Ceny energii idą w górę

Korzystanie z węgla sprawia, że polskie firmy muszą ponosić coraz wyższe opłaty z tytułu emisji CO2. W rezultacie będzie spadać konkurencyjność naszych przedsiębiorstw, co przełoży się na wolniejsze tempo rozwoju gospodarki.

Realne ceny energii w Polsce są dziś o wiele wyższe niż kilka lat temu – a to dopiero początek ich ostrego marszu w górę. Rząd PiS, walcząc o zwycięstwo w wyborach w tym roku dotował ceny energii, przeznaczając na ten cel dodatkowe środki z zaległych praw do emisji. Ceny są dotowane: dla odbiorcy indywidualnego w 100 proc., dla przedsiębiorców przynajmniej w połowie (Za pierwsze półrocze bieżącego roku firmom przysługują ceny energii z czerwca 2018. Nadpłaty mają być wyrównywane poprzez korekty w fakturach za kolejne miesiące).
Nie ma jednak środków na dotacje do cen energii w przyszłym roku. Jest już po wyborach, a napięty budżet pęka w szwach.
Znaczące podwyżki odczują zatem wszyscy, a Polska będzie miała jedne z najwyższych cen energii w regionie – ocenia Polskie Towarzystwo Gospodarcze.
Na wysokie ceny wpływają właśnie opłaty emisyjne. Stanowią one aktualnie 45-50 proc. kosztów energii w Polsce. W ciągu kilku lat cena opłat emisyjnych za tonę dwutlenku węgla wzrosła z 5 do 25 EUR. W lipcu tego roku został zaś dotychczasowy szczyt – uprawnienia kosztowały prawie 30 EUR. To nie koniec, bo Komisja Europejska postuluje, aby 30 EUR za tonę dwutlenku węgla było minimalną opłatą emisyjną. W związku z tym musimy być przygotowani na jeszcze wyższe ceny energii.
Inna ważna przyczyna wzrostu cen to polskie zapóźnienie energetyczne, pogłębiające się w ciągu ostatnich czterech lat. Mamy przestarzałe bloki energetyczne, których wydajność spada szczególnie w czasie upałów oraz niemodernizowaną infrastrukturę przesyłową. Tymczasem państwowe firmy energetyczne, zamiast inwestować w nowoczesność, angażują się w różne nierentowne przedsięwzięcia Skarbu Państwa.
Rosnące ceny energii to pożądany moment aby dokonać przeglądu energetycznego naszego przemysłu.
Różne maszyny mogą generować wyższe zużycie prądu, nawet nieużywane. Aby to sprawdzić trzeba zainstalować czujniki, które będą raportować zużycie energii przez poszczególne maszyny w danym czasie – proponuje Polskie Towarzystwo Gospodarcze,.
Jak szacuje PTG, dzięki wyeliminowaniu miejsc utraty energii można czasem zmniejszyć jej zużycie nawet o 30 proc. Warto też wyeliminować wszelkie miejsca utraty ciepła. Dotąd niewykorzystywane ciepło można zamienić na energię. Efektywność systemu skojarzonego w ten sposób także może być nawet o 30 proc. wyższa.
Może być – ale najpierw trzeba mieć pieniądze na takie działania, a rząd ani ich nie ma, ani nie spróbuje ich znaleźć. Będzie wiec tak jak u Kuby Sienkiewicza: „Wszyscy zgadzają się ze sobą, a będzie dalej tak jak jest”. Przecież o nadmiernej energochłonności polskiej gospodarki mówi się od prawie pół wieku i zawsze z tak samo marnym skutkiem.
Tym niemniej, technologia idzie do przodu. Panele fotowoltaiczne są dziś o wiele bardziej wydajne niż dziesięć lat temu. Gwałtowny wzrost cen energii wywołany opłatami emisyjnymi CO2 spowodował, że produkowanie energii z odnawialnych źródeł zaczęło być bardziej konkurencyjne nawet bez rządowych dopłat. Cena energii z OZE kształtuje się dziś na poziomie 240-250 zł za megawatogodzinę. Gdy zważyć, że w przyszłym roku średnie ceny energii mogą osiągnąć 300-330 zł/MWh, ta różnica staje się interesująca.
Problem z OZE jest jednak taki, że nie są one pewnym źródłem energii. Najmniej stabilne są oczywiście farmy wiatrowe. Bardziej – ogniwa fotowoltaiczne, w których intensywność produkcji prądu można projektować poprzez ekspozycję na słońce. Generalnie, w związku z niestabilnością OZE, mogą one tylko częściowo pokrywać zapotrzebowanie na prąd.
Na razie jesteśmy skazani na proste spalanie węgla, bo rząd nie inwestuje w inne możliwości. Produkcja energii w Polsce będzie więc nadal w dużym stopniu zależeć od kosztów emisji CO2. Spowoduje to, że ceny prądu zapewne będziemy mieć najwyższe w regionie.
Przełoży się to oczywiście na niską konkurencyjność polskich przedsiębiorstw. Znalezienie rozwiązań, które zminimalizują negatywne efekty tej sytuacji jest naglącym wyzwaniem strategicznym państwa polskiego – ale obecna ekipa z pewnością nie podejmie takiego wyzwania.

