Niewolnicy zacisnęli pięść

Zakwaterowano ich w barakach między cmentarzem a oczyszczalnią ścieków. Kiedy mieli otrzymać wynagrodzenie, wręczono im kwoty kilka razy niższe od obiecanych, bo niemiecki pracodawca był najwyraźniej pewien: kto jak kto, ale rumuńscy robotnicy sezonowi się nie zbuntują. A jednak.

Do pracy przy zbieraniu szparagów i truskawek ściągnęła ich firma Spargel Ritter. Pracować mieli w Bornheim, czyli praktycznie na północno-zachodnich przedmieściach Bonn, dawnej stolicy RFN. Pracodawca obiecywał zarobek w granicach 1500-2000 euro miesięcznie, gwarantował zakwaterowanie. Praca miała być ciężka, zachowanie bezpieczeństwa w czasie pandemii – niepewne, ale wielu z tych, którzy zdecydowali się na wyjazd do Niemiec, pierwszego państwa, które poluzowało ograniczenia sanitarne dla pracowników migracyjnych, czuło, że nie ma wyboru. Ich rumuńska ojczyzna niezmiennie od dziesięcioleci znajduje się w pierwszej trójce najbiedniejszych państw Unii Europejskiej. Według wyliczeń z 2019 r. już prawie 1/3 jej mieszkańców żyje w ubóstwie lub zbliża się do tego stanu. Czworo na dziesięcioro rumuńskich dzieci wychowuje się w ubogich rodzinach. 17,4 proc. rumuńskich pracowników to biedni pracujący, tacy, którym pensja ledwo pozwala na przetrwanie.
Od 3,5 do 5 mln Rumunów wyemigrowało za pracą na dobre, w ogromnej większości trafiając na budowy, do pracy w usługach, w charakterze opiekunek osób starszych. Do tego dochodzi bliżej niedookreślona, bo nigdy tak naprawdę w Bukareszcie nie wyliczona, grupa sezonowych robotników rolnych. Dwa najpopularniejsze kierunki migracji to względnie bliskie językowo Włochy i Hiszpania. Niemcy są na trzecim miejscu. M.in. dlatego w Bonn działa konsulat generalny Rumunii. Pod nim 19 maja zgromadzili się oburzeni ludzie.
Ochłapy za szparagi
250 rumuńskich robotników porzuciło pracę już 15 maja, w piątek. Wsparł ich anarchosyndykalistyczny związek zawodowy FAU, ściągnął na miejsce dziennikarzy. Gdy aktywiści starali się nagłośnić sprawę, zarządcy upraw szparagów grozili uczestnikom strajku, że za udział w tego rodzaju nielegalnej awanturze wylecą z pracy i z baraków, w których ich zakwaterowano. Robotnicy nie zrezygnowali. Nawet jeśli byli przyzwyczajeni do wyzysku, tym razem pewne granice zostały przekroczone.
– Za trzydzieści dni pracy dostałem 335 euro, a w kwietniu pracowałem po dziesięć godzin dziennie – mówił potem dziennikarzom jeden z uczestników protestu.
Inni relacjonowali: zamiast obiecanych kwot wypłacono im po 150, 200 euro. Ci, którzy zbierali szparagi, mieli otrzymywać wynagrodzenie według stawki godzinowej. Tym od truskawek – za każdą zebraną łubiankę. Ani jedni, ani drudzy nie dostali kwot obiecanych w umowach. Niektórzy nie zbliżyli się nawet do niemieckiej płacy minimalnej.
Za sprawą związkowców robotnicy dowiedzieli się na miejscu jeszcze jednej rzeczy. Otóż Spargel Ritter, ich pracodawca, jeszcze 1 marca… ogłosił bankructwo! Zarządzająca masą upadłościową kancelaria prawna Andreas Schulte-Beckhausen z Bonn postanowiła mimo to przeprowadzić rekrutację, by w sezonie firma coś zarobiła i okazała się atrakcyjna dla potencjalnych inwestorów. Plany zarządców pokrzyżował jednak koronawirus. I nie, nie chodziło o podwyższone wydatki na zachowanie minimalnych standardów bezpieczeństwa w robotniczych barakach czy podczas pracy. Po prostu wobec zamknięcia restauracji i kawiarni popyt na szparagi i truskawki spadł – trzeba było na czymś zaoszczędzić
Andreas Schulte-Beckhausen zatrudniał dwie grupy: rumuńską i niemiecką (w praktyce też złożoną z migrantów, ale takich, którzy przebywają już w Niemczech od jakiegoś czasu). Robotnikom z drugiej grupy zaoferowano zarobek minimalnie wyższy od płacy, na którą mogli liczyć migranci. Do tego maksymalnie starano się ograniczać kontakt jednej i drugiej grupy. Gdy w piątek 15 maja Rumuni zaczęli strajkować, Niemcy normalnie wyszli na pole. Tak samo w sobotę. Kiedy we wtorek szefowie nie byli już w stanie ukrywać, co się dzieje, Niemców odesłano do domów, oficjalnie dlatego, że „zrobiło się zbyt gorąco”.
Dziel i oszukuj
