisów – ale i bez deklaracji o podwyżkach, jakich domagają się zwykli członkowie związku, zdecydowani protestować.
W efekcie 8 kwietnia zamykano nawet szkoły, które wcześniej nie były co do tego przekonane.
I już na samym początku nowe zgrzyty, które pokazują, że woli prawdziwego dialogu po stronie MEN jak nie było, tak nie ma. Po serii propagandowych materiałów TVP, w których straszono złymi i zdemoralizowanymi nauczycielami, na stronach ministerstwa pojawiło się ogłoszenie: „Każda osoba posiadająca kwalifikacje pedagogiczne może być członkiem zespołu egzaminacyjnego” i zgłaszać się do kuratoriów – do czego resort w obliczu możliwych „trudności” serdecznie zachęca. Na spektakularne zgłoszenia nie trzeba było długo czekać. W kolejce ustawili się Witold Waszczykowski (ten był nawet gotów prowadzić lekcje), Krystyna Pawłowicz i Maciej Świrski.
Sęk w tym, że – jak twierdzi już nie tylko wywrotowiec Broniarz, ale również Rzecznik Praw Obywatelskich – jest to niezgodne z Kartą Nauczyciela i prawem oświatowym. Egzaminy ósmoklasistów, gimnazjalistów i matury poprowadzić mogą nauczyciele czynni zawodowo – czyli w tym charakterze aktualnie zatrudnieni. Udział w egzaminach osób do tego nieuprawnionych może doprowadzić do unieważnienia egzaminów – uważa Adam Bodnar. To oczywiście wielka szkoda – wszystkim członkom i członkiniom rządu przydałoby się posmakowanie pracy przy tablicy od pierwszego porannego dzwonka i wejście w buty „leniuchów”, co mają „dwa miesiące wakacji” przy codziennej „pracy do 15.00”.
Drugi zgrzyt: wiceminister Kopeć ogłosił po dwunastej, że strajkuje tylko 48,5 proc. szkół w całym kraju. To dane niezgodne z prawdą – ripostuje ZNP. Udowadnia: ministerstwo poleciło kuratoriom traktować każdą szkołę, która wchodzi w skład zespołu szkół, jako byt odrębny. Tymczasem w statystykach związkowych to jedna jednostka, bo jeden jest pracodawca i jedna procedura sporu zbiorowego. 9 kwietnia Związek szacuje, że faktycznie protestuje 70 proc. szkół.