Strefa znosząca złote jaja

Gminy ściągają opłaty za parkowanie, nie zawsze przejmując się przepisami.

Nienależnie pobrane opłaty, przekraczanie przepisów przy anulowaniu kar, przetwarzanie danych osobowych bez stosownych upoważnień, nieprawidłowe oznaczanie stref parkowania (brak wymaganych białych linii) – to najważniejsze uchybienia jakie stwierdziła Najwyższa Izba Kontroli, która zajęła się strefami płatnego parkowania w miastach.
Niezgodność z przepisami podważała tym samym legalność dochodów uzyskiwanych z tytułu stref płatnego parkowania – co jednak nie oznacza, że miasta zechcą zwrócić te pieniądze obywatelom.
W Polsce systematycznie rośnie liczba zarejestrowanych pojazdów. Według danych Polskiego Związku Motorowego w 1990 r. w Polsce było zarejestrowanych ponad 9 mln pojazdów, z czego samochody osobowe stanowiły 58 proc. W ubiegłym roku po polskich drogach jeździło już prawie 30 mln pojazdów, spośród których ponad 22 mln to samochody osobowe (78 proc. ). Oznacza to, że w tym czasie liczba aut osobowych jeżdżących po polskich drogach wzrosła prawie czterokrotnie.
Taki wzrost szybko odbił się na płynności ruchu w miastach i braku miejsc do parkowania. W konsekwencji samochody były parkowane w przypadkowych miejscach, często z naruszeniem przepisów. Lekarstwem na komunikacyjny chaos miały stać się strefy płatnego parkowania.
Żeby taka strefa powstała i prawidłowo funkcjonowała, muszą być spełnione określone warunki. Gmina w odpowiedniej uchwale powinna określić warunki funkcjonowania strefy, zgodnie z ustawą o drogach publicznych. Te najważniejsze to limit wysokości opłat oraz sposób ich pobierania.
Strefy płatnego parkowania muszą być prawidłowo oznakowane, a obsługa stref, rzetelna i terminowa. Obsługa oznacza głównie kontrolę uiszczania opłat za parkowanie, dochodzenie należności z opłat dodatkowych (czyli nałożonych kar za brak opłaty) oraz wydawanie abonamentów dla uprawnionych i prowadzenie rozliczeń z administratorem strefy.
Przepisy dotyczące tworzenia stref płatnego parkowania obowiązują od 2003 r. w niemal niezmienionym kształcie. Mimo to uchwały gmin w tych sprawach wciąż budzą liczne wątpliwości, wielokrotnie rozstrzygane przez sądy administracyjne. Główne punkty sporne dotyczą prawidłowości oznakowania miejsc postojowych, możliwości kwestionowania zasadności nałożenia kary, oraz traktowania numerów rejestracyjnych pojazdów jako danych osobowych.
Zgodnie z ustawą o drogach publicznych, opłatę pobiera się za postój pojazdów samochodowych w strefie płatnego parkowania, w wyznaczonym miejscu, w określone dni robocze, oraz w określonych godzinach lub całodobowo. Pojawiły się jednak wątpliwości czy sobotę należy traktować jako dzień roboczy.
„Wprawdzie w ustawie nie zdefiniowano tego pojęcia, jednak zgodnie z wypracowaną już od 2011 r. linią orzeczniczą sądów administracyjnych taki dzień powinien być traktowany na równi z dniami ustawowo wolnymi od pracy. Tym samym niedopuszczalne było pobieranie opłat za postój pojazdów w strefie w soboty” – uznaje NIK. Tymczasem w niektórych polskich miastach uchwały samorządów nakładały obowiązek uiszczania opłat za parkowanie również w soboty. NIK uznała te dochody za nieuzasadnione.
Izba nie do końca ma tutaj rację. Wprawdzie miłoby było nigdy w soboty nie płacić za parkowanie, ale trzeba pamiętać, że pojęcie „ustalonej linii orzeczniczej” formalnie nic nie znaczy z prawnego punktu widzenia. Nie jest to żadna urzędowo obowiązująca wykładnia czy interpretacja, więc miasta – niestety – w majestacie prawa mogą od nas w soboty ściągać opłaty za parkowanie.
Z jednej strony wiadomo oczywiście, że sobota to nie jest dzień roboczy, ale z drugiej strony, puryści prawni wskazują, że są przecież takie rodzaje pracy, które muszą być wykonywane także w soboty i niedziele, a więc z dogmatyczno-prawnego punktu widzenia, szósty dzień tygodnia można uznawać za roboczy. Chwała zatem tym samorządom, które jednak powściągnęły swą sobotnią pazerność. A dla gmin płatne parkowanie to opłacalny biznes. We wszystkich miastach dochody związane z funkcjonowaniem strefy przewyższały wydatki ponoszone na ten cel.