Dzień wcześniej, w poniedziałek, gorąco było i dosłownie, i w przenośni. Robotnicy najpierw zgromadzili się na wiecu, a potem udali się do firmowego budynku w Bornheim. Zasugerowano im, że sprawy wypłat zostaną sprawnie uregulowane… Na miejscu jednak czekała przede wszystkim policja i agresywna ochrona. Pracowników wpuszczano do budynku pojedynczo, prawnik FAU przedarł się do środka dopiero po negocjacjach z policją. Jedni wychodzili, mając w kieszeni 600 euro, inni – zaledwie 50,70… Jak widać, techniki rozbijania pracowniczej jedności przedsiębiorca miał opanowane. Już wcześniej robił wszystko, by nastawić robotników, którzy podpisali kontrakt na pracę przez całe wakacje, przeciwko tym, którzy mieli zbierać warzywa i owoce tylko do czerwca, sugerował, że przez awanturników organizujących dziki strajk resztę czeka więcej obowiązków. Niestety, nakręcanie jednych na drugich częściowo się udało.
Najbardziej zdecydowani nie zrezygnowali jednak. 19 maja przeszli z Bornheim do Bonn, by protestować pod konsulatem generalnym Rumunii, a wcześniej pod siedzibą Andreas Schulte-Beckhausen. Rumuńscy dyplomaci, przymykający od lat oczy na wyzysk rodaków, i tym razem wezwali ich do spokoju i oczekiwania na to, aż sprawa sama się rozwiąże. Przecież rumuńska minister pracy szczęśliwym trafem jest teraz w Niemczech, argumentowali. Faktycznie Violeta Alexandru była akurat w Berlinie, na rozmowach z minister rolnictwa Julię Klöckner. Przedmiotem ich spotkania były… warunki pracy Rumunów w Niemczech w dobie pandemii. Bo doniesienia o wyzysku i niehumanitarnym traktowaniu robotników sezonowych, jakie napłynęły spod Bonn, nie były wcale pierwszymi tego rodzaju.
Przez pola po wypłatę
Kiedy Violeta Alexandru pojawiła się następnego dnia – dwie godziny spóźniona – przed nędznym barakiem, w którym mieszkali jej rodacy, faktycznie starała się brzmieć tak, jakby wszystko zostało załatwione. Co prawda praca na polach w Bornheim się skończyła, bo zarządca Spargel Ritter miał dość i zbyt odważnych pracowników, i nierentownych szparagów, ale, jak mówiła pani minister, Niemiecki Związek Rolników był gotów przekierować chętnych do innych przedsiębiorstw.
Kto zaś miał chwilowo dość Niemiec, mógł skorzystać z darmowego powrotu do Rumunii.
Ale co z zaległymi płacami? Tutaj również pani minister przekonywała, że udało się dogadać. Pracodawca ogłosił jednak nader osobliwą procedurę wypłacania brakujących euro: robotnicy mieli wsiadać po 10 osób do busa, odjeżdżać od siedziby firmy i dopiero „w ustronnym miejscu” przyjmować pieniądze i podpisywać pokwitowania.
– Jako że taka procedura nie zasługiwała na zaufanie, uczestnicy strajku biegli za pojazdami [do których wsiedli ich koledzy – przyp. MKF], a zdezorientowana policja starała się ich zatrzymać. Po absurdalnym pościgu przez pola busy zatrzymały się w polu truskawek i tam, w piekącym słońcu, uregulowano zaległości – opisuje dalszy bieg wypadków niemiecki lewicowy portal Analyse & Kritik.
Na miejscu był prawnik z FAU, pilnując, by nieznający niemieckiego Rumuni nie podpisali żadnych niekorzystnych dla siebie oświadczeń. Anarchosyndykalistyczna centrala, której niemiecka policja zresztą bacznie się przygląda, była jedyną lokalną organizacją lewicową, która aktywnie wstawiła się za wyzyskiwanymi robotnikami z Europy Wschodniej.
A przecież Bornheim nie jest jedyne. Krótko przed tym, gdy wybuchł strajk rumuńskich robotników rolnych, Deutsche Welle wypuściło wstrząsający dokument o tym, jak traktowani są pracownicy rzeźni, też migranci. Pisano o „ludziach drugiej klasy”, „niewolnictwie czasów pandemii”.
Mało kto jednak odważył się na powiedzenie całej prawdy: to nie są punktowe nadużycia, taką po prostu rolę wyznaczono robotnikom z Europy Wschodniej. Mają po kawałku oddawać zdrowie i życie za poziom życia niemieckiej klasy średniej i wyższej, za przyzwoleniem swoich krajowych elit.
Takich jak minister Alexandru, która po powrocie do Bukaresztu zapewniła: wiele problemów pracowników migracyjnych zostanie natychmiast rozwiązanych, nad innymi będę pracować z niemieckim ministrem pracy. Nie zostaną. Nie w tym systemie.

