Co dalej z Katalonią?

Hiszpański kryzys polityczny wywołany przeprowadzeniem w 2017 roku referendum w sprawie niepodległości Katalonii i ostrą reakcją prawicowego rządu na tę inicjatywę skłania do rozważenia ogólniejszego problemu, jak rozumieć zasadę samostanowienia narodowego w sytuacji, gdy zasadę tę przywołuje zbiorowość dotychczas nie będąca odrębnym państwem.

Warto na kryzys kataloński spojrzeć z szerszej perspektywy, gdyż sposób, w jaki będzie on rozwiązany (lub zamrożony) będzie miał konsekwencje dla przyjmowanej w świecie demokratycznym interpretacji fundamentalnej zasady samostanowienia.
Przypomnieć warto, że zasada ta ma w prawie międzynarodowym zaledwie stuletnią historię. Sformułował ją 8 stycznia 1918 roku w orędziu do Kongresu prezydent USA Woodrow Wilson, ale tylko w odniesieniu do narodów znajdujących się pod władzą państw, z którymi Stany Zjednoczone znalazły się w stanie wojny. Liga Narodów godziła werbalną akceptacje zasady samostanowienia z utrzymywaniem kolonialnego panowania w Azji i Afryce. Dopiero Karta Narodów Zjednoczonych podniosła tę zasadę do rangi powszechnie obowiązującego prawa, ale i ten akt nie precyzował, komu prawo to ma przysługiwać. W dzisiejszym świecie, w którym procesom integracji towarzyszą procesy odradzania się lub powstawania aspiracji zbiorowości nie będących państwami narodowymi, sprawa samostanowienia stanowi źródło poważnych konfliktów. W tym kontekście konflikt wokół przyszłości Katalonii ma znaczenie daleko wykraczające poza samą Hiszpanie.

Rzut oka na historię

Obecnego konfliktu między Katalonią i władzami centralnymi Hiszpanii nie da się zrozumieć bez uwzględnienia powikłanej historii. Region ten stanowił autonomiczną część Królestwa Aragonii, a po zjednoczeniu królestw Aragonii i Kastylii (1469) zachował własne prawa lokalne i tradycje, w tym własny język – zbliżony do hiszpańskiego, ale od niego odrębny. W XIX stuleciu pojawiły się zalążki katalońskiego ruchu narodowego, początkowo nie wychodzącego jednak poza postulaty zwiększonej autonomii regionalnej. Idea niepodległego państwa katalońskiego została sformułowana w 1914 roku w postaci tak zwanego Mancomunitat de Catalunya , ale nie miała wówczas masowego poparcia i została stłumiona przez rząd centralny. W 1931 roku, po obaleniu wojskowej dyktatury Miguela Primo de Riviery i ustanowieniu republiki, Katalonia otrzymała autonomię, zawieszoną trzy lata później, gdy regionalny premier Lluís Companys proklamował powstanie Republiki Katalońskiej. Władze centralne zareagowały usunięciem Companysa i czasowym zawieszeniem autonomii Katalonii. W czasie hiszpańskiej wojny domowej (1936-39) Katalonia była ostoją republikańskiego oporu przeciw faszyzmowi, co w konsekwencji prowadziło do poddania jej wyjątkowo surowemu reżymowi policyjnemu w okresie dyktatury generała Franco.
Demokratyzacja Hiszpanii rozpoczęta po śmierci dyktatora i kulminująca przyjęciem (w 1978 roku) demokratycznej konstytucji przyniosła restaurację katalońskiej autonomii. Regulujący te autonomie status Katalonii z 1979 roku nie wszystkich jednak zadowalał. Przez kolejne dziesięciolecia kataloński ruch narodowy skupiał się na postulatach rozszerzenia autonomii jednak bez oderwania się od Hiszpanii. Taki był między innymi sens przyjętego w 1981 roku manifestu katalońskich intelektualistów protestujących przeciw dyskryminacji języka katalońskiego. W 2003 regionalny rząd Katalonii przedstawił projekt nowego statutu autonomii i uzyskał dla niego poparcie przytłaczającej większości w parlamencie Katalonii. Status autonomii został jednak ocenzurowany uchwała Kortezów Hiszpanii, zwłaszcza w częściach dotyczących równorzędnego statusu języka katalońskiego i w sprawie uprawnień finansowych władz regionalnych.
Od tego czasu w Katalonii krystalizował się coraz wyraźniejszy podział na dwa skrzydła: radykalne (domagające się niepodległości) i umiarkowane (postulujące rozszerzenie kompetencji władz regionalnych). Niechętny stosunek władz centralnych do postulatów skrzydła umiarkowanego (także wtedy, gdy na ich czele rządu stali socjaliści) powodował stopniowe przesuwanie się opinii publicznej w stronę radykałów. W 2005 roku parlament Katalonii przyjął uchwałę stwierdzającą istnienie „narodu katalońskiego”, na co parlament hiszpański zareagował unieważnieniem terminu „naród” i zastąpieniem go przez mniej jednoznaczny termin „narodowość”. W 2010 roku hiszpański Sąd Najwyższy unieważnił kilka kluczowych artykułów Statusu Autonomii wprowadzonego cztery lata wcześniej w drodze kompromisu z władzami centralnymi. Zaostrzyło to sytuację i przyczyniło się do tego, że w wyborach przeprowadzonych w 2012 roku ugrupowania niepodległościowe zdobyły niewielką większość w parlamencie Katalonii. Nowy parlament przyjął (23 stycznia 2013 r.) deklarację niepodległości ustanawiająca zasadę, iż o przyszłości regionu mają zdecydować obywatele Katalonii. Akt ten nie przesądzał, jak ta przyszłość miałaby wyglądać, ale zrywał z zasadą nadrzędności decyzji podejmowanych na szczeblu ogólnopaństwowym.
Zdecydowany sprzeciw rządu centralnego zaostrzył sytuację. W październiku 2017 roku władze katalońskie przeprowadziły referendum, w którym ponad 90 procent głosujących opowiedziało si ę za niepodległością Katalonii. Wynik ten nie odzwierciedlał jednak rzeczywistego podziału, gdyż przeciwnicy niepodległości ogłosili bojkot referendum, uznanego za nielegalne przez rząd hiszpański. Mimo tego stanowiska Madrytu rząd Katalonii (kierowany przez premiera Carlosa Puidgemonta) ogłosił deklarację niepodległości, czego konsekwencją było przez rząd centralny zawieszenie autonomii Katalonii i uwięzienie kilkunastu czołowych polityków katalońskich. Były premier Puidgemont schronił się poza krajem a kolejne państwa europejskie odmawiają jego ekstradycji do Hiszpanii. Można było odnieść wrażenie, że historia się powtarza. Jednak układ sił wewnętrznych, a zwłaszcza międzynarodowych, powoduje, że tym razem Madrytowi trudniej jest spacyfikować kataloński ruch niepodległościowy niż w latach trzydziestych.
Rząd centralny znalazł się w potrzasku. W nowych wyborach przeprowadzonych w grudniu 2017 roku większość zdobyły trzy partie opowiadające się za niepodległością Katalonii, co świadczy o tym, że upór władz centralnych szczególnie szkodzi umiarkowanym. Postawienie polityków katalońskich przed sądem znalazło odpowiedź w masowych protestach ulicznych w Katalonii, zapewne z udziałem nie tylko zwolenników niepodległości.
Gdy w czerwcu 2018 roku upadł prawicowy rząd Mariano Rajoya i władze objął mniejszościowy rząd socjalistów z premierem Pedro Sanchezem na czele, wydawało się, że zarysowała się możliwość kompromisu. Na przeszkodzie stoi jednak radykalizm polityków katalońskich i zdecydowany opór większości Hiszpanów przeciw niepodległości Katalonii, w wyniku czego rząd socjalistyczny nie zdobył się na odważne podjęcie rokowań z demokratycznie wyłonionymi przywódcami Katalonii. Pozbawiony poparcia w Kortezach rząd Sancheza zdecydował się na wcześniejsze wybory. Odbędą się one pod znakiem rosnącej w siłę nowej, radykalnie nacjonalistycznej, partii Vox, co źle wróży przyszłym relacjom między władzami centralnymi i zbuntowanym regionem.

Perspektywy

Przyszłość Katalonii pozostaje zagadką. Nie sądzę, by rozbudzone aspiracje narodowe udało się stłumić. Z pewnością nie da się tego osiągnąć represjami. Hiszpania jest państwem demokratycznym, a więc nie będzie stosowała brutalnych represji w rodzaju tych, których doznawała Katalonia w okresie rządów Franco. Łagodne represje „w majestacie prawa” z pewnością nie złamią woli Katalończyków. Unia Europejska opowiada się za utrzymaniem jedności Hiszpanii, ale z pewnością nie będzie skłonna popierać masowych represji wobec Katalończyków. Każdy rząd hiszpański będzie więc zmuszony szukać rozwiązania innego niż proste stłumienie siłą katalońskiego ruchu narodowego. To jednak może okazać się bardzo trudne w wyniku popełnionych błędów. Kilka lat temu kompromis zakładający uznanie narodowej tożsamości Katalonii i jej pozostanie we wspólnym z Hiszpanami państwie było w zasięgu ręki. Przez nieustępliwość zmarnowano tę szansę.
Nie znaczy to jednak, by kompromis był niemożliwy. Uznanie prawa Katalonii do samostanowienia nie musi być jednoznaczne z jej oderwaniem się od Hiszpanii. Wielka Brytania uznaje prawo Szkocji do samostanowienia, ale Szkocja pozostaje w Zjednoczonym Królestwie w oparciu o własną decyzję, potwierdzoną w 2014 roku przez referendum. Korzysta jednak z bardzo daleko idącej autonomii i jest uznana za samodzielną część Zjednoczonego Królestwa – na równi z Anglią, Walią i Irlandią Północną. Przyjęcie podobnego rozwiązania w odniesieniu do Katalonii musiałoby zakładać uznanie istnienia narodu katalońskiego i przyjęcie wizji Hiszpanii jako wspólnego państwa Hiszpanów i Katalończyków. Trudne to, ale nie niemożliwe.
Czy Katalończycy są narodem? Jeśli przyjmiemy takie rozumienie narodu, jakie pod koniec XIX wieku sformułował francuski filozof Ernest Renan (1823-1892), narodem jest taka zbiorowość, która dąży do tego, by mieć własne państwo – całkowicie odrębne lub stanowiące część federacji. Umocnienie się katalońskiego ruchu niepodległościowego oznacza, że Katalończycy stali się narodem w renanowskim, a więc politycznym, znaczeniu tego słowa. Uznanie tego faktu nie musi prowadzić do rozbicia Hiszpanii. Przyjaciele tego pięknego kraju powinni mu życzyć, by kierujący nim politycy zdobyli się na odważną decyzję wyjścia naprzeciw aspiracjom narodowym Katalończyków i znalezienia mądrego kompromisu. W naszym wspólnym europejskim domu nie ma bowiem miejsca na rozwiązanie, które miałoby za sobą tylko siłę aparatu państwowego i pozbawione byłoby legitymizacji w postaci woli obywateli.

Republika Tarnobrzeska – samorządna chłopska władza

Od 6 listopada 1918 do końca 1923 roku trwał na terenie powiatu tarnobrzeskiego, między Tarnobrzegiem, Niskiem, Mielcem i Kolbuszową, masowy radykalny ruch chłopski zwany Republiką Tarnobrzeską.

 

Przyczyny zorganizowanego buntu prowadzącego do powstania samorządnej ludowej władzy były oczywiste: to jeden z najbiedniejszych regionów. 80 proc. z 77 tys. mieszkańców powiatu utrzymywało się z rolnictwa na gospodarstwach małych lub karłowatych poniżej 5 ha, połowa całej ziemi należała do 55 folwarków, czyli 10 rodzin szlacheckich. Na tych folwarkach pracowali liczni robotnicy rolni pozbawieni własnych gospodarstw i często domów. Powiat bardzo ucierpiał w toku działań wojennych, Tarnobrzeg zajmowały na przemian wojska rosyjskie i austriackie. Rewolucja w Rosji, powracanie jeńców wojennych, którzy przeżyli rewolucje, kapitulacja wojsk austriackich spowodowały ogólny rozpad armii austro-węgierskiej. Żołnierze-chłopi wracali do domu uzbrojeni i doświadczeni, zdecydowani na radykalną zmianę swojego położenia. Kluczem do emancypacji i władzy dworu miała być reforma rolna, o którą mieszkańcy wsi tarnobrzeskich walczyli przez kolejne 6 lat.

 

Dlaczego Rewolucja?

Gdy wraz z załamaniem się Państw Centralnych organizacje niepodległościowe z elitami społeczno-gospodarczymi utworzyły Polską Komisję Likwidacyjną (PKL), lud powiatu przejął władzę w swoje ręce. 2 listopada 1918 r. ksiądz Eugeniusz Okoń zorganizował w Radomyślu nad Sanem manifestację, która zniszczyła słupy graniczne między Monarchią Habsburską i Rosją. 6 listopada na rynku w Tarnobrzegu pod pomnikiem Bartosza Głowackiego zebrał się wiec z udziałem 30 tys. chłopów. Przemawiali Tomasz Dąbal i Eugeniusz Okoń a mowa ich, silnie anty-szlachecka i apelująca do zajmowania majątków dworskich, odzwierciedlała nastroje zgromadzonych ludzi. Na wiecu zwołano Powiatową Radę Ludową zwaną Komitetem Rewolucyjnym. Tarnobrzeg stał się teatrem dwuwładzy, tak jak polutowa Rosja. Republika Tarnobrzeska udzieliła poparcia rządowi ludowemu Daszyńskiego. Jej celem była reforma rolna, powszechna oświata, modernizacja rolnictwa oraz uprzemysłowienie regionu. Liderzy ruchu zostali wybrani na posłów do pierwszego Sejmu z PSL Wyzwolenie. Klasy posiadające od początku organizowały represje, lecz rewolucja chłopska była silna, radykalna, dobrze zorganizowana a równocześnie lojalna wobec nowego państwa tak, że zabiegi te nie dały rezultatu przez 3 lata.

