Nie daj się wykluczyć (nowym podatkiem)

Planowane rozszerzenie opłaty reprograficznej, prowadzące do wzrostu cen urządzeń elektronicznych, zwiększy wykluczenie cyfrowe Polaków.
4,51 mln Polaków w wieku 16 – 74 lata (czyli 15,5 proc. tej grupy) nigdy nie korzystało z internetu. Jeszcze więcej osób z tego przedziału wiekowego (4,78 mln) nigdy w ogóle nie posługiwało się komputerem.
Pandemia SARS-CoV-2 spowodowała przeniesienie wielu aktywności do przestrzeni wirtualnej – co powinno spowodować, że poprawiają się kompetencje cyfrowe Polaków. Federacja Konsumentów twierdzi jednak, że stało się inaczej. Jak wskazuje ta organizacja, lockdown, a także inne ograniczenia życia społecznego i gospodarczego jakie miały miejsce w czasie pandemii pogłębiły cyfrowe wykluczenie mieszkańców naszego kraju.
Największe problemy z komunikowaniem się i korzystaniem z informacji za pośrednictwem komputera mają seniorzy, a także uczniowie, mieszkańcy wsi i niepełnosprawni. Mówi o tym raport Federacji Konsumentów pt. „Wykluczenie cyfrowe podczas pandemii. Dostęp oraz korzystanie z internetu i komputera w wybranych grupach społecznych”.
Pod względem wykluczenia cyfrowego w Unii Europejskiej gorsza sytuacja niż w Polsce jest jeszcze w sześciu państwach (Portugalia, Grecja, Rumunia, Chorwacja, Bułgaria i Włochy), ten sam wynik co my ma Litwa, a lepsza sytuacja jest w aż 19 krajach UE, w tym – jak widać – w niemal wszystkich z naszego regionu.
Wynik Polski (15 proc. mieszkańców niekorzystających nigdy z internetu) jest znacznie poniżej średniej dla państw UE, wynoszącej 9 proc. Pod względem liczby osób, które nigdy nie korzystały z komputera także zajmujemy 20. miejsce. Za nami jest ta sama szóstka państw, tylko w innej kolejności. Tu wynik Polski (19 proc.) również jest znacznie poniżej średniej unijnej wynoszącej 14 proc.
Najbardziej na wykluczenie narażone są oczywiście gospodarstwa domowe o najniższych miesięcznych dochodach (poniżej 2500 zł netto). Dominują one wśród wszystkich polskich gospodarstw nie posiadających dostępu do technologii informacyjno-komunikacyjnych (ICT).
Problem braku lub nieużywania komputera dotyczy w Polsce większej liczby osób niż problem braku dostępu lub nie korzystania z internetu. Wynika to z faktu, że w Polsce komputer stacjonarny nie jest już najpopularniejszym narzędziem do korzystania z internetu. 73 proc. internautów wykorzystuje do tego urządzenia mobilne, najczęściej smartfony. Wśród najczęściej wymienianych przyczyn braku dostępu do internetu w domu należy zauważyć zbyt wysokie koszty sprzętu (21,6 proc.) oraz zbyt wysokie koszty dostępu do sieci (14,7 proc.).