Nie warto od nich pożyczać

Ci, co potrzebują pieniędzy, ale nie mają bankowej zdolności kredytowej, narażeni są na ataki oszustów.

Problem polega na tym, że Polacy muszą pożyczać pieniądze na różne cele, a banki niechętnie udzielają pożyczek.
Dzięki temu świetnie prosperują firmy pożyczkowe, które niejednokrotnie naciągają swoich klientów, lub nie są w ogóle żadnymi firmami pożyczkowymi lecz zwykłymi oszustami.

Mrówka znikająca

Federacja Konsumentów otrzymała sygnały z rynku o nieuczciwej firmie oferującej pożyczki osobom w trudnej sytuacji finansowej – jak oznajmia na swojej stronie Kredyt Mrówka (www.mrowkakredyt.com) – na spłatę długów i komornika.
A więc firma ta chce wychodzić naprzeciw osobom w naprawdę skrajnie trudnej sytuacji. I nic nie sprawdza, bo oferta z założenia skierowana jest do konsumentów, którzy nie dostaną kredytu w banku, bo nie mają zdolności kredytowej, są już w rejestrze dłużników, mają kiepską historię ze spłatami innych kredytów itp.
Tak więc wystarczy wypełnić wniosek on-line, by otrzymać kredyt nawet do 50 tysięcy złotych, który można spłacać 12 lat!
Zacytujmy za Kredyt Mrówką:
Kto może dostać kredyt bez BIKu? „Kredyt bez BIKu otrzymać mogą osoby, które są zadłużone i figurują w rejestrze dłużników. Mogą one liczyć na ofertę finansową ze strony instytucji finansowych, które oferują pożyczki pozabankowe. W ten sposób nagła potrzeba pozyskania gotówki bez pośrednictwa banku jest możliwa, jednak trzeba się liczyć z wyższymi kosztami takiej usługi”.
A jakie to są te wyższe koszty takiej usługi? Znowu cytat, tym razem z umowy kredytu ratalnego opisanej firmy: „Warunkiem koniecznym umowy jest Wykupienie Polisy Ubezpieczeniowej w wysokości 145,00 zł”.
I w zasadzie to by było wszystko, bo po wpłaceniu tej kwoty „ubezpieczenia” kontakt z firmą urywa się. Konsumenci nie otrzymują zaś żadnej pożyczki.
Trzeba przyznać, że kwota jest relatywnie śmiesznie niska w przypadku ubezpieczenia 30 czy 50 tys zł pożyczanych przez osobę ekstremalnie zadłużoną lub już z komornikiem w domu. Ale z drugiej strony naciągnięte zostały osoby, które mają problemy finansowe i dla nich ta kwota może być duża!
Ponieważ oprócz Federacji Konsumentów, zgłoszenie podejrzenia wyłudzenia przez firmę Kredyt Mrówka otrzymały również inne instytucje, można mieć nadzieję, że – podobnie jak w przeszłości w przypadku innych firm-pośredników finansowych grasujących na rynku i naciągających konsumentów – wszczęte zostanie postępowanie wyjaśniające, by chronić ludzi w przyszłości.