 

Pierwsze wiece Rewolucji Tarnobrzeskiej

W chwili rozpadu wojsk austro-węgierskich elity tarnobrzeskie podporządkowały się PKL. Chłopi zareagowali 1 listopada, kiedy Tomasz Dąbal wrócił do Tarnobrzegu jako porucznik wojsk austriackich. Urodzony w 1890 w Sobowie, wsi położonej 3 km od Tarnobrzegu, Dąbal był synem cieśli. Ukończył gimnazjum w Dębicy w 1908 r., studiował prawo w Wiedniu i medycynę w Krakowie. Był aktywnym działaczem PSL walczącym o założenie średniej szkoły rolniczej i Domu Ludowego. Walczył w Rosji, Włoszech i Albanii. Po powrocie do Tarnobrzegu zaproponował nowym samozwańczym władzom polskim uformowanie milicji ludowej do obrony miasta. Komendant sił wojskowych w mieście, przybyły z Krakowa porucznik Czopek, nie znając Dąbala i mając zaufanie do jego doświadczenia wojskowego powierzył mu broń i wyposażenie dla 1000 osobowego oddziału milicji. Pod osłoną tej milicji wspólnie z Okoniem, Dąbal zorganizował 6 listopada wiec, na którym 30 tysięcy mieszkańców wsi przejęło władzę nad miastem. Na wiec przybyły liczne delegacje z lubelskiego i sandomierskiego. Tarnobrzeg stał się epicentrum walki. Eugeniusz Okoń, Tomasz Dąbal i Franciszek Krempa ogłosili powstanie Ludowej Republiki Tarnobrzeskiej, której celem jest przeprowadzenie parcelacji majątków szlachty, upaństwowienie lasów i dóbr kościelnych i utworzenie niepodległej Polski jako państwa ludowego.

Ten pierwszy wiec obradował jak walne zgromadzenie, uważające siebie za naczelną władzę polityczną. Na mocy przekonania, że lud stanowi władzę najwyższą, zgromadzeni obwołali Dąbala majorem i komendantem sił milicyjnych. Jako posłów do nowego Sejmiku wybrali delegatów chłopskich – jednego na 1000 osób. Rozpoczęła się swoista dyktatura proletariatu. Powołano Powiatową Radę Chłopską i postanowiono zwołać Sejmik powiatowy, wybierany w wyborach powszechnych i tajnych, kobiety miały mieć prawa wyborcze. Na tym zjeździe i na kolejnych wiecach, zwoływanych co środy i soboty na rynku, chłopi zaczęli tworzyć administrację, w tym Prezydium Rady Chłopskiej oraz zespół powiatowych referentów, który działał jak lokalny rząd odpowiedzialny za aprowizację, odbudowę, pomoc społeczną, oświatę itd. Powiatowa Rada Chłopska wysłała delegata do Tymczasowego Rządu Ludowego w Lublinie. W skład Prezydium Rady Powiatowej wchodzili radykalni przywódcy jak Dąbal, Okoń i Buczek a także ludzie umiarkowani związani z Piastem. 32 osobowy Komitet Rewolucyjny złożony był z najbliższych towarzyszy Dąbala: Wincentego Buczka, Jana Gruszczyńskiego, Kazimierza Kulczyckiego, Jana Kubickiego, Wincentego Drąga, Franciszka Jajko, Feliksa Brania, Józek Spyta. Wszyscy byli chłopami, często wójtami PSL, kolejarzami, robotnikami, inżynierami, pochodzenia chłopskiego. Gruszczyński był przewodniczącym, Buczek wiceprzewodniczącym, Dąbal sekretarzem, a Krempa skarbnikiem.

Liczba wiecujących dwa razy w tygodniu chłopów przewyższała kilkukrotnie liczbę mieszkańców miasta. W miarę radykalizacji nastrojów, klasy posiadające organizowały represje. 13 listopada na zapowiedziany wiec władze miasta przysłały patrol 8 żołnierzy, chłopi łatwo i bezkrwawo ich rozbroili. Władze przysłały szwadron kawalerii z Dębicy. Następnego dnia z biednej wsi Grębów chłopi i robotnicy rolni Tarnowskiego ruszyli na miasto. Wycofali się przed karabinami maszynowymi, lecz udali się na ziemie hrabiego i zajęli je.

Zdzisław Tarnowski utworzył własną milicję dworską, Powiatowy Komitet Samoobrony złożony z działaczy Narodowej Demokracji oraz podległych mu ludzi. PKL obawiając się zaognienia zamieszek poszła na chwilowe ustępstwa czekając, aż ogłoszenie wyborów do Sejmu ostudzi zapały. Wojsko decyzją pułkownika Roji zatwierdziło Dąbala na komendanta powiatu WP. Dąbal, zgodnie z wolą wiecu, zapewniał o lojalności wobec Rzeczpospolitej. Komisarzem powiatowym PKL mianowała dr Łąckiego, zaufanego Tarnowskiego. Łącki uznał ludowe władze, w zamian rada powiatowa nie przeszkadzała mu, domagając się jedynie by zajął się odbudową, aprowizacją, walką z bezrobociem i spekulacją. Władze nadal sprawował wiec zwoływany na rynku co dwa tygodnie przez Okonia i Dąbala. Była to niczym w Atenach demokracja bezpośrednia. Wiece były coraz większe. Dąbal objeżdżał sąsiednie powiaty Mielca i Kolbuszowej razem z Krempą, Sudołem i Marchutem, by zebrać zwolenników i wygrać wybory. W grudniu i styczniu, w czasie zimy trudnej dla ubogiej ludności, nasiliły się ataki na spichrze i domy ziemiaństwa. Bogaci kupcy i obszarnicy przestraszeni wyjechali do Krakowa.

 

Wybory do Sejmu i walka polityczna

Kampania wyborcza przebiegała w atmosferze radykalnych protestów i prób oddolnego wprowadzenia reformy rolnej. Po wielkim wiecu 18 grudnia władze wojskowe wydały rozkaz aresztowania Dąbala i Okonia. Okoń został zatrzymany na wiecu w Baranowie, Dąbal ukrywał się skutecznie w swojej wiosce Sobowie. Komitet Rewolucyjny zorganizował demonstracje w obronie Okonia, który został wypuszczony. 8 stycznia 1919 chłopi z Mokrzeszowa zabrali zboże ze spichrza Tarnowskiego a mieszkańcy Stali, Żupawy, Jeziórka i Grębowa konie, bydło i ziemniaki z dworskich zabudowań rozdzielili między najbiedniejsze rodziny. 11 stycznia zaatakowali dwór Dolańskiego w Grębowie, zabrali zapasy, inwentarz i narzędzia rolnicze. Odmówili płacenia dzierżawy i długów. Dowództwo wojska w Krakowie wysłało 5 kompanię przeciwko zbuntowanym wioskom. O ile chłopi byli w stanie stawić czoła lokalnej żandarmerii, nie mogli obronić się przed wojskiem, przeszukującym wiejskie chaty, rekwirującym dobytek. Odebrano 2000 karabinów i aresztowano 350 osób. Najbardziej bolesne były kary chłosty wymierzone 4000 osobom. Chłopi walczyli o godność a stosowanie feudalnych kar cielesnych pokazywało, że Rzeczpospolita nie zamierzała zmienić wiekowej pogardy „panów” wobec chłopów. Dąbal jako poseł wielokrotnie atakował stosowanie kar cielesnych w imię równości obywateli przed prawem. Prawica nie bez powodu oskarżała go w konserwatywnym „Czasie” o bolszewickie podburzanie chłopów, bronienie Żydów oraz sianie radykalnych idei, że proboszczowie i biskupi powinni być wybierani przez parafian. Ruch Tarnobrzeżan nosił znamiona agrarnego komunizmu i polskiej teologii wyzwolenia. Represje wzmagały oburzenie ludności.
Pomimo krytyki PSL Piast i protestów prawicy rewolucjoniści odnieśli wielki sukces w wyborach 26 stycznia 1919 r. Lista Chłopskiego Stronnictwa Radykalnego numer 2 otrzymała od 400 do 700 głosów we wsiach Sobów, Stale, Wielowieś, Zakrzów, Mokrzyszów, Miechocin (czyli praktycznie zagłosowała tak cała ludność obu płci). 75673 mieszkańców powiatu, mężczyzn i kobiet, oddało głos na listę radykalnych chłopów PSL (87,8 proc.), prawica ziemiańska otrzymała 15 tys. głosów. Okoń, Dąbal, Krempa, Sudoł i Marchut zostali posłami do pierwszego Sejmu Rzeczypospolitej.
Posłowie przystąpili do klubu poselskiego PSL Wyzwolenie i rozpoczęli intensywną pracę parlamentarną. Interpelowali rząd o przywrócenie chłopskich władz gminnych, domagali się organizacji prac melioracyjnych w Sielcu, Stalach, Furmanach, Wielowsi, Trześni i Sobowie, podmokłe tereny były wylęgarnią epidemii. Klub zgłosił wniosek o bezpłatną służbę zdrowia. Lewicowi posłowie wnioskowali o założenie szkoły zawodowej w Rudniku. Aprowizacja w żywność nie docierała na wieś, administracja odmawiała wypłacania uchwalonych zapomóg. Zabiegając o pomoc dla chłopów Tomasz Dąbal uzyskał kilkanaście ton ziemniaków i 5000 par butów od rządu dla najbiedniejszych mieszkańców regionu. Interpelował w sprawie uwolnienia chłopów uwięzionych za akcje polityczne, domagał się odroczenia dla służby wojskowej młodych mężczyzn, niezbędnych dla utrzymania gospodarstw. Bronił emigrantów do USA, którzy stali przed konsulatem w oczekiwaniu na wizę oraz ludzi zbierających w lasach drewno na opał, którzy byli atakowani, bici i zabijani przez pełnomocników Tarnowskiego.

 

Walka o reformę rolną

Regularnie, co dwa tygodnie Tomasz Dąbal wracał z Warszawy i na wiecach składał relacje z prowadzonych walk. Tym samym jako poseł poddawał się kontroli ludu jak w demokracji bezpośredniej. W swoich przemówieniach wskazywał na zależności między olbrzymią władzą hrabiego Tarnowskiego a nędzą ludzi we wsiach. Było oczywiste, że poprawę warunków życia może przynieść tylko reforma rolna – parcelacja majątków i rozdzielenie ziemi między rodziny chłopskie. 19 lutego 1919 na wiecu Dąbal wyraźnie zaznaczył, że lud będzie bronić Polski tylko wtedy jeśli dostanie ziemię. Reforma rolna była niezbędna dla utrzymania Rzeczpospolitej. Elity były tego świadome, o czym świadczy szybkie utworzenie Komisji Reformy Rolnej. Ostre dyskusje w Komisji dotyczyły wielkości wywłaszczonego majątku oraz ewentualnego odszkodowania szlachty. PSL Piast chciał pozostawić 100 ha do 200 ha. PSL Wyzwolenie i Lewica zgadzały się pod warunkiem upaństwowienia lasów i pastwisk bez odszkodowania. Komunistyczna Partia Robotnicza Polski dążyła do parcelacji a następnie do dobrowolnego zrzeszania się w spółdzielnie. Obszarnicy liczyli na odszkodowania i odraczanie reformy. Najłatwiejsze było rozparcelowanie majątków carskich i pruskich.

Okoń i Dąbal aktywnie pracowali w komisji reformy rolnej przygotowując wnioski, propozycje i dokumenty. Zgłosili wiele wniosków w obronie chłopów, którzy uwłaszczyli się sami, o budowę szkół, dróg i mostów, pomocy społecznej i zniesienie kar cielesnych oraz abolicji feudalnych przywilejów. Kształtowali nową godność polskiego chłopa, który miał zostać pełnoprawnym obywatelem państwa polskiego a nie niewolnikiem szlachty, przyczynili się do emancypacji kolektywnej i indywidualnej mieszkańców regionu. Chłopi regionu staną później w obronie Polski przeciw nazistom najpierw jako ofiarni żołnierze w kampanii wrześniowej a następnie jako działacze i partyzanci w Batalionach Chłopskich „Jędrusiach”. Upragnioną ziemię otrzymali w reformie rolnej wraz z wejściem Armii Czerwonej. Aktywnie budowali PRL – zagłębie siarkowe wokół nowego przemysłowego Tarnobrzegu.

Walki, zamieszki i represje nasiliły się wiosną 1919 r. Represje zaczęły się po wyborach sejmu. Chłopi przekonani, że Sejm wkrótce uchwali reformę, że lasy i pastwiska będą państwowe, korzystali z nich, co powodowało potyczki z obszarnikami i wojskiem. Do chłopów dołączyli bezrobotni robotnicy. 2 kwietnia zaczął się strajk nauczycieli, gdyż płace z czasów austriackich zżerała inflacja.
9 marca 1919 r. zjazd delegatów chłopskich w Tarnobrzegu postanowił, że posłowie powiatu mają dołączyć do klubu poselskiego PSL Lewica, aby połączyć siły w walce o reformę rolną. Okoń odmówił dołączenia do PSL Lewica, drogi jego i Tomasza Dąbala zaczęły się rozchodzić, z czego skorzystali ich klasowi wrogowie. Regularne wiece w każdej wsi wzywały Okonia do dołączenia do lewicy i naciskania na walkę o reformę rolną. 9 kwietnia zebrała się w Tarnobrzegu manifestacja 10000 ludzi. Dąbal przestrzegał na niej władze przed gniewem ludu i oskarżał Okonia o zdradę. 23 kwietnia Okoń przyjechał na wiec, by usprawiedliwić pracę w Sejmie. Obiecał chłopom reformę rolną i industrializację, aby Polskę ominęła „rosyjska plaga”, czyli rewolucja. Dąbal zaś zbliżył się do komunistów i oddalił od ludowców. Skrytykował Sejm za nie przyjęcie 1 maja jako święta wolnego od pracy.

