200-lecie „Podróży do Ciemnogrodu”

Potocki stworzył obraz fantazyjnego państwa o nazwie Ciemnogród, by przedstawić swoim rodakom błędy wcześniejszego postępowania. Miał nadzieję, że Polacy wyciągną wnioski z jego książki i zmienią swoje podejście do wielu dziedzin życia.

W 1820 roku, gdy car Mikołaj I przybył z wizytą do Królestwa Kongresowego, biskup Jan Paweł Woronicz wręczył mu egzemplarz świeżo wydanej powieści Stanisława Kostki Potockiego, ministra Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego. Intencja tego podarunku nie była „promocyjna”, lecz miała charakter donosu. Stanisław Kostka-Potocki (1755-1821) należał do najświetniejszych umysłów pierwszego dwudziestolecia XIX wieku. Był politykiem, oficerem, pisarzem, publicystą, kolekcjonerem, bibliofilem i mecenasem sztuki, a przede wszystkim wolterianinem, racjonalistą i przywódcą Wolnomularstwa Polskiego. To jego portret wiszący podobno w gabinecie ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego wzburzył posła Konfederacji Grzegorza Brauna, który nazwał Kostkę Potockiego postacią „spod ciemnej gwiazdy” i „z piekła rodem”.

Lublin – Italia – Warszawa

Stanisław Kostka Potocki urodził się w 1755 roku w Lublinie. Był bratem Ignacego, jednego z głównych twórców Konstytucji 3 Maja i przywódców obozu patriotycznego. Sam też należał do tego obozu. W 1782 roku wszedł do Rady Nieustającej, w latach 1788-1792 był posłem lubelskim na Sejm Wielki i wraz ze swoim bratem uczestniczył w 1791 roku w pracach Zgromadzenia Przyjaciół Konstytucji. Jako generał brał udział w wojnie polsko-rosyjskiej w 1792 roku, po czym wyemigrował do Saksonii. Przed podjęciem działalności publicznej zajmował się sztuką i archeologią. W latach 1779-1786 prowadził wykopaliska we Włoszech, m.in. w Laurentum i Noli. Przetłumaczone przez niego fundamentalne dzieło o Joachima Winckelmana o sztuce greckiej ukazało się w roku 1815 pod tytułem „Sztuka dawnych, czyli Winkelman polski”. Podczas pobytu w Italii, w roku 1780, wstąpił do masonerii. Po powrocie do kraju w 1800 roku współtworzył z księdzem Albertrandim Towarzystwo Przyjaciół Nauk. W posiadłości w Wilanowie zgromadził pokaźną kolekcję sztuki. W latach 1812-1821 był zwierzchnikiem Wolnomularstwa Polskiego. W roku 1809 był prezesem Rady Stanu i Rady Ministrów Księstwa Warszawskiego, a od 1810 roku dyrektorem Edukacji Narodowej. Już w Królestwie Polskim, w roku 1815 został ministrem Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego. Wpłynął na skokowy rozwój oświaty publicznej w Królestwie, a jako prezes Senatu od roku 1818 przyczynił się do wyrwania znaczącej części szkolnictwa z rąk kleru katolickiego. Podporządkował władzy publicznej nominacje biskupów i majątek kleru, skasował kilka klasztorów. Jednocześnie dużo publikował, m.in. pracę o języku i pisaniu, a także liczne artykuły o wymowie antyklerykalnej, pod pseudonimem „Świstek warszawski” w opiniotwórczym piśmie „Pamiętnik Warszawski”.

„Podróż do Ciemnogrodu”

Powieść jest odbiciem wszystkich negatywnych cech Polaków zaobserwowanych przez autora. Potocki, oświeceniowy racjonalista, przedstawił Ciemnogród jako państwo pełne zabobonów, niewiedzy i strachu przed postępem. Jego postawę w momencie pisania książki można określić jako skrajnie antyklerykalną, przy czym autor prosi czytelnika o wyrozumiałość i otwartość umysłu. W „Podróży” są zawarte także silne akcenty antysemickie, ale nie można ich oceniać ich naszą współczesną miarą, byłoby to skrajnym prezentyzmem i anachronizmem. W roku 1820 antysemityzm był czymś zupełnie innym niż 200 lat później.
Potocki stworzył obraz fantazyjnego państwa o nazwie Ciemnogród, by przedstawić swoim rodakom błędy wcześniejszego postępowania, z nadzieją, że ludzie wyciągną wnioski i zmienią swoje podejście do wielu dziedzin życia codziennego (religii, rozrywek, kultury i oświaty).
Choć „Podróż do Ciemnogrodu” jest w swojej istocie traktatem, Kostka nadał mu kształt fabularnej opowieści przygodowej.

