Poświąteczne pisanki

Wielkanocne jajka były, podobnie jak ikony, nie malowane, a mówiono, że pisane, i stąd ich nazwa. A w naszej prasie pisane słowa są często jak zgniłe, niemalowane jaja.

Zawiedzione jaja
Z wielu powodów nigdy nie byłem zwolennikiem prezydenta Trumpa, ale ze sporym zdziwieniem, a później z narastającymi wątpliwościami, przyjmowałem awanturę wkoło zarzucanej mu współpracy z Rosjanami w okresie jego kampanii wyborczej. Moje obiekcje pogłębiały się po każdej pozytywnej opinii Trumpa na temat Putina i szans na „dogadanie się” z Rosją, które zawsze wywoływały, także u nas, nadzwyczajną krytykę.
„Gazeta Wyborcza”, która w antyrosyjskiej szarpaninie propagandowej aktywnie uczestniczy od dawna, piórem Macieja Czarneckiego napisała: „Czwartkowa publikacja raportu o Russiagate przejdzie do historii. Nie tylko dlatego, że zakończyła niemal dwuletnie śledztwo specprokuratora Roberta Muellera, które dotyczyło jednej z najważniejszych spraw w amerykańskiej polityce, i pokazała, jak wiele za uszami ma Trump. Równie fascynujące było to, że stanowiła majstersztyk sztuki PR.”
Najważniejszą sprawą w raporcie prokuratora Muellera było stwierdzenie, że nie wykrył on dowodów na zmowę Trampa i Rosjan w celu wypaczenia kampanii, ale ten fakt, wkoło którego tyle było pisania i oszczerstw, okazuje się mało istotny dla autora. Natomiast prawdę niesie tytuł artykułu: „ O tym dniu będą pisać w podręcznikach” jako o klęsce propagandowych insynuacji i krętactw, także w wykonaniu „GW”.
Jaja paranaukowe
W świątecznym „Newsweeku” na temat tzw. szkodników prowadził Paweł Smoleński rozważania z bardzo utytułowanym prof. Włodzimierzem Borodziejem, który nie wiedzieć czemu, zapewne bez takiego zamiaru, zbliżył się w tej rozmowie do tytułowych bohaterów. Tekst zaczyna się od Lenina, który zdaniem Smoleńskiego nazywał pożytecznymi idiotami „zachodnich dziennikarzy którzy wychwalali bolszewicką Rosję, zamykając oczy na wszystko, co psuło wyidealizowany obraz ojczyzny proletariatu”.
W rzeczywistości Lenin napisał zupełnie coś innego: „Henderson [brytyjski polityk – Z.T.] jest tak głupi jak Kiereński i dlatego jest nam pomocny”, a więc była to opinia nie taka rzadka w świecie polityki. Nadto żaden z radzieckich przywódców nigdy nie używał określenia „pożyteczny idiota”, co nawet przyznaje Wikipedia, pisząc dalej: „Po II wojnie światowej określenie zostało przejęte przez antykomunistów – przede wszystkim amerykańskich – do określania osób i środowisk sympatyzujących z ZSRR i jego polityką”.
Profesor dopowiada: „To figura stara jak świat i polityka. Wszędzie łączą ich dwie cechy. W świetle kryteriów obiektywnych mówią i robią idiotyzmy. I nigdy się do tego nie przyznają.
Mamy wśród nich idealistów… Jest też gatunek idiotów, którzy myślą, że coś na tym ugrają… Bywają też cynicy, którzy realizują swoje interesy, ale udają idealistów… No i są ludzie na taką postawę skazani niejako profesjonalnie.”
Tak rzeczywiście było i jest, ale dlaczego w świetle tych wywodów, głównymi beneficjentami, według rozmówców, był tylko ZSRR a obecnie Rosja, był Stalin i na dokładkę Hitler, a dzisiaj jest nim Putin? Nikogo innego nigdy nie było, mimo, że ta „figura” jest stara jak świat ? Rozmówcom innych przykładów, poza Viktorem Orbánem, jako pożytecznym idiotą dla Putina, zabrakło ?
Otóż byli i są w nadmiarze, ale tak się ich obraźliwie nie nazywa, bo schlebiają i są ślepo zapatrzeni w politykę państw, polityków i wartości tzw. Zachodu, a ten z definicji niejako emanuje głównie dobrem, mądrością i wyjątkową szlachetnością.
Przychodzą na myśl politycy – pożyteczni idioci, którzy uwierzyli prezydentowi USA, że Saddam Hussein ma zdolną do użycia broń chemiczną, wyprawili się wspólnie na Irak i powiesili Saddama, chyba za karę, że znaleźli tylko bezużyteczne badziewie. Inni pożyteczni idioci, ale tylko dla jastrzębi z USA, twierdzą, że państwa bałtyckie są już frontowe – w stanie wojny z Rosją, a kolejni awanturę ze wschodnim sąsiadem uważają za polską rację stanu. Tłumaczyły w swoim czasie rodzime szkodniki, że amerykańska tarcza antyrakietowa w Redzikowie pod Słupskiem służyć ma wyłącznie zwalczaniu irańskiego zagrożenia, inni jeszcze wcześniej uznali neoliberalizm ekonomiczny za najlepszy wybór dla przyszłości Polski, a tłumy, także znanych naukowych, artystycznych i publicystycznych postaci twierdziły, że jak będziemy wolni, to jednocześnie bogaci, szczęśliwi i zdrowi. A dziś, kontynuują ten światły sposób widzenia naszych polskich spraw liczni, także często utytułowani, popierając m. in. PiS-owską naprawę sądownictwa.
Reasumując te paranaukowe ustalenia stwierdzić należy, że pożytecznym idiotą jest ten, który odważy się napisać lub mówić o Rosji cokolwiek dobrego, natomiast postacie wybitne i godne naśladowania piszą o tym kraju tylko źle, i to zapewne tylko z własnej woli. Należy jeszcze dołączyć Chiny, bo nie będą nam jakieś Huaweie lub Lenovy pod nos w galeriach handlowych podsuwać, sami komunizm kultywując.
Zaminowane kłamstwem jaja
Tym razem o rosyjskim podkładaniu miny w związku z II turą ukraińskich wyborów prezydenckich opowiada nieoceniony Wacław Radziwinowicz, ale i on sam ma wątpliwości, czy Kreml finansowo wspierał kontrkandydata Poroszenki (niedawno ta sama „Gazeta Wyborcza” donosiła, że kasa pochodziła od Kołomyjskiego, który ma porachunki z obecnym prezydentem). „Bo dla Moskwy – pisze autor – nie ma nic straszniejszego niż ewentualny sukces tej Ukrainy. Na Kremlu swego czasu bardzo się bano udanych reform, które przeprowadzał prezydent Micheil Saakaszwili. Putina i jego ludzi trwożyły wieści o tym, że w Gruzji udaje się walka z korupcją, podziemiem przestępczym, przebudowa policji”. Poczynania Saakaszwillego były tak doniosłe dla Gruzinów, że postawili go w stan oskarżenia za nadużycia władzy, także przy pomocy zreformowanej policji, i stąd biedak tuła się po dziś dzień po świecie poszukiwany międzynarodowym listem gończym. A samobójczą dla całego kraju minę, w walce o swoje interesy, podłożyli ukraińscy oligarchowie, naśladując, sprzed wieków, nasze rody magnackie nie tylko z Ukrainy.