7 lipca 1919 r. nastąpiło głosowanie nad ustawą o reformie rolnej. Prawica forsowała górną granicę posiadania 400 ha a lewica od 60 do 180 ha w zależności od terenów, większego areału na ziemiach zachodnich, odzyskanych na Niemcach w toku powstań i plebiscytów. 10 lipca 1919 r. Sejm podjął decyzję: na terenach podmiejskich 60 ha, 180 ha w byłej Kongresówce i aż 400 ha na ziemiach zachodnich. Obszarnicy przyjęli ustawę spokojnie, wiedzieli że jej wprowadzenie będzie na tyle długie, że będą ją sabotować. Radykalni posłowie opuszczając salę sejmową śpiewali „O cześć wam panowie magnaci” i grozili „kosami na sztorc”. Wielu działaczy ludowych nie doczekało reformy rolnej, którą zrealizowała dopiero PRL.

 

Tomasz Dąbal w KPRP

Przeciwnicy Dąbala zaczęli organizować się latem 1919 r. 18 lutego 1920 r. 3000 mieszczan Tarnobrzegu zebrało się na wiecu na rynku nazywając Dąbala szkodnikiem i wzywając Sejm do odebrania mu immunitetu. Lecz manifestacje chłopów zwoływane w obronie Dąbala były silniejsze, gromadząc ponad 10000 osób. 8 września 1919 r. na więc, na który Dąbal przyjechał z Warszawy, zjechali chłopi z Biłgoraja, Janowa Lubelskiego, Sandomierza, Opatowa, Łańcuta, Ropczyc. Zasięg Republiki powiększał się.

W lipcu 1920 r. sprzeciwiając się wojnie z Rosją Radziecką, Tomasz Dąbal argumentował, że Polska realizuje politykę zachodniej burżuazji, zwłaszcza Francji, gdy w interesie ludu polskiego leży negocjacja i ugoda z bolszewikami. Na wiecu pod pomnikiem Bartosza analizował wojnę: „Po co mamy obcym służyć. Dlaczego Francuzi chcą z nami iść na bolszewików. Francja ma 20 miliardów wierzytelności u bolszewików. Panowie kłócą się o granice państwa polskiego. Ja nie chcę tego co nie jest polskie. Polska powinna dążyć tylko do tego co swoje. Nie chcemy francuskich miliardów my bronimy swoich chat. Po co macie wojować? Niech idą walczyć ci co chcą dalej wojny. Zdrajca nie jestem bo żądam Rządu Ludowego a jeżeli tego żądam to nigdy dla siebie lecz wszystko dla ludu wiem ze Polska nie wytrzyma jeśli dalej walczyć będziemy”. Przemówienie pokazuje, że chłopski agitator przekształcił się w dojrzałego polityka, świadomego że polski konserwatyzm trzyma się jedynie jako narzędzie panowania zachodniego imperializmu. Dąbal ponawiał apele o pokój z Rosją na wiecu w Wielowsi 29 września i Tarnobrzegu 7 listopada 1920 r. Prawica wykorzystała te przemówienia, by żądać odwołania posła pod zarzutem zdrady narodowej.

Po raz pierwszy władze aresztowały Dąbala 28 listopada 1920 r. za zakłócanie porządku, lecz tysiące ludzi wiecujących w jego obronie spowodowały, że wypuszczono go 5 grudnia. Zwolennicy Dąbala stawali się zwolennikami nacjonalizacji wszystkich dóbr bez odszkodowania i władzy robotniczo-chłopskiej. Komisja Regulaminowa w Sejmie pracowała nad pozbawieniem Dąbala immunitetu. Za zawołanie „niech żyje Lenin i dyktatura proletariatu” zamierzała oskarżyć go o terroryzm.

Dąbal zaczął krytykować parlamentaryzm na początku 1921 r., kiedy zrozumiał że polski Sejm nigdy nie wprowadzi w życie reformy rolnej. Przeszedł na grunt wywłaszczenia szlachty siłą i utworzenia Polski ludowej i radzieckiej. W lutym do Tarnobrzegu dotarły pisma komunistyczne: „Świt”, „Siła”, „Walka Robotnicza”. Poczta je skonfiskowała, co spowodowało protesty. W lipcu 1921 r. Dąbal wstąpił do KPRP i szybko stał się bardzo aktywnym działaczem. 21 września Dąbal przemawiał na wiecu górników w Sosnowcu, 18 września w Warszawie, współpracował z organizacjami żydowskiego Bundu. Wraz ze Stanisławem Łańcuckim założył w Sejmie Frakcję Komunistyczną. Nadal jeździł na wiece do Tarnobrzegu, Mokrzyszowa, Dzikowa, Grębowa, gdzie ludzie słuchali go i popierali a on wskazywał na przykład Rosji Radzieckiej, radykalizując nastroje. 6 września 1921 r. był na wiecu w Rozwadowie, na który przyjechało 5000 osób.

 

Represje przeciw Republice Tarnobrzeskiej

W listopadzie 1921 r. Sejm, na wniosek sądu okręgowego w Warszawie, pozbawił Dąbala immunitetu poselskiego. 8 grudnia 1921 r. Dąbal został aresztowany i osadzony na Pawiaku. Liczni zwolennicy posła, związki zawodowe, organizacje społeczne protestowały w obronie pierwszego więźnia politycznego Rzeczpospolitej, represje te zwiastowały rychły koniec niestabilnej demokracji polskiej. KPRP wysyłała odezwy, prowadziła kampanię w prasie. Także zachodnie organizacje lewicy apelowały o uwolnienie posła. Prawica przeszła do kontrofensywy ideologicznej. W piśmie „Głos Ziemi Tarnobrzeskiej” głoszono chłopom idee solidaryzmu społecznego i rezygnacji z walki o interes klasowy w imię dobra ojczyzny. Pismo dostarczano bezpłatnie do gmin, kółek rolniczych i organizacji chłopskich. 3 maja 1922 r. prawica szczyciła się, że zdobyła Sobów, w rodzinnej wsi Dąbala zorganizowała uroczystości państwowe. Jednakże komuniści i ludowcy nie zaprzestali walki: Dąbal z więzienia prowadził kampanię wyborczą, apelując do ludu listownie o poparcie dla Związku Proletariatu Miast i Wsi. W wyborach 1922 r. lista KPRP otrzymała w Tarnobrzeskim największą liczbę głosów – 6379 (czyli 23,3% – przed PSL Piast z 5000 głosów). Dąbal nie został ponownie wybrany, gdyż okręg tarnobrzeski połączono z Jasłem, aby umożliwić Piastowi opanowanie mandatów. Tym razem chłopi nie protestowali przeciw wyborom. Powodem był klimat represji a także zmęczenie wieloletnią walką polityczną prowadzoną przez ludność bardzo ubogą. Reforma rolna nie odbyła się. Rozczarowani chłopi masowo wyjeżdżali na emigrację.

Od 2 do 10 lipca 1922 r. toczył się proces przeciwko Dąbalowi. Frakcja Komunistyczna w Sejmie prowadziła kampanię propagując w formie ulotki mowę obronną mecenasa Duracza który bronił Dąbala. Przedstawiał w niej program komunistów i bronił tezy, że idea Polskiej Republiki Rad nie może być zdradą narodową, wręcz przeciwnie jest urzeczywistnieniem najwyższego dobra polskiego ludu. Dąbal został skazany na 6 lat więzienia a po apelacji na 3 lata, gdyż nie udowodniono mu spisku przeciwko władzom państwowym. Został skazany jedynie za opinie i działalność polityczną.

Eugeniusza Okonia także spotkały represje: w 1922 r. został pozbawiony stanowiska proboszcza, kościół zabronił mu posług duszpasterskich, podkopując jego autorytet. 24 września 1922 r. strajkowali robotnicy rolni w dobrach Tarnowskiego, żądając powstania Związku Zawodowego Robotników Rolnych. 3 maja 1923 r. Tarnowski odzyskał panowanie na rynku i po raz pierwszy zorganizował tam wiec prawicy. Przez cały rok 1923 trwały jeszcze protesty klasy robotniczej w Tarnobrzegu. Radykalna lewica rządziła Tarnobrzegiem przez 6 lat. Jeszcze z wyborach 1928 r. komuniści uzyskali 11 miejsc radnych w Radzie Miejskiej Tarnobrzegu.

PPS po wojnie. Doświadczenia 1948

Komisja Historyczna Polskiej Partii Socjalistycznej była w dniu 14 grudnia 2018 roku organizatorem konferencji „Przyczyny i skutki ograniczenia roli socjalistów w kształtowaniu oblicza Polski po II wojnie światowej”.

 

Konferencja została zorganizowana w 70. rocznicę rozwiązania PPS i PPR i powołania PZPR. Dla większości socjalistów – jak stwierdzono w konkluzji konferencji – było to smutne i trudne do zaakceptowania wydarzenie, przerwało ono bowiem żywot zasłużonej dla Polski i jej niepodległości partii będącej ostoją demokratycznego socjalizmu.
Podczas konferencji wygłoszono następujące referaty merytoryczne: Andrzej Ziemski – Kontekst polityczny i historyczny wydarzeń roku 1948, prof. Rafał Chwedoruk – Polska Partia Socjalistyczna przed grudniem 1948 roku i prof. Maria Szyszkowska – Socjalizm w Polsce po II wojnie światowej. Komentarz do istotnej roli PPS w historii wygłosił przewodniczący Rady Naczelnej PPS – Bogusław Gorski.
Problem przerwania w roku 1948 aktywnej roli PPS w kształtowaniu kraju po II wojnie światowej jest nadal żywy, socjaliści bowiem zaraz po ustaniu działań wojennych rozpoczęli wdrażanie w odbudowie kraju Programu Radomskiego przyjętego na Kongresie PPS w roku 1937. Pozwoliło to na przyspieszoną odbudowę kraju i ustanowienie sprawiedliwych stosunków społecznych. Mimo toczącej się w Polsce wojny domowej odnotowano w tym czasie przywrócenie normalnego życia społecznego, odbudowę struktur państwa, zagospodarowanie Ziem Zachodnich, rozpoczęcie odbudowy całkowicie zrujnowanej stolicy.
W wystąpieniach referentów, jak też w dyskusji zwrócono uwagę na wielki wpływ, mimo ograniczeń wynikających z budowy totalitarnego państwa później, do roku 1956, myśli socjalistycznej zawartej w programach i doświadczeniach PPS wypracowanych wcześniej. Dotyczy to również socjalistów – byłych członków PPS, którzy nie zaprzestali aktywnego życia społecznego, naukowego i zawodowego. Po roku 1956 pojawili się również w pracy państwowej i politycznej.
Przywrócona formalnie do życia po roku 1989 PPS kontynuowała i nadal kontynuuje pracę polityczną opartą o swe ponad stuletnie doświadczenia. Czuje się nadal potrzebna Polsce i Polakom.

Zwycięstwo w Moskwie

„Granica Polski na Odrze i Nysie jest dziś uznawana przez cały świat, łącznie z Niemcami, jako ostateczna zachodnia granica Polski. Wielką, a przemilczaną przez prawicę polską rolę, odegrał w tym Generał Wojciech Jaruzelski” – Zygmunt Broniarek.

 

Krzysztof Wasilewski napisał – »„Fakt, że po 73 latach od zmiany granic nikt poważnie nie zastanawia się nad ich rewindykacją, to przede wszystkim zasługa tamtych ludzi i tamtego państwa”(„Przegląd”, nr 21, 21-27maja 2018r.). Ta celna ocena i zarazem refleksja w publikacji, „Ziemie Odzyskane – historia sukcesu”, skłania do namysłu właśnie nad tego „sukcesu historią”. Do próby odpowiedzi na pytanie – dlaczego w III RP prawicowi historycy, politycy i publicyści przemilczają „zasługi tamtych ludzi”, w tym Generała i „tamtego państwa”. Uczynią to Państwo, po zapoznaniu się z tekstem. Zatrzymam w nim uwagę na dekadzie lat 80. Zaś do sprawy zachodniej granicy Polski w latach 1941 – 1970, odniosę się w tekście prezentującym „drogę Polski” do Traktatu z 7 grudnia 1970 r.

