Myślenie ma wielką przeszłość

„Jeżeli chcemy, aby nam w Polsce było dobrze, aby się nikomu krzywda nie działa, aby Polska była mocna i szczęśliwa, mamy dołożyć wszelkich starań, żeby Polska, jak długa i szeroka była Chrystusowa.”
biskup Łosiński w 1931 roku
.

„Państwo jest dla obywateli, a nie obywatele dla Państwa. Nie można z prawem przyrodzonym pogodzić pewnych współczesnych dążeń do zupełnego podporządkowania obywateli celom państwowym, do wyznaczenia obywatelom jakiejś służebnej roli i do rozciągnięcia zwierzchnictwa państwowego na wszystkie dziedziny życia. Poglądu, aby młode pokolenia należały do Państwa całkowicie i bez wyjątku, od pierwszych lat aż do ostatnich, katolik nie może pogodzić z przyrodzonym prawem rodziny”. Taką opinię o Państwie głosi najwyższy zwierzchnik Kościoła w Polsce.
Gdzie Państwo jest silne, a społeczeństwo odporne na wpływy klerykalne, tam i kler redukuje do minimum swe żądania, stara się być dziwnie mało wymagającym, uległym nawet, jedynie powoli, najczęściej bocznymi drogami, stara się rozszerzyć i gruntować na przyszłość swe wpływy.
Inaczej jest na terenach, opanowanych przez czynniki klerykalne. Tam roszczenia kleru nie znają granic, rosną jak lawina z dniem każdym, duszą bezwzględnie każdą myśl niezależną i prowadzą Państwo i społeczeństwo do nieuchronnej zguby.
Kler rzymsko-katolicki wmawia uporczywie w bezkrytyczne masy społeczeństwa, że „semper fidelis” Polska cieszy się specjalnymi względami Stolicy Apostolskiej. Gdyby nie było szeregu faktów historycznych, przeczących temu twierdzeniu, gdyby całe postępowanie kleru nie świadczyło o jego obojętności, a nawet nieżyczliwości dla spraw żywotnych Państwa, sam konkordat już mógłby stanowić zupełnie wystarczający przykład owych „specjalnych” względów.
Jest to właściwie zbiór przywilejów, jakie, wyzyskując dogodną dla siebie sytuację, zagwarantował sobie kler w Państwie Polskim. Czegóż tam niema? – Państwo zapewnia Kościołowi pełną wolność, swobodne wykonywanie władzy duchownej, jurysdykcji, swobodną administrację majątkami, swobodne i niczym niekrępowane – nawet względami państwowymi – znoszenie się Stolicy Apostolskiej i biskupów z duchowieństwem i wiernymi. Mało tego: Państwo zobowiązuje się do udzielania swej, pomocy przy wykonywaniu postanowień i dekretów kościelnych, przyrzeka duchownym szeroko pojętą opiekę prawną, zwalnia ich w znacznej części od podatków, zapewnia duchownym sute uposażenie materjalne itd., itd.
I cóż w zamian za to Państwo otrzymuje? Oto to, że w niedzielę i w dzień święta państwowego Trzeciego Maja księża odprawiać będą modlitwę liturgiczną za pomyślność Rzplitej i jej Prezydenta, że biskupi składać będą przysięgę wierności dla Państwa i kilka podobnych „ustępstw”.
Drogą tworzenia wzruszających legend, które mają stanowić dla mas szerokich namiastkę historii polskiej, stara się kler urobić odpowiednie nastroje w społeczeństwie. Każdy z nas od wczesnego dzieciństwa wie najdokładniej o tym, że kopalnie soli zawdzięczamy świętej Kindze, która je przywiozła dla nas w posagu z Węgier, że jedynie dzięki księdzu Kordeckiemu i jego procesjom na murach Częstochowy zostali Szwedzi z Polski wyparci. Wprawdzie od czasu do czasu niedyskretni historycy wyciągną z pyłu zapomnienia dokument jakiś, np. odnośnie św. Stanisława Szczepanowskiego, czy ks. Kordeckiego, który to dokument nieco inaczej naświetli fakt jeden czy drugi, ale słabiutki głos naukowców ginie rychło bez echa, budząc co najwyżej oburzenie, że ktoś śmie się targać na te „narodowe” świętości. W ostatnich czasach do owej legendarnej historii przybyła jeszcze jedna piękna kartka: „Cud nad Wisłą”.
Oddzielną, wielką dziedzinę wyzysku Polski przez duchowieństwo stanowią sprawy materialne. Już konkordat przyznaje w tym kierunku Kościołowi katolickiemu ogromne przywileje. Dowodem tego jest art. 24 konkordatu, w którym „Rzeczpospo1ita Polska uznaje prawo osób prawnych kościelnych i zakonnych do wszystkich majątków ruchomych i nieruchomych, kapitałów, dochodów oraz innych praw, które te osoby prawne posiadają obecnie na obszarze Państwa Polskiego” i to nawet w tym wypadku, gdyby prawo własności, tych majątków nie było dotychczas wpisane do ksiąg hipotecznych.
Nie do samych jednak uprawnień konkordatowych ograniczają się dochody, jakie kler czerpie z terenu Państwa Polskiego. Pieniądze polskie płyną całym, olbrzymim systemem rzecznym z najrozmaitszych źródeł do kas kościelnych, przewyższając wielokrotnie te dotacje, jakie zagwarantowane są Kościołowi postanowieniami konkordatu.
Udział kleru w życiu politycznym kraju jest bardzo duży. Byłaby to nawet rzecz godna pochwały, gdyby udział ten ograniczał się do wyzyskania w pełni praw obywatelskich, jakie każdemu obywatelowi, a więc i księdzu gwarantuje Konstytucja. Kler jednak na ziemiach polskich uzurpuje sobie prawo daleko większe, w czym przychodzi mu z dzielną pomocą konkordat, który w art. 2-gim powiada:
W wykonywaniu swych funkcji biskupi swobodnie i bezpośrednio znosić się będą ze swym duchowieństwem i swymi wiernymi oraz ogłaszać swe zlecenia, nakazy i listy pasterskie.
Na czas wyborów więc ambony w poważnej swej większości zamieniają się w trybuny wiecowe, które grozą straszliwych kar ziemskich i niebieskich napędzają bezkrytycznych słuchaczy w sieci wszelkiego wstecznictwa.
W akcji, zmierzającej do podporządkowania klerykalnym celom życia społecznego kraju, doniosłą rolę odgrywają te organizacje, które w mniejszym lub większym stopniu cieszą się poparciem i opieką duchowieństwa. Organizacji tych jest ogromnie wiele, o najrozmaitszym charakterze, od bractw ściśle kościelnych począwszy, kończąc na zupełnie świeckich organizacjach zawodowych czy politycznych.
Innym potężnym narzędziem w rękach kleru jest prasa tzw. katolicka. Obejmuje ona olbrzymią ilość książek, broszur, pism i pisemek, które w dziesiątkach i setkach tysięcy egzemplarzy rozchodzą się po całym kraju i docierają do najodleglejszych miejscowości. Czytając tę prasę odnosi się wrażenie, że dwa są główne jej zadania: wyłudzanie pieniędzy z kieszeni naiwnych i urabianie w społeczeństwie odpowiedniego nastroju dla celów klerykalnych.
W dzisiejszych ciężkich czasach, kryzysu ekonomicznego, kiedy Państwo zmuszone jest redukować głodowe pensje swym pracownikom, kiedy pensje robotników zeszły już dawno niżej minimum egzystencji, przykrym zgrzytem uwydatnia się fakt, że uposażenia dobrze sytuowanego kleru, oparte na postanowieniach konkordatowych, okazują się prawie nietykalne. Nic dziwnego, że w tych warunkach w latach kryzysowych na wszystkich wycieczkach zagranicznych, we wszystkich bogatszych zdrojowiskach i kąpielach kler jest najliczniej reprezentowany. Konkordat daje Kościołowi duże uprawnienia. Kościół uprawnienia te stale rozszerza, czego dowodem chociażby ustawa o podatkach kościelnych.
Współżycie kleru z nauczycielstwem nigdy nie było idealne, jednak w wielu okolicach starano się przynajmniej zachować pozory form, by wzajemnie nie zatruwać sobie życia.
W ostatnich czasach nastąpiła zasadnicza zmiana: kler staje się niesłychanie agresywny i napastliwy, nauczycielstwo zostało otoczone szpiegami, denuncjacje do władz przybrały charakter epidemiczny, konfesjonał i kazalnica wystąpiły jako narzędzie walki, rozliczne zaś pisma klerykalne i towarzystwa kościelne stale podkopują powagę szkoły i nauczyciela. Kler dzisiaj nie waha się w walce z nauczycielstwem używać nawet wyzwisk”.*
W tym wszystkim co powyżej, najbardziej zaskakujące jest, że opisuje stan w jakim Polska była równo 80 lat temu. Tyle, że w 1934 roku Związek Nauczycielstwa Polskiego stać było mentalnie i organizacyjnie na wydanie książki Janiny Baryckiej „Stosunek kleru do państwa i oświaty”. Osiem i pół dekady później nauczyciele pogrążeni w lekturze Pudelka i Faktu, zaprzątają sobie głowę rozprowadzaniem dzieci na rekolekcje, przygotowywaniem ich do komunii i bierzmowania, oraz pracami nad Deklaracją Wiary Nauczycieli. A nie jakimiś intelektualnymi pierdołami.