Pisanki z nadzieją
Wśród licznych materiałów o minionej rocznicy Okrągłego Stołu, i nadchodzącej czerwcowych wyborów z 1989 roku, znalazły się także rozważania prof. Anny Wolff-Powęskiej („GW”. 13-14.04.2019), w których odnalazłem niespotykane gdzieś indziej treści. „Wolnościowe dążenia narodów środkowo-wschodnich były etapem w drodze „na Zachód”. Mimo że wszyscy liczyli na „normalizację”, jej rozumienie i to, jak do niej dojść, było przez różnych aktorów różnie postrzegane. Na końcowy efekt miały wpływ biografie opozycjonistów, ale też partyjnych reformatorów”. I dalej: „Poniewierane dziś hasło Gorbaczowa „Wspólny dom europejski” nie było wówczas czczym sloganem. Wyrażało tęsknoty umęczonych izolacją i życiem za drutami kolczastymi narodów… Większość ówczesnych głównych zachodnich aktorów wydarzeń jest dzisiaj zgodna: Polska potrzebowała i Wałęsy, i Jaruzelskiego. Rozmówcy tego drugiego, nazywanego przez Antoniego Macierewicza „komunistycznym katem Polski”, postrzegali w nim najpierw Polaka, potem komunistę.”
Odnajdują się wreszcie „partyjni reformatorzy” w miejsce komunistów tracących upragnioną władzę, Gorbaczow, którego nowe myślenie skierowane do świata zmieniło zasadniczo optykę widzenia zachodnich przywódców, i także Jaruzelski, pomiatany przez solidarnościowo-prawicowych polityków, który okazał się jednak Polakiem. I jak tu, po takich słowach z nadzieją nie spojrzeć w przyszłość, wierząc, że prawda wróci na tę ziemię, naszą ziemię.
Pisze dalej Pani Profesor: „mimo trwających wiele dekad i z rozmachem finansowanych badań sowietologicznych na Zachodzie nie wypracowano żadnego spójnego planu uwolnienia się od komunizmu. Żadne też rozliczenie z minionym systemem nie stworzyło modelu godnego naśladowania. Nauczyło jednak, że odsunięcie od uczestnictwa w budowie demokracji przegranych elit ustawiało je automatycznie na pozycji przeciwnika systemu”. Ta cała pseudonaukowa sowietologia przypominała wróżenie z fusów, co dowodnie okazało się w latach 1989-1990, ale myli się autorka w końcowej sentencji. Usilne, także ze sporym udziałem „Gazety Wyborczej”, odsunięcie polskiej lewicy od budowy demokracji wcale nie uczyniło jej wrogiem nowego ustroju, a jedynie przeciwnikiem tych, którzy ponownie chcą zostać jedynymi właścicielami Polski.
Pisanki optymistyczne?
Pisze prof. Jerzy Wiatr („Dziennik-Trybuna”, 12-14.04.2019) w tekście „Przezwyciężenie historycznych podziałów”: „Niczego nie wycofując ze swych dawnych wypowiedzi podkreślił on [Radosław Sikorski – Z. T.], że dziś Miller – jak i on – jest obrońcą miejsca Polski w Unii Europejskiej i że obecny spór polityczny dotyczy właśnie miejsca Polski w Europie.
Przypominam to wydarzenie, gdyż w ciekawy sposób prowadzi ono do rozważenia zasadniczej zmiany, jaka na naszych oczach dokonuje się w polskiej polityce. Zmiana ta polega na przezwyciężaniu tak zwanego „podziału postkomunistycznego”, który określał charakter tej polityki po 1989 roku”.
W dalszej części Profesor, w pogłębionej analizie, przedstawił narodziny tego podziału i różne próby jego przezwyciężenia, które niestety – głównie, co należy podkreślić, nie za sprawą lewicy – spaliły na panewce. Autor kończy swoje rozważania takimi oto słowami: „Powstanie wielkiej koalicji nie oznacza przekreślenia naszych życiorysów. My, ludzie ideowo i życiorysowo związani z PRL, nie mamy zamiaru wypierać się własnej drogi. Nieraz krytycznie ocenialiśmy własne błędy, ale mamy prawo do dumy z tego, że w trudnych warunkach podzielonego świata dobrze służyliśmy realizacji polskiego interesu narodowego. Nasi partnerzy – ludzie dawnej opozycji demokratycznej – mają oczywiste prawo do dumy ze swych życiorysów. Spotykając się dziś po tej samej stronie nowego wielkiego podziału politycznego nie zapominamy o historii, ale nie jesteśmy już jej niewolnikami. Na tym polega historyczne znaczenie dokonanego ostatnio wyboru.”
To wszystko prawda, acz rodzą się fundamentalne pytania: czy sukces Koalicji Europejskiej, bo jaki by nie był wynik wyborów do Parlamentu Europejskiego, to osiągnięciem dla niej zawsze będzie, przełożyć się może na skuteczną i wspólną kampanię wyborczą do polskiego parlamentu, mającą za swój główny cel odsunięcie PiS od władzy? I jeszcze drugie, w perspektywie ważniejsze pytanie: czy to historyczne przezwyciężenie podziałów oznaczać może traktowanie lewicy, przynajmniej przez część postsolidarnościowego układu, na prawach równego i przyjaznego partnera w rozwiązywaniu najważniejszych polskich spraw?
Takie piękne pisanki to tylko w Krakowie
Pisał już Rafał Skąpski o prawdziwym krakowskim socjaliście Andrzeju Kurzu, i o uroczystości z okazji Jego 70-letniej społecznej służby. Andrzeja poznałem na początku lat 60., podczas spotkania na studenckim zimowisku ZMS w okolicach Zakopanego. Młody, dobrze wykształcony, otwarty na świat i problemy młodych, uwiódł nas wtedy I sekretarz Krakowskiego Komitetu Miejskiego PZPR. I takim pozostał ze swoją nadzwyczajną aktywnością, mądrością, ale i odwagą przez te następne dziesięciolecia wszędzie tam, gdzie zawodowo i społecznie przyszło mu pracować i działać. W Muzeum Miasta Krakowa, w którym odbyło się, pod patronatem prezydenta Krakowa prof. Jacka Majchrowskiego, to uroczyste spotkanie, kilka lat wcześniej miało miejsce równie ważne wydarzenie podczas którego wspominano postać też socjalisty, wieloletniego przewodniczącego Miejskiej Rady Narodowej w Krakowie, wyjątkowo zasłużonego dla rodzinnego miasta Zbigniewa Skolickiego. Co prawda, mimo wystąpień prof. Majchrowskiego nie przywrócono nazwy zabranej mu ulicy przez prawicowych oszołomów już na początku nowej, lepszej rzeczywistości, ale w dobrej pamięci pozostał.
Bo Kraków, mimo wszystko tak ma, że bliżej mu do prawdy i sprawiedliwszej oceny.