 

Szantaż czy realna groźba

Generał wiele razy nawiązywał do początku lat 80. – czasu przed stanem wojennym, przypominając pytanie radzieckich notabli – „kto wam zagwarantuje granicę zachodnią?” Faktycznie, trzeba przyznać, wbrew „chciejstwom” polityków po 1989 r. – ZSRR od 1945 r. był jej stanowczym „promotorem”, co potwierdza np. Winston Churchill w pamiętnikach t. VI. .Napisał wielce wymowną konstatację: „W 1981 r… mieliśmy powody do obaw, że sytuacja w Polsce budziła w moskiewskich kołach politycznych nie tylko zniecierpliwienie. Pojawiły się tam głosy, aby pójść dalej w stosunkach z Niemcami, z pominięciem Polski. Raz były to gesty do NRD, innym razem do RFN”. („Stan Wojenny. Dlaczego”). Jednakże szczegółów swoich obaw nigdzie nie wyjawił. Byłem zdania, iż mógłby przedstawić tę sprawę w mowie obrończej przed Sądem w 2008 r., jako dostrzegalny przez tę władzę rodzaj zewnętrznego zagrożenia, szantażu. Jako rodzaj argumentu ZSRR „przed światem i Europą”, gdyby podjął decyzję, do jakiej polskie władze nie chciały dopuścić, z jaką realnie się liczyły (pisałem w poprzednich tekstach). Argumentowałem, iż to dowód, że ZSRR wobec naszego rozchwiania „nie żartował”, traktując zachodnią część naszego kraju jako „zakładnika”, swoistą „daninę” wobec zachodniej krytyki „sojuszniczej pomocy”. Dziś powiemy – znając część archiwów – że to jeden z wielu ewidentnych dowodów realizmu obaw polskich władz. Po kilku dniach rozważań „za i przeciw” oraz dyskusji, Generał doszedł do wniosku, by w przygotowywanej „mowie” tę kwestię zapisać sygnalnie. Natomiast podnieść, rozwinąć i uzupełnić o dostępne źródła w ew. odpowiedziach na pytania Sądu (na pytania prokuratora nie miał zamiaru odpowiadać, o czym poinformował Sąd). Widział w takim podejściu dwa główne aspekty.
Pierwszy – polityczny. Był szczególnie ważny w rozmowach z radzieckimi. Stawiali pytanie, a sens ich gwarancji miał „dotyczyć jedynie sojuszniczej, stabilnej Polski”(jak było w CSRS z „Ententą”, niech Państwo sobie przypomną). Zapewne liczyli na inteligencję Polaków. Raz tylko zdarzyło się podczas ćwiczenia „Sojusz-81”. (pisałem w jednym z poprzednich tekstów), gdy gen. Heinz Hoffman (minister obrony NRD) w rozmowie z Generałem sondował kwestię zmiany granic państwowych, sytuując to na tle historycznym. Generał z kolei chciał poznać istotę myślenia władz NRD, głównie Ericha Honeckera. Nie był pewien, czy Hoffman zbyt ostrożny nie chciał powiedzieć „słowo za dużo”. Czy takim podejściem nie sondował opinii Generała o ew. „korekcie” granicy (oczywiście na rzecz NRD). Tego Generał nie chciał ujawnić, milczeniem dawał do zrozumienia – „nie ma tematu”. Zaprezentował znane stanowisko – sprawy wewnętrzne rozwiążemy własnymi siłami, liczymy na zrozumienie, pomoc gospodarczą, jesteśmy w jednym sojuszu polityczno-gospodarczo-obronnym. Wtedy, czyli w 1981 r., „odżyły” dawne „dokładności kontroli” korzystania z toru wodnego w Zatoce Pomorskiej. Były składane na karb nadgorliwości i różnych niuansów urzędników NRD, którzy dawali tym wyraz swojego stanowiska wobec „solidarnościowej nowoczesności” i widocznej ostrożności władzy. Generał uznał, iż temu nie należy nadawać rangi politycznej, państwowej, między Polską a NRD. Wniknięcie naszych władz morskich w tę kwestię w latach 70. ujawniło, niedopatrzenie polskich urzędników podczas wytyczania podziału szelfu w Zatoce Pomorskiej po wojnie. Dawało podstawę prawną NRD do jej interpretacji na swoją korzyść. Podjęte pertraktacje jeszcze nie skutkowały, świadczą źródła archiwalne. Do 1980 r. nie było z tym poważniejszych problemów, zaczęły się już po stanie wojennym. Czym to tłumaczyć? Po latach, mówił Generał, że wpływ miała nasza osłabiona pozycja w bloku i coraz silniejsze „impulsy” zjednoczeniowe. Erich Honecker, można się tylko domyślać, chciał mieć swój „terytorialny” wkład. Ale na Kremlu zaszły istotne zmiany personalne. Ekipa z początku lat 80. nie zawsze nam przychylna, choć nie „wroga”, co dziś należy szczególnie podkreślić by dobrze zrozumieć, w ówczesnym uwarunkowaniu Wschód-Zachód, zmieniła się. Michaił Gorbaczow prywatnie i na forum międzynarodowym okazywał zrozumienie dla Polski, dla Generała, zainteresowanie zmianami jakie u nas następują, co wielu nie chce dostrzec. Trzeba pamiętać, iż w 1987 r. oświadczył Prezydentowi RFN, że dwa państwa niemieckie są realnością, co według ZSRR stanowi warunek stabilności i pokoju w Europie. Nie było więc jeszcze(!) dla „zjednoczeniowych” sygnałów aprobaty.
Na tle korzystania z toru wodnego dochodziło coraz częściej do ostrych spięć, nawet do angażowania marynarek wojennych Polski i NRD. W tej kwestii wiele interesujących faktów znają i posiadają oceny wysocy oficerowie Marynarki Wojennej z dekady lat 80. Generał rozmawiał z Honeckerem we Wrocławiu 26 czerwca 1988 r. „Postawiłem sporny problem w sposób zasadniczy, nawet dramatyczny” – napisał we wspomnieniach. 22 maja 1989 r., podczas wizyty w Berlinie podpisał umowę o wytyczeniu tej granicy. „To był ostatni moment. Po wyborach w Polsce 4 czerwca 1989 r., NRD by nie ustąpiła” – wspomina.
Ważny był też inny szczegół. Wiedza o sposobie myślenia sąsiadów pochodziła w części, co oczywiste – z naszych źródeł wywiadowczych w NRD, CSRS, ZSRR i zachodnich, głównie francuskich i niemieckich. Była zbyt cenna, by opacznie ją narażać na ujawnienie. Z kolei podejmowanie sprawy granicy z radzieckimi – okazji było wiele – dałoby do myślenia, że ich swoisty szantaż granicą odnosi skutek. A przecież wobec Kremla obowiązywała zasada – panujemy nad sytuacją i nie możemy dać poznać po sobie, że jest inaczej; musimy mieć wiąż aktualną ocenę sytuacji w kraju i racjonalne argumenty, wychodzące także naprzeciw obawom sojuszników. Tu żelazna zasada. Ich obawy muszą być traktowane nad wyraz poważnie i spotykać się z realnymi, mądrymi argumentami, bez krętactwa, kłamstwa czy innych „wybiegów słownych”. Po latach, wielu „podwórkowych znawców” nazywa takie postępowanie„służalczością”. Tu logikę myślenia zastępuje się wytrychem, „komunistyczna propaganda”. Wielu, zdawałoby się poważnych historyków poznało dostępne źródła archiwalne, ale nie chcą zrozumieć, iż przedstawiciele władzy, na czele z Generałem, byli i do końca pozostali Polakami, zdolnymi także prowadzić „inteligentną grę myślową”. Na moment odejdę od głównego wątku, podając taką ciekawostkę. Jest radziecki dokument polityczny – dwie wersje protokołu z posiedzenia Biura Politycznego KC KPZR z 21 listopada 1981 r., które znacznie się od siebie różnią. „W jednej wersji tekstu znajduje się informacja, że omówiono z Wojciechem Jaruzelskim kwestie pomocy wojskowej, a w innej – że Jaruzelski upierał się, iż Polska własnymi siłami poradzi sobie z opanowaniem sytuacji” – pisze Iniessa Jażborowskaja (patrz książka „Białe plamy czarne plamy, sprawy trudne w relacjach polsko – rosyjskich 1918-2008, Wyd. PISM 2010). Zdaniem historyków znających „technologię” tworzenia dokumentów w ZSRR mogło być tak, że tworzono dwie wersje, aby zależnie od potrzeb wykorzystać jedną z nich do przedstawienia opinii publicznej w konkretnej sytuacji. Tak postąpiono w 1979 r., podczas wprowadzania wojsk radzieckich do Afganistanu. Czy daje to „coś” do myślenia „lepiej wiedzącym” – jakie jest Państwa zdanie?
Drugi – sprowadzał się do odpowiedzi na pytanie, czy te przemyślenia znali najbliżsi współpracownicy. Otóż, nie. To nie brak zaufania! Gorąca atmosfera, szczególnie w sferze słownej, nie pomijając pozostałych – politycznej, gospodarczej, społecznej na linii „Solidarność” – władza – zagraniczni sojusznicy – mogłaby doprowadzić do wręcz nieprzewidywalnych następstw (kilka razy pisałem, iż można toczyć spór, kto bardziej – Praga czy Berlin zachęcały Moskwę do udzielenia nam „bratniej pomocy”). Nie zapominajmy, że służby specjalne, nie tylko sąsiadów – miały u nas „pełne ręce roboty”! Splot różnych bieżących zdarzeń i do tego na swój sposób interpretowana sprawa zachodniej granicy także przez Polaków, choćby tych, mieszkających w zachodniej części kraju (pisał wspomniany K. Wasilewski) mogła stać się zapalną iskrą do bratobójczych wystąpień wewnętrznych. Co więcej – zwracam uwagę na to „gorąco słowne”, wręcz podejrzliwość, „chciejstwo mojej racji”. W odbiorze zagranicznym być może wywołałaby takie skojarzenie. „A jednak, Polacy nie są pewni zachodniej granicy”, stąd decyzja Poczdamu (Ziemie Zachodnie w „czasowe administrowanie”) jest do „dyskusji”, do podważenia, mimo traktatu z 7 grudnia 1970 r. Czyli jest sprawą otwartą, powiedzmy dziś wprost-„kartą zapłaty”. Ktoś może zapytać – komu i za co? Oczywiście NRD – za „wierność” Moskwie. Czy całe Ziemie Zachodnie? To zależałoby od sytuacji. Decyzje mogły być różne, np. oddanie tylko rejonu Bogatyni CSRS, a może też spornej części Śląska Cieszyńskiego? NRD – tylko Świnoujścia, może jeszcze Szczecina. Przypomnijcie sobie Państwo dyskusję sprzed kilku miesięcy o reparacjach. Pojawił się Szczecin w kontekście oddania, kto tak myślał? To „właściwa lekcja”, na kogo nie oddawać wyborczego głosu. Ktoś rozumnie zapyta o skalę realności takich obaw. Czy dosłownym, wieloprzymiotnikowym szczęściem Polaków i Polski nie jest spokojna dywagacja w sensie polityczno-państwowym (złożoności myślenia i odpowiedzialności Generała), narodowym, ludzkim o takich i podobnego formatu sprawach? Czy to zbyt mała satysfakcja z wartości zwycięstwa rozumu, jakie pozostawił Generał i władze PRL? A czy Historia nie dostarcza przykładów „dowodów wdzięczności”, np. Obwód Kaliningradzki (proszę sięgnąć do tekstu „Mąż Stanu”, wypowiedź Jana Karskiego). Pomyślcie Państwo! Generał wielokrotnie, podczas różnych spotkań podkreślał, iż jako zwiadowca walczył o te ziemie, był tu ranny, a przede wszystkim przekonany o słuszności postępowania naszych władz w latach 1945-1990.
Pomyślcie Państwo, czy nie warto zastanawiać się przed wydaniem – zdawałoby się „pewnej” oceny potępiającej dany fakt czy zdarzenie z okresu bezpardonowo opluwanego PRL, także przedstawicieli „tamtych władz”. Czy nie warto wciąż uczyć nasze dzieci i wnuki „historycznego myślenia”, szacunku dorobku swoich dziadków i rodziców, „tamtych władz”?

 

Ku zjednoczeniu, a nasza granica…

Polityka odprężeniowa Michaiła Gorbaczowa zdjęła „gorset uścisku” z suwerenności państw bloku wschodniego. W RFN ożywiła impulsy zjednoczeniowe, które – podkreślam – po podpisaniu traktatów z Polską i ZSRR w 1970 r. nie wygasły. Można zaryzykować tezę, że stały się swoistym bodźcem ku pamięci, że Niemcy żyją w dwóch państwach i czekają na zjednoczenie. Sprzyjał im w RFN Kanclerz Helmut Kohl, który publicznie uznawał się tego rzecznikiem. Z kolei w NRD także nie brakowało coraz śmielszych głosów ku zjednoczeniu. Były one uważnie obserwowane i słuchane na Zachodzie. Tu taki fakt. Podczas rozmowy, 11 czerwca 1989 r. w Chequers, w swoim domu – Pani Thatcher – według Wiesława Górnickiego, do Generała apelowała, „żeby pod żadnym pozorem, Polska nie godziła się na zjednoczenie Niemiec”. Pani Thatcher twierdziła, że głos Polski w tej sprawie jest bardzo ważny”. Podobno w torebce nosiła mapkę obrazującą różne kształty terytorium Niemiec w przeszłości. Pokazała ją w grudniu 1989 r. prezydentowi Francji François Mitterrandowi w Strasburgu, komentując, że „Nie za bardzo dobrze wróży to na przyszłość”. Jej sprzeciw i prezydenta Francji wobec zjednoczenia Niemiec spotkały się ze zrozumieniem prezydenta USA (od 20 stycznia 1989 r., George Bush).
U nas zjednoczenie było odczytywane jako znak zapytania wobec granicy i Ziem Odzyskanych. Dobitny przykład podaje Generał: Pamiętam dwie podróże, jakie wówczas jako prezydent odbyłem wzdłuż dolnej Odry – od Kostrzynia do Szczecina. Setki, tysiące spotykanych ludzi wyrażały głębokie zaniepokojenie o przyszłość swoją i kraju, o polskie Ziemie Zachodnie. „Panie Generale – pytano – co z nami będzie”. Wciąż stoi mi przed oczyma wielka uroczystość patriotyczno-religijna w maju 1990 r. w Siekierkach nad Odrą. Biskup Kazimierz Majdański wygłosił piękną homilię. Powiedział wówczas: „Słowiańszczyzna Zachodnia sięgała daleko na zachód, teraz sięga do Odry. A jak będzie dalej? Zapewnienia się mnożą. Widocznie są potrzebne. Czy będą trwałe? Na jakim są budowane fundamencie? Na jakim fundamencie jest zbudowane nasze trwanie: kraju tylekroć krzywdzonego? Myśleliśmy identycznie („Stan wojenny. Dlaczego”).Obawy takie wyrażało wielu biskupów. Dość wspomnieć list do niemieckich biskupów, postawę Kardynała Stefana Wyszyńskiego, biskupa wrocławskiego Bolesława Kominka, czy jego następcę kardynała Henryka Gulbinowicza, o których Generał wyrażał się z szacunkiem i uznaniem.
Polska obawiała się o swój kształt terytorialny, militarne bezpieczeństwo – Zachód o wzrost potęgi gospodarczej zjednoczonych Niemiec. Politycy, szczególnie francuscy i brytyjscy oficjalnie popierali tendencje zjednoczeniowe, poufnie byli im przeciwni. Liczyli na Polskę, która miała historyczne powody, by stanowczo wypowiadać sprzeciw. Dla nas była okazją, ostatecznie uregulować to, co pomyślnie rozpoczął Władysław Gomułka. Tym bardziej, że Kanclerz Kohl nieustannie naciskał, przyspieszał” – szeroko pisze Generał w tekście „Historyczny wiraż” (Rozmowy dyplomatyczne Wojciecha Jaruzelskiego. Wyd. MAG, Warszawa 2006)

