Modlitwa jako instrument zarządzania

Formalnie jestem katolikiem. Kiedyś mnie ochrzczono, potem chodziłem na lekcje religii, w latach młodzieńczych kilka razy klęczałem w konfesjonale, i wyznawałem nieliczne w tym czasie grzechy. Ale później stałem się katolikiem niepraktykującym. Co nie znaczy, że nie rozumiem i nie szanuję tych, którzy wierzą, praktykują i modlą się w przekonaniu, że ich życie nie zależy od nich i od przypadku, tylko od Boga.

Co więcej, niektórzy z nich uważają, że wszystko jest gdzieś „zapisane”, że jest z góry ustalony plan i czas ich pobytu na naszej planecie, ich sukcesów i porażek. Są, bo zgodnie z przeznaczeniem mieli być, robotnikami, skromnymi urzędnikami, ale także królami, premierami, ministrami, milionerami albo ubogimi.

Cele modlitwy

Najczęściej z taką wiarą łączy się modlitwa o coś, co wprawdzie jest „zapisane”, ale można to zmienić na lepsze, czy w danej chwili bardziej pożądane. Taka, zrozumiała dla mnie, modlitwa, dotyczy najczęściej tego, na co człowiek nie ma bezpośredniego wpływu, co nie zależy od jego umiejętności i pracy. Nie ma więc nic dziwnego w tym, że rolnik może się modlić o deszcz albo o kilka słonecznych dni, żona, córka, czy syn o poprawę stanu zdrowia ich męża i ojca, ubogi o wygraną w totolotka, zakochany o wzajemność obiektu jego głębokich i niewinnych uczuć, albo brzydkiego pożądania.

Przy pewnej tolerancji można też zrozumieć modlących się o szczęśliwe zakończenie działań, których powodzenie zależy w przeważającej mierze od ich umiejętności, ale na które wpływają także czynniki od nich niezależne. Pilot może się modlić o szczęśliwe lądowanie przy zbyt dużym wietrze, sportowiec o wygraną w jego konkurencji, – chociaż to oznacza, że jednocześnie, podświadomie modli się o złą kondycję lub błędy przeciwników. Na tym tle, z wrodzoną niesprawnością umysłową przypuszczam, że jeśli Bóg ma jakieś biuro podawcze, to pracujący w nim aniołowie i archaniołowie mają trudne zadanie. Znaczna część modlitw jest bowiem ze sobą sprzeczna. Jeśli ktoś z amerykańskiego wywiadu modlił się o złapanie lub unieszkodliwienie Bin Ladena, to jego zwolennicy i przyjaciele odwrotnie – modlili się o jego niezawodne ukrycie i przetrwanie. Jeśli w naszym pięknym kraju ktoś modli się o to, aby jak najdłużej mógł pozostawać na intratnym i dającym władzę stanowisku, to może być pewien, że jest wielu modlących się o coś całkiem przeciwnego. Biedni ci aniołowie w niebieskim biurze oddawczym. Rozstrzygnięcie, która modlitwa jest słuszna, czasem może wymagać wielu kosztownych ekspertyz. A i tak nie wiadomo, czy Bóg nie postąpi inaczej, niż mu doradzają.

Są jednak – moim zdaniem – i takie zadania, działania i profesje, w których modlenie się o cokolwiek jest nielogiczne. Farmaceuta nie może się modlić o prawidłowe sporządzenie leku a ślusarz o otwarcie zamka, bo to zależy wyłącznie od ich wiedzy i staranności. Nie ma tu miejsca na pomoc czy ingerencję „siły najwyższej”. Dyrektor, prezes, minister czy premier nie powinien modlić się o spełnienie tego, co zależy od jego decyzji i poleceń.
Ostatnio zauważyłem jednak ze zdziwieniem, że niektórzy, manifestujący swoją pobożność prominentni przedstawiciele obecnej władzy, zaczynają traktować modlitwę jak instrument zarządzania. Modlą się – a przynajmniej tak mówią, – aby ograniczenia związane z pandemią były mniej uciążliwe, aby szkoły mogły pracować normalnie a nie zdalnie, aby w wyniku ich decyzji gospodarka jak najmniej ucierpiała.

Przykro mi, ale właśnie takie modlitwy uważam za nietrafione, żeby nie powiedzieć – bezsensowne. To oni sami decydują o tym, czy i kto – przykładowo – może lub powinien wprowadzać zdalne nauczanie. Zakładam, że znajdują przesłanki uzasadniające prawidłowość takich ustaleń. Jeśli nie znajdują – to niech zmienią decyzje, albo modlą się tylko o zmianę nie do końca zależnych od nich przesłanek – na przykład liczby zakażeń.

Pobożna prawica

Prawica społeczno – polityczna zawsze i wszędzie była bardziej pobożna niż lewica. A przynajmniej starała się robić takie wrażenie. Prawica sięgająca faszyzmu, nawet, jeśli traciła wiarę, zachowywała jej pozory. Przykładem historycznym są napisy wytłoczone na klamrach pasków żołnierzy Wehrmachtu – „Gott mit uns”, czyli Bóg z nami. Za to bezczelne kłamstwo zostali ukarani prze żołnierzy z czerwonymi i białymi gwiazdami.

My nie składaliśmy takiej publicznej deklaracji ani w czasie zdobywania niepodległości 102 lata temu, ani w czasie II wojny światowej, ani po niej. Ale cos się zmienia. Mamy teraz obywateli, którzy zaczynają traktować wiarę i modlitwę nie tylko, jako instrument zarządzania, ale także narzędzie walki. Na niedawnym „marszu niepodległości” jeden z głównych organizatorów i agitatorów machał krzyżem z figurą Chrystusa jak mieczem, niezbędnym w walce z komuną, lewicą, lewactwem, niezadowolonymi kobietami i wszystkim, co nie jest prawicą. Taki Krzyżak naszych czasów, widocznie kwestionujący wyniki bitwy pod Grunwaldem.
Za mojej pamięci prokuratura wielokrotnie wszczynała śledztwa, bo ktoś był urażony hasłami czy zachowaniami sprzecznymi z katolicką wiarą. Ciekawe, czy publiczne machanie krzyżem, w wyraźnie niepokojowej intencji, też prokuraturę zdenerwuje. Jeśli nie – to znaczy, że próbujemy robić następny krok w kierunku państwa wyznaniowego.

Polski model państwa wyznaniowego

Polski model państwa wyznaniowego nie zniknie razem z władzą PiS i hasłami o oddzieleniu państwa od Kościoła, zakazie finansowania Kościoła i instytucji około kościelnych ze środków państwowych czy organizacji szkolnej katechezy.

Nawet jeżeli starania protestujących obywateli byłyby w jakimś stopniu uwzględnione , to Kościół katolicki zachowując uprawnienia wynikające z konkordatu jest zbyt mocno zrośnięty ze znakomitą częścią społeczeństwa, polską myślą polityczną i strukturami państwa by jego dominacja w sferze religijnej, a tym samym w świadomości społecznej została ograniczona w sposób wykluczający wpływy polityczne.

Zrealizowany w Polsce model państwa wyznaniowego jest silnie zakorzeniony od ponad stu lat w polskiej myśli politycznej, związanej z endecką i klerykalną prawicą. Od odzyskania niepodległości w 1918 roku endecja otwarcie odwoływała się do treści religijnych zachęcana przez kler katolicki starający się połączyć nacjonalizm z katolicyzmem w jedna ideową całość. Roman Dmowski ideolog i przywódca endecji w opublikowanej w 1927 roku książce „Kościół, naród i państwo” pisał wprost o tym, że katolicyzm nie jest dodatkiem do polskości, ale tkwi w jej istocie, a Polska ma być katolicka. W ten sposób formowała się koncepcja Katolickiego Państwa Narodu Polskiego, które miało przewodzić innym narodom środkowej Europy w walce z komunizmem i germańskim imperializmem.