Rejs do krainy obskurantyzmu

Na statku płynącym do państwa Ciemnogród znajdują się tylko Polacy. Główni bohaterowie to Świstek, Wacław i służący Wacława, którzy postanawiają poznać ludzi płynących razem z nimi. Potocki w satyryczny sposób przedstawia współtowarzyszy podróży głównych bohaterów- ludzi zaproszonych do Ciemnogrodu. Ukazuje tu mnicha zbierającego jałmużnę na spalony klasztor, ludzi szukających każdej sposobności do zarobku oraz fanatycznych ochotników mających nadzieję na krzewienie „słowa Bożego” wśród ludu, z którym przyjdzie im się zetknąć. Opisuje postawę Inkwizytorów wobec podróżników, otwarcie wypowiada się o nienawiści, którą darzy ludzi ich pokroju. W „Podróży” Inkwizycja pali książki, niszczy sprowadzony z zagranicy pojazd, bojąc się nadciągającego postępu. Potocki ukazuje ją jako główny czynnik blokujący postęp cywilizacyjny, intelektualny i duchowy. Wielu ludzi jest palonych na stosach za kolizję z doktryną Kościoła katolickiego, ale wielu jego zwolenników z kręgu mieszczaństwa Ciemnogrodzkiego ubolewa nad jego „słabością” i rzadkim wykonywaniem wyroków Inkwizycji. Mieszkańcy Ciemnogrodu przedstawieni są jako ludzie wielce zabobonni. Wierzą, że życie i zjawiska ich otaczające podporządkowane są tylko wyrokom boskim. Miejsce to pełne jest „złych duchów”, czarownic i symboli przedstawiających przyszłe życiowe niepowodzenie, np. komety, traktowane jako zła wróżba.
Z krytyką autora spotyka się również tryb życia duchownych, podporządkowany ciągłym hulankom. Wiele miejsca Potocki poświęcił zwolennikom filozofii Arystotelesa, która była podstawą doktryny kościoła epoki średniowiecza, opisując ich jako ignorantów wyznających ja z prostego powodu nieznajomości innych filozofów. Nawiązaniem do polskich obyczajów jest postać Derusa, w której skoncentrowane są najgorsze cechy polskiej magnaterii. Derus to osobnik mający zamiłowanie do krwawych wojen, lubujący się w prześladowaniu i torturowaniu poddanych.

Potocki nawiązał do obyczajów panujących w dawnej Polsce i poddał je surowej krytyce . Przedstawił sędziów i urzędników państwowych jako osoby, które aby zyskać bogactwa materialne, nie cofną się przed niczym, przehandlują nawet ojczyznę za garść banknotów. Policja w Ciemnogrodzie pojawia się rzadko, a same więzienia i domy poprawcze stają się szkołami zbrodniczego fachu. Na ulicach widzi się wielu żebraków, złodziei i rozbójników. Potocki nadał wszystkie najgorsze cechy kanclerzowi Ciemnogrodu, człowiekowi leniwemu i skłonnemu do pomocy tylko tym, którzy za nią sowicie zapłacą.

Ciemnota i prymitywizm

Kanclerz uważa, że od oświaty lepsza jest ciemnota i że lepsze jest zwykle nieprzyjacielem dobrego. Wzywa do przywrócenia niewolnictwa oraz zwalczenia równości, która, jak myśli, jest przeciwstawna boskim prawom. Wszelakie wykroczenia w państwie karane są nad wyraz surowo i prymitywnie, co jest symbolem panującego w Ciemnogrodzie zdziczenia i okrucieństwa. Ustrój polityczny nie daje możliwości awansu niższych warstw społecznych, co jest ewidentnym powrotem do średniowiecza. Potocki pisze, że Ciemnogród jest obrazem nędzy i rozpaczy. Ulice są niebrukowane, rozrywki stoją na bardzo niskim poziomie – największą jest oglądanie masowych paleń heretyków na stosach. Najwyraźniejszą plagą jest pijaństwo, zjawisko typowe dla sarmackiej Rzeczypospolitej. Następne w kolejności jest obżarstwo, którego godnym przedstawicielem jest sam Najciemniejszy Pan, władca Ciemnogrodu. Rozpowszechnioną rozrywką ludu jest – poza stosami – hazard, który szerzy się we wszystkich kręgach społecznych. Główną maksymą Ciemnogrodu jest: „ludźmi tylko strachem i musem rządzić można”.

Antysemityzm Potockiego nie miał charakteru rasistowskiego, lecz kulturowy, społeczny. Uważał on bowiem Żydów za sojuszników Ciemnogrodu, wsporników zacofania i ciemnoty, które wykorzystywali dla własnych celów. Nie można dziś czytać tego aspektu dzieła Potockiego bez uwzględnienia, z jednej strony, kontekstów sprzed dwóch stuleci, a z drugiej strony bez uwzględniania straszliwych, zatrutych owoców antysemityzmu w XX zwłaszcza wieku

„Podróż” w naszych czasach

„Podróż”, po dwóch stuleciach, jest dziś tylko zabytkiem literatury i kultury, raczej nie nadającym się do czytania wprost. Jej treść fabularna, poetyka, język, tło społeczne należą do odległej historii. Jednak nie da się nie zauważyć, że szereg negatywnych zjawisk rzeczywistości polskiej, nie stracił pewnej aktualności. Dewocja, fanatyzm religijny, niechęć do wiedzy, przesądy, szerzenie za państwowe pieniądze religijnego fałszu poznawczego, arogancja i korupcja władzy – wszystkie te i liczne inne wady społeczne żyją pod polskim niebem w najlepsze, choć przybrały nowe – na ogół – bardziej cywilizowane formy. Jednak publiczna obecność figur takich jak arcybiskup Jędraszewski i głoszonych przez nich poglądów nie pozwala odesłać „Ciemnogrodu” do lamusa.