Robienie ludzi w …

Polska to kraj, w którym sportem narodowym jest robienie ludzi w ch.a. W człona. Wała. W bambuko. Żadna tam piłka nożna albo skoki narciarskie. Ten jest mistrzem Polski, kto spektakularnej drugiego oszuka, albo orżnie na większą kasę. A jak ktoś zrobi to naprawdę porządnie, uzyska poważanie i status większy równy Bogom. Albo Bogu. Bo to przecież Polska.

Kandydatem na mistrza Polski w robieniu ludzi w ch..a w sferze prywatnego biznesu, zostaje w tym sezonie przedsiębiorca, który otworzył pod Warszawą największy akwapark w Europie, wziął kasę, wpuścił ludzi, a połowy atrakcji nie uruchomił i do tego wszystko posklejał na taśmę bezbarwną i gafer. Od dwóch lat zapowiadano w internecie, że będzie to największy park wodny w Europie z halą większą niż Stadion Narodowy, z 18 basenami, 32 zjeżdżalniami, 10 saunami i 700 palmami. Ludzie zapłacili swoje ciężko zarobione pieniądze, żeby stać w gigantycznych kolejkach i użyć jak pies w studni.
Firma oczywiście w żaden sposób się nie poczuła, żeby klientom straty wyrównać, bo jakież to niepolskie. Oddawać pieniądze bez pistoletu przy skroni. Lub przynajmniej bez nakazu sądu albo komornika na karku.
Kandydatem zaś na mistrza polski w robieniu ludzi w ch..a w kategorii relacje państwo –obywatel zostaje z kolei polski rząd. Miało być dobrze i dostatnio, a będzie bida i blady strach o przyszłość dzieci chowania i swój własny los. Pozornie mogłoby się wydawać, że nic bardziej mylnego. Obiecali trzynastą emeryturę. Kasa się znalazła.
Obiecali czternastą, a prezydent wspominał nawet o piętnastej. I, nie uwierzycie, na to też się znajdzie. Ku uciesze emerytów ma się rozumieć, a rozpaczy ludzi, którzy muszą na to wszystko zapracować, a na których zrzuca się coraz to nowe państwowe daniny. Ludzie głupi jednak nie są. Widzą i rozumieją, że ktoś przecież musi sfinansować te rządowe, przedwyborcze obietnice. I tym kimś będzie właśnie lud pracujący miast.
Rzadziej wsi, bo tam większość wieku produkcyjnego dawno wyjechała za granicę albo do krajowych metropolii. Cierpliwość pracowników wisi na włosku. Da się to wyczuć. Na poczcie, w taksówce, w kolejce w spożywczym. Ludzie potrafią połączyć kropki ze sobą; policzyć pod kreską i wychodzi im, że 500 plus starcza na coraz mniej, bo inflacja zżera to, co miały żreć dziecięta. Widzą na stacjach, że opłatę paliwową podniesiono już drugi raz w tym roku. I nie trzeba być przesadnie bystrym i lotnym w ekonomii, żeby pojąć, że coś się w tym rachunku nie zgadza i w sejfach nie wszystko rządzącym sztymuje.
Lud pracujący to wie. Czuje, że jest robiony w ch..a, ale najgorsze w wiedzeniu tym jest to, że niewiele może z tym zrobić.
Bo co może? Nie pójdzie do pracy? Wtedy nie da jeść nie tylko emerytom i maluczkim, ale głównie sobie.
Umrzeć z głodu dla idei jest może i sporą awangardą, zwłaszcza w Wielkim Poście, w Polsce, w XXI wieku, ale problemów Polski i Polaków raczej nie rozwiąże. Co gorsza, nie rozwiązują go też rządzący; cały czas tylko obiecują i rozdają, bo przecież prezydent sam się nie wybierze, a tak całkiem darmo nikt głupio głosu nie odda.
Ech, gdyby tak można było wszystkich skorumpować za flaszkę, jak to bywa przy okazji wyborów na wójta. Ale tu, niestety, kaliber większy to i większe ludzi potrzeby i potrzeb tych ekwiwalenty.
Lecz spokojnie, ludzie, nie pchajta się wszystkie na raz; rzecz dopiero zaczyna się rozkręcać i w niedalekiej przyszłości będzie tylko ciekawiej…

Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”.

Kobieta mnie doi

Jedynym prawdziwym oszustwem matrymonialnym jest małżeństwo.

Na policję zgłasza się mieszkanka gminy Trzemeszno, która pod koniec 2018 r. na Facebooku poznała Amerykanina, biznesmena, który się w niej zakochał i obiecał małżeństwo. Niestety po paru dniach okazało się, że jego firma ma chwilowe kłopoty finansowe. Facet prosi wirtualną narzeczoną o pożyczkę. Obiecuje szybki zwrot z nawiązką. Pani przelewa mu na konto kilkadziesiąt tysięcy złotych. I na tym znajomość się kończy. Policja i media uznają, że facet to oszust matrymonialny.

Sieć pełna miłości

Do dokładnie tego samego worka zakwalifikowano „generała armii amerykańskiej stacjonującego w Iraku”. Tak bowiem przedstawiał się 66 letniej pani z Wolsztyna facet, którego widywała na Skypie zawsze na tle amerykańskiej flagi. Facet oczywiście był wdowcem i szukał uczucia. Znalazł. I nawet by nadać mu odpowiednia oprawę wysłał pani prezent. Wysłał pani praczkę z biżuterią i pieniędzmi otrzymanymi od prezydenta USA w nagrodę za dobrą służbę. W pakunku, nie wiedzieć czemu, generał wysłał też swoje dokumenty emerytalne. Miały się w niej znaleźć również dokumenty emerytalne „generała”. Przesyłka utknęła najpierw w Belgii, a potem w Niemczech. Aby ją odebrać, pani zapłaciła 23 tys zł. Gdy nic do niej nie dotarło, pobiegła ze skargą na policję. Ta nie mogąc zrobić nic innego, opowiada teraz o oszustwie matrymonialnym.
55 – latka z Gdańska chwyciła w internecie za nogi Pana Boga w osobie chirurga-ortopedy z misji ONZ w Afganistanie. Państwo postanowili wziąć ślub i zamieszkać w Polsce. Niestety pan nie mógł przylecieć, bo afgańskiemu bankowi coś się porobiło i doktor nie miał dostępu do własnej kasy. Kobieta uznała, że kocha więc zapłaci. Dostała maila z napisem ONZ, a w nim dane wpłaty. Przelała ponad 200 tys. zł za bilet lotniczy, ubezpieczenie i opłaty lotniskowe. Bo z Afganistanu leci się drogo przecież.
Chirurg nie przylatywał. A to z powodu wojny. W związku z którą ewakuować się mógł z Kabulu tylko wynajętym prywatnie śmigłowcem. Tego rozkazu pani już nie strawiła i pognała w te pędy na policję. Ta, nie mogąc prowadzić działań za granicą opuściła ręce i orzekła urbi et orbi, że pani padła ofiarą oszusta matrymonialnego.