  • W ostatnich latach temat wykluczenia cyfrowego w Polsce nie był poruszany często, ponieważ trendy w tym zakresie były pozytywne. Jednak sytuacja zmieniła się w roku 2020 w wyniku zmian w życiu społecznym i gospodarczym. Naszą intencją jest pokazanie kto i dlaczego w Polsce nie ma dostępu i nie korzysta z technologii informacyjno-komunikacyjnych oraz w jaki sposób na ten stan rzeczy wpłynęła pandemia koronawirusa – mówi Kamil Pluskwa-Dąbrowski, prezes Federacji Konsumentów.
    Najbardziej spektakularnym przykładem wymuszonego wkraczania w wirtualną rzeczywistość było przestawienie niemal z dnia na dzień całego systemu edukacji z trybu stacjonarnego na zdalny.
    4,6 mln uczniów i 1,2 mln studentów zostało zmuszonych okolicznościami do udziału w lekcjach i wykładach wprost ze swoich domów. Do tego celu w zdecydowanej większości musieli wykorzystać własny sprzęt elektroniczny i łącza internetowe. Jak wskazuje Federacja Konsumentów, problem w tym, że aż 50-70 tys. uczniów w Polsce nie posiadało w domu żadnego komputera lub tabletu. 25 proc. uczniów (czyli ponad 1 mln uczniów) musiało współdzielić urządzenia z rodzeństwem, które w tym samym czasie miało lekcje on-line lub z pracującymi zdalnie rodzicami. Uniemożliwiało im to pełny udział w zdalnej edukacji.
    81 proc. dyrektorów szkół wskazało w badaniu FK, że główny problem edukacji zdalnej polegał właśnie na braku dostępu uczniów do odpowiedniego sprzętu. Zbyt wysokie koszty sprzętu i dostępu stanowiły barierę w posiadaniu dostępu do internetu w domu zwłaszcza dla gospodarstw domowych w mniejszych miastach i na wsiach.
  • Dziś ceny urządzeń w Polsce są niższe niż w państwach Europy Zachodniej, a mimo to dla wielu Polaków są jeszcze za drogie. To niezwykle ważna informacja z uwagi na planowane rozszerzenie opłaty reprograficznej na nowe urządzenia, takie jak smartfony, tablety, laptopy i komputery stacjonarne. Jakakolwiek podwyżka uderzy właśnie w najbiedniejszych, a to spowoduje, że próby ograniczenia wykluczenia cyfrowego będą skazane na porażkę. Od wielu miesięcy wskazujemy, że obecny czas w szczególny sposób nie sprzyja wprowadzaniu nowych obciążeń, w tym tzw. podatku od smartfonów – podkreśla Kamil Pluskwa-Dąbrowski.
    Dodaje on, że Federacja Konsumentów apeluje o porzucenie pomysłu obciążenia urządzeń elektronicznych nową daniną, która uderzy w polskich konsumentów. Co więcej, nie ma ona żadnego logicznego uzasadnienia, co zostało wypunktowane w liście do wicepremiera Piotra Glińskiego, dlatego tym bardziej mogą dziwić prace nad „podatkiem od smartfonów”.
    Wspomniany list Federacji Konsumentów zwracał uwagę, że bardzo niepokojąca jest zapowiedź wprowadzenia nowego podatku od urządzeń elektronicznych: smartfonów, tabletów, laptopów czy telewizorów z funkcją smart.
    Nowa opłata nałożona na smartfony, tablety, komputery i telewizory smart uderzy w konsumentów i zwiększy skalę wykluczenia cyfrowego Polaków. Tymczasem, sytuacja związana z pandemią pokazała, że nie do końca jako społeczeństwo jesteśmy technicznie przygotowani na włączenie się w system pracy, nauki czy po prostu codziennego funkcjonowania w trybie on-line. Stąd apel FK o całościowe przemyślenie systemu opłat reprograficznych.
    Jest to reakcja organizacji chroniącej prawa konsumentów na postulat Stowarzyszenia Autorów ZAiKS, by wymienione urządzenia objąć opłatą reprograficzną. Miałaby ona trafiać do organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi (czyli głównie właśnie do ZAiKS-u), a za ich pośrednictwem częściowo do artystów. ZAiKS postuluje, by opłata wynosiła nawet 6 proc. i znalazła się w projekcie ustawy o zawodzie artysty zawodowego. „To oznacza niebotyczne i nieakceptowalne koszty dla polskiego społeczeństwa” – wskazuje Federacja Konsumentów.
    Za sprawą rozszerzenia opłaty reprograficznej do organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi miałaby trafiać rocznie bardzo duża kwota sięgająca około 1 mld zł rocznie. To oznacza, że te pieniądze zostaną zabrane z naszych domowych budżetów.
  • W sytuacji, w której wszyscy się teraz znaleźliśmy, kiedy jeden laptop w domu okazuje się niewystarczający, te sprzęty stały się dobrem pierwszej potrzeby. To już nie jest jakieś ekskluzywne dobro służące rozrywce, każde gospodarstwo domowe go potrzebuje – i to często więcej niż jednej sztuki. Uważamy, że sięganie do kieszeni Polaków w takiej sytuacji jest mocno niepokojące – uważa prezes Federacji Konsumentów.
    W liście do ministra kultury FK stwierdziła, iż z niepokojem przyjęła jego publiczną deklarację, dotyczącą obłożenia konsumentów nowym podatkiem. Potrzebna jest rzetelna debata w tej sprawie, ponieważ w przekazach medialnych pojawiają się manipulacje, które wprowadzają społeczeństwo w błąd. Nieprawdą jest na przykład, że tylko w Polsce nie została wprowadzona opłata na smartfony i tablety. Na taki ruch nie zdecydowała się np. Łotwa, gdzie po przeprowadzeniu badań dotyczących rzeczywistego poziomu kopiowania dzieł na własny użytek, stwierdzono brak uzasadnienia do wprowadzenia podatku. W Wielkiej Brytanii oraz Finlandii podobny podatek został zniesiony i zastąpiony alternatywnymi rozwiązaniami. Również w Hiszpanii zbliżone rozwiązanie zostało już wycofane.
    Proponowana opłata będzie w rzeczywistości oznaczać kolejne opodatkowanie tego, za co już płacą konsumenci. Poza podatkami, z których artyści otrzymują dotacje, odbiorcy samodzielnie wybierają i opłacają przecież platformy streamingowe (np. Tidal, Spotify, Apple Music). Wypłacają one część zysku artystom, a ponadto polski rząd obciążył niedawno platformy VoD (np. Netflix, Ipla, Player) nowym podatkiem w wysokości 1,5 proc. W niedalekiej przyszłości czeka nas również implementacja przepisów dotyczących podatku cyfrowego, nad którymi pracuje Komisja Europejska i który będzie regulował kwestie dotyczące pozostałych platform.
    Sektor cyfrowy generuje coraz większe wynagrodzenia dla twórców, a honoraria autorskie w 232 organizacjach zrzeszonych w CISAC-u (Międzynarodowa Konfederacja Związków Autorów i Kompozytorów) osiągnęły rekordową wartość 9,7 miliarda euro. Kompozytor Jean-Michel Jarre, prezes CISAC-u, podkreślił w raporcie z listopada 2019 roku, że „Cyfrowa jest nasza przyszłość”.
    Nowe prawo w istocie dotknie przede wszystkim konsumentów, co będzie prowadzić do wzrostu cyfrowego wykluczenia, zwłaszcza w rodzinach mniej zamożnych. W dodatku to głębokie sięgnięcie do kieszeni Polaków ma nastąpić w momencie, kiedy konsumenci są w okresie wielkiej niepewności o swoje dochody na progu kryzysu gospodarczego. Urządzenia elektroniczne są potrzebne do zdalnej pracy, szukania możliwości zarobkowych. Miliony polskich dzieci potrzebują sprzętu typu laptop lub tablet do zdalnej nauki. Jedno takie urządzenie, zwłaszcza w rodzinach wielodzietnych, już nie wystarcza w rzeczywistości kształtowanej przez COVID-19.
    Ponadto możliwości finansowego wsparcia artystów już istnieją. Obecnie konsumenci płacą organizacjom artystów ponad 30 milionów złotych rocznie tylko z tytułu tzw. czystych nośników, czyli na przykład pendrive’ów czy dysków twardych. Ta danina dotyczy nawet papieru do kserokopiarek. W dodatku sam ZAiKS dysponuje obecnie około miliardem złotych wolnych środków, z których w ramach działalności statutowej tej organizacji mógłby uruchomić fundusz wsparcia artystów w czasie pandemii COVID-19. Jednak zdaniem FK, zarządzanie tymi środkami jest po prostu nieefektywne.
    Co więcej, pod rządami PiS trzeba pamiętać, że raz wprowadzony para-podatek zostanie z nami na zawsze. Opłata reprograficzna dotyczy rekompensowania konkretnych strat twórców. Co do zasady ma rekompensować twórcom straty ponoszone z powodu tego, że konsumenci zamiast kupować treści kopiują je i przechowują na użytek własny. Stąd trudno jest zrozumieć konkretne straty artystów, związane z zakupem i używaniem telefonów czy telewizorów. „Smartfony, tablety, laptopy czy telewizory nie są w obecnych czasach urządzeniami wykorzystywanymi do kopiowanie sztuki” – podkreśla Federacja Konsumentów.
    W rezultacie, nie ma logicznego związku pomiędzy zakupem smartfona a szkodą, którą poniesie jakikolwiek artysta. Konsumenci używają laptopów czy smartfonów do zupełnie innych celów. Korzystają głównie z treści pobieranych online z Internetu, komunikacji mailowej czy za pośrednictwem komunikatorów. Potwierdza to szybki rozwój platform cyfrowych.
  • W dzisiejszych czasach mało kto trzyma pliki muzyczne na swoim telefonie. Środowisko, które proponuje to rozwiązanie, w ogóle nie uwzględnia tych argumentów. Opiera się na stereotypie i opinii wyrobionej kilkanaście lat temu, kiedy nie mieliśmy powszechnego dostępu do internetu i kiedy podstawowym narzędziem była MP3. Ale ta sytuacja się już zmieniła, świat się scyfryzował – twierdzi prezes Kamil Pluskwa-Dąbrowski.
    Biorąc to wszystko pod uwagę, FK apeluje o sprawiedliwe traktowanie różnych branż i środowisk, szczególnie w kontekście finansowania z planowanego para-podatku funduszu emerytalnego artystów. I pyta, czy inne grupy społeczne też mogą liczyć na analogiczne rozwiązania?
    Dziś chodzi przede wszystkim o przeciwdziałanie wykluczeniu cyfrowemu w Polsce, co wymaga współpracy wielu podmiotów i środowisk. Niezbędne jest współdziałanie państwa, samorządów, sektora prywatnego i organizacji pozarządowych. Działania te powinny pomóc w zwiększaniu dostępu do sprzętu i infrastruktury (przede wszystkim wśród grup zagrożonych wykluczeniem) oraz zwiększaniu kompetencji cyfrowych Polaków.

