Państwo nie musi być nieefektywne

Budowa szkół czy szpitali to także inwestycje – i to może szczególnie ważne, bo służące bezpośrednio dobru obywateli.
Tylko 20 proc. wszystkich inwestycji publicznych w krajach Unii Europejskiej stanowią wydatki na twardą infrastrukturę. Pozostałe 80 proc. można zaklasyfikować jako inwestycje miękkie, w kapitał ludzki, czyli zwłaszcza wydatki na zdrowie i edukację obywateli. Dla porównania, wśród inwestycji prywatnych jedynie 12 proc. to strumyk kierowany na rozwój kapitału ludzkiego. Tak więc, o ile większość inwestycji w kapitał fizyczny (maszyny, budynki, infrastrukturę) pochodzi z sektora prywatnego, to w przypadku inwestycji w kapitał ludzki, zdecydowaną ich większość stanowią wydatki sektora publicznego.
Proporcje tych wydatków różnią się pomiędzy krajami, mieszcząc się w przedziale od 50 do 90 proc. Tak duża rozbieżność wynika głównie z różnic między krajami Europy Środkowo-Wschodniej i Południowej a pozostałymi państwami członkowskimi. Państwa Europy Środkowo-Wschodniej oraz Południowej inwestują bowiem w kapitał ludzki średnio 6,4 proc. PKB, podczas gdy pozostałe państwa członkowskie aż 8,7 proc. PKB. Efektem może być osłabienie długofalowego potencjału rozwojowego państw, które inwestują mniej. Warto zaznaczyć, że ograniczenie inwestycji publicznych w krajach Europy Południowej było konsekwencją realizacji restrykcyjnej polityki gospodarczej, prowadzonej po kryzysie finansowym z końca pierwszej dekady XXI w.
Wskaźniki mierzące poziom inwestycji, pokazują, że inwestowanie w dobrostan ludzi to niekoniecznie jest coś, czym interesowałby się prywatny biznes. Chociaż, być może byłoby to dla niego opłacalne, bo okazuje się, jak wskazuje Polski Instytut Ekonomiczny, że roczne stopy zwrotu z inwestycji państwa w edukację i zdrowie obywateli potrafią przekraczać 10 proc.
Okres wychodzenia z kryzysu to dobry czas na zwiększenie rozmiarów inwestycji publicznych i poszerzenie jej definicji – podkreśla raport PIE zatytułowany „Czy państwo może być dobrym inwestorem?”. Brak uwzględnienia inwestycji w kapitał ludzki w większości statystyk przynosi bowiem błędny obraz sektora publicznego jako nieefektywnego i hamującego rozwój społeczno-gospodarczy
Kryzys pandemiczny spowodował ewolucję myślenia o polityce fiskalnej, na której kształt wpłynęły także wnioski z błędów popełnionych podczas wychodzenia z kryzysu finansowego 2007-2009. Dziś wydaje się oczywiste, że inwestycje w kapitał ludzki powinny mieścić się w oficjalnej definicji inwestycji publicznych. Tym bardziej, że obecnie, w trakcie wychodzenia z kryzysów, nie zawsze musi być stosowana restrykcyjna polityka finansowa.
Według szacunków Komisji Europejskiej, odsetki od zaciągniętego przez poszczególne państwa długu publicznego wyniosą w 2022 r. 1,2 proc. w relacji do PKB i będą o 0,3 punktu procentowego niższe niż przed kryzysem pandemicznym, pomimo znaczącego wzrostu długów publicznych w poszczególnych krajach. Jak wskazuje PIE, byłby to dobry czas na planowanie inwestycji publicznych, właśnie przede wszystkim w kapitał ludzki, gdyż one stymulują wzrost, przekładając się na wyższy produkt krajowy brutto, płace oraz wpływy podatkowe w przyszłości. – Dlatego właśnie proponujemy poszerzenie definicji inwestycji publicznych. W nowym ujęciu zawierałaby ona nie tylko tradycyjnie rozumiane inwestycje w kapitał fizyczny – np. budynki i drogi, ale także te w kapitał ludzki, czyli edukację i zdrowie obywateli – mówi Jakub Sawulski, kierownik zespołu makroekonomii Polskiego Instytutu Ekonomicznego.
Ekspansywna – i elastyczna – polityka fiskalna będzie możliwa tak długo, jak długo stopy procentowe pozostaną na obecnym, niskim poziomie. Okazuje się jednak, że wysokość tzw. naturalnej stopy procentowej, czyli takiej która stabilizuje gospodarkę, w skali globalnej systematycznie spada. Co istotne, nie jest to chwilowy trend związany z pandemią albo będący skutkiem kryzysu finansowego sprzed dekady, a raczej zjawisko o charakterze stałym – naturalna stopa procentowa w rozwiniętych gospodarkach spadła między 1998 r. a 2016 r. z 2,5 proc. do 0,5 proc. – wskazuje PiE.
Według Instytutu, trwały spadek stóp procentowych stwarza okazję do uruchomienia nowych inwestycji publicznych i poprawy jakości istniejących. Badania naukowe pokazują, że w długim okresie do najbardziej produktywnych inwestycji państwa należą wydatki związane z rozwojem dzieci i młodzieży, a więc inwestycje w żłobki, przedszkola oraz edukację publiczną – podkreśla Polski Instytut Ekonomiczny. Czyli właśnie te, których bardzo brakuje w czasie rządów Prawa i Sprawiedliwości, czego efekt boleśnie odczuwamy w postaci spadku narodzin dzieci.
Niestety, prominenci PiS jakoś nie chcą zauważyć prawdy, na którą zwraca uwagę Polski Instytut Ekonomiczny: o ile w przypadku dzieci pochodzących z zamożniejszych rodzin korzyści z edukacji przedszkolnej nie zawsze przewyższają jej koszty, to w przypadku dzieci z rodzin mniej zamożnych te korzyści mierzone są już dwucyfrowymi stopami zwrotu.
Kolejnym obszarem, w którym inwestycje publiczne okazują się być ponadprzeciętnie efektywne, jest ochrona zdrowia – także drastycznie zaniedbana, a w zasadzie wręcz zrujnowana podczas rządów Prawa i Sprawiedliwości. Wynika to z oczywistego faktu, iż wydatki na ochronę zdrowia przyczyniają się do zwiększenia produktywności pracowników, zmniejszenia liczby zwolnień lekarskich oraz wydłużenia okresu wykonywania pracy zawodowej przez obywateli. Z kolei, odpowiednio sfinansowana opieka profilaktyczna zmniejsza koszty leczenia w przyszłości, czego przykładem mogą być obowiązkowe szczepienia czy programy przeciwdziałające otyłości wśród uczniów. Takie prawidłowości są oczywiste właśnie nawet i dla uczniów – ale nie dla PiS-owskiej ekipy rządzącej, prowadzącej w istocie świadomie antyspołeczną politykę.
Warto zauważyć, że cięcia wydatków publicznych są często błędnie postrzegane jako forma restrykcyjnej, ale koniecznej polityki budżetowej. Tymczasem, w długiej perspektywie taka polityka może prowadzić do znaczącego zwiększenia społecznych i ekonomicznych kosztów, znacznie przewyższających potencjalne oszczędności – podkreśla Polski Instytut Ekonomiczny. Albowiem im mniej inwestycji w kapitał ludzki, tym gorsze perspektywy rozwojowe

Zaufanie i lockdown

Duża część społeczeństwa do niedawna nie akceptowała ograniczeń związanych z pandemią, wprowadzanych przez rząd. Teraz, gdy mamy najwyższą dzienną liczbę zgonów, opinia Polaków byłaby zapewne inna.