Już w latach trzydziestych ubiegłego wieku znaczna część inteligencji polskiej tworząca Obóz Wielkiej Polski, młodzież z ONR (zdelegalizowanego w 1933 r) i kleru tworzącego w ramach politycznych przedsięwzięć endeckich grupy zajmujące się propagandą katolicyzmu uzyskały ogromny wpływ na część mas ludowych szerząc antysemityzm, ksenofobię i nietolerancję religijną i marząc o powrocie do przed oświeceniowych stosunków społecznych. Zapowiadane było stworzenie „narodowej szkoły historycznej”, szukano inspiracji w epoce państwa przed liberalnego, a w szczególności średniowiecznego (mediewalizm} i podkreślano rolę kościoła powszechnego. Po przewrocie majowym w 1926 roku coraz bardziej widoczna staje się w Obozie Wielkiej Polski również fascynacja faszyzmem włoskim znajdująca wyraz w opracowaniu z 1927 roku „Zadania polityki narodowej.” Fundamentalizm religijny i dążenie do pełnego panowania katolicyzmu w sferze światopoglądowej trafiało na podatny grunt w warunkach kryzysu ekonomicznego i pogarszającego się poziomu życia ludności. O skali podejmowanych działań świadczyć może powołanie w 1930 roku w ramach Stronnictwa Narodowego wewnątrzpartyjnej jednostki propagandowej tworzonej przez 19 księży katolickich, której zadaniem była propagowanie katolicyzmu jako idei narodowej.

Można by rzec nihil novi. Po prostu wróciliśmy do korzeni oryginalnie polskiej myśli politycznej, która wzbogacona o nowe techniki manipulacji politycznej okazała się użyteczna w zdobyciu władzy. Odrzucenie liberalnej demokracji i wprowadzenie autorytarnych praktyk politycznych przy wykorzystaniu klerykalizmu jako narzędzia sprawowania władzy i organizacji społeczeństwa nie stanowi wiec żadnej oryginalnej koncepcji lidera zjednoczonej Prawicy. Jest po prostu bezpośrednim wykorzystaniem doświadczeń historycznych w podobnych okolicznościach społecznych i ekonomicznych związanych z kryzysem i próbami przeciwstawienia koncepcji państwa narodowego postępującej globalizacji i federalizacji Europy. Trzeba więc nam rozwiązań bardziej finezyjnych od wygłaszanych gromko postulatów redukcji najbardziej spektakularnych objawów państwa wyznaniowego, gdyż po pierwsze one zbyt mocno mobilizują przeciwników, a po drugie nie spełniają długofalowych oczekiwań związanych ze stopniowym eliminowaniem modelu państwa wyznaniowego z praktyki politycznej, a przede wszystkim ze świadomości społecznej w której zbitka pojęciowa Polak-katolik jest synonimem tożsamości narodowej i wyznaniowego charakteru i polskiej państwowości.
W poszukiwaniu ofert przyszłościowych rozwiązań szczególne miejsce powinna zająć polska lewica i nurty liberalne, historycznie związane z dążeniem do laicyzacji państwa i życia społecznego, a w ostatnim trzydziestoleciu ulegle niepotrzebnie Kościołowi i gorliwie sekundujące wzmacnianiu jego pozycji ekonomicznej i politycznej. Jest to zadanie trudne jeżeli chce się je realizować na gruncie obowiązującej konstytucji i konkordatu przewidującego uprzywilejowanie Kościoła katolickiego. Jest to jednak możliwe. W pierwszej kolejności należy zaproponować utworzenie jednostki centralnej (ministerstwa lub urzędu) centralizującego sprawy wyznaniowe jak i kwestie odnoszące się do mniejszości narodowych, etnicznych i wyznaniowych. Należy wypowiedzieć te postanowienia konkordatu podpisanego w 1993 roku ze Stolicą Apostolską, które nakładają obowiązki świadczeń państwa na rzecz Kościoła katolickiego i powołać przewidzianą konkordatem komisję rządowo-kościelną do spraw finansowych jednocześnie rezygnując z funkcjonowania wszelkich innych komisji rządowo-kościelnych. Mając na uwadze zakres i siłę sprzeciwów wyznawców katolicyzmu wobec dokonywania zmian w relacjach państwa z Kościołem katolickim trzeba wprowadzić zasadę jawności finansów wszystkich kościołów i wyznaniowych osób prawnych, która zawarta została w projekcie stosownej ustawy o jawności przychodów kościołów i innych związków wyznaniowych oraz zniesieniu ich przywilejów finansowych złożonej w Sejmie RP przez posłów lewicy. Wiedza o sytuacji ekonomicznej i przywilejach instytucji wyznaniowych musi być rozpowszechniona w społeczeństwie mylnie w większości przekonanym o różnych dobrodziejstwach świadczonych przez Kościół i jego jednostki organizacyjne chociażby w działalności charytatywno-opiekuńczej.

W zakresie systemowej konfesjonalizacji dzieci i młodzieży w systemie edukacji publicznej należy wprowadzić zmiany uwzględniające regionalne i lokalne uwarunkowania kulturowe, tak aby nie forsować zakazu organizacji lekcji religii w regionach o dominującej czy nawet monopolistycznej pozycji społecznej danego wyznania np. katolickiego w tarnowskim czy prawosławnego w Hajnówce. Jednocześnie konieczne wydaje się dla dobra edukacji szkolnej uwolnienie szkół publicznych od symboliki ideologicznej w tym religijnej i przywrócenie szkołom zasady świeckości z poszanowaniem miejsc konfesjonalizacji czy szkół wyznaniowych. Osobnym problemem jest naturalnie uwolnienie systemu prawnego państwa od inspirowanych religijnie aktów prawnych ograniczających wolności i prawa człowieka co wymaga oczywiście przeprowadzenia zmian legislacyjnych w przepisanym trybie. Podobnie laicyzacji wymaga uwolnienie ceremoniału państwowego spod religijnej oprawy i obecności hierarchii różnych zresztą związków wyznaniowych.

W ocenie wielu środowisk świeckich tylko stopniowe, ewolucyjne, a więc nie rewolucyjne zmiany mają szanse zachowania niezbędnej równowagi w procesie wieloletnich, których przeprowadzenie musi uzyskać aprobatę społeczną, gdyż w wypadku jej nie uzyskania zmiany będą odrzucone, a polityczne wykorzystanie niechęci społeczeństwa będzie bardziej radykalne niż obecny model państwa wyznaniowego.

Lewica w państwie wyznaniowym

Od dnia wyboru kardynała Karola Wojtyły na przywódcę Kościoła katolickiego zawsze istotna pozycja i głos Kościoła w Polsce zaczął nabierać szczególnego znaczenia. Kościół stawał się już nie tylko instytucją wywierająca wpływ na masy wiernych i politykę wyznaniową rządzących, ale stopniowo stwarzając sferę wolności stawał się zapleczem intelektualnym i materialnym opozycji antykomunistycznej. Niewątpliwe zasługi Kościoła katolickiego i papieża Jana Pawła II w obaleniu ustroju komunistycznego musiały zostać docenione w nowej rzeczywistości politycznej.