Nowa opłata podniesie ceny elektroniki

Zarobi ZAiKS oraz inne organizacje zbiorowych praw autorskich, skorzystają też twórcy. Reszta Polaków straci.
Rząd PiS planuje rozszerzenie tzw. opłaty reprograficznej na laptopy, komputery stacjonarne, tablety, telewizory i smartfony. Jest to opłata, która ma stanowić rekompensatę dla twórców za wielokrotne odsłuchiwanie ich utworów na użytek osobisty przez osoby fizyczne.
Dziś kwoty z tytułu opłat reprograficznych uiszczane są w Polsce przez producentów i importerów drukarek, kserokopiarek, skanerów, faksów, magnetowidów oraz tzw. czystych nośników (kaset magnetofonowych, kaset VHS, płyt CD i DVD, papieru formatu A3 i A4). Ciężar opłaty, która w efekcie zwiększa cenę urządzenia lub nośnika, obciąża końcowego nabywcę produktu czyli każdego z nas.
Maksymalna stawka opłaty wynosi 3 proc. ceny sprzedaży urządzenia lub nośnika (w praktyce, od 1 do 3 proc.). Stawkę dolicza się do ceny tych urządzeń i materiałów, a potem przekazuje na rzecz organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi (u nas to głównie ZAiKS). Organizacje zbiorowego zarządzania prawami autorskimi, po potrąceniu (sowitych) kosztów inkasa opłat, przekazują część otrzymanych kwot twórcom jako wspomnianą rekompensatę.
W Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego trwają prace nad projektem ustawy, który ma wprowadzić opłatę m.in. na smartfony, tablety, telewizory i komputery, podnoszącą oczywiście cenę tego sprzętu. Przeciwko takiemu rozwiązaniu jest około 75 proc. osób, które wzięły udział w badaniu przeprowadzonym przez Social Changes na przełomie stycznia i lutego br. W badaniu wzięła udział grupa ponad 2 tys. osób. Wynik tego sondażu był oczywisty, bo trudno, żeby ktoś popierał to, że przyjdzie mu więcej zapłacić. Należy się wręcz dziwić, że znalazło się aż 25 proc. badanych nie mających nic przeciwko rozszerzeniu opłaty reprograficznej.
Z sondażu wynika również, że 86 proc. Polaków uznaje taką opłatę za dodatkowy podatek, a ponad połowa ankietowanych uważa, że państwo powinno obniżyć opodatkowanie elektroniki w czasie pandemii. Deklarują oni, że po po wprowadzeniu opłaty będzie kupować sprzęt rzadziej (24 proc.) lub zdecydowanie rzadziej (30 proc.).
Polacy nie są zresztą zwolennikami poprawy sytuacji materialnej twórców. Aż 91 proc. badanych jest przeciwnych przywilejom emerytalnym dla artystów, nie bacząc na to, że natura działania artystycznego jest taka, iż często zgromadzić środki na zapewnienie sobie emerytury.
Planowane rozszerzenie opłaty reprograficznej nie podoba się także Związkowi Przedsiębiorców i Pracodawców oraz przedsiębiorcom z branży elektroniki użytkowej.
— Wprowadzenie podatku od smartfonów uderzy nie tylko w konsumentów, ale też w polskich importerów i dystrybutorów elektroniki. Są to firmy, które zatrudniają dziesiątki tysięcy osób. Dodatkowy podatek z pewnością odbije się na możliwości konkurowania z zagranicznymi firmami. Ponadto, wielu Polaków jest zmuszonych do nieplanowanych wydatków. Dlatego niezrozumiałe jest wprowadzanie kolejnego podatku, który wpłynie na wzrost cen urządzeń niezbędnych obecnie do pracy i nauki — mówi prezes Związku Cyfrowa Polska Michał Kanownik.
Zdaniem Andrzeja Przybyło, prezesa grupy AB sprzedającej elektronikę użytkową, dziś według Eurostatu elektronika w Polsce jest najtańsza w Unii Europejskiej. Po wprowadzeniu nowego podatku może stać się najdroższa.
Nie ulega wątpliwości, że negatywne skutki rozszerzenia opłaty reprograficznej w największym stopniu odczują osoby starsze, już dziś bardziej narażone na wykluczenie cyfrowe.