Józef Rotblat nie był naiwny

Dobrze się stało, że w roku bieżącym ukazała się biografia Józefa Rotblata – „Noblista z Nowolipek”.

 

Autor książki Marek Górlikowski przedstawił trudne życie wielkiego fizyka w Polsce, Wielkiej Brytanii i w Stanach Zjednoczonych.

Był Rotblat uczestnikiem i współtwórcą ważnych wydarzeń. Jako pracownik naukowy wchodził – w czasie drugiej wojny światowej – w skład elitarnego zespołu realizującego projekt Manhattan, który umożliwił wyposażenie armii Stanów Zjednoczonych w broń atomową. Po wielu latach stał się bliskim współpracownikiem Bertranda Russella i współorganizatorem ruchu Pugwash, którego celem było stopniowe eliminowanie broni jądrowej Przez wiele lat był przywódcą tego ruchu.

Mam nadzieję, że ta pożyteczna książka przyciągnie zainteresowanie szerokich rzesz czytelników. Jest rzeczą zrozumiałą, że zainteresowanie okazali jej recenzent i publicysta „Gazety Wyborczej”. Jednakże w ich tekstach są uchybienia i nieścisłości.

W recenzji Wojciecha Orlińskiego (Pokuta za atom, „Gazeta Wyborcza”, 7 sierpnia 2018 r.) nie ma nazwisk Alberta Einsteina i Bertranda Russella. A Józef Rotblat nie był sam.