  • Janina Barycka; „Stosunek kleru do państwa i oświaty. Fakty i dokumenty”; Skład główny: „Nasza Księgarnia”, SP. AKC. Związku Nauczycielstwa Polskiego, Warszawa, 1934.

Węgierscy nauczyciele nie chcą uczyć faszyzmu

Węgierscy nauczyciele zrzeszeni w Demokratycznym Związku Nauczycieli są oburzeni nową podstawą programową, która z rządowej inicjatywy właśnie jest wprowadzana do szkół. Nie chcą wychowywać uczniów na nacjonalistów i przekazywać im jednostronnego obrazu węgierskiej literatury i historii.

„Nie będę uczyć faszyzmu” – to hasło, pod którym wystosowano we wtorek protest dotyczący nowego obowiązkowego programu nauczania.
Demokratyczny Związek Nauczycieli (PDSZ) i inne organizacje pedagogów przekonują, że nie ma w nim cienia przesady. Ostrzegają, że ogłoszona w piątek podstawa programowa dla szkół podstawowych i średnich oznacza totalną ideologizację kształcenia. Szczególnie oburzeni są nauczyciele historii i literatury węgierskiej.
– Program zakłada nieustanne deklarowanie poglądów moralnych i ideologicznych – komentuje Gyorgy Fenyo, zastępca przewodniczącego Stowarzyszenia Nauczycieli Literatury. – Nie pozostawia swobody, wprost dyktuje, co trzeba myśleć.
Węgierscy nauczyciele i nauczycielki, którzy się na to nie godzą, umieszczają w mediach społecznościowych swoje zdjęcia z hasłami protestacyjnymi i hasztagiem #noNAT.
Wśród 10 najwybitniejszych pisarzy węgierskich, których twórczość uczeń będzie musiał poznawać, nie znalazł się jedyny węgierski noblista z literatury Imre Kertesz, Ocalony z Zagłady, autor m.in. Losu utraconego, powieści opisującej jego własne doświadczenia z uwięzienia w Auschwitz-Birkenau i Buchenwaldzie.
Na liście lektur są za to prace Ferenca Herczega, pisarza tworzącego w końcu XIX w. i w I poł. XX w., konserwatywnego działacza i miłośnika Benito Mussoliniego.
Rząd Viktora Orbana jest bardzo zadowolony z opracowanego programu. Minister zasobów ludzkich Miklos Kasler stwierdził, że jego rewizja była niezbędna, a nowa podstawa opiera się na wartościach węgierskich i europejskich.
Prace nad zmianami w wykazie obowiązkowych treści szkolnego nauczania trwały w Budapeszcie od 2017 r.
Pierwsza wersja nowej podstawy programowej była gotowa w sierpniu 2018 r., lecz rząd jej nie zaakceptował – jak informowały lokalne media, uznał program nauczania języka węgierskiego i historii za „niedostatecznie narodowy”.

Karta Nauczyciela zostaje!

„Będziemy bronić Karty Nauczyciela” deklarują polityczki i politycy parlamentarnego klubu Lewicy wspólnie ze Związkiem Nauczycielstwa Polskiego. To reakcja na wywiad Mirosławy Stachowiak-Różeckiej, szefowej sejmowej Komisji Edukacji, Nauki i Młodzieży, w którym posłanka PiS stwierdza, że za Kartę nie warto umierać, a nauczyciele sami powinni zrozumieć, że nie jest to ustawa dla nich korzystna.

Stachowiak-Różecka w typowym dla swojej partii stylu rzuciła również aluzję, że Karta Nauczyciela jest zła, bo stanowi dziedzictwo „komuny”. „Wszyscy wiemy, kiedy powstał ten dokument, był to okres stanu wojennego – styczeń 1982 r. Wprowadzenie go w tym czasie miało swoje cele” mówiła wrocławska polityk PiS w rozmowie z Dziennikiem Gazetą Prawną. Stwierdziła też, że w jej ocenie przedstawiona podczas strajku nauczycieli propozycja podwyższenia pensji pedagogów w zamian za wydłużenie czasu pracy była bardzo dobra.

„Jestem przekonany, że nikt po stronie rządowej nawet tej propozycji nie przemyślał. Jeśli zwiększamy pensum o te 10-20 proc., to musimy się liczyć ze zwolnieniem 20 proc. nauczycieli. Zwłaszcza, jeśli uzyski z tego tytułu wynikające miały posłużyć do sfinansowania podwyżek” – komentował tę propozycję w kwietniu prezes ZNP Sławomir Broniarz.

– Dzięki Karcie wszyscy otrzymują podwyżki. Karta Nauczyciela nie tylko nikomu nie szkodzi, ale wręcz przeciwnie – gwarantuje wysoką jakość nauczania, dlatego że ustawa zapewnia szkole i jej pracownikom pewną stabilizację pozwalającą im wykonywać swoje zadania niezależnie od koniunktury ekonomicznej – komentuje Związek. Akcentuje również, że Karta Nauczyciela nie jest żadnym wstydliwym dziedzictwem stanu wojennego, a efektem negocjacji Związku z rządem w latach 1980-1981.

Stanowisko ZNP popiera parlamentarny klub Lewicy. Jego członkinie Daria Gosek-Popiołek, Agnieszka Dziemianowicz-Bąk i Anna Maria Żukowska złożyły dziś interpelację do MEN, w której zapytują, czy likwidacja lub korekta Karty Nauczyciela jest naprawdę rozważana, co miałoby zostać zmienione i kiedy zaczęłyby się prace w tym zakresie. Na konferencji prasowej Gosek-Popiołek alarmowała również, że likwidacja Karty może zachęcić samorządy do „pozbywania się problemu” i prywatyzowania szkół.

18 grudnia z inicjatywy ZNP ma odbyć się spotkanie delegacji związku z szefową sejmowej komisji edukacji. Związkowcy pójdą na nie z poważnymi obawami. – Gdyby tego typu opinie wyrażała osoba, która jest spoza naszej branży, to można byłoby ją jeszcze zrozumieć, bo taka osoba może przecież nie znać pragmatyki nauczycielskiej. Ale jeśli mówi to nauczycielka i przewodnicząca sejmowej komisji edukacji, to jest to dowód na to, że nie będziemy mieć w niej sojusznika – powiedział Głosowi Nauczycielskiemu Krzysztof Baszczyński, wiceprezes ZNP.

Polska szkoła na równi pochyłej

Coraz bardziej widoczne oraz uciążliwe stają się koszty zaniechań i błędów popełnionych przez PiS w oświacie.

Polska nie ma szczęścia do reform edukacyjnych. Właściwie wszystkie zmiany systemowe w oświacie jakie wprowadzały władze, były dość powszechnie krytykowane i nie budowały zaufania ani do szkół, ani do państwa. Czasem przyczyną złego odbioru społecznego bywało ich nieprzygotowanie połączone z niekonsekwencją. Tak było na przykład z wprowadzeniem gimnazjów, które w zamyśle miały ułatwić uczniom z regionów i rodzin nieuprzywilejowanych, dostęp do dobrze wyposażonych szkół średniego szczebla oraz opóźnić próg selekcji do liceów, ale ten słuszny zamysł rozbijał się o nieprzestrzeganie rejonizacji.
Niekonsekwentne wprowadzanie zmian w oświacie szło zazwyczaj w parze z brakiem przekonującego tłumaczenia sensu reform. Przykładem może być szeroka i skuteczna mobilizacja społeczna przeciwko obniżeniu wieku szkolnego do lat 6. Podobnie jak w przypadku gimnazjów, zasadniczym celem tej reformy było wyrównywanie szans edukacyjnych – w tym przypadku poprzez przyspieszenie kontaktu z systemem edukacyjnym, co byłoby szczególnie korzystne dla dzieci z rodzin nieuprzywilejowanych, o niższym kapitale kulturowym. Jednak nikt tego celu społeczeństwu przekonująco nie wyjaśnił, nie podjęto też wspólnie ze szkołami wysiłku, aby pokazać korzyści ze zmiany,
Prawo i Sprawiedliwość wyciągnęło z tych wszystkich błędów wnioski – i postanowiło zreformować polską szkołę bez żadnego jasno określonego celu.