Tu nie chodzi tylko o podwyżkę

– Jeden z moich uczniów zapytał: „Czy pani już nas nie lubi? Już pani do nas nie przyjdzie? Może to przez (tu imię kolegi z klasy)? On się ostatnio źle zachowywał…”. Uczniowie nie wiedzą, co się dzieje. Staramy im się to wytłumaczyć w prosty sposób – opowiada nam Hanna Brózda, przewodnicząca komitetu strajkowego w Szkole Podstawowej nr 191 przy ul. Bokserskiej.
Rozmawiamy przy wejściu do łącznika między szkołą i salą gimnastyczną. Na ścianach dziecięce plakaty o tym, dlaczego warto uprawiać sport i zdrowo się odżywiać, dyplomy uczennicy, która odnosi sukcesy w biegach przełajowych. Dziś jednak żadne dziecko do szkoły nie przyszło. Zaraz za drzwiami na łącznik komitet strajkowy rozdaje protestacyjne plakietki i prowadzi listę strajkową. W komitecie zasiadło sześć osób, by nadzorować przebieg protestu w pełnych godzinach pracy szkoły czyli do zamknięcia świetlicy o 17.30. Ile nazwisk będzie na liście strajkowej? Prawie wszyscy, wyjątek to dwie katechetki i dwie inne nauczycielki. – Nie wnikamy, dlaczego – mówi przewodnicząca.
– Telefonowałam do innych placówek, słyszę, że decydują się na strajk i mówią „mamy 100 procent” nawet tam, gdzie w szkole działa i „Solidarność”, i ZNP – jak u nas. Solidarność zawodowa istnieje – mówi Hanna Brózda. – Mamy żal, że na konwencji PiS nikt inie wspomniał o nauczycielach. Wszystkie oczy zwrócone były w stronę prezesa PiS – ale on nie zdobył się chociaż na powiedzenie: „nauczyciele też dostaną – ale później”. Politycy mają w nosie polską edukację – gorzko konkluduje doświadczona nauczycielka języka polskiego, edukacji wczesnoszkolnej oraz etyki, a także była radna Mokotowa i przewodnicząca dzielnicowej Komisji Oświaty.
Pytamy o „deformę” minister Zalewskiej.
– Na nic nie ma czasu. Codziennie gnamy z nowym tematem, nie ma kiedy utrwalić dzieciom wiedzy czy dodatkowo coś objaśnić. Przecież nie zawsze każdy wszystko łapie w lot. Dorośli też nie są w stanie równomiernie, efektywnie pracować przez cały rok. A potem wychodzą ze szkoły i ślęczą nad pracami domowymi. A gdzie miejsce i czas na zainteresowania, pasje? Czy przy obecnym przemęczeniu dzieciaków kogokolwiek dziwi, że coraz młodsi pacjenci potrzebują pomocy psychologicznej i psychiatrycznej? Bardzo mi zależy, żeby panie to napisały – że my nie walczymy tylko o podwyżki, walczymy też o naszych uczniów, o lepszą edukację dla nich – podkreśla nauczycielka.
Bardzo zależy jej również, by zrozumiano: odejście od tablicy to nie jest łatwa decyzja. To obciążenie psychiczne, bo ci, którzy mimo wszystko są w zawodzie, kochają pracę z dziećmi, nie wyobrażają sobie, by je zawieść, skrzywdzić. Pomaga fakt, że w obliczu kolejnych obraźliwych komentarzy i pseudopropozycji naprawy oświaty ze strony rządu szkolna kadra naprawdę się zintegrowała. Zjednoczyły się starsze i młodsze nauczycielki, te doświadczone i te, które niedawno zaczęły pracę. Do tego nikt nie spodziewał się tak olbrzymiego wsparcia ze strony rodziców.
Hanna Brózda jest z tych bardziej doświadczonych nauczycielek, ale nikt nie może zarzucić jej rutyny, powielania starych schematów, niezrozumienia, że szkoła musi się zmieniać, jeśli ma naprawdę przygotować do życia.
– Dzieciaki są przeciążone wiedzą „do wkucia”, pracami domowymi. Nasz program jest przestarzały, a przez ostatnie lata pod ostatnią minister, cofnęliśmy się jeszcze bardziej – przewodnicząca komitetu znowu podkreśla, że strajkujący chcą odnowy całej oświaty, niskie płace to tylko część problemu. – Dzieci nie chcą dziś czytać tych samych lektur, które czytaliśmy my – za to z radością sięgają po „Harry’ego Pottera”, „Mikołajka”. Szkoła nie nadąża za rozwojem technologicznym. A teraz pani minister twierdzi, że przygotuje nam kolejną zmianę programu – w dwa miesiące. Tak się nie da. To wszystko wymaga czasu, konsultacji z praktykami, jeśli chcemy, aby nasza szkoła naprawdę była szkołą europejską.

Zrozumcie nas

– Pierwsza myśl po tym, kiedy usłyszałam, że nauczyciele zamierzają strajkować? Chyba złość, bo jestem ambitna, lubię się uczyć, zamierzałam wykorzystać ten kwietniowy tydzień na poprawienie ocen. No i z nauczycielami w mojej szkole nie zawsze dogadywałam się dobrze – mówi Olga, uczennica strajkującego LXXII Liceum im. Jakuba Jasińskiego na warszawskiej Pradze. – Ale potem, jak się nad tym zastanowiłam… Gdyby praca w szkole była lepiej płatna, to przychodziliby do niej ludzie naprawdę utalentowani, kreatywni, najlepsi. Nie byliby sfrustrowani, tylko dumni, że pracują z młodzieżą, robią coś ważnego i prestiżowego.
Wyrazy poparcia dla strajkujących pedagogów płyną od uczniów z całej Polski. Powstają specjalne strony na Facebooku, młodzież przychodzi do szkół z charakterystycznymi przypinkami, pisze listy poparcia. Po swojemu wspierają nawet niektórzy najmłodsi – i to nie może nie wywoływać u pedagogów uśmiechu, nawet jeśli część z nich po prostu cieszy się na nadprogramowe dni wolne.