Gospodarka 48 godzin

Nieuzasadnione opłaty
Urząd Ochrony Konkurencji I Konsumentów sprawdza praktyki firmy Eurocash wobec dostawców produktów rolnych i spożywczych. Zarzuty dotyczą nieuzasadnionego pobierania dodatkowych opłat. Głównym przedmiotem działalności Eurocash jest hurtowa i detaliczna sprzedaż artykułów spożywczych i codziennego użytku. Firma, również poprzez spółki zależne, jest właścicielem największej w Polsce sieci hurtowni i organizatorem licznych sieci sklepów, m.in.: ABC, Delikatesy Centrum, Lewiatan, Gama, Groszek i Euro Sklep. Zastrzeżenia UOKiK wzbudziły umowy zawierane z dostawcami produktów do tych sklepów. Są oni zobowiązani do ponoszenia szeregu dodatkowych opłat za usługi, które według umowy powinien świadczyć dla nich Eurocash. “Spółka Eurocash, pomimo naszego wezwania, nie przedstawiła żadnych rozliczeń i raportów dotyczących realizacji szeregu usług, za które pobierała pieniądze. Co więcej, część z nich może w ogóle nie być wykonywana. Dotyczy to np. organizowania przez Eurocash szkoleń dla sklepów” – wskazuje prezes UOKiK Tomasz Chróstny. W innych zakwestionowanych przypadkach, nawet jeśli usługa określona w umowie jest wykonywana, Eurocash nie przedstawia dostawcom żadnych informacji o jej kosztach i rezultatach. To oznacza, że kontrahenci spółki nie wiedzą, czy usługi, za które płacą, są realizowane rzetelnie i ile w rzeczywistości kosztują. Przykładem są opłaty za edukowanie franczyzobiorców o produktach z oferty dostawcy. Ponadto część tych odpłatnych działań i tak byłaby realizowana przez Eurocash ze względu na interes gospodarczy tego przedsiębiorcy. Tak jest m.in. ze sprawowaniem nadzoru nad zamówieniami przez sklepy wchodzące w skład danej sieci handlowej. “Jeden z głównych celów ustawy o przewadze kontraktowej to walka z opłatami półkowymi, czyli nieuzasadnionymi opłatami pobieranymi od dostawców przez sieci handlowe. Mamy podejrzenie, że tak właśnie jest w przypadku Eurocash. Wiele usług może być tylko pozornie świadczona na korzyść dostawców, a ich prawdziwym celem jest obniżenie wynagrodzenia kontrahentów. To niedopuszczalne działanie. Za nieuczciwe wykorzystywanie przewagi kontraktowej grozi jej kara do 3 proc. rocznego obrotu” – dodaje Tomasz Chróstny. UOKiK apeluje, by przedsiębiorca czy rolnik, który działa w branży rolno-spożywczej i widzi jak duży kontrahent wykorzystuje swoja przewagę narzucając niekorzystne warunki współpracy, zawiadamiał Urząd o nieprawidłowościach.

Niech rząd nie kłamie
NSZZ Solidarność podejrzewa, że rząd PiS nie mówi prawdy (czyli kłamie) na temat faktycznych ustaleń z Unią Europejską, dotyczących transformacji energetycznej polskiej gospodarki. Jak stwierdza stanowisko związku, wszystko wskazuje na to, że jesteśmy przez polski rząd błędnie informowani, jakoby Polska wynegocjowała własną drogę sprawiedliwej transformacji energetycznej. Nie wiemy też, co polski rząd zadeklarował w ramach negocjacji nowego unijnego budżetu, który zakłada realizację unijnej polityki „Sprawiedliwej transformacji” opartej o „Zielony ład”. Związek, ustami przewodniczącego Piotra Dudy, oczekuje więc od rządu podjęcia pilnych i rzeczywistych rozmów na ten temat.

Ceny energii idą w górę

Korzystanie z węgla sprawia, że polskie firmy muszą ponosić coraz wyższe opłaty z tytułu emisji CO2. W rezultacie będzie spadać konkurencyjność naszych przedsiębiorstw, co przełoży się na wolniejsze tempo rozwoju gospodarki.