 

Rozmowa Prezydenta z Kanclerzem

12 listopada 1989 r. odbyła się w Warszawie wielce znacząca rozmowa Prezydenta PRL, gen. Wojciecha Jaruzelskiego z Kanclerzem Helmutem Kohlem. Temat od pewnego czasu był i „gorący”, i wiadomy: stosunki polsko-niemieckie. Spojrzenie w przeszłość, ale głównie teraźniejszość i przyszłość. Obaj rozmówcy – doświadczeni politycy – doskonale wiedzieli, że okres pierestrojki Gorbaczowa wzbudził „impulsy zjednoczeniowe” w NRD. Odpowiednio wzmocniły je wydarzenia w Polsce 1989 r. Kanclerz skwapliwie je podchwycił. Prezydentowi dawał do zrozumienia, że sprawę zachodniej granicy należałoby odłożyć na później – do uregulowania w „traktacie pokojowym” zjednoczonych Niemiec z Polską. Na takie rozwiązanie nie było zgody ani Prezydenta, ani Premiera, co Kanclerz usłyszał wyraźnie i dobitnie. Prezydent mówił, że Polska zastanawia się nad konsekwencjami zjednoczenia dla własnej gospodarki, nad ewentualnymi tego kosztami. Choć Kanclerz Kohl w rozmowie czynił wiele uspokajających gestów, nie przekonał realistycznie patrzącego na bieg zdarzeń Prezydenta. Obecny przy tej rozmowie Premier Tadeusz Mazowiecki, powiedział później Generałowi – „czy Pan Prezydent nie sformułował niektórych ocen zbyt ostro?”
25 lutego 1990 r. podczas konferencji prasowej dla dziennikarzy w Camp David, Kanclerz Kohl (wizytę składał prezydentowi USA) w słowie wstępnym, m.in. powiedział: „Granica polsko-niemiecka może być ostatecznie zatwierdzona tylko przez parlament ogólnoniemiecki. Ale nie powinno to być okazją do przesuwania granic w Europie”. Zygmunt Broniarek zapytał: „Czy więc ta druga część pańskiego stwierdzenia oznacza, że uznaje pan tę granicę za ostateczną”? Dalej relacjonuje: „Kohl, powtarza, co powiedział wcześniej, ale nie odpowiada na moje pytanie. Prezydent Bush odpowiadając na inne pytanie, niejako uzupełnia wypowiedź Kohla słowami – «Jeżeli zaś chodzi o granicę polsko-niemiecką, to Stany Zjednoczone, zgodnie z Aktem Helsińskim, uznają ją za ostateczną»”. Tu wyjaśniam – Akt Helsiński, to Akt Końcowy Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (KBWE) przyjęty przez 35 państw (z wyjątkiem Albanii), w tym USA i Kanadę 1 sierpnia 1975 r. Wśród 10 zasad bezpieczeństwa (tzw. I koszyk) zawarto nienaruszalność granic i integrację terytorialną.

 

Prezydent Bush podzielił obawy Generała

Szybko pojawiły się znaki zapytania nad szczerością Kanclerza. Kilkanaście dni po rozmowie z Prezydentem, głosił „10 punktów”, swoisty plan zjednoczenia Niemiec, gdzie mówi o wymogach gospodarczych wobec NRD, ale o granicach ani słowa. O takim „obrocie sprawy” Generał rozmawiał z Gorbaczowem – jak wspomina, „był zbulwersowany” postawą Kohla, który zapewniał, że nie będzie sztucznie przyspieszał sytuacji, co może grozić destabilizacją w tej części kontynentu. Gorbaczow zapewnił Prezydenta Polski, że dobrze rozumie te racje i podniesie je podczas rozmowy z prezydentem USA na Malcie, 2 grudnia 1989 r. Słowa dotrzymał. Prezydent Bush nie tylko podzielił obawy Generała, ale i wyraził pełne poparcie dla jego trójczłonowej koncepcji, obejmującej:
– ostateczne uregulowanie sprawy zachodniej granicy Polski;
– zjednoczenie Niemiec;
– zakończenie II wojny światowej w Europie.
Michaił Gorbaczow 4 grudnia 1989 r. w Moskwie, podczas posiedzenia Doradczego Komitetu Politycznego Układu Warszawskiego, poinformował Generała o pozytywnym dla Polski wyniku rozmowy z Prezydentem USA. Podzielił się też z Generałem wrażeniami, ze spotkania z Janem Pawłem II, który zapewnił go, że „Stolica Apostolska nie będzie popierać działań destabilizacyjnych w krajach Europy Wschodniej”. Przypomniało to Generałowi rozmowy z Papieżem w latach 1983 i 1987, podczas których problem niemiecki, zwłaszcza granicy na Odrze i Nysie, był stale obecny.

 

Wizyta delegacji polskiej we Francji

Generał wspomina, iż „9 marca udałem się wraz z Tadeuszem Mazowieckim i Krzysztofem Skubiszewskim do Paryża. W Paryżu miała odbyć się konferencja «2+4» (dwa państwa niemieckie i cztery mocarstwa – moje GZ). Z opinią Prezydenta Mitteranda liczył się Kanclerz Kohl. Była to udana podróż. Mitterrand w pełni podzielił nasze stanowisko w sprawie ostatecznego uregulowania tematu – zachodnia granica Polski. Dał temu publiczny wyraz na wspólnej konferencji prasowej. Dowiedzieliśmy się, że strona zachodnioniemiecka, że Kanclerz Kohl był tym mocno zdegustowany. Jednakże na drodze zagwarantowania naszych żywotnych interesów głos Francji stanowił ważny fakt”. Właśnie – „głos Francji”, skłania do przypomnienia. Prezydent Francois Mitterrand 4 grudnia 1985 r. prywatnie przyjął w Pałacu Elizejskim Generała. Po wizycie, Generał uzyskał zrozumienie naszych spraw (było to 2,5 roku po stanie wojennym), a na Zachodzie opinię poważnego polityka.

 

Moskiewskie traktaty

Zgodnie z „politycznym kalendarzem” na 1990 rok, 17 lipca w Paryżu, w ramach konferencji 2+4, na szczeblu MSZ (Polskę reprezentował Krzysztof Skubiszewski) RFN (Kanclerz Kohl) podpisał protokół, w którym zrezygnował z warunku traktatu pokojowego zjednoczonych Niemiec z Polską.
Ta rezygnacja z traktatowego uregulowania sprawy tej granicy na „linii” Polska-Niemcy, jednocześnie otworzyła drogę by ostatecznie uregulować tę sprawę po myśli układu poczdamskiego z 1945 r. Nastąpiło to w Moskwie 12 września 1990 roku na konferencji 2+4. Oba państwa niemieckie, tj. NRD i RFN podpisały traktat o ostatecznej regulacji polskiej granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej. Po nich podpisały go trzy mocarstwa, czyli Wielka Trójka z 1945 r. plus Francja. Po tym fakcie nastąpiło podpisanie traktatu o zjednoczeniu Niemiec. Z tą chwilą przestała istnieć NRD – też na mocy decyzji b. Wielkiej Trójki z 1945 r. plus Francji. Dopiero w styczniu 1991 r. „nowe Niemcy” podpisały traktat z Polską, tym samym otwierając nową kartę w nowoczesnej historii obu państw.
Ten „moskiewski traktat” – ma moc traktatu pokojowego, o którym była mowa w Poczdamie, a który „odłożono” na bliżej nie określoną przyszłość, która tu po 45 latach zmaterializowała się. Traktat ten jednocześnie symbolicznie zakończył II wojnę światową w Europie. Jest „Pieczęcią Historii” na okresie dziejów, które zdały „pokojowy egzamin”. Mimo to, jak odnotował Generał: „Pojawiają się głosy, że problem granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej był przez «komunę» wyostrzany sztucznie, w imię własnych politycznych interesów. Przytaczam więc słowa Jana Nowaka-Jeziorańskiego opublikowane w „Rzeczpospolitej” z 22 sierpnia 1996 roku. W czasie listopadowej (1989) wizyty w Polsce – pisał Nowak-Jeziorański – Kanclerz Kohl odmówił zajęcia stanowiska w tej żywotnej dla Polaków sprawie…W rokowaniach z czterema mocarstwami zaś powrócił do tezy, że istniejące umowy między Polską a NRD i RFN (uznające granicę na Odrze i Nysie) stracą ważność z chwilą zjednoczenia Niemiec. Tylko parlament zjednoczonego państwa – twierdził Kanclerz – będzie miał prawo podjąć decyzję w sprawach terytorialnych. Wynikało z tego, że Niemcy chcą rozpocząć rokowania od zera i prowadzić je z pozycji siły, tylko z Polską, bez udziału i wpływu wielkich mocarstw»”. Prezydent, Tadeusz Mazowiecki i polscy dyplomaci z Krzysztofem Skubiszewskim na czele, skutecznie zapobiegli takiemu pomysłowi Kanclerza – chwała im za to! „Mam poczucie wielkiej satysfakcji – pisał Generał-, w tym przełomowym momencie zdała egzamin współpraca – jak mówią Francuzi «cohabitation» Prezydenta i Premiera. Mówię to z wielkim szacunkiem dla Tadeusza Mazowieckiego, jego odwagi i rozwagi. Słowa te adresuję do tych wszystkich osób, polityków z Solidarności, którzy potrafili wznieść się ponad osobiste urazy w imię nadrzędnych, narodowych celów”. O tym milczą polscy historycy. Czyżby postać Generała, Premiera Tadeusza Mazowieckiego, Krzysztofa Skubiszewskiego (spoczywa w Panteonie Narodowym Świątyni Opatrzności Bożej), osób, polityków, dyplomatów Solidarności rozumiejących tamten czas – źle im się kojarzyła, teraz nie „pasowała” do politycznych potrzeb? Co Państwo myślicie – zbliżamy się do centralnych uroczystości 100. lecia Niepodległości.

 

Polityczne refleksje, oceny, wnioski…

Że właśnie tak potoczyła się ta historia, to niepodważalna zasługa Generała, jego wizji politycznej. Mądrym, rozważnym postępowaniem wobec wszystkich liczących się polityków, sił w kraju, za granicą oraz swoim autorytetem ten frontowy żołnierz tak „uwieńczył dzieło” – doprowadził do symbolicznego, zwycięskiego terytorialnie dla Polski – zakończenia II wojny światowej, właśnie takim traktatem pokojowym. Wielu z Państwa może zdziwić stwierdzenie – symboliczne zakończenie II wojny światowej. Ktoś może zapytać – czy od 12 września 1990 r., powinniśmy mówić, że tego dnia zakończyła się II wojna światowa? Militarnie zakończyła się w Europie 8 maja (wg wschodniego czasu, 9 maja) 1945 r. Na Dalekim Wschodzie, 2 września 1945 r. To są fakty niepodważalne.

Polityczne decyzje o nowej mapie granic i rozmieszczenia ludności (przesiedlenia z Kresów Wschodnich, wschodniej Polski i na wschód od Odry) zapadły w Poczdamie, gdzie usankcjonowano ustalenia z Teheranu i Jałty. Moskwa w 1990 r. traktatowo, politycznie o randze międzynarodowej, a nie między państwami – zamknęła sprawy odłożone „na później”. Była to nasza zachodnia granica, inaczej mówiąc – „polityczne oddanie” nam „historycznej własności”, czyli Ziem Zachodnich. Tu może ktoś zapytać o „historyczną własność” czyli Kresy Wschodnie, odłóżmy ten wątek do grudnia. „Zdjęła” też z Niemiec „terytorialną karę” za wywołanie II wojny światowej, dopuszczając do ich zjednoczenia. Wcześniej, bo po porozumieniu z Francją zagłębie Saary w 1957 r. wróciło do NRF. Zjednoczenie to sprawiło, iż wojska ZSRR stacjonujące w NRD i Polsce od 1945 r. oraz w CSRS od 1968 r. zostały wycofane do kraju, gdyż ich obecność straciła polityczno-militarny sens, to odrębny temat.
Trzeba tu przypomnieć, iż Poczdam dał jednocześnie polityczną podstawę podziału-głównie Europy, ale i świata na dwa przeciwstawne polityczno-militarno – gospodarcze bloki. Rywalizacja między nimi na wielu płaszczyznach, powszechnie znana jako zimna wojna, w której Polska – z konieczności była uczestnikiem, odcisnęła swe piętno, o zróżnicowanej skali, przez minione 45 lat. Faktycznie, ale i politycznie – w Moskwie 12 września 1990 r. – choć nie podpisano żadnego traktatu – zakończyła się zimna wojna. Stosunki Zachodu z Federacją Rosyjską po 1990 r. często noszące wyraźne znamiona zimnej wojny, mają już inny wymiar. Dość wspomnieć stosunki Polska – Rosja po 1990 r. Znacie je Państwo z autopsji. Jestem tu serdecznie wdzięczny Panu Andrzejowi Ziemskiemu za recenzję czterech książek prof. Witolda Modzelewskiego o tych stosunkach („DT” z 7-9 września br.), zachęcam Państwa do powtórnego jej przeczytania. Jednocześnie, przepraszam Pana prof. Bronisław Łagowskiego, iż nie cytuję bogactwa myśli, refleksji historycznych, porównań i odniesień zawartych w trzech książkach: „Polska chora na Rosję”, „Fałszywa historia, błędna polityka”, „Państwo z nikąd”. Skłaniam się ku przeglądowi naszej polityki wschodniej po 1990 r., gdzie te pozycje zostaną wyeksponowane. By Państwa tymi pozycjami zainteresować, taki cytat: „Trzeba rozróżnić politykę antyrosyjską i rusofobię. Ta pierwsza może zawierać element racjonalnej kalkulacji, trafnej lub błędnej, zależnie od poziomu umysłowego rządzących. Fobia natomiast, jako irracjonalne uprzedzenie, pełne lęków i ślepej wrogości, utrudnia dostosowanie polityki do zmiennych warunków zewnętrznych i wewnętrznych. Wrogość do Rosji nasila się od dłuższego czasu i nic nie wskazuje na to, że może przyjść umiarkowanie”. Bardzo zachęcam Państwa do pozyskania tych pozycji poprzez Redakcję „Przeglądu”. Nie będzie to czas stracony, a wysokiej jakości uczta intelektualna.