– Pragniemy zaznaczyć, iż jesteśmy świadomi, że ta postawa nie jest wymierzona w naszą stronę, a w przyszłości będzie to lekcja postaw obywatelskich – piszą członkowie Samorządu Uczniowskiego w krakowskim gimnazjum nr 16. Zaś w Warszawie, na godzinę dwunastą 9 kwietnia, zaangażowani uczniowie planują zgromadzenie pod budynkiem MEN.
Wyrazy poparcia nauczycielom ślą też ludzie, którzy edukację szkolną już zakończyli – studenci i pracownicy różnych instytucji kultury. Banery wsparcia dla nauczycieli wiszą m.in. na warszawskim Teatrze Powszechnym, w teatrach w Szczecinie czy Toruniu zespół proponuje organizację zajęć dla dzieci, które nie mają z powodu strajku lekcji, a pod bramą UW odbywa się w środku dnia wiec solidarnościowy.
Z największą wdzięcznością, niekiedy zmieszaną z zaskoczeniem, nauczyciele przyjmują wyrazy wsparcia ze strony rodziców. Ich postawy się obawiali: czy zrozumieją, że strajk odbywa się w interesie całego społeczeństwa? Czy przeważy złość na to, że trzeba organizować opiekę dla dziecka, które normalnie poszłoby do szkoły? „Zrozumcie nas” to apel, którzy przewija się na ulotkach i plakatach ZNP.
Znajoma matka uczennicy stołecznej podstawówki nr 141 nr im. majora Sucharskiego na Pradze Południe mówi, że bez dobrej płacy dobrych nauczycieli nie będzie, więc wsparcie strajkujących powinno być w interesie nas wszystkich.
– Generalnie uważam, że osoby które spędzają z dziećmi tyle czasu co nauczyciele, powinny być najlepszymi z najlepszych, a tego nie da się osiągnąć bez dobrego wynagradzania. Żeby była pozytywna selekcja do zawodu trzeba tym ludziom zaoferować coś, co ich zmotywuje – mówi. I płynnie przechodzi do własnych doświadczeń: – Obserwuję zaangażowanie wychowawczyni mojej córki – planuje wycieczki z wyprzedzeniem, pisze do rodziców wiadomości czasem i o 22, dużo energii wkłada w przygotowanie lekcji i widać jej zaangażowanie. Wstyd mi, że tak mało zarabia za tak trudną i ważną pracę.
Nasza rozmówczyni zwraca uwagę na kwestię, która nie dla wszystkich jest oczywista: nauczyciele pracują nie tylko przy tablicy. „Panie świetliczanki” też  strajkują.
– Nauczycielki w świetlicy też mają konieczne dla tej pracy wykształcenie, studia. Po ostatnim dzwonku to one spędzają z dziećmi kolejne 5 godzin. Odrabiają z nimi lekcje, wymyślają ciekawe zajęcia, organizują wolontariat, spędzają czas po prostu. Jak zaglądam do świetlicy o 16.45, to one są w trakcie wycinania jakichś rzeczy do prac plastycznych albo „poważnych rozmów” z dziećmi. To naprawdę kupa roboty.
Najwyraźniej aż tylu zajęć na głowie nie mają katecheci. W Szkole Podstawowej nr 191 na warszawskim Mokotowie, którą odwiedziłyśmy, dwie katechetki nie podpisały listy strajkujących. W Szkole Podstawowej numer 336 im. Janka Bytnara „Rudego” ksiądz minął nas w drzwiach, uśmiechnięty od ucha do ucha. My wchodziłyśmy, on wychodził. Ze szkoły, w której – podobnie jak w sąsiednim przedszkolu – dyrektorki podjęły decyzję o zamknięciu budynku na cały dzień. Z powodu niemożności zapewnienia opieki dzieciom, czytaj: łamistrajków nie było lub było za mało.
Nauczyciele religii nie mają interesu w strajku (chociaż, trzeba przyznać, znaleźli się i tacy katecheci, którzy przerwali pracę razem z koleżankami i kolegami prowadzącymi inne przedmioty). Co prawda MEN i Episkopat nie chcą ujawnić zestawienia ich zarobków, ale w lutym Money.pl dotarł do informacji o tym, ile wynoszą ich płace w Słupsku: średnio 3700 zł brutto miesięcznie, znacznie powyżej średniej i nieco mniej niż nauczyciel dyplomowany, który ma wieloletnie doświadczenie, dziesiątki ukończonych kursów i szkoleń. Katecheci wcale nie muszą się legitymować nawet zwykłym przygotowaniem pedagogicznym.