W demokratycznym państwie prawnym jakim miała się stać Rzeczpospolita Polska konieczne było radykalne zerwanie z zasadą wrogiej separacji państwa od kościołów i związków wyznaniowych obowiązującej w państwach bloku radzieckiego. W Polsce nigdy nie była ona konsekwentnie realizowana, a Kościół cieszył się wyjątkowa pozycją na tle sytuacji w innych krajach socjalistycznych.

W myśl nowych regulacji prawnych, które w założeniach miały wprowadzić w Polsce model państwa świeckiego, neutralnego światopoglądowo w sprawach religii i przekonań (art.10 ust.1 ustawy z dn.17 maja 1989 r. o gwarancjach wolności sumienia i wyznania), państwo zapewniało każdemu obywatelowi wolność sumienia i wyznania (art.1 ust.1 cyt. wyżej ustawy) rozumianą jako „..swobodę wyboru religii lub przekonań oraz wyrażania ich indywidualnie i zbiorowo, prywatnie i publicznie.” (art.1 ust. 2). Obywatele wierzący wszystkich wyznań oraz niewierzący mieli cieszyć się równymi prawami we wszystkich sferach życia państwowego. (art.1 ust.3). W tym samym akcie prawnym wprowadzona została zasada niezależności od państwa związków wyznaniowych w zakresie wykonywania funkcji religijnych stosownie do art. 11 ust.1. W przepisie art.19 wprowadzającym zasadę równouprawnienia kościołów i innych związków wyznaniowych formułowany został zakres funkcji religijnych kościołów i innych związków wyznaniowych wyznaczający zakres ich niezależności od państwa – art. 19 ust.2 pkt. 1do 18. Niestety już w ustawie o stosunku państwa do Kościoła katolickiego zawarto przepisy świadczące o porzuceniu zasady rzeczywistego równouprawnienia kościołów i związków wyznaniowych. Dotyczyło to m.in. dopuszczenia katechezy i szkolnictwa wyznaniowego, inwestycji sakralnych i kościelnych, podlegania przepisom podatkowym, obrotu nieruchomościami czy regulacji spraw majątkowych.

W późniejszych latach konsekwentnie rozszerzano uprawnienia Kościoła katolickiego oraz narzucano społeczeństwu reguły i zasady postępowania wynikające z konfesyjnie zdefiniowanego systemu wartości. Uległość wobec Kościoła kolejnych ekip rządzących znalazła wyraz w przyjęciu i podpisaniu w dniu 28 lipca 1993 roku przez Ministra Spraw Zagranicznych w rządzie Hanny Suchockiej Krzysztofa Skubiszewskiego umowy pomiędzy państwem, a Stolicą Apostolską (konkordatu) i przyjęciem w 1997 roku Konstytucji realizującej w pełni ustalenia zawarte w konkordacie. Podpisanie konkordatu było nie tylko sprzeczne z dobrymi obyczajami nakazującymi powstrzymanie się od podejmowania zobowiązań przez rząd w stosunku do którego zgłoszono wotum nieufności, ale i sprzeczne z obowiązującym postanowieniem tzw. Małej Konstytucji utrzymującej w mocy art.70 ust.2 Konstytucji PRL z 1952 r. stanowiącym, że sytuację prawną Kościoła regulują ustawy, a nie umowa międzynarodowa. Próby podejmowane przez rządy lewicy opóźnienia procesu ratyfikacji konkordatu ostatecznie zakończyły się jego ratyfikacją w dniu 23 lutego 1998 r. przy czym sam proces ratyfikacji nie spełniał wymogów uzyskania większości posłów głosujących za przyjęciem umowy wymaganych art.90 Konstytucji z 1997 r.

Podpisanie konkordatu wieńczące wcześniejsze wprowadzenie religii do systemu edukacji publicznej, wymogu poszanowania tzw. wartości chrześcijańskich do ustaw dotyczących funkcjonowania mediów czy zaostrzenia przepisów antyaborcyjnych uruchomiło procesy coraz bardziej natarczywego eksponowania elementów religijnych w tym w ceremoniale państwowym, symboli religijnych w urzędach administracji państwowej i samorządowej, a także uchwalania aktów prawnych i podejmowania uchwał przez Sejm inspirowanych wydarzeniami i postaciami religijnymi.
Obecne władze państwowe w Polsce jawnie występują z inicjatywami legislacyjnymi w tzw. gorących materiach prawnych i społecznych realizującymi aktualne poglądy wyznaniowe Kościoła katolickiego. Zasilają dotacjami instytucje i organizacje kościelne, demonstrują zdolności mobilizacyjne kościelno-partyjnego elektoratu, jak miało to na przykład miejsce podczas tzw. różańcowego otoczenia Polski. Intensywna promocja katolicyzmu mającego pełnić rolę ideologii narodowej odbywa się przy bierności społeczeństwa, pomijając intensywne protesty kobiet organizowane przez Ogólnopolski Strajk Kobiet w sprawie całkowitego zakazu aborcji z jakichkolwiek względów. Obojętność społeczeństwa na procesy klerykalizacji i wstrzemięźliwość opozycyjnych partii politycznych w tym względzie pozwoliła zainstalować w Polsce model autorytarnego państwa wyznaniowego pod fasadą demokracji większościowej. Możemy zatem mówić dziś o Polsce jako o państwie wyznaniowym. Uzasadnia to zresztą nie tylko zakres zmian w obowiązującym prawie, ale i wprowadzenie obecności kleru we wszystkich prawie instytucjach i organizacjach państwowych, upowszechnienie różnych form finansowania Kościoła, kleru i organizacji około kościelnych jak dotacje, darowizny czy coroczne zwiększanie Funduszu Kościelnego, a także przysporzenia przekazywane pod tytułem realizacji różnych zadań zleconych jak np. na poczet szkolenia urzędników państwowych przez zakonnika z Torunia. Przymierze polityczne jakie na bazie narodowo-katolickiej ideologii zawarł Kościół katolicki z partią sprawującą obecnie władzę i jej sukces wyborczy były dwukrotnie możliwe głównie dzięki wywołaniu antyoświeceniowej ofensywy kulturowej zapoczątkowanej w 2013 roku homilią kardynała Dziwisza o wyższości prawa boskiego nad prawem państwowym. Partia rządząca umiejętnie połączyła narodowe mity, martyrologię i autentyczny wstrząs spowodowany katastrofą lotniczą pod Smoleńskiem z ludową religijnością i endecką koncepcją polskości. Utworzona na bazie katolicyzmu doktryna państwowa uzyskała pełną akceptację Kościoła i udowodniła swoja żywotność i skuteczność. W dalszym ciągu silnie mobilizuje on zarówno zwolenników tzw. „dobrej zmiany” jak i bardziej radykalnie nastawionych integrystów religijnych, ultrakonserwatystów i faszystów oraz obezwładnia opozycję ograniczającą pole konfrontacji z przeciwnikiem politycznym do obrony instytucji demokratycznych państwa bez otwartego przeciwstawienia się Kościołowi i religijno-narodowej ideologii. W ten sposób demokratyczna opozycja parlamentarna pogarsza jedynie swoją pozycję, a okazując słabość i w gruncie rzeczy poddając się obowiązującemu dyktatowi religijnej poprawności traci zwolenników na rzecz opozycji nacjonalistycznych, a nawet jawnie faszystowskich, a lewica na rzecz opcji konserwatywno-liberalnej mającej jakoby większe szanse na udział w bieżącej polityce. W formacjach opozycyjnych starających się uporczywie podtrzymywać fikcję przyjaznych relacji z Kościołem przeciwnicy obecnej władzy błędnie upatrują możliwości skutecznego zabiegania o realizację swoich celów, gdyż koalicja sprawująca władzę skutecznie zablokowała wszelkie możliwości podważenia jej monopolu. Nie tylko PO i środowisko skupione wokół Rafała Trzaskowskiego unikającego problematyki religijnej i krytyki Kościoła, ale i nowy ruch Szymona Hołowni wprost odwołujący się ustami swojego lidera do inspiracji religijnej w wydaniu posoborowym nawet gdyby stały się jeszcze bardziej katolickie, to nie mogłyby liczyć na jakiekolwiek względy ze strony Kościoła.