Panie tyłem

Przez ostatnie 2 lata, w internecie nie pojawiło się hasło oszustka matrymonialna. Ostatnie takie przypadki dotyczyły 81-letniej babci z Brzeska, która zaprzyjaźniała się ze starszymi panami oglądali razem seriale, jedli i pili nieprzesadne ilości dobrego alkoholu, po czym pani usypiała ich psychotropami i okradała. Przeciętnie czyściła facetów z gotówki i precjozów na kilka, kilkanaście tys zł.
Inną oszustką przedstawianą jako matrymonialna, była 26-latka, która na poczet opłat za ślub wyciągnęła od rodziny lubego 126 tysięcy zł i zniknęła. Ale była to tylko jedna z przewin pani, za którą do momentu zatrzymania, prokuratorzy wysłali już 22 listy gończe. I to wcale nie za sprawy damsko – męskie.

Równouprawnienie w jedną stronę

Dlaczego jednak przypadki wyłudzeń, oszustw i zwykłych kradzieży wrzucono do szufladki z napisem oszuści matrymonialni? Czym naciąganie na bilety, koszty ślubu, czy przesyłkę różnią się od przekrętu na policjanta, wnuczka lub biznesmena z Nigerii? I tu i tam trzeba znaleźć jelenia i sprzedać mu bajkę, na której popłynie finansowo. A ponieważ naiwnych nie sieją, to zawsze znajdzie się sposób na ich wykorzystanie.
Zastanawia natomiast, dlaczego o oszustach matrymonialnych mówi się przynajmniej 10 razy częściej niż o oszustkach. Odpowiedź jest prosta, bo faceci skubiący finansowo kobiety, to wciąż kuriozum.
Przecież na prokuraturę nie pobiegnie gość, którego panna w zamian za uczucie, naciąga na wynajęcie jej mieszkania, kupowanie perfum i czego tam sobie zażyczy. Taka relacja jest normalna. Facet ma płacić i basta.
Na policję nie pogna też jegomość, który od panny, z którą miał parę razy przyjemność, dostaje alternatywę – kasa albo żona się dowie. Normalny chłop – z oczywistych powodów – nie zgłosi też, że panna wyciągnęła z niego 5 tys. bo musiała usunąć to, co im się (wyłącznie według niej) przydarzyło.
A przecież to wszystko, dokładnie mieści się w schemacie wyciągania pieniędzy bazującego na relacji mężczyzny i kobiety. Czy zatem coś takiego jak oszustwo matrymonialne nie istnieje? Ależ skąd. I na dodatek ma niemal dosłowne znaczenie.
Małżeństwo jako konstytucyjny związek kobiety i mężczyzny jest miejscem, gdzie przekręcanie damsko-męskie zachodzi na skalę niespotykaną gdzie indziej. I na dodatek wszystko to odbywa się z błogosławieństwem prawa.

Z żoną na zdjęciu

Według Kodeksu Rodzinnego wzajemna pomoc małżonków obejmuje zarówno wspieranie psychiczne, moralne, jak i branie udziału w życiu rodzinnym, przyczynianie się do zaspokajania potrzeb materialnych, zapewniających obojgu małżonkom równą stopę życiową. Małżonkowie mają obowiązek przyczyniać się do zaspokajania potrzeb rodziny, którą założyli, według swoich sił i możliwości. I jeśli jedno z małżonków nie spełnia obowiązku jakim jest zaspokajanie potrzeb rodziny, sąd może nakazać, aby wynagrodzenie za pracę czy inne należności przypadające temu małżonkowi były w całości lub w części wypłacane drugiemu. Ten drugi, to w niemal w 100 proc. takich orzeczeń – żona.
I nawet jak małżeństwo nie ma dzieci i mieszka w lokum, którego posprzątanie zajmuje góra kwadrans tygodniowo, a pani domu nie uważa za stosowne znaleźć źródła zarobkowania, to mąż musi zaspokajać potrzeby rodziny. Czyli żony.
Każdy bowiem sąd uwierzy, że pani zaspokaja potrzeby rodziny poprzez pracę „we wspólnym gospodarstwie domowym”. Czyli te pieniądze jej się po prostu należą. Zwłaszcza, że zgodnie z treścią art 31 § 2 pkt 1 KRO – pobrane wynagrodzenie za pracę należy do majątku wspólnego. Czyli połowa pensji męża z mocy prawa jest przynależna żonie.
Oczywiście w drugą stronę też to powinno działać. Praktyka jest jednak inna. Jeśli z małżeństwie kasę do domu przynosi pani, i pan pasożyt jej się znudzi, to się go pozbędzie. Gdy zaś taki pasożyt jest patologią, to o to, aby nie miał on najmniejszego pożytku z małżeństwa zadba cały aparat państwa, z policją, prokuratorem, kuratorami, sądami rodzinnymi i opieką społeczną. Oczywiście w wielu przypadkach niebezzasadnie, bo faceci mają sporo za uszami. Jednak spraw wytaczanych przez mężów, żerującym na nich żonach, jest równie dużo jak śladów białka w zdrowym moczu. I ta dysproporcja pokazuje, że czerpanie pożytków z małżeństwa, to przywilej wyłącznie kobiet.