Strajkują państwowe!

Rafał Trzaskowski pochwalił się na Twitterze, że, podobnie jak nasza rozmówczyni, mama z prawej strony Wisły, przyszedł dziś do pracy w towarzystwie syna. Staś zamiast na lekcje, powędrował do ratusza i siedział w prezydenckim fotelu.
Na co dzień Staś uczęszcza do Szkoły Podstawowej nr 16 im. Tony Halika na Kabatach na południu Warszawy. Postanowiłyśmy skierować się jego śladami, ponieważ zdradzono nam, że w tamtej podstawówce „rządzi” „Solidarność” i do ostatniej chwili obowiązywała wersja, że strajku jednak nie będzie.
Przed wejściem na boisko ośmio-, może dziewięcioletnie społeczeństwo obywatelskie złożone z trzech przedstawicieli ubranych z dżinsowe kurtki i czapki z daszkiem deliberowało, kto dziś protestuje.
– Głupi, prywatne pracują! Tylko państwowe dziś strajkują – tłumaczył koledze bardziej uświadomiony obywatel w wieku okołokomunijnym.
Na budynku powiewał jednak sztandar ZNP, nie „S”. Nauczycielki z żółtymi plakietkami wychodziły na zewnątrz „na papierosa”. Ale do szkoły nas nie wpuszczono. Nauczyciele zabarykadowali się i na wiadomość, że jesteśmy z mediów, wysłano do nas woźnego. Nie wejdziemy, nie porozmawiamy. Dlaczego? Trzeba by zapytać dyrektorkę… której akurat nie ma…
Dyrektorki nie ma
Tak samo wyglądała sytuacja w pobliskiej podstawówce im. Janka Bytnara „Rudego”, z tą różnicą, że obok flagi ZNP solidarnie powiewała ta z napisem solidarycą. Ale strajkujący nauczyciele ostatecznie do nas nie zeszli. Portier znowu tłumaczy: żeby rozmawiać, trzeba mieć zgodę dyrektorki… a tej, tak się składa, nie ma.
Przypominają nam się wszystkie wątpliwości i pytania, które padały na nauczycielskich grupach w mediach społecznościowych. Te zasadnicze: czy wolno odmówić pracy? czy nie będzie to kosztem dzieci? Potem, kiedy butna postawa rządu budziła coraz większy gniew, a ze strony rodziców i samych uczniów płynęło coraz więcej sygnałów zrozumienia, częstsze stały się wątpliwości techniczne. Jak się właściwie strajkuje – na jak długo przychodzimy do szkoły? Czy to prawda, że nie wolno logować się do elektronicznych dzienników? Co, jeśli ktoś z rodziców jednak przywiezie dziecko pod szkołę i tam je zostawi?
Niektórzy do końca zastanawiali się również, czy nie będzie represji ze strony kuratoriów i dyrektorów?
Co nam zaoferował rząd? Zwolnienia
Strach przełamał nauczyciel historii z Zespołu Szkół nr 27 przy ul. Rzymowskiego (dawnej Szkoły Rzemiosł Budowlanych nr 1) – wprawdzie nie na tyle, by nie prosić o anonimowość, jednak zgodził się z nami porozmawiać. Siadamy na pustym korytarzu: lekcji nie ma, gdyby zgłosili się uczniowie, dyrektor, który zgodnie z prawem strajkować nie może, musiałby zapewnić im jakieś zajęcia opiekuńcze. Protestuje niemalże komplet nauczycieli, niektórzy, jak nasz rozmówca, dziś nie prowadzą lekcji w tej placówce, a jutro podpiszą listę strajkową w innej szkole – żeby uskładać 18 godzin pensum, nie mają wyboru – muszą kursować między miejscami pracy. Dlatego nie mogli spokojnie słuchać ostatniej propozycji Beaty Szydło, sprowadzającej się do tego, by sami sobie sfinansowali podwyżkę.