W odpowiedzi na „Podróż do Ciemnogrodu” kler zorganizował przeciw Potockiemu nagonkę, grzmiąc z ambon przeciwko oświeconemu liberałowi, wzywając do potępienia „dzieła tchnącego zgorszeniem i bezbożnością”. Osobistym wrogiem Potockiego, jeszcze od 1792 roku był ks. Karol Surowiecki, sztandarowy krzewiciel ciemnoty religijnej i nieprzyjaciel reform Sejmu Wielkiego. Atakował on Potockiego za pomocą najgorszych w tym czasie inwektyw. Intrygi kleru zakończyły się powodzeniem, bo wskutek działań biskupa Woronicza został on odwołany w roku 1819 z funkcji ministra. Zastąpiono go bigotem Stanisławem Grabowskim, którego nazwano „ministrem ociemnienia publicznego”. To wydarzenie demaskuje mit o jego rzekomym niezmiennym działaniu kleru dla dobra narodu. W roku 1920, w setną rocznicę ukazania się „Podróży do Ciemnogrodu”, poseł Kazimierz Czapiński przypomniał postać Stanisława Kostki Potockiego i zwrócił uwagę, że „dla kleru wychowanie młodzieży ma na celu trzymanie jej w całkowitej ciemnocie”.

Ten stary, niezawodny Wolter

Znane i nieznane

Do licznych książkowych „relikwii” w mojej domowej bibliotece zaliczam edycję (rok1971) „Powiastek filozoficznych” Woltera we wspaniałej piwowskiej serii „Klasyki polskiej i obcej”, w przekładzie Tadeusza Boya-Żeleńskiego. Od tamtego czasu (48 lat) i Wolter i Boy przeszli w przestrzeni polskiej recepcji drogę od kanonu do lamusa. Tego pierwszego wyklęto (nieoficjalnie) jako pierwszego spiritus movens sprzeciwu wobec Religii i Tradycji, ojca chrzestnego wszelkiego „duchowego lewactwa”, rewolucji kulturowej, nowożytnego prawodawcę ateizmu i nihilizmu. Tego drugiego – jako żadnego tam nawet niedobrego liberalnego, „zdradzieckiego” polskiego inteligenta, lecz jako zwyczajnego „komucha” i „sowieciarza”. Nieprzypadkowo to właśnie Boy przyswoił polszczyźnie wolterowskie powiastki. I tak był to tzw. najwyższy czas, a fakt że stało się to dopiero sto kilkadziesiąt lat po ich francuskim wydaniu nie pozostał bez znaczenia dla procesów wychowania polskiego społeczeństwa. Bez percepcji „Powiastek filozoficznych” nie sposób powiedzieć, że zaczerpnęło się choćby „okruszynę” Oświecenia. To, że w myślowym, potocznym krwioobiegu polskim nie ma ani Oświecenia, ani Woltera, że Polska nie przeżyła zbiorowej, oświeceniowej edukacji, lekcji nawet, nie pozostaje bez wpływu na polską wizję życia i negatywne tego skutki widać wyraźnie niestety do dziś. Gdy otworzyłem egzemplarz nowej edycji „Powiastek” przypuszczałem, że znajdę tam jedynie te, które znam: „Kandyda”, „Zadiga”, „Prostaczka” i „Tak toczy się światek” – kanoniczne świadectwa oświeceniowej wiary i esencję wolterianizmu. Tymczasem znalazłem tam dodatkowo dziewięć innych powiastek, których nie znałem, więc uczulam na to właścicieli wspomnianej starej edycji i miłośników prozy Woltera, gdyby nie wiedzieli. Nabywając tę edycję z piękną okładką, nabędą rzecz w znaczącym stopniu nową. Lekturę zacząłem od końca, od powiastki „Uszy hrabiego Chesterfield i kapelan Gudman” i znalazłem tam tego najsmakowitszego Woltera z jego przekorą wobec ustalonych sądów, z jego niepokorą wobec utartych opinii i pojęć, z jego brawurową i nie liczącą się z niczym dezynwolturą w formułowaniu opinii zawsze obrazoburczych, często ekstrawaganckich (jak ta o wpływie wypróżnienia bądź niewypróżnienia jelit na nasze życie duchowe, która po prawdzie wcale nie jest tak zupełnie od czapy, co wielu może potwierdzić), z jego sceptycyzmem wobec wszelkich „poprawności” (paradoksalnie, bo to nikt inny jak Wolter jest ojcem krytycznej a nawet szyderczej postawy w stosunku do tzw. „politycznej poprawności”), wobec wszelkich złudzeń („Jeannot i Collin”) i tak dalej. Powróciłem też oczywiście do dużych pereł tego kanonu z „Kandydem” na czele. I także ta ponowna lektura, pierwsza tak uważna po wielu latach, pozytywnie zweryfikowała moje obawy co do tego, czy mające przeszło dwustuletnią metrykę „Powiastki filozoficzne” Woltera nie są już jedynie tylko zabytkiem kultury piśmienniczej, cennym jako składnik tradycji, „obiekt muzealny”, ale „nieczytliwym”, martwym jako teksty z językowego i historycznego punktu widzenia. Otóż nie. Klarowność i żywość prozy Woltera jest wręcz współczesna w swoim brzemieniu, co zapewne stanowi także zasługę translatora. Poza pewnymi rekwizytami z epoki, tworzywo „powiastek filozoficznych” może być, a może nawet powinno, podlegać naszemu współczesnemu przetwarzaniu myślowemu. Gdy się czyta Woltera, wcale nie czyta się anachronicznego filozofa w pudrowanej peruce, ale niemal „naszego współczesnego”. To niewiarygodne, jak ciągle tak samo lub bardzo podobnie, nasz „toczy się światek”.