Paweł Smoleński w artykule pod bałamutnym tytułem Pacyfista cudownie naiwny („Gazeta Wyborcza”, 3 września 2018 r.) kilkakrotnie określa Rotblata jako założyciela ruchu Pugwash. Jest to nieścisłe. Był nim Bertrand Russell, który zaprosił do współpracy Józefa Rotblata. Smoleński pisze: „Lecz mimo wszystkich zastrzeżeń stało się tak, jak wiele lat wcześniej przewidział jeden z ojców chrzestnych (obok Alberta Einsteina) Pugwash sir Bertrand Russell. Ten najwybitniejszy logik minionego stulecia,filizof, matematyk i laureat literackiego Nobla prorokował, że Rotblat Nagrodę Nobla dostanie.. Potrzebna korekta – powinno być lord Bertrand Russell. Warto dodać, że Russell tytuł lorda odziedziczył po swoim dziadku Johnie, który w czasach królowej Wiktorii dwukrotnie był premierem Wielkiej Brytanii. Tytuł sir otrzymał natomiast Józef Rotblat w roku 1998.

 

Geneza ruchu Pugwash

Albert Einstein i Bertrand Russell byli przekonani, że broń atomową należy wyeliminować, a pierwszym i najpilniejszym krokiem w tym kierunku powinno być wstrzymanie próbnych eksplozji zatruwających świat śmiercionośnymi izotopami.

W latach 1950-tych ciągłe eksplozje nuklearne dokonywane przez ZSRR i USA miały dwojaki sens. Przywódcy polityczni i generałowie używali ich dla straszenia drugiej strony, do demonstrowania jak bardzo są przeciw „czerwonemu niebezpieczeństwu” i „imperialistycznemu zagrożeniu”.Te niebezpieczne, infantylne popisy ciągle zwiększały ilość szkodliwych izotopów w atmosferze. Celem próbnych eksplozji było też „doskonalenie” arsenałów jądrowych i „oswajanie” społeczeństw z nową bronią. Generałowie twierdzili, że bomby nuklearne to po prostu nowy rodzaj broni z którego nie należy rezygnować. Gdy ktoś mówił o wyjątkowo okrutnych skutkach tych broni, generałowie i ich zwolennicy w mediach odpowiadali, że dynamit i karabiny maszynowe też kiedyś uznawano za okrutne i niedopuszczalne.

Gdy dochodziło do rozważań o zakazie lub ograniczaniu prób nuklearnych, to z Waszyngtonu dobiegały głosy o potrzebie kontroli na miejscu, a z Moskwy, że taka kontrola to zalegalizowane szpiegostwo. Tylko uczeni o wielkim autorytecie mogli udowodnić, że po pierwsze wojna światowa z użyciem broni atomowej oznaczałaby koniec życia na Ziemi, po drugie, że bez kontroli na miejscu możliwe jest sprawdzenie, czy układ o ograniczaniu prób jest przestrzegany.

23 grudnia 1954 roku Bertrand Russell wygłosił przemówienie radiowe o możliwości zniszczenia życia na Ziemi przez eksperymenty nuklearne. Po tym przemówieniu otrzymał ogromną ilość listów z wielu krajów. Jeden z tych listów pochodził od wielkiego fizyka – francuskiego noblisty Fryderyka Joliot-Curie (zięcia Marii Skłodowskiej-Curie), członka Francuskiej Partii Komunistycznej, a w latach wojny – bojownika ruchu oporu. W 1945 roku szef rządu Charles de Gaulle mianował go Wysokim Komisarzem Komisji Energii Atomowej. W roku 1950 został z tego stanowiska zdjęty za swą postawę komunisty.

Fryderyk Joliot-Curie był człowiekiem zaufanym i wielkim autorytetem dla ówczesnych przywódców Związku Radzieckiego. W oczach Russella był on ważnym partnerem do rozmów o powołaniu międzynarodowego ruchu uczonych na rzecz rozbrojenia nuklearnego. Tekst radiowego wystąpienia Russella stał się podstawą dokumentu znanego jako Manifest Russella-Einsteina.

Oczekiwania Russella wobec najwybitniejszego fizyka ówczesnej Francji sprawdziły się. Po kilkugodzinnej rozmowie w Paryżu uzyskał podpis Joliot-Curie pod Manifestem.

18 kwietnia 1955 roku, w czasie lotu z Rzymu do Paryża, Russell usłyszał – wygłoszoną przez kapitana samolotu – wiadomość o śmierci Alberta Einsteina. Był zdruzgotany . Wkrótce przekonał się jednak, że nie wszystko stracone. Kiedy przybył do paryskiego hotelu otrzymał kopertę zawierającą tekst Manifestu z podpisem Einsteina. Był to zapewne ostatni podpis, jaki złożył twórca teorii względności.

9 lipca 1955 roku Russell organizuje zebranie w Caxton Hall w centrum Londynu (Westminster). Russell – matematyk, logik i filozof – był także znakomitym popularyzatorem fizyki, jednakże przygotowując zebranie na temat Manifestu postanowił powierzyć przewodnictwo wybitnemu fizykowi, który mógłby – w miarę potrzeby – wyjaśnić techniczne szczegóły broni jądrowej. Wybrał do tej funkcji profesora Józefa Rotblata, którego rok wcześniej poznał jako partnera-współuczestnika telewizyjnej dyskusji w BBC. Po zebraniu w Caxton Hall Russell podejmuje prace przygotowawcze do postulowanej międzynarodowej konferencji uczonych reprezentujących Zachód i Wschód. Do tych prac zaprosił Rotblata i brytyjskiego noblistę Cecila Powella.