– 24 godziny pracy przy tablicy? Poloniści i matematycy spokojnie uskładają etat w jednej szkole. Co do innych, to nie wiem, w ilu szkołach musieliby pracować. Niektórzy nauczyciele w mniejszych miejscowościach już są zatrudnieni w trzech szkołach, inaczej nie uzbierają tych 18 godzin. Co dopiero 24! Nie obyłoby się bez zwolnień – mówi. – Z drugiej strony, matematyków i fizyków w Warszawie już, z tego co wiem, brakuje. Przy takich kosztach życia, jakie są w stolicy, ludzie nie chcą iść do pracy w szkole, wiedząc, ile zarobią przez pierwsze lata, jako nauczyciele stażyści.
Uczniowie naszego rozmówcy, pierwsze i drugie klasy szkoły średniej, na razie cieszą się, że zyskali dzień wolny od lekcji. Także tutejsi maturzyści, których egzaminy tradycyjnie ruszają w maju, jeszcze nie są specjalnie zaniepokojeni perspektywą protestu w tych newralgicznych dniach. Co nie jest regułą; w innych placówkach, przyznaje mężczyzna, część uczniów jest zdezorientowana, zwłaszcza ci, którzy rozumieją, że przed przystąpieniem do egzaminu musi się odbyć klasyfikacja, a przecież strajkujący nauczyciele nie przeprowadzą rady pedagogicznej. I znowu w słowach nauczyciela przebija troska o wychowanków: nie pozwolimy, by przez nasz protest i nasze słuszne żądania ktokolwiek, zwłaszcza uczeń, został skrzywdzony, zapewnia historyk.
Nauczyciel wierzy, że decydujące będą dwa następne dni. – Liczymy na to, że rząd się ugnie w pierwszy dzień egzaminów gimnazjalnych. Ja osobiście mam nadzieję, że może nawet jutro. Pewnie w nocy, w swojej ulubionej porze – mówi. – Do tej pory kroki w tył robił tylko Związek, a musimy się spotkać w pół drogi.

Do spotkania daleko

Ale pierwszy dzień strajku kończy się – tak jak się zaczął – dwiema sprzecznymi narracjami. Nie spotkaniem, a próbą sił.
Wiceminister Kopeć: porozumienie, które podpisała tylko „Solidarność”, jest bardzo korzystne. Oznacza podwyżkę wynagrodzeń nauczycieli o 15 proc. jeszcze w tym roku.
Brakuje tylko dopowiedzenia: część z tych pieniędzy nauczyciele już dostali, bo nie chodzi o nową podwyżkę, a przyspieszenie wypłaty ostatniej transzy tej już przyklepanej. Do tego nie wiadomo, skąd budżet na rok 2019 miałby znaleźć pieniądze na podwyżkę przeznaczoną do wypłacenia w roku 2020.
Sławomir Broniarz na antenie Polsat News: nie mam tytułu do tego, by zawiesić protest. Po południu szef ZNP oznajmia, że większość nauczycieli jest zdeterminowana protestować dalej. Związek usiądzie do negocjacyjnego stołu, gdy tylko ze strony rządu padną poważne propozycje. W domyśle: nie takie, jak słowa wiceministra.
Rano 9 kwietnia na jednej z facebookowych grup nauczycielskich pada pytanie: strajkujecie? W ciągu niecałej godziny pada ponad 600 odpowiedzi: tak! I ciągle ktoś dopisuje następną.