Na pierwszej stronie strategii walki z COVID-19 w Korei Południowej widnieje słowo “TRUST”, czyli zaufanie. Jest ono czynnikiem spinającym 5 podstawowych wartości:
T jak Transparency (przejrzystość),
R jak Responsibility(odpowiedzialność),
U jak United action (wspólne działanie),
S jak Science & Speed (nauka i szybkość),
T jak Together in Solidarity (razem w solidarności).
Korea Południowa jest przykładem kraju, który w walce z pandemią radzi sobie bardzo dobrze, w zasadzie w ogóle nie wprowadzając masowych ograniczeń działalności gospodarczej. Oczywiście ważne znaczenie odgrywają tu też wzorce kulturowe, doświadczenie po epidemii SARS i rozwój technologiczny. Wszystkich wzorców nie da się oczywiście przenieść na kraje europejskie. Niemniej jednak sformułowane w strategii zasady są bezdyskusyjnie potrzebne w walce z pandemią i generalnie dla funkcjonowania państwa – zauważa Towarzystwo Ekonomistów Polskich..
Kryzys COVID-19 pokazuje naocznie, jak ważny jest kapitał społeczny, zaufanie, solidarność, współdziałanie i odpowiedzialność. Pokazują to również ostatnie badania naukowe (m.in. Kris Hartley i Darryl S. L. Jarvis (2020), Paul Cairney i Adam Wellstead (2021)), w których podkreśla się, że „zaufanie” do władz, społeczeństwo obywatelskie, tzw. „community capacity” są istotnym elementem w powodzeniu walki z COVID-19 i w ogóle sprawności państwa.
Niestety w Polsce kapitał społeczny jest na bardzo niskim poziomie, jesteśmy pogrążeni w ogromnym konflikcie społeczno-politycznym. Od kilku lat ten konflikt jest nieustannie rozpalany. A zaufanie na linii obywatel – państwo zbliża się do dna. Potwierdzają to badania Instytutu Rozwoju Gospodarczego Szkoły Głównej Handlowej na reprezentatywnej próbie gospodarstw domowych.
Zgodnie z tymi badaniami, blisko 90 proc. respondentów uważa, że powszechny konflikt polityczny negatywnie wpływa na zaufanie społeczne i przez to jest barierą we współpracy rządu z obywatelami w celu efektywnej walki z pandemią koronawirusa.
Zaufanie jest niezbędne do współpracy, koordynacji, porządku społecznego i zmniejszenia potrzeby narzucania przez państwo restrykcji. Podczas pandemii obywatele powinni ufać rządowi i ekspertom, którzy powinni pomóc im zrozumieć problem i zareagować na niego w odpowiedni sposób. Bez zaufania rządom trudno koordynować działania i dokonywać decyzji dotyczących poziomów przymusu, bez zaufania obywatele nie współpracują, a tylko wtedy można zminimalizować skutki pandemii.
Zgodnie z wynikami badania niemal trzy czwarte społeczeństwa jest przeciwne zamykaniu branż usługowych, wyjątkiem są dyskoteki i kluby nocne. W przypadku pięciu branż zdecydowana większość respondentów (5 razy Nie) nie akceptuje całkowitego zamykania działalności firm świadczących usługi.
75 proc. pytanych nie akceptuje zakazu lub ograniczenia działalności w galeriach handlowych, 73 proc. nie zgadza się z zamykaniem hoteli, 72 proc. nie zgadza się z zamykaniem restauracji, 67 proc. wyraża sprzeciw wobec zamykania siłowni, basenów, klubów fitness, 63 proc. jest przeciwne zamykaniu miejsc kultury, kin.
W wielu krajach widać zniecierpliwienie obywateli kolejnymi lockdownami. Jednak skala przeciwników jest mniejsza. W sąsiednich Niemczech według badania cytowanego przez „Welt am Sonntag” w lutym około 63 proc. Niemców akceptowało wprowadzane przez rząd ograniczenia. Choć trend akceptacji jest zniżkowy, jednak te proporcje w Polsce są zupełnie odwrotne. Niestety rząd nie potrafi przekonać społeczeństwa do słuszności swojej strategii w walce z pandemią. Mamy już trzecią falę pandemii, któryś z kolei „lockdown” a nadal społeczeństwo nie popiera działań rządu.
W badaniu zapytano też o opinię odnoszącą się do postulatu zgłaszanego przez firmy, to jest czy popierają politykę wypracowywania rozwiązań sanitarnych i organizacyjnych w poszczególnych branżach (jak restauracje, puby, siłownie, kluby fitness, kina, hotele itd.), które miałyby zastąpić ich zamknięcia, czyli „działanie w zaostrzonym reżimie zamiast bezwzględnego zamykania”. Takie podejście popiera blisko 80 proc. respondentów Polacy oczekują zmiany strategii walki z COVID-19.
Brak zaufania przyczynia się do braku zrozumienia dla wprowadzanych ograniczeń, co w konsekwencji prowadzi do konieczności wprowadzania bardziej restrykcyjnych działań w przyszłości – wskazuje TEP. Brak zaufania to brak współpracy, solidarności, to państwo, które stoi z boku społeczeństwa i na odwrót. Kiedy jak nie w czasie największej pandemii od stu lat powinniśmy umieć się zintegrować?
Państwo zbudowane na konflikcie i podziale społeczeństwa nie jest silne. Jest słabe. Pokazuje to właśnie COVID-19. Silne państwo wymaga kompromisów, dialogu, łączenia, a nie dzielenia. Państwo zbudowane na konflikcie nie jest w stanie skutecznie i efektywnie walczyć z najważniejszymi, najgroźniejszymi wyzwaniami, przed jakimi może stanąć nasz kraj. A takich wyzwań nie zabraknie. Jakiego państwa chcemy? Podzielonego czy wspólnotowego?.