Na adres Russella napłynęło kilka propozycji dotyczących miejsca konferencji i pokrycia jej kosztów. Ostatecznie wybrał ofertę swego przyjaciela, milionera Cyrusa Eatona, który wziął na siebie pokrycie kosztów podróży i utrzymania uczestników oraz kosztów organizacyjnych. Eaton postawił tylko jeden warunek. Konferencja powinna odbyć się w Pugwash – miejscu jego urodzenia. Była to mała miejscowość rybacka w Nowej Szkocji w Kanadzie. Warunek ten został przyjęty.

Konferencja z udziałem 22 fizyków odbyła się w dniach 7-11 lipca 1957 roku. Schorowany Russell liczący wówczas 85 lat nie mógł przybyć do Pugwash. Jego przemówienie zostało odtworzone z taśmy. O przebiegu obrad codziennie przez telefon informował go Rotblat. W późniejszym okresie Russell uczestniczył jedynie w konferencjach, które odbywały się w Wiedniu i Londynie.
Russell był przewodniczącym ruchu Pugwash, a Rotblat – sekretarzem generalnym.

 

Pominięty wywiad

Profesora Rotblata poznałem w okresie pracy nad książką Bertrand Russell. Biografia polityczna. Ukazała się ona w 1999 roku (wyd. Atla 2, Wrocław).Była recenzowana m.in. w „Trybunie”

W roku 1996 w czasie pobytu prof. Rotblata w Warszawie przeprowadziłem z nim wywiad na temat Lojalność wobec rodu ludzkiego, który zamieściła „Rzeczpospolita” (29-30 czerwca 1996 r.). Wywiad ten w książce Marka Górlikowskiego nie został wzięty pod uwagę. A szkoda, bo wyjaśniał on motywację Rotblata w jego działalności na forum Pugwash.

W trakcie rozmowy poprzedzającej wywiad zapytałem o rolę Russella w kierowaniu ruchem. W niektórych publikacjach był bowiem Russell przedstawiany jako postać-symbol, albo wręcz figurant a nie jako rzeczywisty przywódca. Mój rozmówca kategorycznie zaprzeczył. Stwierdził, że systematycznie informował sędziwego filozofa o działalności ruchu i otrzymywał od niego pożyteczne wskazówki i sugestie. Tak więc Russell do końca życia wywierał wpływ na kierunek działań ruchu Pugwash, który stał się uznaną instytucją międzynarodową.

 

Przywódcy nie byli naiwni

Po śmierci Russella (2 lutego 1970 r.) Józef Rotblat stał się dominującym przywódcą ruchu w jego staraniach na rzecz całkowitego zakazu prób z bronią jądrową, przeciwstawianiu się rozpowszechnianiu tej broni oraz – w dalszej perspektywie – jej całkowitego wyeliminowania.

Dyskusje na konferencjach Pugwash doprowadziły do istotnych wniosków praktycznych:
– Techniki i metody sejsmiczne sprawiają, że kontrola na miejscu nie jest konieczna,
– Odczuwalne ograniczenie opadów radioaktywnych jest możliwe przy dopuszczeniu eksplozji podziemnych.

Układ o zaprzestaniu prób z bronią jądrową na ziemi, w powietrzu i pod wodą, podpisany przez trzy mocarstwa nuklearne – USA, ZSRR i Wielką Brytanię – w dniu 5 sierpnia 1963 roku wynegocjowany został przy uwzględnieniu dyskusji na forum ruchu Pugwash. W układzie tym było ustępstwo na rzecz generałów w postaci dopuszczalności prób podziemnych. Te ostatnie w latach późniejszych (1974 i 1976) były stopniowo ograniczane poprzez kolejne porozumienia międzynarodowe. Całkowity zakaz wszelkich prób z bronią jądrową – stanowiący cel wieloletnich starań Józefa Rotblata – podpisany został 24 września 1996 roku. Za te działania parlament Norwegii przyznał Pokojową Nagrodę Nobla za rok 1995 prof. Rotblatowi oraz ruchowi Pugwash.

Dochodzenie do wyżej wymienionych porozumień międzynarodowych było możliwe dzięki temu, że argumenty przedstawiali kompetentni uczeni będący autorytetami dla rządów wielkich mocarstw. Zgodnie z zasadami ustalonymi przez Russella i Rotblata konferencje Pugwash miały charakter poufny i były skoncentrowane ściśle na problematyce zbrojeń nuklearnych.

Podejmowanie jakichkolwiek innych tematów mogłoby doprowadzić do przerwania konferencji przez jedną ze stron. Russell i Rotblat wykazywali wielką mądrość polityczną w unikaniu na forum Pugwash krytyki poszczególnych rządów bez względu na motywy tego rodzaju krytyki. Wykazywali również umiejętność pozyskiwania do poufnych rozmów uczonych posiadających nie tylko sławne nazwiska, ale również zaufanie wpływowych polityków. Nie było to łatwe. Po obydwu stronach „żelaznej kurtyny” generałowie twierdzili, że przeciwnik nigdy nie zrezygnuje z doskonalenia broni jądrowej i że całkowity zakaz prób byłby „utopijny”, „szkodliwy”, „kapitulancki” itp. Wbrew tym twierdzeniom ruch Pugwash stworzył możliwość przerwania serii eksplozji na ziemi, pod wodą i w powietrzu. Bez tego wielu z nas nie byłoby na świecie, a wielu innych cierpiałoby na straszliwą chorobę popromienną.