Wolter – „Powiastki filozoficzne”, przekład, wstęp i przypisy Tadeusz Boy-Żeleński, Wydawnictwo Marek Derewiecki, Kęty 2016, str.430, ISBN 978-83-64408-75-5.

Lampki postępu

Oświecenie pozytywistów

Pokrewieństwo dwóch nurtów kultury jakimi były Oświecenie i Pozytywizm wydaje się być oczywiste. Oba nurty, oddzielone liczącą nieco mniej niż stulecie przestrzenią czasu przybliża stawianie na pierwszym planie rozumu, wiedzy, przywiązanie do empirii. Czy Pozytywizm jest zatem wnukiem Oświecenia, wnukiem – bo przedziela je potężny i brzemienny w skutkach interwał Romantyzmu? Na to i wiele innych pytań próbuje dać odpowiedź Dawid Maria Osiński, autor obszernego dzieła „Pozytywistów dziedzictwo Oświecenia. Kierunki i formy recepcji”.
Ten nurt określano jako „próg naszej nowoczesności”, a jak w takim razie można by określić pozytywizm: jako drugi próg? I jaka jest relacja wzajemna między Oświeceniem a Pozytywizmem: kontynuacji, osmozy, a może też weryfikacji, pod pewnymi względami, pierwszego przez drugi? Autor tomu zwraca uwagę we wprowadzeniu, że dziedzictwa Oświecenia Pozytywizm nie mógł wprost restytuować, ponieważ „zmieniły się okoliczności wykorzystywania wiedzy i teorii nauki”. Jednak niewątpliwie dla pozytywistów Oświecenie jako „próg nowoczesności”, „fundamentalny moment formacyjny polskiej ale i europejskiej tożsamości narodowej.
Oba nurty wyznawały zasadę, że „wiedza to potęga”. Jak ładnie to ujmuje Osiński: „Pozytywiści wchodzą do domu oświeconych i widzą tam różne palące się po-Lukrecjuszowe lampki postępu, olśniewającej wiedzy, erudycyjnych możliwości, ale widzą też cały czas mroki tego czasu i smutne karty dziejowej historii”. Wielka postać polskiego pozytywizmu mówił o potrzebie „przewietrzenia” oświeceniowej chaty. Nie bez znaczenia był fakt, że pozytywiści byli naznaczeni doświadczeniem, a raczej piętnem Romantyzmu, którego dziedzictwo było dla nich nieodległą przeszłością, a raczej ciągle żyło w postaci pozostałości i epigonizmie. O ile więc pozytywiści byli norwidowskimi „późnymi wnukami” Oświecenia, o tyle byli „przyrodnim potomstwem”(?) Romantyzmu i to miało na nich znaczący wpływ.
Specyficznym pośrednikiem między pozytywistami a Oświeceniem był ceniony przez pozytywistów Józef Ignacy Kraszewski, który i jako pisarz i jako publicysta sformułował kompleksową i bardzo bogatą refleksję nad Oświeceniem właśnie. Co znamienne i zastanawiające, Kraszewski okazał się wyjątkowo niewrażliwy na oddziaływanie Romantyzmu, choć jako rówieśnik Zygmunta Krasińskiego (ur. 1812), młodszy tylko o trzy lata od Juliusza Słowackiego, przynależy do generacji romantycznej. Innym pisarzem podejmującym w okresie Pozytywizmu nawiązywać do edukacyjnego programu obywatelskiego był Józef Korzeniowski. Niewątpliwie dziedzictwo Oświecenia było „komponentą światopoglądu i racjonalnego programu polskich pozytywistów”. Inny badacz, Marcin Gloger nazwał nawet Pozytywizm „spóźnionym oświeceniem” i „właściwym czasem realizacji projektu oświeceniowego w Polsce”.