Nie pomoże im w żadnym razie unikanie przyjęcia do wiadomości faktu funkcjonowania w państwie wyznaniowym i niezależnie od potencjalnych zmian pozycji poszczególnych ugrupowań w ramach koalicji rządzącej skazuje raczej na porażkę chociażby z cieszącą się sympatią kleru i hierarchii kościelnej Konfederacją. Aktywnie promująca narodowy katolicyzm Konfederacja, chociaż nie jest w stanie obecnie zająć miejsca żadnej z partii wchodzących w skład Zjednoczonej Prawicy to dla Kościoła jest wygodnym partnerem i alternatywą na wypadek załamania się koalicji rządzącej lub utraty przez nią części elektoratu.

Sytuacja taka coraz skuteczniej demobilizuje zwolenników liberalno-demokratycznej wizji państwa świeckiego ograniczając możliwość stworzenia i zaproponowaniu własnej, alternatywnej wobec narodowo-katolickiego projektu, oferty politycznej przedstawiającej Polskę jako kraj nowoczesny, świecki i rządzony demokratycznie, akceptujący różne style i sposoby życia oraz dający obywatelom poczucie bezpieczeństwa ekonomicznego i socjalnego. Dotychczasowa postawa polityków opozycji parlamentarnej, w tym także szeroko pojętej lewicy, wobec Kościoła katolickiego ukazuje ich bezradność wobec rządzącego sojuszu partyjno-kościelnego, brak rozeznania w przyczynach, które doprowadziły do powstania i utrwalenia się tego sojuszu, niezdolność do rzetelnej oceny wpływu obowiązującego prawa na pozycję i działalność Kościoła katolickiego czy obecnej roli Kościoła jako stabilizatora i gwaranta trwałości koalicji rządzącej. Brak jakiejkolwiek koncepcji zmian obowiązującego prawa, która w przyszłości mogłaby przywrócić świecki, demokratyczny charakter państwa oddzielonego od kościołów i związków wyznaniowych nie jest zrozumiały nawet w obliczu skali renesansu politycznego religii w Polsce.

Dotychczasowe próby lewicy występowania przeciwko procesowi klerykalizacji państwa były nie tylko wątłe intelektualnie, ale i często przeciw skuteczne. Hasła opodatkowania tradycyjnej kolekty, kleru i usług religijnych nie są bowiem możliwe do przeprowadzenia bez zasadniczej zmiany statusu prawnego kościołów i innych związków wyznaniowych, pomijając już odczucia samych wiernych różnych wspólnot wyznaniowych. Przekazują oni bowiem na rzecz swoich instytucji wyznaniowych drobne i większe kwoty pieniężne pochodzące z ich opodatkowanych dochodów i z pewnością jest to sytuacja zupełnie inna niż darowizny ze środków osób prawnych w tym spółek Skarbu Państwa, a także inna niż uzyskiwanie nieopodatkowanych przychodów z prowadzenia działalności gospodarczej przez wyznaniowe osoby prawne. Nie w tradycyjnej kolekcie ani nawet nie w zakresie uprzywilejowania podatkowego leży sedno problemu państwa polskiego z jego kościołem, faktycznie monopolizującym całą sferę religijną. Ekonomiczne przywileje i ogrom przysporzeń majątkowych jest wynikiem instytucjonalnego dostępu Kościoła do władzy, dostępu który z biegiem lat przekształcił się w aktywne współuczestniczenie w jej sprawowaniu, aby w końcu stać się instytucją organizującą, stabilizującą i zabezpieczającą władzę narodowo-katolickiej prawicy. Zadaniem lewicy jako jedynej formacji zdystansowanej wobec swawoli autorytarnego klerykalizmu powinno być dzisiaj po pierwsze dokonanie prawidłowej oceny roli Kościoła katolickiego w strukturze władzy i jego realnych możliwości wpływania na jej kształt. Jest to trudne przede wszystkim dlatego, że bardzo skąpe są przykłady bezpośredniego udziału kleru w wypracowaniu decyzji politycznych, a rzeczywisty w nich udział zwykle maskowany jest uroczystościami religijnymi. Po drugie intelektualne uporanie się z faktem funkcjonowania w państwie wyznaniowym. Przyjęcie do wiadomości tej oczywistej zdawałoby się prawdy nie ma jednakże odzwierciedlenia w podejmowanych działaniach nacechowanych politycznym koniunkturalizmem. Najlepszym przykładem takich nic nie dających lewicy działań jest wniesienie projektu ustawy o jawności przychodów kościołów i związków wyznaniowych oraz zniesieniu ich przywilejów finansowych opracowanej przez Kongres Świeckości, w ostatnich dniach z góry skazanej na niepowodzenie kampanii wyborczej kandydata lewicy na urząd Prezydenta RP. Porzucenie możliwości wykorzystania zawartego w projekcie ładunku intelektualnego związanego z transparentnością życia publicznego i budowanie na tej podstawie szerszego projektu politycznego zostało utopione w przedstawieniu projektu ustawy jako jeszcze jednej nieudolnej antykościelnej i antyreligijnej inicjatywy.

Wystąpienie dzisiaj z propozycjami czy projektami legislacyjnymi zmierzającymi do pozbawienia lub redukcji uprawnień Kościoła katolickiego nie ma w tej chwili nie tylko żadnych szans na powodzenie, ale i nawet na zaistnienie w mediach głównego nurtu. Ewentualne możliwości wpływania na stale poszerzający się zakres czy też dziedzinę jak stanowi to odnośne postanowienie konkordatu, niezależnej od państwa działalności Kościoła może być wyłącznie skutkiem inicjatyw legislacyjnych zmierzających do uregulowania jakiejś sfery życia czy funkcjonowania wszystkich instytucji, osób prawnych czy innych podmiotów albo też praw osób fizycznych. Do takich przedsięwzięć konieczne jest jednak poszukiwanie sprzymierzeńców. Współpraca i poszukiwanie porozumienia , a nie stała konkurencja polityczna w ramach opozycji parlamentarnej i poza nią. W hierarchii zaangażowania politycznego powinno się zatem uwzględnić mniej działań wychodzących naprzeciw aspiracjom środowisk skrajnych i ich postrzeganiu rzeczywistości, które anarchizować mogą scenę polityczną i być odczytywane przez opozycyjne ugrupowania konserwatywno-liberalne jako wymierzone przeciwko nim. Po trzecie w końcu należy poważnie analizować i weryfikować działania lewicy parlamentarnej, które mogą być wykorzystywane przez rządzących do atakowania, dyskredytowania i ośmieszania największej jak dotąd partii opozycyjnej lub jej przedstawicieli.