Przemysłem Polska stoi

Silny sektor przemysłowy napędza gospodarkę i daje gwarancję suwerenności ekonomicznej państwa.
Przemysł, obok rolnictwa i usług, jest jednym z trzech podstawowych sektorów gospodarki. W naszym kraju jej najważniejszą część stanowi, mówiąc najprościej, przetwórstwo przemysłowe, czyli przetwarzanie surowców w wyroby.
Polska jest relatywnie wysoko uprzemysłowionym państwem. Udział sektora wytwórczego w wartości dodanej wytwarzanej u nas wynosi 18,9 proc. wobec wartości dla całej Unii Europejskiej równej 15,5 proc. Wartość dodana w polskim sektorze przemysłowym od 2015 r. rośnie (w cenach stałych) o średnio 3,9 proc. rocznie.
Największą gałęzią polskiego przemysłu jest przetwórstwo spożywcze (18 proc. produkcji sprzedanej), a następnie przemysł motoryzacyjny (11 proc. ), produkcja wyrobów z metali (9 proc.), produkcja wyrobów z gumy i tworzyw sztucznych (7 proc.) oraz produkcja koksu i przetwórstwo ropy naftowej (6 proc.).
Jeśli natomiast spojrzymy na działy, które najszybciej rozwijały się w ostatnich 5 latach, to na pierwszym miejscu znajduje się produkcja wyrobów tytoniowych (wzrost aż 69-procentowy, jednak branża ta stanowi jedynie 0,5 proc. całego przemysłu). Potem produkcja wyrobów z gumy (wzrost o 45 proc.), produkcja wyrobów z mineralnych surowców niemetalicznych (44 proc.), produkcja koksu i przetwórstwo ropy oraz produkcja urządzeń elektrycznych (po 43 proc.), a także produkcja sprzętu transportowego (42 proc.).
Przemysł wytwórczy jest sektorem, do którego kierowana jest największa część inwestycji realizowanych w Polsce. Ich wartość wzrosła od 2012 do 2019 r. o 82,8 proc. w cenach stałych, a udział we wszystkich inwestycjach w kapitał trwały zwiększył się z poziomu 16,5 proc. do poziomu 23,4 proc. Niestety, ubiegły pandemiczny rok przyniósł załamanie inwestycji, które zmniejszyły się o 8 proc.
Bardziej optymistycznych wieści mogłaby dostarczyć analiza produktywności polskiego przetwórstwa przemysłowego. Dane Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) podają, że w Polsce wartość dodana na przepracowaną godzinę w tym sektorze wzrosła w 2019 roku o 9,1 proc. co jest tempem zdecydowanie szybszym niż w pozostałych państwach. Biorąc pod uwagę ostatnie cztery lata, znajdujemy się w gronie państw z szybkim przyrostem produktywności przemysłu, osiągając w tym czasie wzrost o 14,3 proc. To zrozumiałe, bo startując z niskiego poziomu ma się zwykle szybsze tempo wzrostu. Nie wiadomo jednak, czy w 2020 r. nie nastąpiło w Polsce także i zachwianie produktywności.
Warto zwrócić uwagę, że pod względem liczby pracujących w przemyśle, jest duża różnica między Polską a średnią unijną – w Polsce pracownicy przemysłowi stanowią 20,5 proc. wszystkich pracujących, podczas gdy w całej UE – 13,6 proc. Oznacza to, że w naszym kraju 3,35 mln osób pracuje w sektorze wytwórczym.
Chod dziś największy rozgłos uzyskują firmy usługowe działające w branży internetowej i handlowej, to wciąż przemysł pozostaje sektorem, który najsilniej wpływa na kondycję gospodarki narodowej w perspektywie długookresowej. Zgodnie z tym podejściem, Unia Europejska w dokumencie „Nowa strategia przemysłowa dla Europy” uznała silny sektor przemysłowy za sektor napędzający gospodarkę i gwarant suwerenności ekonomicznej.
Znaczenie przemysłu dla gospodarki wykracza poza samą bezpośrednią produkcję. Rozwijający się przemysł tworzy miejsca pracy w sektorze usług, wspierających produkcję przemysłową, np. przy badaniach i rozwoju, handlu towarami czy, coraz ważniejszej dziś, obsłudze systemów cyfrowych. W ramach przemysłu również funkcjonują typy produkcji, mające większe oddziaływanie zewnętrzne od pozostałych. Są to przede wszystkim integratorzy łańcuchów wartości, gdzie projektuje się finalne produkty i organizuje ich produkcję na wielu etapach, często współorganizując produkcję kilkudziesięciu firm dostarczających półproduktów. Tego typu przedsiębiorstwa są szczególnie istotne dla rozwoju krajowej gospodarki, ponieważ generują największe pozytywne efekty zewnętrzne.
Silny krajowy przemysł wytwórczy staje się szczególnie istotny w momentach załamania międzynarodowego handlu, tak jak miało to miejsce na początku pandemii COVID-19. Istotne okazuje się wówczas ulokowanie produkcji kluczowych, strategicznych dóbr w kraju, w którym konieczne jest ich wykorzystanie. Posiadanie silnego sektora przemysłowego buduje strategiczną autonomię i wpływa na bezpieczeństwo gospodarcze (np. w dostępie do żywności i leków). Inna byłaby dziś sytuacja Polski, gdybyśmy byli w stanie wytwarzać u nas szczepionkę przeciw koronawirusowi.
Prawie każde państwo, w tym i nasze, stara się wdrażać rozmaite polityki rozwoju mające na celu poprawę warunków prowadzenia działalności gospodarczej. Jak wskazuje Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii, dziś działania takie muszą być uzupełnione o szytą na miarę, dopasowaną do potrzeb branż, politykę przemysłową. Chodzi więc o politykę sektorową, którą – głównie teoretycznie – próbuje się stosować w Polsce od ponad pół wieku.
Zdaniem ministerstwa, niezwykle ważne dla polityki przemysłowej będą te branże, które cechują się dużą złożonością produkcji i wysoką wartością dodaną wytwarzaną w krajowych ogniwach łańcucha produkcji (czyli, mówiąc bardziej po ludzku, nie chodzi o prosty montaż). A także te ze znacznym potencjałem eksportowym. Odpowiednio ukierunkowane wsparcie powinno nadać impetu rozwojowego w poszczególnych branżach, a otoczenie instytucjonalne i stała deregulacja wspomóc budowanie przewag konkurencyjnych polskiego przemysłu. Rzecz w tym, że w Polsce pod rządami PiS, zamiast deregulacji mamy przeregulowanie.
Do kluczowych trendów i wyzwań mających wpływ na rozwój przemysłu w erze pandemii należy przede wszystkim cyfryzacja, jako ciągły proces dopasowywania się rzeczywistego i wirtualnego świata. Staje się ona głównym motorem innowacji i zmian w większości sektorów gospodarki.
Rząd powinien się skupić na stworzeniu przychylnego środowiska dla dynamicznego wzrostu wykorzystania i zaawansowania narzędzi cyfrowych w celu zwiększenia produktywności i innowacyjności gospodarki.
Podstawą do stworzenia takiego środowiska jest bez wątpienia odpowiednia infrastruktura techniczna, której w Polsce wciąż brakuje. Powszechny dostęp do szybkiego łącza internetowego jest dziś niemal równie ważny co dostęp wszystkich obszarów kraju do powszechnej sieci dróg czy sieci energetycznej.
Czynnikiem, bez którego cyfryzacja nie wykorzysta swojego potencjału modernizacyjnego dla gospodarki, są głównie dane cyfrowe. Dlatego obowiązkiem rządu jest stworzenie infrastruktury instytucjonalnej, zachęcającej sektor prywatny (firmy, organizacje i obywateli) do bezpiecznego udostępniania i wielokrotnego wykorzystywania danych. Potrzebne są zatem odpowiednie regulacje, chroniące prywatność i interes ekonomiczny konsumentów korzystających z danych.
Cyfryzacja działalności gospodarczej wykracza daleko poza internetową sprzedaż lub komunikację z klientem, a ważnym jej wymiarem jest właśnie zbieranie i analiza danych cyfrowych. Należy się spodziewać, że w najbliższych latach dane cyfrowe i odpowiednie ich wykorzystanie staną się jednym z głównych motorów innowacyjności. Takie przypuszczenie jest podstawą koncepcji przemysłu 4.0, który opiera się na wykorzystaniu tzw. systemów cyberfizycznych, czyli łączących wykorzystanie robotów przemysłowych z bieżącym, automatycznym zarządzaniem nimi przez programy przetwarzające duże zbiory danych.

Kadry są najważniejsze

Nawet kraj o dobrze zorganizowanym systemie opieki senioralnej nie poradzi sobie z wyzwaniami demografii bez przemyślanej polityki związanej z rynkiem pracy.