Wsparcie protestujących

Polska Partia Socjalistyczna, od początku swego 127 letniego istnienia uważała, że przyszłość narodu polskiego związana jest nierozerwalnie z wychowaniem i edukacją młodego pokolenia, które powinno budować nowoczesną i spójną wizję człowieka i społeczeństwa. Nauczyciele odgrywają kluczową rolę w realizacji tego celu.
Obecna sytuacja materialna nauczycieli pozostaje w głębokiej sprzeczności z ich potrzebami i rolą w społeczeństwie.
W pełni popieramy postulaty płacowe nauczycieli oraz innych pracowników oświaty i rozumiemy, że w sytuacji braku właściwej troski rządu o stan polskiej oświaty uzasadnione jest przejście do radykalnych form protestu.
Popieramy działania związków zawodowych zrzeszających nauczycieli w walce o prawa wszystkich nauczycieli. Doceniamy szczególnie rolę Związku Nauczycielstwa Polskiego w niezłomnym prezentowaniu postulatów i organizację protestu.
Podobnie jak Związek Nauczycielstwa Polskiego uważamy, że zmiany strukturalne, szczególnie w tak wrażliwej dziedzinie jak wychowanie młodego pokolenia, nie mogą odbywać się w atmosferze bałaganu i stanu niepewności, który dotyka dzieci, młodzież, ich rodziców i nauczycieli.
Wyrażamy również głęboką obawę o niezależność światopoglądową nauczycieli w szkole zreformowanej według wizji PiS.

Do nauczycielki Kornhauser

Pani Agato, a może trzeba się było jednak nie odzywać? Ja przepraszam za zamieszanie, już nie będę więcej nalegać. Mam tylko jedną prośbę: jak już wróci Pani uczyć do szkoły, proszę podzielić się wysokością swoich zarobków i przyznać, czy to rzeczywiście takie kokosy. I tak dobrze, że nie błysnęła Pani żadną poradą życiową przebijającą Bronisława Komorowskiego – np. „wyjdź za głowę państwa, wtedy podwyżka nie będzie ci potrzebna”.