Lewica funkcjonująca jako parlamentarna opozycja w warunkach państwa wyznaniowego i mocno ograniczonych przez rządzących możliwości sprawczych daje jednak swobodę ukształtowania swojej wizji przyszłości kraju w sposób nie skrępowany pragmatyzmem politycznym i wymogami realizmu politycznego. Można więc pokusić się o prezentacje atrakcyjnego dla wyborcy programu ekonomicznych przysporzeń, zmian systemowych w zabezpieczeniu emerytalno-rentowym, ochronie zdrowia, systemie podatkowym czy stworzenie projektu wprowadzenia jednego świadczenia obywatelskiego powiązanego z jednolitym systemem podatkowym zamiast wielu różnych transferów świadczeń, zaimków, dodatków i rent. Możliwości zapewne jest dużo więcej i korzystając ze zbliżających się okazji czas przeprowadzić poważną dyskusję nad rolą i działaniem lewicy, poszukiwaniu form i modeli współpracy z organizacjami obywatelskimi zamiast koncentrować się na budowie jednolitej, zdyscyplinowanej organizacji według anachronicznego dzisiaj modelu partyjnego.

Wojna zatęchłego tradycjonalizmu z rozumem

Jakiej wspólnoty Polacy potrzebują.

Kościół katolicki od czasu kontrreformacji jest kustoszem tradycyjnej świadomości zbiorowej polskiego społeczeństwa i bastionem konserwatyzmu obyczajowego. Jego zadaniem jest obrona ludu bożego przez zmianami, które przyniosło oświecenie, postęp nauki, zwłaszcza medycyny, wzrost autonomii i podmiotowości jednostki – wszystko dary nowoczesności. Jest stroną w wojnie kulturowej między tradycją a nowoczesnością, która w oczach narodowej i konserwatywnej prawicy przybiera wiele złośliwych form: relatywizmu, neomarksizmu, feminizmu, dechrystianizacji, seksualizacji czy szeroko rozumianego postępu. Ale Kościół i religia mają janusowe oblicze.

Gdzie diabeł nie mówi dobranoc

Dlaczego w gronie społeczeństw, które osiągnęły już wysoki poziom rozwoju społeczno-gospodarczego, powszechna religijność cechuje tylko irlandzkie (do niedawna), amerykańskie i polskie? W społeczeństwach o wysokim poziomie życia i utrwalonej demokracji spada religijność, rośnie za to odsetek niewierzących bądź tylko obojętnych religijnie. W istocie mamy tu do czynienia nie z zanikaniem religijności, lecz z procesem przemieszczania się religii do prywatnej sfery własnych przekonań i obyczajów, porzucania jej instytucjonalnych form. U podstaw tej tendencji leży kilka okoliczności. Względnie wysoki dochód społeczny rodzi konsumpcjonizm i związany z nim hedonistyczny stosunek do życia (życie jako użycie). W tej sytuacji śmierć staje się tylko kresem konsumpcji. Wielkie miasto ery industrializacji uwolniło jednostkę z gorsetu tradycji, jej biografię w coraz większym stopniu zaczynają kształtować własne preferencje i wartości, rośnie swoboda interpretacji religijnych nakazów – w sprawie antykoncepcji, aborcji, procedury in vitro, rozwodów czy homoseksualizmu. Na dodatek, znikły w skali masowej plagi, które dziesiątkowały dawne populacje, zniknęły tym samym trwoga i lęk. Specjalne instytucje przynoszą pomoc, asekurują w sytuacjach nadzwyczajnych klęsk. Codzienność kręci się wokół pracy i rodziny. Niepokój o przyszłość ma charakter praktyczny, dotyczy troski o najbliższe środowisko, czyste powietrze, piece grzewcze piątej generacji. Potrzebę wspólnotowych działań mogą zaspokajać happeningowe manifestacje w sprawie reformy sądownictwa, ścieżek rowerowych czy jakości usług publicznych.
Te obserwacje potwierdza pozornie paradoksalna prawidłowość, że to właśnie laicyzacja społeczeństwa (mierzona odsetkiem niewierzących) koreluje z wysokim poziomem rozwoju społecznego (HDI). Jak stwierdza badacz kultów religijnych Phil Zuckerman, „kraje najbardziej zlaicyzowane, z największym odsetkiem ateistów i agnostyków, zaliczają się do najbardziej stabilnych i zdrowych, a ich obywatele cieszą się największymi swobodami”. Mylą się więc kościelni hierarchowie i ich polityczni promotorzy, kiedy utożsamiają laicyzację z rozpadem więzi społecznych, kresem cywilizacji jaką znamy, upadkiem solidarności międzyludzkiej.

Tymczasem w Polsce

Ale w Polsce muszą występować jakieś specjalne okoliczności, skoro prywatyzacja religii toczy się powoli, choć w przewidywanym kierunku. Do tych okoliczności z pewnością można zaliczyć dziedzictwo kontrreformacji (demonstracyjna religijność szlachty, jej niechęć do bawienia się naukami, Kmicic versus Kartezjusz), później wiara przed rozumem romantyków. Podczas zaborów Kościół stał się namiastką państwa, a przecież w fazie powstawania nowoczesnych narodów odgrywało ono dużą rolę. Poszerzało wolności obywatelskie, przejmowało majątki instytucji kościelnych. Dopiero od czasów Oświecenia świeckość państwa prowadziła do coraz większej niezależności nauki, szkolnictwa, debaty publicznej, rozstrzygania dylematów moralnych na gruncie dorobku nauki i etyki niezależnej od ingerencji kościołów. W rezultacie w ciągu dwóch, trzech wieków wiarę zastępowały stopniowo racjonalne przekonania, kontrolowane ostatecznie przez różnorodne wyniki eksperymentów i obserwacji. W historycznym rozwoju polskiej mentalności i etosu brakowało też racjonalności myślenia i działania, które gdzie indziej wnosiło mieszczaństwo. W Polsce stosunkowo duży odsetek ludności zamieszkuje obszary wiejskie i małomiasteczkowe. Religia w takich tradycyjnych społecznościach ma głównie charakter rytualny, podtrzymuje więź społeczną. Silna jest tu wciąż sankcja rozsiana wobec outsiderów. Wśród 42,7 proc. uczestniczących w roku 2015 w nabożeństwach znajdujemy rolników z województw podkarpackiego i małopolskiego, następnie osoby starsze, zwłaszcza kobiety, emerytów i rencistów, z podstawowym wykształceniem i średnio zamożne (Diagnoza społeczna 2015). Bogoojczyźnianą narrację wzmacnia rodzina, teraz też szkoła. W szkołach publicznych więcej jest lekcji religii niż biologii czy historii. Rodzina jest ważna w każdym systemie społecznym, gdyż reprodukuje stosunki społeczne i utrwala miejsce religii w życiu jednostki i całej wspólnoty. Tu dokonuje się zrytualizowany przekaz pamięci kulturowej. Ważnym zabiegiem, bliskim praniu mózgu, jest obrzęd uroczystego przyjmowania do wspólnoty religijnej. To wtedy wspólnota wdrukowuje emocjonalne symbole swojej religii. Trzeba później dużej samodzielności sądu, by przebić ten kokon. Polskie społeczeństwo przejawia też duży konformizm w myśleniu i w debacie publicznej. Wiąże się to z brakiem odwagi cywilnej. To efekt koniecznej lojalności w oporze przeciw zaborczej władzy, zwierania szeregów przeciwko wspólnemu wrogowi. Zarzut zdrady sprawy narodowej był wyjątkowo hańbiący (stąd „zdradzieckie mordy”). Długie tradycje ma masowe oddziaływanie religijne kościoła, zwłaszcza po 1945 roku (millenium chrztu, ruch pielgrzymkowy, oazowy). W czasie rewolucji 1904-1905 świadomość klas ludowych na wsi i w mieście przeorała ideologia endecji, silnie kojarząca polskość z katolicyzmem. W ostatnich dekadach dużą rolę odgrywa organizowany kult Papieża-Polaka, darzonego powszechnie uczuciem wzniosłości. Kościół podtrzymuje wizerunek męczennika, który przechował przez „ciemną noc komunizmu” depozyt wiary i tożsamości narodowej. Kościół ma też władzę nad miejscem pochówków, bo według NIKu na 15,5 tys. cmentarzy w Polsce tylko 1880 (12 proc.) to cmentarze komunalne. Za ten stan prawny odpowiedzialny jest postsolidarnościowy obóz rządzący. Wykreowane przez media pokolenie JP II jest teraz w PiSie, PO, Nowoczesnej, Kukiz 15, Konfederacji, formacjach radykalnej prawicy. Okazało się ono masą niesamodzielnych intelektualnie konserwatorów polskiego zaścianka. Kołyszą się na falach barki, stoją pod amboną kościoła łagiewnickiego lub tłoczą się na polach Jasnej Góry. Podczas hołdu toruńskiego premier bądź co bądź świeckiego państwa wzywał Maryję, by „wzięła w opiekę lud swój cały”, zwłaszcza polską energetykę, jej rozwój i unowocześnienie. Bo samodzielnie potrafi walczyć tylko z wiatrakami. Wróciła pełną gębą sienkiewiczowska Polska zdziecinniała.