To zaakcentowanie aspektu polskiego jest ważne, ponieważ formuły te nie stosują się n.p. do Francji, gdzie Oświecenie się narodziło, a co najmniej najbujniej rozwinęło, a także niejako spełniło się do ostatecznych konsekwencji, zaś francuski pozytywizm Comte’a był całkowicie odrębnym nurtem. W Polsce, z powodów historycznych, Oświecenie stało się niedokończonym, a raczej gwałtownie przez zabory przerwanym projektem czy ideą. Osiński zwraca przy tym uwagę na ważny aspekt periodyczny dotyczący lokowania Oświecenia w czasie. O ile są historycy, jak Jonathan Israel, którzy sytuują Oświecenie na kontinuum dat 1650-1850, to najczęściej kojarzone jest z okresem czynnej działalności Woltera, Rousseau i encyklopedystów oraz okresem bliskim czasowo Wielkiej Rewolucji Francuskiej, a Polsce rozdziela się je często na okres saski (m.in. działalność Stanisława Konarskiego) oraz na późniejszy okres oświecenia (klasycyzmu) stanisławowskiego.
Fascynujące dzieło Osińskiego to wędrówka przez oświeceniowe szlaki pokolenia pozytywistów, szlaki bardzo zróżnicowane, bowiem każdy z nich odczytywał Oświecenie indywidualnie, przez subiektywny filtr i dzięki temu ten obraz nie jest monochromatyczny czy jednobarwny, lecz wielobarwny, niemal kalejdoskopowy. Osiński zaczyna narrację od przybliżenia zachodnich mistrzów polskich pozytywistów z Comte’em i Buckle’em i Millem (Johnem Stuartem) na czele. Obszerną część poświęca też „orbicie” wspomnianego wcześniej Józefa Ignacego Kraszewskiego. Dalej zajmuje się edukacją w „szkole oświeconych”, w tym m.in. warszawską Szkołą Główną, a także sztandarowym pismem polskiego Pozytywizmu czyli „Przeglądem Tygodniowym”, a także portretami „trzech wielkich” francuskiego Oświecenia (Wolter, Rousseau, Diderot) w różnych ówczesnych ujęciach.
Osobną część poświęcił pozytywistycznej recepcji poezji okresu Oświecenia, Krasickiego, Karpińskiego, Kniaźnina, czy mało znanej Konstancji Benisławskiej, której poezja była unikalnym przypadkiem religijnego wymiaru Oświecenia. W szkicach poświęconych pięciu biografiom intelektualnym (Piotr Chmielowski, Aleksander Świętochowski, Eliza Orzeszkowa, Zofia Urbanowska i Stefania Chłędowska) autor zajął się różnym modelom podejścia do Oświecenia. Rozdział ostatni, „Maski historii” poświęcony jest „figurom Oświecenia i oświeconych” w dramacie II połowy XIX wieku, Oświeceniu w ujęciu Walerego Przyborowskiego, kluczowi oświeceniowemu w „Faraonie” Bolesława Prusa, a także „śpiewnemu alfabetowi polskości Jana Sawy”, czyli Oświeceniu przepuszczonemu przez filtr poetycki Marii Konopnickiej.
Nie ma chyba nikogo, kto nie pamiętałby z lat szkolnych tego grymasu znudzenia, który pojawiał się na twarzach szkolnych koleżanek i kolegów, gdy nauczyciele języka polskiego zabierali się do „przerabiania” Oświecenia czy Pozytywizmu, gdy zadawali uczniom lektury z tego okresu lub dotyczące go wypracowania. Ja to doskonale pamiętam i choć zawsze pasjonowałem się literaturą i humanistyką, to i dla mnie Oświecenie i Pozytywizm podawane w szkole dalekie były od atrakcyjności, Dlatego dopiero po wielu latach powróciłem do problematyki, przez którą w szkole średniej przebiegłem szybko i powierzchownie i nieuważnie, i zacząłem ją zgłębiać, m.in. dzięki pasjonującym esejom Ewy Paczoskiej, Jana Tomkowskiego, czy Ryszarda Przybylskiego. I dlatego dodatkową satysfakcję obok satysfakcji z tej pasjonującej lektury miałbym ze świadomości, że ktoś z moich znudzonych koleżanek i kolegów szkolnych, tak jak ja sięgnąłby po nią i niespodziewanie dla siebie wydobył spod tej szkolnej nudnej sztampy pasjonujące i barwne zagadnienia.