Jeleń alimentacyjny

Oszustwo małżeńskie, czyli nomen omen matrymonialne, nie kończy się jednak wraz z ustaniem węzła. Jeśli bowiem sąd orzeknie rozwód bez orzekania o winie i jedno z byłych małżonków wpadnie w niedostatek, może pozwać swojego eks o alimenty, ale tylko przez 5 lat od momentu orzeczenia rozwodu. Praktyka sądowa mówi, że wnioski mężczyzn o takie alimenty są równie częste, jak trzęsienia ziemi w Grójcu.
Rozwód to też element innego przekrętu matrymonialnego. Ile razy jest bowiem tak, że facet prowadzący firmę, czyli coś co niesie znamiona ryzyka finansowego w wypadku bankructwa, przepisuje cały swój majątek na żonę? Żeby ten majątek był po prostu zabezpieczeniem dla obojga. Nie trzeba chyba rozwijać tego, co jest dalej, a co kończy się tym, że szybko pojawia się wniosek rozwodowy i mężczyzna zostaje z niczym. W drugą stronę to tak nie działa.
Znacznie też lepiej wychodzą na rozwodach panie, które zachomikowały tyle mężowskich środków, żeby na rozprawę rozwodową przyjść ze świetnym prawnikiem. Taki potrafi przed sądem udowodnić wszystko. A musi tylko to, że winnym rozpadu pożycia był facet. Ponieważ w składach sędziowskich siedzą głównie kobiety, to przekonanie ich do takiego wniosku jest łatwiejsze. I nawet jak facet nie zdradza, to zawsze można powiedzieć, że jest impotentem, przez co małżonka cierpi, a wraz z nią stadło.
Gdy sąd stwierdzi, że z powodu braku erekcji wyłącznie winny rozpadowi jest małżonek, to od tej pory musi on zapewnić byłej, taki sam standard życia, jaki miała przed rozwodem. I to do śmierci. Bo obowiązek ten wygasa jedynie w momencie, gdy osoba otrzymująca alimenty zawrze następny związek małżeński. Czyli – jeśli nie jest idiotką, a wszak udowodniła, że nie jest – nigdy.
Nie trzeba chyba nawet wspominać jak w sądach wyglądają statystyki, ani tego, że niemal 100 proc. płacących alimenty byłym małżonkom to panowie.
Gdy się wie to wszystko, i czyta o Marcinkiewiczu, który musi co miesiąc odpalać Isabell 4 tys zł, albo o Zamachowskim zobligowanym do alimentów w wysokości 14 tys zł miesięcznie, to sformułowanie oszustwo matrymonialne, nabiera zupełnie innego, niż się powszechnie sądzi, znaczenia.

Sen o emeryturze

Wszędzie słuchać płacz i zgrzytanie zębów gdy tylko poruszony zostaje temat emerytur i systemu emerytalnego. A przecież cel reformy był jasny obniżyć emerytury. Zmniejszyć koszty budżetowe zmusić przyszłych emerytów do samodzielnego oszczędzania. Niejako przy okazji utuczono firmy zarządzające funduszami emerytalnymi ustanawiając absurdalnie wysokie prowizje i opłaty z zarządzanie. Zanim nadeszła katastrofa rząd PO wycofał się z „reformy” a jakoby „prosocjalny” PiS postanowił na przyszłych emerytach jeszcze raz zarobić.

Nikt nie zwraca uwagi, że przyszłe niskie emerytury to efekt dwóch procesów.
Po pierwsze niskich płac. Comiesięczny wskaźnik średniej płacy wyliczany jest na podstawie niepełnych danych. Do wyznaczenia przeciętnej pensji brane są pod uwagę tylko wynagrodzenia w firmach, które zatrudniają powyżej 9 osób. A takie przedsiębiorstwa na polskim rynku są w zdecydowanej mniejszości. W 2016 roku przeciętna pensja w sektorze przedsiębiorstw kształtowała się na poziomie 4346,76 zł (3094 zł netto). Jednak, że aż 66 proc. zatrudnionych zarabiało poniżej tej kwoty. Właśnie w raporcie za rok 2016 GUS po raz ostatni podał też wartość dominanty, czyli najczęstszego miesięcznego wynagrodzenie brutto, dla ogółu zatrudnionych w gospodarce. Wyniosło ono wynosiło w październiku 2016 r. 2074,03 zł, czyli ok. 1511 zł na rękę. To mniej niż połowa przeciętnego wynagrodzenia w firmach.
Czyli niskie wynagrodzenia to niskie składki emerytalne, co w sumie daje niskie emerytury.
Najnowsze dane dotyczące tzw. stopy zastąpienia emerytur w Polsce wg ZUS powinny dać nam do myślenia. W 2014 r. przeciętna miesięczna wypłata emerytury stanowiła 61,8 proc. przeciętnej miesięcznej krajowej pensji. W 2018 r. ta stopa wynosiła już 56,4 proc. Szacunki na 2028 to już tylko niecałe 47 %. Gdyby ktoś zarabiał najniższe wynagrodzenie i zdecydował się na emeryturę z końcem 2020 roku to mógłby liczyć na niewiele ponad 1300 PLN brutto. Czyli nieco ponad 1100 netto.
Po drugie, duża część pracujących nie może dziś liczyć na taki luksusy jak etat. Prawie jedna piąta ogółu pracujących to samozatrudnieni oraz pracujący na umowy cywilno-prawne. Ich perspektywy emerytalne wyglądają jeszcze gorzej. No chyba, że na należą do wąskiej grupy prezesów kontraktowych czy ludzi wielkiego sukcesu, ale pączki w maśle (czy rogale Marcińskie co kto lubi) to nieliczne wyjątki. Prowadzący jednoosobową działalność płacą (2019) składkę emerytalną w wysokości 558 złotych (od podstawy dochodu 2859). Mogą też skorzystać z ulgi „nas start” i wtedy ich składka emerytalna będzie jeszcze mniejsza. I oczywiście mniejsza też emerytura.
Tak to wygląda.
Co robić ? No więc po pierwsze zmienić system podatków od dochodów osobistych na progresywny i wprowadzić stawkę 10% dla dochodów w granicach 24.000 rocznie. Oczywiście należy wyżej opodatkować przychody przekraczające 120 000 oraz wrócić do rozliczania jednoosobowej działalności gospodarczej na zasadach ogólnych. Ledwo wiążącym koniec z końcem „przedsiębiorcom” zapewne pozwoli skorzystać z nowej obniżonej stawki PIT a nasze pączki w maśle, stracą odrobinę tłuszczyku i lukru. Będą zdrowsze.
Po drugie, co nieuchronne podnieść składkę na ubezpieczanie emerytalne a w dalszej perspektywie całkowicie porzucić „reformę emerytalną”. Niestety trzeba będzie też szybko zlikwidować wprowadzane właśnie PPK, które jak zgodnie oceniają specjaliści mają głównie służyć zarządzającym nimi firmom. Czy powrót do koncepcji OFE.
A po trzecie wypowiedzieć konkordat, to też da spore oszczędności dla budżetu.