Kościół narodowy

Z tej historycznej wirówki wyłonił się polski kościół instytucjonalny i polski katolik. W jego świadomości religia splata się z narodem, służąc mu pomocą w ciężkich czasach i dostarczając symbolicznej ikonosfery, którą Juliusz Mieroszewski nazwał „zakonem polskości”. Kościół stworzył swoisty departament Opatrzności Boskiej nad krajem, np. Jasna Góra jako centrum duchowe kraju, Polska jako Chrystus narodów. W tym celu powstały różne krzepiące mity, które pozwalały przetrwać traumę „ciężkich terminów”, których nie brakowało: intronizacja Chrystusa na króla Polski, Matka Boska mająca pieczę nad wojskiem, czym przypomina słowiańską Dziewannę-Dziwonię, boginię łowów i walki. W istocie chrzest Polski ograniczał się do najbliższego kręgu władcy, sieć parafii powstawała kilka wieków; św. Stanisław to zdrajca stanu, skazany na karę główną-głowną, czyli dekapitację; obrona Częstochowy dokonała się bez świętego obrazu, z przewagą ognia obrońców, z krajanami walczącymi po obu stronach itd. itd. Klęski powstań narodowych oswajał emocjonalnie terapeutyczny mit ofiary patriotyzmu na „ołtarzu Ojczyzny”, a przelana krew krzepiła wampiryczny polski patriotyzm. W rezultacie w wyjątkową misję Polski w dziejach może wierzyć ponad 80 proc. społeczeństwa. Kościół też chciałby mieć monopol wrażliwości na cierpienia, niedostatki i frustracje ludu bożego, choć nie słychać, by gorszyły go ekscesy wolnego rynku w Polsce, np. by upomniał się o sprawiedliwą płacę. Sam zaś zastępuje pomoc ubogim dobroczynnością, bo Caritas finansuje budżet państwa. Jego pomoc od wieków jest blankietowa: chętnie się pomodli o pomoc z nieba. Kościół zażyczył sobie od państwa, by wpisało do kodeksu karnego ściganie obrazy uczuć religijnych Teraz deforma Jarosława Gowina połączyła nauki o kulturze z naukami o religii, a teologia stała się dziedziną o statusie równym naukom humanistycznym czy społecznym, a więc naukom bądź co bądź odwołującym się do racjonalności poznawczej, opartej na intersubiektywności i adekwatności empirycznej. Hierarchowie Kościoła głoszą wartości wyższe, ale nie gardzą dobrami niższego rzędu (vide arcybiskup Leszek Głódź). Mają też dobre relacje z biznesem, często sponsorem kościelnych przedsięwzięć. Na dodatek, po uchyleniu rąbka sutanny, ujawnił się patologiczny skrzep celibatu, homoseksualizmu i homofobii. Kościół jako przewodnik duchowy rezerwuje dla siebie ostatnie słowo w rozstrzyganiu dylematów moralnych, zwłaszcza związanych ze sferą seksualną człowieka. Na dodatek przemawia w języku władzy zwierzchniej, uzurpując sobie uprawnienia do „prawdy” o moralności i „wartościach”. W razie potrzeby zbrojnym ramieniem wspiera go państwo (np. interwencja policji w kościele w Bełchatowie w sprawie 13-latka, podejrzanego o publiczne znieważenia ciała Chrystusa). W ten sposób tworzy w kulturowej wojnie wspólny front z konserwatystami, dla których naczelną wartością jest zachowanie wspólnoty etniczno-kulturowej: jej świętej wiary, tradycji, rodziny, obyczajów, błogosławionych mitów i bohaterów. Obrona dzięki jedynej prawdziwej wierze przed bezdusznym Zachodem i jego nowoczesną cywilizacją. Siły wrogie tak rozumianej wspólnocie to „zarazy” przypominające dawne duchy nieczyste w epoce polowań na czarownice. Z tymi diabelskimi mocami zawierają pakt zwolennicy edukacji seksualnej, uczestnicy parad równości czy postulujący przywrócenie świeckości państwa, słowem, lewacy spod znaku tzw. ideologii gender i LGBT. Kościół narodowy znalazł się obecnie pod presją wiernych, zwłaszcza kobiet, które chcą „odzyskać nasz Kościół”. Tym dążeniom sprzyja obecny pontyfikat papieża Franciszka, który wzywa do dialogu z innymi religiami i kulturami, do nawrócenia ekologicznego i przyznania większej roli świeckim kosztem kleru.

„Nie wszystek umrę”

Ale odczarowanie świata, które przyniosła nauka i technika nie zaszkodziło religii. Ta bowiem operuje na innym poziomie świadomości, inną potrzebę zaspokaja. Jej podstawową funkcją w życiu jednostki jest dostarczanie nadziei eschatologicznej, nadziei, że w jakiejś innej postaci będę trwał nadal. Filozofowie i antropologowie religii spierają się, czy lęk przed ziemskim kresem egzystencji biologicznej jest naturalny czy skonstruowany (B. Chwedeńczuk, R. Otto, R. Rappaport, B. Wolniewicz). Cóż, niektórzy potrzebują duchowej protezy, gdyż świadomość kresu żywota wprawia ich w „drżenie”. W religijnym obrazie śmierć ujęta jest w triadę: groza, nadzieja, nagroda, którą stanowi nowe lepsze życie „w nowym, wiecznym mieszkaniu”. Śmierć jest karą za moralną katastrofę ludzkości, dlatego wierzący ma mieć poczucie winy. Jednostka jest tu niepełnosprawna moralnie: podejrzana, nieczysta, wydrążona. Uzyskuje status osoby, godność, dzięki temu, że jest obrazem Boga. Jednak dopiero Kościół dzięki objawieniu i nauczaniu pozwala jednostce żyć według prawa naturalnego, co zwiększa jej szanse na zbawienie. Jak pisze filozof i teolog Tadeusz Bartoś, jednostka w dominującej religii jest nikim, „śmieciem, którego jedyną wartością jest bycie zbawionym”. Jednak pod wpływem współczesnej medycyny, bioetyki, opieki paliatywnej ostatnia faza życia staje się coraz bardziej jego dopełnieniem.