Dawid Maria Osiński – „Pozytywistów dziedzictwo Oświecenia. Kierunki i formy recepcji”, Wydawnictwo Episteme, Lublin 2018, str. 887, ISBN 978-8365172-78-5.

Oświecenie w odstawce

Oświecenie ma w Polsce dzisiejszej nie tyle złą prasę, ile niemal w ogóle nie funkcjonuje w przestrzeni publicznej debaty.

Oficjalna polityka historyczna z obłędnym wręcz fanatyzmem skupiona jest na tyrtejskich tradycjach nacjonalistycznych, głoszeniu glorii bezsensownych powstań narodowych, a także na odrażającym w znacznym stopniu kulcie „żołnierzy wyklętych” Oświeceniem pogardza. Apologia „rzeźni narodowej” w imię absurdalnie absolutyzowanej kategorii honoru narodowego znalazła się z centrum publicznej edukacji i propagandy. W takiej atmosferze nie ma miejsca dla racjonalistycznej, pełnej szacunku dla walorów rozumu i nasyconej postępowymi, społecznymi, w tym edukacyjnymi, projektami epoki Oświecenia.
Nienawiść do wszelakiej lewicowości i tradycji prawdziwie demokratycznych sprawia, że rządząca prawica przemilcza nawet te wybitne postacie polskiego Oświecenia, które przynależały do warstwy duchowieństwa katolickiego jak Stanisław Konarski, Ignacy Krasicki czy Hugo Kołłątaj. Nawet polski Kościół katolicki nie przyznaje się do nich, bo stanowią dysonans w stosunku do wybranego przez jego współczesną hierarchię kontrreformacyjnego modelu katolicyzmu. W tej sytuacji każda publikacja, która przypomina wagę tej epoki w historii Polski godna jest odnotowania. Zwłaszcza gdy jest tak interesująca jak praca Agaty Wdowik,
„Nieodrobiona lekcja Oświecenia. Aktualizacje tradycji oświeceniowych w publicystyce polskiej w latach 1944-2000”. Autorka przeanalizowała piśmiennictwo publicystyczne i naukowe lat 1944-2000 pod kątem jego stosunku do Oświecenia, recepcję oświeceniowych tradycji w tym okresie. Przytaczając sformułowanie Marka J. Siemka z jego tekstu „Polskie lekcje nieodrobione” (2005), którego fragment został zresztą wykorzystany jako tytuł omawianego studium („nasza polska, jeszcze długa droga ze Wschodu na Zachód, jest drogą, której nie przebrniemy, nie biorąc się wreszcie za naszą wciąż nieodrobioną lekcję Oświecenia”).
W sześciu rozdziałach autorka bada, jak odbywało się i jakimi rezultatami skończyło się odrabianie tej lekcji. Pierwszy rozdział („Ku rewolucji”) obejmuje lata 1944-1949, czyli fazę wstępną instalowania systemu stalinowskiego. Drugi („Socjalistyczny konstrukt Oświecenia”) – lata 1950-1959, czyli od apogeum stalinizmu do pierwszych lat popaździernikowej odwilży. Władza ludowa wybrała epokę Oświecenia jako najważniejszy dla siebie okres historyczny, z którego chciała czerpać istotną część swego rodowodu ideowego, asymilując tradycje oświeceniowe przy użyciu narzędzia w postaci metody marksistowskiej i materializmu dialektycznego. Czołowe ideologiczne pismo nowego obozu władzy, krakowska „Kuźnica”, deklarowało w pierwszym (1945) numerze: „Zespół nasz reprezentuje to skrzydło współtwórców kultury polskiej, a więc i przeszłości narodu, którego postawę określa radykalizm postępowej myśli polskiej. Wyrastamy z tej samej gleby, z której przed 150 laty powstało oświecenie, jakobinizm polski Kołłątaja, Staszica, Jezierskiego, Jasińskiego”.
Portrety polityczno-ideowe czterech wymienionych postaci („Czerwony Kołłątaj”, „Wulkan Kuźnicy”, „Rewolucjonista doskonały”, „Mieszczański przodownik pracy z Piły”) stanowią zresztą część rozdziału poświęconego „Czerwonym niciom” osiemnastego stulecia”. Bo właśnie „czerwone nici” Oświecenia (nie tylko polskiego, także francuskiego) były uwypuklane przez publicystów tamtego okresu. Wśród tych „czerwonych nici” były m.in. materializm, wolterianizm, antyklerykalizm czy społeczny radykalizm.
Aktualizacji podlegała też tradycja najważniejszego aktu polskiego Oświecenia czyli Konstytucji 3 Maja. Pomijano religijny, wyznaniowy wymiar jej treści (w tamtej epoce nieuchronny), a eksponowano zawarte w akcie majowym idee postępowych reform społecznych i ustrojowych. Natomiast z publicystyki i innych pism okresu Oświecenia, w tym „Kuźnicy Kołłątajowskiej” czerpano, w celach aktualizacyjnych, najbardziej radykalne hasła rewolucyjne o proweniencji jakobińskiej. W oficjalnym przekazie tego okresu tylko najbardziej radykalni przedstawiciele demokratycznej lewicy zasługiwali na miano patriotów.
O Kołłątaju pisano jako o „ojcu polskiej rewolucji” i „zwiastunie dzisiejszych czasów”. Historia Oświecenia była ukazywana w duchu marksistowskiego historyzmu. Swoistym paradoksem marksistowskich aktualizacji Oświecenia i jego ludzi było to, że o ile w warstwie czysto propagandowych haseł cechowały się one często wulgarnym schematyzmem, instrumentalizacją, uproszczeniami i dogmatyzmem, o tyle egzegezy niektórych zjawisk czy pozycji książkowych przejawiały się w formach nie pozbawionych wnikliwości i skrupulatnej drobiazgowości, a nawet finezji intelektualnej.