***

„Wyborcza” wywołała wilka z lasu – o tym, co powiedziała jedna pani drugiej pani w pokoju nauczycielskim krakowskiego liceum, deliberują dziś wszyscy: począwszy od dyrektora szkoły, przez przedstawicieli ZNP aż po rzecznika prezydenta. Pan dyrektor zarzeka się, że rozmowy Agaty Dudy z nauczycielkami z pewnością nie miały charakteru politycznego. Rzecznik prezydenta Błażej Spychalski, choć nie było go na miejscu i dyskusji nie słyszał, jest pewien, że „Wyborcza” pisze „jakieś bzdury”. Szefowa krakowskiego ZNP twierdzi natomiast, że rozmowy prezydentowej podczas wizyty w szkole, bez względu na to, czy była to wizyta prywatna, czy nie, nie mają znaczenia dla przygotowywanego protestu. Wszyscy wymienieni powyżej nie mają racji.
Fakty stoją po stronie gazety: była i rozmawiała. To akurat potwierdzają wszyscy. I raczej wątpliwe jest, że opowiadała o tym, jak zakwitły pierwsze przebiśniegi, a wredna koleżanka nakłamała prasie, że odwodziła nauczycieli od strajku. Sęk w tym, że pani Agata chyba znów zapomniała, że w jej wykonaniu prywatne jest polityczne. Tak samo jak polityczne było wcześniej jej milczenie, czy tego chciała czy nie. I nawet jeśli rzeczywiście jej „misja uspokajania szkół” to nadinterpretacja, a ona po prostu szepnęła coś off the record trzem osobom na uszko, to przekaz pozostaje ten sam: dajcie spokój, nic nie ugracie, nie macie nikogo po swojej stronie. To istotna informacja, może bez wpływu na kalendarz związkowych działań, toczących się swoim torem, ale na pewno nie bez wpływu na nauczycielskie morale. Wysyp rozlegających się zewsząd pełnych żalu pytań: „ale jak to nie macie na podwyżki, skoro mieliście na nowe obietnice? Skoro mieliście na TVP?” padających z nauczycielskich ust jest całkowicie zrozumiały.
Szczerze? Ciekawa jestem, jak potoczą się losy strajku w tej konkretnej szkole. Dyrektor, znajomy pani prezydentowej, wydaje się tak sterroryzowany, że gdyby mógł, najchętniej zaprzeczyłby wszystkiemu na zapas, łącznie z faktem, że Ziemia krąży wokół Słońca i przeprosiłby pisemnie rząd za to, że jego podwładni w ogóle żyją. Fakt pozostaje faktem: prywatnie czy nie prywatnie, pierwsza dama znów pokazała suwerenowi plecy.