W zakończeniu powyżej przywołanego artykułu Paweł Smoleński pisał, że Rotblat „nagrodę otrzymał w niepewnym czasie, po co najmniej zagmatwanych dziejach ruchu Pugwash i w duchu tej cudownie szczerej naiwności wielu wspaniałych ludzi Zachodu głoszących, że „better red than dead”. Najpewniej lepiej być czerwonym niż martwym, lecz z pewnością nie na każdych warunkach”.

Rozważania, że „lepiej być czerwonym niż martwym” miały miejsce w okresach wielkich napięć i groźby światowej wojny nuklearnej. Kiedy napięcie opadało i dochodziło do – zaskakujących wówczas – układów oddalających niebezpieczeństwo kataklizmu wówczas rozważania „czerwony czy martwy” stały się bezprzedmiotowe. Poszukiwanie związku pomiędzy Laureatem Pokojowej Nagrody Nobla z 1995 roku, a „duchem cudownie szczerej naiwności” jest – łagodnie mówiąc – zupełnie nieuzasadnione.

 

Marek Górlikowski – „Noblista z Nowolipek. Józefa Rotblata wojna o pokój”, wyd. Społeczny Instytut Znak, Krakow 2018, str. 340, ISBN 978-83-240-5540-1.

Rozwichrzone myśli

Spodziewałem się, że „alehistoria” (20.8.18, dodatek GW), znany z krytycznych opisów i komentarzy historycznych faktów i wydarzeń, napisze interesujący i pouczający tekst o „Praskiej wiośnie”. Krótka notka, tydzień wcześniej zapowiadała, że tekst będzie o zabójstwie Miałem świadomość, iż dotychczas publikowane teksty, są zabarwiane różnymi odcieniami czerni, gdy pisze się o okresie PRL. Po lekturze „Zbrodnia na skrzyżowaniu w Jicinie”, jestem zbulwersowany.

 

Nie wiem, jak odczytać ten tekst, jak rozumieć jego przesłanie, choćby w wymiarze przyziemnym – ludzkim, człowieczym i tym wielkim, polityczno-militarnym, państwowym. Autorzy (z litości pomijam ich nazwiska), korzystając z materiałów sądowych odtwarzają przebieg zabójstwa dwóch osób, syna i matki, postrzelenie ojca (męża), kilku innych osób. Przeprowadzają – po 50 latach-rozmowy z członkami rodziny i świadkami zabójstwa. Opisują proces sądowy, gdzie po odczytaniu wyroku, kara śmierci dla sprawcy, żołnierza zasadniczej służby wojskowej – jego zemdloną matkę wyniesiono z sali rozpraw. Dalej kilka faktów z życia skazanego(są zdjęcia), który starając się o łaskę, później przedterminowe zwolnienie, po 15 latach wychodzi z więzienia i układa sobie życie, dziś ma 70 lat i rodzinę. Stawiam więc banalne pytanie – po co ten tekst? Co ma dziś, po 50 latach od popełnienia zbrodni powiedzieć czytelnikowi w wymiarze ludzkim, o cierpieniu rodzin i przyjaciół zabitych, zabójcy przez te 50 lat życia? Czego mamy się z tekstu nauczyć, co zrozumieć, przed czym być ostrzeżeni.

 

Przywrócić cenzurę…

Trudno liczyć, by Czesi – rodzina zabitych, świadkowie i czytelnicy – jeśli poznają ten tekst, przyjęli go „spokojnie”. Cytują więc Autorzy ich ordynarne, nienawistne słowa jakie padają pod adresem Polaków. Czy Autorom tekstu chodziło właśnie o to? Niestety, ale nie znalazłem w tekście, czytelnego, wyraźnego przesłania, że jest on hołdem dla zabitych, wyrazem współczucia, jakie dziennikarze-Polacy (przedstawiciele przecież czwartej władzy) – podkreślam – chcą tą rozmową, tym tekstem przekazać, wyrazić Czechom. Niestety, tego nie ma. Pytam – po co więc tekst? By podtrzymać nienawiść, wrogość do Polaków, wyrosłe na zadanej śmierci i bólu przez pijanego żołnierza-o to chodzi? Jeśli tak, rozumiem jako pogardę wobec ludzkich uczuć, Czechów jak i polskiej rodziny zabójcy. Przecież rodzina żołnierza, przez 50 lat nasłuchała się wiele o popełnionym barbarzyństwie. Jest znana w okolicy. Nietrudno zgadnąć, że były przypadki pokazywania palcem – to żona i dzieci zabójcy oraz rodziny ich synów, które zgodziły się na „takich zięciów”. To tak wobec nich należało uczcić 50-lecie tej tragedii? Kolejną porcją, tym razem dziennikarskiej pogardy dla sprawcy i rodziny? Przypomina mi to homilię na Jasnej Górze z 8 lipca 2018. Kardynał Zenon Grocholewski do pielgrzymki Radia Maryja (czyli także i dziennikarzy), m.in. wołał: „Maryjo, pomóż każdemu Polakowi wyzwolić się z niewoli. Używać wolności jedynie w celu realizacji dobra i autentycznej miłości”. Tłumaczcie sobie Państwo te słowa jak chcecie, ja zaś wołam: „Maryjo przywróć niewolę cenzury, celem ograniczenia nienawistnej publicystyki na rzecz autentycznego dobra, na rzecz dziennikarzy, by nie pisali moralnie skarlałych tekstów”.