Centralizacja nade wszystko

PiS wiedziało, że populistycznej polityki oświatowej nie da się przeprowadzić bez zwiększenia kontroli rządu nad szkołami. Dlatego niemal jednocześnie z podniesieniem wieku szkolnego do 7 lat, zwiększono kompetencje wojewódzkich kuratorów oświaty i wymieniono większość z nich na osoby zaufane.
Kurator, niczym wojewoda, stał się swoistym emisariuszem rządu w terenie, posiadającym od tej pory część kompetencji, które wcześniej należały do samorządów. Przyznano mu na przykład prawo do decydowania o likwidacji szkół oraz nadzór nad ośrodkami doskonalenia nauczycieli. Ponadto kuratorzy, dotychczas powoływani przez wojewodów, teraz mianowani są bezpośrednio przez ministra edukacji.
Wzmocnienie kuratorów wpisuje się w szerszy, centralizacyjny kierunek polityki PiS. W środowiskach eksperckich zajmujących się oświatą od dawna zgłaszano pomysł całkowitej likwidacji kuratoriów, skoro do momentu przejęcia władzy przez Prawo i Sprawiedliwość raczej ograniczano ich rolę, przekazując zarządzanie finansami szkół samorządom, a nadzór nad egzaminami centralnej komisji. Jednak ponowne wzmocnienie roli kuratorów i ich ściślejsze powiązanie z rządem oznaczało koniec pomysłów na zwiększenie szkolnej autonomii, na przykład poprzez zastąpienie kuratoriów radami oświatowymi, w których zasiadaliby przedstawiciele władz samorządowych, szkół i rodziców.
Zamiast większego wpływu na edukację, uczniowie, nauczyciele i rodzice dostali więcej centralizacji.

Szanse tylko dla bogatych

Likwidacja gimnazjów oraz ponowne podniesienie wieku rozpoczęcia nauki cofnęły pozytywny trend w myśleniu o polskiej szkole, polegający na dążeniu do uczynienia jej narzędziem wyrównywania szans życiowych.
Wiele osób, które kształciło się w starym, analogicznym do przywróconego reformami PiS systemie ośmioletniej szkoły podstawowej i czteroletniego liceum, być może obruszy się na ten zarzut. W końcu skoro oni odebrali edukację według dawnego modelu i nie narzekają, to może owiane złą sławą gimnazja czy budzące obawę wcześniejsze posłanie dzieci do szkoły nie są warte obrony?
Ponadto badania zadowolenia z poziomu nauczania, przeprowadzone przez CBOS po reformach PiS, pokazują, że większość respondentów ocenia te działania raczej pozytywnie. Najwyżej oceniano szkoły podstawowe i licea, ale nawet w tak krytykowanych gimnazjach poziom nauki był oceniany jako dobry przez 41 proc. respondentów, a jako zły przez 27 proc.
Jednak z badań forum idei Fundacji im. Stefana Batorego wynika, że pod pozorami zadowolenia z poziomu polskiej szkoły kryje się wiele działań oraz opinii świadczących o czymś wręcz przeciwnym. Polscy rodzice wydają znaczące sumy na korepetycje, średnio 420 złotych w miesiącu.
Z płatnej pomocy w nauce korzysta ponad 34 proc. rodzin z dziećmi w wieku szkolnym, przede wszystkim dobrze wykształconych, nieźle sytuowanych i mieszkających w dużych miastach. Natomiast połowa rodziców z wykształceniem podstawowym i połowa rodzin, gdzie dochód na osobę nie przekracza 900 złotych miesięcznie, posłałaby dziecko do szkoły prywatnej, gdyby na przeszkodzie nie stało czesne.
Z tych danych wyłania się pesymistyczny obraz szkoły, która nie tylko przestała zmierzać w kierunku wyrównywania szans, ale nie jest w stanie zaspokoić edukacyjnych aspiracji Polaków. Zamożniejsi i lepiej wykształceni realizują je, dopłacając z własnej kieszeni, biedniejsi i gorzej wykształceni snują niemożliwe do zrealizowania marzenia o szkołach prywatnych.
Pozytywna opinia o jakości kształcenia w polskich szkołach okazuje się zatem nie przystawać do rzeczywistości – jest raczej odzwierciedleniem rozbudzonych aspiracji edukacyjnych społeczeństwa niż faktyczną oceną jakości wykształcenia. A od dawna idzie w parze z negatywną korelacją między wykształceniem a zaufaniem do systemu edukacyjnego.
Lepiej wykształceni Polacy mniej ufają szkołom, co wiąże się z większą gotowością do uzupełniania niedostatków za pomocą zajęć opłacanych z własnej kieszeni. Gorzej wykształceni są bardziej skłonni ufać w jakość edukacji, bo nie dysponują innymi narzędziami awansu społecznego.
Z problemem wydatków na korepetycje bezpośrednio wiąże się problem przeładowanych i archaicznych podstaw programowych. Prawo i Sprawiedliwość nie tylko przywróciło dawny system organizacji prac szkół, ale powiela też, a w przypadkach niektórych przedmiotów wręcz potęguje nieadekwatne obciążenia zbyt dużą ilością materiału.
W wystąpieniu Rzecznika do byłej już minister Anny Zalewskiej z listopada 2018 roku czytamy na przykład: „Realizacja podstawy programowej nie powinna wiązać się z nakładaniem na uczniów dodatkowych, pozaszkolnych obciążeń. Tymczasem jestem informowany o sytuacjach delegowania na uczniów i ich rodziców części zadań związanych z kształceniem. Taka praktyka to przede wszystkim prace domowe w niepokojącej ilości, a także zadawanie tematów nieprzerobionych na lekcji do samodzielnego opracowania. Ma to bezpośredni wpływ na ograniczenia prawa dzieci do czasu wolnego, zabawy i rozwijania własnych zainteresowań, a także przyczynia się do postępującego przemęczenia uczniów”.

Rozprawić się z nauczycielami

Odkąd PiS zmienił system organizacji prac szkół i po prostu przepisał podstawy programowe lub wręcz spotęgował ich największe wady – kompletnie nie biorąc pod uwagę, że wraz z likwidacją gimnazjów zmieni się także wiek uczniów i ich przygotowanie na danym etapie nauki – marzenia o tym, że Polska szkoła będzie uczyła nie tylko faktów, ale także pracy zespołowej czy kompetencji miękkich, stały się jeszcze bardziej odległe. Robi to zapewne garstka zapaleńców w szkołach publicznych i prywatnych, ale tego rodzaju działania pozostają swoistą dywersją: państwo w żaden sposób ich nie wspiera, a jego oficjalne wytyczne wręcz dają im odpór.
Nauczyciel to zawód zaufania publicznego, a jednocześnie w tej kategorii jest to profesja chyba najgorzej wynagradzana. Z zestawienia przygotowanego przez autorów bloga Neuropa wynika, że w 2012 roku wynagrodzenie nauczyciela dyplomowanego wynosiło 88 proc. średniej krajowej, w 2018 już tylko 72 proc. Ponieważ nauczycielskie pensje nie tylko nie odzwierciedlają wzrostu płac w rozwijającej się gospodarce, ale pozostają za nim daleko w tyle, strajk nauczycieli z pierwszej połowy 2019 roku, jak na razie zawieszony, nie powinien dziwić.
Jednak rząd nie tylko nie był na te działania przygotowany, ale skonfrontowany z protestem nauczycieli wybrał strategię dyskredytowania i dzielenia środowiska nauczycielskiego. Zamiast potraktować poprawę poziomu życia nauczycieli za istotny cel państwa i gwarancję realizowania przez szkoły kluczowych dla jego rozwoju zadań, partia rządząca zdecydowała się na konfrontację i niszczenie wizerunku jednej z najistotniejszych profesji zaufania publicznego.
W wielu krajach nauczyciele są liderami, jeśli chodzi o zaufanie publiczne – i jest to traktowane jako dowód na właściwe realizowanie przez państwo jednego z podstawowych zadań, jakim jest oświata. W badaniu firmy Kantar, zrealizowanym w trakcie strajku, nauczyciele znaleźli się na pierwszym miejscu wśród zawodów zaufania publicznego w Polsce.
Jednak w badaniach porównawczych, przeprowadzonych przez firmę GFK, respondenci w Polsce ufali im rzadziej niż badani w jakimkolwiek innym kraju Unii Europejskiej. Dla rządu dbającego o rozwój społeczny te dane powinny być sygnałem do działania i poszukiwania sposobu poprawy zaufania do nauczycieli. Jednak w Polsce rządzonej przez PiS uzasadnione postulaty płacowe stały się sygnałem do rozprawy z nauczycielami.

Coraz więcej nierówności

Do dziś skuteczna walka z czarną legendą gimnazjów poprzez ich likwidację pozostaje w zasadzie jedynym skutkiem reform edukacyjnych PiS. Zapłaciliśmy za ten propagandowy efekt wysoką i całkiem realną cenę.
Odwrócone zostały pozytywne trendy takie jak przyznawanie szkołom i odpowiedzialnym za nie samorządom większej autonomii oraz zmienianie systemu szkolnego tak, aby wyrównywał szanse życiowe uczniów. Rozpoczęto konflikt z całą grupą zawodową nauczycieli i nie zanosi się, aby ten spór prędko doczekał się pozytywnego rozstrzygnięcia.
Na dzieci nałożono zaś rozdmuchane, oderwane od rzeczywistości wymagania, potęgując przewagę uczniów z zamożniejszych i lepiej wykształconych domów, gdzie rodzice mają czas, środki i kompetencje, by uzupełnić szkolne lekcje korepetycjami.
Polska szkoła stała się w efekcie jeszcze bardziej nierówna, a bezpieczniejsza jest tylko w teorii.