Realne ceny energii w Polsce są dziś o wiele wyższe niż kilka lat temu – a to dopiero początek ich ostrego marszu w górę. Rząd PiS, walcząc o zwycięstwo w wyborach w tym roku dotował ceny energii, przeznaczając na ten cel dodatkowe środki z zaległych praw do emisji. Ceny są dotowane: dla odbiorcy indywidualnego w 100 proc., dla przedsiębiorców przynajmniej w połowie (Za pierwsze półrocze bieżącego roku firmom przysługują ceny energii z czerwca 2018. Nadpłaty mają być wyrównywane poprzez korekty w fakturach za kolejne miesiące).
Nie ma jednak środków na dotacje do cen energii w przyszłym roku. Jest już po wyborach, a napięty budżet pęka w szwach.
Znaczące podwyżki odczują zatem wszyscy, a Polska będzie miała jedne z najwyższych cen energii w regionie – ocenia Polskie Towarzystwo Gospodarcze.
Na wysokie ceny wpływają właśnie opłaty emisyjne. Stanowią one aktualnie 45-50 proc. kosztów energii w Polsce. W ciągu kilku lat cena opłat emisyjnych za tonę dwutlenku węgla wzrosła z 5 do 25 EUR. W lipcu tego roku został zaś dotychczasowy szczyt – uprawnienia kosztowały prawie 30 EUR. To nie koniec, bo Komisja Europejska postuluje, aby 30 EUR za tonę dwutlenku węgla było minimalną opłatą emisyjną. W związku z tym musimy być przygotowani na jeszcze wyższe ceny energii.
Inna ważna przyczyna wzrostu cen to polskie zapóźnienie energetyczne, pogłębiające się w ciągu ostatnich czterech lat. Mamy przestarzałe bloki energetyczne, których wydajność spada szczególnie w czasie upałów oraz niemodernizowaną infrastrukturę przesyłową. Tymczasem państwowe firmy energetyczne, zamiast inwestować w nowoczesność, angażują się w różne nierentowne przedsięwzięcia Skarbu Państwa.
Rosnące ceny energii to pożądany moment aby dokonać przeglądu energetycznego naszego przemysłu.
Różne maszyny mogą generować wyższe zużycie prądu, nawet nieużywane. Aby to sprawdzić trzeba zainstalować czujniki, które będą raportować zużycie energii przez poszczególne maszyny w danym czasie – proponuje Polskie Towarzystwo Gospodarcze,.
Jak szacuje PTG, dzięki wyeliminowaniu miejsc utraty energii można czasem zmniejszyć jej zużycie nawet o 30 proc. Warto też wyeliminować wszelkie miejsca utraty ciepła. Dotąd niewykorzystywane ciepło można zamienić na energię. Efektywność systemu skojarzonego w ten sposób także może być nawet o 30 proc. wyższa.
Może być – ale najpierw trzeba mieć pieniądze na takie działania, a rząd ani ich nie ma, ani nie spróbuje ich znaleźć. Będzie wiec tak jak u Kuby Sienkiewicza: „Wszyscy zgadzają się ze sobą, a będzie dalej tak jak jest”. Przecież o nadmiernej energochłonności polskiej gospodarki mówi się od prawie pół wieku i zawsze z tak samo marnym skutkiem.
Tym niemniej, technologia idzie do przodu. Panele fotowoltaiczne są dziś o wiele bardziej wydajne niż dziesięć lat temu. Gwałtowny wzrost cen energii wywołany opłatami emisyjnymi CO2 spowodował, że produkowanie energii z odnawialnych źródeł zaczęło być bardziej konkurencyjne nawet bez rządowych dopłat. Cena energii z OZE kształtuje się dziś na poziomie 240-250 zł za megawatogodzinę. Gdy zważyć, że w przyszłym roku średnie ceny energii mogą osiągnąć 300-330 zł/MWh, ta różnica staje się interesująca.
Problem z OZE jest jednak taki, że nie są one pewnym źródłem energii. Najmniej stabilne są oczywiście farmy wiatrowe. Bardziej – ogniwa fotowoltaiczne, w których intensywność produkcji prądu można projektować poprzez ekspozycję na słońce. Generalnie, w związku z niestabilnością OZE, mogą one tylko częściowo pokrywać zapotrzebowanie na prąd.
Na razie jesteśmy skazani na proste spalanie węgla, bo rząd nie inwestuje w inne możliwości. Produkcja energii w Polsce będzie więc nadal w dużym stopniu zależeć od kosztów emisji CO2. Spowoduje to, że ceny prądu zapewne będziemy mieć najwyższe w regionie.
Przełoży się to oczywiście na niską konkurencyjność polskich przedsiębiorstw. Znalezienie rozwiązań, które zminimalizują negatywne efekty tej sytuacji jest naglącym wyzwaniem strategicznym państwa polskiego – ale obecna ekipa z pewnością nie podejmie takiego wyzwania.

Strefa znosząca złote jaja

Gminy ściągają opłaty za parkowanie, nie zawsze przejmując się przepisami.