Polskę czeka dramatyczny wzrost udziału ludzi starszych w społeczeństwie. Według prognoz Głównego Urzędu Statystycznego, o ile jeszcze w 2013 roku osób w wieku 65 lat i więcej było blisko 15 procent, to w 2050 r. ten udział zwiększy się do 33 procent. Znacznie większy niż dziś odsetek społeczeństwa będzie potrzebował więc codziennego lub okresowego wsparcia. A to oznacza konieczność zastanowienia się nad zapewnieniem odpowiedniej jakości życia tych ludzi, co musi się wiązać z rozwojem tak zwanej polityki senioralnej.
Polska jesień życia na ogół jest spędzana we własnym domu. W naszym kraju system opieki opiera się na czterech sektorach: ochrony zdrowia, non profit, socjalnym i rynkowym. Gdy rodzina nie jest w stanie zapewnić minimalnego poziomu wsparcia, teoretycznie pomóc może państwo. Takie wsparcie uzależnione jest jednak od kryterium dochodowego. Wysokość polskich świadczeń związanych z opieką nie jest duża, a wymagania ich otrzymania – nader rygorystyczne.
Kwestia opieki nad osobami zależnymi, w tym zwłaszcza starszymi dotyczy co trzeciego gospodarstwa domowego w Polsce. Okazuje się, że najczęściej czynności opiekuńcze w rodzinach wykonują kobiety w wieku 50-69 lat, które zajmują się rodzicami lub teściami. Ponad 6,2 mln pracowników i pracownic w Polsce, czyli połowa zatrudnionych na umowę o pracę, zajmuje się „po godzinach” opieką nad swoimi rodzicami.
– Zdecydowana większość Polaków deklaruje zarazem, że nie oddałaby swojego krewnego do instytucji opiekuńczej. Ponadto teraz, podczas pandemii, z opieki stacjonarnej może korzystać mniej osób niż dotychczas. Domy opieki, skupiające osoby z grupy wysokiego ryzyka zakażeń, nie są postrzegane jako bezpieczne. Ale jednocześnie rodziny nie są w stanie wystarczająco dobrze zająć się swoimi starszymi bliskimi, a w sektorze formalnej opieki państwa istnieją niedobory kadrowe. To jednak tylko To tak naprawdę tylko przedsmak wyzwań, które stoją przed polskim modelem opieki senioralnej – mówi dyr. Beata Czech z firmy Promedica 24.
Szukając inspiracji dla rozwiązań w dziedzinie opieki nad seniorami, warto przyjrzeć się systemowi niemieckiemu, gdzie istotną rolę odgrywa formalna i nieformalna długoterminowa opieka domowa. Co istotne, Niemcy mają podobne do Polaków podejście do opieki nad swoimi najbliższymi, co sprawia, że ten zagraniczny model może jakoś sprawdzić się i w naszym kraju. Oni też raczej nie oddają ich do domów starców.
W latach 1996-2015 liczba osób wymagających opieki wzrosła w Niemczech o ponad 72 procent. Według danych z 2015 r., długoterminowej troski wymagało tam 2,86 mln osób, z czego w ponad 2,1 mln przypadków była to opieka domowa. Badania i codzienna praktyka wskazują, że starsi ludzie w Niemczech, tak jak i w Polsce, wysoce doceniają komfort funkcjonowania w najbliższym, dobrze znanym sobie środowisku. Przynajmniej co czwarty senior chciałby spędzać jesień życia w swoim rodzinnym domu dopóki tylko zdrowie i warunki mu na to pozwolą.
Ze strony rodzin ma to także znaczenie ekonomiczne. W Polsce domy opieki zabierają dużą część emerytury swego pensjonariusza, a czasem trzeba im jeszcze dopłacać (gdy senior ma niskie świadczenie). Gdy zostaje on w domu, zostaje też jego emerytura. Natomiast szeregowi pracownicy placówek opiekuńczych nie są zainteresowani wydłużaniem życia swoich podopiecznych, bo ich pensja jest niezależna od długości życia konkretnego seniora.
Ponadto, opieka domowa pozwala uniknąć stresu związanego ze zmianą miejsca zamieszkania i środowiska, w tym z koniecznością adaptacji w nowej rzeczywistości. – Co więcej, taką pomoc można lepiej dopasować do konkretnych potrzeb seniora. Jednak tworzy to wyzwanie dla rynku pracy, który musi odpowiedzieć na rosnące zapotrzebowanie. Dlatego Niemcy nie od dziś posiłkują się pracownikami z zagranicy, w tym z Polski – dodaje Beata Czech.
Za Odrą istnieje rozwiązanie systemowe, ułatwiające otaczanie seniorów opieką domową. W Niemczech nie stosuje się kryterium dochodowego w dostępie do świadczeń państwa w zakresie opieki długoterminowej. Przysługują one także osobom zamożniejszym, a głównym kryterium są tu potrzeby seniora wynikające ze stopnia jego niesamodzielności. Istotnym uzupełnieniem tego modelu jest sektor rynkowy – prywatne podmioty, świadczące usługi opiekuńcze na zasadach komercyjnych.
Ponieważ osób starszych jest coraz więcej, to i w Polsce, i w Niemczech obserwujemy sukcesywnie rosnące zapotrzebowanie na wykwalifikowanych opiekunów, niezbędnych zarówno w sektorze publicznym, jak i rynkowym. I jak pokazuje sytuacja w Niemczech, w miarę starzenia się społeczeństwa, niedobór wykwalifikowanych opiekunów na rynku pracy jest trudny do uniknięcia..
U nas jest on na razie jeszcze mniej widoczny, gdyż w Polsce obecnie głównie sami opiekujemy się starszymi rodzicami i dziadkami. Coraz trudniej jest jednak z możliwościami czasowymi, a zapewnienie przez państwo wystarczającego wsparcia opiekuńczego stanowi z reguły płonne marzenie.
Podczas pandemii polscy seniorzy niekiedy byli (i nadal są) wspierani przez wolontariuszy, którzy pomagali im m.in. w robieniu zakupów. To jednak jest działanie doraźne, które nie zaspokaja wszystkich potrzeb – starsi ludzie często potrzebują wsparcia również w codziennych czynnościach domowych. Tymczasem możliwości opiekuńcze rodziny oraz wolontariuszy mają swoje naturalne granice, chociażby związane z wymaganiami pracy zawodowej. Dlatego w państwach europejskich widać trend trend zmierzający do oparcia usług opiekuńczych na zasadach komercyjnych oraz tendencje do wzmacniania opieki w miejscu zamieszkania,
– Jeśli chcemy, żeby członek rodziny pozostał z nami jak najdłużej, logicznym rozwiązaniem jest podobnie jak w Niemczech, pomoc profesjonalnego opiekuna w domu. Potrafi on wyręczyć osobę starszą od sprawiających jej trudność domowych obowiązków i zapewnić komfort w domowych warunkach, odciążając zarazem rodzinę. Uważam, że polskie nawyki związane z opieką nad seniorami będą stopniowo ewoluowały w kierunku większej profesjonalizacji domowej opieki. To będzie jednak wymagało dostępności specjalistycznej kadry opiekunów na rynku pracy – wskazuje Beata Czech.
W państwach Unii Europejskiej liczebność ludzi w wieku 85 lat wzrośnie z ok. 15 mln w roku 2020 do ponad 40 mln w roku 2080. To oznacza, że już niedługo ogromna rzesza osób będzie potrzebowała wsparcia. Nawet najlepiej systemowo przygotowane państwo nie podoła temu zadaniu bez odpowiednich kadr. Ostatecznie, wszystko sprowadza się do ilości pieniędzy przeznaczanych na opiekę przez państwo oraz rodziny.
Z drugiej strony, pojawi się jakaś kolejna ścieżka zawodowa, pozwalająca ograniczać bezrobocie – zwłaszcza, że w miarę wzrostu zapotrzebowania na kadry opiekuńcze, ta praca będzie zapewne coraz lepiej wynagradzana. W profesjonalnej opiece senioralnej znajdzie się miejsce i dla ludzi młodszych, także po studiach, i dla osób w wieku 50 plus, których doświadczenie życiowe może zostać odpowiednio docenione przez pracodawcę.
Zapotrzebowanie na wykwalifikowanych opiekunów we wszystkich państwach Unii będzie zapewne tylko rosnąć. Oznacza to, że może warto pomyśleć o rozwinięciu odpowiednich kompetencji zawodowych, ułatwiających skorzystanie z tych możliwości na rynku pracy.