Nie udzielają i nie oddają

Co pozostaje tym, którzy dziś szukają pożyczki? Trzeba powtarzać jak mantrę – muszą przeczytać umowę. Ponadto, należy ostrożnie podchodzić do firm, które żądają opłat przed zawarciem umowy.
W przeszłości Federacja Konsumentów miała wiele skarg na firmy, które pobierały opłaty przygotowawcze, potem z różnych powodów oceniały, że konsument nie ma zdolności kredytowej lub żądały kolejnych zabezpieczeń, pożyczek nie udzielały – ale wstępnych, często wysokich, opłat oczywiście nie zwracały.
Warto również sprawdzić, czy dana firma jest wpisana do rejestru pośredników kredytowych, co w przypadku podmiotów prowadzących działalność w zakresie pośrednictwa kredytu konsumenckiego jest wymagane prawem. Rejestr znaleźć można na stronie Komisji Nadzoru Finansowego.
Niedawno Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów wydał ostrzeżenie przed firmą GELDOR Artur Karwot z Rybnika, alarmując, że jej działalność może narazić wiele osób na znaczne straty finansowe.
Przedsiębiorca ów stworzył co najmniej 81 serwisów internetowych, w których zachęca do brania pożyczek. Są to m.in.: as-chwilowka.pl, bezbiku.pro, rozsadnapozyczka.pl, kredyt-na-pesel.pl, wybierzpieniadze.pl, gotowka.online, tysiaczek.pl (pełna lista w tabelce pod komunikatem).
Na stronach jest suwak, który umożliwia wybór parametrów pożyczki i podaje jej przykładowe warunki. Znajdują się na nich również takie hasła jak: „Potrzebujesz szybko gotówki? Wybierz sobie niebiańską Pożyczkę!”, „Pożyczki online od zaraz”. Firma zamieszcza także rzekome komentarze internautów z podziękowaniami.
Nazwy serwisów, ich wygląd i przekaz marketingowy wywołują wrażenie, że przedsiębiorca udziela kredytów. Tak jednak nie jest. Jego działalność polega na zbieraniu danych osobowych. Udostępnia je potem na stronie, do której mają dostęp potencjalni pożyczkodawcy. Firma GELDOR pobiera od konsumentów opłaty w formie SMS Premium, np. za aktywację wniosku o udzielenie pożyczki czy sprawdzenie jego statusu. W zależności od serwisu może to być do 30,75 zł.

Za duże ryzyko

– Konsumenci nie wysyłaliby płatnych SMS-ów, gdyby przedsiębiorca rzetelnie ich poinformował, że nie jest pożyczkodawcą ani pośrednikiem kredytowym i nie będzie rozpatrywać ich wniosków. Naszym zdaniem firma wprowadziła ich w błąd i naraziła na straty. Dlatego zdecydowaliśmy się na wydanie ostrzeżenia – mówi Marek Niechciał, prezes UOKiK. Urząd wydaje takie ostrzeżenie gdy uzna, że firma stosuje nielegalną praktykę, która może narazić wiele osób na znaczne straty finansowe lub niekorzystne skutki. Ostrzeżenia są zamieszczane na stronie internetowej urzędu.
Dwie inne firmy kusiły klientów obietnicami: „Pierwsza pożyczka do 2000 zł za darmo”, „nawet w 15 minut” – zapowiadały Net Credit i Incredit, ale żadna z tych obietnic nie była w pełni prawdziwa. Obie firmy podawały też w reklamach zaniżoną wysokość rzeczywistej rocznej stopy oprocentowania, a Incredit dodatkowo źle naliczał odsetki.
UOKiK nałożył na te dwie firmy w sumie ponad 1,65 mln zł kar.
„Darmowa” pożyczka. Net Credit i Incredit zapewniały w reklamach, że nowi klienci dostaną pierwszą pożyczkę do 2000 zł na 30 lub 61 dni „za darmo”. Natomiast w umowach stawiały jednak warunek – terminową spłatę. Jeśli klient się spóźnił, płacił prowizję, czasem także odsetki – np. w Net Credit było to 500 zł przy 2000 zł pożyczki.
W przypadku niedotrzymania terminu spłaty pożyczki rzeczywiście darmowej, klient byłby zobowiązany do zapłaty odsetek za każdy dzień opóźnienia. Natomiast w przypadku tych firm musiał dodatkowo zapłacić warunkowo zawieszone wynagrodzenie pożyczkodawcy.
Opóźnienie w spłacie pożyczki promocyjnej wiązało się zatem z większym kosztem, niż sugerowała to reklama. Mogło to wprowadzać konsumentów w błąd co do ryzyka wiążącego się z zaciągnięciem tej pożyczki. Niestety, w Polsce pożyczanie pieniędzy od jakichkolwiek firm to w ogóle bardzo duże ryzyko.