Nienależnie pobrane opłaty, przekraczanie przepisów przy anulowaniu kar, przetwarzanie danych osobowych bez stosownych upoważnień, nieprawidłowe oznaczanie stref parkowania (brak wymaganych białych linii) – to najważniejsze uchybienia jakie stwierdziła Najwyższa Izba Kontroli, która zajęła się strefami płatnego parkowania w miastach.
Niezgodność z przepisami podważała tym samym legalność dochodów uzyskiwanych z tytułu stref płatnego parkowania – co jednak nie oznacza, że miasta zechcą zwrócić te pieniądze obywatelom.
W Polsce systematycznie rośnie liczba zarejestrowanych pojazdów. Według danych Polskiego Związku Motorowego w 1990 r. w Polsce było zarejestrowanych ponad 9 mln pojazdów, z czego samochody osobowe stanowiły 58 proc. W ubiegłym roku po polskich drogach jeździło już prawie 30 mln pojazdów, spośród których ponad 22 mln to samochody osobowe (78 proc. ). Oznacza to, że w tym czasie liczba aut osobowych jeżdżących po polskich drogach wzrosła prawie czterokrotnie.
Taki wzrost szybko odbił się na płynności ruchu w miastach i braku miejsc do parkowania. W konsekwencji samochody były parkowane w przypadkowych miejscach, często z naruszeniem przepisów. Lekarstwem na komunikacyjny chaos miały stać się strefy płatnego parkowania.
Żeby taka strefa powstała i prawidłowo funkcjonowała, muszą być spełnione określone warunki. Gmina w odpowiedniej uchwale powinna określić warunki funkcjonowania strefy, zgodnie z ustawą o drogach publicznych. Te najważniejsze to limit wysokości opłat oraz sposób ich pobierania.
Strefy płatnego parkowania muszą być prawidłowo oznakowane, a obsługa stref, rzetelna i terminowa. Obsługa oznacza głównie kontrolę uiszczania opłat za parkowanie, dochodzenie należności z opłat dodatkowych (czyli nałożonych kar za brak opłaty) oraz wydawanie abonamentów dla uprawnionych i prowadzenie rozliczeń z administratorem strefy.
Przepisy dotyczące tworzenia stref płatnego parkowania obowiązują od 2003 r. w niemal niezmienionym kształcie. Mimo to uchwały gmin w tych sprawach wciąż budzą liczne wątpliwości, wielokrotnie rozstrzygane przez sądy administracyjne. Główne punkty sporne dotyczą prawidłowości oznakowania miejsc postojowych, możliwości kwestionowania zasadności nałożenia kary, oraz traktowania numerów rejestracyjnych pojazdów jako danych osobowych.
Zgodnie z ustawą o drogach publicznych, opłatę pobiera się za postój pojazdów samochodowych w strefie płatnego parkowania, w wyznaczonym miejscu, w określone dni robocze, oraz w określonych godzinach lub całodobowo. Pojawiły się jednak wątpliwości czy sobotę należy traktować jako dzień roboczy.
„Wprawdzie w ustawie nie zdefiniowano tego pojęcia, jednak zgodnie z wypracowaną już od 2011 r. linią orzeczniczą sądów administracyjnych taki dzień powinien być traktowany na równi z dniami ustawowo wolnymi od pracy. Tym samym niedopuszczalne było pobieranie opłat za postój pojazdów w strefie w soboty” – uznaje NIK. Tymczasem w niektórych polskich miastach uchwały samorządów nakładały obowiązek uiszczania opłat za parkowanie również w soboty. NIK uznała te dochody za nieuzasadnione.
Izba nie do końca ma tutaj rację. Wprawdzie miłoby było nigdy w soboty nie płacić za parkowanie, ale trzeba pamiętać, że pojęcie „ustalonej linii orzeczniczej” formalnie nic nie znaczy z prawnego punktu widzenia. Nie jest to żadna urzędowo obowiązująca wykładnia czy interpretacja, więc miasta – niestety – w majestacie prawa mogą od nas w soboty ściągać opłaty za parkowanie.
Z jednej strony wiadomo oczywiście, że sobota to nie jest dzień roboczy, ale z drugiej strony, puryści prawni wskazują, że są przecież takie rodzaje pracy, które muszą być wykonywane także w soboty i niedziele, a więc z dogmatyczno-prawnego punktu widzenia, szósty dzień tygodnia można uznawać za roboczy. Chwała zatem tym samorządom, które jednak powściągnęły swą sobotnią pazerność. A dla gmin płatne parkowanie to opłacalny biznes. We wszystkich miastach dochody związane z funkcjonowaniem strefy przewyższały wydatki ponoszone na ten cel.

Nie warto od nich pożyczać

Ci, co potrzebują pieniędzy, ale nie mają bankowej zdolności kredytowej, narażeni są na ataki oszustów.

Problem polega na tym, że Polacy muszą pożyczać pieniądze na różne cele, a banki niechętnie udzielają pożyczek.
Dzięki temu świetnie prosperują firmy pożyczkowe, które niejednokrotnie naciągają swoich klientów, lub nie są w ogóle żadnymi firmami pożyczkowymi lecz zwykłymi oszustami.

Mrówka znikająca

Federacja Konsumentów otrzymała sygnały z rynku o nieuczciwej firmie oferującej pożyczki osobom w trudnej sytuacji finansowej – jak oznajmia na swojej stronie Kredyt Mrówka (www.mrowkakredyt.com) – na spłatę długów i komornika.
A więc firma ta chce wychodzić naprzeciw osobom w naprawdę skrajnie trudnej sytuacji. I nic nie sprawdza, bo oferta z założenia skierowana jest do konsumentów, którzy nie dostaną kredytu w banku, bo nie mają zdolności kredytowej, są już w rejestrze dłużników, mają kiepską historię ze spłatami innych kredytów itp.
Tak więc wystarczy wypełnić wniosek on-line, by otrzymać kredyt nawet do 50 tysięcy złotych, który można spłacać 12 lat!
Zacytujmy za Kredyt Mrówką:
Kto może dostać kredyt bez BIKu? „Kredyt bez BIKu otrzymać mogą osoby, które są zadłużone i figurują w rejestrze dłużników. Mogą one liczyć na ofertę finansową ze strony instytucji finansowych, które oferują pożyczki pozabankowe. W ten sposób nagła potrzeba pozyskania gotówki bez pośrednictwa banku jest możliwa, jednak trzeba się liczyć z wyższymi kosztami takiej usługi”.
A jakie to są te wyższe koszty takiej usługi? Znowu cytat, tym razem z umowy kredytu ratalnego opisanej firmy: „Warunkiem koniecznym umowy jest Wykupienie Polisy Ubezpieczeniowej w wysokości 145,00 zł”.
I w zasadzie to by było wszystko, bo po wpłaceniu tej kwoty „ubezpieczenia” kontakt z firmą urywa się. Konsumenci nie otrzymują zaś żadnej pożyczki.
Trzeba przyznać, że kwota jest relatywnie śmiesznie niska w przypadku ubezpieczenia 30 czy 50 tys zł pożyczanych przez osobę ekstremalnie zadłużoną lub już z komornikiem w domu. Ale z drugiej strony naciągnięte zostały osoby, które mają problemy finansowe i dla nich ta kwota może być duża!
Ponieważ oprócz Federacji Konsumentów, zgłoszenie podejrzenia wyłudzenia przez firmę Kredyt Mrówka otrzymały również inne instytucje, można mieć nadzieję, że – podobnie jak w przeszłości w przypadku innych firm-pośredników finansowych grasujących na rynku i naciągających konsumentów – wszczęte zostanie postępowanie wyjaśniające, by chronić ludzi w przyszłości.