 

Mądrość Czechów

Haniebny czyn żołnierza zasadniczej służby wojskowej – co zrozumiałe – wywołał szok wśród kadry i żołnierzy, także u czeskich władz. Liczono się z reakcją miejscowej ludności, szczególnie podczas pogrzebu tragicznie zmarłych. Dzięki mądrości i rozwadze lokalnych władz czeskich i współdziałającego dowództwa 2 AWP, żałobna uroczystość przebiegła w ciszy i powadze majestatu śmierci. Autorzy piszą, że „wojsko za swój sukces uznaje również i to, że zablokowało wszelkie publikacje na temat pogrzebu w czechosłowackiej prasie”. Nie chcę być zgryźliwy, czepiać się słowa „sukces”. A czy byłoby „lepiej”, gdyby doszło do akcji o różnej skali negatywnego, wprost wrogiego nastawienia do naszych żołnierzy. Jak rozumieć i tłumaczyć to „dziennikarskie chciejstwo”, by wtedy ofiar śmiertelnych było jak najwięcej? Ze wstydem przyznaję, po lekturze tego tekstu odniosłem wrażenie, iż chce on „powiedzieć” polskim czytelnikom, że w 1968 r. Polska wysłała zabójców, zbrodniarzy w mundurach Wojska Polskiego. To ohydne odczucie. Skłania mnie ten tekst, by raz jeszcze zastanowić się nad wnioskami wynikającymi z „Praskiej wiosny”.

 

„Ludzkie” wnioski

Dobitnie i wyraźnie pragnę powiedzieć wszystkim Państwa Czytelnikom, że użycie broni w sytuacjach ekstremalnych w Polsce Ludowej przez siły bezpieczeństwa i Wojsko było ograniczane do bezwzględnego minimum. Oto kilka charakterystycznych przykładów:

1. Grudzień ’70. Wojsko kilkanaście razy użyło broni. Z polecenia gen. Wojciecha Jaruzelskiego, przede wszystkim strzelano na postrach. Zużyto w sumie ok. 46 tys. sztuk amunicji strzeleckiej, w tym ok. 5,5 tys. amunicji ślepej. Gdyby – w sytuacji napięcia, stresu, strzelano do ludzi, pytam, ile mogłoby być ofiar? Jest 44, o te „mickiewiczowskie 44” za dużo, podkreślam dobitnie!

2. Stan wojenny. Wojsko nie używało broni. Żołnierze służby zasadniczej nie mieli amunicji, dowódcami patroli miejskich byli żołnierze zawodowi, uzbrojeni w broń krótką, z amunicją bojową. Znam przypadki, gdy żołnierze pytali dlaczego nie dostają amunicji. Na takie pytania były odpowiedzi w formie pytań-do kogo szeregowy Kowalski chcecie strzelać? Do ojca waszego kolegi, także żołnierza, który być może chce protestować na ulicy, w pracy? Wszystkim, którzy uważają, że Wojsko z czołgami wyszło na ulice by „walczyć” z Solidarnością – odpowiadam, mają zdewastowane mózgi, nie nadające się do „naprawy”. Słyszałem nie jeden raz, że żołnierze zasadniczej służby wojskowej nie mieli amunicji, bo kadra oficerska bała się o własne życie. Mówili to „znawcy”, którzy nie wąchali smrodu onuc żołnierskich. Kadra nigdy nie obawiała się swoich podwładnych. Nie było takiej potrzeby, ani żadnych podstaw. Po pierwsze – do Polski nie weszli sojusznicy z „bratnią pomocą”. Po drugie – napięta atmosfera wewnętrzna dyktowała przezorność, rozwagę. Przestrzegali przed tym przełożeni, począwszy od najwyższych szczebli, także oficerowie polityczni, wielka chwała im za mądre myślenie i przewidywanie. Znam kilka przypadków zaczepek ze strony wyrostków, wyśmiewanie się z żołnierzy, że nawet nie mają ślepaków. Mogło się zdarzyć, że żołnierz mógł użyć broni. Przecież, szczególnie w pierwszych dniach stanu wojennego intensywnie myślał o swoich najbliższych, nie miał z nimi kontaktu, później gdy otrzymywał listy, także różne myśli do głowy przychodziły, mógł sięgnąć po broń. Co wtedy? Czy Autorzy tego tekstu, jako matki i ojcowie wyobrazili siebie w sądzie, gdzie ich syn, żołnierz zasadniczej służby wojskowej jest sądzony za zabójstwo niewinnych osób, postronnych. Albo, ich najbliżsi zginęli z ręki pijanego żołnierza, jak w Jicinie? Czy przeklinanie generałów – Jaruzelskiego, Kiszczaka byłoby zadośćuczynieniem właściwym, po takiej tragedii, niewyobrażalnym bólu i rozpaczy? Gdyby Autorzy mieli na tyle wyobraźni, taki tekst nie powstałby. Mam poczucie upokorzenia po jego przeczytaniu.

Inne przykłady. 16 grudnia, Kopalnia Wujek. Pluton ZOMO, używa broni palnej, strzela w ziemię, w odległości 40-50 m. i bliżej ludzi, jak ustalił Sąd. Zginęło 9 górników. Funkcjonariusze wystrzelili 156 pocisków. Gdyby chcieli zabijać, ile osób mogłoby zginąć?