Jednym z najbardziej charakterystycznych tego przejawów była jedna z największych dyskusji literackich tego okresu. Rozpętała się ona wokół studium Wacława Borowego „O poezji polskiej w wieku XVIII”. Niewinny na pozór temat archiwalnej poezji sprzed półtora wieku, stał się polem starcia o „kryterium definiowania istoty poezji”, starcia między poglądem iż poezja jest przede wszystkim aktem artystycznego indywidualizmu, aktem uczucia i wyobraźni, także fideistycznej, a poglądem, że od poezji należy oczekiwać przede wszystkim pożywki intelektualnej, edukacyjnej i społecznej. W konsekwencji Borowemu zarzucono promowanie „poetów zakrystii”, „poetów ówczesnej reakcji szlacheckiego zacofania kulturalnego” przeciw „walczącej, społecznej, progresywnej poezji osiemnastego wieku”. Katolickiemu humanizmowi Borowego przeciwstawiono humanizm marksistowski.
Potępiając ciemne czasy saskie Stefan Żółkiewski przeciwstawiał im na łamach „Kuźnicy” czasy stanisławowskie, w których „poezja była walcząca, społeczna, postępowa”, „oddychała wielkim wichrem rodzącej się rewolucji” i „z cudowną odwagą podważała odwieczne fundamenty starego porządku społecznego”. Te akurat sformułowania były przykładem aktualizacji nazbyt daleko posuniętej, gdyż klimat czasów stanisławowskich daleki był od „wielkiego wichru rewolucji”. Niektóre marksistowskie aktualizacje postaci oświeceniowych już wtedy budziły opór. Polemizując z apologią biskupa Ignacego Krasickiego, postępowca, „który miał odwagę uderzyć w ciemnotę mnichów”, Zygmunt Lichniak z katolicko-postępowego „Dziś i Jutro” pisał: „Z tego sybaryty i politycznego oczajduszy robić postępowca!”. Lichniak bronił natomiast przed Żółkiewskim Jakuba Jasińskiego, obwinianego o wolterianizm i libertynizm.
Był w tym pewien paradoks, bo strona marksistowska, choć antyklerykalna i antyreligiancka, nie przepadała za antyklerykalnym i antyreligianckim libertynizmem i wolterianizmem z uwagi na ich „wsteczne, reakcyjne klasowo źródła”. Najbliższe doktrynie socjalistycznego realizmu były oświeceniowy dydaktyzm i racjonalizm. „W realizmie racjonalistycznym wieku Oświecenia bliska nam jest zwycięska i zdobywcza wiara w nieograniczone możliwości człowieka…” – pisał kierownik Wydziału Kultury KC PZPR Paweł Hoffman.
Niezależnie od podkreślanych pokrewieństw, część uczestników debaty podkreślała jednak, że – jak zauważa A. Wdowik – „postępowość tekstów oświeceniowych należy oceniać „przy uwzględnieniu momentu historycznego, w którym powstały”. Przy okazji, w pewnym momencie dokonano waloryzacji lekceważonego i ośmieszanego początkowo sentymentalizmu, dostrzegając w nim jeden z wyrazów uczuciowości ludowej i formę plebejskiego protestu przeciw tym aspektom Oświecenia, które wyrastały z nadmiernych iluzji i uroszczeń rozumowych, mających z kolei swoje źródło w ideologii burżuazyjnej. W nurcie realistycznym literatury oświeceniowej upatrywano z kolei praźródeł metody realizmu socjalistycznego.
Konkludując zjawiska z drugiej połowy okresu 1950-1959 autorka konstatuje „wyciszanie aktualizacji oświeceniowych”. Przyczyn tego wyciszania upatruje w „odwilżowej polityce kulturalnej”, która umożliwiła odejście od socrealistycznego radykalizmu”. Lata 1960-1969 to czas dalszego „wyciszania aktualizacji”. Miejsce bezpośredniej aktualizacji służącej celom agitacyjnym zastępuje opis i refleksja naukowa nad kluczowymi zjawiskami okresu oświeceniowego, w tym problem upadku Rzeczypospolitej, relacji polsko-rosyjskich czy zagadnienie postulatu silnej władzy i silnego państwa w konfrontacji z praktykami anarchii i „złotej wolności” szlachecko-magnackiej. To wtedy powstały niektóre najważniejsze dzieła dotyczące tego okresu, w tym „Ostatni król Rzeczypospolitej” (1966) Emanuela Rostworowskiego oraz – przede wszystkim – najbardziej fundamentalne dzieło tego okresu o epoce oświeceniowej czyli „Polscy jakobini. Kartka z dziejów powstania kościuszkowskiego” (1960), autorstwa Bogusława Leśnodorskiego.
Konkludując okres kończący się u schyłku lat sześćdziesiątych A. Wdowik pisze: „W latach sześćdziesiątych marksistowskie postrzeganie polskiego wieku świateł jako źródła tradycji socjalistycznej traci swoją moc interpretacyjną, wygasa wraz z ostatnim publicystycznym słowem na temat książki Bogusława Leśnodorskiego o polskich jakobinach. Innymi słowy, w latach sześćdziesiątych następuje pęknięcie sensu aktualizowania tradycji oświeceniowych. Jego efektem jest zanegowanie wagi dyskusji nad przyczynami upadku I Rzeczypospolitej oraz nad pozostałymi zjawiskami kultury osiemnastowiecznej ze względu na ich nieprzystawalność do problemów historii współczesnej”.
Ten proces wyciszania i przemodelowywania aktualizacji oświeceniowych postępuje w latach siedemdziesiątych. Poszerza się natomiast i pogłębia literatura przedmiotu, głównie poświęcona badaniom literatury i prądów ideowo-intelektualnych Oświecenia. Jedyną formą praktycznej aktualizacji jest podjęta wraz z 200 rocznicą powstania Komisji Edukacji Narodowej (1773-1973) reforma oświaty, ale nawiązanie do radykalnych tradycji KEN jest już tylko frazeologiczne i rytualne, a kierunek reformy daleki jest od jakichkolwiek rewolucyjnych radykalizmów i stanowi formę „doganiania Europy”. Nawet Kołłątaj, w latach pięćdziesiątych przedstawiany jako „czerwieniec” i „polski Robespierre” przemienia się w świetle oficjalnego przekazu w pioniera nauki, historyka i filozofa.