Moje boje z reprywatyzacją

Sześć lat temu zacząłem alarmować, że stołeczna reprywatyzacja przekształca się w wielki, kryminalny przekręt. Oczywiście wtedy był to głos wołającego na puszczy.

 

Kiedy przyglądam się warszawskiej reprywatyzacji, pierwsze słowa jakie przychodzą mi na myśl brzmią: „A nie mówiłem?”. Wypowiadane absolutnie bez cienia satysfakcji, że „wyszło na moje” lecz przeciwnie, z dużym smutkiem.
Tak się bowiem składa, że już właśnie sześć lat temu pisałem nieraz (w tygodniku „Przegląd” i „Kurierze Warszawskim; „Trybuna” się jeszcze wówczas nie odrodziła), iż działania reprywatyzacyjne w Warszawie zaczynają być ogromnym przekrętem, wymagającym wkroczenia prokuratury. Osoby za niego odpowiedzialne powinny zaś jak najszybciej stanąć przed sądem, na czele z prezydent stolicy i urzędnikami ratusza. Podawałem nawet dokładnie, z jakich paragrafów kodeksu karnego. Jeśli natomiast chodzi o bezprawne oddawanie mienia objętego umowami odszkodowawczymi między Polską a 14 państwami zachodnimi, to zwracałem na to uwagę nawet od 2008 r.
I co? I oczywiście nic. Artykuły, które wówczas pisałem, były głosem wołającego na puszczy. Przez kolejne lata niczego nie zrobiono, aby ukrócić rabunkową reprywatyzację. Warszawiacy tracili mieszkania, a władze miasta bezpodstawnie wypłacały setki milionów złotych odszkodowań. Sączone przeze mnie krople nie wydrążyły żadnego kamienia.
Umów odszkodowawczych pomiędzy Polską a państwami zachodnimi nie zauważał nikt inny. A wedle narracji obowiązującej przez wiele lat, zgodnie stosowanej przez dziennikarzy wszelkich opcji, zwracanie warszawskich nieruchomości i wypłacanie ogromnych odszkodowań było słusznym naprawianiem krzywd, wyrządzonych przez zbójecki jakoby dekret Bieruta (który w rzeczywistości, jak pisałem, jest dobrodziejstwem dla byłych właścicieli). Powinno więc być robione szybko i konsekwentnie.

 

Gdy inni zaczęli o tym pisać

Wtedy, sześć lat temu, nie żyła już działaczka lokatorska Jolanta Brzeska, po Warszawie grasowali czyściciele kamienic, zrozpaczeni ludzie musieli się wynosić ze swoich domów – ale czarnej strony stołecznej reprywatyzacji jakby nie zauważano. Szkoda, że nie podnosili wtedy alarmu wpływowi, wrażliwi publicyści i nie było działań policyjnych czy prokuratorskich w obronie krzywdzonych mieszkańców stolicy.
Nie można było nie wiedzieć, co się dzieje w Warszawie i kto jest odpowiedzialny za rabunkową reprywatyzację. Nic jednak nie robiono aby ukrócić ten proceder.
Przez parę kolejnych lat nic się nie zmieniało, a na łamach ważnych mediów, takich jak na przykład „Gazeta Wyborcza”, brylował jeden z „bohaterów” moich tekstów, ówczesny dyrektor stołecznego biura gospodarki nieruchomościami Marcin Bajko (zwolniony w końcu dyscyplinarnie). I przekonywał, że pieniądze na odszkodowania dla „byłych właścicieli” należy wypłacać jak najszybciej, zaś nieruchomości oddawać w naturze tak zwanym „kuratorom osób nieznanych z miejsca pobytu”.
A ja mogłem do woli pisać na Berdyczów, że takie decyzje zwrotowe to bezprawie i oczywisty skandal.
Nie da się ukryć, że trzeba było dopiero kampanii wyborczej Prawa i Sprawiedliwości (w której partia ta uczyniła warszawską reprywatyzację jednym z tematów) oraz zwycięstwa parlamentarnego PiS w 2015 r., aby bezprawne oddawanie stołecznych nieruchomości zostało należycie nagłośnione i zaczęło być traktowane tak jak zasługuje – czyli jako działalność przestępcza.
Wiadomo oczywiście, że PiS postanowiło wykorzystać warszawską reprywatyzację do uderzenia w PO i personalnie w prezydent stolicy. do niedawna wiceprzewodniczącą Platformy). Komisja weryfikacyjna ds. reprywatyzacji została zaś powołana z pobudek politycznych, by w najbliższych wyborach samorządowych „odbić” Warszawę z rak opozycji i posadzić Patryka Jakiego na fotelu prezydenta miasta.
Niezależnie jednak od tego, z jakich powodów jest to robione, od 2016 r. zaczęło się coś dziać. Ruszyła się prokuratura, zmieniła się podejście do stołecznej reprywatyzacji, a niektórzy dziennikarze zaczęli otrzymywać kontrolowane przecieki, pokazujące rzeczywiste mechanizmy oddawania nieruchomości w Warszawie.