Nieubankowieni mogą podejść

Banki w Polsce robią co mogą, aby zniechęcić klientów do otwierania darmowych kont.

 

Od 8 sierpnia każdy bank i każda spółdzielcza kasa oszczędnościowo-kredytowa powinny oferować za darmo podstawowy rachunek płatniczy.
Taki obowiązek nakłada na nie ustawa o usługach płatniczych, która wprowadza do naszego prawa przepisy unijne. Z rachunków tych mogą korzystać wyłącznie osoby, które nie mają kont w innych bankach lub SKOK-ach. „Unijne konto” ma być bezpłatne, tak jak i wydana do niego karta debetowa.

 

Nie ma się co śpieszyć

Tymczasem, banki w Polsce robią co mogą, by zniechęcić klientów do zakładania bezpłatnych podstawowych rachunków płatniczych, które muszą mieć w swojej ofercie.
Przy tych „darmowych” kontach pojawia się więc wiele dodatkowych opłat. Brak dostępu do bankowości elektronicznej, płatne kody SMS do autoryzacji transakcji czy opłaty za rezygnację z karty – to tylko niektóre przykłady.
Banki miały dwa lata na wprowadzenie takich kont do oferty, ale większość czekała na ostatni możliwy termin.
Zgodnie z unijnymi przepisami, obowiązującymi w naszym kraju, za darmo ma być 5 pierwszych transakcji płatniczych w miesiącu (zlecenie przelewu, polecenie zapłaty, zlecenie stałe), wypłaty z bankomatów własnych banku, a także 5 wypłat z bankomatów obcych w miesiącu. Bank lub SKOK nie może oferować do konta żadnych produktów kredytowych.
Za pozostałe operacje, instytucje oferujące darmowe rachunki mają prawo pobierać opłaty zbliżone do opłat pobieranych w innych rachunkach. Takie opłaty pojawiają się po przekroczeniu limitu bezpłatnych przelewów czy wypłat z obcych maszyn. Ponadto, banki naliczają opłaty na przykład za przelewy zagraniczne, przelewy natychmiastowe czy korzystanie z wpłatomatów obcych.

 

Darmo ale nie całkiem

Podstawowe „unijne” konta są wprawdzie za darmo, ale z ograniczeniami. Redakcja Bankier.pl sprawdziła warunki cenowe dla podstawowych rachunków płatniczych. Otóż, część operacji jest tak samo płatna, jak w przypadku standardowych kont. Banki naliczają też opłaty za przelewy czy korzystanie z obcych bankomatów po wyczerpaniu przez klienta darmowych limitów.
Pojawiają się również inne ograniczenia – na przykład opłaty za SMS-y autoryzacyjne lub brak dostępu do kanałów internetowych.
Bankom w Polsce oczywiście nie zależy na promowaniu bezpłatnych rachunków płatniczych, więc nie śpieszą się z publikacją informacji na ich temat. Tylko nieliczne zamieściły na swoich stronach internetowych informacje o darmowych kontach. Większość ograniczyła się jedynie do opublikowania cennika w tabeli opłat i prowizji.