 

Polska szkoła według Lewicy

Więcej nauki języka angielskiego zamiast religii, nowoczesna edukacja o zdrowiu i szkoła, która uczy współpracy, zamiast zachęcać do wyścigu szczurów.

W Kielcach politycy i polityczki Lewicy przypomnieli nakreśloną już na konwencji wyborczej wizję lepszej oświaty.
Fundamentalny postulat wypowiedziała Alicja Lisiak, działaczka Razem. Stwierdziła, że Lewica chce, by szkoła była równym startem dla wszystkich dzieci i młodzieży, żeby uczyła przede wszystkim współpracować, a nie rywalizować.
Paulina Piechna-Więckiewicz z Wiosny, która startuje do Sejmu w świętokrzyskiem z drugiego miejsca, zwróciła uwagę na ogrom dodatkowych problemów, jakie przyniosła polskiej oświacie całkowicie nieudana, szkodliwa „reforma” oświaty wprowadzona przez byłą już minister Annę Zalewską. Mówiła o przeciążonych szkołach i lekcjach trwających do późnego wieczora, a także wskazała, na jakich polach polska szkoła – po deformie i przed nią – nie dorastała do wyzwań współczesności. Wskazała, że pod rządami Lewicy uczniowie będą mogli m.in. w szerszym zakresie uczyć się programowania czy zagadnień bezpieczeństwa w internecie. Wątek ten kontynuowała Iwona Wielgus (czwarte miejsce na liście Lewicy). Zapowiedziała wprowadzenie do szkół nauki o zdrowiu i seksualności – przedmiotu, podczas którego uczennice i uczniowie dowiedzą się od specjalistów, m.in. lekarzy, co dzieje się z ich ciałem w okresie dojrzewania.
Powrócił również postulat świeckiej szkoły – bez lekcji religii. Alicja Lisiak podkreśliła, że już teraz łamane są zalecenia, by lekcje te organizować na początku lub na końcu dnia w szkole, biorąc pod uwagę fakt, iż nie każdy musi na nie chodzić. Lewica zastąpi obowiązkowy kurs religii dodatkowymi godzinami języka angielskiego – zapowiedziano, podkreślając, że nic nie stoi na przeszkodzie, by katechezę organizować w niedzielę w kościołach.
Przeciwko chaosowi w oświacie, jaki wywołała Anna Zalewska, Lewica protestowała również przed gmachem Ministerstwa Edukacji Narodowej. Młodzi aktywiści i aktywistki wystąpili w latarkach-czołówkach, by zaakcentować, że w „zreformowanych” szkołach nie da się organizować zajęć inaczej, niż na pierwszą i drugą zmianę.
– Na reformę edukacji wydano setki milionów złotych z budżetu państwa, jak i z budżetu samorządów. Mogliśmy te pieniądze wykorzystać na remonty budynków, obiady dla uczniów czy podwyżki dla nauczycieli, tymczasem mamy chaos i bałagan w szkołach – mówiła natomiast Agnieszka Dziemianowicz-Bąk, która kandyduje do Sejmu z ostatniego miejsca na wrocławskiej liście Lewicy. Zapewniła, że jej polityczna formacja zawsze będzie po stronie uczniów i nauczycieli.

Pomalowane ptaki

By tło (background) na politycznych piknikach PiS było przyjemne dla oka politycy tej partii ustawiają się zazwyczaj na tle na przebranych na ludowo osób. Piszę przebranych, bo takich strojów nikt dzisiaj na co dzień nie używa. Gdyby jednak PiS swoje pikniki adresował do grup zawodowych to kto w tle przemawiających polityków zechciałby stanąć?
Weźmy np. kilkusettęsieczną grupę pracowników służby zdrowia. Pielęgniarki ubrane w białe fartuchy, lekarze także, ale innego kroju, ze stetoskopami na ramionach. Wszyscy oczywiście uśmiechnięci i zadowoleni. Nie, po zaniedbaniach tej partii w tym sektorze, jego pracownicy na pewno nie dadzą tła dla PiS-u.
To może kilkaset tysięcy nauczycieli stanęłoby za panią minister Zalewską. Po degrengoladzie jaką oświacie zgotowała ta pani jest to niemożliwe.
A może rolnicy, ale ci prawdziwi, sprzedający produkcję, nie ci, mieszkańcy wsi, żyjący z socjalu, rent i emerytur. Rolnicy to dzisiaj jedna z najbardziej niezadowolonych grup zawodowych i tła dla ministra Ardanowskiego na pewno nie daliby.
Może tłem byłaby kilkusettysięczna grupa pracowników administracji rządowej i samorządowej. Ale to niemożliwe. Ta grupa zarabia grosze i od lat bezskutecznie upomina się o lepsze płace. Oni, z bardzo niezadowolonymi minami, nie byliby dobrym tłem dla PiS-owskich polityków
Bardziej zadowoleni są pracownicy zagranicznych firm i korporacji, ale tam zarobków nie ustala PiS. To może pracownicy wymiaru sprawiedliwości, sędziowie, prokuratorzy czy adwokaci byliby dobrym tłem dla ministra Ziobry. Obawiam się, że stanęliby za nim tylko nieliczni pracownicy jego resortu i nowomianowani funkcyjni, a i oni pewnie wstydziliby się pokazać swoje oblicza publicznie. Bo to przecież wstyd.
Mogą stanąć, jako tło, mundurowi, bo dostaną rozkaz, a i PiS im grosza ostatnio nie żałuje.
Jak to się zatem dzieje, że grupy zawodowe, zależne od rządu są niezadowolone, a PiS ma tak wysokie poparcie. To jest do wytłumaczenia. Skoro kilkadziesiąt miliardów rocznie daje się obywatelom w formie socjalu, a nie płaci za pracę, to zawsze znajdą się liczni zadowoleni, nawet wśród tych małozarabiających. I tak, pracownicy są niezadowoleni z płac, ale jest duża grupa zadowolona z socjalu. Nie wnikam teraz czy jest to sprawiedliwy rozdział publicznych pieniędzy. Jest faktem, że dużej grupie obywateli podoba się.
A tak, w praktyce zawsze uda się znaleźć chętnych, by stanąć za plecami władzy, pogrzać się w jej blasku i znajomi powiedzą, że widzieli sąsiada w telewizji, w kolorowym strojach pomalowanych ptaków. Kto czytał Kosińskiego zrozumie aluzję.

Ci, którzy nas uczyli

W czasach Polski Ludowej na kilka pokoleń studentów i pracowników akademickich oddziaływali wielcy nauczyciele. Oddziaływali poprzez wykłady, książki i artykuły oraz wystąpienia publiczne. Poprzez swą mądrość, wiedzę oraz postawę społeczną.