Nie udzielają i nie oddają

Co pozostaje tym, którzy dziś szukają pożyczki? Trzeba powtarzać jak mantrę – muszą przeczytać umowę. Ponadto, należy ostrożnie podchodzić do firm, które żądają opłat przed zawarciem umowy.
W przeszłości Federacja Konsumentów miała wiele skarg na firmy, które pobierały opłaty przygotowawcze, potem z różnych powodów oceniały, że konsument nie ma zdolności kredytowej lub żądały kolejnych zabezpieczeń, pożyczek nie udzielały – ale wstępnych, często wysokich, opłat oczywiście nie zwracały.
Warto również sprawdzić, czy dana firma jest wpisana do rejestru pośredników kredytowych, co w przypadku podmiotów prowadzących działalność w zakresie pośrednictwa kredytu konsumenckiego jest wymagane prawem. Rejestr znaleźć można na stronie Komisji Nadzoru Finansowego.
Niedawno Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów wydał ostrzeżenie przed firmą GELDOR Artur Karwot z Rybnika, alarmując, że jej działalność może narazić wiele osób na znaczne straty finansowe.
Przedsiębiorca ów stworzył co najmniej 81 serwisów internetowych, w których zachęca do brania pożyczek. Są to m.in.: as-chwilowka.pl, bezbiku.pro, rozsadnapozyczka.pl, kredyt-na-pesel.pl, wybierzpieniadze.pl, gotowka.online, tysiaczek.pl (pełna lista w tabelce pod komunikatem).
Na stronach jest suwak, który umożliwia wybór parametrów pożyczki i podaje jej przykładowe warunki. Znajdują się na nich również takie hasła jak: „Potrzebujesz szybko gotówki? Wybierz sobie niebiańską Pożyczkę!”, „Pożyczki online od zaraz”. Firma zamieszcza także rzekome komentarze internautów z podziękowaniami.
Nazwy serwisów, ich wygląd i przekaz marketingowy wywołują wrażenie, że przedsiębiorca udziela kredytów. Tak jednak nie jest. Jego działalność polega na zbieraniu danych osobowych. Udostępnia je potem na stronie, do której mają dostęp potencjalni pożyczkodawcy. Firma GELDOR pobiera od konsumentów opłaty w formie SMS Premium, np. za aktywację wniosku o udzielenie pożyczki czy sprawdzenie jego statusu. W zależności od serwisu może to być do 30,75 zł.

Za duże ryzyko

– Konsumenci nie wysyłaliby płatnych SMS-ów, gdyby przedsiębiorca rzetelnie ich poinformował, że nie jest pożyczkodawcą ani pośrednikiem kredytowym i nie będzie rozpatrywać ich wniosków. Naszym zdaniem firma wprowadziła ich w błąd i naraziła na straty. Dlatego zdecydowaliśmy się na wydanie ostrzeżenia – mówi Marek Niechciał, prezes UOKiK. Urząd wydaje takie ostrzeżenie gdy uzna, że firma stosuje nielegalną praktykę, która może narazić wiele osób na znaczne straty finansowe lub niekorzystne skutki. Ostrzeżenia są zamieszczane na stronie internetowej urzędu.
Dwie inne firmy kusiły klientów obietnicami: „Pierwsza pożyczka do 2000 zł za darmo”, „nawet w 15 minut” – zapowiadały Net Credit i Incredit, ale żadna z tych obietnic nie była w pełni prawdziwa. Obie firmy podawały też w reklamach zaniżoną wysokość rzeczywistej rocznej stopy oprocentowania, a Incredit dodatkowo źle naliczał odsetki.
UOKiK nałożył na te dwie firmy w sumie ponad 1,65 mln zł kar.
„Darmowa” pożyczka. Net Credit i Incredit zapewniały w reklamach, że nowi klienci dostaną pierwszą pożyczkę do 2000 zł na 30 lub 61 dni „za darmo”. Natomiast w umowach stawiały jednak warunek – terminową spłatę. Jeśli klient się spóźnił, płacił prowizję, czasem także odsetki – np. w Net Credit było to 500 zł przy 2000 zł pożyczki.
W przypadku niedotrzymania terminu spłaty pożyczki rzeczywiście darmowej, klient byłby zobowiązany do zapłaty odsetek za każdy dzień opóźnienia. Natomiast w przypadku tych firm musiał dodatkowo zapłacić warunkowo zawieszone wynagrodzenie pożyczkodawcy.
Opóźnienie w spłacie pożyczki promocyjnej wiązało się zatem z większym kosztem, niż sugerowała to reklama. Mogło to wprowadzać konsumentów w błąd co do ryzyka wiążącego się z zaciągnięciem tej pożyczki. Niestety, w Polsce pożyczanie pieniędzy od jakichkolwiek firm to w ogóle bardzo duże ryzyko.

Nieubankowieni mogą podejść

Banki w Polsce robią co mogą, aby zniechęcić klientów do otwierania darmowych kont.

 

Od 8 sierpnia każdy bank i każda spółdzielcza kasa oszczędnościowo-kredytowa powinny oferować za darmo podstawowy rachunek płatniczy.
Taki obowiązek nakłada na nie ustawa o usługach płatniczych, która wprowadza do naszego prawa przepisy unijne. Z rachunków tych mogą korzystać wyłącznie osoby, które nie mają kont w innych bankach lub SKOK-ach. „Unijne konto” ma być bezpłatne, tak jak i wydana do niego karta debetowa.

 

Nie ma się co śpieszyć

Tymczasem, banki w Polsce robią co mogą, by zniechęcić klientów do zakładania bezpłatnych podstawowych rachunków płatniczych, które muszą mieć w swojej ofercie.
Przy tych „darmowych” kontach pojawia się więc wiele dodatkowych opłat. Brak dostępu do bankowości elektronicznej, płatne kody SMS do autoryzacji transakcji czy opłaty za rezygnację z karty – to tylko niektóre przykłady.
Banki miały dwa lata na wprowadzenie takich kont do oferty, ale większość czekała na ostatni możliwy termin.
Zgodnie z unijnymi przepisami, obowiązującymi w naszym kraju, za darmo ma być 5 pierwszych transakcji płatniczych w miesiącu (zlecenie przelewu, polecenie zapłaty, zlecenie stałe), wypłaty z bankomatów własnych banku, a także 5 wypłat z bankomatów obcych w miesiącu. Bank lub SKOK nie może oferować do konta żadnych produktów kredytowych.
Za pozostałe operacje, instytucje oferujące darmowe rachunki mają prawo pobierać opłaty zbliżone do opłat pobieranych w innych rachunkach. Takie opłaty pojawiają się po przekroczeniu limitu bezpłatnych przelewów czy wypłat z obcych maszyn. Ponadto, banki naliczają opłaty na przykład za przelewy zagraniczne, przelewy natychmiastowe czy korzystanie z wpłatomatów obcych.