 

ZWYCIĘSTWO!

Droga do tego Zwycięstwa – świadomie piszę wielką literą – nie była autostradą, tak po 1945 roku (napiszę o tym w grudniu br.), jak i w dekadzie lat 80. Nie brak na niej pomyłek, potknięć i wątpliwej trafności prognoz. Finał, w języku sportowym „meta”, nastąpił powtórzę – 12 września 1990 r. w Moskwie. To swoista lekcja nauki perspektywicznego myślenia władz PRL – dla zajadłej grupy prawicowych historyków, polityków i prawników, dla przyszłych pokoleń Polaków. To wiekopomna zasługa dla Polski, a laurowy wieniec wdzięczności należy się setkom przedstawicieli PPR (PZPR), PPS (także w PZPR), PSL (ZSL) sprawujących – wraz z PZPR władzę przez 45 lat PRL. Personalnie uosabiał ich w 1945 r., Bolesław Bierut (Poczdam); Władysław Gomułka, lata 1945-1948 (Poczdam i Minister Ziem Odzyskanych), w 1956 r. (Październik), 1968 (CSRS, „Operacja Dunaj”) i 1970 r. (Traktat z 7 grudnia); w dekadzie lat 80. gen. Wojciech Jaruzelski.
Dla niewielu – na szczęście! – członków Lewicy, wynoszących doświadczenia z lat PRL oraz znaczącej grupy „historycznie bojowej” młodzieży, opierającej swe przekonania na bałamutnej, zakłamanej „narracji” po 1989 roku – są one poważną przeszkodą, jeśli nie barierą w rzetelnej ocenie dorobku Polski Ludowej. Tym samym są przeszkodą w zrozumieniu obecnej rzeczywistości. Czasami odnoszę wrażenie, jakby po 1989 r. kierownictwa PPS i PSL z nadmierną ostrożnością, czasami wręcz milczeniem odnosiły się do dorobku swoich przedstawicieli wspólnie z PZPR. Czyżby obawa przed współodpowiedzialnością za błędy tej, kierowniczej formacji? Fakt, dojmującym ciężarem, wręcz dosłownym bólem, odcisnął się stalinizm i bratobójcza walka pierwszych lat po wojnie, szczególnie dotkliwa na wsi i małych miastach. Przez dziesiątki lat milczenie o Katyniu i zwycięskiej bitwie warszawskiej 1920 r. w imię „poprawności”, raczej wartości racji i celów wyższych w stosunkach Polska-ZSRR, obarczonych ograniczoną suwerennością, z czasem znacząco „poluzowaną”, właśnie dzięki ich mądrości sprawowania funkcji państwowych. „W tym bloku byliśmy, można powiedzieć, na szczególnych prawach, byliśmy swego rodzaju heretycką wyspą. Polskę cechowało wiele odrębnych rozwiązań, szerszy niż w innych państwach bloku zakres różnych swobód, zwłaszcza w obszarze kultury i sztuki… Bezprecedensowa pozycja Kościoła, dominująca indywidualna własność chłopska. Mimo nieustających zewnętrznych nacisków nie zeszliśmy z tej drogi” – przy stosownych okazjach mówił Generał. W dekadzie lat 80. przeszły one w etap partnerskiej współpracy. W ten sposób – niejako spełniła się wizja Prymasa Tysiąclecia. 26 marca 1980 r. podczas spotkania w Natolinie z Generałem, użył metafory: „Jeżeli człowiek stoi w jakimś pomieszczeniu, to nie może jednocześnie opierać się o dwie przeciwległe ściany. Kraj nasz znajduje się jak gdyby między dwiema ścianami – germańską i słowiańską. Polska w tej sytuacji powinna opierać się o ścianę słowiańską”. Mądre oparcie się o „ścianę słowiańską”, po 45 latach zaowocowało w Moskwie zwycięstwem rozumu i rozsądku. Pięć wieków wcześniej był tam hetman wielki koronny, Stanisław Żółkiewski. Rozważne „ustawianie mebli” na ścianie germańskiej: 1945 – polscy żołnierze i flaga biało-czerwona w Berlinie, wraz z żołnierzami „ściany słowiańskiej”; 1970 – traktat w Warszawie; w dekadzie lat 80. – ok. 300 tys. młodzieży rocznie w NRD spędzało wakacje. Wreszcie nienaruszalna granica na Odrze i Nysie Łużyckiej i zjednoczenie Niemiec. Czy nie ma komu i za co dziękować, zachować we wdzięcznej pamięci? Powtórzę – choćby na 100-lecie Niepodległości!
W latach 1989-1990 do Generała dołączyli trzeźwo – ponad urazami myślący o Polsce przedstawiciele Solidarności, wymienieni wyżej z nazwiska i setki innych, pracujących w zespołach ekspercko-doradczych Rządu, a szczególnie MSZ. Przypomnijcie sobie Państwo fakt, zdarzenie sprzed kilku dni – dlaczego jeden z nich, prof. Bronisław Geremek musi mieć poprawioną inskrypcję na poświęconej mu tablicy? Czy ten szczegół nie nasuwa wniosku, by członkowie Solidarności, którzy z rozwagą przyjęli stan wojenny, trzeźwo i rozsądnie myśląc teraz o Polsce, nie zechcieli wesprzeć Lewicy Razem w wyborach? A członkowie PSL, aż tak bardzo „pobrudziliby” sobie życiorysy i dorobek z PRL, podejmując „na chłopski rozum” współpracę z SLD, z Lewicą Razem – nie tylko w najbliższych wyborach?

Milion za niepodległością

Na marsz zorganizowany z okazji katalońskiego święta przyszło około miliona osób, aby wyrazić poparcie dla niepodległościowych aspiracji swojego kraju.

 

Marsz ten odbył się we wtorek 11 września w 304 rocznicę przyłączenia Katalonii do Hiszpanii obchodzonej jako tradycyjne katalońskie święto Diada. Równolegle o wiele mniej liczną demonstrację zorganizowała przeciwna niepodległości Katalonii centro-prawicowa partia Obywatele (Ciudados).

Organizatorem uroczystości była organizacja społeczna Katalońskie Zgromadzenie Narodowe, którego przywódca Jordi Sànchez znajduje się w hiszpańskim więzieniu wraz z innymi ośmioma katalońskimi politykami oskarżonymi o przeprowadzenie 1 października ubiegłego roku referendum w sprawie niepodległości Katalonii. Inspiratorem był jednak aktualny szef katalońskiego rządu Quim Torra, który tydzień wcześniej wezwał do masowego w nim udziału. Torra oświadczył, że będzie naciskał na rząd w Madrycie, aby uznał wyniki referendum, w którym większość głosujących opowiedziała się za niepodległością.

– Mandat, który uzyskaliśmy 1 października pozostaje wciąż w mocy i będziemy działać na rzecz wprowadzenia go w życie – mówił Torra.

W uroczystościach wzięli udział nie tylko mieszkańcy Barcelony, lecz także osoby przybyłе z innych części Katalonii – również w formie zorganizowanej dowożeni autokarami. Do Barcelony licznie przybyli też traktorzyści z różnych regionów prowincji, którzy brali aktywny udział również w poprzednich akcjach. Wielu ludzi miało ze sobą żółte piłki z napisem „Utworzymy Republikę Katalońską”, a na ulicach rozwieszono żółte wstążki będące symbolem walki o wypuszczenie na wolność aresztowanych katalońskich polityków. Uczestnicy demonstracji nieśli też ich portrety.

Ponadto na ścianie budynku autonomicznego rządu wywieszono baner o treści „Uwolnijcie więźniów politycznych i zesłańców” napisany w języku katalońskim i angielskim.

Uroczystości rozpoczęły się punktualnie o godz. 17.14, co stanowiło nawiązanie do roku 1714, kiedy to miały miejsce wydarzenia których rocznicę właśnie obchodzono.

Osobną manifestację urządziła lewicowa organizacja młodzieżowa Aggap pod hasłami „Niepodległość, socjalizm, feminizm”. W demonstracji tej wzięło udział kilkuset ludzi trzymających w rękach czerwone flagi sierpem i młotem oraz czerwone flagi ruchu na rzecz niepodległości Esteledami. Z kolei inna grupa młodych ludzi zebrała się na jednej z centralnych ulic. Skandowali „Niepodległość!” oraz śpiewali znany również w Polsce przebój „Y Viva España” zastępując słowa piosenki własnymi niecenzuralnymi.

Osobno świętowała partia Ciudados. Przemawiając z trybuny przywódca partii, urodzony w Barcelonie Albert Rivera oświadczył, że chciałby obchodzić to święto razem ze wszystkimi Katalończykami, lecz miejscowy rząd to uniemożliwił. Wyraził jednak przekonanie, że „nadejdzie taki czas, kiedy będziemy świętować razem”. Również liderka barcelońskiej struktury partii Inés Arrimadas złożyła obietnicę, iż będzie działać na rzecz Katalonii dla wszystkich jej mieszkańców. Nietrudno zauważyć, że pod pojęciem „wszyscy” kryją się ci, którzy chcieliby, aby Katalonia pozostała nadal częścią Hiszpanii. Jednak wciąż są oni w mniejszości. Jak wynika z badań z lipca br. przeprowadzonych przez miejscowy ośrodek badania opinii publicznej Centro d’Estudis d’Opinio, za niepodległością Katalonii wypowiedziało się 46,7 proc. badanych a 44,9 proc. przeciwko. Według naocznych świadków akcja zorganizowana przez Ciudados zgromadziła o wiele mniej osób niż przeprowadzona przez zwolenników niezawisłości. Jest to zjawisko charakterystyczne dla Barcelony. Zwolennicy oderwania się od Hiszpanii są bardziej aktywni i widoczni oraz lepiej zorganizowani. Potwierdza to profesor Autonomicznego Uniwersytetu Barcelony Oriol Bartomeus twierdząc, iż są oni najlepiej zorganizowaną siłą polityczną w regionie.

Drogi ku niepodległości

…prowadzą do upragnionego celu dzięki kulturze, stanowiącej istotny element świadomości narodowej.

 

W polskiej tradycji niepodległościowych wysiłków wyróżniała się walka zbrojna, a w latach 1914-1918 wymodlona przez Mickiewicza „wojna powszechna”, która rzeczywiście przyniosła „wolność ludom”. Co prawda inne narody odzyskiwały w tamtym czasie niezawisłość nie koniecznie wysiłkiem militarnym, ale wszystkie, jak i Polacy, staraniami o niepodległość.

 

Pojęcie niepodległość

oznacza niezależność państwa od formalnego i nieformalnego wpływu innych jednostek politycznych, ale można także rozumieć je, jako pewien stan świadomości i działań przejawiający się w dążeniu do uzyskania niepodległości, rozszerzenia albo jej utrzymania przez społeczność, jaką jest naród.
Wśród licznych definicji narodu powtarza się, jako jej nieodzowny element, pojęcie więzi łączącej daną społeczność, a ta z kolei rodzi się poprzez wspólnotę kulturową zawierającą kulturę, język, historię, religię czy też pochodzenie. Państwo narodowe opiera się przede wszystkim na tych właśnie elementach, tworzących w konsekwencji świadomość narodową, przejawiająca się w postawach patriotycznych, czyli w poczuciu przynależności, odpowiedzialności, pracy i obrony swojej ojczyzny.
Można wiec stwierdzić, że nieodzownym, acz nie jedynym, warunkiem dla gwarancji istnienia niepodległego państwa jest kultura jako całokształt duchowego i materialnego dorobku danego społeczeństwa.

 

Kultura stanowi niewątpliwie

zjawisko ciągłe, nawarstwiane pracą oraz wysiłkiem intelektualnym i twórczym wielu pokoleń. Przekazywana jest kolejnym generacjom w postaci materialnej i duchowej, także jako zbiory określonych wartości. W procesie historycznym zmieniają one swoje znaczenie, jedne zanikają, inne rodzą się, a kolejne trwają niezmiennie bądź ulegają przekształceniom. Co prawda kultura konstytuuje państwo narodowe ale jej związek z tą polityczną instytucją, a przede wszystkim z jej ustrojem jest unikatowy. Może mu w jakiejś części służyć, może być pozbawiona utylitarnego charakteru, może redukować czy też nawet zwalczać jego niektóre wpływy, ale równie często posiada ponad ustrojowy charakter.

 

Na polskich drogach do niepodległości

kultura, w tym szczególnie kultura artystyczna, a poza nią jeszcze myśl naukowa, działalność oświatowa i publicystyczna, odegrały rolę nie do przecenienia stanowiąc filary rozszerzającej się w miarę upływu czasu, na kolejne części społeczeństwa, narodowej tożsamości Polaków.
Odzyskane, także dzięki wszechstronnym wysiłkom w sferze kultury w XIX wieku i na początku XX, niepodległe państwo polskie, było spełnieniem marzeń wielu pokoleń i emanacją niepodległości. Prowadziło, w poważnej mierze dzięki demokratycznym decyzjom u jej zarania i postanowieniom zawartym w Konstytucji marcowej z 1921 roku, działalność obejmującą zdecydowaną większość swoich obywateli, umacniając w nich dumę z odzyskanej ojczyzny i patriotyzm. Towarzyszyły tym poczynaniom, w ograniczonym z wielu powodów stopniu, ówczesne instytucje kultury, acz największy i powszechny wpływ miała niewątpliwie edukacja szkolna.
W latach II wojny światowej to przywiązanie do niepodległości i głęboki patriotyzm zdecydowanej większości naszego społeczeństwa zaowocował nie tylko udziałem w walce zbrojnej w kraju i na licznych frontach, ale jedyną w okupowanej Europie sytuacją, bowiem w Polsce nie miały miejsca formy politycznej, ideologicznej czy też wojskowej kolaboracji.