 

Prokuratura wreszcie posłuchała?

Ponieważ od dawna, na zasadzie tego Katona nawołującego do zniszczenia Kartaginy, wzywałem, by osoby odpowiedzialne za warszawską rabunkową reprywatyzację stanęły przed sądem, pozwolę sobie przypomnieć, iż stołecznych urzędników uczestniczących w tym procederze oraz ludzi wyłudzających nieruchomości i odszkodowania, należałoby postawić przed sądem z tytułu co najmniej trzech artykułów kodeksu karnego.
Po pierwsze – za naruszenie lub niedopełnienie obowiązków służbowych, o czym mówi art. 231 k.k.: Funkcjonariusz publiczny, który przekraczając swoje uprawnienia lub nie dopełniając obowiązków, działa na szkodę interesu publicznego lub prywatnego, podlega karze pozbawienia wolności do lat trzech. Jeżeli dopuszcza się tego w celu korzyści majątkowej czy osobistej, podlega karze od roku do lat 10.
Po drugie – za korupcję, którą opisują artykuły 228 i 229 k.k.
Art 228 (odnoszący się do biorących) stanowi: Kto, w związku z pełnieniem funkcji publicznej, przyjmuje korzyść majątkową lub osobistą albo jej obietnicę, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8. W wypadku mniejszej wagi, do lat dwóch. Jeśli zaś przyjmuje korzyść albo jej obietnicę za zachowanie stanowiące naruszenie prawa, może dostać od roku do 10 lat. Karze takiej podlega także ten, kto uzależnia wykonanie swej czynności służbowej od otrzymania korzyści lub takiej korzyści żąda. Gdy przyjmowana korzyść majątkowa jest znacznej wartości, to grozi do 12 lat.
Analogiczne kary dla wręczających łapówki przewiduje art. 229, który stwierdza: Kto udziela albo obiecuje udzielić korzyści majątkowej lub osobistej osobie pełniącej funkcję publiczną w związku z pełnieniem tej funkcji, podlega karze od 6 miesięcy do 8 lat. W wypadku mniejszej wagi – do lat dwóch. Jeżeli sprawca nakłania osobę pełniącą funkcję publiczną do naruszenia prawa lub obiecuje korzyści za naruszenie prawa, podlega karze od roku do lat 10. Gdy obiecuje udzielić korzyści znacznej wartości, kara może wynieść 12 lat.
Po kilku latach swego bezskutecznego wołania na puszczy już straciłem nadzieję, by przywoływane przeze mnie przepisy kodeksu karnego zostały kiedyś wykorzystane do walki z reprywatyzacyjnym bezprawiem.
A jednak stało się – i w końcu prokuratura postawiła podejrzanym zarzuty z wszystkich tych trzech artykułów. Młyny sprawiedliwości obracają się w Polsce wolno, ale Rubikon został już przekroczony. Nie da się tych spraw zamieść pod dywan – i nikt nigdy nie będzie mógł więcej wmawiać ludziom, że zwracanie mienia w Warszawie przebiegało w uczciwy sposób.

 

Szybsza ścieżka karna

Wspomniane artykuły kodeksu różnią się wysokością sankcji. Za korupcję (art. 228 i 229 k.k.) grozi do 12 lat więzienia. Za samo naruszenie obowiązków (art. 231 k.k.) – tylko do trzech, a jeśli ktoś je przekracza lub ich nie dopełnia w celu osiągnięcia korzyści, to do 10 lat.
Serce i rozum podpowiadają, że ludzie zamieszani w proceder reprywatyzacyjny powinni siedzieć za korupcję. Przecież, jeżeli łamali prawo, zwracając nieruchomości, których zwracać nie należało, to robili to z uzasadnionego powodu – a nie dla pięknych oczu tych, którzy zgłaszali lipne roszczenia.
Warszawską reprywatyzacją nie zajmowali się jednak idioci – lecz duża grupa kutych na cztery nogi cwaniaków, świetnie znających meandry prawa i sposoby unikania jego karzącej ręki. Wykazanie im korupcji i oszustw może być więc niewykonalne.
Znacznie prostsze będzie udowodnienie przekroczenia uprawnień lub niedopełnienia obowiązków i zamknięcie ich na krócej, ale na pewno (w połączeniu z obowiązkiem zwrotu nienależnie uzyskanych sum). Nie dotyczy to oczywiście nabywców roszczeń – bo oni nie pełnili żadnych funkcji w ratuszu i trudno znaleźć na nich innego haka niż właśnie zarzuty oszustw i korupcji.
Jeśli jednak chodzi o urzędników zamieszanych w reprywatyzację, to zwykła analiza akt warszawskich spraw reprywatyzacyjnych pozwoliłaby na zauważenie nieprawidłowych działań ludzi z urzędu miasta, którzy wielokrotnie naruszali przepisy – i posadzenie ich za kratki na parę lat.
Wbrew prawu, nie odliczano więc od wartości zwracanych nieruchomości, nakładów poczynionych na ich remonty i utrzymanie (gdyby próbowano szacować nakłady za wszystkie lata powojenne, okazałoby się, że ludzie zgłaszający roszczenia reprywatyzacyjne powinni jeszcze dopłacać, gdyż państwo zainwestowało wielkie pieniądze, aby doprowadzić oddawane obiekty do obecnego stanu).
Nie przestrzegano przepisów mówiących, że odszkodowanie za znacjonalizowane mienie ma być wypłacane w miejskich papierach wartościowych (czyli obligacjach komunalnych). Warszawa, jak każde polskie miasto mogła wyemitować takie obligacje i spłacać nimi odszkodowania reprywatyzacyjne. Wypłacała je jednak w gotówce, bo tak było korzystniej dla osób zgłaszających roszczenia.
Nie sprawdzano obywatelstw osób zgłaszających roszczenia, mimo, że na mocy wspomnianych tu umów odszkodowawczych nielegalne jest wypłacanie jakichkolwiek odszkodowań obywatelom 14 państw oraz ich potomkom, za mienie utracone w Polsce po II wojnie. Polska już dawno wypłaciła tym państwom odszkodowania, więc ich obywatele mogą zgłaszać roszczenia tylko do własnych rządów.
Władze Warszawy bezprawnie oddawały nieruchomości kuratorom osób nieznanych z miejsca pobytu, ustanawianym przez sądy. Te „osoby nieznane z miejsca pobytu” to dawni właściciele po których ślad zaginął (przeważnie osoby pochodzenia żydowskiego wymordowane przez Niemców). Kuratorzy, działając rzekomo w ich imieniu, przejmowali działki i budynki dla siebie. Żadne przepisy nie upoważniały władz stolicy do zwracania nieruchomości kuratorom. Kurator nie jest właścicielem ani spadkobiercą więc oddawanie mu nieruchomości było bezprawne.
Należy też wyciągnąć konsekwencje dyscyplinarne wobec sędziów, którzy bez mrugnięcia okiem ustanawiali różnych cwaniaków, kuratorami byłych właścicieli warszawskich nieruchomości. Trudno to określić innym słowem, niż skandal. Tym sędziom nie przeszkadzało to, że właściciele po wojnie już nie dali znaku życia, gdyby żyli mieliby na ogół ponad sto lat, a ci którzy chcieli zostać ich kuratorami nigdy nie mieli z nimi nic wspólnego.
Sprawdzenie tych przykładów łamania prawa nie wymaga wielkiej filozofii oraz wieloletnich dochodzeń. Może zaś efektywnie doprowadzić do zamknięcia szeregu osób na choćby i trzy lata za naruszenie czy niedopełnienie obowiązków służbowych – oraz do ocalenia wielu milionów publicznych złotych.
Wydaje się jednak, że komisja weryfikacyjna i prokuratura ostatnio stawiają na wątki korupcji i oszustw, licząc zapewne na efekt propagandowy oraz nagłośnienie afer, które dałoby się politycznie wykorzystać. Nie chcę być złym prorokiem, ale zapewne skończy się na tym, że nie zapadnie żaden wyrok skazujący ani za korupcję, ani za oszustwa. Dobrze byłoby więc, gdyby organy ścigania położyły większy nacisk na, znacznie prostsze do udowodnienia, przypadki naruszania i niedopełniania obowiązków przy zwracaniu stołecznych nieruchomości.