 

Żeby nie było za łatwo

Kilka banków zdecydowało się utrudnić nieco życie osobom, które zdecydują się na bezpłatny rachunek.
Na przykład w Eurobanku użytkownik podstawowego rachunku płatniczego nie będzie miał dostępu do bankowości internetowej i mobilnej. Bank nie ma obowiązku udostępniać takiego kanału, więc klient będzie mógł zlecać przelewy lub sprawdzać saldo tylko w placówce. Saldo sprawdzi też w bankomacie – ale za 2,50 zł.
Bank Pekao pobiera z kolei 20 groszy za każdy SMS służący do autoryzacji przelewu. W PlusBanku istnieje opłata w wysokości 17 groszy za SMS służący do logowania. Posiadacze podstawowego rachunku w Credit Agricole nie mogą skorzystać z przelewów natychmiastowych (taka operacja zarezerwowana jest tylko dla posiadaczy wybranych kont). W PlusBanku za rezygnację z karty debetowej posiadacz darmowego rachunku zapłaci 30 zł, a w Eurobanku za odstąpienie od umowy w ciągu 90 dni, wyda 5 zł.
– Podstawowe rachunki płatnicze nie zawojują rynku. W założeniu są to produkty dla osób „nieubankowionych”, które nie korzystają z oferty banków. W praktyce dziś już niemal każdy bank oferuje konto, które po spełnieniu niektórych warunków może być za darmo. Opłaty nie wydają się więc barierą. Nieubankowieni nie korzystają z oferty banków z innych powodów – nie mają zaufania do instytucji finansowych lub po prostu nie mają potrzeby posiadania konta – komentuje Wojciech Boczoń, analityk Bankier.pl.

Żerowanie na migrantach

Ministerstwo Spraw Wewnętrznych Wielkiej Brytanii znalazło się pod ostrzałem organizacji broniących praw człowieka. Powód? Resort inkasje miliony poprzez windowanie cen wniosków o obywatelstwo dla dzieci. Jeszcze gorsza praktyka ma miejsce w stosunku do dzieci nielegalnych imigrantów. Zjednoczone Królestwo rozdziela rodziny i separuje pociechy od rodziców, tak samo jak administracja Trumpa.

 

„Independent” donosi, że praktykami brytyjskiego MSW ma zająć się niezależny inspektor do spraw migracji. Po pierwsze – ma przyjrzeć się kosmicznym opłatom za obywatelstwo: dzieci imigrantów urodzone w Wielkiej Brytanii lub te, które zostały na Wyspy przywiezione jako maluchy, nie mogą brać udziału np. w szkolnych wycieczkach ani ubiegać się o miejsce na wyższej uczelni, jeżeli ich rodzice nie uregulują spraw związanych z obywatelstwem.

Koszt jest niewiarygodnie wysoki: jednorazowo należy wnieść opłatę w wysokości 1102 funtów (za wniosek o przyznanie obywatelstwa), a co 2,5 roku należy płacić 1033 funty (pozwolenie na pobyt dla dziecka lub osoby dorosłej) z dodatkowym ubezpieczeniem zdrowotnym za 500 funtów.

Postępowanie administracyjne, jak wyliczono, wynosi tylko 372 funty. MSW generuje na rodzinach imigrantów olbrzymie dochody. Wniesionych opłat nie zwraca się nawet wtedy, kiedy odpowiedź urzędu będzie odmowna i obywatelstwo nie zostanie przyznane. Ceny te drastycznie poszły w górę w ciągu ostatnich kilku lat. Jest to de facto zarabianie na kryzysie imigracyjnym.

Kolejną skandaliczną praktyką jest powielanie szkodliwych wzorców z USA – rozdzielanie rodziców i dzieci, jeżeli ci pierwsi trafią do aresztu imigracyjnego. Stowarzyszenie „Zatrzymani” podaje, że co roku Wielka Brytania oddziela co roku oddziela dzieci od rodziców – choć w oficjalnych wytycznych Home Office taka sytuacja nie powinna następować. Stowarzyszenie reprezentowało już jednak 155 rodzin w takich sprawach. Tylko w ciągu ostatnich 3 miesięcy rozdzielono 16 rodzin imigrantów, w 2014 zaś 11 rodziców zostało deportowanych bez dzieci. Średni okres pobytu w areszcie imigracyjnym wynosi 270 dni. Przez ten czas dzieci pozostają pod opieką urzędników lub trafiają do rodzin zastępczych.