Obrońcy autonomii instytucji naukowych

Szczególną rolę odegrali Tadeusz Kotarbiński i Władysław Markiewicz – uczeni i przywódcy wspólnoty akademickiej. Obydwaj byli obrońcami autonomii tej wspólnoty. Obydwaj byli atakowani i zniesławiani.
Prof. Kotarbiński w okupowanej Warszawie zajmował się niebezpieczną działalnością-tajnym nauczaniem. Po wojnie, przez kilka lat pracował równolegle w Warszawie i Łodzi. W latach 1945-49 był rektorem Uniwersytetu Łódzkiego.
W roku 1952 ukazał się artykuł Bronisława Baczki O poglądach filozoficznych i społeczno-politycznych Tadeusza Kotarbińskiego ( „Myśl Filozoficzna”, nr 1-2, 1952) stanowiący przysłowiowe poszukiwanie dziury w całym. Kotarbiński był filozofem-materialistą i ateistą. Nie był marksistą. Baczko twierdził, że głoszony przez Kotarbińskiego kierunek filozoficzny to „burżuazyjny reizm” i starał się wykazać, że Kotarbiński był przeciwnikiem przemian ustrojowych zachodzących w Polsce po roku 1945.W odpowiedzi na ten atak prof. Kotarbiński punkt po punkcie wykazywał, że „krytyk mógłby uważnego interlokutora chyba tylko nastraszyć a nie przekonać… nie jest to rzeczowa, naukowa, filozoficzna argumentacja”. Kotarbiński został odsunięty na przedwczesną emeryturę.
Po wielu latach przebywający poza Polską Bronisław Baczko – który w międzyczasie radykalnie zmienił poglądy-przepraszał za książkę, której fragmentem był powyżej wspomniany artykuł. Jest to godne odnotowania. Nie zmienia to jednak faktu, że w roku 1952 wymienione publikacje Baczki były szkodliwe i haniebne.
Po przełomie październikowym 1956 roku prof. Tadeusz Kotarbiński powrócił do aktywnej pracy naukowo-dydaktycznej a w latach 1957-62 był prezesem Polskiej Akademii Nauk. Propagowane przez niego hasło dobrej roboty zostało podjęte i realizowane przez Naczelną Organizację Techniczną i stowarzyszenia inżynierskie. Jego Traktat o dobrej robocie został przetłumaczony m. in. na język japoński. Warto przypomnieć, że w tamtym okresie Japonia była międzynarodowym promotorem wiedzy o zapewnianiu jakości produkcji.
Prof. Kotarbiński inicjował dyskusje dotyczące zarówno prakseologii jak i prób jej stosowania w praktyce. Monitorował liczne publikacje nawet jeżeli pochodziły one od nieznanych autorów. Wśród tych ostatnich był autor niniejszych rozważań, którego spotkał zaszczyt, gdyż prof. Kotarbiński zacytował jego skromny artykuł o organizacji badań naukowych w USA.
W końcowym okresie prezesury Tadeusza Kotarbińskiego w PAN zapadła decyzja KC PZPR o utworzeniu Komitetu Nauki i Techniki (KNiT). Prof. Kotarbiński oświadczył publicznie, że decyzja ta nie była z nim konsultowana. Przewodniczącym KNiT został polityk, wicepremier Eugeniusz Szyr. Komitet, którego pierwowzór pochodził z Moskwy był swoistym superministerstwem wymagającym od placówek naukowych ciągłego opracowywania planów i sprawozdań z ich realizacji. Było to bardzo pracochłonne i mocno redukowało czas potrzebny na same badania. Przy tworzeniu KNiT znakomity socjolog prof. Jan Szczepański złożył żartobliwą propozycję utworzenia Komitetu Nauki i Muzyki. Żeby wszystko grało…
W roku 1947 dwudziestosiedmioletni Władysław Markiewicz powrócił z Wielkiej Brytanii do Polski. Miał ze sobą świadectwo maturalne, które uzyskał w Italii w szkole dla żołnierzy armii gen. Andersa w której służył. Wrócił jako bardzo oczytany poliglota. Będąc synem polskiego górnika we Francji już w szkole podstawowej stał się frankofonem. Niemieckiego nauczył się w więzieniach i obozach koncentracyjnych, w których-za działalność patriotyczną- spędził prawie cztery lata. Język włoski opanował w trakcie pobytu w Italii, a angielski-oczywiście w Anglii.
W Uniwersytecie Poznańskim studiował Markiewicz socjologię. Uwagę znakomitych profesorów-Kazimierza Ajdukiewicza, Józefa Burszty, a zwłaszcza Tadeusza Szczurkiewicza zwróciły jego umiejętności językowe i erudycja. Jego opublikowane prace-doktorska i habilitacyjna -zwróciły uwagę wielu czytelników. Dotyczyły one odpowiednio przemian w świadomości narodowej reemigrantów z Francji oraz społecznych procesów uprzemysłowienia. Z czasem Markiewicz został profesorem Uniwersytetu Poznańskiego i dyrektorem uczelnianego Instytutu Socjologii. Jego wiedza niemcoznawcza sprawiła, że został również dyrektorem Instytutu Zachodniego w Poznaniu.
Władysław Markiewicz aktywnie uczestniczył w wydarzeniach, które miały miejsce w Poznaniu w okresie październikowego przełomu w 1956 roku. Pełnił ważne funkcje w Komitecie Wojewódzkim PZPR. Gdy jednak nastąpił odwrót od października zrezygnował z działalności politycznej. Jako dyrektor Instytutu Zachodniego skutecznie bronił tą placówkę przed ingerencją Służby Bezpieczeństwa. Podobne działania podejmował również na stanowisku sekretarza Wydziału I Polskiej Akademii Nauk a później-wiceprezesa PAN. Przez 12 lat prof. Markiewicz był współprzewodniczącym polsko-niemieckiej komisji podręcznikowej identyfikującej fałsze, manipulacje i stereotypy, które przekazywano uczniom niemieckim i polskim. Ta działalność na rzecz polski-niemieckiego porozumienia prowadzona przez byłego więźnia hitlerowskich obozów koncentracyjnych budziła podziw i uznanie w wielu krajach.
Władysław Markiewicz-socjolog i obywatel -z troską i niepokojem obserwował narastanie w Polsce wielkiego kryzysu w latach 1970-tych. Jego ostrzegawcze wystąpienia były przyjmowane z niechęcią, a czasami-z wrogością. Zwolennicy” propagandy sukcesu” zarzucali mu „czarnowidztwo”, a także „uleganie wrogim podszeptom”.
Przyjaciel Markiewicza -Józef Tejchma, wicepremier i minister Kultury i Sztuki w dniu 28 stycznia 1978 roku zanotował w swym dzienniku: „Polityka” publikuje dobry wywiad z W. Markiewiczem pt. ”Dylematy władzy”. Autor postuluje daleko idącą autonomię nauki w jej stosunkach z polityką, tylko niewasalna wobec niej nauka może dobrze służyć polityce.” Później 19 marca 1979 roku napisał: „ Z RFN wrócił Markiewicz. Pilnie zwróciła się do niego organizacja partyjna UW, aby wygłosił odczyt na temat kultury politycznej. Obydwaj oceniliśmy to jako stworzenie okazji do zebrania dodatkowych materiałów przeciwko Markiewiczowi znanemu z niekonformistycznych ocen, ale bez awanturnictwa. Radziłem Władkowi, by rozważania o Polsce wyniósł na szczebel procesu historycznego, bez przyłączania się do bieżących nastrojów skrajnego krytycyzmu i bez apologetyki. (J.Tejchma, W kręgu nadziei i rozczarowań, Warszawa 2002 s.11 i 49)
Obawy Tejchmy nie były bezpodstawne. Zastrzeżenia i podejrzenia wobec Markiewicza sprawiły, że został on pozbawiony funkcji Przewodniczącego Komitetu Polska 2000 przy Prezydium PAN. Wbrew intrygom i atakom autorytet naukowy i aktywność międzynarodowa prof. Władysława Markiewicza pomagały środowiskom naukowym zajmującym się naukami społecznymi w rozwijaniu współpracy z uniwersytetami i instytucjami badawczymi w Europie Zachodniej i Stanach Zjednoczonych, a także w Chinach i Japonii.

Ze Stanów Zjednoczonych do Polski

Wybitny fizykochemik prof. Wojciech Świętosławski okres wojny spędził w Stanach Zjednoczonych prowadząc badania i wykładając w Pittsburgu. W 1946 roku za zaoszczędzone 10 000 dolarów zakupił i przywiózł do Warszawy bibliotekę naukową z której przez wiele lat korzystali jego współpracownicy i studenci. W latach 1946-60 był profesorem Uniwersytetu Warszawskiego, a w latach 1946-51 również Politechniki Warszawskiej. Zainicjował utworzenie Instytutu Chemii Fizycznej PAN i był jego pierwszym dyrektorem.
W oczach podejrzliwych politycznych nadgorliwców prof. Świętosławski był przede wszystkim „sanacyjnym dygnitarzem”, gdyż w latach 1935-39 sprawował funkcję ministra Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego. Na szczęście wspomniani nadgorliwcy nie byli w stanie mu zaszkodzić.
Prof. Świętosławski prowadził badania w dziedzinie termochemii i przyczynił się do skonstruowania precyzyjnych przyrządów pomiarowych. Był twórcą polskiej szkoły fizykochemicznej, której osiągnięcia badawcze miały znaczenie międzynarodowe. W roku 1951 został laureatem nagrody państwowej I stopnia. Z podręczników i monografii prof. Świętosławskiego publikowanych w Polsce i USA przez wiele lat korzystali liczni studenci i pracownicy nauki.