Bezpieczeństwo narodowe jest podstawą stabilności i dobrobytu Hongkongu

28 maja podczas trzeciej sesji OZPL XIII kadencji przegłosowano decyzję o upoważnieniu Stałego Komitetu Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych do sformułowania odpowiednich przepisów dotyczących ustanowienia i usprawnienia systemu prawnego i mechanizmu wykonawczego w Specjalnym Regionie Administracyjnym Hongkong w zakresie ochrony bezpieczeństwa narodowego.

Decyzja ta zyskała szerokie poparcie osób ze wszystkich grup etnicznych w całym kraju, w tym z Hongkongu, spotkała się również z szerokim zainteresowaniem i wzbudziła dyskusje wśród międzynarodowej opinii publicznej. W tym miejscu chciałbym podzielić się z polskimi przyjaciółmi kilkoma poglądami dotyczącymi tej sprawy.
Po pierwsze prawodawstwo w Hongkongu w zakresie bezpieczeństwa narodowego jest absolutnie niezbędne i wymaga podjęcia natychmiastowych działań. Podstawową przesłanką istnienia i rozwoju państwa jest jego bezpieczeństwo narodowe, wszystkie kraje świata wydają przepisy prawne stanowiące w tym względzie. Jednak z różnych powodów Hongkong zajął miejsce pośród regionów posiadających wątłe systemy prawne i mechanizmy wykonawcze w zakresie utrzymania bezpieczeństwa narodowego oraz pośród tych o najsłabszym systemie ochrony bezpieczeństwa narodowego. W 2019 roku podczas „huraganu poprawek” radykalne i separatystyczne siły ruchu “niepodległości Hongkongu” nawoływały do uzyskania niepodległości przez Hongkong. Brutalne działania terrorystyczne nasilały się gwałtownie, a siły zewnętrzne zuchwale wtrącały się w sprawy miasta, rzucając poważne wyzwanie doktrynie „jeden kraj, dwa systemy” i realnie zagrażając bezpieczeństwu narodowemu. W pełni obnażono istniejące i wyraźne luki i niedoróbki prawne w Hongkongu na płaszczyźnie utrzymania bezpieczeństwo narodowego. Nie ma państwa, które zignorowałoby nielegalne działania godzące w jego własne bezpieczeństwo narodowe. W sytuacji, gdy bezpieczeństwo narodowe znajduje się w bezpośrednim zagrożeniu i doznaje uszczerbku, a rząd miejscowy nie jest w stanie ukończyć prac legislacyjnych nad przepisami dotyczącymi jego ochrony, Rząd Centralny jest zmuszony do ustanowienia i poprawienia z poziomu centralnego systemu prawnego i mechanizmu wykonawczego dotyczących utrzymania bezpieczeństwa narodowego w Specjalnym Regionie Autonomicznym Hongkong i stworzenia tym samym swoistego bastionu bezpieczeństwa. Są to wspólne nadzieje żywione przez 1,4 mld Chińczyków, do których zaliczają się również rodacy z Hongkongu.
Po drugie, co racjonalne i zgodne z prawem, rząd centralny jest odpowiedzialny za ochronę bezpieczeństwa narodowego. W każdym państwie na świecie stanowienie prawa dotyczącego bezpieczeństwa narodowego jest uprawnieniem ustawodawcy krajowego. Rząd Centralny ponosi największą i ostateczną odpowiedzialność za bezpieczeństwo narodowe lokalnych regionów administracyjnych, co stanowi podstawową teoretyczną zasadę suwerenności narodowej i jest powszechną praktyką we wszystkich krajach na świecie. Art. 31 Konstytucji ChRL stanowi, że system wprowadzony w specjalnym regionie administracyjnym będzie określony ustawą Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych z uwzględnieniem szczególnych okoliczności. Ogólnochińskie Zgromadzenie Przedstawicieli Ludowych, jako najwyższy organ państwowy, uwzględniając faktyczną sytuację i potrzeby, może wykonywać wszystkie niezbędne uprawnienia oraz obowiązki związane z utrzymywaniem bezpieczeństwa narodowego w Hongkongu zgodnie z Konstytucją i Ustawą Zasadniczą miasta, a w tym tworzenie przepisów bezpieczeństwa narodowego w Hongkongu oraz budowanie odpowiednich systemów prawnych i mechanizmów egzekwowania prawa.
Po trzecie, bezpieczeństwo narodowe gwarantuje, że doktryna „jeden kraj, dwa systemy” będzie realizowana regularnie i długoterminowo, a Hongkong cieszyć się będzie stabilnością i dobrobytem. Bezpieczeństwo narodowe jest osią doktryny „jeden kraj, dwa systemy” i podstawą jej istnienia. Ustawodawstwo Hongkongu dotyczące bezpieczeństwa narodowego chroni suwerenności, jedności i integralności terytorialnej kraju i zapewnia, że realizacja doktryny „jeden kraj, dwa systemy” nie jest zniekształcona ani zdeformowana. Przepisy dotyczące bezpieczeństwa narodowego wymierzone są przeciwko bardzo niewielu aktom poważnie zagrażającym bezpieczeństwu narodowemu. Nie zmienią one systemu społecznego ani prawnego Hongkongu, nie wpłyną również na wysoki stopień autonomii miasta. Od momentu powrotu Hongkongu do Chin mieszkańcy miasta korzystali z najszerszych praw i wolności w historii. Przepisy dotyczące bezpieczeństwa narodowego umożliwią jeszcze lepsze korzystanie z tych praw i wolności w bezpiecznych okolicznościach. Jednocześnie nastąpi poprawa nastrojów społecznych związanych z wymianą i współpracą zewnętrzną z Hongkongiem, wyeliminowane zostaną obawy związane z niepokojami społecznymi w mieście, chronione będą uzasadnione prawa i interesy pochodzących z różnych krajów instytucji i ich personelu w Hongkongu, stworzone zostanie jeszcze korzystniejsze środowisko biznesowe dla inwestorów, a wszystko to przyczyni się do utrzymania długoterminowego dobrobytu i stabilności Hongkongu.
Po czwarte determinacja Chin w przeciwstawianiu się ingerencji sił zewnętrznych w sprawy Hongkongu jest niezachwiana. Hongkong to Specjalny Region Administracyjny Chin i lokalny region administracyjny pozostającym bezpośrednio pod władzą Rządu Centralnego ChRL. Ustawodawstwo Hongkongu dotyczące bezpieczeństwa narodowego należy wyłącznie do spraw wewnętrznych Chin i żadne siły zewnętrzne nie są uprawnione do interwencji. Niektóre kraje ogłosiły dziesiątki przepisów dotyczących bezpieczeństwa narodowego, starając się stworzyć własną „żelazną” siatkę bezpieczeństwa, równocześnie nalegając na „wycinanie dziur” i osłabianie chińskiej sieci bezpieczeństwa narodowego. Wskazują one palcem na przepisy bezpieczeństwa narodowego w Hongkongu i wysuwają nieprzemyślane i nieodpowiedzialne komentarze, a nawet posuwają się do gróźb i zastraszania. Stosowanie takich podwójnych standardów i kierowanie się logiką hegemoniczną w pełni ujawnia ich prawdziwy cel, którym jest stłumienie i zatrzymanie rozwoju Chin. Chiny są zdeterminowane, pewne siebie i zdolne do obrony narodowej suwerenności, bezpieczeństwa i interesów rozwojowych.
Cieszę się, że w ostatnich latach Polska i Hongkong zbliżyły się na płaszczyznach wymiany i współpracy, a obroty handlowe między stronami utrzymały średnią roczną stopę wzrostu na poziomie 6,7% w latach 2014-2019. Stabilność Hongkongu leży we wspólnym interesie Chin i Polski. Chiny będą w dalszym ciągu zgodnie z prawem chronić interesów różnych krajów (w tym Polski) w Hongkongu, będą nadal rozszerzać pragmatyczną współpracę między Hongkongiem i innymi krajami w dziedzinie gospodarki, handlu, kultury i turystyki. Mam nadzieję, że przyjaciele ze wszystkich środowisk w Polsce dokładnie i właściwie rozumieją doktrynę „jeden kraj, dwa systemy”, szanują i wspierają starania Chin o zgodne z prawem utrzymanie bezpieczeństwa narodowego w Hongkongu oraz razem z Chinami powitają z radością piękną przyszłość Hongkongu- miasta stabilizacji i dobrobytu.