Na 17 grudnia jest w Warszawie zapowiedziana wielka manifestacja (różne podawane są liczby, zależnie od intencji – 200, może 300, nawet 600 tys. ludzi). Próby odwiedzenia od niej organizatorów nie przynoszą skutku. Jerzy Filipowicz, były żołnierz AK, delegat na II walne Zgromadzenie Regionu „Mazowsze” (6.12.81), m.in. mówi: „Tu namawia się do konfrontacji, a jeszcze nie dokończono budowy pomników ofiar z 1956 i 1970 r.” Profesor Ryszard Reiff (książka Czas „Solidarności”, Editio Spotkania, Paryż 1988) napisał: „11 grudnia w godzinach rannych złożył mi wizytę w moim gabinecie w PAX-ie, z ramienia Solidarności Zbigniew Romaszewski, zapraszając mnie, jako jednego z mówców na wiec, który planowano w dniu 17 grudnia o godzinie szesnastej na Placu Defilad. Gdy dowiedziałem się, że to wszystko ma odbyć się o tej porze i w tym miejscu, zaprotestowałem przeciwko takiej lekkomyślności. Wielkie tłumy w ciemności – mówiłem (grudzień, godzina szesnasta), to zachęta do prowokacji. Zaplanowanej lub nie, czy przypadkowego tumultu, który wywoła panikę i może spowodować nawet śmiertelne wypadki. Jedna petarda, jeden pojemnik z gazem łzawiącym i sytuacja wymknie się spod kontroli”.

Lech Mażewski na taką okoliczność ma przestrogę: „gdy tłumy wychodzą na ulicę, śmierć spaceruje po chodniku”. Groźba tej manifestacji i podobnych w kilku miastach Polski, o nieobliczalnych następstwach była „kroplą”, przesądzającą o dacie wprowadzenia stanu wojennego. Miliony Polaków „w duchu” i poprzez różnego rodzaju wypowiedzi i zachowania dziękują Generałowi, że w 1981 r. nie tylko Warszawa, Katowice, Trójmiasto nie spłynęły krwią. O tym także świadczą ciągle palące się znicze na grobie.

Bydgoszcz. Kilka lat temu (nie pamiętam daty), podczas juwenaliów na uniwersytecie wybuchła panika. W korytarzu stratowanych zostało kilkunastu studentów, dwie osoby poniosły śmierć. Nie było przecież stresu, zagrożenia pobiciem itp. Jakie z tego i powyższych przykładów nasuwają się wnioski?

 

Pod rozwagę

Czytam w tym wydaniu „alehistoria”, tekst pt. „O pralce Frani i sprawiedliwych ‘68”. Autor, Paweł Smoleński pisze: „Gomułka ogłosił w Dreźnie, tzw. doktrynę ograniczonej suwerenności (zwaną doktryną Breżniewa)”. Otóż nie – w Dreźnie 23 marca koncepcje KPCz oraz zaistniałe już wydarzenia oceniono jako „kontrrewolucja. Breżniew doktrynę ogłosił na naradzie szefów partii w Warszawie (pisałem w tekście „Operacja Dunaj”). Dziennikarzom, o sytuacji w CSRS, Władysław Gomułka m.in. powiedział: „My oceniamy, że odbywa się tam pokojowy proces przekształcania państwa socjalistycznego w republikę typu burżuazyjnego. Na obecnym etapie proces ten znajduje się w stadium początkowym… trwa proces odchodzenia KPCz od zasad marksizmu – leninizmu i przekształcenia jej w partię typu socjaldemokratycznego. I proces ten jest już daleko posunięty”.

Autor, m.in. pisze, że „Przeciwko interwencji nie zaprotestował Kościół, za to Prymas Stefan Wyszyński przekonał posłów katolickiego koła Znak, którzy planowali napisanie listu protestacyjnego, by milczeli, bo Gomułka działał w stanie wyższej konieczności”. Zwróćcie Państwo uwagę – stan wyższej konieczności! Czy to nie roztropność w myśleniu i działaniu tego wybitnego Hierarchy Kościoła? Macie wątpliwości, czy słusznie od grudnia 2017 r. jest błogosławionym – sługą Bożym (Generał złożył zeznanie w procesie beatyfikacyjnym).

 

Na zakończenie

Redaktorzy „alehistorii”, uznali – pisząc na stronie tytułowej – że to 60. rocznica operacji „Dunaj”. Rozumiem to jako skutek „polityki historycznej”. Stawiając pytanie „Jak zabito Praską Wiosnę?” Sprawców tego „zabójstwa” wskazano w tekście. Zgodnie z powszechnie znaną zasadą postępowania dowodowego, poszukuje się i analizuje wszystkie okoliczności, by uzyskać obiektywną, zgodną z rzeczywistością ocenę zdarzenia. Niech więc Redakcja „alehistorii” opublikuje teksty audycji dla Czechów, Polaków, innych narodów, płynące z Radia Swoboda, Wolnej Europy, Głosu Ameryki. „Cenne” rady, myśli i wskazania zapewne „ograniczyły” skalę ofiar – dlaczego więc pomijać, zapominać o takim doniosłym udziale? Istotna także była reakcja państw zachodnich, głównie USA, które – zdaniem ówczesnego przewodniczącego Rady Ministrów ZSRR Aleksieja Kosygina – namawiały władze radzieckie do wejścia CSRS. Mieczysław Rakowski (Dzienniki), oceniał to jako „wolną rękę” dla USA do działań w Wietnamie.

Ich poznanie, pozwoli czytelnikom nie tylko odświeżyć pamięć.