Wielkie osiągnięcia i wielki błąd

Prof. Oskar Lange – wybitny uczony i znany socjalista- w latach 1938-45 był profesorem ekonomii politycznej prestiżowego uniwersytetu w Chicago. Zdecydował się na powrót do Polski w nadziei, że będzie uczestniczyć w urzeczywistnianiu swych socjalistycznych ideałów. Zrezygnował z amerykańskiego obywatelstwa. Był ambasadorem Polski w Waszyngtonie i przedstawicielem w ONZ. W trudnym okresie 1952-55 będąc rektorem Szkoły Głównej Planowania i Statystyki (obecna Szkoła Główna Handlowa) zajął się teorią statystyki. Po przełomie październikowym 1956 roku powrócił do ekonomii politycznej. Zamierzał napisać czterotomową monografię tego przedmiotu. Przedwczesna śmierć sprawiła, że pozostawił tylko dwa tomy. Zajmował się też ekonometrią, cybernetyką ekonomiczną i teorią informacji. Jego książki tłumaczone były na wiele języków. Pisma i myśli Langego wywierały wpływ na poszukiwania naukowe w różnych częściach świata. I tak np. w ubiegłym stuleciu w Japonii istniało znane w skali międzynarodowej ugrupowanie neolangistów. Oskar Lange był również aktywny w życiu polityczno-dyplomatycznym.
W roku 1957 został zastępcą Przewodniczącego Rady Państwa. W tym charakterze w roku 1959 witał na lotnisku Okęcie ówczesnego wiceprezydenta USA Richarda Nixona.
Prof. Lange przez całe życie ulegał złudzeniom dotyczącym możliwości eliminowania mechanizmu rynkowego. Jak pisał Andrzej Werblan „Oskar Lange jeszcze w 1965r. bronił poglądu,że mechanizm rynkowy może być zastąpiony przez maszyny liczące i rachunek ekonometryczny z rezultatami lepszymi społecznie i ekonomicznie”. (A. Werblan, Stalinizm w Polsce, Warszawa 2009, s.27). W dorobku Oskara Langego,podobnie jak i innych wybitnych uczonych są treści, które warto przyswoić i stosować. Są również omyłki i błędy Zasługują one na krytyczną refleksję.

Powrót współpracownika Einsteina

W 1950 roku powrócił do Warszawy wybitny fizyk-teoretyk Leopold Infeld, profesor uniwersytetu w Toronto. Przed przyjazdem do Kanady przez kilka lat przebywał on w Instytucie Zaawansowanych Badań w Princeton, gdzie współpracował z Albertem Einsteinem. W 1938 roku ukazała się książka Einsteina i Infelda Ewolucja fizyki,która stała się bestsellerem na światowym rynku literatury popularnonaukowej. Książka ta w sposób przystępny przedstawia świat w kategoriach mechaniki klasycznej, a następnie ukazuje zmiany, które spowodowały – teoria pola, teoria względności oraz pojęcie kwantów.
Leopold Infeld- profesor Uniwersytetu Warszawskiego był również aktywny jako publicysta i pisarz. Był autorem znakomitej powieści Wybrańcy bogów.
Kiedy w przetłumaczonym na polski rosyjskim słowniku filozoficznym podano, że autorem równania E=mc2 był Sergiusz Wawiłow prof. Infeld uznał tą publikację za haniebną. Miał rację.
Leopold Infeld był wysoko ceniony przez Bertranda Russella. Stał się jednym z wczesnych uczestników zainicjowanego przez Russella elitarnego ruchu Pugwash skupiającego uczonych wypowiadających się za zakazem prób z bronią jądrową. Troskę i niepokój Infelda budziła nietolerancja. W autobiograficznym eseju Religia i ja pisał:”Pragnę,aby w okresie kiedy nietolerancja religijna się zwiększa moje stanowisko ateistyczne było tolerowane. Wiem, że nietolerancja jest sprawą milionów ciemnych ludzi. Wiem,że moje słowa dotrą zaledwie do kilku tysięcy. Z tych potrafię przekonać tylko kilku. Dla tych kilku napisałem te słowa”.(T. Kotarbiński, L. Infeld ,B. Russell, Religia i ja, Warszawa 1962, s.44-45).

x x x

Tadeusz Kotarbiński-gdyby chciał-mógłby wykładać w jednym z renomowanych uniwersytetów francuskich. Władysław Markiewicz mógłby studiować w Wielkiej Brytanii i tam pracować naukowo.
Wojciech Świętosławski, Oskar Lange i Leopold Infeld zrezygnowali z prestiżowych stanowisk oraz wygodnego życia i powrócili do Polski, aby nas uczyć. Wszyscy wiedzieli doskonale o warunkach panujących w powojennej Polsce i ograniczeniach wynikających z przynależności naszego kraju do tzw. bloku wschodniego.
Sądzę, że jesteśmy im winni wdzięczną pamięć. A także- w wielu przypadkach – powrót do ich myśli i książek.

Flaczki tygodnia

Program „Bóg. Honor. Ojczyzna. Wypierdalać + ” zaprezentowany w Białymstoku przez narodowo- katolickie elity PiS i kościoła katolickiego wzbudzi społeczne emocje.
Nie tylko w środowisku LGBT, które już zostało wyznaczone przez elity PiS i polskiego kościoła kat. do roli „żydów”, czyli aktualnych wrogów narodowo- katolickiego narodu polskiego.
Program „B.H.O. Wypierdalać + ” może być rozszerzony i dotyczyć każdych środowisk i grup społecznych, które zaczną się upominać o swe prawa. Albo zostaną wyznaczone przez narodowo- katolickich prominentów do roli wrogich „czarownic”.
Z programu „Wypierdalać + ” mogą skorzystać też niezadowoleni nauczyciele, protestujący niepełnosprawni, lekarze, przeciwnicy energetyki opartej na węglu kamiennym, i zawsze, „postkomuna”.
Wszystkimi nimi PiS będzie mógł ten przysłowiowy „ciemny lud” straszyć. Aby skołowany i zlękniony zagłosował na „Wypierdalać + ”, czyli narodowo- katolickie elity PiS.

Ech ten Antoni! Szatan, nie kogut.

Tyle się pan prezes Kaczyński namęczył. Wstał tak wcześnie rano, żeby na czas dojechać w piotrkowskie, do tej Miedznej Murowanej.
Tam postawili go przed frontonem kobiet miejscowych przebranych za gospodynie ludowe. Wszystkie w tęczowe sukienki, jakby to jakaś Parada Równości była, albo jeszcze gorsze LGBT !
Potem musiał nie tylko stać, ale też przemawiać. Pierdoły popychać, że polska tradycja ze wsi wyrasta, a wieś z polskiej tradycji. Zamówione u pijarowcow hasło „Dobry czas” bezmyślnie powtarzać, podobnie jak drugie: „To spotkanie poświęcone rozrywce i zabawie”.
Ale jakże się tu bawić, kiedy człowiek musiał tak wcześnie rano wstać, taki kawał drogi jechać i potem tylko takie banały prawić.

A pan minister Antoni Macierewicz od razu poczuł w Murowanej reaktywację. Z cudownym obrazem Matki Boskiej Piotrkowskiej, patronki i hetmanki tęczowych gospodyń wiejskich, stale biegał. Pod nos ten obraz panu prezesowi podstawiał. Okrzyki wznosił i intonować.
A potem hajda! Każdą przebraną na ludowo obtańcowywał. Dziarsko, z przytupem, piruetem. Na koniec wielkiego węża poprowadził jakby zawodowym wodzirejem, takim PiS Danielakiem, był.
Tańcem i obrazem pokazał, że pan prezes rządzi u sobie na Nowogrodzkiej. Ale piotrkowski okręg wyborczy na wieki, wieków amen, pana Antoniego jest. I wara innym od Piotrkowa Tryb. Tam pana Macierewicza do Sejmy znowu wybiorą. A on znów będzie całym PiS-em wodził.

Jeśli chcecie się przelecieć za darmo rządowym samolotem razem z panem marszałkiem Kuchcińskim to zadzwońcie pod ten numer:
DYREKTOR CENTRUM INFORMACYJNEGO SEJMU
Andrzej Grzegrzółka
Sekretariat: tel. 22 694 22 15, faks 22 694 14 46

Pan marszałek Marek Kuchciński został przyłapany i skrytykowany przez media. Bo używał państwowego samolotu do prywatnych lotów.
Skrytykowano go nie dlatego, że latał sobie z nieletnimi prostytutkami, tak tym razem nie było. Latał ze swoją rodziną. Ale czynił to za pieniądze podatników, czyli nasze.
Pan Marek Kuchciński jako marszałek Sejmu RP ma prawo do bezpłatnych, służbowych lotów. Ale jego małżonka, nawet ta uświęcona sakramentem małżeńskim, i jego legalne dzieci takich praw już nie mają. Dlatego powstał problem. Prawny i moralny.

Początkowo przyłapany na przemycani swej rodziny do samolotu pan marszałek robił to, co jego inni koledzy z elit narodowo-katolickich zwykle czynią. Kłamał. Kłamał, że latał wyłącznie w celach służbowych.
Ale nawet w IV Rzeczpospolitej takie kłamstwo ma krótkie nogi.
Dziennikarze „Gazety Wyborczej” i „Faktu” ustalili, że te liczne i kosztowne dla podatników loty nie były służbowymi. Ani dla pana marszałka, ani dla jego rodziny.

Wtedy pan marszałek zmienił zeznania. Ogłosił, że owszem latał, ale tylko dlatego, że piloci rządowych samolotów muszą się wylatać. Wykonać cotygodniową normę lotów. On im tylko w tym procederze pomagał. Rodzina zaś latała z nim dla towarzystwa. Nie płaciła za tamte loty, bo przecież „samolot i tam musiał latać”.