Księga Wyjścia (49)

Ballada, o współczesnej twarzy humanizmu.

Od śmiechu, przez wątpliwości, dezorientację, zaprzeczenie, panikę, aż po depresje, tysiące spiskowych teorii (z paleniem masztów 5G jako potencjalnego źródła wirusa), aż po przystosowanie i akceptację. Z zawieszonym w próżni pytaniem – co dalej?
Najpierw spór o maseczki, już nie będę pisał o hienach sprzedających je po pięćdziesiąt złotych. Ale maseczki to świetny przykład empatii. Nawet jeśli jesteśmy przekonani, że to nic nie daje, to załóżmy je. Choćby po to by mijający nas ludzie, którzy być może żyją w znacznie większym strachu niż my, poczuli się trochę lepiej, dajmy im odrobinę komfortu. Spokoju, że jeśli przechodząc kichniemy, to maseczka powstrzyma chmurę wyziewu z naszych ust. Paszcz, jak kto woli.
Mam wielu znajomych zarażonych wirusem HIV, każda, najdrobniejsza infekcja może być dla nich wyrokiem śmierci. Ci ludzie żyją w niewyobrażalnym przerażeniu. Choćby z tego powodu powinniśmy je nosić. Kłóci się to wprawdzie z powszechnym u nas przekonaniem, że „nikt mi nie będzie mi mówił co mam robić, swoje wiem”, „jak jest przepis, to znajdę sposób i go ominę”. Zwykle wtedy wyobrażam sobie człowieka, z drzwiami od stodoły na twarzy. Moja perfidna wizualizacja ignoranta. Takie podejście spowoduje jedynie, że będzie coraz więcej dziwnych, nieprzemyślanych i często bezsensownych zakazów. Bezsensownych z racjonalnego punktu widzenia człowieka, który z epidemiologią nie miał nic do czynienia. Doskonale zdaję sobie sprawę, że większość jest robiona „na szybko” żeby tylko coś zrobić. Są one jednak odpowiedzią na naszą nieodpowiedzialność.
Świadczy też o sile państwa, umiejętności mobilizacji oraz współpracy świadomego społeczeństwa. U nas próżno tego szukać. Dlatego ani model szwedzki, ani koreański – gdzie nie ma zakazów wychodzenia, w Seulu są nawet otwarte kluby, w Polsce nie jest możliwy.
Jedni przeszli już całą tę ścieżkę, od śmiechu po akceptację, niektórzy odrzucili spiskowe teorie, innym wciąż daleko by przystosować się do panujących warunków i robią wszystko, żeby je ominąć.
Wszyscy jednak głośniej lub ciszej zadajemy sobie pytanie – jaki będzie świat, gdy już to się przewali? Czy w ogóle się przewali? Jeśli tak, to czy jest szansa na powrót do dawnego stylu życia? Z telewizją śniadaniową, ze specjalistami od posiłków, diet, „zdrowego egoizmu”, międzyludzkich relacji – po porady coachów i złote myśli celebrytów – brakuje Wam tego? Sam przerobiłem wiele ze wspomnianych wcześniej etapów, staram się jednak nie popaść w panikę i nie poddać depresji. Nie jest to łatwe, chociaż wykonanie najprostszych rzeczy wymaga ogromnego wysiłku. Nawet pisanie, coś co jest moim żywiołem, stało się trudne.
Każda czynność to walka z samym sobą. Przywołuję wtedy w pamieci Jana Lesmana, znanego później jako Jan Brzechwa, który podczas okupacji, będąc ściganym i poszukiwanym Żydem, napisał przepiękną baśń „Akademię pana Kleksa”. Po wojnie przybrał nazwisko „Brzechwa” tylko dlatego, że jego bardzo bliski kuzyn, również znany poeta już coś opublikował pod nazwiskiem Leśmian. Tak, Bolesław Leśmian, był bliskim krewnym Brzechwy.
Wracając do głównego wątku. Jak nazwać to zjawisko? Zjawisko społeczno, medyczno, ekonomiczno epidemiologiczne? Czy naprawdę świat postanowił dać nam po nosie, który za bardzo zadzieraliśmy? Według mnie najbardziej pasuje teraz określenie „mała apokalipsa” (nie jest to nawiązanie do książki Konwickiego). Coś, co pokazuje nieodwracalność, ale daje jeszcze nadzieję.
Przed miesiącem nikomu nie przyszłoby to do głowy. A jednak – stało się. Stało się coś nieprzewidywalnego, niemożliwego, coś o czym jeszcze niedawno nikt by nie pomyślał, coś co dotknęło – w mniejszym lub większym stopniu – niemalże każdego.
Tak w skrócie określiłbym ostatnie tygodnie w Europie. Ponieważ sytuację szeroko rozumianej zagranicy znam jedynie z przekazów – jakże różnych zresztą – skupię się na tym co sam obserwuję w kraju. Obserwuję nie przez ekran telewizora, czy wpisy szalonych paranaukowców, ale przez pryzmat codziennych zakupów czy choćby wyjścia do śmietnika.
Wbrew pozorom to co się teraz dzieje ma również swoje dobre strony. Zanim Drogi Czytelniku oburzysz się na mnie, proszę, przeczytaj do końca. W wyniku pandemii bardzo wielu ludzi, często zarabiających naprawdę duże pieniądze, z dnia na dzień straciło pracę. Byli na śmieciówkach, prowadzili firmy, część zarobków zżerały zobowiązania kredytowe, reszta szła na ciut bardziej wystawne życie, kawę za kilkanaście złotych, markowe ciuchy, samochody, drogich fryzjerów i wizażystki, kosmetyczki, prywatne szkoły dla dzieci, najlepsze zajęcia pozalekcyjne i wykupione wcześniej egzotyczne wakacje. Ludzie pracujący w teatrach, operach, balecie, renomowanych orkiestrach, zespołach tanecznych itp. wszyscy byli na zleceniach. W całym szołbiznesie naprawdę prawie nikt nie pracuje na etacie. Ludzie ci, na codzień zamożni, też żyli „od pierwszego do pierwszego”. Tylko na znacznie wyższym poziomie. Teraz z dnia na dzień zostali bez pracy. Gorzej, zostali również bez oszczędności – przecież zawsze miało być pięknie – byli o tym przekonani.
To co dzieje się teraz to uboczny produkt tej zarazy, czyli sprawdzian i test naszego człowieczeństwa. Kto naprawę jest przyjacielem i na kogo możnemy liczyć. Pod tym względem zaczynaliśmy zadzierać trochę nosa, więc biologia po tym nosie postanowiła nam dać. I dała. Jeśli wyciągniemy z tego lekcję, to obronimy nasze człowieczeństwo. Jeśli będzie jak było, to znaczy że nie jesteśmy warci pomocy. Traktując koronawirusa jako sprawdzian naszej empatii, ludzkich odruchów – to jest to zjawisko pozytywne. Z pewnością temu co się dzieje nie pomagają stacje telewizyjne. Niekiedy odnoszę wrażenie, że w poszukiwaniu taniej sensacji robią wszystko by maksymalnie podkręcić spiralę strachu – to nawet nie wrażenie, to wiedza zdobyta empirycznie.
Pracowałem jakiś czas w TVP-INFO – oczywiście jak większość wyleciałem, ale jeśli konkurencyjna, prywatna stacja podała jakąś sensacyjną informację, to szybko należało zrobić wszystko, by mieć tej sensacji więcej u siebie. Tak samo jest teraz trzeba wyszukać jakiś instytut naukowy jak najbardziej zbliżony do tematu sensacji, bo te, które się tym zajmują nie mają czasu na rozmowy z dziennikarzami. Kiedy uda się coś znaleźć, jakąś placówkę, ośrodek – bardziej lub mniej – naukowy, który niekoniecznie specjalizuje się w dziedzinie koronawirusa, ale ma podobny profil, łapiemy pierwszego z brzegu pomocnika pracownika naukowego – który to zazwyczaj jest zapracowany i nie ma czasu ani ochoty wyjść przed kamery i tłumaczyć.
W obliczu pandemii wszystkie ręce na pokład, te pokrewne również – więc z tego pomocnika robimy autorytet. Odpowiednio wyszkolony i sprytny reporter tak kieruje rozmową, by wyszło jak najbardziej sensacyjnie, lepiej niż u konkurencji. I tak oto zdradziłem Państwu fragment „kuchni” tej fabryki grozy jaką ostatnio stały się stacje telewizyjne i dodam, że sam od kilku tygodni nie włączyłem telewizora, bo jeśli w ciągu minuty osiem razy pada słowo koronawirus, SARS, pandemia, odmienione przez wszystkie przypadki, to tak po ludzku trafia mnie szlag. Zamiast deeskalować napięcie, edukować, to przestałem oglądać telewizję jeszcze gdy była w fazie budowania tej grozy.
Jest coś, co mnie zaniepokoiło. Sklepy z bronią, tą legalną w Polsce, wiatrówki, pistolety i karabiny HDR – czyli na kule gumowe, wszelkiego rodzaju straszaki itp. wszystko to dwukrotnie podrożało. Nawet najgorszej jakości wiatrówki, są już niedostępne w magazynach. Większość broni – tej legalnej – została już wykupiona. Według pracowników Amazona to obecnie najczęściej kupowane produkty. Po co? Przecież tym nie zabijemy wirusa. Odradzam też używania jej do obrony.
Bez odpowiedniego przygotowania i treningu w mgnieniu oka znajdzie się w rękach napastnika i sami oberwiemy z kupionych przez nas – za nasze pieniądze – pistolecików. Wierzycie mi, w życiu wygląda to trochę inaczej niż w filmach, czasami lepiej nie mieć tej wiatrówki, straszaka, czy prawdziwego i nawet nabitego pistoletu na ostrą amunicję, jeśli nie mieliśmy wcześniej odpowiedniego przeszkolenia, niż stracić życie.
Sugeruję zachować rozsądek, pozbyć się paniki, bo na naszym strachu żerują media. Nie dajmy się i pamiętajmy o sobie wzajemnie. Teraz jest trudny czas, ale myślę że prawdziwa próba człowieczeństwa przyjdzie wtedy, gdy pozbędziemy się ostatniej pałeczki wirusa. Jak wtedy się zachowamy? Teraz rozsądek, potem umiar i godność. Teraz – gdy świat nas unieruchomił, zajrzyjmy w głąb samych siebie i wyciągnijmy to co mamy najpiękniejsze. Zamiast przeklinać pandemię, wytyczne, zarządzenia i wszystko wokół. Przecież i tak nie mamy na to wpływu. Mamy jednak wpływ na to, co ze sobą zrobimy, jak spędzimy ten czas.
Czy pełni wściekłości, czy może lepiej popracować nad najwyższym szczeblem piramidy Maslova, czyli samorealizacją i spełnieniem. Nad tym co zawsze odkładaliśmy na później – zawsze mówiliśmy – „w wolnej chwili”, aż zapomnieliśmy co jest tak naprawdę istotne. Po sobie wiem jakie to teraz trudne i jednocześnie istotne.
Zapomnieliśmy o marzeniach, wspomnieniach, uniesieniach, pięknie załamujących się w oknie promieniach słońca i milionie innych, indywidualnych pięknościach. Tych tylko naszych, własnych, prywatnych wręcz intymnych.
A co będzie potem? Nic wielkiego. Po prostu, umrze kapitalizm. Chętnie popatrzę na orszak. Nawet się uśmiechnę.
Jeśli się uda, to będzie znaczyło, że obroniliśmy humanizm. Wyszliśmy z pańszczyzny i średniowieczna. Możemy śmiało mówić, że jesteśmy społeczeństwem XXI wieku i z humanizmem nam do twarzy.

Zwyczajne draństwo

Poważni politolodzy i publicyści podnoszą ostatnio tą kwestię, że budowanie przez opozycję swojej pozycji na krytyce PiS jest niecelowe, niewłaściwe i nieskuteczne, gdyż PiS pozyskało sobie znaczą część elektoratu i zdobyło tych,
którzy uznali się za poszkodowanych w wyniku transformacji ustrojowej.