 

W nowej rzeczywistości,

naznaczonej jałtańskimi decyzjami i zwycięstwem lewicy, w sytuacji rozziewu społecznej akceptacji wobec kształtu ustrojowego odrodzonej Polski i jej sojuszy, ludzie kultury, po doświadczeniach II Rzeczpospolitej, dostrzegli wyjątkową szansę.
Mało kto wie, że już w kwietniu 1945 roku, w czasie trwającej jeszcze wojny, nowa władza podjęła decyzję o powołaniu Polskiego Wydawnictwa Muzycznego, którego twórcą został Tadeusz Ochlewski – skrzypek, pedagog i przedwojenny wydawca muzyczny. Takie postawy były powszechne w świecie kultury, przedkładające, nad leśny zbrojny protest, oczekiwane od dawna, poważne państwowe wsparcie. Kultura – jej rozwój i powszechna dostępność – stała się jednym z priorytetów ludowego państwa, który został zrealizowany.
W pierwszym okresie Polski Ludowej kierunek działania władz, poparty wielkim wysiłkiem społeczeństwa skupił się na odbudowie zniszczonych przez wojnę dóbr kultury, w tym także zabytkowych centrów Warszawy i Gdańska, Ale w jeszcze większym stopniu na budowie podstaw uczestnictwa w kulturze poprzez likwidację analfabetyzmu, rozwój oświaty powszechnej i dostępność do polskiej książki drukowanej masowo, sprzedawanej za grosze, tłumnie wypożyczanej w bibliotekach. Późniejszy okres socrealizmu stanowił niewątpliwie poważne ograniczenie dla twórców, acz nie zahamował trendu współuczestnictwa szerokich mas w dobrach kultury wyrażających się również w tradycyjnych, majowych kiermaszach książki w całym kraju.

 

Po październikowych przemianach

zbudowana została, mająca wręcz historyczny charakter, baza polskiej oświaty w postaci ponad tysiąca szkół, co niewątpliwie, poza wcześniejszą otwartością nauki i kształcenia dla dzieci chłopów i robotników, stworzyło warunki dla powszechnego i rzeczywistego awansu społecznego, poprzez wejście klas dotąd nieuprzywilejowanych do kultury narodowej. Wydarzenia krytycznie tamten okres ilustrujące, także w formie protestacyjnych listów ludzi kultury, nie miały zasadniczego znaczenia na kontynuowany proces szerokiego mecenatu państwa nad kulturą.

 

Dekadę Edwarda Gierka

najlepiej przedstawia kronika wydarzeń pt. „Kultura artystyczna w Polsce” autorstwa Grzegorza Wiśniewskiego — znanego historyka kultury, eseisty i publicysty. Autor pisze we wstępie: „Niniejsza kronika dokumentuje najważniejsze wydarzenia kulturalne w Polsce…od początku roku 1971 do lata roku 1980. Wraz z poprzedzającym je piętnastoleciem okres ten stanowi ćwierćwiecze w dziejach polskiej kultury szczególnie owocne, oznaczające w naszej powojennej historii najwyższy jej wzlot. Budzi też wówczas polska kultura wyjątkowe zainteresowanie i zdobywa szczególną pozycję także poza granicami naszego kraju, czego świadectwem stają się choćby powszechnie funkcjonujące określenia: „polska szkoła filmowa”, „polska szkoła kompozytorska” czy „polska szkoła plakatu”.
Chronologicznie, rok po roku, przedstawia autor dokonania artystyczne w zakresie: literatury, teatru, filmu, muzyki i baletu, sztuk pięknych, radia i telewizji, innych wydarzeń kulturalnych, a także nagród państwowych za tę działalność. I dodaje: „Niemała, bo sięgająca dwóch tysięcy, liczba wydarzeń, które tu przypomniano, służy poświadczeniu bogactwa i różnorodności życia kulturalnego owych lat, choć zarazem sprawia, że oprócz utworów i wydarzeń bezdyskusyjnie wybitnych i nadzwyczajnie ważkich ujęte zostały i te zaledwie bardzo dobre lub bardzo dobrze przyjęte…poza zapisami niniejszej kroniki znalazły się i ruch amatorski, i szkolnictwo artystyczne, i poza skromnymi wyjątkami, refleksja historyczna i teoretyczna o kulturze.”

 

Uczestnictwo Polaków w kulturze

obrazuje w Kronice wyciąg z przywołanego „Rocznika Statystycznego” i warto przytoczyć kilka danych w odniesieniu do lat 1979 i 2012 (wszystkie w milionach). Nakłady literatury pięknej – 57,2 i 28,6, wypożyczenia w bibliotekach – 147,6 i 122,0, widzowie w teatrach – 9,1 i 5,0, w kinach – 107,9 i 37,5, słuchacze w instytucjach muzycznych – 8,3 i 5,3.
Wyrazić należy szacunek za benedyktyńską pracę Grzegorzowi Wiśniewskiemu, ale także uznanie za odwagę, bowiem przypominanie laureatów państwowych nagród z okresu PRL nie koniecznie wszystkich twórców zachwyci. Warto także namówić autora, z racji jego wyjątkowych kompetencji w sferze kultury i nabytych doświadczeń, do kontynuowanie tej kroniki, ale obejmującej cały okres Polski Ludowej. W normalnym kraju Ministerstwo Kultury i [tu podkreślam !!!] D z i e d z i c t w a Narodowego powinno być nadzwyczaj zainteresowane tego rodzaju opracowaniem. W dzisiejszej Polsce liczyć jedynie można na sponsorów.

 

Résumé tych rozważań

stanowi stwierdzenie, że lata Polski Ludowej były dla naszej kultury nie tylko czasem szczególnie owocnym, ale nadto umocniły i rozszerzyły jej narodowy charakter. Nie ma też żadnych wątpliwości co do afirmacji polskości w tamtym okresie, także poprzez dzieła kultury. Stąd zapewne różni krytycy PRL-u tę sferę działalności omijają szerokim łukiem.
Nadto dodać koniecznie należy, że nawet walczący o obecną Polskę, bez względu na to co nie w teorii, a w praktyce oznacza niepodległość – z jej współczesnymi europejskimi, atlantyckimi i geopolitycznymi uwarunkowaniami – wiele zawdzięczają naukom, przemyśleniom i doznaniom, które wynieśli z percepcji kultury w tamtych, minionych czasach. Niestety nie wielu, ale to już zupełnie inna sprawa.

Powstanie w Warszawie My, socjaliści

Ocena celowości wywołania i skutków Powstania Warszawskiego od lat dzieli Polaków i to nie według kryteriów politycznych, ale głównie poprzez udział emocji w ocenie historii. Potwierdzeniem tego są tegoroczne obchody 74. rocznicy wybuchu powstania w Warszawie. Trudno nam, Polakom być obojętnym wobec powstania. Dziesiątki tysięcy polskich rodzin straciło w Warszawie swoich bliskich. Wszyscy, którzy przeżyli, utracili dorobek życia i szanse na wiele lat. Wszyscy, którzy przeżyli, wyszli z powstania okaleczeni psychicznie, do dziś bowiem padają pytania, jaki to miało sens? Bilans ofiar jest znany – ponad 200 tysięcy cywilnych mieszkańców stolicy straciło życie, zrujnowane zostało milionowe miasto z zamiarem wykasowania go z mapy Europy. W trakcie dwumiesięcznych walk oddziały powstańcze straciły bezpowrotnie blisko 16 tys. żołnierzy – z czego 10 tys. poległych oraz 6 tys. zaginionych, których należy uznać za zabitych. Rannych zostało ok. 20 tys. powstańców – w tym 5 tys. ciężko. Do niemieckiej niewoli trafiło ok. 15 tys. żołnierzy (w tym ok. 900 oficerów i 2 tys. kobiet). Duże straty poniosły również oddziały 1. Armii Wojska Polskiego. W walkach o Pragę, a zwłaszcza podczas prób forsowania Wisły oraz wspólnych walkach z powstańcami na Czerniakowie, utraciły one blisko 5,5 tys. zabitych i rannych. Straty niemieckie wyniosły 2000 żołnierzy. Okupant niemiecki nie szczędził sił, aby odwet za powstanie był dotkliwy i wielowymiarowy, zarówno w czasie, jak i w przestrzeni. Zarówno w Powstaniu, jak i wcześniej, od momentu wybuchu II wojny światowej podstawą ruchu oporu byli żołnierze środowisk socjalistycznych wywodzący się z PPS. Oni organizowali działania zbrojne w Gdyni w ramach akcji „Czerwonych Kosynierów” i w Warszawie w ramach „Robotniczych Batalionów Obrony Warszawy” w 1939 roku. Później opór socjalistów koncentrował się wokół organizacji Polskich Socjalistów, Gwardii Ludowej WRN, Robotniczej Partii Polskich Socjalistów. Był także obecny w obozie w Auschwitz. Socjaliści z wymienionych formacji wzięli udział w Powstaniu Warszawskim w ramach oddziałów Armii Krajowej na Żoliborzu, gdzie rozpoczęli powstanie, w Śródmieściu i na Mokotowie. Wielu z nich oddało życie za wolną Polskę.
Z ubolewaniem przyjmuję jednak zbyt daleko posunięty umiar w analizie i ocenie powodów decyzji politycznej i wojskowej w sprawie wybuchu powstania. Przez te lata powiedziano już wiele. Szczególnie cenię tutaj kolejne wydania znakomitej, obiektywnej pozycji Jana Ciechanowskiego „Powstanie Warszawskie”.
W jednym z wywiadów mówiąc o ówczesnej sytuacji Ciechanowski stwierdza: „Masakra Warszawy była owocem zupełnie nietrafnej oceny sytuacji pod względem politycznym i geostrategicznym. Nałożyły się na to ambicje jednego człowieka, Okulickiego. Powstanie nie musiało i nie powinno dojść do skutku”. Jest to kwintesencja jego głębokiego wywodu naukowego, którego nie przyjmują do dziś niektóre środowiska emigracyjne i prawicowe. Przed samym wybuchem Powstania wiadomo było, że Armia Czerwona przegrała z Niemcami jedną z największych bitew pancernych II wojny światowej pod Wołominem. Fakt ten skrzętnie ukrywa się do dziś. O ile w sprawie oceny skutków powstania mamy narodowy consensus – liczby nie kłamią, o tyle spory dotyczą diagnozy ówczesnej sytuacji i przyczyn wybuchu powstania. Siły polityczne prawicy prowadzą dziś grę zarówno osobą Józefa Piłsudskiego jak i wybranymi faktami z historii II RP. Również Powstanie Warszawskie jest przedmiotem tej gry. Dość subiektywne, odbiegające od rzeczywistości oceny ówczesnego stanu relacji pomiędzy członami koalicji antyhitlerowskiej i roli Polski na tym tle służą budowaniu tezy o słuszności decyzji. Wiemy już od dawna, że decyzja ta nie była słuszna. Kazimierz Pużak powiedział później: „To są sprawy bolesne. To są sprawy podejrzane… Wszystkich nas zaskoczyli…” Romantyczne wątki w naszej kulturze historycznej mają swoje znaczenie w zbiorowej świadomości obejmującej przeszłość, niewiele jednak znaczą w relacjach ze współczesnym światem dziś i w przyszłości.
Chciałbym wierzyć, że kolejne lata będą przynosiły w narodowej debacie o Powstaniu Warszawskim coraz więcej obiektywizmu. Należy składać hołd bohaterom, należy jednak trzeźwo oceniać stan faktyczny i podłoże polityczne podjętych wówczas, 1 sierpnia 1944 roku decyzji. Piszę to z wielką troską i odowiedzialnością, należę bowiem do rodziny, dla której mit Powstania Warszawskiego ma ogromne znaczenie.

Nie cierpię Muzeum Powstania

Naprawdę. Szczerze go nie cierpię. Tej atmosfery przeładowania multimediami, efektami specjalnymi. W przypadku muzeum POLIN konwencję tę kupuję jak najbardziej. Ale nie w przypadku, kiedy obiekt ma opowiadać historię rzezi miasta i dzieciaków rzucających się z butelkami przeciwko czołgom.

 

Muzeum Powstania Warszawskiego uznawane jest za projekt życia Lecha Kaczyńskiego, który cierpiał na fetysz 1 sierpnia. Drążył, drążył, aż wydrążył: postawili nowoczesny przybytek przepełniony fikuśnymi technikaliami. Tu tablet, tam grające, tu przybijasz stempelek, tam zakładasz słuchawki. Tu idziesz prowizorycznym kanałkiem z przyćmionym oświetleniem i wodą ciurkającą z taśmy. Wchodzisz do śmierdzącego lekami namiotu, gdzie markuje się prowizoryczny szpital. Potem jak gdyby nigdy nic oglądasz broń wystawioną w gablotkach. Zwiedzasz typowy pokój warszawskiego konspiratora. Odbijasz sobie ulotki na podziemnym powielaczu. Zrywasz kolejne kartki z kalendarza. Jak pokemony.