Zatem jeśli ktoś z Was lub waszych znajomych chciałby się przelecieć samolotem wraz z panem marszałkiem Kuchcińskim za darmo, bo przecież samolot musi swoje wylatać, to dzwońcie albo faksujcie do Centrum Informacyjnego Sejmu.
Tam mają grafik najbliższych lotów pana marszałka i jego rodziny.
Dopiszą was do lotu, bo miejsc w samolocie zawsze jest tak dużo, że nawet cała rodzina pana marszałka nie była w stanie ich zająć.

Bezpłatne loty rodziny pana marszałka Kuchcińskiego nie spodobały się jednak jego zawistnym kolegom w PiS.
Donieśli zapewne o tym do ucha pana prezesa Kaczyńskiego. Ten nakazał sprawę wyciszyć.
I aby uspokoić sumienia tegoż przysłowiowego „ciemnego ludu”, pan marszałek Kuchciński został zobligowany do spontanicznego wpłacenia kosztów przelotu „na cel charytatywny”. Czyli na Caritas. Czyli na kościół kat.

Koszty przynajmniej sześciu lotów na trasie Warszawa- Przemysł całej swej rodziny pan marszałek Kuchciński wycenił na ponad pięćset złotych. Czyli jedną wypłatę z programu 500+. W ten sposób podatnicy i tak zapłacą za loty rodziny pana marszałka.

Ale wpłacone na „cele charytatywne”, czyli na Caritas, pieniądze pan marszałek Kuchciński będzie mógł odliczyć sobie od podatku. Czyli znowu podatnicy zapłacą za charytatywność pana marszałka.

Zauważcie, że zawsze kiedy elity PiS nakradną się z budżetu państwa i zostaną na tym przyłapani, to aby zamydlić oczy swym wyborców ogłaszają, że zwrócą te pieniądze przez wpłaty na Caritas. Nie dodają, że potem odliczą je sobie od podatku.
Zauważcie też, że tym sposobem świetność finansowa Caritasu uzależniona jest od złodziejstwa elit PiS. Im więcej taki „dobrowolnych” wpłat, tym większa kasa płynie dla Caritasu.
Nic zatem dziwnego, że elity PiS mają takie wielkie poparcie polskiego kościoła katolickiego.
Nic też dziwnego, że polski kościół katolicki nie przemęcza się aby takie i inne złodziejstwa w PiS potępiać. Nie podcina się szmalociągu.

Nowej szefowej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen zaproponowano kandydaturę prezydenckiego ministra pana Krzysztofa Szczerskiego na ważnego komisarza w Unii Europejskiej. Ponieważ publicznie zachwalał jego zalety pan premier Morawiecki, człowiek powszechnie znany z nieszczerych wypowiedzi, to szanse pana Szczerskiego na prestiżowa komisję radykalnie zmalały.

Dyskusja o edukacji

Przy stole okrągłym, czy tez kanciastym?

Rząd PiS zapraszając do dyskusji na temat przyszłości polskiej edukacji przy okrągłym stole, posadził uczestników przy stole prostokątnym na Stadionie Narodowym. W sposób niezamierzony nabrało to cech symbolu założeń jakie towarzyszą rozumieniu edukacji przez środowiska związane z ta partią.
Zaawansowana w wielu dziedzinach cywilizacja Azteków nie potrafiła wynaleźć koła. Związane z tym trudności logistyczne były jedną z przyczyn zatrzymania rozwoju i w konsekwencji upadku tej cywilizacji.
Reforma oświatowa w wykonaniu minister Zalewskiej umocniła archaiczność i „kanciastość” polskiego systemu edukacji. Archaiczność ta ma swoje źródło, głównie , choć nie wyłącznie, w kilku założeniach światopoglądowych stanowiących polską tradycję, których szczególnym wyrazicielem są opiniotwórcze środowiska związane z PiS.
Idee chrześcijańskie stanowią podstawę nowoczesnej etyki i sprawiedliwości społecznej. Kierując się nimi można również budować socjalizm- ustrój realizujący sprawiedliwość społeczną. Oczywiście nie byłby to nowoczesny socjalizm, ale to temat na oddzielne rozważania.
Jednocześnie chrześcijaństwo w rozumieniu hierarchicznego kościoła katolickiego, zwłaszcza we współczesnej Polsce, to zbiór prawd objawionych, nie podlegających twórczej dyskusji , natomiast podlegających nakazowi ich przyswojenia i kultywowania.
Programy nauczania w Polsce kopiują ten model. Wymagane jest przyswojenie ,lecz nie koniecznie zrozumienie materiału. Materiał przeładowany jest faktami, datami i formułkami. Brak czasu, ale i preferencji dla twórczej dyskusji, porównań i wyciągania wniosków. Wielu światłych nauczycieli chciało by wprowadzić takie elementy nauczania, ale sztywny program i nadmierna liczebność klas na to nie pozwala.
Patriotyzm narodowy miał dla Polaków szczególne znaczenie, gdy nie było polskiego państwa i marzeniem było jego przywrócenie, a prawdziwy patriota gotów był walczyć i ginąć za ojczyznę.
W obecnych czasach, gdy żyjemy w niepodległej ojczyźnie, inaczej trzeba spojrzeć na wymiar Patriotyzmu i jego możliwe następstwa.
Przyporządkowanie pojęcia patriotyzmu wyłącznie narodowi prowadzi częściowo do nacjonalizmu, szowinizmu, a dalej rasizmu czy nawet faszyzmu.
Nowoczesnym społeczeństwom obce są przejawy nacjonalizmu i szowinizmu. Zauważamy też, że nacjonalizm jest sprzeczny z podstawową zasadą chrześcijaństwa, która stanowi, że wszyscy ludzie są braćmi.
Henryk Sienkiewicz, uważany za jednego z czołowych pisarzy patriotycznych pisał „Hasłem wszystkich patriotów powinno być „przez Ojczyznę do ludzkości nie zaś dla Ojczyzny przeciw ludzkości”.
Niestety rządzący, wyłącznie dla poszerzania swojej władzy, nie przeciwdziałają, a wręcz schlebiają poglądom, będących następstwem rozumienia patriotyzmu wyłącznie w wymiarze narodowym. Tworzone pod auspicjami PiS i IPN programy nauczania w zreformowanej szkole pogłębiają niebezpieczne dla przyszłości Polski zjawiska występujące w młodym pokoleniu i utrudniają przyswajanie przez młodzież wartości wynikających ze światowej wspólnoty.
Socjaliści rozumieją patriotyzm jako wartość w sferze emocjonalnej, która wyraża się w więzi ze społeczeństwem zamieszkującym nasz kraj ojczysty. Ta więź powoduje gotowość przedkładania celów ważnych dla społeczeństwa ponad cele osobiste. Nowoczesny patriotyzm, który powinna przyswajać młodzież wyraża się dziś przede wszystkim gotowością pracy dla pożytku wspólnego.
W społeczeństwie PiS wyróżnia rodzinę, jako podstawową i najważniejszą komórkę, stanowiącą podstawę wszelkich programów społecznych. W nowoczesnych społeczeństwach rola rodziny pozostaje nadal ważna, ale nie stanowi już ona wyłącznej podstawy rozwoju społeczeństwa. Pozostawiając na boku rozważania o roli rodziny, należy zauważyć, że nie można, tak jak to głoszą ugrupowania prawicowe , uważać, że rodzice maja wyłączne prawo o decydowaniu o wychowaniu i sposobie kształcenia młodego pokolenia.
Zrezygnowanie, pod presją części rodziców ( a właściwie dla ich pozyskania w procesie wyborczym) z obowiązku szkolnego 6-cio latków cofnęło polską edukację w stosunku do trendu światowego, w którym edukacja (odpowiednio sprofilowana) zaczyna się coraz wcześniej i trwa przez całe życie. Tylko tak ludzkość jest w stanie dotrzymać kroku coraz szybszemu rozwojowi intelektualnemu i technologicznemu.
Jednocześnie reforma edukacyjna PiS skróciła o rok cykl szkolny, skracając tym samym okres przyswajania wiedzy.
W ten sposób PiS poszedł na rękę środowiskom neoliberalnym, które uzyskują wcześniej potencjalną siłę roboczą, gorzej wyedukowaną, ale mniej świadomą swoich praw.