Korzyści w perspektywie wspólnotowe

Bilans nie jest prosty, ponieważ religia ma janusowe oblicze. Pomaga trwać wspólnocie niespokrewnionych ludzi, stanowi spoiwo społeczne. Kościół oferuje też wspólnocie możliwość integracji na podstawie uroczystych rytuałów, wszechobecności symboliki religijnej, także w urzędach i szkołach, wspólnych uniesień, uwznioślania odpowiednim obrządkiem i odpowiednią oprawą, także muzyczną, ważnych momentów w życiu każdego: od startu do mety. Religia według Immanuela Kanta jest wehikułem moralności, ta z kolei ma za zadanie temperować egoizm i oliwić grupową współpracę. Religia zatem jako ewolucyjna adaptacja pomaga funkcjonować wielkim grupom społecznym na gruncie wspólnej moralności. Np. monogamia służy obu stronom, ponieważ ułatwia maksymalizację przekazu rodzicielskich genów, m. in. dzięki opiece nad potomstwem, które długo pozostaje niesamodzielne. Religia tylko utwierdza w swojej dogmatyce to rozwiązanie ewolucji gatunku. Z tego punktu widzenia Kościół polski wpisał się we wcześniejsze słowiańskie obyczaje i wierzenia (pogański kult posągów i ikon, kult zmarłych, kult świętych gór, na czele z Jasną Górą, wcześniej również miejscem pielgrzymek). Na współczuciu i trosce oparty jest przekaz nauki Chrystusa: gotowość poświęcenia się dla innych, obdarzanie ich szacunkiem, potępienie gromadzenia bogactwa jako celu życia, poszanowanie prawdy i prawdomówności, umiejętność wybaczania, nawet wrogom, pacyfizm. Na uznaniu tych zasad jako wytycznych własnego postępowania polega istota ewangelicznego nawrócenia. Cnoty te mają charakter uniwersalny, dlatego poeta mógł z przekąsem ocenić rodaków: „już katolicy, ale jeszcze nie chrześcijanie” (J. Tuwim). Ale z kolei wspólnota zespolona węzłem religii, jak wskazywał Bertrand Russell, narażona jest na skostnienie, jeśli sojusz ołtarza i tronu wymusza zbyt dużą dyscyplinę i silne przywiązanie do tradycji. Sytuacji nie polepszają też liberalni reformatorzy, obdarzający jednostkę zbytnią autonomią, odpowiedzialni są bowiem za dezorganizację i atomizację społeczeństwa, jego sproszkowanie jak mówi Andrzej Szahaj. To rezultat za daleko posuniętego indywidualizmu i egoizmu.

Koszty poznawcze wierzącego

Narracja narodowo-religijna utrwalała się w kontrze do emancypacji intelektualnej i obyczajowej, którą przyniosło Oświecenie, z jego ideą uniwersalnych praw człowieka i obywatela, ideą równości i demokracji, z nadzieją na „wyjście człowieka z niepełnoletności”. Religia wprowadzając wątek ponadnaturalnych bytów wchodzi w konflikt z nauką. Zamiast naukowej wiedzy o dziejach kosmosu czy antropogenezie doktryny religijne oferują krzyżówki mitów i alegorii (wygnanie z raju, dzieworództwo). Kościół od czasów Konstantyna uczynił wrogiem racjonalizm kultury grecko-rzymskiej. Wysiłek Kościoła na tym polu przez tysiąclecie był na szczęście tylko częściowo skuteczny. Jest faktem, że w kulturze umysłowej Europy silniejsze jest dziedzictwo grecko-rzymskie i oświeceniowe, niż chrześcijańskie. Świadczy o tym autorytet naukowy Arystotelesa, a moralny Sokratesa czy Seneki. Ostatecznym źródłem sukcesu europejskiej nauki stała się metanorma, nakazująca ciągłe kwestionowanie jej wyników. Stąd podkreślany przez filozofów stan „niepewności i niepokój”, towarzyszący Europejczykom. Kultura europejska poddaje się nieustannemu kwestionowaniu i ten relatywizm przesądza o jej wyższości, sądził Ernest Gellner.

Co dalej?

I tu docieramy do najważniejszej kwestii. Mianowicie, istniejące dwa stulecia nowoczesne narody, oparte na wspólnej kulturze, języku, religii, często mające za przodków wychodźców z Eurazji odchodzą stopniowo w przeszłość. Wspólnoty współczesne to wspólnoty obywatelskie, organizmy pracy zbiorowej. Łączy je to, że każdy może zaspokoić swoje rozliczne potrzeby tylko wtedy, kiedy korzysta z wytworów pracy innych. Nikt tu nie jest samotną wyspą, chociaż zachowuje autonomię wyboru strategii życiowej. Bywa, że takie wspólnoty – jak w Skandynawii – dodatkowo spaja emocjonalna więź wyrażająca się we wzajemnym szacunku, solidarności, trosce. To zatem przede wszystkim wspólnoty życia i pracy, każdy z jej członków może decydować na równych prawach o wartościach, które razem warto, a niekiedy trzeba realizować. Dopiero wtórnie mogą się one różnicować na wspólnoty religijne, etniczne, obyczajowe, rasowe itd. Sprowadzanie członkostwa w takiej wspólnocie do wyznawania określonej religii, do kryteriów etniczno-religijnych powoduje, że coraz więcej Polek i Polaków zmuszonych jest do wewnętrznej emigracji, czują się bowiem jak obcy we własnym kraju. Nowym wyzwaniem w Europie jest budowa republikańskiej wspólnoty ponad członkowstwem w lokalnych i narodowych, małych i dużych ojczyznach. Wspólnoty takie integruje realizowanie wspólnych celów i wartości, np. utrzymanie jakości życia, zrównoważonego środowiska czy zachowanie eksponowanego miejsca we nowym wielobiegunowym ładzie światowym.

Tęczowa Maryja obraża?

Idzie o zaskakującą decyzję częstochowskiej prokuratury, która jeszcze całkiem niedawno nie dopatrzyła się znamion przestępstwa w obrazie Matki Boskiej z tęczową aureolą nad głową. Sprawę, wszczętą z doniesienia nadgorliwych wyznawców katolicyzmu, umorzyła 24 października.

Chodziło o Marsz Równości, który przeszedł przez Częstochowę 16 czerwca 2019 r. w otoczeniu agresywnych haseł i nienawiści, jaka emanowali przeciwnicy marszu, rozmieszczeni na całej trasie. Jedynie obecność wzmocnionych sił policyjnych zapobiegła poważniejszym aktom agresji bezpośredniej. Uczestnicy nieśli wspomniany obraz. Badająca do końca października sprawę częstochowska prokuratura umorzyła sprawę, tłumacząc, że czyn ten nie był wulgarny, jego celem nie było obrażać osób wierzących, zaś tęcza sama w sobie nie jest symbolem znieważającym.
Umorzenie przyjęte zostało z uznaniem przez środowiska ludzi rozumiejących, że nadmierna represyjność państwa w sferze religijnej czyni z Polski państwo wyznaniowe. Dlatego też nagła zmiana zdania przyjęta przez tę sama prokuraturę budzi co najmniej zaniepokojenie.

Tłumaczenie prokuratora, że tamto umorzenie było „przedwczesne” nie wytrzymuje krytyki. Prokurator Piotr Wróblewski w swej wypowiedzi dla portalu onet.pl powiedział również, że należy podjąć jeszcze dodatkowe czynności mające na celu poszukiwanie osób, które mogą być pokrzywdzone w sprawie oraz zasięgnąć opinii biegłego w zakresie symboliki.