Flaczki tygodnia

Pan prezes Kaczyński został sługusem amerykańskich koncernów internetowych. Społecznym zapewne, wykonującym lokajskie usługi bezpłatnie. Chociaż wcale nie tak bezinteresownie.
W zamian za służbę u jaśnie panów Amerykanów pan prezes liczy na uzyskanie popularności i poparcia w wyborach przez młodych, w zamyśle głupich, polskich internautów.
„Od dzisiaj nie będziemy mówili o „piątce PiS”, będziemy mówili o „piątce plus””, ogłosił pan prezes podczas sobotniej konwencji swej partii w Gdańsku.
Najpierw przypomniał dyrektywę o prawach autorskich przyjętą na początku zeszłego tygodnia przez Parlament Europejski.
Potem ogłosił, że godzi ona w „wolność dzisiaj tak bardzo cenioną przez wszystkie pokolenia, a w szczególności przez młodsze pokolenie, wolność w Internecie”.
I na koniec zadeklarował, że „PiS dokona tego typu implementacji, że wolność będzie zachowana”.
Prezesowskie słowa to kolejny dowód, że polityka wyborcza PiS oparta jest na kłamstwach systematycznie wciskanych „ciemnemu ludowi”.
Oto pan prezes łaskawie obiecał swemu ludowi implementację unijnej dyrektywy. Jakież to piękne. Tylko zapomniał dodać, że taka implementacja, czyli przetworzenie zapisów unijnej dyrektywy w prawo krajowe, jest podstawowym obowiązkiem każdego rządu każdego państwa członkowskiego Unii Europejskiej. Żadnej łaski pan prezes i jego rząd obywatelom polskim nie robi. Za taką implementację parlamentarzyści i ministrowie PiS biorą pieniądze pochodzące z naszych podatków.
Podobnie nie może być łaską, ani nadzwyczajnym wydarzeniem, uroczyście ogłoszony zamiar, że rząd zwący się polskim przetworzy unijne przepisy zgodnie z polskim prawem i poszanowaniem polskich interesów. Przecież to psi obowiązek każdego polskiego rządu i każdego polskiego parlamentu. Oczekiwanie przez pana prezesa specjalnej nagrody za wykonywanie podstawowych, zawodowych obowiązków jest kuriozalne. To tak jakby za samą sprzedaż biletu w kolejowej kasie trzeba było dodatkowo nagradzać kasjera oddanym na niego głosem w plebiscycie „Miss PKP”.
Przegłosowana właśnie unijna dyrektywa o prawach autorskich wymusza na właścicieli internetowych portali zapłatę honorariów dla polskich artystów i dziennikarzy za korzystanie z ich dorobku.
Do tej pory, a ściślej do czasu przetworzenia unijnej dyrektywy w prawo krajowe, zagraniczni właściciele takich internetowych firm mogli bezkarnie okradać polskich artystów i dziennikarzy. W imię obłudnie rozumianej i lansowanej przez nich „wolności wypowiedzi w Internecie”.
Zadziwiające, że elity PiS odmieniające „polskość” przez wszystkie przypadki, codziennie publicznie deklarujące przywiązanie i dbałość o polską kulturę, apelujące o krzewienie polskości w każdym miejscu, o ochronę polskiej kultury na każdym polu, o codzienną walkę o polskość, zdecydowały się na tak antypolską postawę podczas głosowania w Parlamencie Europejskim. Głosując przeciwko dyrektywie poparły praktyki okradania twórców polskiej kultury przez zagraniczne koncerny.
Zdrada polskiej kultury przez elity polityczne PiS wynika z prostego, politycznego wyrachowania. Zagraniczne internetowe koncerny broniąc się przed koniecznością wypłaty honorariów dla twórców polskiej kultury przeprowadziły zręczną kampanię medialną. Manipulującą, oszukującą licznych internautów. Zagroziły wprowadzeniem mechanicznej cenzury w Internecie. Zagroziły, że w efekcie mechanicznej ochrony praw autorskich z Internetu znikną popularne satyryczne memy i inne formy działalności artystycznej wykorzystujące parodie cudzych dzieł.
Prawo autorskie pozwala na takie praktyki. Ale w prasie, radiu i telewizji, wszędzie poza Internetem, ewentualne sporne sprawy rozstrzygają ludzkie mózgi. Eksperci, którzy są w stanie odróżnić dozwoloną prawem satyrę i parodię od niedozwolonej kradzieży dokonywanej w innych celach.
W Internecie taką weryfikację mają przeprowadzać nieludzkie urządzenia korzystające ze sztucznej inteligencji. A ta nie jest jeszcze doskonała i nie zawsze potrafi odróżnić niuanse dozwolonej parodii od innego, już zakazanego użycia cudzej własności intelektualnej. To może grozić cenzurą w Internecie.
PiS w swojej retoryce propagandowej często sięga po antyintelektualne tony. Przeciwstawia kreowaną przez siebie na propagandowy użytek „kastę pazernych artystów” równie wykreowanej rzeszy „biednych, pragnących dostępu do bezpłatnej kultury” mas pracujących miast i wsi.
PiS zawsze budował swe kampanie wyborcze na szczuciu jednych grup społecznych przeciwko drugim. Dlatego kiedy PiS – owscy spece od propagandy wyborczej zorientowali się, że wielkie amerykańskie korporacje budujące społeczny sprzeciw wobec unijnej dyrektywy zyskują poparcie wśród młodych internautów, to postanowili przyłączyć się do tych korporacji. Zdecydowali się sprzedać długofalowe interesy polskiej kultury za chwilowe poparcie w tym roku wyborczym.
I ręka w rękę z amerykańskim i izraelskim kapitałem jęli tworzyć zjednoczony front działający na szkodę interesów polskiej kultury.
Zabawne jest to, że w swej obłudzie, kłamstwach kampanii wyborczych propagandziści PiS zwyczajnie zakiwali się. Pan prezes Kaczyński zapowiadając korzystną dla polskich internautów implementację dyrektywy unijnej, sam mimowolnie przyznał, że jednak można to prawo europejskie korzystnie zaadoptować. A zatem nie stanowiło ono aż takiego zagrożenia o jakim sam prezes wcześniej trąbił. To jednoznacznie dowodzi, że cały ten zgiełk jest jedynie zwykła propagandową rozgrywką dążącą do podgrzania emocji wyborców. Do szczucia młodych internautów na polskich twórców kultury, twórców i dziennikarzy na internautów. Do rozpalenia kolejnego pożaru społecznego. Aby potem deklarować, że będzie się go gasić.