Coraz szybszy rozwój szkolnictwa prywatnego działa zabójczo na proces powszechnej edukacji. Szkoły prywatne, wobec mizernych płac w szkolnictwie państwowym, wysysają z rynku najlepszych nauczycieli, obniżając nieuchronnie jakość powszechnego nauczania.
Dodatkowo w szkołach prywatnych klasy są mniej liczne, a więc i możliwość rozpoznania potencjalnych zdolności ucznia jest większa.
Ponieważ większość rodziców nie stać na szkoły prywatne, powoduje to pogłębienie ekonomicznego, a więc nieuchronnie i kulturowego rozwarstwienia społeczeństwa. Uzdolnione dzieci pochodzące z ubogich rodzin, mają coraz mniejszą szansę na awans społeczny i wykorzystanie swoich potencjalnych zdolności dla dobra swojego i dobra społeczeństwa.
Udawanie przez rządzących, że nie dostrzegają powyższych zjawisk może świadczyć jedynie o tym, że dorastanie coraz mniej wyedukowanego, a więc prawdopodobnie coraz bardziej spolegliwego społeczeństwa jest w ich interesie, ponieważ jak wynika z enuncjacji prasowych, dzieci rządzącej elity uczęszczają do szkół prywatnych i to one maja stanowić przyszłą elitę. Szkoda tylko, że elitę o gorszej jakości niż w czołowych społeczeństwach.
Podstawą dobrej edukacji jest dobry nauczyciel. Nauczyciel to nie rzemieślnik. Musi on stale podnosić swa wiedzę i jednocześnie być autorytetem dla ucznia.. Od wielu lat obserwujemy negatywną selekcję wśród nauczycieli. Główna jej przyczyną są niskie zarobki i podważanie prestiżu tego zawodu. Jeśli podważa się godność nauczyciela, to na zasadzie rykoszetu maleje jego prestiż wśród rodziców i w konsekwencji maleje autorytet wśród uczniów. Małe jest zrozumienie tych zależności w społeczeństwie, a rządzący nie robią nic, by przeciwdziałać temu zjawisku.
W XXI wieku o powodzeniu kraju w międzynarodowym współzawodnictwie decyduje wysokość nakładów na edukację i rozwój nauki. Kraje takie jak Polska, które przeznaczają coraz niższe nakłady na te dziedziny przestają się liczyć w międzynarodowej konkurencji i same siebie skazują na status państw neokolonialnych.
Wydatki na oświatę w Polsce w przeliczeniu na jednego ucznia plasują nas znacznie poniżej średniej krajów UE, a uczniowie, czyli ich rodzice ponoszą w dużym stopniu koszty edukacji dzieci. Rodzice płacą za dodatkowe zajęcia, świetlice szkolne, wycieczki edukacyjne, składają się na doposażenie szkół itp.
Pod uwagę uczestnikom dyskusji na temat oświaty Polska Partia Socjalistyczna przedstawia założenia zawarte w swoim programie.
Naszym celem jest zapewnienie dzieciom i młodzieży równego dostępu do kształcenia, umożliwiającego skuteczne konkurowanie o miejsca pracy w jednoczącej się Europie. Oznacza to bezpłatną edukację na wszystkich szczeblach. Potrzebny jest Fundusz Stypendialny, który zapewni możliwość kontynuowania nauki również młodzieży ze środowisk najuboższych.
Konieczny jest powszechny dostęp do wychowania przedszkolnego dla dzieci powyżej 3 lat, objęcie młodzieży do 18-tego roku życia obowiązkiem szkolnym, przywrócenie w szkołach podstawowej opieki medycznej, stomatologicznej, zapewnienie dożywiania dzieci i młodzieży.
Oprócz funkcji kształcenia, szkoła pełni także funkcję wychowawczą, uzupełniając, a często zastępując wychowanie w rodzinie. Naszym celem jest odtworzenie i rozwój funkcji poza dydaktycznych systemu oświaty. Szkoła powinna wychowywać młodego człowieka w duchu odpowiedzialności obywatelskiej i poszanowania wartości humanistycznych.
Traktując edukację jako zintegrowany system nauczania od przedszkola do ukończenia studiów należy zrealizować dwa ogólne postulaty dotyczące t.zw bazy programowej edukacyjnego programu narodowego, opracowanego ponad podziałami społecznymi.
Po pierwsze przygotowanie do życia w społeczeństwie i nauka współpracy, co obecny system edukacji realizuje w minimalnym stopniu. Zaprzepaszczony został w tym zakresie powojenny dorobek polskiej pedagogiki .
Należy przywrócić i rozwinąć formy pracy grupowej i współdziałania uczniów w środowisku m.in. w formie zajęć pozalekcyjnych i „kółek zainteresowań”. Formy te zaniknęły zarówno z uwagi na rzekome oszczędności budżetowe szkół, jak i zanik autorytetu nauczyciela i wychowawcy.
Nasz program kładzie nacisk na naukę samodzielnego myślenia. Należy uczyć rozwiązywania problemów, a nie zapamiętywania faktów i formułek.
W nauczaniu przedmiotów społecznych (np. historii) trzeba kłaść nacisk na umiejętność oceny zjawisk w ich kontekście historycznym, a nie zapamiętywanie dat i nazwisk, dobranych najczęściej pod kątem indoktrynacji politycznej (w tym religijnej). Nauczanie przedmiotów ścisłych i przyrodniczych musi kłaść nacisk na zrozumienie realnych zjawisk i przygotowanie do życia w zmieniającym się świecie materialnym.
Konieczne jest wyprowadzenie ze szkół katechezy i zapewnienie rzetelnej edukacji seksualnej.
Należy przywrócić odpowiednią rangę zaniedbanemu kompletnie szkolnictwu zawodowemu, którego brak przyczynia się do bezrobocia.
Zawód nauczyciela jest – i powinien być za taki uznany – jednym z najważniejszych zawodów w państwie, o najdalej idących konsekwencjach społecznych, cywilizacyjnych i narodowych, Nauczyciel powinien odznaczać się wysokim poziomem intelektualnym i etycznym, a system wynagradzania i awansów powinien temu sprzyjać.

Fikcja okrągłego stołu edukacyjnego

Rząd PiS nigdy nie wykazywał cienia dobrych intencji wobec nauczycieli. Czas, by wszyscy związkowcy oświatowi wyciągnęli wreszcie z tego wnioski.

To, że rząd Prawa i Sprawiedliwości od początku nie chciał porozumienia z nauczycielami i zaogniał strajk, zaczyna dostrzegać nawet oświatowa Solidarność.
„Nawet” – bo związek ten niestety wystąpił w charakterze łamistrajka, podpisując odszczepieńcze porozumienie z rządem – i udawał, że wierzy w zapewnienia działaczy PiS, że zrealizują oni zapisane w tym porozumieniu postulaty oraz zwołają poważny okrągły stół mający debatować nad problemami oświaty.

Gdzie rząd ma dobro uczniów

Oczywiście żadnej realizacji postulatów nie ma, zaś edukacyjny okrągły stół okazał się zupełną lipą. Rząd PiS wyłącznie pozorował chęć debaty oświatowej, bo w istocie nie chciał i nie chce jakichkolwiek rozmów – a dobro polskiej oświaty i los uczniów ma, delikatnie mówiąc, w nienajwyższym poważaniu.
Jedyną troską ekipy rządzącej było to, jak wykorzystać strajk nauczycieli do zwiększenia, a przynajmniej do zachowania szans wyborczych PiS.
To nic dziwnego, bo przecież wszystkie działania Prawa i Sprawiedliwości służą tylko i wyłącznie temu, by utrzymać się u władzy.
Niektórzy wciąż udają że tego nie widzą, ale trzeba ich zrozumieć, bo dostają za to benefity od władzy. Czasem jednak i oni muszą pokazać, że dostrzegają jaka jest rzeczywistość – bo na samym wsparciu ze strony rządu żaden związek zawodowy daleko nie zajedzie.
Dlatego też obradujące w Warszawie prezydium Rady Krajowej Sekcji Oświaty i Wychowania NSZZ „Solidarność” przyjęło mocno krytyczne stanowisko w sprawie realizacji zawartego porozumienia i dyskusji oświatowych w ramach „okrągłego stołu edukacyjnego”.

Tylko wspólnymi siłami

Stanowisko to stwierdza:
„Prezydium KSOiW NSZZ „Solidarność” /…/ podtrzymuje stanowisko wyrażone w piśmie do Premiera RP Mateusza Morawieckiego, zgodnie z którym podkreślamy, że zaproponowana formuła spotkania oraz przypadkowo dobrane gremium nie gwarantują wypracowania rozwiązań rzeczywistych problemów nurtujących polską oświatę.
Oczekujemy harmonogramu realizacji uzgodnionych postulatów zawartych w podpisanym z Rządem RP w dniu 7 kwietnia br. porozumieniu. W szczególności domagamy się powołania zespołu roboczego do spraw realizacji punktu VI porozumienia, czyli zmiany systemu wynagradzania nauczycieli w uzgodnieniu ze związkami zawodowymi i powiązania go ze wzrostem gospodarczym”.
Prezydium KSOiW NSZZ „Solidarność” dodaje, że pragnie: „pilnego rozpoczęcia prac nad realizacją uzgodnionych postulatów” – oraz przypomina, że związek tylko zawiesił, a nie przerwał, swą akcję protestacyjną.
Wypada mieć nadzieję, że to jak zachowuje się rząd PiS wobec swoich partnerów społecznych, spowoduje, iż NSZZ „Solidarność” doceni wagę autentycznej solidarności i jedności związkowej.
Rząd PiS nie ma żadnych dobrych intencji wobec nauczycieli – i tylko wspólnym, konsekwentnym działaniem będzie można na nim cokolwiek wymóc.