 

Radni byli bezradni

Powtarzam, że nie mam nawet cienia satysfakcji, iż w końcu „wyszło na moje”. Bo w stolicy przez te lata zdarzyło się za dużo ludzkich krzywd i dramatów, którym można było zapobiec. Zabrakło jednak do tego i woli, i ochoty.
Nie żywię oczywiście złudzeń, że to co ja jeden od kilku lat pisałem o warszawskiej reprywatyzacji miało jakikolwiek znaczący zasięg. Jednak po 2015 r, gdy już ruszyła lawina artykułów w innych mediach, wiedza o tym, jak w rzeczywistości wyglądało zwracanie stołecznych gruntów, stała się dosyć powszechna.
Dlatego więc można się było zdziwić, gdy członkowie komisji weryfikacyjnej czy rady społecznej przy niej działającej, mówili, jak bardzo byli zdziwieni, gdy z przesłuchań prowadzonych przed komisją dowiedzieli się, że prezydent Hanna Gronkiewicz Waltz musiała wiedzieć o ewentualnych nieprawidłowościach przy oddawaniu stołecznych nieruchomości.
Wolne żarty! Oczywiście, że musiała – i to przez cały czas. Przecież dla każdego człowieka umiejącego czytać i myśleć jest jasne i oczywiste, że prezydent Warszawy wiedziała dokładnie o wszystkim, co dotyczyło sprawy tak ważnej, bulwersującej i powszechnie nagłośnionej, jak stołeczna reprywatyzacja. Znała mechanizmy zwracania, podstawy wydawania decyzji, sposoby reagowania na pojawiające się zarzuty. I trudno wyobrazić sobie, by wraz ze swoimi zastępcami i urzędnikami ratusza, mogła uniknąć odpowiedzialności.
Jeśli wszakże kiedyś nawet stanie się to, do czego nawoływałem od lat – i sądy wymierzą sprawiedliwość uczestnikom procederu reprywatyzacyjnego – to wyrządzone krzywdy nie zostaną w pełni naprawione. Nie ma możliwości, aby doprowadziła do tego komisja weryfikacyjna czy wyroki sądowe.
Komisja weryfikacyjna może jednak unieważniać decyzje reprywatyzacyjne i odbierać niesłusznie wypłacone odszkodowania – a to niemało. Powinna więc nadal wykorzystywać te możliwości, ale mądrze, tak by jej postanowienia nie były obalane później przez sądy. A bój zapowiada się na całe lata, gdyż osoby, którym komisja odebrała nieruchomości, systematycznie odwołują się do sądu administracyjnego.
Warszawska afera reprywatyzacyjna boleśnie obnażyła też bezradność oraz bierność stołecznego samorządu. Rada m.st. Warszawy nie umiała, a po części też i nie chciała, zapobiec bezprawnemu oddawaniu miejskich nieruchomości.
A przecież, kto inny, niż właśnie warszawscy radni, powinien patrzeć na ręce urzędnikom, przy wykorzystaniu wszelkich możliwości, jakie daje praca w samorządzie? Niestety, duża większość radnych Warszawy zapomniała, że ich obowiązkiem jest dbanie o dobro mieszkańców.