W latach 1980-1989 następuje do pewnego stopnia nawrót bezpośredniej aktualizacji Oświecenia. Ma to źródło w radykalizacji narodowej lat 1980-1981, narodzinach ruchu „Solidarności”, wprowadzeniu stanu wojennego, wydarzeniach, których ostateczną konsekwencją był Okrągły Stół i demontaż realnego socjalizmu w 1989 roku. Znamienne jest także, iż po raz pierwszy w historii PRL władza zorganizowała oficjalne obchody rocznicy Konstytucji 3 Maja. Było paradoksem politycznie uwarunkowanym, że przez większość czasu swojego istnienia, kolejne ekipy rządzące PRL, choć deklaratywnie odwoływały się do tradycji Oświecenia, w tym do majowej konstytucji, utrzymywały jej rocznicę na cenzurowanym jako święta antykomunistycznego, co oznaczało stałą delegalizację prób obchodów tejże. Przyznawała się do niej, a jednocześnie delegalizowała formy publicznego czczenia dzieła 3 Maja jako opozycyjne.
Charakterystyczny przypadek miał miejsce w roku 1976, w 185 rocznicę Konstytucji 3 Maja, gdy w Teatrze Telewizji wyemitowano premierę zrealizowanego dużym nakładem sił i z ogromną, doborową obsadą aktorską widowisko historyczne Grzegorza Królikiewicza „Trzeci Maja”, a jednocześnie oficjalnych obchodów nie było, a nieoficjalne były zakazane. Aktualizacje tego okresu dotyczyły także zagadnienia niepodległości i suwerenności narodowej, a także oceny ostatniego króla, Stanisława Augusta Poniatowskiego.
Namiętny spór o ocenę SAP był zasadniczo kryptonimem sporu o wymogi etyki patriotycznej i o oczekiwania wobec elit politycznych, a także sporu między „patriotami” a „realistami”, niejednokrotnie uważanymi przez tych pierwszych za rzeczników zdrady narodowej.
Bardzo istotnym wkładem w aktualizację charakterystyczną dla tego okresu był wspaniały esej książkowy Ryszarda Przybylskiego, „Klasycyzm, czyli Prawdziwy koniec Królestwa Polskiego”. To w niej sformułowany został bowiem imperatyw narodowego przetrwania po klęsce, przetrwania w niewoli nie przez wybranie drogi otwartej walki z zaborcą, lecz przetrwania narodu poprzez kultywowanie jego kultury, przez „życie w słowie”, poprzez zachowanie tradycji.
Autorka tak podsumowuje te lata: „W drugiej połowie dziewiątej dekady przywoływanie na łamach prasy tradycji oświeceniowych uległo wyciszeniu. Jedynie w latach 1988-1989 w kontekście publicystycznych rozważań nad społeczno-politycznymi przemianami zauważalne jest odwoływanie się do pojęcia rewolucji łagodnej, która ostatecznie stała się udziałem polskiego społeczeństwa. Niemniej jednak retoryka rewolucyjno-wolnościowa o jasnej proweniencji oświeceniowej była raczej jedynie niekiedy akcentowana, aniżeli podnoszona do rangi publicystycznego zagadnienia węzłowego dla ostatnich lat komunizmu w Polsce”.
Ostatni podjęty przez Wdowik okres aktualizacji Oświecenia (1990-2000) w polskiej przestrzeni publicznej przyniósł zaskakującą puentę. Doszło wtedy już nie do prób dalszego wyciszania czy wręcz rezygnacji z wszelkiej aktualizacji Oświecenia, lecz do pierwszej otwartej próby zdyskredytowania, a nawet potępienia Oświecenia jako lewicowego, libertyńskiego, kosmopolitycznego nurtu ideowego wrogiego „tradycyjnym wartościom narodowym i religijnym”, wrogiego „polskości”. Tej swoistej reakcji czy kontrrewolucji ideowej towarzyszyła próba rehabilitacji sarmatyzmu, konserwatyzmu społecznego i kulturowego oraz kontrreformacyjnego katolicyzmu.
Platformami tego antyoświeceniowego nurtu były m.in. pisma „Arcana” i „Fronda”, a jako jego egzemplifikacje posłużyły autorce głównie teksty Krzysztofa Koehlera (m.in. „Monitor”, „Sarmatia defensa”), Andrzeja Waśko („Wszystko jest inaczej” i Pawła Lisickiego („Mroczne dziedzictwo Oświecenia”).
Dogmatyzm i apodyktyczność z jakimi wspomniani autorzy obstawali przy swoich sądach, niechęć i niezdolność do jakiejkolwiek dyskusji skłoniły Agatę Wdowik do określenia wspomnianej postawy jako „socrealizmu à rebours”, podobnej charakterem, choć różniącej się przeciwstawnymi znakami wartości i źródłami ideowymi. Historia w pewnym sensie zatoczyła koło.
Ostateczna konkluzja autorki jest następująca: „ Skrajna ideologizacja dziedzictwa oświeceniowego w latach 1944-1989, a następnie przejęcie wypracowanych przez nią schematów przez publicystykę lat 1990-2000 wskazują na to, że lekcja polskiego oświecenia nie została jeszcze odrobiona (…)”. Nic dodać, nic ująć. Wystarczy otworzyć szeroko oczy i uszy i popatrzeć na współczesną Polskę.
Lekcja ta nie tylko nie została odrobiona, ale wyrzucona na śmietnik historii. Dopóki Polska jej nie odrobi, niewiele się zmieni.

Agata Wdowik – „Nieodrobiona lekcja Oświecenia. Aktualizacje tradycji oświeceniowych w publicystyce polskiej w latach 1944-2000”, wyd. Wydział Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2018, str. 305, ISBN 978-83-64111-25-94500.