 

Kostium Indianina

Nie widzisz jednak krwi, która spływała ulicami. W muzealnych pseudokanałach nie śmierdzi. Nie przebiegają przez nie szczury wielkości psa. W lazarecie nie słychać jęków śmiertelnie poparzonych, z umierających dzieci nie wylewają się wnętrzności. Nie czujesz głodu. Owszem, w muzeum jest taki kącik, gdzie, jeśli dobrze poszukasz, znajdziesz magiczne pudełeczko z lornetką. W środku przewijają się slajdy ze zdjęciami. Między innymi ze zdjęciami umierających na ulicach, dzieci-szkieletów, wycieńczonych staruszek, ukrywających się rodzin z przerażeniem w oczach.
Powstanie przeżywane w warszawskim muzeum jest jak kostium Indianina. Przymierzasz go, sprawdzasz, czy dobrze leży, być może przez chwile czujesz ekscytację. Czujesz, że ci ludzie zrobili coś wielkiego. Ale nie czujesz tego, co powinieneś czuć przede wszystkim: strachu.
Bo oczywiście, ich determinacja była autentyczna. Rany przez nich odniesione nie były udawane. Rozpacz człowieka, któremu w życiu pozostał w zasadzie tylko jeden wybór: w jaki sposób umrze – zasługuje na pochylenie głowy. To właśnie ta sytuacja, o której pisał Herling-Grudziński pod koniec „Innego świata” – „Człowiek jest ludzki w ludzkich warunkach. Uważam za upiorny nonsens naszych czasów próby sądzenia go według uczynków, jakich dopuścił się w warunkach nieludzkich”. To odnosi się nie tylko do obozowej moralności, ale do czasu próby w ogóle. Późniejsze oceny motywacji powstańców czynione były z miękkiego fotela w bezpiecznej rzeczywistości. Jedni chcieli umierać z bronią, inni nie chcieli umierać wcale, porwał ich zryw miasta. Zginęło ponad dwa tysiące ludzi – większość to cywile.
Warszawiacy nie mówią tego głośno, ale wielu z nich w duszy nie chce, żeby tego dnia śpiewano piosenki, organizowano recitale, przypominano morowe panny. Mają już dość szlachetnych intencji, które z nadgorliwości przemieniły się w festiwal infantylizacji. „Miasto 44 „jak Matrix? A ci, którzy wcale walczyć nie chcieli – na co ich przemieli maszynka do robienia popkultury? To zresztą głupie pytanie. Skoro nawet „Wyklęci” wieszający ciężarne kobiety i rozrywający dzieciom brzuchy stali się bohaterami nowych westernów, to dlaczego nie skomercjalizować rzezi tego zrozpaczonego miasta?

 

Symulator umierania

W 2011 Zygmunt Miłoszewski powiedział „Krytyce Politycznej”: „Zamiast Muzeum Powstania Warszawskiego powinien powstać Symulator Umierania za Ojczyznę. Dzieci trafiałyby do takiej specjalnej kapsuły i tam by się mogły dowiedzieć, co to znaczy umrzeć samemu, w zimnie, mając za jedyne towarzystwo swoją oderwaną nogę”.
Ale wiadomo, nikt swojego dziecka do takiej kapsuły nie wsadzi. Zresztą pławienie się w turpizmie wcale nie jest konieczne. Wystarczy pomyśleć. Zamiast na drukowanie supertajnych ulotek lub koncert wokalistek poprzebieranych w stroje z lat 30., zabrać dziecko na spacer i pokazać zdjęcia z czasów, jak to miasto wyglądało po wojnie. Wytłumaczyć, dlaczego to nie powinno się nigdy wydarzyć. Opowiedzieć o strachu, zapewnić: „Nigdy nie chciałbym, żebyś musiał oddać swoje życie za ojczyznę”.
To jak z rzeźniami. Nie musimy zabierać tam dzieci, aby przekazać im smutną prawdę o kotlecie schabowym, który nie jest osobnym bytem, lecz wynikiem pewnego procesu.
Pamiętamy jednak słowa znanego katolickiego publicysty Tomasza Terlikowskiego. 1 sierpnia 2011, kiedy Miłoszewski zżymał się nad symulatorem umierania, on wyskoczył z opowieścią o tym, jak wspaniale jest wychować własne dziecko na powstańca. Takiego, który stoi na murach Starówki w za dużym chełmie na swojej dziecięcej głowie. Nigdy, przenigdy nie chciałabym, aby bliskie mi osoby szły z bronią na śmierć. Nie chcę, żeby moje dzieci uczyły się drukować ulotki na powielaczach i razem z wycieczką szkolną szły do udawanych kanałów, bawiąc się, że jeden jest „Zośką” a drugi „Alkiem”. Żeby myślały, że umierać za Polskę jest „fajnie”. Żeby jako nastolatki przeżywały wyreżyserowany katharsis przy piosenkach Lao Che (bez urazy, muzycznie to kawał świetnej roboty). Niech lepiej płacą podatki i nie śmiecą, czasem niech podniosą tyłki z siedzenia, kiedy do autobusu wsiada kobieta w ciąży.

 

Patriotyczne gacie

Przemysł gadżetów, który wykwitł wokół powstania to jeszcze inna bajka. Kilka lat temu w obiegu pojawiły się koszulki z nadrukowanymi ranami po kuli, opaski na ramię, naklejki na samochody, nawet patriotyczna pościel, w odmętach której można spłodzić prawdziwego Polaka.
„Głupota” – powiecie. – „brak szacunku” – powiecie. A jak ocenić lniane torby sprzedawane w sklepiku przy Muzeum Powstania Warszawskiego? W 2016 roku komandosi z Lubińca wespół z placówką urządzili kampanię przeciwko nadużywaniu symbolu powstańczej kotwicy. De facto kampanię przeciwko sobie samym.
Bohater jednego z filmów, pokazując torbę z powstańczym nadrukiem zapewniał, że nie należy chodzić z nią do sklepu ani do baru. Pytam więc, przy szczerym przekonaniu, że nie zwariowałam: po co ktoś produkuje i sprzedaje mi torbę na zakupy, a potem tłumaczy, że nie powinnam nosić w niej chleba i masła, bo to profanacja? Odpowiedź jest naturalnie prosta i jasna: bo najpierw przy produkcji musiała zarobić firma pana Henryka, a później, przy kręceniu filmików, firma pana Józefa. Szkoda, że nikt nie dostrzega absurdu sytuacji, bo najpierw wciska się ludziom przedmioty codziennego użytku, a potem zabrania użytkowania zgodnie z przeznaczeniem. To powstańcza komercha jest w końcu ok, czy nie ok? Jeśli nie, to zamknijcie całe to muzeum w diabły. Pawiak w zupełności wystarczy, żeby zrozumieć, do czego prowadzi nacjonalizm.
Mój znajomy, kawał mądrego chłopa, napisał na Facebooku, że gdyby był duchem poległego powstańca, chciałby, żeby uczczono jego zasługi śpiewając i bawiąc się. Ale za chwilę zrobił dopisek: gdybym był cywilem, który zginął w powstaniu, pewnie jednak nie chciałbym, żeby śpiewali.
Tymczasem jeden z czytelników „Trybuny” dzwonił do redakcji, aby podzielić się oburzeniem na widok oficjalnego plakatu, którym miasto uczciło 1 sierpnia: widać na nim uśmiechniętą postać na tle ruin. Drogi Czytelniku, ciesz się, że nie wystylizowali go na Dziki Zachód.

Stefan Okrzeja, bojownik PPS My, socjaliści

Polska pamięta o wielkich socjalistach: bohaterach, którzy walczyli nie tylko o niepodległość, ale i o równość społeczną. Oto jeden z nich.

 

W dniu 21 lipca minęła 113 rocznica stracenia przez władze carskie na stokach Cytadeli Warszawskiej Stefana Okrzei. Szczególnie on wyróżniał się patriotyzmem i wolą walki na tle młodych bojowców PPS, którzy zaangażowali się w aktywne działania w Rewolucji 1905 roku. Mimo upływu czasu był przywoływany zawsze jako symbol wielkiego zaangażowania i poświęcenia dla spraw niepodległości Polski i sprawiedliwości społecznej, dwóch zasadniczych wytycznych programowych Polskiej Partii Socjalistycznej.
Stefan Aleksander Okrzeja ps. „Witold”, „Ernest” urodził się 3 kwietnia 1886 we wsi Dębe (mazowieckie), zm. 21 lipca 1905 w Warszawie. Był robotnikiem, członkiem PPS i Organizacji Bojowej PPS, aktywnym działaczem socjalistycznym.
Początek XX wieku był na ziemiach polskich, ale także na terenie całej Rosji bardzo niespokojny. Wybuch wojny rosyjsko-japońskiej w lutym 1904 roku stanowił swego rodzaju punkt zwrotny w życiu Stefana Okrzei, podobnie jak w działalności całej PPS. Przejawiał się on we wzmożonej aktywności wystąpień antycarskich, głównie w formie demonstracji robotniczych. Demonstracje te, organizowane przez rzutkiego działacza okręgowego PPS Bolesława Bergera, przeprowadzały w Warszawie dziesięcioosobowe „grupy techniczne”. Okrzeja był chorążym „grupy praskiej”. Jako chorąży grupy był praktycznie jej organizatorem i komendantem odpowiedzialnym za sztandar. Najbardziej głośny był udział Stefana Okrzei w historycznej demonstracji 13 listopada 1904 roku na placu Grzybowskim w Warszawie, demonstracji zorganizowanej przez PPS przeciwko wojnie rosyjsko-japońskiej i przymusowej mobilizacji rekrutów do armii carskiej. Demonstracja ta stanowiła historyczny chrzest bojowy PPS i była zaczątkiem działań rewolucyjnych nazwanych później Rewolucją 1905 roku.
Najważniejszą i ostatnią akcją bojową Stefana Okrzei był udział w głośnym zamachu na znienawidzonego przez ludność Warszawy oberpolicmajstra płk. barona Karla Nolkena.
Okrzeja, ujęty przez policję, trzy miesiące później, po zaleczeniu ran, 13 czerwca 1905 roku, stanął przed Wojskowym Sądem Okręgowym w Warszawie. Zapadł wyrok śmierci.

 

Wieszaj bracie! po cóż stoisz?
Polak śmierci się nie lęka.
Każdy widzi, że się boisz,
Bo drży ci katowska ręka.
Jam za wolność ciągle walczył,
Wiem, co polska konstytucja
I ostatni okrzyk wznoszę:
Niechaj żyje rewolucja!

 

Według relacji historyka z 21 lipca 1905 r. „Wyrok wykonano błyskawicznie, nie zawiadamiając o nim nikogo. Na plac egzekucji Okrzeja szedł spokojnie. Na stokach cytadeli, koło szubienicy czekały na niego władze forteczne, administracyjne i prokuratorskie. Kat był w masce. Okrzeja prosił, aby mu nie zawiązywano oczu i aby mu pozwolono założyć stryczek własnoręcznie. Wadliwie u góry przymocowany sznur z haka się oślizgnął, Okrzeja upadł i egzekucja rozpoczęła się powtórnie. Okrutnym zbiegiem okoliczności bohaterski ten męczennik grozę śmierci miał przeżywać dwa razy”. (St. A. Radek, Rewolucja w Warszawie 1904-1909. Warszawa 1938).
Była to, po 19 latach, od czasu stracenia czterech działaczy partii „Proletariat”, pierwsza egzekucja więźnia politycznego. Okrzeja ginąc wzorem proletariatczyków wzniósł okrzyk: „Niech żyje rewolucja! Precz z caratem!” Pochowany został w nieznanym miejscu. Prasa robotnicza różnych kierunków zamieściła nekrologi Okrzei i artykuły protestacyjne. Wyrok uznano za polityczne morderstwo. Wzywano do kontynuowania rewolucyjnej walki z caratem. CKR i WKR PPS wydały odezwy protestacyjne.
Na wniosek Komisji Odznaczeniowej PPS Stefan Okrzeja został odznaczony w 1930 roku pośmiertnie przez Prezydenta II RP Orderem Odrodzenia Polski III klasy „za wybitną, ofiarną pracę dla Niepodległości w szeregach Organizacji Bojowej PPS”. W tym samym roku nadano mu również odznaczenie wojskowe „Krzyż Niepodległości z Mieczami”.
Stefan Okrzeja to wielka postać zasłużona dla niepodległości Polski, dla Polskiej Partii Socjalistycznej. Znalazł się w gronie Wielskich Socjalistów upamiętniony w księdze „Wielcy Socjaliści”, wydanej w 2017 roku. Stosunek do tej postaci współcześnie bywa różny, mimo, że wszystkie wielkie encyklopedie zaliczyły Stefana Okrzeję do wielkich bohaterów narodowych.
Najbardziej oburzająca próba miała miejsce w Warszawie w 1998 r., kiedy prasa ujawniła, że diecezja praska podjęła starania o przemianowanie ulicy Stefana Okrzei na Pradze, ciągnącej się od Wybrzeża Szczecińskiego do Targowej, na ulicę kardynała Aleksandra Kakowskiego. Zdecydowanie zaprotestowały przeciwko tym zamiarom środowiska lewicowe. Na łamach „Trybuny” Janusz Lewicki stwierdzał: „Są pewne granice, których nikomu przekraczać nie wolno… zwłaszcza tych ulic, których patronami są polscy rewolucjoniści. Żołnierze niepodległościowego czynu, któremu towarzyszyły trupy poległych, szubienice i Sybir, wprowadzeni na trwałe do literatury polskiej przez tej miary pisarzy i poetów, jak Stefan Żeromski, Andrzej Strug, Julian Tuwim i Władysław Broniewski”.
Dziś po latach pojawia się cały czas aktualne pytanie, czy Polska pamięta o swoich wszystkich bohaterach, którzy oddali życie w imię niepodległości państwa, wolności obywateli, sprawiedliwości społecznej. Można odnieść wrażenie, po wielu przykładach, że III Rzeczypospolita wybiera swych bohaterów selektywnie, na miarę doktryn politycznych rządzących ekip, a nie na miarę rzeczywistych zasług dla państwa, narodu, wolności, demokracji i sprawiedliwości. Stefan Okrzeja jest tego przykładem. Należy on do grona Wielkich Polaków i Wielkich Socjalistów, o których zapominać nie wolno.