Nie zamierzam odmawiać zasług PIS w tym, że skutecznie odwołał się do tej części społeczeństwa, która w imię apoteozy wolnego rynku i indywidualnej przedsiębiorczości odsunięta została na margines przez elity przejmujące w 1989 r. odpowiedzialność za Polskę i jej przyszłość. Mam jednakże ogromne wątpliwości, czy ten polityczny manewr wynikał rzeczywiście z głębokich przesłanek ideowych liderów prawicy. Poważnie skłaniam się ku temu, że odwołanie się do tzw. „suwerena”, rzucenie hasła „wstawania z kolan” było wynikiem chłodnej analizy i cynicznej kalkulacji, mającej swoje pierwociny w amerykańskich doświadczeniach z Fox News, Cambridge Analytica i służyło jedynie zdobyciu i utrzymaniu władzy. Tak czy inaczej niegodziwość pisowską i draństwo należy pokazywać i opisywać. Dla potomności choćby.
Oto historia prawdziwa. Nazwa instytucji, stanowiska bohaterów i ich imiona zostały z oczywistych względów (co za czasy!) zmienione. Rzecz działa się w ważnej instytucji publicznej o nazwie, dajmy na to „Agencja”, a jej bohaterem był urzędnik o imieniu Antoni. Antoni pracuje w Agencji od ponad 20 lat – trafił do niej bezpośrednio po studiach. Przechodząc kolejne szczeble zawodowej kariery, w swoim czasie uzyskał status urzędnika Służby Cywilnej i w momencie przejęcia przez PiS władzy w 2015 r. zajmował stanowisko zastępcy kierownika oddziału. Przystępując do totalnej czystki w Agencji PiS wymieniło całe jej kierownictwo. Natrafiło jednak na problem statusu służbowego Antoniego, toteż nowe, słuszne już kierownictwo usilnie zaczęło namawiać go do zrzeczenia się statusu urzędnika SC. Antoni pozostał jednak przy swoim, nie dał się namówić. Efekt był taki, że z tytułu „zmian organizacyjnych” przeniesiono go, z zachowaniem warunków płacowych, do innej komórki organizacyjnej, na niższe oczywiście stanowisko. W Agencji urzędnicy przechodzą okresowe oceny swojej pracy, dokonywane przez ich przełożonych. Antoni również poddany został takiej ocenie przez swojego nowego zwierzchnika – z pisowskiego nota bene nadania, ale fachowca, doświadczonego pracownika Agencji. Otrzymał ocenę najwyższą z możliwych. Problemy zaczęły się w momencie odejścia tego zwierzchnika na emeryturę.
Pewnego dnia Antoni „zaszczycony” został wizytą w swoim skromnym pomieszczeniu samego, najwyższego Naczelnika. Ten, nie owijając sprawy w bawełnę, zaproponował Antoniemu, aby ten – uwaga! – ni mniej, ni więcej tylko wyraził dobrowolną zgodę na obniżenie mu jego oceny okresowej o jeden stopień. Okazało się bowiem otóż, że ta najwyższa ocena była jego trzecią najwyższą oceną z rzędu. Zgodnie natomiast z pragmatyką urzędniczą uzyskanie takiej oceny MUSI skutkować służbowym awansem – w tym przypadku na stanowisko kierownicze. PiS jednak nie może w żaden sposób dopuścić do awansowania urzędników powołanych przez z gruntu niesłuszne i nieczyste siły. Ponadto awansując Antoniego musieli by wcześniej jakieś stanowisko kierownicze oczyścić z zajmującego go pisowskiego nominata. Pan Naczelnik, najwidoczniej dbając o swoją reputację w pisowskiej para-mafijnej strukturze zdecydował się na jawny, ordynarny szantaż. Dał Antoniemu wyraźnie do zrozumienia, że nieprzyjęcie jego oferty skutkować będzie totalnym uprzykrzeniem mu pracy, niekończącymi się kontrolami, które zawsze przynieść mogą jakiś skutek i w efekcie zwolnienie dyscyplinarne z utratą wszystkich przywilejów wynikających ze statusu urzędnika Służby Cywilnej.
Antoni mając na utrzymaniu liczną rodzinę był bez wyjścia i temu szantażowi uległ. Dobrowolnie zgodził się na obniżenie mu oceny jego wieloletniej pracy.
Ilu takich Antonich jest w Polsce? Ilu złamano charaktery, kariery? W imię czego? W imię czego?

Na swoim za cudze Ważny tunajt

Dziś znowu jadę pociągiem. Tym razem z Warszawy do Torunia.

Siedzę w przedziale z jedną panią. Ona czyta książkę, ja piszę. Paręnaście minut temu zgłodniałem i postanowiłem zjeść sałatkę warzywną z makaronem, kupioną na drogę. Wyszedłem z sałatką z przedziału, bo choć nie było w niej atakujących nozdrza ingrediencji, to jednak wymagała uprzedniego oporządzenia, i chcąc nie chcąc, ingerowała w sferę prywatną współpasażerki. Korona mi z głowy nie spadnie, gdy zjem na korytarzu. Jakież było moje zdziwienie, kiedy spostrzegłem, że w sąsiadujących przedziałach rozsiedli się sami hrabiowie i waćpanny. Bez krępacji leżą pootwierane na stolikach zestawy z maka, czipsy, kabanosy. Mimo że nie wszyscy coś jedzą. Część pasażerów czyta, usiłuje pracować. Ale kto by się tam przejmował umysłowym. Tłuszcza chce-to tłuszcza ma.
Może to rzeczywiście we mnie jest coś dziwnego, ale takie stadne zachowania zamieniające coś, co ongiś było marginesem, w ogólnoludzkie uniwersum, bardzo mnie niesmaczą. Bo lud, lub, jakby rzekł monarchista, motłoch, nie zawsze ma rację. Zazwyczaj jej nie ma. Ale, prawda, zwykle to wola ludu bierze górę nad normami i skutecznie je sankcjonuje; czy to prawnie, czy obyczajowo-jak w przypadku przyzwolenia na spożywanie w środkach transportu (mimo że jest wagon barowy) oraz hałaśliwe gadanie przez komórkę tamże (mimo że jest korytarz).
Parę dni wstecz, opinię publiczną obiegła informacja o tym, że w Poznaniu, na jednym z osiedli, mężczyzna, który jakiś czas temu wylicytował mieszkanie wraz z lokatorami, dostał się doń mimo drzwi zamkniętych. Zabarykadował się w środku, a lokatorka, która już formalnie nie była właścicielką ale w mieszkaniu mieszkała, spędziła noc na klatce schodowej, w oczekiwaniu aż ochotnicy z Rozbratu i środowiska obrony praw lokatorskich, odbiją mieszkanie z rąk właściciela-niewłaściciela. Wszystkie media, jak jeden mąż, zrelacjonowały sprawę, z mniejszym bądź większym oburzeniem. Oto przebiegły kapitalista, pod nieobecność głównej lokatorki (celowo nie piszę właścicielki, bo, de facto, pani już nią nie jest) wchodzi do mieszkania, które nabył na licytacji komorniczej wraz z żywym, białkowym interfejsem w postaci ludzi i zwierząt. Ma co prawda tytuł wykonawczy, ale eksmisji dokonuje samowolnie, a tej, jak wiadomo, dokonać może w Polsce jedynie komornik. I to jest jego główny grzech. Samosąd, którego się właściciel dopuścił, jest bezprawiem, i jak każde inne bezprawie powinien być ukarany. Niemniej jednak, w całej, skomplikowanej relacji właściciel-lokator, nie zawsze wszystko musi wyglądać tak, jak w klasycznej relacji zły kapitalista-wyzyskiwany parobek. I mam świadomość, w jakiej gazecie piszę te słowa.
Pokażcie mi Państwo miasto w Polsce, małe, średnie, duże, a już tym bardziej metropolię, gdzie nie mieszkaliby ludzie, którzy nie płaciliby czynszu za mieszkanie. Z różnych powodów. Za mieszkanie spółdzielcze, spółdzielczo-własnościowe, hipoteczne, wykupione na własność, wylicytowane na licytacji. Nie ma takiego miasta. I to żadne odkrycie. Wszędzie tam, od starych osiedli z płyty, z karaluchami i szczurami, po nowe apartamentowce, jest grupa ludzi, która nie płaci za czynsz. Ich długi częstokroć przekraczają wartość mieszkania. Kiedy się tak dzieje, sądy decydują się na egzekucję komorniczą. Lokatorów, którzy nie płacą, winno się wtedy przenieść do lokalu zastępczego, ale miasto takimi nie dysponuje. Mieszkają więc sobie owi lokatorzy w mieszkaniu dalej, w majestacie prawa, pogłębiając dług. I to jest w porządku. W czasie, gdy naiwni-uczciwi, co miesiąc muszą wygospodarować w budżetach domowych niemały grosz na komorne, ci, którym sąd nakazał opuszczenie lokalu gwiżdżą na wszystko i mieszkają w najlepsze. Bo przecież pod most nie pójdą. I to w Polsce też jest jak najbardziej w porządku. Właściciel mieszkania, czy to spółdzielnia, wspólnota, bank akurat już prędzej, albo, nie daj Bóg, prywatna osoba, może co najwyżej dać na mszę z nadzieją, że jakimś cudem znajdzie się szybciej niż wolniej, wolny lokal socjalny, do którego można będzie dłużnika eksmitować. Ale w cuda wierzyć nie warto. Czasami więc ludzie nie wytrzymują, i próbują wziąć sprawy w swoje ręce. I też nie ma się im co dziwić, bo chcą bronić swego, za co zapłacili swoimi ciężko zarobionymi pieniędzmi. Nie ma chyba włodarza miasta małego, wielkiego czy średniego w Polsce, który nie miałby na swoim terenie lokatorów kilkudziesięciu czy kilkusetmetrowych lokali w samym centrum, w których lumperka żyjąca z zasiłków zrobiła sobie darmowe przytulisko. Każdy Wam to powie. Nie ma też miasta, w którym skrajnie nieporadni życiowo ludzie, nie zadłużaliby mieszkań, a wobec prawdziwych życiowych dramatów-choroby czy utraty pracy, nie zalegaliby z czynszem. I to wszystko w czasie, kiedy młodym ludziom eksprezydent Komorowski radził zmienić pracę i starać się o kredyt, kiedy ktoś go zapytał, co mają zrobić ci wszyscy, których na mieszkanie nie stać. Nie wolno jednak pozwolić na to, żeby każdego, kto nie płaci za mieszkanie od razu czynić ofiarą czyścicieli kamienic, a innego, który akurat chce zarobić-kupić tanio i drogo sprzedać, nazywać hieną bez sumienia. Nieróbstwo bowiem bardzo różni się od nieporadności, tak jak bezczelność od bezrobocia.
Jarek Ważny

Dobrowolność nie wystarczy

Przyszłość emerytalna Polaków rysuje się niestety w dosyć ciemnych barwach. Obecnej władzy bardzo zależy więc, byśmy sami dodatkowo oszczędzali na swe emerytury.