Znając polską praktykę, szukanie osób pokrzywdzonych zawsze zakończy się sukcesem, jeśli będzie się odpowiednio długo ich szukać, zaś znalezienie eksperta, który zaprezentuje stanowisko satysfakcjonujące prokuraturę, też nie będzie trudne.

Pytanie: kto nakazał wznowienie postępowania jest w dzisiejszej Polsce pytaniem retorycznym.

Sytuacja absolutnie wyjątkowa

W obliczu realnego zagrożenia rządami narodowo-wyznaniowej, populistycznej partii polskiej prawicy, która w oficjalnie głoszonym programie wyklucza ze wspólnoty narodowej wszystkich, którzy nie podzielają wiary katolickiej, a swoje wartości moralne wywodzą z innych źródeł, a także tych których patriotyzm kształtuje się odmiennie od endeckiej, nacjonalistycznej jego wersji, wszystkie partie polityczne, organizacje społeczne i inicjatywy obywatelskie uznające demokrację liberalną za obowiązującą stosownie do Konstytucji RP z 1997 roku, powinny popierać się w wyborach parlamentarnych. Jesteśmy bowiem w sytuacji absolutnie wyjątkowej.

Dalsze rządy prawicowej ultrakonserwatywnej prawicy w rzeczywistej chociaż nieformalnej koalicji z Kościołem katolickim grożą nie tylko ostateczną dewastacją instytucji demokratycznych w Polsce, ale i konstytucyjnym potwierdzeniem obecnego wyznaniowego charakteru państwa, co na długo uniemożliwiłoby podejmowanie jakichkolwiek działań na rzecz przywrócenia podmiotowości obywatelskiej niekonfesyjnej części społeczeństwa. Nie można także pominąć skali potencjalnych szkód jakie zostaną wyrządzone młodemu pokoleniu poprzez nachalną działalność misyjną, która będzie bez przeszkód realizowana w systemie edukacji publicznej. Dla całej laickiej i postępowej części społeczeństwa jest kwestią nie tylko związana z przestrzeganiem jej praw obywatelskich lecz i, a może przede wszystkim kwestią egzystencjalną mobilizacja w sprzeciwie wobec rządzących bo jest mało prawdopodobne by nie nastąpiło w państwie po wyborach zróżnicowanie praw cywilnych obywateli w zależności od wyznawanej religii czy bezwyznaniowości.
Środowiska świeckie, antyklerykalne, wolnościowe są w naturalny sposób zróżnicowane. Często wzajemnie zantagonizowane. Niezbyt skłonne do udzielania poparcia przedstawicielom konkurencyjnych środowisk, a nawet własnych nie mówiąc już o organizacjach innych niż światopoglądowe, rozmaitym ruchom społecznym i politycznym. Często taka postawa jest zrozumiała, zdarzają się oceny krytyczne środowisk religijnych jednakże sprzeciwiających się klerykalizacji kraju, często słuchać zarzuty wobec środowisk LGBT korzystających z aktywnego poparcia środowisk świeckich na organizowanych przez nich marszach i imprezach podczas gdy przedstawiciele tych środowisk rzadko wspierają wydarzenia organizacji ateistycznych czy walczących o świeckość państwa. To wszystko prawda, tylko w obliczu nadzwyczajnego zagrożenia dla nas wszystkich konieczne jest nawiązanie współpracy i udzielenie sobie pełnego poparcia. Tylko poprzez współpracę, której znaczenie podkreśla zresztą program lewicy mamy szanse uzyskać poparcie społeczne na poziomie umożliwiającym jeżeli nie ewentualne odsunięcie od władzy partii rządzącej to chociaż wprowadzenie do Sejmu RP kandydatów zgłoszonych na listy lewicy nr 3 występujących pod szyldem SLD. Możemy i pewnie mamy różne zastrzeżenia do liderów lewicy. Lękamy się czy znowu nie potraktują sprawy świeckości instrumentalnie jako towaru do wymiany mamy problemy z poziomem zaufania do nieznanych szerzej kandydatów zaludniających tworzone przez polityków listy, nie satysfakcjonuje nas ani liczba wprowadzonych przez Kongres Świeckości kandydatów ani przyznane im miejsca na listach, możemy także obawiać się o poziom merytoryczny przygotowania licznych kandydatów z trzech partii lewicy, którzy podjęli temat świeckości państwa przy widocznym braku wiedzy i doświadczenia w tej problematyce. Wszystko to może martwić, ale też nie możemy nie zauważyć, że tylko lewica priorytetowo traktuje konieczność przeciwdziałania klerykalizacji państwa i polityzacji obowiązującej w Polsce wersji religii katolickiej. Głosi postulat świeckości państwa – zakładający przeprowadzenie rozdziału instytucjonalnego państwa oraz kościołów i związków wyznaniowych, obiecuje zdystansowanie i obojętność wobec religii i religijnych światopoglądów, nie będzie tworzyć systemu prawnego odzwierciedlającego religijna wizje świata. Tylko takie stanowisko odpowiada rzeczywistemu stanowi spraw w Polsce, w której władza – przy aktywnym poparciu Kościoła katolickiego i stanowiących jej zaplecze związków zawodowych „Solidarność” – dąży do zainstalowania autorytarnego państwa klerykalnego.
Celem nadrzędnym wszystkich postępowych bloków i koalicji wyborczych niewątpliwie jest przywrócenie ładu demokratycznego w państwie i miejsca Polski w strukturach Unii Europejskiej, ale także powinno stać się uwolnienie państwa z gorsetu dotychczasowych przywilejów Kościoła. Jest to zadanie trudne i mało prawdopodobne by w najbliższej kadencji można było odnieść w tej sprawie znaczące sukcesy. Potrzebna jest zatem intensywna praca edukacyjna, promocyjna i stałe eksponowanie problemów powodowanych realną pozycją kleru i Kościoła katolickiego w Polsce. To wymaga przełamania blokady i marginalizowania naszych środowisk przez media głównego nurtu, a to z kolei jest możliwe tylko poprzez współpracę parlamentarzystów stale eksponujących problematykę relacji państwa z kościołami i związkami wyznaniowymi w ramach dopuszczalnych form funkcjonowania w Sejmie czyli np. w parlamentarnym zespole przeciwdziałania klerykalizacji kraju. Nie było dotychczas dyskusji nad sposobami organizacji współpracy z różnymi organizacjami światopoglądowymi, społecznymi i obywatelskimi. Być może trzeba będzie otwarcie podjąć takie rozmowy i dążyć do konkretnych ustaleń zastępujących wzajemne „fochy”, niechęć czy osobiste animozje. Warto byłoby np. koordynować kalendarz organizowanych imprez, wymieniać się stanowiskami w najważniejszych sprawach, kłócić jak trzeba. Teraz jednak nie mamy na to czasu.
W wielu okręgach wyborczych mamy sprawdzonych działaczy na rzecz świeckości, w wielu także działaczy partii politycznych lewicy niosących hasła świeckości, we wszystkich okręgach mamy listy lewicy przynajmniej teoretycznie gwarantujące nam, że świeckość państwa jest jednym z tematów wiodących lewicy w tej kampanii wyborczej i możemy domagać się wręcz od tych kandydatów, którzy zdobędą poselski mandat realizowania naszych postulatów, udostępniania biur poselskich i infrastruktury na potrzeby naszej działalności. Głosujmy zatem na list lewicy, popierajmy w kampanii lewicowych kandydatów, ale działajmy ze świadomością, że najtrudniejsze zmagania dopiero przed nami po wyborach.