 

Darmo ale nie całkiem

Podstawowe „unijne” konta są wprawdzie za darmo, ale z ograniczeniami. Redakcja Bankier.pl sprawdziła warunki cenowe dla podstawowych rachunków płatniczych. Otóż, część operacji jest tak samo płatna, jak w przypadku standardowych kont. Banki naliczają też opłaty za przelewy czy korzystanie z obcych bankomatów po wyczerpaniu przez klienta darmowych limitów.
Pojawiają się również inne ograniczenia – na przykład opłaty za SMS-y autoryzacyjne lub brak dostępu do kanałów internetowych.
Bankom w Polsce oczywiście nie zależy na promowaniu bezpłatnych rachunków płatniczych, więc nie śpieszą się z publikacją informacji na ich temat. Tylko nieliczne zamieściły na swoich stronach internetowych informacje o darmowych kontach. Większość ograniczyła się jedynie do opublikowania cennika w tabeli opłat i prowizji.

 

Żeby nie było za łatwo

Kilka banków zdecydowało się utrudnić nieco życie osobom, które zdecydują się na bezpłatny rachunek.
Na przykład w Eurobanku użytkownik podstawowego rachunku płatniczego nie będzie miał dostępu do bankowości internetowej i mobilnej. Bank nie ma obowiązku udostępniać takiego kanału, więc klient będzie mógł zlecać przelewy lub sprawdzać saldo tylko w placówce. Saldo sprawdzi też w bankomacie – ale za 2,50 zł.
Bank Pekao pobiera z kolei 20 groszy za każdy SMS służący do autoryzacji przelewu. W PlusBanku istnieje opłata w wysokości 17 groszy za SMS służący do logowania. Posiadacze podstawowego rachunku w Credit Agricole nie mogą skorzystać z przelewów natychmiastowych (taka operacja zarezerwowana jest tylko dla posiadaczy wybranych kont). W PlusBanku za rezygnację z karty debetowej posiadacz darmowego rachunku zapłaci 30 zł, a w Eurobanku za odstąpienie od umowy w ciągu 90 dni, wyda 5 zł.
– Podstawowe rachunki płatnicze nie zawojują rynku. W założeniu są to produkty dla osób „nieubankowionych”, które nie korzystają z oferty banków. W praktyce dziś już niemal każdy bank oferuje konto, które po spełnieniu niektórych warunków może być za darmo. Opłaty nie wydają się więc barierą. Nieubankowieni nie korzystają z oferty banków z innych powodów – nie mają zaufania do instytucji finansowych lub po prostu nie mają potrzeby posiadania konta – komentuje Wojciech Boczoń, analityk Bankier.pl.

Żerowanie na migrantach

Ministerstwo Spraw Wewnętrznych Wielkiej Brytanii znalazło się pod ostrzałem organizacji broniących praw człowieka. Powód? Resort inkasje miliony poprzez windowanie cen wniosków o obywatelstwo dla dzieci. Jeszcze gorsza praktyka ma miejsce w stosunku do dzieci nielegalnych imigrantów. Zjednoczone Królestwo rozdziela rodziny i separuje pociechy od rodziców, tak samo jak administracja Trumpa.

 

„Independent” donosi, że praktykami brytyjskiego MSW ma zająć się niezależny inspektor do spraw migracji. Po pierwsze – ma przyjrzeć się kosmicznym opłatom za obywatelstwo: dzieci imigrantów urodzone w Wielkiej Brytanii lub te, które zostały na Wyspy przywiezione jako maluchy, nie mogą brać udziału np. w szkolnych wycieczkach ani ubiegać się o miejsce na wyższej uczelni, jeżeli ich rodzice nie uregulują spraw związanych z obywatelstwem.

Koszt jest niewiarygodnie wysoki: jednorazowo należy wnieść opłatę w wysokości 1102 funtów (za wniosek o przyznanie obywatelstwa), a co 2,5 roku należy płacić 1033 funty (pozwolenie na pobyt dla dziecka lub osoby dorosłej) z dodatkowym ubezpieczeniem zdrowotnym za 500 funtów.

Postępowanie administracyjne, jak wyliczono, wynosi tylko 372 funty. MSW generuje na rodzinach imigrantów olbrzymie dochody. Wniesionych opłat nie zwraca się nawet wtedy, kiedy odpowiedź urzędu będzie odmowna i obywatelstwo nie zostanie przyznane. Ceny te drastycznie poszły w górę w ciągu ostatnich kilku lat. Jest to de facto zarabianie na kryzysie imigracyjnym.

Kolejną skandaliczną praktyką jest powielanie szkodliwych wzorców z USA – rozdzielanie rodziców i dzieci, jeżeli ci pierwsi trafią do aresztu imigracyjnego. Stowarzyszenie „Zatrzymani” podaje, że co roku Wielka Brytania oddziela co roku oddziela dzieci od rodziców – choć w oficjalnych wytycznych Home Office taka sytuacja nie powinna następować. Stowarzyszenie reprezentowało już jednak 155 rodzin w takich sprawach. Tylko w ciągu ostatnich 3 miesięcy rozdzielono 16 rodzin imigrantów, w 2014 zaś 11 rodziców zostało deportowanych bez dzieci. Średni okres pobytu w areszcie imigracyjnym wynosi 270 dni. Przez ten czas dzieci pozostają pod opieką urzędników lub trafiają do rodzin zastępczych.