Z raportu przygotowanego w 2018 roku przez Organizację Współpracy Gospodarczej i Rozwoju wynika, że obecni 20-latkowie otrzymają emeryturę na poziomie 31,6 proc. ich ostatniego wynagrodzenia netto.
Za przykładem innych państw, takich jak np. Wielka Brytania czy Nowa Zelandia, poszedł polski rząd tworząc Pracownicze Plany Kapitałowe. Program oparty jest na wpłatach pochodzących zarówno od samego pracownika, pracodawcy, jak i państwa. Jak zapewnia ustawodawca system jest całkowicie prywatny i dobrowolny.
Czy jednak rzeczywiście tak jest? Artykuł 3 ust. 2 Ustawy z dnia 4 października 2018 r. o Pracowniczych Planach Kapitałowych wskazuje, że „środki gromadzone w PPK stanowią prywatną własność uczestnika PPK”.
Formalnie wszystko jest więc tak jak być powinno i w przeciwieństwie do ustawy o Otwartych Funduszach Emerytalnych, która zniechęciła wielu Polaków do oszczędzania przy pomocy instrumentów zapewnianych przez państwo, teoretyczne bezpieczeństwo naszych pieniędzy wydaje się być zagwarantowane. Czy będzie tak w praktyce?
Dziś z pewnością trudno jest wyrokować o sytuacji gospodarczej w jakimkolwiek kraju na świecie w perspektywie choćby dziesięcioletniej. Z drugiej strony, środki z PPK można w każdej chwili wypłacić, w najgorszym wypadku tracąc zarobiony kapitał (pełną wysokość wpłat od państwa i 30 proc. wpłat od pracodawcy).
Czy zatem system PPK jest dobrowolny? Owszem, jest ale… brak chęci uczestnictwa w nim wymaga złożenia raz na cztery lata oświadczenia o braku tej woli. Bez podjęcia stosownego działania, każdy z nas staje się automatycznie członkiem programu. Pracowniczy Plan Kapitałowy jest największym wyzwaniem dla pracodawców – niezależnie od poziomu zatrudnienia, każdy z nich będzie zmuszony do wdrożenia procedury w swojej firmie musząc m.in wybrać reprezentację pracowników, przystosować oprogramowanie informatyczne, a w końcu podpisać umowy – najpierw o zarządzanie PPK, później o prowadzenie PPK (za niepodpisanie umowy w terminie grożą kary finansowe do 1 mln zł).
PPK to dla wielu pracodawców trudność. Problem może się powiększać, bowiem podmioty przystępujące do programu jako pierwsze, to firmy największe, a więc takie, których zasoby finansowe oraz kadrowe są znaczne. Co jednak czeka pracodawców zatrudniających kilkanaście osób? Czynności, które będą oni zmuszeni podjąć, są dokładnie takie same, jak te leżące po stronie dużych korporacji, zagrożenia również są tożsame.

 

Przymus służący wszystkim

Niech nikt nie myśli, że składka płacona na ubezpieczenie społeczne stanowi własność ubezpieczonego.

W jednym z sierpniowych wydań „Trybuny” zwróciłam uwagę na artykuł zatytułowany „Trudne życie wolnych najmitów” i przypomniałam sobie wcześniejsze teksty redakcji dotyczące tematu emerytury: „Rzecznik chce likwidacji nonsensu emerytalnego” oraz „Strata emerytalna, której nie będzie”.
Jest tam mowa o wyliczeniach, które wskazują, że zwolnienie przedsiębiorców z obowiązku płacenia składek na ubezpieczenie społeczne przyniosłoby korzyści, a ponadto są też inne osoby dobrze sytuowane, którym ubezpieczenie społeczne jest na nic. W związku z tym Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców proponuje dobrowolne płacenie przez nich składki na ubezpieczenie społeczne.
Domyślam się, że Redakcja solidaryzuje się z tymi wypowiedziami. Dlatego postanowiłam napisać kilka słów na temat co to jest ubezpieczenie społeczne i czym różni się od ubezpieczeń gospodarczych typu OC, które też są obowiązkowe – mając nadzieję, że Redakcja postara się zmienić ogólne zapatrywanie na rolę ubezpieczeń społecznych.
Nie można mówić, że ubezpieczenie społeczne to nonsensowna instytucja – jakkolwiek w ostatnich latach nagromadziło się trochę bezsensownych regulacji w tym zakresie.
Ubezpieczenie społeczne to instytucja mająca umocowanie w Konstytucji RP z 1997r. Z jej art. 67 wynika, że stworzenie systemu zabezpieczenia społecznego to obowiązek państwa. To państwo musi zabezpieczyć obywateli na wypadek choroby i starości. Nasze państwo ten swój obowiązek realizuje, tworząc system powszechnego ubezpieczenia społecznego i system zaopatrzenia społecznego dla służb mundurowych.
To nie jest system przymusowego ubezpieczenia się przez obywateli (płacenia składki). Ubezpieczenie społeczne to system tworzony ze środków przeznaczonych na ten cel z dochodu narodowego.
Środki te kierowane są bezpośrednio (a nie via wynagrodzenie za pracę) do odrębnego funduszu, z którego są wypłacane świadczenia, różnicowane według udziału ubezpieczonych w wytworzeniu tych środków. Kryteria różnicowania to z reguły czas udziału w wytwarzaniu środków przeznaczonych na świadczenia (staż pracy) i kwalifikacje (zarobki).
Od 1999 r środki przeznaczone (przez państwo) na ów fundusz zostały „rozpisane” na indywidualny udział każdego ubezpieczonego w ich wytworzeniu, nazwane składką i dopisane do wynagrodzenia za pracę ( wynagrodzenie brutto).
W systemie obowiązkowego ubezpieczenia społecznego obywatel mający tytuł do ubezpieczenia (np. zawarł umowę o pracę albo podjął działalność gospodarczą) jest ubezpieczony z mocy ustawy ( przez państwo) od momentu kiedy ma ów tytuł – nawet jeśli składka nie została przekazana.
Obowiązek wydzielenia środków na ubezpieczenie społeczne i „ rozpisania” ich na poszczególnych ubezpieczonych w postaci składki spoczywa na osobie wypłacającej wynagrodzenie za pracę.
To płatnik odprowadza składkę i on ponosi odpowiedzialność za ewentualne błędy w jej wyliczeniu, a nie ubezpieczony. Osoba prowadząca działalność pozarolniczą występuje wówczas w podwójnej roli płatnika i ubezpieczonego, za którego (jako jednocześnie płatnik) płaci składkę.
Błędem ustawowym i naruszeniem Konstytucji jest różnicowanie skutków niezapłacenia składki. Składka jest bowiem wyliczoną w złotówkach miarą udziału ubezpieczonego w wytworzeniu środków przeznaczonych przez państwo na ubezpieczenie społeczne.
Inaczej mówiąc, składka nie jest własnością ubezpieczonego, bo nie jest częścią jego wynagrodzenia za pracę, (co potwierdził Trybunał Konstytucyjny), jakkolwiek tak usiłowali ją przedstawiać pomysłodawcy Otwartych Funduszy Emerytalnych (ustanawiając dziedziczenie publicznych środków!), a w roczniku statystycznym za 1999 r wykazano prawie 20 – procentowy wzrost wynagrodzeń.
Konstytucyjne umocowanie prawa do emerytury daje gwarancję, że różnego rodzaju projekty dotyczące likwidacji ubezpieczenia społecznego nie zostaną zrealizowane. Nie należy tej konstrukcji społecznej nazywać nonsensem i domagać się likwidacji obecnego systemu.
Liczę, że Redakcja nie będzie popierać takich sugestii, choćby dlatego, że nic lepszego, chroniącego ludzi żyjących z pracy, dotychczas nie wymyślono. A z drugiej strony, pobieranie emerytury jest tylko prawem obywatela, a nie obowiązkiem. Osoby dobrze sytuowane, mające własne zasoby, mogą się po nią nie zgłaszać.